Page 1

MILLY GUALTERONI z

depresji do wiary Świadectwo życia sławnej dziennikarki

z depresji do wiary.indd 1

30.05.2017 12:07 2017-05-25 18:11:15


z depresji do wiary.indd 2

2017-05-25 18:11:15


z depresji do wiary.indd 3

2017-05-25 18:11:16


Tytuł oryginału: Strappata all’abisso. Dagli psicofarmaci alla fede © 2015 by Edizioni Ares Associazione Ricerche e Studi www.ares.mi.it Wydanie polskie przygotowane w porozumieniu z: Silvia Vassena © Milano by Gexcel srl Tłumaczenie: Wojciech Bernasiewicz Redakcja: Ewelina Michniowska-Addario Skład i łamanie: Monika Balwierz Projekt okładki: Justyna Rzeszutek Zdjęcie na okładce: © 2015 by Edizioni Ares Druk i oprawa: WDN PAN Sp. z o.o. – Wrocław Cytaty biblijne pochodzą z: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem © Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2011. ISBN 978-83-7797-646-3 © Edycja Świętego Pawła, 2017 ul. Św. Pawła 13/15 • 42-221 Częstochowa tel. 34.362.06.89 • fax 34.362.09.89 www.edycja.com.pl • e-mail: edycja@edycja.com.pl Dystrybucja: Centrum Logistyczne Edycji Świętego Pawła ul. Hutnicza 46 • 42-263 Wrzosowa k. Częstochowy tel. 34.366.15.50 • fax 34.370.83.74 e-mail: dystrybucja@edycja.com.pl Księgarnia internetowa: www.edycja.pl

z depresji do wiary.indd 4

2017-05-25 18:11:16


Kochanym braciom Norbertowi i Marcellowi oraz siostrze Giulianie, bo moje nowe życie zawdzięcza bardzo wiele ich czułej i stałej bliskości, nawet w najcięższych chwilach. Moim bratankom i siostrzeńcom, życząc im, aby z tego trudnego, ale i pełnego blasku doświadczenia, o którym tutaj opowiadam, mogli zaczerpnąć nieco światła na swoją przyszłość. Przyjaciółkom i przyjaciołom, którzy byli blisko mnie, z gorącą wdzięcznością. Społeczności, w której się urodziłam i ukształtowałam, wdzięczna za szacunek i miłość, jaką zawsze otaczała moją rodzinę, i pewna, że z równą otwartością umysłu i serca będzie umiała przyjąć także i te stronice, jednocześnie pełne bólu i radości. M.G.

z depresji do wiary.indd 5

2017-05-25 18:11:16


z depresji do wiary.indd 6

2017-05-25 18:11:16


WSTĘP Moja zrodzona z cierpienia, a zarazem wyzwalająca opowieść, nie teoretyczna, ale z życia wzięta, dotyczy tematów będących dziś bardziej niż kiedykolwiek w centrum debat i refleksji: życia, śmierci, choroby, seksu, samobójstwa, miłości, szczęścia, błądzenia, przemocy, przyjemności, radości, bólu. Dotyczy również innej kwestii, dzisiaj na ogół odrzucanej – spraw nadprzyrodzonych. Zdecydowałam się napisać te strony, ponieważ chciałam opowiedzieć również o pewnych tajemniczych i – teraz jestem tego pewna – niewytłumaczalnych wydarzeniach, które odmieniły bieg mojej egzystencji. Pisanie nie było łatwe. Musiałam pokonać silne poczucie wstydu, a także swój nieśmiały i powściągliwy w odsłanianiu życia prywatnego charakter. Musiałam walczyć z pozostałościami po mojej chorobie – teraz należącej już do przeszłości – która została u mnie zdiagnozowana, kiedy miałam dziewiętnaście lat, i która w znacznym stopniu wpłynęła na moją osobowość. Musiałam wreszcie uwzględnić ryzyko tego, że czytelnik może mnie źle zrozumieć i pomyśleć, iż tajemnicze wydarzenia, o których opowiadam, są w rzeczywistości wynikiem złudzenia, chorej wyobraźni. Ale tak nie jest.

7

z depresji do wiary.indd 7

2017-05-25 18:11:16


z depresji do wiary.indd 8

2017-05-25 18:11:16


z depresji do wiary.indd 9

Rozdział pierwszy

SILNE I KRUCHE KORZENIE

2017-05-25 18:11:16


z depresji do wiary.indd 10

2017-05-25 18:11:16


Początek opowieści Od czego zatem zacząć? Z pewnością nieprzypadkowo wybiorę dokładną datę, 23 kwietnia 2013 roku, kiedy to otrzymałam pewną prośbę za pośrednictwem Facebooka. „Cześć Milly, to ja, F. Pamiętasz mnie? Chciałbym z tobą porozmawiać, bo myślę, że jest coś niewyjaśnionego na końcu naszego związku”. „Cóż może tu być do wyjaśnienia?” – pomyślałam zirytowana. Minęło trzydzieści sześć lat od naszej krótkiej, choć intensywnej, młodzieńczej namiętności. Co więcej, zdawałam sobie sprawę, że właściwie z naszego związku nie pamiętałam prawie niczego. Poznałam go w mieście moich studiów, w Padwie, gdzie był studentem drugiego roku medycyny, ja natomiast byłam na pierwszym roku na Wydziale Języków i Literatur Obcych. Jego namiętna miłość szybko pokonała moje opory. Dla niego wyrzekłam się tego, co było wówczas moim wielkim pragnieniem, bardziej niż społecznym nakazem dotyczącym dziewcząt z dobrej rodziny: wyjścia za mąż jako dziewica, oddania swojego ciała w nienaruszonym stanie mężczyźnie na całe życie. Ta swoboda seksualna, która później przez długi czas panowała w moim życiu, była dla mnie wtedy nie do pomyślenia, a nawet wydawała mi się odstręczająca. Tymczasem w relacji z tym słodkim, czułym i na11

z depresji do wiary.indd 11

2017-05-25 18:11:16


miętnym chłopcem miałam odkryć przyjemność, ale też piękno fizycznej miłości. A teraz pojawił się znowu, owego 23 kwietnia, przez Facebooka. Wobec jego nieoczekiwanego życzenia zdecydowałam się go wysłuchać. Poprosiłam, aby napisał do mnie e-maila, byśmy mogli spokojnie korespondować. Zanim jednak opowiem o tym, co F. uświadomił mi za pośrednictwem poczty elektronicznej i co spowodowało, że byłam zmuszona przypomnieć sobie pewien dramatyczny epizod z mojego życia, konieczne jest, bym opisała wcześniejsze wydarzenia. Z krótką wzmianką o moim dzieciństwie, o tych kruchych, a jednocześnie mocnych korzeniach, które w pełni dziś odnalazłam, odkrywając na nowo ich zasadnicze znaczenie. To stamtąd, ze środowiska, w którym dorastałam, niewątpliwie pochodziły siła i ożywcze bodźce podtrzymujące mnie w mojej tragicznej czasem egzystencji: z mojej rodziny, a także z tradycji rolniczej i rzemieślniczej społeczności moich gór. Z owej starodawnej empirycznej wiedzy, opartej na konkretnej znajomości życia, będącej podstawą zdrowego rozsądku, którego dzisiaj w społeczeństwie wirtualnym często brakuje.

*** Przyszłam na świat jako ostatnia z pięciorga rodzeństwa: najpierw było dwóch braci, potem siostra, jeszcze jeden brat, a na końcu ja – „malutka”. Moja matka, urodzona w 1916 roku, miała czterdzieści jeden lat, kiedy wydała mnie na świat. Mój ojciec, rocznik 1906, miał wkrótce obchodzić pięćdziesiąte pierwsze urodziny. 12

z depresji do wiary.indd 12

2017-05-25 18:11:16


On sam był „późnym” dzieckiem, jego ojciec, chirurg – dziadek, którego nie dane mi było poznać – urodził się w 1851 roku. Sto sześć lat przede mną. Tata był potomkiem rodu, którego początki sięgają XIV wieku. Nagromadzone w ciągu stuleci dobra materialne zostały roztrwonione zanim się urodziłam. W domu moja dziecięca wyobraźnia opanowana była przez postacie antenatów, których oglądałam uwiecznionych na dwóch obrazach z epoki: jednego przodka, który był opatem, oraz prababki. Opat, sportretowany w 1751 roku z Biblią w ręku, w zadziwiający sposób przypominał mojego drugiego w kolejności brata. Ja natomiast byłam podobna do prababki. Dziedziczka rodu markizów została sportretowana z czerwoną chustką na szyi, pamiątką ze spotkania z Giuseppem Garibaldim, które miało miejsce podczas wizyty generała w mieście. Garibaldi podarował jej swoją fotografię portretową z własnoręcznie napisaną dedykacją. Fotografia ta stała na biurku w gabinecie taty. Byłam dzieckiem obdarzonym dużymi talentami i szybko zostałam „naznaczona” mianem geniusza. Zawsze i bez zbytniego wysiłku byłam pierwsza w klasie, wiodłam również prym w sportach i innych aktywnościach: w jeździe na nartach, pływaniu, gimnastyce artystycznej, minikoszykówce, śpiewaniu i rysowaniu. Ileż zebrałam dyplomów, nagród i medali… Jednak wbrew sobie, bo współzawodnictwo nigdy mi się nie podobało. To był ciężki wysiłek, który podejmowałam z posłuszeństwa wobec mamy. Jej przesadna satysfakcja stanowiła dla mnie źródło zadowolenia. Bardzo lubiłam też typowo kobiece zajęcia manualne: gotowanie, szycie, prasowanie oraz te męskie – 13

z depresji do wiary.indd 13

2017-05-25 18:11:16


z gwoździami, kombinerkami, młotkami, śrubokrętami, nożyczkami, klejem, przewodami elektrycznymi… Niezmiernie cieszyły mnie zabawy na podwórku z innymi dziećmi, zabawy, z których czasem wracało się do domu z rozgoryczeniem i płaczem z powodu nieuniknionych sprzeczek. Kochałam także przyrodę. Bawiłam się na łąkach z moim ukochanym psem, kundlem znajdą. Wspinałam się na drzewa i zanurzałam w górskie lasy. Chętnie obserwowałam zarówno dzikie zwierzęta: sarny, głuszce, sokoły, sowy pójdźki, jak również zwierzęta gospodarskie i różnorodne ptaki, których wiele można było zobaczyć na drzewach i na niebie. Zachwycałam się i z prostotą przyjmowałam wielką naukę stworzenia. Doświadczałam chwil szczęśliwych i nieszczęśliwych, tak jak w każdym normalnym dzieciństwie. Z natury byłam żywa i wesoła, zawsze skłonna do zabawy. „Moja gwiazdeczka” – mówiła mama. „Moja mróweczka” – powtarzał mi tata. Dorastałam w podziwie dla dużo starszych ode mnie braci oraz siostry. Natomiast zazdrośnie rywalizowałam z najmłodszym z braci, który był zaledwie cztery lata ode mnie starszy. I to ja skradałam uwagę wszystkich członków rodziny.

Cicha przyjaźń Mam pewne wspomnienie z dzieciństwa, o którym muszę opowiedzieć. Przypomina mi ono o wielkiej miłości, jaką już jako dziecko czułam do Jezusa, poznanego 14

z depresji do wiary.indd 14

2017-05-25 18:11:17


dzięki fascynującym opowieściom mamy i babci. Nie był to dziecinny sentymentalizm, nie… Dla mnie była to radosna i poważna sprawa. Naprawdę wierzyłam w Jezusa. Bardzo się rozzłościłam, kiedy w dniu mojej Pierwszej Komunii św. odniosłam wrażenie, że prawdziwą wiarę ma niewielu ludzi, nawet wśród zdrowo myślących i elegancko ubranych osób, które między kawałkiem tortu a kieliszkiem musującego wina składały mi życzenia i obdarzały mnie irytującymi uszczypnięciami w policzki. Historia, o której chcę opowiedzieć, miała miejsce jakiś czas po tym wydarzeniu. Moja przyjaciółka Sami, siedem lat starsza ode mnie, była młodą harcerską drużynową. „Jest taka staruszka, która jest biedna i mieszka sama w starym domu w mieście – powiedziała do mnie pewnego dnia. – Czy nie miałabyś ochoty się z nią zaprzyjaźnić, żeby odwiedzić ją od czasu do czasu i zanieść jej coś do jedzenia?”. Tak, miałam ochotę. W ten sposób zaczęła się cicha przyjaźń, zbudowana z nielicznych słów, ale szczerych spojrzeń i uśmiechów, między mną a tą starszą, ubogą i pełną godności kobietą, ubraną w stare rzeczy i z chustą na głowie. W ciągu całego roku szkolnego starowinka stała się moim ważnym emocjonalnym punktem odniesienia. Potem szkoła się skończyła. Jak zawsze, po zakończeniu szkoły i po wakacjach nad morzem, my, najmłodsze dzieci, byliśmy zawożeni w góry na pozostały okres trwania przerwy w szkole, razem z babcią ze strony mamy. Nasz letni dom był pozostałością dużego, wielokondygnacyjnego budynku, który dziadek kazał postawić w tej wiosce pod koniec 15

z depresji do wiary.indd 15

2017-05-25 18:11:17


XIX wieku. Połowa budynku została zmieciona przez powódź w 1911 roku, kiedy w nocy z 21 na 22 sierpnia nastąpiło straszliwe oberwanie chmury, które wciąż żyje w pamięci tamtejszej ludności. Rwące wody potoku zniszczyły doszczętnie młyny, tartaki i budynki stojące wzdłuż brzegów pozbawionych wałów. W górnej części doliny przerwały granice łąk i wydrążyły sobie nową drogę, by rzucić się w dół, docierając w swym wściekłym pędzie nawet do domu dziadka, choć ten wybudowany był na wzniesieniu i sądzono, że jest bezpieczny. Na szczęście dziadek został obudzony w samą porę przez znajomego rolnika ze wsi. Tym sposobem razem z babcią i trójką dzieci – moimi dwoma przyszłymi ciotkami i moim przyszłym ojcem – ocalił życie. Dom został porwany i tylko częściowo odtworzony, zachował się parter i pierwsze piętro, jednak o połowę niższe niż pierwotnie. Bardzo go lubiłam, przede wszystkim dlatego, że był tam nieduży ogród z trzema wielkimi i mocnymi, prawie stuletnimi sosnami. Dom był pozbawiony wygód, była w nim tylko zimna woda i toaleta w pomieszczeniu z zimnego i wilgotnego kamienia; napawało mnie ono trochę lękiem z powodu pająków, które się tam często zagnieżdżały. Myło się w pokoju w miednicach napełnionych wodą z dzbanka, a gdy brudu było zbyt wiele, grzaliśmy gary pełne wody, żeby wypełnić stojącą w ogrodzie metalową wannę, do której zanurzaliśmy się na golasa. Opłukiwanie przebiegało z użyciem lodowatej wody, doprowadzanej długim gumowym wężem. Również tamtego roku długa wakacyjna przerwa, jak wszystkie inne, się skończyła. Kiedy wróciłam do mia16

z depresji do wiary.indd 16

2017-05-25 18:11:17


sta, pobiegłam zaraz do domu mojej kochanej staruszki. Zapukałam do starych drewnianych drzwi i natychmiast weszłam, ponieważ w tamtych czasach drzwi w moim mieście nie zamykano na klucz. Moja staruszka stała tam, obok nędznego stołu w nagim pokoju, i uśmiechała się do mnie. – Cześć! Wróciłam… – wykrzyknęłam. Stara kobieta patrzyła na mnie. Stała tam w bezruchu, uśmiechała się, ale nie odpowiadała na moje powitanie. – Cześć – powtórzyłam nieco skonsternowana tym jej niezrozumiałym milczeniem. Dlaczego nie chce ze mną rozmawiać? – Przyniosłam ci ciasteczka i kostki bulionowe – dodałam, wyciągając w jej kierunku paczkę, którą trzymałam w ręku. Patrzyła na mnie, jasna i nieruchoma, i dalej się uśmiechała. – Cześć! – wrzasnęłam raz jeszcze ogarnięta niepokojem. Poczekałam kilka sekund na jej odpowiedź, która nie nadeszła, odwróciłam się i uciekłam. – Sami! Sami…! – zawołałam, wbiegając zdyszana do domu przyjaciółki. – Byłam u staruszki, ale ona nie chce już ze mną rozmawiać! Przyjaciółka spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Opowiedziałam jej o tym, co się zdarzyło. Wysłuchała mnie z niezwykłym skupieniem, po czym spojrzała na mnie ponownie z powagą. – Nie powiedziałam ci o tym, bo nie chciałam sprawiać ci bólu – rzekła. – Staruszka nie żyje. – Ale ja ją widziałam… – stwierdziłam. – Nie chciała ze mną rozmawiać, ale się uśmiechała! 17

z depresji do wiary.indd 17

2017-05-25 18:11:17


– Nie wiem, co mogłaś widzieć – skomentowała Sami – ale przysięgnij mi, że nie będziesz o tym z nikim rozmawiać albo uznają cię za szaloną. Przysięgłam. Teraz myślę, że to właśnie wtedy powstało pęknięcie w jedności mojego bycia ludzką i duchową istotą. To wtedy utworzyło się to wewnętrzne rozszczepienie, które później wyjaśnię lepiej. Rzeczywiście, nie uwierzyłam w to, co przecież zobaczyłam, wyczuwając już wówczas, że to, co nadzwyczajne, nie ma prawa bytu w zwyczajnym świecie, zwłaszcza w tym obecnym… Wtedy zaczęła się moja ucieczka od nadprzyrodzoności, ucieczka, która – gdy osiągnę intelektualną dojrzałość – dojdzie do perfekcji i zakorzeni się w dwuznacznych pewnikach rzekomo oświeconego rozumu. Jak napisał poeta Thomas Stearns Eliot w Chórach z „Opoki”: „Nieskończona wynalazczość, nieskończone próby/ Tworzą kunszt ruchu, ale nie spoczynku;/ Kunszt mowy, ale nie milczenia;/ Kunszt słów, lecz nieznajomość Słowa”. I to jest prawda, tak iż „Cały nasz kunszt przybliża nas jedynie do niewiedzy,/ Cała niewiedza przybliża do śmierci”1. Tej wewnętrznej śmierci, którą jest nieobecność Boga. Ponieważ w niewiedzy o Tobie nie jesteśmy niczym innym, jak chodzącymi umarłymi, którzy łudzą się, że żyją! Trwając w tym złudzeniu, szukamy witalności, zatracając się w wielu bożkach, które zatruwają i nisz-

  T.S. Eliot, W moim początku jest mój kres, przeł., komentarzami i przyp. opatrzył A. Pomorski, Świat Książki, Warszawa 2007, s. 181. (Wszystkie przypisy w książce oraz odniesienia do tekstów Pisma Świętego pochodzą od tłumacza). 1

18

z depresji do wiary.indd 18

2017-05-25 18:11:17


czą ludzkie życie. Z dala od Twojej Mądrości, zagubieni w chaosie społeczeństwa informacyjnego. Albo raczej dezinformacyjnego… Wracając jeszcze do mojej staruszki, nie znałam wówczas tego fragmentu Pisma Świętego, które mówi: „Głupiec sądzi, że umarli, ich śmierć uważa za tragedię, odejście z tego świata – za zupełną klęskę, a oni doświadczają pokoju” (Mdr 3, 2-3). Nie znałam go, podobnie jak nieznane mi były słowa Jezusa, które wypowiedział w domu zmarłej dziewczynki: „Dziecko nie umarło, tylko śpi” (Mk 5, 39). Wielu śmiało się z niego, ponieważ dla nich dziecko było martwe. Ich wzrok jednak zatrzymywał się na rzeczywistości widzialnej, natomiast spojrzenie Jezusa sięgało dalej. Dla Boga ze śmierci można być obudzonym. Czy zatem przez chwilę moje oczy dostrzegły „rzeczywistości niewidzialne”? Jakkolwiek było, nie uwierzyłam w to, co ujrzałam. I moje życie dalej toczyło się normalnie, pośród dobra i zła, które nieuchronnie przenika do rodzin, z nieodłącznymi trudnościami, jakich doświadcza się na drodze wzrastania.

Z E. w Kalifornii Po ukończeniu gimnazjum, ze względu na moje uzdolnienia mama i tata nakłonili mnie, bym zapisała się do prestiżowego miejscowego liceum klasycznego. To również mama namówiła mnie, gdy miałam szesnaście lat (w 1973 r.), żebym wzięła udział w konkursie zorganizowanym przez pewne znamienite amerykańskie stowarzyszenie. Była to epoka zimnej wojny, a to stowa19

z depresji do wiary.indd 19

2017-05-25 18:11:17


rzyszenie, American Field Service, przyznawało co roku stypendia dla uczniów z najróżniejszych krajów świata, wybranych w drodze konkursu, by mogli spędzić rok w Stanach Zjednoczonych. Wygrałam konkurs i na początku sierpnia 1974 roku, w wieku siedemnastu lat, mając za sobą dwa lata gimnazjum i rok liceum, opuściłam rodzinne miasto. Przeniosłam się do małego miasteczka w bajecznej Kalifornii, na wybrzeżu Pacyfiku, w połowie drogi między San Diego a Los Angeles. Tam uczęszczałam do ostatniej klasy amerykańskiej High School, mieszkając u rodziny należącej do stowarzyszenia. A zatem Kalifornia. Jest pewne związane z tym doświadczeniem zdarzenie, o którym, jak sądzę, warto opowiedzieć. W świetle tego, co wydarzyło się w ostatnich latach, nabiera ono całkiem nowego znaczenia. Podczas pobytu w amerykańskim miasteczku zawiązałam mocną przyjaźń z E., dziewczyną z Europy. Ona także była w Stanach Zjednoczonych dzięki uzyskanemu stypendium. Często się spotykałyśmy i wysłuchiwałyśmy swoich zwierzeń. W tamtym czasie w Los Angeles mieszkała daleka kuzynka mojej babci ze strony matki. Pewnego dnia zaprosiła mnie w odwiedziny. Zaproponowałam E., żeby się do mnie przyłączyła i wyruszyłyśmy w kierunku kalifornijskiej metropolii. Moja przyjaciółka była o wiele bardziej przedsiębiorcza i „doświadczona” niż ja. Przekonała mnie, bym posmakowała emocji związanych z podróżą autostopem. Okłamałyśmy więc goszczące nas rodziny i zamiast wsiąść do legendarnego autobusu linii Greyhound, poszłyśmy na drogę, żeby złapać jakiś samochód. 20

z depresji do wiary.indd 20

2017-05-25 18:11:17


Zatrzymał się hipisowski minibus i zabrała nas bardzo miła para dzieci kwiatów, z dwójką małych dzieci i dużym psem. Przejechałyśmy z nimi około połowy trasy i wysiadłyśmy przy zjeździe z autostrady. Tam zabrał nas inny van, którym jechało dwóch chłopaków. Udawali się właśnie do Los Angeles i po dotarciu do miasta powiedzieli, że chcieliby nam pokazać pewną szczególną dyskotekę, otwartą także w godzinach popołudniowych. Jak bardzo E. i ja byłyśmy młode i lekkomyślne! Bez obawy poszłyśmy z nimi do tego lokalu i to, co ujrzałyśmy, było naprawdę zaskakujące. Zobaczyłyśmy świat, o którym nie miałyśmy najmniejszego pojęcia. Dyskoteka przeznaczona była dla osób homoseksualnych obojga płci. Znalazłyśmy się wśród zgiełku muzyki i wiru świateł, w samym środku tłumu mężczyzn i kobiet, którzy nie tylko tańczyli i dużo pili, ale oddawali się nieokiełznanym i jawnym erotycznym igraszkom, bez żadnych zahamowań. O ile E. miała już doświadczenia seksualne ze swoim narzeczonym, o tyle ja byłam jeszcze dziewicą, która do tej pory wymieniła tylko nieśmiałe pocałunki z chłopakiem. To, co zobaczyłam, poruszyło mnie do głębi. – Chodźmy stąd! – zażądałam stanowczo. Dwaj chłopcy, którzy nam towarzyszyli, stawiali pewien opór, ale potem porozmawiali szeptem ze sobą i się zgodzili. – Zaprowadzimy was do miejsca, gdzie możecie spędzić noc – powiedzieli. Nie podobała mi się wcale ta sytuacja. Szeptali między sobą w sposób, który mnie niepokoił. Poprosiłam, 21

z depresji do wiary.indd 21

2017-05-25 18:11:17


aby zatrzymali samochód i nas wysadzili. Chłopiec, który nie prowadził, odwrócił się i spojrzał na mnie nieprzyjaźnie. – Shut up! Zamknij się! – powiedział brutalnie. – Teraz jedziecie z nami. Zaczęłam krzyczeć, mówiąc, że jeżeli się nie zatrzymają i nie pozwolą nam wysiąść, otworzę drzwi i wyskoczę. Shut up! – wrzasnął znów, patrząc na mnie z wściekłością. Krzyknęłam jeszcze głośniej, chwytając klamkę i powtarzając, że otworzę drzwi. Między chłopcami doszło do burzliwej wymiany zdań, a potem auto gwałtownie się zatrzymało. Otworzyłam drzwi i wysiadłyśmy. Znalazłyśmy się na szerokiej alei, nie wiedząc, co dalej począć. – Jedyne, co możemy, to znaleźć budkę telefoniczną i poprosić kuzynkę babci, żeby po nas przyjechała, nawet jeśli jesteśmy umówione na jutro – powiedziałam do E., próbując opanować straszliwy lęk, który mnie ogarnął. Weszłyśmy w boczną ulicę. Było późno i mimo że kalifornijskie lato było w pełni, zaczynał zapadać zmierzch. Szłyśmy właśnie chodnikiem, gdy podszedł do nas wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, Afrykanin. – Co tu robicie? Czego szukacie? – spytał uprzejmym głosem. Podczas gdy E. odpowiadała na jego pytania, ja oddaliłam się od nich. Po szoku przeżytym w busie bałam się tej nieproszonej interwencji nieznajomego. Przypomniałam sobie słowa policjanta, który przeprowadził lekcję w szkole. Mówił nam o dużej liczbie gwałtów popełnianych na amerykańskich nastolat22

z depresji do wiary.indd 22

2017-05-25 18:11:17


kach. Ostrzegał nas także przed niebezpieczeństwem porwania. Lista zaginionych i nigdy już nieodnalezionych dziewczyn była w Kalifornii rzeczywiście długa. Policjant mówił wręcz o handlu kobietami. „Nie dopuszczajcie do sytuacji, kiedy mogłybyście zostać zgwałcone lub porwane” – powtarzał kilkakrotnie, aby potem udzielić konkretnych wskazówek dotyczących samoobrony. Polecił, abyśmy zawsze nosiły przy sobie coś ostrego, chociażby dobrze zaostrzony ołówek. „W przypadku usiłowania gwałtu, wbijcie go w oko napastnika” – sprecyzował. Następnie objaśnił jeszcze łatwiejsze posunięcie: silne uderzenie kolanem w jądra napastującego mężczyzny. Kiedy przebiegałam w myśli tę lekcję, szłam dalej, szukając jakiegoś sklepu, kawiarni lub innego miejsca, które wydałoby mi się godne zaufania. Moją uwagę przyciągnął jednak okrzyk powitania nieznanego młodego człowieka: chłopak wymachiwał rękami z przeciwległego chodnika. Przeszedł zdecydowanie przez ulicę i zmierzał w moim kierunku, podczas gdy E., pozostając w tyle, w dalszym ciągu rozmawiała z tym wysokim i masywnym mężczyzną. Chłopiec zbliżył się do mnie. – Pakujecie się w poważne tarapaty – wyszeptał. – Poczekaj tutaj, idę po twoją znajomą i wracam. Stałam nieruchomo, nie wiedząc, co robić. Widziałam go, jak zapalczywie rozmawia z człowiekiem, który trzymał już E. pod ramię. Z mojego miejsca obserwacji (z którego byłam gotowa uciec, nie oglądając się za siebie) wyglądało to na ostrą wymianę zdań: ich twarze były bardzo napięte. W końcu osiłek zostawił moją przyjaciółkę, która 23

z depresji do wiary.indd 23

2017-05-25 18:11:17


wróciła do mnie w towarzystwie chłopaka. Byłam wstrząśnięta, nie wiedziałam, co o tym myśleć. – Jesteście głupie i lekkomyślne – powiedział wreszcie chłopak z posiniałymi wargami. – Czy zdajecie sobie sprawę, co robiłyście? Z daleka widać, że jesteście dwoma naiwnymi i zagubionymi dziewczynkami… Człowiek, od którego was właśnie uwolniłem, jest w gangu zajmującym się prostytucją. Trzęsłam się i patrzyłam na E., milczącą i bladą jak ściana. – I co teraz zrobimy? Kim ty jesteś? – zapytałam. Chłopak powiedział swoje imię i skąd pochodzi. Potem dodał: – Jestem chrześcijaninem. Mieszkam tu, w pobliżu, w małej wspólnocie z innymi braćmi. Razem staramy się ratować lekkomyślne dziewczyny, które tak jak wy przyjeżdżają do Los Angeles w poszukiwaniu przygód… Próbujemy ochronić je, zanim będzie za późno. Twardość jego słów łagodził miły, życzliwy uśmiech. Ponieważ słońce chyliło się ku zachodowi, chłopak zaproponował nam, żebyśmy przenocowały u niego. – Jutro odprowadzę was tam, dokąd macie pójść – zasugerował. Zgodziłyśmy się, bo moja krewna spodziewała się naszego przyjazdu dopiero następnego dnia. Tamtego wieczoru, kiedy się już uspokoiłyśmy, E., która uważała się za ateistkę, wygłosiła mi zaimprowizowane kazanie o niebezpieczeństwie religii, a zwłaszcza o licznych szkodach wyrządzonych przez katolicyzm. – Musisz jednak przyznać, że temu chłopakowi, który otwarcie przyznaje się do bycia chrześcijaninem, zawdzięczamy życie! Przypominam ci też, że ja również 24

z depresji do wiary.indd 24

2017-05-25 18:11:17


jestem katoliczką, chociaż właściwie nie wiem dobrze, co to znaczy – odpowiedziałam. Ona upierała się przy swojej antyreligijności, a ja się rozzłościłam. – Gdyby nie ten, jak mówisz, niebezpieczny chrześcijanin, jutro prawdopodobnie nasze fotografie pojawiłyby się w toaletach przy autostradach z napisem „Zaginione” – rzekłam naburmuszona. – W każdym razie on nie powiedział, że jest katolikiem, tylko chrześcijaninem. Może jest protestantem… – dodałam pojednawczo, widząc, że jej gniew był skierowany głównie na Rzym i na papieża. Po skromnej kolacji zasnęłyśmy na piętrowym łóżku. W tym samym pokoju spały już dwie południowoamerykańskie dziewczyny. Następnego dnia, wcześnie rano, chłopak odwiózł nas swoim samochodem aż do domu mojej krewnej. Nie powiedziałam jej nic o tym, co się stało, ograniczając się do niezbędnych uprzejmości. Gdy wizyta się skończyła, kuzynka babci odwiozła nas na dworzec autobusowy, byśmy mogły wrócić do domu. Kiedy tylko usiadłam w przytulnym autokarze, odzyskałam oddech. Miałam nadzieję, że uda mi się szybko zapomnieć o tej strasznej przygodzie. Jednak nie dawała mi ona spać przez ponad miesiąc. Poznałam zagrożenia i przemoc obecne w społeczeństwie, z którego Amerykanie byli tak dumni, że chcieli swój system społeczny nie tylko pokazać, ale wręcz narzucić (w razie konieczności za pomocą nalotów dywanowych) całemu światu. Ja sama byłam tam, aby poznawać i podziwiać nieosiągalny, według nich, american way of life. Rozmyślając o tym przykrym doświadczeniu, pocieszałam się faktem, że nie wszystko i nie wszyscy 25

z depresji do wiary.indd 25

2017-05-25 18:11:17


byli tacy sami pod dumną flagą z gwiazdami i paskami. Było nim wspomnienie uśmiechniętej twarzy chłopaka, który nazwał się chrześcijaninem. Myśląc o nim, odnajdywałam spokój.

Tragedie w moim życiu W czerwcu 1975 roku, wraz z końcem szkoły, ekscytujące doświadczenie amerykańskiego życia dobiegło kresu. W wieku osiemnastu lat z wielkim wzruszeniem odebrałam świadectwo ukończenia High School z wyróżnieniem. W dniu ceremonii jego wręczenia, ubrana – zgodnie z tamtejszym zwyczajem – w biret i togę, otrzymałam nawet w dowód uznania „złoty sznur”, który uroczyście zawieszono mi na szyi. Podobnie jak inni uczniowie, szłam szczęśliwa pod łukami ozdobionymi girlandami, aby następnie wejść na wzniesione na boisku sportowym podium, gdzie wręczano świadectwa. Ja także miałam na palcu serdecznym prawej ręki pierścień z logo mojej szkoły, z białego złota i z ametystem. Na początku lipca wróciłam do Włoch. Nie minął jednak miesiąc, gdy moją rodzinę dotknęła tragedia. Jak opowiem o tym dalej, nie była to pierwsza, lecz już druga tragedia. Zaraz po powrocie moją radość z ponownego zobaczenia bliskich zakłóciło spotkanie z ojcem. Kiedy zobaczyłam go na lotnisku w Rzymie, zmusiłam się, by ukryć przerażenie. To nie był już ten silny i pełen życia człowiek, którego zostawiłam rok wcześniej. Przede mną stał chory, chudy i wyniszczony staruszek. 26

z depresji do wiary.indd 26

2017-05-25 18:11:18


Jak dobrze pamiętam twój słodki uśmiech, tato, gdy mnie ujrzałeś i przytuliłeś do siebie ze wzruszeniem! Jak dobrze pamiętam twoje smutne i cierpiące oczy… Ani on, ani mama nie chcieli powiadamiać mnie o jego chorobie („guzie”, jak to przebąkiwano wtedy, kiedy słowo „rak” było jeszcze zakazane w kulturalnych rozmowach). Nie chcieli zakłócać mojego spokojnego życia w cichym miasteczku na kalifornijskim wybrzeżu. Mieszkało tam wiele pogodzonych z losem wdów i wystraszonych sierot po żołnierzach poległych w wojnie wietnamskiej – pierwszym militarnym upokorzeniu dumnej Ameryki. Gdy ktoś wspominał przy mnie o tym konflikcie, myślałam o tobie, tato. Widziałam cię wtedy na zdjęciu zrobionym któregoś dnia podczas kampanii w Jugosławii. To byłeś ty, w mundurze oficera medycznego z wciśniętą na bakier furażerką, obok karabinu maszynowego, razem z dwoma towarzyszami broni. Trzeci sfotografował was w takiej właśnie pozycji. Nie potrafiłam zrozumieć, jak mogliście się uśmiechać pośród wojennego udręczenia, z zabójczą bronią obok was. Zapytałam cię o to. „Uśmiechaliśmy się, bo byliśmy żywi” – odparłeś, potrząsając głową. Opowiedziałeś mi, że furgonetka, którą zmierzaliście do Rosji, wjechała na minę. Jeden z twoich towarzyszy zginął, ty natomiast zostałeś ciężko ranny. „Miałem szczęście w nieszczęściu” – taki był twój realistyczny komentarz. Istotnie, z powodu tkwiących w brzuchu odłamków tata został sprowadzony do kraju, wyleczony, a następnie zwolniony ze służby z krzyżem wojennym, podczas gdy nikt z jego batalionu już z Rosji nie powrócił. 27

z depresji do wiary.indd 27

2017-05-25 18:11:18


Przechowywał krzyż wojenny w pudełku wraz z niewielkim medalem przedstawiającym sierp i młot. Podarował mu go żołnierz wrogiej armii, którego zabrał z pola walki i wyleczył. Cieszyło mnie to zbliżenie. Było widzialnym znakiem tego, że solidarność międzyludzka może zwyciężyć, nawet w obliczu wojennej tragedii. Był to dla mnie cios, gdy po upływie roku zobaczyłam ojca wyczerpanego i wychudzonego od tej choroby, przed którą, jak powiedziała mi mama, nie było dla niego ratunku. Jeszcze trudniej jednak było go zobaczyć miesiąc później, gdy leżał nieprzytomny na oddziale intensywnej terapii, dokąd został przywieziony po tym, jak litościwe ręce podniosły jego ciało, które roztrzaskało się na dziedzińcu szpitala. Tata targnął się na życie, rzucając się z okna swego pokoju. Dlaczego? Ufam, że pewnego dnia on sam będzie mógł mi to powiedzieć. Opowiedzieć mi, jak w nagłym, tragicznym impulsie rzucił się z parapetu okna swojego pokoju na oddziale szpitalnym, na którym został umieszczony z niepomyślnymi rokowaniami. Jak wspomniałam, była to druga tragedia w mojej rodzinie. Pierwsza wydarzyła się cztery lata przed śmiercią taty. W chłodny zimowy poranek opuścił nas przez taki nieodpowiedzialny krok także mój najstarszy brat. Narzędziem jego śmierci, tragicznej i lekkomyślnej, była myśliwska strzelba. Przytknął ją sobie do głowy w gabinecie ojca, w naszym domu. Jego ciało znaleziono w kałuży krwi. Był bardzo młody, kilka dni wcześniej skończył dwadzieścia pięć lat. Ja miałam wtedy zaledwie trzynaście lat. Tamtego popołudnia, kiedy wróciłam ze szkoły na obiad, zamiast domu, który kochałam, zastałam ponu28

z depresji do wiary.indd 28

2017-05-25 18:11:18


re ruiny. Gruzy, wśród których krążył niczym duch mój ojciec, podczas gdy matka usychała z rozpaczy, kurczowo trzymając się nadziei w poczekalni na oddziale intensywnej terapii szpitala miejskiego. Właśnie tam, gdzie bezzwłocznie do niej dołączyłam. Jak ja ich obu kochałam! Dlaczego odeszli w taki sposób? A Ty, Boże, gdzie byłeś? Nie było Cię. I właśnie wtedy postanowiłam Cię zostawić. Obiecałam sobie, że nie będę więcej ulegać złudzeniu Najwyższej Istoty, przedstawianej jako Miłość. Istoty, która nie istnieje. Która nie może istnieć. „Sprawa zamknięta” – zdecydowałam. Nie chciałam o tym myśleć. Zamknięta została również sprawa dwóch śmierci, o których nikt w rodzinie nie potrafił mówić, każdy pogrążony w swoim bólu, każdy usiłujący zachować niepewną wewnętrzną równowagę, potrzebną do przetrwania dzień po dniu.

Początek choroby Życie mimo wszystko toczyło się dalej, nawet po dwóch tragediach, które zabrały mojej rodzinie najpierw pierworodnego syna, a potem ojca. Po skończeniu roku szkolnego i uzyskaniu świadectwa maturalnego z najwyższymi stopniami moim nieuchronnym przeznaczeniem był wyjazd na studia uniwersyteckie. Jednak zaraz po egzaminach maturalnych popadłam w stan nieprzyjemnego psychofizycznego wyczerpania, którego doświadczyłam już rok wcześniej, tuż po pogrzebie taty. 29

z depresji do wiary.indd 29

2017-05-25 18:11:18


Mama zabrała mnie na wizytę do przyjaciela rodziny, psychiatry, doktora R. Nie miał on wątpliwości i wypowiedział fatalne słowa, które tak bardzo zaważyły na mojej egzystencji w kolejnych dziesięcioleciach, precyzując: „Obawiam się, że jest to depresja endogenna – powiedział. – Przewlekła. Będzie ona trwać przez całe życie. Będziesz się musiała nauczyć z tym żyć”. Nie zgodziła się z tą diagnozą doktor M.C., lekarka i specjalistka w zakresie psychologii klinicznej (żona i współpracownica ordynatora psychiatrii), która poddała mnie długiej i starannie opracowanej serii testów. „Według mnie nie cierpisz na żadne zaburzenie psychiczne. Wykluczam to. Potrzebujesz tylko dobrej psychoterapii. Traumatyczne wydarzenia w twojej rodzinie ciężko cię doświadczyły. Nie przezwyciężyłaś ich. Leki nic nie pomogą. Potrzeba ci dobrego psychoterapeuty – powiedziała stanowczo. – I chciałabym bardzo, byś zrozumiała, że powinnaś wyciągnąć swoją inteligencję z szuflady, w której ją ukryłaś” – dodała, a mnie wydało się to wielce tajemnicze. Przekazałam wszystkie te słowa mamie. Pominęłam zdanie o inteligencji, którą mama uznawała za pewnik (z wyłączeniem niezrozumiałych szuflad). – Rozumiem – skomentowała – ale za kilka miesięcy masz wyjechać do obcego miasta, żeby rozpocząć studia. Nasz przyjaciel, doktor R., mówi, że lek pomoże ci od razu, natomiast psychoterapia… Jak długo potrwa? Nie masz czasu na czekanie, musisz wkrótce zacząć się uczyć. A zresztą do kogo pójdziesz? W Padwie nikogo nie znamy… I ile to może kosztować? Zdajesz sobie sprawę, że teraz, kiedy umarł tata, masz tylko stypendium, żeby się utrzymać. Posłuchaj mnie, weź 30

z depresji do wiary.indd 30

2017-05-25 18:11:18


lekarstwo. R. mówi, że szybko poczujesz się lepiej i że wszystko minie… Mocny pragmatyzm mamy był z pewnością godny uwagi. A jednak miałam dziwny, choć słaby, odruch buntu, którego sensu ja sama nie pojmowałam. – Zamiast brać lekarstwo, zostanę zakonnicą – szepnęłam cicho, nie wiedząc, skąd zrodziło się to niebywałe, zaimprowizowane pragnienie. – Zakonnicą?! – zawołała mama zdumiona. – Jesteś piękną dziewczyną, na dodatek bardzo inteligentną. Powinnaś żyć w świecie! Wyjść za mąż, pracować, mieć dzieci… A jeśli koniecznie chcesz zostać zakonnicą, to najpierw powinnaś skończyć studia. Jeżeli wstąpisz do klasztoru bez dyplomu, każą ci myć podłogi. Natomiast mając dyplom, będziesz mogła zostać przełożoną. Logika mojej matki zdawała się żelazna i przekonująca. Dzięki swym naturalnym darom i sile woli mama zatarła swoje skromne pochodzenie przez lata gorliwej nauki, a później pracy, aż do osiągnięcia znaczącej pozycji społecznej. Ta kobieta wiary, wrażliwa i szlachetna, poświęciła swoje życie innym, chyba zapominając trochę o mnie, ostatnim, nieoczekiwanym i późnym dziecku spośród pięciorga potomstwa. Odczuwałam pewien żal, że dorastałam sama, siląc się, żeby naśladować mamę, tatę, braci i starszą siostrę. Zostałam też, niestety, sama wobec tragedii w naszej rodzinie, których nie potrafiłam wytłumaczyć. W chwilach wewnętrznych trudności rozbrzmiewały mi często w głowie słowa matki. „Wiesz, właściwie mogłam przerwać ciążę z tobą – powiedziała mi, kiedy byłam dzieckiem. – Gdy się dowiedziałam, że jestem 31

z depresji do wiary.indd 31

2017-05-25 18:11:18


w ciąży, byłam bardzo chora, miałam ciężką anemię… Lekarze mówili, że nie będę w stanie donosić tej ciąży, że umrę. Ale ja tak bardzo cię kochałam, nie mogłam się ciebie pozbyć, nawet jeśli nie wiedziałam jeszcze, kim jesteś…” W chwilach zniechęcenia te słowa niepokoiły mnie i wprawiały w zakłopotanie. „Czym jest życie, jeśli nawet lekarze myślą, że możesz umrzeć, zanim się jeszcze urodziłaś?” – mówiłam do siebie. Miłość mojej matki uratowała mnie, pozwoliła mi przyjść na świat.

Wybór drogi życiowej Życie biegło dalej. Zapomniałam o tym, co powiedziała mi doktor M.C., ufałam (niestety, jak zrozumiałam to dużo później) tylko lekarstwu przepisanemu przez doktora R., które wydawało się jedynym właściwym rozwiązaniem dla mojej mrocznej dolegliwości. „Pamiętaj! Ten przeciwdepresyjny lek, który należy do grupy tak zwanych leków trójpierścieniowych, jest twoim lekarstwem ratującym życie. Nigdy o nim nie zapominaj!” – wielokrotnie powtarzał mi psychiatra. Bez względu na lek, wybór kierunku studiów i miasta, gdzie mogłabym je odbyć, był uwarunkowany sytuacją ekonomiczną rodziny, która pogorszyła się po śmierci taty. Chciałam się zapisać na medycynę, aby następnie specjalizować się w psychiatrii. Zamierzałam to zrobić, żeby spróbować zrozumieć, co stało się „moim zmarłym” . 32

z depresji do wiary.indd 32

2017-05-25 18:11:18


ZAKOŃCZENIE Rzucam te moje strony jak butelkę do morza w nadziei, że mogą być w jakiś sposób przydatne. Być może opowiedziana tu historia będzie mogła pomóc komuś – choćby tylko jednemu człowiekowi – odzyskać zaufanie do życia. Do tego. I do innego, które – teraz jestem już tego pewna – nadejdzie. Chcę, by czytelnik wiedział – jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie – że zebrane tu skromne stronice to szczera opowieść o udręczonym życiu kobiety, która dziś już nie istnieje. Z udręki i długiego błądzenia zrodziła się nowa osoba, w której mogło wreszcie nabrać kształtu moje prawdziwe ja. Ponieważ w gruncie rzeczy moja depresja była również rodzajem depersonalizacji; utratą mojej prawdziwej tożsamości osoby, kogoś, kto może wzrastać i dojrzewać w harmonijnym i wzajemnym oddziaływaniu ciała, umysłu i duszy. Oby Ten, który wszystko może, pomógł mi zachować i, jeśli to możliwe, rozwijać i pogłębiać tę nowość życia. Aż do spotkania, które – jeśli będę tego godna – będzie pełne radości przewyższającej wszelkie oczekiwanie. Dzięki Twojemu miłosierdziu! Ponieważ tamtego dnia, gdy zdesperowana i ślepa miotałam się w wodach kanału, szukając śmierci, której przecież nie chciałam, 245

z depresji do wiary.indd 245

2017-05-25 18:11:33


wyciągnąłeś swoją rękę, a ja ją złapałam. Rękę wybawiającą, chociaż pełną cierni, jak te okrywające jeżynę, ale także jak te u Twojej korony. Teraz wiem, dzięki tajemnicy Krzyża, że nie ma zbawienia dla duszy, które nie przechodziłoby nieuchronnie również przez cierpienie ciała podczas naszej podróży na ziemi. Teraz wiem, że trzeba wejść na Golgotę, aby dojrzeć cudowny, jaśniejący poranek Zmartwychwstania.

z depresji do wiary.indd 246

2017-05-25 18:11:33


Spis treści Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7

Rozdział pierwszy

Silne i

kruche korzenie

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 9

Rozdział drugi

Coraz większe ciemności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 47 Rozdział trzeci

Wtargnięcie światła  . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 103 Rozdział czwarty

Powrót do codzienności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 201 Zakończenie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 245

z depresji do wiary.indd 247

2017-05-25 18:11:33


Milly Gualteroni Dziewczyna pochodząca ze znanej lombardzkiej rodziny po otrzymaniu znakomitego wykształcenia humanistycznego i kilku latach pracy jako nauczycielka rozpoczyna karierę dziennikarki w Mediolanie. W wirze wielkiego świata odrzuca nakazy moralne jako anachroniczne.

Bohaterka przez swoje świadectwo pragnie pokazać ludziom cierpiącym na ciele, umyśle i duszy, że Bóg czeka na każdego, kto zechce pochwycić Jego rękę, którą On nieustannie wyciąga do człowieka.

Milly Gualteroni

(ur. 1957), po uzyskaniu dyplomu High

School w Kalifornii oraz świadectwa dojrzałości w liceum klasycz-

nym ukończyła studia na Uniwersytecie w Padwie na Wydziale

Języków i Literatur Obcych. Przez krótki okres uczyła języka i literatury angielskiej, a następnie została dziennikarką. Pracowała dla takich pism, jak: „Gran Bazaar”, „L’Uomo Vogue”, „Chi”, „Cosmopolitan”

i „Panorama”. Studiowała psychologię i teologię na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie, a także teologię waldejską w Rzymie. Obecnie współpracuje z kilkoma czasopismami.

www.edycja.pl

646A_Z depresji do wiary_cover.indd 1

z depresji do wiary

Za maską przebojowej dziennikarki kryje się tragedia: ciężka depresja, która wciąga ją w coraz ciemniejszą przepaść. Nie pomagają ani nowoczesne leki, ani różne terapie. Trzykrotnie próbuje targnąć się na swoje życie. Kiedy wydaje się, że jej życie sięgnęło samego dna piekła, wtedy nieoczekiwanie wdziera się w nie Tajemnica.

MILLY GUALTERONI

„Mam nadzieję, że opowiedziana przeze mnie historia pomoże komuś odzyskać zaufanie do życia. Do tego. I do innego, które – teraz jestem już tego pewna – nadejdzie”.

Z depresji do wiary  

Za maską przebojowej dziennikarki kryje się tragedia: ciężka depresja, która wciąga ją w coraz ciemniejszą przepaść. Trzykrotnie próbuje tar...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you