Page 1

Magazyn

grudzień 2012 | Rok V, nr 49 (208) | cena 5 zł (w tym 8% VAT) | ISSN 1689-5606 | nr indeksu 249971 | www.naszraciborz.pl

Dojny Śląsk!

Niemcy w Kreis Ratibor

Babski świat Magda Trafas | z Kornowaca do Peru Magda Grąziowska | Kocham Racibórz Helen Jones | Miłość znalazła w Raciborzu Marzena Korzonek | Biorę życie jakim jest Ula Śnigurska | Wolę Amerykę

Męski salon Rafał Brzoska | Paczkomatem w kosmos Sebastian Tyrała | Wielki pechowiec Powieść retro | Duchy w Café Residenz

Na czasie  Dokąd zmierza torpedowiec Rafako  Ta rewolucja nas zaboli


aktualności

p om ys ł na m ag a z y n

Racibórz:     Dużo do czytania, dla przyjemności i dla wiedzy – pod takim hasłem debiutujemy z wydaniem magazynowym Naszego Raciborza. Wybraliśmy grudzień, bo właśnie w grudniu 2008 r. po raz pierwszy ukazał tygodnik Nasz Racibórz. Wersja magazynowa jest płatna, bo i wkład pracy w jej utworzenie jest duży. Z tego utrzymujemy swoje miejsca pracy, płacimy uczciwie podatki i składki na ubezpieczenie społeczne.

W numerze Dla przyjemności i dla wiedzy........................ 2 Paczkomatem w kosmos – raciborzanin zmienia globalny rynek kurierski................... 3 Dokąd zmierza torpedowiec Rafako?............ 4

Dla

Kary darowanie................................................7 Dojny Śląsk. Niemiecka polityka wobec Kreis Ratibor........................................ 8

przyjemności i dla wiedzy

Z Raciborza do Ameryki, czyli historia 18-letniej Uli........................... 10 Polonia i hekele na śląskim Kulinarnym Szlaku........................................ 11 Bogaci coraz bogatsi, ubodzy coraz ubożsi.. 12 Młodzi wciąż na walizkach........................... 12 Wielki pech Sebastiana Tyrały..................... 13 Archeolog z satelitą...................................... 14 Nie wolno się poddawać............................... 16

Postawiliśmy sobie jasny cel – dostarczenie tekstów ambitniejszych. Pierwsi w historii Raciborza chcemy tworzyć regularną e-gazetę. Rynek mediów ulega bowiem coraz wyraźniejszemu podziałowi na grupę starszych odbiorców, preferujących gazetę drukowaną, jak i młodszą populację, poniżej 40. roku życia, dla której podstawowym i coraz częściej jedynym źródłem informacji jest Internet. Magazynowy Nasz Racibórz będzie więc dostępny na papierze i w sieci. Dodam, że nie zniknie z rynku nasz bezpłatny tygodnik. Koncepcja magazynu stanie się dla Państwa czytelna po lekturze tekstów. Te zaś mają sprawić, że dużo bardziej czytelne będą też zjawiska, które występują w naszym otoczeniu. Piszemy o Rafako, bo turbulencje wokół największego raciborskiego pracodawcy zdominowały medialne doniesienia w październiku i listopadzie. Mało kto dostrzegł, że konflikt wokół spółki miał też ściśle medialny wymiar, który zakończył się zwycięstwem PBG. To Jerzy Wiśniewski wyłożył pieniądze na public relations, to opinie Jerzego Wiśniewskiego przebijały się do głównych stacji i to Jacek Balcer – człowiek twórcy PBG mówił do kamer przed nadzwyczajnym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy. Taki jest świat biznesu i polityki, gdzie

2

nasz racibórz magazyn /

na nazwisko pracuje się nie przy sejmowej mównicy, ale przed kamerami właśnie. Szkoda więc, że PBG „przykryło” medialnie osiągnięcia Wiesława Różackiego, jednego z lepszych prezesów Rafako w ponad 60-letniej historii fabryki. Kierunek naznaczony przez byłego już prezesa Różackiego był czytelny – stworzyć z Rafako ważnego gracza na europejskim rynku. Prezes osiągnął ten cel, ale musiał odejść. Historia zna wiele podobnych przypadków. Oby dla Rafako była dalej łaskawa. Piszemy też o postępującej pauperyzacji znacznej części mieszkańców powiatu, pokazując liczby, z których wynika, iż bogaci szybko się bogacą, a mniej zamożni zarabiają relatywnie coraz mniej. To właśnie źródło rosnącego niezadowolenia społeczeństwa i niezrozumienia zjawisk przez władze samorządowe, akurat nieźle uposażone. O skuteczności rządów nie decydują bowiem tylko metry bieżące dróg, chodników i połacie docieplonych ścian za pieniądze zebrane przez podatników, ale zamożność jak największej grupy mieszkańców, którzy jako konsumenci napędzają lokalny handel i usługi. Aby lepiej to zrozumieć piszemy też o źródłach pruskiego cudu gospodarczego w XIX-wiecznym Ratibor. Grzegorz Wawoczny

grudzień 2012

Radiowe fale ratunku i miłości........................18 Dostojne raciborzanki, czyli inspiracje w starej garderobie....................................... 20 Biorę życie takim, jakie jest.......................... 22 Miłość i szczęście znalazła w Raciborzu..... 25 Z Kornowaca do Peru.................................... 26 Kocham Racibórz – Magda Grąziowska...... 29 Ta rewolucja nas zaboli................................. 30 Pruski cud gospodarczy w Raciborzu.......... 31 Seans z duchami w Café Residenz.............. 34 Tajemnice świata umarłych.......................... 44 Wydawca: Fabryka Informacji | Grzegorz Wawoczny, Marek Plewczyński, Łukasz Pawlik spółka cywilna ul. Batorego 7/2 IIp., 47-400 Racibórz, NIP 6391940241, REGON 240952996 Adres redakcji: 47-400 Racibórz, ul. Batorego 7/2 IIp. tel. +48 32 415 18 66, e-mail: sekretariat@naszraciborz. pl Druk Agora Grzegorz Wawoczny – redaktor naczelny tel. +48 32 415 18 66 Skład redakcji: Sylwia Prusowska – dziennikarz, z-ca red. naczelnego Paulina Czarnota – dziennikarz Grzegorz Piszczan – dziennikarz (sport) Katarzyna Bednarska – współpracownik (fotoreporter) Katarzyna Kubik – współpracownik (fotoreporter) Katarzyna Przypadło – współpracownik (fotoreporter) Emil Szwed – współpracownik (sport) Dział Reklamy i Marketingu: Małgorzata Plewczyńska – kierownik działu marketingu e-mail: plewczynska@naszraciborz.pl tel. kom. +48 509 505 765 Anna Obuchowska – Specjalista ds. marketingu e-mail: a.obuchowska@naszraciborz.pl tel. kom. +48 519 18 90 47


r ac i b o r s k i e k ar i e ry

aktualności

Racibórz:     Rafał Brzoska (rocznik ‘77), absolwent I LO im. J. Kasprowicza, współwłaściciel i prezes firmy Integer.pl, wartej 800 mln zł. Jedyny raciborzanin na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika Wprost. Zajmuje na niej 70. miejsce z majątkiem szacowanym na 345 mln zł. Nie zapomina o Raciborzu.

Paczkomatem w kosmos – raciborzanin zmienia globalny rynek kurierski Fot. Sylwia Prusowska

W styczniu Brzoska gościł w Racibo- ką to był niezły pomysł. Jeszcze tańsze rzu, w I LO. Spotkanie z jednym z najbo- były woreczki z piaskiem, ale one prezes gatszych Polaków cieszyło się sporym za- Strużyńską wyprowadziłyby z równowainteresowaniem. – Rafał rozwala mono- gi. Wcześniej nikt nie traktował Rafała pol Poczty Polskiej – reklamował absol- Brzoski poważnie. Dzięki temu, że Poczwenta Kasprowicza dyrektor Wojciech ta Polska przez trzy lata ignorowała jego Janiczko. – Po ukończeniu liceum wyje- biznesowe „wygłupy”, InPost wyrósł na chałem na studia do Krakowa. Najpierw poważnego konkurenta państwowego był strach, potem impreza, a potem monopolisty i sporo namieszał na rynmyśl: co dalej? Pierwszy rok poświęci- ku – czytamy w tekście Paczkomatem łem na to, żeby utrzymać się na studiach, w kosmos (Forbes, 10/2012). na 3. roku założyłem biznes. NamówiKolportaż ulotek, a potem listów łem do tego mojego kolegę i koleżankę, z blaszką – dla Brzoski to już przeszłość. która teraz jest moją żoną. Celem firmy – Teraz leci w kosmos. Z paczkomatem miał być kolportaż ulotek – opowiadał szóstej generacji, bo tylko tym ostatnio Brzoska. Raciborzanin kontroluje dziś żyje – napisała Katarzyna Dębek (ForIntegera, do którego należy InPost. bes, 10/2012). Również raciborzanie bęPomysł Brzoski na złamanie mono- dą mieli styczność z nowym pomysłem polu Poczty Polskiej znają wszyscy Pola- swojego krajana. Paczkomaty Brzoski cy – to metalowe blaszki przyklejane do mają być zintegrowane z bankomatalistów. Poczta Polska miała wyłączność mi – umożliwią nadanie i odbiór paczki na dostarczanie przesyłek o wadze do bądź listu poleconego, pobór emerytu50 gram. Firma Brzoski, do której na- ry, zapłatę rachunku a nawet sprzedaż mówił w 2006 r. swojego konkurenta drobnych przedmiotów, np. rajstop. Zana rynku ulotek, mogła zająć się ich do- stąpią ludzi, a konkretnie małe, nierenstarczaniem. Dzięki kawałkowi metalu towne placówki pocztowe. waga listu przekroczyła 5 dekagramów. Pomysł będzie wcielało w życie joBrzoska zaoferował przy tym znacznie int venture Integera oraz funduszu pritańszą usługę. – Obciążanie listów blasz- vate equity PineBridge. Cel? Szesna-

ście tysięcy paczkomatów w dwunastu krajach. InPost, dzięki któremu Brzoska zrobił karierę, wystawiony jest na sprzedaż. (waw)

Akcjonariat Integer.pl A&R Investments Limited – 41,13%, Generali Otwarty Fundusz Emerytalny, 10,20%, L.S.S. Holdings Ltd. – 8%, Nordea Otwarty Fundusz Emerytalny – 5,31%, Pozostali – 35,37%. A&R Investments Limited – spółka kontrolowana przez prezesa Rafała Brzoskę, przy czym 83 120 akcji (1,40% w ogólnej liczbie akcji i głosów) posiada Rafał Brzoska jako osoba fizyczna, a pozostałe 2 359 073 akcje (39,73% w ogólnej liczbie akcji i głosów) za pośrednictwem A&R Investments Limited. Dynamika wzrostu przychodów netto ze sprzedaży: 2005 – 31,5 mln zł, 2006 – 44,77 mln zł, 2007 – 62,1 mln zł, 2008 – 94,9 mln zł, 2009 – 135,8 mln zł, 2010 – 202,3 mln zł, 2011 – 248,9 mln zł. Zysk za 2011 r. – 22,8 mln zł.

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

3


biznes

D ok ą d z m i e r z a to r pe d o w i e c R afako ?

Racibórz:     W 2009 roku, na inauguracji obchodów 60-lecia Rafako, Jerzy Buzek przekonywał, że największa raciborska spółka to torpedowiec. Porównanie byłego premiera jest wyjątkowo aktualne, bo rynek stawia pytanie, czy pod banderą PBG torpedowiec Rafako płynie w dobrym kierunku, dryfuje, osiadł na mieliźnie a może powoli tonie?

Dokąd zmierza

torpedowiec Rafako?

– Nazywam się Jurek Wiśniewski. Założyłem PBG… – tymi słowami, wyraźnie skonfundowany właściciel giełdowej budowlanej spółki w upadłości układowej rozpoczął 17 listopada rozmowę ze wzburzonymi pracownikami Rafako, którzy późnym wieczorem, w poczuciu misji ratowania zakładu, zebrali się w biurowcu przy Łąkowej. Jurek próbował coś tłumaczyć, ale zbywano go gwizdami i okrzykami. Kiedy wychodził z żoną z siedziby Rafako, słyszeli za sobą okrzyki „Złodzieje!”. Polski rynek kapitałowy nie zna podobnego precedensu, a analitycy i rafakowcy szukają odpowiedzi na pytanie, po co Jurek wtedy przyjechał, czego szukał no i co zamierza zrobić z Rafako?

Zaczęło się od marzeń

– W niecałą dekadę wielkopolski biznesmen stworzył jedną z największych firm budowlanych w kraju, wszedł na listę 100 najbogatszych Polaków. Przez kilka najbliższych lat – w najlepszym scenariuszu – będzie pracował na spłatę zobowiązań wobec wierzycieli – pisał w czerwcu 2012 Forbes, rok po tym jak hiszpańska OHL zawiesiła rozmowy w sprawie odkupienia od PBG specjalizujących się w budownictwie drogowym Hydrobudowy i Aprivii. To był początek poważnych kłopotów Jerzego Wiśniewskiego, dziś kontrolującego PBG w upadłości układowej, a poprzez PBG i cypryjskiego Multarosa – tak jak wcześniej

4

nasz racibórz magazyn /

Zygmunt Solorz – raciborskie Rafako. Mało kto pamięta, że Solorz już wcześniej nosił się z zamiarem odsprzedania kluczowej dla naszego miasta spółki, a wśród zainteresowanych był francuski CNIM oraz czeska J&T Group. Pół miliarda od OHL miało sfinansować wejście PBG w branżę energetyczną, czyli odkupienie od Solorza Multarosa a wraz z nim największego w Europie zakładu produkującego urządzenia dla energetyki. Właściciel Polsatu gromadził wtedy gotówkę na przejęcie Plusa, a Wiśniewski marzył o wielkich kontraktach z dostawcami energii. Uparł się przy tych marzeniach i mimo odmowy refinansowania kupna Rafako przez Pekao, sfinalizował transakcję. Kosztowało go to 460 mln zł, czyli 15,54 zł za akcję (dziś kurs oscyluje wokół 8,80-9,00 zł). Gotówkę PBG musiało wycisnąć z własnych środków i już istniejących linii kredytowych. Wpędziło to holding w kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej. Potem doszły nietrafione kontrakty związane z Euro 2012 i budową autostrad. Skończyło się na upadłości układowej. Rynek do dziś nie wie, ile tak naprawdę PBG winne jest wierzycielom.

Wątpliwa synergia

Pracowników Rafako i raciborzan interesuje dziś, czy zakład z 60-letnią marką, zdolny realizować po siedmiu latach rządów prezesa Wiesława Różac-

grudzień 2012

kiego największe kontrakty w energetyce, przetrwa marzenia Jerzego Wiśniewskiego. W listopadzie 2011 r. dla Różackiego nie było zapewne tajemnicą, że PBG jest mocno zadłużone, ale nie miał wpływu na decyzje podejmowane przez Solorza. Tworzył więc dobry klimat wokół transakcji. – Ta transakcja nie ma w żadnym stopniu charakteru wrogiego przejęcia. To konsolidacja dwóch spółek, które wzajemnie się uzupełniają. Nie istnieją obszary w działalności PBG i Rafako, które by się wykluczały lub dublowały. Istnieją za to duże obszary synergii, co może przynieść wyraźną wartość dodaną dla grupy – przekonywał branżowy portal wnp.pl. Powtórzył to potem na dorocznym bożonarodzeniowym spotkaniu z kadrą kierowniczą Rafako, choć w kuluarach, wśród kadry kierowniczej, ze świeczką w ręku można było szukać entuzjastów rzekomej synergii. Były już prezes pominął bowiem kwestię wspólnych interesów PBG i Alstomu, głównego konkurenta Rafako. Co bardziej wtajemniczeni już wtedy przepowiadali kłopoty. I mieli rację. Klimat dla synergii skończył się szybko, już u progu lata 2012 r., kiedy poznański sąd ogłosił upadłość PBG z możliwością zawarcia układu. Rynek pozytywnie przyjął co prawda informację, że na czele upadłej spółki stanie Wiesław Różacki, pozostając jednocześnie na fotelu prezesa Rafako, które zdobyło


D ok ą d z m ie r z a to r pe d o w i e c R afako ?

warty ponad 9 mld zł kontrakt na budowę nowych bloków w Opolu, ale pojawiły się poważne obawy o przyszłość i topniały pieniądze na koncie przy Łąkowej. Na koniec II kwartału 2012 r. Rafako zaraportowało dług netto w kwocie 89 mln zł. – Jest to wynik wsparcia PBG poprzez zakup akcji Energomontażu Południe (160 mln zł) i pożyczki udzielonej Hydrobudowie Polskiej (32 mln zł), zamieszaniu wokół projektu w Opolu i upadłości PBG (57 mln zł), a także w wyniku konfliktu z Alstomem (gwarancja bankowa 135 mln zł) oraz niezapłacone należności około 140 mln zł). Według naszych szacunków z tytułu powyżej wspomnianych przyczyn, ze spółki wypłynęło w ciągu 7 miesięcy około 530 mln zł – podliczyli analitycy Millenium. – Jesteśmy zdania, że Rafako wyczerpało limit negatywnych zdarzeń w kontekście wypływu środków pieniężnych i uważamy, iż w następnych kwartałach odbuduje swoją pozycję gotówkową – dodali. Kiepskie to pocieszenie, biorąc pod uwagę, że z konta raciborskiej spółki wypłynęło połowę rocznego przychodu, a znacznej części tej kwoty nie uda się prawdopodobnie odzyskać (konserwatywne podejście nakazuje nam przyjęcie założenia, że pieniędzy związanych z przepływami do Grupy PBG nie uda się już odzyskać – napisali analitycy Millenium).

Wolta prezesa Różackiego

Negatywne zdarzenia Rafako miało jednak przed sobą. Lawina złych wieści ruszyła z chwilą ujawnienia informacji o cypryjskim zastawie na akcjach raciborskiej spółki. Konsekwencją tego była późniejsza rezygnacja Wiesława Różackiego z funkcji prezesa PBG. Różacki tłumaczył, że nie był w stanie kontrolować Rafako, odpowiadać za działalność operacyjną PBG i prowadzić restrukturyzacji tej spółki. Potem wzbogacił zarzuty, twierdząc, że PBG poza jego plecami negocjowało z Alstomem (konkurentem Rafako) skrajnie niekorzystne dla raciborskiej spółki warunki ugody. PBG zaprzeczyło doniesieniom o ugodzie i przekonywało, że to Różackiemu podziękowano za kierowanie PBG z powodu „sceptycyzmu i braku wiary w możliwość zawarcia układu” oraz pogorszenie relacji z wierzycielami.

biznes

Fot. Grzegorz Wawoczny | Jerzy Wiśniewski z żoną Małgorzatą opuszcza biurowiec Rafako, 17.11.2012 r.

W Raciborzu zawrzało. – Zawarcie biurowca przy Łąkowej, a Wiśniewski ugody według projektu otrzymanego od pojawił się tu w sobotę 17 listopada. ByPBG może w wariancie szczególnie ne- ło to apogeum zawirowań wokół raciborgatywnym na tyle osłabić pozycję finan- skiej spółki. Wieczorem do biurowca zjesową Rafako S.A., iż nie będzie mogło chali się pracownicy Rafako. Wychodząono prowadzić inwestycji energetycz- cego Wiśniewskiego żegnano okrzykiem nych jako członek lub lider konsorcjum „złodziej”. Żyły tym branżowe media, wykonawczego – czytamy w uzasadnie- w tym TVN CNBC, a analitycy zachoniu gliwickiego sądu, który wkroczył dzili w głowę, o co tu chodzi? W poniew przepychanki pomiędzy prezesem działek 19 listopada, silnie spięty prezes Różackim a Jerzym Wiśniewskim. Były Różacki wszedł do siedziby spółki przy już prezes przez siedem lat, za przyzwo- oklaskach pracowników. leniem Zygmunta Solorza, konsekwentW stolicy tymczasem prawnicy renie budował mocną pozycję Rafako – od nomowanej kancelarii Weil, Gotshal wytwórni elementów kotłów po spółkę & Manges studzili emocje Wiśniewskiego. zdolną samodzielnie realizować najwięk- Medialne show wokół Rafako nie zmiesze kontrakty. Odczytywał to jako osobi- niło przecież właściciela kontrolnego sty sukces i stąd głośna w mediach reak- pakietu akcji, więc należało przeczekać cja na działania podważające jego decy- zawieruchę. Rada nadzorcza wkrótce zyjność. Różacki, siadając na fotelu pre- skutecznie zawiesiła prezesa Różackiezesa PBG, liczył zapewne, że znajdzie go, a 26 listopada nadzwyczajne walne sojuszników wśród wierzycieli i uda się zgromadzenie akcjonariuszy, które obrawyrwać Rafako spod władzy Wiśniew- dowało wbrew tzw. dobrym praktykom skiego. Cypryjski zastaw i toczone bez bez obecności mediów, podjęło uchwały jego udziału rozmowy z Alstomem po- po myśli PBG. W nowej radzie nadzordziałały jak zimny prysznic. Okazało się, czej zasiedli przedstawiciele wierzycieli, że Wiśniewski ma inne priorytety. nadzorcy sądowego oraz BZ WBK Asset Management, ale to tylko trzy głosy. Jurek nie miał wyjścia Cztery zachował Jerzy Wiśniewski i to Sprawy zaszły za daleko. Wiśniewski on nadal rozdaje karty. Wiesławowi Rónie miał wyboru. Niezależnie od swoich żackiemu wręczył wilczy bilet. Po NWZA intencji i motywów, nie mógł tolerować prezes opuścił biurowiec, oświadczając, zachowania Różackiego. Doprowadził że żegna się z Rafako i nie będzie kowięc do odwołania prezesa przez radę mentował spraw spółki. nadzorczą, ale dał się ponieść emocjom, które stały się potem elementem całej Nie prawcie mi morałów! dramaturgii wokół Rafako. Sąd uznał Kto miał wcześniej jakiekolwiek nauchwałę rady nadzorczej za nieważną. dzieje na zwycięstwo Wiesława RóżacRóżacki wrócił w piątek 16 listopada do kiego w tej batalii, ten zapewne pozbył

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

5


biznes

D ok ą d z m i e r z a to r pe d o w i e c R afako ?

się ich chociażby po lekturze grudnio- worzno. Nie korespondują one z treścią Rafako, a to akurat może być przeszkowego Forbesa. – Wszystko wskazuje październikowego optymistycznego ra- dą w staraniach o duże kontrakty. na to, że Wiśniewski przyjął strategię portu analityków Millenium. – Sądzimy, stosowaną wcześniej przez Solorza czy że Rafako będzie głównym wygranym Rozmowy, których rzekomo nie było Ryszarda Krauzego: – nie prawcie mi rozpoczynającego się programu inwePBG zaprzeczało informacjom Wiemorałów, kiedy ja tu walczę o bizneso- stycyjnego w sektorze energetycznym. sława Różackiego o rozmowach z Alwe życie – przekonywał renomowany Obecnie posiadany rekordowy portfel stomem w sprawie ugody. Tymczasem miesięcznik. – Możemy mieć powtórkę zleceń, w tym flagowy dla Rafako pro- 11 grudnia zarząd Rafako z nowym prez Elektrimu, z którego Zygmunt Solorz jekt w Opolu, pozwoli na niemal podwo- zesem Pawłem Mortasem przyznał, że wyprowadził większość majątku, budu- jenie skali prowadzonej działalności bez negocjacje prowadzono, ale jak dotąd nie jąc swoją pozycję negocjacyjną w walce dodatkowego kapitału dłużnego czy emi- wypracowano ostatecznej wersji ugody. z wierzycielami i współwłaścicielami sji akcji. Oczekujemy 77% wzrostu zysku – W przypadku osiągnięcia porozumienia, – dodał Forbes. Trafił w dziesiątkę. netto w perspektywie 5 lat i przełamanie uzyskania wymaganych zgód korporacyjMimo licznych zapowiedzi zdjęcia bariery 100 mln zł zysku netto w 2016 r. nych i podpisania ugody, zarząd Rafako zabezpieczenia, kontrolny pakiet akcji – napisali eksperci. Jak widać, z zyskiem poda jej warunki do publicznej wiadoRafako nadal jest zastawiony na Cyprze i kontraktami nie jest tak różowo. Rafa- mości. Do tego czasu, biorąc pod uwai nadal nie wiadomo, kto stoi za cypryj- ko działa na konkurencyjnym rynku, ale gę obecny etap negocjacji, nie jesteśmy skimi spółkami, bo prawo tego kraju za- z powodu kryzysu spada zapotrzebowa- w stanie w sposób rzetelny określić, jaki brania udzielania takich informacji. Wie- nie na energię, a przez to spadają przy- wpływ na działalność Rafako będzie miarzyciele PBG mogli więc snuć domysły, chody i zyski jej wytwórców, co z kolei ło zawarcie tej ugody w jej ostatecznej ale na nadzwyczajnym walnym nie mieli weryfikuje ich plany inwestycyjne. wersji – czytamy w komunikacie spółki. w zasadzie innego wyboru jak poprzeć Relacje na linii Rafako-PBG-Alstom Wiśniewskiego. Długi PBG bowiem, we- Era Agenora są drażliwe. PBG współpracował z Alstodług prognoz, znacznie przekraczają Mimo groźnych sygnałów z otocze- mem, a teraz występuje w roli właściciela wartość majątku upadłej spółki. Jedy- nia, po nadzwyczajnym walnym zgro- spółki, która z Alstomem prowadzi głośne nym cokolwiek wartym aktywem w port- madzeniu akcjonariuszy, 26 listopada, spory. To musiało doprowadzić do konfelu Wiśniewskiego są akcje Rafako. prezes Wiśniewski oraz nowy przewod- fliktów interesów. Rynek donosi ostatnio niczący rady nadzorczej Rafako, Age- o wycofywaniu się francuskiego koncernu Bez sentymentów nor Gawrzyał, przekonywali, że chcą ze wspólnych projektów z PBG – udziaHistoria biznesu zna tysiące przypad- odbudować grupę PBG, widząc jej po- łu w przetargu na nowy blok w Turowie. ków, kiedy właściciel majątku miał tylko tencjał w modernizacji polskiej i euro- Może to być sygnał, że Alstom wątpi w poi wyłącznie silne przekonanie o słuszno- pejskiej energetyki. Proces ma się odbyć wodzenie układu PBG z wierzycielami. ści swoich decyzji, które w istocie prowa- poprzez organiczny wzrost, w którym Wiśniewski liczył zapewne na istotny dziły potem do upadku. Stąd też wielu Rafako odegra główną rolę. Racibor- udział PBG w programie modernizacji analityków podkreślało, że w interesie ska spółka, w przeciwieństwie do PBG, polskiej energetyki, zarówno z Rafako jak Wiśniewskiego było utrzymanie dobrych może bowiem startować w przetargach i Alstomem, i to według własnych wyobrarelacji z Różackim. Za byłym już preze- i być stroną umów gwarancji. Mówiono żeń. Teraz rynek je weryfikuje. PBG nie sem szło przecież zaufanie i kwalifikacje. o poszukiwaniu inwestora dla Rafako, ma doświadczenia w tym sektorze. Wciąż A skoro Wiśniewski zapewniał, że chce ale na razie nie w formule zbycia akcji. zagrożone jest upadłością likwidacyjną. odbudować PBG wspólnie z Rafako, to Problem w tym, że zarówno Wi- Alstom zaś to duży gracz. Poradzi sobie jaki sens miało pozbywanie się skutecz- śniewski jak i Gawrzyał to w biznesie bez PBG. Koncern nie ma też żadnego nego zarządu spółki i to w sytuacji, gdy energetycznym nowicjusze. Nie wery- interesu we wzmacnianiu potencjału Raw najbliższym czasie mają zapaść klu- fikowali swoich doświadczeń na tym fako. Czy w tej sytuacji PBG jest w staczowe dla niej decyzje o znaczeniu w per- rynku. Rafako może co prawda star- nie choćby utrzymać dorobek ostatnich spektywie kilku lat? tować w przetargach, ale na ich reali- siedmiu lat Rafako? Na to pytanie zdaje Na dodatek w medialnej wrzawie zację potrzebuje pieniędzy. A te akurat się zna odpowiedź prezes Wiesław Różacwokół Rafako niewielkim echem odbi- w tym roku z konta z Raciborza wy- ki. Mówił przecież głośno, że walczy nie ły się dwa istotne doniesienia. Jedno pływały i to w kwocie pół miliarda zło- o swój fotel, ale o Rafako i miejsca prao słabszych niż się spodziewano wyni- tych! Istotnym kapitałem jest również cy w Raciborzu. Oby więc najwięksi konkach finansowych po III kwartałach wiarygodność właściciela. Niestety, nie kurenci naszej spółki nie mieli interesu (spadły zyski spółki), drugie o przegra- jest to ostatnio cnota Wiśniewskiego. w tym, by Jerzemu Wiśniewskiemu po nej z konsorcjum China Overseas Engi- Nie wiadomo do dziś, ile tak naprawdę prostu pozwolić realizować jego marzenia neering Group z China National Electric PBG winne jest wierzycielom i kto stoi w energetyce, nawet ze słynnym cypryjEquipment Corporation walce o zlece- za cypryjskimi spółkami? Pod wielkim skim zastawem. Grzegorz Wawoczny nie na budowę bloku w elektrowni Ja- znakiem zapytania stoi zaś przyszłość

6

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


ro k w i ary

religia

Powiat:     – Na Rok Wiary, który potrwa do przyszłorocznej uroczystości Chrystusa Króla, papież udzielił odpustu zupełnego. Wierni będą mogli go uzyskać, także dla zmarłych, pod zwykłymi warunkami: prawdziwej skruchy, spowiedzi sakramentalnej, Komunii eucharystycznej i modlitwy w intencjach Ojca Świętego. Informuje o tym odnośny dekret Penitencjarii Apostolskiej, wydany 14 września – ogłosił niedawno biskup opolski, ks. Andrzej Czaja. W Raciborzu miejscem uzyskania odpustu jest kościół Matki Bożej. Czy wiemy, co tak naprawdę odpust oznacza? charystii czy modlitwie brewiarzowej, do czego należy dodać wyznanie wiary. Wreszcie okazją do uzyskania odpustu zupełnego w Roku Wiary może też być nawiedzenie miejsca własnego chrztu i odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych – czytamy w liście pasterskim „Trwajmy mocno w wyznawaniu wiary”. Wśród wspomnianych miejsc pielgrzymkowych jest sanktuarium Matki Bożej Raciborskiej, a wśród dni specjalnie wyznaczonych: 11 lutego – światowy Dzień Chorego; 1 maja – wspomnienie św. Józefa, rzemieślnika; 21 czerw-

stopniu uwalniają nas od kary doczesnej. W Kościele katolickim po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii świętej i jednej modlitwie w intencjach papieża – tylko jeden odpust zupełny. Kościół zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych, ale ostrzega też, że nie można ich ofiarowywać za innych żywych. Trzeba również pamiętać, że Kościół stanowi z Chrystusem jedno ciało. Stąd też – jak przypomina o. Jacek Salij OP – najtrudniejszy chyba dla współcze-

Kary darowanie

List opolskiego ordynariusza nie wyjaśnia istoty odpustu, choć zachęca mocno do spojrzenia w stronę Bożego Miłosierdzia. Uzyskanie odpustu jest w zasięgu każdego katolika. – W ciągu ca – święto NMP Opolskiej; 28 czerwca snego katolika element prawdy o odpucałego Roku Wiary wierni będą mogli – rocznica ustanowienia diecezji opol- stach: odpustów udziela Kościół. – Nie uzyskać odpust zupełny, ilekroć wezmą skiej; 20 lipca – wspomnienie bł. Cze- wystarczy samemu zbliżyć się do tego udział w przynajmniej trzech momen- sława; 26 lipca – uroczystość św. Anny; wspaniałego nadprzyrodzonego „skarbtach misji świętych albo w trzech wy- 17 sierpnia – uroczystość św. Jacka; ca”, potrzebne nam tu jest pośrednictwo kładach o dokumentach Soboru Waty- 26 sierpnia – uroczystość NMP Często- Kościoła. W odpuście bowiem Kościół, kańskiego II czy Katechizmie Kościoła chowskiej; 1 września – wspomnienie bł. korzystając ze swojej władzy służebnicy Katolickiego. Inną okazją będzie udanie Bronisławy oraz 16 października – uro- Chrystusa Pana, nie tylko modli się, lecz się w pielgrzymce do którejś z bazylik czystość św. Jadwigi Śląskiej. odpowiednio przygotowanemu chrzepapieskich, katakumb chrześcijańskich Czymże jednak jest odpust? Za- ścijaninowi w sposób autorytatywny albo do katedry czy miejsca sakralne- cznijmy od spowiedzi, czyli sakramen- otwiera skarbiec zadośćuczynień Chrygo specjalnie wyznaczonego przez tam- tu pokuty i pojednania. W konfesjonale stusa i świętych dla odpuszczenia kary tejszego biskupa na Rok Wiary. Należy otrzymujemy przebaczenie wyznanych doczesnej. Zauważmy przecież, że ten tam wziąć udział w nabożeństwie czy grzechów, a tym samym możliwość osią- element prawdy o odpustach jest prostą przynajmniej zatrzymać się przez odpo- gnięcia wiecznego zbawienia. Odpusz- konsekwencją słów Chrystusa: – „Towiedni czas na medytację, zakończoną czenie nie uwalnia jednak od kar docze- bie dam klucze Królestwa NiebieskieOjcze nasz, wyznaniem wiary i modlitwą snych, które spotykają nas za życia lub go: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie do Maryi oraz do świętych apostołów po śmierci w czyśćcu. Taką możliwość związane w niebie, a co rozwiążesz na czy patronów danego miejsca. Ponadto daje dopiero odpust, czyli darowanie ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt w dniach specjalnie wyznaczonych przez przez Boga kary doczesnej za grzechy 16,19). To jest również bardzo trudna ordynariusza miejscowego na Rok Wiary odpuszczone już co do winy. prawda. Ale przecież jest to prawda – pimożna otrzymać odpust w jakimkolwiek Rozróżnia się odpusty cząstkowe sze o. Salij. opr. gw miejscu sakralnym, uczestnicząc w Eu- i zupełne, zależnie od tego, w jakim

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

7


aktualności

D oj ny Ś l ą s k . N i e mi e c k a po li t y k a w o b e c K r e i s R at i b o r

Racibórz:     Mniejszość niemiecka najpierw dostała paszporty, by móc wyjechać do pracy, a teraz dostanie niemieckie dowody osobiste, by czuć się na równi z Niemcami zza Odry i głosować w niemieckich wyborach. W gminie Krzanowice pojawiły się niemieckie nazwy miejscowości. Bruksela chroni prawa mniejszości, ale nie zabrania pytać, czym jest mniejszość i kto ma z niej korzyści?

Dojny Śląsk

Niemiecka polityka wobec Kreis Ratibor

Problem nie był prosty już w 1921 r. W powiecie racibor- Najwięcej, bo ponad 20 proc. populacji, w gminie Krzanowice. skim, na ponad 45 tys. głosujących w plebiscycie, 41,1 proc. To dlatego, zgodnie z polskimi przepisami i na koszt budżeopowiedziało się za Polską, a 58,5 proc. za Niemcami. W sa- tu państwa, można tu było wprowadzić dwujęzyczne tablice mym Raciborzu, przy oszałamiającej frekwencji 97,4 proc., z nazwami miejscowości. Najmniej Niemców, poniżej 5 proc. ponad 90 proc. obywateli zagłosowało za opcją niemiecką. Już populacji, mieszkało w Raciborzu. wówczas wskazywano, że wyniki głosowania nie odzwiercieNiemiłą niespodzianką dla mniejszości niemieckiej bydlają precyzyjnie stosunków narodowościowych. Rozróżniano ło pojawienie się ludności deklarującej narodowość śląską. polską tożsamość narodową od głosowania za polskim pań- W spisie z 2002 r. odnotowano 149 tys. deklaracji śląskich, stwem. Racibórz przed 1945 r. był co prawda opanowany przez a w 2011 r., bez wątpienia wskutek propagandy Ruchu Aużywioł niemiecki, ale już podraciborskie wsie posługiwały się tonomii Śląska, już 700 tys. Towarzyszy temu topnienie pojęzykiem polskim. Mimo to większość głosujących była za po- pulacji Niemców. W 2002 r. było ich w Polsce łącznie 150 tys., zostaniem w granicach Niemiec. Po 1945 r. to wsie stały się a w 2011 r. tylko 109 tys. (dane GUS). ostoją niemczyzny, zaś Racibórz, wskutek emigracji i przyMniejszość niemiecka ma jednak wątpliwości co do wiamusowym wysiedleń Niemców, w zdecydowanej większości rygodności spisu sprzed roku. – Był pierwszym przeprowapolski. dzonym od czasów wstąpienia Polski do UE oraz pierwszym, Z chwilą upadku bloku wschodniego zaczęto stawiać py- w którym wykorzystano aż trzy metody (ankieta rachmistrza, tania o obraz narodowościowy ziemi raciborskiej. W narodo- spis telefoniczny oraz spis internetowy) i zadano dwa zamiast wym spisie powszechnym z 2002 r., w województwie śląskim jednego pytania o przynależność narodową. Pytania brzmiały narodowość niemiecką zadeklarowało 31,8 tysiąca osób. W li- kolejno: – Jakiej jest Pan/Pani narodowości? oraz Z jaką gruczącym wówczas blisko 120 tys. mieszkańców powiecie raci- pą narodową bądź etniczną czuje się Pan/Pani jeszcze zwiąborskim, za Niemców uznało się 7,24 proc. ankietowanych. zany/a. Według uzyskanych danych przynależność niemiecką

8

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


D oj ny Ś l ą s k . N i e m ie c k a p ol i t y k a w o b e c K r e i s R at i b o r

zadeklarowało w sumie 126 tys. osób, z czego 59 tys. w pierwszym pytaniu a 36 tys. jako jedyną. Odpowiedzialny za spis powszechny Główny Urząd Statystyczny do 1 października 2012 nie opublikował jeszcze dokładnych wyników struktury narodowościowej z podziałem na województwa, gminy oraz powiaty, ani też danych na temat częstości używania języka niemieckiego w domach. Dodatkowo nie jest jasnym czy GUS w wynikach zawarł dane ze samospisu internetowego, do którego Mniejszość Niemiecka nawoływała. Jeszcze na początku tego roku przedstawiciele urzędu informowali, iż będą one traktowane tylko na zasadzie uzupełniającej. Prócz tych faktów, Mniejszość Niemiecka otrzymywała sygnały o nieprawidłowościach podczas spisu jak np. podawanie przed jednego członka rodziny narodowości za wszystkich pozostałych, nieobecnych domowników. Mniejszość Niemiecka ma powody sądzić, iż metodologia zastosowana w ostatnim spisie nie spełniła całkowicie zadania wiarygodnego oddania obrazu demograficznego Rzeczypospolitej Polskiej. Ponadto należy zwrócić uwagę na zwiększoną ilość deklaracji regionalnych, którą odczytujemy, jako zwiększenie się ilości osób w kręgu działalności Mniejszości Niemieckiej, ponieważ deklarowanie przynależności regionalnej, np. śląskości odczytujemy, jako deklarowanie otwartości na mieszaną kulturę pogranicza, a w ślad za tym otwartość również na kulturę i język niemiecki, który ze względów historycznych jest nieodzownym elementem tych regionów. Z danymi narodowościowymi nie koresponduje liczba paszportów niemieckich wydanych dla mieszkańców województwa śląskiego. W 2002 r. miało je w naszym regionie aż 80 tys. osób, a niemiecką tożsamość narodową deklarowało wtedy 31,8 tys. osób. Obywatelstwo RFN traktowano zatem instrumentalnie. Było przepustką do zachodnich rynków pracy. W ostatnich dwóch dekadach przyczyniło się do fali

skąd się wzięła nazwa Ratibor Ilekroć mowa o niemieckich nazwach miejscowości w powiecie raciborskim, tylekroć wraca kwestia Ratibor. Przedwojenna nazwa miasta budzi emocje i upiory. Kojarzy się z III Rzeszą, faszystami i niemieckim butem. Czy słusznie? Wokół Ratibor narosło tyle mitów, co wokół pewnej znanej wszystkim melodii towarzyszącej marszowi Wehrmachtu w polskim filmie „Zakazane Piosenki”. Niemieccy żołnierze kroczą tam do słów Hajli, hajlo, hajla. W istocie jest to wesoła niemiecka pieśń ludowa pt. „Ein Heller und ein Batzen” (Halerz i grosz), należąca obok polskiej „Szła dzieweczka do laseczka” do grupy zupełnie niewinnych i frywolnych pieśni. Są tam słowa …I nie ma takiej dziury w beczce, przez którą nie mógłbym pić! (Und gäb’s kein Loch im Fasse, da tränk ich gar nicht draus!) oraz refren Heidi, heido, hei ha ha ha,

aktualności

migracji i poważnego kryzysu demograficznego w naszym regionie. Wsparcie zza Odry dla nauczania języka niemieckiego w szkołach ułatwiło mieszkańcom Śląska kontakty z niemieckimi pracodawcami a także w wielu przypadkach podjęcie decyzji o trwałej migracji do zachodnich landów. W istocie więc niemiecka polityka sprzyjała nie tyle pielęgnacji niemieckiego dziedzictwa, co gospodarczej eksploatacji Śląska, wyjątkowo głębokiej w Opolskiem i Raciborskiem. Niemcy hojnie czerpali i nadaj czerpią z opolsko-raciborskiego „rajchowskiego” sentymentalizmu, który mentalnie zdominował światopogląd tysięcy emigrantów zarobkowych. Dopiero dziś spostrzegamy, że skutkiem tego jest rozbicie rodzin i wyludnienie powiatu a więc znaczne osłabienie potencjału dawnego Kreis Ratibor. Niemieckie nazwy miejscowości w gminie Krzanowice czy niemieckie dowody dla członków mniejszości mogą budzić irytację polskich narodowych środowisk z Jarosławem Kaczyńskim na czele, ale to już tylko głosy kłócące się z europejskim postrzeganiem praw mniejszości i tzw. brukselską poprawnością. Nie będą akceptowane w Brukseli oraz w Berlinie i – co dla nas istotne – nie zmienią demograficznego krajobrazu powiatu raciborskiego. Tego krajobrazu nie zmienią również Niemcy, bo przy starzejącej się Europie nasz zachodni sąsiad musi zadbać o utrzymanie swojego potencjału. Nie należy zatem straszyć niemieckim parciem na wschód (słynnym Drang nach Osten), ale niemieckimi pracodawcami, którzy wciąż eksploatują raciborski rynek pracowników. O niemieckich turystach sentymentalnych też możemy zapomnieć. Stare, przywiązane do Śląska pokolenie wysiedlonych już wymarło, a emigranci z czasów Gierka od kosztownych bezuchów do heimatu wolą wczasy na Majorce. Grzegorz Wawoczny który niemieccy żołnierze śpiewali co najwyżej mocno spici w karczmach, ale nie na defiladach. Podobnie jest z nazwą Ratibor. – W źródłach spotykamy wiele wariantów jej pisowni: Rattibor, Rathibor, Rathybor, Ratibar, Ratwar, Ratiboz, Ratiborz czy wreszcie współczesną Racibórz. Najbardziej jednak utrwaliła się na kartach kronik, roczników i dokumentów nazwa Ratibor. Tak zapisał ją m.in. Gall Anonim w 1108 r. Zdaniem fachowców możemy tutaj mówić o nazwie patronimicznej, czyli wywodzącej się od imienia domniemanego założyciela. Imię Ratibor składa się z dwóch części: starosłowiańskiego rati (walczy, bije, zmaga się) i bor (wojownik żołnierz). Podobna jest geneza wielu innych imion słowiańskich: Czcibor, Sobiebor, Ratimir, Kazimir (czyli Kazimierz) itd. Jeżeli jednak chodzi o samo imię Ratibor lub jak chcą niektórzy Racibor znajdujemy je na kartach źródeł z terenów średniowiecznej Polski, Pomorza, Połabia, Czech, Moraw a nawet Rusi – tłumaczy dr Norbert Mika, raciborski mediewista. Nazwa Ratibor nie jest więc niemiecka, choć za taką uchodzi, lecz słowiańska.

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

9


babski świat

ul a ś ni g ur s k a

Racibórz:     Ula Śnigurska, po ukończeniu pierwszej klasy w II LO w Raciborzu postawiła na Amerykę. Jej marzenia się spełniły. Rok temu dostała stypendium i wyjechała za ocean. Za kilka miesięcy zdaje maturę w Stanach Zjednoczonych. Teraz myśli o studiowaniu medycyny.

Z Raciborza

do Ameryki,

czyli historia 18-letniej Uli

Fot. archiwum domowe Uli Śnigurskiej

– Gdy dowiedziałam się, że dostałam stypendium i wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych, uświadomiłam sobie, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Doświadczenie, jakie zdobędę będzie bezcenne i niemożliwe do zdobycia w Raciborzu – opowiada raciborzanka, Urszula Śnigurska, która mieszka w Montezumie w stanie Nowy Meksyk. Szkoła z kampusem, gdzie uczy się i mieszka nazywa się United World College USA. To odpowiednik naszej szkoły średniej, jednak uczniowie zdobywają wiedzę w systemie międzynarodowym,

10

nasz racibórz magazyn /

a nie amerykańskim. Ula jest stypendystką Towarzystwa Szkół Zjednoczonego Świata. – Zaaplikowałam, bo wiedziałam, że to dla mnie życiowa szansa – mówi była uczennica II LO w Raciborzu. Proces aplikacyjny składał się z trzech etapów. Pierwszym z nich było wypełnienie formularza, w którym opisywało się swoje osiągnięcia, zainteresowania, pasje, ulubione czasopisma, książki czy cytaty. Trzeba było również wykazać się determinacją w liście motywacyjnym. Osoby, które były brane pod uwagę musiały mieć średnią ocen co najmniej 4,76, a liczba punktów uzyskanych na egzaminie gimnazjalnym nie mogła być niższa niż 80. Cały formularz był napisany w języku angielskim, dlatego i odpowiedzi trzeba było napisać w tym języku. Poszukiwano uczniów, którzy byli wszechstronni i ambitni. Na drugi etap pojechało do Warszawy około 60 osób. – Graliśmy w różne gry i byliśmy oceniani w kategorii pracy grupowej. W międzyczasie odbyła się rozmowa kwalifikacyjna, częściowo po angielsku i częściowo po polsku – wspomina Ula.

grudzień 2012

Do finału dostało się około 30 uczniów. Dopiero wtedy potencjalni stypendyści wypełniali formularz preferencyjny i wybierali szkołę, w której chcą się uczyć. Preferencje mogły zostać wzięte pod uwagę, ale i tak wszystko zależało od Komitetu Narodowego. Po przeprowadzce do Ameryki, Uli było ciężko przystosować się do tempa życia jakie tam panuje. Oprócz regularnej nauki doszło życie kampusowe. Wiele tam się dzieje: Cultural Shows, wizyty ciekawych spikerów i aktywistów, tradycje szkolne, zajęcia pozalekcyjne, a także sport i wolontariat. – Pierwszy semestr był dla mnie szokiem, poznawaniem i kształtowaniem własnego sposobu funkcjonowania w tym pozytywnie szalonym środowisku – uśmiecha się Ula. Teraz 18-latka przygotowuje się do międzynarodowej matury i aplikuje na studia. – Powiedziałabym, że radzę sobie nieźle, aczkolwiek jest ciężko. Mam nadzieję, że dostanę się na studia medyczne. Pod uwagę biorę Szkocję, Stany Zjednoczone i Polskę – opowiada. \Paulina Czarnota


ś l ąs k i s z l ak k u l i n ar n y

kuchnia

Racibórz:     Hekele, wodzionka oraz pieczeń ze schabu z sałatką z ziemniakami na ciepło – te trzy potrawy restauracja raciborskiej Polonii (przed wojną Knittel’s Hotel), jako jedna z 23 na Śląsku, wprowadziła do Szlaku Kulinarnego Śląskie Smaki.

Polonia inahekele śląskim Kulinarnym Szlaku

Szlak Kulinarny Śląskie Smaki powstał z inicjatywy Śląskiej Organizacji Turystycznej w celu ochrony i promowania dziedzictwa kulinarnego woje-

go zarówno kwestie smaku potraw, ich przygotowania, użytych składników, ale także jakość samej restauracji – czystość, czy dbałość o obsługę. Już wkrót-

Fot. archiwum Hotelu Polonia

wództwa śląskiego. Warunkiem przystąpienia do Szlaku było przejście ścisłego procesu certyfikacji, obejmujące-

ce rusza promocja Szlaku – m. in. cykl telewizyjnych programów kulinarnych, w którym prezentowany będzie i sam

produkt turystyczny, i wchodzące w jego skład lokale. Łącznie w TVP Katowice wyemitowane zostaną 23 odcinki. Raciborskie Hekele z Polonii nawiązuje do przedwojennych tradycji spożywania ryb, a szczególnie śledzi zwanych w Raciborskiem harynkami. Hekele z Polonii to śląska sałatka śledziowa. Składniki: 500 g filetów śledziowych, 2 jajka, cebula, 2 ogórki kiszone, majonez, śmietana lub jogurt, musztarda, biały pieprz. Opis przygotowania: Filety śledziowe (lub matijasy) wymoczyć i okroić w paseczki. Ogórki kiszone i cebule pokroić w słupki, jajka ugotowane na twardo pokroić w kostkę. Wszystkie składniki wymieszać. Sporządzić sos na bazie majonezu ze śmietaną lub jogurtem z dodatkiem musztardy. Przyprawić białym pieprzem i delikatnie wymieszać ze śledziami. Dla polepszenia smaku gotowe hekele odstawić w chłodne miejsce na około godzinę. Na południu Raciborszczyzny, w gminie Krzanowice, hekele to pasta z ryby wędzonej. Do jej zrobienia potrzebna jest: jedna makrela, jedna cebula, kawałek masła. Makrelę trzeba obrać, dodać pokrojoną w drobną kostkę cebulę, masło i wszystko dokładnie wymieszać. (waw)

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

11


aktualności

p e r s p e k t ywy

Racibórz:     Taki obraz wyłania się z opublikowanej przez raciborski Urząd Skarbowy analizy zeszłorocznych zeznań podatkowych w powiecie raciborskim. Niestety, bogatych jest garstka, a niezamożnych całe rzesze, ale to ci drudzy napędzają handel i usługi.

Bogaci coraz bogatsi, ubodzy coraz ubożsi Inflacja za 2011 r. sięgnęła 4,6 proc., Raciborzu rynek ma coraz mniej paliwa. a wzrost średniego rocznego dochodu – Rzęzi i się krztusi. Koszty działalności mieszkańca powiatu raciborskiego rap- rosną, przychody maleją. Coraz trudtem 4 proc., w liczbach bezwzględnych niej o zyski – dodaje. z 25,09 tys. zł do 26,1 tys. zł. Aż 97,4 proc. Listopadowe tąpnięcie na rynku z ponad 64,3 tys. podatników z Raci- pracy w Raciborskiem nie wróży nic doborszczyzny zaliczanych jest do I grupy brego. W jednym miesiącu przybyło popodatkowej a więc zarabiających nie wię- nad stu bezrobotnych. Topnieje liczba cej jak 85,5 tys. zł rocznie. Średniozamoż- ofert zatrudnienia. – Na Zachodzie nasi nych i bogatych mamy raptem 2,6 proc. rodacy zmagają się z coraz większą kon(dokładnie 1679), ale za to z imponują- kurencją Rumunów czy Bułgarów. Różcym wzrostem dochodów. W 2010 r. zaro- nice w zarobkach nie są już tak ogrombili 245,4 mln zł, a w 2011 r. 296,6 mln zł ne jak kiedyś – przekonywał niedawno – o 20,8 proc. więcej! Daje to w tej grupie podczas powiatowej komisji rozwoju średniorocznie 176,6 tys. zł na osobę. Dla gospodarczego prof. Romuald Jończy porównania, w I grupie podatkowej to z Wrocławia. – Średni miesięczny zarotylko 26,1 tys. zł. bek na rękę, po odliczeniu kosztów, to Handlowców i usługodawców w po- coraz częściej 700 euro – daje się słyszeć wiecie raciborskim interesują przede w biurach pośrednictwa pracy. Szału wszystkim ci gorzej sytuowani. Obrót nie ma, ale to wciąż dużo więcej od tego, w marketach robi bowiem nie garstka co średnio oferuje rynek w Raciborzu 1679 osób dobrze usytuowanych, jeżdżą- – od 1100 do 1500 zł na rękę. Strumień cych na “wypasione” zakupy do Gliwic, euro nie płynie jednak do raciborskich Rybnika czy Katowic, ale cała masa po- kantorów tak szeroko jak dawniej. datników z I grupy. To klienci Auchan, Sytuacja gasi resztki optymizmu Biedronek, Lidla czy Społem. Inflacja w rodzimym raciborskim handlu. Nie pożera ich dochody. Mają mniej do wy- widać impulsów, które mogłyby to zmiedania. To przenosi się na liczbę parago- nić. Tymczasem na 2013 r. minister finów. – Co roku moja kasa fiskalna dru- nansów zakłada znaczny wzrost dochokuje ich mniej. Niestety, kilka tysięcy dów samorządów z tytułu udziału w pomniej – mówi prywatny przedsiębiorca. datkach płaconych przez mieszkańców. Prowadzi biznes przy rynku, w branży Samorządowcy wątpią w te wyliczenia. tzw. dóbr impulsowych. Bliższych da(waw) nych nie zdradza, ale przekonuje, że w

12

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

Młodzi

wciąż na walizkach Racibórz     Blisko 290 uczniów naszych szkół ponadgimnazjalnych wzięło udział w ankiecie zaprezentowanej na listopadowym posiedzeniu komisji rozwoju gospodarczego powiatu raciborskiego przez Grzegorza Dutkę z raciborskiej PWSZ. Pytano o ich o to, czy chcą wyjechać z Raciborza, dlaczego wyjeżdżają i co skłania ich do pozostania. Oto wyniki. I Czy chcesz wyjechać z miasta? • Zdecydowanie TAK 23,1 proc. • Raczej TAK 34,3 proc. • Raczej NIE 13,3 proc. • Zdecydowanie NIE 2,8 proc. • Trudno powiedzieć 26,6 proc. II Dlaczego chcesz zostać? • Mam tu znajomych i przyjaciół 73,2 proc. • Nie chcę zostawić rodziny 61,8 proc. • Nie lubię zmieniać miejsca zamieszkania 43,1 proc. • Są tu miejsca, których nie znajdę w innym mieście 41,1 proc. • Czuję się emocjonalnie związany z miastem (38,6 proc.) III Dlaczego chcesz wyjechać? • W innym miejscu łatwiej znajdę pracę 80,1 proc. • W innym miejscu łatwiej realizować aspiracje zawodowe 77,4 proc. • W innym miejscu można ciekawiej spędzić czas 71,3 proc. • W innym miejscu są lepsze możliwości edukacyjne 70,6 proc. • W innym miejscu bardziej urozmaicone jest życie kulturalne 61,4 proc. * II i III łączny odsetek wskazań przy „zdecydowanie” i „raczej”


s e b as t i an t y r ał a

męski salon

Racibórz:     Stał u progu takiej samej kariery jak Robert Lewandowski, w tym samym klubie – Borussii Dortmund. 24-letni raciborzanin Sebastian Tyrała nie może sobie jednak poradzić z kontuzjami. Chce wrócić do Bundesligi i polskiej kadry. Czy to możliwe?

Wielki pech

Sebastiana Tyrały Fot. footballtop.com

Sebastian Tyrała (ur. 22 lutego 1988 r.) często zagląda do rodzinnego Raciborza, z którego wyjechał z rodzicami, kiedy miał zaledwie 1,5 roku. Ma polskie i niemieckie obywatelstwo. W barwach Borussii od 11. roku życia, do której przeszedł w 1999 r. z BV Bad Sassendorf. Już wtedy dała o sobie znać zmora Tyrały – więzadła krzyżowe w kolanie. Zerwał je u progu kariery w zespole z Dortmundu. Po ośmiu miesiącach rekonwalescencji zadebiutował w końcu w pierwszym zespole. Potem ubiegała się o niego Arka Gdynia. Cena – 200 tys. euro za transfer definitywny, 50 tys. euro za wypożyczenie. Z transferu nic nie wyszło. Tyrała mógł zostać w Borussii, ale bez gwarancji grania. Chciał jednak grać. Od maja 2010 do czerwca 2011 r. był zawodnikiem beniaminka 2. Bundesligi VfL Osnabrück. – Zrobiłem krok do tyłu, aby wrócić mocniejszy – przekonywał. Nic z tego nie wyszło. Po spadku drużyny do 3. ligi podpisał trzyletni kontrakt z innym drugoligowcem, drużyną SpVgg Greuther Fürth, która w tym sezonie gra w 1.

Bundeslidze. Niestety, bez Tyrały. We wrześniu 2012 w meczu towarzyskim z SC Eltersdorfl raciborzanin zszedł z murawy po 30. minutach. Znów zerwał więzadła krzyżowe. Sebastian Tyrała był reprezentantem Niemiec U 18 i U 19. Rozegrał 37 spotkań, strzelając 22 gole. Nie chciał grać w niemieckiej młodzieżówce. 21 listopada 2008 r. został powołany przez Leo Benhakkera na zgrupowanie polskiej kadry w tureckiej Antalyi. Polacy zagrali tam mecze z drużyną Antalyasporu oraz reprezentacją Serbii. Tyrała wszedł do kadry Polski U 21, w której zadebiutował w przegranym meczu 0:4 z reprezentacją Holandii. 17 listopada 2009 r. zagrał w przegranym spotkaniu z Rumunią 1:2. Zdobył gola dla Polski. Jest optymistą. W maju zwierzał się mediom: – nie straciłem wiary, że wrócę do piłki. Limit pecha już wyczerpałem. Przede mną jeszcze minimum dziesięć lat grania na dobrym poziomie. Na razie jestem podekscytowany, że znów zagram w Bundeslidze. Wierzył, że dzięki występom w Bundeslidze wróci do

reprezentacji Polski. Wiązadła pokrzyżowały te plany. – Koszulka z debiutu w meczu dla Polski to moja najcenniejsza pamiątka, wisi w domu na ścianie – zwierzał się mediom Tyrała.

Statystyki BV Bad Sassendorf

• • • • • • • • •

2005/06 BV Borussia 1909 II (Dortmund) 1 (mecze) / 0 (bramki) 2006/07 BV Borussia 1909 (Dortmund) 6/0 2007/08 BV Borussia 1909 (Dortmund) 1/0 2007/08 BV Borussia 1909 (Dortmund) 0/0 2008/09 BV Borussia 1909 II (Dortmund) 32/7 2009/10 BV Borussia 1909 II (Dortmund) 36/4 2009/10 BV Borussia 1909 (Dortmund) 0/0 2010/11 VfL Osnabrück 31/4 2011/12 SpVgg Greuther Fürth 6/0 2012/13 SpVgg Greuther Fürth

nasz racibórz magazyn /

opr. w

grudzień 2012

13


męski salon

m i ros ł aw f ur m a n e k

Racibórz:     Urodził się w 1971 roku w Knurowie. Od dzieciństwa wiedział co chce robić w życiu. Archeologią interesował się od pierwszych lat podstawówki, czytał książki, oglądał programy telewizyjne dotyczące wykopalisk. Kiedy był nastolatkiem próbował się załapać na pierwsze wykopaliska. Nie wyszło, ale się nie poddał. Mirosław Furmanek, archeolog ze stopniem naukowym doktora. W tym roku całą Polskę, za sprawą onet.pl i Newsweeka, obiegła wiadomość o jego odkryciu w Pietrowicach Wielkich. Namierzony z satelity rondel szybko ochrzczono pietrowickim Stonehenge.

Archeolog

z satelitą

Mirosław Furmanek, który wpadł łem za młody i nie udało się – wspomina. w ubiegłym roku na ślad rondla w Pie- – Należałem do Ogólnopolskiego Klubu trowicach Wielkich, archeologiem chciał Archeologicznego Związku Harcerstwa zostać od najmłodszych lat swojego ży- Polskiego, wyjeżdżałem na letnie obocia. – Pierwszy raz próbowałem się za- zy archeologiczne i oglądałem prograłapać na wykopaliska prowadzone w my telewizyjne dotyczące archeologii. Gliwicach, były tam prowadzone prace W 1986 roku udało mi się wziąć udział przy Bramie Raciborskiej, niestety by- w pierwszych badaniach archeologiczFot. Sylwia Prusowska | Mirosław Furmanek

14

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


męski salon

mi ro s ł aw f u r man e k

nych w Załęczu Wielkim. Prowadzono tam prace na cmentarzysku kultury łużyckiej – wyjaśnił Furmanek. Jak doszło do sensacyjnego odkrycia w Pietrowicach Wielkich? – Wszystko zaczęło się od zdjęcia satelitarnego okolic Pietrowic Wielkich. W celu przeprowadzenia dokładniejszych badań wykorzystaliśmy magnetometry (czyli przyrządy do pomiaru wielkości, kierunku oraz zmian pola magnetycznego – przyp. red.). Jestem pod wielkim wrażeniem tego sprzętu. Dzięki takim badaniom nieinwazyjnym mogliśmy zobaczyć co znajduje się pod ziemią – wyjaśnił dr Furmanek. Badania potwierdziły istnienie okrągłego założenia. „Rondel” składa się z dwóch koncentrycznych fos. – W trakcie prowadzonych wykopalisk odkryto wiele zabytków, m.in. wyroby krzemienne, kościane, a także szczątki kostne zwierzęce, które teraz poddane zostały szczegółowej analizie – relacjonuje dr Furmanek.

Nasz Racibórz: Jak się Pan czuje jako archeolog, który dokonał takiego odkrycia?

Mirosław Furmanek: Nie czuję się jakoś specjalnie jako „archeolog od rondla”. Cieszę się z tego odkrycia, ale jeszcze dużo zostało do zrobienia, żeby rzeczywiście wyjaśnić czym był ten obiekt. Nie tak łatwo zdradza on swoje tajemnice i ciągle zaskakuje. A to dopiero po-

czątek. W jego przypadku ważna jest też „droga” jego odkrycia od zdjęcia satelitarnego poprzez badania geofizyczne do wykopalisk. Jest bardzo dobrym przykładem tego, że badania nieinwazyjne, które od niedawna zaczęły być coraz częściej w Polsce wykorzystywane, umożliwiają nam stosunkowo szybkie „zajrzenie’ pod ziemię i wkrótce staną się w Polsce powodem wielu interesujących odkryć. Można to było zauważyć chociażby na właśnie zakończonej konferencji poświęconej wykorzystaniu metod geofizycznych w polskiej archeologii. Od tego roku rozpoczęliśmy też realizować w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki 3-letni projekt badawczy dotyczący początków rolnictwa na Śląsku. Te badania (zarówno założenia w Pietrowicach, jak i w ramach grantu) to nie tylko pojedyncze, nawet najbardziej sensacyjne odkrycia, ale to cały szeroki program badań, który pozwala nam dowiedzieć się jak najwięcej o ludziach i ich świecie sprzed tysięcy lat. Bardzo ważne jest również to, że przy okazji badań w Pietrowicach, jak i innych w ramach tego projektu, udało się stworzyć zespół ludzi, głównie młodych, przede wszystkim doktorantów i studentów, którzy chcą coś zrobić, poświęcają swój czas i wysiłek, pracując jak np. w Pietrowicach do zmroku. Są oni nie tylko pracowici, ale też twórczy i innowacyjni i wspólnie rodzą nam się

w głowach nowe pomysły na przyszłe badania.

NR: Jak godzi Pan życie zawodowe i prywatne?

MF: Jeżeli chodzi o życie prywatne i zawodowe, to tak jak każdy trzeba sobie jakoś to uporządkować i znaleźć jakiś złoty środek. Wiadomo, że rodzina i bliscy są najważniejsi. Mam wyrozumiałą żonę (też archeologa), ale najtrudniejsze są dłuższe wyjazdy i rozłąka, dla obu stron. Archeologia to dla mnie i praca i hobby, ale oczywiście interesuję się też innymi rzeczami. Nie uważam się za człowieka odizolowanego od świata, jak często mogłoby się niektórym wydawać.

NR: Nad czym Pan obecnie pracuje?

MF: Aktualnie pracuję nad książką dotyczącą miejsc otoczonych rowami w Europie w neolicie, głównie ok. 75005500 lat temu. Założenia te można traktować jako najstarszą monumentalną architekturę w Europie, miały one różną formę, funkcje i znaczenie, od osad obronnych poprzez wspomniane rondle aż po specyficzne formy założeń związanych z obrzędowością pogrzebową. Obiekt z Pietrowic, na razie, ze względu na to, że jest trochę młodszy, nie trafi do tej książki. Może następnej... rozmawiała Sylwia Prusowska

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

15


babski świat

N ie wol no s i ę p od dawać

Raszczyce:     Ma zaledwie 26 lat, a bagaż jej życiowych doświadczeń jest całkiem spory. Mieszka w Raszczycach i jest to jej 9 adres zamieszkania. O czym marzy? – Chciałabym, żeby starczało mi pieniędzy do końca miesiąca i żebym mogła się czasem nie martwić czy będę miała środki na jedzenie i opłaty – mówi Daria, studentka PWSZ w Raciborzu.

Nie wolno się poddawać 16

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


N i e w o ln o s i ę po d dawać

Pochodzi z Raszczyc i tam obecnie mieszka, choć jest to jej 9 adres zamieszkania. Jednak najdłużej w swoim życiu mieszkała w Nędzy, gdzie jej rodzice wynajmowali budynek starej poczty. Ma czwórkę młodszego rodzeństwa i wiele życiowych doświadczeń na swoim koncie. Jej dzieciństwo nie było słodkie i beztroskie, ale prawdziwe problemy przyszły później. W trzeciej klasie gimnazjum przechodziła okres nastoletniego buntu. – Nie chodziłam do szkoły, bo uważałam, że nie warto, specjalnie złożyłam papiery do ZSO nr 1 w Raciborzu licząc na to, że się nie dostanę, jednak życie spłatało mi figla i wbrew moim zamierzeniom udało się. Nie podobała mi się tam jednak atmosfera, dlatego przeniosłam się do ZSO nr 2 na profil humanistyczny. To było TO. Pisałam przedstawienia w gwarze śląskiej i bardzo dobrze się uczyłam. Niestety w 3. klasie pogłębiły się problemy rodzinne, mama musiała wyjechać za granicę do pracy, bo nie było pieniędzy na jedzenie. Ojca interesowały jedynie mocne trunki – powiedziała nam Daria. Problemy były na tyle poważne, że 19-letnia wówczas dziewczyna wyprowadziła się do dziadków, by móc się spokojnie uczyć i zdać maturę. Język polski, francuski, angielski i historię zdawała na poziomie rozszerzonym. Marzyła o tym, by dostać się na KUL. Udało się. Dostała się na wymarzoną filologię romańską. Problemy rodzinne w tym czasie

babski świat

bardzo się pogłębiły, zrezygnowała ze trwała ten czas. Nie udało się. – 1 grudstudiów, by pomóc mamie. Daria wspól- nia 2010 r. zostałam sama z dzieckiem nie z rodziną, która jest dla niej najważ- i problemami. To, co wtedy czułam jest niejsza, zamieszkała w Raciborzu przy nie do opisania. Wylądowałam w szpiulicy Szkolnej. Podjęła pracę w Żabce talu ze stanem przedzawałowym i poi w firmie Mieszko, gdzie pracowała na czątkiem depresji – mówi załamującym nocne zmiany. Zapisała się też do Bri- się głosem dziewczyna. tish School, żeby nie stracić kontaktu z Z pomocą przyszli przyjaciele, któżywym językiem angielskim, który za- rych poznała w Państwowej Wyższej mierzała studiować w raciborskiej uczel- Szkole Zawodowej w Raciborzu. – Doni. Robiła kurs prawa jazdy, jednak eg- stałam na święta łóżko dla córki, sanzaminu nie zdała, a na kolejne nie miała ki, zabawki i ubranka dla niej, słodyśrodków. Dostała się na studia dzienne cze, pieniądze, owoce, jogurty, proszki, w PWSZ w Raciborzu. Święta 2005 r. płyny i wiele innych rzeczy. Wszystko spędziła za granicą, wyjechała, by za- to przywieźli mi do Markowic busem! robić na czynsz. Po powrocie do Polski Oglądałam te przedmioty do nocy i pładwa razy dziennie jeździła z Raciborza kałam ze wzruszenia. Do dziś jestem do Raszczyc zajmować się chorą babcią. im bardzo wdzięczna – przyznaje Daria. Babcia zmarła w styczniu 2007 r. Zaczę- – Obecnie mieszkamy w domu po moły się problemy w sądzie. Babcia zapisa- ich dziadkach. Dach przecieka, toaletę ła jej dom, jednak na taki podział spadku mam na podwórku. Jestem w trakcie nie godziła się rodzina. Po 9 miesiącach robienia przydomowej oczyszczalni ściewalki w sądzie udało się. Wygrała dom ków, niestety brakuje mi specjalnego ale z przeciekającym dachem, bez cen- żwiru do wykończenia prac. Muszę kutralnego ogrzewania, z wilgocią w piw- pić jeszcze dwa kaloryfery przed zimą, nicy, bez łazienki (wc jest na dworze) i palę w piecu kaflowym, który ogrzewa kuchni... We wrześniu 2007 r. wyszła mi dwa pokoje. Boję się zimy, a najbarza mąż. Po ślubie młodzi zamieszkali w dziej tego, że będzie dużo śniegu i dacentrum Raciborza, w mieszkaniu na- chówki zaczną mi się zsuwać. Jak widać leżącym do dziadków jej męża. Wyda- jedne problemy się kończą, następne wało się, że jej życie zaczyna w końcu zaczynają – dodała Daria. się układać. Sielanka trwała. Była tak Obecnie pracuje na część etatu szczęśliwa, że po roku zdecydowali się w rudzkim MOW-ie, gdzie otrzymuje na powiększenie rodziny. Córkę urodzi- trochę ponad 600 zł wynagrodzenia. ła w czerwcu, dyplom licencjacki otrzy- Dostaje też 400 zł alimentów. Jak sobie mała kilka miesięcy później. Wynajęli radzi? – Jest ciężko, czasem idę gdzieś parter domu w Markowicach. Zapisała sprzątać, żeby dorobić, bo o ile jakoś się na studia magisterskie w Opolu. na opłaty bieżące i jedzenie mi starcza, W swoim życiu zawodowym praco- o tyle wszystkie naprawy w domu robię wała już jako sprzątaczka, ankieterka, z zaciągniętych u przyjaciół pożyczek kucharka, kelnerka, opiekunka osób – wyjaśniła. O czym marzy? – Przede starszych i schorowanych, rachmistrz, wszystkim o tym, by córka była szczęlektor języka angielskiego... W mar- śliwa. Chciałabym, żeby starczało mi cu 2010 r. udało jej się dostać na staż pieniędzy do końca miesiąca i żebym w biurze promocji PWSZ. – To była naj- mogła się czasem nie martwić czy będę lepsza praca w moim życiu. Tu spotka- miała środki na jedzenie i opłaty – przełam ludzi, którzy mieli do mnie szacu- konuje. Co jest jej teraz najbardziej ponek. Nikt po mnie nie krzyczał, było to trzebne? – Potrzebuję rower, bo mój mi dla mnie zupełnie nowe doświadczenie skradziono. Chciałabym taki z grubszyi pierwsza praca umysłowa, a nie fizycz- mi oponami, żeby wozić córkę, no i ten na. Niestety, już w tamtym czasie zaczę- żwir, który spędza mi sen z powiek... ły się problemy małżeńskie z powodów Sylwia Prusowska finansowych, głównie chodziło o to, że mało zarabiam – przyznaje Daria. Robiła jednak wszystko, by jej rodzina prze-

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

17


męski salon

k rótk ie fa l e

Kuźnia Raciborska:     Przenieśmy się w lata 70. XX wieku. Nie ma telefonów komórkowych i internetu. Komunikacja między ludźmi nie była tak łatwa jak dziś. W tym czasie rodzina z Warszawy wyjeżdża do Kenii. Niestety dziecko przed podróżą dostało złą szczepionkę Polacy nie wiedząc o tym, pojechali do Afryki. Wtedy na wysokości zadania stanęli krótkofalowcy. Franciszek Baraniuk przypomina sobie, jak z kolegami trzy dni i trzy noce spędzili przy radiostacjach oczekując na potwierdzenie wiadomości, która miała dotrzeć aż do Kenii. – Zaangażowali się w to krótkofalowcy nie tylko z Polski, ale również z południowej Europy i Afryki. Wspólnymi siłami wiadomość dotarła do ambasady w Kenii i dziecko otrzymało dobrą szczepionkę – opowiada Franciszek Baraniuk.

Radiowe fale ratunku i miłości Mimo upływu wielu lat i postępu technologicznego, krótkofalowcy wciąż są wśród nas. W Kuźni Raciborskiej od czterech lat działa Klub Krótkofalowców. Swoją siedzibę mają przy ulicy Jagodowej 15. Do zespołu należy około 20 osób. Wśród nich są również uczniowie Zespołu Szkół Mechanicznych w Raciborzu i studenci PWSZ. Żeby zostać licencjonowanym krótkofalowcem trzeba najpierw zdać egzamin przed komisją Urzędu Komunikacji Elektronicznej ze znajomości podstaw radiotechniki i przepisów korespondencji radiowej, a następnie wystąpić o przydzielenie znaku wywoławczego. Pasjonaci rozmów przez radiostację spotykają się co wtorek o godz. 17.00 i łączą

18

nasz racibórz magazyn /

się ze światem. Australia, Kanada, Bah- ku – dla Polski to: SP, SQ, SN, SO, SR, rajn, Wenezuela, Japonia, Indie, Rosja, HF oraz 3Z. Dokładny znak radiostacji Taiti i Nowa Zelandia – to tylko niektó- w Kuźni Raciborskiej to SP9PRR. Znaki re kraje z jakimi skontaktowali się krót- przyznane są przez międzynarodową orkofalowcy z Kuźni Raciborskiej. ganizację krótkofalowców. Po przepro– Przeważnie rozmawiamy w języ- wadzonej łączności, przesyłane są karku angielskim, ale czasem trafiają się ty QSL, co oznacza „potwierdzam”. Na niespodzianki. Kiedyś połączyłem się kartach, które przypominają pocztówki, z Rosjaninem, który mieszkał na Sy- umieszczona jest data i godzina łącznoberii. Mimo że on podał wywołanie po ści według czasu Greenwich, a także paangielsku to odpowiedziałem mu po ro- smo i raport (czytelność oraz siła sygnasyjsku. Zostałem mile zaskoczony, gdy łu). – Wysłaliśmy już kilka tysięcy kart, on zaczął mówić po polsku. Okazało się, a dostaliśmy około tysiąc. Zdarza się, że że jego ojciec był Polakiem – uśmiecha karta QSL trafia w nasze ręce nawet po się Franciszek Baraniuk. 10 latach – mówi Baraniuk. Przeprowadzone łączności zapisyKrótkofalowcy oferują swoją pomoc wane są w specjalnym dzienniku. Każdy służbom ratowniczym. Stworzyli nakraj ma swój prefiks, czyli początek zna- wet amatorską gminną sieć ratunko-

grudzień 2012


k rót k i e fal e

wą, dzięki której w razie potrzeby mogą pomóc straży pożarnej czy pogotowiu ratunkowemu w utrzymaniu łączności radiowej na terenie gminy. Uruchomili także Stację Pogodową dla Powiatu Raciborskiego, podającą falami eteru co 15 minut komunikat o aktualnym stanie pogody, stany wód, zagrożenie pożarowe w lasach oraz inne zagrożenia meteorologiczne. Antena stacji zamontowana jest na wieży OSP w Siedliskach. Szczególną opieką klub otaczają: Rita Serafin, burmistrz Kuźni Raciborskiej oraz Krzysztof Bartoń, prezes OSP w Siedliskach. Członkowie klubu nawiązali w tym roku współpracę ze Stowarzyszeniem Krótkofalowców Pogórza Opawskiego

(klub SP6ZJP z Głubczyc), uczestnicząc wraz z nimi w projekcie MEN pt. „ŻyjMy z Pasją”. Wśród krótkofalowców zdarzają się również historie miłosne. Tak jak dziś można znaleźć swoją drugą połowę przez internet, tak kilkadziesiąt lat temu znajomości nawiązywano przez radiostację. – W czasie służby wojskowej w Jeleniej Górze rozwijałem zainteresowania w klubie SP6PHB. Krótkofalowcy poprosili panią bibliotekarkę Danutę, by odwiedziła klub. Nasza prośba została przyjęta i pewnego wieczoru poznała przez radiostację Romka z Siemianowic Śląskich. Rozmawiali przez całą noc. Długie rozmowy przez radiostację zakończyły się ślubem – opowiada Baraniuk.

męski salon

– To właśnie w Jeleniej Górze zaczęła się moja przygoda z krótkofalarstwem. Pewnego dnia zamiatałem chodnik koło stadionu i zastanawiałem się co to za maszt i jakie anteny wiszą nad niewielkim budynkiem. Zajrzałem do środka i tak już do dziś jestem krótkofalowcem – dodaje Baraniuk. Obecnie Prezesem Klubu SP9PRR jest student PWSZ Grzegorz Skaba. Dzięki działaniom młodego prezesa klub podejmuje działania sprzyjające popularyzacji tego ciekawego hobby. Członkowie samodzielnie wykonują instalacje antenowe oraz urządzenia elektroniczne.

nasz racibórz magazyn /

Paulina Czarnota

grudzień 2012

19


babski świat

z e s ta r e j s z a f y

Racibórz:     Widok kobiet ubranych w tradycyjne stroje ludowe powoli odchodzi w zapomnienie. Kobiety w regionalnych ubiorach można jeszcze spotkać w czasie różnych świąt, co świadczy o szacunku dla starszego pokolenia i przywiązaniu do tradycji. Jak wyglądał tradycyjny strój ludowy z Raciborszczyzny? Czy współczesne mieszkanki Raciborza i okolic czerpią inspiracje z dawnej mody?

Dostojne

Kaftan – szpyndzer, Śląsk XIX w.

raciborzanki, czyli inspiracje w starej garderobie

Halka – drajdrutka, Śląsk XIX w.

Modna znaczy korpulentna

– Dwa wieki temu kobiety chciały przede wszystkim wyglądać dostojnie. – Jaka była niegdyś ranga stroju? Jak się okazuje spełniał on rolę nie tylko estetyczną, ale i społeczną. Często nawet większą niż wygląd domu i jego wnętrza. Ta istotna rola stroju wypływała ze starej zasady: jak cię widzą, tak cię piszą. Odzież świadczyła o zamożności i statusie społecznym człowieka. Na wioskach używano zwykle dwóch podstawowych rodzajów odzienia: roboczego i świątecznego. Podział ten był bardzo rygorystycznie przestrzegany. Stroje świąteczne były bogatsze, szyte z droższych tkanin – jedwabi, taftów, satyny, rypsy i brokaty. Odzież robocza nie miała ozdób a przez to brakowało jej jakichkolwiek cech regionalnych. Musiała być trwała i tania. Kobiety potrafiły same uszyć ją w domu – wyjaśnia Julita Ćwikła z raciborskiego Muzeum. W garderobie nie mogło zabraknąć szpyndzera, czyli krótkiego kaftana sięgającego pasa, z bufiastymi rękawami.

20

nasz racibórz magazyn /

Najczęściej wykonany był on z jedwabiu optycznie poszerzać sylwetkę, dlatego bądź tafty. Dekolty były zakończone sze- pod spódnicę panie nakładały drajdrutrokimi kołnierzami z frędzlami. Szpyn- ki, czyli halki, które ją usztywniały. – dzer w pasie był bardzo wąski, dlatego Prawdopodobnie ilość tych falban wskateż do wygodnych z pewnością nie nale- zywała na stopień zamożności kobiety żał, ale czego nie robi się dla urody? – wyjaśnia Julita Ćwikła. Na spódnice Współczesne kobiety w przeciwień- panie nakładały fartuchy, lekko marszstwie do XIX-wiecznych chcą wyglądać czone, szyte ze wzorzystych tkanin, jak najszczuplej. Kiedyś panie wyglą- zdobione najczęściej wzorami kwiatodały korpulentnie, co było symbolem wymi. Dla poprawy figury ubierały lajkobiecości i dostojeństwa. Do szpyn- biki z kiełbasą, czyli staniki z doszytym dzerów raciborzanki zakładały czepce. miękkim wałkiem, do którego wkładaByło to nakrycie głowy, które kobieta no płótno, a czasem nawet siano – to otrzymywała w dniu ślubu o północy, na nim opierała się spódnica. Buty były w trakcie obrządku zwanego oczepina- na słupkowych obcasach, sznurowane mi. Od tej pory nie nosiła już wianka, bądź zapinane na pasek. Zwieńczeniem tylko zakładała czepiec. Nakrycia te by- całego stroju była fryzura, oczywiście ły ręcznie haftowane, wykonane z tiulu „na bruzda”, z tyłu pleciony warkocz, z i zdobione cekinami. Dziś można je zo- przodu gładko zaczesane włosy. Zimą baczyć w Muzeum w Raciborzu. natomiast raciborzanki zakładały pod Kolejnym elementem kobiecego spódnice unteroki, czyli grube jak kołstroju dawnej raciborzanki były je- dra, watowane halki. dwabne, długie spódnice, zwane mazePod koniec XIX wieku kobiety zalonkami, suto marszczone w pasie. Czę- częły ubierać dłuższe i szersze kaftasto wykończone były tolkrouzą – kar- ny. Nie sięgały już do talii, a do bioder. bowanymi falbanami. Suknie musiały Zaczęły pojawiać się grubsze brokato-

grudzień 2012


z e s tar e j s z af y

we tkaniny – wcześniej dominowały jedwabie. Strój stał się wygodniejszy. Przy mankietach naszywane były aplikacje. Bardzo rzadko w tamtych czasach był wykorzystywany haft ręczny, stroje szyte były fabrycznie. Popularne były frędzle przy chustach, które wiązane były w ukośną kratę. Natomiast na przełomie XIX i XX wieku modne szpyndzery zastąpione zostały przez jakle. Charakteryzowały się one szerszym krojem i stójką wokół szyi. Starsze kobiety wiązały sobie chustkę z tyłu głowy na „babkę” albo „żurek”.

Początek XX wieku – zmiany w strojach i moda na czarne suknie ślubne

– Na początku XX w. nastąpiły zmiany. Kaftany (szpyndzery) zastąpiono jaklami bądź jupami – kaftanami sięgającymi aż do bioder, rozszerzającymi się od pach w dół. Z przodu lub z boku były umieszczone zapięcia na zatrzaski. Zapinano je wysoko aż pod szyję, pod którą znajdowała się wysoka stójka. Rękawy były długie, z marszczonymi główkami, zwężające się ku mankietom. Przy późniejszych jaklach rękawy były proste i gładkie. Dolne części kaftanów były przeważnie obszyte czarną, cienką koronką lub fabryczną aplikacją – tłumaczy w rozmowie z nami Julita Ćwikła. Kreacje z bogatych tkanin raciborzanki wkładały jedynie na wesela, do kościoła bądź inne specjalne okazje. Starsze panie ubierały się w ciemne rzeczy. Barwne stroje mogły wkładać młode kobiety i dziewczęta. Natomiast panny młode do ślubu zakładały… czarne suknie. Jasny kolor pojawiał się jedynie w pewnych elementach ślubnego stroju. Były to wianki i fartuszki. Również mężatki zakładały stroje w ciemnych barwach. Zazwyczaj były to zielenie i granaty. Kobiety zimą nie nosiły płaszczy ani kożuchów, wtedy modne były grube chusty zwane plejtami, przypominające gruby koc, który okrywał górną część ciała. Kobiety bardziej zamożne nosiły jakle szyte z aksamitu albo wełny. Po I wojnie światowej spódnice z karbowanymi falbanami zastąpiono dłuższymi i szerszymi, suto marszczonymi lub pli-

babski świat

spódnice trwała aż do momentu, kiedy kobieta przestała ubierać się po chłopsku. Przełomem były lata 40. XX wieku. Wtedy panie zaczęły ubierać się po miejsku. Natomiast spodnie przyjęły się wśród kobiet na wsi około lat 50. i 60. ubiegłego wieku. W ostatnim czasie panie w tradycyjnym raciborskim stroju ludowym można spotkać sporadycznie. Niebawem jedyną okazją do ich podziwiania będą występy zespołów folklorystycznych. Można również wybrać się do raciborskiego Muzeum, które posiada bogatą kolekcję raciborskich strojów ludowych.

Modne raciborzanki dzisiaj – XXI w.

– Patrząc na styl ubioru raciborzanek pod koniec XIX w. nie potrafimy sobie wyobrazić, jak można było swoFot. Muzeum w Raciborzu | Kobiety w raciborskich bodnie poruszać się w tych długich kaftanach – jaklach, lata 20-te XX w. i obszernych sukniach. Modne wtedy ubrania nie były ani zbyt wygodne, ani praktyczne. Obecnie moda jest zupełnie inna. Kobieta bez żadnych oporów może włożyć spodnie czy bluzkę z dekoltem – wyjaśniła stylistka Marta Poczkaj. – Projektanci mody próbują nieśmiało czerpać inspiracje z dawnych regionalnych strojów. Do łask powracają falbanki, wzory kwiatowe, wysokiej jakości materiały, bufki czy kołnierze ze stójką. Pewne jest jednak, że ubiór kobiety XXI wieku jest o wiele bardziej swobodny i wygodny – dodała stylistka. Czy dzisiaj raciborzanki byłyby skłonne założyć strój z końca XIX wieku? – Zdecydowanie nie, aczkolwiek widzę, że niektóre elementy są wykorzystywane. Sama mam kilka bluzek z bufkami. Na uwagę na pewno zasługują też wzory kwiatowe, które wracają do łask – powiedziała nam Magdalena z Raciborza. – Takiego stroju na pewFot. Muzeum w Raciborzu | Fotografia ślubna Heno bym nie założyła – powiedziała nam dwig i Paul Dudek z Markowic, lata-30-te XX w. Edyta, której pokazałyśmy fotografie stroju raciborzanek z końca XIX wiesowanymi sukniami. Wszyte były w wą- ku. – Jednak mam koszulę ze stójkoską obszewkę w pasie i wykańczane na wym kołnierzem i ubrania ze wzorem dole czarną tasiemką. Były wykona- kwiatowym – dodała. ne z atłasu z jednobarwnym wzorem roślinnym. Zrezygnowano także z no- Zdjęcia dawnych strojów pochodzą szenia czepców, na rzecz wełnianych ze zbiorów Muzeum w Raciborzu. i rypsowych chust. Moda na szerokie Paulina Czarnota, Sylwia Prusowska

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

21


babski świat

m a r z e na kor z one k

Racibórz:     Szczęśliwa matka, żona, prawniczka i piosenkarka. Niedługo ukaże się jej pierwsza płyta „33 ½”. Z Marzeną Korzonek o tęsknocie, przemijaniu i marzeniach rozmawiają Paulina Czarnota i Sylwia Prusowska.

Biorę życie B

takim, jakie jest

Fot. Mirosław Basista

Nasz Racibórz: Niebawem ukaże się Twoja debiutancka płyta. Jaki będzie miała klimat? Popowy czy może bardziej ostry?

nadto do współpracy zaprosiłam znakomitych muzyków różnych pokoleń, w tym Artura Malika (wieloletni perkusista Lombardu), Sławomira Bernego (współpraca z Grzegorzem Turnauem i orkiestrą Adama Sztaby), Alinę Radziwanowską (chórki w Bajmie) czy Józefa Michalika. Za miks i mastering odpowiadał jeden z czołowych polskich realizatorów dźwięku – Tadeusz Mieczkowski, współpracujący z takimi artystkami jak Anna Maria Jopek czy Edyta Górniak.

Większość tekstów piosenek napisałaś sama. O czym opowiadają, o miłości?

MK: Płyta nie jest skoncentrowana tylko na relacji damskoMarzena Korzonek: Płyta jest dla mnie szczególna. Nie męskiej. Zawarte są w niej moje głębokie przemyślenia. Moje tylko z tego powodu, że jest to mój pierwszy album, ale rów- teksty są wyrazem obserwacji świata i ludzi wokół, choć jest nież, dlatego, że w przeważającej części autorski. Jest dużo kilka tekstów bardzo osobistych. Znajdują się na niej utwobardziej rytymiczny niż to co dotychczas śpiewałam, choć ry, które są rozwinięciem myśli „Śpieszmy się kochać ludzi, delikatniej zaśpiewany. Generalnie to popowa płyta z do- bo tak szybko odchodzą”. Przewija się w mojej głowie temat mieszką innych stylów. Można usłyszeć klimaty funkowe, przemijania, świadomość, że życie jest nieodwracalne i pewr&b, a także balladę, która przez Tadeusza Mieczkowskie- ne rzeczy zdarzają się tylko raz. Coś trzeba robić tu i teraz. go, reżysera dźwięku, została określona jako progresywny Wydaje nam się, że jesteśmy młodzi, fantastyczni i wszystrock. Choć szczerze powiem, bardziej skupiałam się na te- ko przed nami. A tak naprawdę przemijanie jest wpisane macie płyty niż na jej stylu. Szukałam środków do wyrazu w nasze życie, tylko odpychamy od siebie tę myśl. Żyjemy różnych emocji. w czasach pośpiechu, hałasu i kontaktowania się przez łącza. Jednak wciąż mamy te same pragnienia, które są niezmienne NR: Z kim pracowałaś podczas nagrań? Jak długo od wieków. Potrzebujemy bliskości z drugim człowiekiem. O powstawała płyta? tym opowiada m.in utwór „Mów do mnie”. To wołanie koMK: Kompozycje powstawały przez ostatni rok. Producen- biety o prawdziwą bliskość. tem muzycznym i współkompozytorem jest Adam Drzewiecki. Młody, ale bardzo doświadczony muzyk. Pracuje z tak NR: Brzmi dość romantycznie. różnymi artystami jak: Pudelsi, Magda Femme czy śpie- MK: Jest romantycznie, ale nie słodko. To piosenka o tęskwaczka operowa – Grażyna Brodzińska. Swoją młodością nocie za rozmową. Rozmową tak potrzebną jak dotyk, przyi świeżością dużo wniósł w tę płytę. Bardzo mi pomógł. Po- tulenie.

22

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


mar z e n a ko r z o n e k

NR: Utwór wykonujesz w duecie. Męskim oczywiście. Kogo będziesz prosiła o rozmowę?

MK: Śpiewam razem z Michałem Gaszem, który też jest laureatem Szansy na Sukces, a obecnie solistą oratoriów Piotra Rubika. Michał ma niewiarygodnie piękną barwę głosu, która zachwyca mnie za każdym razem kiedy go słyszę. Pierwszy raz miałam okazję posłuchać go w 2000 roku podczas warsztatów z Elą Zapendowską. Wykonywał wtedy „Czas nas uczy pogody” Grażyny Łobaszewskiej. Wiele lat temu powiedziałam Michałowi, że jeśli kiedykolwiek się zdarzy, że będę wydawać płytę, to moim marzeniem jest, żeby z nim nagrać duet. Udało się.

babski świat

się wydarzy, bo liczę się z każdym scenariuszem, to samo wydanie płyty jest źródłem mojego spełnienia i szczęścia. Muzyka zawsze silnie na mnie oddziaływała i musiałam do niej wrócić. Jest bardzo ważna w moim życiu, ale ono nie kończy się na niej.

NR: Czy ta przerwa od muzyki to czas poświęcony rodzinie?

MK: W dużej mierze tak, ale nie tylko. To był chyba czas, żebym ja do tego wszystkiego rzeczywiście dojrzała. Znalazła w sobie tę energię, tematy i klimat do tworzenia. Płyta jest różnorodna, również dlatego, że ja zrobiłam duży krok naprzód, jeśli chodzi o mój sposób śpiewania. Wyciągnęłam NR: Wracasz po dość długiej przerwie. Twoje życie wnioski z moich doświadczeń i krytycznych uwag na swój temat. Wiem, że to jest nietypowy wiek na debiut w Polsce. raczej nie toczy się na salonach. Masz męża i dwójkę Ale na świecie jest sporo takich wokalistek, które debiutują dzieci. Dlaczego zdecydowałaś się nagrać płytę? MK: To było moje marzenie, które udało mi się spełnić. Bez- w wieku 30 plus (śmiech). Myślę, że może mieć znaczenie pośrednio do pracy nad płytą zamobilizowała mnie Elżbieta to, że w tym momencie poczułam się bezpieczna, zaznałam Biskup, kiedyś moja nauczycielka. Niezależnie od tego, co wolności i mam coś do powiedzenia.

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

23


babski świat

m a r z e na kor z one k

NR: Album nosi tytuł „33 ½”. Skąd ta nazwa?

MK: To proste, widać przecież po mnie (śmiech). „33 ½” to mój wiek. W momencie kiedy pojawił się temat szukania tytułu pomyślałam sobie, że po pierwsze chcę wyrazić czas, który minął od mojego debiutu w Opolu, a także oddać dojrzałość, doświadczenia i miejsce, w którym jestem obecnie. Okazuje się, że ten tytuł te wszystkie elementy w sobie zawiera. Podoba mi się, że jest niejednoznaczny i intrygujący.

NR: Zadebiutowałaś w 2003 roku w Opolu. Wykonałaś utwór Tadeusza Nalepy „Modlitwa”. Czy znajduje się on na Twojej płycie?

MK: Utwór jest dla mnie szczególny i nie wyobrażam sobie, żeby go na niej zabrakło. I nie chodzi o to, że dzięki niemu wygrałam Opole. „Modlitwa” sama w sobie jest fenomenalna. Na płycie znajdzie się nagranie, które powstało w 2003 roku w studiu S4 Polskiego Radia, z samym Tadeuszem Nalepą na gitarze, wieloma świetnymi muzykami i kwartetem smyczkowym Prima Vista. „Modlitwa” jest bonusem na płycie. Myślę, że to taka perełka dla fanów.

NR: Nagrania odbywały się w kilku studiach. Jak pogodziłaś to z życiem codziennym, pracą i rodziną?

MK: Praca nad płytą to był również duży wysiłek organizacyjny dla mnie i moich najbliższych. Nie było łatwo. To dzięki wsparciu najbliższych ta płyta powstała. Bez tego na pewno nie byłoby to możliwe. Bardzo pomogło mi też Radio Opole. Jeszcze w 2003 roku przyznało mi nagrodę, którą w ciągu ostatniego roku mogłam wykorzystać w formie sesji nagraniowej w Studiu M. I tak rozpoczęła się moja praca nad krążkiem. Piosenki były nagrywane właśnie w Studiu M Radia Opole, a także w Krakowie i Raciborzu, a miks i mastering robiliśmy w Preisner Studio w Niepołomicach.

NR: Dobrze pamiętamy, że byłaś uczestniczką Idola? Całkiem inaczej wyglądałaś. Miałaś kręcone rude włosy, a teraz zupełna metamorfoza. Jesteś blondynką!

MK: Dobrze pamiętacie. Moja metamorfoza była rozłożona w czasie, ale póki co nie planuję powrotu do ciemnego koloru włosów. Jeśli chodzi o Idola, to brałam udział w drugiej edycji, doszłam do półfinału. Szkoła trzymania nerwów na wodzy. Ale również niezapomniana przygoda. Poznałam masę osób, dziś bardzo znanych. Nauka tekstu piosenki w ciągu jednej nocy. Byliśmy nieźle trenowani, ale głównie chodziło chyba o to, by sprawdzić naszą psychikę.

NR: Poza muzyką masz jeszcze czas na jakieś hobby?

MK: Lubię rękodzieło, maluję przedmioty techniką decoupage. Uwielbiam też bielone rzeczy, więc co tylko się da maluję w domu na biało. Jakieś skrzyneczki, wieszaczki, wizytówki na drzwi. Lubię styl vintage. Ostatnio złapałam bakcyla na ogród. No i lubię gotować, a najbardziej lubię piec.

NR: A Święta Bożego Narodzenia przygotowujesz sama? 24

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

MK: Kolację wgilijną zazwyczaj gotuję razem z mamą. Ale z mężem robimy pierogi i uszka, a także bardzo dużą ilość przeróżnych ciasteczek: orzechowych, waniliowych, migdałowych, pierniczków, uli. Generalnie pieczemy razem, rodzinnie. To magiczny czas, uwielbiam przygotowania do świąt i święta, zapach korzennych przypraw, migające światełka, kolędy... Przed Wigilią do jednego pieroga i jednego uszka chowamy po 1 groszu. To zwyczaj, który przejęłam od mojej teściowej. Kto znajduje tego grosza w pierogu będzie miał powodzenie przez cały rok. To już taka nasza tradycja, która sprawia całej rodzinie wielką radochę. Ale z groszami mam jeszcze jedną ciekawą historię. Od kilku lat, niewiarygodnie często, znajduję jednogroszówki. Czy jest ciemno, czy pada deszcz, nie ma reguły. Po prostu wszędzie, w różnych miejscach. Same wpadają mi w ręce. Przez te 9 lat odłożyłam ich już kilkadziesiąt. No i tą kropką nad „i” jest ten grosz w pierogu, który znalazłam w tamtym roku.

NR: Jesteś typem pracoholika? Masz czas na wakacje i odpoczynek?

MK: Nie jestem pracoholiczką. Mimo że mam mało czasu na relaks to wakacje są dla mnie świętością. No i uwielbiam kiedy jest ciepło. Jeździliśmy nad polskie morze, ale też za granicę. Nie jest jednak ważne gdzie, ważne by spędzić ten czas z rodziną. Przy okazji lubię poznawać nowe miejsca, nowych ludzi, ich kulturę. Nie jestem typem wracającym w te same miejsca, do jednego ośrodka wczasowego. Ciekawi mnie świat, inne kultury, miejsca i smaki. Kocham Włochy. Lubię klimat wąskich uliczek, kawiarenek, uśmiechniętych Włochów i ich luz. Mam trzy ulubione miasta, które skradły mi serce. W dwóch już byłam, to Rzym i Paryż, został jeszcze Nowy Jork. Z podróży zawsze wracamy naładowani pozytywną energią.

NR: A jak wygląda Twój zwykły dzień? Co robi Marzena Korzonek kiedy wstaje rano z łóżka?

MK: Zawsze się spieszę, biegnę, szukam telefonu i nie mogę znaleźć kluczy do samochodu. Po prostu jestem w permanentnym kołowrotku, nie mam chwili na zastanowienie się. Nie wiem co to znaczy nuda. I nie doświadczam jej. Ale tak naprawdę mój dzień to dzień najzwyczajniejszy na świecie. Tak jak wszyscy robię zakupy, ogarniam dom, pracuję, bawię się z dziećmi, gotuję, jestem z najbliższymi. Normalny dzień rodziców z dwójką dzieci, którzy pracują i do tego chcą realizować swoje hobby.

NR: Czy wybrałabyś drugi raz studia prawnicze?

MK: Myślę, że tak. Zawsze brałam życie takim, jakie jest. Uważam, że wiedza jest czymś bezcennym, czego nie da się odebrać. Nawet w muzyce przydaje się znajomość prawa.

NR: Czyli oszukać się Ciebie nie da? MK: Można próbować (śmiech).

Debiutancka płyta Marzeny Korzonek ukaże się już niebawem, 15 stycznia 2013 roku.


h e le n j o n e s

babski świat

Racibórz:     Mimo że nie lubi klusek śląskich i odmiany przez przypadki, to właśnie w Raciborzu znalazła swoje miejsce na ziemi. Dla Helen Jones Anglia okazała się nudna. Wybrała Polskę. Tu mieszka, pracuje, tutaj też poznała swojego męża.

Miłość

i szczęście znalazła w Raciborzu

Do Raciborza przyjechała w 2003 roku. Potem na jakiś jest ważne jedzenie. O 15.00 jest obiad, potem deser i dalej już czas przeniosła się do Warszawy, ale wróciła. – Stolica Polski nie jemy. Jest disco, pijemy dużo wina i tyle. W Polsce wygląjest piękna, ale jest to duże miasto, wolę Racibórz. Bo tutaj da to zupełnie inaczej. Na weselach tańczy się jak w „Tańcu z czuć klimat, tę polskość – opowiada Helen Jones, która po- Gwiazdami”. W Anglii nie ma głupich zabaw i na przyjęciu wechodzi z Chertsey w Anglii (Chertsey leży 30 km na południo- selnym jest o wiele bardziej elegancko – opowiada Angielka. wy zachód od centrum Londynu – przyp. red.). Czego u nas nie lubi? – Klusek śląskich, za to macie pyszTam studiowała filologię francuską i hiszpańską. Po stu- ne szarlotki – śmieje się. Z Anglii przywiozła zwyczaj, który diach wyjechała na rok do Francji, a potem na 5 miesięcy do w polskich domach jest raczej niespotykany. – Tam nie ma Hiszpanii. – Spodobało mi się mieszkanie za granicą i stwier- firanek i w naszym mieszkaniu też ich nie mamy. Okna madziłam, że kolejnym celem będzie poznanie nowego języka. my brudne, dla Anglików sprzątanie nie jest tak ważne jak Interesował mnie język rosyjski, ale byłam młoda i po pro- tutaj. Sprzątać w sobotę? Po co, wolę wtedy iść z koleżanstu bałam się wyjazdu do tego kraju. Pomyślałam o Polsce kami na zakupy czy kawę, to jest przyjemniejsze – opowiai udało się. Znalazłam pracę w Raciborzu, w szkole języko- da. Natomiast denerwuje ją – tak samo jak wielu Polaków wej – wspomina Helen. Języka polskiego chciała się nauczyć – skomplikowana biurokracja w naszym kraju. Ale mimo tych w rok. – Po roku jednak stwierdziłam, że to nie wystarczy minusów i tak wskazuje więcej plusów. Przede wszystkim i zostałam na dłużej. Wasz język jest bardzo trudny i skom- należy do nich lepszy klimat. – W Anglii ciągle pada, jest szaplikowany. U nas jak mamy np. stół – table – to zawsze jest ro i ponuro. A w Polsce jest piękna zima. Uwielbiam śnieg to table. A u was jest ta odmiana przez przypadki: stół, na i mróz – podkreśla Helen. Jak sama mówi, za Anglią tęskni tylko trochę. – Tak nastole, pod stołem... – śmieje się. Racibórz okazał się dla niej szczęśliwym miastem. Tu prawdę jest tam nudno i wolę mieszkać za granicą. Bardziej mieszka, pracuje, tutaj też poznała swojego męża. Na pierw- brakuje mi rodziny i przyjaciół. Na szczęście są tanie loty szym spotkaniu w restauracji prawie ze sobą nie rozmawiali, i możemy się odwiedzać. Niedługo rodzice przylecą do nas tylko rysowali na serwetkach. – Myślałam wtedy, że to ra- na Sylwestra – mówi. czej nie ma sensu, ale wyszło tak, że ja się nauczyłam języka, Teraz Helen prowadzi w Raciborzu szkołę językową Poa mąż nie za bardzo. Kiedy mówię do niego po angielsku, to int Language Centre. Póki co nie ma w planach opuszczenia on jest jakby na innej planecie – uśmiecha się Helen. naszego kraju. Wesela oczywiście były dwa, w Polsce i w Anglii. – Nasze rozmawiały Sylwia Prusowskam i Paulina Czarnota wesela zdecydowanie różnią się od tych polskich. W Anglii nie

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

25


babski świat

M ag da l e na T r a fa s

Racibórz:     Magda wyjechała do placówki misyjnej Obra Social Bosconia w Peru w lipcu 2010 roku. Przez 9 miesięcy opiekowała się dziećmi i młodzieżą. O życiu misyjnym, codziennych trudnościach, chodzeniu do slumsów, biedzie w Peru i wielkiej dobroci z jaką się tam spotkała opowiada pochodząca z Kornowaca Magdalena Trafas.

Z Kornowaca

do Peru

Nasz Racibórz: Skończyłaś studia, zaręczyłaś się i... wyjechałaś na misję do Peru. Skąd ta decyzja?

Magdalena Trafas: O zaręczynach? Taki wiek, taki staż, taka kolej rzeczy:) A misje? Jednym słowem powołanie. Od dawna już myślałam o wyjeździe misyjnym. To nie była jednorazowa decyzja, składało się na nią wiele drobniejszych, ale nie mniej ważnych. Np. wybór liceum ze względu na zajęcia z języka hiszpańskiego czy dodatkowy wykład z misjologii na studiach. Wiedziałam, że zanim zacznę realizować swoje powołanie do bycia żoną i matką, mogę coś zrobić dla innych, mogę ofiarować kawałek swojego życia.

NR: Jakie były Twoje pierwsze wrażenia po przylocie do Peru?

sconia nie spełnia, ale postaram się jakoś krótko ująć, to, co się tam robi. Bosconia to Msze święte, nabożeństwa, opieka duszpasterska. To także wyprawy na plażę, warsztaty tematyczne, oratoria, święta, zabawy, to kursy szycia i gotowania dla mam, a także śniadania i kolacje dla dzieci z oratorium, stołówka szkoły technicznej, „merienda”, czyli poczęstunek dla uczestników oratorium, programy dożywiania dla rodzin oraz akcje z myślą o najmłodszych, rozdawanie darów, sprzedaż mleka, jaj, indyków oraz... miłość ofiarowana na każdym kroku każdemu, kto tylko przekroczy próg Bosconii. Bosconia ofiarowuje wzrost duchowy, moralny, umysłowy, a także rozwój talentów, sprawia, że piurańczycy mogą cieszyć się życiem i zobaczyć, że można żyć lepiej.

MT: Czternastogodzinny lot trochę stłumił moją percep- NR: Jak wyglądał Twój plan dnia, co robiłaś, jakie cję, dlatego w drodze z lotniska myślałam głównie: - jest as- miałaś obowiązki, jak przyjęli Cię Peruwiańczycy? falt, są bloki, mnóstwo reklam – jak w Europie, ale skąd MT: Pobudka, gdy w Polsce niektórzy już jedzą obiad ten hałas i dlaczego jest zimno?. Początkowo Peru ani mnie (śmiech), 6:20 rozmyślania czy, jak kto woli, medytacje, 6:50 nie zachwyciło, ani nie przeraziło, nawet nie zaskoczyło. Za Msza święta z jutrznią, po niej śniadanie, 8:30 czuwanie to w drodze do Piura miałam łzy w oczach widząc „domki” przy bramie, by dzieci czuły się chciane, 9:00 oratorium czas na pustyni zbudowane z trudnych do nazwania elementów. zacząć, ok. 17:30 oratorium czas zakończyć (uśmiecha się), Z okien autobusu ujrzałam to, czego turystom się nie poka- w międzyczasie standardowe zajęcia z dziećmi, przerwa na zuje, zobaczyłam do kogo zostałam posłana i jak wygląda obiad, chwilka na przygotowanie się do kolejnych zajęć, w pożycie tych ludzi. rywach czas na półgodzinną drzemkę czy szybkiego maila, później odprowadzanie dzieci lub tylko seria „samolotów”, NR: Czym jest Centrum Bosconia w peruwiańskim czasem spotkanie organizacyjne lub formacyjne z animatoPiura? rami, szybki prysznic i o 19:00 modlitwy wieczorne, kolacja, MT: Obra Social Bosconia to placówka misyjna Zgroma- zmywanie naczyń, komputer, czyli szukanie pomysłów, kondzenia Księży Salezjanów, która leży w dzielnicy slumsowej takt z Polską, zrzucanie zdjęć, blog itd. Porę położenia się miasta Piura (Piura jest miastem wojewódzkim na północy spać przemilczę… (śmieje się). Peru). Dzielnica nazywa się Nueva Esperanza, czyli nowa Od lipca do Świąt Bożego Narodzenia w ciągu tygodnia nadzieja i taką nadzieję daje tam Bosconia...Bosconia to oaza, pracowałam w Oratorio Diario. Zarówno przed jak i po połuwokół pustynia, a tam zieleń i woda, wokół bieda, a tam speł- dniu miałam swoją grupę, której pomagałam w lekcjach. Poniają się marzenia. Łatwiej chyba powiedzieć jakiej roli Bo- nadto musiałam czuwać nad całością, organizować dzieciom

26

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


M ag dale n a T r afas

babski świat

czas wolny i przygotowywać im drugie śniadanie. W zakresie blemów z językiem hiszpańskim. Chętnie uczyły mnie nowych moich obowiązków były też rozmowy z rodzicami, akcja pro- słówek, inne wielokrotnie powtarzały i wyjaśniały. mocyjna oratorium oraz tzw. „Buenos dìas” i „Buenas tardes”, czyli salezjańskie słówko ubogacające młodzież. Sobot- NR: Jak smakuje świnka morska? Podobno miałaś nie przedpołudnia miałam wolne, zaś od 14:30 znów dbałam okazję to sprawdzić (śmiech) o rozwój duchowy, moralny oraz ruchowy dzieci i młodzieży. MT: Jest pyszna. To bardzo delikatne mięso, ale i tak moją Prowadziłam też zajęcia teatralne. Niedziela natomiast była ulubioną potrawą w Peru było ceviche, czyli surowe ryby dniem „oratorio periferico”, od sierpnia to ja zapisywałam z limonką – mniam! No i polecam jedzenie na ulicy, jeżeli coś uczestników, przydzielałam zadania animatorom, byłam od- jest za słodkie albo za słone, można też wypić sok ze świeżo powiedzialna za sprzęt, zaplanowanie, przygotowanie i prze- wyciskanych owoców. prowadzenie oratorium. Ponadto czasem trzeba było przygotować jakieś święto, pójść z dziećmi na basen, przygotować NR: Z czym miałaś największy problem? Co z barierą animację Eucharystii, przeprowadzić akcję promocyjną roz- językową? nosząc ulotki… MT: Najtrudniej było nie przejmować się słowami „no te A w styczniu i lutym zajmowałam się logistyką „Vacacio- preocupes” (które znaczą „nie przejmuj się”) i „mañana” nes ùtiles” (szkoły letniej, która miała dać lepszy start w no- (jutro). „No te preocupes” słyszałam głównie, gdy reagowawym roku szkolnym), prowadziłam zajęcia z informatyki łam jak typowy Polak czyli denerwowałam się, że coś nie jest i warsztaty sztuki „prawie” cyrkowej (śmieje się). Do moich gotowe, a powinno być na wczoraj. To mnie oczywiście jeszobowiązków należało też karmienie papużek (sporego stad- cze bardziej drażniło. Jak miałam się nie przejmować skoro właśnie dlatego tam przyjechałam? No a „mañana” to taka ka) i ogólne dbanie o ich dobro… (śmiech) Piurańczycy są bardzo otwarci i życzliwi. Już w pierwszych odpowiedź na wszystko. Bo przecież wszystko można zrobić, dniach w Bosconii czułam się jak w domu. Zostałam bardzo mi- za chwilkę, później, jutro, wcale... Trudno było też się przeło przyjęta. Nikt nie dawał mi odczuć, że jestem tu obca. Dzieci konać, że indyk nie zrobi mi nic złego. W Polsce wolałam te były bardzo cierpliwe w stosunku do moich początkowych pro- ptaki omijać szerokim łukiem, w Peru musiałam je łapać,

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

27


babski świat

M ag da l e na T r a fa s

żeby zostały zaszczepione. Co do języka, to niestety mam tak, że jeśli nie wiem czy mówię dobrze w obcym języku, to nie mówię. Do Peru pojechałam pięć lat po maturze z języka hiszpańskiego, którego uczyłam się najpierw prywatnie gdzieś od III klasy gimnazjum, a później w liceum. Niestety, przez te 5 lat prawie nie miałam styczności z językiem. Ponadto hiszpański europejski różni się od castellano, czyli hiszpańskiego używanego w Peru. Stąd na początku było ciężko, ale ponieważ prawie od razu zostałam wrzucona na głęboką wodę i musiałam prowadzić zajęcia po hiszpańsku, przełamałam się i pod koniec z ogromną uciechą używałam piurańskiego slangu.

przecież nawet z połową dzieci nie udało mi się porozmawiać tak na osobności, nie poznałam ich rodzin, nie przytuliłam tyle ile powinnam. Trudno było zostawić wszystkich i wrócić, bądź też wyjechać. Bo słowo „powrót” nabrało wtedy nowego znaczenia. Pojawiło się pytanie „wracam do Polski czy wyjeżdżam z Peru?”. Wyjeżdżając byłam pewna, że tam wrócę, teraz jednak ta pewność nie jest stuprocentowa. Być może jeszcze kiedyś, tym razem już z mężem, pojedziemy na misje, nie wiadomo jednak czy do Peru (jedzie się tam, gdzie wolontariusze są najbardziej potrzebni). Chciałabym jednak bardzo móc kiedyś odwiedzić moich małych podopiecznych i przyjaciół z Bosconii.

NR: Czy Peruwiańczycy są bardziej otwarci niż my?

NR: To jeszcze dwa słowa o tym, za czym najbardziej tęsknisz, czy raczej co dawało Ci najwięcej sił i było Twoim ulubionym zajęciem.

MT: Przede wszystkim mają na wszystko czas, nigdzie im się nie spieszy. Winny jest zapewne ciepły klimat, w którym żyją. Są też bardziej otwarci. Mówię tu oczywiście o Peruwiańczykach, z którymi pracowałam, bo ci mieszkający w górach są inni. Poza tym bardzo szybko mówią.

NR: Jaka jest sytuacja żywnościowa w Peru? Czego najbardziej brakuje?

MT: Brakuje pieniędzy i mądrej polityki rządu. Peru jest bardzo bogate w roślinność, prawie wszystko można tam wyhodować, ponadto okres wegetacyjny jest tam znacznie krótszy niż w Polsce, stąd można kilkakrotnie w ciągu roku siać i zbierać plony. Nie brakuje też miejsca do wypasu i hodowli zwierząt, gorzej jest z gospodarowaniem tymi zasobami. Przyczyną wielu problemów jest też korupcja.

NR: Co robiłaś gdy było Ci ciężko? Jak dawałaś sobie radę w obcym kraju, z dala od bliskich, od (wtedy jeszcze) narzeczonego?

MT: Byłam daleko od bliskich, ale ani trochę nie oddaliłam się od swojej rodziny, tej dużej, zwanej Kościołem. To dawało mi siłę, bo było takie samo jak tutaj. Tak samo mogłam uczestniczyć we Mszy świętej, tego samego Chrystusa przyjmowałam w komunii świętej... Gdy było mi naprawdę ciężko zaszywałam się w kaplicy, rozmawiałam lub po prostu byłam z Bogiem, sama i w ciszy. Gdy potrzebowałam rozmowy, szukałam wyjaśnienia, szłam do ks. Piotra Dąbrowskiego. Pomagało mi też czytanie Pisma Świętego, głównie fragmentu Ewangelii wg św. Łukasza: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”.

NR: Ciężko było Ci się rozstać z Peru, z Twoją drugą rodziną? Jak wyglądał powrót? Masz zamiar tam wrócić?

MT: Jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem z Piura, będąc samotnie w pokoju wolontariuszek, uzmysłowiłam sobie, że już niedługo opuszczę to miejsce i strasznie się popłakałam. Później nie było już łez, ale bardzo ciężko było mi wyjeżdżać. Przyzwyczaiłam się do widoku uśmiechniętych twarzy dzieci, ich krzyków, zabaw z nimi. Miałam wrażenie, że dopiero co przyjechałam, nic jeszcze nie zrobiłam, bo

28

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

MT: Najbardziej lubiłam rozdawać ulotki, bo to wiązało się z chodzeniem do slumsów. Najbardziej więc lubiłam tak po prostu chodzić do slumsów, ulotki były tylko takim pretekstem. Uwielbiałam bawić się z dziećmi w okolicy ich domów, poznawać rodziców, widzieć jak mieszkają, jak żyją. Dzieciaki były wtedy takie dumne i szczęśliwe mogąc przedstawić mi swoje rodzeństwo, rodziców, pokazać drogę do Bosconii czy w inne miejsce, wskazać sklep, no po prostu pokazać, że są ważni, potrzebni. Ja sama z takich wypraw wracałam pełna ciepła w sercu, taka podbudowana, radosna. Biedę, z którą się tam spotykałam, zasłaniała wielka dobroć. Niebezpieczeństwo – bo nie było rozsądne zapuszczanie się samemu w pewne dzielnice – zasłaniała radość ze spotkania z drugim człowiekiem. Najbardziej lubiłam być z moimi Peruwiańczykami tam, gdzie oni czuli się najbardziej swobodnie.

NR: Czym się obecnie zajmujesz? Jak odnalazłaś się po powrocie do Polski?

MT: Ze względu na to, że do Polski wracałam w marcu, miesiącu, którego, podobnie jak listopada, bardzo nie lubię, bo jest szary i mokry, miałam spory problem z odnalezieniem się w Polsce. Przez pierwsze miesiące miałam zaburzony rozkład dnia i nocy, bo wiele czasu spędzałam przed komputerem kontaktując się z Peruwiańczykami. Ze względu na różnice czasu mogłam z nimi rozmawiać głównie w nocy. Brakowało mi również słońca i ciepła (jestem strasznym zmarzluchem), kolorów (na terenie Bosconii przez cały rok kwitły kwiaty), świeżych owoców i pysznych soków na śniadanie, no i bycia ciągle zajętym (od powrotu, aż do września nie miałam pracy). Teraz, pracując w gimnazjum (Magda uczy religii w gimnazjum w Lyskach – przyp. red.) i współpracując wciąż z Salezjańskim Wolontariatem Misyjnym „Młodzi światu”, nie mam czasu na tęsknotę za Piura, ale często pojawia się myśl, żeby tam wrócić. Zastanawiam się też co słychać u moich małych przyjaciół. W zeszłym roku często czytałam blogi wolontariuszy, którzy byli w Bosconii po mnie, teraz jednak nie mam już na to czasu i bardzo rzadko tam zaglądam. fot. SWM Młodzi Światu

rozmawiała Sylwia Prusowska


M ag da G r ą z i o w s k a

babski świat

Racibórz:     Magda Grąziowska (ur. 1985 r.) – absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kasprowicza w Raciborzu oraz Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Zadebiutowała na IV roku studiów rolą Marysi w spektaklu Piotra Waligórskiego „I będzie wesele...j”. Na swoim koncie ma m.in. role w spektaklach: „Amok-moja dziecinada”, „Wschód słońca u Voldiego”, „Zatopiona katedra”. Ma też w dorobku telewizyjne role w „Majce”, „Barwach Szczęścia” oraz „Londyńczykach 2”. Niedawno zagrała w AmbaSSadzie Juliusza Machulskiego.

Kocham Racibórz

Magda Grąziowska Fot. Magdalena Sołtys

Akcja tej komedii fantastycznej rozgrywa się w dwóch planach czasowych – w roku 2012 i 1939. Bohaterowie to para młodych ludzi tuż po studiach (w tych rolach Magda Grąziowska i Bartosz Porczyk), mieszkają w kamienicy, w której przed wojną mieściła się Ambasada Niemiec. Z nieznanych przyczyn, przy pomocy windy, przenoszą się w czasie do okresu tuż przed wybuchem II wojny światowej. Machulski reżyseruje ten film na podstawie własnego scenariusza. – Zawsze chciałem zrobić współczesny film o Warszawie, który byłby jednocześnie dialogiem z historią. Zabawny, a jednocześnie wywołujący refleksje i powodujący, że nasze historyczne blizny wykrzywią się wreszcie w uśmiechu – powiedział. Premierę kinową AmbaSSady zaplanowano na drugi kwartał 2013 r. Zdjęcia zakończono w sierpniu tego roku.

Nasz Racibórz: Serial „Po prostu Majka” był kręcony w Krakowie. To miasto bliskie Twemu sercu?

Magda Grąziowska: Już nie tak bardzo, jak kiedyś... Teraz to miasto stało się miastem turystów, gołębi i wszechobecnych kebabów. Lubię Kraków, ale myślę o tym, by w przyszłości zmienić miejsce... Cały czas gdzieś mnie nosi. Jestem niespokojnym duchem!

NR: Warszawa? To jest chyba najbardziej atrakcyjny kierunek dla aktorów? MG: Może, może... zobaczymy.

NR: A kochasz Racibórz?

MG: Uwielbiam Racibórz! Jeżdżę tu, jak często mogę. Uwielbiam Racibórz, bo tutaj mam wszelkie przyjaźnie i znajomości, te najważniejsze i najbardziej trwałe. Tutaj mam swój ulubiony Koniec Świata – kocham to miejsce za atmosferę i za ludzi właśnie, tam się przeważnie spotykamy.

NR: Racibórz w jakimś stopniu Cię ukształtował. Które miejsca lub osoby miały największy wpływ na to, jaka dziś jesteś?

MG: Przede wszystkim Dom Kultury, ale ten na Chopina. Tam był „Tetraedr” – grupa teatralna, która miała największy wpływ na moje późniejsze decyzje, na moje wybory. Tam był DKF, tam był również „Matecznik Słowa” – wtedy zrodziła się we mnie pasja poetki. Bywałam wtedy na Chopina codziennie i tam konsultowaliśmy z prof. Nowakiem i prof. Molędą moje wypociny... (śmiech) No i liceum, Kasprowicz! Krąg pedagogów, który tam spotkałam, z moją polonistką na czele – Panią Bogdą Jankowską, to ludzie, którzy dbali o to, żebyśmy rozwijali swoje zainteresowania.

NR: To wielkie szczęście spotkać na swoje drodze ludzi, którzy w Ciebie wierzą, upewniają Cię w wyborach?

MG: Tak, to jest olbrzymie szczęście. Bardzo miło wspominam okres liceum – to chyba fenomen w dzisiejszych czasach...

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

29


aktualności

nie b ę dz ie at wo

NR: A jak zareagowali Twoi rodzice na wieść o tym, że chcesz zdawać do szkoły aktorskiej?

MG: Nijak, bo już w wieku 6 lat oznajmiłam im, że chcę zostać aktorką. Ogłaszałam to wszem i wobec. Nawet w podstawówce, gdy pani pytała nas o ulubione miasto w Polce, to wyrwałam się z ławki krzycząc: – Łódź, bo tam jest szkoła filmowa, a ja chcę być aktorką! Potem życie to zweryfikowało. Nie chciałam zdawać do Łodzi, tylko pomyślałam o Krakowie. Rodzice bardzo wspierali mnie w moich wyborach i mentalnie i finansowo.

NR: W domu sztuka była obecna?

MG: Nie w jakiś ekstremalny sposób, ale mój tata jest plastykiem, więc sztuka zawsze była obecna, chociaż z racji jego profesji bardziej w formie plastycznej, niż teatralnej. Przypominają mi się wernisaże taty, w trakcie których grałam na pianie.

NR: Jak wspominasz pierwszy egzamin do PWST – zakończony porażką, a jak drugi – uwieńczony sukcesem?

MG: Nie dostałam się za pierwszym razem, ale byłam z siebie zadowolona, bo odważyłam się w ogóle do niego podejść – stanęłam przed Dymną, Trelą, Stuhrem! To wymagało ode mnie dużej odwagi, zważywszy na to, że jestem dość nieśmiała, chociaż może tego po mnie nie widać. To było dla mnie ogromne przeżycie! Teraz, kiedy patrzę na ten egzamin z perspektywy czasu, sama też bym siebie nie przyjęła. Byłam stremowana i bałam się pokazać emocje. A drugi egzamin? Nie byłam z siebie zadowolona, myślałam, że odpadnę, być może dlatego, że miałam większe wymagania. Dostałam przedziwne zadania aktorskie, na przykład na tekście „Entliczek pentliczek” Brzechwy musiałam wyobrazić sobie, że jestem przedszkolanką, wokół której biega 50 rozszalałych i rozwrzeszczanych dzieciaków. To była abstrakcja!

NR: Miałaś czas, żeby zastanowić się jak to zrobić?

MG: Nie, wszystko dzieje się błyskawicznie, dlatego mówię, że intuicja w tym rzemiośle jest często zbawienna. Po prostu idzie się za impulsem. Przy czym – bez myślenia – to jest katastrofa!

NR: Aktor to taki zawód, że publika chce przeżywać nie tylko Twoje role, ale także Twoje życie.

MG: Właśnie ostatnio o tym myślałam. Aktorzy w dzisiejszych czasach stali się wzorami do naśladowania tylko dlatego, że są znani. Dlaczego ktoś, tylko dlatego, że gra w serialu i ma znaną twarz ma być dla kogoś autorytetem? Niech oni opowiadają, że kupili śpioszki swoim dzieciom, że jadą na Kanary, ale mnie to nie interesuje. To, co robię w swoim domu, to jest moja sprawa i nie mam ochoty dzielić się tymi informacjami. Mogę mówić o rolach, o przygotowaniu, o swoich marzeniach, ambicjach, ale tu się kończy. rozmawiała Magdalena Sołtys

30

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

Ta rewolucja nas zaboli Racibórz     – Dlaczego emerytka, właścicielka 25-metrowej kawalerki, ma płacić tyle samo, co minister Tomasz Arabski, który mieszka z żoną i czwórką dzieci w dwustumetrowej willi? – pytał w Gdańsku premier Donald Tusk odnosząc się do tzw. rewolucji śmieciowej, którą muszą wprowadzić polskie gminy. Racibórz w przeciwieństwie do Gdańska nie będzie pobierał ryczałtowej stawki od lokalu, lecz od mieszkańca, ale i tak prezydent ma przed sobą poważny problem. W raciborskim ratuszu zdecydowano, że opłaty śmieciowe będą zależne od liczby mieszkańców (można też było naliczać od zużytej wody, powierzchni lokalu lub gospodarstwa domowego), a do wyliczenia miesięcznej stawki wzięto pod uwagę liczbę mieszkańców ujawnioną w Narodowym Spisie Powszechnym z 2011 r. Wykazano wówczas 56 289 raciborzan (według danych meldunkowych było nas 2300 mniej). Te ponad 56,2 tys. mieszańców ma pokryć koszty funkcjonowania systemu gospodarki odpadami – odbioru, transportu, odzysku, unieszkodliwiania odpadów, utrzymania infrastruktury składowiska i obsługi. Prezydentowi wyszło 9 zł miesięcznie od osoby. To dużo taniej niż w Katowicach, gdzie stawka ma sięgnąć 18 zł. Stawka w Raciborzu może jednak pójść w górę, jeśli w lutym okaże się, że raciborzan jest dużo mniej niż 56,2 tys. W deklaracjach składanych do urzędu można bowiem uwzględnić czasowe migracje za pracą czy na studiach. Nie trzeba więc płacić jeśli ktoś długotrwale przebywa w innym mieście lub zagranicą. To może sprawić, że za śmieci będzie płacić mniej osób a przez to wzrośnie opłata miesięczna. Jest jednak i dobra wiadomość. Gminy muszą wybrać operatora systemu w przetargu, gdzie zdecyduje cena. Ta może być niższa niż spodziewają się urzędnicy i obniżyć koszty na osobę. Panuje powszechne przekonanie, że na rewolucji śmieciowej stracą mieszkańcy budynków wielorodzinnych. Zapłacą więcej niż dotychczas. Mniej dotkliwa będzie dla właścicieli domków jednorodzinnych. Zyska na pewno przyroda. Nie zmniejszymy kosztów wyrzucając śmieci do rowów. Niestety, rewolucja nie wyeliminuje spalania odpadów, które wciąż dla wielu osób są najtańszym paliwem na rynku. (waw)


w s z ys t ko j e s t moż l i w e

Racibórz:     W XIX stuleciu Racibórz rozwijał się znacznie szybciej niż imponujące całemu światu Prusy, a burmistrz August Bernert w ćwierć wieku podwoił liczbę raciborzan. Co sprawiło, że nasze miasto rosło jak na drożdżach i co może powstrzymać dzisiejsze migracje i kurczenie się lokalnego rynku?

Pruski cud gospodarczy w Raciborzu

W 1800 roku, przed upokarzającą klęską w starciu z Napoleonem, ale i przed uzdrawiającymi reformami Steina i Hardenberga, Prusy liczyły osiem milionów mieszkańców. W 1900 roku, po stu latach intensywnej industrializacji, która postawiła monarchię Hohenzollernów na drugim miejscu wśród największych potęg gospodarczych świata, za USA a przed Wielką Brytanią, liczba ludności wzrosła do 33 milionów. Daje to wzrost na imponującym poziomie 412 proc. Trzeba jednak odnotować większe sukcesy. W 1800 roku, Racibórz, leżący na południowym krańcu pruskiej monarchii, liczył zaledwie 3457 osób, tyle samo co u schyłku rządów Piastów w I połowie XIV wieku. W 1900 roku liczba raciborzan wzrosła do 25 250. Daje to przyrost na poziomie aż 730 procent. Widać zatem, że Racibórz, historyczna stolica Górnego Śląska, rozwijał się jako miasto znacznie szybciej niż Prusy jako państwo i tak imponujące wówczas całemu światu przemysłem, rolnictwem, nauką i armią. Co sprawiło, że nadodrzański gród, pamiętający czasy piastowskiej prospe-

rity z XIII wieku, ale i stulecia gospodarczej zapaści w monarchii Habsburgów, uzyskał tak rewelacyjną dynamikę wzrostu i to w stuleciu, w którym rodziła się konkurencyjna gospodarka, tabele statystyczne korygowały w dół liczne wyniszczające wojny, a po sąsiedzku kwitła górniczo-hutnicza aglomeracja górnośląska, wchłaniająca każde nadwyżki ludności wiejskiej do powstających jak grzyby po deszczu fabryk? Cofnijmy się nieco w czasie. Wbrew powszechnemu mniemaniu, to nie piastowscy książęta śląscy założyli lewobrzeżny Racibórz. W ujęciu ekonomicznym właściwe będzie stwierdzenie, iż przed 1217 rokiem w znakomity sposób wykorzystali nadwyżki wykwalifikowanej kadry rzemieślniczej z krajów Europy Zachodniej, pozwalając się osiedlić nad górną Odrą grupie kilkuset osadników z terenów Dolnych Niderlandów, czyli dzisiejszej Belgii. Władcy Górnego Śląska nie tylko wzmocnili w ten sposób potencjał demograficzny swojej krainy, ale jednocześnie położyli fundament pod rozwój rzemiosła i wymiany handlowej, wzbogacając własny

historia

skarbiec o dochody z tytułu czynszów czy też świadczeń w naturze. Był to de facto przykład szybkiego i udanego wdrożenia czegoś na wzór współczesnej specjalnej strefy gospodarczej. Niestety, polityka zwykle szkodzi gospodarce. Patrycjat Raciborza, który miał być motorem postępu, stał się na setki lat źródłem kłopotów miasta. Wąska grupa uprzywilejowanych mieszczan i rzemieślników strzegła bowiem przywilejów i synekur, skutecznie blokując konkurencję i spychając kwitnący w XIV wieku Racibórz do roli prowincjonalnego miasteczka na śląsko-morawskim pograniczu. Aż trudno uwierzyć, ale u progu XIX wieku Racibórz miał tyle samo mieszkańców, co u schyłku rządów piastowskich w XIV wieku. Prusy brutalnie zburzyły dawny porządek. Patrycjat stracił przywileje. Do miast wprowadzono zarządy komisaryczne, pozbawiając rajców możliwości wyboru władz wykonawczych. Urząd burmistrza zastąpiono w Raciborzu stanowiskiem dyrektora miejskiego, wyznaczanego przez królewską administrację. W 1808 roku, na mocy ordynacji miejskiej, powrócono co prawda do elekcji władz miejskich przez rajców, ale za to wybierano ich w wyborach powszechnych, a nie spośród wąskiej grupy uprzywilejowanych. Prusy nie oddały w ręce samorządów pełni władzy, warunkując ważność podejmowanych decyzji od aprobaty Berlina. Autonomia samorządów nie była zresztą istotą pruskiej reformy. Ta dążyła bowiem do wyeliminowania zastanych podziałów i ograniczeń w rozwoju gospodarczym. W likwidacji przywilejów cechowych oraz w wolności handlu i asymilacji Żydów, Hohenzollernowie widzieli narodziny nowego mieszczaństwa. Państwo ograniczało wolność gmin, ale nie stawiało mieszczaństwu żadnych ograniczeń w bogaceniu się, tyle że w warunkach zdrowej konkurencji. Tak ukształtowany lokalny rynek wzmocniono pruskim porządkiem, stabilnością i pokojem. Stary patrycjat raciborski nie był przygotowany do zmian, stawiając się w pozycji reliktu historii. Racibórz, zdominowany przez żywioł polski, nie-

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

31


historia

ws z ys tko j e s t m oż l i w e

Fot. ze zbiorów Henryka Sowika | Tak w latach 30. XX w. wyobrażano sobie Racibórz przyszłości. Pocztówkę wydała raciborska oficyna Eugena Simmicha, a wysłano ją 1 listopada 1938 r. do Lydii von Dirke zamieszkałej w Berlin-Steglitz, Forststrasse 21

miecki i czeski, katolicki, protestancki i żydowskim, potrzebował więc nowych elit, które byłyby zdolne zbudować mocne fundamenty rozwoju. Prusy postawiły na migracje, nie widząc w nich – podobnie jak Piastowie – zagrożenia, lecz czynnik postępu. Badacze historii USA podkreślają, że sukces gospodarczy tego kraju jest dziełem odważnych, skłonnych do ryzyka emigrantów ze starej, gnuśnej Europy, zakonserwowanej w  układach pielęgnowanych przez arystokrację i domy królewskie. Dziś starzejąca się Europa Zachodnia widzi w państwach Europy ŚrodkowoWschodniej przede wszystkim zaplecze ludnościowe. Migracje na zachód od Odry pozwalają utrzymać stabilność tamtejszych rynków pracy i konsumentów. Prusy znalazły się w XIX-wiecznej awangardzie migracyjnej, zapraszając nie tylko zaradnych hugenotów wygnanych z Francji, ale i prześladowanych przez Habsburgów protestantów czy – wzorem Piastów raciborskich – wyjąt-

32

nasz racibórz magazyn /

kowo gospodarnych osadników holen- pewniło państwo pruskie a także maderskich. Z dobrodziejstw tej polityki gistrat, strzegące teraz nie przywilejów, skorzystał także Racibórz. Miasto wy- ale wolności gospodarczej i konkurenkorzystało nadwyżki ludności wiejskiej, cyjności. Do XIX-wiecznej elity należy dając im zatrudnienie w zbudowanym zaliczyć: od podstaw przemyśle metalowym, spożywczym oraz tytoniowym. Doprowa- Josefa Domsa, urodzonego w Dolním dzenie kolei żelaznej pozwoliło ekspor- Prysku niedaleko Děčína w północnych tować lokalne produkty na rynki nie- Czechach (kraj ustecki), który w 1817 miecki, czeski, austriacki a także pol- roku rozpoczął w Raciborzu produkski. Wyjście poza średniowieczne mury cję tabaki, a potem araku (alkoholu), pozwoliło rozwinąć bazę mieszkanio- uruchomił na Dębiczu młyn parowy wą. Powstały setki kamienic. Racibórz i olejarnię, z czasem wzbogacając portstał się dużym rynkiem zbytu towarów fel inwestycyjny o akcje kopalni Anna a jednocześnie znaczącym centrum ad- w Pszowie i huty Baildon w Katowiministracyjnym i kulturalnym. Powiat cach, a także o nieruchomości ziemskie. raciborski, jako obszar typowo rolniczy, W 1924 roku 30 proc. z blisko 16 tysięprzekształcono w spichlerz uprzemysło- cy osób zatrudnionych w raciborskim wionego Górnego Śląska. Miasto wspie- przemyśle pracowało w tytoniowym imrało choćby najmniejszą inicjatywę go- perium Domsów; spodarczą, licząc, że z drobnego rzemieślnika wyrośnie duży fabrykant. Hermanna Reinersa juniora rodem Katalog znaczących postaci z tego z Bremy, kolejnego raciborskiego pookresu wskazuje, że większość skorzy- tentata tytoniowego, twórcę fabryki cystała z warunków do rozwoju, jakie za- gar przy obecnej ul. Cygarowej;

grudzień 2012


w s z ys t ko j e s t moż l i w e

historia

Pochodzącego z Prudnika na Opolszczyźnie Adolpha Hoffmanna, który na bazie kupionej w 1858 roku warzelni Sambergera uruchomił Pierwszą Raciborską Parową Fabrykę Mydła, do rodziny należał dzisiejszy zakład Henkel; Raciborskiego producenta pierników i świec Feliksa Sobtzicka i jego syna Franza, który w 1852 roku otworzył pierwszą raciborską cukiernię, a w 1868 roku znaną w całych Niemczech fabrykę czekolady, mającą swoje filie w Monachium i Wrocławiu;

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Raciborskie Zakłady Stalowe BÖhlera (1920)

Żydowską rodzinę Schlesingerów, która przeniosła się do Raciborza z Pogorzelca koło Koźla i tu, przy ul. Nowomiejskiej, zbudowała zakład młynarski;

Adolfa Henryka Polko, urodzonego

w Kietrzu, kupca i przedsiębiorcę, który w 1836 roku założył w Raciborzu fabrykę chemiczną i gorzelnię, sprowadził z Bremy producenta cygar Hermanna Reinersa, założył bank pod nazwą Górnośląskie Towarzystwo Kredytowe, położył wielkie zasługi dla rozwoju infrastruktury, a kiedy z obecnego pl. Wolności wyprowadzono targ zwierzęcy, pokrył koszty przebudowy tego miejsca;

Theodora Schwarza (pochodzenia nie

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Dworzec kolejowy w tle zakłady Siemensa, lata 30. XX w.

watnym inwestorom. Dynamika przyudało się ustalić, najprawdopodobniej rostu liczby mieszkańców w czasach rodzina wywodziła się z terenu dzisiej- jego rządów była imponująca – w 1885 szego powiatu głubczyckiego), który roku Racibórz miał 19,5 tysięcy mieszmiał ogromne zasługi w kwestii usytu- kańców, a w 1933 roku, trzynaście lat owania dworca w pobliżu śródmieścia po śmierci Bernerta, aż 51,6 tysiąca. i wprowadzeniu nowoczesnego układu komunikacyjnego Józefa Rostka z Wojnowic, autochtona polonusa jak pisał o nim Benedykt Pochodzącego z Grodkowa, wykształco- Motyka, świetnie wykształconego erunego w Nysie i we Wrocławiu Augusta dytę, podróżnika, społecznika, inicjatoBernerta, pierwszego nadburmistrza, ra założenia polskich Nowin Raciborktóry doprowadził do utworzenia po- skich, Banku Ludowego, dziś Banku wiatu grodzkiego Racibórz, wcześniej Spółdzielczego, oraz Strzechy, przedod 1885 roku burmistrz Raciborza, naj- stawiciela polskiego ruchu narodowego, dłużej urzędującego w historii miasta. preferującego pozytywistyczną pracę Funkcję sprawował do 1920 roku, roz- i organiczny wzrost. wijał infrastrukturę, sprowadzał inwestorów, budował obiekty publiczne Rodzinę książąt von Ratibor, która (most na Płonię, szpital, kościół ewan- przekształciła dawne dobra zamkowe gelicki), skupywał grunty i oddawał je i kościelne (sekularyzowane przez Prupod inwestycje publiczne bądź też pry- sy) w ogromne przedsiębiorstwo rolno-

spożywcze, zaopatrujące w żywność całą górnośląską aglomerację. W 1865 roku dobra książąt von Ratibor miały obszar ponad 31 tysięcy hektarów, trzydzieści jeden folwarków, piętnaście rewirów leśnych obejmujących obszar 23,5 tys. hektarów oraz liczne zakłady przetwórcze. Hohenzollernowie dbali, by miasta położone na prowincji ich państwa błyszczały i świadczyły o potędze domu panującego w Berlinie. Na wsparciu państwa skorzystał też Racibórz. Źródło XIX-wiecznych sukcesów tkwi jednak w gwarantowanej przez państwo wolności gospodarczej i elicie przedsiębiorców. Warto zauważyć, że to lokalni biznesmeni sprzed ponad stu lat, zaangażowani zwykle w sprawy społeczne, jak chociażby Adolf Polko, wypełniają poczet najbardziej zasłużonych raciborzan. Grzegorz Wawoczny

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

33


powieść retro

cór k a ba lwi e r z a

z duchami w Café Residenz

Seans

34

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


có r k a b alw i e r z a

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Wnętrze Café Residenz

powieść retro

1. Ratibor, Górny Śląsk (Oberschlesien), 14 lutego 1864 roku. Przy skromnym, nieco chybotliwym stoliku ustawionym na niewielkiej scenie nobliwego Café Residenz, siedziały cztery osoby. Dostojny z racji otyłości i sędziwego wieku sędzia śledczy dr Max Wiedemann. Przy jego lewym boku, chuda jak tyka i koścista, ale równie wiekowa Helga Böhm, żona właściciela destylarni wódek, koniaków oraz likierów z Altendorfu . Spokojny i opanowany, odziany w nienagannie skrojony mundur kawalerzysty, odpicowany do bólu rittmeister Heinrich Schmidtke, dowódca miejscowej kompanii huzarów. A także mistrz całej ceremonii, niejaki Jim Gibbons ze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jim Gibbons, 50-letni, totalnie łysy jegomość, miał na sobie kruczoczarny dwurzędowy garnitur, czarne, fikuśne, lakierowane i przez to błyszczące buty, i do tego wielki sygnet z czarnym kamieniem, osadzony na palcu serdecznym jego prawej ręki. Brwi i wąsy Gibbonsa miały nienaturalny, farbowany czarny kolor. Barwa ta – oceniając całą postać – optycznie wyszczuplała korpulentny korpus mistrza mrocznej ceremonii. Przybysz zza Atlantyku w ogóle się nie uśmiechał. Przypominał nieco herszta bandy wampirów, co organizowanym przez niego pokazom wywoływania duchów dodawało niezbędnej dramaturgii. Pokazy te były reklamowane w prasie jako seanse spirytystyczne bądź wirujące stoliki. Znudzonym mieszczanom zapyziałych górnośląskich miast nie żal było wydać pięciu nędznych talarów za możliwość uczestnictwa w obco brzmiącym show, ale wielu z nich musiało najpierw zasięgnąć języka u obeznanych już z tematem, by dowiedzieć się, o co w tym spirytyzmie chodzi. Kiedy ustalili, że nie idzie o zbiorową degustację mocnych trunków, lecz oglądanie zjaw z zaświatów, z reguły zaczęła w nich drążyć ciekawość. Podejrzewali co prawda, że ktoś chce z nich zrobić idiotów, ale wścibstwo po raz kolejny obnażyło ludzkie słabości, które pchają najrozsądniejsze nawet umysły do kroków, których muszą się potem wstydzić i na dodatek ujawnić moralny występek w konfesjonale. Spore grono małomiasteczkowych intelektualistów, chcąc zachować swój intelektualny prestiż, z góry uprzedzało, iż w ucztę z duchami nie wierzy, ale z nudów przyjdzie i się o tym przekona naocznie. Jim Gibbons, określający się jako mroczne medium, przewidział wszystkie rozterki klientów i zapewniał, że zwróci każdemu opłatę za wstęp, jeśli, rzecz jasna, ściąganie zjaw zakończy się niepowodzeniem. Siało to zamieszanie wśród aktywnych dewotów oponentów seansów spirytystycznych, którym przewodzili miejscowi duchowni. W końcu sami uznali, że muszą obejrzeć show Gibbonsa, zastrzegając z ambony, że leży im na sercu spokój dusz ich naiwnych wiernych. – Będziemy strzegli was przed szatanem, przed siłami nieczystymi, z krzyżem na sercu, z wodą święconą w małej buteleczce – przekonywali podczas kazań. Przedwczorajszy anons w Oberschlesischer Anzeiger o seansie spirytystycznym w Café Residenz, położonej w narożu

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

35


powieść retro

cór k a ba lwi e r z a

Górnych Wałów (Oberwallstrasse) i Nowej (Neuestrasse), wywołał spore poruszenie w Ratibor. Już w dniu ukazania się gazety, wszystkie zaproszenia na wieczór z duchami zostały wyprzedane. Sporą ich część, jak się okazało, zamówił dom książęcy von Ratibor, zapowiadając, że niecodzienną imprezę zaszczyci obecnością sam książę Viktor I z małżonką, który zajedzie tu karocą z pałacu w Gross Rauden, a potem spędzi noc na starym zamku na Ostrogu. Informacja o książęcych planach lotem błyskawicy rozniosła się w szacownych kręgach towarzyskich Ratibor. Wiktor, obcujący zwykle z ludźmi swojego stanu, najlepiej z koneksjami na dworach w Berlinie czy Wiedniu, stronił bowiem od miasta, którego nazwę miał w swojej tytulaturze. Zapachniało arystokratycznym skandalem. Hotel Café Residenz postrzegany był co prawda jako ekskluzywny przybytek, zapewniający więcej niż godziwy nocleg, świetne dania wszystkich europejskich kuchni i do tego alkohole z całego świata, ale, niestety, również jako przybytek z łatką najlepszego nad górną Odrą, choć dość drogiego lupanaru. Wyrafinowanych uciech cielesnych, zasobnym w gotówkę gościom, dostarczały tu wypielęgnowane, nieźle wykształcone i elokwentne nierządnice, sprowadzane z najdalszych zakątków Niemiec i monarchii Habsburgów oraz Bałkanów. Sprzyjały temu bezpośrednie kolejowe połączenia Ratibor z Berlinem, Wiedniem i Konstantynopolem. Dziwki obieżyświatki mogły swobodnie podróżować, stacjonując w Café Residenz, skąd były też rozwożone do okolicznych pałaców junkierskich na junkierskie orgietki. Nie godziło się zatem, by progi burdelu, nieważne, że elitarnego, przekraczała Jego Książęca Mość z szanowną małżonką i – broń Boże! – młodocianym księciem następcą. Widocznie jednak chęć obserwowania zjawisk paranormalnych okazała się silniejsza, skoro przymknięto oko na tak istotne odstępstwo od dworskiej etykiety. 2. Zima 1864 roku była na Śląsku ostra. Dachy klasycystycznych i secesyjnych kamienic śródmieścia Ratibor przykrywała gruba warstwa śniegu, gęsto przybrudzona sadzą wylatującą z kominów. Śnieżna bryja szczelnie wypełniała szczeliny śliskiego bruku z granitowej kostki. Połączenia kolejowe notowały częste spóźnienia. Puste wieczorami ulice rozjaśniały wątłe światła gazowych latarni, ustawionych wzdłuż najbardziej reprezentacyjnych arterii mroźnego miasta. Burmistrz Schwartz puszył się jak paw mówiąc o latarniach. Ratibor był pierwszym miastem Rejencji Opolskiej, które mogło się pochwalić tym osiągnięciem techniki i miejską rozdzielnią gazu. Nie pierwszy zresztą raz magistrat Ratibor pokazał, w czym jest przyszłość. Nie dalej jak rok temu, nakazano, by wszystkie nowe kamienice miały toalety na półpiętrach, a nie latryny w oficynach. Z tego też względu zaczęto budowę pierwszych odcinków miejskiej kanalizacji, która odprowadzała tony śmierdzących zrzutów do Odry. Ratibor, i to dosłownie, oczyszczał się z fekaliów, choć nakazano szczególną ostrożność przy spożywaniu wody z rzeki.

36

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

Odporne na niskie temperatury były dzwony miejskich kościołów. Wielki spiżowy święty Marceli z wieży kościoła farnego wydawał się z siebie regularne, charakterystyczne, głębokie i niskie dźwięki: co kwadrans, trzydzieści minut i pełną godzinę. Dawał znak, że Ratibor żyje, tyle, że życie przeniosło się z gwarnych zazwyczaj ulic pod dachy. Mieszkańcy kryli się po zmierzchu w ciepłych domach. Bogatsi okupywali liczne restauracje, piwiarnie i winiarnie. Prawdziwe oblężenie przeżywała Ring Café, w narożu Nowej i Kapitulanej (Domsstrasse). W zeszłym roku ustawiono tu kilka stołów bilardowych. Natychmiast pojawili się liczni amatorzy uderzania końcówką kija w kolorowe kule i to mimo wysokiej ceny dwóch talarów za godzinną rezerwację stołu. 3. Doktor Oskar Amadeusz Notzny, wykładowca historii starożytnej, wytrawny znawca hebrajskiego, greki i łaciny, przeżywał w Ratibor egzystencjalne załamanie, co rychło miało fizjologiczne objawy w postaci przyspieszonego tętna i częstych bólów w klatce piersiowej. Lekarz zaopatrzył Notznego w spory zapas kropli walerianowych oraz ziołowe herbatki na bazie mięty i melisy. 25-letni absolwent uniwersytetu w Berlinie, świetnie zapowiadający się wykładowca akademicki i badacz, nie dostał wymarzonej posady w katedrze starożytnego Egiptu i musiał szukać zatrudnienia w podrzędnym gimnazjum poza stolicą. To było źródło depresji, z którą się zmagał. Zamykał oczy i widział siebie na wymarzonej uczelni. Ale nie przenosił się do Berlina, nie znikał z Ratibor. Otwierał je i znów ogarniała go prowincjonalna rzeczywistość. Pół biedy, gdyby oferta zatrudnienia nadeszła, dajmy na to, z pięknego Breslau albo Königsberg. Obydwa wielkie, prowincjonalne miasta Królestwa Prus zapewniały dostatek towarzyskiego obcowania z naukowcami z wyższej półki. Otwierały dostęp do zasobnych w manuskrypty i starodruków bibliotek oraz archiwów. Wieczory można było spędzać w licznych teatrach, renomowanych restauracjach czy zwykłych tancbudach, stylizowanych ostatnio na orientalną modłę. Ratibor nie dawał takich luksów, choć można sobie wyobrazić znacznie gorsze miejsca, jak choćby pobliski Rybnik albo Leobschütz. Familia Notznego, żyjąca od wieków z prowadzenia niewielkiego składu kolonialnego w Lubece, nie zapewniła mu solidnego finansowego zaplecza, poza opłaceniem kosztów nauki i wynajęcia stancji w Berlinie. Młody naukowiec nie mógł więc długo wybrzydzać. Oferta z królewskiego gimnazjum ewangelickiego w Ratibor wydawała się najatrakcyjniejsza finansowo – miesięczny angaż warty trzysta talarów, do tego wikt i opierunek oraz pokój na drugim piętrze starej klauzury dominikanek, w której ulokowano szkołę. Notzny miał już za sobą pięć miesięcy w Ratibor i pracę z młodzieżą różnych wyznań, która solidne podstawy filologii klasycznej poznała dzięki pasji świętej pamięci profesora Karla Lachmanna. To przedwczesna śmierć tego nieodżałowanego wykładowcy, wywołana prątkami gruźlicy, otworzyła synowi kupca z Lubeki drzwi do szkoły w Ratibor. Oskar walczył wieczorami z dokuczliwą depresją w daw-


có r k a b alw i e r z a

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Widoki na Café Residenz w narożu obecnej Nowej i Drzymały. Na dole wnętrze restauracji

nej ciemnicy dominikanek. W małym pomieszczeniu starej klauzury, przylegającym do wieży kościoła św. Ducha. W gotyckiej świątyni, po przegnaniu sióstr, jednali się teraz z Bogiem miejscowi protestanci. Do ulubionej celi Notznego, przez z grubsza pół tysiąclecia, wtrącano zakonnice, które za kratą ascetycznej klauzury, mimo ślubów czystości, zgrzeszyły własnym ciałem i krnąbrnością. Miały tu, w ciemnicy, czas na gruntowne przemyślenie występków i ponowną bezkrytyczną akceptację zakonnej reguły, brutalnie odzierającej młode dziewice z instynktów, jakimi obdarzyła je natura. Notzny jednał się w ciemnicy z przeznaczeniem. Nie miał w Ratibor rówieśników. Niemal cała szacowana kadra wykła-

powieść retro

dowców gimnazjum wpisała się do powstałej właśnie wolnomularskiej loży Fryderyk Wielki ku wolności, gdzie odkrywała nowe możliwości umysłów i oddawała hołd Bogu, ale już pod nazwą Wielki Budownik Wszechświata. Oskar Amadeusz nie miał nawet śmiałości zapytać, czy może zasilić to elitarne grono inteligencji, kupców i przemysłowców z Ratibor. Zapytał natomiast, czy może przejrzeć archiwalia po klasztorze, które zgromadzono w ciemnicy. Z nudów, przy małym stolików wśród stosów woluminów i teczek dokumentów, czytał pisma ojców Kościoła, zbiory kazań oraz komentarze do Biblii. W skrzyniach przywiezionych z opactwa Cystersów w Gross Rauden znalazł kilka wyjątkowo ciekawych traktów o dobrej spowiedzi, które potraktował jako przyczynek do badań na demonologią ludową znad górnej Odry. Zapragnął nawet skreślić na temat krótki szkic i wysłać z ofertą druku w którymś z berlińskich periodyków naukowych. Depresja jednak a to odbierała, a to dodawała ochoty do pracy. Tekst był nierówny, porywający, a miejscami nudny. Pokazywał, że Notzny siedzi w egzystencjalnej łajbie i kołysze się na wszystkie boki. W końcu zdobył się na wieczorny spacer. Zajrzał do wszystkich lokali w śródmieściu. Wybrał jeden. Długie zimowe wieczory spędzał odtąd w restauracji ratuszowej, w narożu Rynku i placu Dominikańskiego (Dominikanerplatz), gromadzącej lokalnych inteligentów, katolików, protestantów i Żydów, Polaków i Niemców, deliberujących godzinami o polityce a przy okazji zgłębiających niuanse języka polskiego. Progi lokalu przekraczały również co inteligentniejsze, oświecone mieszczki, absolwentki gimnazjum realnego św. Jadwigi, pragnące wymieniać poglądy o modzie i francuskim bon tonie, a także budować bliższe więzy emocjonalne z upatrzonymi amantami. Tu to właśnie Notzny, przed świętami Bożego Narodzenia 1863 roku, poznał rudą, piegowatą, ale za to piekielnie zgrabną Ritę Schmidt obdarzoną obfitymi piersiami córkę swojego pracodawcy rektora gimnazjum, której jedynym marzeniem było wyjechać z Ratibor do Berlina albo Breslau. Razem z podwładnym swojego ojca, przy pszenicznym piwie z browaru miejskiego, Rita snuła śmiałe plany na przyszłość, często przenosząc te dyskusje z piwnicy pod ratuszem do skromnej stancji Notznego w murach gimnazjum. Filolog klasyczny z dyplomem berlińskiej uczelni mógł dzięki temu swobodnie podróżować nie tylko oczyma swojej wyobraźni, ale bardziej namacalnie, po piegowatym, jasnym ciele pięknej panny Schmidt. Cztery dni temu Rita wyjechała z ojcem i matką do wujostwa w Oppeln, gdzie zamierzała spędzić dwa tygodnie zimowej przerwy w gimnazjum. Notzny dotkliwie odczuwał brak partnerki od słownych i cielesnych wojaży, co natychmiast odświeżało w jego pamięci czasy studiowania w Berlinie i rodziło frustracje związane z pobytem na zapyziałym Górnym Śląsku. Znów zamykał się w ciemnicy. Od rana do wieczora czytał teraz dzieła starożytnych pisarzy, uzupełniając intelektualną strawę lekturą angielskich gazet, które, niemałym nakła-

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

37


powieść retro

cór k a ba lwi e r z a

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Widoki na dawny klasztor dominikanek, obecnie Muzeum i Ekonomik

dem czterdziestu talarów miesięcznie, prenumerował za pośrednictwem składu kolonialnego żyda Salo Lewińskiego z ulicy Odrzańskiej (Oderstrasse). Dzięki prasie z Wysp Brytyjskich mógł szlifować znajomość języka Albionu, co uważał za wstęp do przyszłych podróży z Ritą do Londynu i Oxfordu. Przedwczoraj uznał, że odpowiednim sposobem na złagodzenie rozterek będzie udział w seansie spirytystycznym Gibbonsa. Zaraz po obiedzie w gimnazjalnym refektarzu poszedł do Café Residenz i niemal w ostatniej chwili kupił wejściówkę, uprzedzając aptekarza Kleina z apteki świętego Jana na Ostrogu, dla którego nie starczyło już miejsca na show z duchami. 4. Oskar Amadeusz Notzny zajął miejsce przy małym stoliku, tuż pod okienkiem z widokiem na zaplecze Café Residenz. Zrobił to celowo, chcąc zapewnić sobie stały dopływ świeżego, rześkiego powietrza. Nie cierpiał tytoniowego dymu, a w Ratibor palenie cygar, cygaretek i papierosów uchodziło za lokalny patriotyczny obowiązek. Miasto było tytoniowym zagłębiem całej pruskiej monarchii. Sporo mieszczan utrzymywało się z pracy w renomowanych zakładach tytoniowych Domsa i Reinersa, dostając w nich, w ramach extra dodatku do wynagrodzenia, duże partie wyrobów na własny użytek. A że lekarze powszechnie zalecali umiarkowane palenie tyto-

38

nasz racibórz magazyn /

niu jako panaceum na różnorakie dolegliwości, więc w Ratibor zaciągał się niemal każdy, kto tylko osiągnął dojrzałość wieku. Bogatsze warstwy miejscowego establishmentu również stawiały na lokalne produkty, preferując ostatnio mocno aromatyzowane i drogie cygaretki marki Kentucky, które firma Reiners&Son Ratibor eksportowała w dużych ilościach do Stanów Zjednoczonych Ameryki, zyskując znakomite recenzje całej armii nałogowców zza oceanu. Kentucky Cherry, ostatni przebój rynkowy z Ratibor, dawały co prawda miły zapach wiśni, ale wrażenie takie można było odnieść jedynie w towarzystwie co najwyżej jednego palacza, a nie całej zgrai, która obsiadła teraz stoliki restauracji Café Residenz. Młody wykładowca gimnazjum wodził wzrokiem po gościach, próbując odgadnąć tożsamość uczestników seansu z przybyszami z zaświatów. Przez chwilę wymieniał nieco lubieżne uśmiechy z czarnowłosą pięknością opartą o filar przy scenie. Młoda kobieta, najpewniej z dalekowschodnim rodowodem, ubrana na arabską modłę, może Albanka, prezentowała nadzwyczajny na Górnym Śląsku typ urody. Ten bajkowy niemal wizerunek Szeherezady z Café Residenz psuła jednak zatknięta w jej ustach długa damska cygaretka i kłęby dymu. – Dymiąca dziwka – zadrwił po cichu Notzny, w chwili gdy wszyscy go-

grudzień 2012

ście nagle wstali, wpatrując się drzwi wejściowe. Najpierw stanął w nich dyrektor kamery książęcej Dieter Rams, potem kilku młodzieńców w mundurach pruskich kawalerzystów oraz towarzyszące im panny we francuskich sukniach, wreszcie tęgi książę Viktor z sumiastym wąsem i krzaczastymi pejsami, za to w modnym angielskim garniturze koloru oliwkowego, z którym kontrastowała biała suknia książęcej małżonki, Amalii von Fürstenberg. Viktor Amadeus Herzog von Ratibor, Fürst von Corvey, Prinz zu Hohenlohe-Schillingsfürst, niemiecki arystokrata z najwyższej półki, zapalony łowczy i czołowy górnośląski producent wołowiny, wieprzowiny, zboża, ziemniaków, kapusty oraz piwa dla robotników z górnośląskich hut i kopalń, zajął z rodziną i swoimi gośćmi suto zastawiony stół ustawiony najbliżej sceny. Kiedy szlacheckie pośladki ułożyły się wygodnie w dębowym krześle z oparciami pod łokieć, przed oblicze Jego Książęcej Mości przychodzili obecni na widowni urzędnicy, wojskowi a nawet dwóch duchownych, okazując pokłonem i krótkim słowem pochwalnym szacunek dla Viktora von Ratibor, z nadzieją, że nie zapomni on o tych służalczych gestach.

Fot. ze zbiorów wydawnictwa WAW | Viktor I von Ratibor


có r k a b alw i e r z a

Po krótkiej audiencji, książę zaor– Madmuazel Elizabeth! Proszę dynował, by kelnerzy podali mu stra- przynieść stolik – rozkazał Gibbons. wę i napoje. Jego służący położył przed Jego niski, donośny głos rozszedł nim ciemnobrązowy humidor. Viktor się po zadymionej sali Café Residenz. wyjął z niego powoli duże, zapewne Książę na widok amerykańskiego wykubańskie cygaro (prasa donosiła, że woływacza zjaw przymrużył lewe oko, tylko takie palił), prostym, zręcznym oparł lekko głowę o prawy bark, zaciącięciem pozbawił je główki i włożył koń- gnął się cygarem i wypuścił z ust potężcówkę do płomienia z długiej cedrowej ny obłok dymu. zapałki. Zza kotary wyszła koścista, niewyPublika w Café Residenz wpatry- soka, siwa staruszka, ubrana na czarno, wała się w księcia jak w bożka. Gdyby w stroju protestanckiej gospodyni z osaJim Gibbons zaległ gdzieś na zapleczu dy Amiszów . Miała kamienną, zrytą zmorzony nadmiarem alkoholu, a wy- zmarszczkami twarz. Idealnie pasowawoływanie duchów szlag trafił, wyszła- ła do wizerunku mennonitki, jaki Notby zapewne z lokalu ukontentowana znemu utkwił w pamięci po lekturze spędzeniem kilku chwil w obecności obszernej relacji o pewnej osadzie Old arystokraty, mogącego się pochwalić Order Amish w The Daily Telegraph. licznymi koneksjami na królewskim Kobieta pokornie przyniosła stolik dworze w Berlinie. z okrągłym blatem, na którym wyry– Attenzione, attenzione… okrzyk to wszystkie litery alfabetu, cyfry od z małej sceny zmącił to nabożne wpatry- 1 do 9 oraz słowa przywitania i pożewanie się ludu w szacownego Herzoga. gnania. Całość ujęto ornamentyką, któStał na niej 50-letni kompletnie łysy rej główne elementy stanowiły wizerunjegomość w kruczoczarnym dwurzędo- ki diabłów i aniołów. Notzny dostrzegł wym garniturze, czarnych, fikuśnych, też kilka krzyży i to różnego rodzaju, lakierowanych butach. od zwykłego łacińskiego, po maltański, – Co za dziwoląg – pomyślał Notzny, egipski anch, odwrócony św. Piotra, aż miarkując zrazu, że całe to zamieszanie po krzyż Nerona, którzy w średniowiez wywoływaniem duchów będzie tynfa czu upodobali sobie wyznawcy Szatawarte. na.

powieść retro

Gibbons krótko i przejrzyście wyjaśnił zgromadzonej publiczności, na czym będzie polegał kontakt z duchami. Przedstawił siebie jako medium, czyli osobę o nadzwyczajnej aurze, zdolną przywołać gościa zza światów i jednocześnie pozbyć się go w szybki i skuteczny sposób. Na wypadek, oczywiście, gdyby duch okazywał złośliwość bądź podjął działania mogące wprowadzić kogokolwiek z widzów w opętanie. By nadać seansowi wiarygodności, Gibbons poprosił na scenę kilka osób, które miały zasiąść przy stoliku i obserwować mały talerzyk jak wędruje od literki do literki bądź cyfry. – Duch będzie z nami, ale go nie zobaczymy, nie będziemy mogli go dotknąć. To postać, która nie podlega materializacji. Widzi nas, ale my nie zobaczymy jej. Proszę jednak łaskawie przyjąć za wiarę, że potrafi dawać znaki. Te znaki to ruch talerzyka. Nasi mili wybrańcy będą spisywać kolejno na kartce litery i cyfry, które połączą w zdania i państwu odczytają. Duch będzie odpowiadał na pytania. Proszę jednak koncentrować się na przeszłości. Pytajmy więc o wydarzenia z historii, które nas intrygują. Nie pytajmy o przyszłość, bo ta może się okazać okrutna dla wielu z nas – perorował Gibbons.

Fot. Internet | Seans spirytystyczny na dawnej fotografii

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

39


powieść retro

cór k a ba lwi e r z a

Notzny był coraz bardziej sceptyczny. Jego umysł próbo– Publiuszu Eliuszu Hadrianie, cesarzu rzymski, czy zewał wykoncypować, w jaki to sposób ten szarlatan Gibbons, chcesz do nas przyjść? – znów zapytał Gibbons. bo co do tego nie miał żadnych wątpliwości, doprowadzi do Zmieszany książę zamilkł. Zdumiona publiczność rówprzesuwania talerzyka po blacie i jakich udzieli odpowiedzi nież. jeśli – dajmy na to – ktoś zechce konferować z Judaszem, – Na Boga, talerzyk zaczyna się ruszać – krzyknęła z przeprosząc o wyjaśnienie motywów jego zdrady. rażeniem Helga Böhm. – Przecież to absurd. Każda odpowiedź będzie dobra. Kto Wiedemann notował kolejne litery, na których zatrzymyto sprawdzi? – burzył się sam w sobie Notzny i wpadł na wało się kierowane przez ducha naczynie. pomysł, by poprosić o wywołanie ducha cesarza Hadriana, Gibbons trzymał ręce na stole. Siedział nieruchomo. Jego którego żywot znał z najmniejszymi detalami i łatwo mógł twarz nie zdradzała żadnych emocji. zadać szczegółowe pytanie, znając z góry odpowiedź. Ten ma– Duszyczko moja, tkliwa i ruchliwa, gościu ty ciała moły eksperyment miał dać odpowiedź na pytanie, czy Gibbons jego i druhno, co pójdziesz teraz w ostępy ciemności… – odczytywał Wiedemann. to oszust, czy też autentyczne medium. – No to sprawdzimy, panie Gibbons, na ile znamy histo– … twarde i nagie, i pełne bladości, z żartów stroić już rię – zadecydował. zwykłych nie będziesz – recytował cicho Notzny, zdumiony Przy stoliku ustawionym na niewielkiej scenie Café Re- zasłyszanym fragmentem wiersza Animula vagula, blandula, sidenz siedziały cztery osoby. Dostojny z racji otyłości i sę- jedynego, jaki zachował się z bogatej twórczości cesarza. Oskar Amadeusz siedział zdumiony efektem seansu spidziwego wieku sędzia śledczy dr Max Wiedemann. Przy jego lewym boku, chuda jak tyka i koścista, ale równie wiekowa rytystycznego. Helga Böhm, żona właściciela destylarni wódek, koniaków – Skąd Gibbons znał pełne imię władcy, skąd znał jego oraz likierów z Altendorfu. Spokojny i opanowany, odziany wiersz – pytał sam siebie, nie dopuszczając myśli, że duch w nienagannie skrojony mundur kawalerzysty, odpicowany Hadriana rzeczywiście pojawił się wśród nich. – Witam serdecznie. Proszę wybaczyć, ale czy można się do bólu rittmeister Heinrich Schmidtke, dowódca miejscowej kompanii huzarów, a także mistrz całej ceremonii Jim na chwilę dosiąść? – pytanie wysokiego jegomościa w brązoGibbons. wym, długim płaszczu i melonikiem w ręku wyrwało NotNa sali przygasły światła. Publika siedziała w ciemno- znego z osłupienia. – Ależ proszę bardzo – odparł zmieszany. ściach. Stolik z Wiedemannem, Helgą Böhm, Heinrichem Schmidtke i Gibbonsem oświetlały dwie, ustawione po boDopiero, kiedy tajemniczy gość usiadł na krześle obok, kach świece. Panowała grobowa cisza. a obsługa lokalu odebrała od niego płaszcz i melonik, do– Kogo chcecie przywołać? – zapytał głośno i należytą po- strzegł, iż ma do czynienia z kamerdynerem. Mężczyzna wagą Gibbons. w wieku około 50 lat wyciągnął paczkę cygaretek i już chciał – Cesarza Hadriana – wyrwał się z odpowiedzią Notzny. zapalić jedną z nich, kiedy Notzny powstrzymał go zdecydo– Spokojnie, młody człowieku. Proszę na początek ducha wanym głosem: – Proszę przy mnie nie palić. Nie cierpię dymu. opata Galbiersa z klasztoru w Rudach. Chcę wiedzieć, gdzie – Oh, pardon, nie wiedziałem. Pan wybaczy… ukrył skarb opactwa. Niestety, zapomniał o tym poinformować potomnych zanim przeniósł się na tamten świat. Po co – Wybaczam, ale, do licha! czemuż to przerywa mi Pan to skarb ma się zmarnować. Mnie się przyda – krzyknął książę niesamowite widowisko. Viktor i zaśmiał się na cały głos a za nim całe towarzystwo – Nie jest wiele warte. Gibbons to znany nam miłośnik staprzybyłe z Rud do Café Residenz. rożytności, nieźle oczytany i inteligentny oszust. Jak sądzę, Gibbons przez chwilę milczał. Przez salę przeszła fala trudno byłoby Panu znaleźć trudne dla niego pytanie, no chypomruku. Widzowie zadawali sobie pytanie, na kogo postawi ba że związane z rodziną, a duchów członków Pana familii na amerykańskie medium. Czy uszanuje wolę księcia, czy też pewno by nie wywołał, tłumacząc to obawą przed klątwą. – O, do jasnej, spryciarz jeden. Tak myślałem, że to szarjakiegoś młodzieńca. – Publiuszu Eliuszu Hadrianie, cesarzu rzymski, czy ze- latan. A talerzyk… – dopytał bezwiednie Notzny. – Jak to talerzyk? Oświetlenie sceny doskonale maskuje chcesz do nas przyjść? – zapytał powoli Gibbons. Viktor najwyraźniej poczuł się urażony. Po sali przeszedł ruchy osoby ukrytej pod jej podestem, która wodzi talerzypomruk. Książę chrząknął złowieszczo. Widać było, że ob- kiem za pomocą magnesów. Pierwszy przyczepiony jest do myśla, w jaki sposób dać do zrozumienia amerykańskiemu spodu naczynia. Drugi tkwi na czubku czarnego kija. Litery medium, że to on, arystokrata i bogacz, przyjaciel króla, ma i cyfry na blacie widzi w zwierciadle na suficie sceny. Nikt nie tu pierwsze i ostatnie słowo. zwraca uwagi na to lustro, bo skupia się na duchach. – Skąd Pan to wie i kim Pan jest? – Przybywaj cesarzu naprędce i odpowiedz na pytanie – Powiedzmy, że nie jestem idiotą, w przeciwieństwie do tego szlachetnego młodzieńca, a potem czym prędzej znikaj i poproś o kontakt z nami opata Galbiersa, dodam Bernarda wszystkich tu zgromadzonych, no może z wyjątkiem księcia Galbiersa, jakby jeszcze jakiś Galbiers szykował się do wizyty Viktora, który z nudów postanowił zapewne dobrze zabawić w tym lupanarze – krzyknął wyraźnie rozbawiony Viktor. się widokiem wystraszonych mieszczuchów.

40

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


có r k a b alw i e r z a

– A pańską obecność czemu zawdzięczam? – Szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i ciekawością mojego Pana, którego nurtują pewne sprawy. Ma nadzieję, że znajdzie osobą godną posiadania tajemnicy, na którą natrafił podczas swej podróży do starożytnego Egiptu. – Ciekawie brzmi, ale proszę ujawnić, kim jest Pana mocodawca… – Proszę mi zaufać. To bardzo bogaty i wpływowy człowiek, który z całym szacunkiem odnosi się do Pana wiedzy. Prosi, by zechciał Pan udać się ze mną do jego zamku, poza Ratibor. Podróż zajmie nam około godziny. 5. Notzny i tajemniczy kamerdyner wyszli z Café Residenz przed zakończeniem seansu Gibbonsa. Wykładowcę raciborskiego królewskiego gimnazjum nie ciekawił dalszy przebieg wywoływania duchów ani fochy, które stroił co rusz książę Viktor, irytując tym zapewne znaczną część publiki. Nikt jednak nie protestował, nie chcąc podpaść arystokracie, a tym samym pozbawić się możliwości załatwienia wielu żywotnych spraw. Potwierdził się domysł Notznego, że Amerykanin to zwykły szarlatan, choć trzeba przyznać, że bardzo inteligentny i oczytany, co korzyścią odbijało się na zasobności jego portfela. – Manipulacja podparta gruntowną wiedzą zawsze staje się bardziej wiarygodna – konkludował gimnazjalny wykładowca i spojrzał na okazały, klasycystyczny gmach raciborskiego sądu, o którym z zachwytem, podczas swojej wizyty w Ratibor, wyrażał się swego czasu król pruski. Główna fasada budynku, przywołującego w wyobraźni antyczne budowle starożytnej Grecji, tonęła teraz w mroku. Jedynie podjazd do głównego wejścia, gdzie za dnia stawały szare, obite blachą wozy więzienne z aresztantami, oświetlały uliczne lampy gazowe. Wysoki, lekko przygarbiony woźny sądowy w szykownej, czarnej kufajce, czapce typu kepi i dopalającym się papierosem w kącie ust, wysypywał na bruk podjazdu popiół z pieca, wypuszczając co jakiś czas kłęby dymu, z trudem unoszące się w górę w mroźnej, lutowej aurze. Chciał z pewnością uniknąć kolejnej wpadki, podobnej do przedwczorajszej, o której rozpisał się obszernie na pierwszej stronie Oberschlesischer Anzeiger, drwiąc z władz sądowych. Otóż policja otrzymała polecenie dowiezienia na rozprawę dwóch zbiegłych z wojska Czechów, których przyłapano na targu na kradzieży kilku nędznych talarów z utargu pewnej kobieciny spod Ratibor, handlującej jajkami i miodem ze swoich pasiek. Ofiara niecnego postępku, drąc się w niebogłosy, wszczęła alarm, a że w pobliżu akurat znajdowało się czterech żandarmów, więc szybko wszczęli pościg za złodziejami. Ujęli ich w podwórzu hotelu Brucka przy Oderstrasse , odstawiając następnie do aresztu w odwachu przy kościele Świętego Jakuba. Czesi dezerterzy czekali tam cztery dni na rozprawę, bo swojego sędziego śledczego musiało wydelegować dowództwo ich macierzystego garnizonu w Breslau.

powieść retro

Kiedy w końcu zacny sędzia w stopniu oberlejtnanta dotarł koleją Wilhelma do Ratibor, na wspomnianym podjeździe pod główne wejście do sądu zdarzył się wypadek. Klacz siwej maści, ciągnąca więzienny wóz, poślizgnęła się na oblodzonych kocich łbach, w dziwaczny sposób rozkraczyła na oczach rozbawionych tym przechodniów i zjechała na zadzie w dół, pchając z impetem wóz z dezerterami, który z kolei uderzył w pobliskie drzewo. Zderzenie odblokowało drzwiczki i zanim stojący pod sądem strażnicy więzienni zorientowali się w następstwach, uwolnieni niespodziewanie Czesi natychmiast uciekli w kierunku Salzstrasse . Wszelki słuch po nich zaginął, a sędzia oberlejtnant zapowiedział zredagowanie ostrego w tonie donosu do Berlina, nie szczędząc raciborskim żandarmom połajanek nie tylko za zaniedbanie polegające na zaniechaniu skucia więźniów kajdankami, ale przede wszystkim za czas, który stracił z racji podróży na Górny Śląsk. – Na dworcu czeka na nas specjalny pociąg do Annaberg . Musimy zdążyć przed godziną 20.00, zanim do Ratibor wjedzie ekspres Berlin-Konstantynopol. Mamy pozwolenie na podróż, ale bez zbędnej zwłoki mogącej opóźnić przejazd ekspresu – oświadczył grzecznie kamerdyner, dopinając ostatni guzik swojego płaszcza. – Rozumiem. Chciałbym zabrać ze stancji kilka drobiazgów codziennego użytku i odzienie na przebranie, bo przypuszczam, że noc spędzę w zamku pańskiego mocodawcy? – zastrzegł Notzny. – Nie ma takiej potrzeby. Mój Pan zapewnia cały niezbędny wikt, a więc, nie licząc wystawnej uczty dzisiejszej nocy, także nocleg w apartamencie, śniadanie, strój na przebranie i miejsce do pracy, bo ta, jak się spodziewam, pochłonie Pana całkowicie – odparł kamerdyner. – Nie narazi to Pana mocodawcy na koszty? – Zapewniam, że taki wydatek nie odgrywa dla niego żadnej roli. – Zatem jestem spokojny. Nie pozostaje nam nic innego jak udać się w stronę dworca – oświadczył Notzny. Zaciągnął na twarz kołnierz płaszcza i wskazał kierunek marszu. Skierowali się pieszo chodnikiem wzdłuż Oberwallstrasse , w stronę reprezentacyjnej Bahnhofstrasse – jaskini banków, składów kolonialnych i galanterii, prowadzonych z reguły przez żydowskich kupców z Ratibor. Zalegający śnieg skrzypiał pod ich butami. Miasto sprawiało wrażenie wyludnionego. Z rzadka tylko mijali opatulonych w płaszcze przechodniów, chcących jak najszybciej znaleźć azyl w jakimkolwiek ogrzewanym pomieszczeniu. Przed wejściem do Knittel’s Hotel, naprzeciwko dworca, dostrzegli dwóch żandarmów, drepczących z nogi na nogę. – Nieszczęśnicy. W taką pogodę nawet pies nie wychyli łba z budy. Pewnie czekają na kubek gorącej kawy z hotelowej restauracji – pomyślał Notzny. Nie pomylił się. Z hotelu wybiegła młoda kobieta w cienkiej bluzeczce, przekazała stróżom prawa dwa parujące garnuszki, chwilę podreptała w miejscu i szybko schowała się we wnętrzu renomowanego gościńca. Żandarmi przykleili do

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

41


powieść retro

cór k a ba lwi e r z a

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Widoki na ul. Drzymały, dawniej Górnych Wałów

naczyń skostniałe z zimna ręce i powoli łykali ciepły napój. umiłowanie właściciela wagonu do modnego do niedawna Nie zwracali uwagi na przechodniów. stylu biedermeier. – Życzy Pan sobie kawę, herbatę bądź coś mocniejszego? Chwilę później Notzny i kamerdyner byli już w głównym holu Bahnhof Ratibor. W dworcowej kantynie, serwującej Mogę polecić świetne szkockie whisky Chivas Regal, sprowatylko piwo, wódkę, proste, tanie jadło i papierosy, siedziało dzone na specjalne zamówienie wprost z Wysp Brytyjskich. kilkunastu podróżnych, czekających na ekspres do Konstan- Zapewniam, że nie uświadczy Pan tego wyjątkowo drogiego tynopola – dogodne połączenie z Wiedniem i Budapesztem. trunku w żadnym z raciborskich składów kolonialnych – zaPomiędzy walizkami biegała dwójka małych dzieci – chłop- pewnił kamerdyner. – Oooo, chętnie się skuszę. Gustuję co prawda w winach, czyk i dziewczynka, za którymi wodziła zaspanym wzrokiem gruba barmanka z bujną blond fryzurą i ogromnym piegiem ale Chivas Regal z jak najlepszej strony znam z prasowym na prawym policzku. doniesień o braciach Regal, dostawcach tego królewskiego Notzny i kamerdyner weszli na peron. Nie uświadczyli dworu – odparł Notzny. – Pewnie nie jest Panu obca wiedza, że „Chivas” oznacza tu żywej duszy poza dużym białym kotem, który na chwilę wyściubił nos ze swojego legowiska i groźnie zasyczał na ich „fartowny” lub „wybrany przez los”. Myślę, że pasuje to do sywidok. Skierowali się w stronę bocznicy przed dworcem to- tuacji, w której się Pan znalazł – usłyszał w odpowiedzi, w czawarowym. Stał tu niewielki parowóz z jednym tylko, ale za sie gdy wygodnie rozsiadł się na kanapie typu biedermeier. to białym, lśniącym wagonem osobowym. Oskar Amadeusz Notzny wreszcie poczuł zapach wielkie– Widzę, że będziemy podróżować w ekskluzywnych wa- go świata, który stracił wyjeżdżając z Berlina. Czuł się docerunkach – komentował Notzny na widok pozłacanych uchwy- niony, mile podłechtany, nazwany nieprzeciętnym naukowtów przy schodkach prowadzących do wnętrza. cem, człowiekiem wielkiej wiedzy. Zamknął oczy. Nie widział – Mój Pan zawsze wykazuje wielką dbałość o swoich gości. zapyziałego Ratibor, tylko wspaniale oświetlony zamek, rząd To jego osobisty wagon, który postanowił teraz przekazać do służby i bogatego szlachcica, który wita go z otwartymi raPana dyspozycji z nadzieją, że podróż odbędzie się bez zbęd- mionami, a potem daje do ręki… nych przeszkód i niedogodności. Proszę się czuć jak u siebie – Tajemnicę? Jaką tajemnicę może dzierżyć właściciel w domu – odparł usłużnie kamerdyner. zamku pod Ratibor? – pytał sam siebie Notzny. Podróż trwała około godziny. Notzny mile zapamiętał ten Wnętrze osobistego pojazdu tajemniczego zleceniodawcy uprzejmego kamerdynera wprawiło Notznego w spore czas, bo poza butelką Chivas Regal w wagonie był też stos kilzdumienie. Ściany wyścielono ciemnym, zielonym aksami- kunastu ostatnich numerów The Daily Telegraph, na które tem. Na oświetlenie składały się gustowne lampki gazowe zwykle czekał wiele tygodni od chwili złożenia zlecenia w skław kształcie muszli, między które zawieszono piękne lito- dzie kolonialnym żyda Salo Lewińskiego z Oderstrasse. grafie z antycznymi scenkami. Okna przesłaniały brązowe Przejrzał skrupulatnie wszystkie wydania, starając się firanki z falbankami, a solidne umeblowanie prezentowało zapamiętać zawartość każdego z nich, a to z nadzieją, że

42

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012


có r k a b alw i e r z a

powieść retro

nadarzy się sposobność, by w drodze powrotnej wrócić do lektury niektórych tekstów, które uznał za nadzwyczaj interesujące. Były to między innymi pasjonujące doniesienia z wojny secesyjnej, a dokładnie z bitw pod Chickamauga oraz Chattanooga, w których wyraźnie zaznaczyła się przewaga Konfederacji. Notzny przejrzał też wszystkie anonse z ofertami pracy i dostrzegł ogłoszenie jednego z londyńskich gimnazjów, szukających wykładowcy języków starożytnych, z doskonałą znajomością języka angielskiego. Notzny już niemal swobodnie mógł rozmawiać z każdym Anglikiem, ale nie czuł się na siłach, by podjąć pracę w szkole, wśród doskonale wykształconych lingwistów. Znów się jednak rozmarzył. Zamknął oczy. Zobaczył siebie na moście nad Tamizą. Przypomniał sobie o ukochanej Ricie. – Londyn. Rita pojechałaby ze mną. Bez dwóch zdań – pomyślał. Przed dworcem w Annaberg na Notznego i kamerdynera czekał już duży powóz zaprzężony w cztery gniade konie. Bez zbędnej zwłoki obaj zajęli miejsca wewnątrz i odjechali w stronę centrum małej wioski, na skraju Królestwa Prus. – Jak długą podróż mamy przed sobą? – zapytał Notzny. – Może pięć minut. Jesteśmy prawie na miejscu. – Rozumiem zatem, że będę gościem barona Anselma von Rothschilda, pana na Annaberg i wielu okolicznych dobrach? – Tak jest. Pan Rothschild niecierpliwie oczekuje Pańskiego przybycia – odparł kamerdyner. Wykładowca raciborskiego królewskiego gimnazjum czuł dumę, że spotka się z potężnym bankowcem, założycielem wiedeńskiego Creditanstalt. Natychmiast też zrozumiał, że podróż ekskluzywnym składem kolejowym nie była przypadkiem. Rothschild należał bowiem do najbogatszych obywateli monarchii Habsburgów, z ogromnymi wpływami na cesarskim dworze, dzięki którym kilkanaście lat temu udało się połączyć linią kolei żelaznej Królestwo Prus i Cesarstwo Austrii. Mógł teraz własnym pociągiem swobodnie podróżować do wszystkich europejskich stolic, a zarządcy linii kolejowych usłużnie ustalali dla niego najlepsze terminy przejazdu. O koneksjach barona Rothschilda rozpisywała się gęsto cała niemiecka prasa, publikując nieraz nieprzychylne mu artykuły o antysemickim wydźwięku. Bankier wywodził się z żydowskiej rodziny, będącej obecnie na absolutnym szczycie światowej finansjery. Familia ujmowana jest w wielu teoriach spiskowych z reguły jako należąca do różnych tajnych stowarzyszeń. Tropiciele spisków ogłosili niedawno, że stanowią prawdziwą władzę i dążą do stworzenia rządu światowego, ponad namaszczonymi przez Boga monarchami. Tak zaczął się rodzić mit, iż o władzy nie decyduje boskie pomazanie, ale pieniądz. O wizycie Notznego w Annaberg zdecydowała jego wiedza i tajemnica, którą miał ujawnić obrzydliwie bogaty baron. C.D.N.

Max Brix

Fot. ze zbiorów Alfreda Otlika | Widoki na ul. Drzymały i dworzec kolejowy

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

43


historia

ta j e m nic e opac t wa

Racibórz:     Zanim weszliśmy do krypty pod kaplicą mariacką w Rudach, musieliśmy założyć maski i łyknąć nieco mocnej whisky żeby mikroby w gardle wybiło. Zwłoki mnichów uległy tu strupieszczeniu a potem zeszkieletowaniu. W 1945 roku Rosjanie myśleli, że trumny kryją skarby. Wywlekli szkielety. Złota nie znaleźli.

Tajemnice świata

umarłych

Klerycy wykazali się krzepą

Obawy były słuszne. Po zajęciu wsi Zima była wyjątkowo ostra. Ksią- Rosjanie aresztowali prawie wszystkich żę Wiktor z rodziną ewakuował się już mężczyzn w wieku od 17 do 50 lat. Wiew grudniu 1944 roku. 25 stycznia Ro- lu z nich trafiło do niewoli a potem do sjanie przypuścili atak na Rybnik. 26 przymusowej pracy w ZSRR. Czerwostycznia wczesnym rankiem, od stro- noarmiści rozstrzelali ujętych żołnierzy ny Przerycia do Rud zaczęły się wdzie- Wehrmachtu. Spalili naraz około 50 dorać radzieckie czołgi. Niemcy ucieka- mów. Z dymem poszedł też kościół i pali w popłochu. Do strzelaniny doszło łac. Nie oszczędzili cystersów. Weszli do na ul. Raciborskiej. Z piwnicy jednego krypty pod kaplicą mariacką. Wywlekli z budynków uzbrojony w pancerfaust zwłoki z trumien. Szukali skarbów. Nic młody chłopiec z Hitlerjugend zdołał nie znaleźli. W datowanym na czerwiec trafić jeden z rosyjskich czołgów. Z rela- 1946 r. sprawozdaniu sporządzonym cji świadków wynika, że tuż przed wej- przez Referat Kultury i Sztuki Starościem Armii Czerwonej kilku mieszkań- stwa Powiatowego w Raciborzu czytaców pospiesznie zakopywało niemiec- my: – W podziemiach kościoła jest dużo kie flagi, m.in. z siedziby NSDAP, któ- grobowców, wejście do których zamurora znajdowała się przy szkole. Ludzie wano z powodu zniszczeń wojennych. obawiali się czerwonoarmistów, słysząc W latach 80. XX w. wnętrze krypty pod wiele o grabieżach i gwałtach. Starsi nie kaplicą uporządkowano. Rozrzucone wychodzili z domu. szczątki włożono do wspólnej mogiły.

44

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

Wylano nową betonową posadzkę. Do krypty można zejść raz na kilkanaście lat. Wejście znajduje się przed kaplicą mariacką z cudownym obrazem Matki Boskiej Pokornej, zbudowaną w latach 1723-1725. Grzebano tu mnichów u schyłku funkcjonowania opactwa (Prusacy zamknęli klasztor w 1810 roku). Dostępu do podziemi chroni ciężka kamienna płyta. Klerycy diecezji gliwickiej z trudem poradzili sobie z jej podniesieniem. Przyszli księża nie wykazują się zbytnią krzepą, ale się nie poddają. Nabierają powietrza i napinają mięśnie. Przesuwają płytę na posadzkę kościoła. Z wnętrza bucha ciepłe, wilgotne powietrze. W smudze światła widać chmary komarów. Zapalamy latarki i wchodzimy. Na ziemi proste trumny zbite z desek wypełnione wiórami i trocinami. Wewnątrz szkielety zakonników.


ta j e mn i c e o pac t wa

nasz racibórz magazyn /

historia

grudzień 2012

45


historia

ta j e m nic e opac t wa

Credo in Unum Deum...

...Wierzę w Jednego Boga – recytowali chórem cystersi wchodząc na dźwięk kołatki do klasztornej infirmerii – miejsca, w którym konali mnisi. Infirmeria w klasztorach pełniła funkcję izby chorych (z łacińskiego infirmus – słaby, chory). Ciało zmarłych mnichów było tu obmywane, od stóp do głów, z wyjątkiem wstydliwych części ciała, które nakrywano. Cystersi przestrzegali reguły, że obmycia musi dokonać brat równy rangą. Kapłana przygotowywali do po-

46

nasz racibórz magazyn /

chówku kapłani (z wyjątkiem tych posługujących tego dnia podczas Mszy św. i pracujący w kuchni), konwersa, czyli brata niższego bez święceń, nie wchodzącego w skład zakonnego chóru, konwers. Po obmyciu zwłok, mnisi kapłani musieli sami się wykąpać. Reguła cysterska wskazuje na części garderoby, które musiał mieć mnich złożony do grobu – tunikę, płaszcz z kapturem, spodnie, buty, a kapłani dodatkowo stułę. Ręce składano na krzyż i zakrywano rękawem, twarz kapturem,

grudzień 2012

nogawki i buty zszywano i wiązano. Po ponownym pokropieniu wodą święconą i okadzeniu zmarły – na marach, okryty całunem – był przenoszony w procesji do kościoła. Kapłana kładziono w chórze mnichów, konwersa w chórze braci mniejszych. U wezgłowia stawiano krzyż, świecie i wodę święconą. Nie zwlekano z pochówkiem. Jeśli zgon nastąpił w nocy lub o świcie, pogrzeb musiał się odbyć jeszcze tego samego dnia lub – w razie gdy zmarł w dzień – o świcie dnia następnego, nie później niż w dobę od chwili zgonu. Poprzedzała go Msza święta i procesyjne odprowadzenie zwłok. Cmentarze dla mnichów lokowano zwykle na północy opactwa. W kościołach cysterskich, zgodnie z zaleceniami Kapituły Generalnej zakonu z Cîteaux, mogli spocząć tylko królowie, książęta, biskupi, szczególnie fundatorzy opactw. Bracia spoczywali zwykle we wspólnym dole, kładzeni na wznak, z nogami skierowanymi na wschód oraz głową na zachód. Symbolizowało to gotowość kroczenia na wschód, czyli do wieczności, i ucieczki z zachodu, czyli doczesności. Na ciało rzucano grudkę ziemi albo węgiel z kadzielnicy. Po pogrzebie przez siedem dni odprawiano pełne wigilie za zmarłych, a przez kolejne trzydzieści dni wigilie złożone z trzech lekcji. Inne reguły dotyczyły opatów, czyli przełożonych konwentów. Przed śmiercią musieli wyznać winy w obecności przeora i opatów swojej kongregacji. Złożeni śmiertelną chorobą, po przyjęciu ostatniego namaszczenia, mogli umierać w swojej celi albo w kościele. Ich zwłoki nieraz obmywano w kapitularzu. Ciało oblekano w szaty zakonne oraz kapłańskie, dodając amikt i humerał (białe szaty nakładane pod albę, okrywające szyję i ramiona księdza odprawiającego mszę), a także insygnia władzy – pastorał (nieraz tylko drzewiec bądź imitację), pierścień, sandały i mitrę. Ponadto zmarłego zaoptrywano w ołowianą tabliczkę identyfikacyjną, matrycę pieczęci opackiej, naczynie z węglem drzewnym, lampę szklaną oraz absolucję na pergaminie. Ciało opata wystawiano na widok publiczny, kładąc je na marach przed głównym oł-


ta j e mn i c e o pac t wa

historia

tarzem. Złożenie do grobu poprzedzało zwykle kilkudniowe oczekiwania na opatów i przeorów innych klasztorów oraz biskupa. Opaci nie spoczywali na cmentarzu. Ich ciała składano w kryptach kościoła, pod chórem, w ścianach nawy bocznej, pod krużgankami bądź kapitularzem, na wznak, zawsze z nogami skierowanymi na wschód, w kamiennych sarkofagach, z płytami nagrobnymi.

Złota tabliczka złotnika Josta

Opactwo w Rudach funkcjonowało od połowy XIII wieku do 1810 roku. Przez ponad 550 lat posługę sprawowało tu kilkuset mnichów i braci konwersów. Grzebano ich na przykościelnym cmentarzu, w różnych miejscach w kościele, na terenie klasztoru, pod krużgankami i kapitularzem. Krypta znajduje się pod prezbiterium i kruchtą świątyni. Podczas badań archeolo- pochówek ma charakter symboliczny, z Tarnowskich Gór (1732-1792) – były gicznych w latach 90. XX wieku na a tabliczka jest odmienna w formie od proboszcz w Rudach a potem w Szyszczątki ludzkie natrafiono w jedena- innych. Wyryta została na miedzianej wałdzie (obecnie Bojków), Tadeusz Mastu wykopach rozsianych po całej klau- blasze. Jej autorem jest złotnik Jost tejka z Rybnika (1749-1992) – profesor zurze. Do najciekawszych znalezisk na- Schwartz z Raciborza, który podpisał filozofii, Henryk Matzke z Białej (1719leżą: odkryta w 1994 r. ceglana krypta to swoje dzieło. 1795) – proboszcz w Rudach, Żernicy grobowa pod kapitularzem; mogiła ze Tabliczki w latach 80., kiedy po- i Szywałdzie, Lorenz Kirschberger z szczątkami dwudziestu osobników oby- rządkowano kryptę, ułożono przy zbio- Raciborza (1744-1797), Benedykt Galli dwu płci usytuowana pod krużgankiem rowej mogile gromadzącej sprofano- z Gliwic (1746-1798) – proboszcz w Maw zachodniej części opactwa (w miejscu wane przez Rosjan szczątki. Nie da się ciowakrzu i opat rudzki, Niward Fryszdawnego domu konwersów) oraz pochó- ich już przyporządkować do pochów- tacki z Żor (1754-1798), Stanisław Miwek sześciu osobników przy wschodniej ków braci. sura z Białej (1716-1799) – pierwszy ścianie kościoła klasztornego w pobliżu Dzięki tabliczkom udało się usta- prefekt gimnazjum rudzkiego, Urban kaplicy mariackiej. Wiedza o grobach lić, że w krypcie cysterskiej spoczywają: Raczek von Kopenitz z Jasiony (1728pod klasztorem w Rudach i tak wciąż Henryk Deponte z Kietrza (1676-1732), 1799) – podprzeor rudzki, profesor jest niepełna. O krypcie pod kaplicą Józef Neimann ze Złotych Gór w Cze- filozofii i teologii, Alberyk Sedlaczek wiemy najwięcej. chach (1707-1737), Alberyk Drosdek z Przyszowic (1732-1800), Dominik Rosyjskie ekscesy z 1945 roku prze- z Gliwic (1699-1739), Karol Strachwitz Slenczka z Gliwic (1756-1803) – protrwało szereg tabliczek imiennych, któ- z Biskupowa (1715-1748) – profesor fi- boszcz w Żernicy), Konstanty Gober rymi znaczono trumny. Mają kształt lozofii i teologii, Antoni Czerwenka z Niemodlina (1733-1804) – proboszcz prostokąta, kwadratu lub są okrągłe. z Opawy (1699-1753), Wilhelm Jachli- w Szywałdzie, Antoni Hrabak z NaZe względu na niewielki rozmiar są nek z Rybnika (1681-1756), Lorenz siedla (1741-1806) – profesor filozofii ubogie w treść. Zawierają jedynie da- Proske z Kietrza (1694-1756) – profe- i retoryki, Stefan Haagen z Raciborza ne dotyczące: daty śmierci zakonnika, sor filozofii i teologii, podprzeor i przeor, (1747-1809) – profesor filozofii, Aujego imienia i nazwiska, miejscowości Michał Toopper z Bodenstein na Mo- gustyn Graul z Głubczyc (1735-1816) lub regionu pochodzenia, wieku, liczby rawach (1721-1770), Edmund Berger – próbował otruć swych współbraci, za lat spędzonych w klasztorze i stażu ka- z Tarnowskich Gór (1679-1778), Robert co został skazany na dożywotnie więpłańskiego. Takie same tabliczki mają Sciasny z Ligoty koło Żor (1697-1779), zienie, które opuścił po kasacie klasztowszyscy mnisi niezależnie od godności, Franciszek Wrazidło ze Strumienia ru oraz Bernard IV Galbiers z Trynka którą sprawowali. Jedynym wyjątkiem (1708-1780) – profesor filozofii, Euge- (1747-1819) – profesor filozofii i opat jest tabliczka opata Bernarda Galbiersa, niusz Adler z Gliwic (1711-1781), Feliks rudzki. który zmarł w 1819 roku w Raciborzu, Sobeczko z Babic (1728-1789) – były Grzegorz Wawoczny już po sekularyzacji konwentu. Jego proboszcz z Buguszowic, Aleksy Joseff

nasz racibórz magazyn /

grudzień 2012

47


Fot. ze zbiorów Henryka Sowika | Rejon drogi Racibórz-Rybnik z dawnym przejściem granicznym pomiędzy III Rzeszą a II Rzeczpospolitą Polską. Dziś jest to skrzyżowanie dróg z Raciborza na Rybnik i Lubomię oraz przejazd kolejowy przy ul. Rybnickiej-Brzeskiej

Magazyn  

Magazyn

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you