Page 1


Podobno we Wrocławiu każda z nas jest skądś. Co przywiozłyśmy w swoich walizkach przeprowadzając się tutaj? Chcemy opowiedzieć Wam nasze herstorie. Przez miesiąc maj wrocławskie seniorki uczestniczyły w cyklu warsztatów, w ramach których uczyły się opowiadać swoje herstorie i ubierać je w ciekawe, artystyczne formy. Efektem naszych prac są niesztampowe, haftowane makatki i niniejszy zin. W ramach projektu OD MATKI odbyły się: • warsztat hafciarski “Makatki od matki“ z Olgą Budzan • warsztat herstoryczny “Każda z nas ma swoją herstorię” z Leną Bielską • warsztat graficzny “Papier przyjmie wszystko” z Ewą Głowacką


Uczestniczki warsztatów: Ewa, Ewa, Bożena, Hania i Krysia


Warkocz śląsko-góralski Co

było moją motywacją do napisania rodzinnych

wspomnień? Mówiąc krótko: ocalić od zapomnienia swoje korzenie. Urodziłam się we Wrocławiu w roku 1974 i mieszkam tutaj całe życie. Najpierw na Ołbinie (Szkoła Podstawowa nr 78), potem na Oporowie, a dziś na Szczepinie. Jestem bardzo związana z tym miastem i jakoś nie wyobrażam sobie go opuszczać. Jak większość ludzi z mojego pokolenia mam rodziców pochodzących z  innych, dość odległych stron. Ku zdziwieniu wielu osób żadne z nich nie jest z Kresów, choć jako dorosła osoba odwiedziłam Wilno i  Lwów z  powodu szacunku dla śladów polskiej kultury. Teraz zamierzam jednak upamiętnić historie rodzinnych stron mamy i taty. A jest to połączenie dość nietypowe. Mama urodziła się i dorastała w Rybniku na Górnym Śląsku. Jest to dość duże miasto, dziś powiatowe. Wiele osób uważa, że to jeden z ośrodków aglomeracji katowickiej. Tymczasem Rybnik leży

kilkadziesiąt

kilometrów

dalej,

blisko

granicy czeskiej, na pograniczu z Opolszczyzną, w  tym województwie jest zresztą sąsiedni Racibórz. Od Wrocławia dzieli go 200 km, dziś autostradą można tam dojechać w  dwie godziny. Było także tam górnictwo, ale też inny przemysł, dlatego miasto przeszło dość dobrze czas transformacji, jest tam małe bezrobocie. Rozwija się dynamicznie, jest tam nawet wiele filii Uniwersytetu Śląskiego, swego rodzaju kampus w budynkach dawnego szpitala, a  nawet duszpasterstwo akademickie.


Tato

jest

natomiast

góralem

ze

Szczawnicy,

uzdrowiska powstałego w XIX wieku, które poprzez swój folklor trochę przypomina Zakopane, jednak przy własnej specyfice. Przed wojną była tam też spora społeczność żydowska, a  w  sąsiednich wsiach Szlachtowej i Jaworkach łemkowska. Szczawnica leży 400 km od Wrocławia, w Małopolsce, powiecie nowotarskim, tuż przy słowackiej granicy. Większość ludzi kojarzy rzekę Dunajec (moim zdaniem nazwa ma związek z Dunajem, bo te tereny były za zaborów w  CK monarchii). Spływ Dunajcem jest od lat wielką atrakcją turystyczną, przełom rzeki jest nawet nazywany polskim Canionem Kolorado. Rozwija się także dynamicznie kajakarstwo górskie. Od ponad 20 lat funkcjonuje przejście pieszo-rowerowe na Słowację, można się wybrać do pobliskiego Czerwonego Klasztoru. Szczawnica obecnie żyje głównie z turystyki, jest tam dużo kwater i lokali gastronomicznych. Podupadłe uzdrowisko odrodziło się kilka lat temu, gdy odzyskali je potomkowie dawnego właściciela hrabiego Stadnickiego. Trójka rodzeństwa wychowana we Francji nie znała początkowo nawet języka polskiego, ale wzięli się dynamicznie za inwestycje. Parę lat temu odbudowano dawny Dworek Gościnny w parku, gdzie odbywają się imprezy kulturalne. Dużym powodzeniem cieszy się także Muzyczna Owczarnia umieszczona we wspomnianych Jaworkach. Koncertuje tam nawet zaprzyjaźniony z właścicielem brytyjski muzyk Nigel Kennedy. Miasto nie ma stacji kolejowej, ale dużo połączeń autobusowych, nawet z dość odległymi miejscowościami: Warszawą, Krakowem, Katowicami czy


Rzeszowem. Droga z Wrocławia samochodem zajmuje dziś koło pięciu godzin. Komunikacją publiczną najlepiej jechać albo do Krakowa, albo nocnym pociągiem do powiatowego Nowego Targu i  potem szukać autobusu. Oboje rodzice noszą nazwiska typowe dla ich stron, dość rzadkie w skali całej Polski. Mama nazywa się Fojcik, przez całe życie zawodowe używała podwójnego nazwiska. Jest to prawdopodobnie zczechizowana wersja o wiele popularniejszego w kraju nazwiska Wójcik. Nazwisko Mastalskich ma natomiast w  Szczawnicy taką popularność jak przysłowiowi Gąsienice w Zakopanem. Inne takie nazwiska to Zachwieje, Słowikowie, Wierciochy, Malinowscy. W XIX wieku twórca uzdrowiska spolonizowany Węgier Józef Szalay namalował góralom godła nad domami. Przy powtarzalności pewnych imion można się było bowiem pomylić i jak ktoś przyjezdny pytał, gdzie mieszka np. Józef Mastalski (tak się nazywał mój dziadek), to nie wiedziano który, bo ludzi o tym nazwisku mogło być kilkunastu. Mieli też oczywiście swoje przydomki, czyli jakby dziś powiedzieć ksywy. Nazwisko to nie ma zresztą nic wspólnego z późniejszymi nomen omen śląskimi dowcipami o Masztalskich. Moja rodzina ma poczucie humoru, ale czasem były groteskowe sytuacje. Mama dzwoniła zlecić jakąś naprawę, a jak powiedziała nazwisko, to ją podejrzewali o  żart. Dziś to się zdarza coraz rzadziej, ale mnie też czasem przekręcano. Prawdopodobnie to miał być Masztalerz, o wiele częstszy.


Rodzice

przyjechali

do

Wrocławia

po

maturze

i parę lat później tu się poznali. Nie było jeszcze wtedy Uniwersytetu Śląskiego w  Katowicach, więc mama poszła na studia do Wrocławia. Tato natomiast od 1946 mieszkał z rodziną w Kotlinie Kłodzkiej we wsi Domaszków. Po maturze w  Bystrzycy Kłodzkiej też trafił do Wrocławia. Dziadkowie potem wrócili do Szczawnicy. Oboje rodzice skończyli prawo i  potem pracowali na uczelni, dziś już są profesorami na emeryturze. W każde wakacje odwiedzaliśmy jedne i drugie rodzinne strony. Dziadkowie zmarli dość wcześnie, ale babciami mogłam się długo cieszyć. Rodzice mieli po kilkoro rodzeństwa, spotykałam przy okazji kuzynowstwo. Było to ważne dla mnie jako jedynaczki. Babcia z  Rybnika miała troje wnucząt. Druga aż dziewiątkę. Babcia po mieczu prowadziła coś w rodzaju pensjonatu z wyżywieniem, więc zawsze latem bywali tam goście. Niektórzy przyjeżdżali tak często, że stawali się bliscy prawie jak rodzina. Nawet mój wygląd fizyczny przypomina nie tylko rodziców, ale i obie babcie. Ciemne włosy, niebieskie oczy i niewysoki wzrost. Na Podhalu jest wiele takich kobiet. Natomiast ze strony mamy krąży legenda o  przodku Włochu z  czasów wojen napoleońskich. Geny nałożyły się akurat z  obu stron, bo dziadek po kądzieli był dość wysokim blondynem i siostry mamy wdały się raczej w niego. Oba nasze siedziby rodzinne mają dziś koło 90 lat. Nadal mieszkają w nich potomkowie Fojcików i Mastalskich, czasem już czwarte i piąte poko-


lenia. A ja jako historyczka archiwistka zaczęłam z czasem czuć taką potrzebę jak Joanna Olczak-Ronikier: spisania dziejów naszych rodzin. Jak nie ja, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? Więc ab ovo… Ewa Mastalska


Identyfikację wizualną projektu OD MATKI zaprojektowała Mira Larysz. W trakcie warsztatów oraz w niniejszej publikacji wykorzystane zostały materiały fotograficzne ze zbiorów uczestniczek warsztatów oraz z portalu dolny-slask.org.pl

Projekt OD MATKI został zrealizowany w ramach programu POMYSŁOWI Centrum Historii Zajezdnia. Wrocław, maj 2018


Profile for Ewa Głowacka

OD MATKI ZIN  

OD MATKI Przez miesiąc (maj 2018) wrocławskie seniorki uczestniczyły w cyklu warsztatów, w ramach których sięgały pamięcią do czasów przyja...

OD MATKI ZIN  

OD MATKI Przez miesiąc (maj 2018) wrocławskie seniorki uczestniczyły w cyklu warsztatów, w ramach których sięgały pamięcią do czasów przyja...

Advertisement