Page 1

www.eimperium.pl

Witajcie na KOŃCU ŚWIATA! PODRÓŻNIK GLIWICKI W MALOWNICZYM CHILE

CIACHO I BABECZKA

Karnawałowe FRYKASY

NR 10 / STYCZEŃ 2017

Nie damy się ZASTRASZYĆ! O SYTUACJI POLITYCZNEJ W KRAJU I TRUDACH ZAWODU PARLAMENTARZYSTY ROZMAWIAMY Z MARTĄ GOLBIK, POSŁANKĄ NOWOCZESNEJ

DETEKTYW HISTORII

Gliwicka

SZWAJCARIA


02

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Mały jubileusz TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

O

ddajemy w Wasze ręce dziesiąty numer Magazynu eIMPERIUM. A że okrągły jubileusz zbiegł się w czasie z końcem roku, tym większa jest pokusa, żeby spojrzeć wstecz na to, co już za nami.

Zaczęliśmy w kwietniu, a naszą okładkę ozdobił swoją osobą bramkarz Piasta Gliwice Jakub Szmatuła. Idealna postać na pierwszy numer nowego czasopisma. Dobrze znana w mieście twarz, współtwórca nieoczekiwanego sukcesu, jakim było mistrzostwo jesieni w Ekstraklasie dla Piasta. Przy tym osoba bardzo rodzinna, której kariera wcale nie była usłana różami. Wieczny numer dwa w gliwickiej bramce nagle, gdy tylko dostał okazję, żeby rozwinąć skrzydła, błysnął talentem i formą. Zeszłoroczne sukcesy Piasta to w dużej mierze własnie zasługa jego pewnej gry między słupkami. Na uwagę w piewszym numerze z pewnością zasługuje też reportaż "Wymyśl sobie miasto" poświęcony akcji społeczników w Szobiszowicach, którzy wspólnie z mieszkańcami postanowili zaprojektować od nowa jedno z podwórek w dzielnicy. Tzw. modelowe podwórko było programem pilotażowym, który miał pokazać, że można miasto tworzyć inaczej - nie za zamkniętymi drzwiami urzędnicych gabinetów, ale wspólnie z mieszkańcami w formie dialogu. Dziś już wiemy, że para społeczników poszła w gwizdek. Projekt do budzetu obywatelskiego - przewidujący ustawienie na "modelowym podwórku" kilku urządzeń zabawowych - przygotowany wspólnie z mieszkańcami został odrzucony przez urzędników na etapie analizy formalnej. Uznano - tak zostało to ujęte w oficjalnej odmowie przedłożenia projektu pod głosowanie - że skoro pół kilometra dalej jest duży, miejski plac zabaw, to w podwórku nie ma potrzeby tworzyć kolejnego. Opiniujący byli głusi na opinie, że droge do istniejącego placu zabaw zagradza ruchliwa droga, a rodzice byliby spokojniejsi o swoje pociechy, gdyby te bawiły się pod oknami mieszkania. Dialogu znów zabrakło. Urzędnicy uznali, że jednak wiedzą lepiej, co jest dobre dla mieszkańców. Najwięcej straciła zaś na tym sama idea Budżetu Obywatelskiego, który obywatelski okazał się być tylko z nazwy. Twarzą trzeciego numeru był nowy wojewoda śląski, Jarosław Wieczorek. Gliwicki radny i szef struktury Prawa i Sprawiedliwości w naszym mieście. To jeden z dwóch najmłodszych wojewódów w Polsce, a przy tym chyba najbardziej zapracowany. Nie udało nam się złapać go w Gliwicach. W końcu po kilku próbach zmuszeni byliśmy odwiedzieć go w monumentalnym gmachu Sejmu Śląskiego w centrum Katowic. Było jednak warto. Wojewoda jest bardzo twartym człowiekiem i chętnie opowiadał zarówno o swojej nowej funkcji i związanych z nią obowiazkach, jak i o początkach swojej kariery w polityce. Z dużym zaangażowaniem mówił o projektach, jakie podejmuje jako wojewoda. Szczególnie o ustawie metropolitalnej, która jest jego oczkiem w głowie i o tym, jak Gliwice wyglądają z perspektywy stolicy województwa. Na uwagę z pewnością zasługuje też rozmowa z dyrektorem teatru Grzegorzem Krawczykiem. To spotkanie chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci. Było niezwykłe od momentu, gdy zostałem zaproszony do jego niezwykle oryginalnie urządzonego gabinetu, po długą rozmowę o poszczególnych meblach, które dyrektor uratował od wysypiska śmieci. Dyskutowaliśmy jeszcze długo po wyłączeniu dyktafonu, a spotkanie zakończyliśmy niecodzienną sesją zdjęciową podsumowującą 60-letnią historię gliwickiego teatru (a wcześniej operetki). Oczywiście nie rozmawialiśmy tylko i wyłącznie o urządzaniu wnętrz. Pretekstem do spotkania były przede wszystkim rewolucyjne zmiany w samym teatrze, który po latach ostatecznie rozstał się z przydomkiem "muzyczny". Dyrektor Krawczyk przekonywał mnie, że to znak czasu - zmiany wymusił okrojony budżet teatru, któego nie było już stać na bizantyjskie w swojej oprawie musicalowe premiery, ale także chęć odmłodzenia teatralnej widowni. Od pierwszego numeru dużą uwagę przywiązujemy do opiniotwórcej misji naszego miesięcznika. Stąd obecność na naszych łamach nie tylko wysokoocenianych tematów lifestylowych, związanych między innymi z kulinariami, podróżami czy kulturą, ale także felietonów poruszających aktualne


MAŁY JUBILEUSZ /

03

04 TAKI BYŁ G RUDZIEŃ... 08 TWARZE GLIWIC 18

DETEKTYW HISTORII

24 STUDIO PRASOWE 28 PODRÓŻNIK GLIWICKI 38 CIACHO I BABECZKA W KUCHNI 42 PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

tematy ważne dla życia miasta. Przez dziesięć numerów wypowiedzieliśmy się między innymi na temat projektów nowego centrum przesiadkowego, które ma powstać za dworcem kolejowym. Piórem Jakuba Kowalskiego zwracaliśmy uwagę, że dla mieszkańców ważniejsza od wyglądu nowego obiektu będzie jego funkcjonalność. Paradoksalnie pod konsultacje społeczne przedłożono jednak wyłącznie kształt zadaszenia, pomiając całkowicie kwestie dostępności węzła dla pieszych i rowerów czy zagospodarowania przestrzennego okolicy nowego dworca. Pisaliśmy też o wirusie eksurbanizacji, który podstępnie wyniszcza organizmy miejskie na całym świecie, a jego pandemia już dawno rozprzestrzeniła się także na Gliwice. Mieszkańcy naszego miasta nie są zadowoleni z tego, co oferuje im śródmieście, gdzie w drogich mieszkaniach współżyć trzeba z wzmagającym się coraz bardziej ruchem samochodowym, generującym hałas i spaliny znacząco obniżające jakość życia. Stąd rosnąca popularność dzielnic peryferyjnych i pogliwickich gmin, która powoduje, że centrum miasta stopniowo zaczyna się wyludniać. Nie przedłużając jednak bardziej, zapraszam do lektury jubileuszowego, dziesiątego numeru Magazynu eIMPERIUM, w którym również nie zabraknie niezwykle ciekawych tematów. Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Skład i grafika: Reklama:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O., ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Dawid Koszowski, koszodesign@gmail.com Aleksandra Sowa-Moreń, tel. 533 379 625

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


04

/ MAGAZYN EIMPERIUM

08/12 Nowe autobusy

TAKI BYŁ GRUDZIEŃ...

Do zajezdni Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej dotarły pierwsze egzemplarze nowych, 18-metrowych autobusów. Teoretycznie to dobrze znane w Gliwicach Solarisy. W rzeczywistości mocno różnią się jednak od wozów, które do tej pory kursowały po naszym mieście. Nowa, czwarta generacja pojazdów produkowanych pod Poznaniem cechuje się mocno zmienioną stylistyką nadwozia, które dzięki ostrym krawędziom i czarnym dodatkom przybrało bardziej muskularny wygląd. Silniki w nowych wozach pracują ciszej, a wyświetlacze są większe i zawierają więcej informacji - między innymi przewijającą się nad przednią szybą pełną listę przystanków, na których zatrzymuje się autobus. Sporo zmieniło się również wewnątrz pojazdów. Oprócz dodatkowego miejsca do przewozu roweru, znajdziemy w nim także gniazdka USB służące na przykład do ładowania telefonów. PKM po raz pierwszy zdecydował się również na zakup autobusów z klimatyzacją. Być może to początek nowego, stałego trendu jeśli chodzi o komfort podróżowania komunikacją miejską w miesiącach letnich. Pierwsze z nowych wozów na trasę wyjechały 14 grudnia. Do końca miesiąca na ulicach Gliwic spotkać można jednak już było całą dziesiątkę. To nie koniec zakupów. Od nowego roku na liniach KZK GOP nie mogą już kursować autobusy wysokopodłogowe. Aby spełnić ten wymóg, PKM tymczasowo wypożyczył z Jastrzębia Zdroju kolejnych siedem Solarisów. Nie później, niż za pół roku ich miejsce zajmie jednak kolejnych dziesięć fabrycznie nowych pojazdów. Ich dostawca na dniach powinien zostać wyłoniony w przetargu.

fot. Andrzej Wawrzyczek


TAKI BYŁ GRUDZIEŃ... /

fot. Andrzej Wawrzyczek

14/12 Otwarcie dworca kolejowego To była jedna z najbardziej wyczekiwanych inwestycji w Gliwicach. Mowa o przebudowie budynku dworca kolejowego przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. Zabytkowy obiekt liczy sobie już blisko sto lat, a ostatnią modernizację przeszedł jeszcze w okresie Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. To wtedy na ścianie głównego holu pojawiła się oryginalna mozaika ceramiczna, a za informację pasażerską zaczęły odpowiadać czechosłowackie tablice firmy Pragotron. Dziś informacje o odjazdach pociągów wyświetlane są już na nowoczesnych, ledowych ekranach, ale mozaika po odnowieniu wciąż cieszy oczy podróżnych. Po renowacji gliwicki dworzec przyjął też bardziej komercyjny układ. Pomiędzy połączonymi holami dworca kolejowego i dawnego dworca PKS znalazło się miejsce dla kilkudziesięciu sklepów, które konsekwentnie znajdują kolejnych najemców. Odnowione zostały także tunele oraz przede wszystkim perony, które przykryła nowa wiata. Dawna antywizytówka miasta dziś z pewnością może cieszyć oczy. W natłoku wrażeń na dalszy plan schodzą drobne niedociągnięcia projektowe, czy to nieczytelny napis górujący nad budynkiem, czy podpory hali peronowej, które nie zostały ulokowane w międzytorzu, lecz zajmują sporą część przestrzeni peronów.

05


06

/ MAGAZYN EIMPERIUM

19/12 Nielegalny przystanek W połowie grudnia przy ulicy Dworcowej, w rejonie skrzyżowania z ulicami Wyszyńskiego i Strzody, oddano do użytku nowy przystanek autobusowy. Wydarzenie z pozoru drobne warte jest wzmianki z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że bardzo ułatwia komunikację w centrum miasta w sąsiedztwie jednego z najważniejszych skrzyżowań w Gliwicach. Blisko stąd i do Urzędu Miejskiego i na Politechnikę Śląską. W sąsiedztwie nie brakuje też punktów handlowo-usługowych, biurowców oraz mieszkań. Wydaje się więc, że o frekwencję na nowym przystanku nie trzeba się martwić. Uwagę miejskich aktywistów przyciągnął jednak tryb, w jakim powstał nowy przystanek. Zgodnie z Ustawą o publicznym transporcie zbiorowym tzw. “określenie przystanku” to kompetencja Rady Miasta. Ta nad wpisaniem nowego przystanku do miejskiego wykazu miejsc postoju dla autobusów głosować będzie natomiast dopiero w styczniu. Urzędnicy tłumaczą się jednak, że nie działali w pełni samowolnie. Pieniądze na budowę przystanku - w niebagatelnej kwocie 400 tys. zł - zarezerwowane były bowiem w zeszłorocznym budżecie, który radni przyjęli większością głosów. Rzeczywiście, przepisy w żadnym punkcie nie zabraniają zarządcy drogi budowy przystanku. Wpisanie go jednak do rozkładów jazdy w publicznym transporcie zbiorowym wymaga podjęcia przez Radę Miasta wspomnianej uchwały. Bez niej zabieranie pasażerów z nowego przystanku jest nielegalne. Urzędnicy tłumaczą jednak, że działali pod wpływem istotnego interesu społecznego. Zależało im bowiem na tym, żeby przystanek zaczął funkcjonowanie jeszcze w okresie przedświątecznym. W rzeczywistości nic nie stało jednak na przeszkodzie, żeby do wykazu przystanków wpisać go jeszcze w listopadzie, gdy Rada Miasta podejmowała podobną uchwałę odnoszącą się do kilku innych miejsc postoju autobusów przy ulicach Robotniczej i Gutenberga.

fot. Telewizja Imperium

28/12 Plac budowy na Dworcowej Od grudnia centrum miasta zaczęło zamieniać się w prawdziwy plac budowy. Na ulicy Dworcowej już wcześniej rozpoczął się remont mostu nad Kłodnicą. Przed zminą ruszyły jednak także prace ziemne na tzw. placu za początą, gdzie ma powstać nowoczesny biurowiec. Koparki i palownice pojawiły się także kawałek dalej - na rogu z ulicą Dunikowskiego - gdzie ZBM II TBS stawia za 9 mln zł parking dla 84 samochodów. Koszt inwestycji jest niewspółmiernie wysoki, w stosunku do liczby miejsc parkingowych, o które wzbogaci się Śródmieście, ale przynajmniej do 2018 roku zabudowana zostanie jedna z ostatnich wolnych działek w tej części miasta, co nie jest bez znaczenia dla wyglądu i estetyki miasta.


REKLAMA /

07

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


08

/ MAGAZYN EIMPERIUM

NIE DAMY SIĘ ZASTRASZYĆ!

Rozmawia Andrzej Wawrzyczek / fot. Andrzej Wawrzyczek

TWARZE GLIWIC

Marta Golbik

U

kończyła studia na kierunku finanse i rachunkowość w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Pracowała jako nauczyciel akademicki i pełnomocnik rektora w Gliwickiej Wyższej Szkole Przedsiębiorczości. W wyborach samorządowych w 2010 roku bez powodzenia kandydowała na radną Gliwic z listy Koalicji dla Gliwic Zygmunta Frankiewicza. W 2012 roku założyła własne przedsiębiorstwo działające w branży nowych technologii. Została również członkinią Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. W wyborach parlamentarnych w 2015 kandydowała do Sejmu w okręgu gliwickim z pierwszego miejsca na liście Nowoczesnej. Uzyskała mandat posłanki VIII kadencji, otrzymując 14 323 głosy.


TWARZE GLIWIC /

09


10

/ MAGAZYN EIMPERIUM

ANDRZEJ WAWRZYCZEK Co się w tej chwili dzieje w Sejmie, bo mam wrażenie, że nawet najwytrwalsi obserwatorzy polskiego życia politycznego zaczynają tracić w tym wszystkim orientację. 11 stycznia miało się odbyć pierwsze w tym roku posiedzenie parlamentarne, ale do niego osatecznie nie doszło. MARTA GOLBIK Posiedzenie Sejmu teoretycznie się odbyło, choć w praktyce nikt nie obradował. To zaskakujące, prawda? Jako klub parlamentarny Nowoczesnej byliśmy przygotowani do dyskusji nad wszystkim ustawami. Gdy usłyszałam, że PO również zdecydowała się przerwać protest, byłam pewna, że odbędzie się normalne posiedzenie. Pomimo tego, że przyszliśmy przygotowani do obrad, marszałek ogłosił przerwę aż do 25 stycznia. To zaskakująca sytuacja, aczkolwiek z nieoficjalnych informacji wiemy, że marszałek Kuchciński przygotowuje się do przeanalizowania przez Prawo i Sprawiedliwość możliwych następstw w związku z tzw. „puczem kanapkowym” i wyciągnięcia konsekwencji karnych oraz finansowych wobec osób, które brały w nim udział. Wobec posłów? Tak. Taka jest retoryka PiSu - zastraszanie. Zupełnie niepotrzebne. Z tego kryzysu nie dało się wyjść w żaden inny sposób, niż taki, by jeszcze raz – poprawnie - przegłosować ustawę budżetową. Jest w tym wszystkim widoczna jakaś niezrozumiała niemoc: dysponować większością sejmową, mieć całkowicie uległego

prezydenta oraz premiera i skończyć miniony rok z budżetem o legalności kwestionowanej nie tylko przez posłów, ale i prawników-konstytucjonalistów? To dobitnie świadczy o słabości ugrupowania rządzącego. Wszyscy dobrze wiemy, że nikt nie może dziś przeszkodzić mu w przegłosowaniu dowolnej ustawy w Sejmie – arytmetyczna większość posłów PiS nie budzi wątpliwości. Skąd wobec tego ten upór? PiS dla zasady nie chce cofnąć się ani o krok, żeby nie musieć przyznawać się do błędu? Sądzę, że tak. Posłowie PiS nie chcą po sobie pokazać, że się ugięli przed opozycją. To zupełnie niepotrzebne, bo z natury rzeczy wiadomo, że opozycja ma mniej instrumentów niż rządzący, mniej może. Naprawdę nie rozumiem tego, że nie skończyło się to stwierdzeniem: "ok, już się zrobił taki bałagan, że zagłosujmy jeszcze raz i pokażmy, że i tak uchwalimy taki budżet, jaki chcieliśmy". Wystarczyło zdobyć się na ten jeden gest i kryzys byłby rozwiązany. Budżet byłby przyjęty w warunkach nie dających podstaw do wątpienia w jego legalność. Koniec poprzedniego roku i początek tego upłynął pod znakiem okupacji sali plenarnej, w której brali udział posłowie opozycji. Pani również brała udział w tych rotacyjnych dyżurach. Jak to wyglądało z punktu widzenia posłów, którzy zamiast spędzić Święta z rodzinami, siedzieli w pustej, ciemnej sali sejmowej? I właściwie po co był cały ten protest? Jaki sens miał ten protest? To było jasne od początku. Wierzę, że nasi wyborcy mieli świadomość wagi sprawy. Już w ubiegłym roku Jarosław Kaczyński przestrzegał swoich posłów, żeby przygotowali się na bardzo mocną końcówkę roku. Media informowały, że trzeba się przygotować na awanturę. I tak rzeczywiście się stało. Nie tylko w mojej opinii to, co działo się w grudniu, to próba sił. Prawo i Sprawiedliwość sprawdzało opozycję, na ile może sobie pozwolić. Doprowadzenie do sytuacji, w której wyklucza się posła - jeśli przeszłoby bez echa - mogło spowodować wykluczanie kolejnych posłów i ostatecznie przegłosowania głosami PiS nowej Konstytucji. Podobna filozofia działania przyświecała przeniesieniu głosowania do nieprzygotowanej do tej roli sali kolumnowej. To też stanowiło poddanie Sejmu próbie - czy można sobie na to pozwolić, czy nie? Czy możliwe jest już zorganizowanie posiedzenia Sejmu w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej, czy jeszcze nie? W tej sytuacji to co zrobiła opozycja stanowiło zjednoczenie się


TWARZE GLIWIC /

przeciwko tym metodom. Wyraźnie zamanifestowaliśmy prezesowi Kaczyńskiemu, że nie może sobie pozwolić na takie łamanie regulaminu i przenoszenie Sejmu w dowolne miejsce. Pan prezes dostał wyraźny sygnał, że ewentualna zmiana ustawy zasadniczej lub ordynacji wyborczej – bądź też innej rzeczy wywracającej porządek prawny - nie przejdzie mu tak łatwo. A to, że do posłów dołączyli mieszkańcy, którzy wyszli na ulicę i pokazali swoje niezadowolenie, dowiodło politykom, że nie mogą robić tego wszystkiego, na co mają ochotę. Nie zapominajmy przy tym, że iskrą był stosunek PiS do obecności mediów. Warto zauważyć, że media ostatecznie wróciły do pracy w Sejmie – w tej samej formie i na tych samych warunkach, jak na początku. Pamiętam tę niezwykle liczną grupę dziennikarzy obecnych na ostatnim posiedzeniu Sejmu. Miałam wrażenie, że kto tylko miał wydaną przepustkę, ten stawił się na sali plenarnej. Tak jak do tej pory część przepustek nigdy nie była wykorzystana, tak tym razem pojawili się wszyscy i korytarze naprawdę były pełne mediów. Czyli pewne sukcesy, jako opozycja, możecie sobie w tym sporze odnotować? Dostęp dziennikarzy, a dzięki nim także obywateli do tego, co się dzieje w Sejmie, w jaki sposób uchwalane jest prawo i szerzej – jawność funkcjonowania Parlamentu od początku była dla nas najważniejsza. Sedno protestu, czyli zapewnienie prawa do swobodnego dostępu do informacji – ten postulat został bez wątpienia zrealizowany. Dla Pani, młodej posłanki, która dopiero debiutuje w Parlamencie, to jest prawdziwy chrzest bojowy. Kandydując do Sejmu raczej nie spodziewała się Pani, że to będzie tak "ciekawa" kadencja? To prawda, nie spodziewałam się tego. To też pewna ironia losu, że Nowoczesna powstała na gruncie sprzeciwu względem Platformy Obywatelskiej. My, liberałowie, do tej pory – czego nie ukrywamy – głosowaliśmy na PO, ale buta i pewne decyzje poprzedniego rządu, chociażby dotyczące OFE, sprawiły, że nie mogliśmy dłużej legitymować decyzji tego ugrupowania. Doszliśmy na rozdroże, gdzie trzeba było zdecydować, gdzie pójdziemy dalej. Zależało nam na tym, żeby Polska przyśpieszyła kroku, szybciej zmierzała w kierunku nowoczesności i w kierunku innowacyjnej gospodarki.

11

A tymczasem Platforma odebrała nam nadzieję na to, że tak się stanie. W ten sposób powstała Nowczesna. Nam, osobom tworzącym nowe ugrupowanie, wydawało się wtedy, że właśnie tym będziemy się zajmować – pokazywaniem, w jaki sposób ten kraj może szybciej się rozwijać, w jaki sposób może być nowocześniejszy, bardziej otwarty, bardziej przyjazny. Nagle zastaliśmy jednak sytuację, w której zamiast tych konkretnych spraw musimy bronić najbardziej podstawowych zasad demokracji i państwa prawa. Zajmujemy się zatem nie tym, czym chcieliśmy, ale myślę, że też radzimy sobie w tej sytuacji nieźle. Pamiętajmy, że posłów Nowoczesnej jest niewielu, dlatego walka na tak licznych frontach jest niezwykłym wyzwaniem dla małego zespołu. A przy tej dynamicznej sytuacji politycznej, jaką obecnie mamy, niestety niewiele osób interesuje się szczegółowymi, merytorycznymi kwestiami prac nie w komisjach. Ja zasiadam w Komisji Innowacji. Organizujemy liczne konferencje, konsultacje, projekty ustaw dotyczące na przykład ridesharingu, czyli form nowego transportu w ramach ekonomii współdzielenia. Mówimy o takich rzeczach, ale media i opinia publiczna nie bardzo interesują się takimi sprawami, gdy zagrożone są podstawowe fundamenty prawne państwa. Ale też my jako Nowoczesna rozumiemy, że to jest w tej chwili ważniejsze. Ten kryzys parlamentarny nieoczekiwanie trochę was zbliżył z Platformą Obywatelską, od której przed wyborami bardzo staraliście się odciąć. Musimy być w takich sytuacjach razem. To nie ulega wątpliwości. Ale z ludzkiego punktu widzenia, to bardzo pozytywny aspekt naszego protestu, że mogliśmy się tak po prostu lepiej poznać. Spędziliśmy razem wiele godzin na sali sesyjnej, więc siłą rzeczy rozmawialiśmy ze sobą i dowiadywaliśmy się o sobie nowych rzeczy. Dzięki temu wiem, kto się czym interesuje i w jakiej sprawie do kogo z Platformy mam się udać – na przykład po podpis pod projektem ustawy. Natomiast z pewnymi działaniami PO jako Nowoczesna nie zgadzamy się i zgadzać się nie będziemy. Na razie nie możemy więc mówić tutaj o jakiejś bliższej współpracy, choć przyszłość może od nas tego wymagać. Wszystko zależy od rozwoju wydarzeń, które są po prostu bardzo dynamiczne.


12

/ MAGAZYN EIMPERIUM


TWARZE GLIWIC /

Nowoczesna w Sejmie zajęła ławy, które opuścił Ruch Palikota, czyli "czarny koń" poprzednich wyborów. Tamto ugrupowanie również dużo mówiło o nowoczesności i przyśpieszeniu rozwoju Polski. Czy Nowoczesna czuje się w jakiś sposób kontynuatorem ich kursu politycznego? Absolutnie nie. Palikot reprezentował przecież skrajnie lewicowe podejście do kwestii światopoglądowych. W ten sposób rozumieli nowoczesność, jako odejście od tradycyjnych wartości. Dla nas zupełnie nie o to chodzi. Oczywiście, jesteśmy za rozdziałem państwa od Kościoła, ale tematów światopoglądowych staramy się nie podejmować. Każdy ma swoje poglądy, swoje wyznanie, swoją wiarę i państwo nie powinno się w to wtrącać. Przede wszystkim chcemy zajmować się gospodarką. Oczywiście miewamy też bardzo rozbieżne poglądy w szczegółowych kwestiach wewnątrz klubu. To zdrowy stan. Z jednej strony mamy Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora Teatru Polskiego z Wrocławia, który jest poglądów lewicowych, z drugiej strony natomiast są osoby o wyraźnie tradycyjnym podejściu i mocno religijne. To nie jest dla nas jednak tematem wartym szerszej dyskusji, skoro zajmujemy się kwestiami gospodarczymi. Czym jest zatem w Waszej opinii ta nowoczesność, którą macie w nazwie i do której powinna zdążać Polska? Dla nas liberalizm i otwartość jest tą nowoczesnością. To rozwój gospodarczy oparty na tej otwartości. Chcemy podejmować tematy, które są istotne dla państwa już teraz, ale nikt ich nie rusza. Polska polityka póki co ciągle kręci się wokół tych samych prawnych sporów, które nie posuwają nas naprzów. A my postanowiliśmy na przykład powołać podkomisję w Komisji Innowacji, która pracowałaby głównie nad technologiami w obrębie tzw. smart cities. Chodzi o przyjęcie takich rozwiązań prawnych, bez których za chwilę staniemy pod przysłowiową ścianą. Premier Morawiecki dużo mówi na przykład o rozwoju elektrycznej mobilności, ale nie dostosowuje przepisów do swoich planów. Toczyliśmy o to całą dyskusję z posłami Prawa i Sprawiedliwości, dla których innowacyjność to przede wszystkim Internet. W naszym myśleniu jesteśmy jednak dalej - dostrzegamy, że pewne przepisy trzeba aktualizować już teraz, żeby w sytuacji, gdy zajdą przewidywane zmiany, prawo było na nie gotowe, a nie musiało być dopiero naprędce zmieniane. Planowanie, rozwój to jest właśnie, moim zdaniem, to nowoczesne podejście do państwa. Nie może być tak, że jeden rząd zmienia coś po swojemu, kolejny cofa reformy poprzedniego i tak w kółko. W ten sposób tracimy tylko czas.

13


14

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Pani nie tylko debiutuje w tej kadencji w Sejmie, ale w ogóle w tego typu organach kolegialnych. Inni posłowie z Gliwic, na przykład Jarosław Gonciarz, mają za sobą przynajmniej doświadczenie z Rady Miasta. Dla Pani to jest natomiast zupełna nowość. Jak się w tym Pani odnajduje? Myślę, że dobrze. Ja się też czuję dzięki temu bardzo niezależnym posłem. Nigdy nie byłam w żadnej partii, ani w żadnych innych formacjach partyjnych. Ta świeżość daje mi dużo spokojnego oglądu rzeczywistości, co w połączeniu z tym, że zawsze byłam społecznikiem, pozwala mi w nieco bardziej ludzki sposób podchodzić do pewnych problemów. Współpracuję z posłami ze wszystkich formacji. Uważam, że polityka to jest przede wszystkim dialog, więc nie zamykam się w ramach jednej formacji, ale staram się rozmawiać ze wszystkimi. Na pewno nie jestem jeszcze doświadczonym politykiem, który zawsze wie gdzie i co powiedzieć, na pewno nie jestem też świetnie przystosowana do współczesnych realiów medialnych. Dzisiaj media rządzą się swoimi prawami, oczekują zawsze mocnego przekazu, który wyróżni polityka. Ja jestem raczej nastawiona ugodowo. Wierzę jednak, że bycie sobą ma sens. Na przykład w Komisji Uni Europejskiej, gdy wypracowywaliśmy uchwałę dotyczącą dyrektywy odnośnie uchodźców, udało mi się porozumieć z posłami PiSu. Zaproponowałam takie zmiany, które zostały przez nich przyjęte, a później przegłosowane przez całą komisję. Usiedliśmy razem z wiceministrem oraz posłami PiSu i wypracowaliśmy kompromisowe stwierdzenie o konieczności pomocy uchodźcom. Traktuję to jako sukces. Nie tylko ten konkretny zapis, ale i zainicjowanie współpracy. Protesty też mają sens, w kwestiach fundamentalnych nie można niekiedy postąpić inaczej, podstawą funkcjonowania w polityce jest jednak zawsze współpraca. Jak wygląda ta praca posła tak na co dzień? Bo przyjęło się myśleć, że posłowie pobierają gigantyczne uposażenia, a nic tak naprawdę nie robią. To przeświadczenie potęgują jeszcze pokazywane w telewizji ujęcia z sali posiedzeń, gdzie często przebywa tylko kilku posłów. Czy to faktycznie tak jest, że posłowie to takie darmozjady? Też byłam tym zawsze oburzona. Pamiętam parę lat temu jak zbulwersowana obserwowałam ważną debatę, w której na sali było raptem paru posłów. Zawsze się zastanawiałam, jak to jest możliwe? Przecież jakbym to ja tam była, to siedziałabym na sali sesyjnej od rana do nocy, bo to obowiązek. Teraz już wiem, że w tym samym czasie pracuje mnóstwo komisji. Ja w ciągu jednego dnia mogę mieć trzy posiedzenia Komisji Unii Europejskiej i dwa posiedzenia Komisji Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii. Efekt jest taki, że mam pięć czy sześć komisji dziennie. Jeżeli policzymy, że każde posiedzenie trwa godzinę, już wiadomo, że w tym czasie nie ma mnie na sali plenarnej. Na dodatek, żeby wszędzie zdążyć, my praktycznie cały czas biegamy. Od godzin porannych czasami, jak wiemy, do nocy, to jest jeden wielki bieg. Przykładowo, gdy jestem na mojej komisji, a w tym czasie na sali zaczyna się temat systemu emerytalnego, który mnie interesuje, to biegnę tam i uczestniczę w tej debacie, po czym znowu wracam biegiem na komisję. Odległości między salami posiedzeń komisji a salą plenarną


TWARZE GLIWIC /

15

nie są małe, zatem gdy wracam do Gliwic po takim czterodniowym posiedzeniu (sic!) to praktycznie jeden dzień odsypiam. Poza tym, zawsze trzeba być doskonale przygotowanym, bo jako licząca się w Parlamencie siła, która chce w przyszłej kadencji przejąć stery w Polsce, musimy zabierać głos we wszystkich istotnych kwestiach. Każdy z naszych posłów każdego dnia porusza do dziesięciu różnych tematów: muszę być więc przygotowana do wygłoszenia opinii w sprawie uchodźców na sali plenarnej, do zajęcia na komisji stanowiska w sprawie dyrektywy cyfryzacji, do zajęcia stanowiska w sprawie systemów emerytalnych, potem idę na komisję, w której omawiane są kwestie związane ze smart cities czy ridesharingiem... i to wszystko dzieje się w ciągu jednego dnia! Jeżeli poseł jest nieprzygotowany, nie zajmie stanowiska. A trzeba wziąć pod uwagę, że ustawy w naszym klubie dzielone są raptem na trzydziestu posłów, czyli każdy zajmuje się czterema lub pięcioma tematami na każdym posiedzeniu. Każdą z tych opinii trzeba mieć idealnie opracowaną. Taka multidyscyplinarność ma swoje zalety, ale i wady. Obciążenie pracą jest w małym klubie bardzo duże, ale mamy też szansę łączyć wiele spraw między sobą, niwelując tzw. międzyresortowe pułapki. Na wiele kwestii trzeba spojrzeć łącznie, bo wiele problemów – w różnych obszarach – jest wspólnych, Oprócz posiedzeń w Warszawie jest jeszcze praca w biurze w Gliwicach. Dużo osób przychodzi tutaj z różnymi sprawami? Osób przychodzi dużo, ale nie wszystko znajduje się w moich kompetencjach. Staramy się więc tutaj w biurze kierować ludzi według kompetencji. Mamy prawnika, który udziela porad prawnych i pomaga na bieżąco tym, którzy nie wiedzą, jak mają dalej postąpić. Jeśli rzecz tyczy sie samorządu, to odsyłamy do aktywnych radnych i urzędników. Ale jeśli sprawa dotyczy kompetencji poselskich, zajmuję się tym zawsze osobiście. Najczęściej wizytu w biurze to jednak po prostu spotkania i rozmowy, które – w co wierzę – zaowocują w przyszłości dobrymi rozwiązaniami w postaci ustaw. Są jednak posłowie, którzy nie odsyłają petentów, ale starają się interweniować w ich sprawach nawet jeśli to nie jest ich kompetencja. Poseł Gonciarz ostatnio reagował na przykład w sprawie bezpośredniego połączenia autobusowego do Strefy Ekonomicznej. Poseł jednak w głównej mierze powołany jest do stanowienia prawa na szczeblu centralnym i to jest nasze główne zadanie. My mamy naprawdę dużo pracy. Pan poseł Gonciarz reprezentuje klub mający w składzie ponad 230 posłów, więc obciążenie pojedynczych posłów nie jest tak duże, co pozwala podejmować inicjatywy tego typu. To dobrze, uzupełniajmy się nawzajem. Podsumowując, podzieliłabym tę kwestię na dwie rożne sfery. Z jednej strony poseł jest przede wszystkim reprezentantem Narodu. Deklaruje określone poglądy, zatem kandydat prezentujący się jako liberał nie powinien po wyborach zmieniać stanowiska o 180 stopni i wstępować w szeregi PiS. Z drugiej natomiast reprezentuj wyborców pochodzących


16

/ MAGAZYN EIMPERIUM

z miast swojego okręgu wyborczego, więc lokalne problemy są dla niego bardzo istotne – nawet wówczas, gdy znajdują się poza wprost określonymi kompetencjami. Występuje wówczas często jako mediator. Poseł ma w szczególności możliwość interpelowania, czyli zadawania pytań w sprawach lokalnych społeczności, a tym samym interweniowania w interesie swoich wyborców. Mówiąc o zmianie partii wstąpiła Pani na grząski grunt. Tak się składa, że Pani partyjny kolega, Paweł Kobyliński, trafił do Sejmu z listy ruchu Kukiz'15, po czym zmienił barwy klubowe właśnie na Nowoczesną. Nie był to może obrót o 180 stopni, ale ta wolta była dość głośno komentowana. Nie śledziłam jego kampanii, więc ciężko mi się bezpośrednio odnieść do jego poglądów. Klub Kukiza stanowi grono osób o bardzo zróżnicowanych zapatrywaniach. Są tam wolnościowcy, na przykład bardzo cenieni przeze mnie ze względu na fantastyczną merytoryczną pracę Tomasz Jaskóła z Częstochowy oraz Piotr Liroy Marzec, mój kolega z ławy, z którym siedzimy ramię w ramię. To wyraziste osoby, postępujące zgodnie ze swoimi poglądami. Ale są też narodowcy, czyli ludzie o kompletnie odmiennych poglądach, niż wspomniany Liroy. Ciężko jest wiec sklasyfikować ruch Kukiza jako monolit. To, że Paweł Kobyliński przeszedł do Nowoczesnej raczej nie jest zaskakujące, bo on tam reprezentował jednak skrzydło liberalne. Przyjście nowego posła akurat bardzo mi pomogło, bo on wziął na siebie cały okręg rybnicki, gdzie nie mieliśmy wcześniej swojego posła. Nadal jednak jest nas piątka na całe województwo, więc to jest bardzo mało Jak wobec tego, te nowe obowiązki poselskie wpływają na Pani życie prywatne? W takich warunkach nie ma życia prywatnego. Byłam wczoraj na chwilę na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, bo tam pragnę być co roku. Udało mi się też pojawić w Mrowisku przedwczoraj na cudownym koncercie. Taki komfort zdarza się niestety dosłownie raz na parę miesięcy. Nie sądziłam, że to będzie aż tak obciążająca praca. Do tego dochodzi jeszcze praca w regionach. Jak wracam do domu na weekend to głównie odsypiam. Gdyby dzisiaj miała Pani podjąć jeszcze raz decyzję o kandydowaniu, mając całą świadomość tego z czym to się wiąże. Zdecydowałaby się Pani? Zupełnie nie tego się spodziewałam, ale kandydowałabym jeszcze raz. Nie postrzegam siebie jednak w dalszym ciągu jako polityka. Myślę, że każda osoba przez wiele lat działająca społecznie czuje się dobrze mając jakikolwiek wpływ na sytuację w kraju. Czuję, że mam wpływ na to się dzieje i to sprawia, że mi się chce angażować. Gdy czytam niekiedy projekty ustaw, które trafiają pod obrady, wiem, że poza Sejmem bardzo doskwierałaby mi bezradność. Teraz mam przynajmniej możliwość zgłoszenia zastrzeżeń, merytorycznego przedstawienia opinii. Na pewno to lepsza sytuacja, niż obserwowanie tych procesów wyłącznie z kanapy przed telewizorem.


TWARZE GLIWIC /

17

fot. Janusz Jaskółka


18

/ MAGAZYN EIMPERIUM

DETEKTYW

HISTORII

PARK SZWAJCARIA. DAWNY FOLWARK GARDELL

N

ajstarsze ślady dzisiejszego Parku Szwajcaria to przełom XVIII i XIX wieku. Na najstarszych mapach Gliwic widnieje w tym miejscu nazwa Vorwerk Gardell – to folwark który wiek później przemieniono na Ośrodek Rekreacyjny Schweizereii, czyli właśnie dzisiejszy Park Szwajcaria. Folwark Gardell związany był od średniowiecza ze Starymi Gliwicami (Alt Gleiwitz), które z kolei znajdowały się w majątku probostwa Łabędy (Laband). Ciekawostką jest fakt, iż w roku 1276, kiedy uznano Gliwice miastem, Stare Gliwice już istniały – więc są w istocie starsze niż samo miasto, co zresztą sugeruje ich nazwa. Od roku 1860 dobra rycerskie Alt Gleiwitz należały do Bernharda von Welczek. TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


DETEKTYW HISTORII /

19

Mapa parku z 1935 roku

Mapa parku z 1911 roku

Drugą ciekawostką jest sam folwark Gardel – pierwsza wzmianka o nim pochodzi z mapy z 1736 roku, gdzie w ówczesnym majątku „Alt Gleibicz” istnieje folwark „Gardilla”. Na mapie z roku 1812 już napisano „Vorw. Gardell” i wyraźnie widać zabudowania folwarczne, a obok nich – duży zadrzewiony obszar służący zapewne już wtedy właścicielom jako park. To tym bardziej prawdopodobne, że w samym środku założenia istniał sporej wielkości staw. Na mapie z roku 1911 w tym rejonie są już zaznaczone dróżki spacerowe wokół stawu, a to prawdopodobnie stało się przyczyną, dla której magistrat ówczesnych Gleiwitz „zarekwirował” istniejące już założenie parkowe tworząc tu w 1926 roku, jakoby od nowa zbudowany dla gliwiczan Park „Schweizerei”. A stało się tak za sprawą radnego miejskiego o nazwisku Juretzko, który wertując księgi wieczyste „odkrył”, że folwark Gardel leży na gruncie miejskim, więc bez dodatkowych kosztów można go przekształcić w park. W tamtym czasie staw był zasilany w wodę

źródłami w jego dnie, a nadmiar wody odprowadzany był strumieniem do pobliskiej Kłodnicy. Tuż przy ulicy zbudowano natomiast dużą restaurację z parkingiem, letnim tarasem na 600 osób i kręgielnią. Dawny staw przedzielono uroczym mostkiem na dwie części i zbudowano przystań dla łodzi. Po romantycznej przejażdżce łódką gliwiczanie mogli skorzystać z atrakcji restauracji – sal tanecznych, pokoi gościnnych oraz pawilonu muzycznego i doskonałej kuchni. Patronem restauracji był browar w Toszku, który zapewnił jej pełne wyposażenie oraz właściwą obsługę gości. Wnętrze głównej sali zdobiły dwie prace malarskie znanego ówczesnego artysty gliwickiego Ericha Gottslicha –„Lato” i „Zima”. Dodatkowym atutem restauracji był jej sufit wykonany w specjalnej, rzadkiej technice kasetonowej. Zimą goście mogli korzystać z pobliskiego toru saneczkowego. Pieczę nad budową nowego parku sprawował miejski radca budowlany Karl Schabik oraz dyrektor ogrodów Riedel.


20

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Budynek restauracji w Parku Szwajcaria, lata 20. XX w.

Park Szwajcaria, lata 20. XX w.


DETEKTYW HISTORII /

21


22

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Dla wygody gliwiczan zaprojektowali i dopilnowali wykonania specjalnych tras spacerowych z centrum Gliwic - ulicą Kościuszki i Kozielską oraz promenadą spacerową wzdłuż Kanału Kłodnickiego. To było naprawdę piękne miejsce. Po wojnie z dawnej świetności obiektu nie pozostało jednak nic. Przepiękną restaurację zamieniono w ośrodek nauki jazdy, o tarasie zapomniano, a stawy zarosły krzakami i stały się śmietnikiem dla okolicznych domów. Dopiero rok 2012 przyniósł Gliwickiej Szwajcarii nowe życie. Miasto Gliwice jest twórcą tej przemiany. W kolejnych latach stawy uporządkowano, mostek wyremontowano, alejki spacerowe wyposażono w miłe zakątki z ławeczkami, a dla aktywnych fizycznie gliwiczan zlokalizowano tu właśnie siłownię pod chmurką. W tym czasie dzieci towarzyszące rodzicom mogą się bezpiecznie bawić w ogrodzonej bawialni. Dawna restauracja niestety nie będzie reaktywowana przed rokiem 2046, bo taki okres używania tego obiektu otrzymała szkoła nauki jazdy tuż po wojnie – prawie sto lat. Po tym czasie z całą pewnością stare zabudowania będą nadawały się tylko do wyburzenia. Ale jest tu też dla wszystkich odwiedzających miła niespodzianka – przy parku powstała nowa restauracja. To nieprawdopodobne zrządzenie losu dla jego funkcjonowania. Wszystko nagle wróciło do normy – jest tak, jak wymarzyli sobie to przedwojenni twórcy tego miejsca.

Dawne zabudowania folwarku Gardell. Stan obecny.


DETEKTYW HISTORII /

23


24

/ MAGAZYN EIMPERIUM

fot. Telewizja Imperium

S

T

U

D

I

O

PRASOWE Z PREZESEM PRZEDSIĘBIORSTWA KOMUNIKACJI MIJESKIEJ

Gościem jednego z grudniowych wydań programu "Studio Prasowe" był Henryk Szary - prezes Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Gliwicach, który opowiadał między innymi...

O nowych Solarisach Na pewno jest to nowość, bo takiego designu na Śląsku nie ma. Aczkolwiek Jastrzębie też jest Śląskiem i jeździ tam jeden prywatny przewoźnik, który ma autobusy o podobny designie, przy czym 12-metrowe. Także jeśli chodzi o 18-metrowe, to są pierwsze na Śląsku i pierwsze w Gliwicach. Jakie są nowości oprócz wyglądu? To jest taka ciekawostka, będę w 100 procentach klimatyzowane. Będą dosyć mocno okamerowane, bo w samym wnętrzu jest pięć kamer, z kolei na zewnątrz są dwie kamery - jednak, która będzie pokazywała z tyłu, co się dzieje za pojazdem i druga kamera, która będzie pokazywała to co z przodu się dzieje. Oczywiście będziemy też obserwować jak pracuje nasz kierowca. Inną taką nowością jest też wnęrze autobusu - jest trochę więcej miejsca. Autobus

jest w stanie przewieźć 140 pasażerów, z czego 24 osoby na miejscach siedzących, ale dla osób niepełnosprawnych. W sumie tych miejsc jest, o ile pamiętam, 40. Pozostałe rzeczy, oprócz klimatyzacji, taka nowość, którą chyba młodzież będzie sobie szanować, to są te gniazdka USB, w który będzie można doładować komórkę, tablet, ewentualnie jakieś inne urządzenie. Będą dość chyba wykorzystywane. Szczególnie na tych liniach dłuższych, bo jak wszyscy wiemy, króciutko to nic nie da, ale jak się jedzie z Gliwic do Katowic to jest jednak godzinę czy trochę wiecej (w zależności, jaka linia - mamy ich trzy), więc wtedy będzie można sobie ten sprzęt poładować.

O przewozie rowerów To taka całkowita nowość chyba, ponieważ organizator nas przymusza do przewozu rowerów w autobusach. To wbrew pozorom jest niebezpieczna rzecz, bo przepisy za tym nie nadążają, ponieważ w autobusie praktycznie nie ma miejsca do przewozu rowerów. Jedyne miejsce jakie jest, to


STUDIO PRASOWE /

przestrzeń przeznaczona na wózki matki z dzieckiem i osoby na wózku niepelnosprawnego, więc w to miejsce umieściliśmy specjalny taki uchwyt dla rowerów wyposażony dodatkowo w pasy, żeby ten rower był zamocowany. Proszę pamiętać, że za bezpieczeństwo pasażerów odpowiada kierowca. Z tego tytułu mamy mnóstwo skarg - część jest uzasadnionych, część nieuzasadnionych. Uzasadnione są te, jak na przykład jest prawie pusty autobus w godzinach wieczornych czy letnich, gdy ludzi jest mniej i ten kierowca mógłby wziąć jak jest rozwer uszkodzony czy jakaś dziewczyna się zasiedziała u chłopaka i chciałaby bezpiecznie wrócić. No czasami niestety kierowca wyprasza tych pasażerów z autobusu. Tłumacz się różnie, a my to potem obserwujemy na kamerach. To się nie powinno zdarzyć, ale dzisiaj takie miejsce jest i to jest w autobusie 18-metrowym. Trzeba sobie zdawać sprawę, że jeżeli ktoś wejdzie z rowerem, to nie ma już miejsca na wózek z dzieckiem.

O autobusie elektrycznym Dwa tygodnie konkretnie jeździł z czego troszeczkę stał. Mieliśmy szczęście, bo jak przyjechał to akurat było ciepło. Nawet temperatura w pewnych mmentach dochodziła do 18 st. C i tutaj można powiedzieć, że się sprawdził. Przy czym proszę zauważyć, że ten autobus jest bardzo drogi, to

25

Studio Prasowe to cykliczny program publicystyczny realizowany przez Telewizję Imperium. Na antenie omawiane są aktualne sprawy dotyczące miasta Gliwic i jego mieszkańców. Zapraszani do studia goście, wybitni obywatele Gliwic, zapraszani są do dyskusji na temat aktualnych wydarzeń

ZOBACZ WIĘCEJ!


26

/ MAGAZYN EIMPERIUM

fot. fot.Telewizja TelewizjaImperium Imperium

"...TAKIEGO DESIGNU NA ŚLĄSKU JESZCZE NIE MA" ~HENRYK SZARY

jest pierwsza rzecz, przewozi mniej pasażerów, bo tylko 70, wozi na sobie, jakby tak skromnie powiedzieć, 1800 kg samych baterii litowojonowych, przez to ta przestrzeń pasażerska jest ograniczona ze względu na ciężar. Dzisiaj w KZK GOP autobus klasy B minimum zabiera minimum 86 pasażerów, a właściwie - taki tradycyjny 92 - takl więc 20 osób, jakby nie liczyć, jest mniej. I ładowaliśmy do wtyczką na zajezdni - baterie miały 240 kWh - i praktycznie zawsze obserwowałem, jak wyjeżdżał rano o czwartej, to gdzieś po piętnastej już niestety musieliśmy go wyłączyć z ruchu, dlatego że trzeba go sześć godzin ładować. Jak przyszły mrozy, bo niestety tak też się zdarzyło, to już po 12 zjeżdżał. Więc proszę sobie teraz wyobrazić, jeżeli nie byłoby doładowania na mieście - a takie plany mamy - no to wtedy jest to bez sensu, bo trzeba mieć mnóstwo autobusów rezerwowych innych, żeby na czas ładowania je zastąpić. A ładowanie najtańsze jest, jak wiemy, w nocy, a sześć godzin to jest sporo.


STUDIO PRASOWE /

27

fot. Telewizja Imperium

fot. Telewizja Imperium


28

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Po d różnik gl iwicki

PODRÓŻNIK GLIWICKI


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

WITAJCIE NA KOŃCU ŚWIATA Witajcie, Drodzy Czytelnicy. Miło mi przywitać się z Wami w tym nowym i miejmy nadzieję, że lepszym roku. Przed nami nowe wyzwania, nowe podróże, nowe miejsca i nowe szanse na spełnienie swoich marzeń. W końcu codziennie jest dobry czas, by zacząć tworzyć nową historię. Zatem chciałbym zacząć ten rok z dużą dawką pozytywnej energii i zabrać Was na koniec świata. Dzisiaj tym miejscem będzie Chile, a dokładnie miasto o nazwie Iquique. Przyznam, że trochę czasu mi zajęło zanim doszedłem jak to przeczytać, a czytamy to po prostu ‘ikike’. Mam nadzieję, że tym wyjaśnieniem oszczędziłem Wam łamania sobie języka. Miasto położone jest w północnej części kraju. To stolica regionu Tarapaca. Od Gliwic w linii prostej, to jedynie nieco ponad 11 500 kilometrów. Umiejscowione wzdłuż wybrzeża Oceanu Spokojnego. Niczym Dubaj zostało wybudowane pośrodku niczego. Z jednej strony „wielka woda”, a z drugiej piaszczyste góry i pustynia. Początkowo należało do Peru, natomiast po Wojnie o Pacyfik (Wojna saletrzana), która miała miejsce w latach 1879-1883, zostało dołączone do terytorium Chile. Jest również portem i miastem wolnocłowym, co powoduje rozwój handlu z ościennymi państwami oraz import sporej ilości towarów z Azji. Dzięki swojemu położeniu i zarządzaniu jest jedną z największych (jeśli nie największą) stref wolnocłowych w Ameryce Południowej. Gdybyście chcieli wybrać się tam na zakupy, w celu znalezienia „wyjątkowych” okazji, należy szukać miejsc o nazwie Zofri, bo tak właśnie określane są bezcłowe sklepy. Jeśli chodzi o architekturę, to głównie znajdziemy tu niską zabudowę i sporo drewnianych elementów. Samo centrum kojarzy mi się z westernowym miasteczkiem, bo w takim stylu wykonane są fronty budynków, balkony i balustrady. Nawet deptak jest częściowo wykonany z drewna. Ma to swój klimat, zwłaszcza, że jak na większości miejskich rynków znajdziemy tutaj sporo lokalnych knajpek i restauracji. Nie zabraknie również straganów z rękodziełem, ale o tym nieco później. Klimat jaki panuje w tym miejscu jest niezwykły. Pod tym względem, nie spotkałem póki co drugiego takiego miejsca. Chłodne

29

TEKST: ŁUKASZ TRUSZ FOT. ŁUKASZ TRUSZ

poranki (w lipcu, a wtedy trwa tam zima) i gęste chmury wiszące nad górami i miastem. Do około godziny 10.00 trwa wielka niewiadoma. Albo chmury zejdą nad wodę i zostaną rozwiane, albo będą tak egzystować w bezruchu i spowijać miasto ponurym klimatem. Zazwyczaj sprawdza się pierwszy wariant. Jak o poranku, tak i wieczorem należy się ciepło ubrać, ponieważ wiatr wieje dość mocno, a jak to na pustyni zwykle bywa, temperatura spada do zaledwie kilku stopni powyżej zera. Z kolei około południa przez kilka godzin słońce pali niemiłosiernie. Temperatura potrafi oscylować wtedy wokół 40 stopni. Mimo, iż wydaje się, że nie świeci zbyt mocno, to jest to całkiem „inne słońce”, niż to, które znamy w Europie. Bez filtra ani rusz. W dwa dni wyglądałem jak mulat lub stereotypowy chłopak z budowy. Brązowe ręce i błyszcząca biała klata, niczym zbroja rycerza, były moim orędziem. Dla niektórych miejscowych nawet w południe było za zimno, a ja nie mogłem się oprzeć, aby choć przez godzinkę nie poopalać się nad brzegiem oceanu. O kąpieli niestety nie było mowy, bo woda była lodowata. Być może dla morsów byłoby to dobre miejsce. Zostańmy może jeszcze chwilę przy morsach i zdrowym trybie życie, bo myślę, że właśnie to w dużej mierze mogłoby być wizytówką Iquique. Cała linia brzegowa jest niezwykle ładnie utrzymana i zagospodarowana. Na upartego można by ją przejść pieszo, ponieważ do dyspozycji mamy kilkunastokilometrowy deptak. Równolegle do deptaku ciągnie się ścieżka rowerowa, a to wszystko w otoczeniu palm, traw i zieleni. Tutaj ktoś mógłby się zatrzymać i pomyśleć: „zaraz, zaraz drogi kolego… przed chwilą pisałeś, że to miasto położone na pustyni, a tu nagle zieleń?”. Faktycznie zastanawiające, ale tutaj z odpowiedzią przychodzi ekipa Panów od utrzymania miasta i właśnie owej zieleni. System nawadniania jest tutaj na wysokim poziomie i jeśli dobrze się przyjrzymy to znajdziemy dużo zgrabnie zainstalowanych zraszaczy lub po prostu operatorów „wodnych węży” podlewających i pielęgnujących lokalną florę. Wróćmy jednak do aktywnego stylu życia. Wśród dzieci i młodzieży królują deskorolki i rowery. Nieco starsi i dorośli jeżdżą na rolkach


30

/ MAGAZYN EIMPERIUM


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

31


32

/ MAGAZYN EIMPERIUM

i dużo biegają. Co mnie bardzo miło zaskoczyło, to fakte, że rano i wieczorem zbierają się grupki starszych i młodszych, którzy wspólnie trenują. Jedni rozciągają się na matach, inni tańczą do muzyki. W tym celu nawet została wybudowana otwarta siłownia oraz zadaszony podest, gdzie jednocześnie może ćwiczyć kilkadziesiąt osób. Miasto żyje w ruchu, ale wyjątkowo w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Aż miło patrzeć, że ludzie dbają o swoje ciała i dobre samopoczucie! A jak nam wszystkim wiadomo, poza ruchem bardzo ważna jest również odpowiednia dieta. Smakołyków tutaj na szczęście nie zabraknie. Niestety Chile nie jest najtańszym miejscem do życia, a tym samym miejscem na urlop, o czym można się dotkliwie przekonać wychodząc do knajpki. Skupmy się jednak na przyjemniejszej części tego tematu, czyli konsumpcji. Wielbiciele tortilli mogą zjeść tutaj wyśmienite quesadillas. Tak w telegraficznym skrócie to dwa placki tortilli przypieczone na przykład na patelni, a pomiędzy nie włożona duża ilość sera i różnego rodzaju dodatków. Wszystko to jest razem zapieczone i podawane z różnymi salsami (sosami). Możemy również znaleźć klasyczne „domowe obiadki”, gdzie podawana jest zupa lub sałatka i do tego gulasz i ziemniaki. Dobrze jest rozglądać się za miejscami, w których maja tzw. „happy hours” i w wybranych godzinach można zjeść obiad za połowę ceny. Mimo, że wszystko to co przed chwilą opisałem było pyszne, to jednak moim numerem jeden zostało sushi. O dziwo było to jedno z tańszych dań. Dla porównania pizza, która była raczej średnio smaczna kosztowała prawie dwukrotnie więcej. Być może ze względu na bliskość

oceanu i portu, to właśnie łatwa dostępność ryb i innych owoców morza były tutaj kluczowym czynnikiem wpływającym na jakość i cenę. Na takie rarytasy skusiłem się dwa razy podczas swojego pobytu i z ręką na sercu przyznaję, że było wybornie. Co więcej, szef kuchni na nazwisko miał Polak. Choć niestety nie dopytałem czy pisane po polsku, czy po hiszpańsku. Jak już doszliśmy do wilgotnego tematu, to jeszcze przez chwilę w nim pozostańmy. Największym zaskoczeniem podczas mojej wizyty w Iquique były zwierzęta. Szczerze przyznam, że nawet nie zastanawiałem się, cóż za stworzenia mógłbym spotkać na swojej drodze. Zwłaszcza, że klimat do życia jest tu raczej ciężki. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy spacerując sobie wzdłuż wybrzeża natknąłem się na stado lwów morskich, które jak do tej pory widziałem tylko w telewizji. Tak samo jak pelikany i kondory. Wszystkie one występują tutaj równie często, jak u nas psy i koty. Lwy morskie nawet opanowały chyba większość wód, bo w porcie ciężko było dostrzec cokolwiek innego poza nimi. Wszystkie te zwierzaki były sporych rozmiarów. Nawet Chilijczycy trzymali się od nich na dystans, bo chyba nikt nie chciałby zostać przytulony przez lwa morskiego, który może ważyć nawet tonę. Natura potrafi zaskakiwać. Nawet takie urocze, choć groźne stworzonka przystosowały się do życia w surowych warunkach. Co jednak moglibyśmy zobaczyć, aby poznać nieco historii, kultury i sztuki tego dość obcego nam rejonu? Tutaj mamy kilka ciekawych atrakcji. Możemy zacząć od muzeum sztuki, do którego wstęp jest darmowy. Koneserem nie jestem, ale podobało mi się kilka dzieł,


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

zwłaszcza tych, wykonanych ze skór, plastików i makulatury. Nieco bardziej namacalnym miejscem jest „Regionalne muzeum Iquique”. Mimo, że pozornie wydaje się niewielkie, to kryje wiele ciekawych eksponatów. Znajdziemy tam takie zbiory, jak szczątki zwierzęce i ludzkie, przez rękodzieło, które powstawało wraz z rozwojem cywilizacji na tym terenie, a także urządzenia wykorzystywane w stosunkowo niedawnych czasach. Być może niektóre z nich nadal moglibyśmy znaleźć w domach lokalnych mieszkańców. W związku z dwiema kopalniami saletry (Humberstone i Santa Laura), które położone są ok 45 kilometrów od miasta, możemy znaleźć też dużą ilość pamiątek związanych z górnictwem. Ilość wszystkiego co udało się tutaj nagromadzić jest pokaźna, więc jeśli ktoś miałby okazję przypadkiem się tu znaleźć to polecam. Podobnie jak do muzeum sztuki, tak i tutaj wstęp jest darmowy. Będąc w Iquique warto zawitać także na pokład Esmeraldy. To statek należący do chilijskiej floty wojennej. Jego wodowanie odbyło się w 1855 roku. Brał udział w wojnie na Pacyfiku. Długi na 64 i szeroki na prawie 10 metrów. Niestety w dzień, w który wybrałem się, aby go odwiedzić był zamknięty, gdyż odbywało się czyszczenie pokładu. Na pocieszenie nawet, gdy środek jest zamknięty dla zwiedzających, możemy chociaż pod nim stanąć i obejść prawie dookoła. Rozmiary i styl w jakim został wykonany okręt robią wrażenie. Aż chciałoby się zobaczyć go w pełnej krasie, gdy cała załoga biega po pokładzie, a wiatr dmucha we wszystkie żagle.

Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził 3 kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).

33


34

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Na sam koniec, czym byłaby podróż w tak odległe miejsce bez pamiątek. Z racji, że robótki ręczne są tutaj bardzo popularnym zajęciem wśród tubylców, to rzeczy które można ze sobą przywieźć jest sporo. Oczywiście byłby to raj zwłaszcza dla kobiet, ponieważ ubrań, biżuterii i różnych dodatków, takich jak na przykład torebki było tutaj prawdziwe zatrzęsienie. Trzeba jednak zauważyć, że największa ich ilość pochodziła z Peru, ale mimo wszystko były to często lokalne produkty i nawet oznaczone jako ręcznie robione. Co mnie trochę rozczarowało, to brak produktów spożywczych, które można by przywieźć do Polski. Myślę tutaj głównie o kawie i lokalnych słodkościach. Znalazłem ledwie dwa supermarkety, w których na półkach królowała Nescafe, natomiast słodycze i inne produkty gastronomiczne nie różniły się od tych dostępnych u nas. W porównaniu do tego, co oferują na przykład kolumbijskie markety, może to spowodować przynajmniej lekki szok i niedowierzanie. Być może akurat, aby kupić jakieś gastronomiczne prezenty powinno się wybrać do innego miasta lub poszukać większego centrum handlowego. Jednak, jak mówi stare porzekadło, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Iquique bardzo mile mnie zaskoczyło i choć na początku klimat do przystosowania nie był łatwy, to jednak miasto potrafi zauroczyć i ma swój niepowtarzalny charakter. Mam nadzieję, że i Wam choć na chwilę udało się przenieść ze mną na koniec świata.


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

35


36

/ MAGAZYN EIMPERIUM


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

37


38

/ MAGAZYN EIMPERIUM


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

39

ciacho i babeczka w kuchni

K

arnawał w pełni, a to oznacza tylko jedno. Możemy spokojnie objadać się smakołykami. Jednym z nich są churros - pochodzące z Hiszpanii paluszki z ciasta parzonego, smażone na głębokim tłuszczu. To taki nasze faworki. W Hiszpanii churros przygotowuje się przede wszystkim w Nowy Rok. Przepis na churros inspirowany jest recepturą Marthy Steward. Drugą, tym razem polską propozycją na karnawał są serowe pączuszki. Ich smak pamiętam z dzieciństwa. Są miękkie i cudownie serowe, a ich przygotowanie trwa dosłownie kilkanaście minut. Jeśli w Waszej rodzinie jest więcej głodomorów, od razu przygotujcie większą porcję pączuszków. TEKST: BABECZKA FOT. CIACHOO I BABECZKA


40

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przepis na...

CHURROS Do przygotowania churros potrzebny będzie worek cukierniczy z dużą, gwieździstą końcówką. Jeśli takiego nie masz, możesz użyć zwiniętego w rożek papieru do wypieków. Do garnka wlej wodę, dodaj masło, cukier i sól. Zagotuj wszystko. Kiedy masło się rozpuści, a płyn zagotuje, wsyp do garnka całą mąkę i intensywnie mieszaj przez ok. minutę. Po tym czasie masa w garnku powinna stać się jednolita i odchodzić od ścianek. Ciasto przełóż do misy miksera i odstaw na chwilę żeby wystygło. Chłodną masę zacznij powoli ubijać, dodawaj po 1 jajku i nadal miksuj. Gładką masę przełóż do rękawa cukierniczego. W sporym garnku z grubym dnem rozgrzej olej do ok. 165º C. Prosto na olej wyciskaj 6-8 centymetrowe paski ciasta, ja odcinałam je nożyczkami. Churros smaż z obu stron na złoty kolor. W płaskim naczyniu wymieszaj drobny cukier z cynamonem. Usmażone churros wyławiaj z oleju i odstawiaj na papier lub sitko aby odsączyć nadmiar tłuszczu. Osuszone, ale jeszcze ciepłe przełóż do cukru z cynamonem i obtocz. Paluszki można podawać posypane cukrem z cynamonem, albo z sosem czekoladowym. Churros najlepsze są tuż po wystygnięciu.

SKŁADNIKI 115 g masła 1 szklanka wody 2 łyżki cukru szczypta soli 1 szklanka mąki pszennej 3 jajka olej rzepakowy do smażenia drobny cukier i cynamon


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

41

Przepis na...

PĄCZUSZKI SEROWE

SKŁADNIKI 300 g sera twarogowego 250-300 g mąki pszennej 1 jajko 2 łyżki cukru pudru 1 łyżeczka sody oczyszczonej 1 łyżka kwaśnej śmietany 1 l oleju rzepakowego do smażenia drobny cukier + cynamon do obtoczenia pół słoiczka ulubionych powideł śliwkowych

Ser rozgnieć widelcem, dodaj jajko, sodę, śmietanę i cukier puder i dokładnie wymieszaj. Do sera wsyp połowę mąki i zacznij zagniatać ciasto. Dosypuj powoli resztę mąki aż ciasto będzie miękkie ale gładkie. Z ciasta formuj kulki trochę większe niż orzech włoski. W dużym rondlu rozgrzej olej. Pączuszki wrzucaj na gorący olej i po chwili delikatnie je porusz. Smaż je na złoty kolor, obracając kilka razy. Pilnuj żeby olej nie był zbyt gorący, bo ciasto spiecze się z zewnątrz, a w środku będzie surowe. Gotowe odłóż na ręcznik kuchenny to osuszenia. Jeszcze ciepłe obtocz obficie cukrem z cynamonem. Ja najbardziej lubię rozkrawać pączuszki i tuż przed zjedzeniem nakładać na nie powidła śliwkowe, ale Wy możecie wybrać swój ulubiony sposób.


42

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność "Nie bój się, nie wstydź się mówić, że kochasz (...)" ~ Piotr Rubik TEKST: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC FOT. AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

14 luty Walentynki, dzień św. Walentego patrona zakochanych, święto miłości. Lubię ten dzień. Często jednak stykam się z akcjami bojkotującymi ten zwyczaj, któremu zarzuca się głównie amerykańskie pochodzenie, że jest komercyjny i nastawiony na zysk, że brak mu szczerości, że kochać i okazywać miłość powinno się cały rok, a nie jednego dnia, ... Walentynki niesłusznie bywają stawiane w jednym rzędzie z Halloween, nie są amerykańskim świętem, mają długą i fascynującą historię: Początków Walentynek szukać należy już w starożytnym Rzymie, gdzie w połowie lutego obchodzono luperkalia, czyli święto ku czci boga płodności. O ich dacie zadecydowała sama przyroda. W połowie lutego bowiem ptaki gnieżdżące się w Wiecznym Mieście zaczynały miłosne zaloty i łączyły się w pary. Uważano to za symboliczne przebudzenie się natury, zwiastujące rychłe nadejście wiosny. W 496 roku kiedy już chrześcijaństwo było religią panującą na terenie cesarstwa rzymskiego święto zostało zniesione przez papieża Gelazego I i zastąpione świętem męczennika Walentego. Kapłan Walenty pomagał parom, które pobierały się potajemnie w czasach gdy cesarz Klaudiusz Gocki zabronił zawierania związków małżeńskich, gdyż upatrywał w tym powód niechęci wstępowania młodych mężczyzn do wojska.


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

14 lutego 269 lub 270 roku Walenty został przyłapany i skazany na śmierć. Oczekując w więzieniu zaprzyjaźnił się z córką strażnika i dzień przed egzekucją zostawił jej pożegnalny list w formie serca popisany słowami „od twojego Walentego” Dzień św. Walentego stał się prawdziwym świętem zakochanych dopiero w średniowieczu – w czasie gdy pasjonowano się żywotami świętych. Święto najbardziej rozpowszechniło się w Anglii i Francji. Od XVI wieku w dniu świętego Walentego pojawił się zwyczaj obdarowywania kobiet kwiatami do których obowiązkowo dołączony musiał być czuły liścik zwany „walentynką”. W Stanach Zjednoczonych oraz Europie przybierały one formę anonimową. Tradycja wysyłania gotowych kart walentynkowych została zapoczątkowana w 1800 roku przez Amerykankę Esther Howland. Najbardziej uroczyście Dzień Zakochanych obchodzony jest w Terni skąd pochodził św. Walenty. 14 lutego odbywa się w katedrze Święto Zaręczyn, gdzie przy grobie kapłana gromadzą się setki par narzeczeńskich, które przysięgają sobie miłość i wierność. Relikwie świętego znajdują się również w kilku polskich miastach, m.in. Lublinie, Krakowie, Chełmnie oraz Rudach Raciborskich. Wszędzie tam 14 lutego organizowane są obchody ku czci patrona zakochanych.* źródło: www.wpolityce.pl

43


44

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Oczywiście,że komercję i konsumpcjonizm w naszym świecie widać na każdym kroku, przy okazji każdych świąt, nie tylko Walentynek. Kiedyś wyznawano uczucia za pomocą ręcznie robionych kartek, których przygotowanie zajmowało wiele czasu i było bardzo pracochłonne. Dzisiaj zewsząd otaczają nas walentynkowe upominki i gadżety takie jak: maskotki, lizaki, breloki, czekoladki z ogromnym napisem „LOVE”. Nie musimy iść za modą i presją mediów, możemy miło spędzić ten czas, nieszablonowo . Każdy z nas decyduje o tym czy jego życiem kierować będzie chaos spowodowany nadmiarem czy też szczera chęć obdarowania kogoś od serca. Nie musi to być podarunek, może byś miłe słowo, gest, uśmiech.

Dla mnie Walentynki to nie tylko święto zakochanych, ale święto miłości- w każdej ilości i w stosunku do każdej osoby, bo miłość jest główną wartością naszego życia. Święto miłości do partnera, dzieci, rodziców, krewnych i przyjaciół, miłości do... siebie. Kochać i okazywać miłość powinno się cały rok, nie tylko jeden dzień. Zgadzam się. Rodziców, dziadków, dzieci kochamy przez cały rok, a mimo to mają swoje święta: Matki, Ojca, Babci, Dziadka, Dziecka. Każdy moment jest dobry, aby okazać sobie ciepłe uczucia, czułość, życzliwość, przywiązanie. Dlaczego Walentynki nie miałyby być do tego dobrą okazją? Zastanawiam się czy nie jest aby tak, że Ci co hejtują Walentynki boją się po prostu powiedzieć: kocham, szanuje, potrzebuje Cię... Słowa do przemyślenia. Nie da się przejść koło nich obojętnie. Na długo zostają w pamięci. Myślę, że każdy odnajdzie w nich cząstkę siebie. Na ten czas - czas święta miłości...


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

45

Boimy się kochać, ale chcemy być kochani. Boimy się odpowiedzi wprost, ale lubimy zadawać pytania. Boimy się szczerości, ale zawsze żądamy jej w stosunku do siebie. Boimy się zrobić pierwszy krok, ale czekamy, by ktoś zrobił go w naszą stronę. Boimy się otwartości, ale nie mamy zahamowań, by zranić bliźniego. Boimy się zaufać, ale obrażamy się, gdy ktoś nam nie wierzy. Boimy się być niepotrzebni, ale lekceważymy ukochane osoby. Boimy się podejmować decyzje, ale zrzucamy wszystko na los. Boimy się odpowiedzialności i oskarżamy innych o swoje niepowodzenia. Boimy się opinii tłumu, ale sami łatwo oceniamy innych. Mówimy „nie kochasz mnie”, aby ktoś zapewnił nas, że to nieprawda. Mówimy „zimno mi”, kiedy chcemy, by ktoś nas przytulił. Mówimy „ja ciebie też” w odpowiedzi na słowa o miłości, jakbyśmy odpowiadali na czyjeś uczucie i nie brali odpowiedzialności za swoje własne. Mówimy „wszystko mi jedno”, podczas gdy coś nas dotyka i rani. Mówimy „zostańmy przyjaciółmi”, ale nie mamy zamiaru się przyjaźnić. Mówimy „mamo, tato, nie wtrącajcie się w moje życie!”, ale zrzucamy na nich swoje problemy. Mówimy „niczego już od ciebie nie potrzebuję”, gdy chcemy dostać to, na czym nam zależy. Mówimy „kiedyś nie byłeś taki”, podczas gdy sami też byliśmy inni. Mówimy „nie chcę żyć”, gdy chcemy, aby ktoś nas pocieszył. Mówimy „dam sobie radę”, gdy potrzebujemy pomocy. Mówimy „to nie jest najważniejsze”, gdy chcemy przekonać siebie do pogodzenia się. Mówimy „jest mi dobrze bez ciebie”, podczas gdy na siłę szukamy kogoś, kto wypełni nasze życie. Mówimy „ufam ci”, gdy jesteśmy targani brakiem zaufania. Mówimy „robisz to specjalnie!”, podczas gdy sami robimy to samo. Mówimy „już o tobie zapomniałem”, podczas gdy stale myślimy o tym człowieku. Mówimy „to koniec”, kiedy chcemy, by to trwało, ale na naszych warunkach. Mówimy „nie odebrałem telefonu, bo byłem zajęty”, podczas gdy po prostu baliśmy się rozmawiać. Mówimy „zawsze”, „nigdy”, nie mając świadomości, co to oznacza, gdy chcemy nadać przekonującą siłę swoim słowom i nie jesteśmy w stanie dowieść tego czynami. Tak wiele mówimy różnych wyrazów, ale kiedy potrzebne jest otwarte spojrzenie i zaledwie kilka ważnych słów – zaciskamy usta, połykamy słowa i milkniemy. Potem znów mówimy wszystkie te kosmiczne bzdury. Dopiero później, „w myślach” , układamy błyskotliwy monolog we własnej głowie ze wszystkimi istotnymi słowami, poglądami, jak w filmie, a następnie odpowiadamy sami sobie właściwymi zdaniami i właściwymi odpowiedziami… Nienaganny teatr jednego samotnego aktora. Kpimy ze śmierci, ale boimy się latać samolotami. Chcemy, by zostawiono nas w spokoju, ale stale sprawdzamy nieodebrane telefony i smsy. Twierdzimy, że życie jest piękne, ale sami niszczymy je w sobie i wokół siebie. Nie pijemy wody z kranu, bo to szkodzi, ale alkohol, papierosy i fastfoody wchłaniamy bez problemu. Nie cierpimy chamstwa, ale sami łatwo wpadamy w złość i niezadowolenie w stosunku do świata i innych. Mówimy o radości, ale własny uśmiech trzymamy pod kluczem. Denerwują nas cudze wady, ale własne nazywamy „oryginalnością”. Nie przywiązujemy wagi do opinii publicznej, ale stale pytamy „co ludzie powiedzą?”, „co pomyślą inni?” Denerwuje nas cudze bogactwo, ale nie mamy nic przeciwko temu, by je dostać. Zamykamy drzwi na trzy spusty, ale czekamy na cud. Wiemy, jak zmienić świat, ale nie chcemy zmieniać siebie. Denerwują nas cudze zalety, ponieważ czujemy się z nimi nieswojo. Potrzebujemy stabilizacji, ale sami potrafimy niebezpiecznie rozbujać łódź przy najmniejszym podmuchu wiatru. Jesteśmy uprzejmi wobec obcych, ale obcesowi wobec bliskich. Widzimy w innych własne odbicie i to nas drażni. Pragniemy zrozumienia, ale nigdy nie myślimy o motywach innych ludzi. Obrażamy się, gdy ktoś sprawia nam przykrość, ale zapominamy o elementarnym dziękowaniu. Ktoś bez przerwy jest nam coś winien, ale zapominamy o własnych długach. Nie lubimy plotek, ale bez pytania ingerujemy w czyjeś życie. Odchodzimy, by nas zawracano. Prowadzimy dysputy o cierpliwości, ale nie potrafimy nawet słuchać bez przerywania. Przechowujemy grube tomy cudzych grzechów, ale nigdy nie zaglądamy do notesu dobrych uczynków. Panicznie boimy się śmierci, ale żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Po prostu… jesteśmy dziećmi, które nie wyrosły.

~ Tatyana Varukha


NOWE BIURO OBSŁUGI KLIENTA

W NASZYCH OFERTACH

INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

32 301 40 00

MAGAZYN EIMPERIUM NR 10

Magazyn eIMPERIUM nr 01/2017  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you