Page 1

Andrzej Augustyński


Andrzej Augustyński z publicystycznym zacięciem opisuje dramatyczne położenie dziecka we współczesnym świecie i totalne zagubienie dorosłych, którzy patrzą na rzekę popkultury porywającą ich pociechy, płacząc na brzegu. Autor nie chce nas straszyć, pozostawiając w poczuciu bezsilności, ale podaje osobiście wymyślone i zweryfikowane przepisy na wychowanie dziecka. Zaraża wychowawczym optymizmem, wskazując ścieżkę między honorem i upokorzeniem, różnicę pomiędzy wędrowcem i włóczęgą. Wzywa do zagospodarowania współczesnego podwórka i uczynienia z niego socjoterapeutycznej przestrzeni, w której dziecko nie będzie wrogiem społecznym, lecz przyszłym obywatelem, który dojrzewa dzięki relacji z rówieśnikami i  dzięki dorosłym. Ryszard Izdebski


Coca Kocha ColĘ


„Potrzebna cała wioska, aby wychować jedno dziecko” (przysłowie afrykańskie)


Andrzej Augustyński

Coca Kocha Colę

Fundacja Rozwoju Społecznego DEMOS Kraków 2010


WSTĘP Chciałem zostać kosmonautą. Pamiętam, że będąc sześcioletnim dzieckiem, potrafiłem bez trudu wymienić nazwiska kosmonautów amerykańskich, którzy jako pierwsi ludzie w historii wylądowali na Księżycu. Wychowany zostałem w kulcie wiedzy. Dwaj bracia mojego dziadka byli wybitnymi intelektualistami. Zygmunt Augustyński zasłynął jako twórca nowoczesnej polskiej prasy w  okresie międzywojennym, a  po wojnie piasto„ wał stanowisko redaktora naczelnego „Gazety Ludowej . Jan Augustyński był cenionym pedagogiem, działaczem polonijnym i  wieloletnim dyrektorem Gimnazjum Macierzy Szkolnej w  Gdańsku. W  liceum z  wielką pasją uczyłem się fizyki. Zainteresowała mnie teoria cząstek elementarnych. Wówczas zetknąłem się z  tekstami Pierre’a Teilharda de Chardin. Wkrótce potem rozpocząłem studia filozoficzne i  teologiczne w  Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy w Krakowie. Z  perspektywy ponad 20 lat, które minęły od ich zakończenia, widzę, że najważniejsze było dla mnie spotkanie z  ks. Józefem Tischnerem oraz wolontariat


Wstęp

w domu dziecka. Myśl Tischnera stała się moim głównym źródłem inspiracji. Nikt nie poruszał mnie bardziej. Nikt nie odcisnął głębszych śladów w  moim myśleniu. Pewnego dnia Tischner objaśniał nam różnicę między myślą pogańską a  chrześcijaństwem. Użył do tego obrazu dwóch szpulek nici. Pierwsza, z  nawiniętą nitką, symbolizowała pogański sposób myślenia o ludzkim losie. Zadaniem człowieka było jedynie odwinąć uprzednio nawiniętą nitkę. Wszystko zostało wcześniej zaplanowane. Życiem człowieka rządziło ślepe fatum. Druga zaś szpulka była pusta. Wyobrażała ludzki los wedle chrześcijańskiej koncepcji. Tym razem to sam człowiek nawijał nić swego życia na pustą szpulkę. Wiele zależało od jego wolnych decyzji. W miejsce przeznaczenia pojawiała się opatrzność i łaska. Dom dziecka przy ul. Piekarskiej w Krakowie to miejsce, gdzie stawiałem pierwsze kroki jako wychowawca. W świecie socjalistycznych absurdów był wyjątkowo dobrze zarządzaną placówką. Właśnie tutaj dowiedziałem się, że znakomita większość dzieci znajdujących się na garnuszku państwa ma swoich rodziców, którzy często są zdolni do sprawowania nad nimi opieki. Odpowiednio zorganizowana pomoc środowiskowa pozwoliłaby im zatem znaleźć się w domach, co z pewnością miałoby pozytywny wpływ na ich dalszy rozwój. Wtedy po raz

8


pierwszy pojawiła się myśl stworzenia miejsca, które mogłoby sprostać problemom dzieci wychowujących się w trudnych warunkach rodzinnych, oszczędzając im przebywania w domu dziecka. Kiedy otwieraliśmy taką placówkę przy ul. Długiej 42 w Krakowie, wśród zatrudnionej kadry znaleźli się wychowawcy z Piekarskiej. Otwarte w październiku 1993 r. Centrum Młodzieży „ „U Siemachy było – jak na tamten czas – placówką bardzo nowoczesną. Zespół wychowawców składał się z ludzi młodych, ale już doświadczonych i zaangażowanych. W zetknięciu z problemami i brakami naszych podopiecznych, w pierwszym okresie koncentrowaliśmy się na załatwianiu tego, co najpilniejsze. Dużo uwagi poświęcaliśmy sprawom związanym z wyżywieniem, ubraniem i higieną osobistą wychowanków. Od naszej placówki oczekiwano głównie realizowania podstawowych potrzeb dzieci. Szybko przyszedł jednak moment, w  którym uświadomiliśmy sobie, że właściwa misja nie jest związana z dostarczaniem pomocy materialnej, ale z wprowadzaniem w świat wartości społecznych. Wizja placówki skoncentrowanej na fundamentalnych potrzebach wychowanków i  społeczne oczekiwania, by zaradzić materialnym deficytom, narzucały język komunikatów na temat naszej działalności. W  przekazach medialnych dominowały tematy związane z  trud-

9


Wstęp

ną sytuacją domową dzieci oraz z tym, w  jaki sposób nasza placówka może im zastąpić rodzinę. Także nasze własne opinie przekazywane otoczeniu dotyczyły raczej niedoborów niż potencjałów naszych podopiecznych i  koncentrowały się na kwestiach bytowych. Minęło sporo czasu, zanim udało nam się przełamać stereotypy pomocy społecznej i zacząć mówić o istocie działalności, czyli o  atrakcyjnym i  trwałym środowisku rówieśniczym jako niezbędnym komponencie wychowania. Zmiana języka była konsekwencją skoncentrowania się na indywidualnych osiągnięciach wychowanków oraz na efektywności naszego funkcjonowania jako instytucji. W ten sposób stawaliśmy się organizacją świadomą swoich celów i  zabraliśmy głos w  debatach na tematy wychowawcze. Nabieraliśmy także dystansu do kupczenia ludzkimi nieszczęściami i  nie używaliśmy historii naszych podopiecznych do promowania organizacji. Ostatecznie odrzuciliśmy język, którego jedynym zadaniem było poruszanie uczuć potencjalnych darczyńców. W owym czasie sporym ograniczeniem rozwojowym był formalny związek z Fundacją im. ks. Siemaszki. Nasza placówka, która nie miała osobowości prawnej, funkcjonowała w strukturze Fundacji. Nasze skrajnie różne opinie na temat pracy z  młodzieżą stały się przyczyną wielu trudności i  napięć. To wyjątkowo przykre dla

10


mnie wspomnienie stanowi materiał na odrębną publikację. Z Fundacją rozstaliśmy się ostatecznie w 2003 r., co wyzwoliło w nas dodatkowy potencjał rozwojowy. Nasza oferta nigdy nie miała charakteru działalności duszpasterskiej, jak mogłoby na to wskazywać szereg okoliczności. Nawiązywaliśmy wprawdzie do idei krakowskiego misjonarza ks. Kazimierza Siemaszki, utrzymywaliśmy kontakty z instytucjami kościelnymi, wreszcie na czele organizacji stał ksiądz. Wprawdzie silnie identyfikowaliśmy się z chrześcijańską wizją człowieka i  najlepszymi tradycjami działalności charytatywnej, jednak – pomimo trudności – realizowaliśmy koncepcję organizacji wychowawczej, która łączy we wspólnej pracy ludzi reprezentujących różne światopoglądy i środowiska. Stwarzaliśmy równy dostęp do naszych usług wszystkim dzieciom, niezależnie od przynależności religijnej czy orientacji światopoglądowej. Największego i  wyjątkowo skutecznego wsparcia, przy akceptacji takiej koncepcji naszej działalności, udzielili nam kard. Franciszek Macharski, ks. prof. Władysław Bomba i Jan Rokita. W  ślad za nimi od 2003 r. silnie wspierały nas władze Zgromadzenia Misji św. Wincentego a Paulo. Na koniec chcę podziękować osobom, dzięki którym mogłem zgromadzić prezentowane w  książce doświadczenie wychowawcze i  wiedzę. Jestem wielkim dłużni-

11


Wstęp

kiem moich rodziców, śp. ks. Tischnera oraz kard. Macharskiego. Jestem bardzo wdzięczny tym, z którymi rozpoczynałem w 1993 r. na Długiej 42 w Krakowie działalność wychowawczą. Czas pokazał, że przekroczyła ona znacznie nasze ówczesne wyobrażenia i  plany. Do tego grona należą w szczególności Irena Kruczek, Anna Litwora, Mariola Szewczyk i Jacek Wądzyński. Dziękuję także Hannie Lasockiej i prof. Stanisławowi Lasockiemu, którzy zmobilizowali mnie do opublikowania zgromadzonego materiału. Prezentowana książka jest owocem wielu lat pracy wychowawczej w organizacji, która rozpoczynała od działalności dziennej, by z czasem prowa-


dzić placówki całodobowe, a następnie zwiększyć zakres działalności przez organizowanie zajęć psychoterapeutycznych i sportowych. Przyznam, że choć pisanie było dla mnie zawsze fascynującym doświadczeniem, tym razem przyszło mi je realizować z niemałym trudem. Fragmenty książki były wcześniej prezentowane podczas moich wystąpień oraz ukazywały się jako teksty rozproszone w  innych publikacjach. Po raz pierwszy wychodzą jako jednolity tekst, stanowiący wyraz moich osobistych przekonań i – jak sądzę – w dużej mierze reprezentujący poglądy środowiska wychowawczego, z którym jestem związany.


WE WSI POŻAR

Joseph Ratzinger jako profesor Uniwersytetu w Tybindze blisko 40 lat temu opublikował książkę Wprowadzenie w chrześcijaństwo. Publikacja rozpoczyna się od przypowieści Sorena Kierkegaarda o  błaźnie i  pożarze we wsi. Filozof opowiada, że w pewnym wędrownym cyrku w Danii wybuchł pożar. Dyrektor cyrku wysłał gotowego już do występu błazna do sąsiedniej wsi po pomoc. Błazen pobiegł do wsi i prosił mieszkańców, by przyszli i pomogli gasić ogień. Ale wieśniacy uważali krzyki błazna za świetny chwyt propagandowy, który ma zwabić jak najwięcej ludzi na przedstawienie: klaskali i śmiali się do łez. Błazen natomiast miał ochotę raczej płakać. Daremnie błagał ludzi i tłumaczył, że to nie żaden trik, tylko gorzka prawda, że cyrk się rzeczywiście pali. Jego błagania wywoływały tylko nowe wybuchy śmiechu. Uważano, że świetnie gra swoją rolę. Aż wreszcie ogień przeniósł się do wsi i na pomoc było już za późno: i wieś, i cyrk spłonęły.

15


We wsi pożar

Jakiś czas przed Ratzingerem amerykański kaznodzieja Harvey Cox przytoczył tę opowieść jako ilustrację sytuacji, w której znaleźli się współcześni mu teologowie. W błaźnie niemogącym znaleźć posłuchu u ludzi widzi on obraz teologa. Nikt nie go bierze na serio w  jego śmiesznym stroju ze średniowiecza czy z innej minionej epoki. Cokolwiek powie – jego rola sprawia, że z góry wiadomo, iż to tylko przedstawienie, które z rzeczywistością ma raczej niewiele wspólnego. Przytoczona opowieść nic nie straciła na swym znaczeniu i  aktualności. Także współcześnie ktoś, kto pu„ blicznie wzywa do „gaszenia pożaru , jest podejrzewany o ukryte zamiary i nieujawnione motywy swoich działań. Dotyczy to zwłaszcza przedstawicieli zawodów zaufania publicznego: lekarzy, prawników, duchownych, polityków, nauczycieli i urzędników, którzy bezskutecznie poszukują sposobu na przezwyciężenie podejrzeń o kłamstwo, stronniczość, lenistwo, podwójne życie, chciwość i pilnowanie wyłącznie własnego interesu. Mechanizmy rządzące mediami psują i tak fatalny wizerunek środowisk uznawanych za istotne z  punktu widzenia interesu społecznego. Każdy bowiem jednorazowy skandal z udziałem znanej osoby z grona przedstawicieli wyżej wymienionych profesji funkcjonuje natychmiast jako

16


obowiązująca opinia na temat całego środowiska czy grupy zawodowej. Wiele razy byliśmy świadkami publicznego napiętnowania młodych ludzi jako grupy w kontekście czynów karalnych popełnianych przez ich przedstawicieli. Kolejne doniesienia o brutalnych przestępstwach z ich udziałem, informacje o szerzącej się patologii w szkole, o  wzroście spożycia środków odurzających, mnożenie określeń typu: blokersi, dresy, kibole, galerianki powodowało, że wielu dorosłych zaczęło postrzegać młodzież jako wroga publicznego, domagać się zaostrzenia prawa, budowania nowych więzień i  zakładów poprawczych. Konsekwencje tej nagonki długo jeszcze będą skutkowały brakiem wzajemnego zaufania i  trudnościami w spokojnym dialogu pokoleń. W  ciągu dwóch ostatnich dziesięcioleci przechodziliśmy w Polsce trudne chwile. Wiele problemów z młodymi ludźmi wynikało z  procesów transformacji, które w  początkowej fazie doprowadziły do załamania się, skądinąd niedostosowanej do potrzeb, oferty domów kultury, świetlic i  klubów osiedlowych, drużyn harcerskich, grup oazowych i  związków sportowych. Na to nałożyły się problemy ogólnospołeczne: konsumpcyjny styl życia i pogoń za pieniądzem, a także globalne: degra-

17


We wsi pożar

dacja tradycyjnych wartości i powszechne spłycenie interpretowania świata wywołane kulturą masową. Zanim powstały nowe formy działalności, dzięki którym wdrożono atrakcyjne projekty wychowawcze, wielu młodych ludzi znalazło się na marginesie życia społecznego. Większość odbieranych przez nas codziennie informacji nie ma żadnych walorów poznawczych, prędzej kreuje świat, w którym wszyscy są podejrzewani o intencje inne niż deklarowane. Szczucie jednych przeciw drugim nie jest raczej wynikiem jakieś przemyślanej diabelskiej strategii, ale zabiegiem beztrosko dokonywanym na żywej i  delikatnej tkance organizmu społecznego w  celu rozkręcenia emocji i skupienia zainteresowania na przekazie, po którym następuje blok reklamowy. To zabawa ogniem w stogu siana. Eksponowanie skrajności, pogoń za sensacją i  epatowanie nieszczęściem, pochopne wydawanie wyroków i  rozbudzanie podejrzliwości – oto niektóre chwyty wykorzystywane we współczesnych przekazach medialnych. Zaufanie obywateli do otoczenia w najlepszym razie staje się bezpowrotnie utraconym doświadczeniem z dzieciństwa. Obniżenie zaufania najbardziej zagraża ludziom młodym, którzy podwójnie doświadczają tempa przemian. Na ich przyspieszony w okresie dojrzewania rozwój osobowy nakłada się galopująca zmienność kulturo-

18


wych i społecznych odniesień. Dzisiaj świat bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przypomina nastolatka. Wrażliwość, będąca przywilejem młodego wieku, zaostrza kontury zjawisk, o których mowa, i zwiększa intensywność reakcji. To zaś z  kolei wzbudza agresję i  niechęć do świata, w którym nie bardzo wiadomo, komu zaufać i jak znaleźć sobie bezpieczne miejsce. Pomagać innym należy w  sposób przemyślany. Potrzebna jest do tego wrażliwość matki czuwającej nad niemowlęciem, która usłyszy każdy szmer i  zrozumie każdy sygnał. Ale równie nieodzowny jest rozsądek lekarza, który leczenie poprzedzi diagnozą i nie przepisze wszystkim aspiryny. Pomagać trzeba w sposób zorganizowany. Jestem zwolennikiem instytucjonalnych form pomocy. W ten sposób można zdziałać więcej i ustrzec się osobistego uwikłania, od którego trudno uciec. Pomagać trzeba blisko i daleko od siebie. Blisko – to znaczy rodzinie, sąsiadom i przyjaciołom. Daleko – czyli za pośrednictwem organizacji, które w naszym imieniu i za nasze pieniądze pomogą wskazanym przez nas środowi„ skom. Trzeba się wystrzegać „pomagania anonimowym osobom na ulicy: jest nieskuteczne i przynosi poważne i  długotrwałe szkody. Darowane pieniądze są wydatkowane niezgodnie z deklarowanym przeznaczeniem. Obdarowany uczy się żyć na rachunek innych i pielęgnuje

19


We wsi pożar

swoje dysfunkcje. Rośnie liczba oszukanych darczyńców, a w ślad za tym spada społeczne zaufanie do organizacji dobroczynnych. W  pomaganiu innym należy się skoncentrować na efektach działania, a  nie na swoim dobrym samopoczuciu. Liczy się głównie to, czy odbiorca naszej pomocy dokona oczekiwanej i trwałej zmiany. Organizacje pozarządowe, niestety coraz częściej wbrew swojej roli społecznej, skupiają się na formułowaniu apeli, odwołujących się niemal wyłącznie do sfery emocjonalnej. Cała sfera rozumienia pozostaje niezagospodarowana. Zamiast tego organizuje się ckliwe festiwale w  klimacie sztucznego ciepła brazylijskiej telenoweli. W  przekazach na temat problemów społecznych dominuje skłonność do wywoływania litości i  współczucia. Dopuszcza się uproszczenia i  niedopowiedzenia, epatuje nieszczęściem. Czarne barwy towarzyszące hospicyjnej pomocy dla dzieci mają sugerować  ciężką terminalną chorobę. Na szczęście jednak wielu małych pacjentów poddaje się długoterminowemu leczeniu domowemu i nie zagraża im bezpośrednio utrata życia. Nie wspomina się, że na wielu bezdomnych wyczekują od dawna ich bliscy, a niejeden żebrak zgromadził całkiem pokaźne oszczędności. Apelowanie do prostych uczuć stało się powszechnie stosowaną metodą pozyskiwania darczyńcy. To, co po-

20


winno być zaledwie punktem wyjścia, staje się celem samym w sobie. Porusza się nasze serca bez angażowania naszych umysłów. Emocjonalnie pobudzonych wzywa się do wpłaty na rachunek. Wysokość kwoty weryfikuje skuteczność nadawcy apelu. Po tym następuje seria umizgów pod adresem sponsora. Bywa, że nagradza się go za działanie odruchowe i  pozbawione głębszego zaangażowania. Zgodnie z tą filozofią każdy, kto przyłącza się do takiej akcji (patrz: przekazuje pieniądze), zapewnia sobie miejsce wśród tej lepszej, bo wrażliwej części społeczeństwa. Ci zaś, którzy wymagają starannie przygotowanych informacji, zostają zaliczeni w poczet aspołecznych egoistów. Podstawowym prawem każdego, kto ma pomóc innym, jest prawo do rozumienia. Granie na emocjach z pominięciem treści istotnych dla problemu jest brakiem szacunku wobec tego prawa. Jak powszechnie wiadomo, emocje odgrywają ważną rolę zarówno w naszym życiu osobistym, jak i społecznym. Bez nich świat blednie i traci na znaczeniu. Dawno odkryli to specjaliści od reklamy. Ponieważ markowe produkty nabywamy głównie z  powodów, wykraczających poza racjonalne myślenie, nasze emocje stały się ich celem. Kupujemy dobra konsumpcyjne w akcie wyrażenia aprobaty dla samych siebie i spełnienia naszych aspiracji. Dlatego nawet reklamy artykułów codziennego

21


We wsi pożar

użytku w sposób groteskowy odwołują się do naszego poczucia wartości. Podobnymi prawami rządzi się świat polityki. Emocje to jednak wyjątkowo podatna na zmianę strona naszej natury. Zgromadzone przez pokolenia doświadczenie poucza, że miłość od nienawiści czasem może dzielić tylko krok. To zdarza się zarówno w życiu indywidualnym, jak i zbiorowym. Nieraz wielkie i skrajne emocje pozbawione towarzystwa rozumu były przyczyną nieszczęść na masową skalę. Tak rodziły się krwawe reżimy i ginęły miliony ludzi. Pęd do skuteczności w pozyskiwaniu środków każe „ sięgać po „ekstremalne narzędzia. Aby zaszokować, eksponuje się prawdziwe i  spreparowane dysfunkcje. Próbuje się natrafić na czyjeś świeże lub nieco przyschłe poczucie winy, tropi się tych, którzy hojnym gestem postanowią poprawić swój wizerunek. Uwodzi się salonową uprzejmością lub szermuje poczuciem przyzwoitości. Z  etycznego punktu widzenia to nic innego jak przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka. W natłoku różnorodnych apeli, wezwań i roszczeń czujemy się jak zwierzyna, na którą urządzono nagonkę. W codziennej praktyce działania organizacji pozarządowych przybywa socjotechniki i  dogmatycznie stosowanych narzędzi marketingowych. W istocie trudno uwierzyć, że przekazany w blasku fleszy w poło-

22


wie kwietnia (gdy większość podatników wypełnia zeznania podatkowe PIT) wózek dla niepełnosprawnego nie jest zwyczajnie elementem tej kampanii. Tak dalece wyreżyserowana dobroczynność nasuwa podejrzenia o manipulację i wywołuje zwątpienie w szczerość intencji osób działających pro publico bono. Organizacje społeczne, w celu realizowania swoich zadań statutowych, powinny doskonalić warsztat i rozwijać współpracę z  przedsiębiorcami i  administracją publiczną. Nie mogą natomiast działać na wzór agencji reklamowych, których głównym zadaniem jest produkowanie komunikatów medialnych na masową skalę. Wówczas bowiem działalność statutowa organizacji i  jej beneficjenci schodzą na dalszy plan. Ich miejsce zajmują natomiast rozliczne działania marketingowe. Duże zespoły ludzkie sondują preferencje społeczne i  rozpowszechniają promocyjne treści skrojone na miarę masowych gustów. Skomplikowane i  kosztowne struktury ds. PR zajmują się konstruowaniem jałowych intelektualnie sloganów i emocjonalnym szpikowaniem ich odbiorców. Znam organizacje, w których działy promocji są bardziej liczebne niż zespoły odpowiedzialne za realizowanie misji. Wysokie koszty ich funkcjonowania pokrywane są ze środków przekazywanych przez darczyńców.

23


We wsi pożar

A przy tym istotna część energii całej organizacji jest angażowana w sprawy związane z wizerunkiem. Przez jakiś czas sądzono, że jest to sposób na unowocześnienie polskiego sektora pozarządowego, który winien przyswoić biznesowe prawidła. Dzisiaj widać wyraźnie, że jest to droga do marnowania ludzkiej energii i  utraty społecznego zaufania. Szczególnie wówczas, gdy po zbilansowaniu okazuje się, że koszty promocyjne pochłonęły istotną część przychodów przeznaczonych na cele społeczne. Wtedy pozostaje wykonywanie działań pozorowanych, angażujących płytko i krótkoterminowo. Używanie wizerunku beneficjentów organizacji do akcji promocyjnych sprawia, że przekaz budowany na ich porażkach życiowych narusza ich godność i osłabia i tak mizerne poczucie wartości. Powoduje też u nich skłonność do pielęgnowania i uwidaczniania niedoborów jako potencjalnego źródła zysków. Ci, którzy stwierdzają, że opłaca się być biednym, słabym i smutnym, albo przynajmniej na takiego wyglądać, tracą motywację do podjęcia wysiłku na rzecz wyjścia z kryzysu. Historie serwowane żądnym sensacji i wzruszeń przypadkowym słuchaczom niewiele mają wspólnego z  prawdziwymi problemami ich autorów, którym wsparcie finansowe zazwyczaj jest najmniej potrzebne. Litość żywi się patrzeniem i znika, gdy zamykamy oczy. Współczucie karmi się uczuciami innych i  lubi 24


wygrzewać się w cieple romantycznych historii. Jedynie miłosierdzie zdobywa się na wysiłek rozumienia. Ono rozumie, że wszystko jest jeszcze do uratowania. Nie wszystko jest stracone. Nie ma sytuacji bez wyjścia, stanów beznadziejnych i  ludzi przegranych. Wciąż żywa jest nadzieja. Nadzieja zaś boli, bo jest trudna i długodystansowa. Ale ból jest jedną z oznak życia. Nadzieja uznaje, że człowiek jest godny litości i  współczucia, a  nade wszystko miłosierdzia. Litość każe przystanąć, współczucie zbliża, ale dopiero miłosierdzie uczy patrzeć i rozumieć. Z rozumienia rodzi się projekt lepszego jutra. Organizacje niosące pomoc gustują w akcjach. Ów kampanijny sposób działania jest podyktowany oczekiwaniami mediów i potencjalnych darczyńców. Bywa też przejawem niechęci do głębszego zajęcia się problemem. Nie należę do ostrych krytyków Jerzego Owsiaka, a tym bardziej nie jestem zwolennikiem jego głównych oponentów. Ale gdy przyglądam się tej wielkiej akcji, angażującej mnóstwo społecznej energii, zastanawiam się, co zmieniło się w  ciągu prawie 20 lat jej istnienia? Czy – poza wielkimi kwotami, ogromnymi happeningami, zakupem sprzętu medycznego na masową skalę – nastąpiła jakakolwiek zmiana w funkcjonowaniu służby zdrowia? Czy wzrosła pozycja organizacji społecznych? Czy dzięki tej akcji Polacy stali się 25


We wsi pożar

wrażliwsi i bardziej skłonni do przemyślanego pomagania innym? Prawdą jest, że efekty przychodzą po czasie. Ich mierzenie jest skomplikowane i wymaga wytworzenia nowych narzędzi. Jednak posługiwanie się samymi statystykami niczego nie wyjaśnia. Ilość bochenków chleba i sztuk odzieży wydana bezdomnym niewiele mówi o rzeczywistej pomocy. Liczba dzieci, które otrzymały gwiazdkowe prezenty niekoniecznie przekłada się na to, ile z nich przeżyło święta szczęśliwie. Szermowanie ogromnymi liczbami często więcej zamazuje, niż wyjaśnia. Wielkie idee, które miały zmienić świat, rodziły się z dala od nadmuchanych statystyk, a ich twórcy gardzili popularnością. Obowiązkiem organizacji pozarządowych jest sumienne reflektowanie tego, czym się zajmują, i  przekazywanie rzetelnych informacji otoczeniu. Aby społeczeństwa funkcjonowały prawidłowo, niezbędna jest solidna wiedza o naturze problemów społecznych i sposobach ich rozwiązywania. Wskutek ogromnego tempa przemian kulturowych jesteśmy bowiem narażeni na przeterminowane wyobrażenia i  schematy językowe.


Za ich pomocą nie da się już opisywać współczesnych zjawisk. Co dzisiaj znaczą takie określenia, jak „trudna „ „ młodzież , „dzieci z rodzin patologicznych czy „nar„ komani ? Nowe podejście do problemów społecznych powinno zrodzić nowy język, stroniący od uproszczeń i  piętnowania. Język, który zachowa umiar w  angażowaniu emocji i  pomieści wszystkich biorących udział w pomaganiu. Liderzy organizacji pozarządowych muszą mówić zrozumiale i  zgodnie ze swoim rozeznaniem. Trzeba np. odważnie wyjaśniać, że bezdomności nie rozwiąże się administracyjną decyzją o  przydziale mieszkania, bo bezdomność ma się w  głowie. Nie sprowadza się ona do braku domu, ale polega na utracie umiejętności zamieszkiwania. Z  własnego doświadczenia wiem, jak trudny jest opis problemów społecznych i  sposobów ich rozwiązywania. Od wielu lat bowiem próbuję informować o działalności mojej organizacji wciśniętej w stereotypowe wyobrażenia. Pomimo wysiłków do dzisiaj nie znalazłem właściwych obrazów i adekwatnego języka, który zdołałby je przezwyciężyć.


PAW W KRAINIE POPCORNU

Żyjemy w czasach globalizacji i  kultury masowej. Kulturą masową rządzi zaś masa, czyli niewyszukane smaki i akceptowane przez większość poglądy, od których lepszy może być tylko ich brak. Celem globalnych producentów i dystrybutorów jest sprzedaż możliwie największej liczby produktów, wytworzonych w jak najkrótszym czasie i  jak najniższym kosztem. Oto cała misja światowych graczy, dumnie wygłaszających hasła o  służbie klientom, zrównoważonym rozwoju czy też społecznej odpowiedzialności biznesu. Prawdziwe zadanie to tak sformatować nasze mózgi, aby pragnęły waśnie tego, co oni gotowi są nam sprzedać. Problem w tym, że ich oferta coraz częściej nie tylko nie dostarcza życiowej energii, ale powoduje, że potrzeby wyższe pokrywa kurz zapomnienia, aż w końcu ulegają zanikowi. Sukces odnoszą ci, którzy potrafią właściwie odczytać potrzeby masowego konsumenta i znaleźć łatwy dostęp do naszych portfeli. Drogę do masowych gustów toruje pobudzanie najniższych instynktów i  popędów, odwo-

29


Paw w krainie popcornu

ływanie się do zbiorowych przekonań i zawłaszczanie autorytetów. Przykład? Wystarczy zobaczyć, w jaki sposób reklama żeruje na życiu prywatnym i emocjonalnym. Tak oto kostka rosołowa i keczup determinują rodzinne szczęście, niezawodni koledzy są tam, gdzie leje się piwo, sukces w  biznesie gwarantuje odpowiednio dobrany szampon (którego jesteś wart/warta), a  największym zaufaniem kochających matek cieszy się… rutinoscorbin. Galeria, kolekcja, promocja, nominacja – oto niektóre przykłady językowych zawłaszczeń. Nadęcie sięga zenitu: super, ekstra, top, premium, platinium… Przyznam, że prawdziwy szok przeżyłem, oglądając transmisję z uroczystości pogrzebowych Michaela Jacksona w  hali Staples Center w  Los Angeles, gdy zwłoki króla popu zamknięte w  złotej trumnie przywitał chór religijnym hymnem Soon and very soon we are going to see the King. Misyjność współczesnej telewizji sprowadza się niemal wyłącznie do tego, aby za pomocą medialnych zabiegów sprzedawać różne produkty. Bywa, że w zalewie reklamowej szmiry z trudem odnajdujemy jakikolwiek istotny przekaz. Nie przez przypadek gazeta o najwyższym nakładzie w  Polsce to brukowiec, który powstaje niemal wyłącznie na podstawie sondaży opinii pu-

30


„ blicznej. Nie inaczej jest z niemieckim „Das Bild czy „ brytyjskim „The Sun . Skutkiem tego, przy rosnącym bogactwie nowoczesnych sposobów przekazywania informacji, dramatycznie brakuje treści naprawdę znaczących i wolnych od kontekstu marketingowego. Kamuflowanie żądzy posiadania jest jednak dowodem pewnego zakłopotania czy wręcz poczucia winy. Próby zacierania śladów nieokiełznanej chciwości przybierają prawdziwie groteskowe formy. Chrupiące mac-ciasteczka nie mają bynajmniej trywialnego „na„ dzienia , ale amatorom kulinarnych zdobyczy oferują „ „ „gorące wnętrza . I to pod hasłem: „I’m lovin’ it – co wyrażone w angielskim czasie Present Continuous znaczy, że kocha się tu i teraz, w tej krótkiej chwili rozkoszy przeżywanej pomiędzy punktem oralnym i analnym. W telewizyjnej reklamie spiker oznajmi: „Każde po„ kolenie ma swoje pragnienia… . Chwila wyczekiwania „ i  oto już wiemy: „To pokolenie wybrało pepsi . Mieszanka rumu i  coli zwana w  Hawanie cuba libre, która dla Kubańczyków jest synonimem wolności, dla nas ma już wyłącznie smak korporacyjnego interesu. Chciwe i  krwawe totalitaryzmy XX w. uznawały, że kłamstwo często powtarzane z czasem zaczyna uchodzić za prawdę. Gdy słucham reklamowych zaklęć, opartych w naj-

31


Paw w krainie popcornu

lepszym razie na półprawdach, zaczynam podejrzewać, że ich twórcy przyjęli ten sam punkt widzenia. O krainie popcornu zacząłem myśleć po lekturze książki ks. Jerzego Szymika Teologia w krainie pepsi-coli. Kraina popcornu to świat, w którym liczy się głównie długość przewodu pokarmowego i sposób na jego maksymalne wykorzystanie. Rozumiem przez to wszelkie możliwe sposoby konsumowania i  kolekcjonowania wciąż nowych doznań. Procesy optymalizacji treści wiodą w kierunku papkowatości i nadęcia. Im bardziej przetworzone, zmielone i smakowo uniwersalne, tym większa szansa na znalezienie odpowiednio dużej grupy admiratorów. Pewnego dnia zabrałem grupę dzieci na lody i ze zdziwieniem dostrzegłem, że najlepiej rozpoznawane przez nie smaki to: snickers, cappuccino, bounty, musli i  tiramisu. Obiektem dziecięcego pożądania stały się więc pewne koncepcje marketingowe, które z aromatami występującymi w przyrodzie nie mają nic wspólnego. Niewykluczone, że z czasem zapomną, jak smakowały lody śmietankowe, czekoladowe czy cytrynowe. Być może w ślad za tym ich zdolność do odczuwania wzruszenia, zachwytu, wstydu czy radości zostanie zastąpiona przez umiejętność odtwarzania wrażeń rozpiętych między reakcją na sztuczki Harry’ego Pottera i popisy Jamesa Bonda. Progiem zaś pobudzenia emocjonalnego stanie się

32


Teksańska masakra piłą mechaniczną lub choćby niewielkie tsunami. Dodam jeszcze, że niedawno słyszałem, jak śmiałek powracający ze szkoły przetrwania wyznał, że: „ „czuł się jak Tom Cruise w Mission Impossible . Oczywiście zdaję sobie sprawę z  tego, że mamy do czynienia z  rewolucją kulturową, która detronizuje bohaterów kultury judeochrześcijańskiej i helleńsko-rzymskiej, by w  to miejsce ustanowić popkulturowych herosów. Nie jest to jednak zwykła wymiana bohaterów. Klasyczni bohaterowie opiewali swoje prawdziwe stany wewnętrzne, nazywając je niejako za nas i  na nasz wspólny użytek. W ich opisach odnajdywaliśmy siebie. Emocje, których dostarcza nam popkultura, są coraz bardziej wystudiowane, rodzą się z efektów specjalnych w wielkich studiach filmowych i mało mają wspólnego z  tzw. normalnym życiem. A  na dodatek uzależniamy się od nich i  mamy skłonność do ich wyolbrzymiania. Istnieje więc obawa, że za jakiś czas większość obywateli naszego globu – użytkowników Internetu i  gier komputerowych – wyzbędzie się swoich uczuć na rzecz emocjonalnego oprogramowania w wersji EMO XP 2.0. W  Historii filozofii po góralsku ks. Tischnera Józek Bryjka z Ochotnicy, rozpoznany w Grecji jako Diogenes, „był cłekiem ślebodnym. Nie doł se dusy psywiązać psez ziemskie bogactwa. Jak nojmniej mieć, jak nojbardziej

33


Paw w krainie popcornu

„ być . Mówi on: „To co mos, mo i ciebie […] A jak cie tak syćko powiąze, to ani się spostsezes, ze ni mos już „ siebie . I  nie ma to nic wspólnego z  działalnością pracowitego przedsiębiorcy, który z fascynacją udoskonala świat, czerpiąc satysfakcję z twórczej aktywności, a nie z samego aktu własności. I  jak przedsiębiorca współtworzy porządek świata, planuje, dobiera narzędzia, podejmuje ryzyko, tak posiadacz głównie gromadzi, a użyteczne przedmioty sprowadza do rangi gadżetów. Składowe jego dobytku są niedopasowane, niespójne i  w  rezultacie bezużyteczne. Tak jak u  Witolda Gombrowicza w  Trans-Atlantyku, gdy uwodziciel młodego Ignaca, Puto Gonzalo, oprowadzając po swym pałacu pełnym przypadkowych przedmiotów, mówi: „[…] dlatego ja kosztu nie szczędząc wszystko zakupiłem i tu „ do kupy zgromadziłem, żeby mi trochę potaniały . Albo jak u Saint-Exupéry, opowiadającego w Twierdzy o człowieku, który zamknął w domu dzban wody, bo kochał szmer fontanny. W krainie popcornu nie trzeba mierzyć się z dylematem Ericha Fromma – być albo mieć. Rozstrzygnięcie „ narzuca się samo, gdy nade wszystko trzeba „wyglądać . Solaria i  siłownie to miejsca pielgrzymowania wielu nastoletnich osiłków, dążących do osiągnięcia stanu „ ABS-u (Absolutnego Braku Szyi). Skuteczny „lans , po-

34


pularność i podobanie się to szczyt marzeń wielu współczesnych nastolatków, zapominających o  tym, że orły z natury są szare, a papugi głupie. Jest taki popkulturowy przesąd, że jak o kimś nie mówią, to go nie ma. Wydaje się, że niebezpieczeństwo publicznego nieistnienia budzi większą grozę i karze bardziej dolegliwie niż cały polski wymiar sprawiedliwości. Wszyscy, którzy wypadli z  ramówki i  zeszli z plakatu, mogą w  najlepszym razie wyczekiwać ostatniej sceny ze swoim udziałem, kiedy zostaną publicznie odarci ze skóry w trakcie bezpośredniej relacji na żywo. Psycholog Bartek Dobroczyński w  książce pod znamiennym tytułem Trzecia Rzesza Popkultury pisze o pozornie niewinnym, a coraz mocniej rozpowszechnionym „ zwyczaju czy nawet obowiązku bycia „trendy . Całkiem poważnie przyjmowane przez rzesze ludzi wzorce w  trzeciorzędnych dziedzinach życia, takich jak moda, „ wyznaczane przez – nomen omen – „dyktatorów , poświadczają zasadność obaw. Nie dość na tym, że współczesnych krawców, z pewnością dużo bogatszych od ich kolegów z minionych epok, nazywa się kreatorami. Dziś wystawę ciuchów zalicza się do wydarzeń z  dziedziny kultury wysokiej. Niedawni kuglarze, bajarze, rajfurzy i  komedianci zajęli poczesne miejsce na współczesnym targowisku

35


Paw w krainie popcornu

próżności. Jesteśmy świadkami niekończącego się nominowania, promowania, nagradzania i celebrowania wciąż tych samych postaci. Statuetki w różnych kształtach i kolorach przyznawane podczas nadętych ceremonii koncentrują uwagę milionów ludzi z  całego świata na tych kilku wybrańcach, których jeden gest lub słowo wywołuje ekstatyczne stany. Zaskakuje tylko to, że obywatele rozwiniętych demokracji, mocno wyczuleni na punkcie swej wolności i racjonalności, z taką łatwością pozwalają się traktować cynicznie i  instrumentalnie. Cały ten jarmark odbywa się w jednym głównym celu: ma jak najdłużej i  najbardziej intensywnie skupiać na sobie uwagę. Kwestia treści pozostaje, rzecz jasna, sprawą co najwyżej drugorzędną. To rozkochiwanie w  sobie jest ukierunkowane na zwiększanie zysków, bowiem człowiek wraz ze swoim „ „image’em – zwykle dodatkowo po jakimś face liftingu – jest na sprzedaż. To znaczy, że podlega prawom ryku, które decydują, kiedy wprowadzić go na szczyty popularności, karmiąc nim głodne idola masy, i  kiedy boleśnie go z tych szczytów strącić, przy jeszcze większym aplauzie publiki. Człowiek wraz z najbardziej intymną sferą swych emocji jest zaledwie narzędziem do sprzedawania dowolnych produktów.

36


Gdy rodzi dzieci, promuje pieluszki i kosmetyki dziecięce, gdy traci kogoś bliskiego, przywdziewa kolekcję klasycznych ubrań, gdy rozwodzi się, poleca antydepresyjne wakacje na Ibizie, w wieku mocno dojrzałym zaś dzieli się z  publicznością entuzjastycznym umiłowaniem kleju do protez. A gdy już zakończy swój promocyjny żywot, ląduje na wyprzedaży wśród nietrafionych torebek Gucci i szybko wychodzących z mody MP3. Popkultura potrzebuje zwycięzców. Wszędzie kró„ luje „top ten , czyli 10 najmilszych prezenterek telewizyjnych wszech czasów, 10 najmodniejszych komórek z  klapką, czy też 10 najbardziej seksownych pocałunków sezonu. Ale to jeszcze nie koniec zabawy. Przecież znacznie więcej emocji można wywołać przez piętnowanie pokonanych. A  tutaj mamy 10 najsłabszych debiutów sportowych, 10 najgorzej ubranych posłanek lub 10 największych wpadek prezydenta. Pamiętam swoje zdumienie, gdy widziałem w  telewizorze, jak tysiące rozumnych istot wysyłało SMS-y, aby Monika opuściła dom Wielkiego Brata. Kiedy indziej ochroniarz nie wpuścił porządnie ubranego gentelmana do klubu, bo ten – jak oświadczył – nie przystawał do profilu miejsca i nie dawał gwarancji dobrej zabawy. Dobroczyński kwituje dosadnie: „Moloch nie

37


Paw w krainie popcornu

zadowala się już jedynie objawami kultu, pragnie jesz„ cze krwi i ofiar . Pomysł na PAW-ia narodził się wiele lat temu, kiedy wraz z  psychoterapeutą Ryszardem Izdebskim dyskutowaliśmy o tym, co silnie, choć nieformalnie i niepostrzeżenie wpływa na młodzież. Zaszyfrowaliśmy te wpływy, nadając im tytuł Postmodernistyczny Anonimowy Wychowawca, czyli w  skrócie PAW. Chodzi o twór amorficzny i bezosobowy, który nie daje się ująć w jakiekolwiek ramy. PAW jest ciągle inny, jak w kalejdoskopie. Zmienia się na życzenie jak silikonowy worek w fioletowe paski z reklam sieci komórkowej PLAY. Może straszyć, wzruszać, bawić albo ekscytować. PAW mieni się wszystkimi kolorami tęczy i przybiera różne postaci. Nie ma żadnych światopoglądowych wyróżników. On chce tylko się podobać. Więc stroszy pióra, podnosi głowę i wydaje przeraźliwy okrzyk. Nie ma w nim, jak tego chcieli Jean-François Lyotard i Jacques Derrida, żadnej ideowej zawartości. PAW reprezentuje koniec wielkich metanarracji i ukierunkowanej kultury. Jest średnią statystyczną, wypadkową gustów i ich braku. Podobnie jak Avatar Jamesa Camerona jest czystą formą nieskończenie przerastającą treść. Jest samym opakowaniem.

38


PAW to symbol kultury masowej, homogenicznej, bezpłodnej i pozbawionej choćby cienia heroizmu. Kocha się ona sama w sobie (stąd tytuł tej książki: Coca kocha Colę). A w tym kazirodczym akcie rodzi karły, pokraki i mieszańce, mutując w kierunku form coraz bardziej jednorodnych. I jeszcze jeden obrazek z Gombrowicza potwierdzający diagnozę kultury: „[…] a w tej chwili pies duży, legawy przyszedł się łasić; i jak baran czarny; ale nie baran to był, bo jak kot duży z pazurami; tyle tylko, że z koźlim ogonem i zamiast miauczeć, jak „ koza beczał . To oczywiste, że z kimś lub raczej czymś takim nie można wejść w  jakiekolwiek intelektualne relacje. Złapiesz byka za rogi i natychmiast okaże się, że trzymasz za ogon rybę, która w jednej chwili zmieni się w gadającą maskotkę made in China. Stąd trudność w podjęciu jakichkolwiek sensownych prób interakcji. Wobec tego, co bezkształtne i  niedookreślone z  zasady przyjmuje się albo postawę rezygnacji, albo wymierza się ciosy na oślep. Pozostaje więc pytanie: jak dokonać duchowo-intelektualnego przeciwstawienia czemuś, co jest nieoznaczone i nijakie? Jak wejść w spór ze zjawiskiem charakteryzującym się głównie tym, że nie ma żadnych światopoglądowych wyróżników?

39


Paw w krainie popcornu

Aby PAW-ia okiełznać, tak by nie panoszył się zuchwale w naszym ogrodzie, należy wykorzystać kulturową przewagę, dzięki której jesteśmy w  stanie tropić, demaskować i ośmieszać popkulturowe triki. Osobiście − jako konsument i obserwator popkultury − stronię od bojkotu, ale odsłaniam i wyszydzam jej ukryte knowania, gdy tylko nadarzy się okazja. Unikam apokaliptycznej retoryki i  kaznodziejskiego zadęcia, aby w  prosty sposób szmirę, blichtr i próżnię nazywać po imieniu. Z  upodobaniem słuchałem niedawno dziennikarza pracującego dla jednego z tabloidów. Wijąc się i klucząc, objaśniał mi misję swojej gazety, którą ta żarliwie realizuje w stosunku do ludzi ledwo piśmiennych. Jak twierdził, gdyby nie ona, niczego by nie czytali. Ja zaś z każdym jego słowem nabierałem przekonania, że gdyby Jan Gutenberg z Moguncji wiedział, iż kiedyś powstaną tabloidy, z  pewnością ukryłby głęboko przed światem swój wiekopomny wynalazek. Piotr Legutko – dziennikarz i znawca mediów − w swojej książce Gra w media podkreśla, że misja tabloidów nie polega na tropieniu prawdziwych afer i przestępców, ale na posyłaniu na gilotynę każdego, kto nawinie się pod rękę. Ważne, aby egzekucja dostarczyła odpowiednich emocji. Wielki tytuł na okładce: Biskup bije swoje dzieci.

40


Dalej, drobnym drukiem, autor językiem Psów Władysława Pasikowskiego opowiada historię Bronisława Biskupa ze wsi Świdry Małe, znęcającego się nad gromadką swoich dzieci. Ileż powodów do uczuciowego ożywienia, zdolnych wypełnić międzyserialową pustkę: po pierwsze nienawidzić brutalnego gada, po drugie roztopić się w litości nad biednymi dzieciakami, którymi z pewnością w następnym numerze zajmie się jakaś znana aktorka. W  całym tym fikcyjnym opisie pewne jest tylko to, że u jego źródeł leżą ściśle ekonomiczne powody, takie jak wielkość sprzedaży i związana z tym kasa, które sprawiają, że schlebia się najbardziej przyziemnym skłonnościom i upodobaniom. Podobne zjawiska dotyczą mediów elektronicznych, zajmujących się zaledwie konfekcjonowaniem informacji, przy których przygody Tomka Sawyera czy Pippi Langstrump to wydarzenia godne historycznych opracowań. Jak można spokojnie przyjmować wiadomość o trzygodzinnej awarii elektrycznej w Brazylii w najważniejszym polskim programie informacyjnym, z którego wiedzę o świecie czerpią miliony Polaków? Zjawisko to, tzw. infotainment, polega na zajmowaniu milionów ludzi relacjami, których ranga nie przewyższa znaczenia dożynek w  Racławicach. Byle tylko powodować wychy-

41


Paw w krainie popcornu

lanie się emocjonalnego wahadła, tak aby jutro znów usiedli przed telewizorami, przywołani zbiorowym głodem adrenaliny. Największa sensacja, ogromny błąd, tragiczny pożar, miażdżący raport, makabryczne znalezisko − tak brzmiały nagłówki wiadomości jednego z największych polskich portali internetowych. Za nimi kryły się trzeciorzędne informacje z  Polski powiatowej. Ci, którzy po nie sięgnęli, musieli poczuć się rozczarowani. Pewnie wówczas, gdy rzeczywiście pojawią się wydarzenia o  dramatycznym przebiegu, już nie uwierzą groźnie brzmiącym tytułom. Cechą naszych czasów jest przesuwanie granic w różnych dziedzinach życia. Właściwie każda kolejna edycja, seria i model muszą zawierać doskonalsze rozwiązania. Takie są reguły postępu. Jednak w  posługiwaniu się językiem koniecznie trzeba zachować umiar i  zdrowy rozsądek. Jeśli mianem „tragicz„ nego nazywamy pożar jakiejś rudery, to co powiemy, kiedy − nie daj Boże − płonąć będzie któryś z symboli naszej kultury? Co jakiś czas w europejskich mediach powraca temat pracujących dzieci. Niedawno przeczytałem kolejne doniesienia o  nastolatkach zatrudnionych przy produkcji sprzętu elektronicznego w Chinach. Pomyślałem wówczas także o tych, którzy pracują w reklamach, fil-

42


mach czy innych gałęziach show-biznesu. Przecież ich praca jest nie mniej narażona na przykre konsekwencje. Stres, konieczność dostosowania się do oczekiwań rynku, utrata prywatności… Piętnowanie − skądinąd nagannych − praktyk w Chinach idzie w parze z tolerowaniem podobnych zjawisk w naszej części świata. To z pewnością przejaw hipokryzji. Jeśli bowiem uznajemy zatrudnianie dzieci za naganne, to nie ma różnicy, czy składają sprzęt elektroniczny, czy spędzają całe godziny na planie filmowym. Zjawisko tabloidyzacji i zajmowania umysłów milionów ludzi trzeciorzędnymi informacjami powoduje ich wykluczenie społeczne. Tym, którzy nie zdołali wytworzyć umiejętności selekcjonowania informacji, funduje się iluzję posiadania wiedzy o świecie, podczas gdy to, co istotne, całkowicie umyka. Gospodynie domowe przeżywają banalne historie bohaterów telenoweli, młodzi niecierpliwie wyczekują nowego wideoklipu nowej gwiazdki z Kalifornii, a staruszkowie z niską emeryturą tęsknią za bezpośrednią transmisją z  aresztowania łapówkarza. Tymczasem obok − bez fleszy, kamer i  mikrofonów − toczy się prawdziwe życie, w  którym nie biorą już prawie udziału. Charakterystyczna dla naszych czasów ekspansja kultury masowej jest zjawiskiem z gruntu ekonomicznym,

43


Paw w krainie popcornu

opiera się na dążeniu do osiągnięcia równowagi pomiędzy popytem i podażą. Globalizacja gospodarki odpowiada na potrzeby modernizujących się społeczeństw. Coraz więcej ludzi pretenduje do tego, aby wygodnie mieszkać, dużo jadać, mieć telefony komórkowe, laptopy, telewizory i samochody, a także bawić się i podróżować. Spełnienie wysokich aspiracji materialnych rosnącej liczby ludzi na naszym globie jest nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie oczywiste limity surowcowe i  energetyczne lub konieczność ochrony środowiska naturalnego. Wykluczenie zaś całych społeczeństw z cywilizacyjnego awansu jest niesprawiedliwe i rodzi niebezpieczeństwo frustracji, a w ślad za tym ryzyko wybuchów niezadowolenia. Jak zatem za pomocą wolnorynkowych mechanizmów spełnić powszechne oczekiwania, a  równocześnie ustrzec się degenerujących wpływów kultury masowej i globalnych zagrożeń dla naturalnego środowiska człowieka?


Kluczem jest dobrze zaprojektowana i szeroko zakrojona edukacja, która możliwie największej liczbie ludzi objaśni, jak mamy obchodzić się ze światem, aby nie doprowadzić do katastrofy. Oznacza to w rezultacie konieczność solidarnego stosowania samodyscypliny w  szeroko rozumianej konsumpcji. Na szczęście coraz więcej ludzi rozumie, że tylko wolny rynek i  liberalna demokracja, pozbawione zdolności do samoograniczeń, nie są w  stanie zapewnić długoterminowego rozwoju naszej cywilizacji. Pojawiają się pierwsze oznaki nowej świadomości, np. w kwestii leczenia otyłości dzieci, które padły ofiarą diety bazującej na frytkach, chipsach, słodyczach i  napojach gazowanych, czy też zjawiska młodych ludzi spędzających całe dnie w  galeriach handlowych. Wychodzenie z  popkulturowego dołka należy oprzeć przede wszystkim na wierze w  ludzką zdolność do tworzenia i współdziałania.


HOMO CREATOR WANTED

Ponad sto lat temu w studium o  samobójstwie Emil Durkheim, francuski badacz społeczny, zauważył, że pozornie indywidualne, a  wręcz osobiste zachowania ludzi, mają swe podłoże w zjawiskach społecznych. Nieco później Antoni Kępiński pisał o  chorobie psychicznej jako reakcji ludzi wrażliwych na zbyt szybkie tempo przemian i brutalność świata. To rzeczywistość społeczna, zdaniem Kępińskiego, odciska w ludzkiej psychice swoją wieloznaczność i  brak trwałych punktów orientacyjnych. Dlatego jego książki są wielkim oskarżeniem świata i zasad, które w nim panują. Najważniejsze teksty Kępińskiego powstawały w latach 70. ubiegłego stulecia. Wtedy bezpowrotnie kończyły się czasy, kiedy ludzie rodzili się i  umierali w  podobnych warunkach. Odtąd świat z początku i końca każdego pokolenia dzielić będzie olbrzymia przepaść. Od tamtego czasu, chociaż minęło zaledwie 40 lat, bardzo wiele się zmieniło. Świat znacznie przyspieszył. Wskutek rozwoju nowoczesnych technologii informa-

47


Homo Creator Wanted

tycznych pojawiły się zjawiska, które nawet nie śniły się naszym babciom. Szybkość i łatwość dostępu do informacji przekształciła ją w towar rynkowy. Konkurujące ze sobą koncerny medialne robią wszystko, aby jak najdłużej skupić uwagę milionów ludzi na emitowanych programach. Całodobowe serwisy informacyjne utrzymują stan sztucznego napięcia i angażują nasze emocje w sprawy, wobec których należałoby zachować dystans. W  ten oto sposób wytwory ludzkiej inteligencji przejmują nad nami władzę. Większość z nas ulega presji bycia w ciągłym kontakcie ze światem i odbierania sygnałów otoczenia. Przez cały niemal dzień śledzimy medialne doniesienia, odbieramy i  wysyłamy wiadomości. Współczesna cywilizacja zmusza nas do aktywności w  globalnej sieci. Jakże anachroniczne wydają się dzisiaj wspomnienia sprzed mniej więcej ćwierćwiecza, kiedy to za pośrednictwem radioodbiorników wzywano wczasowiczów do powrotu do domu z waka„ cji „w pilnej sprawie rodzinnej . Jedynie problemy człowieka pozostają te same: brak orientacji, poczucie bezsensu, a w ślad za tym bezcelowości istnienia, egzystencjalna rozpacz i osamotnienie. Ludzie nie są w  stanie przyswajać tak wielkiej liczby informacji. Ich możliwości poznawcze i emocjonalna odporność balansują na krawędzi wyczerpania. Wzrost

48


intensywności kontaktów międzyludzkich niesie ze sobą obniżenie jakości relacji z innymi, a  w  konsekwencji spadek zadowolenia z coraz bardziej powierzchownych więzi. Tempo przemian jest dziś tak duże, że choćby krótka przerwa w  aktywności zawodowej, spowodowana chorobą lub dłuższym urlopem, może znacznie utrudnić powtórne znalezienie się w  głównym nurcie zdarzeń. Ludzie pozbawieni pracy już po kilku miesiącach mają wielki problem z  nadążeniem za zmianami, które dokonały się na obszarze ich aktywności zawodowej. To powoduje, że wielu − z  obawy przed wypadnięciem z obiegu − pracuje ponad siły i odkłada na później swoje osobiste problemy. Przypomina to ludzi porwanych przez rwący nurt rzeki, którzy stojąc na tratwie bez wioseł, z rezygnacją patrzą na umykające im znajome krajobrazy. Tak urządzony świat w zasadzie nie pozostawia nam wyboru. Tylko nielicznych stać na zdrowy dystans i utrzymywanie równowagi. Szczególnie ważne wydają mi się słowa Kępińskiego: „ „Kto nie buduje, ten musi burzyć . Uderzająca jest ostrość i jednoznaczność tej konstatacji. Kępiński, jak się wydaje, kategorycznie stwierdza, że nie ma trzeciej opcji w życiu człowieka: jeśli nie dokonuje on kreacji, popada w  destrukcję. To oznacza, że każda osoba wypchnięta z głów-

49


Homo Creator Wanted

nego nurtu życia społecznego, a tym samym pozbawiona możliwości kreatywnego udziału w  biegu zdarzeń, zacznie sypiać piach w społeczne tryby. Ci, którzy przestają funkcjonować w  życiu zbiorowym na społecznie aprobowanych zasadach, schodzą do podziemia i  wkraczają w szarą strefę aktywności. W tej sytuacji społeczeństwo nie tylko traci potencjał twórczej jednostki, ale także musi powstrzymywać jej aspołeczną aktywność. Tworzenie ma tę niezwykłą cechę, że jest czymś bardzo indywidualnym, wręcz osobistym, a równocześnie ma wymiar społeczny. Gdy śpiewam, maluję, rzucam ziarno, buduję dom, wyrażam siebie − czynię to wobec innych i ze względu na innych. W tym sensie akt tworzenia domaga się społecznego kontekstu. Jest więc formą dialogu z innymi ludźmi. Zarówno z tymi, z którymi stykam się bezpośrednio, jak i z tymi, którzy byli przede mną i przyjdą po mnie. Tworzenie to pozostawianie śladów mogących przetrwać dłużej niż my sami. Twórca opiera się upływowi czasu. Jest z boskiego plemienia. Człowiek, który nie uczestniczy w twórczym dialogu pokoleń, nie czyta napotykanych śladów i  nie pozostawia ich po sobie z  myślą o  przyszłych generacjach, zostaje pozbawiony spoiwa nazywanego sensem. Zna „ tylko wolność „niebycia . Ponieważ nie jest mu dana radość tworzenia, gorzknieje i twórczą aktywność innych

50


traktuje jako własne zagrożenie. Nie szanuje też dzieł pozostawionych przez innych ludzi. Używa życiowej energii do niszczenia tego, co drudzy wytworzyli. W akcie destrukcji zwraca się także ku sobie. Gdy nie używa noża, aby pokroić nim chleb i położyć go na wspólnym stole, wcześniej czy później wbije go komuś w  plecy albo otworzy nim sobie żyły. Pamiętam taki obrazek z  nadmorskiej plaży, kiedy chłopcy postanowili wybudować zamek z  piasku. Zanim z zapałem zabrali się do pracy, skompletowali ekipę i  przydzielili role. Jeden z  aspirujących do budowania chłopców nie zyskał akceptacji grupy i musiał opuścić „ teren „budowy . Po wielu godzinach wytężonej pracy plażowiczom ukazał się wspaniały efekt, który wzbudził podziw wszystkich obecnych poza tym jednym chłopcem, wykluczonym ze zgodnie współpracującego grona. On niechętnie przyglądał się zapracowanym budowniczym. Gdy tamci cieszyli się z ukończonej pracy, kipiał ze złości. Wprawdzie próbował coś sam zbudować na boku, ale efekt był raczej mizerny. A gdy wieczorem plaża zaczęła się wyludniać i chłopcy udali się na kolację, kilkoma kopnięciami zniszczył cały zamek. Opowiedziane zdarzenie, podobne do tych, o których niewątpliwie słyszy się wiele, mówi nam co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze każde wykluczenie jest zwią-

51


Homo Creator Wanted

zane z ryzykiem działania wbrew woli wykluczającego ogółu. Tutaj rozwiązanie narzuca się samo. Należy dawać szansę pretendującym do współpracy, określać role, kierować budowaniem. Proces ten nie będzie przebiegał bez zakłóceń. Pojawią się rozbieżności co do koncepcji, problemy organizacyjne i konflikty o sprawiedliwy podział owoców pracy. Dopóki jednak znajdą zastosowanie powszechnie akceptowane mechanizmy społeczne, należy podtrzymywać kooperatywny model relacji. Po drugie jednak, poza wariantem wykluczenia, istnieją postawy stałej i  opornej niechęci do nawiązywania jakichkolwiek form współpracy. Zdarza się tak, że pomimo uruchomienia wielkiego aparatu perswazji nie można spowodować twórczej aktywności. Z  takimi sytuacjami mamy niestety do czynienia coraz częściej. Wielu ludzi, również młodych, nie odpowiada na sygnały płynące z  otoczenia i  nawołujące do podjęcia społecznie aprobowanej aktywności. Dlaczego? Zwykle wymaga to indywidualnego podejścia i  głębszego potraktowania. Otwarta pozostaje kwestia: czy jako społeczeństwo bezpowrotnie utraciliśmy szansę na wykorzystanie potencjału drzemiącego w stojących z boku destruktorach? Czy też wciąż możemy poszukiwać lepszych narzędzi i metod służących integracji społecznej? A  więc, nieco trywializując: czy potrzeba nam więcej więzień czy lepszych wychowawców? 52


Niezwykle istotnym zadaniem staje się zatrzymanie nawykowej czynność przeżuwania popkulturowej papki i przełamanie biernej receptywności. Niewykluczone, że największe zagrożenie płynące z konsumpcyjnego stylu życia polega na uśpieniu kreatywności. Paul Ricoeur twierdził, że dopiero zaspokojenie podstawowych potrzeb otwiera drogę do realizacji potrzeb wyższych, które − dla odróżnienia − nazywał pragnieniami. W istocie zawsze gdy jesteśmy głodni, spragnieni i  zmarznięci, koncentrujemy się na tym, jak owym stanom zapobiec. Komfortowe nasycenie może wprawdzie otwierać drogę do twórczej aktywności, jednak nie powoduje tego w  sposób automatyczny. Coraz częściej możemy zaobserwować, że bierność i  receptywność są wynikiem przesytu. Człowiek tak dalece skupia się na zaspokajaniu swoich fizjologicznych potrzeb, że utrzymując się w  stanie permanentnej sytości, a  nawet przesytu, nie wkracza na poziom, na którym mógłby realizować swoje wyższe potrzeby. Jeszcze do niedawna chudość kojarzyła się z biedą i niedożywieniem, dzisiaj coraz częściej szczupła sylwetka jest znakiem dobrostanu, a otyłość − zaniedbania. Aby osiągnąć sukces w jakiejkolwiek dziedzinie życia, potrzebna jest samokontrola i dyscyplina. By stworzyć warunki do rozwoju i osiągania sukcesu, trzeba spojrzeć na człowieka nie przez pryzmat tego, kim jest dzisiaj, ale kim mógłby być w przyszłości. Sło53


Homo Creator Wanted

„ wo „mógłby wyznacza nieskończoną przestrzeń ludzkich i boskich możliwości. Mógłbyś! – to jedno słowo potrafi obudzić ambicje i otworzyć na wyzwania, dając początek sekwencji zdarzeń, których rezultatem będzie poczucie spełnienia i satysfakcji. Określając nowe i ciekawe zadania, dostarczamy równocześnie licznych i różnorodnych możliwości odnoszenia sukcesu, a tym samym zyskiwania na znaczeniu. Głód sukcesu jest doświadczeniem młodych ludzi wychowujących się w  rodzinach, w  których dominuje poczucie braku życiowych osiągnięć, a  sukces jest tylko tematem z kolorowych okładek czasopism i hollywoodzkich seriali. Dla nich bardzo liczy się ukazywanie sylwetek ludzi zawdzięczających swój awans życiowy własnym talentom i ciężkiej pracy. Jak zauważa prof. Piotr Sztompka, obok IPN przydałby się nam bardzo IBP, czyli Instytut Bohaterów Narodowych, który zająłby się promowaniem barwnych postaci i tzw. dobrych praktyk. Młodzi ludzie, którzy z  różnych powodów nie odnoszą sukcesów w szkole, intuicyjnie poszukują środowisk dających widoki na zdobycie odpowiedniej pozycji. Chcą zaistnieć w dziedzinie, w której czują się lepsi i sprawniejsi. To niemalże prawidłowość, że ci, którzy

54


w formalnych systemach wychowawczych ponoszą fiasko, podejmują natychmiastową próbę zrekompensowania sobie tej porażki w układach nieformalnych, wolnych od wpływu dorosłych. Problem w tym, że często prowadzą one do destrukcji i całkowicie wymykają się społecznej kontroli. Dyktatowi popkultury trzeba przeciwstawić silną wiarę w to, że człowiek jest istotą zdolną do rzeczy po stokroć wspanialszych niż choćby najbardziej wyrafinowana konsumpcja. Jest bowiem usposobiony do bycia twórcą, i  to w  dziedzinach wykraczających poza codzienność. To oznacza, że głównym zadaniem wychowawcy jest dostarczanie okazji do angażowania twórczych możliwości młodego człowieka. Jedną z  podstawowych ról wychowawcy jest pokazywanie perspektyw i  możliwości rozwoju. „Możesz! „ Dasz radę! Potrafisz! – to słowa, które nie powinny schodzić z naszych ust. Właśnie od nas powinno emanować przekonanie, że dzięki odważnym pomysłom i wysiłkowi można w życiu osiągnąć wszystko, co sobie człowiek wymarzy. Owa zachęta jest wiarygodna tylko wtedy, kiedy sam wychowawca jest w jakimś sensie „ „człowiekiem sukcesu – pracuje nad sobą, rozwija się i nie unika nowych wyzwań. Wiara w mogące nieocze-

55


Homo Creator Wanted

kiwanie rozkwitnąć ludzkie możliwości i nadzieja na szczęśliwy finał konsekwentnie podejmowanych wysiłków jest fundamentem relacji pomiędzy wychowawcami i wychowankami. Wszyscy ci, którzy z  powodów genetycznych stawiają na kimkolwiek krzyżyk, niech przypomną sobie powojenną historię dwóch państw niemieckich. Trudno o  mocniejszy, bo statystycznie istotny argument. Ludzie o  podobnym materiale genetycznym i  należący do tej samej tradycji narodowej, gdy tylko znaleźli się w  odmiennych systemach polityczno-społecznych, z  których jeden ograniczył ich wolność, zachowywali się całkowicie odmiennie. Byłe NRD, zamieszkiwane przecież przez niemieckich obywateli, było − tak samo jak pozostałe kraje bloku wschodniego − miejscem występowania ekonomicznych absurdów, gospodarczej stagnacji, polityki represyjnej i  obywatelskiej nielojalności. Skutki tego mrocznego eksperymentu trwają do dzisiaj i – pomimo obalenia muru przed 20 laty – wciąż utrzymują się różnice postaw społecznych obywateli dwóch byłych państw niemieckich. Jedną z najpoważniejszych chorób, jaka może przydarzyć się środowiskom wychowawczym, jest minimalizm i brak wiary w możliwość pozytywnej zmiany w życiu młodego człowieka. Tu i  ówdzie słyszymy: „z  niego

56


„ nic nie będzie . To zaś działa jak nalot szarańczy, która w krótkim czasie może pochłonąć wszystko, co zielone. Najważniejsze jest otwieranie przed młodymi świata nadziei, w którym każdy będzie miał szansę. Cierpliwe dawanie nowych możliwości wprowadza atmosferę porozumienia. Zaufanie do dorosłych jest zaś najcenniejszym zasobem, jakim dysponują młodzi ludzie. Budowanie zaufania do innych osób, do instytucji i do całego społeczeństwa jest jednym z najważniejszych zadań wychowawczych. Wydaje się bowiem, że moment, w którym człowiek je traci, zwłaszcza do najbliższych, jest początkiem wychodzenia ze społecznie aprobowanych ram. Jest to wstęp do indywidualnej degradacji, wskutek której społeczeństwo traci wartościowego obywatela. Saint-Exupéry napisał w  Twierdzy: „Nie rozumiem dlaczego oddzielać przymus od wolności. Im więcej wytyczę dróg, tym większą mam swobodę wyboru. A  przecież każda droga jest przymusem, gdyż ogrodziłem ją z obu stron płotem. Ale co nazwiesz wolnością, jeżeli nie będzie dróg, między którymi możesz wybierać? Czy wolnością nazwiesz prawo błąkania się po pustkowiu? Ilekroć powstaje przymus jakiejś drogi, „ powiększa się wolność . Zarówno w Twierdzy, jak i w innych swoich książkach Saint-Exupéry powraca do motywu wolności, która ro-

57


Homo Creator Wanted

dzi się ze zobowiązań i celów. Cóż bowiem po wolności człowiekowi uwolnionemu na środku pustyni? Dopiero świadomość istnienia studni, do której pokonując trudy wędrowania, zacznie zmierzać, aby zaczerpnąć wody, „ nada sens jego wolności. Będzie to owa „wolność do , jak nazywał ją Fromm, czyli wolność, z której korzystamy dla realizowania naszych zamierzeń. Takie używanie wolności powoduje jej nieustanny przyrost. Wolność najpełniej demonstruje się w  procesie twórczym i  ma ścisły związek z  rozwojem osobistym człowieka. Ten zaś bezwzględnie wymaga dyscypliny i odwagi. W  pewnej anegdocie matka żegna swojego syna lotnika, powracającego z  przepustki do wojska, słowami: „ „syneczku, tylko lataj niziutko i pomalutku . W przekonaniu dorosłych czas, który młodzi spędzają bez kontroli, to czas stanowiący dla nich zagrożenie. Młodzi natomiast mają skłonność do bagatelizowania lub niezauważania realnego ryzyka. Pojawianie się elementów zagrożenia jest dla nich sytuacją przyjemną i pożądaną. „ Mówi się: „jest ryzyko, jest zabawa . Potrzeba bezpieczeństwa stanowi wprawdzie jedną z  najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb, jednak jej nadmiar prowadzi do poczucia stagnacji, a następnie do nudy. Dla młodego człowieka czas jako kategoria psychologiczna jest wartością tylko wtedy, kiedy daje okazję do

58


bycia aktywnym. Każdy inny czas to czas neutralny, pozbawiony osobistego wymiaru i znaczenia. Stąd nadmiar ochrony ze strony dorosłych jest równie niebezpieczny jak jej brak. Każdy dorastający człowiek odczuwa potrzebę aktywności jako szansy na osobisty rozwój. Warunkiem tego rozwoju jest ukazanie sposobów i dostarczenie okazji, aby w drodze regularnie podejmowanego wysiłku można było osiągać kolejne cele. Bez przymusu stawiania pierwszych liter nie bylibyśmy uczestnikami wolności posługiwania się słowem pisanym. Wolność najpełniej przejawia się w  procesie twórczym i ma ścisły związek z rozwojem zainteresowań i udziałem w życiu kulturalnym. Przez sport uczymy się respektowania reguł, rozwój artystyczny wprowadza nas w  świat nieskrępowanej wyobraźni. Dlatego właśnie jestem zwolennikiem wywierania kontrolowanego i  dobrze uzasadnionego nacisku w procesie wychowawczym. Stosowany umiejętnie i  z  wyczuciem nie tylko nie prowadzi do zerwania kanałów porozumienia pomiędzy wychowawcą i wychowankiem, ale może stać się okazją do poszerzenia obszaru wolności we wzajemnych relacjach. Jednakże restrykcje pozbawione programu szerokich oddziaływań wychowawczych nie mogą być skuteczne nawet w dłuższej perspektywie. I to zarówno w odniesieniu do indywidualnych relacji, jak i  w  skali makro-

59


Homo Creator Wanted

społecznej. To jedna z pułapek, w którą wpadają dorośli, „ fundując sobie przekonanie, że „krótka smycz jest cudownym lekarstwem na polskie problemy z młodzieżą. Nic bardziej mylnego. Mamy do czynienia ze zjawiskiem zmiany kulturowej, której nie przezwycięży się środkami represji karnej. Jeśli stosowanie presji nie jest dostatecznie uzasadnione i jeżeli nie towarzyszy jej przyjazny stosunek do człowieka i poszanowanie jego godności, staje się dokuczliwą normą, która pogłębia przepaść między wychowawcą a  wychowankiem. Albo zaprosimy więc młodych ludzi do naszego dorosłego świata, aby odbyć z  nimi po tym ciekawym i  uporządkowanym świecie interesującą podróż, albo − gdy zastosujemy wyłącznie kontrolę, dozór i przymus − zostaniemy posądzeni


o przyjmowanie okupanckich postaw. A  przeciw okupantowi organizuje się powstanie. Podmiotowe traktowanie młodego człowieka i  respektowanie jego potrzeb indywidualnych sprawia, że odkrywa on, iż wolność jest jemu samemu i innym do czegoś potrzebna. Tylko wolny człowiek czuje się osobą i chętnie otwiera się na innych. W relacjach z ludźmi „ odkrywa, że „drugi jest granicą jego wolności. Lew Tołstoj mawiał ponoć, że człowiek zaczyna się wtedy, kiedy „ mówi „nie . Siła charakteru i zdolność omijania dróg na skróty, do sztucznych rajów, wyznacza szansę na pomyślność. Premią za wysiłek wyzwalania jest życie, które nie wygląda jak luźny zbiór wideoklipów, ale daje nam poczucie sensu i spełnienia.


PODWÓRKO ZAMIAST ULICY Wzrost liczby ludności na naszym globie, intensywne uprzemysłowienie coraz większych obszarów oraz nowe modele kulturowe doprowadziły do powstawania wielkich skupisk ludzkich. Wspomniane zjawisko, zwane urbanizacją, sprawiło, że współcześnie ponad połowa ludzkości żyje w miastach. Wraz z pojawieniem się dużych metropolii ulica reprezentowała zarówno szanse, jak i  zagrożenia związane z  wchodzeniem w  życie zbiorowe, które zmieniały się wraz ze zmianą czasów. Zawsze jednak kontakt z rzeczywistością reprezentowaną przez ulicę był z jednej strony niebezpieczny, z drugiej bywał również wspierający. Dla niektórych ulica stanowiła bowiem ostatnią deskę ratunku: tylko na jej czarnym rynku usług mogli sprzedać coś, co dawało im szansę przetrwania. Czasami za przetrwanie choćby o dzień dłużej płacili ogromną cenę. W ten sposób wielu ludzi pogrążyło się w ulicznym rynsztoku. Ocalili życie za cenę wegetowania na społecznym marginesie. Historia zna jednak przykłady spektakularnych karier – jak choćby czyścibuta Johna Rockefellera – zaczynających

63


Podwórko zamiast ulicy

się właśnie na ulicy, a znajdujących finał na szczytach światowego biznesu i sztuki. Od wyobrażeń XIX-wiecznej ulicy przejdźmy do tętniących życiem współczesnych metropolii. Ulica bardziej niż kiedykolwiek i dla znacznie większej liczby młodych ludzi jest miejscem wchodzenia w rzeczywistość ponadprywatną. To oznacza, że dotychczasowy formalny system edukacyjny i wychowawczy, reprezentowany przede wszystkim przez szkołę i  rodzinę, przestał odpowiadać na ich zapotrzebowanie. Większość wiedzy i  umiejętności oferowanych przez szkołę okaże się przydatna dopiero w dorosłym życiu, a jakaś część nie przyda się nigdy. Młodzież musi więc wychodzić poza świat dorosłych w poszukiwaniu ważnych dla siebie umiejętności. Zasoby ulicy wyraźnie wzrosły, już nie kojarzy się ona z  mrocznością zaułków i  czarnych charakterów jej stałych bywalców. Kontakt z ulicą przestał być postrzegany jako niebezpieczeństwo utraty społecznego prestiżu lub zagrożenie osobistej nietykalności. Współczesna ulica jest kolorowa, kusi dynamicznością, zróżnicowaniem. Do niej zwracają się fasady budynków i witryny sklepów. Atrakcyjne reklamy oferują różnorodne towary i  usługi. Niemalże na ulicę wystawiane są stoliki, przy których można przysiąść, aby spożyć posiłek lub spotkać się z przyjaciółmi. Elektryczne oświetlenie stwarza iluzję niekończącego się dnia. Dla64


tego wiele współczesnych metropolii nigdy nie kładzie się spać (the city never sleeps). Kto kiedyś był na nowojorskim Times Square lub w innym podobnym miejscu, wie, jak daleko tamta ulica odeszła od swego pierwowzoru. Dzisiejsza ulica stwarza wrażenie wielkiej atrakcyjności. Spędzamy na niej coraz więcej czasu. Bywanie na ulicy należy wręcz do nobilitujących rytuałów. Ulica oferuje szybko rosnący komfort. W ostatnim czasie zyskała nawet dach. Dzięki temu zapewnia stabilne „ „ warunki „pogodowe i  zawsze pełne „słońce . Centra handlowe, które gęsto powstają w wielkich miastach na całym świecie, przejmują wiele funkcji ulicy rozumianej jako przestrzeń konsumpcji, publicznych wydarzeń i  towarzyskich spotkań. Czasami pretendują do roli nowych centrów miejskich, w których koncentruje się życie miasta lub przynajmniej jego części. To powoduje istotne zmiany nie tylko w  infrastrukturze i  lokalnym handlu, ale także w  sposobie funkcjonowania miasta i stylu życia jego mieszkańców. Z  praktycznego punktu widzenia nowoczesne centra handlowe są lepszą wersją ulicy. Wyraźnie do niej nawiązują poprzez skwery z fontannami, drogowskazy z nazwami sklepów, ławeczki i zieleń. Tutaj jednak nigdy nie pada deszcz, zawsze świeci słońce. Rzeczywistość wokół pulsuje w  rytm muzyki, daje poczucie udziału w  czymś ważnym i  dobrze zorganizowanym. Oferu65


Podwórko zamiast ulicy

je się wielkie ilości różnorodnych towarów, z którymi można obcować nawet wtedy, kiedy nie stać nas na ich zakup. Ludzie oglądają atrakcyjnie wystawione towary, przymierzają i kupują, zasiadają w barach i kawiarniach, spacerują. Przychodzą tu gwiazdy kina i muzyczni idole, a ci, których dziś jeszcze nie znamy, już jutro mogą znaleźć się w gronie naszych przyjaciół. Wystarczy zapisać na sofie swój numer telefonu, a  już wkrótce może zadzwonić nowy znajomy. Tutaj nikt nie liczy czasu. Nawet zegary straciły rację bytu i przestały przypominać o  jego upływie. Problemy społeczne wypychane są na zewnątrz lub głęboko skrywane, aby nie szpecić sterylnych wnętrz i nie wprowadzać w zakłopotanie klientów. Młodzi w  centrach handlowych odkryli wiele zalet: wielofunkcyjność, nowoczesność, komfort, bezpieczeństwo i  przynajmniej pozorną dostępność wszystkiego, czego potrzebują. W  ankiecie przeprowadzonej w  jednym z krakowskich centrów handlowych wskazywali na galerie jako najważniejsze miejsca w przestrzeni miasta, do których zaprosiliby swoich gości. Dopiero stamtąd zabraliby ich na Wawel lub Rynek Główny. Dla nich centra handlowe to wielka przestrzeń spotkań, którą można zagospodarować na różne sposoby. Tutaj każdy jest u siebie. Chociaż nie jest to strefa publiczna, panuje tu atmosfera wielkiej gościnności. Mile widziani są wszyscy chcący wydawać pieniądze. Wśród wielu zalet 66


centra handlowe mają jedną poważną wadę: nie stwarzają żadnej okazji do twórczej aktywności i nie oferują niczego poza tym, co opłaca się ich właścicielom. Zo„ stały „skrojone na miarę masowych gustów i  od masowego klienta oczekują jedynie masowej konsumpcji. Starają się przejąć tylko korzyści finansowe, które czerpie się z prowadzenia działalności na nominalnej ulicy. Ulica w całej swej historii zmieniała oblicze, przestając być jedynie traktem komunikacyjnym, a  stając się raczej przestrzenią publiczną. Coraz częściej była to strefa handlowa i usługowa, miejsce spotkań, wydarzeń artystycznych i kulturalnych, a także obchodów patriotycznych i religijnych. Z czasem ulica zaczęła spełniać wiele funkcji stanowiących odpowiedź na różne zjawiska, które stawały się jej sposobem bycia. Wraz z kloszardami pojawiały się programy mające zaradzić bezdomno„ ści, „dzieci ulicy stawały się obiektem zainteresowania pedagogów, żebraków starano się namówić, aby podjęli inne zajęcie. Problemy ulicy jako przestrzeni publicznej stawały się publicznymi zadaniami. Ich rozwiązania podejmowały się organizacje działające z  publicznym mandatem, stając się ważnym elementem miejskiej rzeczywistości. Jeśli więc współczesne centra handlowe mają spełniać funkcje przestrzeni publicznej jako nowoczesne ulice, to obok oferty czysto komercyjnej powinny odpowiadać 67


Podwórko zamiast ulicy

na te same wyzwania, z którymi mierzy się nominalna ulica. W ich istnienie winna być wkalkulowana działalność społeczna, która jest osiągnięciem cywilizacyjnym dużych miast. Rozumiem przez to choćby organizowanie miejsc pozwalających dzieciom i młodzieży spędzić czas w sposób bezpieczny i twórczy. Wraz z  upowszechnieniem się nowoczesnych technologii multimedialnych ulica wkroczyła w  rzeczywistość wirtualną. Od tej pory nie trzeba wychodzić z domu, aby znaleźć się na ulicy, wystarczy dostęp do sieci internetowej. W ten sposób wirtualna ulica stała się podstawowym środowiskiem życia wielu młodych ludzi. W  tym „ kontekście określenie „dzieci ulicy nabrało nowego znaczenia i odnosi się także do tych, którzy zadomowili się w cyberprzestrzeni. Tam mają swoich wirtualnych rodziców i internetowych przyjaciół. Stamtąd czerpią wiedzę o świecie, tam karmią rybki i podlewają kwiaty, spędzają długie chwile − jak niegdyś w osiedlowej świetlicy. W powszechnym wyobrażeniu świetlice to ciasne pomieszczenia z telewizorem i stołem do pingponga, gdzie emerytowana nauczycielka, duża i ciepła jak piec kaflowy, z równie gorliwymi co niedoświadczonymi wolontariuszami spieszy z  pomocą w  rozwiązywaniu zadań szkolnych, a wieczorem rozdaje drożdżówki z herbatą. Wyobrażenia nieznacznie odbiegają od rzeczywistości.

68


Większość znanych mi świetlic to niestarannie urządzone pomieszczenia, w których zgromadzono sporo niekompletnego i niesprawnego sprzętu pochodzącego od przypadkowych darczyńców. Mocno przestarzałe wyposażenie, nie dość że nie stwarza zbyt wielu możliwości użytkowania, to jeszcze dobitnie świadczy o statusie miejsca. Ten z kolei wyznacza pozycję społeczną jego bywalców. Lokalizacja świetlicy − zwykle na tyłach szkoły, parafii czy spółdzielni mieszkaniowej − skazuje ją na rolę drugorzędną w stosunku do głównego nurtu pracy z dziećmi. Świetlice miały być alternatywą dla ulicy. Kiedy ulica stanowiła wielkie zagrożenie dla dzieci wypchniętych z  domu przez alkohol, przemoc, ciasnotę i  biedę, były jasnymi punktami na ciemnej mapie miasta. Oferowały ciepły kąt i  strawę oraz schronienie przed domowymi awanturami. Chwile beztroskiej zabawy w gronie rówieśników, gdy uliczne bandy wciągały w świat przestępczości. Pomoc w problemach szkolnych, gdy rodzice umieli tylko liczyć puste butelki i czytać ogłoszenia o zapomogach. Były przystankiem na drodze ze szkoły bez sukcesów do domu bez perspektyw. Czasami przystankiem na jednokierunkowej drodze do domu dziecka. Wielu ważnych zadań spełnić nie mogły nawet wówczas, gdy zjawiali się tam pełni dobrej woli dorośli. Wte-

69


Podwórko zamiast ulicy

dy świetlice chroniły dzieci przed złym światem, ale nie uczyły, jak nie dać się złemu poza ich terenem. Pomagały zaliczyć kolejny rok w szkole, ale nie pokazywały, że w zasięgu ręki są znacznie większe sukcesy. Były miejscem dziecięcych spotkań, ale nie oferowały trwałego środowiska rówieśniczego, które mogło być silnym oparciem na czas kryzysów. Florian Znaniecki uważał, że „samorzutne zrzesze„ nia dzieci i młodzieży mają do odegrania wyjątkowo istotną rolę, której w żaden sposób nie mogą podołać sformalizowane instytucje, takie jak choćby szkoła. Znaniecki był przekonany, że istnieje niebagatelna potrzeba „wytworzenia w naszym kompleksie społecz„ „ nym miejsca dla „grup młodocianych rówieśników i nadania im wyraźnej funkcji społecznej ustanowionej przez dorosłych. W  rozumieniu Znanieckiego chodzi o  powierzanie grupom rówieśniczym zadań wychowawczych czy raczej samowychowawczych. Kreowanie liderów młodzieżowych to dla każdego środowiska wychowawczego zadanie szczególnie ważne. Żadne środowisko młodzieżowe nie jest w stanie rozwijać się harmonijnie i  zapewnić sobie przekazu norm i  zasad postępowania, jeśli nie wytworzy grupy młodych rówieśników będących jego lokomotywą. Wiele lat temu oglądałem cykliczny program telewizyjny Tata, a Marcin powiedział… Piotr Fronczewski jako 70


ojciec toczył długie i wielce pouczające spory z młodym Mikołajem Radwanem w roli syna. Jak na nasze tradycje i współczesne uwarunkowania program ukazywał wręcz wzorcowe relacje rodzinne. W kraju, w którym ojcowie najczęściej bywali albo na wojnie, albo w barze ojciec zasiadał do rozmowy z  dzieckiem. Ta zaś była żywa, partnerska i  rzeczowa. No i  towarzyszył jej jeden wyjątkowo ważny szczegół: zawsze zaczynała się od opinii szkolnego kolegi, Marcina, którą jako niepodważalny aksjomat na wstępie rozmowy prezentował młody Radwan. Dalszy ciąg dyskusji ujawniał ogromne przywiązanie do autorytetu starszego kolegi, a  w  ślad za tym opinii, które wyrażał. Po dwóch, może trzech latach działalności ośrodka na Długiej 42 w  Krakowie postanowiliśmy przeprowadzić sondaż wśród naszych podopiecznych. Do wszystkich wychowanków placówki skierowaliśmy ankietę. Pytaliśmy m.in. o  zasadnicze motywy przynależności do wspólnoty placówki, o zaufanie i autorytety. Odpowiedzi pokazały, że grupą o bardzo wysokiej pozycji są rówieśnicy. Blisko 70 procent wychowanków ośrodka „ wybrało odpowiedź „niektórzy rówieśnicy . Na drugim „ miejscu znaleźli się „wszyscy wychowawcy . Z odpowiedzi na pozostałe pytania wyłaniał się obraz społeczności, która za najważniejszy wymiar swego funkcjonowania, skłaniający do długoterminowego kontaktu, uznaje lu71


Podwórko zamiast ulicy

dzi. Wartości społeczne: przyjaźń, akceptacja i bliskość innych osób − wskazywane jako najcenniejsze zasoby − dopełniały ten obraz. Opracowane wyniki skłoniły nas do zaakcentowania znaczenia i atrakcyjności rówieśniczego wsparcia. Stanowiły także podstawę do utworzenia pierwszej grupy liderskiej oraz przygotowania wieloletnich programów pracy z  liderami młodzieżowymi. Kiedy otwieraliśmy kolejne placówki, ważną rolę − szczególnie w początkowej fazie zawiązywania się środowiska − odgrywali zawsze liderzy związani z organizacją. Ówczesne odkrycie, potwierdzające tezy naukowe autorytetów z dziedziny socjologii i  pedagogiki, stało się jednym z  fundamentów naszego dalszego rozwoju. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić funkcjonowanie naszych placówek bez solidnej pracy z liderami. Na bazie tamtych doświadczeń powstały projekty zaadresowane do innych środowisk: Małopolskie Forum Liderów Młodzieżowych, Krakowska Akademia Samorządności czy projekt Korba dla młodzieży na Śląsku. Innym ważnym odkryciem było to, że efekty zakorzenienia i wpływu wychowawczego pojawiają się po około 2–3 latach kontaktu ze środowiskiem wychowawczym. To potwierdziło nasze intuicje na temat długo-

72


terminowego kontaktu jako warunku koniecznego do uzyskania efektów wychowawczych. Odtąd szukaliśmy różnych sposobów, aby kontakt z placówką trwał dostatecznie długo i przebiegał intensywnie. Skutkiem tych związków ze środowiskiem wychowawczym były osiągnięcia naszych wychowanków, a  także liczne przypadki związywania z nim karier zawodowych naszych podopiecznych. Kiedy rozpoczynaliśmy działalność wychowawczą, prowadzona przez nas placówka funkcjonowała w  ramach systemu edukacji, stanowiła niejako przedłużenie szkoły. W szkołach właśnie były lokalizowane instytucje popularnie zwane świetlicami. Obok szkół albo w  wynajmowanych przez szkołę pomieszczeniach nauczyciele prowadzili zajęcia dla tych, którzy − zwykle z powodu braku odpowiedniego zaplecza rodzinnego − wymagali pomocy w  nauce oraz w  przyswojeniu podstawowych umiejętności życiowych. Zasadniczym punktem odniesienia dla naszej placówki była szkoła. Tak też postrzegały to same dzieci. Świetlica w sensie środowiskowym była przedłużeniem ich doświadczeń szkolnych. Próby zdystansowania się wobec tego modelu były trudne. Organizując zajęcia edukacyjne w nawiązaniu do zajęć szkolnych, natrafialiśmy na rozliczne sytuacje konflik-

73


Podwórko zamiast ulicy

towe. Szkoła oczekiwała, że będziemy wypełniać wobec niej zadania służebne, np. zastąpimy dom, w którym dziecko ma odrobić zadania. Wraz ze zmianami w  ustawie o  pomocy społecznej „ miejsca podobne do naszych „siemachowskich zostały nazwane placówkami opiekuńczo-wychowawczymi wsparcia dziennego i stały się narzędziami pomagającymi rodzinom w  kryzysie. W  dużej mierze był to efekt silnie promowanej polityki prorodzinnej, która akcentowała znaczenie rodziny i w jakimś sensie podporządkowywała inne obszary życia dziecka jurysdykcji rodziców. W  tym modelu staliśmy się elementem systemu, który zobowiązywał nas do wykonywania różnych zadań na rzecz rodziny i w jakimś sensie podporządkował jej deficytom. Dom zaś oczekiwał, że zastąpimy rodziców w wypełnianiu ich zadań. Dodatkowym wzmocnieniem takiej roli było umiejscowienie placówek dziennych w tym samym obszarze co całodobowych, których zadaniem jest sprawowanie 24-godzinnej opieki nad dziećmi pozbawionymi opieki rodzicielskiej. My natomiast umiejscawialiśmy naszą aktywność w obszarze, który kiedyś pewnie nazwałbym ulicą, a dzisiaj z przekonaniem nazywam podwórkiem. Ulica jest anonimowa i relacje międzyludzkie mają charakter incydentalny. Z tego też powodu bywa niebezpiecz-

74


„ na i marginalizuje. Będąc „zadaszonym podwórkiem z dużą i różnorodną ofertą zajęć oraz obecnymi na nim dorosłymi, zaoferowaliśmy świat rówieśniczych relacji. To nasze podwórko istnieje na przecięciu innych ważnych dla młodego człowieka obszarów: rodziny, szkoły i ulicy. Nieustannie wchodzi z nimi w interakcje, a czasami w konflikt. Podwórko nie jest miejscem społecznie izolowanym. Istnieje na styku czy też na przecięciu wielu różnych światów. Przechodzą przez nie zarówno mieszkańcy, jak i rozmaici inni ludzie. Na podwórko wychodzą okna mieszkań i instytucji. Obok tętni życie ulicy. Jednak podwórko ma swoją tożsamość. Jest przestrzenią nieformalnych relacji międzyludzkich. Nie obowiązują tutaj szkolne zasady, nie sięga tu domowa dyscyplina. Nie oznacza to jednak, że jest to świat bez zasad. Rodzą się one w drodze społecznego kompromisu i obyczaju. Leszek Piskorz w książce Ja, kinder z Grzegórzek opowiada o tym, jak chłopcy z krakowskich Grzegórzek respekto„ wali podczas bójek zasadę „do pierwszej krwi . Z sentymentem wspomina obecność i  przestrzeganie niepisanych reguł, które normowały podwórkowe życie. Dziś, kiedy gry komputerowe oferują trzy życia, owe zasady odeszły w cień z tamtym podwórkiem, na którym wyrosła Galeria Kazimierz.

75


Podwórko zamiast ulicy

Podwórko jest miejscem, gdzie stawia się pierwsze sa„ modzielne kroki w „przestrzeni publicznej . Tutaj spontanicznie kształtują się nasze społeczne umiejętności. Wprawdzie w sytuacji zagrożenia można wezwać pomocy świata dorosłych albo pobiec na skargę, jednak dąży się do samodzielnego osiągnięcia zadowalającej pozycji społecznej. Obecność na podwórku nie jest obowiązkowa. To świat naszych pierwszych wolnych wyborów. Wiąże się z nim bardzo wiele inicjacyjnych wspomnień. Pierwsze zwycięstwo i  porażka w  rozegranym meczu. Pierwsza bójka w  swojej lub cudzej obronie. Przyjaźń, miłość, oszustwo, zdrada, pierwszy łyk alkoholu i pierwszy papieros… Na podwórko trafia się zawsze za pośrednictwem rówieśników. I  dla nich. Jest ktoś, kto nas na nie wprowadza. Nikt dorosły. Rówieśnik. Dzięki niemu świat podwórka staje przed nami otworem. Jest ono dostępne dla każdego, kto został na nie przyprowadzony i zaakceptował jego reguły. A są one różne, w zależności od podwórka. Wraz z  upływem lat nasze podwórka się zmieniają. Zwiększa się także ich odległość od domu, w dosłownym i przenośnym sensie. Podwórko odpowiada na bieżące potrzeby dzieci. Wiedza i umiejętności, których dostarcza szkoła, mają


szansę przydać się w bliżej nieokreślonej przyszłości. „ Jest jednak szereg umiejętności potrzebnych „tu i teraz . Są to głównie umiejętności społeczne: zdolność do nawiązywania i utrzymywania kontaktów, pokonywanie własnej nieśmiałości, przyjmowanie krytyki i zyskiwanie odporności na ataki, umiejętność przekonywania innych do swoich racji. Podwórko to miejsce narodzin tożsamości obywatelskiej. Dom rodzinny na mocy więzów krwi, przekazu tradycji łączy nas z rodziną − tą bliższą i tą dalszą. To miejsce narodzin i  rozwoju ściśle plemiennych zobowiązań. Na gruncie szkoły dochodzi do spotkania z  rzeczywistością instytucjonalną: procedury, zobiektywizowany system ocen, jasno opisane role społeczne. Tutaj uczymy się życia w ramach instytucji. Podwórko w  okresie dzieciństwa reprezentuje ten obszar, który w dorosłym życiu będziemy kontynuować poprzez nasze życie towarzyskie, czyli czas między aktywnością zawodową a życiem rodzinnym. W okresie dorastania młody człowiek funkcjonuje na tych trzech gruntach: dom – szkoła – podwórko. Pozostają one ze sobą w interakcji. Gdy dom nie daje poczucia bezpieczeństwa i miłości, a  w  szkole brak sukcesów, znaczenie podwórka przybiera na sile.


POTRZEBNA CAŁA WIOSKA

Sokrates objaśniał, kim jest wychowawca, odwołując się do przykładu akuszerki, która towarzyszy przy narodzinach. Jej zadaniem jest pomóc dziecku przyjść na świat. Taka jest jej społeczna rola, która wymaga właściwych kompetencji. Podobnie jest z wychowawcą. Nie jest ani ojcem, ani matką dziecka. Nie ma ani władzy rodzicielskiej, ani też rodzicielskich zobowiązań. Nie żywi do dziecka rodzicielskich uczuć. Nie musi brać udziału w jego narodzinach. Nie ma obowiązku dbać o jego utrzymanie. Nie lęka się tak jak rodzice o jego bezpieczeństwo. Nie ma obowiązku go kochać. Jego stosunek do dziecka jest więc w jakimś sensie neutralny. Opiera się na wiedzy i  rozumieniu. Wychowawca dostrzega w  dziecku zarówno potencjały, jak i  braki. Gdy na talenty potomka rodzice odpowiadają bezkrytycznym zachwytem, a na ich brak zawstydzeniem, wychowawca zawsze odpowiada pracą. Jest to praca nad rodzącym się człowiekiem. Wychowawca nigdy nie zastąpi rodziców i nigdy nie powinien tego próbować. Nie daje życia, lecz

79


Potrzebna cała wioska

otwiera drogę do świata. Trzymając się swojej roli, osiągnie cele dla innych nieosiągalne. Zadaniem wychowawcy jest towarzyszenie człowiekowi w odważnym odkrywaniu świata. Wychowawca stawia nas w obliczu nowych i trudnych wyzwań. Zabiera do miejsc, które sam wcześniej odwiedził. Otwiera na przeżycia, których sam wcześniej doświadczył. Działa przez odsłanianie się. Godzi się na obcowanie z  ryzykiem. Wychowawca uda się więc także do tych miejsc, do których zabiorą go wychowankowie. Na zawsze zachowa dziecięcą ciekawość świata i ludzi. Ma naturę zdobywcy skłonnego do dalekich wypraw. Odczuwa radość z postawienia nogi na niezdobytym dotąd przez nikogo lądzie. Im więcej osiąga, tym bardziej chce iść dalej. Wychowawca wprowadza nas w świat norm i zasad. Wie, jakie prawa rządzą narodzinami. Jest świadkiem znacznie większej liczby narodzin niż matka i  ojciec. Wychowawca toruje dziecku drogę do świata. Także świat przygotowuje na jego przyjęcie. Gdy zaś ono stawia samodzielne kroki, nie waha się pozostawić go samego. Wie, że dziecko nie jest dla niego. Wychowawca, jak akuszerka, nie zatrzymuje się przy dziecku ani chwili dłużej niż to konieczne. Nie żąda spłaty zobowiązań ani nawet wdzięczności. Gdy narodzi się człowiek, odchodzi.

80


Pobłażliwi i mało wymagający wychowawcy krótko żyją w  naszej pamięci. Pamiętamy i  wspominamy z  wdzięcznością raczej tych, którzy wysoko stawiali poprzeczkę. To oni, jak dopiero po latach rozumiemy, prawdziwie w nas wierzyli, nie uciekając się do umizgów i taniej popularności. Stawianie wysokich wymagań to jeden z  najważniejszych sposobów na okazywanie szacunku. Od tych bowiem, których nisko się ocenia, nie oczekuje się zbyt wiele. Małe oczekiwania rodzą raczej karłów niż olbrzymów. Ludzie – jak rośliny do słońca – rosną w kierunku marzeń. Bez nich stają się ślepi jak krety. Polska wersja bezstresowego wychowania, które na obcym gruncie pozostawiło pewne ślady w  refleksji, przypomina coś w  rodzaju wyrobów czekoladopodobnych z  czasów PRL-u. Te zaś wyglądały tak samo jak szlachetny oryginał, rozczarowywały jednak brakiem smaku i  treści. Wychowanie bez stresu często było jedynie pretekstem do zaniechania potrzebnych działań. Tak rodziły się ideologie planowej bezczynności. Czas wolny, cisza poobiednia, zajęcia własne, grupa czyta, dyskoteka, wyjście do kina, narada u dyrektora, szkolenie w  kuratorium, ksiądz katecheta po kolędzie, matury, skrócone lekcje, długi weekend, pisanie świadectw, zmiana rozkładu lekcji, wakacje blisko… Przekornie można by rzecz, że bezstresowe wychowanie w polskiej

81


Potrzebna cała wioska

wersji miało uchronić samych wychowawców przed stresem wywołanym twórczym wysiłkiem. Do skutecznego działania potrzebne są odnawialne źródła wewnętrznej motywacji i silne mechanizmy zewnętrznej kontroli. Porównywanie się z innymi niesie ze sobą samozadowolenie lub gorycz. Zawsze możemy znaleźć lepszych i  gorszych od siebie. Najlepiej więc, jeśli ja sam będę swoim własnym punktem odniesienia. Mój rozwój osobisty będzie się dokonywał na miarę moich możliwości, oczekiwań i marzeń. Wtedy każda dziedzina mojego życia na przestrzeni dowolnego czasu może stać się przedmiotem mojej własnej oceny. Wówczas sam przed sobą rozliczę się z  porażek i  zwycięstw. Na tej podstawie będę planował swój dalszy rozwój. Wedle tej zasady będę patrzył na innych. Od tego, w jakim punkcie są dzisiaj, ważniejszy będzie pokonany przez nich dystans. Z takiej perspektywy łatwiej dostrzec trud stawania się i docenić wagę zwycięstw. Mam lepszy kontakt z  innymi ludźmi. Znalazłem przyjaciół. Lepiej się uczę. Stałem się bardziej religijny. Jestem zdrowszy. Lepiej żyję z moją rodziną. Tak przed laty odpowiadali nasi wychowankowie na pytanie, co „ zmieniło się w związku z tym, że chodzą do „Siemachy . Dlatego postanowiliśmy nagradzać tych, którzy wyko-

82


nali największy postęp względem punktu wyjścia. Cały nasz system nagradzania opiera się na tej jednej zasadzie: liczy się wykonany postęp i przebyta droga. Ci, którzy rozpoczynają z niskiego pułapu, mają największe szanse, aby zaskoczyć długością przebytej drogi. Ci zaś, których wyjściowa pozycja jest wysoka, muszą wyznaczyć sobie jeszcze ambitniejsze cele. To odróżnia nas od społeczności, w  których zobiektywizowany system oceniania zniechęca słabych i osłabia mocnych. U nas niekoniecznie zawsze ta sama Zosia mówi wierszyk na powitanie księdza biskupa i pana kuratora. Wytworzyliśmy niewielką liczbę zasad, wedle których funkcjonują nasze społeczności. Ich przestrzeganie jest rozumiane jako honorowanie wzajemnych umów. Szanowanie ich to w  istocie przejaw lojalności wobec ludzi, z którymi związaliśmy się umowami. U początku wszelkich umów leży wolność. Mowa o wolności wyboru, a nie o wolności od wybierania. Wolnym jest ten, kto do czegoś dąży. Istnieje bowiem różnica pomiędzy wędrowcem a włóczęgą. Naszym wychowankom zawsze na „ wstępie oznajmiamy: „Jesteś tu, bo tego chcesz . A skoro chcesz być tutaj z innymi, trzeba, abyś zaakceptował normy grupowe. Ustanawiamy tylko niezbędne zasady. Te jednak są takie same dla wszystkich. Przykładamy

83


Potrzebna cała wioska

także wielką wagę do ich trwałości. Wszędzie tam, gdzie to możliwe, stawiamy na spontaniczny rozwój relacji międzyludzkich. Ważne jest dla nas dotrzymywanie umów oraz regularne i sumienne wypełnianie obowiązków. Bezwzględnie respektujemy zasadę trzeźwości, nietykalności osobistej i  szacunku dla cudzej własności. Jednorazowe złamanie tych zasad skutkuje bardzo poważnymi konsekwencjami, włączając w to wydalenie ze społeczności placówki. Nieraz stawiano nam z  tego powodu zarzut nadmiernej surowości. Wiele razy dyskutowaliśmy na ten temat na publicznych forach naszej wspólnoty. Ostatecznie postanowiliśmy pozostać przy obowiązujących zasadach. Dlaczego w  społecznościach liczących kilkaset osób nie dawać tzw. drugiej szansy? Bo przyznanie jej wszystkim oznaczałoby, że każdy członek naszej wspólnoty ten jeden raz może złamać obowiązujące zasady. A wówczas ich łamanie mogłoby się stać codzienną praktyką. Codzienna praktyka szybko przeradza się w zwyczaj, ten zaś w krótkim czasie zaczyna uchodzić za niepisane prawo. Uczniowie prof. Kępińskiego wspominają, że wyznawał on zasadę, iż potrzeba co najmniej trzystu godzin osobistej rozmowy z  pacjentem, aby nastąpiła wyraźna poprawa. To tak, jakby przez prawie rok rozmawiać z kimś przez godzinę dziennie. I poprawa rzeczywiście 84


następowała. Przychodzenie codziennie w to samo miejsce o tej samej porze – jak pisze Saint-Exupéry w Małym Księciu – stanowi konieczny rytuał oswajania. Regularność i  konsekwencja są zasadami, którymi rządzą się wszystkie środowiska wychowawcze zorientowane na osiąganie celów. Brak regularności i  rzetelności w przeprowadzaniu zajęć to częsta przyczyna wielu niepowodzeń. Nieraz też sami młodzi ludzie wytykają dorosłym, że nie wyciągają zapowiadanych konsekwencji. To sprawia, że kolejne ostrzeżenia przyjmowane są z niedowierzaniem. Znalezienie drogi do drugiego człowieka wymaga talentu, ale także cierpliwości i osobistego zaangażowania. Wychowanie jest jak sadzenie drzew. Efekty pracy przychodzą po czasie. Często nie zdążymy ich zobaczyć na własne oczy. Wzrostu drzewa nie da się też przyspieszyć. Nadmierne nawożenie grozi tym, że wybujałe pędy połamie pierwszy poryw wiatru. Dobry wychowawca wie, że wszystko ma swoją porę. Nie odczuwa zniecierpliwienia z  powodu spóźniającej się wiosny. Raczej martwi się zbyt wczesnym rozkwitem. Dostrzega piękno każdej pory dnia i roku. Wiernie towarzyszy. A będąc zawsze obok, dowodzi, że jest tym, komu zależy. Wychowawca ma optymizm żeglarza. Solidna wiedza pozwala mu bezpiecznie nawigować. Każdy dzień traktuje jak nową przygodę i nowe wyzwanie. Znosi każdy 85


Potrzebna cała wioska

rodzaj pogody. Jest gotów do dalekich wypraw. Dostrzega odległe cele, ale nie traci z pola widzenia czyhających za burtą mielizn. Dzięki temu nie jest drobiazgowy i nie narzeka. Nie wpada w panikę ani w zły nastrój. Ma zdrowy dystans do siebie i poczucie humoru. Nie jest jednak typem lekkoducha i  wesołka. Nie poklepuje po ramie„ niu w geście, że „jakoś to będzie . Nie hołduje przesądom ani spiskowej teorii dziejów. Nie głosi, że wszyscy odgrywamy wcześniej zadane role i  odczytujemy zapisane scenariusze. Ze statku schodzi zawsze jako ostatni. Nie rezygnuje do końca. Z porażek wyprowadza sukcesy. Przy całej zmienności świata pełnego nieposkromionych żywiołów wierzy, że wszyscy znajdziemy drogę do bezpiecznego portu. Wychowawca jest wyrazisty jak obraz odbity w szlachetnym zwierciadle. Pokazuje świat takim, jakim jest: ani lepszym, ani gorszym. Nie manipuluje i  nie zniekształca. Można się w nim przejrzeć bez ryzyka pomyłki, bo zawsze zachowuje czystość intencji. Nie zamazuje ani nie przysłania. Dysponuje pełną paletą barw i  półcieni. Zachowuje przy tym nieskazitelną ostrość obrazu. Jego opinie są jasne i jednoznaczne. Rozumie, jak ważne jest przekazywanie wiarygodnych informacji zwrotnych. Zna siłę i alchemię słowa. Wie przy tym, że wartość i moc prawdy nie leży w dosłowności, ale w mocy

86


wyzwalania. Cóż za korzyść odniosę z odkrycia, że Mały Książę nigdy nie istniał? Znaczenie ma tylko to, czym ta jedna Róża różni się od wszystkich innych na świecie… Wyrazisty wychowawca nie ulega terapeutycznym manierom. Myśli niezależnie. Reaguje proporcjonalnie. Nie obraża się na swoich wychowanków. Potrafi przyznać się do swoich błędów i ograniczeń. Mówi, co myśli, a nie to, co inni chcieliby usłyszeć. Nie może być zakładnikiem korporacyjnej poprawności. To wolny zawód dla wolnych ludzi. Kiedyś odbyłem bardzo ciekawą rozmowę z  amerykańskim pedagogiem, który uskarżał się na panujący w  tamtejszych szkołach publicznych model poprawności politycznej. Zgodnie z  nim nauczyciel nie może odsłaniać przed uczniami swoich przekonań. Jego zadaniem jest przekazywanie wiedzy zgodnie z  ustalonym programem oraz prezentowanie wachlarza poglądów, stylów życia, przekonań religijnych jako równoprawnych opcji. Można je dowolnie akceptować lub odrzucać, wybierając i  swobodnie konfigurując. To jednak nie wydaje się możliwe. Wzorce zawsze mają bowiem osobowy charakter. Naśladujemy ludzi, a  nie poglądy. Przyjmujemy jakieś prawdy ze względu na kogoś. Prawda rodzi się i mieszka w ludziach, a nie w laboratoriach. Nie można w wieku dojrzałym wybrać sobie tożsamości

87


Potrzebna cała wioska

spośród wielu opcji, jeśli nie wyrosło się w jakiejś tradycji. Podobnie jak z językiem. Któregoś trzeba nauczyć się jako pierwszego. Dobry wychowawca nie godzi się na dostarczanie młodym ludziom rzeczy złej jakości i skazywanie ich na otoczenie, którego estetyczna wartość oscyluje między moherem i dresem. Niestety nawet w najlepszych szkołach widuje się spalone żarówki, urwane kotary, niedomyte okna, rozchwiane meble i cuchnące toalety. Wraz z  przestarzałymi komputerami z  banku, meblami z  firmy, która wyłożyła się na opcjach, i kaszką o kończącym się terminie ważności młodzi ludzie zostają zaliczeni do świata zdefektowanego i mogą już tylko być wdzięczni losowi, że nie urodzili się w Afganistanie. Człowiek, który korzysta z oferty instytucji społecznej, powinien czuć się zaproszony do świata prostego i  skromnego, ale równocześnie porządnego, przemyślanego i  estetycznego. Unikając wystawności, można zachować wszelkie kanony dobrego smaku. Tyle samo przecież kosztuje pomalowanie pomieszczeń dobrze dobranymi kolorami, ile utopienie wszystkiego w  szarościach i brązach. Warto zadbać o to, aby młodzi ludzie, którzy wychowują się w  szarych blokowiskach z  wielkiej płyty, z wypalonymi klatkami, mieli okazję do obcowania z tym, co estetyczne i dopracowane.

88


W rozumieniu wielu młodych ludzi brzydota i  piękno – jak pisze Umberto Eco w  Historii brzydoty – są dwiema opcjami do przeżywania w  sposób neutralny. Oznacza to, że zarówno klasyczna uroda Marilyn Monroe, jak i zdefektowany Marilyn Manson znajdą estetyczne uznanie u  tych samych współczesnych odbiorców. „ Pewnie dzieje się tak w imię „politycznej poprawności , „ wedle której nie ma brzydkich, tylko są „piękni inaczej i głupich nie ma, bo wokół aż roi się od „mądrych ina„ „ czej , a miejsce złych zajęli „dobrzy inaczej . Odwoływanie się do brzydoty jest w  istocie głoszeniem obecności zła. Kiedyś ukazywanie brzydoty miało swoją dydaktyczną, artystyczną czy też terapeutyczną funkcję. Wstrząsnąć, ukazać dwa bieguny rzeczywistości, odróżnić się od całej reszty admiratorów piękna. Współcześnie gnomy, E.T., zombi, hobbity, pokemony uzyskały estetyczny status i bez jakichkolwiek ograniczeń odwiedzają nie tylko nasze sny, ale kłębią się we wszystkich przejawach życia na jawie. Także tych paru chłopców wbitych w kaftany z kapturem, siedzących na ławce, pod którą płynie struga ich plwocin, stać byłoby na piękne marzenia, gdyby w ich życiu pojawił się ktoś, kto miałby wielkie szczęście, jakie przed laty było moim udziałem, aby o zmroku letnią porą wpłynąć wraz z  nimi weneckim vaporetto na plac

89


Potrzebna cała wioska

„ św. Marka i usłyszeć: „Jak tu k… ładnie . Albo zabrać ich na Cztery pory roku Vivaldiego w wykonaniu Nigela Kennediego do krakowskiej filharmonii i patrzyć, jak ze zdumienia otwierają usta. Czasami z pozoru drobne urazy psychiczne stają się wstępem do głębokich i długotrwałych kryzysów. Te zaś, zwykle dość szybko, uruchamiają mechanizmy obronne, w wyniku których młodzi tracą dobry kontakt ze światem dorosłych. Przestają wtedy ujawniać swoje emocje i  rejestrować cudze. Naruszają prawa innych osób i  zachowują się agresywnie zarówno wobec siebie, jak i otoczenia. Jest to ochrona przed kolejnymi przykrymi doświadczeniami. Zachowania te są na ogół niezgodne z oczekiwaniami dorosłych i szkodliwe dla samego młodego człowieka. Mają sprowokować otoczenie i zainteresować je problemem. Zwykle wtedy potrzebna jest specjalistyczna pomoc. Terapeutyczna rola zajęć grupowych polega na stwarzaniu sytuacji, które dostarczą młodemu człowiekowi nowych doświadczeń, przeciwstawnych wobec uprzednio zgromadzonych negatywnych przeżyć. Pierwszym adresatem zajęć socjoterapeutycznych są osoby, u  których dominują doświadczenia związane z  przykrymi, a  często silnie urazowymi przeżyciami. Mają one zazwyczaj kontekst rodzinny i są wynikiem bardzo skom-

90


plikowanych problemów, jakie występują w relacjach młodzieży z dorosłymi. Współcześnie sytuacja rodzinna bardzo wielu młodych ludzi znacznie odbiega od oczekiwanej. Negatywne doświadczenia w relacjach z innymi ludźmi wydają się wręcz dominować. To zaś w głównej mierze przyczynia się do przyjmowania postaw pełnych nieufności, a nawet wrogości. Grupa wraz ze swoim terapeutycznym potencjałem może w tej sytuacji uchronić przed poważnymi skutkami w przyszłości. Socjoterapia jest formą pomocy psychologicznej oferowaną młodzieży w postaci zaprogramowanych zajęć. Odbywają się one w  środowisku, które zapewnia wielorakie zajęcia grupowe oraz indywidualne konsultacje. Należą do nich m.in. zajęcia integracyjne i edukacyjne, formy artystyczne, zajęcia sportowe i rekreacyjne, a także inne rodzaje aktywności służące rozwijaniu zainteresowań i realizowaniu pasji. Najważniejszym jednak ich celem jest budowanie dynamicznego środowiska młodzieżowego, które decyduje o  atrakcyjności placówki. Stąd prymat wartości nad sprawnościami. Głównym celem organizowanych zajęć jest dostarczanie ich uczestnikom najpierw okazji do doświadczania wartości społecznych, a  dopiero na dalszym planie umiejętności i sprawności. I choć zazwyczaj dokonuje się to równolegle, akcent pada na przestrzeń społeczną. Ten prio-

91


Potrzebna cała wioska

rytet ma charakter odróżniający działalność placówki socjoterapeutycznej od np. domu kultury. Tam główne zadania skoncentrowane są na indywidualnym rozwoju dziecka, np. w określonych dziedzinach artystycznych. W  placówce socjoterapeutycznej chodzi w  pierwszym rzędzie o  jakość międzyludzkich relacji i  ich wykorzystanie do indywidualnego rozwoju. Cała reszta ma charakter istotnego, jednakże towarzyszącego kontekstu. Socjoterapia stawia przed sobą zadanie wspomagania dzieci i  młodzieży w  ich rozwoju poprzez odkrywanie możliwości aktywnego uczestnictwa w  życiu społecznym. Zajęcia socjoterapeutyczne powinny odbywać się w środowisku, które daje dostateczne poczucie bezpieczeństwa i  zaufania. Podstawowym założeniem jest postrzeganie człowieka jako podmiotu i  jednocześnie przedmiotu zmiany modyfikującej jego dotychczasowe postępowanie. Oznacza to, że zmiana ma charakter intencjonalny, a więc jest wynikiem wolnej decyzji podmiotu, który chce jej dokonać. Dążenie do zmiany pojawia się jednak pod wpływem emocji, których dostarcza grupa. Początkiem jest wgląd w siebie, umożliwiający ujawnianie osobistych myśli, doświadczeń i przeżyć. Mogą one zostać przekazane innym członkom grupy. Osobiste wypowiedzi wywołują podobne postawy u innych. Z nich

92


rodzi się grupowy potencjał, z którego każdy może korzystać i który każdy może wzmacniać. Wszystkie spotkania mają swój cel szczegółowy i zawierają propozycje sposobów jego aktywnego osiągnięcia. Spotkania układają się w  dynamiczną całość, do której prowadzi kilka określonych etapów. Początkiem jest proces powstawania grupy. Ten etap ma na celu bliższe poznanie się uczestników, wspólne określenie celów, ustalenie norm grupowych, reguł i  rytuałów oraz budowanie atmosfery. Wprowadzenie norm, czyli reguł porządkujących wydarzenia w grupie, umożliwia prowadzenie zajęć i realizowanie celów, szczególnie gdy występują poważne problemy i  ujawniane są destruktywne zachowania. Etap drugi skupia się na osiąganiu zaplanowanych celów terapeutycznych, edukacyjnych i  rozwojowych, stanowiących istotę programu socjoterapeutycznego opracowanego pod kątem danej grupy. Na program może się składać rozwiązywanie takich problemów, jak trudności w  informowaniu o  swoich potrzebach, poczuciu własnej wartości, trudności w porozumiewaniu się z  innymi ludźmi lub skłonność do agresji albo ulegania wpływowi grupy. Jest to czas przeznaczony na przeanalizowanie wcześniej rozpoznanych urazów. Ostatni etap pracy z  grupą przynosi wzmoc-

93


Potrzebna cała wioska

nienie pozytywnych uczuć, podsumowanie nabytych umiejętności i wskazanie możliwości ich wykorzystania w życiu. Osoby identyfikujące się z  socjoterapią nie są związane z  wykonywaniem ściśle określonego zawodu. Są wśród nich lekarze i psycholodzy, ale także pedagodzy, teolodzy, pielęgniarki i pracownicy socjalni. Socjoterapeutyczny model pomagania nie poddaje się więc zawodowym klasyfikacjom. To oznacza, że lekarz, psycholog, pracownik socjalny czy duchowny posługujący się tą metodą dostrzega szerokie konteksty, raczej towarzyszy, „ niż przewodzi, a „apteki , do których sięga pełne są „na„ turalnych specyfików . Terapeuci funkcjonują w  gru„ pie na zasadzie „zaciekawionych uczestników dialogu, a nie przywódców. Prowadzenie zajęć wymaga od nich uwagi, cierpliwości, ciepła, akceptacji, życzliwej konsekwencji, ale nade wszystko autentyczności. Jednym z  najbardziej fascynujących odkryć ostatnich lat, dotyczących naszego środowiska wychowawczego, jest zjawisko wzajemnego wspierania się autorytetów. Obserwacje związane z tą kwestią pokazały, że młodzi ludzie, którzy obdarzają zaufaniem swoich rówieśników, są również gotowi do obdarzania większym zaufaniem wychowawców, a  także innych dorosłych spoza środowiska naszych placówek. Ci, którzy nabrali

94


zaufania do społeczności placówki, przenoszą tę postawę na plan relacji z ludźmi z zewnątrz. Zaobserwowano, że wskutek wzrostu zaufania do stosunkowo niewielkiego grona rówieśników zwiększało się także zaufanie do instytucji publicznych. Okazuje się, że − przynajmniej w  warunkach naszych społeczności − autorytety nie konkurują ze sobą, ale wzajemnie się wspierają. Kluczowe jest zatem zbudowanie w  punkcie wyjścia zaufania do dowolnego przedstawiciela wspólnoty. Może to być − i bardzo często bywa – rówieśnik. W  dalszej bowiem konsekwencji właściwie przebiegający proces będzie powodował wzmacnianie się zaufania do pozostałych. To odkrycie może zmienić nastawienie wielu dorosłych, traktujących środowiska rówieśnicze jako zagrożenie dla ich aspiracji do roli społecznego autorytetu. Podczas spotkań z osobami odwiedzającymi nasze placówki na koniec wizyty pojawia się pytanie o efekty naszej działalności. Wówczas mówimy, powołując się na liczne przykłady wychowanków, którzy odnieśli ży„ ciowy sukces, że „produktem naszej działalności jest spełniający się w  każdym wymiarze życia obywatel. Zdolność do prawidłowego układania relacji społecznych jest w  tym przypadku naturalną konsekwencją procesu. Przebiega on od odbudowy zaufania do nie-

95


Potrzebna cała wioska

wielkiej grupy osób, poprzez wzmocnienie prospołecznych dążeń w skali całego naszego środowiska, aż po „ wyprowadzenie tej postawy „na zewnątrz , przeniesienie jej na grunt instytucji publicznych i  społeczeństwa obywatelskiego. W  tym konkretnym przypadku kapitał społeczny, którego fundamentem jest zaufanie, rodzi się więc w przestrzeni nieformalnych kontaktów z rówieśnikami i utrwala jako postawa na naszym „no„ woczesnym podwórku . Pozostaje oczywiście pytanie, czy opisywana sytuacja ma charakter odosobniony, dotyczący tylko i wyłącznie naszego środowiska, czy też może być uznana za sposób na pomnażanie kapitału ludzkiego także w innych warunkach. Jeśli zaś tak, za czym przemawia


wiele podobnych obserwacji, oznacza to, że w Polsce przydałoby się coś na kształt „polityki prorówieśni„ czej , która wzmacniając więzi rówieśnicze, pozwalałaby osiągać cele zorientowane na budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Przytoczę w  tym miejscu słowa Znanieckiego: „Jedynym właściwym rozwiązaniem byłoby wytworzenie dla grup młodocianych rówieśników miejsca w naszym kompleksie społecznym, nadanie im wyraźnej funkcji społecznej z ramienia grup dorosłych. Na to zaś trzeba, aby wszelkiego rodzaju grupy dorosłych czynnie i pozytywnie się zainteresowały grupami dzieci i młodzieży zamiast, jak dziś, interesować się nimi przeważnie „ tylko negatywnie .


WSZYSCY JESTEŚMY WYCHOWAWCAMI

Niestety nie mam talentu Adama Zagajewskiego i nie potrafię skomplikowanych kwestii ująć w  kilku strofach. A  tak bardzo chciałbym napisać wiersz o  wychowaniu. Marzy mi się wysublimowana artystyczna strofa, która na przekór bezużytecznemu wielosłowiu dostarczyłaby znaczących treści. Mam lęk przed nadmiarem słów. Po serii miałkich konferencji, referatów ze znaną od dawna tezą odczuwam pragnienie czegoś, co zdolne będzie poruszyć zbiorową wyobraźnię i nada nowy kierunek myśleniu o wychowaniu. Źródłem inspiracji mogą być proste i równocześnie bogate w treść sentencje, takie jak: „potrzebna cała wioska, aby wy„ chować jedno dziecko . To afrykańskie przysłowie stanowi w moim przekonaniu wyjątkowo syntetyczny wyraz idei społeczeństwa wychowującego. Wedle tego obrazowego przedstawienia wszyscy są wychowawcami. Obok rodziców, nauczycieli, wychowawców oraz innych dorosłych w  procesie wychowania niezbędni są także rówieśnicy. Obok instytucji potrzebna

99


Wszyscy jesteśmy wychowawcami

„ jest nieformalna przestrzeń ludzkich relacji. „Obok „ w żadnym razie nie znaczy „zamiast . Nie oznacza również całkowitego odseparowania i  oderwania od „ społecznie aprobowanego kontekstu. „Obok znaczy „ „blisko, w sąsiedztwie i w porozumieniu , jakkolwiek z  zachowaniem odmiennych charakterów obydwu tych światów. Społeczeństwo wychowujące wyobrażam sobie jako harmonijną kombinację świata instytucjonalnego i  nieformalnego. Problemów społecznych nie rozwiąże się bowiem jedynie metodami formalnoprawnymi. Jak pokazuje praktyka, samo zaostrzenie kar nie wyeliminuje ani zjawiska zabójstw, ani nawet pijanych kierowców. Potrzebna jest jeszcze przestrzeń relacji nieformalnych, w której w sposób spontaniczny będą urabiane, utrwalane i  promowane postawy obywatelskie. Idea społeczeństwa wychowującego nie ma więc nic wspólnego z instytucjonalizacją wychowania. Polega na tworzeniu stanu równowagi, w  którym z  różnych obszarów życia społecznego płynie do ogółu obywateli jednoznaczne wezwanie do zachowania się w sposób powszechnie aprobowany. W tej wielce pożądanej sytuacji zarówno w państwowych instytucjach, jak i  w  grupach rówieśniczych ideę dobra wspólnego traktuje się jako nadrzędną.

100


Upatrywanie szans na ustanowienie społecznego porządku jedynie w spontanicznych formach życia społecznego jest co najmniej tak złudne jak pokładanie nadziei w powszechnej instytucjonalizacji. Pozainstytucjonalne formy życia społecznego, szczególnie w  mało zaawansowanej fazie jego rozwoju, są oparte na nieufności czy wręcz wrogości wobec placówek publicznych. W takiej sytuacji wielu ludzi chce pomagać innym z  pominięciem instytucji, również tych pozarządowych. Uważają bowiem, że docierając z  pomocą osobiście, osiągną lepsze efekty przy mniejszych kosztach. W  rezultacie nie osiągają żadnych efektów, a nawet powodują szkody. W konsekwencji przeżywają rozczarowanie i frustrację. Ich cenna energia i szczery zapał ulegają rozproszeniu. Ze strony poszukujących pomocy narasta niechęć do spełniania stosownych wymogów formalnych. W  modzie są triki i kłamstwa na użytek jednostkowych celów. Proceder nieuczciwego uzyskiwania przywilejów rentowych, przez lata społecznie aprobowany, kończy się niewydolnością całego systemu ubezpieczeń społecznych. Na czele organizacji pożytku publicznego stają ludzie popularni i  równocześnie pozbawieni jakiegokolwiek doświadczenia. Popularność ma bowiem dzisiaj większe znaczenie niż znajomość przedmiotu, która decyduje przecież o pożądanych efektach. Świadomością zbio-

101


Wszyscy jesteśmy wychowawcami

rową kieruje złudzenie, że ten, kto odniósł artystyczny sukces, podobnie skutecznie rozwiąże ważne kwestie społeczne dotyczące ogółu obywateli. Kryzys instytucjonalnych form życia społecznego nie przekreśla jednak ich znaczenia, ale jest sygnałem do działania w kierunku ich naprawy. Proces przywracania znaczenia instytucji winien rozpocząć się od tego, co stanowi ich największy kapitał. Wartość każdej instytucji leży w  zgromadzonym w  niej, często wielopokoleniowym doświadczeniu. To także siła wypracowywanych latami procedur, które pomagają lepiej i szybciej odpowiadać na jednostkowe dylematy. Instytucje co prawda wolniej niż świat nieformalny reagują na zmieniające się okoliczności, jednak to one właśnie gwarantują stabilność w  wypełnianiu społecznych funkcji. Jednym z  największych problemów współczesnych instytucji jest nieprzestrzeganie zasad i łamanie procedur. Uderza to w podstawy ich funkcjonowania i uszczupla i tak mizerne zaufanie, jakim się je obdarza. Pamiętam, jak kiedyś gimnazjaliści przytaczali przykłady nauczycieli, którzy zapowiadają coś, czego w  istocie nie realizują, jako przejaw braku wiarygodności i  zaangażowania. Od instytucji oczekujemy zachowań zgodnych z ich charakterem, a więc trwałych i przewidywalnych sposobów działania. Prawidłowo funkcjonujące insty-

102


tucje pozostają w ścisłym związku z  rzeczywistością i  zgromadzone doświadczenie w  procesie uogólnienia stopniowo przetwarzają na wiedzę. Gruntowna wiedza pozwala im funkcjonować w sposób coraz doskonalszy i osiągać coraz lepsze efekty. Być może przesadnie surowa to ocena, ale odnoszę wrażenie, że mamy współcześnie w Polsce do czynienia równocześnie z kryzysem życia instytucjonalnego, brakiem odpowiedniej przestrzeni dla rozwoju nieformalnych relacji oraz problemem wzajemnej wrogości tego, co instytucjonalne w stosunku do tego, co spontaniczne czy też nieformalne. Ten społecznie zabójczy konflikt podsycany jest przez obydwie strony. Świat instytucji kontestuje to, co nieformalne, upatrując w tym główne źródło społecznego rozprzężenia i własnych problemów. W  myśl owego przekonania należałoby ograniczyć lub poddać większej kontroli kolejne obszary naszego życia prywatnego. Szkoła na przykład za jedno z  głównych zagrożeń dość powszechnie uznaje pozaszkolne nieformalne relacje uczniów. Podczas gdy, powtórzę to po raz kolejny, dla uczniów wiedza zdobyta w szkole nabiera znaczenia dopiero wówczas, gdy nadaje się do zastosowania poza jej murami. Szkoła jest zazwyczaj pierwszą instytucją, z  którą styka się młody człowiek. Od jej jakości zależy charakter doświadczenia, które

103


Wszyscy jesteśmy wychowawcami

przekłada się na ocenę całego świata instytucjonalnego. Młodzi ludzie, widząc niepewną siebie i miotającą się między zaostrzeniem a  liberalizacją szkołę, traktują ją coraz mniej poważnie. To zaś popycha ich w kierunku świata pozbawionego odpowiednich regulacji i zachęca do przyjmowania anarchicznych postaw. Celem, który wciąż stoi przed nami, jest harmonijne współistnienie różnych form życia społecznego zorientowanych na wykształcenie uspołecznionego i świadomego indywidualnych dążeń obywatela.

Kraków − Odporyszów – Zubrzyca Dolna 2010


Wybrana bibliografia

Augustyński A., Czyja jest socjoterapia?: wychowanie w otwartym środowisku młodzieżowym, Warszawa 2004. Augustyński Z., Bartoszewski W., Dziennikarstwo i polityka, Kraków 2009. Dobroczyński B., Trzecia Rzesza Popkultury i inne stany, Kraków 2004. Ecco U., Historia Brzydoty, tłum. J. Czaplińska i in., Poznań 2007. Saint-Exupéry A. de, Twierdza, tłum. A. Olędzka-Frybesowa, Warszawa 1998. Saint-Exupéry A. de, Mały Książę, tłum. J. Szwykowski, Warszawa 1976. Saint-Exupéry A. de, Ziemia, planeta ludzi, tłum. W. Bieńkowska, Z. Bieńkowski, Katowice 1990. Fromm E., Ucieczka od wolności, tłum. O. Ziemilska, A. Ziemilski, Warszawa 1993. Fromm E., Być czy mieć?, tłum. J. Karłowski, Poznań 2000. Gombrowicz W., Trans-Atlantyk, Kraków 1993. Legutko P., Gra w  media: między informacją a deformacją, Warszawa 2007. Piskorz L., Ja, Kinder z Grzegórzek, Krakow 2008. Ratzinger J., Wprowadzenie w  chrześcijaństwo, tłum. Z. Włodkowa, Kraków 1994. Szymik J., Teologia w krainie pepsi-coli: od teologii-nauki do teologii-mądrości, Warszawa 1999. Tischner J., Historia filozofii po góralsku, Kraków 1997. Tischner J., Etyka solidarności, Kraków 1981. Znaniecki F., Socjologia wychowania, Warszawa 1973.


Spis treści WSTĘP  5 WE WSI POŻAR  13 PAW W KRAINIE POPCORNU  27 HOMO CREATOR WANTED  45 PODWÓRKO ZAMIAST ULICY  61 POTRZEBNA CAŁA WIOSKA  77 WSZYSCY JESTEŚMY WYCHOWAWCAMI  97 WYBRANA BIBLIOGRAFIA  103


Redakcja: Małgorzata Skowrońska Kolaże fotograficzne: Nikko Biernacka/ Machina Fotografika Korekta: Anna Poinc Koordynatorka projektu: Sylwia Jodłowska/ Stowarzyszenie „U Siemachy” Projekt i opracowanie graficzne: Magdalena Koziak-Podsiadło/ ARTCARDS


Andrzej Augustyński Coca Kocha Colę © Copyright by Andrzej Augustyński

Wydawca: Fundacja Rozwoju Społecznego DEMOS ISBN 978-83-928122-5-8 Kraków 2010

Patronat medialny: Druk: Drukarnia Narodowa w Krakowie


Otwarcie ośrodka w Odporyszowie – październik 2008


FUNDACJA ROZWOJU SPOŁECZNEGO DEMOS Ściśle współpracuje ze Stowarzyszeniem „U Siemachy” i  prowadzonymi przez nie placówkami, które wspiera organizacyjnie i finansowo. Utrzymuje i rozwija ośrodek wypoczynkowy dla podopiecznych Stowarzyszenia w Odporyszowie. Buduje Dom Pracy Twórczej w Zubrzycy Dolnej. Udziela stypendiów ubogiej młodzieży, która pragnie zdobywać wykształcenie i doskonalić swoje umiejętności zawodowe. Organizuje spotkania szkoleniowo-integracyjne dla młodych liderów (np. Małopolskie Forum Liderów Młodzieżowych, projekt KORBA na Śląsku). Prowadzi działalność wydawniczą (Jan Wnęk, Dziennikarstwo i Polityka). Więcej: www.demos.org.pl.


Nowoczesna placówka dla dzieci i młodzieży w Tarnowie (projekt w realizacji)


STOWARZYSZENIE „U SIEMACHY” Jest organizacją pożytku publicznego. Realizuje działalność statutową w  Małopolsce, Świętokrzyskiem i  na Śląsku. Tworzy spójny system wsparcia dla dzieci i młodzieży oraz ich rodzin. Prowadzi dzienne i  całodobowe placówki opiekuńczo-wychowawcze, poradnictwo i  terapię (Krakowski Instytut Psychoterapii) oraz działalność sportową (Centrum Rozwoju Com-Com Zone w  Nowej Hucie). Wychowuje nowoczesnych i twórczych patriotów. Wychowankowie  Stowarzyszenia stają się świadomymi i  odpowiedzialnymi członkami społeczeństwa obywatelskiego. Współdziała z wysokiej klasy fachowcami, dla których praca jest pasją i  motorem osobistego rozwoju. Starannie dobiera partnerów i współpracuje z nimi długoterminowo. Więcej: www.siemacha.org.pl.


Polecamy nasze usługi w zakresie: – – – –

Projektów poligraficznych, Przygotowania do druku, Druku offsetowego do formatu B1, Druku cyfrowego, monochromatycznego i kolorowego, – Oprawy introligatorskiej, publikacji we wszystkich odmianach.

DRUKARNIA OFFSETOWA

KSIĄŻKI

CALENDARS KALENDARZE

INTROLIGATORNIA

CZASOPISMA

STUDIO GRAFICZNE I CTP


Ks. Andrzej Augustyński należy do Zgromadzenia Misji św. Wincentego a Paulo. Działalność społeczną rozpoczął w początkach lat 80. jako wolontariusz w domu dziecka w Krakowie. Obecnie kieruje Stowarzyszeniem „U Siemachy„ – jedną z największych organizacji pożytku publicznego, pomagającą dzieciom. Pełni funkcję pełnomocnika prezydenta Krakowa ds. młodzieży. Jest laureatem nagrody im. ks. Józefa Tischnera i członkiem Ashoki – światowej organizacji skupiającej przedsiębiorców społecznych. Wspólnie z ojcem Kazimierzem Augustyńskim zbudował ośrodek wakacyjny dla dzieci w Odporyszowie koło Tarnowa, w odzyskanym majątku rodzinnym. Ośrodek zarządzany jest przez Fundację Rozwoju Społecznego DEMOS.


Pewnego dnia zabrałem grupę dzieci na lody i ze zdziwieniem dostrzegłem, że najlepiej rozpoznawane przez nie smaki to: snickers, cappuccino, bounty, musli i tiramisu. Obiektem dziecięcego pożądania stały się więc pewne koncepcje marketingowe, które z aromatami występującymi w przyrodzie nie mają nic wspólnego. Niewykluczone, że z czasem zapomną, jak smakowały lody śmietankowe, czekoladowe czy cytrynowe. Andrzej Augustyński

ISBN 978-83-928122-5-8

Patronat medialny

Coca kocha Colę  
Coca kocha Colę  

To ideowy manifest środowiska SIEMACHY. W przenikliwy, a zarazem przystępny sposób, odwołując się do metafor i obrazów, ks. Andrzej Augustyń...

Advertisement