Issuu on Google+

www.eimperium.pl

NR 11 / LUTY 2017

NIE JESTEM CELEBRYTĄ PROF.

ADAM

MACIEJEWSKI,

ŚWIATOWEJ SŁAWY CHIRURG, OPOWIADA O SWOJEJ PRACY I REZERWIE WZGLĘDEM MEDIÓW

PODRÓŻNIK GLIWICKI

MROŹNA STOLICA PRZEPYCHU PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

DZIEŃ KOBIET NA WIELKIEJ SCENIE

MOCNE WEJSCIE ZESPOŁU

DETEKTYW HISTORII

WSZYSCY NASI PREZYDENCI


02

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Kierowcy nie tworzą miasta TEKST: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

U

czestniczyłem niedawno w Katowicach w bardzo ciekawym spotkaniu socjologicznym poświęconym prezentacji wyników badań na temat wartościowania przestrzeni przez mieszkańców kilku miast Górnego Śląska. Wśród wielu pytań, które badacze zadali respondentom z takich miast, jak Żory, Jastrzębie Zdrój, Tychy czy Gliwice było i takie, w którym mieszkańcy mieli zadeklarować swoją aktywność w różnego rodzaju inicjatywach: festynach, koncertach plenerowych, akcjach społecznych, manifestacjach itp. Okazało się, że w dużych miastach, między innymi w Gliwicach, brak tego typu aktywności wskazywało dużo więcej osób, bo blisko połowa badanych. W mniejszych Żorach czy Jastrzębiu liczba nieaktywnych mieszkańców oscylowała w okolicach 35 proc.

Można by długo dociekać przyczyn tak słabego wyniku Gliwic w tej kategorii. Mogłaby to być wina słabo rozwiniętego kapitału społecznego, choć to nie wyjaśniałoby ponadprzeciętnej aktywności gliwiczan w akcjach społecznych (przeszło 10 proc., przy średniej oscylującej w okolicach 7 proc.). Przyczyną może być też rozleniwienie, jakie jest naszym udziałem. Może jesteśmy miastem domatorów, którzy wolą spokojny wieczór w domowych pieleszach, niż bywanie na mieście. Inżynierowie to ponoć często introwertycy, więc to dość prawdopodobna diagnoza dla miasta inteligencji technicznej. Winą obarczyć też można rozmiar naszego miasta. Z dzielnic peryferyjnych do centrum, gdzie odbywa się większość wydarzeń ludycznych jest jednak dość daleko, a wizja konieczności przebycia tego dystansu na przykład w korkach nie zachęca do wyjścia za próg. Mniejsze miasta są bardziej zwarte, więc ten element odgrywa mniejszą rolę. W takich Żorach dużo większy odsetek mieszkańców posiada Rynek i inne centralne punkty miasta w zasięgu pieszego dojścia. Niezależnie od przyczyn tej nieaktywności jest ona problemem, z którym warto byłoby sobie jakoś poradzić. Leniwe społeczeństwo to bowiem wątpliwej jakości bodziec do rozwoju gospodarczego. Przebywając stale tylko w domowych pieleszach ciężko oczekiwać, że stworzymy rynek zbytu pozwalający utrzymać się na powierzchni różnego rodzaju knajpkom, sklepom i innej maści punktom handlowo-usługowo-rozrywkowym, wliczając w to również tak monumentalne, jak budowana właśnie Hala Gliwice. Czyżby mieli ją zapełniać wyłącznie goście z innych miast? Jak więc sprawić, żeby gliwiczanom chciało się bywać w mieście i współuczestniczyć w jego życiu? Jedni powiedzą, że kluczem jest poprawa mobilności, a tej służyć powinno większe otwarcie Śródmieścia na klienta zmotoryzowanego, którego przez ograniczoną podaż miejsc parkingowych, płatny postój czy wąskie ulice wypchnęliśmy siłą do galerii handlowych na przedmieściach. Inni powiedzą, że działania powinny być wprost przeciwne. Kto ma rację? Biorąc pod uwagę doświadczenia lat poprzednich, skłaniałbym się ku tej drugiej sugestii. Przypomnijmy sobie tylko, jak wyglądała ulica Zwycięstwa dwadzieścia i więcej lat temu. Nie brakuje zdjęć z tamtego okresu, gdy chodniki na głównej arterii handlowej miasta wprost nie mogły pomieścić spacerowiczów. Od tego czasu liczba samochodów, ulic i parkingów w mieście tylko i wyłącznie rośnie, a liczba klientów w sklepach w centrum tylko i wyłącznie maleje. Nie jest prawdą, że nie ma już tam po co iść, bo tylko bank obok banku. To banki zasiedliły ulicę Zwycięstwa na skutego tego, że żadna inna działalność gospodarcza, z braku klientów, nie miała już szansy się tam utrzymać. Miasto, w którym mobilność oparta jest o ruch pieszych i komunikację zbiorową generuje gigantyczną ilość klientów, których nazwałbym przypadkowymi. Ich celem nie jest dokonanie zakupu, ale będąc przypadkiem we właściwym miejscu o właściwym czasie tak czy owak klientami się staną. Bo akurat zgłodnieją, bo będą mieli chwilę czasu do następnego autobusu, bo kątem oka zauważą coś ciekawego na wystawie. Klientów przypadkowych generuje specyficzny sposób komunikowania się za pośrednictwem transportu zbiorowego, który wymaga przejścia z punktu A na przystanek i z drugiego przystanku do punktu B. Komunikacja samochodowa przeważnie


KIEROWCY NIE TWORZĄ MIASTA /

03

04 TAKI BYŁ STYCZEŃ... 08 TWARZE GLIWIC 18 DETEKTYW HISTORII 24 NA WIELKIEJ SCENIE 32 PODRÓŻNIK GLIWICKI 42 CIACHO I BABECZKA 46 PIĘKNA CODZIENNOŚĆ

odbywa się na zasadzie bezpośrednich połączeń z punktu A do B bez możliwości przypadkowego zostania klientem. No chyba, że w jakimś barze typu drive-in. Zamknięcie się w metalowej puszce dość skutecznie izoluje nas od miasta i od tego, co ono oferuje. Przemieszczając się samochodami nie mamy sposobności spoglądać na słupy ogłoszeniowe, na których anonsowane są zbliżające się wydarzenia kulturalne czy sportowe, nie mamy szansy skorzystać z oferty handlowej czy gastronomicznej Śródmieścia, ani nawet okazji, żeby spotkać kogoś znajomego, z kim można by zamienić kilka słów w tzw. realu. Te wszystkie refleksje przywiozłem ze sobą ze wspomnianego spotkania w Katowicach. Nie dlatego, że była o tym mowa w czasie dyskusji. Po prostu pojechałem tam pociągiem, a następnie przeszedłem z dworca kolejowego pieszo na ulicę Mariacką. W czasie tego spaceru minąłem dziesiątki sklepów i barów, w których wydałem w sumie kilkadziesiąt złotych. Gdybym udał się na miejsce samochodem, mój wkład w lokalną gospodarkę Katowic byłby zapewne zerowy, bo zwyczajnie nie miałbym okazji do wydania tych pieniędzy. Zapewniając więc gliwiczanom i mieszkańcom innych miast wygodny dojazd samochodami do centrum, przy pomocy na przykład Drogowej Trasy Średnicowej, poniekąd sami wydajemy wyrok na lokalną gospodarkę.

Wydawca: Redaktor naczelny: Redaktor wydania: Grafika: Reklama:

IMPERIUM MEDIA SP. Z O. O., ul. Floriańska 23, 44-100 Gliwice, tel. (32) 301 40 04 Czesław Chlewicki, Andrzej Wawrzyczek, redakcja@eimperium.pl Seweryn Chlewicki Aleksandra Sowa-Moreń, tel. 533 379 625

Tekstów niezamówionych redakcja nie zwraca. Zastrzegamy sobie prawo do skracania i adjustacji nadesłanych materiałów.


04

/ MAGAZYN EIMPERIUM

02/01 POWRÓT CHIRURGII

TAKI BYŁ STYCZEŃ...

Styczeń rozpoczął się dobrą wiadomością dla pacjentów wymagających leczenia operacyjnego. W Szpitalu Miejskim nr 4 (tzw. dawnym Szpitalu Wojskowym) po dwóch miesiącach przerwy wznowił bowiem działanie oddział chirurgiczny. Jego zamknięcie w 2016 roku okazało się konieczne, gdyż dyrekcja nie doszła do porozumienia z lekarzami, którzy zbiorowo złożyli wymówienie z pracy. Ordynator i chirurdzy z tamtego oddziału pracują dziś w innych śląskich szpitalach. Dyrektorowi Marianowi Jaroszowi udało się jednak zebrać inną grupę lekarzy. Nie potwierdziły się więc plotki o planowanym połączeniu oddziałów chirurgicznych ze szpitali nr 4 i nr 1, co miało być powodem zwolnienia lekarzy i zamknięcia chirurgii przy Zygmunta Starego.

fot. Seweryn Chlewicki

15/01 REKORDOWY FINAŁ Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra już od ćwierć wieku, a wraz z nią grają gliwiczanie. Podczas jubileuszowego, 25. finału WOŚP zebrano rekordową sumę przeszło 270 tys. zł. Pieniądze te zostaną przekazane na zakup sprzętu dla szpitalnych oddziałów dziecięcych i geriatrycznych. Dzień z samego rana rozpoczęła fundacja “Biegaj z Sercem”, która zorganizowała doroczny wyścig, w którym wziąć mógł udział każdy - zarówno profesjonalni biegacze, jak i amatorzy oraz specjaliści od nordic walking. Później akcja finału przeniosła się na Rynek, gdzie najpierw wystąpiła ulubienica młodszej widowni - Cleo, a następnie lokalni, gliwiccy wykonawcy oraz gwiazda wieczoru - Rezerwat. Wcześniej, o dwudziestej, w niebo wystrzeliło tradycyjne światełko do nieba, czyli efektowne fajerwerki. Środki dla Orkiestry tradycyjnie już zbierali także uczniowie Zespołu Szkół Techniczno-Informatycznych przy ulicy Chorzowskiej, którzy od kilku lat prowadzą własny sztab WOŚP. Tym razem ze względu na sytuację polityczną finał Orkiestry orkiestry musiał odbyć się bez wsparcia ze strony służb mundurowych. Nie zawiodło jednak miasto, fot. Andrzej któreWawrzyczek do finału dołożyło pokaźną cegłę o wartości 55 tys. zł. Największym ofiarodawcą jak zawsze byli jednak sami gliwiczanie.


TAKI BYŁ STYCZEŃ /

20/01 LEW DLA KORPAKA Andrzej Korpak, dyrektor fabryki General Motors Manufacturing Poland w Gliwicach otrzymał z rąk prezydenta Zygmunta Frankiewicza statuetkę “Gliwickiego Lwa”. Doroczna nagroda wręczana jest z inicjatywy prezydenta już od 13 lat. Nagroda nie posiada kapituły, a laureata każdego roku osobiście wskazuje prezydent, który docenia w ten sposób pracę i zaangażowanie biznesowych liderów. Andrzej Korpak od lat był jednym z faworytów konkursu. To dzięki jego pracy gliwickie zakłady General Motors nie tylko utrzymują się na rynku, ale stale rozwijają stanowiąc od lat koło zamachowe gliwickiej gospodarki. - To dla mnie bardzo niezwykły moment. Jestem gliwiczaninem i nie wyobrażam sobie cenniejszej nagrody, którą mógłbym otrzymać, jako osoba związana z tym miastem od zawsze. Miałem szczęście rozwijać karierę zawodową właśnie w Gliwicach, wspierając rozwój zakładu GM Manufacturing Poland, znanego wszystkim po prostu jako „gliwicki Opel”. Z przyjemnością wypełniam również rolę Ambasadora Śląska i Gliwic – pełnych potencjału naukowego, biznesowego i twórczego ich mieszkańców. Dziękuję władzom miasta za udaną współpracę, która pomogła nam w tworzeniu efektywnego przedsiębiorstwa, będącego stabilnym pracodawcą dla 4 tys. osób – tak swoje wyróżnienie laureat komentował na gorąco podczas gali w Teatrze Miejskim. Andrzej Korpak ukończył Wydział Mechaniczno-Energetyczny Politechniki Śląskiej w Gliwicach. Pracę w General Motors rozpoczął w 1997 r. Obecnie jest odpowiedzialny za zakłady General Motors w Polsce, Węgrzech i Austrii. Jest aktywnie zaangażowany w działalność sektora motoryzacyjnego w Polsce i Europie. Został doceniony za realizowanie ambitnej strategii rozwoju GM Manufacturing Poland, przedsiębiorstwa zlokalizowanego w gliwickiej strefie ekonomicznej, które jest jednym z największych pracodawców w regionie i jednym z największych eksporterów w Polsce.

fot. Seweryn Chlewicki

05


06

/ MAGAZYN EIMPERIUM

22/02 WSPOMNIENIOWO W TEATRZE Spektakl “Dom Spokojnej Młodości” to pierwsza premiera gliwickiego teatru po przekształceniach, w wyniku których instytucja wykreśliła ze swojej nazwy przymiotnik “muzyczny”. Aby jednak odejście od śpiewanej formuły teatru nie było zbyt gwałtowne, twórcy zdecydowali się zacząć od spektaklu pełnego znakomitych piosenek. “Dom Spokojnej Młodości” to manifest pokolenia lat 70. i 80. To opowieść o ludziach, którzy dorastali w realiach socjalizmu, a następnie muszą się uczyć życia w nowej, wolnej politycznie i gospodarczo Polsce. Grupa szkolnych znajomych wraca pamięcią do najdawniejszych momentów. Do ekscytującego wyjazdu za granicę, do Stanu Wojennego, do upadku komunizmu i wolnorynkowych przemian. Na tym tle śledzimy istotne dla popkultury wydarzenia zaczerpnięte z najnowszej historii Gliwic: powstanie targowiska “Balcerek”, otwarcie pierwszej restauracji McDoland’s czy wizyta papieża Jana Pawła II. Wszystko to przeplecione znakomitymi piosenkami w wykonaniu młodych wykonawców, którzy weszli w skład nowego zespołu aktorskiego Teatru Miejskiego. Nowych aktorów oklaskiwała również nowa publiczność, której średnia wieku również mocno spadła. Przyczyniły się do tego między innymi nowe pomysły marketingowe teatru, takie jak specjalna premiera dla studentów, podczas której akademicy mogli liczyć na wyjątkowo atrakcyjne ceny biletów. “Dom Spokojnej Młodości” zebrał sporo ciepłych recenzji także w ogólnopolskiej prasie. Może być więc prognostykiem nowej jakości w gliwickiej kulturze. Więcej o tym spektaklu piszemy także na stronie 24 w recenzji Dariusza Jezierskiego.

fot. Andrzej Wawrzyczek


REKLAMA /

07

GLIWICE ul. Mazowiecka 44, tel. 32 308-80-00 www.modrzewiowy-dwor.pl

REKLAMA

Modrzewiowy Dwór Twój wyjątkowy dzień

Zapraszamy Państwa do zorganizowania przyjęcia weselnego, imprezy okolicznościowej lub konferencji w Restauracji Modrzewiowy Dwór. Dołożymy wszelkich starań by ten dzień spełnił Państwa oczekiwania i na długo pozostał w pamięci.

WESELA

IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE

KONFERENCJE


08

/ MAGAZYN EIMPERIUM

NIE JESTEM CELEBRYTĄ

Rozmawia Andrzej Wawrzyczek / zdjęcia: Andrzej Wawrzyczek

TWARZE GLIWIC

prof. Adam Maciejewski

Z

wykształcenia lekarz, specjalizuje się w zakresie chirurgii onkologicznej. W 2013 roku, w wieku zaledwie 41 lat, odebrał z rąk Parezydenta RP tytuł profesora nauk medycznych. W 2014 roku nagrodzony przez "Nowiny Gliwickie" tytułem Człowieka Ziemi Gliwickiej. Jego zespół dokonał pierwszego na świecie przeszczepu twarzy ratujcego życie. Dwa lata później przeprowadził również pierwszy na świecie allogeniczny złożony przeszczep narządów szyi. Obie operacje zostały następnie docenione przez Amerykańskie Towarzystwo Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Mikronaczyniowej i wyróżnione tzw. medycznym Oscarem. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Prywatnie związany z piosenkarką i aktorką Natalią Lesz. Jest ojcem niespełna 3-letniej Alicji.


TWARZE GLIWIC /

09


10

/ MAGAZYN EIMPERIUM

ANDRZEJ WAWRZYCZEK Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest Pan swego rodzaju medycznym celebrytą. Operacje, które Pan wykonuje są bardzo spektakularne. Bardzo dobrze "sprzedają się" w mediach. Do tego jest Pan charyzmatyczną osobą, jednym z najmłodszych obecnie profesorów medycyny w Polsce. To wszystko składa się na fakt, że media bardzo się Pana pracą interesują.

prof. ADAM MACIEJEWSKI Każde działanie ma jakieś skutki uboczne i to jest właśnie jeden z nich. Proszę mi wierzyć, że generalnie stronię od tego i staram się ograniczać moją obecność w mediach. A celem tego, że czasami dzielę się moimi osiągnięciami jest to, żeby mieć możliwość dalszego rozwoju i działania. Z jednej strony zależy to bowiem od świadomości społecznej, czyli informacji, że istnieje ośrodek i zespół lekarski, który wykonuje operacje jeszcze do niedawna niemożliwe do przeprowadzenia, a z drugiej od wsparcia finansowego, które jest niezbędne do prowadzenie zakupów nowoczesnych urządzeń, instrumentarium, odbywania szkoleń, uczestnictwa w różnego rodzaju konferencjach głównie za granicą. To są powody, dla których od czasu do czasu się przełamuję i decyduję dzielić pewnymi informacjami. Skąd u Pana taka rezerwa względem mediów? Na początku tego całego szumu medialnego wokół mojej osoby, będąc naiwnym

i łatwowiernym, poważnie się sparzyłem na współpracy z mediami. Chodziło o bardzo poważną sprawę, a mianowicie osobę matki dawcy twarzy przy pierwszym naszym przeszczepie. Niektóre redakcje strasznie wtedy żerowały na tej sensacji pomijając jakiekolwiek aspekty etyczne takiego postępowania. Nigdy więcej nie dam się więc w coś podobnego wmanewrować. Dlatego dla niektórych mediów drzwi mojego gabinetu są po prostu zamknięte i tak pozostanie. Tak jak wspomniałem, to że dzielimy się jako zespół naszymi osiągnięciami, wynika z potrzeby informowania o nich opinii publicznej i środowiska lekarskiego, co w pewien sposób przekłada się później na możliwość dalszej pracy bez lęku o kwestie finansowe. Przy czym nie chodzi tu o żadne osobiste gratyfikacje, dla lekarzy, ale o finansowanie naszych badań. Myślę, że to dobrze, że jednak się Pan czasem przełamuje, bo operacje przeszczepów i replantacji wykonywane przez Pana zespół są uznawane za przełomowe w świecie medycznym. Szkoda by było o nich nie mówić. Te głośne medialnie przypadki to są tak naprawdę wyjątki. Kropla w morzu tego, czym się zajmujemy i co u nas w klinice dzieje się na co dzień. Od 2001 roku, bo wtedy rozpoczęliśmy zabiegi rekonstrukcyjne oparte o mikrochirurgię, wykonaliśmy blisko 2,5 tys. operacji, często dużo trudniejszych o tych, które są nagłaśniane przez media. Staramy się więc raczej legitymować naszym doświadczeniem, które pozwala nam na to, żeby takie spektakularne zabiegi wykonywać. A poza tym dążmy do tego, żeby te zabiegi wkrótce stały się w polskiej medycynie standardem. Ale do tego potrzebna jest, tak jak mówiłem, świadomość społeczna, świadomość środowiska lekarskiego oraz wspomniane już środki finansowe. Jak wobec tego wygląda taki typowy dzień w klinice? Ten szary, typowy dzień, który schowany jest w cieniu wielkich, medialnych sukcesów? To przede wszystkim ciężka praca i zaangażowanie całego zespołu. To nie jest tak, że ja sam sobie coś wymyślam, robię i zbieram później laury za pojedyncze zabiegi. Nie, to jest codzienna ciężka praca. Zwykle cztery z pięciu dni w tygodniu spędzam razem z członkami mojego zespołu przy stole operacyjnym. Czasami są to zabiegi kilkunastogodzinne wymagające właściwego planowania i wysokich kwalifikacji. Tym się tak naprawdę zajmujemy - codziennym, rutynowym leczeniem chorych, najlepiej jak tylko potrafimy.


TWARZE GLIWIC /

Mówimy tu o zabiegach rekonstrukcyjnych. W gruncie rzeczy chodzi więc nie tyle o samo operacyjne leczenie nowotworów, ale o operacje plastyczne u chorych już po zakończonym leczeniu onkologicznym. Tak, w cudzysłowie można to określić mianem operacji plastycznych. Chodzi o to, że niektóre nowotwory powodują w ciele pacjenta tak obszerne zniszczenia w strukturach tkankowych, że aby człowiek mógł normalnie funkcjonować, trzeba je czymś zastąpić. Trzeba odtworzyć je w taki sposób, aby chory mógł wrócić do dawnego życia. Żeby jego wygląd możliwie nie odbiegał od tego sprzed choroby, żeby pacjent mógł wrócić do społeczeństwa i miał szansę na normalne życie. I to jest tak naprawdę podstawowym celem naszej działalności - żeby dać ludziom szansę powrotu do najlepszej jakości życia po tego typu leczeniu. Przy czym dotyczy to wszelkich umiejscowień. Czy jest to nowotwór rejonu głowy i szyi naciekający żuchwę, nos albo oczodół; czy jest to rak piersi, który skutkuje koniecznością amputacji; czy są to nowotwory kości długich kończyn, w których etap rekonstrukcyjny pozwala na zachowanie takiej kończyny. Tego typu przykładów jest bardzo dużo. Praktycznie każda lokalizacji nowotworu w pewnym stopniu zaawansowania może powodować takie defekty, które nie pozwalają na normalne życie. I celem chirurgii rekonstrukcyjnej jest, można powiedzieć, rola służebna, czyli po sunięciu tkanek rakowych takie odtworzenie ubytku, aby chory mógł normalnie wrócić do życia. Wydaje się, że to jest w medycynie nowe podejście. Że 20-30 lat temu nie przykładano do tego aż tyle uwagi. Tu Pana zaskoczę, bo do tego przykładano uwagę od średniowiecza. Oczywiście były to jakieś pojedyncze przykłady, natomiast rozwój mikronaczyniowej chirurgii rekonstrukcyjnej na świecie rozpoczął się od początku lat 80. ubiegłego wieku i gdzieś w latach 90. stał się już standardem. U nas niestety odbywało się to troszeczkę wolniej, dlatego dzisiaj musimy gonić w tej kwestii Zachód. Robimy co w naszej mocy, żeby zapewnić chorym najlepszą opiekę, nie odbiegającą od standardów światowych. Nagroda tzw. medycznego Oscara, którą Pana zespół odebrał kilka tygodni temu w Stanach Zjednoczonych pokazuje chyba, że udało już się Wam ten Zachód dogonić.

11

To ogromna radość i satysfakcja być docenionym przez ludzi, którzy się tym zajmują. Eksperci stojący za tą nagrodą nie oceniają naszych działań jak widz w telewizji, który kątem oka obejrzy, że ktoś gdzieś tam na Śląsku zrobił przeszczep twarzy albo replantację skalpu. To są fachowcy, grono osób, które potrafi to właściwie ocenić i docenić. Tym większa jest więc nasza satysfakcja i radość z tego wyróżnienia. Nagroda przypadła Wam w kategorii "Best case", czyli - w dosłownym tłumaczeniu - za najlepszy przypadek. Chodziło o skomplikowaną transplantację narządów szyi. Laikowi ciężko sobie w ogóle wyobrazić, jak takie operacje, gdzie w grę wchodzą mikroskopijnej wielkości naczynia krwionośne czy nerwy, w ogóle udaje się wykonać. Czy da się to opisać w prostych słowach? Zaczyna się od tego, że istnieje jakiś ubytek, który obejmuje skórę, tkankę tłuszczową i mięśnie, a czasami także kości. Kolokwialnie mówiąc jest pewna dziura w ciele, na przykład w policzku. Żeby odtworzyć brakującą tkankę trzeba pobrać kawałek ciała pacjenta z innego miejsca, czyli dajmy na to z uda albo przedramienia. Dzięki temu nie ma ryzyka, że przeszczepiony w miejsce brakującej części fragment zostanie odrzucony. Cała trudność polega na tym, że żeby implantowane tkanki żyły, musi być zachowany do nich dopływ krwi. Przeszczepiony fragment musi mieć więc tętnicę doprowadzającą krew i żyły, które ją odprowadzą. Następnie naczynia te należy połączyć, na zasadzie prostego zespolenia elementów rurowatych, z naczyniami na szyi pacjenta, które najpierw dostarczą, a następnie odbiorą krew, pozwalając w ten sposób żyć przeszczepionemu kompleksowi tkanek. Cały kłopot tak naprawdę jest w tym, że te naczynia są bardzo małe, rzędu jednego-dwóch milimetrów. Podejrzewam, że problemem może być też ilość tych połączeń, których może być do zespolenia bardzo dużo. Niekoniecznie. W niektórych obszarach tkankowych wystarczą tylko dwa: jedna tętnica i jedna żyła. Łączy się je pod mikroskopem przy użyciu nici cieńszych od ludzkiego włosa, których gołym okiem niemal nie widać. Najważniejsze, żeby ten przepływ krwi był skuteczny. Żeby ta cała struktura mogła żyć i mogła się naturalnie wgoić, a tym samym stać się ekwiwalentem policzka, który z powodu zajęcia nowotworem musiał zostać usunięty.


12

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Jak to się właściwie stało, że Pan wstąpił na tę ścieżkę medyczną? Jak to w życiu. W dużej mierze przypadkiem. Tyle lat temu to było, że już dobrze nie pamiętam. Decydujące było zapewne to, że widziałem olbrzymie zapotrzebowanie i możliwości, jakie stwarza chirurgia. Fascynowało mnie dawanie chorym szansy na poprawę wyników leczenia w postaci podniesienia jakości życia, co u chorych w tamtym czasie, kilkanaście lat temu, nie było powszechne. Następnie krok po kroku starałem się, wraz z zespołem dedykowanym do tego cAelu, podnosić nasze kompetencje i przenosić na polski grunt standardy światowe w tym zakresie. Widząc sens i wyniki naszych działań zespół stopniowo się powiększał i rozwinęliśmy się tak, jak może Pan oglądać dzisiaj. A sama decyzja pójścia na studia lekarskie? Tradycje rodzinne miały tu jakieś znaczenie? Nie, bardziej przypadek. Dużo moich kolegów szło na medycynę i bardziej to miało na mnie wpływ, niż jakiekolwiek rodzinne tradycje. Jaki wpływ na Pana karierę miało to, że jest Pan synem wieloletniego dyrektora gliwickiego Centrum Onkologii? Nazwisko w takiej sytuacji bardziej pomaga czy przeszkadza? Nie wiem. Trudno mi się do tego odnieść, bo tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Powiem wprost - mało mnie to obchodzi. Krótko mówiąc, robi Pan swoje. Dokładnie tak. Bardziej interesują mnie efekty i działanie, niż jakaś otoczka związana z moją pracą. Fascynuje mnie to, że mimo niewątpliwych sukcesów, wciąż pracuje Pan w Gliwicach. Podejrzewam, że gdzie by się Pan nie udał, w każdym szpitalu w Polsce, a może i na świecie chętnie by Pana przyjęli do pracy. Nie potrafię tego rozpatrywać w takich kategoriach, bo nigdy nie myślałem nad zmianą miejsca pracy. Oczywiście, że miałem różne propozycje, ale ten aspekt finansowy, który zdecydowanie jest lepszy gdziekolwiek indziej na świecie, dla mnie nigdy nie był i nie będzie decydujący. Ja tu mam pewien cel, pewną świadomość, że to co robię ma sens oraz możliwości rozwoju. Czuję się też odpowiedzialny za ten zespół. Także nawet jeśli takie myśli komuś chodzą po głowie, to jego sprawa. Mnie to raczej nie dotyczy.


TWARZE GLIWIC /

13


14

/ MAGAZYN EIMPERIUM


TWARZE GLIWIC /

15


16

/ MAGAZYN EIMPERIUM


TWARZE GLIWIC /

17

Jakie wobec tego są te cele i ambicje, które Panem kierują? Co w najbliższym czasie chciałby Pan osiągnąć? Przede wszystkim, i to zawsze podkreślam, nie chodzi o to, żeby dopasowywać chorych do jakiejś procedury, którą sobie wymyślimy i której celem będzie zdobycie rozgłosu. Takie podejście byłoby absurdalne. Naszym celem jest poprawianie tego, co do tej pory robimy, żeby móc w jak najlepszym stopniu pomagać tym chorym, którzy do nas trafiają. Dążymy do uzyskania jak najlepszych efektów medycznych przeprowadzanych w naszej klinice zabiegów. Jeszcze lepszych, niż są teraz. Chodzi wyłącznie o doskonalenie już realizowanych zabiegów czy też szukanie nowych metod i zastosowań dla chirurgii rekonstrukcyjnej? Leczenie chorych na nowotworzy składa się z dwóch odrębnych działań, często realizowanych w tym samym czasie. Mówię o resekcji nowotworu, która ma zminimalizować ryzyko nawrotów i przerzutów choroby, czyli najkrócej mówiąc uratować choremu życie. Drugi etap to zabiegi podnoszące jakość tego życia, czyli etap rekonstrukcyjny. Już dzisiaj w obu tych obszarach posługujemy się kilkuset technikami, które często są modyfikacjami technik, które funkcjonują gdzieś na świecie. Widząc, że gdzieś możemy jeszcze coś poprawić, często wprowadzamy dalsze zmiany i to się dzieje ciągle. Myślę, że głównie w tym miejscu możemy mówić o tym elemencie rozwoju i postępu, że staramy się dostosowywać procedury medyczne do potrzeb poszczególnych chorych. Czy w chirurgii rekonstrukcyjnej jest jeszcze miejsce na jakiś przełom, który moglibyśmy porównać na przykład do pierwszego przeszczepu serca? Jakiś "Święty Gral", którego wszyscy poszukują? To jest dziedzina chirurgii, która z roku na rok bardzo się rozwija. Ciągle są wprowadzane nowe rzeczy, ale to są drobne kroki. O ile w latach 70. czy początkach 80. te kroki były bardzo spektakularne, milowe wręcz, to dzisiaj posuwamy się już do przodu bardzo powoli. Czyli co było do wymyślenia, to już jest stosowane, a teraz pozostaje doskonalenie tych znanych narzędzi? Można tak powiedzieć. Natomiast widać, że zmiany w tej dziedzinie chirurgii postępują ciągle. Trudno mi się więc dzisiaj odnieść do tego, czy tak już zostanie, czy ktoś jeszcze czymś zaskoczy. Nie wiem, czy spektakularne osiągnięcia na miarę, jak Pan wspomniał, przeszczepu serca dałyby radę zmienić w najbliższym czasie postrzeganie tej dziedziny o 180 stopni. Przykładowo, ostatnio pojawiły się gdzieś informacje o przeszczepie całej głowy. Nie wyobrażam sobie, żeby było to możliwe. Sądzę, że jest to raczej jakiś chwyt reklamowy, próba medialnego zaistnienia czy desperackiego szukania środków na dalsze badania. Nie wydaje mi się, żeby technicznie, a przede wszystkim od strony biologii i pewnych mechanizmów immunosupresji, chirurgii nerwów czy innych zagadnień medycznych było to wykonalne. To jest raczej taka ciekawostka na poziomie bajek ciągle.


18

/ MAGAZYN EIMPERIUM

DETEKTYW

HISTORII

POCZET POWOJENNYCH PREZYDENTÓW GLIWIC

P

ocząwszy od końca wojny w każdym mieście Polski trwały gorączkowe zabiegi o stanowiskA prezydenta i JEGO zastępcÓW,ATAKŻEprzewodniczącegoradymiejskiejipozostałepomniejszeFOTELE.GwarantowałyONewówczas sprawowanie władzy niemal absolutnej i były sposobem na przeżycie w tych naprawdę trudnych czasach. Przez 45 lat,boażdo1990roku,wszystkieOSOBYNAWYSOKICHSZCZEBLACHniebyływybieraneprzezspołeczeństwo,leczpanowały z„nadania”najpierw wojskowego, a potem partyjnego. Przeprowadzane„demokratyczne”wybory stanowiły jedynie przykrywkę dla faktycznego podziału władzy między zaufanych i właściwych ideowo aktywistów. TERAZ JEDNAK, GDYWGMINACHORGANIZOWANESĄWKOŃCUWPEŁNIWOLNEWYBORY,PARADOSKALNIEDOURNIDZIEMNIEJSZOŚĆWYBORCÓW. Poniżej - W FORMIE KALENDARIUM - swoisty poczet wszystkich powojennych włodarzy Gliwic, czyli historia dochodzenia do prawdziwej, lecz niedocenianej demokracji.

TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI


DETEKTYW /

28-30 stycznia 1945. Władzę w Gliwicach przejmuje Komendantura Armii Czerwonej, tworząc gliwicką jednostkę NKWD, czyli Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR (ros. Народный комиссариат внутренних дел СССР). Rząd Tymczasowy wysyła z Lublina do Katowic Grupę Operacyjną, która ma zorganizować polską administrację i uruchomić śląski przemysł. Na czele Grupy staje gen. Aleksander Zawadzki. 11 marca 1945. Powołano województwo śląskie (a raczej śląsko-dąbrowskie, jak wówczas najczęściej pisano). Wojewodą został gen. Aleksander Zawadzki. Na tę „pamiątkę” jedna z gliwickich ulic w dzielnicy Łabędy nosi obecnie jego nazwisko. 18 marca 1945. Wojskowe władze radzieckie przekazują władzę w Gliwicach polskiej administracji. Pierwszym prezydentem miasta został Wincenty Spaltenstein. Przed wojną pełnił funkcję prezydenta Chorzowa (dla przypomnienia – od roku 1922 dzisiejszy Chorzów, w wyniku Plebiscytu, stał się miastem polskim o ówczesnej nazwie Królewska Huta). W Gliwicach nakazano mu zmienić nazwisko na Szpaltowski – jako bardziej polskie. Ale już 10 września zrezygnował z urzędu na własną prośbę. 10 maja 1945. Tadeusz Gruszczyński – jeden z zastępców prezydenta (drugim był Feliks Kurcz) – zostaje śmiertelnie postrzelony przez żołnierza radzieckiego. Oficjalne dokumenty mówią że Gruszczyński stanął wtedy w obronie swej pracownicy, napastowanej przez radzieckich żołdaków. Ulica przy której zaszło to tragiczne wydarzenie została nazwana jego nazwiskiem, a w roku 2015 w miejscu śmierci Gruszczyńskiego – w bramie na rogu placu Piłsudskiego – zawisła pamiątkowa tablica ufundowana przez jego rodzinę. 25 września 1945. Zmiana na stanowisku prezydenta – w miejsce ustępującego Szpaltowskiego powołany zostaje Stanisław Klimczak z PPR (Polska Partia Robotnicza). 29 listopada 1945. Odbyło się pierwsze posiedzenie Miejskiej Rady Narodowej pod przewodnictwem Amali Berlera (PPR). Utworzono Radę złożoną z 54 radnych, którym miał przewodzić Stefan Jaworski z PPS (Polska Partia Socjalistyczna). 1 maja 1946. Zorganizowano pierwszy pochód pierwszomajowy dla poparcia gliwickich władz komunistycznych. Uczestnictwo dla za łóg robotniczych było obowiązkowe, natomiast

19

zakazane w przypadku obchodów dawnego święta Konstytucji 3 Maja. 4 maja 1946. Polska Partia Robotnicza w Gliwicach organizuje manifestację dla potępienia nielegalnych manifestacji w święto Konstytucji 3 maja. Uczestnictwo załóg robotniczych w dniu 4 maja, jak nietrudno się domyślić, było również obowiązkowe. Winą za wystąpienia trzeciomajowe obarczono studentów Politechniki Śląskiej i kresowian. 30 czerwca 1946. Referendum Ludowe. Oficjalnie w całej Polsce głosowało 97 proc. ludności, prawie wszyscy trzykrotnie zakreślili odpowiedź „tak”. Pytania brzmiały następująco: Czy jesteś za zniesieniem Senatu? Czy chcesz utrwalenia w przyszłej Konstytucji ustroju gospodarczego zaprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem uprawnień inicjatywy prywatnej? Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic Państwa Polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej? 4 października 1946. Kolejna zmiana na stanowisku prezydenta miasta – został nim Jan Koj, przedwojenny burmistrz Mikołowa, a od roku 1945 prezydent Nysy. Według oficjalnego komunikatu zmarł w 1948 wyczerpany psychicznie konspiracją wojenna i bezustanną walką z powojennymi komunistami o swoje idee. 19 stycznia 1947. Wybory do Sejmu Ustawodawczego. Udział gliwiczan to 98 proc. Oczywiście za poparciem ówczesnego Bloku Demokratycznego głosowali prawie wszyscy. 8 maja 1948. Prezydentem Gliwic zostaje Feliks Świerczak, burmistrz Mysłowic z lat 1945-48. W latach 1950-51 piastuje urząd burmistrza Nysy. 1 czerwca 1949. Kolejna zmiana – prezydentem zostaje dotychczasowy z-ca Świerczaka Marian Mikunicki. 18 listopada 1949. Prezydentem zostaje Szczepan Jurczak. 30 maja 1950. Prezydenturę rozpoczyna Tadeusz Kowalski. 3 czerwca 1950. Miejska Rada Narodowa w Gliwicach zostaje pozbawiona władzy wykonawczej na rzecz nowego tworu politycznego – Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Jej pierwszym Przewodniczącym w Gliwicach zostaje Piotr Zając.


20

/ MAGAZYN EIMPERIUM

28 czerwca 1950. Gliwice znalazły się w nowo utworzonym województwie katowickim. 1 października 1950. Miejska Rada Narodowa organizuje obchody 700-lecia miasta Gliwice trwające do końca roku. 25 maja 1951. Kolejne roszady – dotychczasowy Przewodniczący Prezydium MRN Piotr Zając zostaje I Sekretarzem Komitetu Miejskiego PZPR w Gliwicach. Przewodniczącym zostaje prezydent Gliwic sprzed roku - Tadeusz Kowalski. Do historii na przeszło 20 lat przechodzi stanowisko prezydenta we władzach miasta. 1 marca 1952. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej przedkłada do dyskusji załogom robotniczym miasta projekt nowej konstytucji PRL. 7 marca 1953. Gliwice znalazły się w granicach województwa stalinogrodzkiego. Zmiana nazwy Katowic, a wraz z nimi całego województwa, była wyrazem komunistycznego hołdu zmarłemu dwa dni wcześniej Józefowi Stalinowi. Radziecki dyktator oficjalnie za zbrodniarza uznany został dopiero 10 lat później. 10 marca 1953. Na stanowisko Przewodniczącego MRN wraca Piotr Zając.

Gen. Aleksander Zawadzki, wojewoda śląski w latach 1945-48

29 września 1954. Biuro Prezydium MRN zostają przeniesione do odbudowanego po spaleniu dawnego niemieckiego hotelu „Haus Oberschlesien” (Dom Górnośląski). Do tej pory MRN urzędowała w budynku obecnej Szkoły Muzycznej przy ulicy Wieczorka. Od tego momentu budynek dawnego hotelu zaczęto nazywać po prostu „prezydium”. 1 września 1956. Przy KM PZPR w Gliwicach rozpoczęła działalność filia WUML (Wyższy Uniwersytet Marksizmu i Leninizmu). Jego ukończenie było przepustką do wielu prestiżowych stanowisk miejskich. 20 stycznia 1957. Kolejne wybory do Sejmu. Udział gliwiczan to 95%. Karty do głosowania oddawano w zalecanej przez Partię formie – bez skreśleń. Do sejmu wchodziły osoby z największą liczbą oddanych głosów, tzn. według ułożonej wcześniej listy. 31 maja 1957. Narada gliwickiego aktywu KM PZPR z udziałem Edwarda Gierka – I Sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. 17 stycznia 1959. I Sekretarzem KM PZPR w Gliwicach wybrany zostaje jednomyślne Feliks Niedbalski. 16 kwietnia 1961. Kolejne wybory do Sejmu połączono z wyborami do Miejskiej Rady Narodowej. W Gliwicach Przewodniczącym Prezydium MRN został Jan Suchoń.

Wincenty Spaltenstein (później Szpaltowski), pierwszy powojenny prezydent Gliwic


DETEKTYW /

14 października 1961. Powołano Miejski Komitet Czynów Społecznych w Gliwicach. 1 stycznia 1962. Prezydium MRN przejęło od Milicji Obywatelskiej ewidencję i kontrolę ruchu ludności. 21 stycznia 1962. Konferencja SprawozdawczoWyborcza PZPR w Gliwicach. Na I Sekretarza ponownie wybrano Feliksa Niedbalskiego. Był zagorzałym przeciwnikiem między innymi nauki języków obcych przez gliwiczan. Zastępcami zostali Andrzej Rogulski, Jerzy Wieszała i Tadeusz Wolski 17 kwietnia 1964. Gliwiczanin Jerzy Ziętek został Przewodniczącym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. 29 października 1964. Prezydium Miejskiej Rady Narodowej ustaliło ostatecznie wygląd herbu Gliwic. Przez dwadzieścia powojennych lat Gliwice używały jedynie godła Polski. 28 listopada 1964. Konferencja SprawozdawczoWyborcza PZPR w Gliwicach. Po raz trzeci na I Sekretarza wybrano Feliksa Niedbalskiego. 30 maja 1965. Wybory do Sejmu i Rad Narodowych - Przewodniczącym Prezydium MRN w Gliwicach zostaje Zenon Cieślak. 26 listopada 1966. Dokonano połączenia Komitetu Powiatowego oraz Miejskiego PZPR w Gliwicach. I sekretarzem nowej jednostki partyjnej w Gliwicach został znów Feliks Niedbalski, zarządzający miastem już od 1959 roku. 9 marca 1968. Po 9 latach odwołano ze stanowiska I sekretarza KP PZPR w Gliwicach Feliksa Niedbalskiego, by powierzyć mu funkcję ambasadora PRL w Królestwie Maroka. (Niedbalski zmarł w 1972 roku i został pochowany na Cmentarzu Centralnym. Jego nazwiskiem nazwana jest jedna z ulic na „czerwonym” osiedlu Waryńskiego.) W miejsce Niedbalskiego na stanowisko I Sekretarza w Gliwicach przesunięto z Będzina Stanisława Cieślika. Już dwa lata później, w sierpniu 1970 roku oprowadzał on po „swoim” mieście Zenona Kliszkę z KC PZPR oraz Edwarda Gierka z Katowic. 16 grudnia 1970. Kolejna Konferencja KP PZPR w Gliwicach. Na I Sekretarza ponownie wybrano Stanisława Cieślika, absolwenta Wyższej Szkoły Partyjnej w Moskwie, późniejszego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, a następnie w Legnicy. Tymczasem w mieście trwa gorączkowe wykupywanie wszystkiego co jest w sklepach spożywczych. Sytuacja

21

w kraju stała się dramatyczna. Na Wybrzeżu doszło do pierwszych rozruchów robotników. W Gliwicach w obawie przed protestami przyśpieszono przerwę świąteczną dla studentów i praktycznie z dnia na dzień nakazano im opuścić akademiki. Przez miasto przejechały kolumny czołgów przy okazji śmiertelnie rozjeżdżając jednego z przechodniów. 1 maja 1971. Pochód pierowszomajowy z trybun przyjmują I Sekretarz Komitetu Powiatopwego PZPR Stanisław Cieślik, Przewodniczący Prezydium Powiatowej Rady Narodowej Zbigniew Farenholz oraz Jerzy Szuba, rektor Politechniki Śląskiej, aktywny działacz PZPR. 24 listopada 1971. Stanisław Cieślik awansuje do pracy partyjnej w KW PZPR w Katowicach. W Gliwicach jego miejsce zajmuje Jan Janosz przesunięty tu z Tychów, gdzie był sekretarzem ekonomicznym w tamtejszej organizacji partyjnej. Miał wówczas 42 lata i jako absolwent studiów ekonomicznych w Związku Radzieckim został do Gliwic zarekomendowany przez Zdzisława Grudnia. 9 grudnia 1973. Dotychczasowy I sekretarz KM PZPR Jan Janosz zostaje także Przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Kontrkandydatów nie miał żadnych. Obie funkcje będzie pełnił wzorowo, jak zapowiedział. Dopilnuje wypełniania solidnie przez Radę wszystkich uchwał PZPR. 29 grudnia 1973. Powrót do stanowiska prezydenta miasta. Tę nominację otrzymał w Gliwicach Józef Antosz. Wraz z Janem Janoszem stanowili w roku 1976 trzon zespołu autorskiego, który opracował znane większości dzisiejszych miłośników historii Gliwic swoiste dzieło pod redakcją Andrzeja Szefera pt.: „Gliwice - zarys rozwoju miasta i okolicy”.

Prezydium Miejskiej Rady Narodowej


22

/ MAGAZYN EIMPERIUM

23 maja 1974. Miejska Rada Narodowa uchwaliła posiadanie przez Gliwice swojego sztandaru. Już 29 sierpnia sztandar był gotowy. Widnieje na nim biały orzeł bez korony, herb Gliwic oraz napis: „Siły i trud nasz w służbie narodu”. 5 luty 1978. Wybory do Rad Narodowych. W Gliwicach na Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej ponownie wybrano Jana Janosza, pełniącego tę funkcję już od roku 1973. W tym właśnie okresie – podczas rządów prezydenta Józefa Antosza – miasto przekazało prywatne grunty w wieczyste użytkowanie spółdzielni osiedla Stare Gliwice, by zbudowała na nich bloki, podając w decyzji że grunt "stanowi własność Skarbu Państwa i jest wolny od obciążeń", co było niezgodne z ówczesnym stanem prawnym. Skandal ten wypłynął dopiero w ostatnich latach kiedy jeden z przedsiębiorców kupił za grosze od prawowitych właścicieli zabudowane już blokami tereny (osiedli Waryńskiego i Bajkowego), chcąc je z dużym zyskiem odsprzedać spółdzielni osiedla.

13 listopada 1978. Jan Janosz zostaje oddelegowany do pracy w KW PZPR w Katowicach, gdzie pracuje do końca istnienia PRL-u. Jego obydwa stanowiska gliwickie – Przewodniczącego MRN oraz I Sekretarza KM PZPR zajął Józef Dudzik, który już 2 lipca 1979 roku oprowadzał po Gliwicach Zdzisława Grudnia. 4 lipca 1980. Prezydentem zostaje Janusz Krajewski, od 1974 roku wiceprezydent miasta. W Prezydium Miejskiej Rady Narodowej pracował od 1958 roku. W 1972 skończył prawnicze studia zaoczne. Październik 1980. Trwa budowa nowego Domu Partii w Gliwicach. Przeznaczony jednak zostaje na cele inne – na szpital położniczy. W kraju trwają już pierwsze „niepokoje społeczne”, działalność na Wybrzeżu prowadzi Lech Wałęsa, zarejestrowano „Solidarność”. 26 listopada 1980. Plenum KM PZPR w Gliwicach. Poddano krytyce „przyniesionego w teczce” Józefa Dudzika i jego dokonania w mieście. Członkowie zagłosowali nad jego dalszym przewodzeniem gliwickiej filii PZPR

Edward Gierek, I Sekretarz KC PZPR dekoruje sztandar Gliwic. Rok 1974


DETEKTYW /

i okazało się że mimo zarzutów kombinatorstwa i niegospodarności – 90 % członków chciało go nadal w swoich szeregach. 5 grudnia 1980. Józef Dudzik składa rezygnację ze stanowiska Przewodniczącego MRN, powołany na jego miejsce zostaje Stefan Zemła. 13 grudnia 1981. Początek stanu wojennego. 16 listopada 1989. Pierwszym niekomunistycznym prezydentem Gliwic zostaje wybrany Zbigniew Pańczyk. Poniżej historia zupełnie najnowsza, czyli prezydenci i przewodniczący Rady Miejskiej Gliwic wybrani w wolnych, demokratycznych wyborach od zakończenia stanu wojennego: Prezydenci Gliwic: 1986 – 1989 Stanisław Błaut 1989 – 1990 Zbigniew Pańczyk (zm. w 2014 roku, jest patronem ronda na os. Sikornik) 1990 – 1991 Andrzej Gałażewski 1991 – 1993 Piotr Sarre 1993 – 1994 Zygmunt Frankiewicz 1994 – 1998 Zygmunt Frankiewicz 1998 – 2002 Zygmunt Frankiewicz 2002 – 2006 Zygmunt Frankiewicz 2006 – 2010 Zygmunt Frankiewicz 2010 – 2014 Zygmunt Frankiewicz Od 2014 – Zygmunt Frankiewicz

Jan Koj, prezydent Gliwic w latach 1946-48

11 sierpnia 2009. Referendum w Gliwicach w sprawie odwołania prezydenta miasta. Referendum okazało się nieważne ze względu na zbyt niską frekwencję wyborczą. Głosowało 11,74 proc. wyborców. 16 września 2012. Ponowne referendum w sprawie odwołania prezydenta Gliwice. Referendum znów okazało się nieważne ze względu na zbyt niską frekwencję wyborczą, która tym razem wniosła zaledwie 6,87 proc. uprawnionych do głosowania. Przewodniczący Rady Miejskiej: 1990 – 1993 Wacław Mauberg 1993 – 1993 Zygmunt Frankiewicz 1993 – 1994 Tadeusz Grabowiecki 1994 – 1998 Tadeusz Grabowiecki 1998 – 2002 Zdzisław Goliszewski 2002 – 2006 Stanisław Ogryzek 2006 – 2007 Jan Kaźmierczak 2007 – 2008 Marek Pszonak 2008 – 2010 Marek Pszonak 2010 – 2014 Zbigniew Wygoda Od 2014 – Marek Pszonak

Feliks Świerczak, prezydent Gliwic w latach 1948-49

23


24

/ MAGAZYN EIMPERIUM

NA WIELKIEJ SCENIE

Mocne wejście zespołu, falstart reżysera Dariusz Jezierski / fot. Andrzej Wawrzyczek

fot. Telewizja Imperium

Zacznę może zatem od pozytywów. Przede wszystkim serdecznie gratuluję ósemki aktorów, którzy weszli do zespołu Teatru Miejskiego w Gliwicach. Nie mogli wprawdzie pokazać pełni swoich możliwości, gdyż wybrany materiał zwyczajnie nie dał im takiej możliwości, ale pokazali się z doskonałej strony, z bardzo dobrą emisją głosu, wartym uwagi wokalem, niezłym przygotowaniem ruchowym. Słowem,

mogą stać się zalążkiem naprawdę dobrego zespołu aktorskiego. Przyznam, że nie jestem jeszcze zupełnie spokojny, bo spektakl, w którym przyszło im zadebiutować przed swoją publicznością nie postawił im prawie żadnych poważnych zadań aktorskich, wykraczających poza potrzeby przeciętnej propozycji, przygotowanej na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, ale potrafię sobie ich wszystkich


NA WIELKIEJ SCENIE /

25

Stanąłem przed trudnym zadaniem. Spektakl„Dom spokojnej młodości”, którego drugi pokaz przyszło mi oglądać, rozczarowuje. Niemożnajednakniepamiętać,żemamydoczynieniazpierwszymspektaklemcałkowicienowegozespołutaknaprawdęcałkowicie nowego teatru. Nie znaczy to w żadnym razie, że w ocenach należy stosować taryfę ulgową, ale na pewno skłania do spojrzenia na tę pierwszą produkcję w kontekście przyszłości gliwickiej sceny.

wyobrazić w poważniejszym, czytaj dużo trudniejszym aktorsko repertuarze. Pozwolę sobie, zastrzegając, że wszystko to może wywrócić się do góry nogami, wymienić czwórkę tych, których sam z całą pewnością wybrałbym do pracy po tej pierwszej prezentacji. To Alina Czyżewska, Dominika Majewska, Mariusz Galilejczyk i Łukasz Kucharzewski. Z aktorów współpracujących podkreślę natomiast pozbawioną fajerwerków,

ale bardzo oszczędną i przez to wiarygodną grę Aleksandry Maj. Całemu zespołowi muszę pogratulować tego, że dzięki niemu ten spektakl w miarę się obronił. Autor scenariusza i reżyser, który był współautorem scenariusza, rozstawili przed zespołem tyle pułapek i utrudnień, że ten dokonał wyczynu nie lada. Przy okazji dodam drugi, niestety ostatni, pozytyw – nie dokonałby


26

/ MAGAZYN EIMPERIUM


NA WIELKIEJ SCENIE /

27


28

/ MAGAZYN EIMPERIUM

tego bez naprawdę świetnego, czującego doskonale rytm sceny zespołu muzycznego oraz interesujących, stylowych aranżacji i kompozycji, autorstwa Marcina Partyki. Jak wspomniałem, reszta elementów to były już tylko utrudnienia dla aktorów. Tym bardziej zatem będę się starał podkreślić ich sukces omawiając je po kolei. Zacznijmy od kostiumów. Niepogodzone ze sobą (skąd te wałki i fryzura z lat 30/40 ubiegłego wieku u jednej z aktorek?). Bez swoistego dla każdego charakteru, pozwalającego coś zbudować, dodać do roli. Dla mnie wyjątkiem był tu jedynie Łukasz Kucharzewski, który momentami wręcz zmienił kostium we własną skórę. Idźmy dalej – scenografia. Niby wszystko ok – zabudowana scena, względnie tanio, z możliwością ogrania. Ale… scenograf i reżyser to tandem. Najbardziej wymyślne konstrukcje, będące tylko sztuką dla sztuki, nie mają wartości scenicznej. Dość monumentalna

i ciężka scenografia, przy braku pomysłów na jej wykorzystanie, zwyczajnie nużyła. Nieszczęsna pochylnia, po którymś z kolejnych prawie identycznie rozwiązanych zejść, przestała zupełnie być atrakcyjna, stanowiąc z całą pewnością poważne utrudnienie (i potencjalne niebezpieczeństwo!) dla dynamicznie ruszających się aktorów. Jeśli chodzi o wykorzystaną symbolikę, banał przeplatał się chyba z jakimś tajemnym kodem. Skoro bowiem nie było problemu z wykorzystaniem biało-czerwonej flagi, dlaczegóż zakodować niekoronowanego orła w czerń i chyba ciemny pomarańcz? Zwłaszcza, że w pewnym momencie go koronowano. I, niestety dla autorów scenariusza, stało się to dokładnie w grudniu 1989 roku, zatem wiszący przez cały spektakl twór o charakterze godła, nijak nie przystawał do scenicznej rzeczywistości. Takich scenariuszowych historycznych potknięć i niekonsekwencji było zresztą więcej. Można powiedzieć, że to wszystko drobiazgi, ale niestety składają się one na końcowe wrażenie nieatrakcyjności wizualnej, kontrastującej z samym tytułem i z istotą naprawdę wielkich przemian historycznych i świadomościowych, o których spektakl próbuje opowiadać. Niestety, próbuje… Nie wiem jak układała się i rozkładała współpraca Michała Chludzińskiego i Łukasza Czuja, ale jej efekt jest raczej mało efektowny. Zazgrzytało już na początku. Ktoś chce mi wmówić, że ja i moi koledzy komunikowaliśmy się tak, jak ci uczniowie jadący do „Rajchu” na wycieczkę? Byłem nawet trochę zły. Ten obrazek gromady naiwniaków zachłystujących się tym, co widzą i prześcigającym się aby swój zachwyt czy niedowierzanie wyartykułować to chyba jakiś pastisz. A przy okazji, autorzy tak rozpisanych na role tekstów, gdzie dwunastka aktorów musi przy pełnej koncentracji wchodzić z jednym słowem, czy frazą, powinni w teatralnym piekle wspólnie prezentować napisaną w ten sposób specjalnie dla nich epopeję. Ileż tu było sztucznych min i fałszywych emocji! Wykorzystanie ogromu energii i czasu dla zagrania zupełnie fałszywej nuty, to zwykłe marnotrawstwo. I w dodatku efekt, który kojarzy się raczej z przeciętnym zaangażowanym spektaklem studenckim, lub niegdysiejszą patriotyczną wieczernicą. Niestety, ten zabieg powtarzał się parę razy. Z przykrością stwierdzam, że mimo iż zamysł autorów scenariusza uważam za ciekawy – a było nim, jak mniemam, przedstawienie ciągu przemian, który nałożył się na młodość mojego pokolenia – nie został zrealizowany nawet w połowie. Przede wszystkim dlatego, że zaproponowane ujęcie i rozpisanie tego procesu między Papieżem i Gołotą, to zbyt


NA WIELKIEJ SCENIE /

mało. Rozwałkowana i strywializowana już dawno sceniczna sztukateria dotycząca konsumpcjonizmu, żarłocznego kapitalizmu i odczłowieczonych korporacji, nie zostawiła już raczej zagadek dla artystycznej penetracji. Pastorał(?) uwieńczony symbolem dolara czy też wielka litera „M”, to już naprawdę symbolika, którą należałoby zostawić licealistom. Ogólnie rzecz biorąc, próbę przedstawienia tych naprawdę pasjonujących przemian za pomocą kolażu dramaturgicznie niepowiązanych kolejnych scen, obrazujących dość subiektywnie wybrane fakty i dziejowe momenty, uważam za zbyt oczywiste pójście na łatwiznę, obliczone na efekt. Teatr to jednak materia wrażliwa, a widz teatralny bestia krwiożercza. Zaproponowana przez reżysera zszywka nie trzyma się zatem najlepiej, a efekt daleki jest od oczekiwanego. Skoro po drugim przedstawieniu oklaski były na tyle skąpe, że aktorzy po zejściu nie zdążyli nawet drugi raz się pokazać, oznacza to tylko jedno – pokolenie które rozumiało co działo się na scenie, owszem ubawiło się momentami i przypomniało sobie kilka hitów muzycznych, ale nie zaakceptowało tego co mu się sugeruje, a pokolenia młodsze, zapytywały „o co kaman” i jest to reakcja zrozumiała. Żal tylko aktorów, którzy spektakl ratują z ogromnym zaangażowaniem od porażki bardziej spektakularnej. Nie zasłużyli na ten dołek, który z całą pewnością zaliczyli po mało

29

spektakularnym finale. I tu, niestety, moje zmartwienie przeradza się w zmartwienie dużo poważniejsze. Właśnie ze względu na rzeczywistą troskę o przyszłość sceny, której bardzo kibicuję od początku, oświadczę wprost, że nie wypada, aby pierwszym reżyserowanym w NOWYM teatrze przez NOWEGO dyrektora artystycznego spektaklem była śpiewogra, która niekoniecznie byłaby wydarzeniem wspomnianego już Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Dosłownie cała teatralna Polska na niego patrzyła, a kulturalne Gliwice (są takie, prawda?) tym bardziej. I, niestety, dyrektor artystyczny skrewił, odwołując się do ogranego już przez niego na innych scenach formatu i naszych wyraźnie przecenionych tęsknot za PRL-owską młodością. Ta stosunkowo prosta sceniczna konwencja, niestety, nie została przez niego dobrze wyreżyserowana. To się zdarza, każdemu. I właśnie dlatego dyrektor artystyczny powinien spadać z wysokiego konia, a nie z zydelka. Zakończę to wszystko jednak dość przekornie. Jestem optymistą. I stąd ta recenzja, choć zapewne niektórzy oczekiwali innej. Po tym, co zobaczyłem, wierzę w zespół, który zebrano. To naprawdę dobrzy, perspektywiczni aktorzy. I chwała artystycznemu za to, że tak ich wyselekcjonował. Ale pytanie o to, czy jest w stanie ich poprowadzić, uważam za właśnie postawione.


30

/ MAGAZYN EIMPERIUM

GALERIA JEDNEGO ZDJĘCIA

TEKST: MARIAN JABŁOŃSKI ZDJĘCIE: ANDRZEJ WAWRZYCZEK

Galeria Jednego Zdjęcia to miejsce, w którym cyklicznie prezentować będziemy fotografie, za którymi kryją się unikatowe historie. Zachęcamy do przesyłania do naszej redakcji takich fotografi wraz z opisem. Z wielką przyjemnością będziemy je prezentować na naszych łamach.

Na dziedzińcu Instytutu Onkologii przy ul. Wybrzeże Armii Krajowej, stoi przepiękna rzeźba matki z dziećmi. Zachwyca przede wszystkim jej twarz o delikatnych rysach i niezwykłym, tajemniczym uśmiechu. Dopełnieniem matczynego spełnienia jest dwójka dzieci na jej kolanach – zadbanych i pełnych życia. Autorem monumentu jest Hans Dammann, rzeźbiarz niemiecki żyjący w latach 1867-1942, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie. Dammann był artystą niezwykle płodnym, wykonał bowiem ogromną ilość rzeźb, liczoną w setkach dzieł. W Gliwicach wystawiał swe prace w roku 1923 i stąd zapewne miejskie zlecenia na wykonanie kilku rzeźb. Jego dziełem są między innymi „Tańczące Fauny” zdobiące plac przed budynkiem Urzędu Miejskiego oraz posągi czterech uczennic przy wejściu do budynku Politechniki Śląskiej przy ulicy Konarskiego. Rzeźba „Matki z dziećmi” stanęła w roku 1933 przed zbudowaną w Gliwicach dla całego Górnego Śląska najnowocześniejszą polikliniką dla kobiet – „Landesfrauenklinik” – dzisiejszym Instytutem Onkologii. Oprócz typowo porodowych, istniały tu wszelkie pozostałe potrzebne kobietom oddziały leczące rozmaite schorzenia kobiece. Istnieje niepotwierdzone domniemanie, iż w doskonale wyposażonych budynkach kliniki, w okresie lat 1936-40 funkcjonowało niemieckie opiekuńczo-charytatywne stowarzyszenie Lebensborn (Źródło życia), działające w strukturach organizacyjnych SS. Zostało założone na mocy rozkazu Reichsführera-SS Heinricha Himmlera w 1936 roku – późniejszego prezesa stowarzyszenia. Lebensborn w założeniach miał stworzyć odpowiednie warunki w sieci swoich ośrodków do „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi” poprzez odpowiednią selekcję kobiet i mężczyzn przeznaczonych do rozmnażania.


REKLAMA /

TEL.: 693 078 517 restauracja-szwajc aria@wp.pl GLIWICE, UL. Ł ABĘDZKA 4F

DWIE SALE DLA 150 OSÓB LOKALIZACJA W PARKU ZNAKOMITA KUCHNIA SZAMPAŃSKIE WESELA IMPREZ Y FIRMOWE POKOJE GOŚCINNE

31


32

/ MAGAZYN EIMPERIUM

P o d ró ż n ik g liwic ki

PODRÓŻNIK GLIWICKI


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

MROŹNA STOLICA PRZEPYCHU Drodzy czytelnicy, chciałbym już móc Wam napisać, że witam Was gorąco, ale niestety zima nadal nie odpuszcza i pewnie jeszcze trochę poczekamy zanim zawita do nas wiosna. Zatem jak sobie z tym poradzić i chociaż trochę pocieszyć, że może nie jest jednak tak zupełnie źle? Zawsze można pomyśleć, iż inni mają jeszcze gorzej. Ba! Możemy nawet to zobaczyć na własne oczy. Tym razem ku pokrzepieniu zmarzniętych serc, zabieram Was do miejsca ociekającego złotem, szkłem i marmurem. Ruszamy do Azji. Nowy kontynent na naszej mapie, ponieważ jeszcze nas tam nie było. Nieco precyzując kierunek, lecimy do Azji Środkowej. Odwiedzimy stolicę Kazachstanu, czyli Astanę. Miasto, choć stolicą jest dopiero od 1997, historię ma bardzo ciekawą. Kazachska stołeczna metropolia położona jest w północnej części kraju. Niczym na zamówienie została wybudowane za „petrodolary” pośrodku niczego. Gdzie okiem sięgniemy tam step, step i step! Jeszcze w 1993 roku mieszkało tam niecałe 300 tysięcy ludzi, a niebawem ta liczba osiągnie milion. Jeśli chodzi o zabudowę i architekturę, to jest to jedno z najbardziej nowoczesnych miast jakie odwiedziłem, a z pewnością najbardziej multimedialne. W sumie nie ma co się dziwić, skoro wszystkie te budowle powstały w przeciągu kilku ostatnich lat. Kolorowe światełka tworzące różne animacje na blokach czy reklamy wyświetlane na całych wieżowcach, to tutaj coś zupełnie normalnego i wcale nie trzeba wytężać wzroku, aby takie coś zobaczyć. O ile miasto samo w sobie jest bardzo przyjemne do mieszkania, to klimat niestety już jest tu bardziej wymagający. Latem temperatury dobijają do 40, a zimą spadają do -40 stopni Celsjusza. Przez wiatr hulający między nowoczesnymi budynkami odczuwalna temperatura jest jeszcze niższa i spada poniżej -50 stopni. Nie ma więc lekko. Ja miałem akurat „przyjemność” spacerować ulicami Astany w okresie, gdy temperatura spadła poniżej -32 stopni, a odczuwalna była na poziomie -52. Powiem krótko. Jeszcze nigdy nie czułem się tak szczęśliwy, gdy po przejściu 400 metrów mogłem wejść do ciepłego miejsca. Guziki w mojej kurtce poddały się jednak walkowerem i odpadły same. Mam więc nadzieję, że

33

TEKST: ŁUKASZ TRUSZ ZDJĘCIA: ŁUKASZ TRUSZ

właśnie w tym momencie myślicie, że w Polsce jednak nie jest, aż tak zimno. Mróz mrozem, ale jednak taka pogoda ma swój urok. Może trochę sam siebie oszukuję, ale uważam, że warto szukać pozytywów w każdej sytuacji. Czyste i rześkie powietrze. Prawie pustki na ulicach. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak dźwięcznie śnieg skrzypiał pod moimi stopami. A gorąca herbata? Dawno już tak nie rozgrzewała. Zanim jednak wyjdziemy na kazachskie ulice zwiedzać zaułki stolicy, mam dla Was kilka informacji i ciekawostek praktycznych. W tym roku zostały zniesione wizy dla Polaków, więc możemy dostać się do Kazachstanu bez większych problemów i zbędnych wizyt w ambasadzie, która mieści się oczywiście w Warszawie. Czas w stosunku do polskiego jest przesunięty o pięć godzin do przodu. Jeśli zaś chodzi o transport, to pod tym względem nie moglibyśmy chyba trafić lepiej. Mamy standardowo do dyspozycji komunikację miejską, a dodatkowo taksówki, które są naprawdę tanie, nawet jak na polskie warunki. Jednak najlepszym i zarazem najpopularniejszym środkiem transportu zarówno wśród lokalnej ludności jak i turystów jest tzw. „łapanie stopa”. Co ciekawe, taki przygodny przewóz złapiemy dużo szybciej, niż zawodową taksówkę. Pod tym względem Kazachowie są niezwykle otwarci i uprzejmi. Gdy zobaczą turystów, to jeszcze chętniej się zatrzymują, ponieważ są zaciekawieni skąd jesteśmy i co tu robimy. Koszt takiej przewózki bywa różny, choć często odbywa to się za darmo lub za symboliczną opłatą. Często w miejscach szczególnie obleganych, na przykład w centrach handlowych, kierowcy wręcz zapraszają do siebie i proponują podwózkę. Godziwe „co łaska”, w przeliczeniu, waha się w tym wypadku od kilku do kilkunastu złotych. A gdy nawet kierowcy nie wiedzą do końca, gdzie jechać będą tak długo krążyć i pytać, aż znajdą właściwą drogę. Na szczęście za taką rundkę po mieście nie doliczają dodatkowych kosztów. Z dogadaniem się z miejscowymi też nie powinno być problemu, ponieważ wielu Kazachów przynajmniej w stopniu podstawowym komunikuje się po angielsku.


34

/ MAGAZYN EIMPERIUM


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

35


36

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Możliwe jest oczywiście mówienie po polsku i gestykulowanie, co też całkiem sprawnie działa. Natomiast jeśli, ktoś zna rosyjski, to powinien mieć już bardzo ułatwione zadanie, choć podobno kazachski nie jest do niego, aż tak podobny, jak mogłoby się wydawać. Choć tę kwestię ciężko mi akurat ocenić, ponieważ nie władam żadnym z tych języków. Zresztą, cóż to byłaby za frajda w podróży umieć się z każdym płynnie dogadać w jego ojczystym języku. Jak już doszliśmy do tematu języka, to przenieśmy się na stronę kulinarną naszej podróży. Również i pod tym względem Kazachstan miło nas zaskoczy. Produkty spożywcze są dość tanie, a za obiad w dobrej restauracji zapłacimy tyle co u nas w podrzędnej knajpie. Natomiast smaki i kuchnia są tutaj wyśmienite. Praktycznie wszystko, co miałem okazję spróbować było bardzo smaczne. Aromatyczne przyprawy, mieszanka kultur i smaków, które napłynęły ze wschodniej Europy i wschodniej Azji dają kuchmistrzom świetne pole do popisu. Najbardziej powinni być z takiej uczty zadowoleni wielbiciele wszelakich mięs, ponieważ Kazachowie, to iście mięsożerny naród. Bardzo popularne są wszelakie steki i podroby. Lubują się również w przeróżnych pieczywach i finezyjnych wypiekach. Jednak, to co jest najbardziej popularne trochę mnie zaskoczyło. Podobno nie tak dawno również i w Polsce to mięso było dość popularne i dostępne w sklepach. Obecnie raczej jest to towar luksusowy i niezbyt popularny, chyba ze względu na dużą miłość i szacunek do tych zwierząt. Macie już jakiś pomysł o co może chodzić? Otóż, moi drodzy, mowa o koninie. Tak jest, lokalna społeczność wręcz kocha się w mięsie z konia i wszelakich wyrobach jakie można z niego uczynić. Steki z koniny figurują praktycznie we wszystkich restauracjach. W sklepach spożywczych jest zatrzęsienie szynek, kiełbas i innych końskich produktów. Chyba najwięcej spośród wszystkich dostępnych mięs. Jeśli jednak ktoś nie miałby jednak ochoty próbować potraw z konia, to nie powinien się przejmować, ponieważ wybór innych potraw i produktów też jest naprawdę spory. Mają tu również sporo ciast, czekolad i przeróżnych słodkości. Warto spróbować serowy krążek, który jest niczym nasz sernik. Jednak nie samym jedzeniem człowiek żyje, więc wyjdźmy na zewnątrz i zacznijmy zwiedzać. Miasto choć nowe i stosunkowo niewielkie, to ma mimo wszystko sporo atrakcji. Nadmienię tylko na starcie, że stanowczo polecam odwiedzenie Astany wiosną lub jesienią, kiedy nie ma wielkich upałów, a możemy jeszcze nacieszyć się zielenią i przycupnąć na ławce bez ryzyka

odmrożenia tego i owego. Najpopularniejszym miejscem spacerowym jest bulwar Nurzhol. Jest dość długi i mieści wokół siebie sporo atrakcji. Dochodząc do bulwaru mijamy między innymi Operę Narodową oraz przechodzimy przez „park zakochanych”. Właściwie to może nawet bardziej skwer, niż park. Samo wejście na deptak jest majestatyczne, gdyż przechodzimy przez bramę, która łączy dwa potężne oszklone budynki. Przed nami rozpościera się zaś długa, prosta droga. Na wprost Nas pnie się ku niebu wieża widokowa Bayterek – swoisty symbol Astany, który znajdziemy między innymi na pocztówkach i magnesach. Wieża symbolizuje nowy początek historii miasta jako stolicy Kazachstanu. Szczególnie pięknie prezentuje się nocą, gdy jest cała podświetlona. W jej okolicy znajdziemy również sporo restauracji i centrum handlowe, gdybyśmy chcieli zrobić zakupy. Kolejnym punktem, który dostrzeżemy na końcu naszej alei, to pałac prezydencki. Ulokowany i wybudowany w dość majestatycznym stylu. Stojąc do niego „twarzą w twarz” ujrzymy go między dwoma złotymi wieżami. Tuż za pałacem płynie rzeka, za którą znajdziemy również kilka ciekawych miejsc. Można przeprawić się przez nią pieszo lub podjechać stopem. Znajdziemy tam między innymi Piramidę Pokoju i Pojednania. Trzykondygnacyjny budynek dedykowany zjednaniu światowych religii. Znajduje się tam między innymi sala koncertowa i teatr. Choć myśl z jaką budowano monumentalny obiekt jest szlachetna, to jednak budzi on spore kontrowersje. Wszystko za sprawą Iluminatów i wielu informacji krążących na ten temat w Internecie, jakoby sama Astana miała być ich stolicą. Piramida w tym wypadku miałaby pełniać rolę jednego z ważniejszych miejsc spotkań. Ile w tym prawdy, tego nie wiem, ponieważ się o tym nie mówi, ale chętnych zapraszam do poszperania w sieci. Naprzeciwko Piramidy, tuż po drugiej stronie ulicy, znajdziemy Pałac Niepodległości. Miejsce polecane zwłaszcza ze względu na ogromną makietę miasta, przedstawiającą jak Astana ma wyglądać w 2030 roku. Trzeba przyznać, że rozbudowa stolicy to ambitne przedsięwzięcie. Dodatkowo znajdziemy tam wystawę etnograficzną. Na prawo od pałacu znajduje się Muzeum Narodowe Republiki Kazachstanu. Wydaje mi się, że może być to bardzo ciekawe miejsce, choć niestety nie miałem okazji go odwiedzić. Koszt wstępu to 500 kazachskich tenge, co w przeliczeniu na nasze oznacza około 6 zł. Jest to najmłodsze i największe muzeum w centralnej Azji o powierzchni 74 tys. metrów kwadratowych. Na pewno przyciąga uwagę już sama jego architektura, ale tak jak wspomniałem wcześniej, wiele jest tu budynków, które „robią wrażenie”.


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

37


38

/ MAGAZYN EIMPERIUM

W sąsiedztwie muzeum znajduje się również Shabyt Art Palace, czyli po polsku Akademia Sztuk Pięknych. Natomiast jeśli od wspomnianego już Pałacu Niepodległości pójdziemy w lewo, to ukaże się naszym oczom meczet Hazrat Sultan Mosque. Warto i tutaj przyjść wieczorem, ponieważ jest pięknie oświetlony, a jego wielkość jest imponująca. Ostatnią atrakcją jaką polecam odwiedzić, choć może być to również pierwsze miejsce, gdyż znajduje naprzeciwko opery i parku zakochanych, to Khan Shatyr. Nic innego jak potężny namiot, w którym mieści się największe w centralnej Azji centrum rozrywkowo-handlowe, zwane inaczej „największym namiotem świata”. Zaprojektowane przez brytyjskiego architekta mieści między innymi plaże z basenami. Podobno podczas weekendu jednego dnia odwiedza je 30 tys. osób. Trzeba przyznać, że władza w Kazachstanie ma i pieniądze, i niezłą fantazję. Jakby wszystkiego było mało, to wciąż powstają nowe budowle, a w 2017 roku Astana będzie gospodarzem wystawy EXPO. Podsumowując, ciekawe miasto i ciekawy kraj, choć podejrzewam, że stolica w żaden sposób nie oddaje tego, co dzieje się w pozostałych częściach tego olbrzymiego państwa. Mimo wszystko warto obserwować rozwój Kazachstanu, a być może nawet je odwiedzić skoro już poszli nam na rękę i znieśli wizy dla Polaków. Łukasz Trusz. Rocznik 1988 z wykształcenia inżynier elektronik po Politechnice Śląskiej. Pasję podróżniczą odziedziczył po tacie, wysysając ją z mlekiem matki. Uwielbia słuchać muzyki, gotować i oglądać filmy. Póki co odwiedził trzy kontynenty i 20 krajów (choć ta liczba ciągle rośnie).


PODRÓŻNIK GLIWICKI /

39


40

/ MAGAZYN EIMPERIUM


CIACHO I BABECZKA /

41

O

korzystnym wpływie jedzenia ryb na nasze zdrowie wiedzą już nawet małe dzieci. Niestety nadal jemy ich za mało. Często słyszę, że ktoś nie lubi ryb. Biorąc pod uwagę jak różnorodne ryby i owoce morza możemy znaleźć w sklepach, trudno mi w to uwierzyć. Ja bardzo lubię ryby. Oczywiście nie wszystkie, są gatunki które lubię bardziej i takie, których raczej unikam. Można nie lubić jakiegoś gatunku, czy sposobu przygotowania ryby, ale żeby od razu wszystkich? Jeśli i Wy myślicie, że nie lubicie ryb, to spróbujcie przygotować je w inny niż zwykle sposób. Podzielę się z Wami moimi ulubionymi rybnymi przepisami. Są zaskakująco proste i pyszne. Może tym razem ryby i Wam zasmakują? TEKST: BABECZKA FOT: BABECZKA


42

/ MAGAZYN EIMPERIUM

SKŁAD

NIKI

400 g św 50 ml s 1 łyżka 1 łyżka 1 łyżka olej sez

ieżego ło

osu sojo

sosu os

sosia be

wego z

z skóry i ości mirin

trygow ego ketchup u

miodu

amowy 1 łyżecz ka nasio n sezam 0.5 łyże u czki ost rej papr y posieka ki lub k nej pap awałek ryczki c hili 1 łyżka oleju ko kosowe go do sm ażenia


CIACHO I BABECZKA /

Przepis na... MARYNOWANEGO ŁOSOSIA Rybę pokrój na kawałki szerokości około 3 cm. Wymieszaj wszystkie składniki marynaty i dokładnie pokryj nią rybę. Łososia zalanego marynatą odstaw do lodówki na co najmniej godzinę. Po tym czasie na patelni rozgrzej olej kokosowy (lub inny, jeśli akurat masz pod ręką). Łososia smaż na złoty kolor z oby stron. Po przewróceniu na drugą stronę, możesz polać go marynatą, która została w naczyniu. Danie możesz podać z ulubioną kaszą lub ryżem i sałatą.

43


44

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Przepis na... RYBKĘ W ZALEWIE OCTOWEJ Rybę pokrój na kawałki ok. 3x3 cm. Każdy kawałek oprósz z obu stron solą, pieprzem i ostrą papryką. Rybę obtocz w mące. Rozbełtaj 2 jajka. I obtocz w nich fileciki. Potem opanieruj je w bułce tartej. Na patelni rozgrzej olej i smaż rybki na złoty kolor z obu stron. Odstaw je do wystygnięcia. W tym czasie do dużej miski odlej zalewę z papryki i wymieszaj ją z keczupem. Paprykę pokrój w paseczki i dodaj do zalewy. Przestudzoną rybę ułóż w pojemniku z przykryciem, a następnie zalej przygotowaną zalewą octową. Odstaw na co najmniej 24 godziny.


CIACHO I BABECZKA /

45

SKŁAD

NIKI

300 g fi

letów z

bez skó

białej ry

by, np.

ry

sól, piep

rz, ostra

0,5 szkla 2 jajka bułka t

dorsza

papryk

a i pszenn ej

nki mąk

arta olej do s mażenia słoik pa pryki m arynow domow anej (na ej robot jlepiej y) 175 ml pikantn ego kec zupu


46

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Piękna codzienność "Świat bez kobiet byłby jak ogród bez kwiatów" - Pierre de Brantome TEKST: AGNIESZKA CHLEWICKA-BAC

Każdego roku 8 marca kobiety obchodzą swoje święto – Międzynarodowy Dzień Kobiet. Święto uważane za typowo polskie, które u wielu polek i polaków wywołuję kontrowersje i niesmak kojarząc się z epoką socjalizmu. Nic bardziej mylnego. Historia Dnia Kobiet jest długa i interesująca, a głównym założeniem tego święta jest wyrażenie szacunku dla ofiar walki o równouprawnienie kobiet. Niektórzy podwalin współczesnego Święta Kobiet, przypadającego na początek wiosny upatrują w starożytnym Rzymie. 1 marca obchodzono w Rzymie Matronalia – dzień kobiecości i płodności, związany z bóstwami żeńskimi. Kobiety otrzymywały od swoich mężów prezenty, były obdarzane czułością, miłością i uwagą, spełniane były ich życzenia. Tego dnia kobiecość była doceniana i wynoszona na piedestał. Data ustanowienia Dnia Kobiet 8 marca ma swój początek w XX wieku. Dotyczy wydarzeń, które rozegrały się 8 marca 1908 roku w Nowym Jorku. Pracownice fabryki tekstylnej postanowiły zawalczyć o swój los - zastrajkowały. Kobiety nie były wtedy uważane za obywateli równych mężczyznom, zarabiały marne grosze za swoją

ogromnie ciężką pracę. Upomniały się o godne warunki pracy i prawa wyborcze. Właściciel fabryki chcąc uniknąć skandalu zamknął je wszystkie w pomieszczeniach fabrycznych. Wybuchł pożar, w wyniku, którego zginęło 129 kobiet. Pierwsze obchody Dnia Kobiet, które miały upamiętnić śmierć strajkujących kobiet odbyły się w USA 28 lutego 1909 r. W 1910 roku Międzynarodówka Socjalistyczna ustanowiła Międzynarodowy Dzień Kobiet, jako uczczenie pamięci i poświęcenia tych kobiet, miał on służyć utrwalaniu idei równości. Do 1914 roku, kiedy to wybuchła I wojna światowa, święto to celebrowano również w Europie, między innymi w Szwajcarii, Austrii, Niemczech i Danii. W byłym Związku Radzieckim po raz pierwszy Dzień Kobiet obchodzono 8 marca przed pierwszą wojną światową. Lenin na wniosek pewnej feministki, ustanowił ten dzień świętem. Właśnie wtedy Dzień Kobiet nabrał wydźwięku komunistycznego. Od 1965 roku, „w celu upamiętnienia zasług kobiet sowieckich w budowie komunizmu” w ZSRR 8 marca stał się dniem wolnym od pracy, stąd też skojarzenia z epoką socjalizmu.


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

W Polsce, owszem święto to pojawiło się w kalendarzach w czasach PRL. Wynikało to z burzliwej historii naszego kraju. Przed wojnami światowymi najważniejszym tematem Polaków była niepodległość, a nie troska o losy kobiet. Ruch równouprawnienia kobiet, pojęcie feministek pojawiło się po II wojnie światowej. Po ustanowieniu II RP Piłsudski pod naciskiem polskich feministek i swojej żony dał kobietom więcej praw. W czasach Polski Ludowej Dzień Kobiet nie był lubiany, stał się kolejnym "obowiązkowym świętem", kojarzonym głównie z władzami za wschodnią granicą, z kobietą na traktorze, nieodłącznym goździkiem i parą rajstop. W tym dniu w zakładach pracy składane były życzenia i wręczane prezenty – wcześniej wspomniane rajstopy, mydełko albo kawa oraz kwiatek: goździk lub tulipan, którego odbiór każda pracownica musiała obowiązkowo pokwitować. W 1993 r. premier Hanna Suchocka zniosła obchody Dnia Kobiet. Wszyscy zapomnieli o tragicznych wydarzeniach w Nowym Jorku, idei dla której został ten dzień ustanowiony. A jak jest dzisiaj w 2017 r., czy kobiety lubią ten dzień? Z raportu MillwardBrown dla marki kosmetycznej Yoskine 70 proc. Polek uważa, że data 8 marca jest ważnym świętem i z przyjemnością je obchodzi (dane Newsweek 08.03.2016).

47

I bardzo dobrze. Nie dajmy sobie wmówić, że to socjalistyczne święto, sięgnijmy do jego korzeni. Upamiętnijmy wojowniczki XX wieku i doceńmy mądrość starożytnych. Uważam, że jest to dzień w którym powinniśmy wspomnieć dzielne kobiety, dzięki którym możemy dzisiaj uczyć się, pracować i rozwijać, a także zaczerpnąć ze starożytnych zwyczajów, które doceniały kobiecą mądrość, piękno, intuicję oraz zdolność do dawania i podtrzymywania życia. Zatroszczyć się o siebie, celebrować swoją kobiecość i cieszyć się nią.


48

/ MAGAZYN EIMPERIUM

Papież Franciszek w jednej z ostatnich homilii mówił o tym jak ważne są kobiety. Dziennik "L'Osservatore Romano" (wyd.0910.02.2017 r.) relację z mszy w Watykanie zatytułował "Kobieta jest harmonią świata". "Aby zrozumieć kobietę, trzeba ją najpierw wymarzyć"; dlatego kobieta jest "wielkim darem Boga", potrafiącym "wnosić harmonię w świat stworzony". Chętnie myślę, że Bóg stworzył kobietę, abyśmy wszyscy mieli matkę - dodał Franciszek w homilii, którą gazeta nazywa "hymnem na cześć kobiet". - Jeśli wykorzystywanie osób jest zbrodnią obrazy człowieczeństwa, to wykorzystywanie kobiety jest czymś więcej niż przestępstwem i zbrodnią - jest destrukcją, niszczeniem harmonii, jaką Bóg zechciał nadać światu, jest cofaniem się - zauważył- Jakże często - zwrócił uwagę - mówiąc o kobietach, mówimy w sposób praktyczny: kobieta jest po to, żeby to robiła. Nie. W pierwszej kolejności jest w innym celu:

kobieta wnosi coś, co powoduje, że bez niej świat nie byłby taki - wskazywał Franciszek. Podkreślał, że kobiety "wnoszą bogactwo" do życia. Zauważył, że często mówi się też, że brakuje kobiet i że "kobieta jest do mycia naczyń, do roboty". - Nie, kobieta jest po to, aby wnosiła harmonię. Bez kobiety nie ma harmonii - stwierdził. Zdaniem papieża mężczyzna i kobieta "nie są jednakowi". - Mężczyzna nie wnosi harmonii. To ona wnosi tę harmonię, uczy nas głaskania, kochania z czułością i czyni świat pięknym mówił Franciszek. Drogie Panie każdego dnia pamiętajcie ile jesteście warte. Kochajcie siebie, dbajcie o siebie i sprawiajcie sobie przyjemności.


PIĘKNA CODZIENNOŚĆ /

49

Kiedy Bóg tworzył kobietę, pracował do późna szóstego dnia. Przechodził obok Anioł i zapytał: - Dlaczego poświęcasz tyle czasu właśnie temu dziełu? A Pan odpowiedział: - Czy zauważyłeś wszystkie szczegóły, jakie muszę uwzględnić, żeby ją ukształtować? Musi być zmywalna, choć nie zrobiona z plastyku, mieć więcej niż 200 ruchomych części, które mają być wymienialne i musi ona funkcjonować na wszelkiego rodzaju pożywieniu; musi być zdolna objąć kilkoro dzieci na raz, przytulić tak, by uzdrowić co jest do uzdrowienia - od stłuczonego kolana do złamanego serca, a to wszystko musi zrobić tylko dwiema rękami. Anioł był pod wrażeniem. - Tylko dwiema rękami... niemożliwe! I to jest model standardowy?! To zbyt wiele pracy jak na jeden dzień... Jutro dokończysz. - Nie będę czekać do jutra - powiedział Pan Jestem już tak bliski ukończenia tego dzieła. Stanie się najmilsze mojemu sercu. Ona sama siebie leczy, kiedy zachoruje i potrafi pracować 18 godzin dziennie. Anioł podszedł bliżej i dotknął kobiety. - Ale uczyniłeś ją taką miękką, Panie. - Jest miękka - powiedział Pan - lecz uczyniłem ją także silną. Nie wyobrażasz sobie nawet, co potrafi znieść i ile pokonać. - Czy ona potrafi myśleć? - zapytał Anioł. Pan odpowiedział: - Nie tylko potrafi ona myśleć, ale potrafi przekonywać i pertraktować. Anioł dotknął policzka kobiety... - Panie, zdaje się, że to dzieło przecieka! Zbyt dużo nałożyłeś ciężarów. - Ona nie przecieka... To łza - poprawił Pan Anioła. - Łza? A co to takiego? - zapytał Anioł. Pan odpowiedział: - Łzy są jej sposobem wyrażania smutku, wątpliwości, miłości, samotności, cierpienia i dumy. To zrobiło duże wrażenie na Aniele. - Panie, jesteś geniuszem. Pomyślałeś o wszystkim. Kobieta jest naprawdę cudowna! - Rzeczywiście jest! Kobieta posiada siłę, która zadziwia mężczyznę. Potrafi ona radzić sobie z kłopotami i dźwigać ciężkie brzemię. Ma w sobie szczęście, miłość i przekonania. Uśmiecha się, gdy chce jej się krzyczeć. Śpiewa, gdy chce jej się płakać, płacze, gdy jest szczęśliwa i śmieje się, gdy się boi. Walczy o to, w co wierzy. Sprzeciwia się niesprawiedliwości. Nie akceptuje „nie" jako odpowiedzi, kiedy widzi lepsze rozwiązanie. Daje z siebie wszystko, żeby jej rodzinie dobrze się wiodło. Zabiera swoją przyjaciółkę do lekarza, kiedy się o nią martwi. Jej miłość jest bezwarunkowa. Płacze, kiedy jej dzieci odnoszą sukces. Jest szczęśliwa, kiedy wiedzie się jej przyjaciołom. Cieszy się, kiedy słyszy o narodzinach czy weselu. Boli ją serce, kiedy umiera ktoś z rodziny lub bliski przyjaciel. Ale znajduje siłę, by żyć dalej. Wie, że pocałunek i przytulenie mogą uzdrowić złamane serce. Ma tylko jedną wadę... ZAPOMINA ILE JEST WARTA... (opowiadanie z internetu)


INTERNET ŚWIATŁOWODOWY CYFROWA TELEWIZJA KABLOWA

32 301 40 00

GLIWICE , UL. FLORIAŃSKA 23

MAGAZYN EIMPERIUM NR 11


Magazyn eIMPERIUM nr 02/2017