Page 1

eimperium.pl

NR 14 / MAJ 2017

"GLIWICZANIE MNIE URZEKLI"

ALINA CZYŻEWSKA

PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

WIOSNA TO DZIAŁA DETEKTYW HISTORII

SZLAKIEM GLIWICKICH ZABYTKÓW TECHNIKI

CIACHO I BABECZKA

WIOSENNE DIPY PODRÓŻNIK GLIWICKI

INDIE


02 / MAGAZYN EIMPERIUM

Spis treści TAKI BYŁ KWIECIEŃ.. ALINA CZYŻEWSKA DETEKTYW HISTORII PODRÓŻNIK GLIWICKI CIACHO I BABECZKA WIZYTA W POLSCE PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Grafika: Reklama:

04 08 18 22 31 36 40

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O. ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Seweryn Chlewicki Aleksandra Sowa-Moreń, tel. 533 379 625

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


Ź L E Z N A C Z Y D O B R Z E / 03

Źle znaczy dobrze TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Spotkałem się ostatnio z zarzutem ze strony osoby wysoko ulokowanej w urzędowej hierarchii, że lubię pisać i mówić o tym, co się w Gliwicach nie udaje, bo to się dobrze sprzedaje. “ “ - to dosłowny cytat z wypowiedzi tej osoby. Myślę, że nastąpiło tutaj pewne niezrozumienie roli, jaką pełnią media. W systemie tzw. trójpodziału władzy, który w demokracji obowiązuje od czasów Monteskiusza, stosuje się nie tylko rozdział odpowiedzialności za stanowione prawo (kto inny ustala przepisy, kto inny je egzekwuje, a jeszcze kto inny rozsądza spory), ale też wzajemną kontrolę pomiędzy trzema władzami ustawodawczą, wykonawcza i sądowniczą. Dzięki temu żaden z filarów nie ma możliwości przekroczenia swoich uprawnień. Współcześnie w monteskiuszowski trójpodział wpisuje się również media jako tzw. czwartą władzę. I znów, z jednej strony pełnią one swą nominalną funkcję polegająca na informowaniu społeczeństwa o najważniejszych wydarzeniach oraz kształtowaniu opinii publicznej. Jednocześnie media pełnią jednak również funkcję kontrolną w stosunku do trzech pozostałych filarów władzy. Właśnie dlatego tak ważną funkcję w działalności dziennikarzy na całym świecie pełni tzw. patrzenie władzy na ręce, a następnie ujawnianie i nagłaśnianie wszelkich błędów i nadużyć. A co z pozytywnymi informacjami na temat miejskich sukcesów? I dla nich musi być i jest miejsce. Nigdy takich informacji nie przemilczam, choć być może nie we wszystkim, co władze miasto okrzykną mianem sukcesu widzę tylko i wyłącznie pozytywy. Faktem jest, że w gliwickim światku medialnym nie brakuje publikatorów, które przy wsparciu publicznych środków nie ustają w przekazywaniu informacji o sukcesach oraz

w takim przedstawianiu porażek, żeby i one sukcesami się wydawały. Funkcji kontrolnej media te nie wypełniają wcale. Aby więc zachować tzw. równowagę w przyrodzie, niezależne redakcje muszą kontrolować poczynania władz ze zdwojoną siłą. Robią to zresztą z pożytkiem i dla mieszkańców, i dla samej władzy, dla której dobry, rzetelny recenzent stanowi bodziec do podnoszenia swojej jakości. Krótko mówiąc, pisać źle, znaczy pisać dobrze. W dzisiejszym numerze Magazynu eIMPERIUM, na przykładzie organizacji pozarządowych, znakomicie opowiada o tym Alina Czyżewska - aktorka gliwickiego Teatru Miejskiego, a jednocześnie aktywistka ruchów watchdogowych, które skutecznie piętnują nadużycia władzy w polskich instytucjach publicznych.


04 / MAGAZYN EIMPERIUM TAKI BYŁ KWIECIEŃ..

4/05 HALA BEZ DOTACJI Sąd Najwyższy jako ostatni zabrał głos w wieloletnim sporze pomiędzy samorządem Gliwic a marszałkiem województwa śląskiego na temat dofinansowania do budowy gliwickiej hali widowiskowo-sportowej. Przypomnijmy, hala miała obiecane dofinansowanie do budowy w wysokości blisko połowę kosztów. W 2012 roku dotację w wątpliwość poddała jednak Komisja Europjska, a w ślad za nią ówczesnym marszałek Adam Matusiewicz, który jednostronnie wypowiedział umowę o dotację. Władze miasta uznały tę decyzję za motywowaną politycznie i postanowiły szukać sprawiedliwości w sądzie. Najpierw Sąd Okręgowy, a następnie Apelacyjny utrzymały jednak w mocy decyzję marszałka. Sprawa trafiła więc do kasacji w Sądzie najwyższym, ale i ten nie dopatrzył się uchybień przy rozwiązywaniu umowy. Taki werdykt oznacza, że przeszło 300 mln zł, jakie będzie trzeba zapłacić wykonawcy za budowę hali, miasto będzie musiało wyłożyć z własnego budżetu. – Akceptujemy tę decyzję, ale uważamy, że zostaliśmy oszukani przez marszałka – komentował sprawę na gorąco Marek Jarzębowski, rzecznik prasowy prezydenta Gliwic


T A K I B Y Ł K W I E C I E Ń . . / 05

4/05 METROPOLIA OD PRZYSZŁEGO ROKU

4 kwietnia prezydent Andrzej Duda dokonał podpisania ustawy o związku metropolitalnym w województwie śląskim. Uroczystość miała miejsce w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach w obecności włodarzy górnośląskich i zagłębiowskich miast oraz wojewody Jarosława Wieczorka, który mocno angażował się w pisanie nowej ustawy metropolitalnej. Wcześniejszą ustawę, którą uchwalił poprzedni rząd, a podpisał również prezydent Duda, Prawo i Sprawiedliwość na wszelki wypadek - po pretekstem licznych błędów - schowało do szuflady. Do obowiązujących regulacji obejmujących cały kraj nigdy nie wydano zarządzeń wykonawczych. Szacuje się, że do nowej metropolii wejdzie przeszło 40 gmin z terenu Śląska i Zagłębia, do których katowiccy radni wysłali wnioski o przeprowadzenie konsultacji w tej sprawie. Zgodnie z ustawą, to właśnie Rada Miasta Katowice ma podjąć uchwałę o powołaniu metropolii. Co kontrowersyjne, to również w stolicy województwa zapadnie decyzja o nazwie oraz siedzibie związku metropolitalnego. Nie będzie to więc wspólna decyzja wszystkich zainteresowanych. Metropolia powinna się ukonstytuować 1 lipca tego roku, a działalność rozpocznie 1 stycznia 2018. Związek ma wykonywać zadania publiczne w zakresie: kształtowania ładu przestrzennego, rozwoju społecznego i gospodarczego obszaru związku, planowania, koordynacji, integracji oraz rozwoju publicznego transportu zbiorowego. Środki dla związku ma zapewnić m.in. 5-procentowy udział w podatku PIT płaconym przez mieszkańców metropolii. Według obecnych szacunków powinno to być ok. 280 mln zł rocznie.


06 / MAGAZYN EIMPERIUM

7/04 ŚLĄSKIE PRZECIW SMOGOWI Sejmik województwa śląskiego jednogłośnie przyjął uchwałę antysmogową, która zacznie obowiązywać od 1 września tego roku i obejmie swym zasięgiem całe województwo. Celem uchwały jest ograniczenie tzw. niskiej emisji, której źródłem są przydomowe paleniska. Stąd wymóg, aby w nowych domach instalować wyłącznie kotły klasy 5 lub wyższej. Wymiana istniejących pieców została rozłożona na raty. W przypadku kotłów eksploatowanych powyżej 10 lat od daty produkcji trzeba będzie je wymienić na klasę 5 do końca 2021 roku. Ci, którzy użytkują kotły od 5-10 lat, powinni wymienić je do końca 2023 roku, a użytkownicy najmłodszych kotłów mają czas do końca 2025 roku. Dla kotłów klasy 3 i 4 okres wymiany został wydłużony do końca roku 2027. Uchwała zabrania ponadto detalicznej sprzedaży najgorszej jakości paliw węglowych, czyli mułów i flotów stanowiących odpad kopalniany, które cieszyły się sporym zainteresowaniem mieszkańców z uwagi na niskie ceny. Nowe przepisu ułatwią również kontrole prowadzone przez służby wojewódzkie, powiatowe i gminne, których celem będzie nadzorowanie realizacji uchwały.


T A K I B Y Ł K W I E C I E Ń . . / 07

22/04 OŻYWILI ZWYCIĘSTWA Żywa Ulica to kampania społeczna mająca na celu wskazywanie alternatywnych dróg rozwoju. W trakcie happeningów aktywiści przygotowują makietę ulicy przyjaznej dla ludzi w skali jeden do jeden. Między innymi zwężają jezdnię rozwijając płótno imitujące pas dla rowerów, ozdabiają chodnik zielenią, rozstawiają małą architekturę służącą dla odpoczynku. Pomysł narodził się w Katowicach, ale w tym roku dotarł do trzech innych miast - Warszawy, Krakowa i Gliwic. O ile jednak dwa pierwsze miasta dość otwarcie podeszły do inicjatywy społeczników, o tyle w Gliwicach organizujące wydarzenie stowarzyszenia dostały z miasta oficjalną odmowę udostępnienia fragmentu ulicy Zwycięstwa. Władze miasta pokazały w ten sposób, że chcą mieć monopol na kształtowanie wizji tej reprezentacyjnej arterii miasta. Społeczników to nie zniechęciło. Wydarzenie odbyło się mimo sprzeciwu urzędników, choć w zmienionej formie. Kluczowym elementem nie była makieta w skali jeden do jeden, ale wyjście do ludzi i zapytanie o ich odczucia i pomysły na to miejsce. Rozmowie służyły kawiarniane ogródki pełne zieleni, które na ten jeden dzień powstały przy skrzyżowaniu z aleją Przyjaźni. Makieta proponowanej wizji ulicy Zwycięstwa, gdzie oprócz samochodów swoje miejsce mają również rowerzyści i piesi, również była, ale w skali mikro.


08 / MAGAZYN EIMPERIUM

GLIWICZANIE M Alina CzyĹźewska

Aktorka, aktywistka miejska, od pazdizwrnika 2016 mieszkanka Gliwic, pracuje w Teatrze Miejskim w Gliwicach. Wspoliderka ruchu miejskiego Ludzie dla Miasta w swoim rodzinnym Gorzowie Wielkopolskim, czlonkini Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, fanka ustawy o dostepie do informacji publicznej. Absolwentka Akademii Trayralnej w Warszawiw. Wspolpracowala z teatrami w Polsce i za granica. Aktulnie mozna ja ogladac w spektaklu "Psie serce".


MNIE URZEKLI

A L I N A C Z Y Å» E W S K A / 09


10 / MAGAZYN EIMPERIUM Andrzej Wawrzyczek: Ostatnio, gdzie bym się nie pojawił na mieście, wszędzie napotykam Pani twarz. Dzieje się tak za sprawą plakatów do spektaklu „Psie serce”, których jest Pani bohaterką. Jakie to uczucie skupiać na sobie uwagę widzów teatru, ale też przypadkowych przechodniów? Alina Czyżewska: Jest to oczywiście bardzo miłe, ale raczej nie przywiązuję do tego wagi. Ważniejsze jest dla mnie, żeby mieszkańców zainteresowała treść plakatu, a nie to, czy jest tam moja twarz, czy kolegi z obsady. Cieszyłabym się, gdyby te plakaty po prostu zachęciły do tego, żeby widz przyszedł do teatru. Bo warto. AW: A dlaczego warto? Jak zareklamowałaby Pani Wasz najnowszy spektakl? AC: „Psie serce” porusza wątki, które są dla mnie osobiście również bardzo ważne. To próba odpowiedzi na pytania, co to znaczy być człowiekiem? W jaki sposób sprawujemy władzę nad innymi, często przykrywając to płaszczykiem troski? Do czego prowadzi chęć kontrolowania innych ludzi? Czy w walce o swoją pozycję zawsze trzeba znaleźć kogoś „niższego”, kim mogę pogardzać? Brzmi to może tak bardzo poważnie, ale zapewniam, że w tym spektaklu nie brakuje też humoru. A poza tym – świetny, młody zespół aktorski, klimatyczna scenografia, świdrująca muzyka, budujące napięcie projekcje, do tego widownia umieszczona na scenie, a więc bliskość zdarzeń, oddechu aktorów - to wszystko tworzy niepowtarzalną atmosferę. Jest po co przyjść do teatru. AW: Sama o sobie mówi Pani, że jest aktorką nieśpiewającą. Ale do tej pory w Teatrze Miejskim w Gliwicach można było Panią obejrzeć wyłącznie z musicalowym „Domu spokojnej młodości”. Dopiero adaptacja dramatu Michaiła Bułhakowa jest pierwszą w pełni dramatyczną premierą z Pani udziałem. AC: „Dom spokojnej młodości” to było takie łagodne przejście pomiędzy teatrem muzycznym, który królował w Gliwicach przez kilkadziesiąt lat, aż został

w zeszłym roku przekształcony przez samorząd w scenę dramatyczną. Myślę, że można powiedzieć, że obecnie po tym wstępie ruszamy już pełną parą z ofertą typowego teatru dramatycznego. Przed nami kolejne premiery - „Nora” Ibsena oraz „Ich czworo” według Zapolskiej. Będzie więc klasyka i polska, i europejska. Oba spektakle opowiadać będą o pokomplikowanych relacjach wewnątrz rodziny, z silnymi rolami kobiecymi. AW: To jest chyba dla aktora szczególnie trudne wyzwanie pracować w teatrze bez repertuaru, który w krótkim czasie musi zrealizować bardzo dużo premier, żeby mieć co pokazywać widzom. Praca w teatrze z tradycjami, gdzie od lat wystawia się te same sztuki, a nowy repertuar wprowadza się bardzo uważnie wygląda zapewne zupełnie inaczej. AC: To jest sytuacja rzadko spotykana w kraju. W ostatnich latach ciężko znaleźć przykłady, gdy teatr dramatyczny rodził się praktycznie od zera. W związku z tym naprawdę wiele par oczu teatralnego świata skierowanych jest na Gliwice i mam nadzieję, że z ekipą teatru i zespołem, skompletowanym przez Łukasza Czuja, dyrektora artystycznego, podołamy temu zadaniu i tej odpowiedzialności. AW: Rozumiem, że to jest dla Pani taki dodatkowy zastrzyk adrenaliny, gdy można jakiś projekt tworzyć od zera? Ostatecznie jesteście Państwo, aktorzy i cały zespół Teatru Miejskiego w Gliwicach, akuszerami zupełnie nowego projektu scenicznego w Polsce. Macie szansę zapisać się w annałach historii tego miasta. AC: Czujemy na sobie tę odpowiedzialność. A na dodatek tworzymy bardzo młody zespół, który ma bardzo dużo energii i chęci do pracy. Wspierają nas także doświadczeni reżyserzy i realizatorzy, którzy do tej pory nie mieli okazji pracować w Gliwicach, gdy teatr miał inny charakter. Z pewnością jest to więc odmiana dla widzów gliwickich. Mamy nadzieję, że dzięki temu naszym repertuarem zainteresują się też zupełnie nowe osoby. Teatr prowadzi też zajęcia dla dzieci. Staramy się tym samym nawiązać relację z lokalną społecznością. Będziemy też, jako zespół aktorski, organizować inne, bardziej nieformalne, oddolne inicjatywy – o ile tylko znajdziemy na nie odrobinę wolnego czasu, bo faktycznie praca nad nowymi premierami jest szalenie intensywna. AW: Wspomnieliśmy o nowym, młodym zespole artystycznym teatru, ale nie dodaliśmy, że to aktorzy, którzy zjechali się do Gliwic praktycznie z całej Polski. Pani również opuściła rodzinny Gorzów Wielkopolski i praktycznie z dnia na dzień przeprowadziła się na drugi koniec Polski. To nadaje pracy w gliwickim teatrze specyficzny kontekst. AC: Taka jest już dola aktora. To od dawien dawna był zawód wędrowny. Jesteśmy związani kontraktami na kilka lat. Doświadczanie pracy w różnych miejscach dla aktora nie jest niczym niezwykłym. Są u nas w zespole osoby i z Poznania, i również kilka osób z Górnego Śląska, z Krakowa, z Wrocławia, pozyskaliśmy też świetną aktorkę z Białegostoku, z którą – swoją drogą – miałam lata temu przyjemność pracować w Legnicy. Jest to takie trochę


G L I W I C Z A N I E M N I E U R Z E K L I / 11 „skakanie” po mapie Polski – i tymi skokami trafiliśmy w końcu również do Gliwic. Mamy nadzieję zagrzać tu miejsca na dłużej. AW: Zespół aktorski złożony z osób, które kończyły różne szkoły, mają odmienne doświadczenia i nawyki to również dla teatru pewna wartość dodana. To wszystko się miesza podczas prób i daje zupełnie nową jakość. AC: Są wśród nas osoby świeżo po szkole aktorskiej i takie, które mają już za sobą pracę w kilku teatrach, u wielu reżyserów, w różnych estetykach. I ta mieszanka jest, myślę, bardzo twórcza i będzie z pewnością procentowała dla gliwickiego teatru różnymi ciekawymi zdarzeniami. AW: Jak to wyglądało, gdy przyjechała Pani do Gliwic. Wyszła Pani z dworca kolejowego i co dalej? Jakie wrażenia? AC: I tutaj Pana zaskoczę, bo to nie była wcale moja pierwsza wizyta w Gliwicach. Gościłam tu już około dziesięć lat temu przy okazji Gliwickich Spotkań Teatralnych. Wraz z teatrem z Legnicy wystawialiśmy w niezapomnianych ruinach Teatru Victoria „Hamleta”, a ja grałam wówczas Ofelię. Czas jest jednak dla pamięci nieubłagany, więc po tych wszystkich latach zdążyłam już nieco zapomnieć to miasto. Moje drugie z nim spotkanie zaowocowało refleksją, że to jest taki mały Wrocław. Dużo klimatycznych kamienic, malownicze uliczki wokół Rynku, bez liku knajpek, kawiarń, w których można spędzać czas. Tak się też złożyło, że mieszkam mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Rynkiem a teatrem, więc moja znajomość Gliwic do tej pory ograniczała się głównie do funkcjonowania w centrum miasta. Sytuację zmienił nieco uruchomiony niedawno rower miejski, który z jednej strony znakomicie wzmocnił klimat miasta, a z drugiej – umożliwia mi dalsze wypady w celu poznawania innych dzielnic. Czuję, że powoli wrastam w to miasto. Coraz częściej zaczynam zresztą mówić swoim znajomym z Gorzowa, że „u nas w Gliwicach” to czy tamto. Pojawia się więc ten element identyfikacji z miastem. To o tyle łatwe, że sami mieszkańcy też są bardzo otwarci i bardzo kreatywni. Zaskoczyło mnie, gdy ostatnio idąc ulicą Zwycięstwa trafiłam przypadkiem na Żywą Ulicę – happening poświęcony próbie pokazania, jak może wyglądać miasto przyjazne pieszym, w którym wszystkie ulice są zazielenione. Taka inicjatywa mieszkańców Gliwic dowodzi charakteru tego miasta. AW: Nie dziwię się, że opisuje Pani nasze miasto przez pryzmat odbywających się tu akcji społecznych. Nie jest tajemnicą, że również osobiście angażuje się Pani w aktywność na polu obywatelskim. Zarówno w rodzinnym Gorzowie, jak i na arenie ogólnopolskiej. AC: Faktycznie, w Gorzowie w pewnym momencie bardzo dużo działałam społecznie w związku z czym

utraciłam możliwość podejmowania tam pracy w moim zawodzie. Taki jest niestety koszt angażowania się w sprawy miasta i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Władzom lokalnym bardzo często się to nie podoba i szukają jakiegoś sposobu, aby społecznikom utrudnić życie. A że kultura najczęściej zdominowana jest przez samorząd, jest to tym łatwiejsze. Tym bardziej rozumiem i doceniam osoby, które decydują się na działalność społeczną. Bo to mieszkańcy zawsze są sercem miasta i od ich aktywności, ich pomysłowości zależy to, czy miasto będzie się rozwijać, czy będzie też tworzyło przestrzenie do rozwoju dla mieszkańców – czy będzie chciało się w nim żyć, czy z niego uciekać. AW: Renomę w Gorzowie Wielkopolskim już sobie Pani wyrobiła. Pora na inne miasta. Słyszałem, że ostatnio głośno było o Pani udziale w sesji Rady Miejskiej w nieodległym Bytomiu. AC: To był w sumie przypadek. Mam znajomych w Bytomiu i na profilu społecznościowym jednego z nich przeczytałam, że na sesji będzie mowa o audycie, który władze tego miasta uznają za tajny, a z nieoficjalnych informacji wiadomo, że autorzy wskazują w nim naprawdę duże nieprawidłowości. Jako członkini Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, organizacji działającej na rzecz jawności i przejrzystości działań urzędów, nie mogłam przejść obok takiej sytuacji obojętnie. Naszym celem jest pomaganie mieszkańcom w uzyskiwaniu dostępu do informacji. W tym przypadku prezydent zasłaniał się tym, że ten audyt objęty jest tajemnicą przedsiębiorstwa. Na sesji Rady Miejskiej zabrałam więc głos wykazując w oparciu o konkretne ustawy i przepisy prawne, że jest w błędzie. Przy okazji przypomniałam, jakie ciążą na osobach sprawujących władzę obowiązki względem mieszkańców i demokracji, która w tej sytuacji została potraktowana dość szorstko. AW: Ale zatajanie informacji publicznej to nie jest wyłącznie problem Bytomia. To się dzieje w wielu polskich miastach... AC: Nie tylko w miastach. AW: Może trochę szerzej – w samorządach. AC: Też nie tylko. Również w instytucjach publicznych. Jako Watchdog Polska wygraliśmy ostatnio sprawę o dostęp do dokumentów, które ukrywała przed Polakami Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego, prof. Małgorzata Gersdorf. Ale tak naprawdę prowadzimy nasze działania wszędzie tam, gdzie obraca się publicznymi pieniędzmi. Zasada jest prosta: tam, gdzie są publiczne sprawy, mieszkańcy mają prawo pytać, a urzędnicy – obowiązek im odpowiadać. I to w rygorystycznie ustalonym w Ustawie o dostępie do informacji publicznej terminie 14 dni. Warto przy tym pamiętać, że istotne jest pytanie, a nie to, kto je zadaje. Wniosek o udostępnienie informacji publicznej wysłać możemy nawet z anonimowej skrzynki mailowej i nikt nie ma prawa żądać od nas podawania jakichkolwiek danych osobowych. Istotne jest pytanie, a nie osoba, która pyta. A bez wolnego dostępu do informacji nie sposób mówić o demokracji. Nie można odpow-


12 / MAGAZYN EIMPERIUM


G L I W I C Z A N I E M N I E U R Z E K L I / 13

iedzialnie podejmować decyzji przy wyborczej urnie, jeśli władza, którą mamy w ten sposób ocenić, zataja przed wyborcami istotne informacje na temat stanu państwa albo miasta oraz swoich działań. Nie wszyscy samorządowcy o tym pamiętają, dlatego tak bardzo lubię im o tym przypominać przy każdej sposobności. AW: Ale skąd bierze się ta pokusa, żeby wszystko utajniać? Mówi się, że jeśli ktoś jest uczciwy, to nie ma nic do ukrycia. Zatajanie informacji to więc jasny sygnał, że w danym mieście dzieje się coś złego. To dla samorządowców typowe strzelanie sobie w kolano. AC: Dokładnie tak jest. Uczciwa władza nie ukrywa, tylko udostępnia. Natomiast nie jest też przypadkiem, iż mówi się, że władza deprawuje. Tak po prostu jest i potwierdzają to liczne badania psychologiczne. Sukces, jakim jest wyborcze zwycięstwo, powoduje, że człowiek zmienia sposób postrzegania rzeczywistości, obniża się poziom empatii, wzrasta natomiast skłonność do zachowań ryzykownych oraz ignorowania niebezpieczeństwa. Dotyczy to absolutnie wszystkich. Dlatego, żeby zachować równowagę, aby władza mogła mądrze rządzić, potrzebna jest druga noga, czyli świadomi obywatele, którzy będą władzę pilnować, dyscyplinować i przypominać, po co ona jest. A władza publiczna, wbrew temu, co często obserwujemy, nie jest wcale po to, żeby rządzić, ale żeby tworzyć dobro wspólne. AW: Krótko mówiąc, aktywne społeczeństwo obywatelskie, które potrafi wykształcić sprawne instytucje kontrolne, jest tak naprawdę władzy na rękę. AC: Dobrej i odpowiedzialnej władzy. AW: Pamiętam słynny wywiad w „Wiadomościach” przeprowadzony z ministrem kultury prof. Piotrem Glińskim. Dziennikarz z niedowierzaniem pytał swojego gościa, jak może utrzymywać, że rząd powinien przekazywać środki na rzecz krytykujących elitę władzy organizacji pozarządowych. Hodować wroga na własnej piersi? To dla wielu nie do pomyślenia. AC: Bezpośrednie finansowanie trzeciego sektora przez rząd czy przedstawicieli samorządu prowadzi niestety do wielu patologii. Taka organizacja nawet nieświadomie będzie bowiem zmieniać swój punkt widzenia i być może przemilczać pewne sprawy. Dlatego tak ważne jest, żeby organizacje watchdogowe miały dostęp do finansów zewnętrznych na przykład z Funduszy Norweskich, które rząd aktualnie próbuje zresztą znacjonalizować. AW: Również ze słynnej fundacji Georga Sorosa. AC: Tak. Pewne środowiska postawiły sobie za cel zohydzenie tych środków w oczach Polaków, tymczasem bez ich udziału tysiące ludzi nie mogłyby liczyć na wsparcie i pomoc prawną. Nie sposób obronić tezy, że organizacje, które z tych funduszy korzystają, działają na szkodę demokracji. AW: Ale o tym, że władza zmienia ludzi mogła się Pani przekonać również u siebie w Gorzowie, gdzie w poprzednich wyborach doszło do zmiany prezydenta. Wygrał kandydat wspierany przez ruchy miejskie, które dziś zwalcza jako wroga numer jeden. Nie


14 / MAGAZYN EIMPERIUM


G L I W I C Z A N I E M N I E U R Z E K L I / 15 wiadomo tylko, czy Jacek Wójcicki tak się zmienił, czy tylko na czas kampanii wyborczej założył sobie obywatelską maskę? AC: To jest rzeczywiście trudne na dzień dzisiejszy do rozstrzygnięcia. Faktem jest natomiast to, że jako gorzowianie założyliśmy ruch miejski „Ludzie dla Miasta”, a następnie zwróciliśmy się do pana Wójcickiego, żeby zgodził się zostać naszym kandydatem. Wydawało nam się wtedy, że mówimy tym samym językiem i wyznajemy podobne wartości. Jednak już po objęciu przez nowego prezydenta urzędu zaczęły się te same historie, które krytykowaliśmy u jego poprzednika – zwalnianie fachowców i zatrudnianie na ich miejsce znajomych bez właściwych kompetencji, wchodzenie w niejasne układy, likwidowanie miejskich placówek i przekazywanie środków na rzecz zaprzyjaźnionych organizacji, a na deser standardowy w niemal wszystkich samorządach punkt programu, czyli organizowanie igrzysk w sytuacji, gdy ludziom brakuje chleba. Są w Gorzowie przedszkola z cieknącymi dachami i szkoły z odpadającym tynkiem, a jednocześnie organizowane są festyny i drogie imprezy, prezydent kupuje kolejne służbowe auto i remontuje swój gabinet za 100 tysięcy złotych. Trzeba najpierw zaspokoić najbardziej podstawowe potrzeby, a dopiero potem wydawać pieniądze na zbytki. Można oczywiście zagłuszać głód zabawą, ale to nie jest odpowiedzialne podejście do miasta i jego rozwoju w długiej perspektywie. AW: Mając w głowie tę perspektywę gorzowską, myśli Pani, że Gliwice to jest miasto z potencjałem rozwoju ruchów miejskich? AC: Punkt wyjścia na pewno jest inny, bo inne są problemy. Gliwice z pewnością są miastem dużo zamożniejszym, z dużo większym kapitałem społecznym i z perspektywicznym kapitałem ludzkim. Gorzów jest bardziej robotniczy, Gliwice – raczej inteligenckie. Na Górnym Śląsku problemem jest na przykład smog, który może mieć kluczowe znaczenie dla mieszkańców, którzy decydują się na wybór miasta do życia. Tutaj na pewno władze Gliwic mają spore pole do działania. I mają też do tego narzędzia. To może być wymiana pieców w mieszkaniach komunalnych czy prowadzenie kampanii edukacyjnych dla mieszkańców – jak i czym palić. To również duże pole do popisu dla organizacji trzeciego sektora, które znajdują spore oparcie w Gliwickim Centrum Organizacji Pozarządowych. AW: Wracając do mojego pytania, jakby Pani oceniła ten potencjał? AC: Jest ogromny. Jest też duże pole do popisu dla ruchów miejskich, jeśli chodzi o przestrzeń publiczną. To co szczególnie frustruje nas, aktorów – nowych mieszkańców Gliwic, to fakt, jak wiele czasu stracić można na przejściach dla pieszych. Że priorytet w ruchu pozostaje po stronie samochodów, a pieszy czuje się na ulicy jak piąte koło u wozu. Natomiast jeśli poszukamy przykładów miast w Polsce i na świecie, które rozwijają się najlepiej, to będą to te, które postawiły właśnie na pieszych. Dobre do życia miasto to takie, w którym się spaceruje, jeździ na rowerach. To nie tylko zdrowe dla samych mieszkańców, ale też dla gospodarki. Zakupów nie robią samochody, tylko

ludzie. Polska, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, wciąż nie jest na szczęście królestwem „drive-inów”, a ulice handlowe najbardziej wzorcowych miast pełne są ludzi, a nie aut. Myślę, że taki model jest do wypracowania w toku dialogu z organizacjami pozarządowymi i ruchami miejskimi. Wydaje mi się, że przestrzeń na taką dojrzałą rozmowę i partnerstwo w Gliwicach jest. AW: Ale dlaczego przejścia dla pieszych drażnią szczególnie aktorów? AC: Tak się składa, że w większości mieszkamy w pobliżu teatru, więc na wszystkie próby i spektakle chodzimy piechotą, więc jest to dla nas bardzo odczuwalne. Poza tym być może to wynika z tego, że mamy doświadczenia z innych miast i możemy je obiektywnie porównać z sytuacją w Gliwicach, gdzie przejścia dla pieszych są zupełnie nie dla ludzi. AW: No właśnie, bo weszliśmy w sumie trochę niechcący na bardzo ciekawy grunt. Zespół aktorski – wiadomo – jest grupą znajomych z pracy. Ale nie samą pracą żyje człowiek, więc podejrzewam, że w garderobach rozmawia się też o prywatnych sprawach. Jakie tematy podejmują między sobą aktorzy w przerwach w pracy, oczywiście poza problemami na przejściach dla pieszych? AC: Myślę, że rozmawiamy o tym samym, o czym rozmawiają normalni ludzie. Bo – i to może być dla wielu zaskoczeniem – aktorzy są normalnymi ludźmi. Rozmawiamy o filmach, o zdarzeniach, o sprawach damsko-męskich, o polityce – jak chyba wszyscy. Ale to nie jest wyłącznie kwestia garderoby, bo bardzo często wspólnie wychodzimy na miasto, do restauracji, knajpek. Z wyborem takich miejsc w Gliwicach akurat problemu nie ma. AW: Nie neguję stwierdzenia, że aktorzy to zwykli ludzie. Nie mniej, jest to w mieście pewna awangarda, grupa zawodowa o specyficznej kondycji psychicznej i artystycznej duszy. Czy w takim mieście, jak Gliwice, które jest jednak techniczne, inżynierskie dobrze się żyje takim „niebieskim ptakom”? AC: Ja jestem specyficznym przypadkiem aktorki, bo jestem jednocześnie aktywistką społeczną. Z jednej strony chodzę więc z głową w chmurach, a z drugiej – mocno stąpam po ziemi. Myślę, że taka różnorodność jest bardzo twórcza. Marzyłabym o tym, żeby inżynierowie i studenci politechniki przychodzili do teatru, bo teatr nie jest tylko dla ludzi kultury i sztuki. Teatr jest przestrzenią, gdzie zbieg różnorodności prowadzi do powstawania innowacji. Na styku bardzo odległych od siebie dziedzin dochodzi do najbardziej twórczych zdarzeń. Myślę, że dla projektantów, inżynierów obcowanie ze sztuką sprawia, że ich horyzonty poznawcze bardzo się poszerzają, że aktywują się te połączenia w mózgu, które na co dzień nie są u nich pobudzane, a to później procentuje. Wielu znanych projektantów powtarza, że oni uwielbiają chodzić na przykład do muzeów, bo przesterowanie mózgu na zupełnie inne rejestry jest dla nich niezwykle ożywcze. W tym momencie zawsze przypomina mi się mój ulubiony serial, „Dr House”, którego bohater doznawał olśnień w sytuacjach zupełnie dalekich od szpitalnego gabinetu.


16 / MAGAZYN EIMPERIUM

Obcowanie ze sztuką, z teatrem daje taką właśnie możliwość odnalezienia inspiracji w czymś na pozór odległym od naszych zawodowych zainteresowań. AW: Ma Pani doświadczenie życia i pracy w takich miastach, jak Gorzów Wielkopolski, Legnica, a teraz Gliwice, które uważa się raczej za kulturalną prowincję. Czy w takich miejscach żyje się lepiej czy gorzej niż w miastach, gdzie ta artystyczna bohema jest bardziej rozwinięta? Czy może nie ma to żadnego znaczenia. AC: Gliwice na pewno znam najsłabiej z tych wszystkich miast. Mieszkam tu raptem od października. AW: Tym lepsze wydaje mi się to pytanie, bo dysponuje Pani świeżym spojrzeniem. Zbyt długie przebywanie w jednym miejscu generuje pewne uprzedzenie i zanik obiektywizmu w jego ocenie. AC: Tak zupełnie na świeżo, to pamiętam, że Gliwice odebrałam jako miejsce, gdzie się bardzo dużo dzieje – szczególnie w porównaniu na przykład do mojego Gorzowa. Jest bardzo duża oferta kulturalna, z której my, aktorzy, nie możemy niestety korzystać, bo mamy próby do 22. Trochę żałuję, że mnie to wyklucza z różnych sposobności. Nie mam jednak wątpliwości, że to miasto ma innych charakter, niż Warszawa, Toruń, Poznań, Szczecin, czy na przykład włoskie Lecce, w których również mieszkałam. Ale to nie znaczy, że trzeba ślepo podążać za innymi miastami. Trzeba znaleźć swoją charakterystykę i rozwijać te najlepsze potencjały. Będę się z pewnością przyglądać tym Gliwicom, bo urzekło mnie i miasto, i jego mieszkańcy, i lokalni twórcy, których miałam okazję już poznać i bardzo cenię. W teatrze mamy na przykład możliwości współpracy z Jackiem Skorupem, znakomitym gliwickim muzykiem. Mam nadzieję, że dane mi będzie nadal rozwijać znajomości z lokalnym światem artystycznym.


G L I W I C Z A N I E M N I E U R Z E K L I / 17


18 / MAGAZYN EIMPERIUM

Detektyw Historii

DETEKTYW

HISTORII

Szlak Gliwickich zabytków technikii TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 19

Jedną z najbardziej oczekiwanych przez gliwiczan decyzji władz miasta byłby muzealny powrót do jego dziedzictwa przemysłowego. Dawna techniczna potęga Gliwic umarła wraz z kolejnymi przemianami ustrojowymi, głównie II wojną światową i okresem transformacji lat 90-tych ub. wieku. O ile bowiem PRL, rządząc się swoimi prawami, nie niszczył praktycznie wcale przemysłowego spadku po niemieckich fabrykantach, o tyle późniejsze próby zbudowania nowego oblicza Gliwic polegały głównie na wyburzeniu dawnych fabryk, zakładów i mnóstwa obiektów im towarzyszących. Straciliśmy tym samym jako miasto, możliwość przekształcenia tego swoistego przemysłowego muzeum w dobrze prosperujący i przynoszący zyski interes. Idąc jednak za przykładem wielu europejskich miast będących w podobnej historycznej sytuacji, możemy pokusić się jednak o stworzenie swoistego Szlaku Gliwickich Zabytków Techniki. Cóż moglibyśmy zaproponować zwiedzającym ten Szlak? Bardzo dużo - głównie nowy sposób zwiedzania oparty na dynamicznym i realnym uczestniczeniu w poznawaniu tajników dawnej techniki. Żadnych gablotek, żadnych wypucowanych i przesadnie dopieszczonych sal – jedynie żywy, osobisty kontakt z zaginionym światem przemysłowych Gliwic XIX i XX wieku. Kolej wąskotorowa przez ponad wiek towarzyszyła gliwiczanom, wrosła w miasto i stała się jego nieodłącznym elementem. Starsi doskonale pamiętają przejazdy małymi wagonikami z Gliwic do Rud: na jagody, po kontakt z lasem, po przygodę. W tygodniu zaś torowiska kolei wąskotorowej zapełnione były składami wagonów wypełnionych węglem, szlaką hutniczą, a także – górnikami jadącymi z okolicznych miejscowości do pracy w dawnej kopalni Gliwice. Po tamtym świecie pozostały jedynie budynki stacyjne rozrzucone w sąsiednich miejscowościach. W samych Gliwicach już takiego nie ma – brak należytej konserwacji przez właściciela czyli PKP doprowadził go do stanu katastrofy budowlanej. Co ciekawe, mimo kompletnego braku rozkradzionego torowiska, cała linia kolejowa wraz z zabudowaniami technicznymi jest wpisana do rejestru zabytków woj. śląskiego. Istnieje tylko na mapach. Zachowane stacyjki są w tej chwili wykorzystywane jako budynki mieszkalne i magazynowe. Z racji statusu zabytku, nikt ich nie remontuje i niczego nie odnawia. Właściciel linii kolejowej nie che po prostu narażać się na dodatkowe, spore koszty związane z procedurami wymaganymi przez Wojewódzkiego Śląskiego Konserwatora Zabytków. I tym sposobem, już kilkadziesiąt powojennych lat, trwa agonia kolei wąskotorowych. Prawdopodobnie nie ma szans na reaktywację, ale ratunkiem może być przejęcie od PKP przez bogatego inwestora całej linii kolejowej, znalezienie dotychczasowym mieszkańcom stacyjek nowego mieszkania, a następnie…przekształcenie linii w długą ścieżkę rowerową Gliwice – Rudy. W poszczególnych zabytkowych stacyjkach powstałyby wypożyczalnie rowerów, bary i kafejki. Nie mając nawet własnego roweru, całe rodziny korzystałyby z tak pr-


20 / MAGAZYN EIMPERIUM

zygotowanej atrakcji turystycznej. Po dotarciu do Rud, turyści przesiądą się zapewne do siermiężnej ale jakże oryginalnej bo parowej(!), istniejącej tam kolejki wąskotorowej, by pojechać jeśli nie do pobliskiej Stanicy, to dalej w stronę Rybnika. Ten szlak nad rybnicki zalew zresztą niedługo powstanie. Powrót z takich rodzinnych wycieczek przebiegałby tą samą trasą, na wypożyczonych rowerach i z uśmiechniętymi twarzyczkami dzieciaków. Kanał Gliwicki jest prawdziwą perłą w lokalnym dziedzictwie przemysłowym. Do niedawna wykorzystywany był dla celów transportu wodnego, ale w momencie gdy prawie wszystkie przewozy przejęła kolej, ten 40 km pas wody czeka na inne zagospodarowanie. Poczynając od portu w Łabędach a kończąc na opuszczonym porcie w Koźlu, płynąc przez 6 śluz wodnych, oglądając skrzyżowania wodne jedno i dwupoziomowe, obserwując hydrotechniczne urządzenia pomocnicze oraz podpatrując faunę i florę terenów nadbrzeżnych, każdy turysta będzie tu chciał wrócić jeszcze raz, by dokładniej i szerzej poznać tajniki działania Kanału Gliwickiego. Jeśli dodać do tego możliwość zwiedzenia wnętrza śluz i poznania techniki śluzowania, może się okazać, że kanał będzie generował ruch turystyczny większy niż w sąsiednich miastach. Teraz wystarczy dodać do tych atrakcji możliwość wysiadania ze statków przy licznych przyszłościowych przystaniach, zwiedzanie ogromnie ciekawych terenów i zabytków w przyległym terenie, połączyć to wszystko z usługami gastronomicznymi i mamy największą atrakcję turystyki przemysłowej na Górnym Śląsku gotową. Kolejnym punktem na Szlaku Gliwickich Zabytków Techniki powinno być Muzeum Techniki. Tu powinny się znaleźć działające urządzenia dźwigowe z tuneli pomocniczych gliwickiego dworca PKP – te niestety są już zniszczone, gliwickie neony ( odtworzone oraz te jeszcze istniejące), działające, dawne, potężne magle oraz uratowane od złomowania inne urządzenia techniczne. Dopełnieniem tego stacjonarnego muzeum techniki powinny stać się udostępnione do zwiedzania wodne wieże ciśnień na terenie miasta, dawne urządzenia w wieży przy budynku komendy Państwowej Straży Pożarnej, zabudowania techniczne lokomotywowni Gliwice (obecnie już zburzona) wraz z działającą przesuwnią (obecnie zniszczona), prawdziwych, dymiących parowozów oraz niezwykle ciekawe (obecnie nikomu nie znane) podziemia dawnego browaru Scobla. Jeśli połączyć zwiedzanie takiego Muzeum Techniki z istniejącym już Muzeum Techniki Sanitarnej (przy Oczyszczalni Ścieków) z drewnianymi rurami pierwszych gliwickich wodociągów – będziemy mieli kolejny fragment Szlaku Gliwickich Zabytków Techniki gotowy. Odrębną zupełnie jednostką musi stać się Muzeum Odlewnictwa. Umieszczone jest obecnie w niefortunnym miejscu, bo na ostatnim piętrze kompleksu zabudowań po Kopalni Gliwice. Powrót do korzeni gliwickiego odlewnictwa wydaje się jedynym sposobem na właściwe potraktowanie tej ogromnej atrakcji turystycznej. Ale musi nastąpić powrót muzeum do starych i oryginalnych hal dawnej Gliwickiej Odlewni Żelaza, czyli obecnego GZUT-u. Dzięki wpisowi do rejestru zabytków, ogromna dawna hala modeli, oryginalna hala kuźni i inne stare obiekty sprzed dwustu lat istnieją tam w stanie nienaruszonym i tylko czekają na turystów. Dlaczego nie wyko-


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 21

rzystać naprawdę naszego hutniczego dziedzictwa przemysłowego, tylko pozwalać, by takie piękne historyczne obiekty musiały być wynajmowane przez GZUT różnym małym firmom i urzędom ( np. NFZ) ? Całkowitą rewelacją mogłaby się okazać oferta turystyczna pod tytułem „Śluzy Kanału Kłodnickiego”. Fakt istnienia tych potężnych obiektów hydrotechnicznych sprzed dwóch wieków i zorganizowanie trasy w porozumieniu z władzami województwa opolskiego byłoby prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Ta gliwicka została już zniszczona, ale pozostałe śluzy są ukryte w niedostępnym zwykłym turystom terenie, posiadają niezwykłe piękno dawnych budowli a ponadto koło każdej ze śluz znajduje się oryginalny tzw. domek śluzownika (czyli dawnej obsługi śluzy i stajnia dla koni ciągnących dawniej barki) mogący zostać przekształcony w obiekt gastronomiczny. Ta trasa zabytków hydrotechniki Kanału Kłodnickiego byłaby z gatunku wypraw prawie ekstremalnych, ale tego właśnie współcześni turyści szukają przecież najbardziej. Dla uzupełnienia oferty Szlaku Gliwickich Zabytków Techniki należałoby powołać do życia kolejne jego fragmenty, a więc: szlak parków i zieleni miejskiej, szlak budownictwa wojennego ( czyli schrony, bunkry i inne ukrycia z okresu II WŚ i lat 60-tych ub. wieku, okresu zimnej wojny), szlak zabytków budownictwa oraz szlak zabytków sakralnych (protestanckich, żydowskich i katolickich).


22 / MAGAZYN EIMPERIUM

PODRÓŻNIK GLIWICKI

INDIE

ZDJĘCIA: ŁUKASZ TRUSZ TEKST: ŁUKASZ TRUSZ


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 23

Kto z Was słyszał o Hansie Christianie Andersenie? Podejrzewam, że wszyscy, ale podpowiem tylko, że głównie kojarzymy go z pięknymi baśniami. Napisał jednak kiedyś jedno piękne zdanie „Podróżować, to żyć”. Ciężko się z tym nie zgodzić, nieprawdaż? W końcu codziennie odbywamy podróże większe lub mniejsze. Do szkoły, pracy, sklepu czy choćby do kosza, dzierżąc w ręku worek śmieci niczym znicz olimpijski czy też złoty graal, którego nie chcemy wypuścić z dłoni. Tak więc, podróż to nieodłączny element tego życia. Co więcej, nie mamy na to wpływu, więc nawet gdybyśmy nie chcieli to i tak jesteśmy podróżnikami, choćby w skali mikro.

Tym lekko egzystencjalnym, ale przyznajcie, że jednak miłym, krótkim wstępem, zabieram Was na kolejną wyprawę. Jakże inną, niż wszystkie jakie mieliśmy do tej pory. Kierujemy się do Azji, którą już raz mieliśmy okazję odwiedzić lecąc do Kazachstanu. Tym razem nawet nie wiem czy uda Nam się zakończyć podróż w jednym numerze, ale jak to na „zakończenie” przystało, dowiemy się o tym na ostatniej stronie. Mkniemy w nieznane do kraju, gdzie szczury mają swoje świątynie, krowy są nietykalne, a ludzie żyją i śpią na ulicach. Witajcie w Indiach!

Pierwsze kroki stawiamy w Bombaju. Jedno z najbardziej zatłoczonych miast na świecie! Z informacji jakie możemy wyczytać w internecie wynika, że zamieszkuje go 23,5 miliona ludzi. Natomiast będąc na miejscu mówiono mi, iż ta liczba przekroczyła już 25 milionów. Żeby jeszcze bardziej uzmysłowić sobie ile ludzi żyje w tym mieście, wyobraźmy sobie, że na kilometr kwadratowy wypada około 41 500 osób! Miasto w którym możemy najeść się do syta za 6 złotych, a wynajęcie kawalerki kosztuje nawet 4000zł. Choć wydaje się to abstrakcyjne, to niestety takie są fakty. Samo miasto występuje pod dwoma oficjalnymi nazwami. Pierwsza, która prawdopodobnie jest najbardziej znana przez Nas, to rzecz jasna Bombaj. Nadali ją Brytyjczycy, gdy panowali jeszcze na tych terenach, tak więc pewnie dlatego przyjęła się w Europie. Druga nazwa do Mumbaj i jest ona głównie używana w Indiach, gdyż wywodzi się z języka hinduskiego. Na szczęście nie musimy się obawiać, którą należy używać, ponieważ obie formy są poprawne.

Czym witają Nas w Indiach? Po kilkunastu godzinach w podróży i 2 przesiadkach na lotniskach lądujemy wczesnym rankiem na międzynarodowym lotnisku w Bombaju. Na dzień dobry dowiaduję się, że mój bagaż został zgubiony podczas przesiadki w Abu Dhabi i zostanie odesłany w ciągu 24 godzin. Aby jednak tak się stało musimy zgłosić się do odpowiedniego okienka i tu pierwsze rozczarowanie. Niestety Hindusi chyba nie lubią albo boją się powiedzieć, że czegoś nie wiedzą, więc błądzę 3 godziny po różnych piętrach lotniska odbijając się od różnych okienek, w których to niby mogłem zgłosić brak bagażu. Na szczęście misja kończy się sukcesem. Dostajemy papierek potwierdzający zagubienie

bagażu, a tym samym nadzieję, że być może, kiedyś do Nas powróci. Wsiadamy w taksówkę i mkniemy do hotelu. Godzina około 6.00 rano. Pusto, brudno, ciemno i obskurnie. Przed ciągiem budynków siedzi na wpół-przytomny mężczyzna na obskubanym, wysłużonym krześle. Ledwie przytomnym wzrokiem, mówi, żeby wejść do środka. Wchodząc do środka mijamy warsztat szewski. Na półpiętrze czeka winda, w której śpi Hindus w hotelowym ubraniu. Zapewne nie spodziewał się żadnych gości tak wcześnie. Wstaje, otrzepuje się i zawozi Nas na górę. Hotel zajmuje dopiero drugie piętro w całym budynku, poniżej znajdują się zakłady rzemieślnicze. Na szczęście przy recepcji idzie już gładko. Dostaję butelkowaną wodę i klucze do pokoju. Niestety sen nie trwa długo, gdyż około godziny 10.00 dostajemy telefon, że musimy się przenieść do innego pokoju, ponieważ obecny był tylko przejściowym na czas posprzątania naszego docelowego lokum. Niczym człowiek zombie wrzucam wszystko do plecaka i sunę do kolejnego pokoju. Swoją drogą okazał się miłą niespodzianką, ponieważ był w dużo lepszym stanie i nie było słychać strasznego chaosu, który panował na ulicy. Po intensywnej nocy postanawiam jednak wstać, wziąć prysznic i ruszyć na małe rozeznanie miasta. Odziany w długie spodnie i ciągle tą samą koszulkę schodzę na dół. Tutaj mała uwaga. Jeśli macie jakąś przesiadkę, to zabierajcie zawsze do bagażu podręcznego chociaż jedną parę koszulki, majtek i skarpetek. Uwierzcie na słowo, że mogą się przydać. Tym razem schodzę schodami i poza szewcem mijam jeszcze zakład krawiecki. Ludzie uwijają się w pracy niczym mrówki. Zmierzam do głównego wyjścia i nagle niczym grom z jasnego nieba uderza mnie widok jakiego się nie spodziewałem. Opustoszała i obskurna ulica, na której zawitałem nocą okazuje się tętniącym życiem, potężnym targiem. Prawdopodobnie jest to najlepsze miejsce na zakup wszelkiego rodzaju pamiątek. Dla kobiet istny raj, ponieważ przeważają tutaj damskie ubrania, niezliczona ilość biżuterii i innych świecidełek. Jeśli kiedyś myśleliście, że w Europie widzieliście tak zwaną „miejską dżunglę”, to uwierzcie mi, że to było nic w porównaniu do tego co panuje na ulicach i chodnikach w Indiach. Każda wolna przestrzeń (zwłaszcza zadaszona) jest wykorzystana na poczet rozstawienia straganów z dowolnym towarem. Spora ilość to niestety badziewie z Chin, ale można znaleźć jeszcze sporo ciekawych, lokalnych wyrobów. Na drogach chaos. Jedyne co obowiązuje, to światła, a i to nie zawsze. Jeśli przyjrzycie się któremuś ze zdjęć, to zauważycie, że praktycznie żadne auto nie posiada lusterek. Pasy zmieniamy wedle potrzeb. Ewentualnie dla grzeczności wystawiamy rękę (w ramach przeprosin) i lecimy jak przecinak na interesujący Nas pas. Najgorsze jednak jest wieczne trąbienie. Nie można tutaj przetrwać kilku minut, aby nie słyszeć trąbienia. Trąbią wszyscy i na wszystko! W skrócie można wyczuć kilka motywów trąbienia: „Cześć”, „Jak jeździsz?!”, „Inni trąbią, to też zatrąbię”, „Nikt nie trąbi, to zatrąbię pierwszy”, „Może jak zatrąbię, to zmieni się światło” i tak można w nieskończoność. Co ciekawe bardzo popularną techniką jazdy jest jazda „pod prąd”. Jeśli tylko ma to skrócić drogę, to praktykują to na kilkupasmowych drogach, jak również na zakrętach. Nie wiem jaka jest


24 / MAGAZYN EIMPERIUM


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 25


26 / MAGAZYN EIMPERIUM


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 27 śmiertelność, ale można założyć, że wysoka. Życie pieszych również nie należy do najłatwiejszych, gdyż przepychanki trwają tak samo na chodnikach jak i na ulicy. Przypadkowe zahaczenie Nas przez skuter, przy niespodziewanych jego manewrach, nie powinno nikogo dziwić. Taki urok miejskiej dżungli. Nie będzie tutaj przesadą, jeśli stwierdzę, że na ulicy większe prawa mają krowy, niż piesi. W końcu to „święte krowy”.

Zaznajomieni już nieco z ruchem ulicznym ruszmy w końcu przed siebie. „Tuż za rogiem”, bo dosłownie kilkadziesiąt kroków od hotelu czeka na Nas pierwsza atrakcja i to nie byle jaka, bo jedna z najbardziej popularnych w Bombaju. Na tyle popularna, że przychodzą tutaj setki hindusów. Proszę Państwa, oto „Brama Indii” (z ang. Gateway of India). Kształtem przypomina łuk triumfalny. Została wzniesiona w roku 1911 w celu upamiętnienia wizyty króla Anglii Jerzego V i jego małżonki Marii . Mierzy 26 metrów wysokości i nazywana jest „Taj Mahal of Mumbai”. Z tego miejsca możemy również dostać się na wyspę Elefanta, za pomocą jednej z kilkudziesięciu pływających tutaj łódek i statków. Jest to miejsce spotkań oraz wydarzeń kulturalnych. Aby się dostać na plac, na którym jest postawiona brama, należy przejść przez magiczny namiot, gdzie odbywa się kontrola niczym na bramkach na lotnisku. Głównie tłumy zbierają się tutaj wieczorem, gdy słońce powoli zachodzi, a temperatura pozwala na swobodne przebywanie na zewnątrz. Dodatkowo obiekt jest kolorowo oświetlony. Jest to również jedyne miejsce, w którym spotkałem kilkunastu fotografów uzbrojonych w lustrzanki i plecaki, którzy nagabują turystów na zrobienie pamiątkowego zdjęcia. A co kryje się w plecaku? Przenośna drukarka! Tak teraz się dba o klientów. Pełny, mobilny serwis w każdym miejscu i o dowolnej porze.

Nie zwalniając kroku chodźmy dalej, tym razem kolejny przystanek na dworcu kolejowym. Na pierwszy „rzut oka” nie wydaje się, że może być jakąś atrakcją, ale jeśli został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, to chyba jednak nie byle co. Siedziba główna indyjskich kolei i jeden z największych dworców w kraju. Wybudowany w 1887 roku. Sam budynek jest dość majestatyczny i naprawdę wielki. Zresztą, większość pokaźnych budynków swój niepowtarzalny styl zawdzięcza brytyjskim architektom. Jeśli wejdziemy od frontu, to poza kasami biletowymi i tablicami informacyjnymi natrafimy na bramki kontrolne. Można by pomyśleć, że bezpieczeństwo stoi tutaj na wysokim poziomie. Jednak wchodząc z boku budynku omijamy cały tłum i wszelkie środki bezpieczeństwa. Nie wiem do końca jak to działa i nie miałem przyjemności przejechać się pociągiem, ale słyszałem, że to ciekawe przeżycie, więc polecam, jeśli tylko będziecie mieli okazję, skorzystać z takiej atrakcji. Jest to jeden z najbardziej popularnych środków transportu i jeśli będziecie siedzieć daleko od wyjścia, zaleca się wystartowanie do drzwi nawet kilka stacji wcześniej, żeby zdążyć przecisnąć się przez wszystkich ludzi.

A jak już jesteśmy pośród tłumu, to czy może być lepsze miejsce, aby zagłębić się jeszcze bardziej w indyjską społeczność, niż lokalny targ? Podobno najlepsze miejsce do zakupu aromatycznych przypraw, świeżych owoców i warzyw. Choć, jak to na targu bywa, znajdziemy tu prawie wszystko. Niestety znajdziemy również masę zwierząt, które nie są trzymane w zbyt humanitarnych warunkach. Crawford Market to jeden z najstarszych targów w mieście. Jeszcze ciekawsze jest jednak to, że w 1882 roku jako pierwszy budynek został on oświetlony za pomocą energii elektrycznej! Śmieci, chaos i śpiący sprzedawcy na straganach nie powinni Was ani zniechęcać, ani też zdziwić. Trzeba zacisnąć zęby, przełamać się i ruszyć w głąb. Ludzi jest tu sporo, zwłaszcza w godzinach porannych. Nie musimy się obawiać, że będziemy jedynymi „białymi”, ponieważ spora ilość turystów tutaj się kieruje. Przyprawy są genialne i faktycznie nigdzie indziej nie znalazłem miejsca, w którym mógłbym je zakupić. Być może po zakupie kilograma różnych mieszanek, więcej nie szukałem, ale po prostu nie rzuciły mi się w oczy.

Dzień się kończy i najwyższa pora wracać do hotelu. Kilometry przedreptane uliczkami Bombaju po nieprzespanej nocy dają lekko w kość. Miasto nocą wygląda całkiem


28 / MAGAZYN EIMPERIUM

inaczej. W sumie przyznam, że zazwyczaj wolę miasta obserwować nocą. Odkrywają swoje drugie oblicze. Zapalają się neony, a ludzie wychodzą biesiadować i korzystać z życia. Jak sami zauważyliście na każdym kroku jesteśmy oblegani przez obcych ludzi. Niektórzy mają Nas za chodzące bankomaty i chcieliby coś od Nas dostać. Czasami wystarczy zwykłe nawiązanie kontaktu wzrokowego, aby kogoś przyciągnąć i będzie się za Nami szwendał, aż gdzieś go nie zgubimy. Dla własnego bezpieczeństwa nie nośmy przy sobie cennych rzeczy, ani nie ubierajmy się w coś co mogłoby przyciągać uwagę. Na pewno nie zakładajmy markowych rzeczy i kosztownej biżuterii. Najlepiej weźmy trochę znoszonych ciuchów, a przede wszystkim wygodne i lekkie rzeczy. Ah i najważniejsze! Używajcie tylko gotówki i targujcie się o wszystko. Podobno nawet w hotelach ceny nie są sztywne, a już na pewno nie na ulicach, w sklepach czy taksówkach.

Przyznacie chyba, że jak na jeden dzień to dość sporo przeżyć i atrakcji? Nie wspomniałem Wam jeszcze o dzielnicy, w której nocuję. Zatrzymałem się w Colabie. Nazwa jak nazwa, nic specjalnego ze sobą nie niesie, ale jednak samo miejsce jest interesujące. Słyszeliście kiedyś o Bollywood? Jeśli nie to powiem tylko, że to taka indyjska „fabryka filmów”, która produkuje ponad dwa razy więcej filmów niż Hollywood. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ to właśnie w Colabie możemy spotkać tak zwanych „łowców głów”, którzy wyszukują europejskie twarze do hinduskich produkcji. Sam miałem nawet taką przygodę, ale niestety nagrania odbywały się w dniu mojego wyjazdu. No cóż, szkoda. Być może dziś byłbym gwiazdą kina (w tej chwili sam uśmiecham się pod nosem). A teraz czas się położyć i odespać podróż. Jeszcze sporo atrakcji przed Nami, więc do zobaczenia w kolejnym numerze!

P.S. Walizka dotarła.


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 29

Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził trzy kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).


30 / MAGAZYN EIMPERIUM


C I A C H O I B A B E C Z K A / 31

P

oczątek maja nie rozpieszcza nas słoneczną pogodą. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że ciepłe, słoneczne dni i wieczory w końcu nadejdą. Wraz z nimi na dobre rozpocznie się sezon piknikowo-grillowy. Nawet

najprostsze kiełbaski czy chleb położone na ruszcie można ciekawie podkręcić świeżymi, kremowymi dipami. Nasze propozycje doskonale sprawdzą się zarówno do klasycznej karkówki, jak i grillowanych warzyw czy pieczonych w ogniu ziemniaków. Największą zaletą tych dipów jest ich prostota i fakt, że można je przygotować w zaledwie kilka minut. FOT: BABECZKA TEKST: BABECZKA


32 / MAGAZYN EIMPERIUM


C I A C H O I B A B E C Z K A / 33

ORZEŹWIAJĄCY DIP TWAROŻKOWY Twarożek i śmietanę lub jogurt dokładnie wymieszaj. Cebulę i korniszony posiekaj drobniutko i dodaj do twarożku. Dip dopraw sokiem z limonki oraz tymiankiem, pieprzem i solą

SKŁADNIKI 125 g twarożku kanapkowego naturalnego lub śmietankowego 2 łyżki śmietany lub jogurtu 2 nieduże korniszony 1/2 cebuli sok z 1/2 limonki 1/2 łyżeczki świezego tymianku pieprz i sól


34 / MAGAZYN EIMPERIUM

PODKRĘCONY SOS CZOSNKOWY Czosnek przeciśnij przez praskę lub rozetrzyj nożem. Wymieszaj majonez ze śmietaną. Dodaj czosnek, kapary i dopraw sos świeżo mielonym pieprzem. Jeszcze ciepły kajmak możesz ozdobić migdałami lub czymkolwiek, co podpowiada Ci wyobraźnia.

SKŁADNIKI 2 łyżki śmietany 2 pełne łyżki majonezu3 ząbki czosnku 1 łyżka posiekanych kaparów z zalewy grubo mielony pieprz


C I A C H O I B A B E C Z K A / 35


36 / MAGAZYN EIMPERIUM

WIZYTA W POLSCE OPOLE tekst: Marian Jabłoński

Stolica województwa opolskiego, główny ośrodek gospodarczy, naukowy, kulturalny i administracyjny województwa, siedziba władz ziemskiego powiatu opolskiego, jedna z historycznych stolic Górnego Śląska i jedno z najstarszych miast w Polsce. Opole, po 800 latach istnienia, zaludniło blisko 130 000 osób, znajduje się tu ogromna ilość zabytków historycznych, a bliskość Odry i jej kanałów powoduje niezwykłą estetykę tego miejsca. Każdy turysta przybywający do Opola dostrzega od razu tę właściwość, a liczne mosty, mostki, bulwary nadrzeczne i śluzy kanałów tylko potęgują to wrażenie. Opole zlokalizowane jest w miejscu historycznego grodu opolan istniejącego już od ok. 980 roku, będącego częścią państwa Mieszka I. Powstanie, czyli lokacja miasta następuje przed rokiem 1217 a niedługo potem, bo w roku 1228 książę Kazimierz I Opolski buduje tu zamek warowny, strzegący granic państwa polskiego. Pozostała po nim tylko 35 metrowa wieża - najlepszy dziś taras widokowy na całe Opole. W okresie świetności zamku, w wieży znajdował się tradycyjny loch dla niepokornych, kuchnia z izbą oraz wartownia. Dostać się do wieży można było tylko od strony zamku, drewnianym gankiem prowadzącym do otworu wejściowego na wysokości 9 metrów. Tym sposobem, nikt postronny nie mógł zagrozić wartownikom wypatrującym wroga przez okienka, a loch w wieży stawał się 9 metrową studnią bez wyjścia. W XIX wieku cały teren wokół zamku zamieniono w park z egzotycznymi drzewami, a fragment dawnej fosy stał się, po rozbiórce budowli w latach 1928-1931, stawem zamkowym . W lecie pływano tu łódkami, w zimie po zamrożonej jego tafli jeździli łyżwiarze. Lodowisko było wyposażone w oświetlenie, szatnie i instalację do jego okresowego nawadniania. Mimo istnienia dziesiątków obiektów historycznych, Opole kojarzy się przede wszystkim z piosenką polską. To tu zabrzmiały po raz pierwszy przeboje festiwalu opolskiego, to tu pierwsze kroki stawiały późniejsze gwiazdy piosenki i wreszcie, to tu śpiewano całą widownią popularne do dziś zwrotki i refreny przebojowych piosenek.


W I Z Y T A W P O L S C E / 37


38 / MAGAZYN EIMPERIUM

Obiekt usytuowano na miejscu wyburzonego w 1928 roku przez niemieckie władze Opola starego zamku piastowskiego. Amfiteatr Tysiąclecia, czyli Narodowe Centrum Polskiej Piosenki zbudowano w roku 1963 z inicjatywy ówczesnego burmistrza miasta Karola Musioła. Projektantem tego symbolu Opola jest Florian Jesionowski, architekt wojewódzki, autor wielu obiektów i pomników w woj. opolskim. Bryła amfiteatru sąsiaduje z Muzeum Polskiej Piosenki. Jednym z piękniejszych miejsc w Opolu jest tzw. Wenecja opolska, czyli odnoga Odry - Młynówka wraz ze stojącymi jakby w jej wodzie, dawnymi młynami i kamienicami. Symbolem Wenecji jest secesyjny Most Groszowy, zwany też Zielonym. Łączy Starówkę opolską z wyspą Pasieka na Odrze. Zbudowany został w roku 1903 z inicjatywy opolskiego Komitetu Upiększania Miasta. Współcześnie nazywany jest też mostem zakochanych, z racji setek kłódek miłości zamkniętych na zawsze na jego barierkach. Tuż przy nim, w ogrodzie dawnego posterunku strażniczego, zwanego Domkiem Szwajcarskim, gdzie pobierano fenigową opłatę za przejście mostem, stoją kamienne rzeźby trzech dziewcząt autorstwa Thomasa Myrtka – tego samego który wyrzeźbił postacie „Uczniów” stojące w Gliwicach przy ul. Barlickiego przed obecnym Młodzieżowym Domem Kultury.

Osiemsetlecie istnienia Opola to doskonała okazja do historycznego zaprezentowania dawnego średniowiecznego grodu opolan. W przeciągu całego roku 2017 zaprezentowanych zostanie szereg wydarzeń kulturalnych, promujących miasto i jego bogatą historię. W maju, zaproszono na opolską wyspę Bolko tysiące mieszkańców i turystów. Odbywał się tu bowiem międzynarodowy turniej rycerski – wielka inscenizacja historyczna z okresu mniej więcej od X do XV wieku, na którą zaproszono rycerskie grupy rekonstrukcyjne z całej Europy. W sumie około. 400–tu rycerzy przyjechało z Białorusi, Ukrainy, Węgier, Austrii, Czech, Słowacji, Niemiec, Chorwacji, Serbii i Włoch. Bractwa rycerskie prezentowały swoje umiejętności przez całe 3 dni trwania imprezy. Rozpoczęto od eliminacji, na którą złożyły się średniowieczne sztuki walki: rzuty toporem, nożem i włócznią. Swój kunszt

musieli też zaprezentować łucznicy oraz rycerze walczący w turnieju bojowym na miecze i puginały. Nie obyło się bez bardzo widowiskowych pokazów konnicy i artylerii średniowiecznej. Zaproszonym mieszkańcom Opola i turystom czas umilały średniowieczne grupy muzyczne: Szelindek z Węgier oraz Javaryna z Białorusi. Ogromnym powodzeniem u widzów turnieju cieszył się pokaz kaskaderów konnych a także pokazy prawdziwej potyczki konnych rycerzy walczących na kopie. Zmaganiom rycerzy towarzyszył jarmark średniowieczny z warsztatami dawnego rzemiosła, średniowieczne gry i zabawy dla dzieci i dorosłych, nauka tańców dawnych. Dla bardziej wymagającej publiczności przygotowano naukę strzelania z łuku, rzutów włócznią, nożem i toporem. Po takich wyczynach należało oczywiście wzmocnić siły w karczmie z prawdziwym jadłem staropolskim lub skosztować podpłomyków z oryginalnego, średniowiecznego pieca opalanego drewnem. Na miłośników dawnego rzemiosła czekały stragany i warsztaty, gdzie lepiono garnki, szyto sakiewki, tkano materiały i obrabiano bursztyn. Największą radość z imprezy miały jednak dzieci, bo do woli mogły hasać po ogromnej polanie zaopatrzone w łuki, hełmy, miecze i tarcze, czy stroić się w bogato zaopatrzonych kramach dawnych sukienników. Świętowanie 800 lecia Opola w rozmaitych, cotygodniowych imprezach plenerowych będzie trwało do końca roku 2017.


W I Z Y T A W P O L S C E / 39


40 / MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność Wiosna to działa! AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

"Wiosna to jest nowy początek. Wszystko można zacząć od nowa. A czasem jest też tak, że życie zabiera coś, żeby zrobić miejsce na coś nowego zmusić człowieka do zmiany. Lubię wiosnę we wszystkich jej wymiarach. Lubię wiosenny deszcz i wiosenne słońce, uwielbiam skowronki, bzy i tulipany. Lubię zapach wiosny w powietrzu i wiem, że on zapowiada coś nowego. Czasem człowiek sam decyduje o tym co chce zmienić, jak i kiedy. Czasem życie przynosi mu niespodziewane zdarzenia i zmusza do takiego zmiany, której nie był w stanie przewidzieć. Ale tak czy inaczej zmiany są dobre, bo uczą nas nowych umiejętności, zmuszają do wysiłku, do rozwoju i do podążania naprzód. Za to lubię wiosnę najbardziej" ~Beata Pawlikowska

Wiosna to nowy początek. Wszystko możemy zacząć od nowa. Zacznijmy od siebie i swojego otoczenia. Zróbmy porządek. Miejsce na nowe, lepsze, zdrowsze. Wyrzućmy wszystko co nie działa. Nie bójmy się zmian. Zmiany są dobre. Wiosna to działa ! Do dzieła !


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 41

„Wyrzuć wszystko, co nie działa. Teraz. Weź i wynieś na śmietnik. Buty, dajmy na to, w których się potykasz, jest ci niewygodnie – na śmietnik. Talerz ze starego serwisu, na którym już nic nie podasz – wystaw przed drzwiami, może ktoś weźmie. Karteczkę z dietą, przyczepiona na drzwiach lodówki (to już nawet nie jest śmieszne!!!) Codzienne wieczorne rozmowy telefoniczne: „wyobrażasz sobie, co za koszmar!”, a ty: „Uhm! Koszmar!”, a sama przestępujesz z nogi na nogę, bo twój ulubiony serial zaraz się zacznie, kąpiel stygnie (pachnąca kąpiel po ciężkim dniu). Twoja znajoma (ta od telefonu) ma codziennie koszmar – po co ci to? Wyrzuć słowa, które wypowiadasz rano do budzika: „jeszcze pięć minut”. Albo wstań od razu, albo ustaw pobudkę dla siebie, a nie dla sumienia. Nie działa! Wyrzuć zwyczaj pocierania oczu, gdy są umalowane – albo się nie maluj, albo nie pocieraj – przecież oczy to boli! Wyrzuty z powodu tego, czego dziś nie zdążyłaś zrobić – won. Nobody is perfect – powieś sobie na lodówce zamiast diety. Wyrzuty z powodu przeszłych czynów, stosunków, znajomości, wyborów, które kiedyś zrobiłaś… Wyrzuty – won do diabła. Wszystko się zgadza. Co by się nie zdarzyło, to był jedyny prawidłowy wybór wtedy, w tamtej sytuacji. Żadnego żalu – tylko doświadczenie i wdzięczność. Żadnego rozmyślania „co by było, gdyby…” – albo rób, albo nie myśl. Spróbuj – jak się spodoba, to idź dalej. Lodowisko, nauka japońskiego, poznać kogoś, nowa praca, nowa fryzura, teatr… Jutro, dobrze? Choć jedną rzecz, ok? Zamiast rozmyślania, które trzeba wyrzucić. Wyrzuć zwyczaj przepraszania po kilka razy. Wystarczy jedno szczere „przepraszam”, jeśli jest powód. Reszta to śmieci, balast. Swetry, sukienki, dżinsy i inne badziewie, które ci nie pasuje, pogrubia, postarza – won! Żadnych „na działkę”, żadnego „do lasu”! Na przemiał! Przecież nie znalazłaś siebie na śmietniku – masz być zawsze piękna! Wyrzuć „walizkowe relacje”, które są jak walizka bez rączki, co to i nieść ciężko i wyrzucić szkoda. Ręce ci jeszcze nie odpadły? Zdecyduj się i zamień je na eleganckie, z kółeczkami, takie, co same jadą ku radości wszystkich. Zrozumiałaś metaforę? Pięknie, lekko, komfortowo, pewnie. Resztki kosmetyków, zbędne lekarstwa, przeterminowane kremy – won! Zasługujesz na świeże, dobre, najlepsze. Obietnice, że „kiedyś” napiszesz, zadzwonisz, zrobisz, zaniesiesz, kupisz – jeśli wiszą ponad tydzień (no dobrze – dwa!) i nikt nie umarł, to znaczy, że są zbędne. Wykreśl. Słowa „nie umiem”, „nie znam się” – nie działają. Dowiedz się, naucz, poznaj albo zapłać temu, co umie. Przecież nie prowadzisz hodowli kompleksów, tylko chcesz żyć wygodnie, prawda? Wspomnienia, z powodu których trzęsą ci się ręce i masz łzy w oczach – won! Jak wrócą – ponownie delete. Nie zatruwaj sobie życia. Było – minęło. Zwyczaj ciągłego ustępowania, bycia „grzeczną dziewczynką”, „grzecznym chłopcem” , przemilczania, nawet gdy czegoś bardzo potrzebujesz, ale „co ludzie powiedzą” – wyrwij z korzeniami! Mów, proś, komentuj, wypowiadaj się – grzecznie i taktownie, ale zgodnie z własną wolą i o swoich potrzebach. Strach przed starością, chorobą, przed nowym, wątpliwości co do swojej urody i wdzięku, brak wiary we własne szczęście – spakuj i spal, a popiół – na wiatr. To nie działa, nie pomaga. Przeszkadza żyć po ludzku. Zepsute zapalniczki, długopisy, czajnik, kuchenkę – won. Kupisz nowe. Zwyczaj przepieprzania czasu w internecie – wywal już teraz, zaraz, natychmiast! Skończysz czytać – idź na spacer. Tam jest dobrze, jest świeży podmuch powietrza, słońce albo deszcz, zieleń albo śnieg. Przejdź się, pooddychaj, popatrz, posłuchaj, powąchaj. To żyje. To działa.” ~Autor nieznany


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 14

Magazyn eIMPERIUM nr 05/2017  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.