Page 1

www.eimperium.pl

Adam Neumann

ZASTĘPCA PREZYDENTA GLIWIC W ROZMOWIE Z ANDRZEJEM WAWRZYCZKIEM

"Chodź, pomaluj mój świat" AGNIESZKA BARON O MODZIE NA KOLOROWANI DLA DOROSŁYCH

Zapiski z Podróży

FELIETON ANDRZEJA WAWRZYCZKA O PROBLEMACH KOMUNIKACYJNYCH

NR4 / LIPIEC 2016

DETEKTYW HISTORII

Po zielonej stronie miasta

CIACHO I BABECZKA

Lody dla ochłody! Przepisy na lato


02

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Jaka metropolia? TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

R

ząd Platformy Obywatelskiej zostawił po sobie ustawę metropolitalną, która - to już wiemy - nigdy nie wejdzie w życie. Nowe władze przygotowują jej nowelizację, o której w poprzednim miesiącu na łamach Magazynu eIMPERIUM opowiadał wojewoda śląski Jarosław Wieczorek. Kluczowa zmiana to powołanie tylko jednej metropolii, w miejsce kilkunastu proponowanych przez zapisy poprzedniej ustawy, dzięki czemu przepisy będzie można szczegółowo dopasować do śląsko-zagłębiowskich realiów. Tylko jakie tak naprawdę są te realia? Wojewoda nie był daleki od prawdy gdy mówił, że nasze miasta tworzą wspólny organizm nie mający praktycznie odpowiednika w innych częściach Europy. Nie sposób więc dokonać prostego przeniesienia rozwiązań, które sprawdziły się gdzie indziej. Potrzebne są przepisy skrojone na miarę. Miałem ostatnio przyjemność uczestniczyć w zamkniętych warsztatach zorganizowanych przez redakcję “Gazety Wyborczej” w ramach projektu Miasta Idei. W spotkaniu brało udział kilkanaście osób - zarówno z Katowic, jak i innych miast konurbacji. Postawiono przed nami dwa zadania: zastanowić się nad tym, czy metropolia w ogóle ma w naszym przypadku rację bytu oraz czy Katowice mają potencjał aby stać się jej liderem. Uczestnicy podzieleni na cztery grupy szukali argumentów za i przeciw do każdej z tez. Co podnoszono w trakcie dyskusji? Okazuje się, że z jednej strony sporo mówi się o funkcjonalnym zintegrowaniu naszych miast, o tym, że mieszkańcy konurbacji w poszukiwaniu pracy czy rozrywki już dawno przestali zwracać uwagę na granice występujące pomiędzy miastami. W ślad za tym nie idzie jednak integracja usług komunalnych. Brakuje wspólnej polityki radzenia sobie z opadami czy transportem. Stąd w przemieszczaniu się pomiędzy miastami wciąż dominującym środkiem transportu pozostaje samochód osobowy. Z jednej strony transport ma stać się oczkiem w głowie nowej metropolii, z drugiej jednak, jeśli nie uda się go usprawnić, to metropolia pozostanie tylko na papierze. Samorządy miast, które z transportu zbiorowego uczyniły swój priorytet rozwojowy nie kryją obaw o to, że wspólny zarząd nad liniami autobusowymi i tramwajowymi w praktyce będzie dla nich oznaczał pogorszenie jakości usług. To między innymi dlatego Jaworzno zdecydowało się formalnie wystąpić z Górnośląskiego Związku Metropolitalnego, na bazie którego ma powstać wspólny samorząd konurbacji. Wydarzenie szybko ochrzczone jako "Jawexit" stało się jednym z kluczowych punktów dyskusji podczas katowickich warsztatów. Katowice to geograficznie nie tylko centralny punkt konurbacji, ale także kluczowy - nie tylko w skali regionu, ale i kraju - węzeł komunikacyjny. Jeśli dodamy do tego fakt, że jest to największe miasto w regionie, które od dziesiątek lat pełni dla województwa rolę stołeczną -


JAKA METROPOLIA? /

03

04 TAKI BYŁ CZERWIEC... 06 TWARZE GLIWIC 14

DETEKTYW HISTORII

22 STUDIO PRASOWE 26 WOLNE MIASTO GLIWICE 30 KĄCIK AG NIESZKI 32 PIĘKNA CODZIENNOŚĆ 36 CIACHO I BABECZKA W KUCHNI 41

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

co niesie za sobą koncentrację w tym mieście kluczowych instytucji - to odpowiedź na pytanie, które miasto powinno być liderem metropolii wydaje się czysto retoryczne. Czy jednak metropolia w ogóle potrzebuje lidera? Nie jest tajemnicą, że mieszkańcy Katowic płacą za stołeczność swojego miasta wysoką cenę. Zjeżdżające każdego dnia do tego miasta dziesiątki tysięcy pracowników z całej konurbacji to tworzące się w kluczowych punktach miasta korki, ciągłe życie w hałasie i spalinach oraz podwyższone koszty związane z obsługa rozbudowanej siatki transportu zbiorowego czy instytucji regionalnych. Jednym z argumentów za powołaniem metropolii była więc możliwość rozłożenia tych kosztów po równo na inne miasta metropolii. Argument słuszny, ale ciągnący za sobą stosowne konsekwencje: jeśli wszystkie miasta dofinansują instytucje centralne, to siłą rzeczy oznacza to ich decentralizację i rozlokowanie również poza Katowicami. Rola lidera w naturalny sposób się w tym momencie rozmywa. Podczas warsztatów przypominano historię powojenną, gdy najpierw cały kraj budował swoją stolice, by później gremialnie ją znienawidzić. Z Katowicami jako liderem metropolii może być podobnie. Zamiast równomiernego wzrostu dla wszystkich miast może stać się ona narzędziem do szybszego wzrostu wyłącznie jej stolicy. Nie jest bowiem tajemnicą fakt, że metropolia bardziej potrzebna jest Katowicom, niż Katowice konurbacji. Bez swojej stolicy konurbacja nadal pozostanie blisko dwumilionowym organizmem miejskim. A Katowice pozbawione wsparcia sąsiednich gmin to tylko średniej wielkości polskie miasto, mniejsze od pogardzanych często w naszych stronach Lublina czy Białegostoku. Wydawca: Redaktor naczelny: Skład i grafika: Reklama:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O., ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Dawid Koszowski, koszodesign@gmail.com Dawid Rymisz, tel. 533 379 628

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


04

/ MAGAZYN EIMPERIUM

15/06 Rower prosto z wypożyczalni

TAKI BYŁ CZERWIEC...

W Gliwicach będzie można wypożyczyć rower miejski - to już praktycznie przesądzone. W czerwcu miasto rozpisało przetarg na pilotażowe uruchomienie dziesięciu wypożyczalni wyposażonych na początek w sto rowerów. W warunkach przetargu Urząd Miasta zastrzegł sobie jednak możliwość zwiększenia tych liczb o połowę. Lokalizacja stacji wypożyczania jednośladów na razie nie jest znana, w przetargu bardzo szczegółowo rozpisano natomiast wymagania odnośnie stanu technicznego rowerów, stojaków dla nich oraz zawiadującej całym systemem strony internetowej. Termin zgłaszania ofert w przetargu upływa 21 lipca. Wypożyczalnie rowerów to sprawdzony w wielu polskich miastach sposób uzupełnienia oferty transportu zbiorowego. Miejskie jednoślady pozwalają szybko przemieszczać się na krótkich dystansach, na przykład pomiędzy dworcem kolejowym a wybranymi urzędami. Do tej pory odległość taką trzeba było pokonywać pieszo lub autobusem kupując dodatkowy bilet. Tymczasem wypożyczenie roweru na krótki okres w wielu miastach jest bezpłatne. Tak jest na przykład w Katowicach, gdzie za darmo można korzystać z jednośladów przez kwadrans. To wystarczający czas, żeby z dworca kolejowego dostać się na przykład do Strefy Kultury, Urzędu Wojewódzkiego czy Biblioteki Śląskiej.

fot. Therud / Wikipedia

16/06 Umarł teatr, niech żyje teatr Los Gliwickiego Teatru Muzycznego został oficjalnie przypieczętowany. Rada Miasta, głosami radnych Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza oraz Prawa i Sprawiedliwości przyjęła nowy statut największej placówki kulturalnej na mapie Gliwic. W miejsce zasłużonego dla kultury GTMu pojawi się Teatr im. Tadeusza Różewicza. Taką zamianę poparło czternastu radnych. Ośmiu było przeciw, a dwóch wstrzymało się od głosu. “Oświadczam, że nie ma żadnej dyscypliny podjętej w naszym klubie w sprawie głosowania” - przekonywał na czerwcowej sesji Tadeusz Olejnik z KdGZF. Nie przeszkodziło to jednak jego klubowym kolegom w zgodnym zagłosowaniu za propozycją przedstawioną przez prezydenta miasta, co oczywiście zaskoczeniem żadnym nie jest. Z grona radnych Prawa i Sprawiedliwości głosujących za przyjęciem nowego statutu wyłamał się tylko Zdzisław Goliszewski. “Nieuczciwością jest likwidacja tej formuły teatru pod przykryciem zmian statutowych. Jaka jest gwarancja, że nowa formuła się sprawdzi i będzie miała równie wysoką frekwencję? Z otrzymanych informacji wygląda to na teatr eksperymentalny” - przekonywał radny.


TAKI BYŁ CZERWIEC... /

05

23/06 Nowy termina w ŚCL

28/06 NEWAG do likwidacji

Nowy magazyn i nowy terminal oddano do użytku na terenie śródlądowego portu w Gliwicach. Dwie inwestycje za prawie 80 milionów złotych, dwóch gliwickich firm - PCC Intermodal i Śląskiego Centrum Logistyki. Przedstawiciele tych przedsiębiorstw mówią wprost - “stosując popularną ostatnio terminologię piłkarską - gramy do jednej bramki, uzupełniamy się, a dzięki temu nasze oferty są konkurencyjne”. Na nowych inwestycjach skorzystają gliwiczanie i nie chodzi tu tylko o podatki wpływające do miejskiej kasy, ale także o kilkadziesiąt nowych miejsc pracy. Magazyn bimodalny Śląskiego Centrum Logistyki to 10 tys. m kw., 15 doków do załadunku i wyładunku samochodów, rampa kolejowa z torem o długości 100 m. Całkowity koszt inwestycji to 25 mln złotych. Hala dedykowana jest do obsługi wyrobów przemysłowych takich branż jak: papiernicza, chemiczna, meblarska czy sprzętu AGD. W sąsiedztwie hali powstał intermodalny terminal o powierzchni 50 tys. m kw., wyposażony w 4 tory kolejowe o długości ponad 600 m każdy i urządzenia przeładunkowe: 2 suwnice bramowe, 3 wózki widłowe kontenerowe oraz 50 miejsc parkingowych dla ciężarówek. Koszt realizacji tej inwestycji to 53 mln złotych.

To co wcześniej było tylko plotkami przekazywanymi wśród załogi, dziś jest już faktem. Gliwicki zakład spółki Newag czeka likwidacja, a liczącą sobie blisko trzysta osób załogę - zwolnienia. Oficjalnie wiadomości te potwierdził w Radiu Kraków wiceprezes spółki Józef Michalik, który poinformował, że w obecnej lokalizacji zakład funkcjonować będzie tylko do jesieni. Po tym terminie dział produkcji nowych elektrowozów Dragon i Griffin przeniesiony zostanie do centrali w Nowym Sączu, a naprawy lokomotyw, w których zakład specjalizował się przez kilkadziesiąt lat (między innymi jako jedyny wykonywał remonty elektrowozów EP-09 służących do prowadzenia pociągów ekspresowych), zostaną całkowicie wycofane z oferty spółki. Nieoficjalnie dowiadujemy się, że ma to być sposób na zwiększenie przychodów ze sprzedaży nowych lokomotyw. Newag dawne Zakłady Naprawcze Lokomotyw Elektrycznych przy ulicy Chorzowskiej przejął w 2008 roku. W ciągu ośmiu lat nowemu właścicielowi udał się sztuka niełatwa - doprowadzenie do zamknięcia zakładu, który z powodzeniem funkcjonował na rynku przez ponad sto lat.

fot. SCL

fot. Telewizja Imperium

28/05 Pięć lat AGATu Ostatniego dnia czerwca odbył się uroczysty apel z okazji jubileuszowych obchodów 5-lecia gliwickiej Jednostki Wojskowej AGAT. Uroczystość była okazją do wręczenia żołnierzom i pracownikom wojskowym jednostki medali, odznak i listów gratulacyjnych. Jednostka Wojskowa AGAT jest jednostką specjalną, o charakterze lekkiej piechoty dla operacji specjalnych, przeznaczoną do prowadzenia akcji bezpośrednich, działań związanych z uwalnianiem zakładników, wparcia operacji antyterrorystycznych oraz ochrony wydzielonych obiektów wojskowych o znaczeniu strategicznym. JW AGAT przejęła i kultywuje tradycje Oddziału Dywersji Bojowej Agat z okresu 1943-1944. Patronem jednostki został gen. dyw. Stefan Rowecki "Grot". Żołnierze AGAT-u przechodzą szkolenie w różnych warunkach terenowych i klimatycznych, górskie, spadochronowe, wysokościowe, snajperskie, pirotechniczne i wiele innych. Oznaka rozpoznawcza jednostki przedstawia ciemnozieloną tarczę z atakującym orłem, pod którego szponami widnieje monogram "GS" - symbol Grup Szturmowych Szarych Szeregów Armii Krajowej z okresu II wojny światowej. Żołnierze AGAT-u noszą berety w kolorze ciemnozielonym.


06

/ MAGAZYN EIMPERIUM

TWARZE GLIWIC

Adam Neumann

B

ezpartyjny. Od blisko 10 lat zastępca prezydenta Gliwic. Członek Rady Nadzorczej Śląskiego Centrum Logistyki S.A. Przewodniczący Zespołu ds. polityki mieszkaniowej Śląskiego Związku Gmin i Powiatów. Członek Zespołu Ekspertów Komitetu ds. Polityki Miejskiej przy Krajowej Izbie Gospodarczej. Wykładowca Studiów Podyplomowych w zakresie Zarządzania Nieruchomościami na Uniwersytecie Śląskim, w Wyższej Szkole Biznesu w Dąbrowie Górniczej oraz w Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach. Prywatnie żonaty, ma troje dorosłych dzieci. Dumny dziadek półtorarocznego Jakuba. Nie stroni od aktywnego wypoczynku i prac w ogrodzie, które go odstresowują.


TWARZE GLIWIC /

07

10 LAT URZĘDOWANIA Rozmawia Andrzej Wawrzyczek / fot. Andrzej Wawrzyczek ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Zajmuje się Pan w urzędzie między innymi nadzorowaniem pracy Biura Rozwoju Miasta, a więc jednostki odpowiedzialnej za planowanie strategiczne. Kiedyś nawet określił się Pan mianem „miejskiego wizjonera”. ADAM NEUMANN

Może nie do końca tak to ująłem. Ale uważam, że potrzebni są tacy ludzie, którzy są wizjonerami i potrafią nakreślać długofalowe cele. Ale to wcale nie jest łatwe. Jest mnóstwo ograniczeń zarówno natury formalno-prawnej, jak i wynikających z funkcjonowania w określonym otoczeniu. Dzisiaj miasta czy skupiska ludzkie wzajemnie się przenikają i siłą rzeczy trzeba się poruszać w jakimś nurcie europejskim czy krajowym. Krótko mówiąc, chcieć nie zawsze znaczy móc. Ale oderwijmy się na razie od tego, co jako miasto „możemy” i porozmawiajmy o tym, czego „chcemy”. Od wielu lat funkcjonuje w naszym mieście taki dokument, jak Strategia rozwoju miasta. Jest przyjmowany przez Radę Miasta i co jakiś czas aktualizowany. I tu muszę powiedzieć, że przy ostatniej aktualizacji został on dość mocno – mówiąc obrazowo – odchudzony. Moim zdaniem taka strategia nie może bowiem dotykać wszystkich spraw miejskich. Życie składa się z bardzo wielu czynników i przy pomocy władzy demokratycznej dysponującej pewnym budżetem nie sposób wpłynąć na nie wszystkie, tym bardziej, że oznaczałoby to rozmienianie się na drobne. Warto raczej wytyczyć sobie kilka kierunków i wszystkie działania wokół tych priorytetów koncentrować. Jakie to priorytety? Wyznaczyliśmy trzy takie obszary. Po pierwsze jest to rozwój gospodarczy. Po drugie, aktywizowanie mieszkańców. I po trzecie, coś co można nazwać procesami metropolizacyjnymi. Warto, żeby Gliwice w dalszym ciągu rozwijały się gospodarczo, żeby było dużo miejsc pracy, żeby praca była bardzo dobrze wynagradzana, a realne bezrobocie – i ono faktycznie takie jest – było niskie i w związku z tym, żeby o wiele

więcej dziedzin i aspektów życia było zaspakajanych przez obywateli z pominięciem władzy. Sytuacja odwrotna, z którą mamy często do czynienia jest taka, że pracy nie ma, bądź jest jej mało i jest nadmiernie opodatkowana, w związku z czym wynagrodzenia netto są niskie, a mieszkańcy po pomoc w zaspakajaniu swoich życiowych problemów ustawiają się w kolejce do urzędu. Czyli taki typowy „homo sovieticus”? Dokładnie tak. Twierdzę więc z całą stanowczością – także jako współautor tej strategii – że powinniśmy skłaniać się w stronę tego pierwszego modelu. Sukcesy Gliwic w ostatnim dwudziestoleciu to nie jest wyłącznie zasługa władzy samorządowej, nie mam wątpliwości, że jest to wynik współdziałania władzy oraz mieszkańców i sumowania się wszystkich atutów i zalet. Mam jednak wrażenie, że ten plan, żeby rozwijać gospodarkę, która pociągnie za sobą resztę aspektów życia nie do końca się sprawdził. Budżet miasta, owszem, rośnie, ale mieszkańców stale i metodycznie ubywa. Nie ma tutaj takiego prostego przełożenia, że jak zapewnimy miejsca pracy, to ludzie będą się chcieli u nas osiedlać. Nie ma prostego przełożenia, bo to też nie jest prosty temat. Generalnie jest tak – na świecie, w Europie, w Polsce – że zasadniczo miasta się rozwijają i w nich powstają miejsca pracy. Dzisiaj jesteśmy na tym kluczowym dla gospodarki etapie odejścia od przemysłu ciężkiego, którego produkcja nierzadko zatruwa środowisko, i przejścia do usług wysokich technologii, gdzie tworzy się więcej miejsc pracy o charakterze biurowym czy projektowym. Rozwój cywilizacyjny świata i Polski idzie w tym właśnie kierunku. Stopa życiowa rośnie i wiele osób nie chce już mieszkać w miastach. Owszem, chętnie do nich dojedzie do pracy, ale lokuje swoje miejsce zamieszkania pod miastem. Taką sytuację mamy też


08

/ MAGAZYN EIMPERIUM

w Gliwicach. Wystarczy spojrzeć na przykład na gminę Zbrosławice z Szałszą, która jest przyklejona do Żernik, ale administracyjnie należy do innej gminy. I tam prawdopodobnie – chociaż nie sprawdzałem tego – notuje się wzrost mieszkańców. To są w przeważającej mierze dotychczasowi gliwiczanie, którzy – mieszkam na granicy Gliwic, więc mam sposobność to obserwować – cały czas jeżdżą samochodami rejestrowanymi w naszym urzędzie i nie widzą w tym specjalnie problemu. Krótko mówiąc, ci ludzie mieszkali kiedyś w Gliwicach, prawdopodobnie nadal tu pracują i koncentrują wszystkie swoje czynności życiowe. Sądzę jednak, że ludzie wyprowadzają się pod miasto nie dlatego, że mają bardzo wysoką stopę życiową, ale właśnie w poszukiwaniu możliwości tańszego osiedlenia się. Działki w Szałszy są po prostu tańsze, niż w Żernikach. Podobnie taniej można kupić mieszkanie w Zabrzu, niż w Gliwicach. Czy nie jest tak, że nasze miasto dla wielu staje się po prostu za drogie? Oczywiście, ceny nieruchomości w Gliwicach są wyższe, niż w otoczeniu, ale to wynika właśnie z atrakcyjności inwestycyjnej miasta. Tych cen nie kształtuje władza administracyjna, ale rynek. Nawet gmina, gdy chce coś sprzedać, musi posiadać wycenę przygotowaną przez biegłego rzeczoznawcę, który ustala cenę rynkową i nam nie wolno wystawić nieruchomości do przetargu po niższej cenie. Ale tak ma to miejsce na całym świecie, że nieruchomości są droższe w ośrodkach, które cywilizacyjnie są bardziej rozwinięte.

Ubytek mieszkańców to dla miasta realny problem? Każdemu miastu zależy, żeby mieć jak najwięcej mieszkańców, bo pokaźny przychód do budżetu stanowi udział w podatku dochodowym PIT, który regulowany jest w zależności od miejsca zamieszkania. Są takie przykłady na mapie Polski, jak Rzeszów. To jest miasto, gdzie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów są tylko wsie, które bardzo chętnie włączają się w jego granice. W efekcie Rzeszów stale się powiększa i ma w związku z tym powody do radości, bo podatki od mieszkańców terenów podmiejskich zaczynają wpływać do kasy miasta, a nie sąsiednich gmin. Czy to nie jest jednak pochopna radość? Z jednej strony budżet Rzeszowa rośnie, ale rosną też obciążenia związane chociażby z zapewnieniem usług transportu zbiorowego na przyłączanych terenach, doprowadzenia U nas też parę lat temu była taka inicjatywa, która wyszła z Szałszy, żeby to sołectwo przyłączyć do Gliwic. Tak jak już wspomniałem, urbanistycznie jest ono wręcz przyklejone do Gliwic, a od kolejnych sołectw gminy dzieli je kilometr zielonych pól. Funkcjonalnie i geograficznie takie przyłączenie byłoby więc uzasadnione i o to starali się ci nowi mieszkańcy sołectwa, dawni gliwiczanie, którzy liczyli, że dzięki temu szybciej doczekają się nowej infrastruktury drogowej i kanalizacyjnej. Przeciwna tej inicjatywie była natomiast tzw. stara Szałsza oraz gmina Zbrosławice obejmująca cały obszar od Gliwic do Tarnowskich Gór. Ostatecznie sprawa więc upadła, ale sedno tego tematu jest właśnie takie, że z jednej strony dobrze jest mieszkać pod miastem wśród dziewiczej przyrody, ale jednak droga, kanalizacja, przedszkole czy szkoła też są potrzebne. A mieszkańcy Szałszy ocenili, że bogate Gliwice są w stanie zapewnić im te udogodnienia szybciej, niż macierzysta gmina Zbrosławice. Kilka lat temu także Kleszczów chciał przyłączenia do Gliwic, ale rząd się nie zgodził. Gdyby te projekty się powiodły, Gliwice zanotowałyby skokowy przyrost jeśli chodzi o liczbę mieszkańców.


TWARZE GLIWIC /

09


10

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Wracając jeszcze może na chwilę do kwestii rozwoju miasta. Czy Pana zdaniem Gliwice rozwijają się w sposób zrównoważony? Bo z jednej strony samorząd dostaje nagrody od zewnętrznych instytucji właśnie za zrównoważony rozwój, a z drugiej – będąc tu na miejscu – widzimy jednak, że występują spore dysproporcje w wydatkach ponoszonych na różne cele. Choćby ostatni taki przykład: trwa budowa hali sportowej za kilkaset milionów złotych, a jednocześnie od lat nie potrafimy dokończyć dużo mniejszej, kulturalnej inwestycji, jaką jest odbudowa Ruin Teatru Victoria. Wydaje się więc, że nie we wszystkich kierunkach miasto rozwija się równie dynamicznie. Problem z pojęciem zrównoważonego rozwoju polega na tym, że jest ono tyleż modne, co słabo czy niedostecznie zdefiniowane. Zwykle podchodzimy do niego dość intuicyjnie i subiektywnie, a ciężej jest wskazać jakieś mierzalne wskaźniki tego zrównoważonego rozwoju. Ale być może nie o to chodzi, bo istota sprawowania władzy w takich ugruntowanych demokracjach polega na tym, że kluczową opinię raz na cztery lata i tak wystawiają wyborcy. Najbliższe mi podejście jest więc takie, żeby robić to, co przysłuży się jak największej liczbie osób. Można przewidzieć, czy to na podstawie doświadczenia, czy wiedzy, że z danej inwestycji będzie korzystać duża ilość osób i tam kieruje się wtedy odpowiednio większy strumień pieniędzy, a w inne, mniej popularne kierunki – odpowiednio mniejszy. Miasto z jednej strony wybudowało stadion piłkarski przy ulicy Okrzei na 10 tys. miejsc, a jednocześnie utrzymuje też teatr na Nowym Świecie na niecałe 500 miejsc. Dysproporcje są więc znaczne. Abstrahując już od kosztów bieżącego utrzymania tych obiektów, różnice biorą się z tego, że na mecze – i to jest policzalne – chodzi po kilka tysięcy ludzi, a do teatru – średnio zagląda kilkaset osób. Trudno więc sobie wyobrazić, żebyśmy teraz budowali teatr na wiele tysięcy miejsc. Takie rzeczy były możliwe w starożytności, gdy powstawało Koloseum. Ilość spektakli czy przedstawień, które dzisiaj są w stanie zgromadzić taką widownię jest ograniczona do występów największych gwiazd. Ale po to też między innymi budujemy nową halę, która – co podkreślam – ma charakter widowiskowo-sportowy. Myślę, że w perspektywie strategicznego rozwoju miasta, a więc za te 10 czy 20 lat, będziemy mieli w Gliwicach i halę widowiskowo-sportową, i odbudowane ruiny teatru. Wielu wielkich artystów, czy to Andrzej Seweryn, czy Piotr Fronczewski podkreśla magiczność tego miejsca i chodzi o to, żeby w trakcie odbudowy tego klimatu nie zepsuć. Nadal ma to mieć charakter ruin, ale ruin dobrze utrzymanych – ogrzewanych, ze szczelnym dachem, z wieloma możliwościami scenicznymi, żeby różnego rodzaju widowiska mogły się tam odbywać. Mamy ambitne plany sięgania po unijne środki na wiele zadań – i nie inaczej jest z teatrem. Myślę, że prędzej czy później te próby zakończą się sukcesem. Z Halą Gliwice ta wyprawa po unijne dofinansowanie, możemy już chyba powiedzieć to oficjalnie, zakończyła się jednak porażką. Jest jeszcze kasacja w Sądzie Najwyższym. Nie można wykluczyć, że sprawa zakończy się porażką w tym sensie, że nie będzie tych dodatkowych pieniędzy, bo w tym momencie już nie mówimy o dofinansowaniu unijnym, ale o zwrocie środków przez marszałka. Uważamy, że nie miał on prawa wypowiedzieć umowy o dofinansowanie budowy hali. Rzecz dotyczy jednak skomplikowanych procedur unijnych. Ekspertyzy prawne na ten temat mieszczą się już chyba w kilku szafach.


TWARZE GLIWIC /

11

Sama hala natomiast, jeszcze raz wracając do tematu strategii rozwoju miasta, to jest przykład takiego działania metropolizacyjnego. To nie jest hala tylko dla Gliwic. Wielokrotnie już o tym mówiłem, że to jest kolejny impuls rozwojowy. Przy wydarzeniach, które będą miały tam miejsce i będą gromadzić po kilka tysięcy uczestników z całej Polski, wiele branż w Gliwicach zyska w sposób naturalny. Wspomniał Pan o tym, że miasto najchętniej inwestuje w te dziedziny czy inwestycje, gdzie oczekuje największego powodzenia wśród mieszkańców. Jeśli weźmiemy pod uwagę kolej miejską – o której nie tak dawno rozmawialiśmy w Telewizji Imperium – to tam szacunkowe koszty liczone są na około 200 mln zł, a prognozuje się, że dziennie z tej usługi komunikacyjnej korzystać będzie 5 lub 6, a maksymalnie do 12 tys. osób. To są dane z analizy przygotowanej na zlecenie miasta w 2011 roku przez firmę J-KOM. To dużo czy mało Pana zdaniem? Szacunki są różne. Według studium wykonalności może to być nawet 15,6 tys. osób na dobę. Warto podkreślić, że dzisiaj – według dwóch niezależnych analiz – z komunikacji publicznej na tej osi, którą ma komunikować planowana kolej, a więc od Pyskowic przez Łabędy i centrum do Sośnicy, dziennie wykonywane jest około 30 tys. przewozów. To bardzo dużo. Jeśli wyobrazimy sobie, że te wszystkie osoby podróżują autobusami, co znacznie obciąża nasz układ drogowy, to wydaje się, że warto połowę tego strumienia przekierować na transport kolejowy. Nie mam dylematu, czy to jest potrzebne. Natomiast odwróciłbym to pytanie, bo dzisiaj jest tak, że pociągi Kolei Śląskich kończą swój bieg w Gliwicach. Nie jadą już ani do Łabęd, ani do Pyskowic. Jeżdżą za to w wielu innych miejscach w województwie, na przykład gdzieś na południowo-zachodnich krańcach powiatu raciborskiego. Chwalono się kiedyś, że do Bohumina, czeskiego miasteczka przy granicy, zostało uruchomione nowe połączenie. Chciałbym wiedzieć, ilu ludzi z niego korzysta? To samo na północy województwa na przykład na trasie z Lublińca do Częstochowy przez Herby i inne małe miejscowości. Też chciałbym wiedzieć, ile osób tam podróżuje? Intuicyjnie powiem, bez analiz i sprawdzania liczb, że z Pyskowic do Gliwic przez Łabędy czy Kuźnicę, gdzie jest Bumar i Huta Łabędy, znacznie więcej ludzi by podróżowało. Stąd nasza propozycja, którą nieustannie składamy marszałkowi, żeby Koleje Śląskie zaangażowały się również w rozwój komunikacji pomiędzy Gliwicami a Pyskowicami. Wspomniał Pan o tym, że te 30 tys. przejazdów na dobę autobusami obciąża układ drogowy. Na pewno w większym jeszcze stopniu ten układ drogowy obciążają samochody osobowe. Czy są więc planowane i podejmowane działania, żeby zachęcać kierowców do przesiadania się do komunikacji publicznej? To jest pytanie, gdzie odpowiedź wydaje się oczywista: tak. Nawet sam osobiście chętnie podróżowałbym środkami komunikacji publicznej, gdyby oferta była dla mnie dobra. Nie mam co do tego wątpliwości, że w wielkich metropoliach powinno się wzmacniać transport publiczny i przedstawiać coraz lepszą ofertę – doskonalszą i przyjaźniejszą dla każdego mieszkańca. Natomiast trzeba też brać pod uwagę wolny wybór jednostek i my regularnie prowadzimy takie badania, z których wynika, że wielu właścicieli samochodów twierdzi, że mimo korków i innych uciążliwości najwygodniej jest jeździć im własnym transportem. A co więcej, nie umieją wręcz albo nie chcą wskazać czynników, które mogłyby skłonić ich do zmiany tych przyzwyczajeń. I te głosy również musimy brać pod uwagę. Oferta komunikacyjna powinna być dla każdego, więc powinny być i drogi dla samochodów,


12

/ MAGAZYN EIMPERIUM

i oferta przewozów autobusowych, i oferta w zakresie transportu szynowego. Trzeba mieszkańców zachęcać do korzystania z transportu publicznego, ale efekty nie będą natychmiastowe – to są procesy wieloletnie. Mówi Pan, że chętnie korzystałby z komunikacji miejskiej, gdyby tylko była lepiej dopasowana do Pana potrzeb. Nie mogę więc nie zapytać Pana, jako zastępcy prezydenta miasta, dlaczego tak nie jest i jakie działania są podejmowane, żeby tę ofertę ulepszać? Tutaj wracamy do zalet i wad mieszkania pod miastem. W dzielnicy domków jednorodzinnych, gdzie od kilkunastu lat mieszkam, siłą rzeczy dostęp do transportu zbiorowego jest utrudniony. Na dodatek muszę poruszać się swoim samochodem w ramach obowiązków służbowych, więc chcąc nie chcąc na co dzień z komunikacji miejskiej nie korzystam. Ale przyznaję, że gdy zdarzy mi się wyjechać prywatnie wiczorem czy w weekend, to chętnie wsiadam w autobus. Czasami mówi się, że barierą w skutecznym zarządzaniu miastem przez urzędników jest

to, że nie mają oni czasu w nim bywać. Tak jak Pan mieszkają w dzielnicach podmiejskich, dojeżdżają samochodem do pracy, a potem szybko opuszczają centrum. Nie mają więc możliwości dostrzec tych problemów, z którymi na co dzień borykają się mieszkańcy. Mogę mówić za siebie, że lubię stykać się ze sprawami, którymi zajmuję się służbowo. Mnie między innymi podlega geodezja. To jest taka dziedzina niewidoczna, ale niezwykle istotna dla funkcjonowania całego miasta. Mamy zjawisko fizyczne nazywanie przyciąganiem grawitacyjnym, więc wszystko osadzone jest na ziemi. I jeśli jest porządek w mapach geodezyjnych, to w całym mieście jest porządek. Niestety póki co ciągle mamy do czynienia z bałaganem, którzy przez dziesięciolecia, a nawet wieki historii się nawarstwił i bardzo wiele spraw jest dziś zagmatwanych, wymagających regulacji. Zdarza się, że w czasie przyjęć stron rozmawiam tutaj z niezadowolonymi ludźmi, którzy mają jakiś problem geodezyjny, bo granice działki nie pokrywają się z ogrodzeniem, trzeba coś uregulować, zapłacić za coś, co się do tej pory nielegalnie zajmowało. No i mimo tego,


TWARZE GLIWIC /

że tutaj w urzędzie jest dostępna mapa, że mamy ortofotomapy, czyli szczegółowe zdjęcie lotnicze całego miasta, to ja czuję się wręcz w obowiązku, jeśli jest coś niejasne, zobaczyć, jak to jest w rzeczywistości. Nie raz zdarzyło mi się wręcz potknąć o geodezyjne kamienie graniczne, podczas gdy zainteresowany tutaj w urzędzie mówił i udowadniał, że nie ma tych kamieni. Co oczywiście nie znaczy, że one tam zawsze są. Kontrowersyjne sprawy staram się więc sprawdzać osobiście. Ale na co dzień, moim zdaniem, rzecz nie powinna wyglądać tak, że idzie sobie prezydent na spacer i widzi dziurę w chodniku albo nieposprzątany fragment miasta i on na drugi dzień dzwoni i mówi: „załatwcie to”. Moim zdaniem rządzić powinny zasady. Czy są zainwentaryzowane wszystkie dziury w drogach, jakie powstały po zimie i czy systemowo przystępujemy do łatania tych dziur? Raczej takiej komunikaty. Ja sądzę, że nikt nie oczekuje, że prezydent osobiście będzie to robił. Są natomiast w wielu urzędach stanowiska tzw. oficerów czy rzeczników, którzy wywodzą się z różnych środowisk i posiadają bieżącą wiedzę na temat występujących problemów i sposobów radzenia sobie z nimi. Jeśli to będzie na przykład oficer rowerowy, to jest to osoba, która faktycznie codziennie tym rowerem jeździ i te problemy zna. Albo – przykładowo – rzecznik pasażerów transportu zbiorowego, który może dysponować taką życiową wiedzą na temat funkcjonowania komunikacji miejskiej. Tak jak Pan wspomniał, na co dzień raczej nie jeździ Pan autobusami, podobnie – domyślam się – pozostałe osoby kierujące pracą urzędu, a bez takich doświadczeń trudno jest rozmawiać z KZK GOP nad temat ulepszania sieci połączeń. Myślę, że zamiast wyznaczać jednego oficera, który też będzie mieć pewne subiektywne ograniczenia, lepiej zdać się na opinię większej grupy mieszkańców, którzy swoje uwagi będą zgłaszać do urzędu. Takiej partycypacji wciąż jest zbyt mało, a dzisiaj jest niesłychanie proste, bo niemal każdy ma dostęp do komputera i może błyskawicznie wysłać maila. Ja zachęcam do tego nawet członków swojej rodziny. Wieczorem przy kolacji spotkam się z różnymi zarzutami. Podchodzi córka i mówi, że coś jest nie tak i żebym to załatwił. A ja jej odpowiadam, żeby napisała maila czy do KZK GOP, czy do PKM, czy jeszcze gdzieś, gdzie zachodzi taka potrzeba. Czytam wszystkie tego typu przekazy, które otrzymuję, nawet jeśli wydają mi się z pozoru pozbawione racji, bo w każdym

13

może się trafić jakieś cenne spostrzeżenie i jeśli się tak zdarzy, to biorę to pod uwagę. Czyli nie wyznaczanie konkretnych osób, ale być otwartym i branie pod uwagę opinii płynących z zewnątrz. Ale z tym braniem pod uwagę to jednak bywa różnie. Jest taka bariera rozmycia odpowiedzialności. Ludzie często się zniechęcają do zgłaszania uwag, jeśli piszą do KZK GOP, a ten odsyła ich z kwitkiem, bo jego zdaniem decyzja leży po stronie gminy, która płaci za przewozy. Albo odwrotnie, piszą do urzędu, a ten ich odsyła do KZK GOP, bo przecież kompetencje w zakresie transportu zbiorowego zostały przekazane do związku. Tworzy się takie błędne koło, a sprawa pozostaje bez rozwiązania. A stąd już krótka droga do narzekania na ten słynny urzędniczy „niedasizm”. Oczywiście, że jest takie zjawisko. Ja też je widzę – tzw. spychotechnika. Miałem kiedyś takiego wspólnika, którego spostrzeżeniem i dewizą życiową było, że naturalnym stanem człowieka jest lenistwo. Nawet w Starym Testamencie Bóg stworzył w raju człowieka, który nic nie musiał robić. Dopiero jak człowiek zgrzeszył to musiał się wziąć do roboty. Wychodząc z tego założenia, każdy urzędnik – jako też człowiek – ma to w sobie. I zdarza się, że jak nie musi czegoś zrobić to tego nie robi, a najchętniej by to przekierował na swojego kolegę siedzącego obok albo najlepiej w innej jednostce miejskiej. Natomiast mówienie obywatelowi, który zgłasza jakąś sprawę, że trafił pod zły adres, bo kto inny ma to w swoich kompetencjach jest niedopuszczalne. Stoję na stanowisku, że wszystkie instytucje zaangażowane w daną sprawę powinny uzgodnić rozwiązanie między sobą, a na zewnątrz powinien wychodzić dopiero wspólny głos. Trzeba jednak wyraźnie rozróżnić, że jest też grupa ludzi, która oczekuje, że urzędnicy załatwią za nich wszystko. Także idąc w tę drugą skrajność, jeśli trafia się taki przypadek, że ktoś przychodzi do urzędu ze sprawą, którą powinien rozwiązać sam własną zaradnością, to taka odmowna odpowiedź jak najbardziej mu się należy. Na koniec może jeszcze jedno takie rozluźniające pytanie. Mamy wakacje, czy ma Pan już jakieś plany urlopowe? Mam plany wyjazdu do rodziny, bo syn z małżonką są poza granicami Polski, choć tak się składa, że planują już niebawem powrót na stałe do Gliwic. A że spodziewają się dzidziusia i to już w najbliższych godzinach, wręcz można by powiedzieć, to w sierpniu mamy zamiar ich z tej okazji odwiedzić w ramach dwutygodniowego urlopu.


14

/ MAGAZYN EIMPERIUM

DETEKTYW

HISTORII PO ZIELONEJ STRONIE MIASTA

L

ubimy z dumą powtarzać, że Gliwice to jedno z bardziej zielonych miast na Śląsku. Niewiele osób jednak wie, że taki stan rzeczy jest zasługą dwójki Niemców, których los szczęśliwie ze sobą zetknął w naszym mieście. Pierwszym był Karl Schabik – miejski radca budowlany zauroczony ideami miasta-ogrodu propagowanymi na początku XX wieku przez Ebenzera Howarda. Drugim – Richard Riedel, utalentowany ogrodnik, który w Gliwicach dosłużył się stanowiska Dyrektora Ogrodów Miejskich. To ich współpracy zawdzięczamy nie tylko miejską palmiarnię, piękne szpalery drzew przy ulicach, ale także trzy wspaniałe, śródmiejskie parki. Zapraszam na opowieść o historii gliwickiej zieleni. TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


DETEKTYW HISTORII /

PARK SZWAJCARIA, CZYLI DAWNY FOLWARK GARDELL Najstarsze ślady dzisiejszego parku pochodzą z przełomu XVIII i XIX wieku. Na mapach Gliwic z tego okresu widnieje tu nazwa Vorwerk Gardell – to folwark który wiek później przemieniono w Ośrodek Rekreacyjny Schweizerei – dzisiejszy park Szwajcaria. Folwark Gardell związany był od średniowiecza ze Starymi Gliwicami (Alt Gleiwitz), które z kolei znajdowały się w majątku probostwa Łabędy (Laband). Ciekawostką jest fakt, iż w roku 1276, gdy nadano Gliwicom prawa miejskie, Stare Gliwice już istniały – więc są w zasadzie starsze niż nasze miasto. Od roku 1860 dobra rycerskie Alt Gleiwitz należały do Bernharda von Welczek. Drugą ciekawostką jest sam folwark Gardel – pierwsza wzmianka o nim pochodzi z mapy z 1736 roku, gdzie w ówczesnym majątku „Alt Gleibicz” istnieje folwark „Gardilla”. Na mapie z roku 1812 już napisano „Vorw. Gardell” i wyraźnie widać zabudowania folwarczne, a obok nich duży, zadrzewiony obszar służący zapewne już wtedy właścicielom jako park. Tym bardziej, że w samym środku istniał sporej wielkości staw. Na mapie z roku 1911 w tym rejonie zaznaczone są także dróżki spacerowe wokół stawu i to prawdopodobnie stało się przyczyną, dla której magistrat ówczesnych Gleiwitz „zarekwirował” istniejące założenie parkowe, tworząc tu w 1926 roku, jakoby od nowa zbudowany dla gliwiczan, Park Schweizerei. Stało się tak za sprawą radnego miejskiego o nazwisku Juretzko, który wertując księgi wieczyste odkrył, że folwark Gardel leży na gruncie

15

miejskim, więc bez dodatkowych kosztów można go przekształcić w park. W tamtym czasie staw był zasilany w wodę źródłami w jego dnie, a nadmiar wody odprowadzany strumieniem do pobliskiej Kłodnicy. Tuż przy ulicy zbudowano dużą restaurację z parkingiem, letnim tarasem na 600 osób i kręgielnią. Dawny staw przedzielono uroczym mostkiem na dwie części i zbudowano przystań dla łodzi. Po romantycznej przejażdżce łódką gliwiczanie mogli skorzystać z atrakcji restauracji – sal tanecznych, pokoi gościnnych oraz pawilonu muzycznego i doskonałej kuchni. Patronem restauracji był browar w Toszku, który zapewnił jej pełne wyposażenie oraz właściwą obsługę gości. Wnętrze głównej sali zdobiły dwie prace malarskie znanego ówczesnego artysty gliwickiego Ericha Gottslicha – „Lato” i „Zima”. Dodatkowym atutem restauracji był jej sufit wykonany w specjalnej, rzadkiej technice kasetonowej. Zimą goście mogli korzystać z pobliskiego toru saneczkowego – dzisiejszego toru rowerowego. Pieczę nad budową nowego parku sprawował miejski radca budowlany Karl Schabik oraz dyrektor ogrodów Riedel. Dla wygody gliwiczan zaprojektowali i dopilnowali wykonania specjalnych tras spacerowych z centrum Gliwic - ulicą Kościuszki i Kozielską oraz promenadą spacerową wzdłuż Kanału Kłodnickiego. To było naprawdę piękne miejsce. Pozostał tylko żal że nic nie uratowało się z dawnej świetności obiektu. Przepiękną restaurację zamieniono w ośrodek nauki jazdy, aleje przy dawnym Kanale Kłodnickim wycięto, trasy spacerowe z miasta przestały istnieć. Jedynie dwa stawy wraz z odnowionym obecnie parkiem są miłym akcentem w całym założeniu dawnego parku „gliwickiej Szwajcarii”.


16

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Taras dawnej reastauracji Gleiwitzer Schweizerei

DOMEK OGRODNIKA I JEGO LOKATOR Budowlę tę widział każdy, kto choć raz był w gliwickiej palmiarni lub spacerował po parku Chopina. Do niedawna zajmowana była przez dyrekcję gliwickiego MZUK-u, teraz czeka na kolejnego najemcę lub właściciela. Co w słynnym Domku Ogrodnika jest tak bardzo szczególnego, że warto się nim zainteresować? Po pierwsze sam wygląd – mały zameczek z okrągłą basztą wzbudza zainteresowanie spacerujących na zasadzie kontrastu. Obok stoi przecież zespół potężnych, metalowo–szklanych hal palmiarni. Ale nie zawsze tak było przecież. Domek Ogrodnika (Gartenhaus) jest pozostałością po zespole pierwszych szklarni miejskich. Już wtedy, około roku 1880,

myślano o stworzeniu tu zielonego parku dla rosnącego jak na drożdżach miasta. Ktoś musiał jednak kierować takimi pracami, musiał też gdzieś mieszkać, mieć swoje biuro i pomieszczenia gospodarcze. Zbudowano więc na obrzeżach parku domek nawiązujący stylem do ówczesnej mody – domek ogrodnika. Trzeba pamiętać, że centrum parku zajmowało wówczas tzw. wzgórze Deventera (założone wraz z parkową promenadą przez Deventera Hügela) z mostkiem nad strumieniem dawnej Dzikiej Kłodnicy (Wilde Klodnitz lub według innych map – Potokiem Wiedeńskim, czyli Wiener Bache). Na szczycie wzgórza stała spora drewniana altana ze schodkami oraz ławeczkami. Cały przyległy teren zamieniono w ogród skalny z fontanną i basenem. Kompleks tej dawnej „małej architektury” – domek ogrodnika, szklarnie i wzgórze Deventera – stwarzał więc niepowtarzalną, miłą atmosferę. Rosnące miasto potrzebowało jednak czegoś więcej niż małych szklarni. Magistrat gliwicki postanowił więc zbudować palmiarnię. Rośliny do niej gromadzono już od roku 1913, aż wreszcie w roku 1925 nastąpiło huczne otwarcie palmiarni gliwickiej. Nie tej którą znamy obecnie, lecz tej, która stała tu jeszcze do lat 80. minionego wieku. A domek ogrodnika? Zamieszkał w nim Richard Riedel (1887-1965) – dawny dyrektor Ogrodów Miejskich. Pochodził z Dolnego Śląska, spod Wałbrzycha. Pierwsze nauki ogrodnictwa pobierał w ogrodach znanych ówcześnie osobistości: dr Brehmera w Sokołowsku pod Wałbrzychem, w Ahrensburgu pod Hamburgiem oraz pod Oleśnicą w ogrodach królewskich. Jako 23-latek pracował już jako pierwszy pomocnik Miejskiej Dyrekcji


DETEKTYW HISTORII /

17

Wzgórze Deventera w parku miejskim

Pierwotny, największy pawilon palmiarnii. Ogrodów w Legnicy. Potem trafił do miejscowości Kuchelna gdzie zakładał 75-hektarowy park dla księcia Lichnowskiego. Mając 26 lat trafił w końcu do Gliwic by po dwóch latach zostać starszym ogrodnikiem z tytułem asystenta radcy. W roku 1917 był już inspektorem ogrodów miejskich w Gliwicach, a od roku 1920 - ich dyrektorem. Mieszkał w budynku przy palmiarni, nazwanym potem domkiem ogrodnika. W budynku istniało na piętrze duże wielopokojowe mieszkanie, które prawdopodobnie zajmował z rodziną. Pierwsza znana pocztówka pokazująca gliwickie szklarnie i domek ogrodnika pochodzi już z roku 1906. We wszystkich następnych latach powstawały nowe pocztówki z tym samym widokiem, stąd wiemy dziś, jak wyglądała roślinność porastająca budynek i jego otoczenie. Zasługą Riedla było wszystko, co posadzono w gliwickich parkach i w palmiarni. To za jego czasów dobudowano w 1935 roku do istniejącej już palmiarni ogromny, jak na tamte czasy, szklany pawilon o wymiarach 28 na 18 m oraz wysokości 12 metrów. Do tej pory palmy zakopywano coraz głębiej by mieściły się w starych szklarniach. Riedel sprowadził do palmiarni krokodyla, małpy brazylijskie, pawiana, szympansy oraz anakondę. W basenie tuż przy wejściu zwiedzający mogli podziwiać największą wodną roślinę świata Victoria Regia, z potężnymi okrągłymi liśćmi zdolnymi utrzymać na wodzie dwuletnie dziecko. Dyrektor dbał również o dobrą frekwencję w pawilonach, gdyż utrzymywane były wyłącznie

z wpływów z biletów. Za jego staraniem, w latach 1926–28 palmiarnię odwiedziło aż 260 klas szkolnych mających tu obowiązkowe lekcje przyrodnicze. W 1927 roku odnotowano 18 tys. zwiedzających, w 1936 – już 30 tys., a w ostatnim, spokojnym dla Gliwic roku 1941 aż 40 tys. osób. Riedel ustalił bardzo niskie ceny biletów dla wycieczek szkolnych w wysokości 10 fenigów dla ucznia. Dla porównania – 1 kg mąki pszennej kosztował 34 fenigi, 10 dkg kawy 50 fenigów, czekolada 125 g 25 fenigów. W przybliżeniu więc cena biletu ucznia w przeliczeniu do cen naszych czasów wynosiła około 1 zł. Dyrektor Riedel jest osobą która wspólnie z architektem miejskim Karlem Schabikiem stworzyli z Gliwic miasto-ogród. Ich dziełem są parki Chrobrego i Chopina, a także gliwicka Szwajcaria. Riedel współpracował także z właścicielami zniszczonego obecnie Zameczku Leśnego przy ulicy Chorzowskiej. Doglądał jako urzędnik odpowiedzialny za gliwicką zieleń

Fragment parku przeszktałcony w cmentarzyk żołnierski.


18

/ MAGAZYN EIMPERIUM

nasadzeń w przyległym lasku, prawidłowego działania fontanny i czystości baseników dla dzieci. Mało tego – za jego czasów posadzono ponad 10 tys. drzew wzdłuż kanału Kłodnickiego i Kłodnicy, a także wzdłuż gliwickich ulic, na skwerach, na cmentarzach i przy budowanych osiedlach mieszkaniowych. Sporą część tych nasadzeń nasze pokolenie beztrosko wycięło.

Riedel opuścił Gliwice w styczniu 1945 roku. Zmarł całkiem niedawno, bo w 1965 roku, w Aschau w Niemczech.

TAJEMNICE PARKU CHROBREGO Park Bolesława Chrobrego usytuowany między Kłodnicą a obecną ul Akademicką liczy sobie dokładnie 103 lata. Pierwsza wzmianka historyczna o tym obiekcie wiąże się z mapą Gliwic z roku 1913, gdzie już można przeczytać dawną nazwę parku „Kaiser-Wilhelm-Park”, czyli Park Cesarza Wilhelma oraz zobaczyć pierwsze gliwickie boisko sportowe (Spielplatz). Boisko to istnieje do dziś, kopią tam piłkę młodzi ludzie i ojcowie z dziećmi – identycznie jak sto lat temu. W tych latach Gliwice posiadały już Dyrekcję Ogrodów Miejskich, która rozpoczęła tworzenie zielonych obszarów dla ówczesnych gliwiczan. Kiedy dyrektorem Ogrodów Miejskich został wspomniany już Richard Riedel, w mieście nastąpiła prawdziwa „zielona rewolucja”. Ogromną pomocą

w tym dziele była regulacja biegu Kłodnicy w latach 1910-1920 oraz usypanie w centrum miasta wałów przeciwpowodziowych. Na tak zabezpieczonych przed wodą terenach rozpoczęto sporo miejskich inwestycji, w tym także rozbudowano Kaiser-Wilhelm-Park. Rok 1928 przyniósł parkowi zaprojektowane już dekadę wcześniej baseny – kąpielowy i żaglowy. Wielką rolę odegrały tu starania radcy miejskiego Meltzera. Basen kąpielowy istniał mniej więcej na obszarze dzisiejszego lodowiska „Tafla” i początkowo służył jako kąpielisko z podziałem na płeć użytkowników. Kobiety korzystały z basenu w poniedziałki i czwartki, a mężczyźni w pozostałe dni tygodnia. Dodatkowo wyznaczono każdy niedzielny poranek dla kąpiących się pań – wyłącznie urzędniczek magistratu gliwickiego. W roku 1938 obok kąpieliska miejskiego otwarto duży zalew dla żaglówek i kajaków. Istniał na obszarze zajmowanym teraz przez krytą halę sportową oraz parking dla studentów. W latach 50. na zalewie żaglowym działało lodowisko miejskie, lecz około roku 1957–1960 zespół basenów zasypano, tłumacząc decyzję przedostawaniem się do nich wody z Kłodnicy. Trochę to naiwne tłumaczenie, gdyż poziom wód Kłodnicy był o wiele niżej niż dno basenów, z których wodę okresowo wymieniano wypuszczając do Kłodnicy. Świadkowie likwidacji basenów wspominają, że z ogromnym pietyzmem


DETEKTYW HISTORII /

demontowano i wywożono ciężarówkami granitowe płyty którymi baseny były wyłożone. Kto wie, gdzie dzisiaj służą jako posadzki znamienitych PRL-owskich budowli? Ciekawostką jest całe założenie parkowe które przetrwało cały wiek, więc dziś spacerujemy po alejkach wyznaczonych już około roku 1913. A całkowitym zaskoczeniem niech będzie fakt, iż już w tych latach planowano przeprowadzenie przez park drogi prowadzącą od dzisiejszej ul Akademickiej tuż przy istniejących kortach, przez Kłodnicę aż do dawnej Królewskiej Odlewni Żeliwa (Eisengiesserei) i dalej w stronę dzielnicy hutniczej. Pozostałością po tym pomyśle sprzed stu lat jest piękna aleja drzew stojąca do dziś między kortami a parkiem. Mało kto ją zauważa bo jest całkowicie wyłączona z terenu parku Chrobrego i odizolowana dwumetrowym płotem oraz podwójnym rzędem drutu kolczastego.

Basen kąpielowy

ZOBACZ WIĘCEJ!

Basen żaglowy

19

I to jest właśnie największa tajemnica Parku Chrobrego. Cóż może bowiem się kryć w stu metrowym szpalerze 26 lip stojących w tej alei? Każde z tych drzew ma średnicę 50-80 cm, wokół teren jest równiutki jak stół, zadbany i… schowany przed gliwiczanami. W latach 50-tych, gdy budowano Politechnikę Śląską, wykorzystano ten dawny niemiecki drogowy pomysł, na doprowadzenie w stronę budowy uczelni torów kolejowych. Linię poprowadzono od węzła kolejowego przy ulicy św. Stanisława Kostki przecinając ulice Błogosławionego Czesława, Franciszkańską i Robotniczą. Linia kolejowa biegła dalej przez teren obecnego GZUT-u, a potem przez tymczasowy drewniany most na Kłodnicy kierując się przez park Chrobrego w stronę ulicy Akademickiej i Wydziału Górnictwa i Geologii Politechniki Śląskiej. Ślady po tym nieznanym prawie nikomu moście kolejowym są widoczne do dziś. Wystarczy spojrzeć na wysokości naroża kortów i „dziwnej” alei lip w stronę przeciwległego brzegu Kłodnicy – widać tam resztki uciętych drewnianych filarów dawnej przeprawy. Wykonano wówczas w parku przesiekę pod tory wycinając wszystkie drzewa, jej ślad też jest dziś widoczny z wałów powodziowych Kłodnicy. Ciekawym i bez odpowiedzi jest pytanie - dlaczego nie wykorzystano istniejącej alei do poprowadzenia torów, tylko skierowano je obok szpaleru lip? Lata współczesne mogą stać się rokiem przełomowym dla istnienia historycznego założenia parku Chrobrego. Urząd Miejski w Gliwicach planuje bowiem poprowadzić aż dwie drogi przez teren parku, wycinając oczywiście wszystkie drzewa po drodze. Jedna z nich ma pobiec mniej więcej od ulicy Wincentego Pola, przez most przy „wodospadzie” na Kłodnicy, dalej obok „Mysiej Górki” i poprzez zlikwidowane Ogrody Działkowe „Krakowianka” do Ronda Akademickiego. Druga – pobiegnie obok dwóch szkół podstawowych przy Robotniczej, dalej mostem przez Kłodnicę i przez parking studencki w stronę budowanej Hali Gliwice. Kładka przerzucona nad DTŚ w pobliżu ulicy Paulińskiej faktycznie jest pierwszym etapem tej drogi. Tym samym zniknie kilkaset drzew parkowych, a wraz z nimi zniknie urok tego miejsca. Pojawi się asfalt, hałas, spaliny i przekleństwa kibiców sportowych koczujących na parkowych ławkach. Schabik i Riedel na pewno nam tego nie darują.


20

/ MAGAZYN EIMPERIUM

reklama

tvimperium .pl


REKLAMA /

21

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


22

/ MAGAZYN EIMPERIUM

S

T

U

D

I

O

PRASOWE Z KOMENDANTEM MIEJSKIM PAŃSTWOWEJ STRAŻY POŻARNEJ

W czwartek, 16 czerwca, gościem "Stuadia Prasowego" w Telewizji Imperium był st. bryg. Janusz Przybylski, komendant miejski Państwowej Straży Pożarnej w Gliwicach. W rozmowie z Agnieszką Baron i Andrzejem Wawrzyczkiem opowiadał między innymi o zagrożeniach, na jakie narażeni jesteśmy latem oraz o tym, jak PSP jest przygotowana do tego, żeby sobie z nimi radzić.

O sezonowości zagrożeń Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że praktycznie przez cały rok mamy ręce pełne roboty. Zagrożenia są oczywiście różne w zależności od pory roku. Generalnie, jeśli mówimy o zimie to wszystko, co związane z ogrzewaniem, pożarami, wypadki komunikacyjne, bo jest bardziej ślisko. Okresy wiosenne to są wypalania traw i tutaj zawsze jest dość duża liczba interwencji. Lato, czyli też kwestie wypalania pozostałosci na polach, ale również wypadki komunikacyjne, które generalnie przez cały rok gdzies tam dominują.

O wypalaniu traw Różne są hipotezy na temat wypalania traw. Jedni twierdzą, że przez to się użyźnia glebę, że od zarania dziejów tak było, że wypalało się pola, lasy, żeby później użyżnić tę ziemię. Oczywiście inne grupy twierdzą, że to jest szkoda dla środowiska, że zabija się mikroorganizmy, które w ziemi żyją. Ale pomijając już, kto ma rację w tym sporze, patrzymy przez pryzmat bezpieczeństwa i ewentualnych zagrożeń, jakie niosą ze sobą te pożary traw. Oczywiście nie każdy pożar traw niesie ze sobą takie bezwzględne niebezpieczeństwo, ale jednak na wększych areałach czy ta wysoka trawa powoduje, że czasem giną ludzie, także ci, którzy wypalają. Takie przypadki w skali kraju już się zdarzały, zarówno w roku ubiegłym, jak i w roku bieżącym. Ale zazwyczaj tych osób na miejscu nie ma. To są podalenia, zapruszenia ognia, także poprzez niedopałki wyrzucane z samochodu. Co ciekawe, choć nie można wypalać traw, to można wypalać pozostałości na polach. Tutaj przepis przeciwpożarowy mówi, że dopuszcza się palenie nie trawy, ale pozostałości na polach


STUDIO PRASOWE /

po żniwach czy innych pracach, ale wyłącznie pod nadzorem i przy zachowaniu odpowiednich wymogów odległościowych, aby zadymienie nie utrudniało komunikacji. Ale podkreślam, że tutaj mówimy wyłącznie o polach uprawnych.

O pożarach w lasach Pierwsze wiosenne, jak i później letnie okresy sprzyjają potencjalnym możliwościom pożaru w lesie. To jest też związane z poziomem wilgotności ściółki. Nie mamy teraz uroku na długie, mroźne czy śnieżne zimy, bo przy śnieżnych zimach ta wilgoć w lesie utrzymuje się dłużej, a teraz praktycznie ta ściółka jest sucha już na początku wiosny. Na szczęście nie mieliśmy żadnych zagrożeń zwiazanych z jakimiś większymi zdarzeniami ani w roku ubiegłym, ani w tym roku do tej pory również w lasach i oby tak było w dalszym ciągu.

O wysokim zaufaniu społecznym Mnie zawsze trudno mówić o sobie samym. Zawsze wpędzam się w zakłopotanie, jak muszę chwalić naszą formację. Zawsze lepiej, żeby to robiły osoby z zewnątrz. Nie mniej, faktycznie od szeregu lat te nasze notowania są z samego początku. Myślę, że sami strażacy na to zapracowują swoją pracą. Nie mamy żadnej firmy PR,

23

Studio Prasowe to cykliczny program publicystyczny realizowany przez Telewizję Imperium. Na antenie omawiane są aktualne sprawy dotyczące miasta Gliwic i jego mieszkańców. Zapraszani do studia goście, wybitni obywatele Gliwic, zapraszani są do dyskusji na temat aktualnych wydarzeń

ZOBACZ WIĘCEJ!

fot. Telewizja Imperium


24

/ MAGAZYN EIMPERIUM

fot. Telewizja Imperium

"PRZEZ CAŁY ROK MAMY RĘCE PEŁNE ROBOTY"

~ST. BRYG. JANUSZ PRZYBYLSKI

która by dbała o nasz wizerunek. Myślę, że sami dbamy o to w jakiś sposób, żeby nas społeczeństwo dobrze odbierało. Oczywiście na poziomie komend powiatowych, wojewódzkich czy Komendy Głównej są rzecznicy prasowi, którzy zajmują się tą polityką medialną. Wiadomo, że nasze akcje są zawsze dynamiczne i medialne, można powiedzieć. W zwiazku z powyższym są osoby, ktore udzielają informacji czy to na miejscu zdarzenia czy później. Natomiast trudno tu mówić o jakimś budowaniu wizerunku takim typowym, bo to przecież nie rzeczniy dbają o ten wizerunek tak do końca, tylko sami strażacy podczas akcji.

O specjalistycznych jednostkach ratowiczo-gaśniczych Jednostka łabędzka to jest grupa specjalistyczna ratownictwa chemiczno-ekologicznego. Jest to typowa jednostka do gaszenia pożarów i do każdych innych zdarzeń. Natomiast tutaj jeszcze dodatkowo mają szkolenie i sprzęt potrzebny w tych trudniejszych sytuacjach

związanych właśnie z ratownictem chemicznym, ekologicznym na akwenach, na ciekach wodnych - rozlewiska olejowe, jak również jakieś wycieki z instalacji, to co się najogólniej tą chemią zowie. Druga jednostka, przy Akademickiej, z kolei specjalizuje się w zakresie ratownictwa technicznego i wspólnie z jednostką ratownictwa drogowego z Dąbrowy Górniczej tworzą taką specjalną grupę ratowniczą. U nas w skład tej grupy wchodzi jedyny w województwie dźwig 50-tonowy, który podczas wypadków komunikacyjnych potrafi podnieść z rowu czy przestawić nawet samochód ciężarowy. Te jednostki spotykają się i wspólnie ćwiczą także poza akcjami. Mamy też specjalistyczną jednostkę w Knurowie, gdzie jest baza kontenerowa. Jest taka tendencja obecnie w Państwowej Straży Pożarnej do kontyneryzacji sprzętu. A więc nie zawsze dany sprzęt musi być powiązany z samochodem. Wystarczy jeden nośnik kontenerowy i kilka kontenerów, które w zależności od sytuacji mogą być wykorzystane. I w Knurowie właśnie w tamtej bazie, która działa również na potrzeby województwa, jeśli jest taka potrzeba, jest sprzęt


STUDIO PRASOWE /

25

kwatermistrzowski, konterner przeciwpowodziowy, dekontaminacyjny, ze środkami gaśniczymi, pompowy. To są urządzenia wykorzystywane dość sporadycznie, więc przypisywanie ich do samochodu oznaczałoby stratę pieniędzy, a tak w sytuacji awarynej nośnik kontererowy zabiera konkretnie potrzebny kontener i zawozi na miesce zdarzenia.

fot. Telewizja Imperium

fot. Telewizja Imperium


26

/ MAGAZYN EIMPERIUM

WOLNE MIASTO

GLIWICE

WOLNE MIASTO GLIWICE

ZAPISKI Z PODRÓŻY

TEKST I FOTO: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

O

sprawach transportowych można godzinami rozmawiać na poziomie czysto teoretycznym. Nic jednak nie zastąpi praktycznych przykładów wziętych wprost z życia. Wystarczył jeden nie do końca udany wyjazd na urlop, żebym mógł na własnej skórze przekonać się, że w dziedzinie transportu, jako Gliwice i jako konurbacja, mamy jeszcze wiele do zrobienia. Rzecz zaczyna się w poniedziałek przed północą na pięknie zmodernizowanym gliwickim dworcu kolejowym. Zanim wyjdzie się na wyremontowane perony przykryte nowym zadaszeniem, przejść jednak trzeba przez tymczasowy dworzec przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. I tutaj małe zdziwienie, bo w nocy kasy dworcowe są pozamykane i biletu na pociąg się nie kupi. Pozostaje korzystanie z pomocy konduktora. To spora niedogodność, która tym razem oszczędziła mi nieco nerwów. Dworzec jest naprawdę efektowny. Można by się czepiać niektórych detali, szczególnie jeśli naszą halę porównamy z zabytkową halą we Wrocławiu, ale wrażenie i tak jest pozytywne. Cóż z tego, skoro efekt od razu zepsuła informacja o tym, że mój pociąg będzie opóźniony co najmniej o 85 minut. Już w tym momencie cały mój plan legł w gruzach. Pomysł był taki, żeby z Gliwic dojechać do Krakowa Płaszowa, a tam przesiąść się na pociąg do Zakopanego. Przy takim opóźnieniu nie mogło być jednak o tym mowy. Tym bardziej, że opóźnienie stopniowo rosło by ostatecznie zwiększyć się do przeszło dwóch godzin. Zaczęło się gorączkowe szukanie planu B. Oferta komunikacyjna Gliwic w zakresie połączeń międzymiastowych jest niestety bardzo uboga. Nawet gdybym znalazł jakiś nocy autobus do Zakopanego, najpierw musiałbym dostać się na dworzec dalekobieżny na osiedlu Kopernika, żeby w ogóle móc do niego wsiąść. Szczęśliwie okazało się, że w Tatry stosunkowo łatwo dostać się można z Katowic. Między godziną druga a czwartą ze stolicy województwa odjeżdża co najmniej kilka nocnych połączeń autobusowych. Tyle tylko, że ja wciąż siedziałem na peronie gliwickiego dworca i od Katowic dzieliło mnie 30 km. Zbliżała się godzina pierwsza. Co robić? Dojazd samochodem nie wchodził w rachubę, bo nie zostawiłbym go przecież w centrum Katowic na kilka dni (wolę nie liczyć, ile by mnie to kosztowało). Grafik odjazdów kolejowych też świecił pustkami. Nie licząc połączeń dalekobieżnych, które tego dnia łapały


ZAPISKI Z PODRÓŻY /

gigantyczne opóźnienia, na pociąg mogłem liczyć najwcześniej o czwartej rano. Korzystając z resztek energii w mojej komórce skierowałem się więc na stronę z rozkładami KZK GOP. Linia nocna 840N wykonuje codziennie trzy kursy. Cóż z tego, skoro tylko pierwszy z nich, 14 minut po północy, kursuje do Katowic. Dwa pozostałe (o 0:58 i 2:11) kończą trasę przy zajezdni na ulicy Chorzowskiej. Pierwszy kurs dzienny? Dopiero o 4:15. Przykra konstatacja jest więc taka, że z jednej strony marzy nam się metropolia na europejską skalę, a z drugiej - problemem okazuje zorganizowanie przyzwoitej komunikacji nocnej pomiędzy miastami peryferyjnymi a sercem konurbacji, gdzie koncentruje się transport dalekobieżny. Jak się okazuje, między północą a godziną czwartą komunikacja lokalna z Gliwic do Katowic po prostu nie funkcjonuje. W ten właśnie sposób zostałem więźniem we własnym mieście zdanym na łaskę spóźniającego się pociągu. W końcu na peron wtoczył się opóźniony jeszcze bardziej pośpieszny do Katowic. Planowy odjazd 22:48. Spóźnienie - 190 minut. Co się stało? Od konduktora dowiedziałem się tylko, że pociąg “wjechał w drzewo”. Domyśliłem się, że szalejące na zachód od Gliwic burze musiały powalić któreś na tory. Na dworzec autobusowy w Katowicach dotarłem około 2:40. Spodziewałem się, że nikogo tam nie

27

zastanę. Tymczasem na dość obskurnym placu czekało kilkanaście osób. Czynna była toaleta. W automacie zaopatrzyć się można było w zimne napoje. Praktycznie wszyscy czekający byli klientami dużej sieci autobusowej z zagranicznym kapitałem. Część czekała na autobus do Zakopanego z planowanym odjazdem o 2:30. Połączenie łapało jednak spore opóźnienie. Szybki rzut oka do internetu i już wszystko jasne. Autobus jechał z Berlina. Utknął więc pewnie w tej samej burzy,


28

/ MAGAZYN EIMPERIUM

która spowodowała opóźnienie mojego pociągu. Jeszcze na peronie gliwickiego dworca próbowałem kupić bilet na to połączenie. Nie udało mi się, bo współpracy odmówiła strona mojego banku do ekspresowych przelewów. Firma obsługująca przewozy nie zdecydowała się natomiast na najprostsze rozwiązanie, czyli sprzedaż biletów przez kierowcę. Teraz okazało się, że znów dopisało mi szczęście. Autobusu bowiem nie było, więc zakupiony z wyprzedzeniem bilet musiałbym reklamować lub czekać w nadziei, że jednak przyjedzie. Mimo wszystko muszę powiedzieć, że zajeżdżające od czasu do czasu na katowicki dworzec inne pojazdy tego przewoźnika robiły duże wrażenie. Nowoczesne, wygodne autobusy, elegancko ubrani kierowcy, ciekawe destynacje: Gdańsk, Wiedeń, Wrocław. Mimo wszelkich problemów z zakupem biletów czy nie do końca zależnym od przewoźnika spóźnieniem kursu do Zakopanego, nie mogę odżałować, że takie firmy omijają póki co Gliwice. Nawet jeśli trasa biegnie przez autostradę obok naszego miasta, autobusy nie zjeżdżają z niej, żeby zabrać podróżnych. Jest w tym na pewno wina władz miasta, które poprzez swoją bierność akceptują taki stan rzeczy. Z drugiej strony, nawet gdybyśmy chcieli zaprosić tę i inne podobne firmy do Gliwic, to póki co nie mamy im co zaoferować. W oczekiwaniu na centrum przesiadkowe z prawdziwego zdarzenia za obsługę połączeń dalekobieżnych odpowiada bowiem wspomniany już prowizoryczny dworzec przy ulicy Pionierów i przeładowany autobusami plac Piastów.

Dworzec autobusowy w Krakowie.

fot. An Archi Group


ZAPISKI Z PODRÓŻY /

Tymczasem wolny od zobowiązań związanych z zakupem biletów w przedsprzedaży, cierpliwie czekałem w Katowicach na kolejne połączenie w kierunku Zakopanego, które zaplanowane było na godzinę 3:25. Ten autobus jechał aż z Kołobrzegu, więc po trudnych doświadczeniach obawiałem się, że i on się spóźni. Tym razem nerwy nie były jednak potrzebne. Autobus polskiego, prywatnego przewoźnika pojawił się bowiem na dworcu na kilka minut przed planowaną godziną odjazdu. Bez trudu kupiłem bilet u kierowcy i to za całkiem rozsądną kwotę. W końcu złapałem odrobinę optymizmu przed dalszą podróżą. Pierwszy postój - Kraków. I tutaj warto poświęcić kilka słów, bo krakowski dworzec autobusowy zrobił na mnie świetne wrażenie. To ważne, bo funkcjonalnie zbliżony jest do gliwickiego pomysłu na centrum przesiadkowe. Dawny Regionalny Dworzec Autobusowy (obecnie oddział spółki Małopolskie Dworce Autobusowe) zlokalizowany jest przy ulicy Bosackiej, a więc na tyłach dworca kolejowego. Blisko trzydzieści stanowisk odjazdowych rozmieszczonych jest na dwóch poziomach, dzięki czemu udało się efektywnie wykorzystać cenna działkę w Śródmieściu. Ilość oferowanych kierunków i kursów musi robić wrażenie. Mimo, że w dużej mierze oferują je prywatni przewoźnicy, problemu nie stanowią - tak, jak w Gliwicach - rozproszone rozkłady jazdy. Każde połączenie wpisywane jest do wspólnego rozkładu, który na bieżąco wyświetlany jest na elektronicznych tablicach. Również przy każdym stanowisku znajdziemy tablicę, na której wyświetlana jest godzina odjazdu i docelowe miasto. Nie ma więc ryzyka, że przy mnogości stanowisk pasażer wsiądzie do niewłaściwego wozu. Co ważne, dobra infrastruktura przekłada się tutaj na ilość obsługiwanych kursów, a te na zainteresowanie pasażerów. Na zegarze nie było jeszcze piątej, słońce dopiero leniwie wschodziło nad Krakowem, a dworzec był całkowicie wypełniony ludźmi i autobusami. Dalsza podróż również przebiegła bez zarzutu. W stolicy Tatr zameldowaliśmy się o 6:50, czyli 20 minut przed planowanym przyjazdem mojego pociągu i to pomimo złapania już na starcie prawie trzygodzinnego opóźnienia. To dodatkowo pokazuje, że przed połączeniami autobusowymi otwierają się duże perspektywy. Szczególnie w dobie ciągnących się latami remontów na kolei, które wydłużają w nieskończoność czas przejazdu pociągiem. Myślę, że powinna to być dla władz Gliwic dodatkowa zachęta, żeby nie tylko możliwie szybko wznieść nowe centrum przesiadkowe połączone z dworcem autobusowym z prawdziwego zdarzenia, ale też zadbać o jak najlepszą ofertę odjazdów z tego dworca.

29


30

/ MAGAZYN EIMPERIUM

k ąc ik AGNI ESZ K I

KĄCIK AGNIESZKI KOLOROWANKI (NIE) TYLKO DLA DOROSŁYCH DOZWOLONE OD LAT 18

TEKST: AGNIESZKA BARON

T

emat mało książkowy, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że można to kupić w księgarniach i że jest to z papieru. Czy podczas zabaw z dziećmi, które kolorują kolorowanki nie macie ochoty ich wyręczyć? Ja tak - i teraz pojawiło się rozwiązanie idealne - kolorowanki dla dorosłych - bez dodatkowych wyjaśnień i wypieków możemy robić to, co sprawia nam radość. Skąd wzięła się ta moda? Pochodząca ze Szkocji Johanna Basford zajmowała się projektowaniem czarno-białych etykiet na wina i perfumy - jej znajomi często mówili jej, że uwielbiają je kolorować. 5 lata temu pani Basford wydawnictwo Laurence King zaproponowało zrobienie kolorowanki dla dzieci, sprytna Szkotka zaproponowała wydawnictwu, że stworzy też coś ekstra dla dorosłych. Tym sposobem powstała książeczka “Tajemniczy ogród”, która do tej pory sprzedała się w nakładzie 2 mln egzemplarzy. W 2015 roku wśród 10 bestsellerów sklepu internetowego Amazon.com były aż 4 kolorowanki dla dorosłych. Przetestuj nowe hobby i odpręż się! Dobra wiadomość jest taka, że jeśli nie jesteśmy pewni tego, czy odnajdziemy w sobie dziecka i chcemy przetestować nasze nowe hobby, to możemy sobie wydrukować szablony z internetu. Takie kolorowanki można też dostać m.in. w Biblioforum ;)

fot. Telewizja Imperium


KĄCIK AGNIESZKI /

Jeśli jednak chcemy mieć taką książeczkę do kolorowania to ceny zaczynają się od kilku złotych - za formaty tzw. kieszonkowe. Są zróżnicowane tematycznie - rośliny, zwierzęta, abstrakcja....art deco, moda - trudno je wszystkie wymienić. Do kompletu potrzebujemy kredek, najlepsze są takie ołówkowe, koszt od kilku do nawet kilkuset złotych. Nie zapomnijmy o strugaczce/temperówce (niepotrzebne omiń). Więc chodź pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko i na wszystkie kolory tęczy! Pozytywne strony kolorowania - można się wyciszyć, wyłączyć i odstresować! Ponoć ten ostatni aspekt został udowodniony naukowo przez amerykańskich naukowców (też potwierdzam, że działa!). Warto włączyć ulubioną muzykę i zabrać się do pracy. Niech Was jednak nie zwiedzie intuicja. W zależności od skomplikowania wzoru kolorowanie jednej strony może nam zająć nawet kilka-kilkanaście godzin! Ale na pewno będziecie zadowoleni z efektu końcowego. Wracam do kolorowania… na razie tylko książki… później przyjdzie czas na świat!

fot. Telewizja Imperium

ZOBACZ WIĘCEJ!

31


32

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność WDZIĘCZNOŚĆ TEKST: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC FOT. AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

Zwykli ludzie mówią: "kiedy będę szczęśliwy, wtedy będę wdzięczny. Radośni ludzie mówią: "kiedy jestem wdzięczny, wtedy jestem szczęśliwy" ~Andrew Matthews Bycia szczęśliwym można się nauczyć. Jedną z najważniejszych rzeczy w odnajdywaniu w sobie szczęścia jest odczuwanie wdzięczności. Praktykować wdzięczność można codziennie. Nie tylko wtedy, gdy wszystko w naszym życiu układa się po naszej myśli. Codziennie. W praktykowaniu wdzięczności nie chodzi o przyklejony sztuczny uśmiech i "kolorowanie życia na różowo", ani o wypieranie trudnych emocji i sytuacji, które są nieodłączną częścią naszego życia. Życie jest pełne sytuacji, chwil, rzeczy za które możemy być wdzięczni, pomimo ciężkich doświadczeń. Potrzebujemy tylko spojrzeć na naszą codzienność z innej perspektywy, z dystansem i uważnością. Za co możemy być wdzięczni? Za wszystko. Za piękną pogodę i za deszczowy dzień, za kawę w ulubionym kubku, za wieczór z książką, za kochającą rodzinę, dobrego przyjaciela, miseczkę czereśni, za miły dzień w pracy, dobry obiad, bukiet polnych kwiatów, zioła w balkonowej doniczce, za życzliwość obcej osoby, spacer z psem, za czas który ktoś z nami spędził, za chwilę samotności, za marzenia, ambicje, plany, za to że żyjemy na tym pięknym świecie, za życie.


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

" Wdzięczność zmienia Ciebie. Nie ma lepszego sposobu wzmocnienia swoich wibracji. Wdzięczność przypomina ścieżkę życia, o jakim marzysz. (...) Dziękuj za każdy drobiazg. Niech wejdzie Ci w krew składanie milczących podziękowań za wszystko co sprawia ci przyjemnośćza zabawę z psem, szklankę zimnej wody, uścisk żony. Kiedy uśmiechnie się do ciebie nieznajoma osoba, podziękuj bez słów. Jeżeli jesteś bez pieniędzy i znajdziesz drobną monetę, podziękuj. Wdzięczność za najmniejsze drobiazgi sprawi, że staniesz się magnesem, przyciągającym dobre zdarzenia. Kiedy ci się wydaje, że wszystko idzie źle, zadaj sobie pytanie: jakie są dobre strony tej sytuacji? A jeżeli nie możesz znaleźć żadnego pozytywnego aspektu, podziękuj mimo to: nie mam pojęcia, co dobrego może z tego wyniknąć, ale z góry dziękuję. Kiedy już zrozumiesz, że wdzięczność powoduje w tobie zmiany, zostaniesz wojownikiem wdzięczności."

~Andrew Matthews "Jak działa życie"

33


34

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Praktykowanie wdzięczności pozytywnie wpływa na nasze samopoczucie, a co za tym idzie na nasze zdrowie. Psycholog oraz profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis dr Robert Emmons, który poświęcił swoje życie naukowe wdzięczności doszedł do następujących wniosków: odczuwanie wdzięczności zwiększa nasze poczucie szczęścia, co najmniej o 25 %, wpływa na lepszy sen, zwiększa naszą życiową energie, obniża stres-pozwala nam dużo lepiej poradzić sobie z nimi , obniżając ryzyko wystąpienia depresji w wyniku ciężkich doświadczeń, zwiększa naszą siłę psychiczną, poprzez lepsze samopoczucie i komfort psychiczny zwiększa odporność organizmu, lepiej dbamy o swoją kondycję i odżywianie, jesteśmy uważniejsi, jesteśmy bardziej skłonni do wybaczania, tym samym nie trzymamy w sobie negatywnych emocji, odczuwamy radość życia. Same korzyści. Czemu nie zacząć praktyki wdzięczności już dzisiaj. W lipcowy, ciepły wieczór przy blasku świecy, zastanowić się za co możemy być dzisiaj wdzięczni. Zawsze za coś możemy... a potem praktykować to każdego wieczoru -taki rytuał, który zmienia życie...

DZIĘKCZYNIENIE OPTYMISTY (znalezione w sieci) Dziękuję za: - bałagan, który muszę posprzątać po imprezie, bo to oznacza, że mam przyjaciół; - podatki, które muszę zapłacić, ponieważ to oznacza, że jestem zatrudniony; - trawnik, który muszę skosić, okna, które muszę umyć i rynny, które wymagają naprawy, bo to oznacza, że mam dom; - ubranie, które jest troszeczkę za ciasne, bo to oznacza, że mam co jeść; - ciągłe narzekanie na rząd, ponieważ to oznacza, że mamy wolność słowa; - duży rachunek za ogrzewanie, bo to oznacza, że jest mi ciepło; - panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem, ponieważ to oznacza, że słyszę; - stosy rzeczy do prania i prasowania, bo to oznacza, że moi ukochani są blisko; - zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia, bo to oznacza, że byłem aktywny! - budzik, który się odzywa każdego ranka, ponieważ to oznacza, że ŻYJĘ!!


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

"Cieszmy się z małych rzeczy bo wzór na szczęście w nich zapisany jest..." ~Sylwia Grzeszczak

35


36

/ MAGAZYN EIMPERIUM


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

37

ciacho i babeczka w kuchni

T

rudno wyobrazić sobie lepszy letni deser niż lody. Ja i Ciacho zwykle mamy jakiś zapas w zamrażarce, ale i tak najlepsze są te świeże, robione w domu. Po pierwsze wiemy jakich używamy składników, a po drugie możemy wybrać nasze ulubione dodatki. Dziś mam dla Was lody w dwóch odsłonach. Klasyczne lody waniliowe na śmietance i takie w wersji fit wyłącznie z owoców. Jedne i drugie można łatwo i szybko przygotować, a świetnie sprawdzą się w te upały. TEKST: BABECZKA FOT. BABECZKA


D 38

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przepis na...

LODY WANILIOWE SKŁADNIKI na 2 porcje (ok. 200 ml)* -

100 g śmietany kremówki 30-36 %

-

80 ml mleka 3,2 %

-

1 płaska łyżka cukru pudru (najlepiej waniliowego)

-

1 laska wanilii

-

ewentualnie łyżeczka wiórków

-

czekoladowych, słupków migdałów czy rodzynek

Wszystkie składniki lodów powinny być wcześniej mocno schłodzone. Śmietankę ubij na sztywno. Dodaj cukier puder. Laskę wanilii przetnij wzdłuż i wyjmij nasionka. Dorzuć je do śmietanki. Dolej mleko i wszystko dokładnie wymieszaj. Jeśli chcesz możesz teraz dodać czekoladę lub bakalie. Masę lodową wlej do maszynki i postępuj zgodnie z jej instrukcją. Jeśli nie masz maszynki, to przelej masę do metalowego naczynia i wstaw

do zamrażalnika. Co pół godziny wyjmuj masę i dokładnie i szybko zmiksuj. Powtórz to kilka razy, aż lody będą miały odpowiednią konsystencję.


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

39

Przepis na...

LODY OWOCOWE NA PATYKU SKŁADNIKI na 6 dużych lodów -

1 mango

-

1 kiwi

-

1 gruszka

-

8 sporych mandarynek

-

1 pomarańcza

Wszystkie owoce umyj. Mango, kiwi i gruszkę obierz. Miąższ wrzuć do blendera. Z pomarańczy i mandarynek wyciśnij dokładnie sok, pozbądź się pestek i wlej go do pozostałych owoców. Całość dokładnie zmiksuj. Mus owocowy wlej do foremek do lodów na patyku i wstaw do zamrażarki. Po kilku godzinach te wyjątkowo zdrowe lody będą gotowe. SMACZNEGO!


40

/ MAGAZYN EIMPERIUM

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA /

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

41

TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK FOT. SEWERYN CHLEWICKI

Galeria Jednego Zdjęcia to miejsce, w którym cyklicznie prezentować będziemy fotografie, za którymi kryją się unikatowe historie. Zachęcamy do przesyłania do naszej redakcji takich fotografi wraz z opisem. Z wielką przyjemnością będziemy je prezentować na naszych łamach.

K

ościół św. Bartłomieja w Szobiszowicach to jedna z bardziej charakterystycznych budowli w Gliwiciach. Za sprawą usytuowania na wzgórzu i wysokiej na 92 metry wieży - która czyni zeń drugi najwyższy kościół na Górnym Śląsku - neogotycki budynek jest znakomicie widoczny praktycznie z każdego zakątka w mieście. Jego budowa rozpoczęła się w 1907 roku wegług projektu Ludwika Schneidera z Wrocławia i trwała cztery lata. Wybudowano go w modny na początku wieku stylu neogotyckim, ale wieżą zwieńczona jest hełmem nieobarokowym nawiązującym do zwieńczenia wrocławskiego kościoła pw. św. Marii Magdaleny. Uroczyste poświęcenie kościoła odbyło się 14 maja 1911 roku. Dokonał go kardynał Georg Kopp z Wrocławia, celebrował on również pierwszą mszę świętą. Wyjątkowość nowej budowli sakrealnej docenili miejscy planiści. Karl Schabik, miejski radca budowlany, w taki sposób zaprojektował dzisiejszą ulicę Styczyńskiego, żeby kościół znalazł się w jej osi widokowej. Do 1994 roku kościołem i umieszczonym w głównym ołtarzu obrazem Matki Boskiej Kochawińskiej opiekowali się księżą Jezuici. 22 lata temu na pobliskim osiedlu Mikołaja Kopernika zakoczyła się budowa klasztoru i pierwszego, jeszcze tymczasowego koścoła pw. Matki Boskiej Kochawińskiej, do którego przenieśli się Jezuici zabierając ze sobą słynący łaskami obraz. Zdjęcie wykonane zostało przy pomocy drona, który w ostatnim czasie wszedł na stały użytek Telewizji Imperium i pozwoli jeszcze lepiej prezentować widzom ich miasto.


NOWE BIURO OBSŁUGI KLIENTA

W NASZYCH OFERTACH

INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

32 301 40 00

MAGAZYN EIMPERIUM NR 04


Millions discover their favorite reads on issuu every month.

Give your content the digital home it deserves. Get it to any device in seconds.