Page 1

www.eimperium.pl

Smog nasz POWSZEDNI

NR 8 / LISTOPAD 2016

Słodkie życie rzemieślnika ROZMOWA ZE STARSZYM CECHU ANDRZEJEM ZARZYCKIM O PASJI DO CUKIERNICTWA I RZEMIOSŁA

CZYM ODDYCHAMY I DLACZEGO POWIETRZE MOŻE NAS ZABIĆ?

CIACHO I BABECZKA

DETEKTYW HISTORII

Plac Piłsudskiego

Szykujemy się na Święta


02

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Piekło rankingów TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

G

liwice zdominowały organizowany przez Politechnikę Warszawską ranking najlepiej rozwijających się miast na prawach powiatu. Nasze miało było bezkonkurencyjne w obu kategoriach: zarówno wśród Prymusów Roku - najbardziej rozwiniętych gmin w 2014 roku, jak i Tygrysów Roku, czyli najdynamiczniej rozwijających się jednostek samorządu terytorialnego. Ranking tworzony jest na podstawie kilkunastu kryteriów, takich jak dochody budżetu, wydatki inwestycyjne, stopa bezrobocia, migracje czy pokrycie miasta siecią kanalizacyjną. Są to więc w całości łatwe do agregowania dane, które wystarczy skopiować z rocznika Głównego Urzędu Statystycznego, porównać i ranking właściwie gotowy.

W mojej opinii takie rankingi nie tylko nie dają jednak rzetelnej wiedzy na temat tego, co dzieje się w mieście, ale wręcz mogą wyrządzić wiele szkody. Piekło wszelkich rankingów polega na tym, że operują one wyłącznie danymi ilościowymi. Aby sprawdzić, czy miasto rozwija się w sposób zrównoważony, organizatorzy rankingu porównują na przykład sumy wydatków inwestycyjnych, ale nikt już nie sprawdza na co i w jaki sposób te pieniądze są wydawane. Czy finansowane z nich inwestycje faktycznie przyczyniają się do zrównoważenia rozwoju miasta, czy wręcz przeciwnie - powodują rozwój biegunowy od jednej skrajności do drugiej? Ranking opiera się więc wyłącznie na statystycznych półprawdach, które bardzo łatwo zaprzęgnąć do bieżącej propagandy prowadzonej przez władze wielu gmin. Mieszkańców słusznie dochodzących swoich praw bardzo łatwo można bowiem spacyfikować powołując się na wyniki takich mało rzetelnie przeprowadzonych badań. Najprościej wyjaśnić moje wątpliwości na konkretnym przykładzie. Spójrzmy na dwa miasta, z których jedno co roku wydaje 100 mln zł na budowę nowych dróg i 50 mln zł na utrzymanie komunikacji miejskiej, a drugie wydaje te same kwoty odwrotnie. Na pozór za bardziej zrównoważony należy uznać rozwój tego drugiego miasta, które inwestuje większe środki w przyjazny dla środowiska transport zbiorowy. Patrząc jednak na sprawę poprzez kryteria rankingu Politechniki Warszawskiej okaże się, że jest zupełnie na odwrót. Pierwsze z miast dostanie bowiem premię punktową za wyższą kwotę wydatków inwestycyjnych. Nic więc dziwnego, że Gliwice, które od lat minimalizują środki wydawane na transport zbiorowy, maksymalizując jednocześnie wydatki na budowę nowych dróg (z DTŚ włącznie) tak dobrze wypadły w tym rankingu. Nie ma to jednak nic wspólnego z faktycznym zrównoważeniem rozwoju naszego miasta.

fot. Telewizja Imperium


PIEKŁO RANKINGÓW /

03

04 TAKI BYŁ PAŹDZIERNIK... 06 TWARZE GLIWIC 16

DETEKTYW HISTORII

22 GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA 24 SMOG NASZ POWSZEDNI 30 PODRÓŻNIK GLIWICKI 40 CIACHO I BABECZKA W KUCHNI 44 PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

Z pewnością dużą ilość punktów otrzymaliśmy również za sieć kanalizacyjną i nowoczesną oczyszczalnię ścieków, które od lat są oczkiem w głowie władz miasta. To oczywiście pozytywne zjawisko, które pozwoliło uporządkować gospodarkę ściekową na terenie miasta. Zaangażowanie w ochronę czystości wody nijak nie przekłada się jednak w skuteczność ochrony powietrza. To skutecznie zatruwane jest i przez nadmierna ilość poruszających się po mieście samochodów, i przez niską emisję z przydomowych palenisk. Jesienią i zimą ten drugi rodzaj zanieczyszczeń staje się szczególnie uciążliwy. Emisja pyłu zawieszonego PM 10, a szczególnie PM 2,5 przez większość dni przekracza zalecane normy. Czasami jednak pomiary wskazują przekroczenie bezpiecznego stężenia tylko o kilka procent, a czasami - tak było 9 listopada - nawet o kilkaset. W takiej sytuacji przebywanie na powietrzu zaczyna być śmiertelną pułapką. Więcej na ten temat piszemy w tym numerze Magazynu eIMPERIUM, który poświęcony jest między innymi zjawisku tzw. smogu. Tradycyjnie zapraszam jednak do lektury wszystkich, mam nadzieję niwzwykle ciekawych artykułów, które przygotowaliśmy na listopad.

Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Skład i grafika: Reklama:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O., ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Dawid Koszowski, koszodesign@gmail.com Dawid Rymisz, tel. 533 379 628

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


04

/ MAGAZYN EIMPERIUM

03/10 Czarny protest

TAKI BYŁ PAŹDZIERNIK...

Ogólnopolski Strajk Kobiet był wydarzeniem wzorowanym na proteście mieszkanek Islandii z 1975 roku. Pretekstem do wyjścia Polek na ulicę były rządowe zapowiedzi zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych. Mimo niesprzyjającej aury w samych Gliwicach manifestacja zgromadziła co najmniej kilkaset osób. Uczestniczki i uczestnicy zebrani na placu Krakowskim przekonywali, że nie są zwolennikami aborcji, domagają się jednak prawa wyboru dla kobiet, które zachodzą w ciążę w różnych sytuacjach życiowych i nie zawsze są w stanie urodzić dziecko. Gliwicka manifestacja odbyła się bez większych zakłóceń. Kilkuosobowa grupa kontrmanifestantów, która na środku placu Krakowskiego rozwinęła plakat antyaborcyjny, po interwencji Policji została wyprowadzona poza teren demonstracji. Przed godziną 16 część uczestników gliwickiego Czarnego Protestu udała się na wojewódzką manifestację do Katowic.

fot. Telewizja Imperium

09/10 Tenisowy rekord Czwórka śmiałków, zawodnicy rezerwowi i dziesiątki wspierających osób. To grupa ludzi stojąca za niebywałym wprost rekordem w długości gry w tenisa. Jarosław, Tomasz, Mathieu i Marek mieli odbijać piłeczkę przez 61 godzin - miał to być najdłuższy mecz deblowy. Ostatecznie skończyło się na rekordzie absolutnym, czyli 64 godzinach i 95 setach nieprzerwanej gry. Poza regulaminowymi, zgodnymi z zasadami gry w tenisa chwilami odpoczynku, gracze mieli tylko kilkanaście minut na sen. Właściwe przygotowanie kondycyjne sprawiło, że w niedzielny wieczór po udanym zakończeniu próby śmiałkowie mieli jeszcze dość sił, żeby do późna świętować niebywały sukces.


TAKI BYŁ PAŹDZIERNIK... /

15/10 Złote Buty dla Szmuatuły Bramkarz Piasta Gliwice, Jakub Szmatuła, otrzymał od redakcji “Sportu” Złote Buty, czyli nagrodę dla najlepszego piłkarza sezonu w Polsce. Nagroda katowickiego tygodnika przyznawana jest od 1957 roku. Szmatuła jest jej sześćdziesiątym laureatem. Poza okolicznościową statuetką i plakatem upamiętniającym swój triumf, bramkarz niebiesko-czerwonych odebrał także okolicznościowy zegarek, ufundowany przez sponsora rankingu. Uroczyste wręczenie odbyło się przed meczem derbowym z Ruchem Chorzów wygranym przez Piasta 2:1.

fot. Natalia Wójcik

fot. Telewizja Imperium

31/10 “Wojskowy” bez chirurgii Ostatni dzień października zbiegł się w dawnym Szpitalu Wojskowym z końcem pracy oddziału chirurgicznego. W ramach oszczędności połączono go z podobnym oddziałem działającym w Gliwickim Centrum Medycznym przy ulicy Kościuszki. Chirurdzy z Zygmunta Starego w większości rozwiązali swoje kontrakty i bez trudu znaleźli pracę w innych szpitalach na terenie aglomeracji. Zdaniem rzecznika Prezydenta Gliwic, poszło o finanse. - Lekarze [...] powiedzieli, że nie będą pracować za takie pieniądze - komentował na gorąco Marek Jarzębowski. Nieoficjalnie mówi się jednak o tym, że medykom nie podobało się, że ich cieszący się dobrą sławą oddział łączony jest z dużo niżej ocenianym oddziałem z ulicy Kościuszki.

05


06

/ MAGAZYN EIMPERIUM

TWARZE GLIWIC

Andrzej Zarzycki

A

ndrzej Zarzycki. Z wykształcenia i zamiłowania cukiernik. W Gliwicach mieszka od 1980 roku. Od tego samego czasu prowadzi działającą nieopodal Rynku cukiernię "Łodzianka". Wieloletni działacz samorządu branżowego. Od 1998 roku pełni funkcję Starszego Czechu Rzemiosł Różnych i Przedsiębiorczości w Gliwicach. Wielokrotnie nagradzany zarówno za swoją działalność zawodową, jak i społeczną. Prywatnie mąż i ojciec trójki dzieci.


TWARZE GLIWIC /

07

SŁODKIE ŻYCIE RZEMIEŚLNIKA

Rozmawia Andrzej Wawrzyczek / fot. Andrzej Wawrzyczek ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Rozmawiamy chwilę po uroczystym ślubowaniu nowych uczniów rzemieślniczych. Gdy wręczał im Pan akty ślubowania, zapewne wróciły wspomnienia z dni, gdy to Pan wchodził do rzemieślniczej społeczności? ANDRZEJ ZARZYCKI

To już niestety było dawno, dawno temu – w latach 70. Wtedy nieco inaczej to ślubowanie wyglądało. Nikt nam nie wręczał takich formalnych aktów ślubowania. To innowacja, bo uważam, że cech powinien iść z tradycją, ale nie stronić od nowoczesności. Lata 70. to był taki – powiedziałbym – czarno-biały okres. Przynajmniej wielu młodym osobom się to tak kojarzy, bo znają te czasy tylko ze starych kronik filmowych. Ale starsi też często wspominają, że życie było wtedy raczej bezbarwne. I Pan w samym środku tej życiowej szarości postanawia zostać cukiernikiem, czyli wyrwać się z codziennej monotonii na coś co kojarzymy z radością, szczęściem. Ja do tego zawodu trafiłem całkowicie z przypadku. Gdy kończyłem szkołę podstawową, mając lat piętnaście, najpierw chciałem zostać rolnikiem. Ale moja mama z rozmowy z jakąś znajomą dowiedziała się, że w cukierni potrzebny jest uczeń. Bardzo wtedy lubiłem i nadal lubię słodkie rzeczy, ale trochę się jeszcze wahałem. Wolałem iść do technikum samochodowego, ale tam było aż siedmiu kandydatów na jedno miejsce, więc nawet zdany egzamin nie zapewnił mi miejsca w szkole. Pozostałem z obietnicą, że w kolejnym roku przyjmą mnie w pierwszej kolejności bez egzaminu. W międzyczasie wrócił jednak temat wakatu w cukierni i zdecydowałem się podjąć naukę w tym zawodzie. Równolegle poszedłem do dwuletniej szkoły dokształcającej. Nauka dobrze mi szła, dlatego po jej skończeniu postanowiłem wrócić do pomysłu z technikum. I być może bym ten pomysł zrealizował, ale na przeszkodzie stanęła służba wojskowa. Armia upomniała się o mnie w październiku 1976 roku. Po dwóch latach tak się zbiegło w czasie, że w

Watykanie wybierano papieża Jana Pawła II, a ja wychodziłem akurat do cywila. Od razu wróciłem wtedy do zawodu cukiernika, bo nie wyobrażałem już sobie i nadal sobie nie wyobrażam, że mógłbym wykonywać inny zawód. Ale mówi Pan jednocześnie, że cukiernictwo to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Bo nie była. Ale gdy już zasmakowałem tego zawodu, to nie wyobrażałem sobie innego zajęcia. I z perspektywy czasu uważam tak nadal. Miało na to też wpływ przekonanie, że ten mechanik samochodowy to była taka brudna, trudna praca, a o cukiernictwie krążyły zupełnie odmienne opinie. To też jest oczywiście ciężka harówka, ale efekty w postaci gotowych wyrobów w zupełności to wynagradzają. Szczególnie gdy można wnieść do zawodu coś od siebie. Nie tylko odtwarzać gotowe przepisy, ale tworzyć swoje własne receptury na nowe ciasta. Jest to więc poniekąd zajęcie artystyczne, wymagające sporej dozy kreatywności. Z jednej strony artystyczne, a z drugiej – tak jak Pan mówi – ciężka harówka. Czym innym jest przygotowywanie ciastek w domu, gdy robi się po kilka sztuk i można się delektować ozdabianiem każdego z nich, a czym innym przygotowywanie dzień w dzień setek kilogramów ciast i słodkości. W tym momencie zaczyna się dostrzegać tę fizyczną uciążliwość tego zawodu. Jest to na pewno stanie na nogach przez osiem i więcej godzin. Szczególnie, gdy przychodzą dni przedświąteczne, gdy trzeba dać z siebie więcej, niż zwykle. Trzeba się mocniej wysilić, żeby zadowolić klienta. Święta Wielkanocne, Tłusty Czwartek, Dzień Kobiet... Taki specyficzny kalendarz cukiernika?


08

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Tak. Jest na przykład okres karnawału, gdy szczególnym wzięciem cieszą się faworki (nazywane również chrustem). Także zawód jest ciekawy i pozwala się na pewno realizować. Inwencja twórcza jest tu bardzo wskazana i daje dużo satysfakcji. Wracając jeszcze na chwilę do przeszłości. W 1978 roku opuścił Pan szeregi wojska, żeby wrócić do zawodu cukiernika. Chyba się Pan jeszcze wtedy nie spodziewał, że trafi na tak trudny okres. Schyłek PRLu to był przecież permanentny kryzys ekonomiczny. Nic nie można było dostać. Cukier był wyłącznie na kartki. To musiała być dla Pana prawdziwa szkoła życia? W 1980 roku, mając 23 lata, już prowadziłem firmę na własny rachunek. Nie ukrywam, że było to możliwe dzięki mojemu szefowi, u którego się uczyłem. On mi bardzo dużo pomógł i bardzo sobie to do dziś cenię. Utrzymujemy zresztą ze sobą kontakt. Te trudne warunki, na które wówczas natrafiłem to była dla mnie prawdziwa nauka przedsiębiorczości. U nas na Śląsku było jeszcze o tyle łatwiej, że cukier można było dostać po tzw. cenie komercyjnej. Do dziś pamiętam dość dokładnie, że cena cukru na kartki wynosiła wówczas 10,50 zł, a po cenach komercyjnych bodajże 24 złote. Tu też trzeba było trochę zachodu i nie ukrywam, że znajomości. Warto było mieć dobry układ z kierownikiem sklepu, który otrzymywał cukier w 50-kilogramowych workach. Jeśli miał do wyboru rozważać to i sprzedawać w detalu, albo oddać mi cały worek, to było to dla niego dużo prostsze.

Dyplomacji ekonomicznej? Dziś możemy powiedzieć, że dyplomacji, ale w tamtym czasie to się nazywało kombinacja. Ale wtedy też nie robiło się takiego dużego asortymentu, jak dzisiaj. Wyrób był dość podstawowy, jak pączki, drożdżówki, jakieś ciasta. Łącznie może piętnaście gatunków różnych produktów. Dzisiaj możliwości kreacji nowych wyrobów są praktycznie nieskończone. Wspomnieliśmy już, że od 1980 roku prowadzi Pan w Gliwicach Cukiernię „Łodzianka”. Jak Pan wspomina tamte czasy? Na Śląsk przyjechałem z centralnej Polski jako tzw. gorol, ale pamiętam, że wszyscy bardzo dobrze mnie wtedy przyjęli i do tej pory bardzo dobrze się tutaj czuję. Od mojego ówczesnego szefa dowiedziałem się, że prowadzący Łodziankę właściciel rezygnuje z tego zajęcia i zwalnia się lokal. Ta osoba pochodziła z Brzezin koło Łodzi i stąd taka, a nie inna nazwa cukierni. A że ja też pochodzę z województwa łódzkiego, to pomyślałem, że zachowam tę nazwę, która już miała wtedy w mieście pewną renomę. Powiem tylko, że po roku czasu, gdy już osiadłem tutaj na dobre, zaprosiłem do siebie po raz pierwszy moich rodziców. Gdy na dworcu spytali o Łodziankę, to klient doprowadził ich pod samą cukiernię. Było to bardzo miłe i naprawdę dobrze wspominam te moje początki tutaj w Gliwicach. Potem przyszły reformy ustrojowe i wielka rewolucja w rzemieślnictwie. Lata 90. przyniosły dobrowolność w zakładaniu firm. Każdy mógł zajmować się czym chciał. Niezależnie, czy z wykształcenia był pielęgniarzem, czy mechanikiem samochodowym, mógł otworzyć swoją cukiernię, piekarnię czy dowolny inny zakład produkcyjny. Przyniosło to ze sobą wielki rozkwit przedsiębiorczości i wysyp różnego rodzaju mniejszych i większych firm. Zwiększyła się też siłą rzeczy konkurencja. Z kolejną rewolucją mieliśmy do czynienia w momencie, gdy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Część fachowców wyjechała wówczas do pracy za granicę i do dziś ubolewamy, że nie poczyniono żadnych uregulowań w tym zakresie. Efekt jest tego taki, że łożymy duże środki na kształcenie młodzieży – niejednokrotnie przedsiębiorcy z własnych pieniędzy dopłacają do dokształcania swoich pracowników – a następnie ci fachowcy wyjeżdżają pracować za granicę i najczęściej – jeśli są dobrzy – już tam zostają.


TWARZE GLIWIC /

09


10

/ MAGAZYN EIMPERIUM


TWARZE GLIWIC /

11


12

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Równolegle mocno podupadło w Polsce szkolnictwo zawodowe. Był to skutek odgórnego wprowadzania liceów profilowanych. Rządzący wychodzili z założenia, że każdy powinien mieć wykształcenie średnie, a popularne „zawodówki” popadły w niełaskę. Moim zdaniem to był duży błąd. Tym bardziej, że podjęcie nauki zawodu wcale nie przekreśla perspektywy dalszego kształcenia. Są dziś takie możliwości i takie przykłady, że po ukończeniu nauki zawodu kontynuuje się edukację nawet na studiach wyższych aż do poziomu profesora. Przykładem może tutaj być chociażby prof. Jan Klimek, prezes Izby Rzemieślniczej oraz Małej i Średniej Przedsiębiorczości w Katowicach. Nomen omen też cukiernik z wykształcenia. Ja mając już blisko 40 lat też chciałem się dokształcać i ostatecznie, gdy już żona mogła mi pomagać w cukierni, udało mi się skończyć szkołę średnią. Bardzo mi na tym zależało, bo uważam, że uczyć trzeba się przez całe życie. Dlatego też dzisiaj staramy się zaglądać do gimnazjów i przedstawiać uczniom perspektywy szkolnictwa zawodowego. Niestety czasami spotykamy się z różnego rodzaju uśmieszkami, że szkolnictwo zawodowe to jest coś gorszego. Sytuację być może mogłoby zmienić wprowadzenie szkolnictwa dualnego, czyli z jednej strony nauki zawodu w warsztacie, która połączona byłaby z normalną edukacją teoretyczną w szkole. To jest system wypracowany już lata temu i z powodzeniem stosowany na przykład w Niemczech. Z pewną nadzieją spoglądamy w tym względzie w kierunku zapowiadanej reformy edukacji, która mogłaby taki tryb szkolnictwa zawodowego wprowadzić. W którym momencie kariery zawodowej stwierdził Pan, że samo prowadzenie cukierni to jeszcze mało i chciałby Pan realizować się również jako aktywny członek Cechu Rzemiosł Różnych i Przedsiębiorczości? Obecny w Cechu byłem od zawsze, bo dawniej przynależność do niego była w ogóle obowiązkowa. Aż zostałem zauważony przez poprzedniego Starszego Cechu, nie żyjącego już Stanisława Padiaska, który też był z zawodu cukiernikiem i traktował mnie jak własnego syna. Tak się składało, że na różnego rodzaju spotkaniach branżowych zabierałem przeważnie głos i zobaczył we mnie tę osobę, która kiedyś może go zastąpić. Od samego początku zostałem rzucony na głęboką wodę, bo na początku lat 90. - gdy zostawałem sekcyjnym w branży spożywczej – w Cechu skupionych było przeszło 2,6 tysiąca rzemieślników. Potem zniesiono tę obligatoryjną przynależność i część firm, szczególnie tych większych, zrzeszało się w ramach innych organizacji. Mniejsze przeważnie pozostawały natomiast w Cechu. Tutaj czekały na nich różnorodne szkolenia i porady prawne. Mniej to zawsze bardzo ciekawiło, dlatego angażowałem się w to i po kilku latach delegaci najwyraźniej dostrzegli we mnie tego społecznika i zostałem wybrany najpierw do Komisji Rewizyjnej, gdzie byłem zastępcą przewodniczącego, a po jednej kadencji – Starszym Cechu. I tak jak mówię, od razu rzuciło mnie na głęboką wodę w sam środek tej reformy, która powodowała nagłe uszczuplenie członków Cechu. Musiałem nauczyć się szybko na te zmiany reagować.


TWARZE GLIWIC /

13

Myślę, że od lat 90. w rzemiośle zmieniło się bardzo wiele. Członków Cechu ubywa także dlatego, że wiele zawodów wychodzi z użycia. Kiedyś byli i kowale, i parasolnicy, i rymarze. RTV też już się obecnie mało naprawia. Szewców też praktycznie już nie ma. Spada zapotrzebowanie na zegarmistrzów, bo już wystarczy tylko baterie w zegarkach wymieniać. Są też i nowe zawody, które dopiero powstają, ale nie chcą się już zrzeszać w Cechu. W tej chwili edukację prowadzimy tylko w kilku zawodach: fryzjer, kosmetyczka, cukiernik, piekarz, mechanik samochodowy, elektromechanik, budowlaniec, malarz-tapeciarz, murarz i to w zasadzie wszystko. Mimo wszystko wciąż możemy, spacerując po mieście, natrafić na takie niewielkie, rodzinne zakłady. A to pracownie fotograficzne, a to jakiś magiel. Wydaje się, że jest tu coraz mniejsze zapotrzebowanie, ale wciąż jeszcze te punkty się na rynku utrzymują. Sam byłem ostatnio w takim zakładzie rymarskim, gdzie okazuje się, że właścicielka ma pełne ręce roboty, bo praktycznie nie ma już żadnej konkurencji. To są najczęściej firmy, gdzie fach przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Ewentualnie na zasadzie przyuczenia udaje się znaleźć kolejnych pracowników. Niestety młodzież nie garnie się do tych zawodów tak chętnie, żeby można było całe klasy uruchamiać. Sam mam trójkę dzieci i każde z nich poszło w zupełnie innym kierunku zawodowym. Wcale zresztą nie próbowałem ich zmuszać, żeby zostawali cukiernikami. Ja oczywiście bardzo to lubię, moja żona – z wykształcenia pielęgniarka – też bardzo polubiła ten zawód, choć odchodząc z poprzedniego niemal płakała. Córkę mam już po studiach, ale też pracuje u mnie w cukierni. Czyli taka rodzinna firma z prawdziwego zdarzenia? Tak. Chociaż drugi syn to sportowiec i troszeczkę inną działalność prowadzi. Najmłodszy syn aktualnie studiuje ekonomię, co też może mu się w cukierni przydać. Ale nie wiem, czy ktoś przejmie ode mnie pałeczkę i będzie dalej prowadził Łodziankę. Dałem dzieciom wolną rękę w tej kwestii, ale równocześnie podkreśliłem, że mogą w każdej chwili przyjść do cukierni, zobaczyć jak to wygląda i się czegoś nowego nauczyć: albo się wdrożą, albo nie. Jak wobec tego widzi Pan przyszłość rzemiosła? Są perspektywy, żeby patrzyć na nią z optymizmem i oczekiwać jakiegoś trwałego renesansu? Ja z reguły jestem optymistą i liczę na przebudzenie rodziców, że przestaną swoje dzieci gonić na studia po teoretyczne wykształcenie, które nie zawsze przekłada się na praktyczną znajomość zawodu. Sądzę, że przyjdzie taki moment, gdy ważniejsze od wykształcenia będzie zapewnienie sobie stabilnych warunków życia, które oferuje szkolnictwo zawodowe.


14

/ MAGAZYN EIMPERIUM


TWARZE GLIWIC /

15


16

/ MAGAZYN EIMPERIUM

DETEKTYW

HISTORII

P L A N Y B U D O W Y N O W E J S I E D Z I B Y M A G I S T R AT U G L I W I C K I E G O

P

rzedwojenne Gliwice roku 1895 to zaledwie 25 tys. mieszkańców, ale wystarczyło 10 lat by ilość ta wzrosła ponad dwukrotnie. Ciągle rosnąca liczba gliwiczan pierwszych lat rozwoju przemysłowego, czyli początku XX wieku, spowodowała potrzebę rozbudowy systemu zarządzania miastem. O ile na przełomie wieków XIX i XX władzy wystarczał sam Ratusz w Rynku, to już około roku 1928, oprócz tych pomieszczeń, magistrat urzędował w trzynastu innych, wynajętych lokalach w mieście. Zaczęto więc myśleć o budowie nowej siedziby dla władz ówczesnych Gleiwitz. TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


DETEKTYW HISTORII /

Lokalizacją dla nowego Ratusza miał stać się początkowo wolny od zabudowy plac zajmowany potem przez hotel Haus Oberschlesien (obecnie UM Gliwice). Inicjatorem przedsięwzięcia był już w roku 1900 burmistrz miasta Kierdel, ale prace nad pomysłem różnych komisji i radnych przeciągnęły się do roku 1908, by wreszcie kolejny burmistrz – Mentzel rozpisał konkurs na projekt nowego ratusza. Nadeszły aż 123 zgłoszenia konkursowe, z których komisja musiała wybrać jeden do realizacji. Przez kilka lat kolejne komisje nie mogły dojść jednak do porozumienia i w efekcie, kiedy w roku 1914 wybuchła I Wojna Światowa, sprawa budowy nowego Ratusza przestała być priorytetową dla władz Gleiwitz. Koniec wojny, reparacje wojenne Niemiec i późniejszy okres Plebiscytu na Górnym Śląsku też nie sprzyjały inwestycji. W końcu, na placu przy Wilhelmstrasse (obecna ulica Zwycięstwa) zamiast budynku magistratu stanął hotel „Haus Obeschlesien”. Radcą budowlanym był już wtedy znany architekt gliwicki Carl Schabik i to on rozpoczął powtórne starania o budowę nowego ratusza, ale w nowym miejscu – na terenie dzisiejszego placu Piłsudskiego (wówczas Königsplatz ). Niestety, kryzys światowy znów pomieszał plany gliwickim budowniczym i tym sposobem – mimo posiadania przez miasto kolejnych projektów, w tym samego Carla Schabika, nic na Reichspräsidentenplatz - bo tak zaczął się ów plac nazywać – nie zbudowano. POMNIK "ROBOTNIKA" Obecny plac Piłsudskiego – z różnymi historycznymi nazwami w przeciągu dwóch wieków – stanowił od „zawsze” miejsce patriotycznych manifestacji. Pomniki w tym miejscu też sytuowano rozmaite – najpierw był przedwojenny

17

pomnik „Robotnika”, potem w 1945 roku postawiono tu Pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej, burząc wcześniej oczywiście „Robotnika”, a w latach wolności po PRL-u ustawiono na cokole marszałka Józefa Piłsudskiego, burząc wcześniej oczywiście „ruską gwiazdę” – ale o tym za chwilę. Najciekawszym historycznie obiektem był tu niewątpliwie mało znany dziś pomnik „Robotnika”. Ten szkaradny posąg przedstawiał podobno górnika opartego o wielki młot. Tyle że nie miał symbolizować wspomnianej postaci, lecz rzecz w zasadzie trudną do pokazania w kamieniu – przemysł górnośląski. Historia jego powstania wiąże się ze znaną postacią Oskara Troplowitza, wynalazcą kremu Nivea, plastrów, pasty do zębów i paru innych jeszcze drobiazgów farmaceutycznych. Oskar wzrastał w rodzinie Żydów gliwickich i to bardzo zamożnej, gdyż posiadała wtedy znaną winiarnię przy Rynku. Zamieszkiwali w rejonie skrzyżowania ulicy Górnych Wałów i Ziemowita, gdzie posiadali przy domu sławny w Gliwicach ogród z okazami flory z całego świata. Ojciec naszego wynalazcy - Ludwig po wielu latach pracy w branży budowlanej stał się osobą znaną w Gliwicach i powszechnie szanowaną. Zapewne dla umożliwienia swoim dzieciom lepszego wykształcenia w większym mieście Ludwig przeniósł się z Gliwic do Wrocławia. Tam młody Oskar zapragnął studiować. Uczęszczał najpierw na farmację, lecz posłuszny ojcu zajął się praktyką aptekarską w aptece swego wuja Gustawa Mankiewicza w Poznaniu. Zmysł praktyczny kazał mu dodatkowo zająć się studiowaniem filozofii – na pozór bez związku z aptekarstwem, ale trzeba wiedzieć że wówczas na studiach filozoficznych wykładano … chemię i o to chyba Oskarowi chodziło. Za sprawą pieniędzy rodziny Oskar wykupił w 1890 w Altonie pod Hamburgiem


18

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Pomnik "Robotnika" ufundowany przez Oskara Troplowitza. Lata 30. XX wieku. zakład farmaceutyczny Paula Beiersdorfa. Otoczył się mądrymi ludźmi – dr Unna fachowcem w dziedzinie dermatologii oraz samym Beiersdorfem, który już wtedy posiadał patenty na opatrunki. Wiedział czego szukać w życiu i jak to osiągnąć – wykupił bowiem patent Lifschütza na "eucerin", czyli preparat którego brakowało mu do uzyskania właściwej postaci znanego nam kremu Nivea. Dopełnieniem wynalazku kremu kosmetycznego było również mydło o tej samej nazwie. Ciekawostką z życia Oskara Troplowitza jest jego małżeństwo z własną

kuzynką Gertrudą Mankiewicz. Trudno to logicznie wyjaśnić, choć można domniemywać iż chodziło o … pieniądze. Te pozostały bowiem w rodzinie. Majętna rodzina Troplowitz posiadała w Hamburgu willę i spory ogród, do którego rzeźbę Diany – bogini lasów wykonał zaprzyjaźniony artysta Arthur Bock. I tu jest przyczyna, dla której tak bardzo rozwinąłem temat zamieszkiwania Troplowitzów w Hamburgu. Oskar – po śmierci swego ojca Ludwiga w 1913 roku – odziedziczył spory majątek, który w pewnym stopniu miał być spożytkowany na jakąś formę spłacenia długu wdzięczności Gliwicom, gdzie rozpoczęła się przecież kariera i bogactwo Oskara Troplowitza. Wspomniany Arthur Bock otrzymał zlecenie wykonania pomnika dla Gliwic. Wybrano bardzo ciekawy motyw – przemys, który przecież dominował w Gliwicach i całym regionie. Ponadto był ponadczasowy i całkowicie apolityczny. Bock miał już wprawę w tego typu zamówieniach, gdyż jest także autorem pięciu sporych figur symbolizujących wiatr. Artysta zamówienie wykonał i w roku 1915 rozpocząć się mogły prace przy ustawianiu pomnika na wybranym miejscu.


DETEKTYW HISTORII /

Rzeźbiarz wybrał koryto dawnej, nieistniejącej już Dzikiej Kłodnicy tuż przy głównej ulicy jako najbardziej odpowiednią lokalizację. Tym bardziej, że pomnik miał pierwotnie stać w tafli wody i być fontanną. Dziś trudno dokładnie określić, gdzie miał stanąć, ale po wizji lokalnej doszedłem do wniosku, że pomnik chciano umieścić na dzisiejszej Alei Przyjaźni przy dawnym Domu Tekstylnym Weichmanna (znamy to miejsce jako powojenną księgarnię zagraniczną, a potem bank). Niestety wybuchła I Wojna Światowa i pomnik przezornie schowano w skrzyniach na terenie ówczesnego magazynu budowlanego, który mieścił się przy skrzyżowaniu ulic Akademickiej i Wrocławskiej – czyli na terenie dzisiejszej Straży Pożarnej. Jeszcze w latach 60-tych stał tam na samym rogu biały budynek z muru pruskiego – tam właśnie przeleżał pomnik „Robotnika” całe 15 lat, bo aż do roku 1930. Nie dane było Oskarowi Troplowitz zobaczyć swego prezentu dla Gliwic, gdyż zmarł na udar mózgu jeszcze w czasie wojny w 1918 roku. Z jakiegoś powodu w roku 1930 przypomniano sobie jednak o schowanym pomniku i dokończono jego ustawianie, lecz w zupełnie innym miejscu – na Reichspräsident Platz, czyli dzisiejszym placu Piłsudskiego – dokładnie na przecięciu osi ulic Powstańców Warszawy i Wyszyńskiego. Stał tam do początków roku 1945, kiedy Rosjanie ustawili sobie na cokole za skwerem Pomnik Wdzięczności znany jako „Gwiazda Radziecka”. Wtedy podobno doszło do likwidacji pomnika Robotnika przez zakopanie. Z informacji, które posiadał Kazimierz Bednarski

– zmarły już poszukiwacz tajemnic gliwickich pomników – wynika, że rozbiórką kierował majster budowlany o nazwisku Glinka. I tu zaczynają się tajemnice Gliwic, albowiem przez te kilkadziesiąt lat pasjonaci historii miasta karmili się wizją odkopania pomnika. Aby tego dokonać musiałem zdobyć zgodę władz na tego typu „prace ziemne”. Dla celów odkopania pomnika potrzebowałem najpierw ekspertyzy naukowców mogących zbadać teren za pomocą tzw. georadaru, czyli urządzenia, które w sposób nieinwazyjny potrafi „zajrzeć” jak swoistym prześwietleniem rentgenowskim do wnętrza ziemi. Wiedziałem, że w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie istnieje takie urządzenie. Naukowcy z AGH w ten sposób szukali zaginionych tuneli we wzgórzu w Będzinie oraz nieznanych krypt w kościołach krakowskich. Sprawą poszukiwań pomnika "Robotnika" georadarem zainteresowali się także dwaj gliwiccy przedsiębiorcy Piotr Traczewski i Marek Kasperek z gliwickiej firmy zajmującej się między innymi bezwykopowymi technologiami prowadzenia pod ziemią rozmaitych instalacji technicznych. Dzięki ich mecenatowi doszło zaraz po Wielkanocy, 26 kwietnia 2011 roku, do przeprowadzenia badań georadarem terenu hipotetycznego

ZOBACZ WIĘCEJ!

Jeden z przedwojennych projektów nowego ratusza. (AP Katowice o. Gliwice)

19

Poszukiwania pomnika "Robotnika" przy użyciu georadaru. Rok 2011.


20

/ MAGAZYN EIMPERIUM

miejsca zakopania pomnika "Robotnika". Badanie przeprowadził dr inż. Jerzy Ziętek z Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska AGH w Krakowie. Niestety nie wskazało ono na jakikolwiek sporej wielkości obiekt znajdujący się pod ziemią na głębokości do 5 metrów. Zbadano georadarem spory obszar wokół dawnej lokalizacji pomnika o wielkości kilkuset metrów kwadratowych. ponadto przeszukano fragment nasypu przed dawnym Pomnikiem Wdzięczności. Nie odnaleziono jednak zupełnie nic. Wielka szkoda, że legenda pomnika "Robotnika" tak właśnie się skończyła. Teraz przynajmniej wiadomo, że pomnik nie został zakopany w całości, lecz zapewne rozbity na kawałki i albo wywieziony jako gruz albo znalazł miejsce pod fundamentem Pomnika Wdzięczności. Ta druga opcja jest teraz najbardziej prawdopodobna. POMNIK WDZIĘCZNOŚCI ARMII RADZIECKIEJ Ze wspomnień Barbary Klimczyk - córki Waltera Scubelli, projektanta pomnika : „Chyba w lutym, w roku 1945, zabrano Ojca do Komendantury. Mama mówiła 'in die russische Komendantur'... gdzie to było, wiedzą dziś tylko historycy (naprzeciwko dworca PKP – dop. MJ) .Nikt nie sądził, że wróci. Po wielu godzinach podjechał jednak pod dom wojskowy samochód, z którego wysiadł mój Ojciec – był tak pijany, jak nigdy przedtem ani potem. Trudno mi znaleźć odpowiednie do tych czasów słownictwo, nie wiem więc, czy powiedzieć, że Ojciec otrzymał wówczas zlecenie, czy raczej rozkaz zaprojektowania pomnika ku czci poległych radzieckich żołnierzy...Dlaczego on? I jak w ogóle mógł się uchować w zdobytym przez Rosjan mieście? Podobno stał już w tłumie mężczyzn, których miano wywieźć na roboty, podobno ktoś, kto ich pilnował, krzyknął, że to przecież ten architekt Skubella… podobno był to młody Ślązak, który pracował na jednej z przedwojennych budów Ojca. Pomnik otoczony był trzystronnym ogrodzeniem – łańcuchy, o grubych, odlanych z brązu ogniwach, służyły malcom jako huśtawki. O tym, jak dalece Pomnik wżył się w otoczenie, przypominają fotografie w rodzinnych gliwickich albumach - na jego białych stopniach ustawiano dzieci do pamiątkowych zdjęć,

Ze wspomnień Jana Woźniaka – historyka gliwickiego: "W roku 1945 mój nie żyjący już krewny  o nazwisku Leon Kopkowicz - przesiedleniec z Kresów Wschodnich, został przez Rosjan zaangażowany do budowy pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej. Jako architekt budowlany otrzymał specjalne pełnomocnictwo uprawniające go do swobodnego poruszania się po terenie Śląska w poszukiwaniu materiałów do budowy pomnika. Oczywiście znalazł wszystko co trzeba i pomnik


DETEKTYW HISTORII /

stanął na nasypie przy końcu dzisiejszego pl. Piłsudskiego. Uroczyste odsłonięcie nastąpiło 29 lipca 1945. Towarzyszył temu wydarzeniu specjalny obiad wydany przez ówczesnego wojennego rosyjskiego komendanta Gliwic na który Leon Kopkowicz otrzymał specjalne zaproszenie. Niecałe dwa miesiące wcześniej w podobnej imprezie towarzyskiej został zastrzelony ówczesny prezydent Gliwic Tadeusz Gruszczyński, więc wszyscy zaproszeni z duszą na ramieniu poszli na ten obiad. Na szczęście nic złego się wtedy nikomu nie stało oprócz potężnego kaca, gdyż uczestnicy obiadu rosyjskim wojskowym zwyczajem pili wódkę szklankami do dna, aż dosłownie wpadli nieprzytomni pod stół. Wtedy żołnierze ze specjalnej obstawy wynosili takiego delikwenta w kocu na kwaterę gdzie mógł spokojnie wytrzeźwieć.” Z kart książki Bogusława Tracza „Władza, polityka, społeczeństwo w Gliwicach w latach 1939-1989” : „Odsłonięcie pomnika odbyło się 29 lipca 1945 roku. Miał formę wysmukłego czworokątnego obelisku zwieńczonego na czerwono pomalowaną gwiazdą. Na wmurowanej pośrodku tablicy, umieszczono napis w języku rosyjskim „Sowiecka Ojczyzna swoim żołnierzom – bohaterom którzy

21

wyzwolili miasto Gliwice”. Na przeciwległej stronie, na podobnej tablicy umieszczono napis także po rosyjsku „ Pomnik został wzniesiony w 1945 roku, staraniem Rady Wojennej 21. Armii 1. Frontu Ukraińskiego”. NOWE CZASY Plac nosił wówczas nazwę Placu Wolności. Pomnik Wdzięczności zburzono w roku 1990, kiedy plac nosił już nazwę Bohaterów Stalingradu. W roku 1998 odsłonięto nowy pomnik – marszałka Piłsudskiego. Działo się to dokładnie w dniu 11 listopada, a więc w 80. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Jednocześnie plac zyskał w osobie marszałka nowego patrona. Ozdobą placu w roku 2011 stała się także nowa fontanna – tym razem kolorowa i zupełnie nowoczesna. Nowa, bo miała przecież już swoją poprzedniczkę z potężnym basenem pełniącym równocześnie rolę zbornika przeciwpożarowego. Wokół basenu rosły i rosną nadal sporej wielkości drzewa, których liście każdej jesieni lądowały w wodzie, a potem na sitach pomp ówczesnej fontanny powodując częste awarie systemu pompowego. Dziś to już jednak zamierzchła przeszłość.


22

/ MAGAZYN EIMPERIUM

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK FOT. PATRYCJUSZ BRZEZIŃSKI

Galeria Jednego Zdjęcia to miejsce, w którym cyklicznie prezentować będziemy fotografie, za którymi kryją się unikatowe historie. Zachęcamy do przesyłania do naszej redakcji takich fotografi wraz z opisem. Z wielką przyjemnością będziemy je prezentować na naszych łamach.

D

rogowa Trasa Średnicowa, szczególnie na swoim śródmiejskim odcinku, trwale zmieniła wygląd miasta. W miejscach, gdzie kiedyś były kamienice i tereny zielone pojawiła się asfaltowa rzeka umocniona dodatkowo ekranami dźwiękochłonnymi. Powstała w ten sposób rana w tkance miejskiej ma oczywiście swoje praktyczne zastosowanie: każdego dnia przejeżdża tamtędy kilkadziesiąt tysięcy samochodów. Kierowcy, którzy do tej pory w centrum częściej stali w korku, niż jechali, doceniają iluzję wolności, jaką daje bezkolizyjna trasa. Iluzja kończy się, gdy trzeba zjechać z DTŚki na jedną z wąskich, śródmiejskich ulic. Tam stoi się po staremu, a szukanie miejsca do parkowania, nawet po wprowadzeniu stref płatnego postoju zajmuje parę chwil. Tymczasem pozostaje czekanie póki średnicowana rana się nie zabliźni. To możliwe jeśli podejdzie się do tego fragmentu miasta ze znawstwem. Część terenów wokół drogi z pewnością zostanie wykorzystana pod nowe budynki. Mniejsze działki wokół zjazdów warto byłoby obsadzić zielenią i zamienić w skwery. Odrapane ściany szczytowe budynków i ekrany dźwiękochłonne pokryć mogłyby natomiast zielone pnącza. Nie ma wątpliwości, że będzie na to trzeba wielu lat. Im szybciej rozpoczniemy jednak - jako miasto - proces rewitalizacji tego obszaru, tym krócej będą straszyć nas takie widoki, jak ten uchwycony na fotografii. Zdjęcie autorstwa Patrycjusza Brzezińskiego pochodzi z instagramowego projektu "Gliwice Tylko Beton", który archiwizuje alternatywną gliwicką rzeczywistość. Taką, której nie zobaczymy ani w oficjalnych publikacjach, ani w folderach promocyjnych miasta, a z którą jako samorządowa gmina prędzej czy później musimy się uporać. Pozostawienie takich perełek kolejnym pokoleniom będzie naszą porażką.


REKLAMA /

23

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


24

/ MAGAZYN EIMPERIUM

TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK FOT. ANDRZEJ WAWRZYCZEK

SMOG NASZ POWSZEDNI Pierwsze chłodne dni zwiastujące zimę to jednocześnie zapowiedź nadciągającego nad Polskę, jak ta długa i szeroka, problemu z niską emisją. Z geograficznych względów problem ten najmocniej odczuwany jest w południowych, wyżynnych regionach gdzie w dolinach i  kotlinach panują gorsze warunki wiatrowe, a przez to zanieczyszczenia dłużej utrzymują się w pobliżu miejsca ich emisji. Stąd w  czołówce najbardziej zanieczyszczonych miast Polski, ale i Europy, są między innymi Kraków oraz miasta Górnego Śląska. W tym także Gliwice, które nigdy nie rozpieszczały swoich mieszkańców zbyt czystym powietrzem. Smog związany z  występowaniem niskiej emisji, czyli tzw. smog londyński, najbardziej dokuczliwy jest, gdy temperatura spada poniżej zera. Nie tylko dlatego, że wtedy więcej grzejemy, wrzucając do przydomowych pieców więcej opału, ale także z  uwagi na zjawisko tzw. inwersji temperatur. To sytuacja, gdy – odwrotnie, niż zazwyczaj – powietrze bliżej ziemi jest zimniejsze, niż to powyżej. Hamuje to zjawisko konwekcji, a  więc naturalny ruch powietrza ku górze prowadzący do rozpraszania wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń, a  także pary wodnej. Inwersja powoduje również powstanie mgły, która zwykle towarzyszy smogowi. Stąd wywodząca się z  języka angielskiego nazwa tego szkodliwego zjawiska pochodząca od słów „smoke” (dym) oraz „fog” (mgła). To, co w cieplejszych warunkach zaraz po wyemitowaniu uleciałoby w powietrze i nie stanowiło dla nikogo zagrożenia, w przypadku inwersji temperaturowej pozostaje przy ziemi i  miesza się z  powietrzem, którym oddychamy. O  czym mówimy? To zależy od gospodarstwa domowego. Od tego, co trafia do pieca i w jaki sposób jest spalane. Tradycyjna metoda spalania „od dołu”, w której na rozpaloną podpałkę dorzucany jest opał, sprawia, że do komina ulatuje bardzo dużo substancji lotnych. To oznacza więcej dymu. Dymu, który obok nieszkodliwej pary wodnej zawiera też substancje smoliste, pyły oraz pochodne zanieczyszczeń obecnych w węglu i innych materiałach opałowych – głównie tlenki azotu i siarki. Oczywiście jeśli zamiast węgla do pieca wrzucimy na przykład śmieci, skład dymu będzie jeszcze inny. Pojawią się w nim także skrajnie toksyczne substancje, takie jak na przykład dioksyny. Norma dla pyłu PM 2,5 wynosi aktualnie 25 µg/m3. W listopadzie w Gliwicach była ona przekroczona przez 19 dni. Najgorsza sytuacja była 9 listopada. Wtedy stacja przy ulicy Mewy wskazała średnie dzienne stężenie na poziomie 128 µg/m3, choć jednostkowe, godzinowe pomiary sięgały nawet 218 µg/ m3. To około dziewięć razy więcej, niż wynosi bezpieczne dla zdrowia norma. Wdychanie smogu w dłuższej perspektywie prowadzi między innymi do powstawania poważnych schorzeń, takich jak nowotwory, przewlekła obturacyjna choroba płuc czy choroby kardiologiczne. Problemowi temu przed kilku laty przyglądała się Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), która w  swoim raporcie napisała, że pod względem zgonów generowanych spalaniem w gospodarstwach domowych Polska zajmuje niechlubne drugie miejsce ustępując tylko Rosji. Liczba blisko 24 tys. ofiar zanieczyszczeń, w przeliczeniu na mierzalne dla gospodarki straty, oznacza koszt w wysokości około 100 mln dolarów. 


SMOG NASZ POWSZEDNI /

Sytuację poprawić może stosowanie metody spalania „od góry”, w której podpałka układana jest na opał. Uwalniane substancje lotne przechodząc przez warstwę żaru ulegają „dopaleniu”. Proces ten znacznie zmniejsza ilość unoszących się z komina do atmosfery, a następnie – przy inwersji temperaturowej - osiadających nad miastem szkodliwych związków. Oczywiście spalanie śmieci w dalszym ciągu stanowić będzie dla nas śmiertelne zagrożenie. Aby wyeliminować ten problem kluczowa jest edukacja. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Kampanii „Nie Rób Dymu” aż 40 proc. Polaków przyznaje, że nie wie, na czym polega zjawisko niskiej emisji, a  20 proc. badanych uważa, że palenie śmieci to wyraz oszczędności i  proekologicznego zachowania. Owszem, spalone śmieci nie trafiają na wysypiska, ale z domowych palenisk pozbawionych jakichkolwiek filtrów, niemal w całości trafiają w formie lotnej do atmosfery. - Wiemy, że ogrzewanie wpływa na środowisko, zwłaszcza na jakość powietrza. Natomiast przy wyborze konkretnego źródła ogrzewania najczęściej kierujemy się ceną, a  wpływ na środowisko i  na jakość powietrza są elementami, który najrzadziej wpływają na nasze wybory – komentuje wyniki badań Bartosz Sawicki z  Kampanii „Nie Rób Dymu”. 

25

Te same ekonomiczne argumenty, które sprawiają, że wiele osób z niedoboru innego opału, wrzuca do pieca przysłowiowe „co popadnie”, powodują u wielu osób sprzeciw względem odnawialnych źródeł energii. Często docierają do ludzi wyłącznie informacje prasowe o  tym ile środków trafia do producentów zielonej energii w  formie dotacji. Nie zauważają oni, że tak naprawdę są to pieniądze zaoszczędzone na kosztach usuwania negatywnych skutków zanieczyszczenia powietrza. Tzw. koszty ukryte, nawet jeśli trudno zauważyć je w  domowym budżecie, stanowią poważne wyzwanie dla gospodarki. Skala makro wielu Polakom umyka jednak w natłoku codziennych problemów finansowych.  Sama rezygnacja z  palenia śmieci i  przypadkowych materiałów to oczywiście zbyt mało, żebyśmy mogli bezpiecznie odetchnąć pełną piersią. Węgiel również ma na sumieniu wiele istnień. Czystszym, bardziej ekologicznym materiałem opałowym może być drewno, które jest prostym, nie bezemisyjnym, ale odnawialnym źródłem energii. Opalanie drewnem może być efektywne i  niskoemisyjne, jeśli tylko dobierzemy odpowiednie, dobrze przechowywane gatunki oraz nie zapomnimy o  stosowaniu metody rozpalania „od góry”. 


26

/ MAGAZYN EIMPERIUM

– Drewno jest ekologicznym sposobem ogrzewania, jeśli będziemy używać drewna odpowiednio suchego. Musi ono leżakować co najmniej 2 lata w suchym miejscu tak, aby straciło tę wilgotność, którą ma świeże drzewo. Świeże drzewo nie jest ekologiczne, suche już tak – przekonuje prof. Mariusz Filipowicz z Wydziału Energetyki i Paliw Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Mniej zanieczyszczeń, niż węgiel, emituje w trakcie spalania również gaz, który także można rozpatrywać jako jedno ze źródeł OZE. Oczywiście pod warunkiem, że nie jest to gaz wydobywany z ziemi, gdzieś w Rosji czy na Bliskim Wschodzie, ale produkowany na miejscu z biomasy. Tzw. biogaz zbliżony jest parametrami do metanu. Powstawać może zarówno w  zawodowych biogazowniach, w których zgazowywane są specjalnie hodowane rośliny energetyczne, jak i  w  instalacjach przydomowych, zasilanych odpadkami na przykład z  gospodarstwa. Możliwości jest tutaj bardzo dużo. W Szwecji biogazownie powstają na przykład przy szkołach, a zasilane są odpadkami z uczniowskich stołówek. W  Polsce w  warunkach miejskich biogazownie najczęściej powstają na wysypiskach śmieci. Zakup reaktora do zgazowywania odpadów dla pojedynczego gospodarstwa domowego raczej nie jest uzasadniony ekonomicznie, ale może być ciekawą propozycją, czy to dla wspólnot czy spółdzielni sąsiedzkich, którym pozwoli ograniczyć wydatki na gaz do zasilania pieców czy agregatów kogeneracyjnych. Alternatywą dla szukania mniej emisyjnych materiałów opałowych może być również skuteczniejsze filtrowanie dymu wydobywającego się z komina. Technologia, która do tej pory zarezerwowana była wyłącznie dla producentów przemysłowych wkrótce trafić może również pod strzechy. W tym roku w kilku miastach Górnego Śląska i  Żywiecczyzny odbyć mają się testy innowacyjnych elektrofiltrów, które montowane będą w  gospodarstwach domowych. To na razie pilotaż, który ma dać odpowiedź, czy takie rozwiązanie ma szansę się sprawdzić w skali mikro. - Dziś walka z  powodującą smog w  miastach niską emisją koncentruje się przede wszystkim na walce z  węglem jako paliwem. My staramy się szukać rozwiązań, które poprawią jakość powietrza, a  jednocześnie nie będą zmuszały ludzi do zmiany nośnika ogrzewania" – wyjaśnia Adam Gorszanów, przedstawiciel producenta urządzeń, który wspólnie z  ekspertami z  Politechniki Śląskiej zainicjował ten projekt.  Jak informuje producent, elektrofiltr to urządzenie odpylające o niewielkich gabarytach montowane w  układzie odprowadzania spalin, które może z  powodzeniem ograniczyć emisję pyłu oraz toksycznych zanieczyszczeń. Działanie urządzenia opiera się na wytworzeniu wysokiego napięcia, które sprawia, że cząstki zanieczyszczeń osadzają się na elektrodzie umieszczonej

w strumieniu spalin. Skuteczność tego procesu waha się od 50 do 90 proc. w zależności od rodzaju i jakości źródła emisji. Zakładana niewysoka cena takich filtrów może sprawić, że to do nich będzie należała przyszłość w  zakresie redukcji niskiej emisji. Tymczasem, biorąc pod uwagę wyniki badań społecznych, samorządy starające się ograniczać niską emisję skupić powinny się w  pierwszej kolejności na edukacji mieszkańców, zarówno w  kontekście spalania w  piecach odpadków, jak i  emisyjności różnych materiałów opałowych. Istnienie alternatywnych dla węgla, mniej emisyjnych źródeł energii to bardzo dobra wiadomość. Oprócz kosztownej wymiany pieców na bardziej ekologiczne, propagować można bowiem przechodzenie na inne materiały opałowe. Dość radykalne działania w tym kierunku podjął między innymi Kraków, gdzie samorząd zdecydował o  zakazie ogrzewania domów węglem od 2019 roku. Podobne działania podjąć chce samorząd województwa śląskiego, który chce zarobić używania najtańszych gatunków węgla. Sukces tych działań zależeć będzie od współpracy samych mieszkańców. Przykładem pozytywnej, oddolnej inicjatywy jest Katowicki Alarm Smogowy – organizacja walcząca z nadmierną emisją zanieczyszczeń w stolicy województwa. - Działamy od roku. W tym czasie zorganizowaliśmy szereg akcji uświadamiających i edukacyjnych o tym, że smog zabija. Był konkurs dla przedszkolaków i trzecioklasistów „List o czyste powietrze”. Rozdaliśmy słoiki z czystym powietrzem. Zebraliśmy 900 podpisów pod projektem uchwały obywatelskiej w sprawie działań miasta na rzecz czystego powietrza. Zorganizowaliśmy rozmowy z mieszkańcami, społecznikami i urzędnikami „o czystym powietrzu na czystym powietrzu”. Rozdaliśmy maseczki higieniczne katowiczanom. Zagraliśmy 10 minikoncertów “#AirAid – artyści dla #czystepowietrze”. Zorganizowaliśmy warsztaty dla przedszkolaków, uczniów szkoły podstawowej i liceów o czystym powietrzu. Założyliśmy maseczkę higieniczną Ligoniowi i KUROSiowi. Zorganizowaliśmy też taneczny flash mob dla czystego powietrza – wymienia Patryk Białas z Katowickiego Alarmu Smogowego. Białas działa jednak nie tylko w swoim mieście. Chętnie uczestniczy w proekologicznych debatach niemal w całym województwie. Ostatnio gościł też w Gliwicach i nie ukrywa, że nasze miasto mogłoby w sprawie smogu robić więcej. Pozytywnym przykładem dla naszego miasta może być na przykład Bytom, gdzie oprócz pokazów ekologicznego sposobu palenia, które odbyły się na Rynku, miasto angażuje duże środki w kontrolę palenisk. Do sprawdzania czym palą w piecach mieszkańcy zaangażowano nawet drony, które badają skład dymu unoszącego się z kominów. W Gliwicach próżno póki co oczekiwać


SMOG NASZ POWSZEDNI /

tego typu aktywności ze strony urzędników. Na razie więcej w naszym magistracie jest zaprzeczania istnieniu problemów z powietrzem, niż ich diagnozowania. - My wcale nie mamy takiego złego powietrza, jak można to w gazetach przeczytać. Ktoś kiedyś puścił taką kaczkę dziennikarską, mówiąc, że Gliwice są jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Polsce czy jeszcze szerzej i to jest po prostu nie prawda. Bierze się ten przekaz między inymi z faktu, że my mamy od dawna stacje pomiarowe i to takie, które mierzą stężenie pyłu PM 10, ale również drobniejszego - PM 2,5 - i gdzie indziej się tego po prostu nie mierzy. Poza tym, ta nasza stacja ulokowana jest blisko domów jednorodzinnych i to starych, w których często spalane jest byle co, mówiąc krótko. Wystarczy jeden komin blisko stacji pomiarowej, żeby zafałszować totalnie wyniki" – mówił w lutym prezydent Zygmunt Frankiewicz w programie "Po godzinach". Tymczasem wystarczy tylko krótki spacer po mieście, żeby zlokalizować kominy, z których dymi wyraźnie bardziej, niż z innych i raczej nie ma ich przy ulicy Mewy, która otoczona jest ze wszystkich stron wielkopłytowymi blokami. Dym nie zawsze musi oznaczać palenie śmieci, ale na pewno powoduje większe zanieczyszczenie powietrza.  

27


28

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Z Patrykiem Białasem z Katowickiego Alarmu Smogowego rozmawia Andrzej Wawrzyczek. Andrzej Wawrzyczek: W rankingach miast o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu przewijają się głównie miasta z południa Polski - województw małopolskiego i śląskiego. Czy to oznacza, że w innych regionach kraju problem smogu nie występuje? Patryk Białas: Nie, ten problem dotyczy całej Polski. Polacy oddychają najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w całej Unii Europejskiej. Według ostatniego raportu Europejskiej Agencji Środowiska z powodu zanieczyszczenia powietrza każdego roku przedwcześnie umiera ok. 48 000 mieszkańców Polski. Dla porównania: każdego roku w Polsce w wypadkach ginie ok. 3300 osób. Jaki wpływ na zdrowie ma oddychanie zanieczyszczonym powietrzem? Jakie choroby może wywoływać? Smog to nie jest postać z bajki. Atakuje nasz mózg, serce i płuca. Liczne badania potwierdzają większą umieralność związaną z chorobami układu krążenia i układu oddechowego, między innmi chorobą niedokrwienną serca, przewlekłą obturacyjną chorobą płuc, astmą i rakiem płuc. Powoduje udary mózgu, zwiększa ryzyko choroby Alzheimera, niewydolność serca, zakrzepicę żył. Prowadzi także do przedwczesnego starzenia się układu nerwowego, a w konsekwencji do przyspieszenia i nasilenia procesu upośledzenia zdolności poznawczych u osób starszych. Wywiera negatywny wpływ na najmłodszych. Dzieci mieszkające na terenach o wyższym poziomie zanieczyszczeń powietrza osiągają gorsze wyniki w nauce niż ich rówieśnicy z mniej zanieczyszczonych terenów. Jak wobec tego samorządy powinny walczyć z problemem smogu, żeby oszczędzić swoim mieszkańcom tych wszystkich negatywnych efektów? Istnieje szereg inicjatyw, jakie mogą podejmować władze różnych szczebli. Poczynając od działań ustawodawczych na poziomie państwa aż do lokalnych działań w gminach. Samorząd regionalny, powinien przygotować uchwałę antysmogową. Mam głęboką nadzieję, że uchwała antysmogowa obejmie cały obszar województwa śląskiego i wprowadzi standardy emisyjne dla kotłów na

węgiel i drewno, z określeniem okresu przejściowego. Na wymianę kotłów powinny być dostępne dotacje w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych. Bez wsparcia mieszkańców walka z niską emisją będzie niemożliwa. Środki z RPO powinny tworzyć spójny system finansowania likwidacji niskiej emisji wraz ze środkami z Wojewódzkiego i Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Każda gmina, którą dotyka problem zanieczyszczonego powietrza powinna realizować Program Ograniczania Niskiej Emisji. Program określi zasady dotacji dla mieszkańców, którzy decydują się na wymianę wysokoemisyjnych pieców na węgiel i drewno. Warto uwzględnić wsparcie dla termomodernizacji domów. Dzięki dociepleniu budynków możemy trwale obniżać zanieczyszczenia oraz zmniejszyć koszt ogrzewania. Gminy powinny dołożyć wszelkich starań, aby wykorzystać każde z możliwych źródeł finansowania wymiany starych pieców i kotłów na węgiel i drewno. Obecnie dostępne są środki Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz Regionalnego Programu Operacyjnego. Gminy mogą również przeznaczać na ten cel pieniądze z własnych budżetów. Gminy powinny wyjść z jasnym sygnałem do zarządu województwa, że popierają wprowadzenie normy emisyjnej dla kotłów na węgiel i drewno na terenie całego województwa na podstawie art. 96 Ustawy Prawo Ochrony Środowiska. Gminy są bezpośrednio odpowiedzialne za informowanie o zanieczyszczeniu powietrza oraz edukowanie mieszkańców. Potrzeba szeroko zakrojonych i kompleksowych działań w tym względzie. Działania edukacyjne powinny być kierowane zarówno do dzieci, młodzieży jak i dorosłych. Im większy poziom świadomości problemu i możliwych rozwiązań, tym większa aprobata społeczna dla zmian.


SMOG NASZ POWSZEDNI /

Jakie działania mogą podejmować obywatele? Szczególnie tam, gdzie gminy same nie kwapią się do działania? Zwracać uwagę na to, co, jak i gdzie spalają. Absolutnie zabronione jest spalanie śmieci, mułów i flotów w kotłach domowych. Koniecznie trzeba wymienić pozaklasowe „kopciuchy” i „śmieciuchy” na niskoemisyjne kotły klasowe. Optymalne są kotły klasy piątej. Sprawdzajcie przed wyjściem na dwór stan jakości powietrza w aplikacjach mobilnych (np. Jakość powietrza w aplikacjach mobilnych (np. Jakość powietrza w Polsce, Zanieczyszczenie powietrza, SmokSmog). Podczas alarmu smogowego, osoby chore, osoby starsze, kobiety w ciąży oraz małe dzieci powinny unikać przebywania na wolnym powietrzu. Pozostałe osoby powinny ograniczyć do minimum wszelką aktywność fizyczną na wolnym powietrzu. Jeśli już musisz wyjść, to stosuj maseczkę przeciwpyłową. Na ile wiarygodne są pomiary stacji badawczych? Samorządowcy często je deprecjonują i uważają za błędne. Nie chcę, żeby działania antysmogowe sprowadzać do dyskusji o tym, jak mierzyć smog. Od samego mieszania herbata nie będzie słodsza. Trzeba wsypać cukier. Uważam, że pomiary Głównego Inspektora Ochrony Środowiska są wiarygodne. Jest poważny problem z komunikowaniem wyników społeczeństwu. W tym zakresie bardzo pomocne są różne aplikacje na telefony komórkowe, które tłumaczą obywatelom skomplikowane wyniki pomiarowe i dają krótką podpowiedź, jak postępować. Na rynku jest obecnie wiele tanich pyłomierzy. Mam zastrzeżenia do tych pomiarów. Jestem natomiast głęboko przekonany, że edukują i podnoszą świadomość mieszkańców. Dzisiaj ludzie chcą wiedzieć czym oddychają, wiedzą że smog szkodzi ich zdrowiu i chcą podpowiedzi, jak postępować. Smog to nie jest bajkowy potwór. Trzeba z nim walczyć. Można go zwyciężyć. Uważam, że powietrze może być czyste.

29


30

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Po d różnik gl iwicki

PODRÓŻNIK GLIWICKI


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

PODZIEMNE SKARBY SŁOWENII Dzień dobry (lub dobry wieczór dla tych, którzy rozpoczną lekturę w blasku zachodzącego słońca czy też po zmroku)! Tym razem przed nami nie lada wycieczka. Odwiedzimy kraj nad Morzem Adriatyckim. Będzie ciemno i słonecznie, a także gorąco i chłodno. Oczywiście nie wszystko na raz. Jedziemy do państwa, które jest najbogatsze ze wszystkich, które powstały po rozpadzie byłej Jugosławii. Jego linia brzegowa wynosi około 46 kilometrów. Jakby się uprzeć to można zrobić sobie dobrą, pieszą wycieczkę. Wiemy już gdzie jedziemy? Otóż do Słowenii! Często ten kraj jest przecinany tylko przejazdem w drodze do – podobno – uwielbianej przez Polaków Chorwacji. Czy warto się w nim zatrzymać na dłużej? Skoro już o nim piszę, to myślę, że tak. Zatem jeszcze na początek kilka ciekawostek i informacji na temat samego kraju. Od granicy polskiej do słoweńskiej mamy tylko 550 kilometrów. To mniej więcej tyle ile z Gliwic nad polskie morze. Już od samego wjazdu witają nas niesamowite widoki strzelistych gór, poprzecinanych głębokimi dolinami. Z tego powodu jest to również świetne miejsce dla fanów paralotni i podobnych sportów. Słowenia jest również trzecim najbardziej zalesionym krajem w Europie (tuż po Szwecji i Finlandii). Lasy pokrywają ponad połowę całego obszaru. Dla wielbicieli gór, poza trasami do wspinaczki i miejsc ze stokami narciarskimi, na pewno ciekawą atrakcją będzie skocznia narciarska w Planicy. Corocznie odbywa się tam konkurs lotów w ramach Pucharu Świata. Skocznia powstała w 1936 roku i była wówczas największą skocznią na świecie. Obecny jej wygląd i konstrukcja stawia ją na drugim miejscu w tej klasyfikacji. Rekord skoczni z 2015 roku wynosi aż 248,5 metra. Jak łatwo się domyślić urzędowym językiem jest słoweński, jednak nie spotkałem osoby, która nie mówiłaby po angielsku. Oczywiście można próbować dogadać się po polsku – co nie jest niemożliwe. Jednak jeśli ktoś zna chociaż podstawy angielskiego, to będzie znacznie łatwiej. Miłą niespodzianką jest również fakt, że większość komunikatów drogowych w radiu podawanych jest w języku angielskim. A jeśli jesteśmy już przy ludziach zwróćmy jeszcze uwagę na populację

31

TEKST: ŁUKASZ TRUSZ FOT. ŁUKASZ TRUSZ

całego kraju, która wynosi 2 miliony ludzi. To całkiem niewiele. Dla porównania to zaledwie 15 procent osób zamieszkujących Tokio, które jest domem ok 13,5 miliona mieszkańców. Gdy już co nie co wiemy o kraju, do którego zmierzamy zobaczmy co kryje w środku. Na początek, zanim pogrążymy się w chłodzie i mroku, zacznijmy gorąco i słonecznie od morza. Witamy w Portoroz! Niewielkie miasto położone w południowo-zachodniej części kraju, tuż nad samym wybrzeżem. Całe życie toczy się wzdłuż głównej ulicy (Obala), której długość to około 3,5 kilometra. Atrakcji tutaj jednak nie brakuje. Plaże, restauracje, ścieżki rowerowe, deptaki i kasyna. Jednak jeśli najdzie nas ochota na smażenie się w słońcu i złapanie trochę mahoniu, warto zapoznać się z bazą noclegową i miejscem gdzie osiądziemy. Większość wybrzeża stanowią tak na prawdę betonowe plaże z drabinkami lub schodkami prowadzącymi do wody. Znajdzie się również sztucznie usypana, piaszczysta strona miasta, jednak często musimy tam zapłacić za leżak i parasol, jeśli chcemy skorzystać z takiego luksusu, jak piasek. Pośrednim rozwiązaniem jest znalezienie kawałka trawy, na którym możemy się rozłożyć za darmo. Na szczęście jak już zauważyliśmy, cała plaża nie jest zbyt długa, więc spokojnie zawsze pozostaje opcja przemieszczenia się z miejsca na miejsca, aż znajdziemy dogodną dla Nas lokalizację. W tym roku Słowenia okazałą się drogą opcją na wakacje, a ceny za hotele - przy dłuższym pobycie - potrafiły sięgać nawet kilkunastu tysięcy złotych. Toż to dramat! Dlatego, aby zadbać o wasze portfele zachęcam Was z całego serducha do skorzystania z pomocy biura turystycznego, które znajduje się przy głównej ulicy i jest również informacją turystyczną. Zgłaszając się do nich odpowiednio wcześnie wraz z podaniem daty przyjazdu i liczby osób, dostaniemy propozycję noclegów u osób prywatnych. Często są to apartamenty, małe mieszkanka lub jakieś dobudówki na terenie posesji. Całą formalność, która sprowadza się właściwie do wysłania maila i zapłaty na miejscu, bierze na siebie biuro. Właścicielowi nie musimy nic płacić, ani dodatkowo wysyłać. W porównaniu do hoteli (chyba, że uda nam się coś zaklepać ze znacznym wyprzedzeniem), ta


32

/ MAGAZYN EIMPERIUM


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

33


34

/ MAGAZYN EIMPERIUM

opcja wypada tanio, gdyż przeciętna cena za 2-osobowy apartament to kilkadziesiąt euro za noc. Z resztą wiadomo, że nie jedziemy tam po to, aby leżeć w pokoju, tylko korzystać z pogody i relaksować się na łonie natury. Dlatego warto szukać noclegu „po kosztach”. Będąc w Portoroz możemy skorzystać z szerokiej palety sportów wodnych. Znajduje się tutaj również port z całkiem dużą ilością żaglówek, jak na tak niewielkie miejsce. Średnia temperatura latem, wynosi około 25 stopni. Cienia raczej zbyt wiele tam nie znajdziemy, zatem warto się przygotować i nasmarować zanim zostaniemy mocno przypieczeni przez słońce. Należy wziąć również pod uwagę, że gdy wszyscy w kraju zechcą skorzystać z morskich kąpieli, to robi się dość tłoczno, więc nie ma zbytnio co liczyć na intymny wypoczynek. Główny napływ lokalnej ludności nad wybrzeże widać w weekendy. Niemniej jednak, jeśli bylibyśmy tutaj nawet przejazdem, warto się zatrzymać i zostać choćby kilka dni. Kiedy już się wylenimy do oporu, wygrzejemy nasze ciała, i zechcemy zmienić nieco klimat na chłodniejszy, warto wtedy udać się do jaskini. Naszym kolejnym celem będzie Jaskinia Postojna. Po słoweńsku Postojnska Jama. Od Portoroz do kolejnej atrakcji mamy 70 kilometrów. Mieści się ona w południowo-zachodniej części kraju, między Lublaną (stolicą), a wybrzeżem. Na miejscu mamy do dyspozycji cały park, gdzie drugą główną atrakcją jest Predjamski grad, czyli po naszemu zamek. My

jednak tym razem skupimy się na zdobywaniu podziemnych szlaków. Większość informacji możemy znaleźć w internecie. Bilety warto jednak kupić na miejscu, wtedy mamy możliwość dowolnego łączenia interesujących nas atrakcji. Podczas naszej wizyty wybrałem opcję Jaskinia+Proteus Vivarium, ale szczerze mówiąc ta dodatkowa wystawa, która znajduje się w niewielkiej komnacie (w porównaniu do tego co zobaczymy w jaskini) raczej nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Znajdują się tam drobne żyjątka w małych i ciemnych akwariach. Większość z nich ukryta lub nawet niezauważalna. Największą atrakcją ma być właśnie Proteus. Stworzenie żyjące w ciemnościach i potrafiące przetrwać do 7 lat bez pokarmu. Osiąga długość od 25 do 30 centymetrów, a dzięki kolorze skóry podobnym do białego człowieka nazywany jest często ludzką rybą. Ale skoro możemy zobaczyć go również w jaskini, to chyba szkoda przepłacać. Do głównej jaskini wchodzimy z przewodnikiem, a do wyboru mamy kilka opcji językowych. Łączna długość podziemnych korytarzy to 24 kilometry i jest to druga pod względem wielkości słoweńska jaskinia. Do regularnego zwiedzania udostępniony jest 5-kilometrowy odcinek, w którym 3,5 kilometra pokonujemy kolejką. Temperatura już na początku znacznie spada, a w środku oscyluje w granicach 8-10 stopni, więc dobrze jest zabrać ze sobą coś


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

cieplejszego. Całkowity czas wycieczki szacowany jest na 1,5 godziny. Miejsce to zostało udostępnione turystom już 200 lat temu i od tamtej pory odwiedziło je 36 milionów osób. To co zobaczymy w środku to prawdziwe cuda. Ciężko to opisać słowami, bo nawet zdjęcia nie oddadzą tego co można zobaczyć na własne oczy. Wnętrze jaskini jest naprawdę wielkie. Przede wszystkim zobaczymy stalaktyty (nacieki powstające od stropu jaskini), stalagmity (nacieki powstające od dna jaskini) i stalagnaty (nacieki, które powstają od dołu, aż po strop

Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził 3 kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).

35


36

/ MAGAZYN EIMPERIUM


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

37


38

/ MAGAZYN EIMPERIUM

jaskini). Posiadają przeróżne odcienie i kształty. Od wielkich kilkumetrowych, po malutkie, które się dopiero tworzą. Woda krąży w podziemiach cały czas, a więc i wilgoć jest wszechobecna. Cały proces powstawania takich formacji jest niezwykle długotrwały i trwa setki, a nawet tysiące lat. Dominujące barwy to pomarańczowe i w kolorze „brudnej” bieli. Jednym z najciekawszych okazów jest stalagmit przypominający diament

lub rożek, który w odróżnieniu od reszty jest śnieżnobiały. Atrakcja choć być może nie należy do najtańszych, to jednak warta zobaczenia. Zwłaszcza, że będzie to niezapomniane przeżycie zarówno dla najmłodszych, jak i najstarszych. Na prawdę coś pięknego. Natura potrafi tworzyć bajkowe rzeczy bez udziału i pomocy człowieka. Najciekawsze jest to, że wszystko zaszyte gdzieś pod naszymi stopami.


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

39


40

/ MAGAZYN EIMPERIUM


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

41

ciacho i babeczka w kuchni

N

iezależnie od tego czy w grudniu świętujecie Boże Narodzenie, Chanukę, Święto Godowe, odradzanie się Słońca, czy po prostu przesilenie zimowe, warto zadbać o to, żeby rodzinne spotkania osłodzić wtedy czymś wyjątkowym. Dla mnie wyjątkowe rzeczy charakteryzują się wysiłkiem i czasem, który trzeba włożyć w ich przygotowanie. Takiego wysiłku wymagają bez wątpienia dojrzewające pierniczki. Za ich robienie trzeba zabrać się najpóźniej na początku grudnia. Zagniecione ciasto musi leżakować co najmniej tydzień, a upieczone pierniki potrzebują kilkunastu dni żeby zmięknąć. Drugą odświętną propozycją jest seromak, czyli połączenie tego co najlepsze – puszystego sernika i słodkiej masy makowej. TEKST: BABECZKA FOT. BABECZKA


42

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przepis na...

DOJRZEWAJĄCE PIERNICZKI

SKŁADNIKI 625 g mąki pszennej 250 g miodu 250 g cukru 60 g margaryny 60 g kakao 15 g przyprawy korzennej 1 duże jajko 125 ml (1/2 szklanki) wody szczypta soli 10 g sody oczyszczonej 10 g proszku do pieczenia 50 g siekanych migdałów 50 g siekanej skórki pomarańczowej

Miód, cukier i margarynę włóż do garnka z grubym dnem i rozpuść podgrzewając na wolnym ogniu (aż nie będzie czuć kryształków cukru). Odstaw masę do wystudzenia (musi mieć temperaturę umożliwiającą włożenie do środka rąk). Wymieszaj mąkę z kakao, przyprawą i solą. Sodę wymieszaj z odrobiną wody i dolej do mąki. Dodaj przestudzoną masę, bakalie, jajko i resztę wody. Zagnieć gładkie, sprężyste ciasto - trwa to ok. 15 minut i wymaga siły, więc przyda się ktoś z krzepą. Ciasto włóż do czystej miski, przykryj ściereczką i odstaw na tydzień w chłodne miejsce. Kiedy ciasto dojrzeje podziel je na porcje, rozwałkuj na placki o grubości ok. 0,5 cm i wytnij pierniczki. Ułóż je na wyłożonej pergaminem blaszce. Piecz w piekarniku rozgrzanym do 160°C przez ok. 15 minut. Z podanej porcji powinno wyjść ok. 50-60 ciasteczek. Upieczone pierniki można polukrować polewą czekoladową lub klasycznym lukrem z cukru pudru i wody lub soku z cytryny albo pomarańczy.


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

43

SKŁADNIKI spód

Przepis na...

400 g kruchych ciastek, najlepiej korzennych

SEROMAK

120 g masła roztopionego masa makowa 200 g mielonego maku 20 g masła 1 łyżeczka mąki pszennej ok. 0,75 szklanki wody (może być trochę więcej) skórka otarta z 1 cytryny skórka otarta z 1 pomarańczy 35 g cukru szczypta soli 0,5 łyżeczki cynamonu 0,25 szklanki mieszanki siekanych orzechów, rodzynek, skórki cytrynowej białko z 1 jajka masa serowa 600 g mielonego twarogu 80 g miękkiego masła 125 g cukru 2 jajka 1 torebka budyniu 250 ml mleka 150 ml jogurtu 100 ml soku wyciśniętego z pomarańczy

Tortownicę o średnicy 25 cm wyłóż papierem do pieczenia i wysmaruj odrobiną tłuszczu. Piekarnik nastaw na 180°C. Kruche ciasteczka pokrusz na pył i dokładnie wymieszaj z topionym masłem. Wyłóż dno tortownicy i mocno ugnieć. Ciasto wstaw do lodówki. Przygotuj masę makową. Masło rozpuść w rondelku, wsyp mąkę i zrób szybką zasmażkę. Wlej wodę i zagotuj. Wsyp mak i mieszając gotuj przez chwilę. Jeśli masa będzie zbyt sucha, możesz dolać trochę wody. Dodaj cukier, przyprawy i bakalie. Masę makową odstaw do przestygnięcia. Twaróg, masło, cukier i jajka wymieszaj dokładnie mikserem. Budyń wymieszaj z połową mleka i dodaj do sera. W osobnym naczyniu połącz mleko, jogurt i sok z pomarańczy. Dodaj do masy makowej i wymieszaj. Wyjmij tortownicę z ciastem z lodówki. Masę serową przelej na ciasto. Do masy serowej dodaj białko i dokładnie wymieszaj. Łyżką nałóż porcje maku na ser. Ostrym nożem lub widelcem zrób „wzorek”- delikatnie wymieszaj masy. Ciasto wstaw do piekarnika i piecz ok. 1 godzinę i 15 minut. W zależności od piekarnika, może okazać się, że potrwa to trochę dłużej, najlepiej sprawdź patyczkiem (musi być suchy po wyjęciu z ciasta). SMACZNEGO!


44

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność Radosny czas oczekiwania TEKST: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC FOT. AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

"Na adwentowym świeczniku płonęły cztery świece. Panowała całkowita cisza tak, że można było usłyszeć jak rozmawiają ze sobą.. Pierwsza powiedziała: - Ja jestem POKÓJ. Niestety, ludzie nie potrafią mnie chronić, prowadzą wojny. Myślę, że nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgasnąć. I płomień tej świecy zgasł. Druga: Ja jestem WIARA. Niestety nie jestem nikomu potrzebna. Ludzie nie chcą o mnie wiedzieć, nie ma sensu, żebym dalej płonęła. ją.

Ledwie to powiedziała, lekki powiew wiatru zgasił

Trzecia: Ja jestem MIŁOŚĆ. Nie mam już siły płonąć. Ludziom nie zależy na mnie i nie chcą mnie rozumieć. Nienawidzą najbardziej tych, których kochają - swoich bliskich. I nie czekając długo i ta świeca zgasła. Nagle do pokoju weszło dziecko i zobaczyło trzy zgasłe świece. Przestraszone zawołało: Co robicie? Musicie płonąć! Boję się ciemności! I zapłakało. Wzruszona czwarta świeca powiedziała: Nie bój się! Dopóki ja płonę zawsze możemy zapalić tamte świece. Ja jestem NADZIEJA. Z błyszczącymi i pełnymi łez oczyma, dziecko wzięło świecę i zapaliło pozostałe świece." ~opowiadanie z internetu

Przed nami Adwent (z łac. adventus- przyjście)radosny czas oczekiwania. Czterotygodniowy okres przygotowania do Bożego Narodzenia bogaty w zwyczaje i symbolikę. Jest podobny do ludzkiego życia, które jest oczekiwaniem na pełne spotkanie z Bogiem. Jest czasem czuwaniaczuwania by nie zgasła w nas nadzieja. 27 listopada zapalimy pierwszą świecę na wieńcu adwentowym. Wieniec jest symbolem nieskończoności, krąg- nie ma początku ani końca, Bóg nieskończony wieczny i człowiek ze swoim życiem, które wyszło od Boga i do Boga wraca- nigdy nie będzie miało końca. Tradycyjny wieniec zrobiony jest z wiecznie zielonych gałązek, które są symbolem trwającego życia, wiecznego życia ofiarowanego przez Chrystusa. Cztery świece symbolizują kolejno: pokój, wiarę, miłość i nadzieję. Na ten wyjątkowy czas adwentu i każdy inny dzień roku życzę Państwu NADZIEI : Abyśmy nigdy nie zgasili w naszym sercu i w niczyim sercu lampy nadziei, nawet jeśli lampa pokoju zgaśnie, jeśli zgaśnie promień wiary, czy jeśli przygaśnie ogień miłości dopóki pali się lampka nadziei zawsze można zapalić pozostałe trzy. Aby radosny czas oczekiwania i następujące po nim Święta Bożego Narodzenia upiększyć i wyróżnić dekorujemy i oświetlamy nasze mieszkania,domy i obejścia. Współczesne dekoracje świąteczne są przecudne: minimalistyczne lub pełne przepychu, surowe lub kolorowe, srebrne, złote, błyszczące, skrzące. Mamy do dyspozycji wiele materiałów, papierów, wstążek we wszystkich kolorach tęczy, sznureczków, tasiemek i wiele, wiele innych... co dusza zapragnie. Karty świąteczne z życzeniami, które niestety wysyłamy już coraz rzadziej, też takie są... takie piękne. Te kupione, obrobione w najnowszych programach graficznych, wydrukowane na najlepszych papierach, najbardziej barwnymi tonerami i te wykonane


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

samodzielnie- dla mnie cenniejsze, bo prosto z serca, wkładamy w nie cząstkę siebie, wszystkie są cudne. Niedawno weszłam w posiadanie małej kolekcji starych i jeszcze starszych bożonarodzeniowych pocztówek. Nie są takie kolorowe jak współczesne, ale czy nie są piękne? Takie kartki jak te poniżej, już kolorowe jeszcze wiele osób ma w swoich domach. Nie było to tak dawno :)

45


NOWE BIURO OBSŁUGI KLIENTA

W NASZYCH OFERTACH

INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

32 301 40 00

MAGAZYN EIMPERIUM NR 08

Magazyn eIMPERIUM nr 08/2016  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you