Issuu on Google+

gaga psyche

O porażce

która

WZMaCNIA

„Jeśli chcemy pomóc dziecku przegrywać, najpierw musimy sami to potrafić. Usprawiedliwianie się, obwinianie innych, w końcu rezygnacja z walki to najgorsza postawa, jaką możemy przyjąć” - uważa Inka Frajnt, psycholog i terapeuta rodzinny. tekst: KatarzynA Troszczyńska ilustracje: Karolina Górecka

Przychodzi do pani kobieta i mówi: „Jak mam uchronić moje dziecko przed porażką?”. Odpowiedź brzmi… Nie odpowiadam, tylko pytam „Po co chce pani to zrobić?”. Jak to?! Przecież to jasne, porażka jest czymś złym, nikt nie lubi przegrywać. Niepowodzenia sprawiają, że czujemy się gorsi od innych, tracimy wiarę we własne możliwości. To złości i frustruje. Kto by chciał czegoś takiego dla swojego dziecka? A dlaczego mamy postrzegać porażkę jako przegraną? To tylko jedna z definicji. W biznesie porażka często traktowana jest jako początek sukcesu. Tak, ale chyba trudno tłumaczyć kilkulatkowi, że zanim Walt Disney założył własną wytwórnię filmów animowanych, wyleciał z kilku hollywoodzkich wytwórni, bo, zdaniem szefów, był za mało kreatywny, a Thomas J. Watson, twórca lBM, twierdził, że jedynym sposobem na sukces jest podwojenie liczby porażek. Nie trzeba niczego takiego tłumaczyć. Ale można zastanowić się: „Czy myślę jak Thomas J. Watson?”. Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to znak, że mamy w ręce najlepsze narzędzia do tego, by pomóc dziecku w radzeniu sobie z porażką. W radzeniu, ale nie w unikaniu. Bo to normalne, że wszyscy ponosimy porażki. I mniej ważne jest samo zdarzenie, ważniejsze to, co z nim zrobimy, jak do niego podejdzie-

58

my. To znaczy? Jeśli chcemy dziecko czegoś nauczyć, najpierw sami musimy to potrafić. Przez pierwszych kilka lat jedynym źródłem wiedzy o świecie są dla dzieci rodzice. Więc jeśli oni potrafią przegrywać, mają optymistyczne podejście do życia, nie tracą nadziei – automatycznie tego samego będą uczyć dziecko. Zresztą kilkulatek jest bardzo bystrym obserwatorem, słyszy rozmowy rodziców, widzi ich reakcje. Jeśli, załóżmy, mama wraca do domu rozdygotana, płacząca i żali się mężowi: „Mój projekt został źle oceniony”, a potem kilka razy powtarza „Nic mi nigdy nie wychodzi”, komunikat jest taki: porażka to dramat. Powinna nic nie mówić? Też nie. To są właśnie dwa skrajne zachowania. Albo ogromna emocjonalność, albo udawanie, że nic się nie stało. Nic się nie stało, czyli nie mówimy o swoich uczuciach, odcinamy się od nich. Typowe jest też usprawiedliwianie się: „To przez niego mi się nie udało”, „Gdybym miała więcej pieniędzy, czasu”. Ale takie myślenie nie rozwiązuje problemu, prawda? Poza tym syn lub córka uczą się, że szukanie winy w innych jest sposobem na pogodzenie się z przegraną.


Najwłaściwsza reakcja? Niczego nie ukrywać. Unikać słów wypowiadanych nawet do dorosłych członków rodziny: „Nie nadaję się”. Powiedzieć wprost: „Miałam dzisiaj ciężki dzień, coś mi nie wyszło, jest mi teraz smutno”. Moja koleżanka opowiadała, że jednym z jej najsilniejszych, negatywnych wspomnień z dzieciństwa jest to, gdy ojciec, po tym jak nie wygrała olimpiady matematycznej, powiedział: „Zawiodłaś mnie, myślałem, że dużo pracowałaś.”. Jeśli rodzice kochają dzieci za to, co udaje im się zrobić - uczą je, że są ocenianie przez pryzmat osiągnięć. Załóżmy, że pani syn całe popołudnie rysował obrazek na konkurs do przedszkola. Następnego dnia przyszedł smutny, że wychowaczyni nawet nie pochwaliła jego rysunku. Pani kwituje zdarzenie jednym zdaniem: „Szkoda, że nie wygrałeś, ale ten rysunek rzeczywiście nie był najlepszy, następnym razem będzie lepiej”. A nie można utwierdzać dziecka w przekonaniu, że coś zrobiło źle. I jednym słowem zapewniać, że następnym razem się uda, bo to są puste słowa. Nie wiadomo, czy tak będzie. Mam powiedzieć: „Po co się tym przejmujesz, niewarto”? Też nie. Jeśli mówimy dziecku „Czym tu się przejmować?”, pokazujemy, że to, co zrobiło jest nieważne, ot, jakiś rysunek. Poza tym każdej porażce towarzyszy bardzo dużo emocji. Najpierw jest oczekiwanie, nadzieja, że coś się uda. Potem jest żal, złość, w końcu smutek. Cały ten proces trzeba przejść. A ponieważ dorośli często sami nie przeżywają złości, wypierają ją. Nie pozwalają więc na złość dziecku. Pocieszają, zmieniają temat na inny, a wszystkie te mechanizmy nie pozwalają przeżyć negatywnych emocji. I dziecko dostaje przekaz: „Trzeba się zagłuszać”. Tak, dokładnie. I to będą robić w dorosłym życiu: blokować trudne emocje. Wróćmy chociażby do tego rysunku. Słowa „Nie przejmuj się” albo „To rzeczywiście nie było to, na co cię stać” niczego nie wnoszą. Ale już komunikat: „Super, że się starałeś, teraz widzę, że jesteś niezadowolony, więc może zastanówmy się, co mógłbyś zmienić, żeby następnym razem było lepiej” jest inny. Doceniamy starania, wyrażamy zrozumienie dla smutku dziecka i oferujemy pomoc. Pokazujemy, że z tej sytuacji jest wyjście. Jak wiele w naszym podejściu do porażki zależy od systemu wartości, kultury? Bardzo dużo. W Stanach Zjednoczonych, gdzie pracowałam kilka lat, dzieci nie boją się pytać. Jeśli mają wątpliwości, mówią o tym wprost.

I dorośli nie oceniają, tylko starają się pomóc. W Stanach też nic nie robi się pod linijkę. Załóżmy, że w przedszkolu dziecko dostaje komunikat: „Na jutro narysujcie jesień”. I wiadomo, że na tym rysunku może być wszystko, nie tylko spadające liście. To sprawia, że amerykańskie dzieci nie boją się ryzykować. To się przekłada na późniejsze życie, nie tylko przedszkolne czy szkolne, ale też dorosłe. My od małego słyszymy: „Uważaj,…” To zaklęty krąg. Ponieważ porażkę traktujemy jako coś złego, bolesnego, za wszelką cenę jej unikamy. A jak można jej uniknąć? No, chociażby nie próbując nowych rzeczy. A może generalizujemy? Nie zawsze za podejście do porażki odpowiedzialność ponoszą rodzice. Wiele chyba zależy od charakteru. Oczywiście, są dzieci wrażliwsze od innych. One powinny dostawać od nas szczególnie dużo wzmocnień, szczególnie im należy na każdym kroku okazywać miłość, akceptację. Dzieci nadwrażliwe w ogóle łatwo się zniechęcają. Idą na zajęcia karate, ale rezygnują, bo im gorzej idzie. Spróbują muzyki, ale kolejny raz nie pójdą, bo pan chwalił kogoś innego. Zawsze się zastanawiam: zmuszać do niepoddawania się, czy odpuszczać? Uczmy go dawania sobie szansy: „Nie podobało ci się na zajęciach? W porządku, ale spróbuj pójść jeszcze kilka razy. Jeśli za miesiąc będziesz miał to samo zdanie, pomyślimy nad rozwiązaniem, okej?”. Jest różnica między zmuszaniem a odpuszczaniem. Jeśli nie zachęcimy dziecka, nie będziemy go motywować, to ono nauczy się „przenikania” przez życie. Potem za każdym razem, przy każdym najmniejszym potknięciu będzie się wycofywało.

59


Porazka