Page 42

Dlatego masz schody ruchome, żeby chodzić nie trzeba było i walizki nosić. Żeby nie palić kalorii, a potem iść pobiegać do miejskiego parku. Dlatego jest tyle punktów z pysznym jedzeniem, żebyś jeszcze bardziej tył i jeszcze więcej biegał i tylu kloszardów, którym możesz rzucić zetkę, żeby okazać miłość bliźniemu. Dlatego w piątkową noc jeden koleś zadźga nożem drugiego a ochroniarz pobije w knajpie sympatycznego australijskiego dziwaka i połamie mu na głowie jego ukulele. Dlatego dzień w dzień od trzech lat robotnicy remontują fasadę kamienicy od podwórka­ , prują wiertarkami wszystkie ściany, wydzierają się do siebie nawzajem, a potem wrzucają ci do pokoju przez uchylone okno worek zaprawy.

z codziennych podróży tramwajem tam i z powrotem o rutynowych porach. Tymczasem każda szczelina w murze ma swoje przeznaczenie i imię, a parkany, placyki, klomby i murki są jak sady, łąki, pola i jeziorka. A ich gospodarzom pozostaje tylko smutny, cichy refren. To miasto z całą pewnością jest nasze. Nikt nas w nim nie poznaje, nikogo nie obchodzimy, nikt na nas nie czeka i nikt nas nie widzi. I tylko wmawiamy sobie, że jest tu parę miejsc, które mamy na własność, które nie mogłyby się bez nas obejść.

Zalety miasta są takie, że tu szybciej samobójstwo możesz popełnić, samochodów więcej, wysokich domów, więcej zboczeńców. Żeby jeszcze tak było naprawdę. Przecież tu wszystko się robi ironicznie. Ironicznie siedzisz „na mieście” i wychodzisz „na miasto”, a potem w tym mieście ironicznie łapiesz się za rękę i przechodzisz przez ulicę, gdzie ktoś ironicznie zrobił z billboardów huśtawki, a z huśtawek anteny, a z anten drabiny do samego nieba. To tylko robaczywy lej po bombie, wypożyczalnia kostiumów w wypożyczalni ciał i labirynt problemów na weksel. Tylko jedni jedyni mają namacalny kontakt. Ty nie wiesz, gdzie w twoim mieście można się przespać, schować coś, gdzie okno otwarte do piwnicy, obluzowana cegła. Twoje podwórko to nie jest twoje podwórko, nie wiesz, gdzie się pali światło na ulicy, gdzie ludzie najczęściej gubią drobne i papierosy, w której bramie można się skitrać przez noc i gdzie ląduje najwięcej aluminiowych puszek. Wszystko, co jesteś w stanie opanować, to skojarzenie tych samych twarzy

Kołłątajowska Kuźnia Prawdziwych Mężczyzn — romantyczna studencka bohema artystyczna w wydaniu Drużyny A, zrobionej za polski budżet. Najsmutniejsi idioci z miasta artystów. Nieudacznicy i biedacy. Śmiech przez łzy. Jacek Kalinowski — rzemieślnik z wyboru, artysta z przymusu, miłośnik Dalekiego Wschodu i futurologii, autor licznych grafik dla KKPM.

42

FUSS 4/2013  

FUSS to internetowe pismo społeczno-kulturowe, jakiego jeszcze nie było. Znajdziesz tu niesztampowe podejście do: kultury, sportu, życia. K...

Advertisement