Page 1

www.eimperium.pl

NR1 / KWIECIEŃ 2016

Jakub Szmatuła BRAMKARZ PIASTA PRYWATNIE

Zygmunt Frankiewicz GOŚĆ STUDIA PRASOWEGO O DROGOWEJ TRASIE ŚREDNICOWEJ I PRZYSZŁOŚCI GLIWIC

Metamorfoza Podwórka SZOBISZOWICE BIORĄ SPRAWY W SWOJE RĘCE

DETEKTYW HISTORII

Zadziwiająca historia Zameczku Leśnego

WIOSENNA KUCHNIA

Pyszne śniadanie w kilka minut


02

/ MAGAZYN EIMPERIUM

04 TAKI BYŁ MARZEC... 06 TWARZE GLIWIC 14

WYMYŚL SOBIE MIASTO

20 STUDIO PRASOWE 24 WOLNE MIASTO GLIWICE 30 DETEKTYW HISTORII 38 KĄCIK AG NIESZKI 40 CIACHO I BABECZKA W KUCHNI

REKLAMA


MEDIUM PRZYSZŁOŚCI /

03

Medium przyszłości tekst ANDRZEJ WAWRZYCZEK

K

iedy jeszcze chodziłem do szkoły, pani na plastyce poleciła całej klasie narysować miasto przyszłości. W pocie czoła kreśliliśmy więc na kartkach z bloku wysokie wieżowce, szerokie ulice i latające samochody. Dzisiaj wymarzone miasto przyszłości wyobrażam sobie jednak zupełnie inaczej. Nie mam wątpliwości, że przede wszystkim powinno być ekologiczne, a więc sprzyjające mieszkańcom i umożliwiające im zgodne współistnienie z naturą. Mniej jeżdżenia samochodem, a więcej spacerów. Mniej spalin, a więcej zieleni. Mniej stresu i pośpiechu, a więcej miejsc do odpoczynku |i relaksu. Szlachetne ­ jak pisał poeta ­ zdrowie, zbyt łatwo sprzedajemy dziś za srebrniki rozwoju ekonomicznego. Miasto przyszłości widzę również elektroniczne. Powinno sięgać po najnowsze zdobycze techniki w celu ułatwiania mieszkańcom codziennego życia. Urzędy dostępne przez internet, informacja wizualna w postaci tablic LED informujących o rozkładach jazdy autobusów czy wolnych miejscach na parkingu, powszechny dostęp do sieci, współdzielenie zbiorowej świadomości obywateli w chmurze danych ­ prawdziwa e­s połeczność. Po trzecie, wreszcie, miasto przyszłości musi być egalitarne. Musi być dobrem wspólnym wszystkich swoich obywateli i każdego z nich traktować tak samo. Koniec z urzędniczą wszechmocą. Powrót do starych, sprawdzonych rozwiązań demokracji bezpośredniej: swobody poglądów i możliwości ich publicznego głoszenia. Upodmiotowienie najmniejszych zalążków wspólnotowości ­ rad osiedlowych, stowarzyszeń, wspólnot mieszkaniowych. Zbiorowe podejmowanie kluczowych dla miasta decyzji i wspólne branie odpowiedzialności za jego rozwój. Swoją rolę w kreowaniu takiego wymarzonego miasta przyszłości mają do odegrania również media. To one powinny zapewniać swobodny przepływ myśli i poglądów, kreować wśród mieszkańców postawy promiejskie, pilnować urzędników by nie mylili terminów “służba” i “władzą”. Takie właśnie cele stawiam przed miesięcznikiem eIMPERIUM, którego pierwszy numer wspólnie z całym zespołem redakcyjny oddajemy dziś w Państwa ręce. My również, podobnie jak idealne miasto przyszłości, chcemy być 3 x E: ekologiczni, elektroniczni i egalitarni. Nie marnujemy papieru, bo ukazujemy się wyłącznie w wersji cyfrowej, a nade wszystko hołdujemy demokratycznym ideom wolności słowa i swobodnego przepływu myśli. Dlatego szczególnie serdecznie zachęcam do lektury działu Wolne Miasto Gliwice, który stanowi pierwszą na lokalnym rynku medialnym opiniotwórczą blogosferę. My nie tylko informujemy. Nie boimy się również analizować i komentować obserwowanych wydarzeń. Z kolei tym, którzy pragną chwili oddechu od współczesności, polecam teksty niestrudzonego Detektywa Historii, czyli Mariana Jabłońskiego, który przed naszymi czytelnikami odkrywa tajemnice dawnych Gliwic. W numerze nie zabraknie również kultury i sztuki, w tym także sztuki gotowania w wykonaniu tajemniczego duetu, który tworzą Ciacho i Babeczka. Gorąco zachęcam więc do lektury i współpracy przy redagowaniu kolejnych, comiesięcznych wydań.

Wydawca: Redaktor naczelny: Skład i grafika: Reklama:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O., ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Dawid Koszowski, koszodesign@gmail.com Dawid Rymisz, tel. 533 379 628

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


04

/ MAGAZYN EIMPERIUM

TAKI BYŁ MARZEC...

01/03 REWOLUCJA NA STARYM MIEŚCIE

02/03 CZY POWSTANIE ŚLĄSKI INSTYTUT ONKOLOGII?

Na gliwicim Starym Mieście prawdziwa rewolucja. Za sprawą ustawionych na wszystkich wjazdach znaków D­4 0 oznaczających "strefę zamieszkania", bezwzględne pierwszeństwo w całym obszarze ograniczonym ulicami Dolnych­ i Górnych Wałów uzyskali piesi. Kierowcy dodatkowo zobowiązani są do jazdy z prędkością nie większą, niż 20 km/h oraz stosowania zasady prawej ręki. Zastaosowane rozwiązanie to kompromis pomiędzy zapowiadanym całkowitym wyłączeniem z ruchu Starego Miasta i podjętą już później decyzją o tym, że z uwagi na uruchomioną w tym miejscu Strefę Płatnego Parkowania samochody jednak na uliczkach wokół Rynku pozostaną. Dzięki "strefie zamieszkania" wzrosnąć powinno nie tylko bezpeczeństwo pieszych przebywających na Starym Mieście, ale także komfort ich poruszania się. Do tej pory zdani byli oni bowiem na trudną decyzję: albo przeciskanie się pomiędzy zaparkowanymi na większości chodników samochodami, albo wejście na jednię, na której byli do tej pory wyłącznie intruzami."

Ta historia zaczęła się jeszcze w zeszłym roku na krótko przed wyborami. Były minister zdrowia Marian Zembala rozważał wydzielenie ze struktur Instytutu Onkologii im. Marii SkłodowskiejCurie samodzielnego ośrodka naukowego z siedzibą w Gliwicach. Plany nie doszły do skutku, bo przed wyborami brakło na to czasu, a po wyborach ministrem został już kto inny. Temat pozostał jednak żywy, a zainteresowanie poprzedniego ministra tylko rozpaliło nadzieje gliwickich onkologów. Rozpoczęły się zabiegi lobbingowe, które doprowadziły do organizacji spotkania z gliwickimi parlamentarzystami. Obecni byli posłowie wszystkich opcji politycznych, a także senator Krystian Probierz. Wcześniej podczas akcji zorganizowanej przez redakcje śląskich mediów zebrano również 15 tys. podpisów pod petycją obywatelską do ministra Konstantego Radziwiłła. Tydzień później w podobnym spotkaniu uczestniczyli radni Sejmiku Śląskiego, którzy jeszcze przed Wielkanocą przyjęli formalną uchwałę o zaapelowaniu do rządu w sprawie usamodzielnienia Śląskiego Instytutu Onkologii. Podobny druk jednogłośnie przegłosowała Rada Miasta w Gliwicach. W dokumencie, pod którym podpisali się wszyscy gliwiccy radni czytamy między innymi: „gliwickiej centrum jest w dużej mierze ubezwłasnowolnione decyzyjnie, administracyjnie i gospodarczo. Praktyka odbierania środków finansowych wypracowanych w Gliwicach i przekazywania ich na rzecz oddziału krakowskie czy centrali w Warszawie jest odbierana jako karane za gospodarność. Nie negując zasady solidarności, trudno takie praktyki postrzegać inaczej niż jako demotywujące do sprawnego zarządzania placówką”. Czy gliwickie Centrum Onkologii uzyska samodzielność, a tym samym możność „pełnego wykorzystania potencjału, którym dysponuje”? Tego dowiemy się w przyszłości. Wiadomo już jednak, że apele śląskich samorządowców dotarły do ministerialnych gabinetów w Warszawie i są tam uważnie analizowane.


TAKI BYŁ MARZEC... /

18/03 RUSZYŁ BUDŻET OBYWATELSKI 2017 Do 18 marca gliwiczanie mogli składać wnioski do Budżetu Obywatelskiego. W tym roku po raz pierwszy uprawnieni do tego byli nie tylko radni miejscy i osiedlowi, ale także wszyscy mieszkańcy, który ukończyli 16. rok życia. Wystarczył dobry pomysł i piętnaście podpisów poparcia dla jego realizacji. To nie koniec zmian. Również po raz pierwszy łączna kwota przekazana do rozdysponowania mieszkańcom ­ w tym roku to 3,5 mln zł ­ podzielona została pomiędzy osiedla, z których każde dysponować będzie własną pulą. Warunkiem jej wykorzystania jest przekroczenie w głosowaniu 5­p rocentowego progu wyborczego. Samo głosowanie odbędzie się między 6 czerwca a 4 lipca. Wyniki poznamy natomiast 29 lipca. Wybrane w ramach plebiscytu zadania realizowane będą w 2017 roku."

20/03 DTŚ W GLIWICACH JUŻ PRZEJEZDNA Z dużą pompą oddano do użytku ostatni gliwicki odcinek Drogowej Trasy Średnicowej. Na otwarciu drogi i blisko 500-metrowego tunelu zjawili się wszyscy najważniejsi ludzie w mieście i województwie: prezydent, marszałek i wojewoda. Nie zabrakło wykonawców i inżyniera kontraktu, a także byłego premiera Jerzego Buzka, który – jak zwykle – chętnie sypał z rękawa anegdotami. - Jako premier polskiego rządu otwierałem pierwszy odcinek. Wsiadłem wtedy w samochód BMW, wbrew sugestiom Biura Ochrony Rządu, do którego należał samochód i przejechałem osobiście, kierując tym wozem od Wesołego Miasteczka po stadion Ruchu i z powrotem. To było ogromne przeżycie, bo wiedziałem, że zaczyna się wielka budowa, która połączy śląskie miasta – zdradził prof. Buzek przed kamerami Telewizji Imperium. Po 15 latach ta wizja stała się faktem. Dzięki DTŚ dojazd z Gliwic do Katowic może dziś zabrać nie więcej, niż 20 minut. Stolica województwa jeszcze nigdy nie była tak blisko. Całość gliwickiej części inwestycji kosztowała około 1,3 mld złotych. Mimo tego nie ustrzegła się krytyki pod kątem niskiej jakości materiałów budowlanych wykorzystanych przy realizacji obiektów okołodrogowych oraz nadmiaru postawionych wzdłuż jej biegu ekranów akustycznych, które wielu gliwiczan pozbawiły dostępu dziennego światła, a osiedle Baildona dosłownie przepołowiły na dwie części.

05


06

/ MAGAZYN EIMPERIUM

TWARZE GLIWIC Jakub Szmatuła


TWARZE GLIWIC /

07

B

ramkarz Piasta Gliwice, z którym związany jest - z półroczną przerwą - od sezonu 2008/9. Do tej pory rozegrał w Ekstraklasie 57 spotkań. Na najwyższym szczeblu rozgrykowym, oprócz Piasta, reprezentował również Zagłębie Lubin. Choć właśnie dobił do 35 roku życia, rozgrywa najlepszy sezon w swojej karierze. Jakub Szmatuła zwiedził już niemal całą Polskę. Od 8 lat mieszka i gra w Gliwicach, i jak sam mówi, czuje się już pełnoprawnym obywatelem tego miasta. Jest żonaty, ostatnio urodziła mu się też córeczka. Z rodziną najchętniej wypoczywa w górach. Z tejemnic swojego sukcesu zwierza się w rozmowie z Andrzejem Wawrzyczkiem.

fot. Adrian Grycuk


08

/ MAGAZYN EIMPERIUM

PAN NA BRAMCE

Rozmawia Andrzej Wawrzyczek ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Na początek chciałbym pogratulować dwóch dobrych występów przeciwko Górnikowi Łęczna i Pogoni Szczecin [rozmawialiśmy pod koniec lutego - przyp. AW]. W tym roku jest Pan jeszcze niepokonany, ale przed wami w tym sezonie jeszcze wiele spotkań. JAKUB SZMATUŁA

Te dwa pierwsze mecze rzeczywiście zagraliśmy na zero. Szkoda tylko, że z przodu cos nie wpadł, ale myslę, że już w najbliższą sobotę coś się uda strzelić i wyjdziemy zwycięsko z kolejnego pojedynku. My przede wszystkim staramy się robić swoje. Nie patrzymy na inne zespoły. Wiem, że w prawie pojawiają się jakieś nagłówki, że Legia goni, że Piast za chwilę przestanie grać. A myśmy tych dwóch meczy przede wszystkim nie przegrali i to jest dla nas ważne, a za chwilę coś na pewno zaczne wpadać z przodu. Myślę, że ten nasz styl, który pokazywaliśmy w poprzedniej rundzie za chwilę powróci i będziemy dalej punktować. Za Piastem i za Panem znakomita jesień. Zarówno drużyna, jak i Pan byliście z pewnością objawieniem pierwszej części sezonu. Został Pan zresztą wyróżniony przez kibiców nagrodą dla najlepszego bramkarza rundy jesiennej w Ekstraklasie. Jak to się stało, że w wieku prawie 35 lat rozgrywa Pan najlepszy sezon w swojej karierze?

Wydaje mi się, że kluczem jest cierpliwość i zdrowie. To mi pomogło znaleźć się w tym miejscu, w którym jestem. No i wiara w swoje umiejętności, bo myślę, że niejeden na moim miejscu odpuściłby sobie. Może nie tyle, że by się załamał, ale spasowałby w pewnym momencie. A ja cierpliwie czekałem na swoją szanse i dostałem ją w wieku 34 lat jeszcze, bo urodziny mam dopiero w marcu. Przede wszystkim zdrowie pozwala mi na to, że wciąż funkcjonuję na najwyższych obrotach. Moi konkurenci do bramki Piasta są ode mnie młodsi, ale myslę, że pod wzgledem fizycznym im nie ustępuję, a nawet w pewnych elmentach przewyższam. Czytałem w jednym z wywiadów, że w pewnym momencie bardzo pomogła Panu pomoc psychologa sportowego. Rzeczywiście. W pewnym momencie mojej kariery podjąłem współpracę ze znanym specjalistą z Katowic. Na początku w ogóle bardzo sceptycznie do tego podchodziłem. Myślałem sobie, że takie rozmowy to strata czasu, że to mi w żaden sposób nie może pomóc. Ale okazało się, że to jest jadnak prawda, że jak się człowiek może zwierzyć z pewnych problemów innej osobie, to wiele to zmienia. Psycholog ukierunkował mnie we właściwą stronę, podpowiedział jak powinienem podchodzić do pewnych spraw. Wiem, że swego czasu Artur Boruc też pracował z jakimś psychologiem i też się dziwiłem, że taki gość może potrzebować pomocy specjalisty. Jego pozycja w drużynie była dużo lepsza, niż moja, ale i on potrzebował w pewnym momencie takiego wsparcia. I dzięki tej pomocy teraz jest tam, gdzie jest.


TWARZE GLIWIC /

t fo

a .N

l ta

ia

W

贸j

cik

09


10

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przed tym sezonem władze klubu postanowiły dość mocno przewietrzyć szatnię. Z drużyną pożegnało się kilkunastu zawodników w tym dotychczasowy kapitan, Tomasz Podgórski. Pan został i to pomimo tego, że za duże pieniądze sprowadzono dwóch młodszych konkurentów. Wielu kibiców pukało się w głowę, gdy klub przedłużał z Panem kontrakt. Teraz pewnie są zaskoczeni. Pana również zaskoczyła ta dość chyba nieoczekiwana zwyżka formy? Rzeczywiście część zawodników odeszła. Został tylko trzon, w którym znalazłem się również ja. Być może zostałem po prostu doceniony za to, że w poprzednim sezonie pomogłem drużynie utrzymać się w Ekstraklasie. Widocznie trener Latal widział mnie w swoim zespole. On obdarzył mnie wtedy zaufaniem, a które ja dzisiaj spłacam. Natomiast trudno tu mówić o zaskoczeniu. Ja przez cały czas wierzyłem w swoje umiejętności. Może po prostu wcześnie brakowało mi trochę szczęścia, a wiadomo, że i ono jest potrzebne. Teraz czuję, że fortuna w końcu zaczyna mi sprzyjać i oby to trwało, jak najdłużej. Ale najważniejsza jest na pewno wiara. Trzeba ufać w to, co się robi i wierzyć, że nawet w wieku 34 czy 35 lat grać na najwyższym poziomie. A jak ten początek sezonu wyglądał od strony szatni? Z weteranów, którzy pamiętają jeszcze grę w I lidze, pozostał w niej wtedy tylko Pan, Radosław Murawski i Adrian Klepczyński, który również dość szybko wrócił do rodzinnej Częstochowy. Śmialiśmy się nawet z Radkiem, że z tych zdjęć, które są wymalowane z holu, zostaliśmy tylko my dwoje. Reszty chłopaków już nie ma, rozjechali się i grają dzisiaj w innych klubach. To była na pewno dla nas wielka niewiadoma, bo przyszło kilkunastu nowych zawodników. Nikt nie wiedział, jak to trener poukłada i na co będzie nas stać. Potem przyszedł pierwszy mecz wygrany z Termaliką. Drugi na Ruchu trochę nam nie wyszedł, ale później już praktycznie od meczu z Górnikiem Zabrze, gdzie uwierzyliśmy w nasze możliwości i się zjednoczyliśmy, ten marsz w górę tabeli stał się faktem. Począwszy od tego momentu już stale znajdujemy się w czołówce ligi. Chwilę jednak trwało to zgrywanie się zupełnie nieznanych sobie wcześniej zawodników.

fot. Natalia Wójcik


TWARZE GLIWIC /

11

Oczywiście. Przepracowaliśmy razem ciężki okres przygotowawczy. Tutaj każdy trener ma swoje własne preferencje. Inaczej zespół przygotowywał trener Garcia, a inaczej jest z trenerem Latalem. Ale widać, że to co trener Latal nam wpoił przed sezonem, to teraz procentuje i myslę, że tą drogą musimy nadal podążać Podpisał Pan kilka dni temu nowy, roczny kontrakt z opcją przedłużenia na dwa lata. Jest więc szansa, że w 2018 roku będzie Pan świętował jubileusz 10-lecia gry w niebiesko-czerwonych barwach. Jest więc okazja, żeby się trochę cofnąć pamięcią i przypomnieć sobie te pierwsze dni w Gliwicach, w nowym klubie. Faktycznie, po raz pierwszy przyjechałem tu osiem lat temu. Pamiętam jak zadzwonił do mnie wtedy ówczesny menadżer Janusz Bodzioch, że Piast jest zainteresowany moją osobą. Ja grałem wtedy w Warcie Poznań w ówczesnej drugiej lidze. To był sezon kiedy Piast wywalczył pierwszy, historyczny awans do Ekstraklasy. Pomyślałem więc, że to dla mnie sportowy awans. Przyjechałem na testy i przepracowałem cały okres przygotowawczy pod okiem Piotra Mandrysza. Potem się jednak okazało, że trener Mandrysz nie przedłużył z klubem kontraktu. Na jego miejsce przyszedł Marek Wleciałowski, ale ja już zostałem. Na tyle się spodobałem działaczom i trenerowi bramkarzy, że podpisano ze mną kontrakt. A jakieś wspomnienia pozasportowe? Rozumiem, że to jest jednak duże przeżycie, jak się człowiek przeprowadza na drugi koniec Polski i próbuje jakoś zadomowić w nowym dla siebie miejscu. Ja pierwszy raz z domu wyprowadziłem się jak miałem 15 lat i wyjechałem do młodzieżowej szkoły piłkarskiej w Szamotułach. Także tutaj życie mnie już troszeczkę nauczyło. Później też kilka tych klubów zwiedziłem, bo byłem w Suwałkach, w Koninie, z klubów ekstraklasowych to Lech Poznań i Zagłębie Lubin, potem był jeszcze Górnik Polkowice. Trochę więc po Polsce pojeździłem. Tutaj na Górnym Śląsku akurat nie byłem, ale tak się składa, że mam rodzinę w Świętochłowicach, więc te tereny nie były mi zupełnie obce. A same Gliwice bardzo pozytywnie od początku przyjąłem. Pamiętam dobrze ulicę Zwycięstwa, gdzie wówczas mieściła się siedziba klubu i gdzie musiałem się na samym początku pojawić.


12

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przy tej samej ulicy Zwycięstwa, w jednej z przecznic, mieszkał Pan później przez kilka lat zresztą. Ale w końcu przyszedł taki moment, że postanowił się Pan z centrum wyprowadzić. Przestało Panu to Śródmieście pasować czy to z uwgi na powiększoną rodzinę? Obecnie mieszkam na obrzeżach miasta, konkretnie w Żernikach przy głównej ulicy wylotowej na Tarnowskie Góry. W centrum z jednej strony było mi dobrze, bo mieszkałem blisko parku. Ale teraz z kolei mamy już swoje, własnościowe mieszkanie. Udało nam się znaleźć dobrą ofertę i postanowiliśmy z niej skorzystać. Stwierdziliśmy, że z nowego miejsca będzie bliżej i na stadion, i ogólnie łatwiej i szybciej będzie można wszędzie dojechać. Myślę, że to przeważyło. Osiem lat to szmat czasu. Czy po tym okresie mieszkania w Gliwicach zżył się Pan już z tym miastem? Czuje się Pan już Ślązakiem, czy wciąż jest jakaś tęsknota za rodzinną Wielkopolską? Myślę, że powoli zaczynam się tutaj czuć u siebie. Nawet ostatnio wyrobiłem nowy dowód osobisty z gliwickim adresem zameldowania, więc może jeszcze nie gliwiczanin pełną gębą, ale powoli do tej świadomości dojrzewam. Generalnie miasto nie ma już przede mną tajemnic. Dobrze znam każdy zakątek Gliwic. Zresztą nie tylko Gliwic, ale również miast sąsiednich: i Katowice, i Chorzów, i Zabrze. Tu jest praktycznie wszystko blisko, więc na pewno bym się na Śląsku nie zgubił, a i do Krakowa czy Wrocławia nie jest daleko, więc usytuowanie jest rzeczywiście bardzo korzystne.

Rozumiem, że znajduje Pan czas, żeby zwiedzać okolicę także po pracy, a nie wyłącznie jeżdżąc na mecze? Tak, dość dużo jeździmy po bliższej i dalszej okolicy. Ja osobiście uwielbiam na przykład wypady w góry. Często zaglądamy między innymi do Szczyrku. Nie tylko zimą, ale również w lecie, żeby trochę odpocząć. Góry to jest zdecydowanie moje miejsce, bardzo dobrze tam wypoczywam. Żona z kolei bardziej woli kierunek nad morze, ale to już jest kawałek drogi, więc raczej na jakiś dłuższy urlop. Weszliśmy już troszeczkę w tematy rodzinne, więc może pomówmy chwilę o tej prywatnej stronie Jakuba Szmatuły. Zauważyłem, zbierając przed tą rozmową informacje w internecie, że nigdzie nie ma opublikowanych Pana prywatnych zdjęć, na których byłby Pan z rodziną. Stara się Pan chronić prywatność swoich bliskich, czy po prostu żadna redakcja jeszcze nie wyszła z taką propozycją? Faktycznie staram się oddzielać moje życie piłkarskie od rodzinnego, więc tę strefę domową raczej zachowuję dla siebie. Oczywiście to jest miłe, gdy ktoś o to zapyta czy poprosi o zrobienie jakiegoś zdjęcia, ale wszystko w granicach rozsądku. O rozgłos w gazetach czy na portalach plotkarskich na pewno nie zabiegam. Staram się robić swoje na boisku i o tym chętnie rozmawiam. Ale tak jak mówię, jak mi się zdarzy przeczytać jakąś notkę o mnie czy o mojej rodzinie w prasie, że wszystko nam się dobrze ukłąda, to też to oczywiście cieszy.


TWARZE GLIWIC /

13

Dodajmy od razu, że rodzina niedawno się powiększyła. Nieco ponad półtora roku temu urodziła się Panu córka. Nagle natrafił Pan na zupełnie inne wyzwanie, niż te z którymi przychodzi się Panu mierzyć na piłkarskim boisku. Amelia w czerwcu będzie miała dwa latka. Rzeczywiście, narodziny dziecka to jest przeżycie, które zupełnie zmienia podejście człowieka do wielu spraw. W moim przypadku nie było inaczej. Można nawet powiedzieć, że od narodzin córki wszystko zaczęło mi się lepiej układać. Dzięki niej uwierzyłem jeszcze bardziej w siebie, w swojej umiejętności, dostałem szansę i od razu ją wykorzystałem. Cieszę się z miejsca, w którym jestem, ale nie zamierzam spocząć na laurach. Chcę pokazać młodym chłopakom, że ciężką pracą i wytrwałością można wiele osiągnąć. To będzie może nieco przewrotne pytanie, ale trudniej jest być dobrym bramkarzem, czy dobrym ojcem? Myślę, że jednak dobrym ojcem, bo tu najważniejsza jest cierpliwość. Czasami przychodzi się po treningu albo po dwóch i jeszcze trzeba mieć czas, chęci i siły na zabawy z córką. A muszę powiedzieć, że Amelia daje nam też popalić. Oczywiście w pozytywnym sensie, także zawsze staram się jeszcze wykrzesać z siebie nieco energii, żeby się z nią pobawić przed snem czy wyjść na spacer, bo też daje mi to dużo radości.

fot. Natalia Wójcik


14

/ MAGAZYN EIMPERIUM

WYMYŚL SOBIE MIASTO PRAKTYCZNY PORADNIK W KILKU ODSŁONACH Mija godzina 18. Mimo później pory jedna z sal dawnego Zespołu Szkół Łączności przy ulicy Warszawskiej zaczyna budzić się do życia. Na ławkach połączonych w większe stoły leżą duże kartki zadrukowane zdjęciem satelitarnym. Obok pisaki. Wokół stołów gromadzą się ludzie. Wszyscy są sąsiadami. Mieszkają w jednym kwartale otoczonym ulicami Świętojańską, św. Andrzeja, Gierymskiego i Warszawską, dzieląc wspólne podwórko. Starsi spędzili tu większą część życia, część młodszych - dopiero się wprowadziła. Znają się z widzenia, ale tak na prawdę po raz pierwszy mają okazję ze sobą spokojnie porozmawiać. Do wspólnego stołu zaprosili ich aktywiści z Ośrodka Studiów O Mieście oraz studenckiego koła naukowego Antyrama. O czym rozmawiali? O swoim podwórku. tekst ANDRZEJ WAWRZYCZEK fot. NATALIA WÓJCIK


WYMYŚL SOBIE MIASTO /

15

P

odwórko schowane za kamienicami szczelnie przylegającymi do czterech, szobiszowickich ulic na szerokie wody wypłynęło w 2015 roku. To wtedy w głowie Tomasza Tylutki, prezesa Zarządu Osiedla Szobiszowice, zrodził się pomysł, aby renowacją placu zainteresować miejskich decydentów. Pretekstem okazał się nabór wniosków do Budżetu Obywatelskiego Gliwic. Do rewitalizacji zgłoszono wtedy cztery podwórka, ale do ostatecznego głosowania zakwalifikowano tylko dwa z nich. Zadanie pod nazwą "Zagospodarowanie podwórek wewnętrznych przy ul. Świętojańskiej 22-46 oraz 39-45 – ścieżki, ławki, zieleń", którego koszt oszacowano na 150 tys. zł zdobyło 101 głosów, co pozwoliło mu zająć czwarte miejsce wśród zadań remontowych. Zbyt niskie, żeby zakwalifikować się do sfinansowania z budżetu obywatelskiego, ale wystarczająco wysokie, żeby pójść za ciosem i poszukać innych źródeł finansowania.

Z Tomaszem Tylutko, dzisiaj już radnym Rady Miejskiej w Gliwicach, który zajął w niej miejsce zmarłego w zeszłym roku Marka Waniewskiego, umawiamy się na podwórku. Spotkanie musimy jednak kilka razy przełożyć. Gdy w końcu udaje się spotkać, nad Gliwicami przechodzi akurat gwałtowna zamieć. Pan Radny zaprasza mnie więc do siebie. Z okien niedużej kawalerki radnego podwórka nie widać. Oba wychodzą na drugą stronę budynku. Zanim zaczniemy rozmawiać, przez chwilę śledzę wzrokiem samochody mknące coraz bielszą od śniegu ulicą Świętojańską. W imbryku parzy się gorąca herbata. - Sam pomysł narodził się tak naprawdę w 2013 roku, gdy zacząłem interesować się ideą powołania w Szobiszowicach Rady Osiedla. Odbyłem wtedy wiele rozmów z mieszkańcami, w tym z młodymi matkami, które zwracały mi uwagę na to, że ciężko im wyjść gdzieś z wózkiem, bo na ścieżkach przed blokami brakuje utwardzonej nawierzchni. To był dla mnie pierwszy impuls, żeby zastanowić się nad stanem naszych gliwickich podwórek - zaczyna swoją opowieść Tylutko. Zgłoszenie rewitalizacji szobiszowickich podwórek do Budżetu Obywatelskiego to nie jedyny sposób na to, żeby doprowadzić do ich odwlekanego od lat remontu. Tylutko szuka też

innych źródeł finansowania. Nieco partyzancką z początku akcję postanowił jednak postawić na trwałych filarach. Tutaj z pomocą przyszli mu właśnie aktywiści z Ośrodka Studiów O Mieście oraz Antyramy. Wspólnie, siłami obu organizacji oraz Rady Osiedla Szobiszowice, zorganizowano warsztaty zatytułowane "Modelowe podwórko". Dlaczego modelowe? Bo projekt od początku ma charakter pilotażowy i w przyszłości może być rozwijany w kolejnych punktach miasta. Kluczem do sukcesu jest tutaj włączenie w prace projektowe głównych odbiorców przestrzeni miejskiej, a więc samych mieszkańców. To główna różnica, która odróżnia "Modelowe podwórko" od projektów realizowanych przez samorządy gminne. W przypadku tych drugich kluczowe decyzje często zapadają za zamkniętymi drzwiami urzędniczych pokoi.


16

/ MAGAZYN EIMPERIUM

- Pracujemy na trzy etapy: diagnoza, warsztaty projektowe i podsumowanie. Po każdym ze spotkań przygotowywany jest natomiast szczegółowy raport stanowiący podstawę do dalszych działań - zdradza kulisy projektu Łukasz Harat z Antyramy. - Staramy się działać od podstaw, a więc badamy jaki drzemie w danym podwórku potencjał, ale też jakie występują tam problemy. Następnie przechodzimy do programowania w grupach właściwej koncepcji zmian i na koniec całość tych działań podsumowujemy na ostatnim spotkaniu, podczas którego doprecyzowujemy ostatnie kwestie. Ostatni warsztat zwykle jest kluczowy, bo to podczas tego spotkania dochodzi do zawierania kompromisów pomiędzy różnymi grupami mieszkańców. Zależy nam bowiem na tym, żeby każdy traktował ten ostateczny projekt jako swój - wyjaśnia Harat.

Podobne projekty Antyrama robiła już wcześniej w Katowicach we współpracy z Fundacją „Napraw Sobie Miasto”. Zainteresowania koła naukowego oscylują wokół partycypacji mieszkańców w kształtowaniu polityk przestrzennych. - Zależy nam na zerwaniu z postrzeganiem architekta jako demagoga i ugruntowaniu wizji człowieka, który rozmawia z ludźmi i konsultuje z nimi swoje projekty - dodaje Harat. W budynku szkoły przy ulicy Warszawskiej, który sąsiaduje z "modelowym podwórkiem", pierwszego dnia gromadzi się przeszło dwadzieścia osób. Jeszcze poprzedniego wieczora radny Tylutko osobiście rozdawał sąsiadom zaproszenia. Swoją formułą warsztaty przypominają nieco składkowe przyjęcie: ktoś przyniósł warnik, ktoś inny cukier i herbatę, jeszcze kto inny skromne przekąski. Materiały biurowe zapewnili studenci z Antyramy. Na dużych kartkach wydruk satelitarnego zdjęcia podwórka. Już za chwilę mieszkańcy – dosłownie i w przenośni – pochylą się nad jego zagospodarowaniem. Mieszkańcy podzieleni na dwie podgrupy wymieniają kolejno, co im się nie podoba na podwórku, a za co je cenią. Padają pierwsze definicje problemów: „ludzie

Starsi spędzili tu większą część życia, część młodszych - dopiero się wprowadziła. Znają się z widzenia, ale tak na prawdę po raz pierwszy mają okazję ze sobą spokojnie porozmawiać.


WYMYŚL SOBIE MIASTO /

17

pijący alkohol”, „młodzież z pobliskich szkół paląca papierosy”, „brak chodników”. Ale pojawiają się i pozytywne głosy: „dużo zieleni”, „cicho i spokojnie”. - Konkluzją pierwszego spotkania było to, że chociaż ludzie dostrzegają stopień zniszczenia tego podwórka,to widzą w nim potencjał i nadzieję na to, że będzie lepiej. Myślę, że to było kluczowe dla osiągnięcia takiej wysokiej frekwencji podczas warsztatów – analizuje Tylutko. - W kolejnym etapie mieszkańcy skupili się już bezpośrednio na projektowaniu. Pojawiały się różne koncepcje, włącznie z pomysłem, żeby powstało tam spore boisko sportowe, którego koszt zdecydowanie przekroczyłby jakiekolwiek możliwości pozyskania środków. Większość pomysłów jak najbardziej nadawała się

jednak do szybkiej realizacji. Wiele akcentowało wspólnotowy charakter tego miejsca. Do takich koncepcji należała choćby ta zakładająca budowę kącika do grillowania, przy którym można by urządzać spotkania sąsiedzkie. Inne pomysły nie odbiegały od standardowych realizacji w podobnych do tego miejscach: nowe ścieżki, plac zabaw, ławki, stoliki szachowe, wybieg dla psów czy siłownia na wolnym powietrzu. Sporo miejsca poświęcono kwestii oświetlenia placu. Mieszkańcy z jednej strony chcieli, żeby podwórko było jasne, ale jednocześnie, żeby zainstalowane światła nie raziły ich w mieszkaniach. W odpowiedzi na to zapotrzebowanie powstała koncepcja zakładająca ulokowanie w obrębie placu czterech

źródeł światła, których snopy skierowane byłyby do środka podwórka. To rozwiązanie droższe, niż ustawienie pośrodku jednej, wysokiej latarni świecącej naokoło, ale za to lepiej realizujące oczekiwania głównych użytkowników podwórka. Podczas ostatniego spotkania mieszkańcy mogli już przejść do konkretów. Na podstawie wstępnej koncepcji przygotowanej przez architektów ustalono podział podwórka na cztery strefy: placu zabaw, siłowni i grilla, boiska wielofunkcyjnego oraz zieleni. Wytyczono proponowany przebieg ścieżek oraz uporządkowanie ruchu na drogach wewnętrznych. Na koniec mieszkańcy stanęli przed trudnym zadaniem podzielenia całości prac na etapy.

Od pierwszego dnia warsztatów było wiadomym, że jego owocem ma być kolejny wniosek do Budżetu Obywatelskiego. Tym razem już bardziej skonkretyzowany. Wyłącznie na to jedno podwórko i na konkretne działania. Miasto miałoby sfinansować między innymi budowę nowej nawierzchni ścieżek oraz część placu zabaw. Którą? Tutaj spór między mieszkańcami był bodaj najostrzejszy. Propozycji urządzeń było kilka, ale środków mogło wystarczyć co najwyżej na trzy z nich. Dyskusję zakończono więc demokratycznym głosowaniem. - Nie mamy złudzeń, że uda nam się zagospodarować całe podwórko w ciągu jednego czy dwóch lat. Spodziewamy się, że będzie to raczej proces wieloletni, wymagający finansowania z wielu różnych źródeł, zarówno miejskich, jak i zewnętrznych. Od czegoś trzeba jednak zacząć. Liczymy, że pierwsze prace uda się nam wykonać samodzielnie i w ramach

Budżetu Obywatelskiego na rok 2017 – informuje mnie Tomasz Tylutko. - Jesteśmy już umówieni z mieszkańcami na kolejny weekend, że spotkamy się wspólnie i spróbujemy coś razem zrobić na podwórku. Chcemy posprzątać i poprzycinać nadmiernie rozrośnięte krzewy. Myślę, że takie samorzutnie organizowane spotkania to jest nawet cenniejszy efekt tych warszatów, niż ten projekt do Budżetu Obywatelskiego, który wspólnie wypracowaliśmy. To jest bardzo budujące, gdy widzimy te same twarze, które przychodzą na kolejne spotkania i wciąż chcą czegoś więcej – podsumowuje Łukasz Harat. W sobotę, 19 marca, mieszkańcy spotykają się po raz czwarty. Tym razem już nie w szkole, ale na swoim własnym podwórku. To już nie są warsztaty, które ktoś dla nich organizuje. Tutaj są całkowicie u siebie. Sami postanowili się spotkać

i pokazać, że nie chcą czekać wyłącznie aż ktoś uporządkuje podwórko za nich. Postanowili zakasać rękawy i zrobić pierwszy krok. Jest godzina 11. Słońce już prawie w zenicie. Na placu spotyka się kilka osób. Ojcowie z synami, aktywiści. Grono raczej męskie. Przed nimi kilka godzin ciężkiej pracy przy przycinaniu zieleni i sprzątaniu śmieci. Tyle każda wspólnota może na własnym podwórku zrobić sama bez niczyjej pomocy. Niezbędny sprzęt mieszkańcy załatwili we własnym zakresie: jest piła spalinowa, sekatory, worki na śmieci. Ruszamy do pracy.

ZOBACZ WIĘCEJ!


18

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Mówi się czasami, że rodzina to jest najmniejsza komórka społeczna. Idąc tym tokiem rozumowania można by powiedzieć, że podwórko - albo szerzej kwartał budynków, to jest najmniejsza z cegiełek, z jakich zbudowane jest miasto. Rzeczywiście można by tak powiedzieć. Myślę, że to dobre porównanie. Przynajmniej jeśli mówimy o strefie śródmiejskiej. Waszą pracą przy tego typu warsztatach z mieszkańcami staracie się z kolei aktywnie wpływać na te pojedyncze cegiełki, żeby wyglądały, jak najlepiej. Budujecie miasto niejako od dołu. Jest to nasza próba aktywiacji społecznej. Przy czym chciałbym podkreślić, że to nie my budujemy miasto, ale sami mieszkańcy. Gdyby ich nie było, te warsztaty kompletnie nie miałyby sensu. To jest ich praca, ich proces, a nasz udział kończy się na pewnej moderacji ich starań. W toku tych warsztatów w Szobiszowicach na kolejnych spotkaniach raz było mniej ludzi, raz więcej, także mieliśmy okazję zobaczyć, jak się zmienia sytuacja w zależności od frekwencji. Z pewnością ciężej się pracuje w większej grupie osób, ale udaje się nam dochodzić do pewnych kompromisów i to na pewno bardziej cieszy, niż takie proste rozwiązania. Na warsztaty zaprosiliście mieszkańców ze wszystkich kamienic okalającyh podwórko. To jest w sumie co najmniej kilkadziesiąt rodzin. Z pewnością nie jest łatwo znaleźć im wspólny język i zaproponować jedno rozwiązanie, które wszystkich pogodzi.

Mimo wszystko przynajmniej część z tych osób udało nam się zaangażować we wspólne przedsęwzięcie. Umówiliśmy się już na akcję sprzątania podwórka i przycinania rosnących na nim krzewów. To jest taki płomyczek obywatelskości, który ja osobiście cenię nawet wyżej, niż ten projekt budowy placu zabaw, który udało nam się wypracować na tych warsztatach. To są konkretne działania, dzięki którym krok po kroku budować się będzie prawdziwa wspólnota mieszkańców. Jeśli oni własną pracą dadzą radę uporządkować nieco ten teren, to zobaczą, jaki tkwi w nich potencjał. Okaże się, że w kolejnym etapie samodzielnie mogą przygotować jakieś miejsca do siedzenia wykonane na przykład z palet, sami mogą przynieść kosze na śmieci itd. To jest taki moment, kiedy przy końcu całego procesu oni muszą powoli zacząć sami o sobie decydować i stają przed najcięższą próbą, czy ich inicjatywa przetrwa, czy upadnie. My oczywiście będziemy monitorować ich pracę, ale też chcemy dać im nieco samodzelności w tym wszystkim. Czyli z jednej strony owocem projektu jest zmobilizowanie mieszkańców do wspólnego wystąpienia do gminy, żeby im pomogła przy budowie placu zabaw, ale jednocześnie zmotywowanie ich samych, żeby nie poprzestawali na roszczeniach, ale też własnym działaniem pokazali, że zależy im na rewitalizacji tego podwórka. Jest cała masa rzeczy, które można zrobić na tym podwórku bez angażowania jakichkolwiek środków finansowych. Mogę się założyć, że w tej społeczności drzemie olbrzymia ilość różnorodnych kompetencji, które można w tym celu wykorzystać. Począwszy od pana biorącego udział w naszych warsztatach, który zajmuje się przycinaniem zieleni, poprzez majsterkowiczów, po ludzi, którzy mogliby nawet takie podwórko sami zaprojektować. Te wszystkie talenty skupione w pewnego rodzaju spółdzielni mieszkańców mogą potencjalnie przynieść niesamowity efekt.


WYMYŚL SOBIE MIASTO /

W Gliwicach jeszcze nie ma takich precedensowych działań, które można by dawać innym mieszkańcom za przykład. Sporo w dziedzinie podwórek dzieje się natomiast chociażby w Katowicach, gdzie już od kilku lat realizowana jest akcja “Plac Na Glanc”. Przy czym w ramach tej akcji to mieszkańcy sami się motywują, zgłąszają projekt i po krótkich konsultacjach dostają gotowy produkt, czyli ten tytułowy “Plac Na Glanc”. Myślę, że lepiej jest czerpać przykłady z takich typowych inicjatyw sąsiedzkich, które same o coś walczą. Na przykład w przypadku przebudowy katowickiej ulicy Kościuszki oddolana inicjatywa zapoczątkowana przez mieszkańców wywalczyła, żeby ta ulica nie była typową betonową pustynią, ale że pojawiły się na niej przynajmniej te drzewa w donicach. To jest moim zdaniem dużo cenniejsze, bo oni już potrafią sobą zarządzać, potrafią sami lobbować w gminie, żeby poprawiać swoje otoczenie. Także “Plac Na Glanc” to jest bardzo ciekawa inicjatywa, ale to jest jakby tylko prostsza droga do tego, co można osiągnąć własnymi siłami. A gdybyśmy się mieli pokusić o porównanie Katowic z Gliwicami pod względem właśnie tej obywatelskiej aktywności mieszkańców? Bo wydaje się, że stolica wojewódzwa jest w tej chwili o kilka kroków dalej jeśli chodzi o rozwój kapitału społecznego i zaangażowanie go w sprawy miasta. W Katowicach ten potencjał jest znacznie większy, moim zdaniem, gdyż tam te inicjatywy rodzą się same. Czy ta wspomniana odnośnie ulicy Kościuszki, czy inna podobna na ulicy Warszawskiej. Jest Festyn Sąsiedzki, który również jest oddolną inicjatywą samych mieszkańców. Mieszkańcy nauczyli się umiejętnie korzystać z mikrograntów oferowanych chociażby przez instytucję Miasto Ogrodów. W Gliwicach, póki co, takich akcji brakuje. Trudno mi powiedzieć, dlaczego tak jest. Ale na pewno nastąpi taki moment, że i to miasto zaczne żyć pełnią obywatelskiego życia. Widać już zresztą pewnie jaskółki, że mieszkańcy zaczynają czuć swoją siłę. Rodzi się powoli ta świadomość obywatelska wśród gliwiczan. Dzisiaj zmieniamy to jedno podwórko, ale wkrótce pojawią się kolejne. Może nie oczekujmy, że to się zadzieje jeszcze w tym roku. Może za dwa, trzy lata, ale na pewno to się stanie.

19


20

/ MAGAZYN EIMPERIUM

S

T

U

D

I

O

PRASOWE AGNIESZKA BARON ORAZ MICHAŁ CZAPLICKI W ROZMOWIE Z ZYGMUNTEM FRANKIEWICZEM PREZYDENTEM GLIWIC

W czwartek, 24 marca, gościem Studia Prasowego w Telewizji Imperium był prezydent Gliwic, Zygmunt Frankiewicz. Prowadzący rozmowę Agnieszka Baron i Michał Czaplicki pytali gościa o ostatnie inwestycje w mieście, jego spostrzeżenia na temat administracji rządowej, a także osobiste plany zawodowe. Poniżej prezentujemy wybór najważniejszych fragmentów programu. O Drogowej Trasie Średnicowej i jej wpływie na układ komunikacyjny Gliwic. Tak się składa, że od niedzielnego wieczora, gdzie bym nie jechał w Gliwicach to trafiam na DTŚkę. Jak się dobrze zastanowić, to ona jest wygodna do przemieszczania się w najbardziej nawet zaskakujących kierunkach. I z tego powodu sądziłem i nadal sądzę, że spadnie obciążenie innych ulic, które do tej pory były zatłoczone. Widziałem na własne oczy i to już w niedzielę po dziesiątej wieczorem, jak obsługiwana jest Specjalna Strefa Ekonomiczna. Tam po dziesiątej w nocy kończy się zmiana i następuje takie potężne uderzenie ruchowe. Oczywiście wcześniej o szóstej i czternastej jest podobnie. Korkuje się cała zachodnia część miasta. Po uruchomieniu DTŚki, myślę, że ten problem jest mniejszy. Wszyscy, którzy udają się w stronę centrum konurbacji z niej korzystają. Także myślę, że ta droga

bardzo szybko zostanie uznana przez gliwiczan jako coś naturalnego i bardzo potrzebnego. O pomysłach na rozwój miasta. My mamy dokumenty strategiczne, które były budowane z udziałem wielu zainteresowanych. Właściwie każdy gliwiczanin, który chciał się w tej sprawie wypowiedzieć mógł to zrobić. To jest Strategia Rozwoju Miasta Gliwice - ona jest aktualizowana regularnie - która jest bardzo dobra, ambitna. Mamy plany zagospodarowania przestrzennego dla całego miasta. Także te nasze zamierzenia, wizja rozwoju miasta, są znane, uzgodnione i myślę, że one nie są nawet kontestowane, nie są kontrowersyjne. Wszyscy żeśmy się co do tego zgodzili, jak się ma miasto rozwijać. My powinniśmy stawiać na nasze największe atuty i na tym jeszcze większą przewagę konkurencyjną zdobywać. Te nasze atuty to Politechnika Śląska, instytuty badawczo-naukowe o w tej chwili bardzo dużo firm zaawansowanych technologii, które tworzą atrakcyjne, dobrze płatne miejsca pracy. To nam daje naprawdę doskonałą szansę rozwoju na przyszłość. Jak to złożyć z zaawansowanym przemysłem, który lokalizowany jest głównie w strefe ekonomicznej, ale nie wyłącznie i w tej chwili już doskonałym układem drogowym ze


STUDIO PRASOWE /

skrzyżowaniem autostrad A1 i A4, DTŚką i DK88, to uzasadnia z kolei przyciąganie firm logistycznych. No i te firmy logistyczne się u nas rozwijają powodując, że poziom bezrobocia jest bardzo niewielki, a wpływy do budżetu duże. W tym kierunku trzeba pójść, przebudowywując centrum miasta, wypychając z niego przemysł i sprowadzając życie do środka - to nie może być miasto, które wieczorami i w weekendy jest martwe w centrum. I to wszystko powoli realizujemy. Jakby ktoś spojrzał na mapę Gliwic z zakładami przemysłowymi w samym sercu miasta przy linii kolejowej, a porównał to z tym, co jest w tej chwili, to by stwierdził, że już jest ogromny postęp. Centra handlowe i miejsca pracy lokalizowane są przy głównym układzie drogowym, także to miasto się krok po kroku porządkuje. Tym szybciej będą te zmiany postępowały im będziemy bogatsi. A jeśli nam się budżet miasta nieproporcjonalnie do innych miast powiększa, to jest szansa, że jeszcze będzie przyśpieszenie w tym dziele. O zaletach i wadach pracy prezydenta.

21

Studio Prasowe to cykliczny program publicystyczny realizowany przez Telewizję Imperium. Na antenie omawiane są aktualne sprawy dotyczące miasta Gliwic i jego mieszkańców. Zapraszani do studia goście, wybitni obywatele Gliwic, zapraszani są do dyskusji na temat aktualnych wydarzeń

ZOBACZ WIĘCEJ!

Są satysfakcje. To jest rozwiązywanie problemów, konkretnych problemó, które dają coś mieszkańcom Gliwic. To nie jest PR, który jest skuteczny jednego dnia, a następnego nikt już o nim nie pamięta, tylko to są konkrety.

fot. Telewizja Imperium


22

/ MAGAZYN EIMPERIUM

fot. Telewizja Imperium

"DTŚ TO WYJĄTKOWO TRUDNE PRZEDSIĘWZIĘCIE"

~ZYGMUNT FRANKIEWICZ

I to o czym do tej pory rozmawialiśmy, czyli Drogowa Trasa Średnicowa to jest takie ogromne przedsięwzięcie, wyjątkowo trudne, które jest bardzo przydane, zostanie tutaj na dziesięciolecia i będzie wszystkim bardzo dobrze służyło. I to mi daje satysfakcję, dlatego, że doprowadzenie do dzisiejszej sytuacji jest wyczynem. Ja nie lubię funkcji reprezentacyjnych. Trzeba takie rzeczy robić, ale to nie jest to, co lubię. A zniechęca mnie taka postępująca roszczeniowość mieszkańców, Polaków. Bardzo mi się nie podoba to, na przykład, że Polacy majac złe zdanie o swoim państwie, jednocześnie mają bardzo duże oczekiwania w stosunku do tego państwa. Czyli jest jakby odejście od naszej historii chlubnej, którą tak lubimy się zresztą chwalić. Nie dbamy, nie patrzymy na swoje obwowiązki, tylko patrzymy co możemy mieć z tego, że tu mieszkamy, że jesteśmy Polakami, co nam się należy od państwa. Ale już co my byśmy zrobili dla sąsiadów chociażby, już nie mówię o państwie, to rzadko kiedy myślimy.

O tym, jak decyzje rządu wpływają na sytuację w samorządach. Wśród prezydentów jest taka opinia, że za wszystko w swoim mieście odpowiada prezydent, nawet za pogodę i inne rzeczy. Oczywiście to żart, ale mieszkańcy - nie tylko Gliwic - nie mają rozeznania w tym, kto za co odpowiada, gdzie są kompetencje. I faktycznie często jesteśmy atakowani o rzeczy, które kompletne od nas nie zależą. Pomimo tego, że samorząd ma bardzo szerokie kompetencje w Polsce - mamy rozwinięty samorząd i pod tym względem można powiedzieć, że państwo jest zdecentralizowane - to wciąż prezydent nie odpowiada za wszytsko. Praca instytucji centralnych w Polsce jest bardzo mocno niedoskonała i ja widzę bardzo dużą różnicę pomiędzy jakością funkcjonowania samorządu terytorialnego - oceniam ją wysoko, tak ja zresztą większość obywateli Polski - i organów centralnych, czyli parlament, rząd, ministerstwa, których praca jest słabej jakości. Mógłbym tłumaczyć z czego to wynika, ale niestety skutki nie są dobre.


STUDIO PRASOWE /

23

Mamy do czynienia z ogromnym chaosem prawnym. To jest jedna z tych rzeczy, które najbardziej utrudniają pracę samorządom, w tym i prezydenta miasta. Czyli niska jakość przy ogromnej nadregulacji. Próba regulacji wszystkiego, nawet tego, co nie powinno być regulowane z takim stopniem szczegółowości na poziomie parlamentu i rządu. Na przykład określa się w ustawach i rozporządzeniach nie tylko jakie zadania ma wykonywać samorząd, ale też jakimi sposobami ma to robić. To już jest wchodzenie w nieswoje podwórko i psucie państwa, a nie jego naprawa. To samo ze sprzecznością ustaw. To wszystko utrudnia pracę i jest źródłem słabości państwa.


24

/ MAGAZYN EIMPERIUM

WOLNE MIASTO

WOLNE MIASTO GLIWICE

GLIWICE

JAKIE CENTRUM PRZESIADKOWE?

K

ilka lat temu postanowiłem na krótki okres zaszyć się w pewnej szwajcarskiej wiosce. W miasteczku położonym na tak stromych zboczach, że jazda po nich możliwa była jedynie dla górskiej kolejki i tak wysoko, że opuszczało się ją raz na tydzień. Bijące z tego miejsca odczucie izolacji zawiera w sobie cały jego baśniowy urok. Nie było mi jednak dane długo w nim przebywać. Bardzo szybko i równie nieoczekiwanie okazało, się że z powodów rodzinnych zmuszony będę do natychmiastowego powrotu. Mając wykupiony wcześniej bezterminowy bilet wstępu na pokład autokaru zmierzającego do Polski, postanowiłem teleportować się na miejsce jego odjazdu - czyli oddalone o 70 km Berno. Rzut oka na rozkładówkę przewoźnika jedynie utwierdził mnie w przekonaniu, że nieodkryte technologie były jedyną pomocą, której w tamtym momencie potrzebowałem. Do odjazdu ostatniego w przeciągu kilku następnych dni autokaru pozostały zaledwie 2 godziny. W innych realiach czasu byłoby aż nadto, ale moim światem było wtedy górskie odludzie. Ciągnąc za sobą bagaż pognałem w kierunku najbliższej stacji, wpadłem do wagonika i czekałem. Nic więcej nie mogłem już zrobić, ponieważ kolejkę obsługiwał ktoś inny. Zdałem się więc na szwajcarski transport publiczny i co kilkadziesiąt minut posłusznie przesiadałem się do kolejnych, coraz większych i szybszych składów. Gdy w końcu dotarłem do Berna, od dworca autokarowego wciąż dzieliło mnie kilka kilometrów. Miałem nadzieję dojechać do niego autobusem komunikacji miejskiej, ale zacząłem się gubić. Myliłem linie z przystankami, odjazdy z przyjazdami, refleks z indolencją. Nim dotarłem na miejsce zbiórki, czas przypieczętował moje spóźnienie. Nie zdążyłem. Odpowiedzialność za organizację tego przegranego pościgu prawie w całości przypisałem sobie, odrobinę winy zrzucając na nieprzychylność losu. Z początku oczywisty był dla mnie fakt, że w innym miejscu poradziłbym sobie w podobnej sytuacji znacznie lepiej. A szczególnie w Gliwicach, które przecież znam od urodzenia. Sęk jednak w tym, że połączenie transportu szynowego z autobusowym wygląda w moich rodzinnych stronach identycznie. Dziś nie sposób określić jednego miejsca


WOLNE MIASTO GLIWICE /

odjazdu wszystkich międzynarodowych linii autokarowych, ponieważ by dotrzeć do rozrzuconych po mieście przystanków, należy wykazać się pewną znajomością Gliwic. W dobie Internetu ułatwiają nam to różne aplikacje. Wciąż jednak istnieje bariera językowa, która dla podróżujących cudzoziemców okazać może się zgubna. Być może kilku z nich błądziło po obcym mieście w tym samym czasie co ja? Z tego też powodu zapowiedzi realnej budowy zintegrowanego centrum przesiadkowego na terenach graniczących z gliwickim dworcem kolejowym ucieszyły mnie podwójnie. Będzie łatwiej i szybciej. Tylko czy to wszystko? Obiekty o takiej funkcji miksują ze sobą różnych przewoźników i różne kierunki podróży oraz są miejscem ogromnego przepływu ludzi. Ich wpływ na otoczenie ma też wymiar fizyczny - swoją wielkością bardzo często dominują okolicę. Urbanistyka to w ich przypadku rzecz wyjątkowo istotna, ponieważ wokół takich miejsc rozwija się później miasto: od prostego zaplecza gastronomicznego po powierzchnie biurowe. Estetyka zewnętrzna, choć istotna i podnosząca reprezentacyjność, pełni rolę drugoplanową. Jej jakość powinna być efektem wysokich standardów obowiązujących przy realizacji ważnych inwestycji. Ciężką do oceny próbkę architektury zaprezentował nam w lutym prezydent Gliwic, który podczas konferencji prasowej

25

opowiadał o tym długo wyczekiwanym projekcie. Trzy przedstawione wówczas koncepcje przygotowane przez gliwickie biuro An Archi Group pokazują różne warianty zadaszenia, pod którym znaleźć miałyby się stanowiska autobusowe oraz budynek obsługi podróżnych. Każdej z nich przyświeca inna dominująca idea. Pierwszy projekt zakłada powstanie olbrzymiej struktury nawiązującej obłymi kształtami do nowej hali peronowej przy dworcu kolejowym. Drugi podejmuje kwestię kameralnego wpisania obiektu w otoczenie za pomocą znacznie skromniejszej zgeometryzowanej konstrukcji. Trzeci jest natomiast hybrydą obiektu użyteczności publicznej i ogólnodostępnej miejskiej łąki. Wszystkie razem brzmią wspaniale. Tutaj też pojawiają się pierwsze wątpliwości: czy nowoczesne centrum przesiadkowe nie powinno łączyć każdej z tych cech?


26

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Czyż nie byłoby pięknie korzystać z miejsca, które zaprasza przypadkowych spacerowiczów, stara się nawiązywać do otaczającej go architektury i jednocześnie nie dominuje krajobrazu? Projektowanie w centrum miasta daje nam niepowtarzalną okazję tworzenia takich właśnie przestrzeni. Ich wysoka jakość może w bezpośredni sposób przekładać się na inwestorskie zainteresowanie okolicznymi parcelami. Zagospodarowanie wolnych terenów jest w końcu głównym zamierzeniem projektu Zachodniej Bramy Metropolii Silesia. Identyczny proces zachodzi obecnie w Katowicach, gdzie na zdegradowanych terenach byłej kopalni znajdujących się w dzielnicy Bogucice powstaje Strefa Kultury. W ciągu kilku lat wyrosły tam gmachy Międzynarodowego Centrum Kongresowego, Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Muzeum Śląskiego. Swoją monofunkcyjność uzupełniają futurystyczną architekturą, dzięki czemu tereny oddzielne od centrum miasta Drogową Trasą Średnicową żyją również w dni wolne od wydarzeń kulturalnych. Tymczasem system drogowy staje się poważną przeszkodą na drodze do urzeczywistnienia gliwickiego centrum przesiadkowego. Z dofinansowania unijnego, którym miasto chce pokryć część kosztów inwestycji, jedynie mała suma może być przeznaczona na budowę dróg dojazdowych, chodników i parkingów. Realizacja zaprezentowanych rozwiązań komunikacyjnych wiązać będzie się więc ze zwiększeniem wkładu miasta w ogólną sumę 125 mln zł potrzebnych do finalizacji projektu. Jego odchudzenie z infrastruktury kołowej może jednak wyjść na zdrowie

zarówno publicznemu budżetowi, jak i użytkownikom nowego centrum. Zaprezentowane koncepcje nie różnią się wiele pod względem funkcjonalnym, a układy drogowe w każdej z nich są wręcz identyczne. Sprowadzają się do szczelnego wypełnienia terenu wokół hali dojazdami i otwartymi, niezacienionymi parkingami. Pieszym do dyspozycji zostaje wyłącznie kawałek działki, na której dziś znajduje się wyjście z tunelu podziemnego na ulicę Tarnogórską. Brak wydzielonych miejsc zgromadzeń oraz zieleni uzupełniającej jest wyjątkowo widoczny w przypadku dwóch pierwszych koncepcji. Sposób organizacji tej przestrzeni promuje model, w którym użytkownicy dojeżdżają do centrum przesiadkowego za pomocą transportu indywidualnego, a następnie rozpoczynają korzystanie z komunikacji publicznej. Tymczasem dla zakorkowanego śródmieścia Gliwic znacznie lepszym rozwiązaniem będzie stworzenie miejsca obsługującego mieszkańców przesiadających się między kolejnymi środkami transportu zbiorowego. Dla porównania, w bezpośrednim sąsiedztwie największego dworca w Rotterdamie do obsługi pasażerów samochodów zarezerwowano jedynie małą strefę Kiss&Ride, a metry kwadratowe zaoszczędzone na budowie dodatkowych dojazdów przeznaczono na reprezentacyjną przestrzeń publiczną. Budynek święci triumfy w konkursach architektonicznych, natomiast Holendrzy dysponują kolejnym punktem spotkań. Przykładów nie trzeba zresztą szukać daleko: dzięki podobnemu myśleniu o pieszych przed gliwickim dworcem kolejowym istnieje dziś rozległy plac doskonale wieńczący oś ulicy Zwycięstwa. O promowanej w Polsce polityce prosamochodowej i jednoczesnym marginalizowaniu korzyści wynikających z przemieszczania się na piechotę świadczą także inne elementy ujęte na zaprezentowanych w lutym wizualizacjach.


WOLNE MIASTO GLIWICE /

Budowa przejścia podziemnego pod ulicą Bohaterów Getta Warszawskiego na drodze prowadzącej z dworca kolejowego w kierunku ulicy Zwycięstwa pozostaje rozwiązaniem kontrowersyjnym. O problemie i skutkach spychania mieszkańców pod ziemię napisano już tysiące artykułów w różnych językach. Głównym celem likwidacji przejść naziemnych jest udrożnienie ruchu pojazdów w rejonie skrzyżowań, ale nie poprawa komfortu pieszych. W przypadku Gliwic związane jest to z przebiegiem Drogowej Trasy Średnicowej, a właściwie alternatywnym objazdem tunelu przebiegającego pod ul. Zwycięstwa. W razie jego zamknięcia kierowcy jadący od strony Katowic zmuszeni zostaną do opuszczenia DTŚ na wysokości ulicy Jagiellońskiej, przejazdu przez wspomnianą ulicę Bohaterów Getta Warszawskiego i wjechania na nowy łącznik prowadzący do ulicy Sienkiewicza. Zderzenie wzmożonego ruchu samochodowego z dodatkową sygnalizacją świetlną mogłoby doprowadzić do zakorkowania jednego z głównych miejskich skrzyżowań. Tym ciężej uznać nowe przejście podziemne za optymalne rozwiązanie, jeśli właśnie stworzony został problem, którego wcześniej nie było. Opracowanie koncepcji centrum przesiadkowego swoim zakresem sięga również na Plac Piastów, na którym uszczuplona zostanie powierzchnię zajmowaną obecnie przez autobusy. Dzięki temu obszar dedykowanym pieszym znacznie się powiększy - podobnie, jak możliwość jego aranżacji. Wartym rozważenia jest pomysł reorganizacji ruchu i likwidacji istniejącego pasa do jazdy ulicą Piwną na wprost w kierunku dworca, a także zmiana wyprofilowania wlotu w ul. Dworcową. Uniemożliwiłoby to kierowcom nadmierne rozpędzanie swoich pojazdów i choć trochę uspokoiło ruch w rejonie wjazdów do tunelu DTŚ. Na chwilę obecną jest to jednak wyłącznie wolna sugestia spisana na papierze. Podobnie zresztą jak znana koncepcja centrum przesiadkowego. Oby ktoś ośmielił się ją właściwie zrealizować. tekst JAKUB KOWALSKI wizualizacje AN ARCHI GROUP

27


28

/ MAGAZYN EIMPERIUM

DETEKTYW

HISTORII ZADZIWIAJĄCA HISTORIA ZAMECZKU LEŚNEGO

P

ark Kultury i Wypoczynku w Gliwicach to dziś niewielki obszar lasu przy ul. Chorzowskiej straszący ruinami Zameczku Leśnego, pocięty pustymi ścieżkami. Zapomniany. Prawdopodobnie już nigdy nie stanie się tym, czym był przez ostatnie 100 lat.

tekst MARIAN JABŁOŃSKI


DETEKTYW HISTORII /

LAS ŻOREK Już Benno Nietsche, opisując w kronice Miasta Gliwice wydarzenia roku 1750 zanotował: „Las Żorek – należy do miasta, mierzy ćwierć mili długości i szerokości, Porastają go włącznie młode drzewa nie nadające się do wykorzystania w budownictwie. Drewno jest sprzedawane za 2/3 wartości a uboga ludność podmiejska może zbierać chrust” . Na mapie Wiellanda z 1736 roku las już został zaznaczony, a na kolejnej XVIII-wiecznej mapie wieś pod nim opisana jest już jako Żernig (pisownia oryginalna). Emanuel Czmok – badacz przyrody i pasjonat kultury śląskiej – opisując rodzinne Żerniki wymienia grunty tej wsi jako leżące „Pod Żorkiem”. Ale skąd nazwa Żorek tego już nikt nie wie – możliwe że las kiedyś spłonął a pożarzysko po pożarze pełne

żaru zaczęto nazywać „po pożarze”-„pożorek”-„żorek”. Polskie nazwy w tym rejonie dawnego powiatu gliwickiego nie powinny nikogo dziwić albowiem wieś Żerniki od dawna zamieszkała była w większości przez ludność posługującą się językiem śląskim.

PIWNY INTERES Zanim połączymy las Żorek z Zameczkiem Leśnym trzeba się cofnąć do połowy XIX wieku i poznać postać dawnego gliwiczanina rodem z Dolnego Śląska o nazwisku Eugen Kohn. Jego bowiem pomysłem było wykorzystanie Lasu Miejskiego Żorek (Gleiwitzer Stadt Forst) na centrum gastronomiczno-rekreacyjne dla ówczesnych gliwiczan. Gwałtownie rozwijające się miasto na przełomie XIX i XX

29

wieku było nie tylko ogromnym placem budowy, ale również miejscem odpoczynku i zabawy dla jego mieszkańców. Docierające z głębi Niemiec echa europejskich upodobań gastronomicznych zwłaszcza w dziedzinie konsumpcji piwa gliwiczanie dopasowali szybko do swoich potrzeb i możliwości. Powstały tu w krótkim czasie aż 134 restauracje i 15 hoteli. Eugen Kohn dostał wtedy swoje „pięć minut”, które na stałe zapisał w historii Gliwic. W lipcu 1889 roku Kohn otrzymał na zasadach spadku po zmarłym B. Bermanie najstarszą w Gliwicach i na Górnym Śląsku hurtownię piwa. Bermann zakładając ją w 1853 roku w centrum ówczesnych Gliwic przy ulicy Plebańskiej 8 (Pfarstrasse) zapewnił gliwiczanom dostęp do rozmaitych gatunków piwa pochodzących z największych niemieckich


30

/ MAGAZYN EIMPERIUM

browarów. Kohn jako nowy właściciel nie odważył się na zmianę nazwy firmy „B. Bermann – Biergross – handlung” (Hurtownia Piwa – B. Bermann). Dołożył jedynie swoje nazwisko: „ B. Bermann Nachfolger, Inhaber Eugen Kohn” (Spadkobiercy B. Bermanna, Właściciel Eugen Kohn). Ten prosty zabieg marketingowy pozwolił mu na przejęcie nie tylko hurtowni, ale także cennych kontaktów handlowych z markowymi producentami. Bardzo szybko zyskał ich zaufanie i otrzymał wyłączność na handel piwem z dużymi browarami: Pertscha w Culmbach (Frankonia), czeskiego Browaru Akcyjnego w Pilźnie (producenta króla piw europejskich Pilsener Lagerbier), rybnickiego Browaru Zamkowego warzącego czeskie piwo Böhmisch Lagerbier, berlińskiego Berliner Weissbier – brauerei A.G., drezdeńskiego SocietätsBrauerei Waldschlösschen (przedstawicielstwo na teren całego G. Śląska), browaru Książęcego w Tychach (przedstawicielstwo na cały powiat gliwicki, toszecki i strzelecki).

W roku 1900 Kohn uruchomił w Szobiszowicach swój własny browar „Glückauf Brauerei” (Browar Szczęść Boże), gdzie warzono jeden gatunek piwa o nazwie „Glückauf Bier” (piwo „Szczęść Boże”). I to był koniec jego działalności jako hurtownika najbardziej znanych piw europejskich. Browary jeden po drugim zrywały umowy handlowe powołując się na „konflikt interesów”. Mimo kłopotów, w browarnianym szynku w Szobiszowicach Kohn urządzał jednak dalej biesiady piwne połączone ze świniobiciem, a na Plebańskiej koło hurtowni ciągle działała

piwiarnia „Zum Bierpalast” (Pod Piwnym Pałacem). Niestety, koniec restauracji, browaru i piwiarni Kohna nastąpił w roku 1902 kiedy obiekty te przejęli nowi właściciele.

zameczek leśny Oprócz działalności hurtownika, Eugen Kohn był także restauratorem. Przy jego hurtowni na Plebańskiej funkcjonowała omawiana już znakomita piwiarnia „Zum Bierpalast”, a tuż przy niej otworzył w 1893 roku nowy lokal z piwami zagranicznymi. Swój lokal posiadał również na głównej ulicy Gliwic, ówczesnej Wilhelmstrasse 38 (na rogu z ul Barlickiego). Była to piwiarnia „Bierhalle – Eugen Kohn”. Jednak największą jego inwestycją w Gliwicach był Zameczek Leśny (Waldschlösschen) – restauracja w Lesie Miejskim. Już w roku 1894 zamówił jej projekt w gliwickiej firmie architektonicznej Georga Luethge, wykupując jednocześnie w magistracie zezwolenie na wyszynk piwa. Zamierzał sprzedawać w Zameczku wszystkie rodzaje piwa które posiadał w swojej hurtowni na Plebańskiej. Restaurację wybudowano jako lekką konstrukcję pałacową w modnym stylu angielsko-chińskim. Zamiast reprezentacyjnego trawnika, przed zameczkiem usytuowano ogród piwny z mnóstwem żeliwnych, krytych drewnem stolików i krzesełek. Wnętrze lokalu było przeznaczone dla bogatszej klienteli, a w ogrodzie serwowano tańsze dania barowe. Na obrzeżach terenu ustawiono ławy i stoły gdzie spacerujący po lesie gliwiczanie mogli spożyć swój własny prowiant. Między ulicą a restauracją zbudowano w okresie międzywojennym istniejący do dziś staw z wysepką, a na zapleczu dobudowano drugi basen z fontanną i kamienną rzeźbą „Trzech dziewcząt”, autorstwa gliwickiego rzeźbiarza Hansa Breittenbacha. Fontanna działała jeszcze w latach późnego PRL-u dostarczając dzieciom i ich opiekunom ochłody w upalne, letnie dni. Rzeźba uległa częściowemu zniszczeniu dopiero w roku 2015, kiedy któryś z miejscowych chuliganów urwał głowę jednej z figur stojących na postumencie. Kohn przewidział także (a może nawet wiedział?), że tuż obok Zameczku poprowadzona zostanie linia tramwajowa do Zabrza. To wróżyło pełny sukces całej inwestycji – wszak dojechać na piwną biesiadę parowym tramwajem to była przecież niesamowita atrakcja dla ówczesnych gliwiczan. Można się jedynie domyślać, że i dziś taka właśnie wyprawa byłaby niecodziennym wydarzeniem. Odbywało się tu także wiele plenerowych imprez rozrywkowych, festynów, kiermaszów oraz modnych pokazów ćwiczeń i zawodów sportowych, zakańczanych często pokazem sztucznych ogni. Staw i basen z fontanną wykorzystywano zimą jako lodowisko, co


DETEKTYW HISTORII /

31

w tym „martwym sezonie” znacznie wspomagało obroty restauracji. W latach 20-30 ubiegłego wieku dobudowano od Zameczku półkolistą kamienną kawiarnię wzbogacając tym samym atrakcyjność całego zespołu gastronomicznego.

W latach 1959-62 funkcjonował w Zameczku Leśnym kabaret „Czarny Kot” jako kabaret aktorski o wysokim poziomie artystycznym.

Kabaret „Czarny Kot” Cechą znamienną kabaretu były teksty satyryczne i rozrywkowe pozbawione całkowicie dowcipu politycznego. Orkiestra przygrywała tańczącym codziennie, ale dopiero w sobotę po godz. 23 zaczynał się program „Czarnego Kota”. Na scenie występowały gwiazdy ówczesnej kultury: Maria Artykiewicz, Wanda Polańska, Małgorzata Negri oraz aktorzy Operetki Śląskiej – Eugeniusz Nowowiejski, Aleksander Sawin, Franciszek Bajer. Co miesiąc zmieniano program. Aktorzy wykonywali tu między innymi teksty przeznaczone dla Hanki Bielickiej czy Ireny Kwiatkowskiej. Zameczek Leśny był jedyną elitarną restauracją na Śląsku,

w której gościli przedstawiciele ówczesnego wyższego szczebla partyjnego i miejskiego wszystkich okolicznych miejscowości. Kabaret „umarł” śmiercią naturalną – zabrakło nowych tekstów satyrycznych, więc żeby nie zamęczać gości oklepanymi skeczami po prostu zakończono działalność.

Drewniany tor kolarski Oprócz Zameczku Leśnego gliwiczanie mieli do dyspozycji w Lesie Miejskim wiele innych atrakcji, o których dziś zostało nam tylko pomarzyć. Tor kolarski wyłożony deskami to kolejna inwestycja Eugena Kohna, którą sfinansował wraz z gliwickim przedsiębiorcą budowlanym Paulem Gaerte w 1897 roku. Gaerte, pochodzący z Berlina, w Gliwicach miał swoją pracownię architektoniczną i firmę budowlaną. Był ponadto starszym cechu murarskiego, radnym miejskim, współzałożycielem gliwickiego muzeum, członkiem Towarzystwa Gimnastycznego oraz Śpiewaczego. Dla celów sportowych sfinansował także budowę drewnianego okrągłego


32

/ MAGAZYN EIMPERIUM

budynku w centrum miasta, pełniącego wówczas rolę cyrku o charakterze sportowym. Obiekt ten stał dokładnie w miejscu, gdzie dziś stoi budynek Urzędu Miejskiego. Gaerthe mieszkał w Gliwicach przy ul. Dworcowej 12 (Bahnhofstrasse). Zmarł w 1917 roku. Tor stadionu kolarskiego miał długość 400 metrów przy szerokości 8 metrów, a zakręty były podniesione na wysokość 4 metrów. Imponujące są dalsze dane techniczne: zadaszona trybuna główna mieściła 800 osób, a trybuny wokół toru – 2,3 tys. widzów. Pod trybuną główną znajdowały się szatnie zawodników, warsztaty naprawcze rowerów, łaźnie, pomieszczenia klubowe oraz mieszkanie dozorcy. Do dziś pozostały tam jedynie wały ziemne na których niegdyś ustawiono trybuny oraz równiutkie szeregi wiekowych sosen okalających dawny stadion. Rozgrywano tu wiele wyścigów rangi krajowej i zagranicznej, jak również mistrzostwa świata. Jednym z najlepszych kolarzy na torze był Rudolf Kruk mieszkający przy ulicy Olszynki 24 (Holtzhausenstrasse) w Gliwicach. Wysiedlony w 1945 roku zamieszkał w Duisburgu, gdzie zmarł w 1969 roku. Najlepszym gliwickim zawodnikiem w tej taneczno-rowe-rowej dyscyplinie sportu był Max Stiller – z zawodu maszynista parowozu, 12-krotny mistrz Górnego Śląska w akrobacji rowerowej. Ówczesne gliwickie sekcje kolarskie to: sekcja szosowa, torowa, akrobatyczna i piłki rowerowej. W początkowym okresie tzn. około roku 1895 roku jeżdżono na tzw. rowerze wysokim, czyli bicyklu z ogromnym kołem przednim i malutkim tylnym. Sport rowerowy był całkowicie amatorski, a wszelkie imprezy organizowane były wyłącznie przez społeczników – pasjonatów kolarstwa. Takim był również Paul Gaerte – odwiedzający bezustannie swój stadion, zawsze w towarzystwie modnie ubranej żony, prowadzącej na smyczy równie zadbanego pieska.


DETEKTYW HISTORII /

strzelnica sportowa

Na terenie Lasu zbudowano około roku 1910 pierwsze gliwickie lotnisko. Pas startowy nie był imponujący, ale dobrze służył pierwszym samolotom latającym po gliwickim niebie. Próbne loty wykonywał tu na lekkim samolocie własnej konstrukcji inż. Dorner. Maszyna była bardzo niska, miała tylko metr wysokości. Wiele razy pilot startował z pasażerem latając na małej wysokości nad lasem. Dla szybkiego startu z krótkiego pasa samolot był zwykle popychany przez dwóch

Dzisiejsi bywalcy Lasu Miejskiego znają to miejsce jako „siedem górek”. Ale te wzgórki to nic innego jak tzw. kulochwyty, czyli miejsce gdzie niegdyś stały tarcze strzeleckie do których z oddali mierzyli strzelcy. Zanim jednak zbudowano strzelnicę, na terenie tym trenowali od 1900 roku kusznicy. Strzelali z kuszy do atrapy ptaka zawieszonej na 12 metrowym słupie. Już trzy lata później utworzyli Związek Strzelecki z miejscem zbiórek – Zameczek Leśny. Zbudowali też pierwszą małą strzelnicę, gdzie z powodu małej odległości od tarczy (tylko 40 metrów) strzelano wyłącznie z pozycji stojącej. W 1909 roku zbudowano nową strzelnicę za sprawą sprzedaży „akcji” pośród członków Związku. Najwięcej akcji wykupił właściciel gliwickiej mleczarni i to on został Pierwszym Marszałkiem Związku. W dalszym ciągu strzelano z wolnej ręki do tarcz albo do szklanych kul. Hojni sponsorzy

silnych pomocników, ale i tak częstokroć wjeżdżał w pobliskie kartoflisko. Kolejne gliwickie lotniska powstały dopiero wiele lat później: w 1914 nieudana wojskowa inwestycja na łąkach Lasu Łabędzkiego (teren obecnego Kąpieliska Leśnego) oraz w 1916 – budowa obecnego lotniska na Trynku.

mogli liczyć na członkostwo honorowe w Związku Strzelców i tym sposobem Związek finansował swoją działalność. Mimo sporych kosztów związanych z udziałem w strzelaniu, brało w nim udział oprócz „śmietanki” towarzyskiej miasta z burmistrzem i prałatem na czele, wielu zwykłych gliwiczan – mistrz krawiecki, brukarski, piekarski

Na drewnianym torze odbywały się nie tylko wyścigi, ale także konkursy akrobacji rowerowej.

Lotnisko

33

i kuśnierski, także kasjer, sekretarz biura miejskiego, kupcy, mistrz zduński oraz nawet maszynista parowozu z pobliskiej parowozowni, który po zwycięskim strzelaniu został w 1910 roku królem strzelców. Właścicielem Zameczku i całego terenu był wówczas H. Pogrzeba – zapalony miłośnik strzelectwa. Zezwolił strzelcom na bezpłatne użytkowanie gruntu pod strzelnicę aż do roku 1939. Po wojnie strzelnica zupełnie podupadła, a ożywiła ją na krótko inicjatywa lokalnej społeczności polegająca na zbudowaniu nowego jej fragmentu. Usypano w latach 1963-65 z części dawnych wałów ochronnych wysoki kopiec, służący gliwickiej młodzieży ze szkół średnich do odbywania ćwiczeń w strzelaniu do tarczy z kbks-u, w ramach obowiązkowych w tamtym czasie zajęć tzw. Przysposobienia Obronnego. Górkę pełniącą rolę kulochwytu usypano wykorzystując pracę młodzieży szkolnej (między innymi z pobliskiego Technikum Chemicznego oraz

Ekonomicznego), zwożącej ziemię na taczkach. Możliwe też, że ziemię zwożono samochodami z rozmaitych wykopów w mieście. Dziś to miejsce również tętni życiem. Spacerujący gliwiczanie mają nie lada atrakcję w lokalnej górce. A gdy tylko spadnie śnieg, we władanie przejmują ją dzieci zjeżdżające na sankach.


34

/ MAGAZYN EIMPERIUM

lata II wojny światowej Okres II Wojny Światowej to do tej pory jedna wielka tajemnica Lasu Miejskiego. Niektóre źródła podają, że w Zameczku byli skoszarowani robotnicy przymusowi pracujący w pobliskiej parowozowni. Brak jednak jakichkolwiek dokumentów z tamtego okresu potwierdzających taki stan rzeczy. Faktem jest jednak, że taki obiekt jak Zameczek Leśny, wyposażony w ogromną kuchnię, na pewno został wykorzystany w celach, jeśli nie wojskowych, to na pewno jako kuchnia dla okolicznych zakładów pracy. Tu zapewne gotowano też skromny posiłek dla pracujących w lokomotywowni niemieckich mieszkańców Gliwic. W roku 1945 wydawano im bowiem nakazy stawiania się w pracy w różnych zakładach. Mężczyzn w mieście praktycznie nie było, więc we wspomnianej lokomotywowni przy Zameczku Leśnym pracowały kobiety i dzieci (to fragment spisanej przez autora relacji jednej z gliwiczanek, wówczas 14-letniej dziewczynki).

i Wypoczynku. W latach 1960-76 należał do Gliwickich Zakładów Gastronomicznych, a potem do Spółdzielni Spożywców „Społem”. W połowie lat 90-tych ubiegłego wieku restauracja stała się dyskoteką o nazwie Disco-Bravo, której właściciel – dzierżawca Zameczku (przedsiębiorca z Krzyżanowic) poprosił Nadzór Budowlany o kontrolę stanu bezpieczeństwa obiektu, a zwłaszcza dachu. Rabunkowa eksploatacja obiektu stosowana przez dziesiątki lat przez wszystkich kolejnych użytkowników dała niestety znać o sobie. Zameczek Leśny został natychmiastowo wyłączony z użytkowania.

Lata współczesne Rok 2006 to początek procesu sądowego między miastem Gliwice a Spółdzielnią Spożywców „Społem” o prawo własności do całego terenu łącznie z Zameczkiem Leśnym. Sprawa oparła się w końcu o Sąd Najwyższy, który uznał w 2010 roku miasto Gliwice jako jedynego właściciela. Jak zapowiadają władze Gliwic – restauracja będzie sprzedana, lecz grunt pod nią oddany w użytkowanie wieczyste, co ma pozwolić na kontrolę miasta nad losami obiektu. Społem w dobudowanej po wojnie części kuchennej dawnej restauracji produkowała do roku 2015 wyroby garmażeryjne. Ciekawostką jest ogłoszenie w roku 2011 konkursu na projekt nowego zagospodarowania Zameczku Leśnego. Zwyciężyli w nim studenci Politechniki Śląskiej, proponując stworzenie nowego budynku z tarasem widokowym i galerią oraz ekskluzywne SPA z kompleksem hotelowym. Nie zrealizowano jednak żadnego z tych pomysłów.

Po roku 1945 przemianowano Lasek Miejski (Gleiwitzer Stadt Forst) na Park Kultury i Wypoczynku, a restaurację Waldschlössen na dzisiejszy Zameczek Leśny.

Okres PRL-u Zameczek stał się w roku 1950 ośrodkiem szkoleniowym dla Przedsiębiorstwa Budowy Zakładów Przemysłu Ciężkiego w Gliwicach, a potem siedzibą Społecznego Komitetu Budowy Parku Kultury

ZOBACZ WIĘCEJ!


REKLAMA /

35

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


36

/ MAGAZYN EIMPERIUM

k ąc ik AGNI ESZ K I

KĄCIK AGNIESZKI Biografie kobiet sukcesu XX wieku

tekst AGNIESZKA BARON

W

iosenne porządki skłoniły mnie nie tylko do przetarcia kurzy na regałach z książkami, ale także do przeglądu samych książek. Była to swoista podróż w czasie. Biorąc do ręki poszczególne pozycje przypominałam sobie jakie emocje towarzyszyły mi podczas czytania. Chwile wzruszenia, uniesienia i … zdenerwowania, kiedy zakończenie książki nie było takie, jakbym oczekiwała. Co ciekawe, okazało się, że poza sporą ilością “półkowni-ków”, które zostały się jeszcze z czasów studiów, dużo miejsca i centymetrów zajmują książki o kobietach sukcesu XX wieku.

AGATA CHRISTIE Subiektywny przegląd zaczynam od królowej kryminału - Agathy Christie. Napisała kilkadziesiąt kryminałów,opowieści czy nawet sztuk teatralnych - kto nie zna Herculesa Poirot pedanta, ze śmiesznym wąsikiem i akcentem, który jest przecież z Belgii a nie z Francji - a panna Jane Marple - starsza pani z sąsiedztwa, której hobby jest rozwiązywanie zagadek kryminalnych? Postacie z książek Christie zaistniały także w serialach czy słuchowiskach radiowych. W swojej autobiografii pisarka uchyla nam nieco rąbka swojego świata. Christie zaczęła pisać książkę o sobie w 1950 roku, skończyła mniej więcej 15 lat później, kiedy miała już 75 lat. Towarzyszymy Agacie z domu Miller od najmłodszych lat i rozwiązujemy nurtujące nas

zagadki - skąd takie zamiłowanie do Francji, wykopalisk archeologicznych czy w końcu znajomość działania trucizn? To co mi się najbardziej spodobało to fakt, że pani Christie - podobnie jak ja nie lubiła zmywać naczyń. Uważała, że jest to tak głupie i bezsensowne zajęcie, że to właśnie wtedy

Agatha Christie, Gabriele Chanel i Audrey Hepburn. Łączy je sukces, ale przede wszystkim ciężka praca! wymyślała sposoby na to jak uśmiercić kolejnego bohatera. Co do samej formy - książka nieco przydługa i nie czyta jej się tak szybko jak kryminałów, ale można sporo dowiedzieć się o jej świecie, choć nie o wszystkich wydarzeniach z jej życia w książce przeczytamy. Pozycja obowiązkowa dla fanów Agathy!

GABRIELE CHANEL Królowa wybiegów, mody, jej nazwisko to synonim luksusu i uniwersalnej elegancji. Jedna z najbardziej wpływowych kobiet XX wieku, która nawet zza grobu wciąż ma wpływ na to jak wyglądają współczesne kobiety. Coco, czyli Gabrielle Chanel, francuska projektantka, założycielka modowego imperium. Z licznych publikacji, które do tej pory trafiły na rynek - poza książkami były to także filmy, np. “Coco” z genialną Audrey Tatou w roli głównej. Gabrielle Chanel w wieku kilku lat została półsierotą, trafiła do ochronki prowadzonej przez siostry zakonne (stąd zamiłowanie do połączenia czerni z bielą). Zanim stała się “tą” Chanel, miała


KĄCIK AGNIESZKI /

epizod w kabarecie - stąd pseudonim Coco, później było projektowanie kapeluszy i pierwszy butik dzięki pomocy bliskiego przyjaciela. Chciałam zaprezentować trzy różne podejścia - pierwsze z nich - Axela Madsena “Chanel kobieta niezwykła”. W zasadzie książka historyczna - autor bardzo skrupulatnie opisuje nastroje i tło historyczne czasów, w których żyła Chanel się, jak dorastała, pięła się po kolejnych szczeblach społeczeństwa. Druga pozycja - to nieco bardziej kontrowersyjna “Coco Chanel. Życie intymne”, w którym Lisa Chaney wykorzystuje niepublikowanie nigdy wcześniej pamiętniki i listy miłosne Mademoiselle. Trzecia - nie biografia, ale powieść Cristyny Sanchez-Andrade to prawdziwy majstersztyk, trzymający w napięciu. Osobiście polecam pierwszą i trzecią książkę pierwszą, aby zrozumieć tło historyczne, a trzecią, aby “wczuć” się w skórę Coco.

de Givenchy. Czytamy wycinki wywiadów, oglądamy ją na zdjęciach znajomych i sami uśmiechamy się do tej jakże pogodnej istoty, która ostatnie lata życia poświęciła walce z głodem, którego sama zaznała podczas wojny. Pozycję oczywiście polecam! I kto powiedział, że sprzątanie jest marnowaniem czasu? Przy okazji wycierania kurzu można odkryć “kawał” ciekawej historii!

AUDREY HEPBURN Na koniec “przeglądu” królowa ekranu - Audrey Hepburn. Zrobiła karierę w Hollywood, choć wcale się tak nie zapowiadało. Audrey urodziła się w Holandii, była prawdziwą arystokratką - po wojnie, trafiła do Londynu, do szkoły baletowej, ale tam okazało się, że ma (i tu uwaga!) za długie...nogi. Z baletnicy stała się modelką, później aktorką drugoplanową wyróżniającą się znacząco na tle konkurencji - wtedy lata świetności świeciła Marilyn Monroe. Biograf gwiazd Donald Spoto w książce poświęconej Audrey pokazuje jej bogate życie zawodowe, nieco skomplikowane życie prywatne - jednym słowem Audrey w wielu odcieniach jako gwiazdę ekranu i ikonę mody dzięki przyjaźni i współpracy z Hubertem

37

ZOBACZ WIĘCEJ!


38

/ MAGAZYN EIMPERIUM


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

39

ciacho i babeczka w kuchni

S

ŚNIADANIE NA STOLE

łońce niespiesznie przebija się przez firankę, zapach kawy delikatnie otula mieszkanie, a członkowie rodziny radośnie mówią sobie „dzień dobry” i zasiadają przy stole. Długi leniwy poranek, śniadanie jedzone w rodzinnym gronie i bez pośpiechu. Brzmi dobrze? Pewnie, że tak. Wspólne śniadania powinny zagościć w naszych domach nie tylko od święta. Wiemy, czasami trudno wszystkim znaleźć czas, a przygotowanie obfitego, różnorodnego posiłku wydaje się być trudne i pracochłonne. Dobra organizacja i zaangażowanie całej rodziny skutecznie rozwiąże jednak te problemy. Na dobry początek pokażemy Wam dwa dania z jajek. Pierwsze można przygotować dzień wcześniej, a z drugim poradzi sobie nawet dziecko.

tekst BABECZKA fot. BABECZKA


40

/ MAGAZYN EIMPERIUM

N

ajpierw przygotuj kruche ciasto. Wrzuć pokrojone w kostkę masło i mąkę do misy miksera i miksuj na średnich obrotach. Dolej powoli wodę, dodaj szczyptę soli i zmiksuj wszystko na gładkie ciasto. Kiedy kulka będzie odchodzić od miski, wyjmij ciasto, wyrób przez chwilę, zawiń w folię spożywczą i schowaj na co najmniej godzinę do lodówki. Ciasto możesz też zamrozić i rozmrozić w lodówce na kilka godzin przed pieczeniem. Piekarnik nastaw na 180º C (grzanie góra-dół). Okrągłe naczynie (Ø 22 cm) wyłóż paskami papieru do wypieków. Ciasto rozwałkuj na grubość ok. 1/2 cm. Wyłóż naczynie ciastem i nakłuj gęsto widelcem. Na ciasto wyłóż arkusz papieru do wypieków i wsyp groch/fasolę/ciężarki. Wstaw ciasto na 20 minut do piekarnika i podpiecz spód. Szpinak umyj, odetnij twarde łodyżki i pokrój liście w paski. Na patelni rozgrzej olej i podsmaż szpinak. Dodaj sól i duś przez chwilę. Odparuj wodę ze szpinaku. Ser żółty zetrzyj na tarce, mozzarellę rozerwij na małe kawałki. Rozbełtaj 3 całe jajka i jedno żółtko ze śmietaną. Dodaj sery i szpinak. Dopraw solą, pieprzem, 1 łyżeczką tymianku i 1/4 łyżeczki papryki. Wyjmij podpieczone ciasto z piekarnika. Ostrożne usuń obciążenie (wystudź i zostaw na następny raz, możesz go używać wielokrotnie). Pozostawionym białkiem posmaruj ciasto i wylej masę. Tartę wstaw do nagrzanego do 180º C (grzanie góra-dół) piekarnika na ok. 40

minut. Masa powinna się zrumienić, a wbity w środek patyczek powinien wyjść suchy. Tartę możesz przygotować w całości dzień wcześniej i podać na zimno. Możesz też przygotować podpieczony spód i nadzienie, przechować osobno i rankiem posmarować ciasto białkiem, wylać nadzienie i upiec.

-

100 g masła

-

200 g mąki pszennej

-

50 ml wody

-

groch, fasola lub ciężarki do pieczenia kruchego ciasta

-

4 jajka „L”

-

150 g żółtego sera

-

1 kulka mozzarelli

-

200 g świeżego szpinaku

-

1 łyżeczka oleju

-

50 g śmietany 18 %

-

sól

-

pieprz

-

tymianek

-

papryka słodka


CIACHO I BABECZKA W KUCHNI /

41


42

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przepis na...

OMLET Z KOZIM SEREM I SZYNKĄ

N

a patelni rozgrzej olej. Szynkę potnij nożyczkami w paski i podsmaż. Ser pokrój w wąskie paski. Rozbełtaj jajka, dodaj sól i pieprz do smaku. Jajka wylej na szynkę, na to nałóż ser i posyp ziołami. Przykryj patelnię pokrywką i poczekaj aż omlet zetnie się lekko z wierzchu. Zjedz tuż po przygotowaniu. Jak widać smaczne śniadanie nie musi być trudne. Jeśli dobrze zaplanujesz menu i znajdziesz pomocników wszystko pójdzie szybko i sprawnie.

-

2 jajka „L”

-

30 g koziego sera

-

2 plastry surowej dojrzewającej szynki

-

1 łyżka świeżego tymianku

-

1 łyżka świeżej mięty

-

sól

-

łyżeczka oleju

SMACZNEGO!


REKLAMA /

reklama

tvimperium .pl

43


NOWE BIURO OBSŁUGI KLIENTA

W NASZYCH OFERTACH

INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

32 301 40 00

MAGAZYN EIMPERIUM NR 01

Magazyn eIMPERIUM nr 01/2016  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Magazyn eIMPERIUM nr 01/2016  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Advertisement