Page 1

NR 16 / MAJ 2017

eimperium.pl

IRLANDZKI AKTOR, DRAMATURG, PISARZ

PEADAR DE BURCA PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

WAKACYJNE POZDROWIENIA DETEKTYW HISTORII

STUDNIA NA GLIWICKIM RYNKU

YUMMY ENGLISH

KALE SMOOTHIE PODRÓŻNIK GLIWICKI

WENECJA


02 / MAGAZYN EIMPERIUM

Spis treści PEADAR DE BURCA

04

DETEKTYW HISTORII

20

PODRÓŻNIK GLIWICKI

24

YUMMY ENGLISH

32

PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

36

Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Grafika:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O. ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Seweryn Chlewicki

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


DZIERŹNO DUŻE FOT. SEWERYN CHLEWICKI


GDY DIALOG ZMIENIA SIĘ W MONOLOG TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

“Propaganda” to słowo, które w czasach reżimów totalitarnych zyskało mocno pejoratywne znaczenie. Trochę niesłusznie. Wszak to normalne zjawisko, które można wykorzystywać również w celach pozytywnych. Ot chociażby kampanie społeczne w mediach - na przykład przeciw przemocy - to również propaganda. Koniec końców, jak wskazuje źródłosłów, chodzi o propagowanie czegoś. “Słownik Języka Polskiego” definiuje propagandę jako “szerzenie jakichś poglądów, haseł politycznych itp. mające na celu pozyskanie zwolenników”. Tym zaś co odróżnia propagandę od innych form komunikowania się jest jednostronność przekazu. Z jednej strony materiały propagandowe nie będą więc przedstawiać argumentów “za” i “przeciw”, z drugiej - przekaz będzie jednokierunkowy, bez możliwości odbierania tzw. sygnałów zwrotnych od odbiorcy. Propaganda jako jedno z wielu narzędzi komunikacji ma również swoje miejsce w polityce medialnej samorządów. Nic w tym złego. Przynajmniej do czasu, gdy jej ostrze nie jest wymierzone w mieszkańców, którzy - de facto - tę propagandę finansują oraz gdy nie zastępuje ona innych, dwukierunkowych form komunikacji. Niestety, oba z powyższych negatywnych przykładów możemy zaobserwować w ostatnim czasie w Gliwicach. W zeszłym roku głośna była między innymi sprawa książki autorstwa Krzysztofa Kosińskiego zatytułowanej “Droga pod górę…”. Popularny dziennikarz radiowy pisał o historii budowy Drogowej Trasy Średnicowej, a w tekst wplatał anonimowe komentarze z internetowych forów, które w niewybredny sposób obrażały przeciwników tej inwestycji. Druk książki sfinansował samorząd miasta, nadając mu tym samym swego rodzaju świeckie imprimatur. Koniec końców za pieniądze z podatków od mieszkańców wydano więc książkę, która tych mieszkańców bezprzykładnie wyśmiewa. Dopiero po interwencji portalu 24gliwice.pl rzecznik prezydenta, Marek Jarzębowski, przyznał się do medialnego nietaktu. Jakichś specjalnych wniosków na przyszłość miasto jednak z tego nie wyciągnęło. Pamiętam również moją zeszłoroczną obecność na spotkaniu dotyczącym budowy suchych zbiorników zalewowych w Wójtowej Wsi. Po awanturze do jakiej doszło na pierwszym spotkaniu w Urzędzie Miejskim, na wniosek Rady Osiedla zorganizowano drugi mityng dla mieszkańców. Również i to spotkanie zamieniło się w

wiec i zakończyło brakiem jakiegokolwiek porozumienia. Nie może to jednak dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie błędy, jakie magistrat popełnił przy jego organizacji. Przede wszystkim odbyło się ono zbyt późno - nie w początkowej fazie prac nad koncepcją ochrony przeciwpowodziowej miasta, ale w momencie, gdy większość decyzji była już podjęta. W tej sytuacji spotkanie nie miało już formy konsultacji, ale praktycznie jednostronnego przekonywania mieszkańców do z góry założonej tezy. Tak - spotkanie, które w założeniu powinno mieć formę dialogu zamieniono w propagandowy wiec w wykonaniu urzędników i projektantów. Zabrakło nie tylko woli wysłuchania i wzięcia pod uwagę głosu mieszkańców, ale nawet bezstronnego moderatora, który panowałby nad przebiegiem spotkania i pilnował zachowania atmosfery dialogu. Nic dziwnego, że w końcu emocje wymknęły się spod kontroli. Najnowszy trend w komunikowaniu to media społecznościowe. O tym genialnym w gruncie rzeczy wynalazku pisałem już w jednym z poprzednich wydań Magazynu eIMPERIUM. Niepozorne aplikacje internetowe w niesamowity sposób skróciły dystans między urzędnikami a mieszkańcami. Na Facebooku swój profil ma nie tylko sam urząd, ale także najważniejsi jego pracownicy - prezydent i część jego zastępców. Całkowicie zamknięty na tę formę dialogu z mieszkańcami jest tylko I zastępca prezydenta Piotr Wieczorek, ale to chyba nie powinno nikogo specjalnie dziwić. Myliłby się jednak ten kto by sądził, że pozostałe samorządowe profile są miejscem swobodnej wymiany myśli. Dużą zaletą mediów społecznościowych jest umożliwienie dwukierunkowej komunikacji. Na przywołanym już Faceboku, nie tylko właściciel profilu może publikować treści na swojej witrynie. Mogą to robić również inni użytkownicy. Możliwe jest również swego rodzaju “wywoływanie do odpowiedzi” poprzez oznaczanie konkretnych osób i instytucji w postach publikowanych gdzie indziej. Trzecia z opcji to komentowanie i reagowanie na wpisy umieszczane na oficjalnych profilach. Tyle teorii, bo praktyka - za sprawą możliwości customizacji każdego profilu - jest indywidualną sprawą zarządcy profilu. I tak na przykład, oficjalny facebookowy fanpage samorządu ma zablokowaną zarówno opcję oznaczania swojego profilu przez innych użytkowników, jak również publikowania postów gości na swojej witrynie. Z trzech opcji dwukierunkowej komunikacji dwie są więc permanentnie wyłączone. Wciąż można jeszcze umieszczać pod urzędowymi wpisami swoje komentarze, ale myliłby się ten, kto by sądził, że urzędnicy będą wchodzić w merytoryczną dyskusję z użytkownikami portalu. Owszem, administratorom zdarza się odpisywać na komentarze, za każdym razem są to jednak osobiste wycieczki w kierunku autora


wpisu, a nie rzeczowe odpowiedzi na wątpliwości czy zarzuty padające ze strony komentujących. Za przykład z życia wzięty niech służy dialog, jaki miał miejsce pod jednym z moich komentarzy na temat nie do końca trafionego zdjęcia opublikowanego na miejskiej witrynie facebookowej. Oczywiście dziennikarze biorący udział w rozmowie oraz administratorzy miejskiego fanpage’a znają się nie od dzisiaj - także ze wspólnej pracy w mediach. Tym bardziej nie przystoi jednak zachowywać się w tej sposób w publicznej przestrzeni informacyjnej. Jeszcze mniej możliwości pozostawiono mieszkańcom - przynajmniej niektórym - na oficjalnym profilu Zygmunta Frankiewicza. W tym wypadku akurat możliwe jest oznaczanie osoby prezydenta w postach innych osób - jednak nie ma to żadnego praktycznego zastosowania, gdyż Zygmunt Frankiewicz poza publikowaniem od czasu do czasu postów na własnym profilu (ostatnie

wpisy są z kwietnia) nie przejawia żadnej innej aktywności na polu Facebooka. Zablokowane jest również publikowanie postów gości na prezydenckim profilu. Na większą uwagę zasługuje jednak fakt, że część użytkowników ma również zablokowaną możliwość reagowania i komentowania wpisów prezydenta. Nie mam informacji jakiej grupy użytkowników dotyczy ta kwestia, ale mnie osobiście spotkał zaszczyt zostania oficjalnie zablokowanym przez Zygmunta Frankiewicza. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale skoro prezydent zablokował mnie, to podejrzewam, że mógł zablokować również inne osoby. Podejrzewam, że to na wypadek wstawiania przeze mnie jakichś nieprawomyślnych komentarzy. Szkoda, że prezydent chętniej takie komentarze blokuje, niż z nimi dyskutuje.


06 / MAGAZYN EIMPERIUM TAKI BYŁ CZERWIEC..

7/06 PREZYDENT W GLIWICACH

7 czerwca Gliwice odwiedził Andrzej Duda. Urzędujący prezydent oprócz oficjalnych spotkań znalazł również czas na to, żeby spędzić czas z mieszkańcami. Na placu Krakowskim przywitali go zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy. Większość ludzi przyszła jednak z czystej ciekawości, żeby zobaczyć prezydenta i zrobić sobie z nim zdjęcie. To akurat było możliwe, a sam Andrzej Duda cierpliwie pozował fotoamatorom. Wcześniej, podczas oficjalnego przemówienia, mówił: „Przybywam do Gliwic, żeby pogratulować państwu, po to, żeby powiedzieć: robicie tutaj dobrą robotę. To miasto, niezwykle ważne miasto Górnego Śląska, które, zawsze było miastem pełnym inteligencji, miastem mądrych i gospodarnych ludzi”. Komentatorzy zauważyli, że wizyta w Gliwicach była dla głowy państwa szczególna. To stąd pochodzi teść Andrzeja Dudy, pisarz Julian Kornhauser.


T A K I B Y Ł C Z E R W I E C . . / 07

11/06 GIMNAZJALIŚCI W BUMARZE Kilkudziesięciu uczniów z gimnazjów z terenu Gliwic oraz powiatu gliwickiego wizytowało Zakłady Mechaniczne Bumar-Łabędy. Uczniowie mogli zapoznać się ze szczegółami produkcji wojskowej i cywilnej tego uznanego pracodawcy. Oglądali między innymi rozległe hale, gdzie budowane i remontowane są czołgi, a pracownicy fabryki ze szczegółami opowiadali zarówno o samym zakładzie, jak i wyjeżdżających z niego produktach. Kulminacyjnym punktem wycieczki był pokaz najnowszej generacji czołgu PT-16 produkowanego od zeszłego roku w Łabędach. Możliwość oglądania niedostępnych na co codzień dla osób postronnych hal była elementem Dnia Otwartego zorganizowanego przez Bumar we współpracy z Zespołem Szkół Samochodowych. Obie instytucje od września uruchamiają bowiem w szkole na Trynku klasę patronacką, w której szkoleni będą przyszli pracownicy łabędzkich zakładów. Część uczestniczących w zwiedzaniu gimnazjalistów deklarowała, że już złożyła papiery na nową specjalność. Inni podkreślali, że wciąż się wahają, gdzie będą kontynuować edukację.


08 / MAGAZYN EIMPERIUM TAKI BYŁ CZERWIEC..

29/06 MASZEROWALI DLA CHIRURGI DZIECIĘCEJ Kilkadziesiąt osób, głównie rodzice małych dzieci, przemaszerowało z ulicy Kościuszki pod Urząd Miejski. Ideą demonstracji, która rozpoczęła się przed wejściem do budynku szpitala miejskiego było zwrócenie uwagi władz miasta na dramatyczną sytuację kadrową w tej placówce medycznej. Po tym, jak zwolnili się prawie wszyscy lekarze pracujący na oddziale chirurgii dziecięcej oddział trzeba było zamknąć. Podobna sytuacja miała miejsce również na oddziale ortopedycznym, a niewykluczone, że konflikt pomiędzy lekarzami a dyrekcją lecznicy będzie nadal eskalował prowadząc do uszczuplenia kadry również na innych oddziałach. Protest zaniepokojonych rodziców oraz pracowników służby zdrowia zakończył się złożeniem w Urzędzie Miejskim petycji w sprawie wznowienia działalności zamkniętego oddziału. Do protestujących nie wyszedł jednak nikt z przedstawicieli magistratu. Petycję, pod która podpisało się kilka tysięcy gliwczan złożono więc w biurze podawczym.


T A K I B Y Ł C Z E R W I E C . . / 09

30/06 ROWER MIEJSKI CORAZ POPULARNIEJSZY Blisko 11,5 tys. razy wypożyczane były w czerwcu gliwickie rowery miejskie. Popularność nowej w naszym mieście formy transportu przerosła chyba najśmielsze oczekiwania nie tylko władz Gliwic, ale także rowerowych zapaleńców. Ci ostatni zwracają jednak uwagę, że wielu użytkowników roweru miejskiego łamie podstawowe przepisu ruchu drogowego. Nagminne jest przede wszystkim jeżdżenie wypożyczonymi rowerami po chodnikach. Ze statystyk prowadzonych przez administratora systemu wynika, że gliwiczanie najchętniej wypożyczają rowery w okresie pierwszych, bezpłatnych 15 minut - to przeszło 70 proc. wszystkich wynajmów. Opcja ta znakomicie uzupełnia ofertę transportu zbiorowego, gdzie bilet na krótkich, 15-minutowych odcinkach kosztuje aż 3,20 zł. Oszczędność z pewnością przekonuje do odrobiny wysiłku. Sukces gliwickiej wypożyczalni rowerów to między innymi zasługa aktywności studentów Politechniki Śląskiej, czego dowodzi ponadprzeciętne obłożenie wynajmami stacji zlokalizowanej przy ulicy Akademickiej. Popularne lokalizacje to także plac przed dworcem kolejowym oraz plac Inwalidów Wojennych nieopodal Rynku. Im dalej od centrum tym frekwencja stopniowo maleje. Do najmniej popularnych stacji, zgodnie z przewidywaniami, należą te przy Cmentarzu Lipowym oraz na osiedlu Kopernika.


10 / MAGAZYN EIMPERIUM

IRLANDZKI AKTOR, D

Peadar de Burca


P E A D A R D E B U R C A / 11

DRAMATURG, PISARZ


12 / MAGAZYN EIMPERIUM Andrzej Wawrzyczek: Chciałbym zacząć od pytania o Pana imię, bo słyszałem, że nie jest ono proste do wymówienia. Szczególnie dla Polaków. Peadar de Burca: Mam na imię Peadar (wym. Pader), co jest irlandzkim odpowiednikiem imienia Peter. Ale problemy z moim imieniem mają nie tylko Polacy. Nawet Irlandczycy nie zawsze sobie z nim radzą. Nie jest zbyt popularne, więc wiele osób może nie pamiętać, że w ogóle jest takie imię. De Burca to nazwisko normandzkie. Moi przodkowie pochodzili z terenu Francji, z miejscowości Burge. W XI wieku dotarli na zachodnie wybrzeże Irlandii i cywilizowali ten region. To dość popularne nazwisko, choć zapewne lepiej znane w angielskiej wersji Burke. W mojej rodzinie wciąż żywa jest jednak tradycja mówienia w języku irlandzkim i dlatego ja nazywam się Peadar de Burca. AW: Język irlandzki to osobny temat do rozmowy. Wiele osób może go kojarzyć z muzyki celtyckiej, ale na co dzień chyba nie jest zbyt rozpowszechniony? PB: Nie. Mówi nim zaledwie około 3 proc. ludności Irlandii. Nasz język został zniszczony przez Anglików przez wieki ich dominacji nad wyspą, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że sami Irlandczycy też nie są tutaj bez winy. W pewnym momencie po prostu go opuściliśmy i to była nasza świadoma decyzja. Naród dążył do nowoczesności, chciał się bogacić, a nowoczesność i bogactwo kojarzone było wyłącznie z Anglikami. Chcieliśmy być jak oni, a w tym celu musieliśmy też mówić ich językiem. W efekcie sto lat temu, na przełomie XVIII i XIX wieku, język irlandzki powszechnie postrzegany był jako coś złego. Rodzice karali swoje dzieci za mówienie w tym języku, również szkoły aktywnie rezygnowały z użycia języka irlandzkiego. Dzisiaj zbieramy tego żniwo. I to pomimo tego, że obecnie wszystkie dzieci obowiązkowo uczą się irlandzkiego w szkole. Mit o tym, że to gorszy język wciąż jest żywy. Irlandzkie dzieci nienawidzą tych lekcji także dlatego, że są bardzo trudne. Jeśli tylko mają taką możliwość, chętnie ich unikają. Wolą wybrać na przykład matematykę, niż irlandzki.

To co Pan opowiada jako żywo przypomina mi sytuację z językiem śląskim, który szczególnie w okresie komunizmu kojarzono z językiem niemieckim i mocno rugowano. Myślę zresztą, że wciąż nie brakuje w Polsce kręgów, które starają się nie dostrzegać odmienności śląskiej kultury. To zaskakujące, że losy Śląska i Irlandii są tak zbieżne. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że pod tym względem może się Pan czuć tutaj jak w domu. Podobieństw jest bardzo dużo. Irlandia ma burzliwą tradycję powstań i walki o niepodległość. Mimo to wciąż są ludzie, którym odpowiada zależność od Wielkiej Brytanii. Stąd współczesny podział na Irlandię i Irlandię Północną. Górny Śląsk po trzech powstaniach również podzielił się przed wojną na część polską i niemiecką. Nawet dzisiaj wielu tutejszych mieszkańców nadal domaga się przywrócenia odebranej im po wojnie autonomii. AW: Jak się więc Pan odnajduje, biorąc pod uwagę wszystkie te podobieństwa, w Polsce i tutaj na Śląsku? PB: Pyta Pan czy mi się tutaj podoba? Oczywiście. Widzę bardzo dużo zalet tego miejsca i życia właśnie tutaj – wspaniałe krajobrazy, historię i kulturę. Tutejsi ludzie są dobrzy, nawet jeśli zdobycie ich zaufania zajmuje trochę czasu. Cóż, nie wszyscy muszą być tak otwarci na innych, jak Irlandczycy. Spędzam tu naprawdę wspaniały czas. Gdybym miał wskazywać na wady, to myślę, że dużym problemem w Polsce i na Śląsku jest tradycja złej władzy. Nie widzę osób, które chciałyby dokonać prawdziwej zmiany. Nie ważne czy mówimy o włodarzach miast, czy o rządzie centralnym – oni podejmują złe decyzje. Kierują się wyłącznie interesem swoim, swoich bliskich i wielkich biznesów. To oczywiście nie jest problem dostrzegalny wyłącznie w Polsce, ale tutaj odczuwam go bardziej, niż gdzie indziej. Weźmy pierwszy przykład w brzegu. Gliwice budują za grube miliony olbrzymią halę sportową, która tak naprawdę nie będzie miała żadnego wpływu na nasze życie. Wielokrotnie już udowodniono, że stawianie takich obiektów, to zwykła głupota i marnotrawstwo pieniędzy. Ale i tak wydaje się na nie publiczne środki, zamiast budować za nie na przykład drogi dla rowerów, z których mieszkańcy korzystaliby na co dzień, ograniczając tym samym emisję spalin. AW: Zauważyłem, że wiele osób, które dopiero przyjechały do Gliwic zwraca uwagę na problemy z powietrzem. Rodowici mieszkańcy może się już przyzwyczaili do niego. PB: Bez przerwy spotykam ludzi, którzy mówią, że wyjeżdżają z Polski z powodu kiepskiej jakości powietrza. To olbrzymi i niedoceniany problem. Władze Gliwic nawet nie chcą przyznać, że taki problem istnieje. Wszyscy wiedzą, że dostrzeżenie problemu, to pierwszy krok na drodze do jego rozwiązania. A oni nie chcą zrobić nawet tego. Myślę, że ta kwestia rozwiąże się najwcześniej za jakieś 20 lat. Nasze dzieci, kiedy dorosną, będą więc miały możliwość zauważyć różnicę. My niestety możemy tego nie doczekać. Konieczne zmiany postępują zdecydowanie zbyt wolno.


P E A D A R D E B U R C A / 13 AW: Widzę, że nie boi się Pan ostrej krytyki. Wielu gliwiczan może zresztą kojarzyć Pana nazwisko z felietonów publikowanych w „Gazecie Wyborczej”, które charakteryzuje właśnie to, że niczego nie owija Pan w bawełnę. Bez ogródek krytykuje pan miasto, prezydenta, negatywne zjawiska obserwowane codziennie na ulicy. PB: Dla mnie to nic niezwykłego. Po to są gazety i media w ogóle. Zdaję sobie sprawę z tego, że współcześnie media żyją raczej z przekazywania błahych wiadomości i zdjęć celebrytów. Ale nie taka jest ich rola. Nie przypadkiem nazywamy je czwartą władzą. Powinnością mediów jest właśnie krytyczne spoglądanie na rzeczywistość. Dobrze widać to i w Irlandii, i w Wielkiej Brytanii, i również w Stanach Zjednoczonych, gdzie media mają siłę doprowadzania do realnych zmian albo przynajmniej dymisji nieudolnych polityków. W Polsce natomiast media dały się zrelatywizować. Z jednej strony mamy takie dzienniki, jak „Gazeta Wyborcza”, które postrzegane są jako reprezentatywne wyłącznie dla jednej grupy ludzi. Z drugiej – na przykład „Gazetę Polską”, która jest reprezentatywna dla innej grupy mieszkańców. Tymczasem żadna z tych gazet nie będzie stanowić autorytetu dla przeciwnej grupy Polaków. Nawet jeśli będą ją czytać, zaczną bez przekonania kręcić głową mówiąc: „Nie, to nie może być prawda”. Polskie media po prostu nie potrafią wybić się na niezależność. Byłoby dobrze, gdyby na przykład „Gazeta Wyborcza” potrafiła otwarcie chwalić niektóre poczynania obecnego rządu. Bo nie oszukujmy się, każdy rząd czasami podejmuje dobre decyzje i trzeba umieć to szczerze pochwalić. Nie można krytykować jakiejś grupy przez cały czas tylko dlatego, że się jej nie lubi. Albo weźmy na przykład pod lupę Kościół katolicki. Jestem względem niego bardzo krytyczny, ale potrafię dostrzec również pozytywy – na przykład stosunek hierarchów kościelnych do przyjmowania uchodźców. Trzeba być uczciwym, a czytelnicy to odwzajemnią. Nadal mogą nie zgadzać się z linią, którą reprezentuje gazeta, ale przynajmniej docenią, że jest szczera w tym, co pisze. Bo jeśli przez cały czas będziesz tylko i wyłącznie krytykować, to druga strona nie przestanie cię nienawidzić. To wszystko, co uzyskasz – dwie wiecznie zwaśnione ze sobą grupy ludzi. To co robię, to staram się nie powielać takiego podejścia w moim życiu. Często spotykam ludzi, którzy mają inne poglądy, niż moje – prawicowców, którzy są nieprzejednanymi przeciwnikami aborcji, wierzącymi, że Kościół we wszystkim ma rację. Moja opinia jest zupełnie inna, ale staram się zawsze z nimi rozmawiać. Chcę poznać ich motywację, a dzięki temu znaleźć dla nas platformę wspólnego porozumienia, gdzieś pomiędzy naszymi stanowiskami. Właśnie tego potrzebuje dzisiaj Polska – znalezienia złotego środka. Kraj nie może być wiecznie podzielony na pół, bo to droga prowadząca donikąd. Korzystają z tego wyłącznie wielkie korporacje, które wiedzą, że jak przeniosą swój biznes do Polski, to zawsze zna-

jdą kogoś, kto będzie dla nich pracował za pół darmo. Gdyby naród nie był tak podzielony, Polakom żyłoby się dużo lepiej i to nie tylko ekonomicznie. Po prostu byliby bardziej zadowoleni z życia. AW: Czy sytuacja w Polsce nie jest przypadkiem dość zbliżona do tego, co działo się w Irlandii kilkadziesiąt lat temu? PB: Współczesna Polska zawsze przypomina mi Irlandię z lat 80. ubiegłego wieku. Mentalnie jesteście dokładnie w tym samym momencie. Irlandczycy również byli wówczas bardzo bogobojni i dość zaściankowi. Nie mieliśmy zbyt szerokich horyzontów. AW: I co wydarzyło się przez lata, że dziś ta sytuacja w Irlandii wygląda zupełnie inaczej? PB: Przede wszystkim przeżyliśmy wielką zmianę kulturalną. Przez lata Irlandczycy czuli się gorsi od innych anglojęzycznych nacji – na przykład Amerykanów czy Anglików. Stąd brała się też olbrzymia emigracja do tych krajów. Miliony mieszkańców Stanów Zjednoczonych ma dziś irlandzkich przodków. W pewnym momencie to zaczęło się zmieniać, a Irlandczycy stopniowo zyskiwali większą pewność siebie. Wpływ na to miał na pewno wielki sukces, jaki odniósł zespół U2 oraz Bono. Dzisiaj sporo osób się z nich śmieje, ale w latach 80. i 90. to właśnie oni budowali naszą pewność siebie. Bo jeśli ci chłopcy – Irlandczycy, tacy jak my – stali się sławni i podziwiani na całym świecie, to znaczy, że nie jesteśmy tacy najgorsi. Potem przyszła jeszcze nasza reprezentacja piłkarska, która – odkąd pamiętam – grała po prostu fatalnie. Aż nagle zaczęła wygrywać. Piłkarze z Irlandii awansowali na Mistrzostwa Europy i Mistrzostwa Świata. To sprawiło, że cały naród poczuł się lepiej. Kibice zaczęli podróżować w ślad za piłkarzami po całym globie, wspólnie cieszyć się z kolejnych triumfów. Aż w końcu pokonaliśmy Anglię. To było bodaj w 1988 roku, na Mistrzostwach Europu w Niemczech. Wygraliśmy 1:0. Wiele osób wciąż jest w szoku. To naprawdę miało na nas niesamowity wpływ. Rozwój poprzez sport. Weźmy następny fenomen – Riverdance. Słynne na cały świat irlandzkie show taneczne. Oczywiście to nie jest prawdziwy irlandzki taniec. Raczej taniec irlandzki na sterydach. Ale i tak mogliśmy się z tymi utożsamiać. To jesteśmy my, nasza kultura i ludzie to kochają. To nie mogło pozostać bez wpływu na zbiorową irlandzką psychikę. Idźmy dalej – ekonomia. Irlandia nie ma wielu zasobów naturalnych. Największym jest bodaj potencjał turystyczny. Ale Irlandczycy kochają własność. Zaczęli więc inwestować w nieruchomości. Rozwinęło się bardzo dużo firm budowlanych, które zarabiały duże pieniądze i ciągnęły w górę całą gospodarkę. Na początku to było dobre. Dopiero potem zwariowaliśmy na punkcie kredytów, co ostatecznie skończyło się krachem w gospodarce. Ale dzięki branży budowlanej Irlandia stała się tak bogata, że nawet po kryzysie ludziom żyło się dużo lepiej, niż 30 lat temu. Wpływ na to miała na pewno też wysoko wykształcona


14 / MAGAZYN EIMPERIUM


P E A D A R D E B U R C A / 15

kadra. Irlandczycy, podobnie jak Polacy, uwielbiają swoje uniwersytety, kochają studiować i mają pociąg do wiedzy. Doczekaliśmy się młodego pokolenia rwącego się do pracy i do sukcesów. Tę samą ścieżkę sukcesu można by dziś odtworzyć w Polsce. Choć nie mam pewności, czy to by się udało. Barierą może być przerośnięta polska biurokracja. Polacy chętnie się dziś spierają, który rząd był gorszy – poprzedni czy obecny. Moim zdaniem oba są siebie warte. Platforma Obywatelska miała osiem lat, żeby zmienić Polskę i nie zrobiła praktycznie nic. AW: Były polski premier - Donald Tusk - mówił, że Polska będzie „zieloną wyspą Europy”. Nawiązywał w ten sposób właśnie do tego irlandzkiego cudu gospodarczego, o którym mówiliśmy. Czy Pana zdaniem udało się tę zapowiedź zrealizować? PB: Nie. Nigdy nie zrobił niczego w tym kierunku. Przede wszystkim nie ograniczył biurokracji. Mógł sprawić, żeby ludziom łatwiej było otwierać biznesy. Nie zrobił tego. Ale obecny rząd Prawa i Sprawiedliwości też tego nie robi. Dlatego jeśli chcesz dzisiaj otworzyć w Polsce własny interes, musisz pracować dwukrotnie ciężej, niż gdybyś chciał to zrobić w Irlandii. Podam przykład. Mam w Irlandii przyjaciela, którego siostra piecze ciasta. Nie potrzebuje do tego żadnego lokalu, żadnych inwestycji. Po prostu zaczęła je robić. Zgłosiła tylko swój zamiar do kontroli sanitarnej. Pracownicy naszego irlandzkiej sanepidu przyszli do jej mieszkania, skontrolowali jedynie czy jest czysto i wydali zgodę. „Proszę bardzo, możesz tu piec swoje ciasta” - powiedzieli. A w Polsce? Tu również mam przyjaciółkę w podobnym biznesie. Myśli Pan, że wolno jej piec ciasta u siebie w mieszkaniu? Nigdy w życiu! Musi mieć do tego specjalną kuchnię, która spełnia mnóstwo wyśrubowanych standardów. To jakieś szaleństwo! Jeśli chcecie mieć w Polsce „zieloną wyspę”, to musicie zacząć od upraszczania ludziom życia. I zacząć ludziom godziwie płacić, żeby nie zarabiali jednej piątej tego, co pracownicy na zachodzie Europy. Znam nauczycieli w Polsce, którzy zarabiają – w przeliczeniu – może tysiąc euro. To jest żenujące! Dla porównania, moja zaprzyjaźniona nauczycielka z Irlandii zarabia 52 tys. euro rocznie. To musi się zmienić. Płaćcie nauczycielom godziwe pieniądze. Płaćcie lekarzom godziwe pieniądze. Płaćcie policjantom godziwe pieniądze. Wtedy będą zmotywowani, będą się bardziej starać, a kraj będzie mógł się rozwijać. A jak ludzie będą mieli pieniądze, nie będą musieli szukać pracy za granicą. Będą zostawali w kraju i tutaj wydawali zarobione złotówki. Nie robicie tego. Wręcz przeciwnie, dajecie się wyzyskiwać zagranicznym korporacjom, które szukają w Polsce wyłącznie taniej siły roboczej, żeby pomnażać swoje zyski. To samo jeśli chodzi o sklepy. Uderzyło mnie to, gdy tylko tu przyjechałem. To miał być zupełnie inny świat, a gdzie nie spojrzeć, wszędzie widziałem markety TESCO. Zupełnie jak u mnie w domu. Albo Biedronki, Lidle itd. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego nie ma wielkiej sieci polskich supermarketów. Macie dostęp do wspaniałego jedzenia i mnóstwa innych zasobów, ale nie potraficie przekuć tego w sukces. Dlaczego? Ktoś mi powiedział, że to wina Polaków, bo nie umieją współpracować dla wspólnego dobra. Nie przekonuje mnie taki argument. To przecież bardzo naturalne, żeby Polacy kupowali polskie jedzenie w polskich sklepach i żeby ich pieniądze zostawały w Polsce. Nie chce mi się wierzyć, że mądrzejsi ode mnie ludzie pracujący dla polskiego rządu nie potrafią dojść do tych samych wniosków i wprowadzić ich w życie. Trzeba by zapytać, dlaczego tego nie robią? Dlaczego politycy wszystkich partii nie dojdą wspólnie do takich budujących wniosków i nie zaczną po prostu wprowadzać ich w życie? AW: Bo w naszym kraju każda partia ma swoje własne, najlepsze pomysły na rozwój gospodarki. W Polsce wydaje się niemożliwe to, co obserwujemy w innych krajach, gdzie duże partie potrafią tworzyć koalicje i wyznaczać wspólny kierunek w rozwoju, współpracować ponad podziałami. PB: Tak właśnie powinno to wyglądać, bo tak zachowują się patrioci. Nie patrzą na swoje osobiste poglądy, ale mówią jasno: “postawmy kraj na pierwszym miejscu”. Chodzi o to, żeby ustalić wspólnie, co jest dobre dla edukacji, co jest dobre dla służby zdrowia, co jest dobre dla rozwoju infrastruktury, a następnie zebrać te wszystkie cele w jeden plan rozpisany na 10 lat, który byłby realizowany niezależnie od tego, kto akurat będzie u władzy. Nawet jeśli rząd się zmieni, ten plan będzie nadal wdrażany. Bo najważniejszy powinien być kraj i ludzie, którzy w nim mieszkają, a nie partyjne poglądy. To banalnie proste. Wróćmy jeszcze raz do Gliwic i wyobraźmy sobie, że zamiast drogi przez środek miasta - ja wiem, że ona była planowana przez dziesięciolecia - odbudowujemy kanał, który niegdyś tamtędy przebiegał. Na jego brzegach mogłyby powstać kawiarnie, a mieszkańcy wypływaliby na wodę łódkami lub spacerowali po nabrzeżnych bulwarach. Pochodzę z miasta w zachodniej Irlandii, gdzie w centrum jest taki właśnie


16 / MAGAZYN EIMPERIUM


P E A D A R D E B U R C A / 17 kanał. Ludzie z całego świata przyjeżdżają, żeby móc go zobaczyć. Później wydają na miejscu swoje pieniądze, dzięki czemu miasto staje się coraz bogatsze. Tak samo mogłoby być w Gliwicach. Tym bardziej, że ukierunkowani jesteśmy na pracowników firm programistycznych, ludzi w typie hipsterów, którzy mogliby patrzeć na to miasto z zachwytem: “patrzcie, to są Gliwice - wspaniałe miejsce i mają ten piękny kanał w centrum, wokół którego gromadzą się ludzie szukający sposobów na miłe spędzenie czasu”. Ta wizja mogłaby ich tu przyciągać, sprawiać, że chcieliby tu zamieszkać ze swoimi rodzinami, mieć dzieci. Dokładnie tak dzieje się dzisiaj w Kopenhadze - mieście bardzo przyjaznym dla ludzi i dla rodzin. Tak samo mogło być w Gliwicach. A co mamy w zamian? Drogę! Przychodzą do mnie ludzi i mówią: “dzięki tej drodze dojeżdżam do Katowic 5 minut szybciej”. To naprawdę wspaniałe! Nieważne, że dla tych 5 minut zniszczyliśmy miasto, wpuściliśmy do niego spaliny, rozpołowiliśmy je na dwie odseparowane od siebie części. AW: Cały czas mówimy o Irlandii, ale nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że opisuje Pan Polskę. Podobieństwa są uderzające. Polacy też masowo emigrują do Stanów Zjednoczonych i do Anglii. Nasza drużyna piłkarska gra najlepiej od dziesięcioleci. Pierwszy raz w historii wygraliśmy z Niemcami. Dostrzega Pan więcej takich podobieństw? PB: Oczywiście, Polacy i Irlandczycy są bardzo podobni mentalnie. Mają tendencję do tego, żeby czuć się gorszymi od innych, szczególnie prześladowanymi przez los. Zauważyłem, że w Polsce bardzo żywe jest poczucie bycia ofiarą, podkreślania, że inne kraje nas skrzywdziły. W Irlandii było podobnie - też tak myśleliśmy. A potem po prostu przestaliśmy. 20 lat temu powiedzieliśmy sobie, że chcemy się zmienić, że nie chcemy być już ofiarami, którym ludzie tylko współczują. Zamarzyliśmy o wielkości. AW: Zaczęliście patrzeć w przyszłość, a nie wyłącznie za siebie. PB: Dokładnie tak. To było bardzo ważne dla procesu pokojowego w Irlandii Północnej, który zaczął się w 1995 roku, a już trzy lata później osiągnęliśmy porozumienie, na mocy którego walki zostały wstrzymane. W latach 80. i 90. nie było dnia, żeby nie pojawiały się informacje, że ktoś w Irlandii Północnej został zastrzelony albo zginął w ataku bombowym. To była nasza codzienność. Nie ważne, czy mieszkałeś na północy, czy na południu kraju. Takie informacje musiały wpędzać cię w depresję. I nagle wszystko się skończyło. Politycy porozumieli się i zatrzymali tę narastającą falę przemocy. To zasługa między innymi Bertiego Aherna - bardzo dobrego negocjatora, który był wówczas premierem. To on usiadł do stołu z Tonym Blairem oraz Gerrym Adamsem z północnoirlandzkiej partii Sinn Féin i wspólnie wypracowali to porozumienie. Nareszcie nastał pokój. Więc jeśli ci ludzie, którzy tak się nienawidzili, których poplecznicy przez czterdzieści lat wzajemnie się zabijali, potrafili się porozumieć, to nie uwierzę, że takie porozumienie

ponad podziałami nie jest możliwe tutaj w Polsce. Możecie brać przykład z Irlandii. My również byliśmy ofiarami, wydawało nam się, że wszyscy są przeciwko nam. Ale wystarczyło zmienić sposób patrzenia na świat, żeby zrozumieć, że tak nie musi być. Oczywiście nie wystarczy porozumienie na szczycie. Również ludzie muszą się zmienić. Myśleć bardziej lokalnie. To bardzo ważne zarówno dla mnie, jak i mojej żony, żeby żyć lokalnie. To żaden problem wsiąść do samochodu i pojechać na zakupy do hipermarketu. Zdarza nam się. Ale najczęściej staramy się robić zakupy w małych, osiedlowych sklepach. Zabieramy ze sobą rowery obładowane siatkami i wypełniamy je do pełna. Staramy się nie korzystać z samochodu, nie brać plastikowych toreb, zostawiać nasze pieniądze u polskich przedsiębiorców. W ten sposób każdy z nas może pomagać swoim sąsiadom, wspierać lokalną gospodarkę. Albo inny przykład. Siedem lat temu, gdy przyjechałem do Gliwic po raz pierwszy, park za naszą kamienicą był pełen psich kup. Za każdym razem zabieraliśmy więc ze sobą na spacer plastikowe woreczki. Gdy tylko widzieliśmy kogoś z psem załatwiającym swoje potrzeby, dawaliśmy mu woreczek, żeby mógł posprzątać po swoim pupilu. I to zaczęło działać. Sytuacja się zmieniła. Dzisiaj kupa w naszym parku to coś bardzo rzadkiego. Na tym właśnie polega branie odpowiedzialności za swoje otoczenie. Jeśli gdzieś w naszym sąsiedztwie mieszka samotna starsza osoba, nie bójmy się serdecznie jej pozdrowić. Nie ważne, że jej nie znamy. Po prostu przywitajmy się i zapytajmy, czy wszystko u niej w porządku. To proste wystarczy przestać być samolubnym i pomyśleć czasem o okolicy, w której żyjemy. AW: Dlaczego zatem wyjechał Pan z Irlandii i przyjechał do Polski? Kiedy to było? PB: Wydaje mi się, że to było w 2010 roku, kiedy urodziła się moja pierwsza córka. Chyba się bardzo nie pomylę, jeśli powiem, że główny powód, dla którego obcokrajowcy przyjeżdżają do Polski, to fakt, że zakochali się w jednej z tutejszych kobiet. Dokładnie tak było ze mną. Był taki moment w moim życiu, że rzuciłem się w wir pracy - bardzo dużo pisałem i wystawiałem. Pracowałem po 18 godzin na dobę, aż w pewnym momencie poczułem się wypalony. Potrzebowałem zmiany - z różnych względów. Wtedy poznałem moją żonę, której praca wymagała od niej pozostania w Polsce. Stwierdziłem, że mogę pojechać tam razem z nią. To miała być dla nas obojga wielka przygoda. Dla Irlandczyka emigracja to w sumie chleb powszedni. Tylko, że zazwyczaj wyjeżdżamy do Stanów Zjednoczonych albo Australii. To dla nas wygodne, bo znamy język. Ja postanowiłem porwać się na coś bardziej ambitnego, coś co byłoby prawdziwym wyzwaniem. I tak właśnie trafiłem do Polski. Myślę, że każdy w połowie swojego życia, gdy ma trzydzieści kilka lat, powinien rzucić sobie jakieś wyzwanie. To budzi, wyrywa z monotonii. Jak tylko tu przyjechałem od razu pojawiły się różne problemy. To było dobre, bo problemy sprawiają, że ludzie muszą przemyśleć pewne sprawy, zastanowić się dwa razy, muszą się


18 / MAGAZYN EIMPERIUM zmierzyć sami ze sobą, przestają być leniwi. Lenistwo to wróg każdego z nas. Ciągle chodzimy do tych samych sklepów, spotykamy się z tymi samymi przyjaciółmi, w piątki chodzimy do tego samego pubu. Popadamy w rutynę. Życie zaczyna nas nudzić. I wtedy właśnie wyjeżdżamy na drugi koniec świata. Ja tak zrobiłem. Przyjechałem do Polski, z dala od mojej strefy komfortu. Musiałem znaleźć nowych przyjaciół, nowe zajęcie, nowe sposoby komunikowania się z ludźmi mówiącymi w innym języku - w zasadzie całkiem nowy sposób na życie. Musi Pan wiedzieć, że w Irlandii zarabiałem naprawdę dobre pieniądze. A w Polsce? Mógłbym na przykład uczyć języka, ale to zupełnie nie dla mnie. Poza tym, nie jestem nauczycielem, więc nie będę udawał nauczyciela tylko po to, żeby zarabiać pieniądze. Polska przywitała mnie więc nieustannymi wyzwaniami, ale dzięki temu jestem dzisiaj lepszym człowiekiem. Z perspektywy czasu stwierdzam, że przyjazd tutaj to był znakomity pomysł. Oczywiście, były momenty, gdy czułem się bardzo źle z dala od mojego kraju, moich przyjaciół, mojego dawnego życia. Ale więcej było momentów radości i zadowolenia. Bycie tutaj, z moją rodziną, możliwość zajmowania się dziećmi – to dla mnie bardzo wiele znaczy. Nigdy bym się już nie zamienił na moje dawne życie.

się. Byliśmy gdzieś na Śląsku z dala od domu. A ona ciągle krzyczała: „Tatuś, siusiu, kupa”. Musieliśmy szybko znaleźć jakąś łazienkę. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi. Wysiedliśmy, a ja chciałem zapukać do pierwszego napotkanego domu. Na każdej bramie był jednak ten sam napis: „Uwaga pies”. Na niektórych był jeszcze bardzo przekonujący obrazek rottweilera zjadającego ludzką twarz. Moja córka miała już jednak spodnie ściągnięte do kostek, więc nie było odwrotu. Zanim jednak dostałem się do najbliższych drzwi, zaatakował mnie jakiś mały szalony pies i zaczął gryźć po kostkach. Próbowałem go jakoś odgonić. W tym czasie otworzyły się drzwi i stanęła w nich właścicielka domu, typowa śląska gospodyni w kwiecistym fartuchu. Musiała być bardzo zdziwiona, bo wyglądałem, jakbym gwałcił jej psa. Zapytała mnie, co robię. A ja na to: „siusiu, kupa”. Wystraszyła się i zaczęła wołać swojego męża. Ten szybko się pojawił - w kamizelce i z laską. Zaczął nią wymachiwać w moją stronę. Chciałem jakoś wyjaśnić, że to nie ja chcę zrobić kupę, tylko moja córka. Wziąłem ją na ręce. On machał przed nią swoją laską. Pies szczekał. W tym momencie Malina nie wytrzymała i narobiła prosto na tego biednego psa. To była chyba najdziwniejsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w Polsce. Ale wcale nie jedyna. AW: Jakie inne historie lubi Pan opowiadać?

AW: Czytałem, że z pomocą córek próbuje się Pan uczyć polskiego. PB: Próbowałem dwukrotnie, ale mi nie wyszło. To po prostu zbyt trudne. AW: Trudniej, niż z irlandzkim? PB: Ciężko mi to porównać. Z irlandzkim się wychowywałem, więc może mi się wydawać łatwy. Moje córki mówią płynnie po polsku i angielsku, a teraz uczą się irlandzkiego. Ale dla nich to proste, bo są młode. Z wiekiem nauka języka przychodzi coraz trudniej. Nie tylko dlatego, że człowiek stopniowo traci połączenia nerwowe w mózgu, ale też dlatego, że robi się leniwy. Może gdybym przez ostatnie siedem lat poświęcał codziennie dwie godziny na naukę polskiego, dzisiaj rozmawialibyśmy już po polsku. Nauka zabiera jednak dużo czasu, a ja wbrew pozorom nie mam go bardzo wiele. Muszę pisać książki, artykuły do gazet, opiekować się córkami, bo moja żona pracuje na pełny etat. Oczywiście uwielbiam się nimi zajmować, uczyć nowych rzeczy, ale to zabiera mi czas, który mógłbym poświęcić na przykład na naukę polskiego. AW: Bycie ojcem na tzw. pełny etat to nie jest częste zjawisko w Polsce. Zwykle dziećmi zajmują się tutaj jednak kobiety. Wyobrażam sobie, że gdy idzie Pan ze swoimi córkami na przykład na plac zabaw, musi to wyglądać dziwnie. Same matki i Pan – jedyny mężczyzna. PB: Bez przerwy przytrafiają mi się różne zwariowane sytuacje. Piszę sporo komedii, a większość opowiada o tym, jak opiekuję się moimi córkami. Jest taka historia, o którą wszyscy proszą, żebym im opowiedział. Jechałem wtedy samochodem z moją młodszą córką, Maliną, gdy nagle zachciało jej się zrobić kupę. Generalnie zgubiliśmy

PB: Raz zostałem zaatakowany przez warszawską ekipę filmową. Po całym dniu zajmowania się córkami wracaliśmy z kawiarni do domu niosąc ze sobą wielką butlę soku jabłkowego. To było kilka lat temu, gdy większość uliczek w centrum była rozkopana i mieliśmy tylko jedną drogę do domu. Nagle wyrósł przede mną jakiś człowiek z krótkofalówką i zaczął na mnie krzyczeć po polsku. Mówiłem mu, że nic nie rozumiem. Dopiero jak się rozejrzałem zauważyłem, że oni kręcili tam jakiś film. Widziałem sporo ludzi, kamery, aktorów przebranych za radzieckich żołnierzy. I ten człowiek z krótkofalówką krzyczący na mnie, że mam się wynosić z planu zdjęciowego. Przeprosiłem go i próbowałem wyjaśnić, że to jedyna droga jaką możemy wrócić do domu. Kazał nam iść za sobą, ale bez przerwy nas poganiał. Powiedziałem mu, żeby trochę wyluzował, a on zdjął marynarkę i próbował się na mnie rzucić. To nie był żaden mięśniak. Normalny facet, wykształcony, znał języki. Nie mógł mi nic zrobić, bo miałem przed sobą tę wielką butlę soku. Odepchnąłem go i zaraz otoczyło mnie kilku innych, takich jak on. Ludzie w typie hipsterów – chudzi, w okularach przeciwsłonecznych. Chcieli się ze mną bić. Pomyślałem, że to nie może się dziać. Jeszcze dziwniejsze było to, że część z napastników była w strojach sowietów. Pomyślałem sobie, że tak musieli się czuć gliwiczanie w 1945 roku, gdy do miasta wkraczała Armia Czerwona. Nie było mowy, żebym się z nimi bił. Zamiast tego po prostu usiadłem na ulicy. Powiedziałem im, że to absurdalne i że nigdzie się nie ruszę póki mnie nie przeproszą. Byli wściekli, przeklinali mnie, grozili, że zadzwonią po policję. Powiedziałem im, żeby dzwonili. Policjanci przyjechali i odjechali. Siedziałem tam jeszcze przez godzinę. W tym czasie podchodzili do mnie różni producenci filmowi. Żaden mnie nie przeprosił. Uznałem w końcu, że wrócimy do domu, ale chciałem, żeby wiedzieli, że zachowali się bardzo źle. Tak nie traktuje się ludzi. A moje dziewczynki zupełnie jakby dla nich nie istniały.


P E A D A R D E B U R C A / 19


20 / MAGAZYN EIMPERIUM

Takich zwariowanych historii jest mnóstwo. Z drugiej strony, opiekując się córkami zawieram też sporo znajomości. Wielu naszych znajomych to osoby, które poznałem na placu zabaw. Moja żona ma bardzo dobrą przyjaciółkę, Martę, którą poznała właśnie dzięki moim regularnym wypadom na plac zabaw. To że spędzam tyle czasu z moimi córkami często bardzo mi też pomaga. Zawsze mogę je poprosić, żeby coś mi przetłumaczyły albo wyjaśniły. To częsty obrazek, że moja starsza, 7-letnia córka objaśnia mi sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. To ona wtedy rządzi. Mam tylko nadzieję, że to pozytywnie wpływa na ich pewność siebie, ale nie stresuje ich nadmiernie. AW: Słyszałem też, że wiele zabawnych sytuacji wynika z tego, że stale przekręca Pan imię swojej młodszej córki i woła na nią „Melina”. To musi być strasznie śmieszne, gdy na przykład szuka jej Pan na placu zabaw i pyta przypadkowych ludzi, gdzie jest melina. PB: Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek zgubił moją córkę na placu zabaw. Jest bardzo mądra i trzyma się blisko mnie. Ale faktycznie nie potrafię dobrze wymawiać jej imienia, więc ludzie często się dziwią, dlaczego dałem jej tak głupio na imię. „Serio, nazwałeś swoją córkę Melina?” - nie potrafią uwierzyć. A ja przytakuję. Takie wpadki językowe w ogóle przytrafiają mi się dość regularnie. Ludzie często nie mają pojęcia, co chcę powiedzieć. Żona kiedyś wysłała mnie do sklepu po jajka. Kilka razy powtórzyła polskie słowo, którego mam użyć w rozmowie z ekspedientką. Ale i tak go zapomniałem, więc gdy już byłem w sklepie, zacząłem gdakać jak kura, żeby powiedzieć, czego potrzebuję. A ekspedientka wręczyła mi kurczaka.

dzwoni do ciebie teść i pyta się na przykład, co to jest seks analny, a ty musisz mu obrazowo wyjaśniać, żeby wiedział, jak to przełożyć na polski. Czasami musiało być mu też trochę niezręcznie, gdy tłumaczył moje artykuły atakujące Kościół, bo sam jest bardzo religijny. Na pewno nie było mu łatwo pracować przy felietonach atakujących jego własne przekonania. Nigdy nie dał jednak po sobie znać, że jest z tego niezadowolony. Przy okazji często ze sobą rozmawiamy na różne tematy światopoglądowe. AW: Pana główne zajęcie to jednak nie pisanie do gazet, ale sztuk teatralnych. Jest Pan dramatopisarzem i często wystawia swoje sztuki w teatrze w Katowicach. Spotkałem się również z określeniem, że zajmuje się Pan stand-upem. Czy to dobre określenie na to, co Pan robi na co dzień? PB: Jak najbardziej. Właśnie niedawno wróciłem z Krakowa z festiwalu komediowego, gdzie dawałem przedstawienia. Często zajmowałem się tym jeszcze w Irlandii. Szło mi zresztą bardzo dobrze. W Polsce nie mam już tylu okazji do występowania. Zwykle nie grywam częściej, niż raz na kwartał, a w Irlandii występowałem nawet kilka razy w tygodniu. To z pewnością jedna z tych części mojego życia, za którymi najbardziej tęsknię. Ale zdarza się też tak, że na mój występ przychodzi na przykład tylko dziesięć osób. Ciężko jest rozśmieszyć taką małą grupę. Przy, dajmy na to, sześćdziesięciu ludziach na widowni jest dużo łatwiej. Ale lubię to bardzo i żałuję, że występuję tak rzadko. Aktualnie dużo więcej piszę. Skończyłem właśnie pisać swoją pierwszą powieść.

AW: Wspomnieliśmy już o tym, że pisze Pan felietony do „Gazety Wyborczej”. Jak się zaczęła ta współpraca?

AW: O czym ona jest?

PB: Pierwsza zgłosiła się do mnie gazeta z Prudnika, którą kieruje przyjaciel moich teściów. Zapytali mnie, czy nie chciałbym od czasu do czasu czegoś dla nich napisać za darmo. Zgodziłem się. Tak to się zaczęło. Dopiero po jakichś dwóch, trzech miesiącach publikowania w Prudniku skontaktowała się ze mną „Gazeta Wyborcza”. Powiedzieli, że czytali moje teksty i czy dla nich też bym nie mógł pisać raz w tygodniu.

PB: Napisałem o nastolatce, która zaginęła gdzieś na Śląsku. Na poszukiwania wyrusza jej sąsiadka. Książka jest jednak po angielsku i boję się trochę, że sporo straci przy tłumaczeniu. Waham się więc, czy w ogóle wydawać ją w Polsce, czy nie poszukać wydawnictwa gdzieś na Wyspach, gdzie wydrukowana byłaby w oryginale. To dla mnie w tej chwili największy problem. Ale najważniejsze, że powieść w ogóle jest skończona i gotowa do wydania.

Dodatkową trudnością jest to, że pisze Pan po angielsku. Słyszałem, że teksty wysyłane do druku tłumaczą wcześniej Pana teściowie.

AW: Czy to, że występujesz po angielsku stanowi jakieś utrudnienie? Łatwo jest rozśmieszyć polską publiczność nie mówiąc z jej języku?

Tak, dokładnie robi to mój teść Adam. Jest bardzo cierpliwy i naprawdę lubi to robić. Myślę, że w młodości marzyło mu się, że zostanie kiedyś tłumaczem. Ale jego ojciec był inżynierem w kopalni, więc wybrał dla inną karierę. Teraz dzięki mnie ma możliwość zrealizować swoje marzenia z dzieciństwa, więc bardzo lubi to robić. Nie spłoszyło go nawet to, że na początku dość często używałem w swoich tekstach wulgaryzmów, które on musiał potem tłumaczyć. Nie wiem, jak się z tym czuł. Czasami było dość niezręcznie, gdy dzwonił do mnie w trakcie robienia tłumaczenia, żeby o coś dopytać i czytał te wszystkie niezbyt grzeczne określenia, których użyłem. To dość dziwne, gdy

PB: Okazuje się, że to nie problem. Na moich przedstawieniach w Teatrze Korez bywa po 100-150 osób i zawsze bardzo żywiołowo reagują. Myślę, że ludzie, którzy przychodzą na moje występy po prostu chcą się śmiać i dlatego jest mi łatwiej. Kiedyś po przedstawieniu podszedł do mnie jeden z widzów i powiedział, że bardzo mu się podobało. Zapytałem, dlaczego? On odparł, że zwykle zagraniczni standuperzy w swoich występach dworują sobie z Polaków, a ja śmieję się przede wszystkim z samego siebie. Takie właśnie są moje teksty. Czasami krytykuję w nich Polskę, ale najczęściej faktycznie piszę o sobie i swoim szalonym życiu w Polsce.


P E A D A R D E B U R C A / 21


22 / MAGAZYN EIMPERIUM


N A S T R O J E / 23


24 / MAGAZYN EIMPERIUM


N A S T R O J E / 25


26 / MAGAZYN EIMPERIUM

Detektyw Historii

DETEKTYW

HISTORII

Studnia na gliwickim rynku TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 27

Rynek gliwicki odsłonił podczas prac rekonstrukcyjnych prowadzonych w 2010 roku swą kolejną tajemnicę. I to bardzo głęboko schowaną. Archeolodzy z Muzeum w Gliwicach odkopali bowiem studnię pochodzącą z mniej więcej XVIII wieku. Równiutko ułożone płaskie kamienie, wyznaczały krąg średnicy 2,5 metra, biegnący w głąb ziemi. Prace nad głębieniem zasypanej studni nie trwały jednak długo, gdyż pośpiech związany z przekazaniem przez archeologów wykopów firmie remontującej płytę rynku, wymusił szybkie zakończenie badań. Tym sposobem dokopano się tylko do głębokości 2,3 m. Czy można sobie wyobrazić żal archeologów, że nie mogli dotrzeć do dna studni i przekonać się co wpadało do niej przez kilkaset lat istnienia targowiska? Jaka mogła być historia studni? Rynek był w tamtych czasach miejscem handlu, tu przekupki rozkładały swoje kosze a rzemieślnicy kramy. Targowiska zawsze miały dostęp do wody, nie inaczej było więc w Gliwicach, tym bardziej że ówczesny transport opierał się na koniach, a one chciały pić po długiej drodze. Przekupkom również woda była niezbędna w handlu warzywami, owocami czy mięsem lub nabiałem. Stała więc studnia na środku placu targowego i kołowrotem lub żurawiem wyciągano z niej wodę wiadrami. Ciekawostką jest fakt iż w pobliżu cembrowiny nie odnaleziono nawet kawałeczka drewnianej konstrukcji takiego żurawia. To jest pierwszą zagadką. Dalsze pojawiłyby się na pewno, gdyby archeolodzy mogli kopać dalej. W badanym miejscu w latach późniejszych ustawiono pompę ręczną. Możliwe, że było to przed budową w roku 1794 fontanny „Neptuna”, bowiem pierwsze pocztówki z widoczkiem rynku nie pokazują ani studni ani pompy. Ciekawostką kolejną jest fakt istnienia takiej pompy nad studnią ale w zupełnie innym miejscu – od frontu fontanny Neptuna. Odkryta studnia znajduje się tymczasem po prawej stronie fontanny. A więc były dwie, tylko w różnym okresach ? Hipotez na te tematy może być mnóstwo. Mam oczywiście swoją – Czytelnicy zapewne też. Zastanawia bowiem sprawa doprowadzenia wody do fontanny „Neptuna” z odległej Wójtowej Wsi, w celu wywołania efektu tryskania wody pod ciśnieniem z trójzęba kamiennego władcy mórz . Ale nigdzie nie ma wzmianki o tym co się działo z wodą w zbiorniku pod pomnikiem Neptuna. Przecież dopływająca woda musiała gdzieś być z niego odprowadzana, inaczej wylewała by się górą a powstałe błoto skutecznie utrudniało by handel. Tak na pewno nie było. Możliwe że istniały wokół rynku rynsztoki, tym bardziej że jednym z wcześniejszych odkryć był spory fragment doskonale zachowanego dawnego bruku. Gliwickie targowisko było bardzo nowoczesnym na owe czasy, bowiem wyposażone zostało nawet w wagę miejską na której za odpowiednią opłatą dokonywano ważenia towarów. Dzierżawcą tej wagi od miasta, był zegarmistrz mie-


28 / MAGAZYN EIMPERIUM

jski który w zamian za nastawianie i konserwację zegara ratuszowego otrzymał prawo pobierania opłaty od handlarzy za usługę ważenia. Kamienną podstawę tej wagi również odnaleziono podczas prac archeologicznych. Ale wróćmy do naszej fontanny – czy nie mogło być tak, że nadmiar wody z jej zbiornika kierowano do stojącej tuż obok studni ? Woda wtedy się nie marnowała a łatwo ją było wyciągnąć wiadrami do koryt dla koni czy innych celów targowych? Podczas prac ziemnych, kamienną cembrowinę całkowicie zdemontowano, wiekowe kamienie wyrzucono by zrobić dla turystów betonowy krąg obłożony współcześnie łamanym kamieniem. Kamienna okrągła półka to również na szybko wyprodukowany współczesny erzac, namiastka tego co było. Po prostu tandetny bajer. Całość przykryto ciągle zaparowaną szybą i … nastąpił święty spokój w gronie organizatorów wystroju gliwickiego rynku. Studni towarzyszy pewne anegdotyczne wydarzenie związane z wizytą w Gliwicach Wojciecha Pszoniaka. Otóż, jednym z fragmentów jego pobytu w mieście miał być przejazd pięknym starym samochodem po rynku gliwickim. Kierowca – możliwe że dawny gliwiczanin, nie spodziewał się na jego płycie niczego więcej poza fontanną Neptuna. No i przy jednym z zakrętów uderzył samochodem w studnię uszkadzając zabytkowy zderzak. Dziwił się zapewne, kto tu taką studnię postawił skoro wcześniej jej nie było. Gdybyśmy jednak mogli, mimo paskudnej studziennej szyby wrzucić do niej grosik, w zamian - po zamknięciu oczu zobaczylibyśmy dawne przekupki nawołujące do zakupów, usłyszelibyśmy gwar targowiska, dzwonki zegara ratuszowego i końskie siorbanie wody. A szum fontanny Neptuna niech przypomina Państwu jeszcze długo historię odkopanej studni.


D E T E K T Y W H I S T O R I I / 29


30 / MAGAZYN EIMPERIUM

PODRÓŻNIK GLIWICKI

MIASTO NA WODZIE

ZDJĘCIA: ŁUKASZ TRUSZ TEKST: ŁUKASZ TRUSZ


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 31

Słońce, wyborne wino i doskonałe makarony znajdziemy w całych Włoszech. Gondole, domy na wodzie i najstarszą włoską kawiarnię, już tylko w Wenecji. Zapraszam do jednego z najdroższych europejskich miast, które dziś zwiedzimy prawie za darmo. Nie da się jej opisać w kilku słowach, ani nie można jej porównać do żadnego innego miasta. Jest jedyna w swoim rodzaju, więc nic dziwnego, że trafiła na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Od plemion po handlowe mocarstwo! Mimo, że od wieków znajdowali się ludzie, którzy wróżyli jej rychły upadek ze względu na nietypową zabudowę, Wenecja wciąż umacniała swoją silną pozycję, aż stała się turystyczną perełką na światową skalę. Historia powstania tego wyjątkowego miasta sięga V wieku, kiedy to plemię Wenetów, uciekając przed najazdem Hunów, założyło osadę na wodzie. Od VII wieku stanowiła ona republikę, która z czasem stała się potęgą morską na Adriatyku. Gdy w XIII wieku kupiec i podróżnik znany jako Marco Polo odkrył drogę morską do Chin, Wenecja przerodziła się w główny ośrodek w Europie, prowadzący handel ze Wschodem. Będąc monopolistami w sprzedaży jedwabiu i przypraw Wenecjalnie pilnie strzegli sekretu swojej trasy i wodnego transportu wszelkich dóbr. Tłuste lata skończyły się, gdy w XV wieku do Indii dotarł Vasco da Gama, otwierając nowy, bezpieczniejszy szlak handlowy. Co ciekawe przez kilkadziesiąt lat w XVII i XVIII wieku Wenecja należała do Austrii, aby ostatecznie w 1866 roku dołączyć do nowopowstającego po latach rozsypki państwa włoskiego. Obecnie niezaprzeczalnie wizytówką Wenecji są gondolierzy, którzy przewożą turystów swoimi łodziami po urokliwych kanałach, odkrywając magiczne zakamarki miasta. Wbrew pozorom ruch na kanałach, a zwłaszcza na Canal Grande, jest naprawdę duży. Poza gondolami możemy przemieszczać się także prywatnymi łodziami, wodnymi taksówkami oraz wodnym tramwajem, który dla turystów jest idealnym rozwiązaniem do odwiedzenia innych wysepek i zabytków. Jeden bilet pozwala bowiem na blisko godzinę pływania z dowolną ilością postojów i ptrzesiadek. To w zupełności wystarczy aby “obskoczyć” co ciekawsze atrakcje na sąsiednich wybrzeżach. Miasto już dawno nie ogranicza się bowiem wyłącznie do jednej wyspy. Nawet i bez wodnego tramwaju mamy jednak dostęp do najważniejszych atrakcji i miejsc, które są w naszym „pieszym” zasięgu. Zatem od czego zacząć? Aby odkryć Wenecję najlepiej wyruszyć z miasta Mestre, w którym łapiemy tramwaj i mkniemy do „wodnego miasta”. Wysiadamy kilkanaście metrów od pierwszego mostu i weneckiego kanału. W tym momencie cała Wenecja stoi przed nami otworem i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Pierwsze kroki, pierwszy most i już wpadamy w zachwyt. Łódki i motorówki mijają się niczym rowery i samochody na drogach, które znamy z codziennego życia. Tutaj jest o tyle inaczej, że w mieście nie ma żadnych

samochodów, więc cały ruch odbywa się drogą wodną. Również dostawy towarów do sklepów, czy na przykład paczki kurierskie transportowane są łodziami. Wszystko wydaje się jak z bajki. Kroczymy starym miastem, błądząc między kamiennymi labiryntami i zastanawiamy się czy to prawda, czy też może sen. W końcu ciężko uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, a dla tutejszych ludzi tak właśnie wygląda tzw. „szara rzeczywistość”. Choć szarości tu raczej nie doświadczymy. Nie zdziwmy się jeśli podczas poszukiwania atrakcji lub po prostu spacerowania niejednokrotnie zgubimy się lub dojdziemy do ślepej uliczki. Mimo, że w teorii różne atrakcje dzielić może zaledwie kilka kroków, nie oznacza to, że nie będziemy musieli pokonać kilku kanałów i odnaleźć kilku mostów, aby suchą nogą dotrzeć na miejsce. Dlatego weźcie to pod uwagę i przeznaczcie na zwiedzanie nieco więcej czasu, niż moglibyście zakładać. Będąc już na miejscu możemy podzielić Wenecję na dwie części. Ścisłe centrum ze starym miastem, wygórowanymi cenami oraz masą ludzi, a także spokojne przedmieście z równie albo i bardziej urokliwymi uliczkami, przystępnymi cenami oraz mniejszym ruchem turystycznym. Oczywiście nie unikniemy zwiedzania bez wejścia do serca miasta, ale warto zachować rozsądek i odczekać z ewentualnym zakupowym szałem oraz gastrofazą, aż ponownie znajdziemy się na obrzeżach.

Główne zabytki i atrakcje W tym miejscu warto w telegraficznym skrócie przybliżyć choć najbardziej warte uwagi atrakcje Wenecji. Numer jeden to na pewno rejs gondolą, gdzie poza muzyką na żywo możemy zostać również poczęstowani włoskim winem. Najbardziej romantycznie, ale też niestety najdorżej jest oczywiście udać się na taki wypad wieczorową porą. Gondolą z pewnocią wypłyniemy na Canal Grande – największy kanał, a zarazem główny węzeł komunikacyjny Wenecji. Możemy się przejść jego brzegiem lub przepłynąć przez całą długość na przykład wodnym tramwajem. Pora na monumentalne buydnki. Bazylika i plac św. Marka to centralny punkt miasta i największe skupisko ludzi. Nie można się temu dziwić, gdyż bazylika już z zewnątrz robi ogromne wrażenie. Niestety nie udało mi się wejść do środka, a baierą była wczesna pora zamykania obiektu. Do środka nie można wnosić toreb i plecaków. Należy je oddać do bezpłatnej przechowalni. Campanile di San Marco to wieża wybudowana w X wiekum, która miała służyć jako dzwonnica bazyliki. Na początku XX wieku runęła, po czym została odbudowana. Obecnie jest najwyższą budowlą w mieście mierzącą prawie sto metrów. Jak łatwo się domyślić, rozpościera się z niej jeden z najpiękniejszych widoków w Europie. Choć to akurat najlepiej ocenić samemu.


32 / MAGAZYN EIMPERIUM


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 33


34 / MAGAZYN EIMPERIUM

Pałac Dożów, czyli Palazzo Ducale – była rezydencja dożów i władców weneckich. Trzykondygnaycjny budynek z dziedzińcem i arkadami uważany za perełkę weneckiej architektury. Scuola Grande di San Rocco to zaś miejsce obecnie pełniące rolę galerii sztuki. Każde pomieszczenie jest bogato zdobione od posadzek, aż po sufity i posiada niezwykłe eksponaty. Niegdyś należało do bractwa św. Rocha. Wracamy nad wodę. Ponte dei Sospiri (tzw. Most Westchnień) łączy Palazzo Ducale, gdzie znajdowała się siedziba Inkwizycji, z więzieniami (Prigioni Nuove). Według legend więźniowie, którzy byli między innymi skazani na śmierć przechodząc tym mostem mieli wzdychać z utęsknieniem za wolnością i swoimi ukochanymi. Ponte di Rialto to z kolei najstarszy i jeden z czterech wielkich mostów przecinających Canal Grande. Do roku 1854 był jedynym mostem umożliwiającym przedostanie się na drugą stronę głównego kanału. Obecnie most pełni również funkcje handlową, gdyż mieści się na nim sporo kramów. Niezależnie od tego, ile zabytków odwiedzmy, nie mam wątpliwości, że najwięcej emocji daje już samo przebywanie w tym cudownym i starym mieście. Przemierzanie uroczych uliczek i błądzenie w labiryntach w celu odnalezienia przejścia na drugi brzeg to atrakcja sama w sobie. Mimo, iż przyznaję, że myślałem o Wenecji jak o mocno przereklamowanym miejscu, to jednak skradła mi serce i szczerze polecam jej odwiedzenie choćby na jeden dzień.


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 35


36 / MAGAZYN EIMPERIUM

1) Mieszkańcy - każdy, kto mieszka w historycznej części Wenecji jest zobowiązany do posiadania własnej oczyszczalni ścieków, a także środka transportu, który pozwoli przemieszczać się po licznych, wodnych kanałach. 2) Podobno Wenecja była pierwszym europejskim miastem, do którego dotarła kawa. Do dziś działa tam najstarsza kawiarnia we Włoszech Caffe Florian - otwarta w 1720 roku. 3) Marco Polo - podróżnik, który odkrył drogę morską do Chin (XIII-XIV wiek) pochodził z Wenecji 4) Casanova - określenie często używane w stosunku do mężczyzn, którzy są podrywaczami (a przynajmniej chcieliby być). To właśnie w Wenecji Giacomo Casanova dokonywał miłosnych podbojów. 5) Wenecki festiwal filmowy - uznawany jest za najstarszy filmowy festiwal na świecie! Został założony w 1932 roku przez hrabiego Giuseppe Volpi di Misurata. 6) Maski - maski są nieodłączną częścią weneckiego karnawału. Ich historia sięga XIII wieku. Co ciekawe były wykonywane dla lekarzy, aby chronić ich podczas kontaktu z chorymi pacjentami. 7) Gondole - środek transportu używany tylko w Wenecji. Na początku służyły głównie do przewożenia towarów, a obecnie są jedną z największych turystycznych atrakcji. 8) Gondolier - po Wenecji pływa ich nieco ponad 400. Niegdyś był to zawód przekazywany z ojca na syna. Żeby zdobyć licencję trzeba zdać egzamin podobny do tego na prawo jazdy. Podobno od niedawna licencję zdobyła pierwsza kobieta, a jedynym obcokrajowcem jest Polak. 9) Skrzydlaty lew - symbol Wenecji i św. Marka, który jest patronem miasta. W IX wieku relikwie św. Marka zostały przywiezione do Wenecji, po czym w miejscu ich pochówku wybudowano bazylikę. 10) Turyści - mimo, że jest to jedno z najdroższych miast w Europie, to co roku odwiedza je blisko 20 milionów osób! Tym oto edukacyjnym akcentem kończymy naszą - tym razem - włoską przygodę. Mam nadzieję, że nabraliście ochoty, aby odwiedzić Wenecję osobiście. Ja tymczasem mknę zaparzyć włoską kawę i rozmyślać już nad kolejną wyprawą.


P O D R Ó Ż N I K G L I W I C K I / 37

Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził trzy kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).


38 / MAGAZYN EIMPERIUM

YUMMY ENGLISH KATARZYNA ŁAKOMSKA

TASTY AND CONVENIENT WAY TO LEARN ENGLISH LANGUAGE


Y U M M Y E N G L I S H / 39

H

DICTIONARY YUMMY - PYSZNY COVENIENT - WYGODNY TASTY - SMACZNY


40 / MAGAZYN EIMPERIUM

KALE SMOOTHIE Although the season for kale is winter, its' fresh taste will certainly bring a lot of sunshine to your kitchen. This smoothie, rich in calcium, potassium and vitamin C is a perfect choice for a hot summer day. Not only the taste should encourage you to prepare this delicious green drink for your friends or family members, but also the health benefits won't disappoint you at all. Did you know that one serving of kale contains more absorbable calcium than a large glass of milk? Or did you know that kale can easily be grown in your garden? These are just a few of the many advantages. Follow the recipe and I promise, kale will make you fall in love!

DICTIONARY KALE - JARMUŻ SMOOTHIE - KOKTAJL SUNSHINE - PROMIEŃ ŚŁOŃCA TASTY - SMACZNY CALCIUM - ŻELAZO GARDEN - OGRÓD ADVENTAGES - ZALETY FALL IN LOVE - ZAKOCHAĆ SIĘ HANDFULS - GARŚCI IMPRESS - ZASKOCZYĆ


Y U M M Y E N G L I S H / 41

INGREDIENTS •

3 handfuls of kale

one apple

1/2 banana

a glass of fresh orange juice

a teaspoon of honey (if you

are a sweet flavor lover)

DIRECTIONS Peel the apple, wash the kale and mix all of the ingredients using a blender. And...that's all! Your smoothie is ready. Isn't it easy? Now you can serve the smoothie and impress your friends!


42 / MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność Pozdrowienia z wakcji AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

Z pozdrowieniami... Przesyłam Państwu letnie pozdrowienia z pięknych zakątków Polski. Wakacje, czas wolny, relaks- dla mnie obowiązkowo z książką. Tym razem spędzam je z Reginą Brett. Autorką m.in. „Jesteś cudem”, „Bóg nigdy nie mruga”. Jej książki nazywane są poradnikami. Co mnie szczerze mówiąc bardzo od nich odstraszało. Nie lubię poradników. Czytając liczne rekomendacje tych książek, obserwując światową popularność ich autorki – postanowiłam je przeczytać. Książki składają się z lekcji. Życiowych lekcji, drogowskazów. Każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Zmuszają do refleksji, zatrzymania się na chwilę. Są to książki, które sprawiają, że chce się być lepszym człowiekiem, motywują, koją i podnoszą na duchu. Na plaży, w górach, w hamaku w ogródku czy leżaku na balkonie polecam serdecznie - przeczytajcie.

Plakaty pochodzą z serii Polska Ryszard Kaja


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 43

45 życiowych lekcji Reginy Brett 1. Życie nie zawsze jest sprawiedliwe, ale mimo to wciąż jest dobre. 2. Jeśli masz wątpliwości, zrób mały krok naprzód. 3. Życie jest zbyt krótkie, by marnować je na nienawiść wobec innych. 4. Nie traktuj się zbyt poważnie, nikt tego nie robi. 5. Spłacaj co miesiąc swoje kredyty. 6. Nie musisz mieć zawsze racji, pogódź się z tym. 7. Płacz razem z kimś lub przy kimś. To bardziej oczyszcza niż płacz w samotności. 8. Odkładaj na emeryturę, począwszy od pierwszej wypłaty. 9. Jeśli chodzi o czekoladę – nie żałuj sobie jej. Trochę osłody czasem potrzebuje każdy z nas. 10. Uporządkuj swoją przeszłość, żeby nie schrzaniła Twojej teraźniejszości. 11. Nie ma nic złego w tym, że dzieci zobaczą, jak płaczesz. 12. Nie porównuj swojego życia do życia innych. Nie masz pojęcia, jak wygląda ich życiowa droga. 13. Jeśli ukrywasz swój związek przed światem to nie powinieneś w nim być. 14. Życie jest zbyt krótkie na zamartwianie się. 15. Możesz przetrwać wszystko, jeśli skupisz się na tym, co jest teraz. 16. Pisarz pisze. Jeśli chcesz nim zostać – pisz. 17. Nigdy nie jest za późno, aby mieć szczęśliwe dzieciństwo. Druga młodość zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. 18. Słuchaj swojego serca i rób to, co kochasz. 19. Pal ładne świeczki, używaj drogiej pościeli i ładnej bielizny. Nie oszczędzaj rzeczy na specjalną okazję. Teraz jest specjalna okazja. 20. Staraj się cieszyć tym, co masz. 21. Pozwól sobie na odrobinę ekscentryczności – nie czekaj na starość. 21. Pozwól sobie na odrobinę ekscentryczności – nie czekaj na starość. 22. Jeśli chodzi o seks – najważniejszym organem jest Twój mózg. 23. Tylko Ty odpowiadasz za swoje szczęście. 24. Każdą porażkę przywitaj słowami: „Czy za 5 lat będzie to miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie?” 25. Wybaczaj wszystko i wszystkim. 26. To, co myślą o Tobie inni… jest wyłącznie ich sprawą. To nie Twój interes. 27. Czas leczy prawie wszystkie rany. Warto poczekać. 28. Niezależnie od tego, w jak dobrej lub złej sytuacji jesteś, przyjdzie czas, że wszystko się zmieni. 29. Twoja praca nie pomoże Ci, gdy zachorujesz. Przyjaciele – owszem. Dbaj o dobre relacje z nimi. 30. Wierz w cuda. 31. Co Cię nie zabiję, to Cię wzmocni. 32. Dojrzewanie i starzenie się jest lepsze od umierania młodo. Nie bój się tego procesu. 33. Twoje dzieci tylko raz będą małe. Postaraj się, aby jak najlepiej wspominały ten czas. 34. Codziennie wychodź z domu. Wspaniałe rzeczy czekają na Ciebie za rogiem. 35. Nie tylko my mamy problemy, każdy na świecie je ma. 36. Nie kategoryzuj swojego życia. Dawaj z siebie tyle, ile możesz. 37. Pozbądź się ze swojego otoczenia wszystkiego, co nie jest przydatne, brzydkie lub nie daje Ci radości. 38. To, co naprawdę liczy się na koniec to fakt, że kogoś kochałeś. 39. Zazdrość jest stratą czasu. Masz wszystko, czego tak naprawdę potrzebujesz. 40. Najlepsze jest jeszcze przed Tobą. 41. Bez względu na to, jak się czujesz, wstań, ubierz się i działaj. .42. Weź głęboki wdech. To uspokaja umysł. 43. Jeśli nie pytasz, nie dostaniesz odpowiedzi. 44. Krzyknij, jeśli Ci to pomoże. Nie możesz tłumić w sobie emocji. 45. Życie nie jest przewiązane złotą kokardą, ale to wciąż prezent, który trzeba doceniać każdego dnia.


44 / MAGAZYN EIMPERIUM


P I Ę K N A C O D Z I E N N O Ś Ć / 45


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 16

Magazyn eIMPERIUM nr 07/2017  

Wydawca: Imperium Media sp. z o.o.

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you