{' '} {' '}
Limited time offer
SAVE % on your upgrade.

Page 1

Fenomen

POLSKA Cena 29,90 zł (w tym 8% VAT)

Faust w Wojanowie

.

Mieszkańcy Europy

.

Co skrywa Siedlęcin ?

Nr 3/2012

Polskie Davos

Teatra Grodzieńskie

.

Fascynacja Szymborską

.

Index 277282


Cztery pory roku w Łazienkach uchwycone obiektywem Witolda Borkowskiego rejestrują współczesne ich piękno

W NUMERZE

6

42

68

76

Przez ponad cztery lata wstawałem przed świtem i przyjeżdżałem tu rowerem, by zdążyć na kolejny, niepowtarzalny Spektakl Światła. Te poranki były jednymi z najpiękniejszych chwil mego życia: Zanurzałem się najpierw w baśniowych mgłach Agrykoli, rozświetlanych tajemniczym, blado-żółtym blaskiem gazowych latarń. Patrzyłem z zachwytem na pierwsze promienie słońca wślizgujące się niecierpliwie na wilgotne listki. Patrzyłem na tańczące mgły nad zielonymi źdźbłami trawników, okrytych dywanem porannej rosy, połyskującej milionami rozbłyśnięć w porannym słońcu… Wdychałem radość poranka przepełnionego wszechobecną wilgocią zmieszaną z oszałamiającymi zapachami traw, krzewów i kwitnących kasztanów… Słyszałem niczym niezmącony, pierwszy szmer listowia poruszanego nieśmiało porannym, delikatnym wiatrem, który z liści przenosił się na taflę stawu budzącego się z nocnego snu… Zdumione mą obecnością ptaki rozpoczynały poranny koncert. Tysiące przeróżnych treli i ćwierkań – to muzyka tego Parku… Szedłem alejkami sam, nie niepokojony przez nikogo. Tylko Przyroda i ja… Witold Borkowski

www.neomedia.info.pl

87

Edytoriał 2 Krynica – klejnot polskich uzdrowisk / Hanna Kielich-Rainka 4 Forum Ekonomiczne 2012 6 Atomowa Kanada z polskim akcentem / Dariusz Witold Kulczyński 10 W kierunku polskiego atomu 12 Wokół tajemnic ludzkiego genomu / Rita Pagacz-Moczarska 14 Polonista z Korei Południowej / Anna Wojnar 16 Król i królowa Norwegii z wizytą na UJ / Rita Pagacz-Moczarska 18 Dyplomata, buntownik, myśliciel / Jarosław Czubaty 20 Dobry Maharadża – wybawca polskich dzieci / Hanna Kielich-Rainka 23 Korczak. Próba biografii 26 Jan Karski we wspomnieniach Mariana Marka Drozdowskiego 28 Zapomniany holocaust… Polaków / Jan K. Matusiak 30 Miasto pod wulkanem / Małgorzata Baranowska 32 1947/ Barwy ruin 36 Odrodzenie z popiołów / Hanna Kielich-Rainka 38 Chopin w Brochowie / Hanna Kielich-Rainka 40 Faust w Dolinie Pałaców i Ogrodów / Hanna Kielich-Rainka 42 Centrum Sztuki w Staniszowie otwarte / Hanna Kielich-Rainka 49 „Tajemnice codzienności” 2012 53 Europejskie Dni Dziedzictwa w Siedlęcinie / Hanna Kielich-Rainka 54 Wybitne dzieła architektury i urbanistyki II RP / Krzysztof Mordyński 56 Spotkania z Mistrzami. Ze wspomnień Tadeusza Mycka 58 Podróż po dwudziestoleciu / Wiesława Wideryńska 62 Teatra grodzieńskie / Rozmowa ze Zbigniewem Jędrychowskim 64 Rok Józefa Ignacego Kraszewskiego / Tadeusz Budrewicz 66 Romanów Kraszewskiego / Anna Czobodzińska-Przybysławska 68 Włochów fascynacja Szymborską 74 Mieszkańcy Europy / Andrzej Gronczewski 76 Kolekcja sztuki Stanisława Augusta / Izabela Zychowicz 82 Sara Lipska. W cieniu mistrza 84 Royal Cup 2012 86 Latająca kula i książki / Rozmowa z Tomaszem Majewskim 87 Dwójka – zawsze z misją / Irena Heppen 88 Jubileusz Trójki 90 Pół wieku Deutsche Welle 93 Benefis Stana Borysa / Wiesław Dąbrowski 94 Z życia Fenomen POLSKA 96

Fenomen POLSKA, kwartalnik nr 3 (5)/2012, numer zamknięto 4.11.2012, ISSN – 2083-425X. Redaktor naczelna – Hanna Kielich-Rainka; koncepcja merytoryczno-artystyczna, redakcja – Hanna Kielich-Rainka; opracowanie graficzne i skład – Jakub Strzeliński; korekta – Justyna Myszkowska, Magdalena Szymkuć; fotoreporterzy – Stefan Dylewski, Dariusz Kowalewski, Paweł Wójcik; korespondenci zagraniczni – Julian Bojmart (Niemcy), André de Chanvre (Belgia), Jacek Cholewski (Australia), Kazimierz R. Czekaj Haag (Szwajcaria), Irena Duchowska (Litwa), Elwira Gilewicz (Ukraina), Dariusz Kulczyński (Kanada), Ulrico Leiss de Leimburg (Włochy), Medard Masłowski (Kazachstan), André Michel Pakulski (Belgia), Sylwester Skóra (USA), Jerzy Wojciewski (obieżyświat).

Wydawca – NeoMedia Hanna Kielich-Rainka, www.neomedia.info.pl Adres redakcji i wydawnictwa – NeoMedia Hanna Kielich-Rainka, ul. Lokajskiego 26/7, 02-793 Warszawa Kontakt – 0048/22/648-14-03, 501-308-918, neomedia@blink.pl Prenumerata i egzemplarze archiwalne – tel. 535-637-333, neomedia@blink.pl, nr konta – Alior Bank 47 2490 0005 0000 4500 3221 5366, prenumerata instytucjonalna Kolporter S. A. Okładka – Wisława Szymborska; fot. Agencja Gazeta Kopiowanie (przedrukowywanie oraz publikacja w mediach elektronicznych) lub tłumaczenie na języki obce części lub całości tekstów bez pisemnej zgody wydawcy jest całkowicie zabronione.


Krynica-Zdrój to nie tylko jedno z największych polskich uzdrowisk i ośrodków turystyczno-wypoczynkowych i organizatorów sportów zimowych. To nie tylko miasteczko słynące z uprawiającego tu sztukę „naiwną” malarza Nikifora czy Europejskiego Festiwalu im. Jana Kiepury, ale także miejsce corocznych spotkań polityków, ekonomistów i biznesmenów z całej Europy.

Fenomen

Drodzy Czytelnicy Polska pozytywnie zaskakuje. Polska fascynuje. Na łamach niniejszego magazynu przeczytać mogą Państwo o Włochach rozmiłowanych w poezji Wisławy Szymborskiej, o wizycie norweskiej pary królewskiej w Krakowie, o zauroczonych warszawską Starówką australijskich i angielskich filmowcach. Zachwyt Goethego nad twórczością kompozytorską księcia Antoniego Radziwiłła dał impuls do stworzenia opery Faust, wystawianej w stolicach europejskich przez ponad pół wieku (1835–1888; razem 25 premier). Sentyment do naszego kraju objawił Marcello Bacciarelli, malując liczne portrety króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i tworząc dla niego galerię sztuki. Indyjski arystokrata Jam Saheb Digvijaysinhji serdecznie zaprzyjaźniony z Ignacym J. Paderewskim i gen. Władysławem Sikorskim, żywo zainteresowany losem Polski, ofiarowuje swoją pomoc i ratuje polskie sieroty z zawieruchy wojennej. Amerykańscy adepci architektury, wśród nich Henry N. Cobb, służyliby swoją pomocą i wiedzą przy odbudowie zabytkowych obiektów Warszawy i innych polskich miast, gdyby nie sytuacja polityczna po 1947 roku. Z podróży po zniszczonej polskiej ziemi pozostały unikatowe barwne fotografie, które wykonał Cobb. Z kolei profesor Cheong Byung rozwija studia polonistyczne i propaguje kulturę języka polskiego w Korei Południowej. O wybitnych dziełach polskich architektów i urbanistów II RP można powiedzieć, że przeszły próbę czasu i wciąż przykuwają uwagę. Polska myśl techniczna i naukowa dociera do Kanady, do Darlington. Polacy pracują tam przy badaniach jądrowych i eksploatacji elektrowni atomowej. Historia naszego narodu jest bogata w postacie, które zapisały chlubną kartę w dziejach. Z dumą wspominamy Janusza Korczaka, Jana Karskiego, księcia Adama Jerzego Czartoryskiego czy Józefa I. Kraszewskiego, nie tylko wielkiego pisarza i artystę, ale także gorliwego społecznika i patriotę. Oni to swoją postawą dawali dowody przywiązania i miłości do Ojczyzny. Pałace w Wojanowie i Staniszowie Górnym, które miałam okazję „odkryć” tego lata, będąc w moich rodzinnych stronach – w Kotlinie Jeleniogórskiej – polecam jako miejsca, które warto odwiedzić. Obie budowle zostały wpisane na listę Pomników Historii, czyli do „przedsionka” Listy Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Po pieczołowitym odrestaurowaniu stanowią nie tylko atrakcję turystyczną, ale również wysublimowane centrum kultury. W artykule Chopin w Brochowie zachęcam admiratorów muzyki naszego wielkiego kompozytora do wysłuchania koncertów w bazylice w Brochowie. Wielbicieli talentu J.I. Kraszewskiego szczerze namawiam do zwiedzenia jego dworku w Romanowie. Obok osiągnięć Polonii (tu wspomniany już artykuł o inżynierach w Kanadzie), na łamach „Fenomenu” nie może zabraknąć polskich Kresów. W tym numerze prezentujemy życie teatralne na Grodzieńszczyźnie. Nasz kraj coraz bardziej liczy się w świecie. Od 22 lat Forum Ekonomiczne w Krynicy-Zdroju działa niczym magnes przyciągający prominentnych polityków i ekspertów od ekonomii z Europejskiej Wspólnoty i krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jaka będzie Europa w tych trudnych czasach? – zastanawiali się uczestnicy krynickich debat. Polecam wyjątkowy wykład profesora Andrzeja Gronczewskiego wygłoszony u progu nowego tysiąclecia i „w przeddzień powrotu Polski na Stary Kontynent”. W tym artykule przypominamy doniosłą chwilę dziejową, chwilę naszych nadziei i marzeń o rozwoju idącym w parze z rozwojem cywilizacyjnym całej wspólnoty europejskiej, o owocnej współpracy – wymianie dóbr materialnych i duchowych, o usunięciu uciążliwych i dzielących narody granic.

Hanna Kielich-Rainka

fot. Andrzej Łojko

POLSKA


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Krynica

4

Krynica-Zdrój, nazywana niekiedy Krynicą Górską, stanowi modelowy przykład wielkiego uzdrowiska (szczawy, borowina), rozwijającego się na bazie wód mineralnych wykorzystywanych już od 1745 roku w celach leczniczych, na choroby m.in. układu trawiennego, układu krążenia, układu moczowego. W latach 1793–1800 zbudowano pierwsze obiekty dla kuracjuszy. W 1806 roku postawiono drewnianą pijalnię „Słotwinkę”, która stoi do dziś i jest najstarszym budynkiem w Krynicy (fot. 2). Wielki rozdział w historii Krynicy-Zdroju jako uzdrowiska rozpoczęła w latach 1853–1857 roku działalność Józefa Dietla – profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, uznawanego za ojca polskiej balneologii (w pobliżu fontanny zwanej „setką” – fot. 1 – znajduje się jego pomnik z 1900 roku). Już od 1858 roku stosowano tu kąpiele borowinowe, a kontynuatorzy dzieła Dietla przyczynili się do rozwoju technicznego uzdrowiska. W 1859 roku Emilian Czyrniański – profesor chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim – w badaniach praktycznych poddawał próbom chemicznym wody mineralne pochodzące z Krynicy, a także z Iwonicza. Tym samym przyczynił się do rozwoju turystyki sanatoryjnej w tych miejscowościach. W tym okresie powstały takie obiekty, jak: Stare Łazienki Mineralne, Stare Łazienki Borowinowe, Dom Zdrojowy, drewniana Pijal-

Hanna Kielich-Rainka Zdjęcia Andrzej Klimkowski

nia Główna z deptakiem, liczne pensjonaty i Teatr Modrzewiowy. Pensjonaty, które wówczas powstały, budowano na podmurówce, a ich charakterystycznym elementem były bogato dekorowane drewniane ganki, będące połączeniem secesji ze sztuką ludową (grupa „zakopiańska”) z charakterystycznymi licznymi balkonikami, misternie zdobionymi balustradkami oraz nadwieszonymi łukami i kratownicami (grupa „szwajcarska” lub „norweska”). Z tego okresu do czasów współczesnych zachowała się spora grupa willi usytuowanych wzdłuż potoku Kryniczanki przy bulwarach Dietla. Jednym z architektów pragnącym nadać krynickiej architekturze europejską elegancję i rozmach był inż. Feliks Księżarski. Projekty jego autorstwa, które powstały w latach 1863–1870, zawierały motywy z zakładu kąpielowego we Franzesbadzie. Najbardziej znanym jego dziełem są Stare Łazienki Mineralne z trzema charakterystycznymi wieżyczkami i zegarem, który sprowadzono do Krynicy aż z Pragi. W 1866 roku obiekt ten był jednym z najnowocześniejszych obiektów tego typu w Europie. Innym jego dziełem jest kaplica na Dietlówce (1863), w której odnaleźć można motywy zaczerpnięte z budownictwa cerkiewnego (charakterystyczna kopułka pokryta gontem). Odrodzenie państwa polskiego w 1918 roku zamknęło okres budownictwa drewnianego, a jego miejsce zajęły monumentalne muro-

wane obiekty typu hotelowo-zdrojowiskowego. Najbardziej charakterystyczne przykłady tego budownictwa to Nowe Łazienki Mineralne (1929), Lwi Gród (1929), Patria (1938) oraz Nowy Dom Zdrojowy (1939). Budownictwo powojenne to głównie olbrzymie resortowe domy sanatoryjno-wczasowe. Wśród nich najbardziej znane są: Panorama, Continental, Leśnik-Drzewiarz, Damis, Pegaz. Niewątpliwie jednak główną inwestycją tego okresu było wybudowanie największej w Europie przeszklonej pijalni wód mineralnych z ogrodem zimowym, kompleksem handlowym, częścią wystawową oraz salą widowiskową. W końcu XIX wieku Krynica-Zdrój (do 2000 roku używano nazwy Krynica) była już modnym i elitarnym miejscem pobytu i spotkań wielu sławnych Polaków. Po głównym deptaku spacerowali m.in. Maria Konopnicka, Jan Matejko, Artur Grottger, Henryk Sienkiewicz, Józef Ignacy Kraszewski. W okresie międzywojennym przebywali tu również: Ludwik Solski, Helena Modrzejewska, Władysław Reymont, Julian Tuwim, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jan Kiepura, marszałek Józef Piłsudski. W latach dwudziestych osiadł tu na stałe malarz prymitywista Nikifor (Epifaniusz Drowniak), zwany Krynickim. Wśród licznych malarzy naiwnych on jeden osiągnął największą sławę. Jego akwarele tworzone przeważnie na lichym papierze, guzikowymi farbami znajdują się dzisiaj w pierwszorzędnych kolekcjach muzealnych, wielokrotnie wystawiane w kraju i za granicą. W willi Romanówka mieści się muzeum jemu poświęcone, a przy krynickim deptaku stanął pomnik malarza (fot. 3). W bliskim sąsiedztwie znajdujemy pamiątkową willę Patria po Janie Kiepurze. Słynny tenor wyłożył niebagatelna sumę 3 mln dolarów na wystawny, luksusowy pensjonat – Palace Hotel Patria. Gościła w nim arystokracja, politycy, artyści i pisarze. Do częstych pobytów Kiepury w Krynicy-Zdroju nawiązuje organizowany obecnie festiwal nazwany jego imieniem. Krynica położona jest na wysokości 500–750 m n.p.m. na pograniczu Beskidu Sądeckiego i Niskiego, więc stanowi doskonałą bazę wypadową w atrakcyjne pobliskie góry (Góra Parkowa – 1114 m n.p.m). Według rankingu prasy narciarskiej uzdrowisko znajduje się wśród pięciu najpopularniejszych w Polsce stacji zimowych – obok Zakopanego, Szczyrku, Karpacza i Szklarskiej Poręby. W miejsca atrakcyjnie widokowo można dostać się kolejką linowo-terenową na Górę Parkową (symbol Krynicy od chwili zbudowania kolejki szynowej w 1937 roku) oraz gondolową na Jaworzynę Krynicką z towarzyszącą jej zimą siecią tras narciarskich i saneczkowych. Krynica była gospodarzem Mistrzostw Europy w Saneczkarstwie i Mistrzostw Świata w Hokeju na Lodzie. Krynica-Zdrój często porównywana jest do słynnego szwajcarskiego ośrodka konferencyjnego (Światowe Forum Ekonomiczne) w Davos ze względu na podobne położenie w górach i obecną tam raz w roku wielką politykę i biznes. I jeszcze jedna paralela to ciągnące się wzdłuż rzeki Kryniczanki secesyjne wille i pensjonaty ozdobione wyrzeźbionymi w drewnie „szwajcarskimi” koronkami. W „polskim Davos” każdego roku na początku września Instytut Studiów Wschodnich organizuje wielką międzynarodową konferencję – Forum Ekonomiczne.

2

3

4

5


Fenomen

Forum Ekono 2 1 0 2 m j ó r d i Z c a z c i n n y r e K e n K z c i r m y o n nica-Zdrój 20 Forum Eko 12 2

Od ponad 20 lat Fundacja Instytut Studiów Wschodnich organizuje w Krynicy-Zdroju Forum Ekonomiczne, najważniejszą konferencję gospodarczą w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas której spotykają się prezydenci, szefowie rządów, ministrowie, unijni komisarze, przedstawiciele największych koncernów i ośrodków analitycznych. Pierwsze spotkania w Krynicy-Zdroju odbywały się w kręgu setki zainteresowanych osób. Z roku na rok pojawiało się więcej uczestników i zaproszenie przyjmowali najważniejsi politycy głównie z kraju, a z czasem przedstawiciele i głowy innych państw. Forum stało się nie tylko miejscem spotkań przedsiębiorców i ekspertów, ale także ważnym wydarzeniem politycznym. O randze Forum świadczy obecność na Jubileuszu 20-lecia (2010) najważniejszych osób w Unii Europejskiej: Przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso, Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka, Prezydentów Polski i Estonii Bronisława Komorowskiego i Toomasa Hendrika Ilvesa. Pojawili się ministrowie rządów Niemiec, Ukrainy, Czech, Słowacji, Węgier, Luksemburga, Litwy. W Krynicy w roku 2010 spotkali się przedstawiciele parlamentów i politycy praktycznie wszystkich krajów Europy i Azji Centralnej. Wszyscy oni brali udział w niezwykle bogatym programie Forum, na który składało się ponad 130 debat i sesji, a także imprezy kulturalne, bankiety i programy rekreacyjne. Forum stwarza niepowtarzalną okazję do przedstawienia osiągnięć i planów swoich firm czy instytucji, pozwala nawiązywać współpracę i daje możliwość dyskusji w kręgu najwyższej klasy praktyków i teoretyków biznesu. „Pierwszy, najważniejszy cel organizowania tych spotkań to jest to, aby ludzie ze sobą rozmawiali. Aby stereotypy mogły być zastąpione wymianą poglądów i rozmową, aby nie było uprzedzeń, abyśmy mogli uczyć się na błędach, które popełniają nasi sąsiedzi, ci, którzy coś robili przed nami”– zaznacza Przewodniczący Rady Programowej Forum Zygmunt Berdychowski. Krynickie Forum to także okazja do spotkań między kluczowymi graczami, wpływającymi na gospodarkę w naszym regionie. Według „Rzeczypospolitej" to w Krynicy narodziła się największa transakcja Europy Środkowo-Wschodniej 2010 roku warta 18,1 mld zł – przejęcia Polkomtela przez Zygmunta Solorza-Żaka. W Krynicy od lat padały ważne deklaracje, powstawały nowe inicjatywy i nawiązywano nowe kontakty biznesowe. W tym roku podczas Forum PGE, KGHM, Enea i Tauron podpisały list intencyjny w sprawie budowy i eksploatacji pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce. Od wielu lat Instytut Studiów Wschodnich wychodząc naprzeciw oczekiwaniom samorządów, inwestorów i jednostek wdrażania nowych technologii, rozwija też inne formuły spotkań, które łączy

6

Fenomen

POLSKA

POLSKA

1. Powitanie Jego Ekscelencji Pana Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego w pierwszym dniu konferencji, 4 września 2012 2. Debata na trudne czasy. Jaka będzie przyszłość Europy? 3. Akcyza na gaz na tle pozostałych nośników energii

wspólne logo. Są to: Forum Regionów, które od pięciu lat odbywa się w Muszynie, Forum Inwestycyjne w Tarnowie, Forum Innowacji w Rzeszowie oraz Forum Młodych Liderów w Nowym Sączu. Media o Forum Debaty Forum relacjonowane były przez ponad 500 dziennikarzy, a wystąpienia i opinie uczestników cytowały największe światowe media („Bloomberg”, „The Times”, AFP, „Die Welt”, „Financial Times”, „Kommersant”) i szeroko komentowały środowiska eksperckie. Rosyjska agencja informacyjna ITAR-TASS, w specjalnym dodatku poświęconym największym konferencjom gospodarczym w Europie zamieściła obszerną relację z Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju 2012. Na początku września Polska znalazła się w centrum eksperckiej debaty o tym co się dzieje w Europie, jak znaleźć wyjście z kryzysu i jakimi torami powinna rozwijać się Europa w warunkach szybko zmieniającej się sytuacji globalnej. By omówić te i inne problemy współczesności, na Forum Ekonomiczne przybyło ponad 2,5 tysiąca gości – polityków, analityków, przedstawicieli organizacji pozarządowych z Europy, Azji i Stanów Zjednoczonych – napisała o Forum rosyjska agencja. „Europa się rozpada, i co dalej?” tego typu pytań jeszcze nikt sobie nie zadawał na krynickim Forum Ekonomicznym. Od 1991 roku, przyjeżdża tu od 2 do 3 tysięcy uczestników, przede wszystkim z Europy Środkowej i Wschodniej. Po zmianie ustroju, spotkanie to nazwano „polskim Davos”, miejscem gdzie kwitły nadzieje i gdzie przedstawiano plany na przyszłość – napisał po tegorocznym Forum niemiecki tygodnik Die Welt. Forum Ekonomiczne w Krynicy jest bezsprzecznie spotkaniem elit ekonomicznych i politycznych Europy Środkowej i Wschodniej. Krynica stała się symbolem ambicji Polski uznania jej za pełnoprawne mocarstwo regionalne w nowej, większej UE – podał „Le Monde”. „Nowe wizje na trudne czasy. Europa i świat wobec kryzysu” Pod takim hasłem odbywało się w tym roku XXII Forum Ekonomiczne w Krynicy-Zdroju. Pytania o przyszłość strefy euro, model przywództwa politycznego na czas kryzysu, rolę i znaczenie Europy Środkowej czy perspektywy wydobycia gazu łupkowego zdominowały debaty XXII Forum. Gośćmi konferencji byli w tym roku m.in. Prezydenci: Polski – Bronisław Komorowski i Chorwacji – Ivo Josipović. „Musimy utrzymać w Polsce chłonny rynek wewnętrzny, on był naszą szansą w okresie bronienia się przed kryzysem już istniejącym w Europie. Jesteśmy dużym krajem, dzięki temu mamy też duży, chłonny rynek wewnętrzny – jest on dla nas buforem bezpieczeństwa i stabilizatorem w sytuacji zjawisk kryzysowych za granicą" – powiedział Bronisław Komorowski. Jak dodał, wiara i optymizm mogą nie wystarczyć dla wspierania konsumpcji w gospodarstwach domowych oraz w inwestycjach i przedsiębiorstwach. Zdaniem Pre4. Rola gazu w miksie energetycznym Polski, jako szansa dla zwiększenia konkurencyjności w gospodarce 5. Wyścig po gaz łupkowy. Nowy impuls dla polskiej gospodarki 6. Innowacje w przemyśle

7


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA zydenta wzrost zatrudnienia jest ważnym warunkiem ożywienia rynku wewnętrznego. „Istotnym filarem rynku wewnętrznego są małe i średnie przedsiębiorstwa, które dają pracę ponad połowie wszystkich aktywnych zawodowo Polaków" – zauważył. Jak ocenił, konieczne są reformy zwiększające przejrzystość systemu podatkowego oraz swobodę gospodarowania – poprzez usprawnienie systemu prawa i sądownictwa gospodarczego. Ivo Josipović apelował – „Potrzeba nam Europy sprawiedliwej, która nie będzie w rękach politycznych, ekonomicznych, finansowych, czy jakichkolwiek innych elit. Europa nie należy do polityków. Nie jest własnością polityków ani 5 proc. najbogatszych obywateli. Europa musi stać się bezpiecznym domem dla swoich obywateli”. Jak przekonywał, aby dać sobie radę z obecnymi wyzwaniami, kraje UE nie mogą zapominać, że projekt Unii Europejskiej wyszedł od wizji bezpieczniejszego, żyjącego w dobrobycie kontynentu. „Wydaje się, że odchodzimy od filozofii, która leżała u fundamentów tworzenia Europy”. W sesji inaugurującej „Nowe wizje na trudne czasy. Europa i świat wobec kryzysu” obok prezydentów uczestniczyli: Irina Bokova – Dyrektor Generalna UNESCO, Bernadette Segol – Sekretarz Generalny Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych; Walerij Choroszkowski – Wicepremier Ukrainy i Janusz Lewandowski – Komisarz UE ds. budżetu, którzy dyskutowali o drogach wyjścia z kryzysu trapiącego Europę. Problematyka energetyczna na Forum w Krynicy Podczas Forum odbyło się 140 paneli dyskusyjnych poświęconych m.in. makroekonomii, polityce międzynarodowej, energetyce, światowemu kryzysowi, bezpieczeństwie, Unii Europejskiej, innowacjom, ochronie zdrowia. Problematyka energetyczna od kilkunastu lat należy do najważniejszych i najszerzej podejmowanych na Forum Ekonomicznym. W Krynicy padają ważne deklaracje dotyczące strategii energetycznej państw regionu, planów inwestycyjnych firm sektora, inicjatyw umacniających bezpieczeństwo energetyczne czy integrujących systemy państw. Debaty Forum koncentrują się na kwestiach polityki regulacyjnej w sektorze, bezpieczeństwie energetycznym, perspektywach rozwoju energetyki jądrowej, sposobach finansowania przejścia gospodarek narodowych na źródła odnawialne, a także na możliwościach współpracy energetycznej w Europie Środkowej i Wschodniej. W ostatnich latach ważnym tematem podejmowanym podczas Forum są także perspektywy wydobywania gazu łupkowego w Europie Środkowej. PKN Orlen wraz z CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych przedstawiły podczas bloku tematycznego raport dotyczący gazu łupkowego do 2025 roku. CASE przewiduje ponad pół miliona nowych miejsc pracy oraz 87 mld zł, które zasilą polski budżet w 2020 roku. Rozpoczęcie wydobywania błękitnego paliwa z łupków nie tylko zwiększy znaczenie Polski na arenie międzynarodowej ale i poprawi pozycję negocjacyjną pozostałych krajów Europy, które kupują gaz od Gazpromu. Uczestnicy debat W panelach i sesjach plenarnych wzięło udział ponad 2,5 tysiąca gości z Europy, Azji i USA. Wśród nich byli politycy, ekonomiści, analitycy, przedstawiciele wielkich koncernów i organizacji pozarządowych oraz około 500 dziennikarzy. W debatach krynickiego Forum wystąpili m.in. Waldemar Pawlak, Wicepremier i Minister Gospodarki RP; Vujica Lazović, Wicepremier ds. Polityki Gospodarczej i Systemu Finansowego Czarnogóry; Tibor Navracsics, Wicepremier, Minister

8

7. Chiny wczoraj i dziś 8. Blogi, Twitter, Facebook – Internet jako instrument zmian społeczno–politycznych 9. Rosja wczoraj i dziś 10. Kryzys państwa socjalnego a związki zawodowe

Administracji Państwowej i Sprawiedliwości Węgier; Valeriu Lazar, Wicepremier, Minister Gospodarki Mołdawii; Michał Boni, Minister Administracji i Cyfryzacji; Jarosław Gowin, Minister Sprawiedliwości; Marcin Korolec, Minister Środowiska; Sławomir Nowak, Minister Transportu; Mikołaj Budzanowski, Minister Skarbu, Jan Krzysztof Bielecki, Przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze RP; Władysław Kosiniak-Kamysz, Minister Pracy i Polityki Społecznej; Mark Allen, Kierownik Regionalny Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Europie Środkowej i Wschodniej i Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Bankowego, Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen; Jan Kulczyk, prezes holdingu Kulczyk Investements; Ludwik Sobolewski, prezes GPW; Marcin Piróg, prezes PLL LOT; Krzysztof Kilian, prezes PGE. Gala Forum z nagrodami Małopolska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. była partnerem XXII Forum Ekonomicznego. MARR S.A. wraz z Partnerami: powiatami nowosądeckim i gorlickim oraz Małopolską Organizacją Turystyczną, objęła patronatem najbardziej prestiżową imprezę Forum – Galę Rozdania Nagród, której towarzyszyła prezentacja projektu „Lokalne inicjatywy na rzecz rozwoju regionalnego powiatu gorlickiego i nowosądeckiego" współfinansowanego przez Szwajcarię w ramach Szwajcarskiego Programu Współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Jak co roku, Rada Programowa Forum Ekonomicznego uhonorowała ludzi, organizacje i firmy, wyróżniające się i odnoszące sukcesy w naszej części Europy w kategoriach: Człowiek Roku, Firma Roku, Nowa Kultura Nowej Europy i Organizacja Pozarządowa Roku. Człowiekiem Roku został uhonorowany Prezydent RP Bronisław Komorowski. Prezydent, odbierając nagrodę, przyznał, że odczuwa ogromną satysfakcję z faktu, że otrzymuje to wyróżnienie w miejscu, w którym wszyscy zdają sobie bardzo dobrze sprawę, że najważniejsza jest gospodarka, o którą – jak podkreślił – trzeba dbać, bo „jest szansą dla wszystkich". Nagrodę „Nowa Kultura Nowej Europy” podczas uroczystej Gali odebrał austriacki pisarz Martin Pollack za popularyzowanie kultury Europy Środkowowschodniej oraz poruszanie w swej twórczości trudnych galicyjskich zagadnień. Wyróżnienie wręczył przewodniczący Rady Miasta Krakowa, Bogusław Kośmider. Martin Pollack jest tłumaczem, eseistą i publicystą. Studiował literaturę słowiańską i historię Europy Wschodniej w Wiedniu i Warszawie. Do 1998 roku pracował jako redaktor i korespondent czasopisma „Der Spiegel", obecnie pisze i tłumaczy. Przełożył m.in. na niemiecki wszystkie książki Ryszarda Kapuścińskiego. Tytuł „Firmy Roku 2011" został przyznany Kompanii Węglowej S.A., największemu w Unii Europejskiej producentowi węgla kamiennego. Nagroda została przyznana firmie, która udowodniła, że w trudnych warunkach transformującej się gospodarki można odnieść sukces dzięki odważnym inwestycjom i dobremu zarządzaniu – napisano w uzasadnieniu. Nagroda w kategorii „Organizacja Pozarządowa" została przyznana warszawskiemu Stowarzyszeniu Sportu Dzieci i Młodzieży, organizatorowi „Czwartków Lekkoatletycznych" za popularyzowanie sportu wśród dzieci. Uroczysta Gala Rozdania Nagród to wyjątkowe wydarzenie, także z uwagi na oprawę artystyczną. Wieczór uświetnił koncert Orkiestry Opery Krakowskiej pod batutą Tomasza Tokarczyka. Goście Gali mieli okazję usłyszeć znane i lubiane fragmenty oper. (oprac. tekstu na podst. www.forum-ekonomiczne.pl) Zdjęcia – Archiwum ISW

11. Tworzenie Jednolitego Rynku Cyfrowego dla i wraz z konsumentami 12. Prezydent Bronisław Komorowski „Człowiekiem Roku” 13. Nagroda „Nowa Kultura Nowej Europy” dla Martina Pollacka 14. Tytuł „Firmy Roku 2011" został przyznany Kompanii Węglowej S.A.

9


Fenomen

10

Od naszego korespondenta z Kanady

Atomowa Kanada z polskim

POLSKA

akcentem

W

Dariusz Witold Kulczyński

dniach 22–24 maja na Politechnice Warszawskiej odbył się współorganizowany z Uniwersytetem Stanowym w Oregon (USA) II Kongres Energetyki Atomowej. Przedstawiłem tam referat ilustrujacy zasady bezpieczeństwa jądrowego i specjalne systemy zabezpieczeń na podstawie 50-letniego rozwoju energetyki jądrowej w Kanadzie. 26 maja br., uczestniczyłem w kolejnej Światowej Konferencji Gospodarczej Polonii, wygłaszając prelekcję o zaletach i zagrożeniach związanych z energetyką jądrową, którą Polska zdecydowała się wdrożyć. Zaletą jest tani prąd z elektrowni jądrowej w dolinie nocnej, co można wykorzystać do produkcji wodoru za pomocą elektrolizy. Wodoru można używać zamiast benzyny w silnikach samochodowych, co ostatnio zademonstrowali polscy naukowcy w Lublinie. Jeśli chodzi o aspekty ujemne, to poza powszechnie znanymi zagrożeniami natury promieniotworczej, energetyka jądrowa może się stać przyczyną klęski ekonomicznej jeśli budowa bardzo kosztownych bloków jądrowych będzie poważnie opóźniona. Założona przez mgra Wojciecha Śniegowskiego Polonijna Izba Handlowa „Canada-Poland Chamber of Commerce of Toronto” (CPCCofT) dąży do intensyfikacji kontaktów gospodarczych między Polską, a Kanadą. Między innymi propaguje ona kanadyjską ekspertyzę jadrową. Nawet jeśli Polska wybierze inną niż kanadyjska technologię jądrową, to mogłaby na pewno skorzystać z doświadczenia kilkuset Polaków, którzy pracują lub pracowali przy badaniach jądrowych lub eksploatacji elektrowni atomowych w Kanadzie. Prof. Jerzy Sawicki, dr Emil Broś, dr Stefan Doerffer i wielu innych od lat oferuje Polsce doradztwo w dziedzinie badań i szkolenia. Inż. Paweł Leksiński był przez wiele lat dyrektorem zmiany elektrowni atomowej Darlington (4 x 930 MWe brutto). Polonijna Izba Handlowa w Toronto może ułatwić nawiązanie kontaktów z polsko-kanadyjskimi ekspertami, co starałem się zaakcentować podczas moich wystąpień w Polsce. Warto dodać, że już na sesji plenarnej Konferencji Gospodarczej Polonii w 2004 roku, w której uczestniczyła cała plejada polskich i polsko-europejskich polityków zabrałem głos w sprawie energetyki jądrowej, co spowodowało ciekawe wypowiedzi ówczesnego Ministra Gospodarki, Jacka Piechoty. W drugim dniu tamtej konferencji razem z drem Stefanem Doerfferem przedstawiłem odczyty na temat kanadyjskiego systemu energetyki atomowej i możliwości pogłębienia współpracy gospodarczej Polski i Kanady. Nota bene, na tejże konferencji rozprowadziłem 200 egzemplarzy „Nowego Kuriera”, w którym poza artykułem programowym o współpracy polsko-kanadyjskiej był apel wydawcy (Jolanty Cabaj) o podjęcie działań w celu zniesienia wiz kanadyjskich dla obywateli polskich. Zauważył to red. Zygmunt Broniarek i opisał w jednym z artykułów opublikowanych w Polsce. Rozpoczęta przez „Nowy Kurier” i konsekwentie kontynuowana walka o zniesienie wiz kanadyjskich dla Polaków zakończyła się w 2008 roku pełnym sukcesem. W akcję tę zaangażowany był poseł Partii Liberalnej ukraińsko-polskiego pochodzenia Borys Wrzesnewskyj, a po zmianie rządu Kongres Polonii Kanadyjskiej kierowany przez obecnego posła Partii Konserwatywnej Władysława Lizonia. Od 30 lat pracuję w Kanadzie w elektrowniach atomowych systemu CANDU (Canada-Deuterium-Uranium). Są to reaktory ciśnieniowe, chłodzone i moderowane ciężką wodą. Używają one jako paliwa taniego uranu naturalnego (niewzbogaconego), a mogą pracować na torze, trzykrotnie obficiej niż uran występujący w przyrodzie. Reaktory CANDU mogą także dopalać zużyte paliwo wzbogacone z reaktorów ciśnieniowych lekkowodnych, co

Fenomen

pomyślnie zademonstrowały Chiny w elektrowni Qinshan-3. Elektrownia Atomowa Darlington (4 x 930 MWe), w której pracuję od 1987 roku (fot. 1, 3), miała 14 kwietnia 2010 roku gościć premiera Donalda Tuska i minister Hannę Trojanowską, Pełnomocnika Rządu RP ds. Polskiej Energetyki Jądrowej. Po tej wizycie miałem wygłosić dla pani Minister odczyt o kanadyjskim systemie jądrowym zbliżony do tego, który przedstawiłem na wspomnianej tegorocznej Światowej Konferencji Gospodarczej Polonii. Było to wszystko starannie przygotowane przez mgra W. Leszczyńskiego, Radcę Handlowego RP w Montrealu i Polonijną Izbę Handlową CPCCofT. Następnie, 15 kwietnia 2010 roku w Centrum Kultury Polskiej im. Jana Pawła II w Mississauga razem z moją żoną Danielą mieliśmy wziąć udział w uroczystym bankiecie z udziałem premiera RP Donalda Tuska i premiera Kanady Stephena Harpera. Jak Czytelnicy się domyślają, nic z powyższych planów nie wyszło; z powodu tragedii smoleńskiej wizyta premiera i Pani Minister w Kanadzie została odwołana. Natomiast 15 kwietnia 2010 istotnie spotkaliśmy w Mississauga remiera Kanady Harpera, ale nie na bankiecie, tylko na mszy odprawionej w kościele św. Maksymiliana Kolbe za Parę Prezydencką i Wszystkie Ofiary katastrofy Tu-154. Wracając do spraw atomowych, elektrownia Darlington otrzymała w bieżącym roku ocenę celującą w wyniku przeglądu ekspertów WANO (World Association of Nuclear Operators), międzynarodowego stowarzyszenia firm eksploatujących elektrownie jądrowe. Darlington zaliczony został tym samym do ekskluzywnego klubu najlepiej pracujących elektrowni jądrowych na świecie. Niestety pomimo, że premier Tusk i minister Trojanowska w 2010 roku Kanadę odwiedzili, do wizyty w elektrowni atomowej Darlington nie doszło. Jedynym polskim politykiem, który ją zwiedził (w latach 90.) pozostaje Antoni Macierewicz. Szkoda, bo wkład Polaków w rozwój badań jądrowych, podstawowych i stosowanych, jest niebagatelny. O energetyce jądrowej rozmawiałem z następującymi polskimi politykami: Lechem Nikolskim, Jackiem Piechotą, Danutą Hübner, Maciejem Płażyńskim, Piotrem Grzegorzem Woźniakiem, Anną Kalatą, Pawłem Kowalem, Jarosławem Kalinowskim, Piotrem Naimskim i Bronisławem Komorowskim, a także, wiele lat temu, z Antonim Macierewiczem. Nota bene, na wspomnianym tegorocznym II Kongresie Energetyki Atomowej nestor polskiej energetyki jądrowej mgr inż. Jacek Baurski wyjaśnił, jak to się stało, że Polska, która nie ma elektrowni jadrowych należy do WANO, stowarzyszenia „operatorów” elektrowni jądrowej. Otóż kiedy w 1989 roku tworzyło się WANO, Polska budowała Żarnowiec. Jego „zaoranie” było fatalnym błędem rządów premierów: Mazowieckiego i Bieleckiego. Powrót na drogę energetyki atomowej zadeklarowały następnie kolejne rządy, SLD,

PiS, a obecny skład PO–PSL przystąpił do realizacji tych przedsięwzięć. Kanada uczestniczyła w brytyjsko-amerykańskim wojennym programie badań atomowych, a pod koniec lat 40. XIX wieku przekształciła potężną infrastrukturę na potrzeby badań i rozwoju energetyki jądrowej. Kiedy w latach 80. mieszkałem w dolinie górnej Ottawy (Upper Ottawa Valley), zwiedziłem laboratoria jądrowe federalnej firmy Atomic Energy of Canada Ltd. w Chalk River (CRNL). Byłem m.in.w budynku reaktora ZEEP (Zero Energy Experimental Pile) – pierwszego reaktora jądrowego zbudowanego poza granicami Stanów Zjednoczonych. ZEEP uruchomiony został we wrześniu 1945 roku. Na ścianie tego historycznego budynku wisiała ogromna rama z fotomontażem przestawiającym wszystkich wielkich fizyków jądrowych z Albertem Einsteinem na czele. Wśród nich było dwoje Polaków, Maria Curie-Skłodowska i Leopold Infeld. Ten ostatni, twórca elektrodynamiki nieliniowej, współpracujący z Albertem Einsteinem, był przez 10 lat profesorem Uniwersytetu Torontońskiego. Po wojnie profesor Infeld wrócił z Kanady do Polski, gdzie położył wielkie zasługi w rozwój fizyki jądrowej. Jego wykładów z zapartym tchem słuchali nie tylko teoretycy, ale także wybitni fizycy doświadczalni, tacy jak dr Ryszard Gokieli, współtwórca CERN-owskiego systemu obliczeniowego Delphi i polskiej części obliczeniowego Gridu komputerowego dla analizy danych generowanych w Wielkim Zderzaczu Hadronów (LHC). Profesor Infeld w Kanadzie znalazł schronienie przed terrorem hitlerowskim, a opuścił ją nie tylko z powodu nostalgii, ale również nagonki skrajnej prawicy, za co po wielu latach został oficjalnie przeproszony. W czasach pokojowych emigracja ma oczywiście inny wymiar... Polacy mieszkają nie tylko na terytorium Polski historycznej i w ciągu ostatnich dziesięcioleci dobrze sobie radzą w krajach osiedlenia. W przypadku państw takich jak USA czy Kanada, których ludność składa się z emigrantów, można się jednak zastanawiać, jaka jest podstawowa identyfikacja osob zaliczanych do Polonii? Mówiąc inaczej, na ile ich sukcesy mogą być powodem do dumy narodu polskiego? Nad celowością tworzenia w Polsce forum do spotkań Polaków zamieszkałych za granicą zastanawia się wiele osób, także niestrudzony organizator konferencji gospodarczych, Zbigniew Ludger Olszewski, Prezes Fundacji Polonia. Nazywanie ludzi, którzy przybyli do Kanady w wieku dojrzałym „Kanadyjczykami polskiego pochodzenia”, jest pomyłką. Natomiast takie określenie może już pasować do ich urodzonych w Kanadzie dzieci. Identyfikacja emigrantów, nawet takich, którzy pomimo dobrowolnego opuszczenia kraju nie są do końca przekonani o słuszności tej decyzji, ulega ewolucji. Po 10–20 latach przeżytych i przepracowanych wśród Kanadyjczyków wykształca się dualistyczna identyfikacja (polsko-kanadyjska). Stopień tej identyfikacji zależy oczywiście od znajomości angielskiego (lub francuskiego w Quebecu), związanego z tym stopniem uczestniczenia w życiu politycznym, działalności związkowej czy społecznej, z rodzajem pracy. Różnic pomiędzy Kanadą i USA nie sposób pominąć, ale nie można ich też wyolbrzymiać. Tradycyjnie Kanadyjczycy uważają USA za melting pot – tygiel do wytapiania nowych członków narodu amerykańskiego, a Kanadę za mozaikę kulturową wspieraną przez oficjalną politykę wielokulturowości, którą zapoczątkował Premier Federalny Pierre Elliott Trudeau, a pierwszym ministrem tego resortu został urodzony w Kanadzie Polak Stanisław Haidasz, lekarz, poseł federalny, potem senator. Z historyczno-filozoficznego punktu widzenia, Kanadę łatwiej jest Polakowi zaakceptować niż Stany Zjednoczone, ponieważ nikt go z reguły nie zmusza do przyjęcia identyfikacji kanadyjskiej, proces jest dobrowolny i wieloletni. Ameryka jest państwem wolnym i demokratycznym, ale jest supermocarstwem, a to wymaga bardziej skonsolidowanego pojęcia narodu. W latach 1988–2008 współpracowałem z dwutygodnikiem „Nowy Kurier”. „Kurier Polsko-Kanadyjski” założony został w Toronto w 1972 roku przez Wilka Markiewicza. W 1987 roku wydawcą i redaktorem naczelnym została warszawianka Jolanta Cabaj i nazwa pisma została zmieniona na „Nowy Kurier”.

POLSKA 1

Dariusz Witold Kulczyński – jest absolwentem VI LO im. Tadeusza Reytana w Warszawie i Wydziału Elektrycznego Politechniki Warszawskiej (w 1977 otrzymał dyplom magistra inżyniera). Od 1981 roku przebywa w Kanadzie, gdzie pracuje w pionie technicznym elektrowni jądrowych z ciężkowodnymi reaktorami CANDU. Teksty o energetyce jądrowej publikował na łamach „Wiadomości Elektrotechnicznych”, „Gazety Wyborczej”, „Postępu Techniki Jądrowej”, „Biuletynu Radiologicznego”, portalu CIRE i w "Nuclear Engineering International (UK).” Przez 6 lat pracował w elektrowni jądrowej NPD w Rolphton, a przez kolejne 24 lata w elektrowni Darlington. Należy do osób czynnie włączających się w dyskusję o energetyce jądrowej w Polsce. Wygłosił w Polsce wiele wykładów; był m.in. prelegentem na konferencji NOT „Rozwój energetyki atomowej w Polsce" w grudniu 2007 roku i na II Kongresie Energetyki Jądrowej na Politechnice Warszawskiej 22–24 maja 2012. Dwukrotnie wygłaszał referaty na Światowej Konferencji Gospodarczej Polonii (2004 i 2012).

2

2

3

11


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Do największych osiągnięć Jolanty Cabaj i jej zespołu należy popieranie członkostwa Krajów Grupy Wyszehradzkiej (Czech, Polski, Słowacji i Węgier) w ich drodze do NATO w latach 1995–1998. Akcja polegała na publikacji artykułów, apeli do Polonii, organizacji polonijnych w Kanadzie i polonijnych mediów w Kanadzie i w USA. Były liczne publikacje anglojęzycznych petycji z adresami polityków kanadyjskich i amerykańskich i instrukcjami jak takie petycje wysyłać i propagować. Były wzory listów do posłów senatorów kanadyjskich i amerykańskich. „Nowy Kurier” współpracował z Północno-Amerykańskim Studium ds. Polskich i jego Komitetem Planowania, kierowanymi przez zamieszkałych w USA akademików, prof. Tomasza Arciszewskiego (wnuka T. Arciszewskiego z WRN) i prof. Andrzeja Targowskiego. Z inicjatywy tego ostatniego warszawska Bellona wydała w 1993 roku pracę zbiorową Obrona Polski dziś i jutro, w której znalazł sie także mój rozdział pt. NATO a sprawa polska. W 1996 roku „Nowy Kurier” skierował apel do mediów i organizacji polonijnych o intensyfikację działań na rzecz przyjęcia Polski do NATO. Na apel odpowiedziała red. Krystyna Piotrowska (Radio Polonia) oraz wspomniany twórca Polonijnej Izby Handlowej Wojciech Śniegowski, który jest również producentem polonijnego programu telewizyjnego w sieci OMNI.1 (poprzednio CFMT International).

Nagłośnienie apelu „Nowego Kuriera” przez radio i telewizję było ważnym krokiem w celu intensyfikacji działań Polonii. Kanada była pierwszym państwem Sojuszu Północno-Atlantyckiego, które ratyfikowało postanowienia Szczytu Madryckiego. 2 lutego 1998 roku premier Kanady Jean Chretien podpisał dokument ratyfikacyjny. Jan Nowak-Jeziorański napisał wtedy do mnie, że miało to duże znaczenie w nadaniu impulsu dla Senatu USA, żeby rozszerzenie NATO na wschód także ratyfikował. Na łamach „Nowego Kuriera” ukazywały się teksty lub listy wielu wybitnych ludzi, takich jak prof. Jan Karski (Kozielewski), Jan Nowak-Jeziorański, red. Jerzy Giedroyć i ks. abp. Szczepan Wesoły (do przejścia na emeryturę delegat prymasa ds. duszpasterstwa emigracji). Publikował w „Nowym Kurierze” historyk dr Zenowiusz Ponarski z Kanady, prof. Izabella Bukraba-Rylska z Polski, dr Wiesław Piechocki z Austrii, red. Jerzy Wojciewski (na fot. 2 po prawej stronie D.W. Kulczyńskiego) i wielu, wielu innych. Ukazało się kilkadziesiąt wywiadów z czołowymi polskimi politykami, takimi jak: Marek Borowski, Jarosław Kalinowski, Maciej Płażyński i Bronisław Komorowski. Opublikowałem też wiele artykułów dotyczących energetyki jądrowej, w podobnych polskich wydawnictwach, takich jak „Wiadomości Elektrotechniczne” czy „Postępy Techniki Jądrowej”. Wydaje się, że współpraca w dziedzinie technologii i gospodarki to obecnie najbardziej owocny obszar kontaktów między Polonią, a Polakami w Kraju. Wychodzi temu na przeciw działalność Polonijnej Izby Handlowej „Canada-Poland Chamber of Commerce of Toronto” oraz Fundacji Polonia organizującej doroczne konferencje gospodarcze Polonii.

POLSKA

Polska w CERN-ie

Europejska Organizacja Badań Jądrowych CERN (fr. Organisation Européenne pour la Recherche Nucléaire) — ośrodek naukowo-badawczy położony na północno-zachodnich przedmieściach Genewy na granicy Szwajcarii i Francji, pomiędzy Jeziorem Genewskim, a górskim pasmem Jury. Obecnie do organizacji należy 20 państw. CERN zatrudnia 2600 stałych pracowników oraz około 8000 naukowców i inżynierów reprezentujących ponad 500 instytucji naukowych z całego świata. Najważniejszym narzędziem ich pracy jest największy na świecie akcelerator cząstek – Wielki Zderzacz Hadronów. W latach 1964–1991 Polska jako jedyny kraj bloku wschodniego miała w CERN-ie oficjalny status państwa obserwatora (w latach 1954–1961 członkiem CERN była Jugosławia). Pełnoprawnym członkiem CERN Polska została 1 lipca 1991roku. 20 września 2012 roku na Przewodniczącą Rady CERN wybrano prof. Agnieszkę Zalewską z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN w Krakowie zgłoszoną wcześniej przez Polskę, Czechy, Belgię i Węgry; funkcję tę sprawować będzie od 1 stycznia 2013 roku. Jest ona pierwszym badaczem z Europy Środkowo-Wschodniej, a zarazem pierwszą kobietą na tym stanowisku. W CERN-ie pracuje około 200 Polaków, z czego większość na stypendiach. Polscy fizycy są autorami lub współautorami jednej dziesiątej prac dotyczących badań prowadzonych w CERN-ie – uczestniczą m.in. w konstrukcji detektorów ALICE, ATLAS i CMS wchodzących w skład Wielkiego Zderzacza Hadronów.

aplikacji i szkoleń. Dzięki członkostwu, polscy naukowcy uzyskają dostęp do europejskich danych, które mogą być wykorzystywane w analizach poszczególnych rozwiązań technicznych i organizacyjnych. Możliwość korzystania z szerokiej wiedzy oraz wymiany doświadczeń z europejskimi ekspertami, zapewni także lepsze przygotowanie do wdrażania programu energetyki jądrowej w Polsce. (źródło: NCBJ)

Polskie firmy złożą się na budowę pierwsze w kraju elektrowni atomowej. Na Forum w Krynicy podpisano wspólny list intencyjny w tej sprawie.

wy. „Zgodnie ze strategią rozwoju KGHM, stanowi istotny element dywersyfikacji naszych przychodów” – zaznaczył. Zintegrowany przetarg na budowę i finansowanie elektrowni jądrowej zostanie ogłoszony najpóźniej w marcu 2013 roku. Do tego czasu kierowana przez byłego ministra skarbu Aleksandra Grada spółka jądrowa będzie musiała ustalić docelową strukturę udziałów w konsorcjum, które przystąpi do budowy i będzie odpowiadało za eksploatację siłowni. Na razie (22.10.2012) wiadomo, że PGE obejmie 51 proc. udziałów w przedsięwzięciu i będzie odgrywać w nim wiodącą rolę. Zgod-

Na XXII Forum Ekonomicznym we wrześniu br. roku czołowe polskie firmy podpisały wspólny dokument o budowie pierwszej w kraju Elektrowni Atomowej. Przedsiębiorstwa te wyłożą najprawdopodobniej własne środki na sfinansowanie inwestycji. W obecności prezesów czterech firm: Enea S.A., KGHM Polska Miedź S.A., Polska Grupa Energetyczna, Tauron podpisano list in-

W kierunku polskie go atomu Narodowe Centrum Badań Jądrowych w Świerku – jedna z najważniejszych w Polsce instytucji zajmujących się badaniami technik jądrowych – obchodziła 1 września pierwszy rok działalności.

12

NCBJ powstało z połączenia Instytutu Energii Atomowej POLATOM oraz Instytutu Problemów Jądrowych im. Andrzeja Sołtana. Zajmuje się badaniami podstawowymi z fizyki subatomowej oraz stosowaniem metod fizyki jądrowej i rozwijaniem technologii jądrowych dla rozmaitych gałęzi nauki i gospodarki, w tym medycyny. Kluczową pozycję w działalności Centrum zajmuje też wspieranie programu energetyki jądrowej w Polsce oraz produkcja radiofarmaceutyków i urządzeń dla medycyny, zwłaszcza do diagnostyki i terapii przeciwnowotworowych. W Centrum w Świerku działa od 1974 roku drugi i obecnie jedyny w Polsce reaktor badawczy „MARIA” (wcześniej od 1958 roku korzystano z pierwszego doświadczalnego reaktora jądrowego EWA zakupionego w Związku Radzieckim). Reaktor „MARIA” nazwany na cześć Marii Skłodowskiej-Curie jest polskim urządzeniem. Wykorzystywany jest m.in. do wytwarzania izotopów promieniotwórczych, radiacyjnej modyfikacji materiałów oraz badań na wiązkach neutronów. Ośrodek uczestniczy w międzynarodowych przedsięwzięciach badawczych oraz w pracach nad nowymi technologiami jądrowymi. Urządzenia opracowane w NCBJ będą wdrażane w Parku Naukowo-Technologicznym w Świerku. Rok pracy Centrum uczcił gościnnym wykładem prof. Sergio Bertolucci, dyrektor naukowy CERN. Profesor Bertolucci docenił

zaangażowanie polskich naukowców w budowę akceleratora LHC i odkrycie bozonu Higgsa. Na parę dni wcześniej zwołano konferencję prasową, którą rozpoczęło wystąpienie prof. Grzegorza Wrochny, nowego dyrektora tej instytucji, który przypomniał historię powstania Instytutu Badań Jądrowych, jego rozwój oraz omówił działalność i kierunki prowadzonych w nim badań naukowych. Zbigniew Kubacki, dyrektor Departamentu Energetyki Jądrowej w Ministerstwie Gospodarki, podkreślił, że rząd zamierza rozwijać energetykę jądrową w Polsce, a Dariusz Drewniak, dyrektor Departamentu Strategii w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego zadeklarował, że NCBJ będzie przede wszystkim wspierało energetykę jądrową, szkoliło specjalistów, opracowywało technologie i procedury, a także tworzyło infrastrukturę bezpieczeństwa w elektrowniach jądrowych. Narodowe Centrum Badań Jądrowych, członek koalicji ekspertów na rzecz energetyki jądrowej kampanii „Poznaj atom. Porozmawiajmy o Polsce z energią”, przystąpiło już (w maju br.) do European Safety, Reliability and Data Association. Stowarzyszenie to, stanowi międzynarodowe forum wymiany informacji, danych oraz stanu aktualnych badań w dziedzinie bezpieczeństwa i niezawodności. ESReDA funkcjonuje od 1992 roku, do jego głównych działań należy wspieranie badań naukowych,

tencyjny w sprawie udziału w budowie pierwszej polskiej elektrowni atomowej. „To wydarzenie będzie bardzo mocno odnotowane nie tylko u nas, ale także u naszych partnerów zagranicznych. To ważny sygnał, że bierze w nim udział niemal cały rynek energetyczny w Polsce” – powiedział Aleksander Grad, prezes PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1, które odpowiadają za program energetyki jądrowej oraz przygotowanie i budowę pierwszej elektrowni. „PGE rozważa umożliwienie partnerom biznesowym uczestnictwa w projekcie poprzez udział kapitałowy w spółce celowej powołanej przez PGE do realizacji projektu jądrowego. To przełomowy moment dla polskiej energetyki jądrowej ze względu na fakt, że największe polskie przedsiębiorstwa zdecydowały o wspólnej współpracy na rzecz kluczowego projektu dla Polski” – powiedział prezes PGE Krzysztof Kilian. „Tauron, zgodnie ze swoją strategią, planuje posiadać w swoim portfelu wytwórczym około 2025 roku kilkaset megawatów z energii atomowej” – przypomniał prezes spółki Dariusz Lubera. Zaznaczył, że spółka od kilku lat chciała współuczestniczyć w projekcie jądrowym. „ Cieszymy się, że w grupie znaleźli się mocni biznesowo i doświadczeni partnerzy” – dodał. „Musimy znaleźć inne źródła, które pozwolą nam na funkcjonowanie za 20–30 lat” – powiedział z kolei prezes Enei Maciej Owczarek. Podkreślił, że w interesie wszystkich jest rozwiązanie kwestii, czym zastąpić węgiel jako źródło energii. Zdaniem prezesa KGHM Herberta Wirtha, szeroko rozumiana energetyka to sektor wzrosto-

nie z listem intencyjnym narodowi potentaci ustalą, w jaki sposób i ile udziałów obejmą w PGE EJ 1. Umowa, którą podpiszą później, będzie regulować prawa i zobowiązania wszystkich krajowych partnerów i ich wkład w finansowanie inwestycji. Te kwestie mają ustalić do początku przyszłego roku. Elektrownia ma zostać uruchomiona do 2023 lub 2024 roku. Nie można wykluczyć przesunięć czasowych.Wyznaczono trzy potencjalne jej lokalizacje – Żarnowiec, Choczewo i Gąski (wszystkie na Pomorzu) – ale ostatecznej decyzji jeszcze nie ma. Rząd szacuje koszt budowy elektrowni na 35–55 mld zł. Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź S.A., fot. Archiwum ISW

(źródło: www.ekonomia24.pl)

13


Fenomen

POLSKA

Wokół tajemnic ludzkie go genomu Rita Pagacz-Moczarska

Doktorat honoris causa dla prof. Wacława Szybalskiego

Profesor Wacław Szybalski – naukowiec światowej sławy, kilkakrotnie zgłaszany do Nagrody Nobla, którego osiągnięcia stworzyły nie tylko fundamenty współczesnej biologii molekularnej i biotechnologii i posłużyły do poznania tajemnic ludzkiego genomu, ale także umożliwiły powstanie skutecznych metod leczenia – został doktorem honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uroczystość wręczenia Profesorowi tego najwyższego uniwersyteckiego wyróżnienia odbyła się 28 września 2012 roku w auli Collegium Maius, w obecności Senatu UJ oraz wielu wyjątkowych gości przybyłych z licznych polskich i zagranicznych ośrodków naukowych. W tym szczególnym wydarzeniu, którego gospodarzem był rektor UJ prof. Wojciech Nowak, uczestniczyli także przyjaciele i rodzina Profesora. „Z wnioskiem o nadanie zaszczytnego wyróżnienia profesorowi Wacławowi Szybalskiemu wystąpili przedstawiciele Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii. 14 grudnia 2011 roku Konwent Godności Honorowych jednogłośnie pozytywnie ten wniosek zaopiniował, stąd też miesiąc później Rada Wydziału BBiB mogła rozpocząć odpowiednią procedurę. 25 kwietnia 2012 roku Senat UJ, po zapoznaniu się z uchwałą Rady Wydziału BBiB, a także po wysłuchaniu recenzji przygotowanych przez prof. Ewę Bartnik z Uniwersytetu Warszawskiego oraz prof. Ewę Łojkowską z Uniwersytetu Gdańskiego, popartych uchwałami senatów obu wymienionych uczelni, zdecydował o przeprowadzeniu dzisiejszej uroczystości”– poinformował Rektor. W uzasadnieniu swego postanowienia Senat UJ zwrócił szczególną uwagę na niezwykle znaczące w skali międzynarodowej osiągnięcia naukowe uczonego, a także na jego ogromne zasługi w propagowaniu dobrego imienia Polski i polskich ośrodków akademickich oraz stwarzaniu możliwości pracy polskim badaczom, w tym także naukowcom z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w laboratorium profesora na Uniwersytecie Wisconsin w Madison w Stanach Zjednoczonych. Profesor Wacław Szybalski ma 91 lat. Urodził się we Lwowie. Studiował chemię na Politechnice Lwowskiej. Po uzyskaniu stopnia doktora na Politechnice Gdańskiej w 1949 roku wyjechał do Kopen-

14

hagi, gdzie w laboratorium prof. Øjvinda Winge zainteresował się genetyką drożdży. W 1951 roku z Danii wyjechał do Stanów Zjednoczonych. – Najpierw przez pięć lat pracował w Cold Spring Harbor Laboratory, gdzie badał mechanizmy genetyczne warunkujące odporność bakterii na antybiotyki i czynnie uczestniczył w narodzinach biologii molekularnej bakterii i bakteriofagów – napisała w recenzji prof. Ewa Łojkowska. W drugiej połowie lat 50. został zaproszony przez noblistę, odkrywcę streptomycyny, prof. Selmana Waksmana, by w Institute of Microbiology Rutgers University w New Brunswick zajmować się genetyką promieniowców. Opracował tam test pozwalający na wykrywanie związków mutagennych, a równocześnie rozpoczął prace nad genetyką molekularną komórek eukariotycznych. W roku 1960 rozpoczął pracę w McArdle Laboratory for Cancer Research University of Wisconsin w Madison. Tam, pomimo przejścia na emeryturę w 2003 roku, aktywnie działa naukowo do dziś. Obecnie pracuje nad redakcją dwóch książek o bakteriofagach. Profesor Wacław Szybalski ma na swym koncie ponad 700 publikacji. Jego prace były cytowane ponad 12 tysięcy razy, a współczynnik Hirscha wynosi 58. Za swe wspaniałe dokonania otrzymał wiele prestiżowych międzynarodowych nagród, jest członkiem zagranicznym Polskiej Akademii Nauk, doktorem honoris causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, Uniwersytetu Gdańskiego, Politechniki Gdańskiej i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, w 2004 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, a 3 maja 2011 roku z rąk prezydenta RP Bronisława Komorowskiego otrzymał Krzyż Wielki z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Trzeba przyznać, że rok 2012 jest dla prof. Wacława Szybalskiego rokiem szczególnym, i to nie tylko dlatego, że właśnie teraz otrzymuje tytuł doktora honoris causa UJ, a także dyplom członka zagranicznego Polskiej Akademii Umiejętności. W tym roku mija również dokładnie 50 lat od doświadczeń profesora i jego żony dr Elizabeth Szybalskiej, które dały początek terapii genowej. „To właśnie w roku 1962 państwo Szybalscy postanowili zmienić przeznaczenie komórek zmutowanych, pozbawionych prawidłowego genu, określanego skrótem HPRT” – podkreślał wygłaszający laudację prof. Józef Dulak z Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ. – „Bez enzymu kodowanego przez ten gen komórki nie są zdolne do wzrostu w specjalnej pożywce zwanej HAT, opracowanej przez Wacława i Elizabeth Szybalskich, a obecnie powszechnie używanej do produkcji przeciwciał monoklonalnych. To właśnie przed półwiekiem prof. Szybalski wpadł na pomysł, by do takich komórek dodać DNA, kwas deoksyrybonukleinowy, wyizolowany z komórek normalnych, zdolnych do wzrostu w tej pożywce. [...] Narodziła się nowa era w inżynierii genetycznej. To właśnie pół wieku temu, publikując wyniki tych doświadczeń w czasopiśmie Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych i prezentując je na konferencjach naukowych, prof. Szybalski zaproponował termin „terapia genowa”. Zasugerował, że w przyszłości w taki właśnie sposób – poprzez wprowadzanie prawidłowych genów, będzie można leczyć choroby”. Dziś terapia genowa odnosi wielkie sukcesy, dając nadzieję chorym na hemofilię, talasemię czy nowotwory. To właśnie dzięki

Zdjęcia Anna Wojnar

niej dzieci pozbawione układu immunologicznego odzyskują zdrowie, a innym można uratować wzrok. W swoim wystąpieniu prof. Dulak zaznaczył też, że bohater uroczystości jest ponadto autorem wielu innych ważnych odkryć z dziedziny biochemii i biologii molekularnej, twórcą technik, które zmieniły oblicze współczesnej biologii. „Profesor opracował, między innymi, metodę chromatografii bibułowej (we Lwowie podczas drugiej wojny światowej!), pożywkę używaną do produkcji przeciwciał monoklonalnych, stworzył podwaliny terapii wielolekowej zakażeń bakteryjnych oraz chorób nowotworowych, odkrył nowe enzymy restrykcyjne oraz opracował wyrafinowane techniki stosowane w poznawaniu genomu człowieka. W kilka lat po zaproponowaniu terapii genowej stworzył pojęcie biologii syntetycznej” – akcentował laudator, zwracając przy tym uwagę, że uczony jest także wielkim orędownikiem biotechnologii i broni jej przed przekonaniami, podsycanymi też przez media, które dostrzegają w modyfikacjach genetycznych nie dobro, ale zagrożenie dla człowieka. „Gdy 50 lat temu prof. Szybalski zaryzykował wprowadzenie DNA do komórek, to udawał się w nieznaną podróż. Nie miał pewności, że doprowadzi go ona do celu. Zarazem jednak, jak wielcy odkrywcy, miał w sobie rozumną odwagę. Z jednej strony wiodła go ciekawość badacza, stawiającego hipotezę i próbującego ją zweryfikować, pragnącego wykazać, że samo postawienie pytania ma głęboki sens. Z drugiej strony, jak Leonardo da Vinci, który ponad pięć wieków temu w wizjonerski sposób tworzył plany maszyny latającej, prof. Szybalski, niedoszły (na nasze szczęście!) inżynier lotnictwa, marzył o naprawie tego, co zepsuł ślepy los. Profesor swoimi odkryciami przeniósł nas do nowego świata, który 50 lat później dowodzi nie tylko realności swojego istnienia, ale zaczyna dostarczać owoców, o jakich marzył, o jakich marzymy wszyscy. Terapia genowa pozwala – lub pozwoli – zmienić przeznaczenie, odwrócić wyrok losu, pokazuje potęgę nauki i dobro, jakie czyni nauka” – mówił na zakończenie swego wystąpienia prof. Józef Dulak. Podkreślił także, że prof. Szybalski swoją postawą dowodzi, że dla uczonego oprócz zdziwienia i poszukiwania prawdy niezwykle ważne jest także praktyczne zastosowanie jego odkryć naukowych, bo świadomość, że kiedyś te odkrycia przyniosą korzyść tym najbardziej potrzebującym, jest niewątpliwie największą nagrodą. „To ogromny honor otrzymać doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale jako rodowity lwowianin chciałbym, by w ten sposób było uhonorowane moje królewskie stołeczne miasto Lwów, Semper Fidelis, bo to moja ziemia ojczysta” – ze wzruszeniem mówił uczony, dziękując za wyróżnienie. „Nie marzyłem, że i ja, tak jak moi wielcy lwowscy przyjaciele, zostanę związany z tym wspaniałym najstarszym polskim uniwersytetem”. W swoim wystąpieniu profesor wspominał swoich pierwszych mistrzów: chemika Eugeniusza Turkiewicza i fizyka Michała Halaunbrennera z VIII Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego przy ul. Dwernickiego we Lwowie oraz Ad-

olfa Joszta, Edwarda Suchardę i Wacława Leśniańskiego – profesorów z Politechniki Lwowskiej. Wyznał, że to w głównej mierze dzięki nim zdecydował, że jego specjalnością będą chemia i genetyka mikroorganizmów oraz biotechnologia. Profesor wspominał też swoje kontakty z uczonymi Warszawy, Gdańska, Lublina i Krakowa. „ Szczególnie pamiętam moje wizyty na Uniwersytecie Jagiellońskim chyba ponad 15 lat temu, gdzie byłem gościem Michała i Joanny Beretów (Michał był moim postdokiem w Madison) oraz rektora Aleksandra Koja. Pamiętam też, jak cztery lata temu przywiozłem tutaj samochodem moich bliskich przyjaciół: noblistę Jamesa Watsona, autora, między innymi, „Double Helix”, oraz jego żonę Liz Watson. Na zakończenie wizyty Watson podkreślił, że dużo stracił w życiu, ponieważ nie odwiedził Polski wcześniej, a Liz napisała później, że to była najwspanialsza podróż w jej życiu. Dziś ja dodam, że dzięki rektorom Uniwersytetu Jagiellońskiego, Senatowi UJ, Radzie Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii, prof. Józefowi Dulakowi, a także dzięki Polskiej Akademii Umiejętności – profesorom Andrzejowi Białasowi i Jerzemu Wyrozumskiemu – ten dzień jest dla mnie Event of the Lifetime!” (artykuł ukazał się w „Alma Mater” nr 151/2012)

Rita Pagacz-Moczarska – redaktor naczelna miesięcznika Uniwersytetu Jagiellońskiego „Alma Mater”

15


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Te ks ti

zd jęc ia

An na

W ojn ar

POLSKA

16

Nestor polonistów koreańskich i założyciel jedynej polonistyki istniejącej dotychczas w Korei Południowej – prof. Cheong Byung Kwon został 17 lipca br. wyróżniony medalem Merentibus. „Medal ten stanowi symboliczne podziękowanie społeczności Uniwersytetu Jagielońskiego za podjęcie trudu nauczenia się naszego języka i poznania naszej kultury, za promowanie języka i kultury polskiej w Korei, za zrealizowanie tego, co w roku 1983 wydawało się w Seulu zupełnie niemożliwe. Czegoś takiego mógł dokonać ktoś, kto wiedział od Novalisa, że przypadek to wola wszechświata” – mówił, wygłaszając laudację na uroczystym posiedzeniu Senatu UJ w auli Collegium Novum, prof. Władysław T. Miodunka. Odznaczanie wręczył profesorowi rektor UJ prof. Karol Musioł. Polonistyka w Hankuk University of Foreign Studies w Seulu działa od 25 lat, jednak starania prof. Cheonga Byung Kwon o stworzenie studiów polonistycznych w Korei Południowej zaczęły się wcześniej – już w 1983 roku wystąpił on z wnioskiem o utworzenie tej filologii na seulskim uniwersytecie. Jednak w tamtym czasie rząd Korei Południowej ograniczał tworzenie nowych kierunków studiów w Seulu oraz nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych z komunistyczną Polską. „To dlatego początkowo prof. Cheong działał sam, to dlatego trzeba było czekać na uruchomienie studiów

polskich na Uniwersytecie Hankuk do 1987 roku” – wyjaśniał prof. Władysław T. Miodunka. „Wtedy też dużym problemem okazał się brak kadry nauczającej, gdyż zajęcia mogły prowadzić tylko dwie osoby z Seulu: prof. Cheong i prof. Rafał Goździk – Polak z pochodzenia, rusycysta, obywatel Francji”. Oficjalna współpraca pomiędzy Uniwersytetem Jagiellońskim a Uniwersytetem Hankuk została nawiązana w 1989 roku podczas wizyty prof. Cheonga w Polsce. Ówczesny rektor, prof. Aleksander Koj, od początku był pozytywnie nastawiony do współpracy z Seulem, ważną rolę odegrał też tutaj, nieżyjący już dziś, prof. Andrzej Kapiszewski – socjolog z Instytutu Polonijnego UJ. To właśnie ten Instytut, jako pierwsza jednostka UJ, prowadził bezpośrednią współpracę z Uniwersytetem Hankuk, a od lutego 1990 roku rozpoczęło się tutaj kształcenie studentów koreańskich. Do tej pory na kursach letnich, rocznych i semestralnych studiowało na UJ ponad 120 koreańskich studentów i kilku doktorantów. Wśród absolwentów tych studiów znajdują się profesorowie Hankuk University, biznesmeni i dyplomaci. „Uniwersytet Jagielloński był pierwszą polską uczelnią, która zdecydowała się udzielić pomocy nowo powstałej polonistyce koreańskiej i podjąć kształcenie studentów z Seulu w UJ oraz wysyłać pracowników naukowych i dydaktycznych

UJ w celu prowadzenia zajęć w Seulu. Przez kilka lat zaangażowanie kadry UJ we współpracę było wielkie, bo na wyjazdy decydowali się profesorowie z wielkim dorobkiem, doświadczeni i gotowi na «koreańską przygodę» swego życia” – podkreślał prof. Miodunka. Byli to, między innymi, profesorowie: Grzegorz Babiński, Mieczysław Smoleń, Aleksander Zajda, Jadwiga Kowalikowa, Renata Przybylska, Stanisław Gawliński, oraz dr Halina Nieć, dr Józef Pyzik i mgr Kinga Kozak. „Można powiedzieć, że wyjeżdżając do Seulu, wykonywali oni wolę swych władz uczelnianych, pamiętam też jednak ich entuzjazm i gotowość do podjęcia wyzwania, jakim była praca dydaktyczna w Korei” – dodał prof. Miodunka. Profesor Cheong Byung Kwon jest także osobą wielce zasłużoną dla rozwoju studiów słowiańskich. W 1987 roku został pierwszym dyrektorem nowo powstałego Departamentu Studiów Polskich HUFS. „Nie zapomniał wtedy jednak o innych krajach Europy Wschodniej, zabiegając o utworzenie w HUFS Instytutu Studiów Środkowoeuropejskich i Bałkańskich, którym kierował jako jego pierwszy dyrektor w latach 1999–2001. W roku 1999 doktoryzował się w Instytucie Filologii Polskiej UJ, przedstawiając rozprawę zatytułowaną Koncepcja studiów polonistycznych na uniwersytecie koreańskim. W latach kolejnych zajmował także ważne stanowiska w strukturach Uniwersytetu Hankuk: był dziekanem ds. profesorskich i akademickich, dziekanem Kolegium Studiów Środkowoeuropejskich i Wschodnioeuropejskich oraz dyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej. W 2007 roku zainicjował także cyklicz-ne Spotkania Polonistyk Trzech Krajów (Chin, Japonii i Korei) odbywające się na Uniwersytecie Hankuk, które stanowią forum wymiany informacji oraz integracji regionalnej studiów polskich prowadzonych w tych trzech krajach Dalekiego Wschodu. Dzięki tym wszystkim przedsięwzięciom Departament Studiów Polskich na Uniwersytecie Hankuk jest obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającą się jednostką tego typu na świecie. Dotychczas stopień licencjata uzyskało tam ponad 800 studentów, 15 osób ukończyło studia magisterskie w Polsce, a tytuł doktora otrzymało osiem. „Trzeba jednak zauważyć, że szybki rozwój kadry w Departamencie Studiów Polskich HUFS nie byłby możliwy, gdyby nie

towarzyszyła mu intensywna praca naukowa i translatorska prof. Cheonga. W dotychczasowym jego dorobku naukowym znajdujemy blisko 60 artykułów oraz pięć książek, w których występuje jako autor lub wydawca” – referował prof. Miodunka. Za najważniejsze z nich uważa się wydaną w 1997 roku The History of Poland, liczący 1266 stron Słownik polsko-koreański oraz zbiór prac Comparative Studies on the Folk Literature of Korean and Central East European Countries. „Dwie pierwsze pozycje książkowe są ważne, gdyż tworzą solidne fundamenty nauczania Koreańczyków historii Polski oraz podstawy nauczania ich języka polskiego. Nie ulega wątpliwości, że bez tych podstawowych prac tak intensywne kształcenie studentów koreańskich oraz rozwój studiów polskich nie byłyby możliwe” – stwierdził prof. Miodunka. Nie do przecenienia jest również działalność translatorska prof. Cheonga, która obejmuje tłumaczenia dzieł najwybitniejszych polskich pisarzy i poetów XIX i XX wieku, m.in. Adama Mickiewicza, Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa, Jarosława Iwaszkiewicza, Sławomira Mrożka, Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Zbigniewa Herberta oraz Stanisława Barańczaka. „Doprowadzenie do powstania w 1987 roku Departamentu Studiów Polskich na Uniwersytecie Hankuk w Seulu, wykształcenie wielu pokoleń polonistów koreańskich, a zwłaszcza profesorów specjalizujących się w historii i socjologii Polski oraz w literaturze polskiej, wieloletnia owocna współpraca z Uniwersytetem Jagiellońskim i z innymi polskimi uczelniami oraz tłumaczenia dzieł wybitnych polskich pisarzy i poetów na język koreański to godne uznania zasługi prof. Cheonga Byung Kwon, w pełni uzasadniające przyznanie Mu medalu Merentibus przez Senat Uniwersytetu Jagiellońskiego” – podsumował dokonania koreańskiego polonisty prof. Władysław T. Miodunka. (artykuł ukazał się w „Alma Mater” nr 150/2012) Anna Wojnar – fotoreporter miesięcznika Uniwersytetu Jagiellońskiego „Alma Mater”

17


Fenomen

Fenomen

POLSKA Król Norwegii Harald V i królowa Sonja, przebywający w Polsce na zaproszenie prezydenta RP, w ramach trzydniowej wizyty odwiedzili 11 maja br. Kraków. Towarzyszył im prezydent Bronisław Komorowski z małżonką. Kilkugodzinny pobyt wyjątkowi goście rozpoczęli w południe od udziału w konferencji naukowej zorganizowanej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz w spotkaniu z norweskimi studentami ze Szkoły Medycznej dla Obcokrajowców, działającej w Collegium Medicum UJ. „Od początku istnienia europejskich uniwersytetów wielu monarchów, prezydentów i światłych ludzi przez wieki wspierało nasz i inne uniwersytety w Europie w przekonaniu, że kształcenie młodych ludzi, rozwój ich umysłów i osobowości jest źródłem powszechnego dobra dla wszystkich. Dziś jesteśmy zaszczyceni wizytą gości, którzy do tego grona z pewnością należą”– mówił rektor UJ prof. Karol Musioł w auli Collegium Novum, witając gości. „Poprzez naukę i edukację chcemy budować pomyślność mieszkańców całej Europy. Rozwijana jest internacjonalizacja studiów, mobilność naukowców i studentów”. W swoim przemówieniu powitalnym prof. Karol Musioł wyraził zadowolenie, że tak wielu młodych ludzi z Norwegii studiuje na krakowskiej Uczelni. „Są tu bardzo mile widziani. Kraków, dawna stolica Polski, jest miastem przyjaznym dla studentów i artystów” – akcentował rektor. Podkreślił, że cieszy się z dotychczasowej bardzo owocnej polsko-norweskiej współpracy, a także z faktu, że teraz pojawia się jeszcze kolejna możliwość jej rozszerzenia. Głównym bowiem punktem konferencji, w której uczestniczyli również przedstawiciele rządu oraz korpusu dyplomatycznego Polski i Norwegii, była inauguracja dwóch norweskich programów, finansowanych z funduszy Norway Grants oraz European Economic Area. Warto podkreślić, że łączny budżet pierwszego z nich – programu Polsko-Norweska Współpraca Badawcza wyniesie ponad 43 miliony euro, natomiast na drugą edycję Funduszu Stypendialnego i Szkoleniowego przeznaczono ponad 11 milionów euro. To właśnie dzięki tym programom nie tylko polscy studenci, ale także i pracownicy naukowi będą mogli poszerzać swoją wiedzę i prowadzić badania w Norwegii, Islandii oraz w Liechten-

18

Król i królowa Norwegii Rita Pagacz-Moczarska

Zdjęcia Jerzy Sawicz

POLSKA O korzyściach wynikających z wymiany stypendialnej i wspólnych badań naukowych mówił również reprezentujący władze Norwegii sekretarz stanu w Kancelarii Premiera Królestwa Norwegii Dagfinn Sundsbø. Kolejnym punktem wizyty pary królewskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim było spotkanie z kilkudziesięcioma studentami norweskimi ze Szkoły Medycznej dla Obcokrajowców zorganizowane w Sali Senackiej Collegium Novum. Studenci z tej okazji ubrali się w norweskie stroje regionalne. Rozmowa trwała kilkanaście minut. Po niej goście zwiedzili krakowskie instytucje kulturalne, które otrzymały dofinansowanie z grantów norweskich. W Międzynarodowym Centrum Kultury, mieszczącym się w zabytkowej kamienicy Pod Kruki przy Rynku Głównym, para królewska miała możliwość zapoznania się z efektami modernizacji obiektu, które zostały przeprowadzone na przestrzeni ostatnich kilku lat. Zobaczyła także oddaną w 2010 roku po kompleksowym remoncie Galerię Sztuki Polskiej XIX Wieku Muzeum Narodowego w Krakowie w Sukiennicach. Na zakończenie wizyty w Krakowie król i królowa Norwegii zwiedzili jeszcze bazylikę Mariacką, w której złożyli wpis do księgi pamiątkowej. „Wizyta w Polsce była potwierdzeniem bardzo dobrych relacji, jakie mamy z Polakami. Mam nadzieję, że przyniesie ona owoce w przyszłości” – mówił król Norwegii podczas krótkiej konferencji prasowej zorganizowanej na tarasie Sukiennic. Podkreślił, że Kraków zrobił na parze królewskiej duże wrażenie. Zaznaczył, że pobyt Ich Królewskich Mości w naszym kraju obfitował w wiele spotkań, które mogą zaprocentować w przyszłości. (artykuł ukazał się w „Alma Mater” nr 148–149/2012)

steinie. Podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego dr hab. Daria Lipińska-Nałęcz podkreśliła, że dotychczasowe działania naukowców z obu krajów były niezwykle efektywne. Ich plonem było ponad 60 projektów oraz ponad 200 publikacji naukowych. „Druga edycja programów zapowiada się jeszcze efektywniej” – akcentowała Wiceminister. Zaznaczyła też, że zorganizowanie tego typu konferencji na Uniwersytecie Jagiellońskim – najstarszej polskiej uczelni – z udziałem tak wyjątkowych gości nadaje przedsięwzięciu wymiar symboliczny.

19


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Dyplomata, buntownik, myśliciel B

20

ył potomkiem potężnego magnackiego rodu Rzeczypospolitej, zwanie armii rosyjskiej. Młody ks. Adam Jerzy wziął udział w wojnie po jej upadku – zakładnikiem na petersburskim dworze, przyja- w obronie Konstytucji 3 maja i został odznaczony orderem Virtuti cielem cara, rosyjskim senatorem, Ministrem Spraw Zagranicznych Militari za odwagę wykazaną w jednej z bitew. Po insurekcji kośimperium i kuratorem wileńskiego okręgu naukowego. Mógł konty- ciuszkowskiej i trzecim rozbiorze, w Petersburgu zadecydowano, że nuować zawrotną karierę w najwyższych kręgach rosyjskich dygni- Czartoryscy, uznani na dworze Katarzyny II za jedną z głównych tarzy. Zakończył ją jako prezes Rządu Narodowego w skierowanym sprężyn przedinsurekcyjnej konspiracji, muszą ponieść konsekwencje polityczne i finansowe. Ich majątki w zaborze rosyjskim oddano przeciw Rosji powstaniu listopadowym i przywódca polskiej emipod tymczasowy zarząd państwa. By uniknąć katastrofy, Czartorygracji politycznej po jego klęsce, w ostatnich latach życia ogłoszony scy mieli zdobyć się na akt lojalności, jakim był wyjazd obu synów przez zwolenników „królem de facto” nie istniejącej jeszcze Polski. – Adama Jerzego i Konstantego – do Petersburga w celu wstąpienia Życie ks. Adama Jerzego Czartoryskiego (1770–1861) przypadło na na rosyjską służbę. epokę, a właściwie przełom epok, który charakteryzował się dynaRzeczywistość w Petersburgu, choć początkowo pełna dotklimicznymi przemianami w wielu dziedzinach, takimi jak choćby rewych dla młodego człowieka upokorzeń, okazała się jednak całkiem wolucja przemysłowa, dzięki której praca rąk ludzkich w coraz więkznośna. Sytuację Czartoryskiego szym stopniu zastępowana była poprawiała znajomość z niektóprzez produkcję maszynową czy rymi liberalnie nastawionymi – w sferze polityki – dramatyczne arystokratami rosyjskimi, przywydarzenia związane z rozbiorajaźń z synem następcy tronu – mi Polski, rewolucja francuska, w.ks. Aleksandrem Pawłowiczem, zachwianie systemu równowagi a zwłaszcza odwzajemniona europejskiej w czasach Napolemiłość do jego żony, w. ks. Elona, próba ustabilizowania syżbiety, rozwijająca się zresztą za tuacji politycznej przy pomocy aprobatą samego Aleksandra, przyjętych przez Kongres Wiektóry z upodobaniem wcielał się deński zasad legitymizmu i róww rolę powiernika zakochanych. nowagi sił. Nowa równowaga nie W 1801 roku, gdy po zamachu przetrwała długo, zachwiały nią na Pawła I Aleksander objął wław równym stopniu ruchy narodzę nad imperium, ks. Adam dowe: polskie, greckie, niemiewszedł do kilkuosobowego grockie czy włoskie i związane z ich na młodych ludzi stanowiących działaniami liberalne rewolucje. grupę przyjaciół i bezpośrednie Na scenie politycznej Europy zaplecze polityczne cara. Na ich nie brakowało wtedy wybitnych spotkaniach dyskutowano nad osobistości. A jednak w owym kierunkami rosyjskiej polityki gronie mniej lub bardziej cyniczzagranicznej i przygotowywanych, niekiedy mądrych, a zano plany reform administracji wsze zręcznych dyplomatów ks. zmierzające do unowocześnienia Adam odgrywał znaczącą rolę. imperium. Tworzący ową gruZ tradycji politycznej stronnipę młodzi ludzie wkrótce objęli ctwa Czartoryskich, tzw. Familii, stanowiska ministrów lub ich zawyniósł przekonanie o konieczstępców. Czartoryskiemu przyności reform politycznych w RzePortret księcia J.A. Czartoryskiego, ze zbiorów Funadacji Czartoryskich padło wówczas w udziale stanoczypospolitej zmieniających ją w państwo sprawnie rządzone i nowoczesne, oraz wiarę, że można wisko kuratora wileńskiego okręgu naukowego, nadzorującego całe próbować osiągnąć te cele przy pomocy Rosji. Rozczarowanie ro- szkolnictwo na ziemiach zaboru rosyjskiego. Lata, kiedy sprawował syjską protekcją nadeszło szybko i wkrótce popchnęło Familię do wymienioną funkcję, stanowiły okres jego rozkwitu. Gestem ważopozycji przeciw królowi i najjaśniejszej gwarantce ustroju Rzeczy- niejszym było jednak powierzenie Czartoryskiemu funkcji Zastęppospolitej – Katarzynie II. Ich powrót do współdziałania z królem cy Ministra Spraw Zagranicznych Rosji. Wobec podeszłego wieku dokonał się dopiero w czasach Sejmu Wielkiego. Działania na rzecz i choroby kanclerza Woroncowa, faktyczne kierownictwo spraw ponaprawy państwa zwieńczyła Konstytucja 3 maja. Przetrwała jedy- lityki zagranicznej imperium przypadło Polakowi, o którym wielu nie kilkanaście miesięcy i wkrótce upadła na skutek działań konfe- niechętnych mówiło, że przed przybyciem do Rosji rodzice kazali deracji targowickiej, a przede wszystkim interweniującej na jej we- mu zaprzysiąc Rosji wieczną nienawiść – podobną przysięgę złożyć

miał niegdyś Hannibal, udając się jako zakładnik do Rzymu. Aleksander I chętnie deklarował wówczas współczucie dla Polaków, podkreślając odrazę, jaką budził w nim akt rozbiorów. W początkach jego panowania okoliczności wydawały się wymarzone, by korzystając z sympatii cara i potęgi Rosji, za jednym zamachem osiągnąć kilka celów: powstrzymać rosnącą dominację cesarza Francuzów w Europie, w porozumieniu z Anglią zreformować stosunki polityczne na kontynencie, wprowadzając trwały pokój, a przy okazji – osłabiając Prusy i Austrię – odbudować Polskę. Lata 1803–1805 to próba wcielenia w życie wspomnianych zasad. Służyć temu miała wielka antynapoleońska koalicja z Rosją i Anglią na czele. Organizując ją, ks. Adam próbował jednocześnie przeprowadzić plan częściowej odbudowy Polski z carem na tronie. Snute przez księcia plany wielkiej przebudowy politycznej Europy runęły ostatecznie na polu bitwy trzech cesarzy pod Austerlitz. Czartoryski, skwapliwie uznany przez przeciwników za głównego winowajcę katastrofy, ustąpił ze stanowiska. Przez kilka kolejnych lat pozostawał na uboczu wielkiej polityki. Napoleona, który przyciągał wtedy nadzieje Polaków, uważał za cynicznego polityka i bezwzględnego agresora. Dopiero po jego klęsce w Rosji w 1812 roku, książę zaangażował się ponownie w działania polityczne, powracając do swej ulubionej idei odbudowy Polski z władcą Rosji na tronie. Znaczną rolę odegrał podczas obrad Kongresu Wiedeńskiego w latach 1814–1815, prowadząc zakulisowe negocjacje z europejskimi dyplomatami i pracując jednocześnie nad projektem konstytucji Królestwa Polskiego. Po jego utworzeniu w 1815 roku, Czartoryski, ku zaskoczeniu większości rodaków, nie objął żadnego znaczącego stanowiska, choć wielu widziało w nim niemal pewnego kandydata na wicekróla. Był to wyraźny sygnał, że Aleksander I zamierza oprzeć swe rządy na osobistościach mniej wpływowych, a bardziej posłusznych niż ks. Adam. W latach 20. XIX wieku książę coraz wyraźniej przechodził do opozycji wobec rządów w Królestwie, choć nie należał do najbardziej radykalnej grupy sejmowej opozycji. Z biegiem czasu, w oczach opinii publicznej, ale także Aleksandra i Mikołaja I, Czartoryski uosabiał coraz bardziej narastające wśród Polaków opozycyjne nastroje. Niezwykle ważnym wydarzeniem, wzmacniającym podobne przekonanie, była dymisja z urzędu kuratora Wileńskiego Okręgu Naukowego, złożona przez księcia w 1823 roku w związku z prowadzonym przez władze rosyjskie brutalnym śledztwem w sprawie tajnych związków młodzieży na Uniwersytecie Wileńskim. W osobistej rozmowie z carem zadał wówczas władcy pytanie: od kiedy polski patriotyzm jest w jego oczach występkiem? W pięć lat później ks. Adam, jako członek Sądu Sejmowego powołanego przez Mikołaja I do osądzenia niepodległościowych konspiratorów z Towarzystwa Patriotycznego, należał do grona tych senatorów, którzy przekonali pozostałych kolegów do wydania wyroku uwalniającego oskarżonych z zarzutu zbrodni stanu. Owe demonstracje opozycji wobec despotyzmu władzy naturalną koleją rzeczy doprowadziły do udziału księcia we władzach powstańczych utworzonych po wybuchu powstania listopadowego. W istocie rzeczy był to jednak dramat polityka, który poparł powstanie, choć obawiał się, że klęska w wojnie z Rosją oznaczać będzie całkowite zniesienie autonomii Królestwa Polskiego. Jako prezes rządu wytrwale starał się jednak zdobyć dla powstania poparcie mocarstw europejskich. Podobne działania prowadził w następnych latach jako przywódca emigracyjnego stronnictwa zwanego Hotel Lambert. Skazany przez Rosjan na karę śmierci za bunt i zdradę stanu, książę, ceniony nadal w świecie zagranicznej dyplomacji, stworzył w Paryżu ośrodek stanowiący centrum życia politycznego i kulturalnego Wielkiej Emigracji. Zorganizował również rozległą sieć wywiadowców i agentów wpływu, prowadzą-

Jarosław Czubaty

fot. Hanna Kielich-Rainka

Z okazji 150. rocznicy śmierci ks. Adama Jerzego Czartoryskiego 12 kwietnia br. z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Warszawy oraz Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego odsłonięto uroczyście tablicę poświęconą księciu na fasadzie Pałacu Błękitnego w Warszawie, gdzie się urodził, oraz nadano nazwę Książąt Czartoryskich skwerowi przy ul. Senatorskiej. Na uroczystości zjawiła się niemal w komplecie rodzina Czartoryskich i inni krewni Familii „po mieczu" i „po kądzieli". Oficjalnie rodzinę reprezentowali i dokonali odsłonięcia tablicy: dr Barbara Czartoryska, prezes Związku Rodzinnego Czartoryskich i Stanisław Czartoryski, który włożył bardzo wiele wysiłku, by uroczystość mogła się odbyć, by zawisła tablica, by skwer przy ambasadzie Belgii został nazwany im. Książąt Czartoryskich. Uroczystość zgromadziła bardzo wiele osób, co świadczyć może, że postać ks. Adama Jerzego nie jest zapomniana, a jeśli była, to tablica Jemu poświęcona przywraca Go naszej narodowej pamięci. Uroczystościom towarzyszyło spotkanie w Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II, podczas którego wykłady wygłosili prof. Jarosław Czubaty i prof. Marek Kornat, a Anna Czartoryska recytowała okolicznościowe teksty. Uroczystość objęła patronatem Prezydent m.st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Na zdjęciu po środku b. prezydent Warszawy Stanisław Wyganowski, po prawej – aktywny członek TPW Tadeusz Burchacki, po lewej Władysław Mardas.

21


Fenomen

Fenomen

POLSKA cą działania na rzecz sprawy polskiej w Europie Zachodniej, na Bałkanach, w Turcji, a nawet na Kaukazie. Na wygnaniu opublikował po francusku Esej o dyplomacji – rozprawę poświęconą reformie polityki międzynarodowej opartą na rozważaniach historycznych i osobistych doświadczeniach. Mocno akcentował w niej konieczność oparcia polityki na zasadach sprawiedliwości i prawach narodów, stwierdzając, że dotychczasowa polityka gabinetów europejskich była cyniczna, niesprawiedliwa i jałowa. Ceniony przez przez najwybitniejszych czołowych polityków Europy dyplomata reprezentujący Ceniony polityków Europy dyplomata reprezenpaństwo, któregoktórego nie byłonie nabyło mapie, do gronadonajwybitniejszych tujący państwo, na należał mapie, należał grona najwybitpostaci polskiego życia politycznego i publicznego XIX wieku.XIX Uznawany niejszych postaci polskiego życia politycznego i publicznego wieku. jest równieżjest za również jednego za z prekursorów idei zbiorowych układów bezpieUznawany jednego z prekursorów idei zbiorowych ukłaczeństwa i jedności europejskiej. dów bezpieczeństwa i jedności europejskiej.

Muzeum Kolekcji Jana Pawła II, przemawia prof. Lech Królikowski; fot. Hanna Kielich-Rainka

Dobry Maharadża

POLSKA

wybawiciel polskich dzieci

„Zawsze pozostanę wierny i lojalny wobec Polski, zawsze będę sympatyzował z przyszłością Waszego kraju. Jestem pewny, że Polska będzie wolna, że powrócicie do waszych szczęśliwych domów, do kraju wolnego od ucisku. Duch Polski, który jest znany w całym świecie, jak długo pozostanie takim, jakim jest teraz, wywalczy wolność kraju”.

(Jam Saheb Digvijay Sinhji – maharadża z Navanagaru)

Jarosław Czubaty – prof. UW dr hab., Instytut Historyczny UW. Główne zainteresowania badawcze: przemiany społeczne, mentalność polityczna, ideologie, historia wojskowa schyłku XVIII i pierwszej połowy XIX wieku. Najważniejsze publikacje: Wodzowie i politycy. Generalicja polska 1806–1815, Warszawa 1992; Warszawa 1806–1815. Miasto i ludzie, Warszawa 1997; Rosja i świat. Wyobraźnia polityczna elity imperium rosyjskiego w początkach XIX wieku, Warszawa 1997; Historia dla maturzysty. Nowożytność, Warszawa 2006; Zasada „dwóch sumień". Normy postępowania i granice kompromisu politycznego Polaków w sytuacjach wyboru (1795–1815), Warszawa 2005; Księstwo Warszawskie (1807– 1815), Warszawa 2011.

Maharadża Jam Saheb wśród dziecięcych aktorów po przedstawieniu Kopciuszek, 1944; źródło: Fundacja „Archiwum Fotograficzne Tułaczy”

Nowy magazyn popularyzacji osiągnięć Polonii i Polaków wyróżniających się w Europie i świecie. Od zwycięstw polskiego oręża, bohaterskich postaw, przez wielkie dokonania w nauce, technice, gospodarce i kulturze, po uroki polskiej przyrody i architektury. I to co stanowi powód do dumy i fascynuje inne narody.

22

Numery archiwalne – kontakt: neomedia@blink.pl

Dnia 17 września 1939 roku armia sowiecka wkroczyła na wschodnie tereny Rzeczypospolitej. W roku następnym rozpoczynają się masowe deportacje ludności w głąb Związku Radzieckiego. Wszystkich wysiedlonych rodaków było 400 000, w tym 30 000 dzieci. 10 proc. z nich po latach na stałe wróciło do kraju. Kilkadziesiąt tysięcy polskich rodzin trafiło do Kazachstanu, na Syberię i jeszcze dalej. Dorosłych posłano do łagrów i kołchozów, a cześć dzieci do koszmarnych sowieckich dietskich domów lub wywieziono na inne kontynenty. Część dzieci nie przeżyła nawet transportu – kilkutygodniowej tułaczki w bydlęcych wagonach, a te, które przeżyły, zostały zdziesiątkowane przez głód, upadlające warunki w łagrowych barakach czy sierocińcach oraz rozmaite choroby. Niewielka garstka zdołała jednak przeżyć (współczynnik śmiertelności wynosił około 20 proc.). Kiedy generał Sikorski w lipcu 1941 roku podpisuje w Londynie z sowieckim ambasadorem Iwanem Majskim

układ przywracający polsko-radzieckie stosunki dyplomatyczne i zapowiadający utworzenie polskiej armii w ZSRR, polskich zesłańców obejmuje amnestia i masowo zaczynają zgłaszać się do punktów werbunkowych armii Andersa. Potem świeżo sformowana armia opuszcza nieludzką ziemię. Pół roku później Stalin godzi się też na wyjazd osieroconych polskich dzieci. W Aszchabadzie, przy granicy z Iranem zorganizowano polski sierociniec, do którego trafiały dzieci z całego Związku Radzieckiego. Na posiołku pracowaliśmy w kopalniach po 12 godzin. W kopalniach była woda, ubranie jakie mieliśmy to wszystko przez tydzień pogniło, po 12-godzinnej pracy drugie 12 trzeba było stać w kolejce boso na mrozie. W barakach były pluskwy, karaluchy i rozmaite robactwo (…) W kołchozie pracowaliśmy w dzień i w nocy, bo było bardzo gorąco, jedzenia nam prawie nie dawali, tylko to co nazbieraliśmy na polu. Przy takim pożywieniu umarł brat,

23


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA Jam Saheb Digvijaya Sinhaji był człowiekiem wykształconym w Europie, przewodniczącym Rady Książąt Indyjskich oraz jednym z dwóch hinduskich delegatów w gabinecie wojennym Wielkiej Brytanii, gdzie poznał generała Władysława Sikorskiego. Był trzecim synem maharadży Jawansinhaji Jivansinhaji (1875– 1942), młodszego brata władcy Nawanagaru. Po śmierci stryja (02.04.1933) odziedziczył tytuł maharadży Nawanagaru, suzerena jednego z 568 księstw indyjskich o dużej autonomii, formalnie niewchodzących w skład Indii Brytyjskich, lecz pozostających z Wielką Brytanią w tzw. sojuszu zależnym i uznających ich zwierzchnictwo. W 1941 roku księstwo miało 9818 km kw i 470 000 mieszkańców. Maharadżowie Nawanagaru słynęli ze swojej bogatej kolekcji biżuterii, szczególnie z kolekcji biżuterii ze szmaragdów, naszyjników z pereł i diamentów zaprojektowanej w stylu art déco przez Jacques’a Cartiera. Biżuteria o wielomilionowej wartości była symbolem ich władzy i wysokiego statusu. W służbie brytyjskiej brał udział w I wojnie światowej, za co otrzymał British War Medal, następnie w działaniach na terenie Waziristanu. Pełnił wiele honorowych funkcji wojskowych w armii Imperium Brytyjskiego, za które otrzymał liczne odznaczenia. Po II wojnie światowej, był jednym z pierwszych przedstawicieli niepodległych Indii w ONZ. Pełnił m.in. funkcję zastępcy szefa delegacji indyjskiej w Zgromadzeniu Ogólnym (1948–1951) oraz przewodniczącego Trybunału Administracyjnego ONZ (1950–1951). Posiadał wiele wysokich odznaczeń indyjskich i brytyjskich. Zmarł w 1966 roku. (źródło: wikipedia)

którego nie miał kto pochować, to ja sam pochowałem, bez trumny, nawet bez ubrania, bo mieliśmy jedno na dwóch. Po takich męczarniach uciekliśmy z siostrą (…) Szliśmy 200 kilometrów na piechotę, przez góry, naturalnie że boso po ostrych kamieniach, w 40 stopniach ciepła i bez wody (…). (Jedno z wypracowań tułaczych dzieci: źródło archiwum Instytutu Hoovera)

24

Takie wypowiedzi można by mnożyć. O gehennie polskich dzieci dowiedział się młody maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji, dziedzic księstwa Navanagar (Dobra Ziemia) w zachodnich Indiach. Maharadża postanowił udzielić schronienia polskim sierotom i w pobliżu swojej letniej nadmorskiej rezydencj w Balachadi (obecnie stan Gujarat) pospiesznie w ciągu 3–4 miesięcy wybudował Polish Children Camp na ok. 1000 osób. Kiedy po długiej podróży w ciężarówkach przez Iran i Pakistan polskie dzieci (a właściwie obleczone w skórę szkielety ledwo powłóczące nogami) stanęły na ziemi indyjskiej, przywitał je widok 60 nowych domków krytych czerwoną dachówką i masztu, na którym powiewała biało-czerwona flaga ofiarowana przez marynarzy ze statku „Kościuszko”. Maharadża w wywiadzie dla tygodnika „Polska” 25 listopada 1942 roku wyraził takie słowa: Głęboko wzruszony, przejęty cierpieniami polskiego narodu, a szczególnie losem tych, których dzieciństwo i młodość upływa w tragicznych warunkach najokropniejszej z wojen, pragnąłem w jakiś sposób przyczynić się do polepszenia ich losu. Zaofiarowałem im więc gościnę na ziemiach położonych z dala od zawieruchy wojennej. Może tam w pięknych górach położonych nad brzegami morza dzieci te będą mogły powrócić do zdrowia, może tam uda im się zapomnieć o wszystkim, co przeszły i nabrać sił do przyszłej pracy w roli obywateli wolnego kraju (…). Staram się uczynić, co mogę dla uratowania dzieci, które po straszliwych przejściach muszą nabrać zdrowia i tężyzny, aby w przyszłości sprostać zadaniom, jakie oczekują je w wyzwolonej Polsce…

Po koszmarnej sowieckiej niedoli dzieci przeniosły się w idylliczną rzeczywistość z pięknymi palmami, słoniami i pawiami. Do krainy, gdzie nie brakowało jedzenia i gdzie opiekował się nimi najprawdziwszy maharadża, książę z baśni. Komendantem osiedla uchodźczego został ks. Franciszek Pluta. Zorganizował je na wzór harcerski – zaczynając od porannej gimnastyki, potem apelu w szeregach zwróconych w stronę Polski. Zorganizowano przedszkole i szkołę, kaplicę, szpital, przygotowano plac zabaw, salkę do teatrzyków oraz zadbano o rozwój fizyczny dzieci, powołując sekcje różnych dyscyplin sportowych. Założyli kilka drużyn sportowych, trenując piłkę nożną, siatkówkę oraz hokej na trawie. Rozgrywki piłkarskie i siatkarskie kończyły się wygranymi naszych w stosunku 2:1. Co najdziwniejsze, Maharadża był zawsze po stronie nie swoich, a Polaków. Nagrodą za dobre wyniki w nauce i sporcie były wycieczki do pałacu Maharadży, skąd dzieci wracały obładowane słodyczami. Sam Maharadża nie tylko hojnie finansował życie osiedla, ale żywo interesował się codziennością swych podopiecznych, często odwiedzał swoich gości, był na wszystkich przedstawieniach zorganizowanych przez polskie dzieci, przechadzał się uliczkami osiedla, zagadując dzieci i wysłuchując ich problemów i radości. Dał się zapamiętać jako człowiek wielkoduszny z wiecznie uśmiechniętą twarzą. Byli mieszkańcy obozu wspominają, że często czytał Chłopów Reymonta w angielskim tłumaczeniu. Bardzo lubił tę powieść, tak samo jak polskie tańce ludowe i jasełka. O Polsce usłyszał po raz pierwszy w latach 20., gdy mieszkając wraz ze stryjem w Szwajcarii, poznał bliżej sąsiada – Ignacego Jana Paderewskiego poprzez wspólne rozmowy i dyskusje na temat Polski. Nasz wybitny mąż stanu i wielki artysta zrobił na młodym księciu niesłychane wrażenie, tak że do końca życia czynnie interesował się losami naszego kraju. W willi Paderewskich w Genewie przedstawiono księciu Władysława Andersa, co miało decydujący wpływ na jego późniejsze zaangażowanie w pomoc polskim dzieciom. Jako jeden z dwóch hinduskich delegatów w gabinecie wojennym Wielkiej Brytanii poznał też gen. Władysława Sikorskiego. Za przykładem Jama Saheba poszli inni maharadżowie z Izby Książąt Indyjskich, a także Indyjski Czer-

Skwer Dobrego Maharadży na warszawskiej Ochocie; żródło: infoochoty.waw.pl

wony Krzyż i ogółem wojenną zawieruchę przetrwało w Indiach około pięciu tysięcy polskich dzieci, w tym dzieci w liczbie 1–1,5 tys. przebywały pod pomocnymi skrzydłami Jama Saheba przez sześć lat do 1948 roku. W momencie wyjazdu dzieci do ojczyzny w 1948 roku bardzo się wzruszył, miał łzy w oczach. (Maharadża Jam Saheb Digvijay Sinhji rządził w Navanagar do 15 lutego 1948 roku. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości pełnił różne funkcje publiczne. Był m.in. przedstawicielem Indii w ONZ. Zmarł w 1966 roku). Polski obóz został zlikwidowany w 1946 roku. Część dzieci powróciła do swoich rodzin dzięki akcji Polskiego Czerwonego Krzyża, niektóre, osiągnąwszy w Indiach pełnoletność, decydowały się na wyjazd do Kanady, Stanów Zjednoczonych czy Australii. Niewiele zdecydowało się na powrót do Polski rządzonej przez komunistów. Do dzisiaj, na świecie żyje około setka „dzieci Maharadży, z czego około 20 w Polsce. Pod koniec lat 80. delegacja „dzieci Maharadży” pojechała jeszcze raz do Indii. Spotkały się już tylko z synem swojego wybawiciela i odsłoniły tablicę pamiątkową na miejscu Polskiego Obozu. W Polsce imię hinduskiego arystokraty Jama Saheba Digvijay Sinhji nosi Zespół Społecznych Szkół Ogólnokształcących „Bednarska” w Warszawie. To jedna z najlepszych i najaktywniejszych szkół w stolicy. Mając za wzór takiego patrona-dobroczyńcę, stara się wypełniać szlachetną misję i funduje stypendia najzdolniejszym dzieciom. O wyborze patrona zdecydowano po referendum przeprowadzonym w czerwcu 1999 roku wśród społeczności szkolnej. Pomysłodawcą był prof. indologii Krzysztof Byrski, który zaraził ideą dyrektor szkoły przy Bednarskiej – Krystynę Starczewską. Jak zapamiętano Maharadżę w rozmowie z gen. Władysławem Sikorskim – zapytany, w jaki sposób Polska mogłaby zrewanżować się za pomoc jaką udzielił sierotom – odpowiedział, aby w wyzwolonej Polsce nazwać jego imieniem którąś z warszawskich ulic. Ten moment nastąpił w tym roku. Centrum Studiów Polska – Azja, przy wsparciu ZSSO „Bednarska”, wystąpiło na początku tego roku z propozycją i wnioskiem do władz miasta o upamiętnienie w Warszawie indyjskiego Maharadży. Aby nie utrudniać mieszkańcom wymowy trudnego nazwiska, pomyślano nie o ulicy, a o nazwie skweru. Komisja ds. Nazewni-

ctwa Miejskiego Miasta Stołecznego Warszawy w rezultacie pozytywnie zaopiniowała wniosek o nazwanie jednego ze skwerów imieniem „Dobrego Maharadży”. Miejsce, o którym mowa, to część parku ciągnącego się wzdłuż ulicy Opaczewskiej między Grójecką a Szczęśliwicką. Prezydent RP Bronisław Komorowski ,,w uznaniu wybitnych zasług w niesieniu pomocy dzieciom polskich zesłańców’’ odznaczył pośmiertnie maharadżę Jam Saheba Digvijaya Sinhaji Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej (23.12.2011).

Hanna Kielich-Rainka

W dniach 12–13 kwietnia 2013 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie odbędzie się Międzynarodowa Konferencja Naukowa pt. „Konsekwencje deportacji oraz losy Polaków na Wschodzie po agresji sowieckiej na Polskę w 1939 roku”. Konferencję organizuje Światowa Rada Badań nad Polonią, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Instytut Historii UKSW oraz Muzeum Niepodległości w Warszawie.

Hanna Kielich-Rainka - z wykształcenia mgr nauk geograficznych, muzyk, dyplomowany manager kultury, z zamiłowania dziennikarz, redaktor, animator kultury. Wieloletni pracownik Muzeum Wychodźstwa Polskiego im. I. J. Paderewskiego w Łazienkach Królewskich. H. Kielich-Rainka organizuje koncerty z piosenkami słynnej pieśniarki i autorki książki Tułacze dzieci Hanki Ordonówny. Członek Zarządu (od 2012) Światowej Rady Badań nad Polonią. Aktywny członek-założyciel (Sekretarz Zarządu) Międzynarodowego Towarzystwa Muzyki Polskiej im. Ignacego Jana Paderewskiego.

25


Fenomen

POLSKA

Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć się żyć Korczak. Próba biografii to barwny portret bohatera na tle jego epoki, bogate dziedzictwo, które go ukształtowało, i okrutne czasy, w jakich przyszło mu żyć. To znakomita biografia i zarazem porywająca opowieść. Wykorzystując plan autobiografii Korczaka pozostawiony w Pamiętniku, Joanna Olczak-Ronikier odtwarza historię życia Doktora, wplatając ją w opowieść o losach i wyborach polskich Żydów. Poznajemy bohatera jako chłopca szukającego swojej drogi, młodego lekarza o społecznych zainteresowaniach, pedagoga głoszącego nowatorskie teorie, pisarza, wieloletniego kierownika Domu Sierot dla dzieci żydowskich, współpracownika Naszego Domu – internatu dla dzieci polskich. Dowiadujemy się, że w młodości pisywał egzaltowane poematy, odrzucane przez wszystkie redakcje, że założył pierwsze na świecie pismo dla dzieci, redagowane przez dzieci. Choć zdeklarowany pacyfista, brał udział w wojnie rosyjsko-japońskiej i w I wojnie światowej. I choć wydawał się racjonalistą i sceptykiem, był człowiekiem głęboko religijnym, a równocześnie interesował się teozofią i należał do loży masońskiej. Nie popierał żadnej partii politycznej. Nie opowiadał się po stronie żadnej ideologii. Przez całe życie towarzyszyła mu wiara, że można być równocześnie Żydem i Polakiem. Tuż przed śmiercią zanotował: Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak się to robi.

Joanna Olczak-Ronikier Korczak. Próba biografii, Wydawnictwo W.A.B., 2011

Autorką pierwszej powojennej książki o Doktorze była moja matka – Hanna Mortkowicz-Olczakowa. Książka do tej pory funkcjonuje jako jedno z najważniejszych źródeł wiedzy o jego życiu. Napisana niedługo po kataklizmie, ma ów podniosły ton epitafiów, w których brakuje uczłowieczających, przyziemnych konkretów. Nigdy nie zapytałam: „Przecież tak dobrze go znałaś. Opowiedz, jaki był naprawdę. Musiał mieć jakieś słabości, przywary, śmiesznostki, cechy szczególne, dzięki którym mógłby dzisiaj stać się bardziej ludzki”. Ale kto znał go naprawdę? Skryty, odludek, nieskłonny do bliższych przyjaźni, nigdy nikomu nie zawracał głowy własnymi sprawami. Los sprawił, że najwięcej osobistych zwierzeń i informacji o swojej rodzinie zostawił w dzienniku, który prowadził w ostatnich miesiącach życia, w getcie. Przeczuwał zbliżającą się śmierć i wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu. (ze wstępu)

26

Doktor jawi się jako dobrotliwy przyjaciel dzieci, patrzący na nie z mgiełką rozrzewnienia w oczach. W rzeczywistości, poza współczującym sercem, miał bystre oczy i dociekliwy umysł naukowca. Nigdy nie ukrywał, że internat traktuje jak laboratorium psychologiczno-pedagogiczne, a swoich podopiecznych − jak obiekty badań. Miał wobec nich mnóstwo czułości i zrozumienia. Ufali mu, kochali go. Z wzajemnością. Zapewnienie im poczucia bezpieczeństwa uważał za swój podstawowy obowiązek. A szacunek dla cudzej intymności? Z tym było gorzej. Ciekawość badacza kazała mu prowadzić bezustanną obserwację w dzień i w nocy. Obsesyjnie rejestrował wszystkie szczegóły z życia domu i jego mieszkańców. Zapisywał tony zeszytów, brulionów, bloków i bloczków. Prowadził wykresy wagi i wzrostu. Notatki dotyczące snu, apetytu, higieny. Protokoły z posiedzeń samorządu. Protokoły sądu koleżeńskiego. Korespondencję z dziećmi. Beniamin pisał: Ja chcę się poprawić. Ja już nie będę się bił na lekcji […] Jak będę teraz niegrzeczny, to sam chcę być ukarany. […] Do widzenia. Doktor odpowiadał: „Pomóżcie mu. Niech które ze starszych dzieci weźmie go pod opiekę”. Wydawać by się mogło, że góra tych wszystkich materiałów zasypie Korczaka, że nie znajdzie już nigdy czasu na oryginalną twórczość. A jednak? Dwie jego ostatnie książki znowu zostały bardzo dobrze przyjęte przez krytykę i czytelników. Pod koniec roku 1912 w wydawnictwie Mortkowicza wyszła Sława − prościutka, wzruszająca opowieść o proletariackich dzieciach polskich z jednego podwórka, o ich biedzie, solidarności i życiowych marzeniach. Rok później ukazał się tomik zawierający trzy utwory, opowiadające o trzech etapach rozwoju. Tytułowy Bobo – analiza psychologiczna dziecka w okresie niemowlęctwa, Feralny tydzień – historia siedmiu dni z życia gimnazjalisty. Spowiedź motyla – pamiętnik dorastającego chłopca. Powieść, która się jeszcze nie nazywa, drukowana w odcinkach w piśmie pt. „W słońcu”, zapowiadała się bardzo interesująco. Podziwu godne, że w ogóle mógł się skupić.

W dzień, kiedy zasiadł do pisania, przychodziło pierwsze dziecko pożalić się, że kolega popchnął, dlatego zrobiło kleksa. Potem drugie − ze skargą, że ma gwóźdź w trzewiku. Trzecie − z pytaniem, czy może wziąć domino. Czwarte − z prośbą o klucz od szafy. Piąte znalazło chustkę do nosa na parapecie. Szóste chciało oddać na przechowanie cztery grosze, które dostało od cioci. Siódme przybiegało po chustkę: „To moja. Zostawiłem na parapecie”. Wieczorem jodynował skaleczone palce, smarował wazeliną popękane wargi, rozdawał lekarstwo na kaszel. Potem opowiadał bajkę. Wreszcie szedł do siebie. Na korytarzu mijał pannę Stefę. Mówili sobie: „Dobranoc”.Ale zaraz wzywała go, bo któregoś z chłopców ząb rozbolał, płakał. Musiał dać mu lekarstwo, pocieszyć. Za chwilę rozpłakał się inny. Miał zły sen albo tęsknił za rodziną. Siedział przy nim, uspokajał: „No, śpij już, śpij, synusiu”. Poza codzienną działalnością wychowawczą i organizacyjną w domu, czekało na niego mnóstwo spraw poza domem. Narady z ludźmi, od których zależały środki finansowe. Współpraca z dziesiątkami instytucji społecznych. Wykłady. Odczyty. Zapewnienie chorym dzieciom specjalistycznej pomocy medycznej. Sam dalej praktykował jako lekarz, leczył bezpłatnie dzieci znajomych, służył pomocą okolicznym mieszkańcom dzielnicy.

to, by rzeczywistość zmuszała go do przyjmowania reguł gry, na którą nie miał ochoty. Wplątano go wbrew woli w absurdalną wojnę, więc chronił się w psychicznej pustelni i tworzył recepty na stworzenie lepszego świata niż ten, w którym przyszło mu żyć. Właśnie dlatego, że naokoło tyle było przemocy, strachu i cierpienia, dowodził, że najważniejszym zadaniem pedagoga jest obrona dziecka przed przemocą, strachem i cierpieniem. Traktował swoje bruliony z notatkami jak testament: mógł przecież w każdej chwili zginąć od kuli, umrzeć na którąś z pospolitych, frontowych chorób: zakażenie krwi, tyfus, biegunkę. Więc myślał tak, jak zwykli myśleć Żydzi: litery są wieczne, litery nie umierają. Może ocaleje choćby parę stroniczek, przekonujących, jak ważne dla prawidłowego rozwoju człowieka, a więc i dla prawidłowego rozwoju ludzkości, są takie wartości jak poczucie bezpieczeństwa, szacunek otoczenia, wiara w siebie, uważna miłość najbliższych, ale także życie w prawdzie. *** W pierwszych dniach września na Dom Sierot spadło siedem pocisków. Uszkodzona została mansarda, w której Doktor, z przerwami, mieszkał od dwudziestu siedmiu lat. Budynek odniósł także inne, mniejsze szkody, ale ocalał i dzieciom nic się nie stało. (…) W suterenach zorganizowano schron, gdzie schodzono, gdy zaczynały się naloty. Tam Stefania Wilczyńska, która wiedziona instynktem matki wróciła do Warszawy pięć miesięcy wcześniej, prowadziła punkt opatrunkowy. Przynoszono tam rannych z okolicy, przychodzili przerażeni, półprzytomni ludzie, którzy w bombardowaniach stracili dom i najbliższych. Pani Stefa i Doktor opatrywali, uspokajali, pomagali tym, którym jeszcze można było pomóc. Wychowankowie sami dbali o to, by życie toczyło się w jako takim porządku. Kanalizacja nie funkcjonowała, więc chłopcy czerpali wodę z pobliskich studni. Dziewczynki szorowały zakrwawione podłogi, prały, karmiły rannych, opiekowały się młodszymi dziećmi.

Korczak z początku miał nadzieję, że będzie mógł walczyć z bronią w ręku. Gdy ogłoszono mobilizację, sprawił sobie u krawca na Nowym Świecie nowy mundur oficerski. Nie przyjęto go do armii ze względu na wiek. Mimo to chodził na co dzień w wojskowym uniformie. Nie chodził. Fruwał. Był w dziesiątkach miejsc naraz. (…) Wszyscy, którzy spotykali wtedy Doktora, zapamiętali jego euforyczne uniesienie. Powtarzał, że przeżywana apokalipsa jest szansą odrodzenia. W ogniu pożarów, w morzu krwi i cierpienia, jak w alchemicznym tyglu nastąpi przemiana ludzkich charakterów w szlachetny kruszec. Ten, kto zda egzamin bohaterstwa i ofiary, ten przeobrazi się moralnie i zbuduje lepszy świat. Zapisane przez współczesnych słowa mogą wydawać się majaczeniem człowieka w szoku. Zyskują głębszy sens, gdy myśli się o wieloletnich, duchowych poszukiwaniach Korczaka. Gdy odnajdzie się w tym, co mówił, mistyczne przeświadczenie, że trzeba pogrzebać stare życie, by mogło zmartwychwstać nowe. *** Krąży opowieść, że Doktor tuż przed wejściem do pociągu został rozpoznany przez Niemców i że proponowano mu ocalenie pod warunkiem, że zostawi dzieci. Odmówił. Ta odmowa uznawana jest za wyraz ostatecznego heroizmu. A przecież mógł był uciec z Warszawy przed utworzeniem getta. Kiedy żydowska dzielnica została zamknięta, wielokrotnie proponowano mu schronienie po aryjskiej stronie. Przed rozpoczęciem akcji likwidacyjnej najbliżsi przyjaciele prosili, by pozwolił się ratować. Ma świętą rację Henryk Grynberg, kiedy się irytuje: Te przemówienia i pogadanki o jego bohaterskiej śmierci, bo nie chciał opuścić dzieci w drodze do komór gazowych i żyć jakby nigdy nic – to największa zniewaga dla jego szlachetnej duszy. Stał się personifikacją bohaterstwa, chociaż na pewno nie czuł się bohaterem. Uważał, że wypełnia swój obowiązek, podobnie jak setki ludzi w getcie, zwłaszcza lekarzy i pedagogów odpowiedzialnych za los innych.

*** Korczak nienawidził tej wojny. Przedłużał rannym żołnierzom pobyty w szpitalu, posyłał ich na urlopy zdrowotne do domu, spotykały go za to ciągłe przykrości ze strony dowództwa, donosy, posądzenia o przekupność. Nic go to nie obchodziło. Był pochłonięty notatkami, które robił, gdy tylko znalazł chwilę czasu. Bywało, że piszę na postojach, na łące, pod sosną, na pieńku − wspominał w getcie, w Pamiętniku. W przerwach między jedną a drugą krwawą potyczką pierwszej wojny światowej powstawało Dziecko w rodzinie, pierwsza część tetralogii Jak kochać dziecko – dzieło, które jest wykładnią pedagogicznych poglądów Korczaka. Był mistrzem duchowej suwerenności. Nigdy nie godził się na

Copyright © Wydawnictwo W.A.B., 2002 Wydanie I Warszawa 2011

Joanna Olczak-Ronikier (ur. 1934) – pisarka i scenarzystka, współzałożycielka kabaretu Piwnica pod Baranami. Jest autorką sztuki teatralnej Ja − Napoleon, scenariusza widowiska teatralnego Z biegiem lat, z biegiem dni… oraz serialu telewizyjnego pod tym samym tytułem, reżyserowanego przez Andrzeja Wajdę. Była kierownikiem literackim w teatrach Bagatela w Krakowie oraz Ludowym w Nowej Hucie. Wydała książkę Piwnica pod Baranami (1994) i biografię Piotra Skrzyneckiego Piotr (1998). Za opowieść o swojej rodzinie, W ogrodzie pamięci (2001), została uhonorowana literacką nagrodą NIKE i nagrodą Krakowska Książka Miesiąca. Historia rodu Horwitzów została przetłumaczona na język angielski, niemiecki, francuski, włoski, rosyjski, szwedzki, niderlandzki i serbski.

Fenomen

POLSKA

27


Fenomen

POLSKA

Fenomen

Jan Karski

POLSKA

bohater Polski ego Państwa Podziemnego w świetle wspomnie ń Mariana Marka Drozdowskiego

28

Poznałem, w zarysie, działalność prof. Jana Karskiego (właściwe nazwisko Kozielewski) pracując nad recenzją wybitnego dzieła Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinów: Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945 (Wydawnictwo Znak, Kraków 1969 wydanie drugie rozszerzone). Autorzy tak pisali o Karskim: Przybycie do Londynu w listopadzie 1942 r. specjalnego kuriera AK Jana Kozielewskiego (występującego pod nazwiskiem Jan Karski) spowodowało żywe poruszenie tamtejszej opinii publicznej. Karski przebywał w Warszawie w okresie zagłady getta w lecie 1942 r., był więc naocznym świadkiem zbrodni hitlerowskich. Skontaktowany przed wyjazdem z przedstawicielami żydowskiego podziemia, reprezentował za granicą również i ich głos w sprawie tragicznego rozwoju wydarzeń w kraju. Zreferował wiernie 2 XII 1942 r. Szmulowi Zygelbojmowi treść rozmów odbytych niedawno w okupowanej Warszawie. Wręczył mu przy tym obszerny raport Bundu o sytuacji Żydów w Polsce, datowany w Warszawie 31 VIII 1942 r., podpisany przez jednego z niedawnych rozmówców „Berezowskiego” – dra Leona Fajnera. W Londynie trafił nie tylko do Polaków; miał okazję odbycia roz-

mów z wieloma osobistościami politycznymi świata anglosaskiego… Karski był również przesłuchany przez Komisję Badania Zbrodni Wojennych przy Narodach Zjednoczonych, której przewodniczył Cecil Hurst, radca prawny rządu brytyjskiego. Rozmawiał też z wybitnymi intelektualistami (m.in. H.G. Wellsem i A. Koestlerem), opowiedział im, co widział w Polsce przed niewielu dniami. Dotarł potem będąc w Stanach Zjednoczonych do prezydenta Roosevelta. Zabiegał wszędzie o szybką i skuteczną pomoc dla tych Żydów, którzy pozostawali przy życiu. (op. cyt. s. 31–32) W 1974 roku prof. Karski odwiedził Warszawę jako stypendysta Fulbrighta, zbierający materiały do dzieła swego życia Wielkie mocarstwa wobec Polski. Od Wersalu do Jałty 1919–1945 (Warszawa 1992). Wtedy miałem zaszczyt gościć Go w swoim domu na Saskiej Kępie wraz z żoną Marią i córką Iwoną oraz w Instytucie Historii PAN i Towarzystwie Miłośników Historii. Z serdecznych rozmów poznałem bliżej Jego biografię. Urodził się 23 kwietnia 1914 roku w biednej, wielodzietnej rodzinie w Łodzi. Pod wpływem matki i starszego brata Mariana (legionisty) stał się głęboko wierzącym i praktykującym katolikiem (należał do Sodalicji Mariańskiej) oraz

zwolennikiem ideologii Komendanta, a później Marszałka Polski zmusić możnych demokratycznego świata, by skutecznie ratowali Józefa Piłsudskiego. Po zdaniu matury w 1931 roku rozpoczął stu- resztki ginącego narodu żydowskiego. Ten Jego wysiłek dał skromne dia prawniczo-dyplomatyczne na Uniwersytecie Lwowskim Jana rezultaty i został dostrzeżony po Jego pierwszej wizycie w WarszaKazimierza. Tutaj stanął na czele piłsudczykowskiej organizacji stu- wie. W 1982 roku Instytut Yad Vashem przyznał Mu tytuł „Spradenckiej „Legion Młodych”, a swą wrażliwość społeczną na biedę wiedliwy wśród Narodów Świata”, w 1994 roku rząd Izraela nadał realizował w Towarzystwie Szkoły Ludowej, służąc propagowaniu Mu honorowe obywatelstwo. 3 maja 1995 roku Prezydent RP Lech oświaty w biednej, ukraińskiej wiosce w okolicach Lwowa. Dzięki Wałęsa odznaczył Go Orderem Orła Białego. W październiku 1942 roku jako emisariusz Delegata Rządu RP stypendiom Międzynarodowej Organizacji Studenckiej, Międzynarodowej Organizacji Pracy i polskiego MSZ poznał język angielski, Cyryla Ratajskiego Karski wyruszył do Rządu RP w Londynie i dofrancuski i niemiecki oraz działalność polskich konsulów i posłów tarł do stolicy Wielkiej Brytanii 30 listopada 1942 roku. Tutaj poinformował członków Rządu RP i Wlk. Brytanii oraz przywódców polw Bukareszcie, Opolu, Londynie i Genewie. Po studiach we Włodzimierzu Wołyńskim ukończył w 1936 skich i brytyjskich partii politycznych o osiągnięciach i problemach roku z wyróżnieniem (otrzymując od Prezydenta RP Ignacego Moś- Polskiego Państwa Podziemnego (PPP) i przebiegu Holocaustu na cickiego szablę honorową) Szkołę Podchorążych Rezerwy Artyle- ziemiach polskich. Za zasługi dla PPP Naczelny Wódz gen. W. Sikorrii. Później szlifował znajomość języków międzynarodowych zdając ski odznaczył Go 30 stycznia 1943 roku Krzyżem Srebrnym Orderu w 1938 roku wymagający egzamin na urzędnika kontraktowego Virtuti Militari. Z misją informacyjną został wysłany do USA w czerwcu 1943 MSZ. W instytucji tej szybko awansował na sekretarza szefa Departamentu Personalnego Tomira Drymmera – przyjaciela brata legio- roku pod opiekę ambasadora RP w Waszyngtonie Jana Ciechanownisty. Przystojny, wykształcony Jan Kozielewski był ozdobą balów skiego. 28 lipca tegoż roku podczas audiencji u prezydenta Franklina Delano Roosevelta informował go o funkcjonowaniu PPP i dramaMSZ i przyjęć w placówkach dyplomatycznych. 24 sierpnia 1939 roku dostał imienną mobilizację do pułku arty- cie ginącego narodu żydowskiego. Z inspiracji prezydenta poinforlerii stacjonującego w Oświęcimiu. Pełen wiary w polski sukces wo- mował także o Holocauście wielu czołowych amerykańskich polityjenny nie zdawał sobie sprawy, by wystarczyło jedno bombardowanie ków i przywódców Żydów amerykańskich. W okresie od września lotnictwa wroga, by jego pułk, z rozbitych sprzętem, bez wystrzału, 1942 roku do lutego 1944 pracował w ministerstwie propagandy do 17 września tułał się w chaosie i bezwładzie po Kresach Wschod- Rządu Polskiego w Londynie. Po tych doświadczeniach 21 lutenich, by w końcu wpaść w sowiecką niewolę. Udając szeregowca, go 1944 roku został wysłany z misją propagandową do USA, gdzie przedostał się do niemieckiej strefy okupacyjnej, by związać się w listopadzie ukazała się Jego książka Story of a Secret State (Opoz konspiracyjną służbą w ZWZ. Już w styczniu 1940 roku brał udział wieść o państwie podziemnym). Po Jałcie, po krótkiej pracy na rzecz Instytutu Hoovera, rozpow pierwszej misji kurierskiej do Rządu Polskiego w Paryżu i Angers. Był wówczas pod wrażeniem Naczelnego Wodza i Premiera gen. czął studia w dziedzinie nauk politycznych zakończone doktoratem Władysława Sikorskiego, atakowanego przez wielu piłsudczyków. na uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, gdzie pracował do W kwietniu tegoż roku powrócił do Warszawy jako emisariusz Rzą- emerytury kształcąc m.in. wybitnych polityków amerykańskich. Jako du RP do Politycznego Komitetu Porozumiewawczego. W czerwcu współpracownik Pentagonu i Departamentu Stanu zwiedził z odczyw czasie uczestnictwa w trzeciej misji do Rządu RP został areszto- tami wiele krajów świata propagując zasady amerykańskiej polityki wany na Słowacji, brutalnie pobity przez gestapowców przewieziony zagranicznej w okresie „zimnej wojny” i powojennego odprężenia. W marcu 1975 roku miałem szczęście gościć w Waszyngtonie, do szpitala w Nowym Sączu i stamtąd wyrwany ze szponów śmierci przez odważnych żołnierzy polskiego podziemia, związanych przez dwa tygodnie u Państwa Karskich. Poznać bliżej Jasia i Jego z Polską Partią Socjalistyczną (PPS) – ugrupowaniem Wolność Równość Niepodległość (WRN). W 1999 roku w Muzeum Miasta Łodzi został Po rekonwalescencji od lutego do września 1941 otwarty Gabinet prof. Jana Karskiego, pierwsza roku działał w konspiracji krakowskiej, blisko współw Polsce wystawa stała poświęcona tej wybitpracując z Józefem Cyrankiewiczem – przywódcą nej postaci. Powstanie ekspozycji było możliwe dzięki przekazaniu swojemu rodzinnemu mikrakowskich socjalistów niepodległościowych. astu cennego zbioru memorabiliów przez Jana Od września 1941 roku do października 1942 Karskiego. Zbiór zawiera pamiątki osobiste i roku przebywał w Warszawie, pracując w Biurze Inpubliczne, dokumenty o wartości hisformacji i Propagandy KG AK i przygotowując się torycznej, przedmioty związane z działalnością starannie do nowej misji do Londynu. W tym czapubliczną i społeczną. Wśród nich znajdują się m.in. najwyższe polskie odznaczenie sie spotkał się m.in. z przywódcami konspiracji żypaństwowe – Order Orła Białego (1995), dowskiej, dwukrotnie odwiedził warszawskie getto Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari (1943) i getto tranzytowe w Izbicy. Pamięć o tych wizytach, oraz medal i dyplom przyznany przez instytut a przede wszystkim o brutalności hitlerowców wobec Yad Vashem „Sprawiedliwy wśród Narodów Żydów, towarzyszyła Mu aż do śmierci. Jako katolik Świata" (1982). i młody oficer AK postanowił przez swoje informacje

29


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA żonę Polę Nireńską – wybitną tancerkę i profesora tańca artystycznego. Później spotykałem Go podczas kilkakrotnych Jego wizyt w kraju. Zmarł w Waszyngtonie 13 lipca 2000 roku. Został pochowany na tamtejszym cmentarzu Góry Oliwnej. Podczas uroczystości żałobnych hołd oddali mu prezydenci USA i Polski Bill Clinton oraz Aleksander Kwaśniewski. Znajomość osobista i lektura Jego prac pozwala mi na następującą konstatację. Był On wybitnym, bardzo skromnym, wykształconym a jednocześnie wymagającym przede wszystkim od siebie, przedstawicielem polskiej inteligencji humanistycznej, która umie szanować podstawowe wartości humanizmu ogólnoludzkiego, w tym humanizmu katolickiego, we współczesnym zglobalizowanym świecie. Protestując aktywnie przeciwko zbrodni Holocaustu, chciał uchronić ludzkość przed jej powtórzeniem w jakiejkolwiek innej formie. Moim zdaniem całym swym życiem, skromnego porucznika Armii Krajowej i prof. Georgetown University w Waszyngtonie zasłużył sobie na epitafium w Świątyni Opatrzności Bożej na Polach Wilanowskich.

Zdjęcia udostępnione dzięki uprzejmości Dyrekcji Muzeum Miasta Łodzi

Prezydent USA uhonorował Jana Karskiego Medalem Wolności

Marian Marek Drozdowski – prof. zwyczajny Instytutu Historii PAN w Warszawie oraz Uniwersytetu Opolskiego. Specjalizuje się w historii Polski XIX- i XX-wiecznej, dziejach Polonii i stosunków polsko-amerykańskich oraz dziejach XIX- i XX-wiecznej Warszawy. W latach 1990–1996 prezesował Towarzystwu Miłośników Historii w Warszawie. Laureat Medalu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego – za wybitne zasługi dla Gdyni. Był jednym z inicjatorów odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie, a także budowy pomnika H. Sienkiewicza i T. Kościuszki oraz popiersia E. Kwiatkowskiego. W 2006 roku został odznaczony Medalem im. króla Stanisława Augusta. Pełni funkcję przewodniczącego Komisji Biografistyki Polskiego Towarzystwa Historycznego. Biograf m.in. I.J. Paderewskiego, S. Starzyńskiego, E. Kwiatkowskiego, W. Grabskiego i J. Karskiego.

W kwietniu 2012 roku Jan Karski został pośmiertnie odznaczony Medalem Wolności przez prezydenta Baracka Obamę. Jest to najwyższe cywilne odznaczenie państwowe w Stanach Zjednoczonych. Ustanowione zostało w 1963 roku przez prezydenta J.F. Kennedy’ego i nadawane jest zarówno obywatelom amerykańskim, jak i cudzoziemcom „za szczególny wkład w dziedzinie bezpieczeństwa lub interesów narodowych USA, pokoju światowego, kultury, jak również innych znaczących dokonań w sferze publicznej lub prywatnej”. Prezydencki Medal Wolności wywodzi się z Medalu Wolności ustanowionego w 1945 roku przez prezydenta Harry’ego Trumana. Ten wszakże ograniczał się do służby i zasług cywilnych podczas II wojny światowej. Prezydent przyznał w sumie 13 Medali. Poza Karskim otrzymali je m.in. Madeleine Albright, Bob Dylan i Toni Morrison, za działalność sportową – Pat Summitt, za działalność społeczną – Dolores Huerta i Cesar Chaves. Uhonorowani przed Janem Karskim zostali: astronauta Niel Armstrong, poeta T.S. Eliot, aktorzy Audrey Hepburn i Gregory Peck, muzycy Vladimir Horowitz i Duke Ellington, fizyk Stephen Hawking, politycy Colin Powell, Ronald Reagan i Vaclav Havel. Ponadto: Zbigniew Brzeziński, Jan Nowak-Jeziorański, Lech Wałęsa, papież Jan Paweł II. 29 maja 2012 roku były Minister Spraw Zagranicznych RP Adam Daniel Rotfeld odebrał w Białym Domu w Waszyngtonie w imieniu ś.p. Jana Karskiego medal z rąk Prezydenta USA Baracka Obamy. Kontrowersje wzbudziło użycie przez Prezydenta USA podczas tej uroczystości określenia polski obóz śmierci. Byłem dumny, mogąc uhonorować Jana Karskiego Medalem Wolności, najwyższym cywilnym odznaczeniem naszego państwa. Moja decyzja, by to uczynić, odzwierciedlała wielki szacunek, jakim u Amerykanów cieszy się nie tylko wielki polski patriota, ale także nadzwyczajne poświęcenie narodu polskiego w trakcie nazistowskiej okupacji w drugiej wojnie światowej. Wspominając o „polskim obozie śmierci", a nie o „nazistowskim obozie śmierci w okupowanej przez Niemcy Polsce", omyłkowo użyłem zwrotu, który przez lata wywoływał cierpienie u wielu Polaków i w związku z którym Polska słusznie podjęła kampanię na rzecz wyeliminowania go z publicznego dys-

kursu na całym świecie. Żałuję błędu i zgadzam się, że moment ten stanowi okazję, by zapewnić, że obecne i przyszłe pokolenia znają i będą znać prawdę. Jak wszyscy wiemy, naród polski doznał straszliwych cierpień pod brutalną nazistowską okupacją podczas drugiej wojny światowej. Dążąc do swych celów zniszczenia narodu polskiego i kultury polskiej oraz eksterminacji europejskich Żydów, naziści zabili około sześciu milionów polskich obywateli, w tym trzy miliony polskich Żydów podczas Holokaustu. Dzielność Polaków w podziemnym ruchu oporu jest jedną z historycznych wielkich kart bohaterstwa i odwagi. Ponadto po prostu nie było "polskich obozów śmierci". Ośrodki zabijania w Auschwitz-Birkenau, Bełżcu, Treblince i gdzie indziej w okupowanej Polsce były budowane i prowadzone przez reżim nazistowski. Odwrotnie, wielu Polaków ryzykowało swe życie – i oddało swe życie – by ocalić Żydów przed Holokaustem.To dlatego złożyłem hołd polskim ofiarom Holokaustu w trakcie mojej wizyty w amerykańskim Muzeum Pamięci Holokaustu w kwietniu. To dlatego miałem zaszczyt złożyć hołd przy Grobie Nieznanego Żołnierza oraz pomniku Bohaterów Getta podczas mojej wizyty w Warszawie w roku ubiegłym. I to dlatego z okazji 65. rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau w 2010 roku wyraziłem uznanie rządowi i narodowi polskiemu za opiekę nad miejscem takiego bólu, by promowało ono upomnienie i naukę dla świata (…). (fragment listu Prezydenta USA Baracka Obamy do Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego)

Uhonorowanie Karskiego jest owocem starań Polski i Polonii amerykańskiej, a także działaczy diaspory żydowskiej w USA. O przyznanie mu medalu, z inicjatywy Fundacji Kościuszkowskiej i długoletniej towarzyszki życia Karskiego, Kai Mireckiej-Ploss, zabiegała organizacja Jan Karski US Centennial Campaign pod kierownictwem Wandy Urbańskiej, która współpracowała z Ewą Wierzyńską z Muzeum Historii Polski w Warszawie.

(red.)

Zapomniany holokaust… Polaków

30

Zapomniany holokaust – książka profesora Richarda C. Lukasa znanego amerykańskiego historyka polskiego pochodzenia, autora wielu publikacji o historii Polski, jako pierwsza na Zachodzie (1986) zwróciła uwagę na mało znany tam fakt zbrodni ludobójstwa popełnionej na Polakach! Właśnie ukazało się latem tego roku nakładem Domu Wydawniczego REBIS wydanie II edycji polskiej poprawione i uzupełnione. Pomysł książki narodził się w 1985 roku podczas pracy Lukasa nad monografią The Strange Allies roku o relacjach między USA a Polską. Historyk doszukał się mało znanych faktów i natrafił na dokumenty dotyczące cierpień wojennych Polaków. Zapomniany holokaust (Forgotten Holocaust, revised edition – tytuł oryginału) była pierwszą usystematyzowaną pracą w języku angielskim opisującą relacje polsko-żydowskie i losy Polaków pod niemiecką okupacją. Prowokujący tytuł ma uświadomić czytelnikom dramatyczne losy Polaków, które często są zepchnięte na dalszy plan w opisie ludobójczych działań Trzeciej Rzeszy. Podczas II wojny światowej zginęły miliony ludzi różnych narodowości. Wielu z nich wskutek zaplanowanych działań nazywanych „ludobójstwem”. Liczni historycy na Zachodzie używali tego słowa jedynie w stosunku do eksterminacji Żydów. Tymczasem Richard C. Lukas w swej pracy zrównał wojenne doświadczenia Żydów i Polaków. Skala nazistowskiego ludobójstwa w okupow-

anej Polsce wprowadziła w zdumienie zachodnich czytelników, a u części historyków w dużej mierze koncentrujących wcześniej badania na zagładzie Żydów i definiujących Holocaust jako zagładę jedynie tego narodu, wywołała oburzenie. Książkę Forgotten Holocaust uznano za zdecydowanie propolską (podobnie było kiedyś z Bożym igrzyskiem Normana Daviesa – przyp. red.). Historyk rozprawia się bowiem z judocentrycznym podejściem do tematu Polacy pod okupacją niemiecką 1939–1946 (to podtytuł Zapomnianego holocaustu – przyp. red.) Odrzuca w publikacji tezę o antysemityzmie Polaków, udowadniając, że współistniejące od wieków na terenie państwa polskiego obok siebie obie narodowości Polacy i Żydzi w obliczu zagrożenia ujawniały zarówno ludzkie przywary, jak i ukazywały dobre postawy – sprawiedliwych wśród narodów świata. W rozdziale Zginęli za to, że nieśli pomoc autor podaje rozbudowaną listę nazwisk 704 Polaków skazanych na śmierć za pomaganie Żydom podczas II wojny światowej. Jak podkreśla autor lista nie obejmuje przypadków tak zwanych pacyfikacji przez Niemców polskich wsi za niesienie pomocy Żydom. W żadnym razie lista ta nie jest kompletna. Daje ona jedynie próbkę starań Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, aby takie przypadki ocalić dla potomności. Szacunki całkowitej liczby Polaków, którzy zginęli za ukrywanie i pomoc Żydom, mogą się różnić w zakresie od 2 do 50 tysięcy osób. Sporą część książki

poświęca też Richard C. Lukas Powstaniu Warszawskiemu i planowi wysiedlenia i eksterminacji Polaków. W ramach tego planu na terenach RP miało zostać osiedlonych kilka milionów Niemców. Profesor przytacza korespondencję emisariuszy polskiego państwa podziemnego (Jana Karskiego, Stefana Korbońskiego) skierowanej do Rządu RP na Uchodźstwie, informującej Zachód o rozpoczęciu likwidacji getta warszawskiego. Richard C. Lukas jest laureatem prestiżowej Nagrody im. Janusza Korczaka za książkę Did The Children Cry: Hitler`s War Against Jewish and Polish Children. Jak stwierdza w jednym z wywiadów – Janusz Korczak jest jednym z jego idoli, bo reprezentował sobą wszystko co najlepsze w obu narodach – polskim i żydowskim. Po kilku dekadach „Zapomniany holocaust” dowiódł swojej wartości. Nie jest wolny od niedociągnięć, jak każda historyczna książka. Stawia też kontrowersyjne tezy, które trzeba jeszcze wyjaśnić. Jednak rozszerzenie pola dyskusji i wskazanie pewnych aspektów tamtego okresu, którym groziło zapomnienie, okazało się bardzo pomocne. (…) (fragment przedmowy; Norman Davis, Oksford i Kraków, 04.2012 r.)

Jan K. Matusiak Zapomniany holokaust, Richard C. Lukas: przekład Sławomir Stodulski; przedmowa Norman Davies; REBIS, 2012 ➡

31


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Miasto pod wulkanem

POLSKA

Małgorzata Baranowska

Część II

fot. z archiwum Petera Martyna

W

32

arszawa dorosła do pewnej legendy zwłaszcza po II wojnie światowej. Była przedtem często traktowana jak trzpiotka, jako miejsce, gdzie za dużo jest kabaretów, a za mało realności. Ale okazało się, że jednak w czasie wojny ona wypełniła swoją wielką, legendarną rolę. W pewnym sensie jakby zmieniła charakter. Stefan Kisielewski, który przed wojną był człowiekiem młodym i wstydziłby się przyznawać do miłości do swojego miasta, po wszystkim, co Warszawę spotkało, przestał się wstydzić. I w ankiecie w Kalendarzu warszawskim to ujawnił: ...jako jeden z miliona warszawiaków, przeżyłem te dni patetyczne i straszliwe, dzięki którym Warszawa przestała być tylko jednym z szeregu polskich miast, lecz stała się symbolem całego Narodu, a sprawy tego miasta chwyciły coś z powiewu wieczności, który niesie na swych skrzydłach losy Narodu. Aleje Ujazdowskie i Łazienki – to nie są już tylko zielone zakątki, gdzie spędziłem dzieciństwo, ja i moi rówieśnicy – to pełna pamiątek promenada całej Polski. To miejsce schadzek duchów naszej historii, jak to z genialną wrażliwością odczuł Wyspiański, choć spędził w Warszawie parę tygodni swego życia zaledwie. A Krakowskie Przedmieście, plac Saski, gruzy Starego Miasta, to nie tylko zbiorowisko potrzaskanych, starych kamienic, pałaców, kościołów i pomników – to plac boju ogromnego, gdzie o każdy dom walczono, to polski Panteon, to najbardziej patetyczny krajobraz polski. Krucza, Piękna, Marszałkowska, Wolska – nie są już tu tylko ulicami, Wisła nie jest tylko Wisłą, park nie jest tylko parkiem. Ta stylistyka jest właściwie dość obca twórczości Stefana Kisielewskiego. Już potem nigdy by nie pisał w tonie tak symbolicznym, tak romantycznym. To świadectwo przemiany. Sam pisze w ankiecie Kalendarza warszawskiego, że przed wojną, przed powstaniem inaczej mówił o Warszawie. Starał się wykazać „obiektywizmem”, co polegało na bezlitosnej krytyce. Ale cały czas jednocześnie, wraz z innymi, cieszył się jej rozwojem. To miasto marzeń, które na oczach mieszkańców w dwudziestoleciu zmieniło nagle charakter

z prowincjonalnego miasta cesarstwa na nowoczesna stolicę państwa niepodległego. Właściwie każdy, kto myśli o Warszawie, myśli w kategoriach przemiany. Dzieje się tak nie tylko dlatego, że miasto ze swej istoty jest czymś zmiennym i że w każdym mieście możemy tę zmienność dostrzec. Oto cytat z Tadeusza Peipera Zapisków o prawach poezji z roku 1935: ...w całym kosmosie nie ma rzeczy tak zmiennej jak miasto, a rzecz tak zmienna nigdy nie da się ująć ostatecznie. Tutaj zmiany zachodziły tak gwałtownie i w sposób tak różniący się od zmian przestrzeni w innych miastach, że o przemianie, a raczej o przemianach Warszawy trzeba myśleć osobno. W każdym miejscu Warszawy może się zacząć historia nakładających się pamięci warszawskich. Warszawa jest dziwnym miejscem, w którym pamięć wydaje się czymś bardziej „względnym” niż w innych miastach. Wydaje się, że działa tu ona tak jak te obrazki złożone z kropek i fal, na których powierzchni widzi się jedno, a po wpatrzeniu się – co innego. A i to nie wszystkim się pokazuje i nie zawsze. W zależności od patrzącego Warszawa zmienia swą postać. Nie tylko z banalnego powodu, że każdy patrzy inaczej, ale i dlatego, że w samym mieście kryje się zdolność wielokrotnej przemiany. Mimo spalenia miasta zostały przecież pewne dokumenty, zdjęcia, plany. A jednak nawet ciągłość pamięci i ciągłość czasu bywa tu często kwestionowana. Sama odbudowa powoduje już komplikacje czasu warszawskiego. Odbudowano przecież zarówno obiekty przedwojenne – na przykład kamienice na Nowym Świecie czy na Ochocie, jak i obiekty, na przykład z XVIII wieku, które przed wojną nie wyglądały już na wiek XVIII, bo dawno „naturalną koleją rzeczy” zostały przekształcone. Odbudowano nawet średniowieczną katedrę, która już w XIX wieku została przebudowana przez Adama Idźkowskiego w stylu angielskiego neogotyku. Dzisiejsza nic nie ma wspólnego z tą, którą

widywali przedwojenni warszawiacy. Co więcej plany Adama Idźkowskiego szły dalej i postulował on przeróbkę na neogotyk całego placu Zamkowego. Trzeba tu powiedzieć wyraźnie, że wszystkie miasta świata były przerabiane. Paryż, tak przez wszystkich dzisiaj kochany, całkowicie zrujnował dawny Paryż. Załóżmy, że Idźkowski zdążyłby przerobić plac Zamkowy na neogotyk. Co byśmy mieli wokół Kolumny Zygmunta? Otóż coś nieodparcie przypominającego MDM, tylko w wystroju neogotyckim, a nie neorenesansowym. Tyle że dziś już by to nie budziło emocji, nawet gdyby tę część miasta po II wojnie światowej odbudowano w tym neogotyckim stylu. W dzielnicy MDM nie to jest najgorsze, że możemy ją uznawać za potwornie brzydką – to kwestia gustu i jej mieszkańcy często tego wcale nie widzą. Przy czym nie bez znaczenia jest fakt, że to przodkowie niektórych z nich budowali tę dzielnicę. Nie to nawet jest najgorsze, że zastąpiono tu inną zabudowę. Naprawdę nieznośna jest ideologiczna wymowa tej dzielnicy. Ona nie została zbudowana „tak sobie”, bo było potrzeba mieszkań, tylko „przeciw czemuś”, przeciw Warszawie dawnej. Przeciwko widokowi na kościół św. Zbawiciela. To miała być Warszawa przeciwko Warszawie, czego zupełnie nie można by zarzucić planom Idźkowskiego. Co nie znaczy, że warszawiacy spokojnie przyjęliby jego przebudowę. Odbudowa katedry z jakiegoś, można by powiedzieć, zaprzeszłego czasu, to jeden z przykładów, że czas warszawski nie poddaje się regułom czasu linearnego. Bliższy jest raczej czasowi spiralnemu. Rzadko kto może tu wrócić po własnych śladach. Albo te ślady znikają, albo historia bierze niespodziewany zakręt, albo chcąc wrócić, lądujemy w innym miejscu czasu, niżby należało się spodziewać. Ktokolwiek tu pomieszka, nie tylko wchodzi w szybszy rytm życia niż w innych miastach polskich, ale i zaczyna się orientować, że jego pamięć notuje jakieś niezwykłe dla innych miast zmiany. Nie

ma nic dziwnego w postępujących przebudowach i modernizacjach miast, ale tutaj nawet pomniki wędrują, bywają aresztowane, giną, odradzają się, korespondują ze sobą. W Warszawie nie można być pewnym nawet miejsca pomnika. Pokolenia widują ten sam pomnik w różnych miejscach. Syrenka, projektu Konstantego Hegla, ustawiona na Rynku Starego Miasta w połowie XIX wieku, wróciła w 1999 roku na swoje dawno – w roku 1928 – opuszczone miejsce. Ale przecież my nie pamiętamy jej z przedwojennego klubu sportowego „Syrena” przy Solcu, gdzie znalazła schronienie, kiedy rozebrano wodotrysk, miejsce bardzo dla syren odpowiednie, na Starym Mieście. W roku 1972 postawiono ją na staromiejskich murach obronnych, gdzie stale podlegała agresji wandali. Po pewnym czasie przebywania na dziedzińcu Zamku Królewskiego, który wielokrotnie już służył pomnikom za przejściowe schronienie, po 50-letniej nieobecności wróciła na Rynek Starego Miasta. Wędrował pomnik Jana Kilińskiego dłuta Stanisława Jackowskiego. Ustawiony na placu Krasińskich w roku 1936, w roku 1942 został „aresztowany” w zemście za akcję Małego Sabotażu – odkręcenie tablicy niemieckiej z pomnika Kopernika – i przez okupacyjne władze niemieckie umieszczony w Muzeum Narodowym. Po wojnie krótki postój naprzeciwko Muzeum Narodowego i powrót na plac Krasińskich. W roku 1959 znalazł się na Podwalu. Nawet ustawiona po wojnie, bo w roku 1964, tak zwana Nike, czyli pomnik Bohaterów Warszawy autorstwa Mariana Koniecznego, zmieniła już miejsce i zamiast na placu Teatralnym stoi nad Trasą W–Z. Gdzie właściwie ukrywa się tajemnica trwania Warszawy, skoro tutaj bez żenady wędrują nawet pomniki? Najbardziej nieprawdopodobną historię warszawską, historię, która właściwie od razu stanowi legendę, opowiada Stanisław Podlewski w Przemarszu przez piekło. 17 sierpnia 1944 roku, Powstanie Warszawskie, płonie katedra. Ksiądz zdejmuje cudowną figurę

33


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

…następuje erupcja wulkanu historii...

Małgorzata Baranowska – poetka, pisarka, krytyk i historyk literatury, varsavianistka, zmarła 22 stycznia br. w Warszawie. Urodziła się 15 marca 1945 roku w Krakowie. Po studiach pracowała w Instytucie Wydawniczym „Nasza Księgarnia”, a od 1972 była pracownikiem Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Tam obroniła pracę doktorską. Współpracowała z wieloma pismami literackimi (m.in. „Twórczość", „Literatura”, „Teksty” i „Teksty Drugie”, „Literatura na Świecie”, „Wiedza i Życie”, „Kultura Niezależna”, „Nowe Książki”, „Respublika Nova”) oraz z Polskim Radiem jako autorka słuchowisk dla dzieci i audycji literackich. Baranowska jest autorką kilku tomików wierszy, książek dla dzieci, książek o sztuce surrealistycznej i o wspomnianej poezji Wisławy Szymborskiej. Za książkę Prywatna historia poezji otrzymała w 2000 roku nominację do nagrody literackiej „Nike”, w 2004 roku nominacje za książkę Posłaniec uczuć. Jej najbardziej osobistą książką jest To jest wasze życie. Być sobą w chorobie przewlekłej. Zawarła w niej przemyślenia z doświadczeń swojego długoletniego cierpienia i ograniczonej sprawności oraz wskazówki, jak nie poddawać się chorobie i z nią żyć. W jednym z wierszy nazwała się „krewną ruin”. Jak emocjonalnie związana była z Warszawą, ze swoim miastem rodzinnym, świadczą jej książki Warszawa, miesiące, lata, wieki, Pamiętnik mistyczny, Wracam na Ochotę. W 2004 roku otrzymała Doroczną Nagrodę Ministra Kultury.

fot. Zbyszko Siemaszko

34

Chrystusa. To figura drewniana, którą w roku 1530, ratując podobno z płomieni reformacji, miał przywieźć z Norymbergi bogaty mieszczanin Jerzy Baryczka. Już w Norymberdze figura słynęła z tego, że rosły jej włosy, ale może pod wpływem „nowinek wirtemberskich” przestały. W Warszawie znów zaczęły rosnąć. Podobno co rok inna niewinna dziewica przycinała te włosy. Powiadali, że próba ścinania włosów cudownej figury musiała się pewnego razu nie powieść, bo znów przestały rosnąć. Ale to losy prawdziwie legendarne. A losy prawdziwe? Nie są wcale mniej nadzwyczajne. Z sufitu kaplicy Baryczków, gdzie ksiądz zajęty jest zdejmowaniem figury Chrystusa, urywa się płonący żyrandol i spada na niego. Mimo to ksiądz wydostaje się i razem z kimś drugim przez przełazy niesie, jak rannego, figurę do odległej piwnicy, by ją ukryć. Po paru dniach, straszliwie przemęczony ksiądz w piwnicznym powstańczym szpitalu widzi jakiś nieruchomy ludzki kształt pod nakryciem, podobno pod żołnierskim płaszczem. Myśli, że nie zdążył z ostatnią posługą. Odsłaniają i oświetlają „zabitego”, a to cudowna figura Chrystusa, ta sama, która dziś znajduje się w katedrze. Największym pomnikowym wędrowcem Warszawy jest pomnik Księcia Józefa. Ten przeżył zarówno więzienie w modlińskiej twierdzy, jak też w różnych czasach i warunkach internowanie w ogrodach. Ukończenie odlewu pomnika według projektu Bertela Thorvaldsena

fot. ze zbiorów Marka Kwiatkowskiego

przypadło na najgorszy z możliwych czas na tego typu pomnik. Był to rok 1832, tuż po powstaniu listopadowym – Mikołaj I kazał pomnik od razu wywieźć do twierdzy w Modlinie. W dodatku, ze względu na ciężar nie do przewiezienia, musiano go podzielić na kawałki. Byłby tam leżał w skrzyniach podpisanych „Poniatowski” nie wiadomo do kiedy, gdyby nie inspekcja carska w roku 1840. Żołnierze myśląc, że w skrzyniach znajduje się wizerunek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, zmontowali pomnik, co cara wytrąciło z równowagi i tym razem kazał go zniszczyć. Ale obecny przy tym Paskiewicz poprosił o darowanie mu pomnika i uczynił z niego rzeźbę ogrodową, zdobiącą taras jego willi w Homlu. Po powrocie, na mocy traktatu ryskiego, po przelotnym pobycie na dziedzińcu Zamku Królewskiego został ustawiony w roku 1923 na placu Saskim (pl. Piłsudskiego), a w roku 1944 wysadzony w powietrze. Kiedy powrócił, odlany przez Duńczyków w darze dla Warszawy, został w roku 1952 postawiony w Łazienkach przed Starą Pomarańczarnią. I oto już drugi raz ten sam pomnik, znowu z powodów politycznych, znalazł się nie na żadnym placu ani trakcie, gdzie powinien stać, ale w ogrodzie. Przynajmniej w Łazienkach wszyscy go mogli oglądać. Stosunki z Rosją i patriotyzm związany z wojskiem polskim były ciągle przedmiotem ostrej cenzury. Akurat rok 1952 także nie był w Warszawie rokiem wolności. W końcu jed-

nak książę Poniatowski w roku 1965 ruszył z Łazienek i trafił przed Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu. Przy całej zmienności miasta, podstawowym stereotypem samej jego idei jest jednak długie trwanie. Jak to przełożyć na istnienie Warszawy? Bez wątpienia to długie trwanie nie jest bezpośrednio związane z samymi kamieniami, czy cegłami, ani pomnikami. Trzeba pomyśleć, jaki tu panuje ruch, przynajmniej od I wojny światowej, jak co chwila, bo dla historii są to małe chwilki, następuje erupcja wulkanu historii i wulkanu zniszczeń, i ile przy tym zrobiono. Trudno w to uwierzyć, ale o wiele wtedy łatwiej zrozumieć tę „niejednoznaczność” pamięci, z którą się możemy w Warszawie spotkać. W tym wszystkim najłatwiej ginie obraz codzienności, ginie pamięć rzeczy najpowszechniejszych, najbardziej codziennych, nawet jeśli to są obrazy ulicy czy kamienicy. W Pamiętniku z powstania warszawskiego Miron Białoszewski uratował nieprawdopodobną liczba obrazów z czasu Powstania. Cywilny i plebejski Homer Warszawy – Białoszewski zapisał zagładę miasta. Opisał je jako właśnie niszczone, pod nawałą wroga, a przy tym właściwie zwyczajne miasto ze zwyczajną ludnością, na którą jednak wali się świat apokalipsy. Ludność tego miasta stara się przeżyć za pomocą „sposobu”, przenoszenia się z miejsca na miejsce, wspólnej modlitwy. Normalny jej świat, świat życia przedwojennego, właśnie zmienia się w gruzy.

Lata trwało – I wyd. Pamiętnika... to rok 1970 – zanim Białoszewski był w stanie zapisać obraz tamtego czasu. Oto jeden szczegół, opis warszawskich bram: Potem dopiero zrozumiałem, że to brama obronna, taka z Podwala albo z tego klasycznego rzymskiego dramatu Szekspira. Tam się wypychają. Jedni drugich przez taką bramę. Ja wtedy myślałem – na Nowolipkach, na Lesznie i na tej Piwnej, w tłoku, pod palmami, że taka brama jak na Lesznie 99, na Poznańskiej 37, w ogóle jakich pełno było. Brama frontu. Wjazdowa. Z napisem „Handlarzom, śpiewakom, muzykantom i żebrakom wstęp wzbroniony”. Z wnękami po bokach, z Mikołajami z żelaza. W ogóle żelazna. W kratę, w kwiaty. A dalej, w środku, przed wejściem w pierwsze podwórze-studnię, sfinksówna na nenufarach, olejna, nad klatką schodową. Albo kafle. W girlandy. Pompeje. Skojarzenie dekoracyjnych malowideł i ceramiki na klatkach schodowych przedwojennej Warszawy nie narzuciło się przecież Białoszewskiemu wyłącznie z przyczyn estetycznych. On przeżył wybuch wulkanu, znalazł się w takim miejscu świata, gdzie mógł się czuć pompejańczykiem. Jego miasto zamieniało się na oczach mieszkańców w ruinę, pył i popiół. Fakt, że zbombardowali coś blisko. I dużo. Bo się kurzyło. Dymiło. Szły rude, siwe, cegłowe – te Pompeje, popioły.

35


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Autorzy wystawy – Krzysztof Jaszczyński i Maria Sołtys – zestawili fotografie zburzonych obiektów z projektami, które w tych miejscach miały być realizowane. Autorem kolorowych fotografii jest Henry N. Cobb, który wraz z grupą amerykańskich projektantów odwiedził w 1947 roku Anglię, Czechosłowację i Polskę, by obejrzeć postępy w przywracaniu do życia zniszczonych miast. Temat wyjazdu edukacyjnego brzmiał „Odbudowa i planowanie osiedli w Europie” („European reconstruction and community planning”). Inicjatorem i liderem wycieczki był amerykański architekt Hermann Field. Henry N. Cobb przywiózł z podróży z Polski około 100 fotografii przedstawiających przede wszystkim dźwigającą się ze zniszczeń Warszawę, pozostałe zdjęcia pochodziły m.in. z Katowic, Piekar Śląskich, Krakowa, Szczecina, Wrocławia, Pułtuska. Były to fotografie w większości (ok. 60) kolorowe. Kolor na fotografiach w latach 40. był ogromną rzadkością. Ale nieupamiętnianie ruin było głównym zamierzeniem Henriego Cobba, który tak wyjawia po latach: „Sądziłem (...) że nic nie mogłoby dać mi większej satysfakcji niż pomoc w pracach planistycznych w Biurze Odbudowy Stolicy. Tak się jednak nie stało. W momencie, gdy wiosną 1949 roku zdobyłem już wykształcenie zawodowe w Harvardzie, realizację moich ambicji uniemożliwiła zimna wojna (...) Latem 2011 roku moja firma, Pei Cobb Freed & Partners, była jedną z ośmiu firm zaproszonych do wzięcia udziału w konkursie na projekt budynków biurowych w centrum handlowym Warszawy. Przyjąłem zaproszenie, także z powodu szansy na ponowny kontakt z miastem, którego nie widziałem od 1947 roku. W czasie przygotowań do przyjazdu otworzyłem pudełko ze slajdami, zeskanowałem kilka z nich i wziąłem ze sobą do Polski, aby móc je pokazać. Zaskoczyła mnie żywa reakcja moich warszawskich gospodarzy, którzy twierdzili, że nigdy wcześniej nie widzieli kolorowych fotografii polskich miast z wczesnego okresu powojennego. Skłoniło mnie to do zeskanowana wszystkich pozostałych slajdów wykonanych w Polsce, a odbitki wykonane z tych cyfrowych obrazów są pierwszy raz przedmiotem wystawy..."

36

1947/Barwy ruin

„1947. Barwy ruin. Warszawa i Polska w odbudowie na zdjęciach Henry’ego N. Cobba” to tytuł wystawy, którą oglądać można od 26 października (do 30 kwietnia 2013) w Domu Spotkań z Historią w Warszawie przy ul. Karowej oraz przy pobliskim skwerze im. ks. Twardowskiego.

Odbudowa kraju ze zniszczeń, a szczególnie niewyobrażalne przedsięwzięcie na niespotykaną do tej pory skalę, jaką była odbudowa Warszawy, najbardziej zrujnowanego miasta w Polsce – wzbudzała zainteresowanie niemal na całym świecie i była żywo komentowana przez zachodnich urbanistów, architektów, konserwatorów i dziennikarzy. Artykuły, które ukazały się w amerykańskich mediach dowodzą fascynacji uczestników wycieczki skalą projektowanej odbudowy, czerpaniem wzorców przedwojennej myśli urbanistycznej oraz ogromem wykonanych w ciągu dwóch lat prac. Hermann Field po powrocie napisał w „The Journal of The American Institute of Architects”: Techniki planowania i dojrzałość końcowych prac projektowych plasują moim zdaniem Polskę wyraźnie w czołówce. Zakres planowania jest całkowicie jedyny w swoim rodzaju, a wykorzystywane standardy powinny być przedmiotem zainteresowania planistów i architektów w innych krajach. Szczególnie jest to niezwykłe, gdy pamiętamy o niewielkiej liczbie fachowców pozostałych przy życiu (…). Poświęcenie tych ludzi dla przyszłości Polski (…) zrobiło na nas olbrzymie wrażenie. Autor zakończył swój artykuł stwierdzeniem: Zobaczyliśmy wszystko to, co i gdzie chcieliśmy. Polscy planiści chętnie podejmują dyskutuję o problemach z kolegami z innych krajów. Nasze letnie studium w Europie, a w szczególności w Polsce, potwierdziło wartość, jaką stanowi najszersze możliwe nawiązywanie międzynarodowych kontaktów w dziedzinie budownictwa i planowania. Organizatorzy wystawy – Dom Spotkań z Historią, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Państwowe m. st. Warszawy, Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych, Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, SARP. (opracowanie red. „FP” na podstawie tekstów: Marii Sołtys i Krzysztofa Jaszczyńskiego) Henry Nichols Cobb – urodził się 8 kwietnia 1926 roku w Bostonie. W 1947 roku uzyskał tytuł Bachelor of Arts, a w 1949 roku tytuł Master of Architecture na Uniwersytecie Harvarda. W 1955 roku wraz z I.M. Pei oraz Easonen H. Leonardem założył biuro architektoniczne I. M. Pei & Partners (aktualnie pod nazwą Pei Cobb Freed & Partners), z którym jest związany do dziś. Jest autorem wielu projektów zrealizowanych w Stanach Zjednoczonych, ponadto w Kanadzie, Holandii, Francji, Hiszpanii i we Włoszech. Równolegle z pracą zawodową prowadził działalność dydaktyczną m.in. w Uniwersytecie Yale, Akademii Amerykańskiej w Rzymie, jak i w macierzystej uczelni – Uniwersytecie Harvarda. Jest członkiem m.in. Amerykańskiego Instytutu Architektów, Amerykańskiej Akademii Sztuk i Literatury, American Academy of Design. Na zdjęciu Henry N. Cobb na wernisażu wystawy w DSH. fot. Tomasz Kubaczyk/DSH 1. Warszawa, ulica Szpitalna 2. Warszawa, uszkodzony w czasie Powstania Warszawskiego wieżowiec Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Prudential” przy pl. Napoleona (obecnie pl. Powstańców Warszawy) 3. Warszawa, teren dawnego getta, w oddali widoczne zrujnowane Nowe i Stare Miasto 4. Warszawa, plac Zamkowy i ruiny Starego Miasta z widocznymi pozostałościami Kolumny Zygmunta 5. Warszawa, skrzyżowanie Al. Sikorskiego (obecnie Al. Jerozolimskie) i ul. Nowy Świat 6. Szczecin, Agnieszka Glinka (z lewej) i Ewa Wąsowicz na rynku Nowym u wylotu ul. Panieńskiej fotografie Henry'ego N. Cobba

37


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

z popiołów

zdjęcia archiwalne zniszczonej Warszawy w zestawieniu obrazem współczesnego miasta robią niesłychane wrażenie” – z dumą opowiada pomysłodawca filmu. Poza wrażeniami wizualnymi, emocjami, film zawiera wiele cennych informacji historycznych i rekomenduje co ciekawsze i ważniejsze osobliwości naszej Stolicy.

Odrodzenie

Hanna Kielich-Rainka

Jak feniks z popiołów powstał z inspiracji Marka Krawczyńskiego i jego podziwu nad odrestaurowaną z pietyzmem warszawską starówką i bohaterach, którzy dźwigali z ruin prawie zrównane z ziemią miasto. „Twórcy z Australii i Wielkiej Brytanii, zafascynowani Polską, postanowili przystąpić do koprodukcji i wspólnie zrealizować obraz o niezwykłych losach Warszawy, aby przedstawić światu skalę odbudowy tego miasta oraz proces odrodzenia się całej tożsamości kulturowej narodu polskiego” – zdradza Krawczyński. Za namową producentów, w celu uatrakcyjnienia filmu, w dramaturgię wplecione zostały losy ojca Marka – Zbigniewa Krawczyńskiego, jednego ze współtwórców projektu odbudowy stołecznego Starego Miasta. Ale jak podkreśla Krawczyński, poprzez osobę swojego ojca, chciał jednocześnie oddać hołd wszystkim innym architektom i ludziom, pasjonatom uczestniczącym w dziele odbudowy. – „Film zdobywa szczególne uznanie wśród odbiorców za granicą (m.in. w USA, Australii, Wielkiej Brytanii), na których

38

Panorama warszawskiej Starówki; rys. Zbigniew Krawczyński. Autor rysunku był architektem i mistrzem w ręcznym konstruowaniu widoków perspektywicznych. W roku 1951 przez sześć miesięcy codziennie po pracy w BOS-ie, przygotowywał na trzech rajzbretach w domowym zaciszu olbrzymią panoramę z lotu ptaka, opartą na tysiącach dwuwymiarowych rysunków. Dążył do tego, aby Warszawa miała jeden kompletny podkład wizualny, który posłużyłby do odtworzenia pierwotnego wyglądu sprzed zniszczeń

Warszawska Starówka z lotu ptaka; fot.Wojciech Gorgolewski

Rok 1944 przyniósł zagładę. Wściekłość Hitlera, wywołana wybuchem Powstania Warszawskiego, poskutkowała decyzją o zrównaniu Warszawy z ziemią, co w przypadku Starego Miasta udało się niemal całkowicie. 90 proc. powierzchni uległo zniszczeniu, 15 tysięcy budynków legło w gruzach i ponad 650 tysięcy ludzi straciło życie. A powracający po wojnie mieszkańcy, których los oszczędził nie mieli czego szukać w zgliszczach i ruinach swoich domostw. Pomimo niewyobrażalnych zniszczeń, 3 stycznia 1945 roku na posiedzeniu Krajowej Rady Narodowej podjęto decyzję o utrzymaniu stołeczności Warszawy i odbudowie miasta. Polska podjęła się tego trudnego zadania samodzielnie, wykorzystując własne środki (bez pomocy planu Marshalla) i ogromną społeczną energię w jakże niesprzyjającej sytuacji politycznej – obliczu stalinowskiego reżimu. Pierwszy etap prac rekonstrukcyjnych prowadzony pod kierownictwem architekta Jana Zachwatowicza zakończono 22 lipca 1953 roku. Prace trwały jednak jeszcze wiele lat. W roku 1955 ukończono odbudowę Katedry św. Jana, zaś Zamek Królewski dopiero w roku 1984. 2 września 1980 roku rekonstrukcja Starego Miasta została wpisana na światową listę dziedzictwa UNESCO. O największym projekcie świata opowiada zrealizowany nie tak dawno 50-minutowy film dokumentalny pt. Jak feniks z popiołów (Out of the Ashes: Warsaw Story). Producentem jest filmowe konsorcjum australijsko-angielsko-polskie Destination Media Ltd. pod kierunkiem znanego reżysera z Sydney, Petera Beveridge`a. Naszym polskim producentem jest Maciej Skalski, nominowany swego czasu do Oskara (jego film Róża wygrał Warszawski Festiwal Filmowy w zeszłym roku). Narrację poprowadził znany m.in. z filmu Cztery wesela i pogrzeb czy Zakochany Shakespeare angielski aktor Simon Callow.

Mark Krawczyński – architekt (tytuł magistra z wyróżnieniem na Wydziale Architektury Uniwersytetu w Sydney), projektant wnętrz, pianista (Konserwatorium Muzyczne w Sydney), dyrektor firmy Carshade Pty. Ltd., kierownik Noble Tours (Poland) Australia P/L, dyrektor Fundacji „Polska Przyszłość”. Urodził się w 1948 roku w Warszawie. W roku 1959 wyemigrował do Australii. Ma w swoim dorobku ponad 80 projektów architektonicznych, m.in. rozbudowę Muzeum Australii i gigantyczną rozbudowę słynnej Opery w Sydney (specjalne wyróżnienia i nagrody). W roku 2004 powrócił do Polski z rysunkiem ojca (dużą panoramą) Starego Miasta, przypominając tym jego wkład w odbudowę miasta. Przez ostatnie pięć lat Mark Krawczyński promuje polską kulturę w świecie, wygłasza specjalne odczyty oraz rozwija kontakty artystyczne i biznesowe pomiędzy naszym krajem, a Zachodem. Wielka fascynacja jego ojca Łazienkami Królewskimi zachęciła Marka, aby również działać na tym terenie. Baldachim jego projektu, inspirowany formą Opery w Sydney od kilku lat osłania pianistów podczas niedzielnych koncertów przy pomniku Chopina w Warszawie. Mark w 2006 roku wspólnie z Jolantą Wolską zaaranżował w Muzeum Łazienki Królewskie wystawę wychodźstwa Polaków do Australii pt. „Orły w Krainie Kangurów”. Wystawą tą rozpoczął ważną misję rozbudzenia wiary Polaków (szczególnie młodego pokolenia) we własne możliwości i wykorzystanie swoich talentów. Uważa, że Polacy są za skromni i że brakuje im przekonania do własnych umiejętności. Polska jest postrzegana przez zagranicznych turystów i inwestorów jako kraj dynamicznie rozwijający się z obiecującą przyszłością. Latem przyszłego roku powstanie w Villi Karisse w Konstancinie k. Warszawy „Dom Spotkań z Sukcesem” z myślą o młodych zdolnych Polakach. M. Krawczyński jest współreżyserem dwóch dokumentalnych filmów: Polska Chopina i Jak feniks z popiołów, autorem książki Wzajemny szacunek (Mutual Respect w wersji angielskiej).

39


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Chopin w Broch owie B

40

Zdjęcia Hanna Kielich-Rainka i Jerzy Ossowski

azylika św. Rocha i św. Jana Chrzciciela na skraju Puszczy Kampinoskiej w Brochowie to miejsce szczególne, bowiem 23 kwietnia 1810 roku ochrzczony został tu mały Frycek – syn Mikołaja Chopina i Tekli Justyny z Krzyżanowskich. W brochowskich aktach kościelnych, oprócz wpisów dotyczących ślubu rodziców (2 czerwca 1806 roku) i chrztu Fryderyka, znajdowały się także wzmianki o ślubie siostry Ludwiki, która w tej rodzinnej parafii w 1832 roku zawarła związek małżeński z Józefem Kalasantym Jędrzejewiczem. Jest wielce prawdopodobne, że członkowie rodziny Chopinów każdy pobyt w pobliskiej Żelazowej Woli wiązali także z wizytami w Brochowie. W przepięknie odrestaurowanej świątyni Towarzystwo im. Fryderyka Chopina i proboszcz ks. Jan Zieliński, we współpracy z Samorządem Gminy Brochów, organizują rokrocznie (począwszy od 2006 roku), letnie koncerty chopinowskie. Odbywają się one w każdą niedzielę lipca i sierpnia o godz. 13.15 po głównej mszy świętej. Cykl tegorocznych letnich koncertów zainaugurował 1 lipca br. prof. Kazimierz Gierżod, prezes TiFC (od 2002 roku), znany pianista, wieloletni rektor warszawskiej Akademii Muzycznej, wychowawca kilku pokoleń pianistów polskich i zagranicznych, juror wielu prestiżowych konkursów pianistycznych, w tym Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Jego uczennica Man Li Szczepańska, chińska pianistka zamieszkała w Polsce, znakomitą interpretacją i mistrzowskim wykonaniem utworów Chopina zamknęła 26 sierpnia tegoroczny letni festiwal w Brochowie. Historia drewnianego kościoła w Brochowie sięga początku XII wieku, w formie murowanej zaistniał w 1331 roku, a po dwóch wiekach, w latach 1551–1561, zaczęto jego przebudowę. Ostatnią konserwację, zakończoną w 1665 roku, przeprowadził Olbracht Adrian Lasocki, mąż Agnieszki z Brochowskich. Po odzyskaniu przez kraj niepodległości zabytkowy obiekt poddano rzetelnej rekonstrukcji. Świątynia ucierpiała od ognia i pocisków w 1939 roku podczas bitwy nad Bzurą. Dzisiejszy jej wygląd w pewnym stopniu odbiega od wyglądu XVI-wiecznego i jest rezultatem kontrowersyjnych, prowadzonych w pośpiechu działań konserwatorskich z lat 1946–1949. Wyposażenie świątyni jest niemal w całości wtórne i pochodzi z czasów współczesnych – do wyjątków należą oryginalne XVIII-wieczne figury świętych dominikańskich. Zachowały się również kominki do gotowania pożywienia załodze na wypadek oblężenia, a w podziemiach – groby rodu Lasockich – właścicieli wsi w latach 1662–1931. Bazylikę zwieńczoną trzema wieżami otacza mur z narożnymi bastionami. Świątynia ma zdecydowany charakter obronny i stanowi wyjątek w polskiej architekturze sakralnej. Masywna ceglana budowla położona nad brzegiem Bzury w otoczeniu smukłych brzóz i rzędów starych płaczących wierzb prezentuje się majestatycznie i niezwykle romantycznie.

41


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

K

otlina Jeleniogórska jest miejscem szczególnym na kulturowej mapie Polski. Otaczający ją bowiem majestat i potęga wyłaniających się pasm Karkonoszy i Rudaw Janowickich, w zestawieniu z rozmaitością historycznych budowli, poczynając od średniowiecznych warowni, wież mieszkalnych, renesansowych dworów poprzez barokowe i XIX-wieczne pałace, nadają regionowi unikatowy charakter. Przylegające do najświetniejszych rezydencji parki krajobrazowe, często połączone ze sobą historycznymi alejami, harmonijnie wtapiają się w naturalne wzgórza, lasy i polany Kotliny.. Dolina Pałaców i Ogrodów mieszcząca się w Kotlinie Jeleniogórskiej to unikat na skalę europejską.. Ponad 20 pałaców i rezydencji rozmieszczonych na powierzchni 100 km kw. zachwyca polskich i zagranicznych turystów. Wyjątkowa harmonia działań twórczych człowieka i naturalnego krajobrazu już pod koniec XVIII wieku zyskała status miejsca niezwykłego. Tu swoje rezydencje zakładały najświetniejsze rody europejskie: Habsburgowie, Hohenzollernowie, Schaffgotschowie, Czartoryscy, Radziwiłłowie, książęta hescy i orańscy.. W okresie romantyzmu Kotlina stała się znanym miejscem turystycznym i uzdrowiskowym. Przybywali tu szukać wytchnienia i inspiracji twórczej artyści, miłośnicy przyrody i podróżnicy z ziem polskich., Europy i Ameryki, m.in. Fryderyk Chopin, Wincenty Pol, Kornel Ujejski, Johann Wolfgang Goethe, John Quincy Adams. Urzeczeni krajobrazem malarze zakładali tu kolonie i szkoły artystyczne. Do dziś możemy podziwiać setki XIX-wiecznych grafik i obrazów przedstawiających krajobraz i architekturę. Gdy w połowie XIX wieku pruska rodzina królewska nabyła rezydencje w Karpnikach., Mysłakowicach i Wojanowie, swoją działalność w Kotlinie Jeleniogórskiej rozpoczęli najlepsi ówcześnie architekci (w tym architekci krajobrazu): Peter Joseph Lenne, Karl Friedrich Schinkel, Friedrich August Stuler. Dziś to ogromne dziedzictwo kulturowe jest odkrywane na nowo. W zabytkach regionu na stałe zagościły liczne wydarzenia kulturalne.

42

43


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Polska prapremiera opery Faust w Dolinie Pałaców i Ogrodów Hanna Kielich-Rainka

Niespełna 200 lat temu do urokliwego zakątku Polski – pałacu w Ciszycy w Kotlinie Jeleniogórskiej, letniej rezydencji należącej do Antoniego Henryka księcia Radziwiłła (1775–1833), znanej postaci życia artystycznego XIX wieku, zjeżdżali zaprzyjaźnieni z księciem twórcy – wśród nich był Johann Wolfgang Goethe. Malownicze krajobrazy sprzyjały twórczej inwencji. Goethe pisał tu swój słynny dramat Faust, a książę skomponował tu sporą część muzyki w oparciu o ten dramat i operę o tym samym tytule. Podczas wizyty księcia w Weimarze, kiedy to osobiście zaprezentował fragmenty partytury swojej opery, wybitny niemiecki poeta wyraził swój zachwyt muzyką, a nawet pod jej wpływem wprowadził niewielkie zmiany w tekście. W trakcie tworzenia (lata 1808–1832) dzieło Radziwiłła było wystawiane głównie w Berlinie. Pierwsze fragmenty zaprezentowano

44

w 1810 roku, następne wystawienie sceniczne miało miejsce w berlińskim zamku Radziwiłła w roku 1819, kiedy odbyły się dwa przedstawienia niemal pełnej pierwszej części Fausta (akt pierwszy i część drugiego). W drugim uczestniczył syn autora dramatu – August Goethe, król pruski Fryderyk Wilhelm II Pruski, a także filozof Georg Wilhelm Friedrich Hegel. Po raz kolejny wystawiono dzieło rok później. W 1833 roku Radziwiłł umiera, zostawiając już prawie skończoną kompozycję przygotowywaną do wystawienia na scenie (ostatnią scenę pozostawił niedokończoną, dokończył ją już po śmierci kompozytora Karol Rungenhagen), a w całości operę przedstawiono 25 października 1835 roku w Berlin Singakademie. Pierwsze fragmenty tej kompozycji wykonano w Berlinie w roku 1816, dalsze w Monbijou koło Berlina w roku 1820, a w całości 25 października 1835 roku w Berlinie. Kompozycję wystawiano w latach 1836–1848 we Wrocławiu, Lipsku, Poczdamie, Weimarze, a także w Pradze i w roku 1880 w Londynie. W Polsce wykonano ją po raz pierwszy w tłumaczeniu na język polski w roku 1844 w Wilnie, gdzie tekst ukazał się drukiem w opracowaniu Stanisława Moniuszki. Po czterech latach w Warszawie, a w latach 1932, 1934 i 1937 grano obszerne fragmenty w Krakowie (w tłumaczeniu Zdzisława Jachimeckiego) na koncertach i w Polskim Radiu. W roku 1953 w Krakowie dokonano kompletnego nagrania radiowego pod dyrekcją Stanisława Hasa. Kompozycja Radziwiłła była pierwszą muzyczną adaptację utworu Goethego w historii opery. W Polsce jeszcze do niedawna nie doczekała się wykonania pełnej wersji w języku niemieckim. Dopiero 15 sierpnia br. odbyła się prapremiera Fausta na dziedzińcu pałacu w Wojanowie, w otoczeniu malowniczego zespołu pałacowo-parkowego. Partytura, według której wystawiona została opera w Wojanowie, pochodzi z 1835 roku i należała kiedyś do syna króla Niemiec,

45


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

arcyksięcia Carla von Preussena. Kupił ją w jednym z antykwariatów Wojciech Czemplik, dyrektor artystyczny wydarzenia. Jest to wydanie limitowane, ukazało się w nakładzie 81 sztuk. „Jestem pewien, że spektakl operowy będzie gratką nie tylko dla melomanów, ale wszystkich widzów, którzy przyjadą na polską prapremierę Fausta” – zdradził Czemplik przed spektaklem.

Pozdrowion bądź, ostatni dnia poblasku, w którym przybytek ten świętością tchnie! Zrań serce me, miłosnej męki łasko, co schnąc nadziei rosą żywisz się! (Faust)

Dzieło stworzone przez Radziwiłła docenił także Fryderyk Chopin, który tak pisał o muzyce do Fausta w liście do kompozytora w 1829 roku: (...) wiele rzeczy znalazłem dobrze przemyślanych, nawet genialnych, żem się nigdy po namiestniku tego spodziewać nie mógł. „W efekcie – wczesny przedchopinowski polski romantyzm, tak skromnie reprezentowany na koncertowych estradach i w nagraniach – odsłonił nam w Radziwiłłowskim Fauście swoje nowe oblicze” – podsumowuje Marek Dyżewski, krytyk muzyczny. Dyżewski podaje kilka powodów, dla których wystawienie opery w Wojanowie było wyjątkowym wydarzeniem. Krytyk zwraca uwagę na to, jak ważną postacią w życiu artystycznym XIX wieku był Antoni Henryk Radziwiłł. Jego pałac w Ciszycy stanowił prawdziwe centrum życia muzycznego, literackiego i teatralnego. O pozycji księcia w świecie muzyki może świadczyć także fakt, że wybitne postacie na czele z Beethovenem, Mendelssohnem i Chopinem dedykowały mu swoje utwory. Duże znaczenie miało także miejsce prapremiery – pałac w Wojanowie. Dzieło Radziwiłła rozpocznie „nowy żywot” w bezpośredniej bliskości miejsca swoich narodzin. Zdaniem krytyka, wystawienie opery wpisuje się w tendencję współczesnego życia muzycznego, która polega na odchodzeniu od żelaznego, ogranego już repertuaru na rzecz dzieł nieznanych.

46

Johann Wolfgang Goethe (1749–1832), wielki niemiecki prozaik, dramaturg, poeta, myśliciel, uczony i mąż stanu pracował nad Faust blisko 60 lat (rozpoczął pisanie w 1773 roku). Jest to jego najwybitniejsze dzieło, stanowiące jednocześnie syntezę poglądów filozoficznych i artystycznych autora. Tytułowy bohater jest uczonym, doktorem, który poświęcił życie na poszukiwanie jego sensu i zgłębianie tajemnicy istnienia. Osiągnąwszy jednak wiek starczy, zdaje sobie sprawę z jałowości własnych starań. Rozczarowany, odrzuca więc racjonalizm nauki i zawiera pakt z diabłem. W zamian za odsprzedanie duszy otrzymuje młodość, sławę, bogactwo, a także możliwość przemieszczania się w czasie i przestrzeni. Rozpoczyna nowe życie, doznaje ludzkich radości i cierpień. Dopiero u kresu swych dni rozumie, co naprawdę czyni człowieka szczęśliwym…

Antoni Henryk książę Radziwiłł Ordynat nieświeski, ołycki i przygodzicki, był politykiem zaangażowanym w sprawy polskie i pełnił w latach 1815–1831 funkcję Namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Jego dyplomacja przyczyniła się do spowolnienia procesu germanizacji Wielkopolski. 20 lipca 1815 roku przybył do Poznania, witany uroczyście. 3 sierpnia składało na jego ręce przysięgę 700 przedstawicieli duchowieństwa, szlachty, urzędników i sołtysów. W swoim przemówieniu zawarł program pojednania między pruską dynastią i państwem a społeczeństwem polskim. W czasie rokowań pokojowych w Bazylei w 1795 roku pomagał Janowi Henrykowi Dąbrowskiemu w zabiegach o utworzenie oddziałów polskich w Prusach (emisariuszem był sekretarz Radziwiłła, Kazimierz La Roche), potem w planach obsadzenia tronu polskiego przez Hohenzollerna. Na przełomie stycznia i lutego 1831 roku, po tym, jak brat księcia, Michał Gedeon Radziwiłł, został wodzem naczelnym w powstaniu listopadowym, zdymisjonowano księcia Antoniego z funkcji namiestnika. Antoni Radziwiłł był również utalentowanym muzykiem: wiolonczelistą, śpiewakiem, harfistą i gitarzystą, uznanym kompozytorem i mecenasem sztuki. Wsławił się jako kompozytor muzyki do Fausta Goethego. Inne utwory Radziwiłła to pieśni do tekstów francuskich, niemieckich i polskich oraz pieśni na czterogłosowy chór męski a cappella. Pisał też utwory fortepianowe, jak walce i polonezy, np. Drei National Polonaisen (Berlin). Byt współtwórcą i współwykonawcą muzyki scenicznej Le grand jour dii chateau et sceiies des troubadours en l'an, wykonane w Wiedniu w latach 1814 i 1815. Utwory Radziwiłła świadczą o jego niezaprzeczalnym talencie i niemałym, jak na amatora, opanowaniu rzemiosła kompozytorskiego. Urodził się 13 czerwca 1775 roku jako syn Michała Hieronima i Heleny z Przeździeckich. Od około 1792 roku wraz z braćmi studiował w Getyndze. Na zaproszenie króla pruskiego prosto ze szkół przybył w 1794 roku do Berlina. Rodzice Radziwiłła zamierzyli, przy jego pomocy zbliżyć się do dworu

pruskiego. W czasie wizyty pruskiej pary królewskiej w Nieborowie i Arkadii, wysunięto plany jego ożenku z księżniczką pruską. W 1796 roku Antoni poślubił stryjeczną siostrę króla pruskiego, córkę Ferdynanda Hohenzollerna, księżniczkę Fryderykę Dorotę Ludwikę (Luizę), córkę Augusta Ferdynanda, brata Fryderyka II Wielkiego – króla Prus. Początki małżeństwa księcia nie były łatwe, gdyż zapobiegliwy ród Hohenzollernów zastrzegł sobie w intercyzie wysokie apanaże dla Luizy, na które nie wystarczały dochody z majątku przygodzickiego. Namiestnikowski tryb życia księcia Antoniego zmuszał go wraz z rodziną do ciągłych podróży i zmian miejsca zamieszkania. Głównymi ich kwaterami były berliński pałac przy Wilhelmstrasse 77 i pałac w Poznaniu przy placu Kolegiackim (niegdysiejsze kolegium jezuickie). Wędrówki te były podzielone na etapy według pór roku. Czas zimowo-wiosenny najczęściej spędzali w Poznaniu. Natomiast na letnio-jesienny wypoczynek udawali się w Sudety, m.in. do Ciszycy (Ruhberg) koło Kowar – letniej rezydencji, którą nabyli na własność w 1824 roku, do Lądka Zdroju do miejscowego Hotelu de Pologne, będącego też ich własnością (ich córka Eliza założyła tam bibliotekę z m.in. polskim księgozbiorem, z myślą o rodakach przybywających do wód). Antoni i Luiza mieli sześcioro dzieci. W 1932 roku, ich syn – książe Bogusław żeni się z Leontyną Clary und Aldringen i w tym samym roku odbywa się ślub najmłodszej córki – Wandy z księciem Adamem Jerzym Czartoryskim (1770–1861). Znana z głośnego romansu z Wilhelmem Fryderykiem Ludwikiem von Hohenzollernem córka Eliza nie wyszła nigdy za mąż. Szalejąca w Berlinie epidemia cholery nie ominęła również pałacu książęcego przy Wilhelmstrasse 77, dotykając samego księcia. Mimo troskliwej opieki żony i starań lekarzy, 58-letni książę Antoni Henryk Radziwiłł zmarł po kilku tygodniach zmagań z chorobą 7 kwietnia 1833 roku. Pochowany został w katedrze poznańskiej.

47


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

48

Zdjęcia Romuald M. Sołdek

Niemiecki film Pruska miłość to historia uczucia, które łączyło księżniczkę Elizę Radziwiłł i księcia Wilhelma – późniejszego cesarza Rzeszy Niemieckiej. Eliza Fryderyka Dorota (Luiza) przyszła na świat w 1803 roku, jej przyszły ukochany – książę Wilhelm Fryderyk Ludwik von Hohenzollern – był sześć lat wcześniej. Młodzi poznali się już w 1815 roku na balu z okazji zakończenia Kongresu Wiedeńskiego, ale ich miłość rozkwitła dopiero później. Romans, który śledziła i o którym plotkowała cała niemalże Europa, rozegrał się w letniej rezydencji Radziwiłłów w Ciszycy, koło Jeleniej Góry, miejscu, gdzie zjeżdżali liczni goście – mecenasi i twórcy sztuki oraz arystokracja. Tam Wilhelm latem 1820 roku wyznaje Elizie swoją miłość. Ona odwzajemnia te uczucia. Młodzi się zaręczają. Jednakże ewentualne małżeństwo byłoby sprzeczne z zasadą Ebenburtigkeit (wymóg małżeństwa członka rodu panującego z osobą pochodzącą również z rodziny panujących). Związek następcy pruskiego tronu z polską arystokratką nie mógłby w tamtych czasach być zaakceptowany. Tak więc polityka i racja stanu położyły kres tej miłości. Mimo wielu prób, zakochani byli zmuszeni się rozstać (1826). Wilhelm poślubił księżniczkę Augustę von Sachsen-Weimar, natomiast Eliza miała wyjść za księcia austriackiego Fryderyka von Schwarzenberg, jednakże małżeństwo nie doszło do skutku. Zmarła w 1834 roku na gruźlicę. Wilhelm Fryderyk Ludwik von Hohenzollern w latach 1858–1861 zastępował na tronie swojego chorego umysłowo brata, Fryderyka Wilhelma IV, a po jego śmierci w 1861 roku został królem Prus. W 1871 roku koronowano go na cesarza Niemiec. Zmarł w 1888 roku. Podobno do końca życia nosił przy sobie miniaturę z podobizną ukochanej Elizy. Częściowo zdjęcia do filmu były kręcone w miejscu, w którym rozegrała się historia nieszczęśliwej miłości – w urokliwym pałacu w Ciszycy i pięknych koronowskich plenerach. Reżyserem sfilmowanej w 1938 roku Pruskiej miłości był Paul Martin, jednak rzeczywistym twórcą produkcji został Joseph Goebbels. W ten sposób hitlerowski minister chciał wesprzeć młodą utalentowaną aktorkę, w której był zakochany – Lidę Baarovą. Jednak Hitler nie mógł pozwolić na rozgłos romansu z czeską gwiazdą filmową. Jak pisze prof. Marek Hendrykowski, Kinowy melodramat z historią w tle okazał się produkcją nad wyraz pechową. Został wprawdzie nakręcony i zmontowany, ale któż mógł przypuszczać, że opowiadająca romansowy epizod z dziejów pruskiej monarchii w wieku XIX „Preussische Liebesgeschichte” zostanie spisana na straty z powodów politycznych i w ogóle nie wejdzie na ekrany. Film powrócił na ekrany niemieckich kin w 1950 roku.

Fundacja Forum Staniszów od ośmiu lat zajmuje się propagowaniem twórczości artystów związanych z Dolnym Śląskiem i Kotliną Jeleniogórską oraz ochroną dziedzictwa kulturowego. Ten rok jest dla Fundacji wyjątkowy, bowiem we wrześniu zainaugurowano Centrum Sztuki, które w klimacie przepięknej architektury rezydencjonalnej przyciągnąć może nie tylko rzesze turystów, ale i amatorów ambitnej sztuki, muzyki, teatru czy filmu. Pałac Staniszów, siedziba Fundacji, to założenie, które łączy w spójną całość wiele miejsc o unikatowym charakterze, niespotykanych nigdzie indziej w jednym miejscu. Podziwiać tu można tarasy różane, rozległy Angielski Park Krajobrazowy z zadbanymi alejkami, trawnikami i stawami, stylowe ławeczki parkowe umiejscowione w uroczych zakątkach i punktach widokowych, ustronny dziedziniec wewnętrzny z widokiem na ogród w stylu francuskim, galerię obrazów i dzieł sztuki. Staniszów znajduje się w bliskim sąsiedztwie kurortu Cieplice-Zdrój (Cieplice administracyjnie przynależą do Jeleniej Góry). W latach 70. robiłam organizowałem sobie wędrówki do Staniszowa, pamiętam dobrze tamtejszy kościółek. Z moich rodzinnych

Cieplic miałam niedaleko, zaledwie 5 km. Latem tego roku przyjechałam ponownie w tę okolicę, z zamiarem „odkrycia” niezwykłego miejsca… Z historii Pałacu księcia von Reuss Staniszów to dawna wieś rycerska wzmiankowana po raz pierwszy w 1395 roku, położona w Kotlinie Jeleniogórskiej na terenie Wzgórz Łomnickich. Znajdują się tutaj trzy majątki wchodzące dawniej w skład dominium rodu von Reuss wywodzącego się z Saksonii, z których najbardziej reprezentacyjny – w Staniszowie Górnym – pełnił funkcję rodowej rezydencji aż do końca II wojny światowej. Pałac w Staniszowie Górnym pierwotnie był renesansowym dworem z II poł.

Hanna Kielich-Rainka

Fundacja Doliny Pałaców i Ogrodów jest organizacją pożytku publicznego założoną w 2005 roku. Głównym celem jej działalności jest ochrona zabytkowych zespołów pałacowo-parkowych oraz promocja Kotliny Jeleniogórskiej, pod nazwą „Dolina Pałaców i Ogrodów". Dzięki staraniom Fundacji jedenaście rezydencji z Doliny Pałaców i Ogrodów zostało wpisanych we wrześniu 2011 roku na prestiżową listę Pomników Historii. W ramach działalności Fundacji prowadzone są także prace zmierzające do odbudowy zabytkowego folwarku i parku krajobrazowego w Bukowcu. Ponadto Fundacja jest organizatorem licznych wydarzeń kulturalnych, m.in.. Festivalu dell' Arte. Więcej informacji: www.dolinapalacow.pl, www.festivaldellarte.eu

Tragiczna historia miłosna z Ciszycy

Prapremierze towarzyszyły inne atrakcje. W dniu poprzedzającym wielkie wydarzenie muzyczne organizatorzy zaprezentowali rękopis partytury Fausta, zaplanowali otwarcie wystawy malarskiej Krystyny Radziwiłł-Milewskiej oraz projekcję filmu z 1939 roku Pruska miłość (Preussische Liebesgeschichte), który opowiada o nieszczęśliwej miłości córki Antoniego Radziwiłła – Elizy i księcia Wilhelma, późniejszego króla Prus i Rzeszy Niemieckiej. Tragiczna historia miłosna związana z Doliną Pałaców i Ogrodów rozgrywała się w Ciszycy.

Centrum Sztuki

w Staniszowie otwarte

Do Kotliny Jeleniogórskiej zjechały sławy muzyki operowej – Mark Adler (tenor) z Berlina i urodzona w Lipsku Tatiana Hempel-Gierlach (sopran). Na scenie pojawili się artyści związani z regionem Dolnego Śląska: Agnieszka Rehlis, mezzospranistka pochodząca z Jeleniej Góry i absolwentka wydziału wokalno-aktorskiego Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Michalina Bienkiewicz (sopran) – solistka opery w Weimarze i Erfurcie, znana z organizacji odbywającego się w Dolinie Pałaców i Ogrodów Festiwalu „Concerti Pasquali”. Nie zabrakło męskich głosów, podczas prapremiery wystąpili: Robert Gierlach (bas baryton), laureat międzynarodowych konkursów wokalnych w Vercelli i w Las Palmas oraz tenor Tomasz Krzysica, mający szeroki repertuar oratoryjno-kantatowy. Wydarzenie uświetniła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Dolnośląskiej oraz Chór z Darmstadt pod batutą znanego dyrygenta Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, absolwenta Akademii Muzycznej, występującego na wielu estradach świata, m.in. w USA, Korei, Hiszpanii, Francji, oraz połączony chór artystów z Sing-Akademie zu Berlin i chórzyści z Poznania. Cały zespół artystów liczył ok. 90 osób! Dyrektorem artystycznym wydarzenia był Wojciech Czemplik, a spektakl wyreżyserowała Beata Redo-Dobber, która ma swoim dorobku inscenizacje spektakli operowych, m.in. w Teatrze Wielkim w Warszawie. Organizacji prapremiery podjęła się Grażyna Kolarzyk, dyrektor Fundacji Doliny Pałaców i Ogrodów Kotliny Jeleniogórskiej, wespół ze Stowarzyszeniem Miłośników Muzyki Świętogórskiej im. J. Zeidlera. Partnerami projektu byli: Filharmonia Dolnośląska w Jeleniej Górze i Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu.

49


Fenomen

Fenomen

POLSKA

II wojny światowej uznawany był za najpiękniejszą wioskę w Kotlinie Jeleniogórskiej. Na potwierdzenie tej opinii niech posłuży fragment z dziennika podróży Izabeli Czartoryskiej, która w pierwszej połowie XIX wieku podróżując do Cieplic, odwiedziła również Staniszów: ...a później wybraliśmy się do Staniszowa. Wieś ta stanowi własność hrabiego Reuss, ten sam gust, który podziwialiśmy w Grodnej, znaleźliśmy tutaj. Przyroda tu piękna, położenie zachwycające. Nic nie zostało zepsute i wszystko, co jest dziełem ręki ludzkiej, zdaje się być dziełem Natury. W ustronnym lesie stoi na skale mała pustelnia; przed nią skała zawieszona niemal w powietrzu, oparta na krawędzi kamienia, który się tam stoczył. Wygląda to nadnaturalnie, gdy się nie wie, jak to zostało zrobione; a to co nam powiedział ogrodnik: skała, która nas wprowadziła w zdumienie, jest ogromna i z dawien dawna oparta na dwóch masywach skalnych. Hrabia Reuss rozkazał usunąć całą ziemię, obecnie skała zawieszona jest w powietrzu, dołem można przejść, usiąść. Pustelnia wykuta w skale budzi zainteresowanie i każdy z przyjemnością przystaje na chwilę w tym ustroniu. (...) (Dyliżansem po Śląsku)

Pałac w Staniszowie Górnym usytuowany jest w południowej, górnej części Staniszowa, u stóp wzgórza Czop. Pałac otoczony jest parkiem krajobrazowym; fot. Romuald M. Sołdek

Przypałacowy park w stylu angielskim; fot. Romuald M. Sołdek

50

Jedna z sal pałacu staniszowskiego pałacu; fot. Romuald M. Sołdek

XVI wieku, gruntownie przebudowanym, rozbudowanym z inicjatywy księcia Henryka XXXVIII von Reuss w latach 1784–1787 na okazałą barokową rezydencję, dwukrotnie rozbudowywany w XIX wieku (1818 – oranżeria, 1887 – powiększony o skrzydło wschodnie). Pałac został założony na rzucie prostokąta, z bocznymi ryzalitami, 2-kondygnacyjny, 3-traktowy, nakryty dachem naczółkowym z lukarnami. We wnętrzu zachowana została bogata snycerka (boazerie, parkiety), kamieniarka (kominki, posadzki, sufity itp.) oraz floralne malowidła ścienne w saloniku ogrodowym. Pałac Staniszów słynął ze znamienitej kolekcji obrazów, dzisiaj niestety rozproszonej. Na przełomie XVIII / XIX wieku przy pałacu został założony jeden z najpiękniejszych parków krajobrazowych na Dolnym Śląsku, zaprojektowany w 1790 roku w stylu angielskim przez Petera Josepha Lennego. W obrębie parku znalazły się okoliczne lasy, malownicze formacje skalne góry Witoszy oraz wybudowane w XIX wieku przez księcia Henryka XXXVIII sztuczne ruiny zamku na wzgórzu Grodna, z których roztaczał się niezapomniany widok na pasmo Karkonoszy i Kotlinę Jeleniogórską. Położenie pałacu i przepiękny park krajobrazowy sprawiały, że był jedną z piękniejszych posiadłości w Kotlinie Jeleniogórskiej. Park i lasy zajmowały łącznie 194 ha, na terenie parku znajdowały się sztuczne XIX-wieczne ruiny zamku, w którym urządzony był pokój myśliwski, sztuczna grota, pustelnia, wiszące skały, rozlegle polany i osie widokowe które zaskakiwały wspaniałymi otwarciami z jednej strony na pasmo Karkonoszy, a z drugiej na Kotlinę Jeleniogórską. Wszystko to sprawiało, że park był ulubionym miejscem wycieczek mieszkańców i gości pałacu, jak również licznych gości i turystów przebywających w okolicy. Sam park, pomimo tego, że był własnością prywatną, cały czas pozostawał otwarty dla gości z zewnątrz. Od początku XIX wieku Staniszów należał do najczęściej odwiedzanych i znakomitych miejsc rozrywki dla mieszkańców Jeleniej Góry i cieplickich kuracjuszy, nie tylko ze względu na bardzo gościnny pałac będący wówczas jednym z centrów życia towarzyskiego w regionie, ale również ze względu na malowniczą górę Witoszę z pustelnią „łomnickiego proroka” – Georga Rischmanna oraz wybudowaną specjalnie dla gości gospodę z ogródkiem piwnym i „Stonsdorferei” – słynną staniszowską wytwórnią likieru ziołowego. Staniszów, ze względu na położenie i dbałość mieszkańców o otoczenie, do końca

POLSKA

Pałac Staniszów uznany za Pomnik Historii. Uroczystość w Belwederze; fot. K. Sawicki

Do zakończenia II wojny światowej wieś, pałac i gospoda pozostawały w rękach księcia von Reuss, i cieszyły się sławą jednego z najważniejszych celów wycieczkowych Kotliny Jeleniogórskiej. Zaraz po wywłaszczeniu rodziny von Reuss, w pałacu urządzono sanatorium dla dzieci, następnie Państwowe Pogotowie Opiekuńcze. Później pełnił on funkcję ośrodka szkoleniowego Straży Pożarnej, a w latach 1991–2001 stał pusty. Typowy dla okresu powojennego stosunek do dóbr kultury dotknął również pałac w Staniszowie, w którym przeprowadzono kilka remontów, zamalowując lub częściowo niszcząc barokowe boazerie, posadzki i parkiety. W parku nie przeprowadzono właściwie żadnych większych zmian, poza przypadkowymi, chaotycznymi nasadzeniami, pozwalając mu zwyczajnie zarosnąć. Szczęśliwie pałac uchował się od bardziej radykalnych zmian w strukturze bryły i do dzisiaj można podziwiać XVIII- i XIX-wieczne elementy dekoracyjne w jego wnętrzach. Nie zachowały się natomiast żadne elementy pierwotnego wyposażenia. Nowe życie pałacu „W 2001 roku nabyłam wraz z mężem Wacławem Dzidą – opowiada dr Agata Rome-Dzida – historyk sztuki, prezes Zarządu Fundacji Forum Staniszów – od Starostwa Powiatowego w Jeleniej Górze – część całego założenia pałacowo-parkowego i natychmiast przystąpiliśmy z zespołem doświadczonych pracowników do przeprowadzenia prac remontowo-adaptacyjnych”.

Obiekt został uznany przez konserwatorów zabytków za najlepiej odrestaurowane założenie pałacowo-parkowe w całej Polsce. W lutym 2012 roku Pałac Staniszów zdobył status Pomnika Historii nadany przez JE Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Tym samym obiekt znalazł się w elitarnym gronie zabytków o szczególnej wartości historycznej, kształtujących dziedzictwo kulturowe Polski. Prace we wnętrzach pałacu polegały przede wszystkim na usuwaniu wszelkich powojennych naleciałości niszczących historyczną substancję (farby olejne, syntetyczne wykładziny) oraz jej starannym wydobywaniu, a także na działaniach adaptacyjnych mających nadać dawnej siedzibie arystokratycznej nową funkcję, z jak największą pieczołowitością co do wskazówek zawartych w dokumentach. „Pałac w naszym zamyśle miał pełnić m.in. funkcję usługową, hotelową, gastronomiczną (restauracja) i rekreacyjną (SPA). W pałacu przygo-

Agata Rome-Dzida, Prezes Zarządu Fundacji Forum Staniszów; fot. Camilla Lobo

Wystawa obrazów R. Lipskiego pt. „Pejzaż i coś tam po ludziach”; fot. A. Wielogórski

51


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA się nie tylko w założeniu pałacowo-parkowym w Staniszowie, ale również w innych obiektach zabytkowych Kotliny Jeleniogórskiej. W wydarzeniach biorą udział najwybitniejsi artyści z Polski i zagranicy. W jednym z zabudowań folwarcznych, w którym działać będzie Centrum Sztuki, zakończono prace remontowe. Centrum ma stać się ośrodkiem badań, dokumentacji i prezentacji twórczości artystów tzw. kolonii artystycznej, zarówno w jej wydaniu współczesnym, jak i przedwojennym, a więc artystów tworzących w Karkonoszach do 1945 roku (niemieckich artystów) i artystów tworzących w tym regionie po zakończeniu II wojny światowej (polskich artystów).

Wyruszając z budynku SPA publiczność przeszła przez stację z Romantycznie pląsającymi Rusałkami nad Ruczajem u stóp Kamiennego Mostku (M. Janiak, libretto); fot. Małgorzata Potoczak-Pełczyńska

„Opera Pałacowa”. Autor libretta, Marek Janiak poprowadził korowód operowiczów przez kolejne stacje przedstawienia; fot. Camilla Lobo

towaliśmy 38 pokoi dwuosobowych, w tym 4 apartamenty. Każdy z pokoi charakteryzuje się indywidualnym wystrojem wnętrza dopasowanym, w zależności od położenia, do charakteru każdego kolejnego miesiąca, żywiołu, koloru, pory roku lub znaku zodiaku. Równolegle z remontem pałacu podjęliśmy prace w parku, polegające na usuwaniu dzikich narośli, odtwarzaniu pierwotnych osi widokowych, alejek spacerowych, oczyszczaniu stawów i zakładaniu nowych trawników. To całe przedsięwzięcie nie było łatwe, wymagało nie tylko pokaźnego zaplecza finansowego, ale również wiedzy i doświadczenia. Obiekt został otwarty już w 2002 roku, ale najważniejsze prace remontowe w głównym pałacu, najbliższym otoczeniu parkowym oraz tzw. Domu Kawalera, a także prace adaptacyjne zabudowań folwarcznych na cele kulturalne i rekreacyjne, zakończyły się pod koniec lata tegoż roku. Kierunek naszych działań wyznacza nie tylko zawodowe doświadczenie i wykształcenie, ale przede wszystkim życiowa pasja” – podsumowuje dr Agata Rome-Dzida.

52

Forum Staniszów dla kultury i sztuki Fundacja Forum Staniszów działa od 2004 roku. Powołana została w celu propagowania kultury i sztuki związanej z regionem Dolnego Śląska, a w szczególności Karkonoszy. W pałacowej oranżerii można oglądać prace malarzy, grafików i ceramików z Kotliny Jeleniogórskiej, prezentowane również na wystawach wyjazdowych. W 2006 roku zainaugurowano Festiwal „Muzykalia Staniszowskie”, na który co roku składa się kilkanaście koncertów odbywających

Inauguracja Centrum Sztuki Premiera interdyscyplinarnej „Opery Pałacowej” w reżyserii Marka Janiaka, która odbyła się 20 września br., uroczyście zainaugurowała działalność Centrum Sztuki oraz SPA w Staniszowie. Najlepsi polscy artyści współcześni – grupa Łódź Kaliska, Jerzy Kosałka, Roman Lipski, Łyżka Czyli Chilli oraz Akademicki Chór Politechniki Wrocławskiej pod dyrekcją Małgorzaty Sapiechy-Muzioł – zaanektowali całą przestrzeń założenia pałacowo-parkowego w Staniszowie, prezentując swoje instalacje, obrazy, rzeźby, happeningi oraz performance. „Opera Pałacowa” jest dziełem totalnym, obejmującym zarówno różne gatunki sztuk, jak również całą przestrzeń założenia w Staniszowie. Do wzięcia w niej udziału zostali zaproszeni artyści, których domeną jest kpina, ironia i permanentny dystans do otaczającego ich świata, jak również ci, którzy z pełną powagą i głębią przeżycia starają się go opisać i przedstawić w dziele sztuki. Totalność „Opery” zasadza się więc również na biegunowości postaw artystów biorących w niej udział. Refleksja na temat historii ziem, które umownie nazywaliśmy przez lata „ziemiami odzyskanymi” (Jerzy Kosałka), fascynujący estetyzm i emocjonalizm klasycznych pejzaży (Roman Lipski) zderzają się z symbolami popkultury, „Instrukcją zabijania sztuki”, postulatem jej koniecznej komercjalizacji (Łódź Kaliska) oraz surrealistyczną refleksją o dobrobycie (Łyżka Czyli Chilli). Zderzenie artystycznych postaw; odwrócenie porządków, powaga zmieszana z kpiną; chaos, z którego być może narodzi się nowy porządek... Marek Janiak (Łódź Kaliska) pisze w libretcie „Opery Pałacowej”: Jak każda dobra opera, również i ta jest zbudowana z elementów umownych, które w takim samym stopniu są umowne co rzeczywiste. (...) Tak więc należy rozumieć, że wszystko, łącznie z pałacem, publicznością, artystami, wystawami, chórem, postaciami teatralnymi, performerami, aktorami, drzewami, rusałkami, a nawet kotem, są w równym stopniu zjawiskami rzeczywistymi co umownymi. W związku z tym nikt i nic nie może się czuć pewnie, bezpiecznie i ostatecznie. (...) Ze względu na powyższe „Opera Pałacowa” w sposób idealny miesza życie z umownością sztuki, tworząc zawiesinę, w której nie wiadomo co jest czym... Elementami składowymi „Opery Pałacowej” były: wystawa obrazów Romana Lipskiego pt. „Pejzaż i coś tam po ludziach”, ekspozycja pt. „Stefan Majonez” oraz „Instrukcja zabijania sztuki” Łodzi Kaliskiej (Marek Janiak, Andrzej Wielogórski, Andrzej Świetlik, Adam Rzepecki), performance oraz wideo-art pt. „Opera Mydlana” Łyżki Czyli Chilli (Waciak, Mendyk, Trzos), ekspozycja obiektów z „Kolekcji pałacowej” Jerzego Kosałki, „Żywe obrazy” Łodzi Kaliskiej, w tym żywe tańczące rusałki oraz „Cierpiący poeta romantyczny siedzący na sośnie”, „Wenus z Milo na kamieniu”, „Mona Liza”, „Siostry”, „Murzyn w nocy”, koncert Akademickiego Chóru Politechniki Wrocławskiej pod dyrekcją Małgorzaty Sapiechy-Muzioł. Na ręce prezes Fundacji dr Agaty Rome-Dzidy spłynęło wiele gratulacji, w tym list od Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego, Ministra Macieja Klimczaka z Departamentu Kultury Kancelarii Prezydenta RP, Jerzego Pokoja oraz Jerzego Łużniaka z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego.

„Tajemnice codzienności” 2012 Polska już po raz 20. wzięła udział w Europejskich Dniach Dziedzictwa – największym w Europie wydarzeniu poświęconym tradycji i zabytkom.

D

ni Dziedzictwa, organizowane od 1991 roku, odbywają się równocześnie w 49 krajach: wszystkich państwach starego kontynentu oraz w Turcji, Armenii, Azerbejdżanie i Gruzji. Polska włączyła się do tej akcji w 1993 roku. Rokrocznie we wrześniu w imprezie uczestniczą miliony osób. Nieodpłatnie zwiedzają zamknięte na co dzień obiekty, biorą udział w wycieczkach, festynach, turniejach rycerskich, warsztatach i konkursach, oglądają wystawy i spektakle, słuchają koncertów i prelekcji. Dzięki temu obywatele państw uczestniczących w EDD mają doskonałą okazję do poznania dorobku kulturowego regionu, który zamieszkują, możliwość zaznajomienia się z życiem i tradycją naszych przodków. Idea narodziła się 3 października 1985 roku w Grenadzie w Hiszpanii na II Konferencji Rady Europy, podczas której Minister Kultury Francji zaproponował zorganizowanie w całej Europie zainicjowanych we Francji w 1984 roku Dni Otwartych Zabytków. Wówczas po raz pierwszy bezpłatnie udostępniono zwiedzającym obiekty, do których dostęp dotychczas był ograniczony. Inicjatywa cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że w 1991 roku zainspirowała Radę Europy do ustanowienia Europejskich Dni Dziedzictwa. W całym kraju w terminie 8–9 i 15–16 września przygotowano ponad 1,5 tysiąca wydarzeń pod wspólnym hasłem „Tajemnice codzienności”. Taki temat obchodów już po raz szósty zaproponował wspólny dla całego kraju Narodowy Instytut Dziedzictwa – ogólnopolski koordynator EDD. Celem jest ocalić od zapomnienia piękno i urok codziennych zdarzeń – zwykłego domowego życia, rodzinnych i sąsiedzkich spotkań, potocznego języka, muzyki, obyczajów, obrzędów, pracy, rękodzieła, przybliżyć warunki mieszkalne.

Jak deklaruje NID, celem jest odkrywanie niezauważalnych, jednak stale wokół nas obecnych, ale też odchodzących już w zapomnienie, przemijających tradycji i związanych z nimi przedmiotów, tych zwykłych i tych codziennego użytku. Tajemnice codzienności mają zwrócić uwagę na dziedzictwo niematerialne, które jest kwintesencją bycia tu i teraz, pokazuje kreatywność ludzi, wspólnotę kulturową i historyczną będącą dla każdego człowieka podstawą do określenia własnej tożsamości. Tajemnice codzienności można było odkryć zarówno w mniejszych miejscowościach, jak i większych miastach. Na przykład w skansenie w Sierpcu odbył się pokaz kopania ziemniaków, obróbki owczej wełny i kiszenia kapusty. W Twierdzy Modlin zapoznano z historią mieszkającej tam kiedyś białej niedźwiedzicy Baśki Murmańskiej. W Siemczynie odbyły się m.in. warsztaty ceramiczne, pokazy zabaw, zwyczajów związanych z przyjmowaniem gości, przyrządzaniem posiłków i urządzaniem przyjęć. W stolicy udostępniono stację filtrów, w pałacu w Wilanowie ujawniono sekrety kuchni i szafy Jana III Sobieskiego, otwarto wejście do rzadko udostępnianej XVIII-wiecznej budowli Elizeum w parku im. Rydza-Śmigłego na Powiślu. Można było zwiedzić świeżo odrestaurowane, ale jeszcze nieudostępniane publiczności piwnice pod Muzeum Historycznym m.st. Warszawy przy Rynku Starego Miasta i kilkanaście warszawskich mieszkań urządzonych w XX wieku. Europejskie Dni Dziedzictwa z roku na rok coraz bardziej wpisują się w świadomość społeczną Polaków, a przy tym stają się ważnym instrumentem edukacji i promocji ochrony dziedzictwa narodowego.

53


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Siedlęcinie

S

iedlęcin może poszczycić się jedną z najwspanialszych i najlepiej zachowanych budowli średniowiecznych w Europie Środkowej – książęcą wieżą mieszkalno-obronną. Na okoliczność Europejskich Dni Dziedzictwa przygotował ciekawą ofertę w formie wystawy, dzięki której można było poznać codzienność i tajemnice mieszkańców wieży na przestrzeni siedmiu wieków. Miejscowość położona jest w dolinie Bobru, na granicy Kotliny Jeleniogórskiej i Gór Kaczawskich na Szlaku Zamków Piastowskich, Sudeckiej Drogi św. Jakuba (dawniej Via Cervimontana) i Kaczawskim Szlaku Średniowiecznych Malowideł Ściennych (w projekcie). Administracyjnie miejscowość ta znajduje się w gminie Jeżów Sudecki, w powiecie jeleniogórskim, w województwie dolnośląskim. Pierwszym etapem powstawania zamku było wzniesienie wieży mieszkalnej, datowane na 1314 rok. W tamtych czasach książęta śląscy nie zezwalali swoim lennikom na stawianie budowli o dużej wartości obronnej. Wieżę o wysokości 19 m i murach 2-metrowej grubości wzniósł książę Henryk I Jaworski. Każde z pięter pełniło inną funkcję. Pierwsza kondygnacja wieży była pomieszczeniem gospodarczym. Druga była mieszkaniem właścicieli. Trzecia miała charakter reprezentacyjny, później przechowywano tam zboże, ze względu na brak wilgoci. Następnie wieżę wraz z drewnianymi budynkami otoczono murami czterometrowej wysokości oraz fosą. Po śmierci Henryka I Siedlęcin, wraz z całym księstwem jaworskim, odziedziczył jego bratanek, książę świdnicki Bolko II. W 1368 lub 1369 roku księżna Agnieszka (wdowa po Bolku II) sprzedała wieżę dworzaninowi Jenschinowi von Redernowi. W rękach tej rodziny wieża pozostawała do połowy XV wieku. Wtedy to stała się własnością rodu Zedlitzów. Zamek został zniszczony w 1443 roku, a jedyną ocalałą częścią była wieża. Rozbudowa obiektu w XVI wieku obejmowała dobudowanie kolejnej – czwartej kondygnacji wieży mieszkalnej oraz platformy obronnej. W XVII wieku dostawiono budynek mający spełniać zadania gospodarcze i mieszkalne. W XVIII wieku właścicielami wieży w Siedlęcinie stali się von Schaffgotschowie (na ponad dwa wieki, 1732–1945). Wtedy to po południowej stronie wieży dobudowano budynek dworski oraz zasypano część fosy. Najprawdopodobniej również wtedy wieżę przekształcono w spichlerz. W 1840 roku rozebrano pozostałości murów obronnych. W latach PRL budynki gospodarcze były wykorzystywane jako część PGR. Mimo dwukrotnej przebudowy i „bezpańskiego losu”, wieża siedlęcińska przetrwała do dzisiaj w prawie

54

Siedlęcin – średniowieczna wieża książęca; fot. Hanna Kielich-Rainka

Dawny wygląd wieży książęcej w Siedlęcinie po przebudowie, na średniowiecznym malowidle

Wejście do wieży książęcej; fot. Jerzy Strzelecki

niezmienionym średniowiecznym kształcie. Do dziś zachowały się fragmenty murów, wieża książęca i brama. Wieża ma nienaruszony gotycki charakter. Na terenie ruin znajduje się Muzeum Wieży Książęcej w Siedlęcinie. Najciekawszym elementem wyposażenia wieży są XIV-wieczne malowidła ścienne (jedyne takie zachowane na świecie), datowane na lata 1320–1340 (inne źródła podają do 1345). Można je oglądać na drugim piętrze wieży (ich kompleksową konserwację przeprowadzono w roku 2006). Interesujące są również najstarsze zachowane w Polsce stropy drewniane, datowane metodą dendrochronologiczną na lata 1313 i 1314. Powierzchnia malowideł stworzonych metodą al secco (malowane na suchym tynku skrapianym wodą wapienną) to aż 33 m kw. Tematyka malowideł odbiega od tradycyjnych jak na tamte czasy motywów religijnych czy treści przypominających o ulotności doczesnego świata. Tutaj przekaz jest świecki i nawiązuje m.in. do rycersko-romansowej opowieści o sir Lancelocie z Jeziora, rycerzu Okrągłego Stołu, który przez grzeszną miłość do Ginewry zdradził króla Artura. Inne dekoracje przedstawiają księcia Bolka I Su-

rowego oraz św. Krzysztofa, patrona podróżnych i rycerzy, symbolizującego niewzruszoną wierność Chrystusowi, jak przystało na każdego prawdziwego rycerza-chrześcijanina. Podobnych polichromii jest w Europie niewiele, ale żadne z nich nie przedstawiają mitu arturiańskiego. Poszczególne freski opisane są na rozmieszczonych w sali tablicach informacyjnych, a zwiedzaniu towarzyszą dźwięki średniowiecznego chóru, co wprowadza niesamowity nastrój. W Muzeum często przedstawiane są wystawy dawnych strojów, szkiców bądź fotografii. Obecny właściciel, Fundacja Zamku Chudów, od 2001 roku aktywnie przyczynia się do podniesienia atrakcyjności tego miejsca. We wszelkich działaniach związanych z ratowaniem obiektu i inicjatywach popularyzujących, wieżę wspiera Fundacja Stowarzyszenie „Nasz Siedlęcin” oraz Stowarzyszenie Przyjaciół Zamku w Chudowie „CASTELLUM”. Na terenie obiektu od 2008 roku prowadzone są prace wykopaliskowe Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu Wrocławskiego.

Hanna Kielich-Rainka

55


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

wyrażać miały stabilność państwa i powagę instytucji, wznoszono początkowo w stylu klasycyzmu akademickiego, podniosłego, monumentalnego, nawiązującego do architektury z przełomu XVIII i XIX wieku. Rozwój technologii, dostępność lepszych materiałów i coraz większa wiedza o ich możliwościach pozwoliły na powszechne zastosowanie żelbetu, stali i szkła w budownictwie od połowy lat 20. Materiały te pozwalały przekraczać bariery wysokości budynków, rozpiętości sklepień, oświetlenia wnętrz, a wydawać się nawet mogło, że zakwestionowane zostały prawa grawitacji. Symbolem tych przemian stały się gmachy wznoszone w duchu modernizmu, na trwałe zmieniające panoramę miast. Śmiałe sylwetki warszawskiego Prudentialu – najwyższego budynku przedwojennej Polski – czy też chorzowskiej Komunalnej Kasy Oszczędności albo katowickiego wieżowca ZUS-u były dumną prezentacją nowoczesnej architektury w kraju, a tym samym symbolem prężności państwa. Funkcjonalizm przyniósł także zdecydowany przełom w powszechnym budownictwie. Architekci starali się projektować nie tylko tańsze budynki – czyli bardziej dostępne dla mniej zamożnych warstw społeczeństwa – ale także działać kompleksowo. W koloniach Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej powstawały domy mieszkalne, ale także wiele urządzeń infrastruktury potrzebnych do samodzielnego działania osiedla oraz budynków socjalnych i zaopatrzenia. Dbano także o miejsce do wypoczynku i zabawy dla dzieci. Planowano i realizowano budowę całych miast, jak choćby Gdyni – fenomenu owych czasów – która z nadmorskiego uzdrowiska zmieniła się w największy port regionu. Problemy i pozytywne ich rozwiązania stosowane w nie tak znowu odległej przeszłości powinny nas motywować do radzenia sobie z dzisiejszymi trudnościami. Mimo znaczących inwestycji ostatnich dwóch dekad, stan polskich miast nie jest we wszystkich dziedzinach życia w pełni satysfakcjonujący. Wiele problemów wymaga przedyskutowania. Dlatego ostatnia część wystawy to „Forum”, czyli miejsce, w którym zwiedzający może wyrazić swoją opinię o przedstawionych na fotografiach sytuacjach z życia miasta lub też obejrzeć zdjęcia nadesłane przez innych gości. Można nadsyłać także własne fotografie z krótkimi komentarzami, gdyż organizatorzy wystawy pragną, aby – zgodnie z duchem czasu – muzeum stało się także platformą wymiany poglądów, autentycznego kontaktu z historią i współczesnością. Ekspozycji towarzyszy rozbudowany program wydarzeń, które poszerzają tematy niemożliwe do detalicznego omówienia na wystawie. Równolegle trwają

1

2

3

Krzysztof Mordyński

Architektoniczne osiągnięcia okresu II RP stanowiły oczywisty dowód na to, że Polacy potrafią być przedsiębiorczy, twórczy i odnosić sukcesy. Odrodzone państwo potrzebowało nowych gmachów publicznych, lepszych domów i osiedli mieszkaniowych oraz założeń urbanistycznych. O trudnościach i zwycięstwach tego okresu opowiada wystawa „Architektura Polski niepodległej. Idea w przestrzeni miasta wczoraj i dziś”, prezentowana w Muzeum Niepodległości w Warszawie.

O

56

dzyskanie niepodległości niosło wielką nadzieję dla środowiska architektów i urbanistów. Co najmniej od kilkunastu lat przed wojną bardzo żywo dyskutowano o możliwościach zmian w wyglądzie miast i wsi, o poprawieniu warunków mieszkania i organizacji życia, znalezieniu dla budynków oblicza zgodnego z duchem nowych czasów, ale o wyraźnie polskim charakterze. Powstająca wcześniej, w XIX wieku zabudowa pozostawiała wiele do życzenia, gdyż za bogato dekorowanymi fasadami znajdowały się często niewygodne, ciemne i niezdrowe mieszkania. Architekci liczyli na to, że odnowiona Polska – inaczej niż zaborcy – dołoży starań, aby ten stan rzeczy zmienić. Jedną z koncepcji, która zyskała sobie największą popularność, była idea miast-ogrodów. Została ona opracowana przez Anglika

Ebenezara Howarda, ale szybko znalazła zainteresowanie wśród polskich architektów, gdyż łączyła się z wyobrażeniem sielskiego, idealnego miejsca do mieszkania: w domach nawiązujących swym wyglądem do dawnych szlacheckich dworków, z własnym ogrodem i dużą ilością naturalnego światła. Poszukiwano w ten sposób nie tylko architektury o narodowych formach, ale także warunków mieszkaniowych stanowiących przeciwieństwo najczęściej wytykanych wad ówczesnych miast: ciasnoty, zanieczyszczeń, tłoku, ciemności. Powstało w ten sposób wiele urokliwych osiedli, jak choćby warszawskie kolonie na starym Żoliborzu, Ochocie czy Saskiej Kępie. Najbardziej prestiżowe zamówienia łączyły się z zapotrzebowaniem państwa polskiego na siedziby dla urzędów. Gmachy, które

dwa cykle wykładów. W ostatnią środę miesiąca odbywa się spotkanie poświęcone architekturze i urbanistyce, prowadzone przez znakomitych wykładowców ze szkół wyższych, autorów książek i prac naukowych. W wybrane czwartki arch. inż. Grzegorz Mika przedstawia sylwetki słynnych architektów okresu II RP, Polaków rozpoznawanych za granicą ze względu na swoje osiągnięcia. Muzeum nie zapomniało także o najmłodszych, gdyż jednym z celów wystawy jest pobudzanie wrażliwości estetycznej. Raz w miesiącu, w sobotę, odbywają się kreatywne warsztaty dla dzieci, podczas których mogą one projektować „idealny” dom, miasto czy też przystanek autobusowy. Na zakończenie wystawy organi1. Projekt Świątyni Opatrzności Bożej prof. Zdzisława Mączeńskiego prezentowany na wystawie, ok. 1930; fot. T. Stani; własność córki prof. Z. Mączeńskiego 2. Gmach Komunalnej Kasy Oszczędności w Chorzowie, proj. Stanisław Tabeński, 1936–1937; fot. Czesław Datka, Narodowe Archiwum Cyfrowe 3. Dworzec Kolejowy w Gdyni, proj. Romuald Miller, 1923–1926; Muzeum Niepodległości w Warszawie 4. Pocztowa Kasa Oszczędności w Krakowie, proj. Adolf Szyszko-Bohusz 1924; Narodowe Archiwum Cyfrowe

4

57


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Romuald Gutt

zatorzy planują konkurs na projekt zmiany sytuacji urbanistycznej Muzeum, przewidziany przede wszystkim dla studentów kierunków architektonicznych i urbanistycznych. „Architektura Polski niepodległej. Idea w przestrzeni miasta wczoraj i dziś.” Wystawa jest czynna do 15 grudnia 2012 roku. Zespół kuratorski: Krzysztof Mordyński, Paweł Bezak, Stefan Artymowski. Projekt plastyczny wystawy: Elżbieta J. Kaszuba. Projekty graficzne: Mateusz Ryszkowski.

Krzysztof Mordyński – historyk, absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, adiunkt w Dziale Historii Muzeum Niepodległości w Warszawie, kurator prowadzący projekt „Architektura Polski niepodległej”, autor i współautor licznych wystaw czasowych Muzeum, w tym stałej „Z Orłem Białym przez wieki”. Jego zainteresowania badawcze dotyczą społecznego i ideowego kontekstu architektury i urbanistyki, szczególnie okresu realizmu socjalistycznego w Polsce.

Muzeum Niepodległości w Warszawie al. Solidarności 62, pałac Przebendowskich www.muzeumniepodleglosci.art.pl Muzeum jest beneficjentem Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2007–2013, działanie 6.1 Kultura pn. „Poprawa oferty kulturalnej i wzrost dostępności do kultury obiektów Muzeum Niepodległości w Warszawie poprzez rewitalizację i modernizację oddziału – Cytadeli Warszawskiej – w szczególności X Pawilonu, XI Pawilonu, Bramy Bielańskiej i dziedzińca”.

Spotkania z Mistrzami.

Ze wspomnień Tadeusza Mycka

fot. Hanna Kielich-Rainka

Architekci polscy, zwłaszcza ci z okresu przed i powojennego, nie tylko wykonali olbrzymią, twórczą pracę w kształtowaniu własnego, odrębnego oblicza architektury rodzimej, ale także odcisnęli znaczące piętno w rozwoju myśli architektonicznej w skali ogólnoświatowej. Niejedni zapisali też piękną kartę obywatelskich postaw i patriotyzmu, na przykład prof. Stefan Bryła zginął jak męczennik, został rozstrzelany na ulicy Puławskiej w Warszawie wśród 100 innych osób, usta miał zaklejone gipsem, ręce związane z tyłu. Po rozstrzelaniu zwłoki wrzucono na kilka samochodów ciężarowych i wywieziono nie wiadomo dokąd. Miało to miejsce 2 grudnia 1943 roku. Tak więc nasi mistrzowie walczyli i niejednokrotnie umierali za Polskę, po wojnie zbudowali na nowo kraj, mieli ambicje przodowania w dziele jego rozwoju i należeli do elity kulturalnej państwa. Jako adept sztuki stykałem się z wieloma polskimi architektami, a zafascynowany ich sztuką i ich twórczą pasją chciałbym poprzez moje szkice wspomnieniowe i rysunkowe przywrócić te sylwetki pamięci ogólnej. Poniżej przypominam jako pierwszych w moim cyklu Profesorów: Romualda Gutta, Zdzisława Mączeńskiego i Rudolfa Świerczyńskiego.

58

Tadeusz Mycek – architekt, rysownik, portrecista. Urodził się w Adamkach koło Radzynia Podlaskiego. Żołnierz Partyzanckiego Oddziału AK „Szarugi” na Lubelszczyźnie, odznaczony Krzyżami: AK, Partyzanckim i Akcji „Burza". Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej, gdzie się doktoryzował i wykładał w latach 1970–1976. Autor licznych projektów urbanistycznych, architektonicznych, wnętrzarskich i wystawienniczych oraz opracowań z zakresu grafiki użytkowej i rehabilitacji budownictwa. Projektant wielu zakładów przemysłowych, budynków mieszkalnych i obiektów użyteczności publicznej w kraju (w Warszawie m.in. zakładu T-1, zakładu dla Centralnej Spółdzielni Ogrodniczej, nadbudowy budynku Instytutu Geograficznego, przebudowy Teatru Współczesnego; Akademia Medyczna w Krakowie) i za granicą (m.in. amerykańska Częstochowa w Doylestown, rezydencje na Florydzie, w Rockford oraz Chicago w USA). Utrwala architekturę Warszawy, zwłaszcza warszawską Pragę – jest autorem ponad 200 rysunków samej Saskiej Kępy, gdzie mieszka, a także wielu innych miast na świecie.

Był czas, kiedy artystów rzeczywiście szanowano i naprawdę kochano. Kiedy obok aktorów, którzy z racji swego spektakularnego zawodu byli zawsze u szczytu popularności i architekci byli oczkiem w głowie społeczeństwa. W tych czasach żywo interesowano się pracą architektów, oceniano wyniki ich prac, a nierzadko otaczano szczerym podziwem. W prasie codziennej śledzono uważnie werdykty konkursów architektonicznych, wychwytywano plotki o architektach, o sposobie ich bycia, ubierania się. Place budowy, gdzie powstawały dzieła architektoniczne, były miejscami „pod specjalnym nadzorem” publicznym. Udane, a także niekiedy niezupełnie akceptowane lub wręcz kontrowersyjne budynki otrzymywały imiona czy nazwy, które przyjmowały się i funkcjonowały nawet w języku oficjalnym. Były to nazwy pieszczotliwe, ironiczne

lub dowcipne, ale zawsze odzwierciedlające sądy i opinie ogółu społeczeństwa. Był więc „dom bez kantów”, „dom kopnięty”, „pod biustonoszami”, „biały dom”, „żyletkowiec”. Jednym z takich twórców, na którego dzieła czekano i które komentowano był Profesor Romuald Gutt. Urodził się w Warszawie w roku 1888. Szkołę średnią, studia architektoniczne i szkołę sztuk pięknych ukończył w Szwajcarii. Profesor Wydziału Architektury PW i Akademii Sztuk Pięknych do dziś uważany jest za największego z wielkich architektów polskich. Jest twórcą wielu obiektów mieszkalnych, sportowych, użyteczności publicznej, mistrzem harmonijnego łączenia budynku z otoczeniem. Przez współpracowników zwany był „majstrem” z racji ogromnej wiedzy, intuicji artystycznej i wielu talentów koniecznych u architekta miary niepośledniej. Profesor Gutt zaprojektował i zrealizował m.in.: stadion w parku Skaryszewskim w Warszawie, przebudowę pałacu w Nieborowie, Kolonię Oficerską na Żoliborzu, plac Katedralny w Wilnie, regulację placu Piłsudskiego i Osi Saskiej z Ogrodem Saskim i wiele innych. Warto wspomnieć, że w latach 1934–1935 otrzymał I nagrodę w konkursie, a następnie zrealizował projekt otoczenia dworku Piłsudskich w Zułowie. Ja mam szczególne wspomnienia związane z Profesorem. Był bodajże rok 1949, zima, późny wieczór. Czekaliśmy dużą gromadą przed pokojem korekt na Profesora. Wreszcie, w głębi korytarza ukazuje się charakterystyczna postać: wysoki, szczupły, lekko pochylony, głowa w aureoli siwej grzywy włosów, w ustach nieodstępny papieros. Profesor wchodzi do pokoju, mija swoje biurko, podchodzi do okna. Zapada milczenie, czekamy. Profesor ciągle patrzy w mrok za oknem. W końcu powoli odwraca się i tak trochę do nas, trochę do siebie mówi szeptem: „ŚNIEG, PADA ŚNIEG...” Mija nas, wychodzi. Dzisiaj korekty nie będzie. Nie będzie? Ależ to była korekta: patrz, przyszły twórco otoczenia człowieka, pada śnieg, dokonuje się jeden z cudów natury! Patrz i ucz się piękna, w które będziesz ingerował swoimi dziełami! Patrz i niech dotrze do ciebie poczucie odpowiedzialności za twój przyszły zawód! Pamiętać winniśmy, że tworzymy wartości nieprzemijające, dzieła, które nas przeżyją, a to zobowiązuje. Pamiętać musimy również, że to my chatę tworzymy, ale że i chata nas tworzy. Tym samym bierzemy udział w kształtowaniu człowieka, tworząc mu to środowisko, te kulisy dla życia. To wymaga od nas głębokiej wnikliwości w życie ludzkie i umiłowania człowieka. Muzyk może dzieła swe poprawiać. Malarz lub rzeźbiarz zniszczyć. Nasze stoi i stać będzie, kiedy już nas nie będzie. Architekt nie może improwizować. On właściwie powinien być nieomylny. Bo człowiek może błądzić, ale błędu mu utrwalać nie wolno. (z przemówienia dziekańskiego w Lublinie w 1945 roku)

Profesor Gutt jako pierwszy z architektów polskich otrzymał Honorową Nagrodę SARP. Był to lipiec 1966 roku. 3 września 1974 roku zmarł. Ile razy patrzę na padający śnieg, widzę scenę sprzed lat. Słyszę słowa Profesora. Wtedy myślę, jak bardzo potrzeba nam wszystkim takich Profesorów.

59


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Zdzisław Mączeński

Profesor Zdzisław Mączeński uczył na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej chyba najważniejszego – po zasadach sztuki projektowania – przedmiotu, tj. zasad budowania. Prowadził Katedrę Budownictwa Ogólnego, w której poznawaliśmy tajniki powstawania domu: od jego stanu surowego, a więc wytyczenia w terenie, budowy fundamentów, ścian, kładzenia izolacji i stropów oraz montowania dachu, do robót wykończeniowych, w skład których wchodzą, jak wiadomo, otwory okienne, drzwiowe, okładziny, posadzki, malowanie, schody itp. Uczył wyśmienicie poprzez wykłady, ćwiczenia, powinność wykonywania specjalistycznych, technicznych arkuszy, wreszcie obowiązkowe praktyki na budowach. Robił to z wielką pasją, zaangażowaniem, oddaniem. Był niezwykle wymagający i bezlitosny w egzekwowaniu wyników prowadzonej przez siebie pracy dydaktycznej. Ale, mówiąc z ręką na sercu, mimo wszelkich starań, dydaktycznego talentu, ciągłych zabiegów, nie potrafił wzbudzić w nas do „budownictwa" specjalnych zainteresowań, nie mówiąc już o zamiłowaniu, nierzadko przecież spotykanym w przypadku studiowania innych przedmiotów na Wydziale. Może winna tu była astronomiczna wprost liczba prozaicznych informacji, które trzeba było – niestety – wykuć na pamięć, może – co jest chyba wytłumaczeniem bliższym prawdy – naturalna wręcz niechęć homo architectus do wszystkiego, co nie jest „czystą sztuką” w tym skomplikowanym zawodzie? Mączyński wiedział chyba o tym wszystkim doskonale, gdyż rolę swą na Wydziale wypełniał niczym święty Wojciech wśród pogan pruskich, traktując swą pracę pedagogiczną jak misję, bezustannie i z uporem przedkładając społeczności studenckiej ważność wykładanego przedmiotu. Różnił się jednakże od świętego metodami, bowiem obok słowa profesorskiego używał także restrykcji w postaci niezwykle surowo przeprowadzanych egzaminów. Nierzadkie bywały przypadki, kiedy rozsierdzony Profesor oblewał w ciągu jednego dnia kilkanaście (i więcej!) pod rząd egzaminowanych osób, nie

60

przepuszczając nikogo! Rwał sobie wówczas (dosłownie!) resztki włosów z głowy, beształ i... biadał nad przyszłością polskiej architektury! Baliśmy się więc Profesora okropnie i może więcej nawet Jego utyskiwań nad nami, nie pozbawionych przecież racji, niż samego niedostatecznego („czerwona dwója w kółku”) rezultatu egzaminu. Ale – o dziwo – lubiliśmy Go, a także bardzo szanowaliśmy. Młodzież zawsze czuje mistrza i ma dlań należyty respekt, a profesor Mączeński uosabiał mistrza i to nie lada, był bowiem świetnym twórcą, wybitnym uczonym, zamiłowanym, jak się rzekło wyżej, pedagogiem i dużego kalibru postacią w świecie architektonicznym, gdzie dodatkowo znano Go jako działacza i niepośledniej miary autorytet moralny. Moje dwa egzaminy u Profesora (dwa z budownictwa, na pierwszym i drugim roku) były pochodną tego wszystkiego, co wyżej napisałem o samym przedmiocie i o krewkim Profesorze. Na pierwszym omal nie oblałem i wysłuchałem okropnych rzeczy o sobie i bezlitosnych przepowiedni o przyszłym moim losie jako architekta (wygłaszanych – żeby nie było nieporozumień – tonem iście ojcowskim, nie obraźliwym, ale i nie pobłażającym), że poprzysiągłem sobie zrehabilitowanie się przy egzaminie drugim. Ale nie udało mi się to w stu procentach! Zdając, jak zwykle u Profesora w grupie, byłem dopiero drugi, otrzymując cztery z połową. Wyprzedziła mnie (o zgrozo!) koleżanka, przemiła Ala, późniejsza żona Witka Kuryłowicza i matka słynnego architekta Stefana, która otrzymała równe pięć! Byłem więc usatysfakcjonowany, ale, nad czym bardzo bolałem, tylko w niecałych stu procentach! Chlubiliśmy się Mączeńskim – my, studenci architektury – i toczyliśmy w akademiku na placu Narutowicza, gdzie mieszkaliśmy wymieszani z pozostałymi wydziałami politechnicznymi, homeryckie boje o Profesora i Jego rangę największego specjalisty od budownictwa, przedkładając Jego książkę Poradnik budowlany dla architektów nad książkę tej samej specjalności prof. Zenczykowskiego, którego z kolei preferowali nasi koledzy z inżynierii. Pomagał nam w tym niezwykle bogaty dorobek Profesora jako architekta: Mączeński zaprojektował i wybudował przeszło 70 obiektów, w tym znaczną liczbę kościołów, gmachów użyteczności publicznej, wiele szkół i około 20 domów mieszkalnych. Wśród licznych budowli Jego autorstwa wzniesionych w Warszawie są gmachy b. Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego przy al. Szucha (1930, dziś Ministerstwo Edukacji Narodowej) oraz b. Izby Przemysłowo-Handlowej przy ul. Frascati (1929; w latach 1948–1989 siedziba Ministerstwa Handlu Zagranicznego, a od 1989 mieści się tam Kancelaria Prezydenta RP). Szermowaliśmy wówczas także Jego nieprzeciętnym nawet jak na tamte czasy wykształceniem (w Wiedniu, Krakowie i Warszawie), zdobytymi nagrodami i wyróżnieniami (konkursy, nagrody państwowe, wawrzyn akademicki w 1935 roku za zasługi dla polskiej sztuki), pełnionymi ważnymi funkcjami (naczelnik Wydziału Budownictwa Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego w latach 1919–1939, dziekan i prorektor PW), wykładami na tajnym Wydziale Architektury i w Państwowej Wyższej Szkole Technicznej w Warszawie w czasie okupacji oraz naukowymi badaniami (m.in. praca pt. Elementy i detale architektoniczne w historycznym rozwoju).

Rudolf Świerczyński Należał do wąskiego grona dziesięciu architektów, założycieli Wydziału Architektury w Warszawie w roku 1915. Byli to: Mikołaj Tołwiński, Rudolf Świerczyński, Józef Dziekoński, Jan Heurich, Karol Jankowski, Czesław Domaniewski, Juliusz Kłos, Kazimierz Skórewicz, Tadeusz Tołwiński i Jarosław Wojciechowski. Był jednym z pierwszych profesorów Wydziału. Miał wówczas 28 lat! Objął Katedrę Projektowania Wiejskiego jako laureat (wspólnie z Romualdem Guttem) dwu pierwszych nagród na projekty zagród wiejskich, konkurs mający na celu uzyskanie pomysłów na charakter zamierzonej odbudowy kraju po zniszczeniach I wojny światowej. W roku 1929 został kierownikiem Katedry Projektowania Miejskiego, powołując na swego asystenta Macieja Nowickiego, późniejszego współtwórcę gmachu ONZ w Nowym Jorku. Szybko zdobył sławę pierwszego architekta II Rzeczypospolitej. Największe i najważniejsze budynki stolicy powstałe

w tym okresie, jak gmach Ministerstwa Komunikacji na Chałubińskiego (1928), gmach Banku Gospodarstwa Krajowego w Alejach Jerozolimskich (1929) czy gmach kierownictwa Marynarki Wojennej na Żwirki i Wigury (1933) to dzieła Świerczyńskiego, powstałe najczęściej w wyniku wygranych konkursów. Świerczyński przeszedł do historii architektury polskiej otoczony legendą artysty i twórcy szkoły architektonicznej, którą potrafił uformować w prowadzonej przez siebie katedrze projektowania. Dewizą tej szkoły była formuła: Od architekta z akademickim wykształceniem wymaga się pracy twórczej, a nie bezmyślnego naśladownictwa. A trzeba pamiętać, że były to czasy, kiedy na dobrą sprawę nie

POLSKA

mieliśmy architektury własnej, kiedy – i w tej dziedzinie – zaczynaliśmy właściwie od zera! To właśnie w latach 20 XX wieku pojawia się słowo „architekt” w miejsce „pan budowniczy”, „pan inżynier”, a nawet „pan radca”, którymi to tytułami zwracali się do architekta przedsiębiorcy budowlani i majstrowie na budowie. Profesor Świerczyński – pisze prof. Bohdan Lachert w wydanej na 50-lecie uczelni warszawskiej książce – prowadził naukę projektowania w sposób specyficzny. W ciągu całej działalności pedagogicznej wygłosił zaledwie kilka wykładów, o których przetrwały jedynie mgliste wspomnienia. W czasie przeprowadzania korekt prac studenckich oceniał głównie fragmenty projektów, krótką formułką „dobrze” lub „źle”. Zastanawianie się autora pracy na tak enigmatyczną oceną profesora zmuszało do intensywnej, samodzielnej pracy koncepcyjnej, której kierunek sugerowali niekiedy asystenci. Był powściągliwy – jak głoszą pisane informacje z tamtych lat – w dokonywaniu radykalnych przemian we własnej pracy twórczej, z zainteresowaniem zaś obserwował i prowadził proces kształtowania się studenckich nowatorskich poczynań. Łączyło to się z ówczesnym odkrywaniem prac le Corbusiera. To Świerczyński sprowadził książki tego artysty i pokazał je studentom. Nastąpiło to jesienią 1923 roku. Warszawska młodzież architektoniczna – jak podaje prof. Niemojewski – grupująca się zwłaszcza wokół katedry Świerczyńskiego, usłyszała hasła z Paryża i z zapałem je pochwyciła. „Zaczyn modernistyczny” począł szybko fermentować, przerzucając się na inne katedry. Potężny, rewolucyjny wprost ruch nowej architektury przeniknął wtedy warszawski Wydział i wytknął – na kilka najbliższych lat – nowy kierunek w naszej architekturze. Rudolf Świerczyński urodził się w Rudniku koło Łowicza. Ukończył szkołę realną w Warszawie, studiował w Warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych, na Politechnice Darmsztackiej i w Dreźnie. Praktyki architektoniczne odbył u prof. Fritza Schumachera w Dreźnie i Józefa Gałęzowskiego w Krakowie. Ochotnik w wojnie 1920 roku. Był członkiem Stowarzyszenia Młoda Sztuka, Towarzystwa Urbanistów, Towarzystwa „Praesens”, Stowarzyszenia Architektów (Prezes Oddziału Warszawskiego od 1934 roku). Laureat pierwszych nagród w wielu konkursach architektonicznych. Dziekan Wydziału Architektury w latach 1932–1933, 1933–1934. W roku 1937 otrzymał Grand Prix w Paryżu na wszechświatowej wystawie, za całokształt swoich prac.

61


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA Gwiazdy teatru i filmu piękne i wytworne: Pola Negri, Jadwiga Smosarska, Hanka Ordonówna, Elżbieta Barszczewska, Irena Eichlerówna i wiele innych jaśniały pełnym blaskiem i były obiektami adoracji i uwielbienia. Wspomnieć należy również o kabaretach warszawskich – owych teatrach drugiego nurtu, zwanych nadscenkami, niosących swojej

wielką atrakcją dla przemyślan był występ Adolfa Dymszy (1934), którego taneczne i mimiczno-wokalne zdolności, jak donosiła ówczesna prasa, „wzbudziły należyte zainteresowanie we wszystkich sferach naszego miasta”. Na wystawie można posłuchać piosenek skomponowanych w dwudziestoleciu, zobaczyć wizerunki ich wykonawców na tle epoWiesława Wideryńska - kurator wystawy

Warszawa - Przemyśl Kierunek Lwów publiczności wytchnienie, ale także bacznie przypatrujących się rzeczywistości, czynnie ją komentujących, nierzadko w tę rzeczywistość uwikłanych. Kabaret tworzony przez środowisko inteligencji polskiej lat 20. i 30., przez ludzi takich jak Tuwim, Hemar, Słonimski, Boy, Lechoń, Jarossy, nadawał barwę, smak i intensywność egzystencji ówczesnego społeczeństwa. Rozrywka uwielbiana przez warszawiaków i bardzo obecna w ich życiu – w formie piosenek, dowcipów, najrozmaitszych ploteczek, komentarzy zastępowała dzisiejsze seriale telewizyjne. Popularni aktorzy budzili olbrzymie zainteresowanie. Gwiazdy kabaretu Hanka Ordonówna, Zula Pogorzelska, Mira Zimińska-Sygietyńska, Stefania Górska, Fryderyk Járossy, Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza były kochane przez publiczność, spełniając rolę dzisiejszych celebrytów. Przemyśl w okresie międzywojennym gościł wielu artystów ze stolicy. W 1934 roku wystąpił „Chór Dana” z najpopularniejszym wówczas piosenkarzem w Polsce Mieczysławem Foggiem. Przemyska publiczność miała też okazję kilkakrotnie (m.in. w roku 1936) oklaskiwać Hankę Ordonównę, która przyjechała tu z własnym recitalem. Do Przemyśla zawitał także uwielbiany przez kobiety, dowcipny i szarmancki aktor – Eugeniusz Bodo. Piosenki śpiewane przez niego w filmach natychmiast stawały się szlagierami. Równie

W Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej w Przemyślu pod koniec października otwarta została wystawa dotycząca wybranych aspektów życia artystycznego w Polsce lat 20. i 30. XX wieku, okresu kultury współczesnej kiedyś ocenianego krytycznie i niesprawiedliwie, dziś wywołującego podziw i sentyment. Odzyskana niepodległość ofiarowała Polakom prawo do pełni życia, co przyczyniło się do rozwoju, a wręcz eksplozji w różnych dziedzinach kultury. Warszawa po 1918 roku była największym miastem Polski, niekwestionowanym centrum nowego państwa Zjechało się do tej nowej stolicy wszystko, co było rzutkie i nie zasypiające gruszek w popiele, ze Lwowa, Wilna, Poznania Krakowa dawnej Galicji. Słyszało się wszystkie gwary i narzecza… Spieszył się kto mógł do Warszawy jako miasta przyszłości… Kurator i pomysłodawca wystawy podjął próbę pokazania, jakim echem odbiły się w Przemyślu warszawskie wydarzenia kulturalne w dziedzinie teatru, filmu, kabaretu czy wreszcie życia kawiarnianego spełniającego między innymi ważną funkcję kulturotwórczą. Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego goście odwiedzali tłumnie ulubione kawiarnie, cukiernie, restauracje. Naturalnie, można było się w nich posilić, ale także zaistnieć towarzysko,

62

spotkać się w interesach, przejrzeć gazety. Ten ostatni zwyczaj był szczególnie popularny na obszarze byłej Galicji. Do kawiarni szło się jak do siebie – spotkać znajomych, poczytać prasę. W Warszawie kawiarnie i cukiernie były głównie miejscem spotkań towarzyskich. Do nich uczęszczał cały świat artystyczny stolicy. Tam spotykały się grupy literackie i artystyczne, formowały się nowe prądy literackie i plastyczne. W kawiarniach miewali swoje stoliki Tuwim, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński, Lechoń, Hemar, Gronowski, Sempoliński, Fiszer oraz inni znani i sławni przedstawiciele świata kultury i nauki. Najsłynniejsza z nich „Mała Ziemiańska” przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie tak została opisana przez Irenę Krzywicką: W słynnej kawiarni Ziemiańskiej na ulicy Mazowieckiej znajdowało się magiczne półpiętro, gdzie stał tylko jeden stolik i gdzie schodzili się poeci „Skamandra“ i różne znane osobistości ze świata artystycznego. Stolik był ekskluzywny, a straż, niesłychanie surową pełnił przy nim Lechoń, odpędzając przy pomocy morderczego dowcipu, wszystkich niepowołanych. W Warszawie lat 20. i 30. odnotowujemy również wielki rozwój życia teatralnego. Stało się tak dzięki talentowi reżyserskiemu Stefana Jaracza, Juliusza Osterwy, Leona Schillera i Arnolda Szyfmana.

Podróż po dwudziestoleciu

ki i jej stylistyki, obejrzeć fragmenty starych filmów zrealizowanych przed 1939 rokiem. W fotoplastykonie ujrzeć ulice miast, gdzie na tle często już nieistniejącej architektury królowały neony oraz plakaty reklamowe zaprojektowane przez najwybitniejszych artystów plastyków, m.in. Tadeusza Gronowskiego, Edmunda Bartłomiejczyka. Zapraszamy w fascynującą i niezwykle ciekawą podróż po historii, zobaczymy fragment świata, którego już nie ma, jest on niestety czasem przeszłym.

Wystawa zrealizowana przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy wspólnie z Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej przy współudziale: Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie Muzeum Teatralnego w Warszawie Muzeum Historii Polski Kino Muzeum Kinematografii w Łodzi „A Warsz pollo” ul. M awa; f Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli arszałk o Doku menta t. ze zbior owska 10 Muzeum Kolejnictwa w Warszawie ó 6 cji Me chanic w Archiwu , Muzeum Plakatu w Wilanowie m znej Hanka fot. ze Ordonówn (26.10.2012–31.01.2013) a z , tacji M biorów Ar Warszawa , c echan icznej hiwum Dok 1925; umen Scena p sylwes rzed restau racją „ trowy Oaza”, w Wa zbioró rsz wie w Warsz Muzeum H awie, 1927 czór ; fot. z awy istory e czneg o m. s t. Arnold Polskie Szyfman – g Brzoz o w Warsz dyrektor ow a T nr 7, s ski, „Tygo wie; fot. St eatru anisła . 137, dnik w 19 Histor I yczne 33, ze zbio lustrowany go m.s ” r t. War ów Muzeu m szawy

63


Teatra grodzieńskie Rozmowa ze Zbigniewem Jędrychowskim

Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

sejmów i zamków królewskich (w jednym z nich podpisano drugi rozbiór, a król Stanisław August Poniatowski zrzekł się korony). I dodatkowa okoliczność: otwarty w roku 1784 dla publiczności teatr przetrwał zawieruchy dziejowe i zachwyca swoją architekturą do dziś. Stanisław August uchodzi za jego mecenasa, a pierwszymi widzami byli posłowie, którzy zjechali nad Niemen na obrady sejmowe.

Niedawno ukazało się obszerne Pana dzieło Teatra grodzieńskie 1784–1864. Publikacja zawiera mnóstwo dokumentów, zdjęć, reprodukcji afiszów teatralnych, map; tekst główny uzupełniony jest przypisami. Teatra grodzieńskie… to opracowanie naukowe, monografia zawierająca opis mało znanej dotychczas historii teatru polskiego w Grodnie – od chwili otwarcia sceny publicznej aż do zamknięcia przedstawień w języku polskim po upadku powstania styczniowego. Ponieważ przy jej pisaniu korzystałem z materiałów archiwalnych, umieściłem stosowne odsyłacze, wskazując nie tylko na miejsce przechowywania źródeł. Przypisy dopełniają również główną narrację wieloma szczegółami. Historię teatru opowiadam na szerokim tle uwarunkowań historycznych epoki. Ponadto książka obejmuje dzieje teatrów wędrownych w guberni grodzieńskiej, czynnych podczas kontraktów, jarmarków bądź w sezonie letnim. Mam tu na uwadze zwłaszcza teatry w Nowogródku, Druskienikach, Zelwie i Świsłoczy. Jak długo trwały przygotowania? Czy miał Pan współpracowników? Czy były problemy w dotarciu do źródeł? Czy w swoich poszukiwaniach dokonał Pan odkryć? Poszukiwania archiwalne prowadzę od ponad dwudziestu lat i stwierdzam to bez zarozumiałości, że pośród zakurzonych stosów rękopisów czuję się jak ryba w wodzie. Początki nie były łatwe. Pewnego rodzaju nieufność, z którą spotkałem się zwłaszcza w Grodnie, z czasem minęła i zastąpiły ją rozmowy i kontakty naukowe oraz zwykła, ale bezcenna ludzka życzliwość. Kwerendy przeprowadzałem w archiwach i bibliotekach białoruskich, litewskich, rosyjskich i ukraińskich – w Grodnie, Mińsku, Wilnie, Petersburgu i Moskwie oraz Kijowie – i naturalnie w Polsce. Niejednokrotnie moim poszukiwaniom towarzyszyły wielkie emocje, chociażby przy odnalezieniu afisza Dziadów kamienieckich z roku 1832 czy też wtedy, gdy wpadł mi do rąk druczek wydany z okazji premiery baletów w teatrze magnackim Antoniego Tyzenhauza. Ekscytacja towarzyszy zresztą badaniom na co dzień, już podczas przeglądania katalogu. W mojej pracy zwielokrotniła się ona poprzez poszukiwania w różnych ośrodkach, dzięki czemu mogłem opisać wiele zagadkowych z perspektywy czasu kontaktów w świecie teatralnym, ale także na linii teatr – władza, i oczywiście, to bardzo ważne, nieznanych wcześniej uwarunkowań pomiędzy słowem pisanym (egzemplarze sztuk) a mówionym (scena). Pragnę także podkreślić, że wielką pomoc w badaniach uzyskałem od pana Jerzego Timoszewicza z Warszawy i prof. Anatola Sobolewskiego z Mińska.

64

Skąd fascynacja teatrem, a w tym przypadku teatrem w dawnych granicach Rzeczypospolitej? Jakie było znaczenie założenia teatru w Grodnie i i jakie miał oczekiwania jej twórca Stanisław August Poniatowski? Przede wszystkim była to niezapisana karta historii teatru. Grodno – niezwykle pięknie ulokwane na wysokim brzegu Niemna, było miastem wielkich tradycji Rzeczypospolitej, jej chwały, ale i „ciemnych kart” historii, miastem

Pisze Pan o wielu wybitnych aktorkach i aktorach… Bezsprzecznie pierwszeństwo należy oddać trzem znakomitym i pięknym aktorkom: Salomei Deszner, Izabeli Górskiej i Barbarze Linkowskiej. Były one również directrissami sceny grodzieńskiej. Ale w Grodnie występował także Wojciech Bogusławski, Kazimierz Skibiński i Stanisław Nowakowski – niezły aktor i dyrektor sceny najbardziej uwikłany w jej rusyfikację. Nie sposób pominąć Wilhelma Schmidkoffa, który wystawiał interesujący repertuar romantyczny, chociażby Kasię z Heilbronn Kleista i operetkę Moniuszki Ostatnia loteria warszawska. Poważnym problemem dla teatru była cenzura utworów scenicznych, zwłaszcza po przyłączeniu Grodna do Rosji. Cenzura w teatrze grodzieńskim istniała już w roku 1793: sztuka musiała otrzymać zgodę na wystawienie i dlatego konkretny egzemplarz utworu trafiał na biurko cenzora do zatwierdzenia. Była to cenzura prewencyjna. Podobnie było w czasach gubernialnych, kiedy zaborca śledził i wykreślał każde podejrzanie brzmiące słowo. Skreśleniu ulegały nawet większe fragmenty kwestii. Niektóre sztuki były w ogóle zakazane. Jednak cenzura gubiła się w gąszczu przepi-

sów, aż podjęto decyzję, że od roku 1846 na Ziemiach Zabranych będzie ona podlegać Warszawskiemu Komitetowi Cenzury (wcześniej była w rękach III Oddziału w Petersburgu). Istniała również cenzura represyjna. Na przykład w Grodnie w roku 1833 skazano na kilkadziesiąt godzin aresztu aktora za wystawienie sztuki zakazanej. A jak Pan widzi współczesne Grodno teatralne ? W liczącym niemalże 230 lat budynku teatralnym, którego fragment dziejów spisałem, obecnie ma siedzibę teatr lalkowy. Teatr dramatyczny od roku 1984 mieści się w nowoczesnym gmachu, wpisanym w krajobraz nadniemeńskiej skarpy. Obydwie sceny prężnie działają i są ważnymi ośrodkami teatru białoruskiego. Stary teatr niedawno poddano gruntownemu remontowi. Jestem niezmiernie ciekaw, czy odkryto podczas renowacji chociażby fragment muru pruskiego, poświadczający, że pierwotnie budynek teatru był ujeżdżalnią. I marzę o tym, aby w odnowionym teatrze wystawiono balety Antoniego Tyzenhauza, których libretta odnalazłem. Warunek do spełnienia: w orkiestronie teatru zasiądzie prawdziwa orkiestra. Zapewne należałoby włączyć do spektaklu kameralną operę. Byłby to wspaniały jubileuszowy wieczór – na okoliczność sędziwego gmachu teatru. Rozmawiała Hanna Kielich-Rainka Zbigniew Jędrychowski – doktor nauk humanistycznych, historyk teatru. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim i historię teatru w Instytucie Teatralno-Artystycznym w Mińsku. Obecnie pracownik Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, wcześniej związany z Operą Wrocławską i redakcją „Notatnika Teatralnego”. Autor licznych publikacji o teatrze polskim na Kresach, w tym o przedstawieniu czwartej części Dziadów w Kamieńcu Podolskim w roku 1832.

Pamiętajmy o książkach,

tych... szeleszczących

Teatra grodzieńskie 1784–1864, Zbigniew Jędrychowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, 2012

Remember me! Pamiętaj o mnie! – to tytuł widocznej obok na zdjęciu tzw. książki obiektowej. Poprzez ujęcie w ramkę – podobnie jak zazwyczaj prezentuje się obraz, grafikę lub fotografię – książka stała się przestrzenną figurą. Uprzednio zawarta w niej treść przestała być dostępna i pozostaje bez znaczenia, gdyż nowa forma, zgodnie z założeniem autorki, jest manifestem przeciw wkraczaniu w szybkim tempie w naszą rzeczywistość czytników cyfrowych, które zwiastują zmierzch papierowej, szeleszczącej książki.

Diana Pignard – jest Francuzką pochodzenia polskiego, urodzoną w 1974 roku. Studiowała w Paryżu na Sorbonie literaturę francuską i lingwistykę. Wykładowca semiologii. Uzyskała tytuł doktora nauk humanistycznych w 2011 roku. Zajmuje się poezją, kaligrafią, rysunkiem oraz obiektami książkowymi o charakterze unikatowym. W 2003 roku po raz pierwszy wzięła udział w Paryskim Salonie Jesiennym (Salon d’ Automne) w sekcji książki artystycznej. Ma w swoim dorobku wystawy zbiorowe we Francji, w Norwegii i Polsce. Jest członkiem APAJTE – Association Polonaise des Auteurs, Journalistes et Traducteurs en Europe, które promuje swoich członków, m.in. w Warszawie podczas Warszawskich Targów Książki w maju.

Zbigniew Jędrychowski z prof. Anną Kuligowską-Korzeniewską podczas Warszawskich Targów Książki w PKiN, 12.05.2012; fot. ze zbiorów prywatnych

Książka obiektowa Remember me! Pamietaj o mnie! projektu Diany Pignard prezentowana na stoisku APAJTE na WTK w maju br., fot. Hanna Kielich-Rainka

65


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Rok Józefa D

wieście lat temu urodził się Kraszewski. Ileż pokoleń od tego czasu czytało jego powieści? Ilu prapradziadków i praprababć mogłoby ze swymi praprawnuczkami porozumiewać się poprzez odwołania do pewnych typów i postaw ludzkich czy przez przypomnienie jakiejś sytuacji fabularnej? A ilu rodziców i ich rodziców mogłoby w takich rozmowach uczestniczyć? Sprawy przedwczorajsze, wczorajsze i dzisiejsze, mimo zupełnie innych ubiorów ludzkich, innych stanowisk społecznych, innej waluty, sprzętów domowych, innego wyglądu całego świata, byłyby przez te typy i przez te sytuacje ludzkie połączone. Czyż odrzucenie społeczne albo krępująca siła świata wartości kultury, w której się człowiek wychował, znane z wielu przykładów codziennych informacji, nie są prefigurowane w Chacie za wsią? A Szalona, Ada czy Ulana – czyż nie były głosem, którym dziś się mówi o problemach społecznych wynikających z biokulturowych różnic między płciami? Stara baśń w niedawnej ekranizacji filmowej arcydziełem nie była, ale jednak liczne wpisy internetowe dowodzą, iż wielu bardzo młodych ludzi odnalazło w niej swoje udręki i nadzieje egzystencjalne. I tak Kraszewski trwa niezmiennie od pokoleń jako arka przymierza między pradziadami a prawnukami. Tylko kilka tytułów wymieniłem, to niewielki procent masy spadkowej po pisarzu. Większości utworów od lat nikt nie czyta. A kto niby czyta liryki Z. Krasińskiego? Toż przez całe dziesięciolecia uniwersyteccy i licealni profesorowie trwali – i kazali trwać uczniom – w kulcie trzech wieszczów. Kult został, zakres lektur coraz to węższy… To normalne i nieuchronne, że z czasem czytelnicy coraz rzadziej sięgają po niektóre utwory. Pisarz, którego twórczość przeżyła potrzeby duchowe jednego pokolenia, może się w literackim niebie cieszyć i pysznić. A pisarz, który tylu generacjom czytelników poddawał ton dla myśli i uczuć, który utrwalił, zapisał swój czas i zrobił to w taki sposób, że odnalazł w tym obrazie ponadhistoryczne sensy i wartości, na pewno zasługuje na szacunek. Co by było, gdyby Sejm Rzeczypospolitej Polskiej jednocześnie z uchwałą „w sprawie ustanowienia roku 2012 Rokiem Józefa Ignacego Kraszewskiego”, (16.09.2011), otrzymał też projekt uchwały o wydaniu na koszt państwa Pism wszystkich Kraszewskiego? Może jedyny raz w tej kadencji rząd i opozycja mieliby wspólne zdanie, że nas na to nie stać. Ogrom plonu, który wyszedł spod pióra (dosłownie – pisał zawsze osobiście, gęsim piórem) pisarza, nie przestaje zdumiewać. Samych powieści napisał około 400 tomów, ponad 100 opowiadań, 24 dramaty, 9 tomów poezji, kilkanaście obszernych, źródłowych prac naukowych, 42 tytuły opracowań edytorskich, w tym manuskryptów, których oryginałów dziś już nie ma, więc edycje stanowią bezcenne źródła dokumentacyjne. A jeszcze 21 książek stanowiących jego przekłady z języka łacińskiego, niemieckiego,

66

francuskiego. I podróżopisarstwo. I niepoliczoną po dziś ogromną twórczość krytycznoliteracką, publicystyczną. Przez całe lata kilka tytułów prasowych zasilał tzw. korespondencjami – felietonami drukowanymi co kilkanaście dni. Znam chyba wszystkie jego pozycje książkowe, całą korespondencję prywatną, pewnie większość wypowiedzi prasowych, ale nie potrafiłbym określić, na potrzeby wydawnicze, ile tomów zajęłyby w druku owe korespondencje, a ile tomów zajęłyby komentarze do nich, skoro pisał o cywilizacji całej Europy, a przytaczał takie fakty i tytuły w różnych językach, że nie można sobie nawet wyobrazić jakiejś „kraszewskopedii” tworzonej niezliczonymi siłami specjalistów. Już tylko dla porządku wspomnijmy, że współpracował z ponad 110 czasopismami polskimi i obcymi (ponad 80 tytułów), a redagował 6 czasopism, które stanowią chlubę polskiej historii prasy. To tylko część tego, co zostawił, zza plonu trzeba też dostrzegać codzienny mozół i trud pracownika. Niewątpliwie był Kraszewski fenomenem w skali światowej. Już w kilkanaście lat od debiutu opowiadano legendy o jego pracowitości, choć pisał, komponował, malował tylko w chwilach wolnych od codziennych zatrudnień ziemianina na kresach. Rozmaitość prac jego i ich liczba byłaby zdumiewającą w każdym narodzie, a tym bardziej u nas – pisał w roku 1858 Stefan Buszczyński i dodawał, że jego praca przechodzi granice sił fizycznych, w czym widać potęgę jego ducha. August Wilkoński już wcześniej żartobliwie obrazował wyniki twórczych wysiłków pisarza: Gdybyś literki w jego dziełach policzył, byłoby milionów kilkanaście; gdybyś atrament odwilżył, byłoby garncy kilkadziesiąt; gdybyś pióra pozbierał, mógłbyś tysiącem skrzydeł z Warszawy do Ameryki powietrzną odbyć żeglugę; gdybyś papier zgromadził, mógłbyś w którymkolwiek z miast powiatowych wszystkie budowle z wierzchu i wewnątrz wykleić (...). A wtedy to nawet nie była połowa drogi pisarskiej… To i nic dziwnego, że współcześni bibliografowie obliczali, iż gdyby wszystkie dzieła Kraszewskiego ułożyć w druku w jednej linii, objęłyby kulę ziemską. Rzecz przecież nie w tym, że był tak zdumiewająco pracowity, że miał niezwykle chłonny umysł, że był tak nieprawdopodobnie wszechstronny i że nikogo, kto się do niego o pomoc zwrócił, nie zostawiał bez pomocy (to nie banał, niektórzy zupełnie nieznajomi pisali doń listy z prośbą o porady zdrowotne, gimnazjalistki żądały wytłumaczenia idei niektórych utworów – Kraszewski natychmiast odpisywał…). Rzecz bowiem w tym, że w ten sposób, pisząc, pełnił służbę obywatelską i narodową. Zamierzył wytrącić z rąk czytelników literaturę francuską i dać im narodową, polską. Tego dzieła dokonał. Sam pisał wiele i budził zapał do pracy w innych. Poprzez redagowanie „Athenaeum” obudził polskie umysły,

Tadeusz Budrewicz

Ignacego Kraszewskiego

przyczynił się do rozwoju podróżopisarstwa, które w istocie było cyklem raportów o stanie gospodarczym, społecznym i kulturalnym ziem polskich pod panowaniem rosyjskim. Obudził miłość do własnego regionu, znalazł wielu naśladowców, którzy chronili pamiątki ojczyste, inwentaryzowali dzieła sztuki, opisywali uroki swych najbliższych okolic, ratowali przed zniszczeniem dokumenty historyczne i resztki kultury materialnej. W momencie kryzysowym, gdy bliskie było wynarodowienie, Kraszewski był jednym z tych, którzy po amatorsku, ale z oddaniem chronili kulturę narodu i jej tradycje. Jako pisarz i publicysta patrzył na współczesne mu społeczeństwo polskie, na problemy gospodarcze i na konflikty między mentalnością zachowawczą a wizjami modernizacyjnymi. Przez utwory literackie o tematyce współczesnej, nieraz w koniecznych satyrycznych wykrzywieniach, rzadziej poprzez obrazy wyobrażonego ładu, uzmysławiał proste, a bolesne prawdy o stanie naszych miast i wsi, o zaniedbaniach i możliwościach lepszych rozwiązań. Zmagał się sam z sobą – była w nim tęsknota za dawnym obyczajem, za żywotem szlachcica poczciwego, ale nie zawahał się odważnie stanąć w szeregu tych, którzy przygotowywali propozycje nowych rozwiązań prawno-gospodarczych. Zapłacił za to niechęcią środowiska wołyńskiego. Ale jak w fakcie, że coraz więcej ludzi czytało po polsku, jest niemało jego zasługi, tak i w tym, że skończył się anachroniczny feudalizm, że powstawały szkoły ludowe itd. jest niemało jego osobistych starań. A mowa o czasach, kiedy ledwie co czwarty Polak umiał czytać. Był w literaturze i publicystyce moralistą, nauczycielem, wychowawcą, chciał świat przeistaczać i ulepszać. Dziś to banał i ogólniki, ale półtora wieku wstecz – a wiemy to z ówczesnych pamiętników, czyli świadków bezpośrednich – młodzież i starsi tak samo pochłaniali Kraszewskiego i starali się swoje życie projektować na wzór niektórych bohaterów utworów pisarza. A powieści historyczne, a prace naukowe i edytorskie o historii kultury staropolskiej? Od Kraszewskiego uczył się warsztatu pisarskiego Sienkiewicz, pewnie bardziej uzdolniony jako twórca malowideł dziejowych. Ale to Kraszewski w niemal 100 utworach zrekonstruował życie polskie w dawnych wiekach, to on uczył tymi utworami historii Polski, kiedy w szkołach taka nauka była zabroniona. Niejedną polską duszę uratował przed wynarodowieniem, co więcej – z rękopiśmiennych listów przysyłanych pisarzowi wiadomo, iż do poczucia polskiej tożsamości narodowej dochodzili i przedstawiciele mniejszości etnicznych… po lekturze Kraszewskiego. A ledwie kilka lat temu pewien Niemiec zaczął się uczyć polskiego, by móc z dzieł Kraszewskiego poznawać historię swojej macierzystej Saksonii. Bo Niemcy kręcili filmy na kanwie powieści naszego pisarza i z tych filmów społeczeństwo na zachód od Odry poznawało dzieje

swej krainy. Że zaś Litwini do dziś traktują go niemal jak Homera, ponieważ wyśpiewał ich przeszłość mityczną w kilkutomowej epopei wierszowanej Anafielas; że na Ukrainie żywy jest kult Kraszewskiego, bo upamiętnił Wołyń, Polesie, ziemię żytomierską, Kijów, Odessę, Podole… bo utrwalił dla pamięci kulturowej typy ludzkie, ich kulturę materialną oraz duchową, tego nawet i przypominać nie trzeba. Chyba nikt w Europie nie stworzył takiej panoramy miejsc i ludzi; od Łaby po Dniepr, od Bałtyku po Adriatyk. Rząd Rosji wygnał go z kraju na ostatnie 24 lata życia. Rząd Rzeszy Niemieckiej skazał go na więzienie pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Francji, nie bacząc na stan zdrowia schorowanego starca. Ale nienawiści do ludzi, do Rosjan i Niemców w pismach Kraszewskiego nie ma. Był czas, kiedy Kraszewski był nie tylko głosem i sercem Polski, najbardziej znanym w świecie i najbardziej wpływowym Polakiem, ale też jednym z najbardziej znanych i poważanych ludzi w Europie. W roku 1879 w Krakowie odbyły się uroczyste obchody 50. rocznicy pracy pisarskiej Kraszewskiego. Święto dorównujące doniosłością uroczystemu pogrzebowi Mickiewicza czy usypaniu Kopca Kościuszki. Późniejsze jubileusze: 100-lecie urodzin (1912) czy 100-lecie śmierci (1987) miały charakter literacki. Obchody 50-lecia pracy były manifestacją całego narodu, który składał hołd swemu przywódcy. Pisarz wygłosił wtedy mowę, która była sumą tego, co naród w czasie niewoli zrobił, co wytworzył, jak się przyczynił do wzrostu kultury, oświaty i dobrobytu. I była też przesłaniem moralnym o randze ogólnoludzkiej. Wierzmy raczej w miłość i braterstwo powszechne niż w wiekuistą, zwierzęcą o byt walkę, wierzmy raczej w prawo słabości niż w prawo pięści i siły, w prawo sumienia niż w prawo ciasnego egoizmu, w zgodę i miłość nie tylko plemion, ale narodów, wierzmy w sprawiedliwość Bożą, we wszystko, co wielkie, święte, dobre, piękne, co podnosi człowieka, a nie skarla go i zezwierzęca! Jeśli z tych setek tomów, które napisał, zostałoby po nim tylko to jedno zdanie i jeśli poprzez nie świat stałby się odrobinę lepszy, a ludzie sobie bliżsi – zasłużyłby na pamięć. Nie tylko Polaków.

Tadeusz Budrewicz – prof. dr hab., historyk i teoretyk literatury, profesor zwyczajny w Uniwersytecie Pedagogicznym im. KEN w Krakowie. Autor książek m.in. na temat: Lalki B. Prusa, twórczości M. Konopnickiej, wierszy pozytywistów oraz wielu studiów i artykułów o literaturze i kulturze drugiej połowy XIX wieku. Szczególnie pasjonuje się życiem i pisarstwem J. I. Kraszewskiego. Wydał książki: Kraszewski – przy biurku i wśród ludzi (2004), Kraszewski i świat historii (2010), w druku znajduje się kolejny tom studiów o autorze Poety i świata.

67


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Romanów Kraszewskiego

Rok 2012 został ogłoszony przez Sejm RP Rokiem Kraszewskiego. Mija wszak 200 lat od chwili narodzin pisarza 28 lipca 1812 roku. To wspaniała okazja do przypomnienia wielkiej roli tego twórcy w dziejach naszej kultury. To także okazja, by przybliżyć związki pisarza z południowym Podlasiem i z Lubelszczyzną oraz dzieje muzeum w Romanowie, które obchodzi w tym roku swoje 50-lecie. Interesujące zbiory, stała ekspozycja prezentująca życie i twórczość autora Hrabiny Cosel, wystawy czasowe poszerzające wiedzę o twórcy, jego rodzinie i o epoce, w której żył, koncerty muzyczne w salonie dworu – czynią z romanowskiego dworu ważne miejsce na kulturalnej mapie Polski. Kiedy turysta wędrujący szlakiem nadbużańskim między Włodawą i Kodniem zjedzie z trasy w Hannie i udając się w stronę Wisznic minie wieś Dańce – za lasem zobaczy fanfarę drzew Starodrzewiu. Znaczy – dwór – jak pisał Melchior Wańkowicz w Zielu na kraterze. Tak – to stary park i dwór w Romanowie. Dwór niezwykły. Miejsce niezwykłe. Takie z własną duszą. Magiczna kraina lat dziecinnych Józefa Ignacego Kraszewskiego. Jednej z najciekawszych postaci polskiej kultury XIX wieku. Dziś nieco zapominanej, przede wszystkim dlatego, iż szkoła pozbyła się tego pisarza prawie całkowicie – choć właściwie trudno mówić o dziejach gatunku powieściowego w naszej literaturze, o Kraszewskim nie wspomniawszy. Wszak to on był wielkim nauczycielem czytania. To on spopularyzował w naszym społeczeństwie powieść, dzięki zadziwiającej liczbie przeszło 230 powieści stworzył czytelników i miłośników tej formy, to on dał wzorce tematów, rozwiązań fabularnych, bohaterów tym, którzy przyszli po nim – powieściopisarzom doby pozytywizmu. To on był też wielkim nauczycielem historii – prawie 100 powieści z dziejów Polski to był systematyczny wykład historii państwa – tym ważniejszy, iż dany w dobie niewoli politycznej. A artystyczna droga pisarza zaczęła się w romanowskim domu, gdzie pod czujnym okiem babki Anny Malskiej i prababki Konstan-

68

cji Nowomiejskiej w dzieciństwie czynił swe pierwsze próby literackie – tłumacząc bajki z francuskiego. Historia nie oszczędzała tego miejsca. Podczas ostatniej wojny dwór spłonął. Ostały się jedynie osmolone mury. Dzięki związkom z wielkim pisarzem odrodził się i wrócił do służby kulturze polskiej. Odbudowany w latach 1959– 1962, mieści dziś Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. Jest obecnie miejscem, dokąd zmierzają wszystkie wycieczki, których szlak wiedzie przez nadbużańską krainę – do Włodawy, Kodnia, Jabłecznej, Terespola i Białej Podlaskiej. Zmierzają do miejsca, gdzie czas jakby się zatrzymał, gdzie znowu można dostrzec piękno szlacheckiej siedziby i odczytać ślady wkładu podlaskiego dworu ziemiańskiego w kulturę polską. Służy popularyzacji wiedzy o tym niezwykłym twórcy i zaświadcza o urodzie niegdyś na ziemiach polskich tak częstego zjawiska, jakim był „dwór polski”. Klasycystyczny dom w Romanowie otacza piękny, stary park z przełomu XVII i XVIII wieku, zachowała się też na jego skraju urokliwa kaplica. We dworze pokoje z meblami z XIX wieku, pamiątki po pisarzu i jego rodzinie. Tu żyje przeszłość!

Anna Czobodzińska-Przybysławska

dyrektor Muzeum J.I. Kraszewskiego w Romanowie

Kraszewski, urodzony w Warszawie 28 lipca 1812 roku, wycho- w przepysznych drzewach ukrytą, na których niezliczone gnieżdżą się wał się w Romanowie. Dokładna data przybycia tutaj z ojcowskiego bociany i czaple. Czuć było w Romanowie jeszcze za moich czasów Dołhego nie jest znana – miał wówczas lat „kilka”. Najwcześniejsze zaledwie zdobytą na puszczy pierwotnej nowinę. Cóż to za cudowlata spędziwszy pod czułym okiem babki i prababki, w wieku lat ne gąszcze były w Kraszczynie, jakie sosny na drodze do Chmielity 10 został oddany do szkół do Białej Radziwiłłowskiej (Podlaskiej), i Sosnówki! Sam ogród, odjąwszy mu szpalery i ulicę świerkową, był o której później tak pisał: Ach! W tej Białej przebyłem ja najlepsze niemal puszczą, do której z lasów różne stworzenia zaglądały. Później z moich lat dziecinnych, w niej się moja dusza otworzyła na świat, obok dworu stawały: piękna kaplica, oranżeria, łazienki i wszystko, co tu poczułem raz pierwszy chętkę do pisania i raz pierwszy wziąłem go ozdobiło. I po latach napisze: pióro w rękę. Widzicie teraz, dlaczego tak kocham Białą i szanuję jej W takim to miejscu wychowałem się, zrosłem, tak wesoły, tak wspomnienie. pieszczony, tak kochany (choć zapewne nie od wszystkich), jak gdyW Białej Podlaskiej do dziś stoi budynek dawnej Akademii by po wyjściu stamtąd samo mię szczęście na świecie oczekiwać miaBialskiej, którego i mury pamiętają Józia Ignacego, mieszkającego ło. Przygotowany do życia przez Prababkę i Babkę (z których jedna na pierwszym piętrze u rektora Preissa. To tu napisał swój pierwszy jest już w niebie od roku, a druga ze łzami w oczach mieszka jeszcze opublikowany utwór – Klasztor na górze. Mieści się tam obecnie Li- w Romanowie), sposobiłem się do niego jak na ucztę wesołą. ceum im. J.I. Kraszewskiego. W 1928 roku wzniesiono tam pomnik O, wesołym wstępem do życia był mi Romanów! Był to brzeg gorzufundowany ze składek mieszkańców. W 2008 na rynku stanęła ła- kiej czary, którą Bóg słodyczą zaprawił, abym długo wspominał i dłuweczka z postacią autora Starej baśni. go płakał lat moich dziecinnych. Naukę kontynuował następnie w Lublinie, gdzie – więcej czasu poświęcając młodzieńczym, amatorskim badaniom historii tego Dwór trzykrotnie zmieniał wygląd, zachowując jednak klasymiasta niż rachunkom i formułkom szkolnym – nie otrzymał pro- cystyczny charakter. Pierwsza zmiana, najbardziej istotna, dokonamocji do następnej klasy. Ojciec zabrał go więc spod opieki dziad- ła się w 1858 roku, kiedy właścicielem Romanowa był najmłodszy ków. Ścisły związek z Romanowem został przerwany. Miał wówczas brat Józefa Ignacego Kajetan Kraszewski, pisarz, publicysta, histoprzyszły pisarz lat 15. ryk, malarz, muzyk, astronom, kolekcjoner i jednocześnie doskoDo tego miejsca wraca później wielokrotnie, choć nie tak czę- nały gospodarz, światły ziemianin wprowadzający na romanowskie sto, jak serce by pragnęło. Traktowany w zaborze rosyjskim od cza- pola maszyny rolnicze i nowe metody gospodarowania. Wzniósł on su uwięzienia podczas Powstania Listopadowego jako osoba nie- w parku także ananasarnię i z powodzeniem hodował tu egzotyczprawomyślna – nie zawsze mógł otrzymać paszport, szczególnie ne owoce. Piętro i poddasze stanowiły królestwo pana domu. Kawówczas, gdy mieszkał na Wołyniu. Później z Warszawy przyjechać jetan miał tu ogromną bibliotekę, a w niej prawie kompletny zbiór było łatwiej, ale następne powstanie wypędziło pisarza na obczyznę. dzieł swego wielkiego brata, kroniki, herbarze, dzieła historyczne, Wówczas pozostała już tylko tęsknota. Ostatni raz był Kraszewski astronomiczne, przyrodnicze, prace dotyczące harmonii i akustyki w Romanowie jesienią 1862 roku. Nigdy już więcej nie skrył się w muzyce. Biblioteka zawierała też niezwykle cenny zbiór rękopiw cieniu Romanowskich jodeł, nie popatrzył na lasy Kraszczyna – sów. Tam też mieściło się obserwatorium astronomiczne i zbiory nigdy nie wrócił do kraju lat dziecinnych. dzieł sztuki, a wśród nich 80 portretów wielkich postaci z historii W wielu powieściach Kraszewskiego odczytać można jego wspo- narodowej – królowej Bony, Stefana Batorego, Kazimierza Pułaskiemnienia z Romanowa go i ostatniego naszei nadbużańskiej krainy go króla – pędzla Bacdziecięcej szczęśliwości. ciarellego. Najpełniej oddaje tamte Podczas II wojlata, jeden z fragmentów ny, w sierpniu 1943, spisywanych w urywkach w czasie działań parprzez całe życie, zebratyzanckich wystawionych i wydanych w 1972 ny na sprzedaż dwór roku przez Wincentego został spalony. Danka jako Pamiętniki J.I. W 1944 roku las Kraszewskiego. oraz zespół parkowoWśród lasów nad-dworski w Romanobużańskich, w głębokim, wie upaństwowiono zapadłym Podlasiu, mięi na teren parku wprodzy dawnymi dobrami wadziło się Leśnictwo Sapiehów i Radziwiłłów, Wisznice. Dzięki teKodniem, Sławatyczami, mu ocalał zabytkowy Włodawą, leży ta majętdrzewostan. Podjęta ność, niegdyś Sapieżyńska, w 1958 roku przez w której zamierzano funWojewódzką Radę dować rezydencję pańską, Narodową w Lublinie Dwór w Romanowie; rys. J.I Kraszewskiego; obecnie siedziba muzeum czego dowodem był wspadecyzja o odbudowie niały i ogromny ogród z kilkusetletnimi świerkami i grabowymi szpa- dworu i powołaniu muzeum pisarza uratowała zabytek. lerami. Zaczęli Sapiehowie stawiać nawet coś na kształt pałacu, ale Remont, przeprowadzony według projektu lubelskiego architekskończyło się na lochach tylko i fundamentach, na których dziad, p. ta, inż. Czesława Gawdzika, przywrócił budynkowi kształt z okresu Błażej Malski, dom wzniósł murowany. Tęskny, płaski, poważny kra- międzywojennego. Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Rojobraz otacza dwór, do którego wiedzie z jednej strony długa, przez manowie otwarto 28 lipca 1962 roku, w 150. rocznicę urodzin pisalasy przebita tryba. Lasy stare, odwieczne, opasują zewsząd siedzibę rza, po odbudowie trwającej prawie cztery lata. Pierwsza ekspozycja,

69


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

List J.I. Kraszewskiego do Adama Pługa z 1884 roku

70

Zegarek pisarza z monogramem JIK

autorstwa Antoniego Trepińskiego, prezentowała zbiory rodzinne, ofiarowane przez Janusza Kraszewskiego, wnuka Kajetana. W miarę powiększania się, kolekcja była uzupełniana zgodnie ze wskazówkami Andrzeja Biernackiego. Tę ekspozycję zdjęto w 1987 roku. Nowa, według scenariusza Zofii Wolskiej-Grodeckiej, dopełnionego przez Annę Czobodzińską-Przybysławską i Halinę Kostkę-Chybowską, jest szczegółową prezentacją dziejów życia i twórczości autora Starej baśni. Z historią Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego wiążą się nierozerwalnie nazwiska Wacława Czecha, Janusza Kraszewskiego oraz Antoniego Trepińskiego. Pierwszy z nich, nauczyciel i działacz społeczny, rodzinnie związany z Romanowem, był inicjatorem działań, które doprowadziły do powstania Muzeum. Wacław Czech został pierwszym dyrektorem placówki. Muzeum w Romanowie wiele zawdzięcza Antoniemu Trepińskiemu, warszawskiemu dziennikarzowi i bibliofilowi, miłośnikowi Kraszewskiego, który przez kilka lat był konsultantem naukowym placówki. Jego olbrzymia wiedza, znajomość rynku antykwarycznego pomogły zgromadzić cenny zbiór pamiątek po pisarzu. Przeszedłszy przez prowadzący na teren całego założenia dworsko-parkowego most na fosie z bramą w historycznym typie, okrążając dziedziniec wchodzimy do dworu. W sieni nawiązującej wystrojem do myśliwskich zainteresowań stanu szlacheckiego stoi kufer podróżny, na nim sakwojaż i laska pisarza, ślady jego przyjazdów, powrotów do ukochanego Romanowa – do dziadków Malskich, potem do rodziców i brata Kajetana. Zbiory prezentowane są w kilku salach. „Sala rodzinna” poświęcona jest związkom pisarza z „krajem lat dziecinnych”, pamiątkom z czasów dzieciństwa oraz wizerunkom przedstawicieli tego znamienitego rodu. Dzięki darowi rodziny możemy tu obejrzeć zabawkę małego Józefa Ignacego, opisywaną później, po odejściu z Romanowa, we wspomnieniach i pamiętnikach. Obok leży w serwantce relikwia rodzinna: modlitewnik Korona Niebieska z 1727 roku z autografem pisarza i Kajetana, związany z dramatyczną rodzinną opowieścią. Są także: papierośnica i fajka pisarza, zegarek i nóż do rozcinania papieru z monogramem „JIK” oraz inne przedmioty po pisarzu i rodzinie – miniaturka babki Anny Malskiej z końca XVIII wieku, pas lity i rękojeść szabli pradziada Wojciecha Nowomiejskiego oraz karty wiedeńskiej firmy Piatnik z wizerunkami wielkich polskich postaci historycznych. Na ścianach podobizny członków rodziny. Przy kominku dwie niezwykłe kobiety – babka Anna Malska i ukochana „biała babunia”, Konstancja Nowomiejska, romanowskie piastunki przyszłego pisarza. Na centralnej ścianie na prawo od wejścia Genealogia rodu Kraszewskich malowana przez Kajetana, wyżej graficzne portrety rodziców, a po bokach: rodzina, m.in. zdjęcie żony Zofii z Woroniczów Kraszewskiej. Stoją na kominku inne rodzinne fotografie, między innymi wnuka Kazimierza Emanuela, wnuczki Koci Łozińskiej i syna Franciszka. Przy drzwiach wiszą wizerunki rodziny po Kajetanie – syna Krzysztofa, po ojcu „pana na Romanowie” i jego córki Pauliny z mężem Janem Rościszewskim, ostatnich właścicieli dóbr. Największa i najpiękniejsza sala usytuowana na osi dworu to salon, który poświęcony jest pozaliterackim zainteresowaniom Józefa Ignacego Kraszewskiego i Kajetana. Na ścianie na lewo od drzwi kilka wizerunków królów i hetmanów – próba nawiązania do zbiorów Kajetana. Kolekcja zniszczona w czasie I wojny światowej, tu przypomniana jest wizerunkami królów, m.in. Stefana Batorego i Stanisława Augusta Poniatowskiego i hetmanów – Chodkiewicza i Żółkiewskiego. Kolekcjonerem i gorącym propagatorem idei kolekcjonowania, zbierania dowodów, że istnieje sztuka polska, był sam Józef Ignacy. Na ścianach wiszą więc prace artystów, których cenił, których dzieła kolekcjonował – Franciszka Kostrzewskiego, Walerego Eliasza Radzikowskiego, Aleksandra Lessera, Wojcie-

cha Gersona i innych. Nad drzwiami wisi alabastrowy medalion z portretem pisarza, wykonany przez Zygmunta Langmana. Przede wszystkim mamy tu jednak obrazy i grafiki samego mistrza, który po wyczerpującej pracy pisarza, naukowca, historyka wypoczywał przy ołówku i sztalugach: Krajobraz wołyński; Wnętrze stodoły; Dwaj podróżni; Chata nad wodą i Krajobraz z brzozami, liczne akwaforty. Tę trudną formę grafiki uprawiał Kraszewski w latach 1865–1868. Próbował swych sił także w litografii. Najwięcej pozostawił po sobie rysunków ołówkiem, do dziś znamy ich około 900. W żadną podróż nie wyruszał bez ołówka i szkicownika. Utrwalał krajobrazy, ciekawe typy i twarze ludzkie, stare domy, płoty, przydrożne kapliczki i krzyże. Uczył współczesnych widzieć piękno również w tego typu obiektach, tak charakterystycznych dla rodzimego pejzażu. Szczególnie wrażliwy był na ślady historii – stąd widoki starych zamków, rysunki ruin, świadectw dawnej świetności i potęgi Kresów. Muzyczne zainteresowania pisarza – kompozytora i doskonałego krytyka muzycznego – podkreślają portrety Fryderyka Chopina, Stanisława Moniuszki oraz XIX-wieczny fortepian. Podkreśla on również muzyczne zainteresowania drugiego z braci – Kajetana, również kompozytora. XVIII-wieczny portret Dantego przypomina, że Józef Ignacy Kraszewski był także tłumaczem. Przełożył m.in. Boską komedię włoskiego geniusza. Salon wyposażony jest w meble w stylu biedermeier, który na trwałe zrósł się z kulturą polskiego dworu. Okna salonu wychodzą na park, na ukochaną przez Józefa Ignacego centralną aleję świerkową. W kolejnych salach, zwanych „salami wołyńskimi”, możemy zobaczyć jedną z kompozycji Józefa Ignacego. Są to Pastusze piosenki na fortepian przepisane. Wiszą tu: litografia przedstawiająca Wilno – miasto studiów i akwarela Władysława Bartoszewicza – portret pisarza z czasów wołyńskich. Piękny kilim kaukaski z dworu w Kisielach, który pisarz prawdopodobnie przywiózł z wyprawy do Odessy, i nieodłączny element wystroju każdego dworu, przypomnienie rycerskich i patriotycznych tradycji: szable, ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i rząd portretów hetmanów Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Następnie portrety ludzi pióra, sztuk i nauk, z którymi się kontaktował: Władysława Syrokomli, Adama H. Kirkora, Aleksandra Grozy, Konstantego Podwysockiego.

Rysunek J.I. Kraszewskiego Pejzaż z zamkiem, 1864; sepia, tusz

W gablotach mieści się plon pierwszego okresu twórczości – od debiutu w Wilnie do czasu wyjazdu z Wołynia w 1859 roku. Mamy tu, m.in. jeden z pierwszych utworów Pan Walery oraz pierwszą cieszącą się powodzeniem powieść Poeta i świat, o której wiemy też, iż powstała w ciągu 9 dni.

Jubileuszowe wydanie powieści Kraszewskiego Starościna bełska i Historia o Janaszu Korczaku i o pięknej Miecznikównie z 1879 roku

71


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

72

W gablotach leżą też powieści ludowe (m.in. Ulana, Chata za wsią, Jermoła), wyrosłe z doświadczeń i przemyśleń Kraszewskiego-ziemianina, który przez kilkanaście lat próbował bez powodzenia łączyć profesję pisarza i gospodarza. Nadmiar zajęć literackich nie pozwolił mu na sukcesy w tej drugiej dziedzinie, ale obserwacje przydały się w pracy powieściopisarza. Na ścianach widoki miejsc związanych z życiem pisarza do czasu wyjazdu z Wołynia – od Warszawy, gdzie się urodził, Romanowa i Dołhego, przez miejscowości, w których uczył się i studiował – Białą, Lublin, Swisłocz i Wilno, po majątki wokół Łucka, w których gospodarzył – Omelno, Grodek, Hubin i Żytomierz, gdzie zamieszkał, gdy z profesji ziemianina ostatecznie zrezygnował. Wiszą także kresowe widoki miejsc, które odwiedzał w tym czasie, zbierając materiały do dzieł podróżniczych, jeżdżąc na kontrakty, do wód w celach leczniczych, i widok z Włoch, własnoręcznie przez autora wykonana litografia z pierwszej zagranicznej podróży w 1858 roku – do Włoch, Francji, Niemiec. Warto wspomnieć jedną jeszcze z sal poświęconych pobytowi Kraszewskiego w Warszawie, dokąd przeniósł się za namową przemysłowca i mecenasa sztuki Leopolda Kronenberga w 1859 roku i objął redaktorstwo „Gazety Codziennej”, której nazwę zmienił potem na „Gazetę Polską”. Kupiwszy w 1860 roku dom na ulicy Mokotowskiej, sprowadził tu rodzinę. Przygotowania do powstania styczniowego wciągnęły także pisarza w wir spraw politycznych – był on jednym z członków Delegacji Miejskiej, społecznego ciała, które na kilka miesięcy „przejęło w stolicy władzę” po tragicznych wypadkach w lutym 1861 roku, kiedy to na Placu Zamkowym zginęło 5 uczestników pokojowej manifestacji. Mamy na ścianie tuż przy drzwiach fotografię zbiorową Delegacji i portret J.I. Kraszewskiego w jej mundurze oraz ryciny przypominające przedpowstaniowe wypadki. Obok cykl Artura Grottgera Wojna. Artystyczny obraz powstania, który stworzył Grottger w malarstwie, a Józef Ignacy Kraszewski w powieści, na stałe wszedł do literatury i sztuki oraz świadomości narodowej Polaków. To oni, choć obaj nie widzieli głównych działań zrywu, stworzyli legendę powstania styczniowego, przekazali to spojrzenie, które w bezmiernej ofierze krwi powstańczej każe widzieć znak i przesłanie dane potomnym. Atmosferę tragizmu pogłębiają czarne meble tej sali, nawiązujące do żałoby narodowej po klęsce oraz czarna chorągiew z białym krzyżem. Kraszewski w ostatnich dniach stycznia, już po wybuchu walk, ostrzeżony, że władze wykazują nadmierne zainteresowanie jego osobą, wyjechał w pośpiechu z Warszawy i zatrzymał się w Dreźnie. Nie powrócił już na teren zaboru rosyjskiego – pozostał na emigracji. Temu okresowi poświęcone są następne dwie sale. „Gabinet drezdeński” jest próbą odtworzenia wnętrza jednej z pracowni pisarza (zmieniał tam mieszkanie kilkakrotnie), znanej z litografii Franciszka Tegazzo z 1879 roku, wiszącej na jednej ze ścian. Znajdują się tu prace okresu emigracyjnego, kiedy to mistrz wrócił przede wszystkim do tworzenia powieści, choć nie zaniedbywał też działalności publicystycznej. Kraszewski był już wówczas jedną z największych postaci polskiej literatury i kultury oraz twórcą znanym i cenionym w Europie. W Dreźnie powstał między innymi cykl „kronik historycznych”, rozpoczęty w 1876 roku Starą baśnią i zakończony powieściami Za Sasów i Saskie ostatki. Obejmuje on 29 powieści z dziejów Polski. Pierwsze wydanie Starej baśni, najbardziej znanej powieści Kraszewskiego, stoi w gablocie. Jest tutaj również rękopis powstałej w 1874 roku trzytomowej powieści Starosta warszawski. Kolejna sala, zwana „jubileuszową”, prezentuje pamiątki związane z wielkimi obchodami 50-lecia pracy literackiej, które zorganizował pisarzowi naród w 1879 roku, oraz pamiątki dotyczące śmierci i pogrzebu Kraszewskiego w 1887 roku. Ściana na lewo – to ryciny pokazujące przebieg głównych uroczystości jubileuszowych w Krakowie, w dniach od 3 do 10 październi-

ka 1879 roku. Odbywały się one w odnowionych Sukiennicach i jak pokazują fotografie rycin, zgromadziły tłumy. Przybyli ze wszystkich trzech zaborów, z całej Europy i z Ameryki goście wręczali jubilatowi dary, odbywały się bale i uroczyste obiady. Menu obiadowe, bilet wstępu na uroczystości do Sukiennic i na nabożeństwo do Kościoła Najświętszej Marii Panny, wręczone pisarzowi medale i medaliony jako przykłady pamiątek jubileuszowych prezentowane są

w pozłacanej ramie. Jest tu między innymi medal od mieszkańców Lwowa z napisem: „Za pół wieku trudów i zasług wdzięczni rodacy”. U góry wisi portret Kraszewskiego – miedzioryt Henryka Redlicha z maksymą pisarza: „Prawdą a pracą”. Po prawej stronie ramy inne świadectwa tego wydarzenia: fotografia z przedstawienia sztuki Kraszewskiego Miód kasztelański, w którym wystąpiła między innymi Helena Modrzejewska, zdjęcie rodziny jubilata przybyłej na uroczy-

Medal wybity przez Muzeum na stulecie śmierci pisarza w 1987; proj. Anna Jarnuszkiewicz

stości do Krakowa, niezwykle wymowna karykatura z czasopisma satyrycznego „Mucha”, przedstawiająca pisarza z czternastoma rękami – które piszą, malują, grają na fortepianie i układają czcionki drukarskie. Wyżej akt nadania literatowi tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Lwowskiego. Obok wykonana przez Włodzimierza Bartoszewicza kopia daru mieszkańców Lublina – obrazu Franciszka Kostrzewskiego przedstawiającego młodziutkiego Józefa Ignacego na tle Bramy Trynitarskiej i gmachu szkoły, do której w Lublinie uczęszczał oraz przygotowane przez Karola Estreichera zestawienie alfabetyczne i chronologiczne dzieł stworzonych przez Kraszewskiego przez lat pięćdziesiąt. Pamiątki związane z wielkimi obchodami pięćdziesięciolecia pracy literackiej, które zorganizował pisarzowi naród w 1879 roku, oraz pamiątki dotyczące śmierci i pogrzebu Kraszewskiego w 1887 roku. Ściana na lewo – to ryciny pokazujące przebieg głównych uroczystości jubileuszowych w Krakowie, w dniach od 3 do 10 października 1879 roku. Odbywały się one w odnowionych Sukiennicach i jak pokazują fotografie rycin, zgromadziły tłumy. Przybyli ze wszystkich trzech zaborów, z całej Europy i z Ameryki goście wręczali jubilatowi dary, odbywały się bale i uroczyste obiady. W sali nad szafą widnieje cytat z przemówienia, które wygłosił pisarz na uroczystości jubileuszowej w Dreźnie: „Miłość dobra ogólnego była mi najwyższym celem”. Z prawej strony przy drzwiach wiszą pamiątki związane ze śmiercią pisarza – akwarela, którą malował A. Loevy, przedstawiająca pokój w hotelu w Genewie, w którym zmarł. Obok nekrolog z „Kłosów”, podobizna Teodora T. Jeża, który opiekował się Kraszewskim w ostatnich dniach jego życia, grafika z pogrzebu w Krakowie 18 kwietnia 1887 roku z tłumami żegnającymi zmarłego pisarza, akwarela Stanisława Witkiewicza Kondukt pogrzebowy na ulicy Skałecznej oraz rycina z widokiem wejścia do Krypty Zasłużonych na Skałce, gdzie stanął sarkofag z trumną wielkiego nauczyciela historii. Gość wychodząc z Muzeum może jeszcze zwiedzić park, posłuchać szumu prastarych świerków, przysiąść obok pisarza na ławeczce i udać się przez mostek przerzucony przez fosę do kaplicy. Poczuć atmosferę miejsca, gdzie spędził Kraszewski najszczęśliwsze lata swego życia. Informacje o życiu i dorobku autora Starej baśni, prezentowane na stałej wystawie, Muzeum stara się poszerzać poprzez inne formy działalności, przede wszystkim wystawy czasowe, oparte zarówno na zbiorach własnych, jak i kolekcjach innych muzeów. Dotyczą one głównie Józefa Ignacego Kraszewskiego, ale pokazują także pozostałych członków tego znakomitego rodu ziemiańskiego, którego wielu przedstawicieli zapisało się w kulturze polskiej; prezentują olbrzymi krąg przyjaciół pisarza; sięgają też po ogólny obraz epoki, w której żył. Zaproszeniem do tego miejsca niech będą słowa Adama Pługa z wiersza Wspomnienie z Romanowa: I więc niech tu każdy zwróci swe kroki pielgrzymie, Kto chce wieszcza zrozumieć po rodzinnej grzędzie: Tu nie tylko w miłości i czci jego imię, I nie tylko pamiątki po nim spotka wszędzie; Lecz odczuje te wszystkie czarodziejskie wpływy‚ Śród których się rozwijał jego umysł żywy. Będąc w Romanowie, trzeba jeszcze odwiedzić rodzinne groby na cmentarzu w Wisznicach i jechać dalej – do Białej Podlaskiej. Zobaczyć tam można gmach szkoły, w której pisarz uczył się w latach 1822–1826 i dwa pomniki z lat 1928 i 2008. Na południowym Podlasiu wciąż żyje pamięć o wielkim Józefie Ignacym Kraszewskim.

Muzeum J.I. Kraszewskiego. Salon

(oprac. na podstawie katalogu Muzeum Kraszewskiego w Romanowie)

73


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Włochów fascynacja Szymborską

POLSKA

74

a przez napisany las? rn sa na sa pi na ta e ni eg Dokąd bi pić, Czy z napisanej wody je jak kalka? która jej pyszczek odbi y coś słyszy? Dlaczego łeb podnosi, cz a czterech nóżkach wspart dy aw pr z h yc on cz ży Na po m strzyże. spod moich palców uche szeleści po papierze Cisza – ten wyraz też i rozgarnia s gałęzie. spowodowane słowem la ą się do skoku Nad białą kartką czaj się źle, litery, które mogą ułożyć zdania osaczające, ie ratunku. przed którymi nie będz spory zapas Jest w kropli atramentu nym okiem, myśliwych z przymrużo ym piórze w dół, gotowych zbiec po strom do strzału. otoczyć sarnę, złożyć się fot. Agencja Gazeta

Jak donosiły w marcu br. włoskie gazety: „La Repubblica” i dziennik „Corriere della Sera” tom wierszy Wisławy Szymborskiej Radość pisania utrzymywał się we Włoszech na pierwszym miejscu w klasyfikacji najlepiej sprzedanych książek (sprzedano 64 tys. egz. jej zbioru). Radość pisania zawiera wiersze poetki z lat 1945– 2009. Tom opracował wybitny włoski polonista i tłumacz Pietro Marchesani, który zmarł pod koniec 2011 roku. W ostatnich dniach grudnia ub. roku zbiór wierszy wydano w wielotysięcznym nakładzie, otwierając serię wydawniczą Wiek poezji – kolekcję tomów poezji 30 najwybitniejszych twórców XX wieku, takich jak Konstandinos Kawafis, Pablo Neruda, Fernando Pessoa, Derek Walcott, Federico Garcia Lorca, Josif Brodski, Marina Cwietajewa, Thomas Stearns Eliot. Redaktor serii poetyckiej Nicola Crocetti tłumaczył, że decyzja o jej rozpoczęciu od tomu Wisławy Szymborskiej była rezultatem nadzwyczajnej popularności polskiej poetki we Włoszech i w innych krajach. „Gdziekolwiek przyjeżdża, porusza tłumy prawie jak gwiazda rocka” – mówił Crocetti. „Na spotkaniu w Bolonii przed kilkoma laty oklaskiwał ją Umberto Eco”. Czterokrotne zajęcie pierwszego miejsca przez tom poetycki Radość pisania to (...) jedyny taki przypadek na świecie – stwierdził na łamach rzymskiej gazety Roberto Calasso, szef prestiżowego włoskiego wydawni-

ctwa Adelphi, nakładem którego już w ośmiu do tej pory edycjach ukazał się zbiór Szymborskiej. Analizując włoski fenomen popularności poetki, Calasso zauważył, że (...) uwielbienie dla jej poezji, trafiającej – jak podkreślił – do różnych czytelników, nie ma sobie równych w innych krajach. Wydawca włoski dodał, że fascynacja ta wybuchła wraz z pierwszym zbiorem jej wierszy, opublikowanym przez jego oficynę. Spotkaliśmy się z bardzo żywymi reakcjami ze strony tych, którzy zazwyczaj nie czytają poezji. I to jest piękne (...) kontynuuje Calasso. Jak zaznaczył (...) w tym przypadku to ludzie nieprzyzwyczajeni do poezji odkryli w Wisławie Szymborskiej rzeczy, których nie ma nigdzie indziej. Calasso odnotował, że żaden tom poetycki na świecie nie był tak chętnie kupowany, jak Radość pisania. Jako najbardziej zbliżony przypadek wymienił zbiór Teda Hughesa z wierszami dedykowanymi żonie, Sylvii Plath. Odniósł on ogromny sukces, ale nigdy nie był na pierwszym miejscu – przypomniał szef Adelphi. Wydawnictwo Adelphi, którego nakładem ukazała się Radość pisania, w ciągu kilku dni po śmierci (1.02.2012) niezwykle popularnej we Włoszech polskiej poetki wprowadził do sprzedaży dodruk także kilku innych tomików w związku z ogromnym zainteresowaniem czytelników. (na podstawie informacji PAP)

Wisława Szymborska, fot. Michał Rusinek

jest życie. Zapominają, że tu nie , panują tu prawa. Inne, czarno na białym , ie tak długo, jak zechcę Okamgnienie trwać będz małe wieczności pozwoli się podzielić na locie kul. pełne wstrzymanych w nic się tu nie stanie. Na zawsze, jeśli każę, liść nie spadnie Bez mojej woli nawet e pod kropką kopytka. ani źdźbło się nie ugni Jest więc taki świat, ję niezależny? nad którym los sprawu hami znaków? Czas, który wiążę łańcuc nieustanne? Istnienie na mój rozkaz Radość pisania. Możność utrwalania. . Zemsta ręki śmiertelnej

Wisława Szymborska

75


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Pamięci Profesora Andrzeja Bartnickiego

O

czym marzyliśmy, witając wiek XXI? Jakie były nasze nadzieje? W cyklu „dokumentów humanistycznych” publikujemy tu – dla refleksji i obrachunku – wykład inauguracyjny, jaki 22 maja 2001 roku wygłosił prof. dr hab. Andrzej Gronczewski w Kanonii Fromborskiej, w Ośrodku Studiów Bałtyckich przy Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora. Ekscelencjo, Księże Biskupie! Wielce Szanowny Panie Rektorze! Prześwietny Senacie! Dostojni Goście! Panie i Panowie! O czym godzi się mówić w pobliżu fromborskiej katedry? Wśród gospodarzy i gości kapituły warmińskiej? Wśród dostojnych, zasłużonych ludzi tej ziemi, krainy o dziejach zmiennych, pełnych blasku, krzywdy i bólu? O czym myśleć muszę, okrążony przez pierwszą wiosnę nowego tysiąclecia ? O co trzeba pytać – w miejscu, jakie należy do świetlistych punktów, wyznaczających mapę ludzkiego trudu? Chodzi bowiem o mapę szczególną. O trud kosztowny i trwały. Jesteśmy bowiem w miejscu, któremu zawdzięczać możemy przeczucie innego czasu. Znajdujemy się w miejscu, dzięki któremu musimy skupić siły do podjęcia zadań i marzeń, związanych z człowieczeństwem nowego świata, nowej Europy. Wolno marzyć, że Europa nie będzie już ziemią imperatorów i wodzów. Możemy sądzić, że będzie to wreszcie epoka bohaterów poznania, bohaterów myśli suwerennej. Że wszystkie przygody ludzkie sprowadzą się do „przygód człowieka myślącego”. Że nowe szlachectwo wyróżni tych, którzy będą egzekutorami odwagi, dzielności i rozpaczy intelektualnej. Że będzie to przede wszystkim epoka wytężonej woli, dzięki której mogą dokonać się dwie najdalsze podróże człowiecze – do własnego wnętrza i w głąb nieogarniętych przepaści nieba. O szansach, krajobrazach, o chorobach takiego świata, o jego możliwych scenariuszach zdaje się mówić fenomen Kopernika, widomy w ludzkim i symbolicznym zakresie. Za przyczyną myśli o Koperniku łatwiej kierować nam źrenice ku owym dystansom bez granic. Ku głębokościom fizycznego i Bożego nieba. W czasach Kopernika ludzie wiele zawdzięczali gwiezdnym konstelacjom. Umieli bez trudu rozpoznać ich imiona. Nie tylko poeci, żeglarze i nomadowie, lecz także ludzie osiadli, depozytariusze spokojnego losu oswojeni byli z legendami oplatającymi gwiezdne grona. Aluzje do tych legend, częściej niż dzisiaj, zdobiły wiersze dawnych poetów. Jakby mapy nieba i widoki gwiazdozbiorów były zarazem wystawą monstrualnej, kosmicznej biżuterii. Nasz udział w sierpniowych i październikowych sezonach nieba wydaje się obecnie dość błahy. Poeci rzadko delektują się metafizycznymi i wymiernymi „połowami gwiazd”. Są one coraz bardziej uciążliwe, daremne, niedostępne dla mieszkańców wielkich miast. Boli nas zatracona ciemność nieba. Nie doznawał jej astronom z Fromborka. Musimy również zająć się fenomenologią hałasu. I tym wszystkim, co sprawili gospodarze przestrzeni niebieskiej, ułomni i dufni. Czy uda się nam powrót do kopernikańskiej ciszy – między gwiazdami? Czy nowy wiek nie okaże się erą hałasu? Wiekiem kosmicznych śmietników? Stuleciem odorów i trucizn, których nie mogła ujawnić wyobraźnia Kopernika? Młody Mickiewicz – w Odzie do Joachima Lelewela – zwrócił się do swego profesora – mistrza z pamiętnymi słowami. Są one bezcenne dla kogoś, kto świadom jest delikatnych węzłów

Mieszkańcy Europy

★ ★★ ★ ★ Andrzej Gronczewski

76

★ ★ 77


Mieszkańcy Europy Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

łączących ojczyznę najbliższą – z Europą jako ojczyzną wspólnej myśli, z obszarem pojednania i duchowego braterstwa: A tak, gdzie się obrócisz, z każdej wydasz stopy Żeś znad Niemna, żeś Polak, mieszkaniec Europy. Nie mam w sobie odwagi bluźniercy. Nie umiem poddać Mickiewiczowskiego zdania jawnej korekcie. Wystarczyłoby przecież zmienić topograficzne znaki, by dwuwiersz Mickiewicza najcelniej uwydatnił wielkość i godność Kopernikowej przygody. Formuła Mickiewicza jest ważna dla nas, dla dzisiejszych i przyszłych mieszkańców Europy. Kiedy myślimy o politycznym, gospodarczym, społecznym „powrocie do Europy”, musimy bowiem pamiętać, że tu – we Fromborku – od wielu stuleci mieszkamy nie tylko w centrum Europy, lecz również w centrum świata. W przestrzeni o najszerzej otwartym horyzoncie. Owo centrum ujawnia się w miejscu, gdzie eksploduje odwaga i nasila się męstwo poznania. Gdzie myśl uczonego – w równym stopniu – żywi się sokami ziemi dookolnej i odwołuje do wielkiej uczty świata, której uczestnikami są budowniczowie naszych wyobrażeń i pojęć. Co to znaczy: być tu i zarazem być wszędzie? Być suwerenną częścią i jednocześnie brać udział w „próbie całości”? Okazać się jej elementem koniecznym? Wyobraźnia polska kształtuje wizerunek uczonego w sojuszu z płótnem Matejki. Dzięki Matejce astronom zatrzymał się poniekąd w dynamicznym geście, obejmując świat rozrzuconymi rękami, miłością wnikliwą i pełną żaru. Objął ten świat w porywie zdumienia, w grymasie kulminacji. Wśród młodego, pulsującego zachwytu, w tryumfalnym doznaniu całości. W zamachu na tę całość poznawczą, jaka była przedmiotem szlachetnej agresji. Gdyby człowiek z obrazu Matejki zechciał zagrać inną rolę w teatrze bez ścian czasu, w teatrze wielu ról człowieczych, mógłby – odrzuciwszy ukochane astrolabium – zagrać rolę Konrada, tak bardzo jego poza sekunduje fragmentom Wielkiej Improwizacji. Tym, w których słychać krzyk Konrada, kiedy dźwięczą słowa o Bogu i sferach niebieskich. Inaczej uformował wizję Kopernika Żeromski – w Wietrze od morza. Naszym oczom ukazuje się stary Faust, otulony niedźwiedzim futrem, w sandałach ze skóry wilczej. Porę wiosenną, porę roku i porę życia, znaną z płótna Matejki, zastępuje chłodna jesień, dotkliwa, starcza, jątrząca zapowiedziami śmierci i zimy. Śmierć mieszka już w ciele astronoma. Odwraca jego wzrok od wszelkich owoców ziemi. Doskonali samotność, by w nieobjętej ciszy mógł raz jeszcze wychylić się ku gwiazdom i planetom, ku aparaturze kosmosu, ku sędziwym klejnotom Wielkiego Mechanizmu. Bo tylko tam, między gwiazdami, kryje się odwieczna młodość praw i porządków, do których apelował. Zawiera się szyfr boskiego planu, dany człowiekowi jako nieprzerwane, faustyczne zadanie. Trzeba więc z bliska ujrzeć astronoma, zobaczyć go – na wyciągnięcie dłoni, lekceważąc lata i wieki, kostiumy i doraźne dekoracje. Trzeba go spotkać wśród zimna warmińskiej nocy. Wśród poznawczego lodu i przerażenia. Wśród piękna i grozy polskiego nieba. To niebo polskie nie jest przychylne dla astronoma. Limity czasu, kiedy można śledzić pogodne niebo, czytać teksty uformowane

z roziskrzonych czcionek, są tu nader skąpe i kapryśne. Mgły, obłoki, melancholijne opary dzielą badacza od gwiazd, tak wyraźnych w przyjaznym, ciepłym powietrzu włoskim. A jednak tu – we Fromborku – z wdzięcznością i pokorą wobec tej ziemi umieścił swą „dostrzegalnię”, więc obserwatorium, czyli miejsce, z którego najwięcej widział. Miejsce, dzięki któremu wyostrzył swój wzrok dosłowny i wzrok metafizyczny. Wzrok człowieka, dla którego równania liczbowe mają w sobie cechę dzieł sztuki, choć są bardziej kunsztowne od tworów dłuta, pędzla czy pióra. Wdzierając się w głębię nocy, atakując ciemność o wielu imionach, astronom doznawał tych rozkoszy poznania, jakie bliskie są artyście i wizjonerowi. Ile musiał wiedzieć o łasce zachwytu! O świecie, który odsłania się jako gigantyczny dar z wielkiej dłoni Boga. U rzecznika tamtej, odległej chwili możemy i dzisiaj pobierać nieustanne lekcje. Możemy – dzięki niemu – odzyskać przeświadczenie o jednorodnych korzeniach wiedzy i sztuki. O elementarnej, tak bardzo zatraconej tożsamości uczonego i artysty. O ich wzajemnym sojuszu. O ich braterstwie w pięknie i ohydzie poznania. O ich wspólnym losie w obrotach „rzeczy ludzkiej”. Do osoby Kopernika po raz ostatni wrócił Żeromski w swoim późnym, namiętnym, testamentalnym eseju o zjawiskach snobizmu i postępu. Jak energicznie, żarliwie ponawiał i utwierdzał wówczas swój dawny zachwyt wywołany przez dzieło o kanoniku fromborskim: Mikołaj Kopernik. Część pierwsza. Studia nad pracami Kopernika oraz materiały biograficzne (Kraków 1900). Chcąc myśleć, czuć, wzruszać się przy czytaniu – pisał Żeromski – trzeba sięgać do dzieł nieliterackich, pozaliterackich. Tam się, o dziwo! znajduje poetyckie wzruszenie. Alboż nie jest książką pełną poezji wielkie dzieło prof. Ludwika Birkenmajera o Koperniku – gdzie wszystko jest przedziwnie potrzebne, jasne, ścisłe, wydobyte z nicości, wyrwane z próżni, wyszperane z niewiedzy, z ciemnoty, myślą wyćwiczoną i mądrą dosięgnięte w mroku czasów? Ażeby podjąć dzieło takie, jak zbadanie geniuszu Kopernika, wyśledzenie dróg jego myśli, sposobów jego odkryć, samotnych jego mocowań się z opornym wszechświatem i wzlotów aż do siedliska tajemnicy, trzeba posiadać tyleż zapewne pasji, nieustającej podniety, furii wewnętrznej i natchnienia wysokiej miary, co do napisania poematu, dramatu lub powieści. Ten lokator wieży poznania, wirtuoz samotnej, cierpliwej kontemplacji, był jednocześnie pilnym, sumiennym i życzliwym gospodarzem, który z miłującą dobrocią zatrzymywał się nad sprawami świata ziemskiego, czuwał nad każdą troską ojczyzny ludzi, zwierząt i roślin. Stopy astronoma, owe metaforyczne stopy z wiersza Mickiewicza, dążyły nie tylko drogami ducha, mnożąc swe ślady na głównych szlakach pamięci, wiedzy i wyobraźni, lecz krążyły także po wielu ścieżkach codzienności, życia praktycznego, lokalnej i prowincjonalnej potrzeby. Nie stroniły zatem od bólu, choroby, krzywdy. Ten mistrz fromborski w równej mierze szanował swe ambicje, duchowe upodobania i przywileje „mieszkańca Europy”, co obowiązki, jakie wynikały ze statusu obywatela Fromborka. Ten, kto wśród rzadkich, kosztownych ksiąg prowadził dialogi z cieniami Owidiusza, Wergilego, Horacego, Sofoklesa, Platona, Arystotelesa, Diodora, Euklidesa, Plutarcha, Witruwiusza i Pliniu-

sza, kto wieloma mówił językami, tu – w sąsiedztwie fromborskiej katedry, w tłumie zwykłych ludzi – ponawiał co dzień polskie rozmowy i modlitwy, doznając pewności, że odpowiednie dla rzeczy słowo winno być słowem rodzimym. Winno łączyć się z głosem dookolnych wód, drzew, wiatrów. Oczy astronoma spoczęły w przelocie na tym dawnym widoku, tak mu znanym i bliskim od lat z górą trzydziestu – pisze Żeromski. – Znał każdy tutaj kamień, każde źdźbło kostrzewy nadwodnej i morskiego chaszczu, każdą ziemi grudę, każdy kwiat wiosenny i barwę jesieni, każde zachylenie rzeczułki i poszept wód morza. Znał każdego człowieka, każde dziecko miał w oczach. Na pamięć mógł wyłuszczyć choroby cielesne każdego z prostaków, zarzucających sieć w morzu, i z pamięci mógł nazwać grzechy ich, zbrodnie, podstępy i kłamstwa, rokrocznie mu do ucha na spowiedzi zwierzone. Tam im oto z rzeczułki Baudy machinami pchnął wodę na górę do mieszkań. Tu ich wszystkich przed napaścią krzyżacką zasłaniał, jako wojenny komendant, kierujący obroną Olsztyna. Tu w zaciszu swej izby sporządzał mapy geograficzne Warmii, Prus, Polski całej... Z wielu kart tej części Wiatru od morza najbardziej porusza mnie ta, na której Żeromski opowiada o sojuszniku niezliczonych godzin astronoma. Mówi więc o jego instrumencie badawczym: Człowiek samotny na wieży fromborskiego kościoła spojrzał z miłością na swe ubogie narzędzie z jodłowego drzewa, – triquetrum Klaudiusza Ptolemeusza, – z trzech łat złożone, z których jedna była zupełnie nieruchoma, a dwie inne na zawiasach poruszalne, – na suwak ruchomy, który można było śrubą przykręcać, ażeby umocować dwa przeziorniki dla chwytania źrenicą promieni światła idącego od gwiazdy badanej, – na podziałkę skali, własnoręcznie atramentem znaczoną. Te dwa w drewnie otwory były jedynymi szczelinami do zajrzenia we wszechświat. Ta podziałka na drewnie jodłowym była źródłem wywodów, które obaliły teorię ruchów i z miejsca poruszyła bryłę ziemi... Śledząc w muzeach Florencji różne przybory, narzędzia Leonarda da Vinci, Galileusza, Giordana Bruna, myślę zawsze o tym rodzimym, zgrzebnym instrumentarium, z jakiego korzystał Mikołaj Kopernik. Widzę surowość i podziwiam prostotę jego sprzętów. Doceniam ich elementarne piękno. Usiłuję ogarnąć ukrytą w nich energię i mądrość. Szanuję ich cenę niewymierną. Są przecież najbardziej kosztowną bronią w historii poznania.Więcej znaczą, niż słynne miecze i szable, które sporządzone zostały z najtrwalszej stali i ozdobione bezcennymi kamieniami. We Fromborku musiał znaleźć się również ten, kto szedł śladami autora Wiatru od morza. Kto usiłował rozpoznać nowy, złowrogi dźwięk Smętkowego śmiechu. Stajemy przed starą katedrą, przed basztą, w której ongiś gorzało w niestrudzone noce światło z okna Kopernikowej pracowni... – tak pisał Melchior Wańkowicz przed II wojną, w opowieści Na tropach Smętka. W ciemnej klatce schodowej, łączącej tę pracownię z katedrą – opowiada Wańkowicz – znajdujemy, zepchnięte tutaj, ślady polskości. Po zakamarkach klatki schodowej po dziś dzień odprawują się polskie procesje... na obrazach wiszących wzdłuż schodów. Idą grube szlachcice w kontuszach, dołem obrazów malowane są polskie herby, a w całkiem ciemnym załomie wisi ryty w miedzi portret Władysława IV. Nie był

Wańkowicz pierwszym i nie był ostatnim wędrowcem, który skwapliwie obracał oczy ku wieży Kopernika, by dostrzec w niej dawno zagasłe, a przecież ciągle widoczne światło. W wierszach poetów o wielkim i bardziej skromnym imieniu doskonali się więc bez przerwy ta szczególna retoryka pamięci, dumy plemiennej, wdzięczności i zachwytu wobec tego, kto przemienił ową basztę lokalną, basztę prowincjonalną w wieżę poznania, w wieżę – universum, wieżę najśmielszego spojrzenia na drogi gwiazd i planet, na widnokręgi kosmosu, tak różne od horyzontów ziemskich. Wystarczy zajrzeć do antologii Słoneczna kantata, by przekonać się, jak pilnie, jak solennie poeci i rymotwórcy polscy czuwali przy wieży Kopernika. Jak towarzyszyli jej wielością słów uroczystych i żartobliwych, konwencjonalnych i suwerennych, kosztownych i zgrzebnych. Można stwierdzić, że obok tej realnej i symbolicznej wieży, najwyższej spośród wież poznania człowieczego, rośnie zarazem cenne, stare drzewo poezji polskiej – jak ów dąb sędziwy przy fromborskiej katedrze – złożone z wielu dostojnych konarów, z wierszy biskupa warmińskiego – Jana Dantyszka, z utworów Ludwika Osińskiego, Lucjana Siemieńskiego,Teofila Lenartowicza,Wiktora Gomulickiego, Emila Zegadłowicza, Władysława Broniewskiego. I z tych wierszy, które rodziły się w obszarze naszego czasu, z wierszy Mieczysława Jastruna, Aleksandra Rymkiewicza, Tadeusza Kubiaka, Stefana Flukowskiego, Tadeusza Śliwiaka. Mamy tu zwięzłe strofy i dalekosiężne poematy. Śledzimy zaklęcia i subtelne próby, dzięki którym usiłowano nadać fenomenowi Kopernika odpowiednie imię poetyckie, ująć w lotnym zdaniu całą jego istotę: Wieżo światła i męki, Czuwania i patrzenia, nieruchoma jak pomnik na wirującej ziemi. Stref kryształowych kręgi ponad wieżą wyklętą. Na tej ziemi przestała ziemia być bożą perłą. Bo dla poetów Kopernik jest poetą, więc bohaterem swoiście poezjotwórczym. Obroty naszych dziejów są tak szczególne, że astronom, uformowany z brązu – w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu, przed pałacem Staszica – bez przerwy czuwa na tym głównym trakcie zdarzeń polskich. I ciągle zdaje się modelować nasze sny, lęki, nadzieje. I ujawnia poniekąd chronologie i zakresy polskiej odwagi. Młodzi poeci czasu wojny – Wacław Bojarski, Zdzisław Stroiński, Tadeusz Gajcy – śmiało wystąpili w tej sztafecie pamięci, prawdy, honoru, by wyrazić bunt przeciwko kłamstwom związanym z tożsamością kanonika fromborskiego. Składając wieniec u spiżowych stóp astronoma, wzięli udział w sztafecie śmierci. Była to zarazem sztafeta ofiary, niosąca dar młodości daremnej, zmiażdżonej, dar życia tragicznie zdławiony.


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA W słowach poetów ponawia się wzruszenie, któremu dał upust Żeromski, patrząc na astrolabium z jodłowego drzewa. Jakby cząstka polskiego drzewa – po Norwidowemu – zaręczała całość, narodową tożsamość Kopernika. Jakby studium wysłużonego przedmiotu ujawnić mogło wielkość celów i szorstkie ubóstwo narzędzia, nieodzownego do ich osiągnięcia. Z pewnością Kopernik kochał swe jodłowe astrolabium, jak poeci kochają własne pióra i ołówki. Musiał też – nie wiedząc o przyszłych wizjach poetów – łączyć obrazy ziemi fromborskiej z obrazami innych okolic Europy, widzieć więc katedrę fromborską w sąsiedztwie katedr włoskich, obok katedr Padwy, Bolonii, Ferrary, Florencji, Rzymu. Musiał łączyć swe pytania fromborskie z pytaniami innych mieszkańców kontynentu, patrzeć na owe pytania ich spojrzeniem, źrenicą wielkich architektów ówczesnej, nowej, dopiero kształtującej się Europy. Ta właśnie cecha jego sytuacji duchowej sprawia, że możemy się do niego odwołać, oblężeni przez własne, dzisiejsze, europejskie dylematy i pytania. Szanowni słuchacze! Myśl o nowej Europie ująć trzeba jako wielkie wyzwanie duchowe. Wyzwanie rzucone śmiało człowieczeństwu, które gubi się w nadmiarze uroszczeń, nawyków, złudzeń. Musimy więc stawiać temu człowieczeństwu inne żądania i cele. Musimy od nowa formować jego niepokorne tworzywo. Musimy powściągać jego chroniczne ambicje. Człowiek, rozpięty między szansą miłości i terrorem nienawiści, wychowany „ku” nieufności i lękowi, z myślą wobec myśli zatrutej i znieprawionej, winien teraz wychylić się cały ku miłosnemu dialogowi. Winien zapomnieć o przestrodze zamkniętej w dawnym wierszu Jarosława Iwaszkiewicza Do przyjaciela wroga: Pamiętaj – większa siła Jest może w nienawiści. Emerson twierdził kiedyś, że prawdziwa wolność bywa zawsze wolnością od sąsiada. Jeśli gotowi jesteśmy życzliwie wsłuchać się w owo pamiętne zdanie, to ileż zmian będzie musiało dokonać się w nas samych, w mieszkańcach przyszłej Europy? Ile trzeba będzie odkryć i uczynnić rezerw duchowych – w obszarze między biegunem polskiej powagi a biegunem polskiego śmiechu? Ten trud wewnętrzny okaże się nieodzowny, by ukształtowane zostały inne wyobrażenia o istocie wszelkich granic. By rozpierzchła się metaforyka fosy i zwodzonego mostu, warowni i cytadeli. By zatraciły się widzialne i nieuchwytne linie, do których zwykło apelować nasze poczucie osobności i umownego bezpieczeństwa. By odepchnięte zostały upiory zewnętrzne, wieloimienne, żywotne, złowrogie. By o naturze polskiego śmiechu nie rozstrzygała dialektyka Fredry i fredrowskiego muru. Obowiązek pamięci czynnej, bolesnej, jątrzącej winien sekundować nam w każdym przedsięwzięciu duchowym. Odbyłem kurs praktyczny Biblii, Herodota, Tacyta... – pisał Mieczysław Jastrun, sumując przygody, jakie trapiły człowieka minionego stulecia. W Micie śródziemnomorskim mówił także Jastrun o manichejskiej energii zła. O barbarzyństwie mrocznym, ukrytym, na stałe sprzęgniętym z naturą człowieka. Jako autor Wojny bez końca mam zresztą szczególne prawo do ostrożności wobec rajskich utopii. Wobec naiwnych projektów, dzięki którym w przestrzeni nowego świata nie słychać bitewnego zamętu i zgiełku. Czy uda się nam uwolnić od historii rozumianej jako ciężar i przekleństwo? Od historii widomej jako stadia cierpienia? Od dziejowych sensów i absurdów, coraz bardziej płynnych, zamglonych, iluzorycznych? Od pytania, które wciąż trzeba ponawiać za Eurypidesem: ...czyżbyśmy przecierpieli tyle – tylko dla baśni?

80

Mieszkańcowi nowej Europy nieodzowna jest odwaga kopernikańska, by stary świat mógł zobaczyć w świetle nowych, wymiernych i uchwytnych marzeń. Mieszkaniec nowej Europy, naszej części Europy buduje bowiem inną realność duchową – w obszarze wypełnionym przez nieostygłe i tak długo piętrzące się popioły dziejowe. Mieszkańcowi tej części Europy nie wolno zapominać o gorących popiołach. O prochu całopalonych ludzi i książek. O języku dosłownych i symbolicznych ruin. Ale ów sygnatariusz gorzkiego, trudnego obowiązku nie może ulegać truciznom zmęczenia, żałoby, toksynom rozpaczy, niewiary, daremności. My, czytelnicy Popiołów Żeromskiego, my, którzy otwieramy tę księgę w pierwszym roku nowego tysiąclecia, szukamy w niej starych przyjaciół i wyłaniamy przyjaciół nowych. Niech więc – choćby na chwilę – zjawi się tu książę Gintułt, który krzyczał swoje bezinteresowne, ludzkie, daremne „nie pozwalam”, gdy polscy żołnierze Napoleona rabowali złote konie z frontonu weneckiej katedry San Marco. I wykrzyczał ponownie to dumne, polskie, europejskie „nie pozwalam”, gdy lufy armat wymierzone zostały przeciwko kościołowi Świętego Jakuba w Sandomierzu, bo oko wodza ujrzało w kościelnych murach obiekt strategiczny. Ufamy, że przyszła Europa oceni takie decyzje jako haniebne. Że hierarchia nowych wartości ujawni ich zbrodniczy anachronizm. Ufamy, że dawny etos rycerski może odmienić swój charakter i zakres. Że daremna wojna bez końca przemieni się wreszcie w wojnę wolnej myśli przeciwko innej wolnej myśli. Że będzie wojną racji przeciwko racjom. Że będzie wojną suwerennych myślicieli. Że o istocie tej wojny poznawczej decydować będzie nowy honor rycerski. Honor ludzi, których dłonie zapomniały o wadze i szczęku broni, a całą siłą woli poznania ukochały nowe astrolabia, klucze do innego czasu i świata. Mamy nadzieję, że cyrklem wszystkich projektantów nowej przestrzeni europejskiej kierować będzie szacunek wobec starych i świętych kamieni Europy. Wobec jej katedr, domów i grobów. Wobec jej miejsc wybranych, jak to miejsce we Fromborku, gdzie mury wypełnione są niewidzialnym pismem, które mówi donośnie o jednej z największych iluminacji człowieka. Ufamy, że czas nowej Europy, czas ludzi, zwierząt i drzew będzie czasem wspólnoty, czasem rzetelnego, solidarnego udziału w trwodze życia i lęku śmierci, choć różne są nasze postoje i odmienne są nasze wędrówki. Ten, kto – według Żeromskiego – znał tu wszystkie drzewa, kamienie i kwiaty, kto stawał w cieniu wysokich drzew pamięci, chciałby również, aby żywoty starych drzew kończyły się harmonijną i godną śmiercią, wolne od mechanicznej piły, tak sprawnej w dłoniach morderców. Ufamy, że nowa Europa ograniczy, ujarzmi kulturę śmierci na rzecz kultury życia, trwania, rozwoju, ciągłości. Na rzecz prawdziwego dialogu między pokoleniami. Że ustali właściwe, muzyczne proporcje między prawem młodości i przywilejem wieku dojrzałego. Jesteśmy pewni, że w tych nowych, czystych, foremnych naczyniach bytu musi pienić się zdrowy szampan młodości. I musi jarzyć się szlachetne, stare, świetliste, mądre wino człowiecze. Wydaje się to nieodzowne w kraju, w którym samowiedza narodowa i kulturalna ciągle jeszcze przypomina rozsypane ogniwa. Nasuwa myśl o zmarnowanych, ślepo rzuconych ziarnach. Wydaje się to konieczne w kraju, w którym pamięć o ludziach poległych i zamordowanych, pamięć o domach zatraconych i domach, jakie płaczą daremnie, szuka wsparcia choćby w skrawku małej, pogiętej, zetlałej fotografii.

Trzeba pamiętać o tej konieczności, aby – jak w Zielu na kraterze – pióro przyszłego ojca nigdy już nie musiało walczyć o złudę życia, pisząc list do umarłej. Do poległej córki. Aby nasze groby nie zamykały się w niewiadomym miejscu, z istoty swej przynależne do nieogarniętych, samotnych, „ruchomych” cmentarzy polskich. Niosąc taki ciężar i dziedzicząc taki spadek, łączymy się z innymi mieszkańcami Europy. W obszarze kultury nie jesteśmy kandydatami do europejskiego Sezamu. O naszym losie nie decyduje pokora młodych aspirantów. Nie musimy kołatać do bram Europy. Na jej konta, na jej rachunki duchowe przekazaliśmy już wiele kosztownych darów myśli i serca. Od innych mieszkańców Europy oczekujemy teraz uwagi wobec skali naszych doznań. Żądamy skupienia wobec zakresu naszej wiedzy o istocie „rzeczy ludzkiej”. Sądzimy, że na tę uwagę liczyć mogą zarówno formotwórcy polskiej urody, jak i ci, którzy byli przeziercami „polskiej rany”, rany o wciąż niezabliźnionych krawędziach. Nasz śmiech winien być cząstką śmiechu europejskiego. Winna dokonać się odważna europeizacja naszych praw do radości czystej i swobodnej. Nasz ból winien żywić wszystkie strumienie bólu składające się na całokształt europejskiego doznania rozpaczy, daremności i nadziei. Niech maska żałoby, sieroctwa, smutku, melancholii, martwej obojętności, stałego znużenia zdjęta zostanie z twarzy polskiej.

Niech kwiat uśmiechu będzie jej znakiem firmowym – w tłumie innych twarzy europejskich, życzliwych i otwartych. Niech daje świadectwo skali międzyludzkiego sojuszu i zaufania. Niech mówi o nieprzerwanej gotowości do „kredytu” człowieczeństwa. Do pełnego udziału w jego sumie nieodzownej, szlachetnej, wieloimiennej. To nie jest retoryka ubogich i żałosnych mieszkańców Europy. Tych, którzy chcą stanąć w jednym szeregu z innymi, bardziej szczęśliwymi mieszkańcami Europy. To jest retoryka dumy narodowej. Za każdym zdaniem kryje się tu mozół jednostek i zbiorowości, pulsuje wiarygodna materia polskich pytań i lęków. I zarazem – dzięki owym zdaniom – niesiemy tu zapowiedź wielu nowych ofert, które nie mogą być płonne, daremne. Walka o nową godność mieszkańców Europy może bowiem dokonać się za naszą sprawą, przy udziale polskiej pamięci i wyobraźni. Trzeba odnowić wiarę w młodość tego sędziwego kontynentu. Trzeba pomnożyć tę ufność, zagubioną wśród wielu tragedii dziejowych i wśród wielu groźnych przygód umysłu europejskiego. Trzeba uczynić ją – w zgodzie z hymnem nowej Europy – religią ludzi, którzy ponad wszystkim stawiają świadomość braterstwa, są przekonani o jej możliwym tryumfie. I są gotowi, by – w innych, duchowych, nieznanych monetach – sprostać każdej cenie tego zwycięstwa.

Andrzej Gronczewski – prof. dr hab., profesor Wydziału Polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Eseista, historyk literatury, krytyk literacki. Autor m.in. takich książek, jak: Jarosław Iwaszkiewicz (1972, 1974); Inicjały i testamenty (1984); Wojna bez końca (1992); Obiad na ruinach (1992, książka września 1992, Nagroda Warszawskiej Premiery Literackiej); Bardzo straszny dwór (1999). Wydał antologie poetyckie pt. Próba całości (1994) i Atlas miłosny. Poeci francuscy XIX i XX wieku (1996). Opublikował tom studiów Spotkania z Ernestem Hemingwayem (2003). Pod redakcją i ze wstępami prof. A. Gronczewskiego ukazały się trzy tomy Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza: tom 1 – Dzienniki 1911–1955 (2007), tom 2 – Dzienniki 1956 –1963 (2010), tom 3 – Dzienniki 1964–1980 (2011).

81


Fenomen

Fenomen

82

Wystawa „Bacciarelli i inni. Królewska kolekcja obrazów Stanisława Augusta” jest kolejną odsłoną cyklu „Stanisław August – mecenas i kolekcjoner”, rozpoczętego w Łazienkach Królewskich w lipcu 2011 roku ekspozycją „Rembrandt i inni”. Projekt połączony jest z programem konserwatorskim, w ramach którego w trzech etapach zostanie zakonserwowanych 51 obrazów i 17 XVIII-wiecznych ram. Wystawa w pałacu Na Wyspie jest opowieścią o królu mecenasie – Stanisławie Auguście i jego nadwornym malarzu – Marcello Bacciarellim. Urodzony w Rzymie artysta był nie tylko jednym z najbliższych przyjaciół monarchy, ale także pełnił funkcję Generalnego Dyrektora Królewskich Budowli. Rozległe kontakty Marcella Bacciarellego z artystami i dworami europejskimi, znajomość zasad funkcjonowania i organizacji kolekcji dzieł sztuki pozwoliły mu stać się najważniejszym doradcą króla do spraw artystycznych. W XVIII wieku każdy liczący się władca musiał posiadać kolekcję dzieł sztuki, w odpowiedni sposób zorganizowaną, eksponowaną i opisaną. Zgodnie z Wolterowską tezą o „filozofach na tronie”, król winien przeprowadzać reformy społeczne i polityczne, być mecenasem dla artystów i literatów, cechować się błyskotliwością umysłu i towarzyskim obyciem. Gromadzenie obrazów, sztychów, medali, monet oraz rzeźb było zatem dla Stanisława Augusta koniecznością wynikającą z oświeceniowych ideałów, które mu patronowały. Kolekcja obrazów o uniwersalnym charakterze została oparta na wzorcach rzymskich, drezdeńskich i wiedeńskich. Znalazły się w niej przykłady dzieł sztuki reprezentujące różne style, kierunki oraz epoki. Najliczniej reprezentowane były dzieła pochodzące z XVII i XVIII wieku, należące do szkoły włoskiej, holenderskiej i flamandzkiej. Celem galerii miało być pełnienie funkcji nie tylko reprezentacyjnych i prestiżowych, ale także dydaktycznych – przede wszystkim dla artystów związanych z mecenatem Stanisława Augusta.

Alegoria sprawiedliwości (Temida)

Izabela Zychowicz artysta włoski, nadworny malarz, doradca w sprawach artystycznych i przyjaciel króla S. Augusta Poniatowskiego, urodzony w 1731 roku w Rzymie. Istotny wpływ na edukację Bacciarellego miał pobyt w pracowni rzymskiego artysty, Marca Benefiala. Po studiach malarskich w Rzymie w 1750 roku udał się do Drezna, gdzie wraz z żoną, Joanną Richter, zajmował się kopiowaniem obrazów ze zbiorów Augusta III. Do Warszawy przybył po raz pierwszy w czasie wojny siedmioletniej i przebywał tam w latach 1756–1763. Podjęte w tym czasie realizacje dla rodziny Poniatowskich (portrety m.in. Kazimierza Poniatowskiego czy Izabeli Branickiej) przyczyniły się do ugruntowania silnej pozycji artysty jako portrecisty w środowisku warszawskim (namalował ponad 200 portretów). Kilkakrotnie portretował króla (np. w stroju koronacyjnym przed 1770, w kapeluszu z piórami po 1780, z klepsydrą w 1793, w sumie około 30 portretów). Malował także wiele scen z historii Polski oraz słynny poczet królów polskich do pokoju marmurowego Zamku Królewskiego w Warszawie oraz obrazy o tematyce mitologiczno-alegorycznej i religijnej. W latach 1764–1765 działał na dworze cesarskim Marii Teresy w Wiedniu, a 1764 roku został mianowany profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie. Stanisław August zdawał sobie sprawę, że Bacciarelli oprócz talentu posiadał rozległe znajomości z artystami i dworami europejskimi i nieobce były mu również zasady funkcjonowania i organizacji kolekcji dzieł sztuki. Toteż król zaprosił malarza na stałe zamieszkanie do Polski (koniec 1766 roku), przyznając mu indygenat (otrzymał szlachectwo polskie z herbem własnym). Na polecenie króla założył w 1766 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Malarnię Królewską. Od 1786 Dyrektor Generalny Budowli Królewskich. Jego dziełem były plafony w Zamku Warszawskim w salach: wielkiej, marmurowej i dawnej audiencjonalnej (zniszczone w czasie w II wojny światowej – zrekonstruowane na podstawie szkiców mistrza), podobnie jak i dawny plafon w sali Salomona w Łazienkach. W roku 1787 odbył dłuższą podróż po Włoszech, skąd przywiózł zakupione dla króla cenne dzieła sztuki, tworzące wraz z wieloma innymi sławną galerię Stanisława Augusta. Od 1808 członek Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie. W 1817 za zasługi dla sztuki polskiej mianowany profesorem i honorowym dziekanem Oddziału Sztuk Pięknych Królewskiego Uniwersytetu Warszawskiego. Członek licznych akademii, m.in. w Rzymie, Bolonii, Wiedniu i Berlinie. Bacciareli zmarł w 1818 roku w Warszawie. Razem z żoną Fryderyką (znaną miniaturzystką) spoczywa w archikatedrze św. Jana. Działalność Bacciarellego nie pozostała bez wpływu na artystów polskich, których tak wielu wyszło z jego szkoły, m.in. Józef Wall, Kazimierz Wojniakowski, Anna Rajecka, Wincenty Lesseur-Lesserowicz.

(red.)

Alegoria męstwa (Mars)

Marcello Bacciarelli

Święta Maria Magdalena pokutująca w grocie

Portret Magdaleny Agnieszki z Lubomirskich Sapieżyny

Portret starca w brązowym habicie

Portret Anny von Medem Biron

Część III

Alegoria łaskawości (Clementia)

Kolekcja sztuki Stanisława Augusta

Obrazy na wystawie „Bacciarelli i inni” zostały wyeksponowane zgodnie z ich topograficznym rozmieszczeniem zawartym w królewskim inwentarzu Catalogue des Tableaux appartenant à Sa Maj. le Roi de Pologne 1795. W Pokoju Bachusa znalazły się dzieła Ádáma Mányokiego i jemu w XVIII wieku przypisywane, ukazujące osoby z otoczenia Augusta II. W Gabinecie Portretowym, pośród portretów Williama Szekspira oraz Izaaka Newtona, eksponowana jest Praczka Gabriela Metsu, jednego z najwybitniejszych malarzy holenderskich XVII wieku. Sala Salomona, najbardziej reprezentacyjne pomieszczenie pałacu Na Wyspie, stała się Galerią Jednego Mistrza – Marcella Bacciarellego. W miejscu zniszczonych podczas wojny malowideł opowiadających historię biblijnego króla eksponowane są dziś sztalugowe obrazy włoskiego artysty. Obok portretów Katarzyny Gattai-Tomatis, Anny von Medem Biron czy Magdaleny Agnieszki z Lubomirskich Sapieżyny znajdują się tu cztery tonda przedstawiające cnoty królewskie, namalowane w 1795 roku do Rotundy pałacu Na Wyspie: mądrość, łaskawość, męstwo i sprawiedliwość. W Galerii Obrazów, na honorowym miejscu zajmowanym niegdyś przez Uczonego przy pulpicie Rembrandta, eksponowany jest Portret Stanisława Augusta w mundurze z błękitną szarfą pędzla Bacciarellego, wypożyczony z Muzeum Narodowego w Warszawie. Głównym elementem definiującym wnętrza reprezentacyjnych królewskich rezydencji było właśnie malarstwo – dziedzina sztuki najbardziej odpowiednia do wyrażania alegorycznych, dydaktycznych oraz narodowo-historycznych treści. Stanisław August postrzegał sztukę jako nieodłączny element sprawowania władzy oraz wynik kierujących królem idei oświeceniowych. Malarstwo musiało sprostać nowym wyzwaniom, takim jak budzenie się świadomości narodowej i zwrot ku rodzimej przeszłości, kształtując tym samym postawy moralne i patriotyczne społeczeństwa. W 1792 roku, w korespondencji pomiędzy królem Stanisławem Augustem a jego nadwornym malarzem Marcellem Bacciarellim, narodziła się idea powołania w Łazienkach Królewskich pierwszego nowoczesnego muzeum publicznego. W 2012 roku Muzuem Łazienki Królewskie obchodzi 220-lecie narodzin królewskiej idei. Z tej okazji Mennica Polska S.A. wybiła medal upamiętniający wydarzenie. Wystawa czynna jest do 28 kwietnia 2013 roku.

POLSKA

Alegoria mądrości (Minerwa)

Portret Katarzyny Gattai Tomatis

POLSKA

83


Fenomen

POLSKA Projektowała dla Heleny Rubinstein i Antoine’a de Paris, współpracowała z Siergiejem Diagilewem i jego Baletami Rosyjskimi. W jej autorskim butiku przy Avenue des Champs-Elysées ubierały się aktorki i rosyjskie arystokratki osiadłe w Paryżu. Cenił ją sam „król mody” – Paul Poiret. Była uznaną artystką, kilkakrotnie odznaczaną złotymi medalami na wystawach światowych. Sara Lipska – dizajnerka, scenografka, projektantka mody i wnętrz, malarka, rzeźbiarka, najważniejsza kobieta w życiu Xawerego Dunikowskiego, matka jego córki. Dzisiaj – zapomniana. Dnia 19 sierpnia 2012 roku w Muzeum Rzeźby w Królikarni została otwarta pierwsza monograficzna wystawa Sary Lipskiej. W pałacowych wnętrzach można było zobaczyć jej niezwykle kolorowe kostiumy, obrazy, rzeźby, projekty scenografii i aranżacji wnętrz. Sara była niezależną osobowością artystyczną, silną i odważną kobietą, samotną matką, Żydówką z tradycyjnej rodziny, która podjęła studia artystyczne w Warszawie i świetnie poradziła sobie w Paryżu – kulturalnej stolicy ówczesnego świata. Jej nowatorskie wyrafinowane projekty urzekały bogactwem pomysłów, form i barw. Wystawa „Sara Lipska. W cieniu mistrza” to próba przywrócenia światu wybitnej artystki. Wystawie towarzyszyły działania inspirowane Jej twórczością w świecie mody. Wystawa włączona została w obchody Roku Jubileuszowego 150-lecia Muzeum Narodowego w Warszawie. Honorowy patronat objął Jego Ekscelencja Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski i Ambasador Francji w Polsce Pierre Buhler.

Sara Lipska W cieniu mistrza

Fenomen

POLSKA

„Sara Lipska. W cieniu mistrza” w Królikarni, 19 sierpnia-4 listopada 2012. Kurator wystawy – Ewa Ziembińska, scenografia wystawy – Wojciech Zasadni. (materiały prasowe MN) 1. Sara Lipska, Szkoła Sztuk Pięknych, ok. 1904, kolekcja prywatna 2. Sara Lipska, Martwa natura, ok. 1915–1925, olej, płótno, Musée d’Artet d’Histoire de la Ville de Meudon 3. Sara Lipska, Pejzaż z gołębiami, ok. 1915–1925, olej, płótno, Musée d’Art et d’Histoire de la Ville de Meudon 4. Sara Lipska, projekt sukni, ok. 1930, gwasz, papier, kolekcja prywatna 5. Sara Lipska, projekt sukni, dom mody rue Belloni, ok. 1935, gwasz, ołówek, papier, kolekcja prywatna 6. Xawery Dunikowski, Głowa Sary, 1917–1920, Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Królikarni, oddział MuzeumNarodowego w Warszawie 7. Jedna z sal Muzem w dniu otwarciawystawy

84

Królikarnia zawdzięcza swoją nazwę czasom saskim, kiedy urządzono tu zwierzyniec, modnym wówczas zwyczajem, polowano na króliki. Pałac zbudowany został w latach 80. XVIII wieku przez Karola Thomatisa hrabiegode Valery, według projektu Dominika Merliniego. Za sprawą Thomatisa na terenie Królikarni znalazły się browar, cegielnia, karczma, młyn i stodoła, a także położona na zboczu wąwozu kuchnia, w której w wieku XIX znajdowała się biblioteka. W 1816 roku Królikarnię nabył Michał Hieronim Radziwiłł, a w 1849 roku kupił ją Ksawery Pusłowski, sławni kolekcjonerzy i miłośnicy sztuki. W 1879 roku Królikarnię strawił ogień. Dokonana przez Pusłowskich odbudowa była jednym z pionierskich dokonań w dziejach polskiego konserwatorstwa. W 1889 roku Królikarnia przeszła na własność Marty hr. Krasińskiej. W 1939 roku oraz w 1944 roku (podczas walk Powstania Warszawskiego) pałac został ponownie zniszczony. Decyzja o odbudowie z przeznaczeniem na zbiory rzeźb Xawerego Dunikowskiego zapadła w 1948 roku. Miały się tu również znaleźć mieszkanie i pracownia artysty, jednak odbudowę ukończono dopiero w 1965 roku w rok po śmierci Dunikowskiego. W zabytkowym parku, podobnie jak w całej Królikarni, historia łączy się ze współczesnością. W otoczeniu drzew i krzewów komponowany jest Park Rzeźby, w którym prezentowane są wybrane dzieła z bogatej kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie. Szczególne znaczenie mają prace związane z działalnością Xawerego Dunikowskiego i udostępnianiem jego twórczości znajdującej się w zbiorach Muzeum. W Królikarni organizowane są wystawy, koncerty, spektakle, spotkania, konferencje, pokazy filmowe i imprezy plenerowe.

85


Cup 2012

Latająca kula i książki rozmowa z Tomaszem Majewskim

Royal

Przed kilkoma laty miejsce historycznego hipodromu w Łazienkach Królewskich zagospodarowano na nowo. Hipodrom został wybudowany w 1927 roku i szybko zyskał miano jednego z najpiękniejszych tego typu obiektów w Europie. 27 maja 1927 roku na tym właśnie hipodromie zorganizowano pierwsze międzynarodowe konkursy. Od tego momentu co roku odbywały się tam centralne zawody hippiczne, połączone z międzynarodowymi meetingami. Zawody przerwano podczas II wojny światowej, kiedy to hipodrom został zniszczony. Cykliczne zawody pod nazwą Royal Cup mają przywrócić tradycję jeździecką sprzed 85 lat. Royal Cup 2012 to cykl towarzyskich zawodów jeździeckich połączonych z pokazami hippicznymi, których organizatorem jest Akademia Sztuki Jeździeckiej Karoliny Wajdy we współpracy z Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Do grona propagatorów idei odrodzenia się stałej obecności koni w Łazienkach Królewskich i fundatora nagród dołączyło również Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa usytuowane po sąsiedzku przy parku Łazienkowskim. Zawody Royal Cup 2012 odbyły się na hipodromie w Łazienkach Królewskich, gdzie Akademia Sztuki Jeździeckiej ma swoją siedzibę. W tegorocznym sezonie letnim hippiczna impreza odbyła się w czterech odsłonach, naprzemiennie w dwóch dyscyplinach: ujeżdżeniu oraz skokach przez przeszkody. Ostatnią odsłonę Towarzyskich Zawodów Jeździeckich 23 września uświetniła obecność gościa specjalnego, Daniela Olbrychskiego. W tym dniu zostały zaprezentowane indywidualna tresura koni z ziemi i skoki przez przeszkody; odbył się także pokaz ekskluzywnej mody jeździeckiej. W związku z ogromnym sukcesem zawodów (około 13 000 widzów podczas czterech odsłon Royal Cup 2012) wydarzenie ma być kontynuowane w przyszłości.

Fenomen

POLSKA

„Czysta chwila szczęścia” – tak polski złoty medalista Tomasz Majewski opisuje moment, gdy stoi na podium, a z głośników rozbrzmiewa Mazurek Dąbrowskiego. Czy po sukcesach na igrzyskach olimpijskich pchnięcie kulą stanie się ulubioną dziedziną sportu Polaków? Absolutnie nie. Pchnięcie kulą to nie jest popularny sport. W każdym razie nie jest to sport, którym mogą się zachwycać masy. Bo jest to dziedzina dość specyficzna. Na pewno nie tak efektowna, jak choćby skoki narciarskie. Do tego jest to dość trudny sport. Trudno jest się w nim dopatrzyć jakiegoś artyzmu i piękna. Co prawda trzeba przyznać, że ostatnio, dzięki moim dokonaniom na igrzyskach, ten sport stał się nieco bardziej popularny. Więc ogólnie nie jest źle. Jednak sportem masowym nigdy nie będzie.

Hipodrom w warszawskich Łazienkach; fot. ze zbiorów Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa

Czy czuje się Pan celebrytą? Jaki jest Pana stosunek do komercjalizacji sportu? Absolutnie nie czuję się żadnym celebrytą. Jestem sportowcem, który daje z siebie wszystko, a na co dzień chce żyć swoim własnym życiem. A co do komercjalizacji, jest to zjawisko, którego, niestety, nie cofniemy. W miarę rozwoju świata, bez komercji nie byłoby sportu. Jest to zbyt droga dziedzina życia, żeby funkcjonowała tylko dzięki samym ideom. Niestety, tak się nie da. Wszystko, niestety, kosztuje. Sprzęt do ćwiczeń, obsługa trenerska, do tego przeloty do różnych odległych zakątków świata na zawody. Poza tym trzeba pamiętać, że sam sportowiec też musi z czegoś żyć. A tak jak w moim przypadku – jest jeszcze rodzina do utrzymania. Nie da się więc cofnąć czasu. Trzeba tylko pamiętać, żeby w tej komercjalizacji zachować zdrowy rozsądek. Jakie uczucia towarzyszą Panu podczas zawodów? Czy jest to nastawienie na sukces, czy też towarzyszą Panu uczucia patriotyczne? Na każdym starcie zawsze czuję chęć zwycięstwa i wolę walki. I głównie o tym myślę. Skupiam się, by wypaść jak najlepiej i żeby ta kula jak najdalej poleciała. Skupiam się na rywalizacji z innymi zawodnikami. I to wszystko. To, jakiej wagi są same zawody i jaki kraj reprezentuję, i oczekiwania kibiców, to wszystko zostaje gdzieś na dalszym planie.

Kadryl to układ choreograficzny, w którym bierze udział kilka lub kilkanaście koni i jeźdźców. Konie wykonują synchroniczne figury w rytm muzyki, która podkreśla ich ruch i grację. Specjalnie zaprojektowane stroje, inspirowane barokowymi mundurami wojskowymi, nawiązują do czasów, w których narodził się zwyczaj jazdy w kadrylach. Widowiskowy pokaz robi duże wrażenie na publiczności. Tradycja kadryli zrodziła się we Włoszech w XVII wieku i stamtąd przeniknęła do całej Europy. Dzisiaj jest skrupulatnie pielęgnowana przez najsłynniejsze Wyższe Szkoły Jazdy: Le Cadre Noir de Saumur, Hiszpańską Szkołę w Wiedniu, Królewską Szkołę Andaluzyjską Sztuki Jeździeckiej w Jerez, Portugalską Szkołę Jeździecką w Lizbonie; fot. Karol Rzyczycki

86

„Zawody hippiczne na całym świecie wiążą się z wysokim prestiżem, elitarnością i elegancją” – mówi Karolina Wajda. ASJ chce propagować takie postrzeganie jeździectwa. Łazienki Królewskie wydają się być do tego idealnym miejscem. Warto bowiem pokazywać warszawiakom i gościom stolicy – nie tylko miłośnikom koni, ale też tym, którzy przyszli na zawody z ciekawości lub przypadkiem – jak wspaniałe jest jeździectwo i ile dobrych emocji może przysporzyć; fot. Katarzyna Klub

Jak to jest stać na podium, kiedy grają hymn narodowy? Czy można powiedzieć, że to jest jedna z najpiękniejszych chwil w życiu? Z tego, co ja doświadczyłem w swojej karierze zawodowej, mogę powiedzieć, że jak najbardziej. Kiedy się stoi na tym podium i grają hymn narodowy, wtedy wiadomo jest, że to właśnie ta chwila, dla której warto tak dużo i tak ciężko trenować. Można powiedzieć, że to jest taka czysta chwila szczęścia. Jakie ma Pan plany na przyszłość? Jak długo jeszcze zamierza Pan uprawiać sport? Na pewno będę się zajmować sportem przez najbliższe cztery lata. Chcę jeszcze zaliczyć kolejne igrzyska olimpijskie. I dopiero wtedy będę mógł zakończyć swoją przygodę ze sportem. A czy to mi się

uda, to już zależy od mojego zdrowia. Czy dam radę. Ale obecnie taki jest mój plan. Powstał on zresztą już wcześniej. Punktem granicznym mają być Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. A co będzie później, zobaczymy. Jest Pan absolwentem Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych. Co Panu dały te studia? I w którym momencie to jednak sport wygrał? To nie jest tak. Sport był w moim życiu przez cały czas. Kiedy byłem na studiach, to jednocześnie cały czas trenowałem. Studia oczywiście dały mi zdrowy ogląd świata, a także sporo wiedzy, która mi się w codziennym życiu przydaje. Muszę przyznać, że studia bardzo miło wspominam, był to ciekawy czas w moim życiu. Jednym słowem, bardzo miło mi się studiowało. Czyli ze sportem miał Pan kontakt zawsze. Jaka więc była droga do tej właśnie dziedziny? Zacząłem trenować, kiedy poszedłem do szkoły średniej w Ciechanowie. Mój brat cioteczny, który był trenerem w lekkiej atletyce, namówił mnie, żebym zaczął trenować, tym bardziej, że miałem warunki, bo byłem wysokim chłopakiem. I tak trafiłem do lekkiej atletyki. Najpierw trenowałem dziedziny ogólnorozwojowe, a po dwóch miesiącach przeszedłem do sekcji rzutów, bo stwierdziłem, że tam mam lepsze perspektywy. I tak już zostało. Często można Pana zobaczyć w kolejce do metra, zatopionego w lekturze. Jakie książki Pan głównie czyta? Zgadza się. Ja bardzo dużo czytam, a szczególnie są to książki z gatunku science fiction. Poza tym czytam normalną prozę, dużo reportażu. Jacyś ulubieni autorzy? Mam bardzo dużo ulubionych autorów. Czytam dwie książki tygodniowo od kilkunastu lat. Tak więc lista moich ulubionych autorów jest dość długa. A czy są książki, do których Pan powraca? Tak. Jest parę książek, które czytałem wielokrotnie. Jest wiele takich, które przeczytałem, będąc jeszcze niedojrzałym chłopakiem. I warto do nich wrócić, spojrzeć z innej perspektywy. Na sam koniec naszej rozmowy wypada zapytać, z czego jest Pan w życiu najbardziej dumny? W życiu przytrafiło mi się wiele rzeczy, z których mogę być dumny. Jednak najbardziej dumny jestem z tego, że pomimo czasochłonnej kariery udało mi się stworzyć bardzo udaną rodzinę. I żyjemy sobie szczęśliwie. Rozmawiał Bartosz Palocha

87


Fenomen

POLSKA

88

„Hallo, tu Polskie Radio, hallo, tu próbna stacja nadawcza Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego w Warszawie, fala 385 metrów...” Tym zdaniem, z towarzyszeniem Poloneza A dur Fryderyka Chopina, 1 lutego 1925 roku rozpoczęło się w Polsce życie radia. Spółka Akcyjna „Polskie Radio” wyemitowała pierwszą audycję w niedzielę 18 kwietnia 1926 roku o godzinie 17.00. Zapowiadała ją Janina Sztompkówna, a wysłuchać mogła, niestety, nieliczna wówczas jeszcze garstka posiadaczy radioodbiorników. Musiało upłynąć ponad 10 lat, aby polski rząd zdecydował się wykupić akcje spółki i upaństwowić Polskie Radio. Od tej chwili podlegało ono Ministerstwu Poczt i Telegrafów. I to właśnie wtedy, 1 marca 1937 roku, na Forcie Mokotowskim, uruchomiono stację lokalną – Warszawa II. Miała niewielką częstotliwość – 216,8 m, a więc i znacznie mniejszy zasięg oraz skromniejsze cele. Jako początek istnienia Programu II przyjmuje się więc tę datę – 1 marca 1937 roku. Rok 2012 był więc rokiem obchodzonego, i to całkiem hucznie, jubileuszu 75-lecia. A co działo się pomiędzy owymi dwoma datami? Do wybuchu II wojny światowej Warszawa II nadawała program wyłącznie dla mieszkańców stolicy. Kiedy zaś Niemcy zbombardowali radiostację w Raszynie, 7 września 1939 roku odezwała się w eterze, niejako samozwańczo, Warszawa II. Działała zaledwie do 23 września. I to stąd właśnie, z Fortu Mokotowskiego prezydent Warszawy, Stefan Starzyński wygłaszał swoje pamiętne, dramatyczne komunikaty. Potem radio zamilkło. Musiała upłynąć pełna dekada, aby Program II odezwał się do radiosłuchaczy ponownie. 3 października 1949 roku po raz pierwszy wyemitowano równolegle dwa programy – I i II, obydwa odtąd już ogólnopolskie. Wtedy też zaczyna się rodzaj specjalizacji, zróżnicowania stylistycznego i tematycznego obydwu anten. O istotne zróżnicowanie w latach PRL-u było niezwykle trudno, pewne różnice dały się jednak zauważyć. Program I – i tak pozostało do dziś – był przede wszystkim programem informacyjnym, społeczno-politycznym, natomiast program II zajmował się przede wszystkim tzw. wyższą kulturą . Miał opinię bardziej

wyrafinowanego, a politycznie bardziej odważnego i niepokornego. Ale audycje do obydwu programów przygotowywali wówczas oczywiście ci sami dziennikarze. Mimo szalejącej w prasie, radiu i telewizji cenzury, lata 70. i 80. to dobry czas dla Programu II Polskiego Radia. Dla Dwójki pracują wówczas wybitni dziennikarze, polskie reportaże radiowe święcą tryumfy na wszystkich międzynarodowych konkursach, publicystyka kulturalna jest naprawdę odważna, a słuchowiska znakomite. W tamtych czasach Naczelna Redakcja Literacka Polskiego Radia mieściła się w okolicach Agrykoli, na ulicy Myśliwieckiej. W tym magicznym miejscu pracowali (na etatach!) tacy pisarze i poeci, jak: Jerzy Krzysztoń, Bohdan Ostromęcki, Jerzy Górzański, Henryk Bardijewski, Tadeusz Kubiak... Reportażyści, także ci z rozgłośni regionalnych, zdobywali nagrody – Prix Italia, Premio Ondas i Prix Futura. Pierwszym polskim radiowcem, który otrzymał w 1966 roku Prix Italia był Witold Zadrowski z Redakcji Reportaży, kierowanej wtedy przez nie byle kogo, bo przez Aleksandra Małachowskiego. Reportaż „Śmierć słonia” Zadrowskiego to opowieść myśliwego o polowaniu i śmierci słonia podczas afrykańskiego safari. Międzynarodowymi nagrodami uhonorowano też na przykład reportaż Jacka Stwory „Pasja, czyli Misterium Męki Pańskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej widziane” i „Głębokie zanurzenie” Krystyny Melion. Ten dobry czas kończy – w sposób symboliczny – reportaż „Polski sierpień”. Za tę audycję o strajku w stoczni gdańskiej i wydarzeniach grudnia 1970 roku na Wybrzeżu autorka, Janina Jankowska otrzymała Prix Italia w 1981 roku. Stan wojenny. Pracę straciło wówczas wielu radiowców. Zostali, jak się wtedy mówiło, zweryfikowani negatywnie. Część z nich imała się więc rozmaitych dorywczych, nierzadko fizycznych prac zarobkowych, część została internowana, a część rozpoczęła nielegalną pracę w strukturach podziemnego radia. Radio przeżywa wówczas kilka lat chudych. Dwójka przez pewien czas emituje swój program tylko od 6.00 do 17.00, dzieląc się anteną z oświatowym Programem IV, czyli

programu Drugio Polskiego Radia

Dwójka zawsze z misją

Radiem BIS. Ale wszyscy wciąż wierzą, że znów nadejdą lata tłuste... Z czasem do pracy powracają starzy radiowcy, przychodzą też nowi... W 1991 roku dyrektor Programu II Elżbieta Markowska, z wykształcenia muzykolog, opracowała, obowiązującą do dziś, formułę Dwójki. Wprowadziła mianowicie podział programu na redakcje tematyczne – muzyki klasycznej, muzyki współczesnej, muzyki operowej... Ale i dla jazzu znalazło się miejsce. Natomiast redakcje: Publicystyki Kulturalnej i Literacka zajmować się miały wszystkimi formami audycji słownych. Na dobre zagościły w programie reportaże, zagadki literackie, gawędy, audycje dokumentalne. Nadszedł też czas programów „na żywo” z udziałem radiosłuchaczy. Ważne miejsce w programie zajmowały zawsze słuchowiska reżyserowane przez wybitnych twórców Teatru Polskiego Radia i w doborowej aktorskiej obsadzie. Sopocki festiwal słuchowisk teatru PR i spektakli teatru TVP „Dwa teatry” wyłania co roku laureatów – głównie, co tu kryć, z Programu II. Mówi się, nie bez racji, że radiowa Dwójka to największa filharmonia w Polsce. To prawda. W ciągu całodobowej emisji, wiele miejsca (około 75 proc. czasu antenowego) zajmuje muzyka – klasyczna, współczesna, ludowa – nadawana nie tylko z płyt. Ważną pozycją radiowej oferty są transmisje – z Beyreuth, z londyńskiej Covent Garden, Metropolitan Opera, z Wiednia, Berlina, Helsinek... Polskie Radio należy przecież do EBU (Europejskiej Unii Radiowej), a to oznacza nie tylko obowiązki, ale i przyjemności, czyli właśnie transmisje i retransmisje rewelacyjnych nierzadko koncertów. Do radiowego studia im. Witolda Lutosławskiego, które jest salą koncertową o bardzo dobrej akustyce, zapraszani są wybitni soliści oraz zespoły z całego świata. Bardzo ważne miejsce w strukturze programu zajmuje Radiowe Centrum Kultury Ludowej. Centrum od 15 lat organizuje ogólnopolski konkurs śpiewaków i kapel ludowych „Nowa tradycja”. Myślę, że konkurs ten jest ewenementem na skalę światową. A jego jurorami w przeszłości byli i Czesław Niemen, i Krzysztof Trebunia-Tutka, i Maria Pomianowska. Laureaci konkursu znani są nie tylko w kraju. Dotychczas nagrodzono m.in. Kapelę ze Wsi Warszawa, Cracow Klezmer Band, Joannę Sławińską, zespół Kwadrofonik, Adama Struga, Agatę Siemaszko. Nie sposób wymienić nazwiska wszystkich redaktorów pracujących od dziesięcioleci w programie, ale przynajmniej o niektórych wspomnieć trzeba.

1

Jan Weber, znakomity krytyk muzyczny, popularyzator muzyki klasycznej, w latach 80. dyrektor muzyczny Polskiego Radia, był autorem m.in. bardzo cenionych przez słuchaczy cykli audycji pt. „Reminiscencje muzyczne”, „Koncerty zatrzymane w czasie”, programów poświęconych wielkim pianistom. Ewa Obniska, wykładowca w Akademii Muzycznej, specjalistka w dziedzinie muzyki dawnej. Wiktor Aleksander Bregy zajmujący się operą. Maria Baliszewska, twórczyni Radiowego Centrum Muzyki Ludowej, wielbicielka folkloru góralskiego. Niedawno zmarły Andrzej Chłopecki dobrze znany jest miłośnikom muzyki współczesnej, bywalcom Warszawskiej Jesieni. Ewa Prządka to autorka audycji o sztuce, jej siostra Bogumiła – wielu adaptacji prozy oraz licznych gawęd wybitnych postaci ze świata kultury „Zapiski ze współczesności”. Bożena Markowska, twórczyni nagradzanych reportaży i dokumentów radiowych. Irena Eichler – jako jedna z pierwszych w Dwójce odważyła się prowadzić programy na żywo. A jeszcze: Hanna Bielawska, Ewa Stocka-Kalinowska, Hanna Maria Giza... W latach 1995–1998 dyrektorem Programu Drugiego był ceniony kompozytor Edward Pałłasz, a dziś jego szefową jest Małgorzata Małaszko-Stasiewicz, wcześniej pracująca w Teatrze Polskiego Radia, autorka znakomitych ilustracji muzycznych do słuchowisk i audycji literackich. Tu wypada chyba postawić nie kropkę, ale raczej wielokropek, bo lista dziennikarzy zasłużonych dla programu jest dalece niekompletna. 75 lat minęło... Wielu wybitnych radiowców tworzących Program II przeszło już na emeryturę, wielu odeszło na zawsze. Ale do programu wciąż garną się młodzi dziennikarze, program się zmienia... Tak to już jest.

Irena Heppen Irena Heppen – jest absolwentką wydziałów socjologii oraz dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1975 roku pracowała w Polskim Radiu, najpierw w Redakcji Publicystyki Kulturalnej, następnie w Redakcji Satyry. Po kilkuletniej przerwie (stan wojenny) powróciła do II Programu PR. Autorka wielu audycji i programów cyklicznych, m.in. „Jak zostać żurnalistą radiowym", „Kino, Teatr, Dialog i inni...", „Między wierszami". Uhonorowana Złotym Mikrofonem (2003), II nagrodą za reportaż radiowy (1993) oraz nagrodą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Obecnie na emeryturze.

2

3

1. Jacek Hawryluk i Wojciech Michniewski, noworoczny „Płytowy Trybunał Dwójki"; fot. Grzegorz Śledź/PR2 2. Olena Yeremenko i Małgorzata Makowska z zespołu Poszukiwacze Zaginionego Rulonu na XV Festiwalu Folkowym Polskiego Radia „Nowa Tradycja" 2012, fot. Grzegorz Śledź/PR2 3. Urszula Kryger, przy fortepianie Katarzyna Jankowska. Urodzinowy „Five o'clock", Studio im. Władysława Szpilmana, marzec 2012; fot. Wojciech Kusiński/PR

89


Fenomen

POLSKA

b Ju wyreżyserował Wojciech Malajkat, a scenariusz, na podstawie książki Grzegorza Miecugowa pod tym samym tytułem, napisał Wojciech Zimiński. Wystąpili znakomici aktorzy oraz dziennikarze związani z Programem III, m.in. Katarzyna Figura, Beata Ścibakówna, Marek Kondrat, Piotr Machalica, Zbigniew Zamachowski, Zbigniew Hołdys oraz Artur Andrus. Przedstawienia odegrano 30 i 31 marca. W dniu urodzin Trójki, czyli 1 kwietnia, poza specjalną ramówką przygotowaną przez trzy „trójkowe” Redakcje: Aktualności, Muzyczną oraz Publicystyki, w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej zabrzmiał wyjątkowy koncert urodzinowy, transmitowany na antenie oraz na stronie internetowej radia. Gwiazdą wieczoru był Maciej Maleńczuk i zespół Psychodancing. Z okazji 50. urodzin rozgłośni powstał także wyjątkowy kalendarz na 13 miesięcy z fotografiami „trójkowych” dziennikarzy. Wydawane są również publikacje o historii i fenomenie Programu III – m.in. książka Wiesława Weissa 33 x Trójka oraz Zapraszamy do Trójki Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza. Na 4 listopada w Teatrze Polskim zaplanowany jest jubileuszowy koncert „Jak być kochaną, czyli 50 lat historii z Trójką”, podczas którego najważniejsze piosenki z ostatnich 50 lat zaśpiewają m.in.: Kayah, Anna Maria Jopek, Justyna Steczkowska, Katarzyna Nosowska, Monika Brodka, Maciej Maleńczuk, Mietek Szcześniak, Raz Dwa Trzy i T.Love. W programie znajdą się m.in. nowe interpretacje utworów Czesława Niemena, Ewy Demarczyk oraz zespołu Republika. Podczas koncertu mają zostać także pokazane nagrania wideo z archiwalnymi kronikami i wspomnieniami znanych ludzi związanych z rozgłośnią. Imprezę poprowadzą Grażyna Torbicka i Artur Andrus, na scenie pojawią się również znane osobowości związane z Trójką, m.in. Wojciech Mann, Marek Niedźwiecki, Piotr Baron oraz Robert Kantereit. Wydarzenie ma uświetnić swą obecnością wiele osobistości świata kultury, mediów i show-biznesu. W tym roku radiowa Trójka świętowała jeszcze jeden okrągły jubileusz – 30-lecie audycji „Lista Przebojów Programu 3”. Z tej okazji przygotowano rozmaite atrakcje dla wielbicieli trójkowej „Listy”. I tak 20 kwietnia piątkową audycję Marka Niedźwieckiego i Piotra Barona rozpoczął koncert dawno niewidzianej na scenie Edyty Bartosiewicz, laureatki „Mateusza” – Nagrody Muzycznej Programu III, „Paszportu Polityki” oraz pięciu „Fryderyków” (i 22 nominacji). Z okazji jubileuszu ukazała się także specjalna kolekcja płyt z piosenkami wybranymi przez Marka Niedźwieckiego i Piotra Barona. Ko-

ó j k i

Już na początku stycznia 2012 roku, niemal 100 dni przed urodzinami Trójki, w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej odbył się wyjątkowy koncert zatytułowany „Studniówka”, podzielony na tematyczne dziesięciolecia historii rozgłośni. Wspominali: Stefan Friedmann, Wojciech Mann, Marek Niedźwiecki, Artur Andrus i Marcin Łukawski, a zaśpiewali: Ania Rusowicz, Grzegorz Turnau, Justyna Steczkowska, Adam Nowak i Gaba Kulka. Od stycznia do kwietnia codziennie nadawany był serial „Trójka z dżemem – palce lizać!”. Każdy z 84 odcinków opisywał, głosami twórców Trójki i osób z nią związanych, historię Programu III w postaci anegdot, śmiesznych historii i wspomnień – od momentu powstania do dziś. W lutym „Lista Przebojów Trójki” odbyła się wyjątkowo na Giełdzie Papierów Wartościowych. Podczas imprezy pod hasłem „Trójka na parkiecie” Marek Niedźwiecki i Piotr Baron prezentowali największe wzrosty i spadki na „Liście” z ostatnich 30 lat. Podczas audycji Prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka ogłosił emisję nowej monety dwuzłotowej, wybitej z okazji jubileuszu. Moneta znajduje się w obiegu od 30 marca. To nie jedyna moneta dedykowana Trójce. W kwietniu Mennica Państwowa wyprodukowała także srebrną monetę trzydolarową, która jest prawnym środkiem płatniczym na największej wyspie koralowej świata – Niue Island k. Nowej Zelandii. Po raz pierwszy w historii wybito monetę o nominale trzydolarowym. Precedensowy jest także awers – obok wizerunku brytyjskiej królowej Elżbiety II widnieje logo rozgłośni. Na rewersie umieszczono wizerunek mikrofonu radiowego i logo Trójki, w otoku znajdują się atrybuty muzyczne w postaci instrumentów i nutek oraz napis: „50 lat Programu III Polskiego Radia”. Wyjątkowość monety podkreślają: niecodzienny nakład: 3333 sztuki, nominał: 3 dolary, masa: 33,33 g oraz wartość: 333 zł. Jednym z najważniejszych wydarzeń urodzinowych były spektakle „Trójka do potęgi”, które wystawił warszawski Teatr Syrena. Sztukę

ileusz Tr

Rok 2012 jest dla Trójki wyjątkowy – dokładnie 1 kwietnia Program III Polskiego Radia skończył 50 lat. Dla rzeszy wiernych słuchaczy przygotowano wiele audycji i imprez o specyficznym trójkowym charakterze z niepowtarzalnym humorem, aby mogli oni nabrać dystansu do otaczającej rzeczywistości.

lekcja „30 lat Listy Przebojów Trójki” obejmuje 13 płyt i zawiera największe hity muzyczne z lat 2007–2011. Z okazji jubileuszu „Listy” pod koniec kwietnia w Alei Radiowej Trójki w Warszawie został posadzony 30-letni klon, opatrzony okolicznościową tabliczką z fragmentem „Ballady o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie” – singla Artura Andrusa nagranego z okazji 1500. wydania „Listy Przebojów”, będącego jednocześnie prezentem dla prowadzących. Sadzeniu drzewa towarzyszyło zakopywanie skarbu – „trójkowego” przesłania dla kolejnych pokoleń słuchaczy. W całej Polsce posadzono też 30 specjalnych drzew na cześć 30 piosenek z 30-letniej historii „Listy Przebojów Programu 3”. Każde drzewo opatrzono tabliczką z tytułem danego utworu. W Alei pojawiły się grające ławeczki z możliwością odsłuchiwania notowań „Listy Przebojów Trójki” oraz bajek dla dzieci. Garść historii Jak wspominał Włodzimierz Sokorski – prezes Radiokomitetu, szef dwóch programów Polskiego Radia i stawiającej dopiero pierwsze kroki Telewizji Polskiej przełomu lat 50. i 60. – trzeci kanał radiowy wymyślił współautor „Matysiaków" Stanisław Marian Stampf ’l – akowiec, dziennikarz i literat. Sokorski nie musiał długo przekonywać ówczesnej władzy. Dla przywódcy partii – Władysława Gomułki dobra muzyka, jaka miała być prezentowana przez nową stację, przyciągała więcej młodych słuchaczy. I o to chodziło. 1 kwietnia 1962 roku o godzinie 20 można już było usłyszeć muzykę (nieco mniej niż połowę stanowiły angielskie kawałki rock’n’rollowe) na falach ultrakrótkich, co w ówczesnej Europie Wschodniej było ewenementem. Jednakże Trójki początkowo mogli słuchać tylko wybrańcy mający najnowocześniejsze odbiorniki, a do tego jedynie mieszkańcy kilku większych miast. Ponadto czas emisji trwał do 3 godzin. Dopiero Janowi Mietkowskiemu, który stanął na czele redakcji w 1967 roku, udało się wydłużyć czasu nadawania z 3 do 19 godzin dziennie. Za jego czasów powstały kultowe audycje: „Teatrzyk zielone oko", „Mini-max, czyli minimum słów, maksimum muzyki" Piotra Kaczkowskiego i najważniejsza redakcja rozrywki, w której w latach 70. zrodziły się takie programy, jak „Ilustrowany magazyn rozrywkowy" i „60 minut na godzinę". Satyrycy z „ Sześćdziesiątki” byli wtedy niczym współcześni celebryci zapraszani i podziwiani na spotkaniach w zakładach pracy. W połowie lat 70. Trójka zaczęła nadawać swoją sztandarową do dziś audycję – „Zapraszamy do Trójki". Każdy mógł zadzwonić do studia i rozmawiać na żywo z prowadzącym. Raz w tygodniu przez dwie godziny antena była otwarta dla słuchaczy. W tamtych czasach, gdy cenzura kontrolowała wszystko i wszystkich, było to coś kuriozalnego. Misja Trójka od samego niemal początku, kierując ofertę programową do inteligentnego słuchacza o wyrobionym guście muzycznym i literackim,

90

91


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA zaskakuje swoją różnorodnością. Poranne i popołudniowe audycje „Zapraszamy do Trójki” dostarczają rzetelnych informacji o bieżących wydarzeniach w kraju i na świecie, a wieczorne i weekendowe programy są doskonałym źródłem wiadomości o kulturze wysokiej. Wszystko to w otoczeniu muzyki z najwyższej półki, prezentowanej w autorskich audycjach. Jednak Trójka to przede wszystkim jej wierni słuchacze, ludzie o różnych gustach muzycznych, niejednolitych poglądach politycznych, odmiennych zainteresowaniach, których łączy jedno: wrażliwość na wysoką jakość, słowo i muzykę, czyli to, co w Trójce najlepsze. W latach 70., kiedy w rozgłośni na dobre zagościła muzyka rockowa, Trójka stała się ośrodkiem życia artystycznego, którym jest do dziś. Program skupia najwybitniejszych twórców muzycznych, kompozytorów i autorów tekstów. Magia Studia Muzycznego Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej przyciąga muzyków o międzynarodowej sławie, którzy lubią w tym miejscu zarówno występować, jak i nagrywać płyty. Obecnie w autorskich audycjach poświęconych muzyce można usłyszeć niemal wszystkie jej gatunki, również te spoza głównego nurtu, m.in. muzykę elektroniczną, alternatywną, poezję śpiewaną czy muzykę filmową. Program 3 to także wiarygodne i rzetelne źródło informacji. Słuchacz Trójki znajdzie tu wiele programów o bieżących wydarzeniach społecznych i politycznych, które komentują uznani politycy, ekonomiści i eksperci. Trójka od 1992 roku prowadzi bardzo lubiany

plebiscyt „Srebrne Usta”, w którym słuchacze wybierają najzabawniejsze wypowiedzi polityków. Na antenie nie brakuje również audycji o tematyce kulturalnej dotyczącej teatru, literatury, filmu, sztuki. Gwarantem wysokiego poziomu audycji są zarówno ich wybitni twórcy, jak i zapraszani goście, osobistości życia społeczno-kulturalnego Polski i świata. Trójka promuje młodych twórców w dziedzinie muzyki, literatury i filmu, głównie debiutantów, których nie od dziś przyciąga magia i renoma rozgłośni. Trójka to także rozrywka najwyższej próby, która zachwyca poziomem humoru. W audycjach prezentowane są zarówno dokonania młodych, często awangardowych twórców kabaretowych, jak i najsłynniejsze w historii polskiej rozrywki nagrania archiwalne. Znakiem rozpoznawczym anteny są jej wierni słuchacze. Koncerty w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej, benefisy najważniejszych postaci ze świata polskiej kultury, dni otwarte, audycje wyjazdowe oraz akcje plenerowe są okazją do spotkań ze słuchaczami, wspomnień, ale również wymiany opinii. „Nieustannie prowokujemy intelektualnie naszych słuchaczy. Wiemy, że nie zgadzają się oni na „byle co” w treści i w formie, czy postępujący zalew tandety. To zobowiązuje” – mówi Magda Jethon, wieloletnia dziennikarka oraz redaktor naczelna Programu III. Ofertę programową Trójki uzupełnia strona internetowa www. polskieradio.pl/trojka, dzięki której Programu III można słuchać na całym świecie.

50 lat Polskiej Redakcji w Deutsche Welle Jubileusz Polskiej Redakcji Deutsche Welle uświadamia jej miejsce i znaczenie w stosunkach polsko-niemieckich po II wojnie światowej. Rozgłośnia powstawała w 1962 roku, kiedy świat był podzielony na wrogie obozy i wyglądał zupełnie inaczej. W Europie kiełkowała idea zjednoczenia wolnej części kontynentu. W Niemczech, boleśnie podzielonym berlińskim murem, trwała epoka Konrada Adenauera, jednego z ojców-wizjonerów Wspólnoty Europejskiej. Adenauer stale powtarzał, że Niemcy muszą pojednać się z Francją, Izraelem i Polską. Powstanie Polskiej Redakcji w tamtym czasie wpisuje się w ten paradygmat niemieckiej polityki zagranicznej, niezmieniony do dziś. Pierwszą audycję radiową Deutsche Welle nadano 3 maja 1953 roku, pierwszą audycję po polsku 1 sierpnia 1962 roku. Przez Polską Redakcję Deutsche Welle, która w latach 1977– 1993 została połączona z Polską Redakcją Radia Deutschlandfunk, przewinęły się setki dziennikarzy. Licząca dziś czterech etatowych pracowników i kilkunastu wolnych współpracowników sekcja, skupia już trzecie pokolenie ludzi, którzy za swoją misję uważają budowanie mostów między Polską a Niemcami za pomocą rzetelne-

Bartosz Dudek

redaktor naczelny DW

(na podstawie dostępnych źródeł)

50 lat istnienia DW po polsku to w mediach duży sukces, mówią eksperci. W ofercie Redakcji Polskiej szukają tego, czego nie znajdują w polskich mediach o Niemczech i stosunkach polsko-niemieckich. Dzisiaj Polska Redakcja nie nadaje programu radiowego, lecz oferuje bogaty przegląd informacji i materiały backgroundowe na multimedialnej stronie internetowej i na Facebooku. Redakcja Polska DW we współpracy z TVP produkuje cotygodniowy magazyn „Eurosąsiedzi". Treści przygotowywane przez Redakcję interesują głównie dziennikarzy na polskim pograniczu. I tak Bogdan Twardochleb, dziennikarz i wydawca dodatku Stowarzyszenia Gmin Polskich Euroregionu Pomerania i Kuriera Szczecińskiego pt. „Przez granice”, na stronie DW po polsku szuka przede wszystkim informacji o Niemczech i polityce niemieckiej, także o Polakach w Niemczech. Andrzej Kotula, współzałożyciel Polsko-Niemieckiego Klubu Dziennikarzy „Pod Stereotypami/Unter Stereo-Typen” od jesieni 2011 roku, od chwili, kiedy, jak mówi, odkrył i zrozumiał, co to jest Facebook, jest stałym odbiorcą materiałów Redakcji Polskiej Deutsche Welle publikowanych w internecie. „Podobają mi się: mają szeroką rozpiętość tematyczną, są żywo redagowane, nadążają za rzeczywistością, dają też szerszy background wyda1 w Niemczech. No i mają ciekawy przegląd doniesień niemieckich merzeń diów. Zauważyłem też, że są chętnie czytane przez szczecińskich odbiorców, w tym – tutejszych dziennikarzy” – podsumowuje Andrzej Kotula. Waldemar Gruna, wydawca dwujęzycznego magazynu „Region Europy”, ukazującego się na polsko-niemieckim pograniczu w Zgorzelcu/Görlitz, a więc bardziej na południe, ma wobec Redakcji Polskiej Deutsche Welle bardzo wysokie oczekiwania. Na stronie internetowej dw.de/polish publicysta gości 2–3 razy w tygodniu. „Szukam informacji o sprawach, jakie się dzieją w Niemczech oraz opinii niemieckich mediów na tematy polskie. Znajduję te informacje, choć powinno się więcej przedstawiać opinii lub

92

go przekazu medialnego. Kiedyś było nim radio na falach średnich i krótkich, dziś tę rolę odgrywają, internet i nieodzowny Facebook, Twitter i YouTube. Podobnie jak nasi 'dziadkowie' sprzed 50 lat, z pasją obserwujemy kraj, który dla wielu z nas stał się drugim domem. I tak jak oni, dzielimy się dziś z odbiorcami w kraju spostrzeżeniami, nie pozbawionymi zresztą krytycyzmu. Staramy się informować na co dzień o tym, co się dzieje wokół nas – rzetelnie i obiektywnie. Polska Redakcja Deutsche Welle nie jest bowiem, i nigdy nie była – a pilnowali tego wszyscy kierownicy tego zespołu – tubą niemieckiego rządu. To także ważny element długiej, półwiecznej tradycji. Inny, to świadomość, że tylko prawda, nawet niewygodna, może być fundamentem pojednania. I żeby się pojednać, trzeba się najpierw poznać i nawzajem o sobie informować. Aby podsumować półwiecze Polskiej Redakcji Deutsche Welle, stworzyliśmy dla zainteresowanych naszą historią specjalną jubileuszową stronę. Znajdą w niej Państwo teksty i zdjęcia, a przede wszystkim nagrania archiwalne, ilustrujące przekrojowo pracę redakcji. Będziemy je uzupełniać regularnie o wspomnienia, zdjęcia i inne treści.

tekstów niemieckich mediów (nie tylko prasy) dotyczących Polski i Polaków. Brakuje informacji o Polakach w Niemczech – tych nowych, którzy są w tym kraju z przyczyn ekonomicznych oraz tych «starszych» (Polonii)”. Publicysta tygodnika „Polityka” Adam Krzemiński wskazuje, że oferta Polskiej Redakcji to nadal ważne źródło informacji o naszym sąsiedzie. „Uważam, że to mądra decyzja, że DW jako jedyna stacja w Europie pozostawiła jednak sekcję polską, bo fakt, że mamy zjednoczoną Unię i media są wolne, nie oznacza, że nie ma popytu na takie właśnie informacje, jakich dostarcza DW”. Znawca relacji Polski i Niemiec uważa, że „ze względu na wyjątkowość stosunków polsko-niemieckich jest ważne, by takie medium istniało”. Rozpoczęcie nadawania programu w języku polskim (równocześnie z serbskim i chorwackim) rok po wzniesieniu muru berlińskiego, kiedy osiągnięte zostało apogeum konfliktu Wschód – Zachód, było „ważnym krokiem w kierunku zbliżenia ze Wschodem z tymi krajami, z którymi to jako tako rokowało nadzieję” – ocenił dziennik DIE WELT (22.09.2012). Korespondent berlińskiego dziennika Gerhard Gnauck przyznaje, że rzadko zagląda na stronę internetową Redakcji Polskiej Deutsche Welle. „Zbyt rzadko” – mówi. „Ale nawet, kiedy nie zaglądam, polskie portale, np. onet.pl, kierują moją uwagę na Deutsche Welle po polsku, wtedy, kiedy DW wyłapała i przetłumaczyła na polski coś ciekawego lub ważnego” (onet.pl i gazeta.pl są partnerami i odbiorcami oferty Polskiej Redakcji DW). Niemiecki dziennikarz uważa, że oferta rozgłośni publicznej, jaką jest Deutsche Welle, „ma swoją misję i co więcej, swój urok”. I dalej komplementuje – „W zakładce HISTORIA NAJNOWSZA posłuchać mogę głosu Poli Negri, Marcelego Reicha-Ranickiego (po polsku) czy Władysława Bartoszewskiego w oryginale”. (materiały prasowe DW)

93


Fenomen

Fenomen

POLSKA

POLSKA

Benefis Sta na Borysa Wiesław Dąbrowski

B

W

ielkim sukcesem był uroczysty Benefis Stana Borysa – ikony polskiej piosenki artystycznej, znanego w wielu krajach wszechstronnego artysty, piosenkarza, aktora i poety – który odbył się 22 maja 2012 roku w Sali Kongresowej w Warszawie. W stołecznej Sali Kongresowej Artysta obchodził 50-lecie pracy scenicznej i 70-lecie urodzin. Szacowny Jubilat z pewnością nie zawiódł, a nawet wielokrotnie pozytywnie zaskoczył. W retrospektywnym koncercie z udziałem (chyba) ostatniego „Blackouta” Krzysztofa Dłutowskiego (organy) Stan Borys przypomniał licznie (3000 osób) zgromadzonej publiczności piosenki, z którymi kojarzy się polskim słuchaczom, m.in. Anna, To Ziemia, Wiatr od Klimczoka, Jaskółka uwięziona, Zmęczony burz szaleństwem, Kochać i tracić, a także najnowsze, powstałe niedawno utwory. Artyście towarzyszył zespół muzyczny Imię Jego 44 oraz 4-osobowy chórek żeński. Repertuar uroczystego koncertu innowacyjnie wzbogacił znany kompozytor muzyki filmowej Krzesimir Dębski, który efektownie zaaranżował utwory Jubilata na zmniejszoną orkiestrę kameralną i jako dyrygent poprowadził swą „Filmową Orkiestrę”, wzbogacając piosenki kolorytem brzmienia smyczków, a także solistycznymi występami jako wirtuoz jazzujących skrzypiec. Mistrz ceremonii, aktor Emilian Kamiński, z dużą kulturą sceniczną, swadą i wdziękiem prezentował i zapraszał na scenę przyjaciół Jubilata, wielu znamienitych artystów, którzy okazjonalnie przygotowali i wykonali piosenki Stana Borysa. Tegoroczna laureatka 4 Fryderyków Ania Rusowicz przepięknie wykonała piosenkę Płomienie, aktorka Kasia Dąbrowska niezwykle efektownie wykreowała Jaskółkę uwięzioną. Utwór Na wierchach wieje wiatr

94

Zdjęcia Marek Wilczek

bardzo interesująco zaśpiewał aktor Michał Milowicz, równie ciekawą interpretacją piosenki Chmurami zatańczy sen zadziwiła kanadyjska piosenkarka Anna Cyzon. Swoją autorską piosenkę pt. Padnij i wstań zadedykowała Stanowi aktorka i piosenkarka Katarzyna Skrzynecka. Jednak prawdziwym zaskoczeniem były okazjonalne duety. Włoski śpiewak Michael Kleitman w duecie ze Stanem Borysem wykonał L’amore e amore l’amore, a na bis Michael zadedykował Stanowi słynny utwór Caruso, co doprowadziło widownię do aplauzu i kolejnej owacji na stojąco. Niemałym zaskoczeniem była również prezentacja piosenki Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma, do wykonania której Jubilat zaprosił divę operową, artystkę Teatru Wielkiego Opery Narodowej Małgorzatę Pańko (mezzosopran), która z wirtuozowską lekkością i subtelnym aktorstwem interpretowała słowa piosenki. Utwór choreograficznie oprawiła i po mistrzowsku zatańczyła wraz z sześcioma tancerkami „Cyganicha jak się patrzy” – Iwona Pavlović. Grande finale był równie zaskakujący, gdyż mistrz ceremonii na scenę zaprosił licznie przybyłych przyjaciół Stana Borysa, artystów i tenisistów, takich jak: Jan Englert, Tomasz Stockinger, Karol Strasburger, Mariusz Czerkawski, Władysław Grzywna, Stefan Fridman, Maurycy Polaski. Dołączyli do nich także wykonawcy: Iwona Pavlović, Michał Milowicz, Krzesimir Dębski, Katarzyna Dąbrowska i inni, którzy na cześć Jubilata do okazjonalnego tekstu autorstwa Maurycego Polaskiego chóralnie wraz z widownią Sali Kongresowej odśpiewali melodię przeboju Jerzego Połomskiego Cała sala śpiewa z nami... Rozentuzjazmowana publiczność na stojąco zaintonowała i gromko odśpiewała Jubilatowi Sto lat.

Koncert mógł się odbyć dzięki finansowemu wsparciu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Narodowego Centrum Kultury, Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS oraz firm „Eris” i „Ziaja”. Droga do sukcesu w minionym „jedynie słusznym” systemie politycznym nie była ani prosta, ani łatwa, nie zawsze decydowały kryteria jedynie artystyczne. Stan Borys odczuł to na własnej skórze. W minionych czasach nie był nigdy laureatem nagród państwowych, zawsze poszukiwał w piosence prawdy i wolności artystycznej, co oczywiście nie podobało się ówczesnym władzom. Jednak został doceniony przez publiczność, która tłumnie wypełniała sale na jego koncertach. Znamiennym jest, iż otrzymał dwie prestiżowe nagrody dziennikarzy na Festiwalach Piosenki Polskiej w Opolu, które każdorazowo były sprzeczne z werdyktem jury. Jedyna oficjalna nagroda, którą otrzymał w Polsce, to przyznana przez jury na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie Grand Prix – Nagroda Bursztynowego Słowika za piosenkę Jaskółka uwięziona. Stan Borys był laureatem festiwali piosenki we Francji, Belgii, Irlandii, Wenezueli oraz Grecji, gdzie na V Olimpiadzie Piosenki otrzymał laur najlepszego wykonawcy spośród 40 krajów. W 1975 roku mocno dyskryminowany opuścił Polskę i udał się do USA, gdzie przez długie lata śpiewał dla polskiej i polonijnej publiczności, propagując i kultywując język polski. W programie Radia Chicago wykreował spektakl o Norwidzie według dramatu Tymoteusza Karpowicza, który następnie wystawił na Uniwersytecie Illinois. Napisał i wykreował przedstawienie pt. Piszę pamiętnik artysty – hańba temu, kto o tym źle myśli, utrwalone na płycie CD.

B

Jako aktor grał w Blackstone Theatre w sztuce według Bertolta Brechta pt. The Goodwoman of Setzuan. W Chicago nagrał płytę pt. Niczyj do poezji Juliana Tuwima, Leopolda Staffa, Bolesława Leśmiana. W 2004 roku powrócił do kraju i odtąd nieustannie koncertuje z grupą muzyczną, którą nazwał „Imię Jego 44”. Znamiennym jest, że Stan Borys musiał czekać ponad 40 lat, aby dopiero oficjalna władza demokratycznej Rzeczypospolitej doceniła artystyczne i patriotyczne dokonania Jubilata i uhonorowała go odznaczeniami: Złotym Krzyżem Zasługi, nadanym przez Jego Ekscelencję Prezydenta RP, i Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis, nadanym w czasie benefisu przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a wręczonym na scenie przez podsekretarz stanu MKiDN, panią Wiceminister Małgorzatę Omilanowską. Szkoda, że Telewizja Publiczna nie znalazła środków na zarejestrowanie tego historycznego kulturotwórczego wydarzenia. Parafrazując słowa wielkiego polskiego poety Cypriana Kamila Norwida: Nad stanami jest i stanów stan, można śmiało stwierdzić, że Stan stanął ponad stan!

Informacje uzupełniające: Scenariusz: Stan Borys i Wiesław Dąbrowski Reżyseria: Małgorzata Maria Potocka Scenografia: Tatiana Kwiatkowska Projekty graficzne: Rosław Szaybo Dyrygent i aranżacje: Krzesimir Dębski Mistrz ceremonii: Emilian Kamiński Kostiumy: Dorota Williams

95


Fenomen

Fenomen

POLSKA

Fenomen

POLSKA

. POLSKA .

Z zycia

Patronat Fenomenu Janusz Kapusta z wizyta, w Centrum Nauki Kopernik fot. Andrzej Baraniak/NE

O naszym wybitnym odkrywcy (K-dronu – przyp. red.) i cenionym artyście Januszu Kapuście „Fenomen POLSKA” rozpisywał się w nr 2/2012. Pan Janusz, będąc w Polsce, przyjął chętnie zaproszenie redaktor naczelnej „FP” do zwiedzenia CNK. Był w tym miejscu po raz pierwszy. „Wyprawa do Centrum Kopernika może być dla wielu zwiedzających spotkaniem z wiedzą i stanowić inspirację do wielu twórczych wypraw i naukowych – podsumował Janusz Kapusta. Dołączamy Dyrektor Muzeumdziałań” Niepodległości w Warszawie – dr Tadeusz Skoczekpamiątkowe zaprosił Redakcję „FP” do współpracy w ramach organizowanego w zdjęcie z 14 czerwca z wycieczki do „Kopernika”. MN cyklu spotkań „ W salonie u Radziwiłłów”. Cykl został zainicjowany w 2000 roku, jego pomysłodawcą i gospodarzem jest znany varsavi-

WSRP

anista Karol Mórawski. Idea spotkań nawiązuje do tradycji warszawskich salonów XIX i początku XX wieku, kiedy to pełniły one ważną rolę na intelektualnej i kulturalnej mapie Stolicy. Pałac Radziwiłłów był wówczas miejscem spotkań elit Warszawy. Mamy nadzieję, że nasz projekt spotka się z zainteresowaniem Czytelników kwartalnika „Fenomen POLSKA” i będzie to początek owocnej współpracy – podsumował dyrektor Muzeum ( 6.02.2012)

SRP araniak/NEW

jB fot. Andrze

Polska jest fenomenem powiedział były premier Kazimierz Marcinkiewicz na Polskim KonW tejGospodarczym restauracji serwuja, dobra, polska, kuchnie, gresie

O „Fenomen POLSKA” usłyszało całe Chicago

fot. Ar ch

. „FP”

W Radio Cafe przy ul. Nowogrodzkiej 56 w Warszawie wiosną br. spotkali się współpracownicy i korespondenci zagraniczni Redakcji „FP”. W restauracji nie tylko można smacznie zjeść („FP” poleca m.in. wyśmienity Czytaja Fenomen barszcz), ale na ścianach restauracji, będących swoistą galerią obrazów, zdjęć i pamiątek, prześledzić dzieje Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Nie trudno zgadnąć, że właściciel restauracji, Stanisław Pruszyński, znany dziennikarz radiowy, reporter, redaktor związał część swojego życia z działalnością RWE. W Radio Cafe mieści się również siedziba Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Na zdjęciu po lewej Stanisław Pruszyński.

cik

ój fot. Paweł W

„Będąc łodzianinem z urodzenia – nowojorczykiem z osiedlenia, chętnie wracam do Polski, bo pomimo wielu jeszcze zadań, jakie ma nasz kraj do zrobienia, jest dla mnie fenomenem w świecie i zareagowałem na ukazanie się 1 numeru kwartalnika Fenomen POLSKA z ogromnym wzruszeniem. Tak, zapoznając się z pierwszą edycją nowego magazynu, przyznaję rację, że przedstawiony tam w wielu artykułach nasz wielki artysta i mąż stanu Ignacy Paderewski zasługuje na szczególną atencję. On jest naszym fenomenem i fenomenem w świecie. Przywołałem go w swej pierwszej odsłonie fotograficznej na wystawie o Polakach w Ameryce w Łazienkach Królewskich. Nie mogę zrozumieć, dlaczego tak niegodnie go potraktowano po śmierci, wysadzając „Fenomen Rosiewicz” jego rezydencję w Szwajcarii”. Powiedział Czesław Czapliński, znany artysta fotografik I dziennikarz W dniach 26–27 maja 2012 roku w Warszawie odbyła się XV Światowa Konferencja Gospodarcza Polonii, którą zapowiadał już nr 2/2011 „Fenomen POLSKA” i w którym znalazła się obszerna relacja z ubiegłorocznej edycji ŚKGP. Ostatni dzień konferencji zakończył się występem znakomitego Andrzeja Rosiewicza. Artysta jak zawsze tryskał humorem i energią. Jak przyznał, niektóre jego humoreski nie są zaaranżowane, tworzy je stosownie do tego, jak reaguje i bawi się publiczność. A jak się fajnie podpisał na dedykacji dla Czytelników, sami Państwo zobaczcie…

W dniu 4 czerwca 2012 roku Sylwester Skóra, znany polonijny dziennikarz radiowy chicagowskiej stacji radiowej „O Nas Dla Nas” (artykuł o tej stacji opublikowany był w „FP” nr 2/2012), a zarazem korespondent zagraniczny „FP” z USA przeprowadził na żywo transkontynentalny wywiad z redaktor naczelną Hanną Kielich-Rainka (radio w internecie pod www.wpna.1490am.com). Na zdjęciach powyżej: red. Sylwester Skóra i red. Sławomir Budzik w swojej rozgłośni. Obok spotkanie w studiu radiowym z udziałem Sylwestra Skóry, Franciszka Spuli – prezesa Związku Narodowego Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej w USA, o. Stanisława Czarneckiego – superiora jezuitów i pani Anny Frontczak – założycielki firmy Nobel International – Centrum Edukacji.

fot. And rz

ej Baran

„Fenomen POLSKA” patronem medialnym XXII Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju Magazyn „Fenomen POLSKA” został patronem medialnym XXII Forum Ekonomicznego, które odbywało się w dniach 4–6 września w Krynicy-Zdroju. „Tworzenie Jednolitego Rynku Cyfrowego dla i wraz z konsumentami“ – to tytuł jednego z paneli dyskusyjnych Forum, w którym wziął udział gość specjalny, były Prezydent RP – Lech Wałęsa. Na zdjęciu Prezydent zainteresowany dopiero co otrzymanym egzemplarzem magazynu „Fenomen POLSKA”.

List do redakcji

Droga Pani, Właśnie skończyłem egzemplarza Fenomenu, który mi PaniPradze w Warszawie. Jak pięknie 25 stycznia obchodził czytanie 90 wiosentego znany w Warszawie a szczególnie na dala warszawskiej Paweł Elsztein, au- zredagowany i wydany! tor ponad 75 książek i ok. 500 artykułów z dziedziny lotnictwa, modelarstwa i astronautyki. Od 1983 roku, kiedy Wspaniały poziom, naprawdę gratuluję serdecznie.Czy napisze Pani coś o koncercie na Zamku Królewskim? Jeśli tak to bardzo proszę przeszedł na zajął się fotografią, którą traktuje jakoPaderewskiego hobby. W swychwpracach uwiecznia przemijający otowzmiankę, żeemeryturę, jestem Dyrektorem Artystycznym Tow. im. Los Angeles i również Dyrektorem Artystycznym Paurok warszawskiej Starej Pragi, dzielnicy nierozerwalnie związanej z jego życiem. Do swych największych osiągnięć derewski International Piano Competition w Los Angeles. zalicza zorganizowanie dwóch wystaw fotograficznych z cyklu Praskie klimaty. Własną pamięćPozdrawiam o historii Pragi i serdecznie, 90 róz od redakcji swoich związkach z tą dzielnicą zawarł we wspomnieniach Moja Praga - z archiwum wspomnień. Wojciech Kocyan

96

fot. Stefan D

ylewski

iak/NEW SRP

-Rainka

ich fot. Hanna Kiel

97


Fenomen

POLSKA Nowy magazyn popularyzacji osiągnięć Polaków i Polonii wyróżniających się w Europie i świecie. Od zwycięstw polskiego oręża, bohaterskich postaw, przez wielkie dokonania w nauce, technice, gospodarce i kulturze, po uroki polskiej przyrody i architektury. I to co stanowi powód do dumy i fascynuje inne narody.

Profile for FenomenPolska

Fenomen Polska nr 4  

Edycja Archiwalna

Fenomen Polska nr 4  

Edycja Archiwalna

Advertisement