Issuu on Google+

ISSN 2081-4593 | WYDANIE ŚLĄSKIE | Nr 01 | kwiecień 2010

magazyn studencki

Maciej Stuhr Łowcy.B Pokonać grawitację Naga prawda

Student na dorobku

Relaks w Bukowinie Tatrzańskiej

Akademik Hardcore

Bo we mnie jest seks


2


Drodzy Czytelnicy Wydawca FUNDACJA SILVANUS ul. Tadeusza Kościuszki 35 44-100 Gliwice www.silvanus.pl www.ferwa.pl wydawnictwo@silvanus.pl tel. 515-324-813 Menadżer Projektu Marcin Czajka (czajka@silvanus.pl) Redaktor Naczelny Monika Woynar (woynar@silvanus.pl) Redaguje zespół Beata Pękala (pekala@silvanus.pl) Agnieszka Piekorz (piekorz@silvanus.pl) Paweł Kmiecik (kmiecik@silvanus.pl) Grafika / Łamanie Marcin Kasperek (ka.cp.er@wp.pl) Projekt graficzny pisma Marcin Kasperek Okładka www.syrenafilms.pl Korekta Ewelina Rycerska Marketing i reklama tel. 515-324-813 reklama@silvanus.pl Druk Fischer Sp. z o.o. Fischer POLIGRAFIA ul. Zabrzańska 7e 41-907 Bytom www.fischer.pl

Redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. Opinie zawarte w artykułach wyrażają poglądy artykułów i nie muszą być zgodne ze stanowiskiem Redakcji. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapraszamy Was do lektury pierwszego numeru Magazynu Studenckiego FERWA, w którym między innymi jedna z najpopularniejszych grup kabaretowych, czyli „Łowcy.B”, opowie Wam, jaka jest historia ich obcisłych sweterków oraz wspomni studenckie czasy. Poza tym zachęcimy Panie do tego, żeby wiosną odkryły w sobie kotkę, tańcząc „Sexy Dance”, a Panom zaproponujemy wyrażanie siebie poprzez „Bouldering”, czyli połączenie sportu z dobrą, niezapomnianą zabawą. W naszym cyklu „Czas na wolne” udzielimy wskazówek jak spędzić czas niebanalnie. Przedstawimy Bukowinę Tatrzańską od strony nietypowej – jakiej nie znajdziecie w innych opracowaniach. Uwzględnimy przy tym „możliwości” studenckiego portfela. W dziale „Studenckie życie” znajdziecie artykuł, który przedstawi Wam porównanie czterech najczęściej wykonywanych przez studentów prac dorywczych: sprzedawcy, barmana, hostessy oraz kelnera. Artykuł ma przede wszystkim pomóc studentowi w dokonaniu właściwego wyboru. Zastanowimy się też nad tym, co takiego wyjątkowego jest w akademickim życiu? A na koniec – trochę Qltury, czyli książka, film i płyta polecane przez naszych recenzentów. Naszą gazetę tworzą młodzi ludzie dla młodych. Nasi dziennikarze pytają i dociekliwie szukają odpowiedzi. Będziemy dla Was przecierać nowe szlaki. Chcemy pomagać Wam i informować Was, pisząc artykuły, którymi mamy nadzieję pobudzić Was do działania i pokazać możliwości realizacji siebie. Mamy nadzieję, że z wiosną ten numer stanie się dla Was chwilą odpoczynku i ukojenia od codziennych zajęć oraz obowiązków. Życzymy niecierpliwego oczekiwania na kolejny numer. Redakcja

3


4


Polecają

Spis Treści współpraca

16 28

6 9 12 22

10 24

34 36

38

twarzą w twarz Łowcy.B – Naga prawda Maciej stuhr

czas na wolne Bo we mnie jest seks ŚWIET(L)NE OPOWIEŚCI Pokonać grawitację relaks w Bukowinie Tatrzańskiej

STUDENCKIE ŻYCIE Akademik Hardcore Student na dorobku

O CO KAMAN? QLTURA kALENDARIUM

żenua demot miesiąca

5


Bo W każdej kobiecie drzemie seksowna kocica, trzeba ją tylko uwolnić. A w tym z pewnością pomogą zajęcia Sexy Dance, czy też Sexy Class.

foto: Wojtek Dobkiewicz

6


we mnie jest seks Jaka jest kobieta XXI wieku? Pracuje, bardzo często we własnej firmie, prowadzi dom, wychowuje dziecko albo studiuje i jednocześnie wspina się po szczeblach kariery zawodowej. Jak zachowuje się kobieta XXI wieku? Jest pewna siebie, zdecydowana, nie waha się podejmować ryzykownych decyzji. Nie ma tutaj mowy o kobiecej kokieterii, wahaniu się, czy zalotnych uśmiechach, gdyż jest to często postrzegane, jako brak profesjonalizmu. Powiedzmy sobie szczerze, XXI wiek nie sprzyja kobiecości. Mamy ubierać się jak mężczyźni, mówić jak mężczyźni, chodzić jak mężczyźni i  co najważniejsze myśleć jak mężczyźni. Jak wiele jednak przez to tracimy, wie każda z nas. Nasza kobiecość śpi snem niedźwiedzim i nadszedł najwyższy czas, żeby ją obudzić! W  niektórych szkołach tańca oraz klubach fitness prowadzone są zajęcia, które mają na celu przypomnienie nam, kobietom, że jesteśmy kobietami! Zajęcia Sexy Dance, czy też Sexy Class służą nie tylko poprawieniu kondycji – podczas ćwiczeń wzmacniane i rozciągane są mięśnie oraz spalane kalorie. Ich priorytetem jest otwarcie kobiet na możliwości swojego ciała, na swoją kobiecość. Są to zajęcia łączące w sobie ruchy z różnych gatunków tanecznych, m.in. salsy, samby, rumby z elementami jazzu. Podczas tańca wykonywane są seksowne ruchy bioder, klatki piersiowej, obroty, przeciągania, jednym słowem wszelkie uwodzicielskie

„kocie ruchy”. Jednocześnie kobiety uczą się jak na co dzień poruszać się w sposób bardziej płynny i miękki. – Najważniejsza podczas ćwiczeń jest jazzowa rozgrzewka, gdyż wtedy właśnie uczestniczki zyskują świadomość własnego ciała. Choreografia przygotowywana do tych zajęć, w porównaniu, np. do zajęć typu Dance, jest naprawdę prosta. Tutaj nie da się zgubić. Jest to bardzo ważne, zwłaszcza dla osób, które mają problemy z  powtarzaniem, czy też zapamiętywaniem skomplikowanych układów tanecznych. Na zajęciach Sexy Class przede wszystkim ważna jest dobra zabawa, rozrywka, a nie sztywne trzymanie się schematów. – mówi Agnieszka Burnus-Rychlewska, instruktorka Sexy Class z Fitness Klubu Gymnasion. Spora część kobiet, które przychodzą na zajęcia ma wiele kompleksów, które psychicznie je blokują, lecz dzięki wprowadzanej, zarówno przez prowadzące, ale także same uczestniczki, atmosferze zabawy, rozluźniają się i przestają o nich myśleć. Kobiety, które przychodzą na zajęcia bardzo często wstydzą się tańczyć przed innymi osobami. Dlatego też instruktorki stosują różne metody, aby je ośmielić. Dziewczyny tańczą w  grupach i  wtedy obserwują się nawzajem, czy też tańczą w parach. Jak przyznaje Iwona Tchórzewska, instruktorka z Nova Szkoła Tańca – Zawsze podkreślam, że na Sexy Dance nie chodzi o kroki, ale o ruch ciałem. Dziewczyny mają sporą swobodę. Nie

7


muszą sztywno powtarzać moich ruchów, bowiem poza, w której ja czuję się seksownie, wcale nie musi oznaczać, że dla każdej z nich, będzie ona również komfortowa. Na pierwszych zajęciach większość debiutantek czuje się skrępowana, ich ruchom bardzo często brakuje jeszcze pewności siebie. Jednak z zajęć na zajęcia zauważalne są zmiany w sposobie poruszania się, co jest wynikiem zmian psychologicznych. Ta właśnie ewolucja ma największe znaczenie dla organizatorów tego typu zajęć – Zależy nam, aby dziewczyny uwierzyły w  siebie, by poczuły się lepiej we własnym ciele, by uwierzyły w  swoją atrakcyjność, właśnie przez nabranie pewności siebie. Zmiany zachodzące w nich są bardzo widoczne, chociażby w tak banalnej sprawie jak strój. Na pierwsze zajęcia dziewczyny przychodzą często w dresach, zabudowanych t-shirtach. Z biegiem czasu zmieniają swój strój na coraz bardziej podkreślający ich ciało, co jest jawną oznaką, że po pierwsze są pewniejsze siebie, a po drugie, że akceptują siebie i swoje ciało – opowiada Iwona Tchórzewska z  Nova Szkoła Tańca. Nie można pominąć jeszcze jednej z zalet uczestnictwa w Sexy Dance, czy też Sexy Class. Kobieta poprzez zyskanie pewności siebie, uwierzenie w  swoją atrakcyjność, zaczyna automatycznie być inaczej postrzegana przez otoczenie, a także, co istotne, przez swojego partnera. To ona sama najpierw musi uwierzyć, że jest seksowna, w jej głowie musi dojść do zaakceptowania własnego ciała, aby potem jej partner również mógł to w niej zauważyć. – Po paru zajęciach Sexy Class dotarło do mnie, że ruchy, których uczymy się na zajęciach mogę wykorzystać również w  domu, za zamkniętymi drzwiami. Mam świadomość własnego ciała, odkryłam, jak sposób poruszania się ma wpływ na budowanie aury zmysłowości. Wcześniej nie za bardzo wiedziałam co robić, jak się zachować, by być sexy. A teraz już wiem i kiedy tylko chcę mogę tego użyć. Wiem jak się poruszać, by zachwycić mojego partnera. Poza tym roztańczenie ułatwia mi zabawę na imprezach, ponieważ figury z  zajęć mogę stosować również w  świetle dyskotekowych reflektorów na parkiecie – opowiada z  uśmiechem Kasia, uczestniczka zajęć Sexy Class z Fitness Klubu Gymnasion. Zajęcia adresowane są do kobiet w  każdym wieku, zarówno do osób młodych, ale także do kobiet dojrzałych, które możliwe, że gdzieś po drodze zapomniały jak wielki potencjał w nich drzemie i chcą sobie o nim przypomnieć. Również istotne jest, że przed przyjściem

8

na pierwsze zajęcia nie trzeba mieć żadnego przygotowania tanecznego, gdyż wszystkiego uczy się tutaj od podstaw. Zajęcia adresowane są do wszystkich kobiet, które chcą się także dobrze bawić. A więc drogie Panie, nadszedł czas, by zrobić coś dla siebie. Trzeba zrzucić maskę szarej myszki i przeobrazić się w kocicę: trochę prowokującą, tajemniczą, gibką i niebywale pociągającą. „Bo we mnie jest seks” śpiewała Kalina Jędrusik. W  każdej kobiecie, niezależnie od wieku i  fizyczności drzemie seksapil i nieodparte piękno. Trzeba je tylko odkryć w sobie, dla świata. Beata Pękala

Opublikuj swoje opowieści Dział „Świet(l)ne opowieści” dedykowany będzie tym z Was, którzy wiedzą, jak trudno stworzyć choćby parę linijek dobrego tekstu PROZATORSKIEGO. Pisarstwo to nie spływające natchnienie, a  wena to MIT. Pisarstwo to ciężka praca, to Wasza KREW, POT I ŁZY. Jeśli w  swoich szufladach, pod łóżkiem lub gdziekolwiek indziej poniewierają się owoce Waszych twórczych zmagań, prześlijcie je do nas. Najlepsza praca w każdym miesiącu zostanie opublikowana na łamach naszego pisma. Może czujecie w sobie potencjał? Niech nasz dział stanie się motywacją, abyście wreszcie zrealizowali swoje pisarskie marzenie. Teksty powinny nie przekraczać 20000 znaków (ze spacjami). Mogą to być całe opowiadania, bądź też fragmenty. Prace przesyłajcie na maila: swietlne.opowiesci@silvanus.pl Czekamy z niecierpliwością


9


Akademik hardcore Powiedzenie, wedle którego student, który nigdy nie mieszkał w  akademiku jest „niekompletny” nabiera tym większego znaczenia im więcej czasu spędzi się w  domu studenta. Uogólnieniem byłoby stwierdzenie, że w akademikach imprezy to codzienność, studenci zastąpili sen kawą, a opowieści z domu studenta to gotowy scenariusz na film komediowy z  elementami grozy. Nie chodzi zresztą wyłącznie o imprezy – sam klimat akademika jest wyjątkowy, a każdy student lub absolwent w przeszłości tam mieszkający może potwierdzić subtelnie unoszącą się w powietrzu atmosferę tego miejsca. Swoją drogą czasem powstaje ona, gdy coś się przypali. Aspekt socjalny, czyli imprezy. Imprezy są jednymi z  ważniejszych i  bardziej hucznych wydarzeń w  życiu akademika. A  studencka pomysłowość wydaje się być niezmierzoną.– Kiedyś zrobiliśmy imprezę w strojach rzymskich obywateli – mówi Piotr, były mieszkaniec jednego

10

z  akademików w  Bielsku-Białej, absolwent – byliśmy poowijani w prześcieradła, firany, zasłony i obrusy. Wcześniej graliśmy chyba w  Rome Total War i  tak powstał pomysł. W nocy poszliśmy w takich strojach na stację benzynową po „zakupy”. Pracownicy trochę się z nas śmiali, ale przy kasie była pełna powaga. Załoga stacji benzynowych znajdujących się w pobliżu skupisk studentów zna zapewne dużo więcej tego rodzaju opowieści. Mariusz, pracownik stacji w Częstochowie mówi, że słyszał od koleżanki, która miała nocną zmianę, że na „zakupy” przyszedł student przebrany za pasikonika. Nietypowy ubiór to zresztą nie jedyna rzecz, w  związku z  którą studenci wykazują się pomysłowością. Bożena, studentka z  Katowic, mieszkająca piąty rok w  akademiku, opowiada: – Kiedyś jeden znajomy po imprezie biegał wokół akademika w samym krawacie… inny chodził z  flagą Polski po korytarzach i  krzyczał „Yes, we can!”


Jakie są największe kłamstwa studenta? – Od jutra nie piję, od jutra się uczę, dziękuję, nie jestem głodny. Dwóch studentów idących chodnikiem zauważa leżącą na ziemi kartkę papieru. Jeden pyta drugiego: - co to jest? Drugi: nie wiem, ale kserujemy to! Studenckich dowcipów jest wiele. Potrzebują one jednak jeszcze jednego elementu, aby być zrozumiałymi: akademika. W tym miejscu zbiorowego zamieszkania studentów dzieją się rzeczy, które chyba tylko filozofom mogą się śnić. Studentom filozofii mieszkającym w akademiku oczywiście.

– to było po wygranych przez Obamę wyborach w Stanach Zjednoczonych. Było sobie życie Oprócz imprez – przekornie mówiąc: można wierzyć lub nie – w  akademiku prowadzone jest także normalne życie. A od czasu do czasu powstają także jakieś nowe „życia”. Jak wspomina Piotr: Pewnego dnia nie umyliśmy jednego talerza i zostawiliśmy kubek po kawie (z fusami). No i tak powstało nowe życie i sobie rosło. Rozmawialiśmy z nim, fajne było. Trochę to trwało. Ktoś w końcu zamordował żyjątka – pozmywali naczynia. Później była stypa (impreza). Jak widać żart, wedle którego wyraźnym sygnałem dla studenta, aby pozmywał naczynia, jest moment, gdy mieszkańcy zlewu wychodzą z niego, jest mniej przesadzony, niż mogłoby się wydawać. Bożena wspomina sytuację ze studenckiego radia: Mieliśmy lodówkę, którą gdy ktoś na chwilę otworzył, trzeba było później wietrzyć cały pokój. Zniknęła podczas remontu. Studencka pomysłowość Studencka pomysłowość przypomina o  swoim istnieniu także, gdy nie ma imprez w  akademiku: kiedyś chodziliśmy po segmentach i wrzucaliśmy losowo wybrane osoby do wcześniej przygotowanej wanny z  wodą. Bez względu

na płeć, ale wrzucaliśmy głównie chłopaków. Było tak: walka aż do łazienki, a jak już doszliśmy do łazienki, była przerwa – ta osoba wyciągała telefon, dokumenty, brała sobie suche ubranie i ręcznik, no i potem znowu była walka, żeby wrzucić do wanny. A jak ktoś był już w wannie, laliśmy jeszcze prysznicem. O dziwo nikt nie miał o to pretensji. Warto wspomnieć jeszcze jeden szczegół tego zdarzenia: woda była ciepła. Nasilenie i rodzaj studenckich imprez, pomysłów i ciekawostek zmienia się jedynie z upływem czasu i przechodzeniem na kolejne lata studiów. Pierwszy rok młodzi najbardziej imprezują poza pokojami, starsi częściej u  siebie, bo mają już sprawdzone ekipy – mówi Bożena – na początku, do trzeciego roku, różne ciekawe pomysły są częstsze, później się dorasta. Proces dorastania i  dojrzewania na studiach i  po ich zakończeniu ma inny charakter, jeśli podczas bycia żakiem miało się okazję zaznać samodzielności, kontaktów międzyludzkich w specyficznych warunkach oraz tego wszystkiego, co kryje w sobie słowo „akademik”. Właśnie dlatego warto doświadczyć mieszkania w  domu studenta. Paweł Kmiecik

11


Pokonać

grawitację

foto: marek kasperek

12

„Bouldering jest najbardziej zmysłową dziedziną wspinania. Bardziej niż jakakolwiek inna jego gałąź jest zależny od bycia w harmonii z własnym ciałem oraz od jego relacji i związków ze skałą”


Co potrzebujesz?

- buty profesjonalne (cena nowych: 200–400zł) lub trampki (cena nowych: 50zł), - dużo siły w rękach (bezcenne).

Gdzie się udać?

- Centrum Wspinaczkowe Transformator w Katowicach (wejściówka: 14–17zł), - Jura Krakowsko-Częstochowska, - Sokoliki (ok. Wrocławia).

Bouldering (z  ang. boulder – głaz), czyli potocznie „głazowanie”, jest to wspinaczka po stosunkowo niskich ścianach, czy też głazach, bez zabezpieczenia. Liny asekuracyjne nie są konieczne ze względu na małą wysokość obiektów boulderowych. Jednakże, by zminimalizować wszelkie zagrożenia używane są crash-pady, czyli maty, które rozkłada się u  podnóża skały, by chroniły w  razie upadku. Powszechny jest także spotting, czyli asekurowanie wspinającej się osoby. Jednym z  najważniejszych przykazań boulderowych jest to, że w tym sporcie nie liczy się wysokość problemu, ale styl w jakim jest on pokonywany. „Bulderowiec nie będzie czuł, że naprawdę pokonał problem, dopóki nie pokona go z gracją” – twierdził ojciec boulderingu, John Gill. Nie wystarczy więc zdobyć szczyt, trzeba to wykonać w pięknym stylu. Z pozoru nic trudnego – mały obiekt, małe ryzyko, jednym słowem czysta przyjemność. Niekoniecznie. Bouldering w  przeciwieństwie do wspinaczki tradycyjnej jest sportem niezwykle siłowym. Tak jak podczas wspinaczki wysokościowej najważniejsza jest wytrzymałość, tak tutaj liczy się przede wszystkim siła. Przez to, że bouldery są stosunkowo niskie, ich trudności skumulowane są na mniejszej powierzchni, stąd też ta trudność. – Pokonanie drogi boulderowej to tylko około 8–10 przechwytów, z czego każdy niezwykle trudny. Tak naprawdę na wspinaczkę składa się wytrzymałość i  siła. Nie da się uprawiać wspinaczki, nie uprawiając boulderingu, ponieważ to tutaj głównie wyrabia się siła. Poza tym to właśnie bouldering najlepiej rozwija technikę – opowiada Rafał Porębski, instruktor z  Centrum Wspinaczkowego Transformator oraz Zwycięzca Pucharu Polski we wspinaczce sportowej (2006). Drogi boulderowe oznaczane są według różnych skali trudności. Bardzo popularna w Europie jest Verm – skala w której to problemy oznaczane są od V0 do V15, a także

skala francuska (problemy przyjmują oznaczenia od 1 do 9B). Należy jednak zaznaczyć, że skali boulderowej nie można porównywać bezpośrednio do skali klasycznej. Jeśli po tej wstępnej dozie informacji ktoś poczuł w  sobie drzemiącą naturę boulderowca, najprostszym rozwiązaniem będzie skierowanie swoich kroków do najbliższej szkoły wspinaczkowej – Osobom zainteresowanym wspinaczką najpierw proponujemy wstępne przeszkolenie, by przekonały się czy złapią bakcyla. Dopiero później zapisują się do sekcji, czyli na regularne zajęcia. Organizujemy różne grupy w  zależności od stopnia zaawansowania. Na samym początku nie polecałbym od razu zacząć od boulderingu, gdyż nie jest się wystarczająco rozwiniętym wspinaczkowo. Należy się po prostu jak najwięcej wspinać, nie tylko boulderować. Naszym głównym celem jest, by uczestnicy sekcji zaczęli żyć wspinaniem. Bowiem wspinaczka to nie tylko sport, hobby, ale właściwie całe życie. Ja osobiście żyję od wyjazdu do wyjazdu, które organizujemy razem z  przyjaciółmi, z ludźmi z którymi dzieli się swoje pasje. Tworzymy swego rodzaju subkulturę uzależnioną od wspinania – opowiada Rafał Porębski z Centrum Wspinaczkowego Transformator. W przypadku boulderingu zaletą jest również fakt, iż jest to sport niewymagający dużych nakładów finansowych. Niezbędne w zasadzie są tylko buty, które, jak twierdzą wszyscy profesjonaliści, muszą być nieco ciaśniejsze, niż zwykłe obuwie, ponieważ dzięki temu będą lepiej przylegać nawet do najmniejszych chwytów. Cena takiego obuwia waha się w granicach 200–400 zł. Warto zainwestować w  dobre obuwie, bowiem wbrew powszechnemu przekonaniu wspinaczka to głównie praca nóg, a  nie rąk. Resztę wyposażenia można z reguły wypożyczyć w szkołach wspinaczkowych. Jednakże, jeśli ktoś chciałby mieć swój sprzęt do boulderingu musi także posiadać woreczek z magnezją, czyli węglanem magnezu w proszku (w żadnym wypadku nie jest

13


Mimo tego, że BOULDERING uważany jest za sport niezwykle siłowy może być z powodzeniem uprawiany zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety.

foto: marek kasperek

to talk), zabezpieczającym przed ślizganiem się dłoni na chwytach i na tym w zasadzie kończy się lista niezbędnego sprzętu. Dodatkowym elementem jest jeszcze szczotka, którą czyści się elementy skalne oraz oczywiście wspomniany na początku crash-pad, chroniący przed kontuzją w razie upadku. Sezon wspinaczkowy rozpoczyna się na wiosnę – W terenie można wspinać się, kiedy tylko wszystko wyschnie. Niestety w zimie pozostają nam tylko sale wspinaczkowe. Są jednak tacy zapaleńcy, którzy jeżdżą po Europie w poszukiwaniu miejsc, gdzie w  danej porze roku można się wspinać. Ludzie ci mieszkają w  autach i  jeżdżą zgodnie z pogodą. Wspinaczka to całe ich życie – opowiada Rafał Porębski. W Polsce najdogodniejsze miejsca do wspinaczki, a  także boulderingu znajdują się na Jurze KrakowskoCzęstochowskiej (np. Rzędkowice, Podlesice) czy też, np. w okolicach Wrocławia (Sokoliki). Wszędzie tam można spotkać entuzjastów zarówno wspinaczki linowej jak i boulderingu. Zdarzają się także zapaleńcy, którzy wspinają się na tzw. highballe, czyli bardzo wysokie głazy, dochodzące nawet do 10 m. Ryzyko wtedy zdecydowanie wzrasta, ale zastrzyk adrenaliny oraz satysfakcja po osiągnięciu celu jest tego warta. Obok boulderingu znana jest również taka

14

forma wspinaczki, jak buildering, czyli wspinaczka po budynkach, która nie dość, że jest niebezpieczna, to również jest nielegalna, o  czym wielokrotnie mógł się przekonać znany miłośnik builderingu, „człowiek pająk”, Francuz – Alain Robert. Właśnie on wspiął się na ponad 70 najwyższych budynków świata: m.in. na Sears Towers oraz na nasz rodzimy hotel Marriott i… z  większości budynków był ściągany przez policję. Jednak jeśli ktoś czuje w sobie chęć spróbowania wspinaczki, czy też później właśnie boulderingu, to zachęcamy, bo warto. Po pierwsze dlatego, że nie jest to kosztowna forma sportu, a po drugie i najważniejsze dlatego, że daje dziką satysfakcję. Trzeba jednak uważać na jedno: GROZI DOŻYWOTNIM UZALEŻNIENIEM. BP

UWAGA BONUS!

DO ROZDANIA MAMY GODZINNE KARNETY NA BILARD DO FUN CITY W KATOWICACH. WYSTARCZY, ŻE WEJDZIESZ NA STRONĘ WWW.FERWA.PL I BĘDZIESZ POSTĘPOWAŁ ZGODNIE ZE WSKAZÓWKAMI. POŚPIESZ SIĘ! ILOŚĆ BONUSÓW JEST OGRANICZONA.


...tworzących nową jakość! Jesteś dobrym marketingowcem, handlowcem, grafikiem komputerowym, fotografem lub dziennikarzem? Dołącz do grona profesjonalistów! www.ferwa.pl

magazyn studencki

to zespół doświadczonych, przedsiębiorczych i ambitnych ludzi...


B

Łowcy Naga prawda

Na scenie jesteście fenomenalni, pełni energii. Skąd bierze się Wasza energia? Nie wiemy, skąd się to bierze. Po prostu tacy jesteśmy. Świadomość, że występujemy przed średnio trzystuosobową publicznością dodaje nam sił, uruchamia takie pokłady energii, których człowiek w  sobie nawet nie podejrzewa. Normalnie, na co dzień, kiedy idziemy ulicą nie widać po nas, że jesteśmy jakoś wyjątkowo tryskający energią… tak łatwo nie można rozpoznać, że to ci – Łowcy.B, którzy występują na scenie. Jesteśmy, mniej lub bardziej, przeciętnymi osobami. Skąd czerpiecie inspiracje do skeczy? Jesteśmy obserwatorami rzeczywistości. Gdzieś ją sobie hiperbolizujemy, wyolbrzymiamy i  dużo się śmiejemy z siebie nawzajem. Naprawdę dużo z tych historii, które opowiadamy na scenie to są historie, które nam się zdarzają. Śmiejemy się ze swoich przywar, ze swoich ułomności i  ogólnie z  rzeczy ludzkich. Ale przede wszystkim, chyba kluczem do tego wszystkiego, że nam to, jako tako idzie jest to, że mamy wstęp do samych siebie i świadomie pozwalamy ludziom śmiać się z nas. Nie z  postaci, które tworzymy, ale z  nas. To taki specyficzny sposób działania, który udało nam się wypracować – kwestia wychowania (albo braku wychowania). Zdarza się Wam, że siedzicie i staracie się wymyślić coś śmiesznego? Czasami tak mamy, bo proces twórczy jest bardzo dziwnym i  ciężkim procesem. I  naprawdę wymyślić coś śmiesznego nie jest łatwo. Zauważyliśmy, że jeżeli

16

siedzimy nad tym i „móżdżymy”, staramy się zrobić coś, na siłę, zazwyczaj idzie nam to bardzo, bardzo opornie. Dużą część z  tych rzeczy, które robimy wymyślamy na scenie i  one potem jakoś ewoluują i  robią się dłuższe. Kiedy czujemy, że dany skecz jest za długi, to już nic do niego nie dokładamy, tylko przenosimy „to” do innego. Jest nam o tyle łatwiej, że publiczność od razu weryfikuje – czy to jest śmieszne, czy nie. Nawet, jeśli ktoś tam w  kącie zaśmieje się troszkę głośniej, niż pod nosem, to jest to dla nas sygnał, że może z tego da się coś wykrzesać. Czy zrobiliście skecz, który był kompletną klapą i zrezygnowaliście z niego? Kompletnie klapą?... nie, choć są takie skecze, ale to chyba każdy kabaret ma takie. Nawet na festiwalach, jak są imprezy towarzyszące, organizuje się wieczór skeczy, które komuś nie wyszły. To dotyczy wszystkich. Nikt nie robi samych dobrych rzeczy – żeby robić dobre rzeczy trzeba najpierw parę wpadek zaliczyć. To chyba jedynie Queen miał same dobre piosenki. A nie, nie miał samych dobrych… Wróćmy do samego początku: poznaliście się na studiach? Nie. Jeden z nas ma w kabarecie brata, którego wcześniej nie znał, ale poznał go, jak się urodził. Oprócz tego rodzice Bartka Gajdy, który jest z nami w kabarecie, przyjaźnili się z naszymi (Sławomir i Maciej Szczęch) i jak byliśmy mali, kąpaliśmy się razem. A na studiach spiknęliśmy się z resztą kolegów i nie kąpaliśmy się już razem. Chociaż...


B Maciej Szczęch (Maćkowy Potwór) po występie | Foto: Kamil Witkowski

17


18


Od lewej: Maciej Szczęch, Mariusz Kałamaga oraz Paweł Pindur | Foto: Kamil Witkowski

Wasza nazwa to Łowcy.B – łowcy, czego? Wielu rzeczy. Większość z tych rzeczy jest na „b”. Zaczęło się od „bani”, były „blondynki”, „buty”, „bizmut” skończyło się na „bananach” ostatnio. Kiedy powstawaliśmy nazywaliśmy się trupą, bo nie uważaliśmy, że to, co robimy, to jest kabaret. W Polsce nas wcisnęli w taką ramkę. My jesteśmy kabaretem bardziej, lub mniej, niszowym. No i  nazwaliśmy się „Trupa Rozweselająca Łowcy Bani”, ale ludziom się to jednoznacznie kojarzyło z jakąś banią alkoholową, no i postanowiliśmy to ocenzurować. A dlaczego w nazwie „kropka” jest przed „b”? To wniósł Mariusz – on jest z Bytomia. W jego mieście inteligentny kibic Polonii Bytom... na bloku pisał nazwę swojej drużyny i jak to pisał, to słowo „Bytom” mu się nie zmieściło i postawił kropkę, ale przed „b”. I to było dla nas inspiracją, żeby w naszej nazwie kropkę postawić w tym miejscu. Ot, cała historia. I to jest ta najprawdziwsza z prawdziwych historii, którą nie wiem, czy kiedykolwiek komuś opowiedzieliśmy. Czy zdarzyło Wam się przed występem doprowadzić się do takiego stanu, że tak bardzo śmialiście się z siebie, że nie potrafiliście wyjść na scenę? Dziołcha, nam się to zdarza nawet na scenie i to dość często! (śmiech). W naszych programach jest dużo improwizacji i wolności. Czasami wybuchamy ze śmiechu na scenie. Często robimy tak, że na sekundę przed wyjściem na scenę jakiegoś kolegi szeptamy mu do ucha coś śmiesznego i wychodząc na scenę ma w głowie coś, co mu ktoś szepnął przed momentem. Albo też – kolejna zabawa – gdy ktoś jest na scenie i gra, my mu pokazujemy za kulisami różne dziwne rzeczy, albo części ciała, a lud tego nie widzi.

Wasze stroje sceniczne są rozbrajające. Chodzi nam szczególnie o  Wasze sweterki, jaka jest ich historia? Historia jest banalna. Aura magiczności wokół nich się utkała. Ta historia jest tak banalna, że szok. Po prostu mamy je z lumpeksu. Później dorobiliśmy do tego ideologię, która nam się podoba: Łowcy powstali ze śmieci, które połączyły się ze sobą w koszu na śmieci i  z  nich powstaliśmy my. Był jeszcze tajny środek doktora… tam był jakiś doktor (śmiech). Na pewno chcieliśmy uniknąć czarnych spodni, białych koszul, czy uniformów, które są domeną większości kabaretów. Ten strój wydawał nam się zbyt prosty i  oczywisty. A  jako, że jesteśmy chłopakami przewrotnymi, co nie? To na początku, kiedy jeszcze byliśmy Trupą, występowaliśmy w swoich cywilnych ubraniach, tylko wpuszczaliśmy spodnie do skarpetek, bluzy do spodni. Jak już zaczęliśmy funkcjonować, jako kabaret, to postanowiliśmy, że ubierzemy nasze wnętrza, to, co reprezentujemy sobą i  to, co pokazujemy na scenach. Poza tym dorobiła się później ideologia, że walczymy z pięknymi paniami i panami z  telewizji. Tak, my jesteśmy na antypodach tej estetyki. Mieliście styczność ze środowiskiem studenckim, co najmilej wspominacie ze studiów? Jesteśmy kwintesencją środowiska studenckiego. I esencją. Często wspominamy czasy studenckie. Czujemy żal, o którym się nie mówi, ogromny żal, że to już minęło. Bo to był naprawdę rewelacyjny czas.

19


Łowcy.B w pełnym składzie

Mieliście również styczność z akademikami? Mieliśmy styczność z akademikami, stancjami, klubami studenckimi… ze wszystkim. Można też powiedzieć, że nie mieliśmy styczności, bo nie chcieli nas w wielu miejscach. Będąc na studiach nie mieliśmy styczności ze studiami. Robiliśmy sobie czasami zawody – 1:0 to było, jak na przykład ktoś przez tydzień nie chodził na żadne zajęcia. Niektórzy doprowadzali do 5:0. Ale to było rzadko… (śmiech). Łowcy.B po godzinach – jak u  Was wygląda wolny czas? Obieranie ziemniaków, chodzenie do sklepu, sklejanie statków, muzykowanie sobie gdzieś w kącie, oglądanie filmów, chodzenie do kina. Odkąd występy stały się naszą pracą strasznie dużo jeździmy i nie mamy za wiele wolnego czasu, a  jak już go mamy, to musimy go poświęcać na pracę – musimy się spotkać na próbę, coś ustalić. Cały czas żyjemy praktycznie 24h na dobę, 7 dni

20

w tygodniu kabaretem. Jak już mamy czas wolny, to chillout’ujemy, czyli rodzina, żona, kino, film, niektórzy jeszcze muzykują sobie z zespołem. Łowcy.B za 50 lat – dalej pełni sił i formy? Nie wiemy. Jesteśmy przyjaciółmi, ale jesteśmy tak różni od siebie, każdy jest taką indywidualnością, że nie wiadomo, jak to wszystko będzie wyglądało jutro, za dzień, za dwa, za rok. Między Wami, jako dużą grupą nie dochodzi chyba do jakichś zgrzytów? W każdej grupie, która spędza ze sobą więcej czasu, niż ze swoją rodziną, i to takiej grupie, w której każdy ma jakąś wizję, nie ma lidera, dochodzi do spięć i wielkich wręcz wojen. Na zewnątrz być może tego nie widać i dobrze, bo to są nasze wewnętrzne sprawy, ale czasami pewne rzeczy mówimy sobie głośniej. To są konkretne charaktery w jednym zespole, każdy ma jakąś wizję świata i chce ją przeforsować, a  ktoś inny ma jeszcze


Nasze połówki tego nie czytają, a nasze ego ma ogromny dystans do Internetu. W Internecie najbardziej lubimy czytać maile od swoich znajomych. Na pewno jest tak, że są ludzie, którym się podobamy, bardzo nas lubią i mają potrzebę pisania o tym i wierzę, że to jest szczere, ale jest też – trzeba to powiedzieć na głos – parę osób szalonych, które moim skromnym zdaniem przesadzają. Ci, co nas nie lubią i za bardzo jadą po nas, to przeginają. Ci, którzy za bardzo nas lubią, też przeginają – czasami nawet bardziej. Czasami można się naprawdę poważnie przestraszyć pewnych rzeczy, to są często obsesyjne zachowania. Czy poznając nowych ludzi odczuwacie pewnego rodzaju presję, że ci ludzie wychodzą z założenia, że musicie być śmieszni i wyluzowani, jak na scenie. Czy to ma na Was wpływ? Zależy, jaki mamy nastrój w  towarzystwie. Jak mamy ochotę żartować, to żartujemy, a  jak nie – to nie. Oczywiście są takie sytuacje, że jakiś człowiek wiedząc, że jesteśmy z kabaretu, oczekuje od nas tego, że będziemy nagle opowiadać śmieszne dowcipy, ale nasi znajomi i przyjaciele wiedzą, że nie o to chodzi... wiedzą, że to jest nasza praca. Jak ja mam kolegę górnika, to nie oczekuję, żeby w spotkaniu ze mną walił kilofem w ziemię, bo byłoby głupio i dużo hałasu. Jak mam koleżankę nianię, to byłoby głupio, jakby za każdym razem, gdy chciałbym się z nią spotkać, przychodziła z dzieckiem na rękach. Oczywiście, spotykamy ludzi wywierających na nas presję… wtedy najlepiej zrobić z  siebie człowieka nieznającego się na humorze i niepotrafiącego poradzić inne spojrzenie i  w  tym jest błogosławieństwo, ale sobie z żartem w towarzystwie (śmiech). i  wielkie przekleństwo. Jesteśmy chyba jedynym kabaJaka jest Wasza najśmieszniejsza wpadka na retem, w którym nie ma lidera. Jest frontman, którym scenie? jest Mariusz, ale nie ma lidera, który ustala, pisze, któ- …jak jest jakaś wpadka, to my ją przerabiamy w coś, co ry zgarnia najwięcej kasy. U nas jest najzwyczajniejsza jest nie jest wpadką, śmiejemy się z  tego. Po prostu w  świecie demokracja. Pewien pan, Władysław Sikora, ogrywamy to i już nie ma wpadki. Raz przypadkiem, to teoretyk kabaretu, założyciel grupy Potem, Wytwórni było chyba najstraszniejsze, w  jakiś wieczór, Mariusz A’YOY itd. twierdzi, że takie grupy nie mają prawa bytu, coś podrzucał i jak spadło na niego, rozcięło mu kawarozpadają się bardzo szybko – być może jesteśmy wy- łek czoła i  krwawił na scenie. Krwawienie już było gojątkiem. Jak widać istniejemy 7 lat, i jakoś dajemy radę. rzej ograć, widz już się nie śmieje, jak jest krew. Ale my Stworzyliśmy coś fajnego i wierzymy w to, że możemy śmialiśmy się. to ciągnąć dalej. Przepis na udaną imprezę według Łowców.B? Teraz kilka słów o blogach… Troszeczkę alkoholu, dziewczyny, body-painting, zwiea co to jest? My jesteśmy za starzy… rzęta, dobra muzyka, mało dzieci (śmiech). …Blogi to są… Dziękujemy za rozmowę. …pamiętniki. Tak. Fanki piszą na Wasz temat, same superlatywy, są Wywiad przeprowadziła wręcz zakochane. Co na to Wasze ego i Wasze połówki? Agnieszka Okulus

21


Relaks

w Bukowinie Tatrzańskiej Kwiecień plecień, bo przeplata… i my również przepleciemy. Lato coraz bliżej, a nasza propozycja na weekend to okolice polskiej zimowej stolicy. Zakopane to znana miejscowość – mniej znaną jest Bukowina Tatrzańska. Na nartach, co prawda, nie będziemy mieli okazji tam pojeździć, ale czas spędzony w górach o tej porze roku i tak powinien obfitować w atrakcje.

22


Gdybyśmy do Bukowiny wybierali się w  zimie znalezienie wolnego miejsca noclegowego byłoby trudne. Obecnie nie powinno nam to jednak nastręczać szczególnych problemów. Z Bukowiny do Zakopanego jest zaledwie 15 kilometrów, do granicy ze Słowacją 11 km, pierwszy sklep po drugiej stronie granicy znajduje się w odległości 14 km od nas, a do najbliższego słowackiego miasta jest niecałe 40 km. Atrakcje tego rejonu to jednak nie tylko robienie zakupów na Słowacji i wędrowanie po górach. To również baseny termalne, park wodny… no i  widok na góry z okna wynajmowanego pokoju. Planujemy… Po rezerwacji noclegu powinniśmy wybrać, w  jaki sposób dostać się do Bukowiny. Połączeń autobusowych pomiędzy Katowicami a Zakopanem nie ma wiele, kolejowych – wcale. Zdecydowanie najtańszy i najszybszy jest autobus PKS-u kursujący o 2.05 w nocy z Katowic (o 5:40 jest w Zakopanem), koszt studenckiego biletu to 13,5 zł. Z  Zakopanego PKS ten wraca o  21:45 (w  Katowicach meldujemy się wówczas o  1:10). Jeśli pora takiej podróży jest dla nas zbyt późna, możemy wybrać inną opcję dojazdu. Jest nią podróż do Krakowa i  dopiero stamtąd do Bukowiny. Z  Katowic do Krakowa można dostać się pociągiem (koszt przejazdu: 9,5 zł (osobowy), lub 10 zł (InterRegio), również tanio wyjdzie autobusem (PKS, kierunek: Limanowa), który odjeżdża o 15:10 ze stanowiska nr 8 (o 17:05 jest w Krakowie),

a  bilet kosztuje 10 zł. Z  Krakowa wraca on o  10:50 i  jest w  Katowicach o  12:35, kursuje codziennie. Z  Grodu Kraka mamy już więcej połączeń z  górskimi miejscowościami. Ulgowy bilet na bus lub autobus do Bukowiny kosztuje 15 zł. A zatem, udało się! Jesteśmy na miejscu. … i odpoczywamy Główną atrakcją wiosennych gór są piesze wędrówki. Dlatego też jednym z naszych pierwszych zakupów po przyjeździe do Bukowiny powinna być mapa z  górskimi szlakami. Oprócz wspaniałych możliwości obcowania z przyrodą (w związku z czym, po długich spacerach przy wiosennej temperaturze, możemy się nieco wyziębić) skorzystać można również z czegoś cieplejszego – basenów, których na Podhalu nie brakuje. W  okolicy znajdują się dwa baseny termalne (w Bukowinie i Szaflarach – 6 km za Nowym Targiem w kierunku Zakopanego) i jeden park wodny, w  Zakopanem. Opłaty za korzystanie z dostępnych tam wodnych uciech to od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych za godzinę (w  basenach w Bukowinie od kilkudziesięciu złotych). No a gdy zaznamy już zarówno chłodu wysokogórskiego, jak i ciepła termalnego przyjdzie czas na… obiad – a więc zakupy. Zakupy można robić w sklepach w Bukowinie, jechać do Zakopanego, albo wybrać się na Słowację. Niestety minęły czasy, kiedy mogliśmy zaoszczędzić zauważalną ilość gotówki przy okazji zakupów za południową granicą (jedną z przyczyn takiego rozwoju sytuacji było przyjęcie waluty euro przez naszych sąsiadów). Mimo to wybierając się na Słowację mamy możliwość zakupienia potraw, czy produktów spożywczych, których w  Polsce nie znajdziemy. A  nawet jeśli znajdziemy – to na pewno nie ze słowacką etykietą. Tak samo, jak kwiecień, który przeplata tak i  my przeplatamy – weekendowe odwiedzenie miejscowości znanej dzięki zimie w  czasie, gdy lato powoli się zbliża, może być ciekawym doświadczeniem. Dużym plusem jest również to, że nie musimy pamiętać o posiadaniu paszportu, jeśli zechcemy zwiedzić góry i  sklepy na Słowacji. Ważna jest również możliwość poznania zimowego miejsca w  wiosennych okolicznościach – jak na przeplatający miesiąc przystało. RCC

23


Student Na Dorobku CZYLI GDZIE SIĘ ZATRUDNIĆ, BY ZAROBIĆ „TROCHĘ GROSZA” Życie studenckie kosztuje. Nie trzeba o tym specjalnie nikogo przekonywać. Nawet studiując w trybie dziennym i  nie płacąc bajońskich sum za czesne, pieniądze i  tak są potrzebne… i to spore pieniądze. Zarówno na książki, tony kserówek (które poniewierają się po pokoju studenckim), a także na samo „życie”. Nie ma rady, trzeba zakasać rękawy i iść do pracy. Specjalnie dla tych z Was, którzy planują w najbliższej przyszłości rozpoczęcie pracy, przedstawiamy zestawienie najbardziej popularnych prac dorywczych wykonywanych przez studentów. Pod dziennikarską lupę wzięliśmy prace: sprzedawcy, roznosiciela ulotek, hostessy, oraz co nieco z gastronomii, czyli kelnera i barmana. PO PIERWSZE I NAJWAŻNIEJSZE – KASA Bądźmy szczerzy, większość studentów, którzy podejmują się jednej z powyższych prac, robi to z myślą o zajęciu tylko na czas studiów. Ich prawdziwe zawodowe preferencje są zupełnie inne, lecz niestety nie zawsze od razu można pracować w wymarzonej branży. Dlatego na tym etapie o wyborze decyduje najczęściej strona finansowa. I tutaj zdecydowanie najlepiej wypada praca w branży gastronomicznej, przede wszystkim ze względu na napiwki. Jak przyznają zarówno barmani, jak i  kelnerzy, stała pensja w zasadzie jest tylko dodatkiem do napiwków. Wartość stałego uposażenia wynosi dla barmana od mniej więcej 700 zł do 1500 zł, w zależności od lokalu i miasta, w którym pracuje. Zdecydowanie lepiej wypadają tutaj duże miasta niż mniejsze miejscowości.

24

Bardzo podobnie wygląda to w  przypadku pracy kelnera. Stała pensja kelnera wynosi od około 600 zł do 1200 zł, a czasami nawet więcej. Co do napiwków w obu profesjach, ich wysokość zależy od wielu czynników: od miejsca pracy, klasy lokalu, ale także dnia, bowiem nawet w ekskluzywnych lokalach zdarzają się takie dni, gdzie napiwki wynoszą niecałe 10 zł, ale może być znacznie lepiej. Wtedy ich wysokość w danym miesiącu może przekroczyć wysokość stałej pensji. Napiwki są również zależne od samego pracownika, bowiem bardzo często od jego umiejętności zależy ewentualny napiwek. Barman, który trzęsącymi się rękami naleje piwo z  pianą na „dziesięć palców” nie może liczyć na wysoki napiwek. Co innego, gdy popisze się barmańskimi trikami. Jak zdradzają barmani, wysokość napiwków może wtedy wzrosnąć nawet około 20–30 %. Tak więc trzeba się cały czas rozwijać i dokształcać. Gorzej przedstawiają się warunki finansowe w pozostałych branżach. Sprzedawca w sklepie odzieżowym, czy też obuwniczym w centrum handlowym zarabia około 6 – 8 zł za godzinę, plus oczywiście premie uznaniowe. Tutaj jednak pojawia się jeszcze jedna kwestia, bowiem w  niektórych sklepach w  momencie zaistnienia sytuacji, kiedy brakuje w  kasie pieniędzy, czyli po prostu jest manko, wszyscy sprzedawcy danej zmiany muszą manko pokryć z własnej kieszeni. W przypadku, gdy jest ono wysokie, sytuacja zaczyna być nieco mniej komfortowa. Podobnie zarabia także pracownik dużej firmy gastronomicznej oferującej tzw. fast food. Tam


przeciętna stawka to około 6–7 zł za godzinę i na napiwki raczej nie ma co tutaj liczyć. Mniej więcej tak samo pod względem finansowym wygląda praca hostessy, czy też rozdawanie ulotek. W  przypadku hostessy stawka wynosi około 7–8 zł za godzinę. Natomiast za godzinę roznoszenia ulotek można otrzymać od 5 zł do 8 zł, a czasami nawet więcej. Zależy to oczywiście od firmy zlecającej. Jak więc widać nie są to kokosy, ale niestety od czegoś trzeba zacząć. PO DRUGIE i równie ważne – GODZINY PRACY Jak zgodnie przyznaje większość studentów pracujących na omawianych stanowiskach, głównym argumentem przemawiającym za zatrudnieniem się w tych branżach są godziny pracy. A dokładniej elastyczny grafik. Pracodawcy na szczęście świadomi są, że zatrudniając studenta muszą zaoferować elastyczne godziny pracy i tutaj, np. w dużych firm nazwijmy je „fast-foodowych”, można określić już na samym początku, w które dni, oraz po ile godzin dziennie chce się pracować. Podobnie w przypadku roznoszenia ulotek. Natomiast w sklepach najczęściej z góry wiadomo, w jakim systemie będzie

się pracować i czy można to pogodzić ze studiami, np. decydując się na pracę na ½ etatu. Trochę inaczej wygląda to w pracy barmana, czy też kelnera. Te najczęściej wymagają dyspozycyjności, zwłaszcza w godzinach popołudniowych, wieczornych, a także bardzo często nocnych. Nie jest to więc najlepsza opcja dla osób, które muszą dojeżdżać do domu, zwłaszcza środkami komunikacji miejskiej. Praca taka ma również niezaprzeczalne plusy, bowiem większość dnia pozostaje wolna. Co do ilości przepracowanych godzin, jest to z reguły kwestia do uzgodnienia. Dzięki elastycznemu grafikowi, można na niektórych stanowiskach samemu określić ilość godzin, którą chce się być w  pracy. Często ustalany jest tylko pułap minimalny, czyli minimalna ilość godzin, które miesięcznie trzeba przepracować na danym etacie. PO TRZECIE – GARŚĆ SZCZEGÓŁÓW Każda z wymienionych profesji ma swoje znaczące plusy i  minusy, o  których warto wiedzieć nim podejmie się decyzję i  podpisze umowę z  pracodawcą. Oto krótka, bezlitosna, charakterystyka każdego z zawodów.

BARMAN – Najlepszą drogą, aby rozpocząć

25


prace, jako barman jest zapisanie się na kurs barmański. Cena takiego kursu to przykładowo 600 zł. Na nim, po pierwsze zdobywa się niezbędne doświadczenie, a po drugie nawiązuje się kontakty w branży, bowiem bez doświadczenia i bez kontaktów ciężko jest załapać się do pracy. Trzeba także wyraźnie rozgraniczyć pracę barmana od nazwijmy to „nalewacza”, czyli osoby, która po prostu wie, jak mieszać ze sobą alkohole, żeby otrzymać smaczne „małe co nieco”. Prawdziwy barman to hobbysta, człowiek, który cały czas się rozwija i  poszerza swoją wiedzę. Niezależnie jednak czy pragnie się zostać barmanem przez duże „b”, czy też po prostu chce się nalewać piwo w pubie, trzeba pamiętać o  paru istotnych informacjach. Po pierwsze praca ta wiąże się z  bezustannym kontaktem z  klientem. Dodajmy, różnym klientem. Ludzie przychodzący do pubów bardzo często traktują barmanów, prawie jak swoich przyjaciół, którym zwierzają się z  problemów. Tak więc barman musi umieć i lubić pracować z ludźmi. Jak mawiają niektórzy barmani: „Barman to niemalże ksiądz, z tym że niemogący udzielić rozgrzeszenia”. Praca ta wymaga także dyplomacji, bowiem czasami trzeba klientowi wyraźnie dać do zrozumienia, że najwyższa pora zwolnić tempo albo po prostu grzecznie iść do domu. Kolejna rzecz, barman większość czasu stoi i trzeba uwierzyć na słowo, że parę godzin non stop w tej pozycji, potrafi nieźle „dać w kość”. A plusy: przede wszystkim jest to idealna praca dla tych, którzy lubią kontakty z  ludźmi, są przebojowi oraz towarzyscy. Praca ta posiada również zalety psychologiczne – podnosi poziom samooceny, a także wyrabia pewność siebie. Poza tym, już z przymrużeniem oka, niektórzy barmani śmieją się, że bycie barmanem to najlepszy sposób na podryw. KELNER – podobnie jak praca barmana, praca kelnera, wiąże się z kontaktem z ludźmi i to w przeróżnych, nie zawsze przyjemnych sytuacjach. Trzeba sobie zdawać z tego sprawę, podejmując się tej pracy. Jest to również zawód bardzo męczący, związany z ciągłym ruchem oraz w pewnym stopniu także napięciem, wymagający opanowania oraz dyplomacji. Z reguły w ogłoszeniach wymagane jest doświadczenie. PRACOWNIK SIECI RESTURACJI – pierwszą niezaprzeczalną zaletą jest brak konieczności posiadania doświadczenia. W większości restauracji typu fast food wystarczy po prostu zgłosić się, wypełnić formularz i jeśli tylko będzie wolne miejsce można liczyć na zatrudnienie. Pracownicy bardzo często otrzymują także pewne bonifikaty, jak

26

foto: marek babirecki

np. zniżki na posiłki. Istnieje również możliwość awansu, z tym, że najczęściej uzależnione jest to od długości stażu pracy. Jak już zostało wspomniane, główny plus to elastyczność grafiku, który można dostosować do swojego planu studiów. Minusem natomiast są stosunkowo ciężkie warunki pracy. W tego typu lokalach najczęściej jest bardzo gorąco oraz ślisko. Poza tym ruch panuje tam praktycznie non stop, więc po paru godzinach pracy, naprawdę można odczuć zmęczenie. SPRZEDAWCA – doświadczenie w  tego typu pracy nie zawsze jest wymagane, choć z  reguły mile widziane. Pracodawcy zwracają uwagę na prezencję pracowników, także już po zatrudnieniu. Najczęściej wymagane są albo oficjalne stroje zaproponowane przez daną firmę, bądź też w niektórych sklepach, po prostu elegancki wygląd. Wtedy trzeba zrezygnować z  jeansów i  mocniejszego make-up’u. Pracownicy z reguły mają możliwość awansu np. na managera bądź też kierownika sklepu. Praca najczęściej odbywa się w  systemie zmianowym w  godzinach otwarcia sklepu, czy też całego centrum handlowego. Niezaprzeczalnym plusem są różnego rodzaju promocje i  zniżki na zakupy dla pracowników. Minusy zaś to przede wszystkim konieczność niemalże ciągłego bycia na nogach (co po paru godzinach może dać się we znaki) oraz oczywiście klienci, którzy są delikatnie mówiąc „różni”. HOSTESSA – w  powszechnej opinii jest to jedna z  najłatwiejszych form pracy. Stoisz, uśmiechasz się i tyle. W praktyce jednak nie do końca tak to wygląda. Praca hostessy jest, bowiem nadzorowana przez kontrolę, która, w momencie


Aktualnie rekrutują: gdy widzi, że hostessa stoi i nie promuje produktów, bądź też plotkuje ze znajomymi, najczęściej podchodzi do niej i po prostu dziękuje jej za współpracę. Trzeba również wiedzieć, że praca hostessy to najczęściej zatrudnienie weekendowe, po kilka a nawet kilkanaście godzin dziennie, co potrafi wykończyć każdego. Poza tym hostessy przeważnie pracują na umowę o dzieło, więc nie zawsze można zaplanować sobie, w który weekend będzie się w pracy. ROZDAWANIE ULOTEK – jest to bardzo popularna forma zarobkowania, zwłaszcza dla ludzi młodszych, np. licealistów, ale także studentów. Rozdawać ulotki można zarówno na ulicy przechodniom, jak i w blokach, czy też na parkingach. Najczęściej roznoszący ulotki dostaje określoną ilość ulotek, którą musi rozdać w danym czasie i za te godziny jest wynagradzany. Kiedy skończy dużo wcześniej musi przyjść po dodatkową partię, choć oczywiście zależy to od konkretnej firmy. Jak mówią osoby, które się tym zajmują, w około 2–3 godz. są w stanie rozdać około 500 do 600 ulotek. Inną formą rozliczania jest płaca od jednej ulotki. Rozdawanie ulotek, podobnie jak praca hostessy, jest kontrolowana przez osoby z zewnątrz. Zdecydowanym minusem są tutaj warunki pracy, bowiem osoby rozdające ulotki pracują o każdej porze roku, niezależnie od pogody. Pracowników najczęściej obowiązują firmowe stroje: czapeczki, t-shirty, czy też kurtki. Ofert pracy dla chcących roznosić ulotki jest mnóstwo, więc „ulotkarze” stoją prawie na każdym rogu. Ludzie często patrzą na nich z niechęcią – to minus tej pracy. Większość studentów traktuje swoją pracę podczas studiów, tylko jako formę zarobku, mierzą bowiem o wiele wyżej. Jednakże nawet w tego typu pracy można zyskać bardzo wiele. Przede wszystkim, łącząc studia z  zarabianiem pieniędzy, można nauczyć się dobrej organizacji swojego czasu, a  to bez wątpienia przyda się w  przyszłości, niezależnie jak prestiżowy zawód planuje się wykonywać. Beata Pękala

UWAGA BONUS!

DO ROZDANIA MAMY GODZINNE PODWÓJNĄ WEJŚCIÓWKĘ NA JUWENALIOWY MEGAFAJNY KABARETON DO GCK W KATOWICACH (WYSTĄPIĄ M.IN. ŁOWCY.B). WYSTARCZY, ŻE WEJDZIESZ NA STRONĘ WWW.FERWA.PL I BĘDZIESZ POSTĘPOWAŁ ZGODNIE ZE WSKAZÓWKAMI. POŚPIESZ SIĘ! ILOŚĆ BONUSÓW JEST OGRANICZONA.

27


28


Maciej Stuhr „MYŚLĘ, ŻE JESTEM TROCHĘ ZA NORMALNY…”

Sobota wieczór. Dzwoni mój telefon. Szef, hmm… odbieram. – Jest temat, jedziemy do Warszawy na wywiad z  młodym Stuhrem, wchodzisz w  to? Odpowiadam szybciej, niż zdążę pomyśleć – Pewnie, jedziemy. Jest środa rano, a  my mkniemy do stolicy. Mały punkcik na mapie. Punkcik prujący przez mapę, trzeba dodać, że redakcyjne CB Radio pomaga nam uniknąć czujnych misiaczków oraz suszarek czających się na poboczach. – Z Częstochowy do Warszawy macie czysto – odzywa się wśród trzasków głos jakieś „bratniej”, rajdowej duszy. Dzięki wielkie. Szerokości! Jedziemy. Namiętny głos Pameli z  GPS-a  pozwala nam nie zgubić się w  warszawskiej, urbanistycznej dżungli. – Jesteś na miejscu – mówi Pamela. Ok. Biosfeera – miejsce spotkania. Czekamy. Pół godziny przed umówioną godziną wchodzi gość honorowy, Maciej Stuhr, ale… podchodzi do innego stolika! U  nas w  załodze lekka panika. Pięknie to będzie wyglądało. Stuhr przyszedł, ale nie do nas! Jak pokażemy się w redakcji?! Czekamy cierpliwie, aż wreszcie przychodzi i nasz czas. Maciej Stuhr zasiada przy naszym stoliku. Biorę więc głęboki wdech i zaczynam…

Reprezentujemy czasopismo studencko-kulturalne „Ferwa” adresowane do studentów – ludzi młodych, aktywnych, spełniających swoje marzenia. Jak Pan zapewne wie, można studiować przez duże „S” albo przez takie całkiem małe i stąd nasze pytanie, jakim typem studenta Pan był? Ja studiowałem przez takie średnie (śmiech). Trzeba tutaj rozróżnić moje dwa kierunki studiów. Na psychologii wiedziałem, że to nie są studia, które mają na celu zdobycie dla mnie zawodu. Wiedziałem, że nie chcę być psychologiem, tylko chcę sobie coś ciekawego postudiować. Coś, co mnie po pierwsze jakoś rozwinie, przy dobrze wiejących wiatrach, a po drugie, da mi trochę studenckiego życia, którego nie daje szkoła teatralna, w której się siedzi od rana do nocy, przez siedem dni w  tygodniu. Natomiast zupełnie inaczej wyglądało studiowanie w  szkole teatralnej, która jest w gruncie rzeczy szkołą zawodową i której trzeba poświęcić bardzo dużo czasu, jeżeli chce się to poważnie traktować. A  ja tkaktowałem to bardzo poważnie. Mimo, że już grałem w filmach i działał kabaret, chciałem bardzo tę szkołę wykorzystać. Nawet trochę w tym pejoratywnym sensie. Po

29


prostu wyciągnąć z niej to, co się da. Nauczyć się tam takich bardzo technicznych rzeczy np. wyraźnie mówić. To było najważniejsze. A oprócz tego bonus spotkania profesorów…. tu i tu. Spotkałem wspaniałych ludzi na psychologii: Ojciec Kłoczowski, na którego wykłady schodziło się pół Krakowa, Profesor Nęcki, u którego pisałem pracę magisterską. W szkole teatralnej również: Globisz, Peszek, Roman Garncarczyk. To takie bardzo miłe dodatki do tego wszystkiego. Wspomniał Pan o obronie pracy magisterskiej. Czy było to dla Pana ważnym przeżyciem? I  co było po obronie, impreza do białego rana? To był dosyć specyficzny czas w moim życiu. Zdawałem we wrześniu po V roku i w tymże wrześniu dowiedziałem się, że będę tatusiem. No więc trochę inne rzeczy mi zaczęły chodzić po głowie, niż sama obrona pracy magisterskiej. A ponieważ to była sesja wrześniowa, więc było niewielu studentów. Zdawaliśmy w  gabineciku bez świadków. Stres jakiś tam był, ale wiadomym było, że wszystko pójdzie dobrze. A od października zacząłem potem szkołę teatralną. A tego dnia obrony, co było później? Nie pamiętam – minęło 10 lat od obrony …coś tam chyba było… Skąd pomysł na sparodiowanie takich osób jak Gustaw Holoubek, czy też Stanisław Soyka. Ile czasu musiał ich Pan obserwować, żeby wychwycić pewne charakterystyczne zachowania? Nigdy nikogo nie sparodiowałem na zasadzie – trzeba by go sparodiować, jak to zrobić? Zawsze to naturalnie przychodziło. Najnaturalniej przyszła moja pierwsza parodia i  w  ogóle pierwszy numer kabaretowy, czyli parodia Staszka Soyki. Jeszcze będąc w  liceum, Staszek Soyka wypełniał każdą salę koncertową w  Polsce. Byłem jego wielkim fanem. Z  kolegami ze szkoły muzycznej potrafiliśmy grać wszystkie jego utwory. Nie były to jednak klasyczne covery, gdyż klasycznym coverem jest nowy pomysł artysty na nagranie starej piosenki. Nie, nasza konkurencja polegała na zagraniu tego dokładnie tak, jak gra to Staszek Soyka. Kto był bliżej, ten był lepszy. W  pewnym momencie byłem w  czołówce tej konkurencji (śmiech). Jak pojawiłem się w  pierwszym kabarecie, to jeszcze nie był mój kabaret, ale taki jeden, w  którym byłem, będąc na pierwszym roku studiów, nie za bardzo było wiadomo, co ja bym tam jeszcze mógł zrobić, oprócz tego, że wszedłem w  jakieś zbiorowe numery. „Może byś coś zaśpiewał?” „No ale ja znam chyba tylko piosenki

30

Soyki” – mówię. „To może Soykę byś zaśpiewał?” – pytają. „Ale co ja tak będę śpiewał Soyki piosenki, jak Soyka”. No właśnie jak Soyka – to było ciekawe. „To może wsadź sobie brzuch-poduszkę” - z Teatru Starego od zaprzyjaźnionej jeszcze z dzieciństwa charakteryzatorki wziąłem perukę, bo Staszek Soyka miał wtedy jeszcze zupełnie inną fryzurę. I tak powstał mój pierwszy numer. Także wszystkie moje parodie zawsze wynikały z bardzo dużej sympatii do osób, które parodiowałem i mimo że się trochę wyzłośliwiałem, to jednak nie miałem potem oporu, żeby im to pokazać. Odbiór był zawsze pozytywny. A  czy Pan sam byłby dobrym materiałem do sparodiowania? Trzeba by spytać jakiegoś parodysty. Obawiam się, że chyba nie, chociaż tego się nigdy samemu nie wie. Trzeba mieć coś niezwykle charakterystycznego, żeby się nadawać do parodii, trudno to u  siebie stwierdzić. Myślę, że jestem trochę za normalny. Na drugim roku studiów ojciec wyrzucił Pana z domu. Może nie dosłownie, ale powiedział, że musi się Pan od tego momentu utrzymywać sam. Uważa Pan, że jest to dobry sposób na to, żeby młodzi ludzie nauczyli się odpowiedzialności, taki „rzut na głęboką wodę”? W moim przypadku to było super. Pewnie w przypadku dziewczyn, może jest jakoś inaczej, a może nie? Tak mówię po swojej siostrze, która nie miała potrzeby, żeby coś takiego zrobić, ale ja odżyłem. Bardzo się unormowały i polepszyły moje stosunki z rodzicami. Przestaliśmy sobie deptać po piętach. A nie miał Pan wątpliwości – dam sobie radę, nie dam sobie rady? Nie. Rodzice przez pewien czas jeszcze dawali mi taką zapomogę – 250 zł. To było tak wyliczone, żeby utrzymać się przez miesiąc. Tak, żeby starczyło rano na bułkę. A jeśli cokolwiek chcę więcej, to muszę sobie sam zarobić. A ja wtedy jeszcze nie zarabiałem nic. Pamiętam, przeprowadziłem się od stycznia. Jesienią przed tym styczniem założyłem kabaret, zacząłem gdzieś się pojawiać. Rodzice mnie praktycznie rzucili do tego mieszkania i w tym pierwszym miesiącu trzeba tam było kupić: szczotkę, ścierki. A więc te 250 zł się skurczyło w tempie presto i tak około 16 stycznia zrobiło się dosyć cienko. Wyobraźcie sobie, że w tym samym miesiącu, na 17 stycznia, dostałem pierwszą w życiu propozycje poprowadzenia imprezy. To był bal karnawałowy, w takim zameczku, za który dostałem 500 zł.


31


…co pozwoliło dociągnąć do końca miesiąca? Co tam do końca miesiąca. Ja pamiętam, że prosto z tej imprezy pojechałem do „nocnego” kupić cokolwiek na drugi dzień (śmiech). W  książce „Stuhrowie. Historie rodzinne” Pana ojciec mówi, że aktorzy są w życiu bardzo trudnymi partnerami. Pozwolę sobie zacytować: „Artyści to straszni egocentrycy, bo muszą być piekielnie skoncentrowani na sobie, a potem wchodzi im to już w krew”. Co Pan o tym sądzi? Czy Maciej Stuhr jest narcyzem? Wydaje mi się, że każdy aktor ma takie momenty, iż musi być narcyzem. Jakby aktor nie wierzył, że to, co robi jest świetne, to w ogóle by nikt na niego nie zwrócił uwagi. Musi być ten moment, że wchodzisz na scenę i jesteś pewien tego, co robisz. Tylko jak to zrobić, żeby zejść z tej sceny i jakoś trochę to zakryć? Usilnie staram się nad tym pracować, ale oczywiście jest to tylko trochę możliwe. Natomiast inny problem polega na tym, że myśli człowieka są owładnięte tym, co robi. Niedawno miałem prowadzenie gali „Orłów Rzeczpospolitej”. Przez ostatni tydzień przed nimi nie było ze mną kontaktu. A już na pewno nie była możliwa rozmowa na inny temat. Żona oczywiście cały czas mi mówiła: „Słuchaj, zobacz, tutaj takie kafelki fajne”. A ty tak patrzysz i patrzysz tylko tak, żeby „nie było”. A tak naprawdę, to nic, ale to nic nie widzisz. Tylko cały czas myślisz, czy oni się tam na gali będą, czy nie będą śmiać z żartów. I trzeba naprawdę ogromnej dyscypliny, żeby wszystkich sobą nie zanudzić w  tym momencie. Dlatego z  ojcem staliśmy się szybko partnerami, gdyż załapaliśmy, że możemy sobie o  tym nawzajem dużo opowiadać. Pod tym względem, to dla współdomowników może być ciężkie, zwłaszcza w  jakiś momentach stresowych, przed premierą. Wszystko się wokół tego kręci. Jest to oczywiście okropne. Zwłaszcza w  przypadku faceta, bo takie roztrząsanie każdego niuansu swojego postępowania, czy swojego wyglądu, jest chyba niemęskie. Co nie oznacza, że nie należy z tym walczyć. Jeszcze jedna rzecz mnie zainteresowała w książce autorstwa Jerzego Stuhra. Zostało w niej podkreślone, że członkowie Pana rodziny mają problemy z  okazywaniem uczuć, że jesteście osobami bardzo skrytymi. Jak to jest w pana przypadku, w Pana relacjach z córką? Jest pan osobą skrytą, która ma problemy z okazywaniem uczuć? Na szczęście tutaj krew mamy zaczęła się odzywać, która jest osobą bardzo ciepłą i uczuciową, mimo, że czasami czuję taki powiew linii Stuhrów, Austrii w swoich

32

żyłach. Jeśli chodzi o  dzieci, to ja generalnie lgnę do nich, a  dzieci do mnie. Podobnie jak zwierzęta. Nie wiem, czy to ma coś wspólnego…? (śmiech). Jak jest jakiś maluch, to zaraz są wygłupy. Czyli raczej nie jest Panu bliski typ rodzicielstwa: ojciec-autorytet, ale raczej tata-kumpel… Staram się to jakoś połączyć, chociaż oczywiście czasami ten autorytet jest faktycznie wystawiany na szwank. Teraz może co nieco, odnośnie filmu, w którym gra Pan jedną z  głównych ról – „Mistyfikacja”. W  jaki sposób, Pana zdaniem, można zachęcić młodych ludzi, żeby zamiast obejrzeć po raz kolejny „American Pie”, zdecydowali się wybrać do kina na „Mistyfikację”? Film, którego tematyka w  wyraźny sposób oscyluje wokół życiorysu Witkacego. Film ten jest niezwykle wciągający i ciekawy. Pamiętam, że jak pierwszy raz czytałem ten scenariusz, nie mogłem się doczekać, kiedy odwrócę kartkę. Tak samo mam nadzieję, że widzowie nie będą mogli się doczekać następnej sceny. Ten film może być dobrą zabawą dla tych, którzy znają twórczość i biografię Witkacego, ale nawet jeżeli ktoś nie ma pojęcia, że ktoś taki, jak Witkacy kiedyś był, to może film obejrzeć i  wciągnąć się w jego historię. Historia jest oczywiście przewrotna, perfidna i  pełna tajemnic, ale sam film skonstruowany jest zupełnie autonomicznie i  niezależnie. Ciekawi śledztwo, które jest tam prowadzone, gonitwa bohaterów, dociekanie prawdy. W tym sensie ten scenariusz bardzo mi przypominał filmy amerykańskie, które są właśnie bardzo ciekawymi historiami. Ja np. nie bardzo miałem wiedzę na temat Trumana Capote, a film obejrzałem jednym tchem, z genialną zresztą, absolutnie genialną rolą Hoffmana. A  jeszcze słowo odnośnie Pana roli w  tym filmie. Bohater dojrzewa, ale też stopniowo popada w  obłęd. W  jednym z  wywiadów mówił Pan, że musiał się do tej roli długo przygotowywać, jakoś ją przetrawić. Interesuje mnie, czy nie ma Pan czasami wrażenia, że postać którą Pan gra w pewien sposób pożera Pana tożsamość, wpływa na Pana charakter? Jeśli ktoś obcuje z kimś taki długi czas, próbuje się wgryźć w czyjąś psychikę, to może wpływać to na jego własne zachowanie… Nie zauważyłem u siebie czegoś takiego. Mimo, że kilka tych ról zagrałem. Bardziej, by mi to mogło grozić w teatrze, gdzie przede wszystkim okres przygotowań przed premierą jest dużo bardziej intensywny niż w filmie. A po drugie potem latami się z tą postacią boryka


na żywo przed ludźmi. Ja w ogóle jestem jak najdalszy od mitologizowania zawodu aktora. Nie lubię, gdy aktorzy w wywiadach opowiadają, że jakieś „czary mary” się dzieją w rożnych sytuacjach. Przynajmniej w moim życiu i u tych aktorów wśród których ja się obracam, nie zauważyłem żeby coś takiego miało miejsce. Chociaż, nie! Jeden raz, taki aktor zagrał kiedyś Stawrogina w Teatrze Starym i trochę w życiu stał się Stawroginem, ale dlatego, że chyba się mu to spodobało. Więc może żadna rola się Panu jeszcze tak nie spodobała, żeby podchwycić pewne cechy bohatera? Myślę, że nie jest tak, że rola może jakoś tajemniczo zawładnąć aktorem. To bym raczej odłożył do teczki z napisem „mistyfikacje”. Natomiast faktycznie role mogą pomagać aktorowi odkrywać rzeczy, o których sam nie wiedział. W tym sensie, że np. tak można odnieść się do kobiety i ona tak zareaguje? Akurat przy Łazowskim, bohaterze „Mistyfikacji”, chciałem żeby on był, jeśli miałbym go określić jednym słowem, obślizgły. Starałem się wyciągać takie rzeczy, które są zawsze podszyte czymś podejrzanym. Już samo to, że staje się on agentem bezpieki, w  zasadzie doprowadza do śmierci jednego

z bohaterów na skutek niezamierzony. Jest trochę alkoholikiem. Są też tam takie momenty, że choć budzi on sympatie innych bohaterów, to robi to specjalnie, żeby móc ją wykorzystać do swoich celów. Tak więc raczej nie chciałbym w  życiu przyjmować cech mojego bohatera z filmu. Poza alkoholizmem oczywiście (śmiech), który jest bardzo przyjemny. Już powoli zmierzając ku końcowi naszej rozmowy… Bardzo często w wywiadach pyta się Pana, jaką rolę chciałby Pan zagrać. Ja natomiast, przekornie, chciałabym się zapytać jakiej roli zdecydowanie by się Pan nie podjął? W  „Aniołach w  Ameryce” grał Pan homoseksualistę, w  „33 scenach z  życia” mogliśmy zobaczyć dosyć śmiałe sceny z Pana udziałem. Są więc jeszcze jakieś ograniczenia, bariery, których nie zdecydowałby się Pan przekroczyć? W filmie „Intymność” bym chyba nie zagrał. To by było dla mnie „too much”. Ja mam zawsze kłopot z tym pytaniem – co bym chciał zagrać? Na tym samym więc polega problem z tym, czego bym zagrać nie chciał. Nie jest to jakaś konkretna rola, tematyka. Wszystko jest związane z tym, do czego ma to służyć. W scenariuszu „33 scen z  życia” w  ogóle nie było takiego tematu, że bohater nago idzie do łóżka. Jest scena, że bohaterka jest w  łazience, rozmawia przez telefon. „To Ty teraz przejdziesz do łazienki, że musisz sikać”. To co, w  piżamie miałem iść? Szumowska powiedziała, że ona nie będzie kręciła filmu z  serii tych, w  których w  takich momentach kamera zjeżdża na palący się kominek. Co było robić, to była „krótka piłka”. A  ponieważ czułem, że ten scenariusz jest czymś wyjątkowym i że warto poświęcić trochę więcej niż zazwyczaj poświęcam, no więc trudno, choć nie było łatwo tak przemaszerować. Po prostu jeśli się człowiek nie chce rozbierać, to trzeba zostać kominiarzem, bo tam się rozbierać nie trzeba. I tym mocnym akcentem kończymy naszą rozmowę. Dziękujemy za poświęcony nam czas. I  już po wszystkim. Po naszym gościu honorowym została niedopita herbatka z miodem i maliną oraz poczucie porządnie wykonanego zadania. Wracamy do domu, zwycięstwo. I to na tyle. Szerokości!:) Beata Pękala

33


Qltura KSIĄŻKA Stephen King: „Pod Kopułą”

Wszystko, czego się boisz... Znajdziesz „Pod kopułą”! Jedna z najlepszych książek 2009 roku według The New York Times! Pewnego pogodnego, jesiennego dnia małe amerykańskie miasteczko Chester’s Mill zostaje nagle i niewytłumaczalnie odcięte od świata. Otacza je niewidoczne pole siłowe, które mieszkańcy zaczynają nazywać kopułą. Sytuacja szybko się pogarsza. Pole wpływa niekorzystnie na środowisko, a ludzi powoli ogarnia panika… Dale Barbara, weteran wojny w Iraku zarabiający na życie jako wędrowny kucharz, jest zmuszony do pozostania

34

w Chester’s Mill. Wspierany przez wojsko, które znajduje się na zewnątrz kopuły, wraz z garstką ochotników próbuje uspokoić nastroje społeczne. Na drodze staje im Duży Jim Rennie, ambitny lokalny polityk, który za wszelką cenę chce wykorzystać sytuację dla własnych celów. Wraz z synem ukrywają wiele koszmarnych tajemnic, które nie mogą ujrzeć światła dziennego. Czas ucieka, a największym wrogiem mieszkańców jest sama kopuła. Czy dowiedzą się, jak powstała, zanim będzie za późno? Czas goni. A właściwie czasu już brak… Data wydania: 09.03.2010 Cena: 49zł

EDUARDO MENDOZA: „MIASTO CUDÓW”

Barcelona przełomu wieków XIX i XX. Miasto pełne błota, przekrętów, salonów gier, burdeli i spelunek przekształca się w piękną i funkcjonalną metropolię za sprawą dwóch wielkich wystaw światowych z 1888 i 1929 roku. Onufry Bouvila, sprytny wieśniak, przybywa do Barcelony w czasie przygotowań do pierwszej wystawy. Zatrudnia się przy roznoszeniu wśród robotników anarchistycznych ulotek, później wchodzi w spółkę z Efremem, siłaczem chroniącym go i pomagającym mu sprzedawać podejrzane pomady na porost włosów i szybko dorabia się fortuny. W wyniku licznych szwindli i morderstw Onufry Bouvila staje się jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Hiszpanii. Bezwzględny, inteligentny i nieczuły Onufry ulega tylko kobietom. Pojawiają się w jego życiu trzy. W Mieście cudów Eduardo Mendoza portretuje mieszkańców Barcelony czasem z ironią, czasem z czułością, nie bojąc się ukazać ich śmiesznych stron i przywar, brawury, małostkowości, ale i odwagi oraz rozmachu. Rok wydania: 2010 Cena: 35,91zł


MUZYKA ANIA MOVIE

Mówią: muzyka filmowa. Myślisz: „Marsz Imperialny” Williamsa albo ludowo-jazzowa czołówka „Janosika”. A przecież muzyka filmowa to nie tylko patetyczne instrumentalne tematy, ale również piosenki. Znakomite piosenki. Ognisty, gangsterski funk z filmów blaxploitation i natchniona ballada hipisowskich bardów. Jedyny w swoim rodzaju beatlesowski sznyt i pościelowa ballada z softpornowego klasyka. Na „Ania Movie” wszystko jest możliwe i wszystko jest stylowe. To pop z klasą i charakterem, aranżacyjnym rozmachem i pełnym, niemal bigbandowym brzmieniem, nawiązujący raczej do muzyki lat 60. i 70., niż komputerowo preparowanych hitów z dzisiejszych list przebojów. „Ania Movie” to zarazem zwieńczenie dotychczasowych artystycznych poszukiwań Dąbrowskiej, jak i pożegnanie wokalistki z brzmieniami retro. Premiera: 02.04.2010 Cena: 34,49zł

FILM DORWAĆ BYŁĄ

Milo Boyd (Gerard Butler) otrzymuje wymarzoną pracę. Dostaje zlecenie odnalezienia zwolnionej za kaucją byłej żony, dziennikarki Nicole Hurley (Jennifer Aniston). Chociaż wydawać by się mogło, że Milo czeka łatwy zarobek, Nicole wymyka mu się z rąk podążając tropem niezakończonej sprawy pewnego morderstwa. W przypadku tej pary nic nie jest proste. Byli małżonkowie usiłują wzajemnie się przechytrzać do momentu, kiedy okaże się, że sami muszą walczyć o życie. Bycie wiernym miłości, honorowi i przestrzeganiu prawa być może jest trudne – pozostanie przy życiu jest jednak znacznie trudniejsze. Reżyseria: Andy Tennant Scenariusz: Sarah Thorp Premiera w PL: 23.04.2010

FENOMEN

„Fenomen“ to nieprzyzwoicie śmieszna komedia, nawiązująca do najlepszych tradycji gatunku, pełna zaskakujących zwrotów akcji, barwnych postaci i zabawnych dialogów, które mają szansę na trwałe zapisać się w pamięci kinomanów. Gwiazda filmowa Agnieszka (Ewa Hornich), rozpieszczona córka

miliardera Oliwia (Monika Dryl) oraz jej gotowa na wszystko i wszystkich przyjaciółka o wielkim sercu, choć małym rozumie - Jadźka (Anna Oberc). Mimo iż trzy dziewczyny skrajnie różnią się od siebie, łączy je fakt, że każda z nich poszukuje faceta marzeń, prawdziwego fenomena... Gwiazdor-mamisynek Czarek (Rafał Cieszyński), przystojny włoski archeolog (Alessandro Bertolucci), pewny siebie motocyklista (Maciej Jachowski), twardy w staraniach o każdą rolę aktor Miękki (Przemysław Cypryański), arcypłodny scenarzysta Stasio (Łukasz Nowicki), a może... Wujek Samo Zło we własnej osobie. Który z nich okaże się godnym kandydatem na FENOMENA? Produkcja: Polska Reżyseria: Tadeusz Paradowicz Scenariusz: Tadeusz Paradowicz Premiera: 7 maja

PROROK

„Prorok” to zdobywca Grand Prix ostatniego festiwalu w Cannes, nominowany do Oscara, okrzyknięty przez krytyków jednym z najlepszych filmów ostatnich lat. Krwista gangsterska saga o francuskiej mafii, kolejna po włoskiej „Gomorze” znakomita europejska odpowiedź na filmy Scorsese i de Palmy. Dziewiętnastoletni Malik zostaje skazany na sześć lat więzienia. Nie potrafi czytać ani pisać. Jest zupełnie sam, ale ma w sobie spryt, który sprawia, że szybko się uczy. Z chłopca na posyłki, stanie się szefem mafii. Jak to zrobi? Produkcja: Francja, Włochy Reżyseria: Jacques Audiard Premiera: 21.05.2010

35


Kalendarium 18 kwietnia /nd/

6 maja /cz/

10 maja /po/

miejsce: Katowice godz. 11:00

Fun City, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.fun-city.pl

Gliwice www.igry.polsl.pl

XVIII BIEG ULICZNY

STUDENT FUN STARTER

IGRY JUWENALIA GLIWICKIE

IGRY 2010%Kultury TEATR REMONT PRZEGLĄD KABARETÓW STUDENCKICH CENTRUM EDUKACYJNO-KONGRESOWE, GLIWICE

22 kwietnia /cz/ MUSICAL „METRO”

miejsce: „Spodek”, Katowice godz. 17:00 i 20:30 bilety: 50-200zł www.metro.wspodku.pl

7 maja /pt/ AFTER PARTY WALKI PUDZIANA Spiż katowice godz. 22:00 www.spiz.pl

LIBERTY – KONCERT

24 kwietnia /sb/ TOXICATOR

Hala „Kapelusz”, Chorzów godz. 18:00 bilety: 89zł / 105zł

MEMBERS OF RETRO Spiż, Katowice godz. 22:00 bilety: 10zł (K) / 15zł (M)

25 kwietnia /nd/

„MUMIO”

Gliwicki Teatr Muzyczny godz. 19:30 bilety: od 40zł www.teatr.gliwice.pl

Klub Old Timers Garage Katowice godz. 20:00 bilety: 5zł www.old-timers.pl

MAJ MUSIC FESTIVAL Lotnisko Muchowiec, Katowice wstęp wolny www.majmusic.pl

COMA – KONCERT

CK Wiatrak, Zabrze godz. 19:00 www.wiatrak.art.pl

IGRY JUWENALIA GLIWICKIE

Gliwice www.igry.polsl.pl

IGRY IGRO FEST PLAC POMIĘDZY WYDZIAŁEM ARCHITEKTURY A OŚRODKIEM SPORTU I REKREACJI

12 maja /śr/

KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU

Siemianowickie Centrum Kultury godz. 18:00 bilety: 50zł www.siemck.pl

IGRY JUWENALIA GLIWICKIE miejsce: Gliwice www.igry.polsl.pl

8 maja /so/

KATOWICKA NOC KABARETOWA

„Spodek”, Katowice godz. 19:00 bilety: 40-60zł

WYBORY MISS ŚLĄSKA Kompleks Sportowy „Michał”,

30 kwietnia /pt/

11 maja /wt/

Siemianowice Śl. godz. 19:00 bilety: 30zł / 70zł www.miss.slask.pl

MAJ MUSIC FESTIVAL Lotnisko Muchowiec, Katowice wstęp wolny www.majmusic.pl

SALSOTEKA Klub Enigma, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.klubenigma.pl

IGRY GRANIE NA EKRANIE - FILM W PLENERZE, GRILLOWANIE, KARAOKE PLAC POMIĘDZY D.S. PIAST I ZIEMOWIT

13 maja /cz/

IGRY JUWENALIA GLIWICKIE JAMAL I KULT LOTNISKO AEROKLUBU GLIWICKIEGO www.igry.polsl.pl

STUDENT FUN STARTER

5 maja /śr/ SALSOTEKA

Klub Enigma, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.klubenigma.pl

9 maja /nd/

MAJ MUSIC FESTIVAL FISZEMADE, CZESŁAW ŚPIEWA, NO!NO!NO!, KUMKA OLIK

Lotnisko Muchowiec, Katowice wstęp wolny www.majmusic.pl

Fun City, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.fun-city.pl

14 maja /pt/

GRAFTMAN – KONCERT Klub Old Timers Garage, Katowice godz. 20:00 bilety: 20zł www.old-timers.pl

IGRY JUWENALIA GLIWICKIE M.IN. ABRADAB, IRA, KUKIZ I PIERSI LOTNISKO AEROKLUBU GLIWICKIEGO www.igry.polsl.pl

36


15 maja /so/

JUWENALIA ŚLĄSKIE GRILLOWANIE Z RADIEM EGIDA OSIEDLE AKADEMICKIE KATOWICE - LIGOTA www.juwenaliaslaskie.pl

EKONOMIA EKSTREMALNA - rajd dla kandydatów AE w Katowicach

21 maja /pt/

JUWENALIA BYTOMSKIE

JUWENALIA ŚLĄSKIE STUDENCKA RE-GENERACJA: POBUDKA – godz. 8:00 KINO POD CHMURKĄ – GODZ. 21:00 OSIEDLE AKADEMICKIE KATOWICE - LIGOTA www.juwenaliaslaskie.pl

JUWENALIA BYTOMSKIE

www.juwenalia.bytom.pl

www.juwenalia.bytom.pl

JUWENALIA ŚLĄSKIE

STUDENT FUN STARTER

KONCERTY, KABARETY… Katowice www.juwenaliaslaskie.pl

Fun City, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.fun-city.pl

22 maja /so/

28 maja /pt/

WPKiW, Chorzów www.ae.katowice.pl

16maja /nd/

27 maja /cz/

JUWENALIA BYTOMSKIE www.juwenalia.bytom.pl JUWENALIA ŚLĄSKIE

JUWENALIA BYTOMSKIE www.juwenalia.bytom.pl

WOLNA GRUPA BUKOWINA – KONCERT

KONCERTY, KABARETY… Katowice www.juwenaliaslaskie.pl

KLUB OLD TIMERS GARAGE, KATOWICE godz. 20:00, BILETY: 55ZŁ WWW.OLD-TIMERS.PL

17 maja /po/

23 maja /nd/

29 maja /so/

BARWNY KOROWÓD STUDENTÓW KAMPUS AKADEMII EKONOMICZNEJ GODZ. 10:00 www.juwenaliaslaskie.pl

www.juwenalia.bytom.pl

www.juwenalia.bytom.pl

JUWENALIA ŚLĄSKIE

18 maja /wt/

JUWENALIA ŚLĄSKIE JUWENALIOWY MEGAFAJNY KABARETON M.IN. ŁOWCY.B

JUWENALIA BYTOMSKIE BLUES EXPERIENCE – KONCERT

JUWENALIA BYTOMSKIE ELECTROCLASH SILESIA CRASH VOL. 2

KLUB OLD TIMERS GARAGE, KATOWICE godz. 19:00, BILETY: 20ZŁ WWW.OLD-TIMERS.PL

Klub inQbator, Katowice godz. 22:00 bilety: 10zł / 15zł www.inq.pl

24 maja /po/

30 maja /nd/

www.juwenalia.bytom.pl

www.juwenalia.bytom.pl

JUWENALIA BYTOMSKIE

JUWENALIA BYTOMSKIE

GCK, KATOWICE BILETY: 15-30 zł www.juwenaliaslaskie.pl

19 maja /śr/

25 maja /wt/

KLUB STRASZNY DWÓR, KATOWICE BILETY: 5/10ZŁ www.juwenaliaslaskie.pl

www.juwenalia.bytom.pl

DISCO POLO PARTY

JUWENALIA BYTOMSKIE

SALSOTEKA Klub Enigma, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.klubenigma.pl

20 maja /cz/

26 maja /śr/

KARAOKE & JUWENALIA PARTY KLUB STRASZNY DWÓR, KATOWICE WJAZD WOLNY www.juwenaliaslaskie.pl

www.juwenalia.bytom.pl

JUWENALIA ŚLĄSKIE

STUDENT FUN STARTER Fun City, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.fun-city.pl

UWAGA BONUS!

DO ROZDANIA MAMY GODZINNE KARNETY NA kręgle DO FUN CITY W KATOWICACH. WYSTARCZY, ŻE WEJDZIESZ NA STRONĘ WWW.FERWA.PL I BĘDZIESZ POSTĘPOWAŁ ZGODNIE ZE WSKAZÓWKAMI. POŚPIESZ SIĘ! ILOŚĆ BONUSÓW JEST OGRANICZONA.

JUWENALIA BYTOMSKIE SALSOTEKA Klub Enigma, Katowice godz. 21:00, wstęp wolny www.klubenigma.pl

37


Żenua

38


39


40


Magazyn FERWA - nr 2/2010