Issuu on Google+

z na n i

z

p o d k a r pa c i a s. 8-9

Nr 9 (189) l Rok XVI wrzesień 2011 r. l ISSN 1426 0190 Indeks 334 766 l www.echo.erzeszow.pl Cena 2 zł, VAT 5% Miesięcznik Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa

Na olbrzymiej estradzie ustawionej w rynku połączonymi orkiestrami i chórami dyryguje Krzesimir Dębski. Fot. Józef Gajda.

now y w i z e ru n e k r z e sz owa

Niekwestionowany czas dynamicznego rozwoju Rzeszowa, to lata od 1956 do 1990. Głównym impulsem był fakt powołania tu przez PKWN siedziby władz woj. rzeszowskiego. Miasto w szybkim tempie rozbudowano. Co ciekawe, choć nieformalnie, ale w praktyce prawie wiernie według przedwojennego planu rozbudowy. Rozbudowano miejską infrastrukturę: wodociągi, komunikację, energetykę cieplną poprzez zbudowanie elektrociepłowni. Powstało od podstaw wiele osiedli mieszkaniowych. Rozbudowano przemysł lotniczy. W krótkim czasie WSK wyprodukowała 15 tys. silników do samolotów MIG. Powstały nowe fabryki, spośród których wiele już obecnie nie istnieje, jak np.: Zakłady Optyczne, Zakłady Radiowe UNITRA, Polsrebro, Fabryka Obuwia Respan oraz dziesiątki innych przedsiębiorstw i zakładów pracy. W latach 60., początkowo jako filie a następnie jako samodzielne uczelnie, powstały Wyższa Szkoła Pedagogiczna i Wyższa Szkoła Inżynierska (obecnie Uniwersytet Rzeszowski i Politechnika Rzeszowska). W latach 50. odbudowano i rozbudowano podrzeszowskie lotnisko, uruchomiono regularne, cywilne połączenia pasażerskie. Po upadku systemu socjalistycznego w Rzeszowie zahamowane zostało na okres całej dekady budownictwo mieszkaniowe i w okres trudności wkroczyło wiele rzeszowskich zakładów pracy. Niektóre z nich na przestrzeni ostatnich 20 lat przestały istnieć. Pojawiło się i trwa zjawisko bezrobocia, powstały duże społeczne grupy odrzuconych. W transformacji ustrojowej w Polsce Rzeszów stracił najwięcej ze wszystkich miast wojewódzkich. Po okresie regresu nastały kadencje lewicowego prezydenta, Tadeusza Ferenca, który rozpoczął trwający do dzisiaj niezwykle efektywny rozwój miasta. Powstał Uniwersytet Rzeszowski, pojawiły się w mieście pierwsze, duże prywatne inwestycje w przemyśle lotniczym, farmaceutycznym i informatycznym. W 2002 roku zakończono budowę hali widowiskowej na Podpromiu. Na szeroką skalę rozpoczęły się ważne inwestycje drogowe z autostradą i drogą szybkiego ruchu S19 włącznie. Zbudowano najdłuższy w Rzeszowie wiadukt.

Oficjalnie uznano Rzeszów jako europol i przyjęto do stowarzyszenia Eurocities. Rzeszów powiększył po raz pierwszy od 1977 roku swój obszar administracyjny. Obecnie z Rzeszowa dolecieć można do: Dublina, Bristolu, Birmingham, Liverpoolu, East Midlands, Frankfurtu, Warszawy oraz Gdańska. Ponadto od 2008 realizowane są bezpośrednie rejsowe loty międzykontynentalne do dwóch lotnisk Nowego Jorku. Powstają nowe osiedla mieszkaniowe. Lotnisko rzeszowskie dysponuje drugim w Polsce pod względem długości pasem startowym. Jest lotniskiem zapasowym dla Warszawy również z tego powodu, że uważane jest za lotnisko dobrej pogody. W Jasionce powstała strefa przemysłowo-technologiczna, gdzie swoje fabryki lokują największe firmy zagraniczne. Przez Rzeszów przebiega III transeuropejski korytarz transportowy z Berlina do Kijowa. Krzyżuje ... się z międzynarodowym korytarzem transportowym E371, który docelowo pobiegnie z Rygi do Aten. Ale najważniejszym dokonaniem lewicowego prezydenta w Rzeszowie jest zmiana wizerunku miasta w Polsce i za granicą. Stereotypowy wizerunek Rzeszowa jako miasta zacofanego gospodarczo, z wysokim bezrobociem odchodzi w przeszłość. Dzisiaj Rzeszów jest centrum Polski południowo-wschodniej, sprawnie przyciąga firmy z Polski i zagranicy. Bardziej tradycyjne branże równoważy dynamicznie rozwijający się przemysł lotniczy, który nadaje ton zmianom zachodzącym na Podkarpaciu. Źródeł zmian na lepsze trzeba szukać w fundamentach rozwoju gospodarczego w latach 1956-1990. Województwo podkarpackie należy do tych nielicznych regionów w Polsce, które mogą korzystać z dobrodziejstw Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej (PO RPW). Mają w nim swoje umocowanie liczne projekty, które zostały już zrealizowane lub dopiero wchodzą w fazę realizacji. Program identyfikuje najbardziej palące potrzeby, do których można zaliczyć Podkarpacki Park Naukowo-Technologiczny AEROPOLIS. Fakt, że w okolicach Rzeszowa skoncentrowany jest zaawansowany przemysł lotniczy niejako

w sposób naturalny narzucił przedmiot jego działalności. Na potrzeby Aeropolis działają laboratoria z pracowniami badawczymi. W sumie znajdziemy tu 15 jednostek naukowo-badawczych Co wpłynęło na radykalną zmianę wizerunku Rzeszowa? Władze Rzeszowa wykorzystały swoje 5 minut w zagospodarowaniu dotacji Unii Europejskiej. Lublin, który był widziany jako brama łącząca kulturę wschodu i zachodu, stracił atut tego hasła na rzecz Rzeszowa, który leży bliżej wschodu. Rzeszów był dobrze zarządzany zarówno na odcinkach strategicznych jak i ważnych szczegółach, np. estetyka miasta. Nic dziwnego, że radykalnie zmienił się wizerunek miasta, co jest ogromną zasługą Tadeusza Ferenca i Klubu Rozwój Rzeszowa. A oto niektóre wybrane opinie o naszym mieście: „Rzeszów to wspaniałe miasto - sporo tu kulturalnych imprez, wiele pięknych miejsc na spacery, fajni ludzie i... przede wszystkim praca, której brakuje w mniejszych miastach regionu.” „Rzeszów - przyjazne miasto” to bardzo trafne hasło! Nie jestem rodowitym rzeszowianinem, ale świetnie się tu czuję. Pozdrawiam wszystkich!!! „Rzeszów to przykład miasta, które w szybki sposób stało się niekwestionowanym centrum Polski południowo-wschodniej.” …”często bywałem w Rzeszowie i widząc jak miasto jest piękne, to chciałem się tu przeprowadzić, nie tylko dlatego, że miałem dla kogo ale także, bo miasto mnie zauroczyło. No, ale plany, niestety, się nie powiodły, być może kiedyś mi się uda tu wrócić. Widząc obecne moje miasto, to ono się nie umywa pod względem urody do Rzeszowa. Zadbany dworzec, centrum, ulice, a najbardziej mi w pamięc zapadła taka ulica, niestety, nie pamiętam nazwy, na której ściany były oklejone zdjęciami z Rzeszowa jeszcze z okresu II wojny światowej, jeśli dobrze pamiętam. Co do MPK nie mam zastrzeżeń chyba tylko dlatego, że w moim mieście jest gorzej. Gdybym miał wybór w przyszłości, to przeprowadzę się do Rzeszowa, bądź w okolice” Zdzisław Daraż


2

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

KOMENTARZE

Zdzisław DARAŻ

Zbliżają się wybory parlamentarne. Wszystkie partie twierdzą, że są do wyborów przygotowane wyśmienicie. W naszym mieście

miliona mieszkań w Polsce. Nie zaprzeczać, że wszystko idzie tak jak było zaplanowane, zgodnie z rządowym harmonogramem. Ale Polska jest w budowie i jak to na budowie, zdarzają się opóźnienia, niedociągnięcia, nierzetelni wykonawcy, których trzeba wymienić itp. Sztab PO podkreśla, aby nie tłumaczyć problemów działaniami opozycji czy byłego prezydenta, bo ludzie są zmęczeni wojnami polityków. Działacze mogą za to mówić, że Platforma nie zrealizowała części swoich obietnic ze względu na kryzys. „Jednak nie chwalimy się, że przeszliśmy suchą nogą przez kryzys, bo ludzie wciąż odczuwają jego skutki albo w wyższych cenach, albo np. w niższych świadczeniach. Wśród tematów,

s p r aw d z a m ! niewątpliwie rozdającymi mandaty parlamentarne będą kandydaci 4 partii: PiS, PO, SLD i PSL. Dlatego warto je sprawdzić, jakie mają programy. Niewątpliwie wybory prezydenta w Wałbrzychu pokazały preferencje wyborców, chociaż wybory samorządowe kierują się innymi zasadami, aniżeli wybory parlamentarne. Nie ma co ukrywać, że ten wynik to dość duża wpadka wizerunkowa PiS-u. Dla partii, która na swoim sztandarze ma wypisaną walkę z korupcją taki Wałbrzych, to powinna być jak manna z nieba. Co zapodają partie? W programie PiS nadal aktualne są kwestie polityki pamięci czy polityki historycznej. W kampanii przed wyborami parlamentarnymi PiS postawi na kwestie finansów, gospodarki, sprawy społeczne oraz oświatę i zdrowie. Szybszy wzrost gospodarczy, stabilizacja finansów publicznych, wykorzystanie unijnych środków - to niektóre punkty programu PSL przed jesiennymi wyborami. Ludowcy zapowiadają, że nie będą się ścigać z innymi partiami na hasła wyborcze. PO: „Nie chwalimy się, bo ludzi to odpycha, mówimy m.in. o zniesieniu poboru czy budowie orlików i schetynówek” – pisze kierownictwo w specjalnej instrukcji sztabu PO. „Bardzo ważne: NIE CHWALIMY SIĘ! Ludzi to odpycha. Nie twierdzimy również, że wszystko, co się zmieniło w kraju na lepsze w ostatnich czterech latach, to zasługa PO” – ma to pomóc działaczom w kampanii, podczas której politycy partii chcą odwiedzić pół

które kandydaci mają poruszać podczas spotkań, są m.in.: zniesienie poboru do wojska, likwidacja obowiązku posiadania NIP, budowa orlików i schetynówek, rozwiązanie problemu dopalaczy, podjęcie walki z chuligaństwem na stadionach, wprowadzenie urlopów tacierzyńskich i ich wydłużenie. W swoich spotach SLD będzie wytykał bierność rządu i prezentował swojego lidera, Grzegorza Napieralskiego, jako męża stanu. SLD stwierdza, że rząd Donalda Tuska jest bierny, nieudolny i nie reaguje na wyzwania zmieniającej się UE, a jedyną nadzieją na lepszą przyszłość jest SLD, który przekonuje, że „nowe źródła energii, to nowy kształt powiązań gospodarczych i politycznych sojuszy”, czego nie dostrzegają „polityczni celebryci, pochłonięci uściskami dłoni”. Czy SLD uda się wylansować nowy wizerunek formacji poprzez zwrot w kierunku debaty merytorycznej? Nie wiem, jaka będzie odpowiedź w tej kampanii na takie problemy, jak: koleje czy geje, poważne problemy społeczno-gospodarcze czy eksperymenty kulturowe w stylu Zapatero”. Geje nie przysporzyli SLD wyborców. Skaperowanie Bartosza Arłukowicza przez Donalda Tuska paradoksalnie zjednoczyło lewicę. Zaskakująco wszyscy główni liderzy lewicy zaczęli mówić jednym głosem, wszyscy stanęli za Napieralskim. Czy te bardzo ogólne hasła zainteresują naszych mieszkańców? Co z hasłem o zrównoważonym rozwoju Polski? Co ze ścianą wschodnią? Takich problemów jest więcej, może się pojawią, dlatego sprawdzam.

krystyna bąk nie żyje

Po kilkumiesięcznej, ciężkiej chorobie 31 sierpnia 2011 roku odeszła od nas na zawsze Koleżanka Krystyna Bąk, była skarbniczka Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa i działaczka, sprawująca pieczę nad biurem TPRz i redakcji „Echa Rzeszowa”. Brak nam będzie Jej serdeczności i przyjaznej obecności. Mężowi Kazimierzowi i rodzinie składamy wyrazy głębokiego współczucia.

Zespół redakcyjny „Echa Rzeszowa” zarząd Towarzystwa Przyjaciół Rzeszowa

INTERESUJĄCE

Tak będzie wyglądać kładka widziana od wschodu.

INNOWACYJNA KŁADKA Okrągła kładka dla pieszych nad aleją Piłsudskiego w Rzeszowie ma szansę stać się wizytówką miasta – uważają specjaliści z firmy Skanska, która budować będzie ten obiekt. Wywołująca wiele kontrowersji, ze względu na koszt ponad 12 mln zł, budowa kładki rozpocznie się niebawem. Pasaż ten będzie miał kształt pierścienia o średnicy zewnętrznej nieco ponad 39 m, zawieszonego na wysokości 5,5 metra nad poziomem skrzyżowania. Lekka, płaska konstrukcja, oparta na skośnych podporach, wtopiona zostanie w panoramę tej części miasta. Swym obwodem obejmie całe skrzyżowanie alei Piłsudskiego z ulicą Grunwaldzką i umożliwi połączenie wszystkich ciągów komunikacyjnych dla pieszych wzdłuż obu ulic. Na kładkę można będzie wejść po schodach, pochylniach lub wjechać windami. Efektownie będzie wyglądało podświetlenie obiektu za pomocą ponad tysiąca diodowych opraw wmontowanych w balustrady schodów, pochylni i obwód kładki. To innowacyjne rozwiązanie komunikacyjne pozwoli odseparować ruch pieszy od samochodowego, a co za tym idzie poprawić bezpieczeństwo na samym skrzyżowaniu, które przy okazji zostanie przebudowane. Kładka ma być oddana do użytku w listopadzie przyszłego roku. kal

SPRZĘT OD ORKIESTRY Szpital Wojewódzki nr 2 w Rzeszowie wzbogaci się o sprzęt medyczny wart pół miliona złotych. Ufundowała go Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy z pieniędzy zebranych podczas ostatniej, styczniowej zbiórki. Będzie to aparatura, która pozwoli ratować zdrowie dzieci z chorobami nerek. Do szpitala trafią między innymi cztery nowoczesne aparaty zwane sztucznymi nerkami oraz aparat do badań ultrasonograficznych nerek. Sprzęt ten uzupełni wyposa-

żenie szpitalnego ośrodka dializoterapii. Dotychczas szpital korzystał z aparatów dzierżawionych. Nowe urządzenia pozwolą na stosowanie jeszcze bardziej skutecznych metod leczniczych. Rzeszowski Szpital Wojewódzki nr 2 jest jedynym w regionie, gdzie wykonuje się dializowanie dzieci, a jego poradnia nefrologiczna ma pod opieką kilka tysięcy małych pacjentów z całego Podkarpacia. Sprzęt do dializ to nie pierwsza darowizna, którą otrzymał szpital od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Trafiła tu już aparatura medyczna o wartości blisko 7 mln zł. kal

Z PODWÓJNĄ CELEBRĄ Nowo zbudowaną drogę łączącą ulicę Przemysłową z Podkarpacką w Rzeszowie oddano już do użytku. Fakt ten czczono uroczyście aż dwukrotnie, za każdym razem z udziałem prezydenta miasta i innych oficjeli. Najpierw było poświęcenie przez biskupa i oficjalne oddanie do użytku łącznika, a po dwóch tygodniach druga uroczystość – odsłonięcie tablicy informującej, że na tę inwestycję wydano 12 mln zł ze środków Unii Europejskiej. Ta ostatnia celebra jest ponoć wymagana unijnymi przepisami. Nowa trasa pozwala omijać bardzo obciążone skrzyżowanie ulic: Dąbrowskiego, Batalionów Chłopskich i Powstańców Warszawy. Ułatwia wyjazd z Rzeszowa w kierunku przejścia granicznego w Barwinku, jak również wjazd do miasta od strony południowej. Nie jest to jedyna inwestycja drogowa w Rzeszowie. Wkrótce rozpocznie się generalna przebudowa ulicy Podkarpackiej oraz remont ulicy Kwiatkowskiego. Władze miasta przygotowują się także do przedłużenia alei Rejtana aż do ulicy Ciepłowniczej. Będzie to jedno z najważniejszych przedsięwzięć w najbliższych latach. Opracowana już została koncepcja techniczno-ekonomiczna i środowiskowa tej inwestycji. dar

Przytupy miejskie MIKOŚKA KRAKOWSKA

W obrębie starego Rzeszowa płynie jeszcze kawałek odkrytej Mikośki, od PZU do Wisłoka. Płynie, to za dużo powiedziane. Raczej sobie ciura. Bo czasem coś poważniejszego w mikośkowym rowie płynie, ale najczęściej niezbyt miła nosom mieszanina wody z czym kto chce. Od kilku lat żyje nieefektywnie racjonalny projekt przykrycia rowu i zagospodarowania uzyskanego w ten sposób terenu na parking. Już był nawet przetarg, ale wygrany przez jakąś firmę z panieńskim obliczem, która chciałaby, a boi się. Jednakże od jakiegoś czasu zabiega o to poważna firma. I co? Zaczęły się biurokratyczne schody, żywcem wyjęte z kafkowskiego świata biurokratycznego absurdu. Zarządzający naszymi ciekami cesarsko-królewski Kraków uznał, że tego kawałka ścieku nie można chować pod ziemią z tego powodu, bo nie. Fakt, że pod resztą miasta Mikośka płynie już rurą nie ma najmniejszego znaczenia, podobnie jak i niedawno oddany do użytku kanał ulgi. Przy okazji magistracka firma od dróg też nie wiadomo dlaczego nabzdyczyła się niczym jakiś Łukaszenko i również pokazała na piśmie gest Kozakiewicza. Przedsiębiorca kręci z niedowierzaniem głową, kierowcy klną na brak parkingów w tej okolicy, rów śmierdzi, demokracja kwitnie, władza chce, a biurokracja demokratycznie triumfuje z uśmiechem Bazyliszka i swoje wie. Jak to jest, że idiotyczne prawo, które nasze wody i zapory oddało w krakowski zarząd, funkcjonuje do dziś, chociaż wszyscy posłowie poprzednich kadencji przed wyborami sumitowali się, że z bajzlem prawnym zrobią porządek? Teraz też sumitują się. Ale będzie z tym tak, jak i z naszymi

kolejami. Pociągi będą się spóźniać, albo nie pojadą w ogóle, bo tory się „wygły”, kolejarze strajkują, złomiarze podprowadzili w nocy trzy szyny, krowy na torach bezstresowo odpoczywają, chronione żaby przechodzą na drugą stronę sztreki, albo w jakimś tam Krakowie nie dali rozkazu.

RABATKOWI KOLEKCJONERZY

Jeszcze dobrze władza nie pozamiatała po lokalach „Desy” dla miłośników kolekcjonerskich dzieł dopalaczowej sztuki, a już w Rzeszowie dali do wiwatu inni kolekcjonerzy. Tam, gdzie magistraccy wyrobnicy od zieleni nawtykali w ziemię sadzonek kwiatów, krzewinek i krzewów ozdobnych, od razu pojawili się wieczorową porą miłośnicy zdobniczej flory. Dlatego starannie uformowane rabatki po przejściu kolekcjonerów wyglądają, jakby wracały z przedwojennej zabawy w Malawie. Powybijane zęby, połamane kończyny. Sęk w tym, że ci kolekcjonerzy, w odróżnieniu od dopalaczowych, za artykuły te nie płacą. Zatem podpadają pod złodziejstwo. Spotkałam taką kolekcjonerkę, bardzo nieświeżą kosmetycznie, w pięknie odpacykowanym parku przy Pułaskiego. Nie wyglądała na miłośniczkę przyrody. Raczej przeciwpołożnie. Na prośbę, aby zostawiła roślinki w spokoju, zdumiała mnie rezolutnym pytaniem – czy to moje. Gdy potwierdziłam, obrzuciła mnie spojrzeniem przesiąkniętym całkowitą niewiarą w to i poleceniem kategorycznym, abym, że tak oględnie powiem, odstosunkowała się od jej upodobań, bo ona ma do mnie akurat stosunek pozamałżeński. Ale wyrywać przestała i dostojnie oddaliła się kołysząc całym swoim majestatem od krawężnika do krawężnika. A płeć, mówią, piękna i do tego słaba. Nawojka Kumak


ECHO RZE­SZO­WA

Miasto

MIEJSKIE DECYZJE

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

3

Co tam panie w radzie

tunel w promenadzie

Każda inwestycja jest analizowana pod kątem jej społecznej przydatności, ale również połączone to jest z analizą kosztów. W przypadku pomysłu budow y tunelu pod al. Powstańców Warszaw y niektórzy bardzo zniecierpliwieni zadawali pytanie - dlaczego tego przejścia nie wykonano razem z budową zapory? Malkontenci

ci nie zdają sobie sprawy jak wtedy brakowało pieniędzy. Budowano rzeczy podstawowe: drogi, szkoły, mieszkania, miejsca pracy. Infrastruktura kulturalna była z oczywistych powodów na końcu. Nikt wtedy nie miał czasu nawet myśleć o tym, aby ułatwiać mieszkańcom spacery rekreacyjne. Dlatego to przebicie pod al. Powstańców

Warszawy tak długo czekało na swoja kolejkę. W związku z tym na budowę tego przejścia podziemnego rzeszowianie również czekają od wielu lat. Jakie korzyści przyniesie ten tunel? Dzięki niemu korzystający ze ścieżek na bulwarach będą mogli bezpiecznie przedostać się w kierunku Lisiej Góry. Teraz są zmuszeni do pokonywania bardzo niebezpiecznego przejścia dla pieszych. Tunel będzie miał ponad 30 metrów długości i 5,5 m szerokości. Zmieści się w nim ścieżka rowerowa oraz chodnik dla pieszych. Tę inwestycję realizować będzie firma Inżynieria Rzeszów. Przejście ma być gotowe do końca tego roku. Koszt inwestycji to ponad 4 mln zł. Prace już rozpoczęły się. Na bulwarach mogą być utrudnienia w ruchu pieszym i rowerowym. Zdzisław Daraż

W sierpniu znowu odbyło się spotkanie z kolejnymi parami małżeńskimi z Rzeszowa, które obchodziły jubileusz 50-lecia zgodnego pożycia małżeńskiego. Zostali z tej okazji udekorowani stosownymi medalami. Wśród dostojnych jubilatów

byli: Janina i Aleksander Beresiowie, Bronisława i Julian Bojdowie, Maria i Jan Frendowie, Zofia i Bronisław Fudali, Irena i Kazimierz Kadłubowscy, Stanisław i Andrzej Machowie, Krystyna i Leszek Micałowie, Zofia i Józef Nogowie, Helena

i Jan Rysiowie, Anna i Eugeniusz Wyskielowie, Stefania i Stanisław Żmudowie. Redakcja „Echa R zeszowa” tradycy jnie dołącza się do najlepszych życzeń dla małżeńskich jubilatów z naszego grodu. dz

A kademick ie in kubator y przedsiębiorczości pomagają w realizacji przedsiębiorczych marzeń i w prowadzeniu własnej firmy poprzez wspieranie i udzielanie wszelkiej pomocy od A do Z. AIP stanowi sieć 21 inkubatorów w całej Polsce. W ramach AIP obecnie działa 150 nowych firm. Działający przy WSIZ w Rzeszowie AIP pozyskał ponad 150 bezzwrotnych dotacji

na założenie własnej działalności gospodarczej dla osób z AIP oraz otrzymał wyróżnienie Inicjatywa Roku 2005. Jak działa AIP? Działając w AIP nie musi się rejestrować własnej działalności gospodarczej, dzięki temu nie płaci się sk ładki ZUS. AIP prowadzi księgowość dla swoich członków, tworzy umowy, udziela porad prawnych. W ramach Kampanii

Wspieraj Młody Biznes pozyskujemy dla tej formy nowe atrakcyjne zlecenia. Udostępnia biuro. Pozyskuje środki na funkcjonowanie firmy – dotacje, stypendia, kredyty, finansowanie inwestorów kapitałowych. Organizujemy dla członków szkolenia.. Wspieramy w reklamie i promocji. Firmy AIP korzystają z pomocy sztabu ekspertów. dz

Budowa tunelu obok zapory. Fot Józef Gajda.

PODNIOŚLE W RATUSZU

AKADEMICKI INKUBATOR

STRZYŻONO, GOLONO

Sierpniowa sesja Rady Miasta miała zdecydowanie atmosferę wakacyjnego rozleniwienia i wynikającego zeń łagodnie życzliwego traktowania przez radnych propozycji prezydenckich. Nawet tradycyjnym harcownikom radzieckim jakby stępiło się ostrze krytycznego oglądu zamysłów prezydenta Tadeusza Ferenca i jego urzędników. Prezydenta nie było, ale specjalnie nie musieli tłumaczyć się ani jego zastępcy, ani prawa ręka prezydenta, za którą robi Stopa. Nastawiłem się na dwugodzinne młócenie poprawek do Wieloletniej Prognozy Finansowej Miasta i budżetu roku bieżącego, a tu prawie bezboleśnie wszystko przeszło. Nieco tylko z zatroskaniem pogdybano sobie o kosztach i realności realizacji drogowego połączenia alei Rejtana z ul. Ciepłowniczą. Ale bez żadnych fanaberii i politycznych grzmotów, a jedynie z podkreśleniem konieczności wybudowania tej drogi. Coś tam również ktoś bąknął nieśmiało o celowości sporządzania planów zagospodarowania przestrzennego i było po herbacie. Wszyscy byli za, aż miło. Później, już przy poszczególnych uchwałach, najwięcej roboty mieli rachmistrze głosów z biura rady, bo wszystko szło niemal taśmowo. Zacięło się nieco w środkowych rejonach przy jętego porządku obrad, gdy przyszło do uchwalania wydzierżawienia niewielkiej działki przy ul. Berka Joselewicza na potrzeby parkingu dla hotelu „Ambasador”. Tu nastąpiło rozdarcie radzieckiej duszy niczym sosny u Żeromskiego. Bo to i mało miejsc parkingowych w centrum miasta, i goście hotelowi też gdzieś parkować muszą. Istny dylemat konstrukcyjny zbieżny, albo kwadratura

koła. Dobrego wyjścia nie ma, zatem go nie znaleziono. Ale dzierżawę klepnięto. Podobnie stało się z wydzierżawieniem na 15 lat nieruchomości przy ul. Hetmańskiej pod potrzeby rozbudowującej się cukierni Kroczka. Prawdziwa eksplozja niewiary w szczerość intencji właścicieli hotelu „Grand ” w ystąpiła przy omawianiu projektu uchwały o zamianie działek – 21-arowej miejskiej przy hotelu na 40-arową działkę właścicieli hotelu przy hali na Podpromiu, z ewentualną dopłatą. Tu Czytelnikom należy się wyjaśnienie, o co w tym skomplikowanym geszefcie chodzi. Otóż rzeszowska przyszłość narodu miała nie tak dawno skatepark obok pomnika Walk Rewolucyjnych, na którym mogła do woli znęcać się nad swoimi deskorolkami i kończynami. I znęcała się. Jednakże władza miejska cały plac przypomnikowy razem z pomnikiem i owym skateparkiem sprzedała za czapkę ulęgałek oo. bernardynom, którzy w tym akurat miejscu budują centrum pielgrzymkowe. Zatem zniesmaczonej dziatwie deskorolkowej władza przyrzekła budowę nowego skateparku. Przyszłość narodu najchętniej widziałaby taki obiekt przy hali sportowej na Podpromiu i tam właśnie całość zaprojektowano. Zanim przystąpiono do jego budow y, teren ten sądownie odzyskał współwłaściciel hotelu „Grand”. Skoro miasto chce mieć działkę przy hali, a właściciele parking przy hotelu, geszeft stał się realny. Hotelarze deklarują wybudowanie podziemnego parkingu i na powierzchni skweru. Radni PO im nie uwierzyli, ja ko zw yk ł y m łgarzom, a nawet żądali zabukowania w

umowie prawnego przymusu budowy owego parkingu pod karą 3 milionów złotych (dlaczego akurat tylu, a nie 100, nie wyjaśnili). Magistraccy prawnicy tłumaczyli, że nie ma takiej możliwości prawnej. Padła także rewolucyjna koncepcja zakładająca, że skwerów ci u nas w centrum dostatek, zatem najbardziej twarzowe dla wizerunku miasta będzie usadzenie w jego miejsce drugiej kondygnacji urokliwego, ogólnie podziwianego parkingu. Wówczas centrum nabierze spalinowo-smrodliwego wigoru, a jakiś skwerek nie będzie fajdał betonowego pejzażu, tak miłego dla oka i estetycznego wyrazu starówki. Pojaw iła się egzot yczna koalicja PiS i SLD optująca za zamianą z pełnym zaufaniem dla hotelowych inwestorów. Jednak ładniejsza część klubu PO po kobiecemu upierała się przy strzyżeniu, a przeciw goleniu. Nie pomogło! Siła złego na jedną i zamianę ku zniesmaczeniu radnej Kazimierczak uchwalono, z ostrożnym zaufaniem dla hotelarzy. Deliberowałem noc całą nad tym, co też mogliby ci hotelarze zamiast niezbędnego ich gościom parkingu wybudować na wzmiankowanej działce i wyszło mi, że jedynie schody do nieba, albo piaskownicę dla pani radnej. Rada, już bez żadnych zbędnych fochów i ceregieli, wyraziła zgodę na sprzedaż za 1 procent wartości budynku po byłym zespole szkół przy al. Batalionów Chłopskich. Powstanie tu profesjonalne Centrum Aktywizacji Zawodowej Powiatowego Urzędu Pracy w Rzeszowie. Wreszcie w jednym miejscu i funkcjonalnie. Roman Małek

W RODZINIE SIŁA

Wyjeżdżając z Rzeszowa w kierunku Tyczyna, przy ulicy Sikorskiego w osiedlu Biała natkniemy się na siedzibę trzech firm, które stanowią królestwo budowlane rodzinnego klanu Frańczaków. Czterech braci z siostrą stąd zarządzają swoimi zakładami, prowadzącymi rozrzucone po kraju liczne place budów. Wywodzą się z niewielkiej Podbukowiny koło Dubiecka. Właśnie tam spędzili swoje dzieciństwo, które kiedyś musiało się skończyć, a to zmuszało do znalezienia sobie własnego miejsca w dorosłym życiu. Dla braci taką szansą i zarazem nadzieją stał się rzeszowski „Instal”. Okazało się, że to dopiero początek życiowych zawirowań, ponieważ wkrótce musieli zmierzyć się z brutalną rzeczywistością, jaką niosła z sobą transformacja ustrojowa w Polsce. Udało im się skutecznie wejść w nową rzeczywistość kosztem olbrzymich wyrzeczeń i dzięki zdeterminowanej konsekwencji w dążeniu do osiągnięcia zamierzonego celu, czyli stworzenia dobrze funkcjonującej firmy rodzinnej o ustalonej renomie. Całości prezesuje młodszy z braci, Zdzisław Frańczak, z którym umówiłem się na pogawędkę. W siedzibie przy Sikorskiego uderza pedantyczny ład, estetycznie zaaranżowane wnętrza i to, że nie odczuwa się tu żadnego pośpiechu, nerwowości czy bieganiny, a wszystko racjonalnie i bez zgrzytów funkcjonuje. Ponadto nie sposób dostrzec jakiegoś zestresowanego ponuraka. Sam prezes emanuje uważnym spokojem, jest kontaktowy, ale zarazem wyczuwa się w jego sposobie bycia jakiś trudny do określenia dystans człowieka życiowo doświadczonego. - Panie prezesie, „Instal” był dobrym wyborem? - Bardzo dobrym, do pewnego czasu. Stąd przecież wkrótce wyjechałem na intratny w tamtych czasach kontrakt do Iranu, gdzie razem z Niemcami budowaliśmy fabrykę przędzy nylonowej. Sporo nauczyłem się oraz nawiązałem osobiste kontakty. Po 10 miesiącach pracy w latach 1978/1979 wybuchła wojna irańsko-iracka i trzeba było wracać do Rzeszowa. - Wojny kiedyś kończą się. - Ta też. Po wojnie znana niemiecka firma AG Zimmer zaproponowała mi kontrakt na pracę w Iranie, gdzie w latach 1983-1985 przez 2,5 roku nauczałem Irańczyków zawodu. - Z powodzeniem? - Sądzę, że tak, skoro po kontrakcie chcieli koniecznie zatrzymać mnie u siebie. Ale ciągnęło do swoich. Koledzy pracujący tam ze mną wahali się, czy nie skorzystać z oferty. Orzekli zgodnie, że jeśli ja zostanę, to oni również. - Zostali? - Wróciliśmy do kraju w komplecie. Podjąłem pracę w „Instalu”, ale to już nie był ten sam zakład. Zaczął staczać się po równi pochyłej, pojawiły się specyficzne układy, słowem perspektywy wyglądały nieciekawie. Znajomi podejmowali ryzyko tworzenia własnych firm. Przecież to było u nas coś zupełnie nowego. - Zatem i Frańczakowi czas było zacząć?

- No właśnie! Zaryzykowałem i ja. Wykorzystując swoje niemieckie kontakty założyłem we Frankfurcie polsko-niemiecką spółkę „Iso-Mont Polen”, zajmującą się robotami budowlanymi i izolacyjnymi. Pomysł wypalił. Procentowała wiedza i umiejętności nabyte w czasie zagranicznych kontraktów. Z powodzeniem funkcjonowaliśmy przez 11 lat, zatrudniając 60 pracowników. - Skoro było dobrze, to dlaczego wróciliście? - Z dwóch powodów. Po pierwsze, pokonywanie kilka razy w miesiącu trasy Rzeszów-Frankfurt i równoczesne doglądanie rozrzuconych po Niemczech i Polsce robót, stawało się zbyt uciążliwe. Po drugie, w kraju rozwinął się dynamicznie chłonny rynek dociepleń. Zatem znowu przy udziale niemieckich partnerów utworzyłem w 1994 roku spółkę „Izol-Mont” z bazą w Białej. Jej trzon stanowiła rodzina oraz pracownicy z poprzedniej spółki, którzy woleli pracować bliżej domu. - Nowemu było łatwo? - Nigdy nie jest. Należało sobie wyrobić rynkową renomę. Tyle, że wiedziałem już jak się do tego zabrać, miałem spore doświadczenie, ale i spore braki sprzętowe. Zaczęliśmy ocieplać Nowe Miasto. - Te kolorowe wzorki na blokach, to wasza robota? - Nie chwaląc się, powiem, że tak. Zresztą ociepliliśmy prawie pół Rzeszowa. Wysoka jakość wykonanych robót napędzała następne zlecenia. - Skąd wziął się „Chemiplast”? - Gdy zaczęliśmy wykonywać roboty już w Krakowie i Warszawie musiałem rozglądać się za nowszymi, wysokiej jakości materiałami. W ten sposób nawiązałem kontakty ze szwajcarską firmą „Chemiplast”, produkującą takie materiały z jakościowej górnej półki. - Opłaciło się? - Jak najbardziej! Ich materiały, ich technologia to było coś, co znowu rozkręcało nam front robót. Później uruchomiliśmy wspólnie ze Szwajcarami Fabrykę Chemii Budowlanej w Brzesku „Chemiplast Poland”. W całości ich technologia i linie produkcyjne. - Przyjęła się na rynku? - Bardzo dobrze, ze względu na wysoką jakość produkcji i konkurencyjne ceny. Produkcja jest również eksportowana głównie do: Włoch, Portugalii, Szwajcarii, Rosji, Ukrainy, Czech, Słowacji i Bułgarii. - Ale niektórzy mówią coś źle o jaskółkach i spółkach. - Specjalnie nie narzekałem, ale zawsze jest lepiej być samodzielnym. Z czasem wykupiłem udziały innych, ostatnie w brzeskiej fabryce „Chemiplast Poland” w roku ubiegłym i wszystkie są nasze, a ja w nich prezesuję. - Ale na budynku wisi jeszcze jeden szyld. - To najnowsze, czwarte dziecko, spółka deweloperska „DomRes”. Wybudowała ładne osiedle przy Sikorskiego, wielko-

ści 10 tys. m. kwadr. powierzchni uży tkowej. Przygotowuje kolejne. - Wszyscy twierdzą, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to w środku, bo skraju wytną. A u Frańczaków? - Ta zasada zupełnie się nie przyjęła. W naszej rodzinie tkwi prawdziwa siła, która przekłada się na sukcesy. Chociaż Niemcy też dziwili się, że czterej bracia zgodnie współpracują i nawet razem mieszkają. - Tajemnica sukcesu? - Żadna tajemnica. Po prostu zwykła konsekwencja, solidność, jakość pracy i terminowość. - A te puchary w gabinecie? - Moja słabość do siatkówki. Gram dwa razy w tygodniu, nawet mam własną drużynę grającą w lidze amatorskiej. To jej trofea. Zresztą bez sportu nie dałbym rady. - Czyli? - Jeszcze zimą narty, a latem, oczywiście, golf. Zawsze w podróż krajową czy zagraniczną wybieram się z kompletem kijów i strojem golfowym w bagażniku. Jeśli tylko nadarza się okazja już jestem na polu golfowym. - Potrzebny strój? - Obowiązuje tu żelazna etykieta. Nie można wyjść na pole golfowe w krótkich gaciach, dżinsach czy w koszulce bez kołnierzyka. - Wiem, że jest pan wiceprezesem Podkarpackiego Klubu Golfowego i pierwszym w województwie sędzią z kwitami. Ale jedno pole 9-dołkowe w Porębach i krótkie w Głogowie nie brzmi imponująco. - Dlatego usilnie staramy się o wybudowanie pełnego 18-dołkowego pola, aby mistrzostw Podkarpacia nie rozgrywać pod Krakowem. W takich Czechach pole golfowe jest w każdej gminie. Ale tam nie ma głupich przepisów, że za hektar pola płaci się rocznie podatek 4 000 jak na działalność gospodarczą, zamiast zwykły po 50. Przecież golf to sport dla każdego i w każdym wieku. Wymaga ruchu i kondycji, ale nie forsownego wysiłku. - Zatem życzę biznesowego powodzenia i 18-dołkowca golfowego w okolicy Rzeszowa. Roman Małek


4

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

Żyją wśród nas

być człowiekiem

Stanisława Szpunara Niemcy aresztowali 1 maja 1940 roku. We wczesnych godzinach rannych wtargnęli do mieszkania w Budach i zabrali go. Na dole było już siedmiu innych jego kolegów. Jak doszło do tego? Tak to odtwarza z perspektywy czasu: W gimnazjum rzeszowskim (zdążył zdać małą maturę) mieli obowiązkowe lekcje przysposobienia wojskowego. Prowadzili je zawodowi żołnierze. Ci zaraz po wkroczeniu do Rzeszowa Niemców zbierali byłych swoich uczniów i przygotowywali ich do działań przeciwko okupantowi. W ramach tego przebijali koła aut niemieckich stojących przy ulicy Batorego. Niemcy zorientowali się jakoś, że jest to działanie zorganizowane i zgarnęli ich wszystkich. Całe szczęście, że wtedy nie było w mieszkaniu ojca, Mariana Szpunara, znanego polonisty, legionisty i sympatyka Józefa Piłsudskiego. Na ścianie wisiał duży portret marszałka. Jeden z Niemców roztrzaskał kolbą ten portret. Były przesłuchania na gestapo. Po dwóch tygodniach przewieziono ich z więzienia w rzeszowskim zamku do więzienia w Tarnowie. A stamtąd 13 czerwca 1940 r. pierwszym transportem do organizowanego, największego niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. W tym pierwszym transporcie było 40 rzeszowian, wśród nich Stanisław Szpunar. Najpierw poddano ich kwarantannie. W dzień musieli dużo ćwiczyć, biegać i skakać. Starsi nie wytrzymywali tego. Potem rozdzielono ich na komanda. On jako 18-latek trafił do komanda młodzieżowego i otrzymał numer 133. Uczyli go najpierw zawodu zduna (którego nigdy potem nie wykonywał) i języka niemieckiego. Dość dobrze opanował język niemiecki, bo miał już podstawy z gimnazjum. Znajomość tego języka pomogła mu w wielu sytuacjach obozowego życia. Zrobiono go gońcem na bramie obozowej, a potem lagerführer zabrał go do podobozu w Dworach, gdzie pracowali przy budowie zakładów chemicznych. Wiele zawdzięcza współwięźniom rzeszowianom. Wspierali się wzajemnie. Kilku z nich pracowało w szpitalu esesmańkim i oni mogli najwięcej. Jego też uratowali z opałów. Wspomina z wdzięcznością braci Barańskich i Drzałów, Edwarda Pysza, Zbigniewa Bendkowskiego. On sam też pomagał, między innymi uratował od śmierci Michaiła Chramowa, jeńca radzieckiego w ten sposób, że zaproponował go na swojego pomocnika, a lagerführer to zaakceptował. Przeżył i on chwilę strachu i grozy, szczególnie gdy w czasie apelu lagerfuhrer wybierał dziesiątkę do bunkra śmierci. Każdy walczył o życie. Nie wolno było załamać się psychicznie. Stanisław Szpunar powie o sobie, że był odporny psychicznie, czego dowodem była inna sytuacja, z pozoru beznadziejna. Po ucieczce więźnia Ślązaka, z którym pracował, wezwał go lagerführer do swojego gabinetu i zapytał dlaczego nie zameldowałeś mi o planie ucieczki? Z zimną krwią i stanowczo odpowiedział: „Gdybym wiedział, to bym uciekł razem z nim, bo wiem, co mnie czekało, gdybym został”. Nie rozwalił go wtedy, tylko odesłał do baraku. Sprzątając gabinet lagenführera miał możliwość słuchania radia. Koledzy namówili go, by przekazywał im komunikaty z sytuacji na froncie. Robił to narażając swoje życie. Na czatach stał wtedy Michaił Chramow, bezwzględnie oddany Stanisławowi. W ten sposób włączył się w obozowy ruch oporu. Najbardziej wzruszającym przeżyciem dla niego stał się moment, gdy ojciec Maksymilian Kolbe zgłosił się na ochotnika do bunkra śmierci za wyznaczonego Gajowniczka, ojca kilkorga dzieci. O istocie zdarzenia dowiedział się dokładnie po jakimś czasie, ale całe je obserwował. Dziś mówi o tym tak: „Widziałem autentycznego człowieka świętego i jeszcze żywego”. Przez cały czas po wyzwoleniu brał udział w licznych spotkaniach z młodzieżą, na których opowiadał o życiu obozowym, o kolegach współwięźniach, o tym, co widział, co

CANTILENA ŚPIEWA

Chór UTW „Cantilena”.

tam wyrabiali naziści i o bohaterskim czynie o. M. Kolbego. Ostatnio zmalało zapotrzebowanie na tego rodzaju spotkania. A szkoda, bo pan Stanisław jest nadal gotów opowiedzieć o tamtych czasach wszystkim chętnym. Co czuł po wyjściu z obozu? Nie było to proste wyjście. Niemcy zarządzili ewakuację więźniów, gdy tylko Armia Czerwona zbliżała się do Oświęcimia. Maszerowali więc dzień i noc aż do Gliwic, skąd pociągiem przewieziono ich do Gór Harzu, gdzie budowali tunele, w których produkowano rakiety V2. Pracowali w huku i kurzu. Dla niego był to najtrudniejszy okres. Potem przerzucano ich kolejno pod Hamburg i pod Hanower. I tam dopiero wyzwolili ich angielscy żołnierze. Pierwszą sprawą było jedzenie, nasycenie się tak, by nie zachorować jednak. Potem były próby agitatorów rządu londyńskiego, by powstrzymać ich od powrotu do kraju. Nasz bohater stanowczo stawiał sprawę, wracam do rodziny, do kraju. Wreszcie po 6 latach nieobecności wrócił do domu bez zapowiedzi. W domu były tylko matka i siostra. Bardzo mocno przeżył spotkanie z matką, która na jego widok wpadła w histerię. Ciągle płakała i nie puszczała go od siebie. Nie wytrzymał i sam też płakał nad matką. Przeraził się jej reakcji. Jej powrót do normalności trwał dość długo. Sam szybko wracał do życia na wolności. Zdał dużą maturę i w 1946 r. rozpoczął studia w Akademii Handlowej w Krakowie. Po jej ukończeniu pracował w Rzeszowie najpierw w Przedsiębiorstwie Obrotem Zwierzętami Rzeźnymi, potem w Zakładach Drobiarskich i ETOB. W 1950 r. ożenił się. Ma syna, dwoje wnuków i prawnuka. Niestety, żona Zofia zmarła przed 5 laty. Od 60 lat mieszka w tym samym mieszkaniu, w uzyskaniu którego pomógł mu ówczesny jego dyrektor Władysław Frańczak, a które urządzała żona. Nie zmienia w nim niczego. Syn nie chciał mieszkać w bloku. Kupił kawałek ziemi w Budziwoju i postawił dom. Pan Stanisław jeździ tam na świąteczne obiady i by popracować sobie trochę w ogrodzie. I wspomina ludzi, z którymi zetknął go los, tych dobrych i tych złych. Pożegnał wielu swoich kolegów, szczególnie współwięźniów. Z czterdziestki rzeszowian z pierwszego transportu do Auschwitz żyje jeszcze tylko on. „Być człowiekiem” to jego życiowa dewiza. Tak ukształtował go dom, a potem życie, szczególnie obóz koncentracyjny nauczył go potrzeby doszukiwania się niemal w każdym człowieku, także tym złym, ludzkich odruchów. Znajdował je i wśród Niemców, przede wszystkim więźniów politycznych. Dzisiaj nie może przejść obojętnie wobec cierpiących czy żebrzących. Zawsze przy sobie nosi cukierki dla dzieci oraz drobne monety dla żebrzących. Józef Kanik

Działający przy Uniwersytecie Rzeszowskim, Uniwersytet Trzeciego Wieku powołał w 2007 roku chór „Cantilena”. Przewinęło się dotychczas przez niego ponad 50 osób, spośród których największą wytrwałością wykazało się 22 osoby. Najważniejszym wydarzeniem w działalności chóru był występ w rzeszowskim radiu i nagranie tam płyty ze swoimi utworami chóralnymi. W repertuarze znajduje się około 80 pieśni patriotycznych, kolęd, melodii ludowych oraz okolicznościowych. Często chór jest zapraszany na występy w domach kultury oraz na imprezach z okazji dni osiedli. Regularne występy mają miejsce

w Uniwersytecie Rzeszowskim. Występował chór w bloku imprez I Senioriady Rzeszowskiej na bulwarach w końcu maja br oraz w czerwcu na Festiwalu Seniorów w Boguchwale, gdzie wyśpiewał nagrody burmistrza Boguchwały i dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury w Rzeszowie. Nagrodzona została tam również solistka chóru, Maria Mazurek. Od września 2010 roku chórem dyryguje student Instytutu Muzyki URz, Maciej Pacześniak, a całym przedsięwzięciem kieruje Maria Nowak przy wsparciu zastępcy Alicji Borowiec. Inf. własna

po co nam buspasy?

Buspasy w al. Sikorskiego. Fot. Józef Gajda.

Tematem ogórkowym tegorocznych wakacji stały się dla rzeszowian buspasy. Po obmalowaniu żółtą farbą alei Sikorskiego (po jednym pasie w każdym kierunku), na łamach lokalnej prasy oraz forach internetowych zawrzało. Rzecz jasna, przeważały opinie odbierające decydentom z magistratu wszelką normalność. Najbardziej oponentni nie przebierali w słowach: co za idiotyzm i debilizm, urzędasy zgotują nam totalny korek, pora dziadka wywieźć na taczkach! Prezydent Tadeusz Ferenc, wcale niezrażony poziomem tej debaty, w połowie sierpnia zwołał w ratuszu konferencję prasową i zakomunikował: - Wiem, że inicjatywa napotyka na gromką krytykę. Jednakże ja wciąż uważam, iż buspasy są potrzebne. Kolejne pojawią się na Podkarpackiej i Rejtana. W planach na razie jest 18 kilometrów nowych buspasów, ale w przyszłości będzie ich pewnie jeszcze więcej. Musimy dać priorytet komunikacji publicznej, by coraz więcej ludzi z niej korzystało… Buspasy to jeden z elementów kompleksowego programu promocji komunikacji zbiorowej w Rzeszowie. W programie zapisano kilka innych ważnych przedsięwzięć: parkingi na obrzeżach miasta (tam przyjezdni mają zostawiać swe maszyny i przesiadać się do komunikacji miejskiej), powszechna elektroniczna karta usług komunikacyjnych, wysoki standard pojazdów transportu publicznego. Inni, bardziej krytyczni wobec planów obecnego gospodarza miasta, dodają jeszcze jeden element: przywrócenie zasady płatnego parkowania w centrum miasta. Równie trudnym zadaniem jak budowa nowych parkingów, czy dodatkowych pasów dla pojazdów uprzywilejowanych, będzie zmiana mentalności rzeszowian. Rzecz bowiem w tym, aby decyzja o porzuceniu własnych czterech kół na rzecz miejskiego autobusu oraz roweru wynikała z głębokiego przeświadczenia, że tak trzeba! Bo leży to w osobistym interesie każdego z nas! I nie jest to krok

do tyłu w dziele poprawy warunków bytu obywateli, a wręcz przeciwnie. Zmiana starych nawyków, modyfikacja społecznej mentalności wymaga czasu oraz działań nietuzinkowych. Najlepiej przekonują dobre przykłady sąsiadów oraz sprawdzone doświadczenia innych. Jednym z takich działań jest prowokacja z buspasami na Sikorskiego. Ma oswoić z tematem oraz uświadomić, że nie ma innej drogi uwolnienia centrum miasta od korków, smrodu spalin oraz ryku pojazdów, jak postawienie na nowoczesną komunikację zbiorową. Tak zadecydowało już wiele aglomeracji na zachodzie Europy. Przed miesiącem, w tym miejscu pisałem o doświadczeniach norweskiej miejscowości Trondheim, miasta wielkości Rzeszowa, wizytowanego niedawno przez naszych ekologów i samorządowców. Tam pierwsze pasy dla autobusów wytyczono na początku lat dziewięćdziesiątych. Też nie brakowało oponentów. Już po roku odsetek malkontentów zmalał zdecydowanie. Dziś autobus w Trondheim, o znów podstawowy środek komunikacji. Co więcej, reaktywowano linię tramwajową zamkniętą 35 lat temu. Dzięki buspasom komunikacja zbiorowa jest dwukrotnie szybsza od indywidualnej. Do tego, co dziesiąty mieszkaniec tego norweskiego miasteczka korzysta na co dzień z roweru miejskiego. Usługa ta jest bezpłatna; obok kilkunastu stacji rowerowych amatorzy dwu kółek mają do dyspozycji m.in. wyciąg dla rowerów, zamontowany na ulicy o szczególnej pochyłości. W Rzeszowie, jak na razie, pasażerów w miejskich autobusach ubywa. Ich średnie zapełnienie szacuje się na ok. 30 proc. Wśród pasażerów dominują emeryci, korzystający z ulgowych i bezpłatnych przejazdów. Do tak podróżujących babć i dziadków, wierzę, dołączą kiedyś ich wnukowie. Tak bowiem podpowie im rozsądek i … wygoda. Czerwony autobus znów stanie się modny. Ryszard Bereś


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

Wspomnienia z wężykiem cz. 13

ZORGANIZOWAĆ, TO ŁATWO POWIEDZIEĆ

- Sami wszystko wiedzieliście? - Aż tacy mądrzy nie byliśmy. Ale potrafiliśmy skutecznie korzystać z wiedzy tych, którzy taką posiedli. Dlatego ciągle zapraszaliśmy cały szereg specjalistów z instytutów wojskowych i nie tylko. - A konkretnie? - Dla przykładu gościli u nas specjaliści od chorób tropikalnych, gdyż najczęściej w tę strefę wyjeżdżali szkoleni przez nas żołnierze, zatem powinni znać specyficzne zagrożenia i sposoby ich unikania. Bywali znawcy kultur i religii w konkretnych regionach, co ułatwiało porozumiewanie się z tamtejszą ludnością i pozwalało unikać religijnych i obyczajowych nieporozumień i zgrzytów. Wyjeżdżający żołnierze musieli także mieć pełne i kompetentne dossier stron konfliktu a także jego sedna oraz wiedzę na temat ich stosunku do ONZ i reprezentujących ją sił. - Coś traktowaliście priorytetowo? - Zdecydowanie dyscy plinę. Wszyscy szkoleni wiedzieli, że ostatecznie o ich wyjeździe zdecyduje komendant Centrum. Wyjeżdżali na niebezpieczne misje, zatem musieli mieć określone predyspozycje i być zdyscyplinowani. Dlatego uważnie obserwowaliśmy nawet ich sposób spędzania wolnego czasu, w którym mogli robić, co tylko chcieli.

Interesował nas ich sposób bycia, zwłaszcza w kwestii nadużywania alkoholu, konfliktowości, arogancji itp. - Postawił pan komuś szlaban? - Nie jednemu! Szkoliliśmy na przykład chorążego, który wcześniej był kierowcą generała. Nabył wówczas paskudnych naw yków. Lekceważył szkolenie, pozował na cwaniaka, spóźniał się. Gdy nie reagował stosownie na uwagi, nic mu nie mówiłem lecz przygotowywałem rezerwowego żołnierza. Przed odlotem, po zbiórce na lotnisku, zawróciłem go z trapu samolotu. Poleciał rezerwowy. - Nie uwierzę, że wszystkie szkolenia przebiegały jak na obozie zuchów. - Bo i tak nie było. Przecież to każdorazowo przyjeżdżała liczna grupa młodych ludzi, którzy też łaknęli uroków zwykłego życia, co niosło zawsze ryzyko. Pewnego razu zostałem zbudzony o drugiej po północy alarmującą informacją, że nie ma w ośrodku całej kompanii wojska, bo pojechali do sąsiedniej wioski, gdyż tam naszych bili. Ponieważ pojechali samochodami, w drodze powrotnej wpadli na patrol WSW. I afera gotowa. Musiałem gęsto tłumaczyć się z całego incydentu. - Stoczyli chociaż zwycięską bitwę z miejscowymi?

Na pierwszym planie z prawej płk Fryderyk Czekaj.

HISTORIA NA KOŁKU Akurat minęła kolejna, już 72. rocznica naszej bohaterskiej klęski, czyli wybuchu II wojny światowej. Jak przy każdej rocznicy przerżniętej z kretesem polskiej wojaczki odbyły się msze w intencji bohaterów, apele poległych, salwy honorowe, obkładanie pomników kupą kwiecia, wystawy ilustrujące narodowy heroizm, czasem jakieś koncerty i naukowe dysertacje na temat. Media przesiąknięte zostały znowu patriotyczną dumą z: żołnierzy Westerplatte, którzy czwórkami prosto do nieba szli, irracjonalnej wojny Hubala, kawalerzystów w bitwie nad Bzurą, powstrzymujących dywizje pancerne, żołnierza, który pod Kockiem ostatni dał wystrzał. Tylko nieliczni zdobywają się na jakąś sensowną ocenę tej narodowej tragedii. W tym chórze śpiewającym trumienną glorię wrześniową, prawdziwie brzmią tylko te głosy, które są na cześć bohaterstwa i chwały zwykłych żołnierzy i oficerów, chociaż i tutaj trafiały się niechlubne wyjątki. Natomiast obrzydliwie fałszywy w ydźwięk mają wszelkie peany na cześć sanacyjnych polityków, naczelnego dowództwa, generalicji i sprawności armii. Zacznijmy od polityki. Traktat Wersalski, który miał zapewnić pokój po I wojnie światowej, wytrzymał zaledwie kilka lat. Nasi historycznie niewierni sojusznicy – Anglia i Francja – już w 1925 roku układem w Locarno zabukowali sobie z Niemcami nienaruszalność swoich granic. O naszej granicy nawet nie zająknęli się. Taki dziwoląg jak Liga Narodów nie zasługuje nawet na wspomnienie. Już w 1933 roku Hitler cały ten Traktat Wersalski nazwał bardzo brzydko i

- Coś w tym rodzaju. Dwóch naszych wybrało się tam na zabawę. A że mieli powodzenie u płci nadobnej, to zazdrośni miejscowi spuścili im łomot. Poturbowani wrócili po posiłki. Po ponownym wejściu do zabawowego lokalu, ale już z odwodami strategicznymi, uzbrojeni w poluzowane pasy, zajęli dyskretnie k luczowe miejsca przy oknach, drzwiach i w yłączniku światła. Na sygnał zgasło światło i zaczęło prawdziwe lanie owymi pasami. Miejscowi dali tyły i było po wojnie, a ja przed sporymi kłopotami. - Czyli jak zwykle u nas, pokój jest zawsze gorszy od wojny? - Oczywiście! Zawiodło planowanie, a pogrążyło lenistwo. Gdyby poszli pieszo, wracaliby ścieżkami bez wpadki, a tak ich samochody namierzyło WSW. Tłumaczyli się, że to oni zostali napadnięci i musieli bronić siebie oraz honoru armii, że wojnę bez wypowiedzenia rozpoczęli tubylcy oraz że toczyli rycerski bój, niczym pod Troją, o kobietę, a nie dla zwykłej bijatyki. Jakoś wszystko rozeszło się po kościach. Tylko ja swoje oberwałem. - Najdziwniejsze szkolenie? - Bez wątpienia przygotowanie batalionu medycznego w sile ponad 300 pielęgniarek do służby w bazie w Arabii Saudyjskiej. To babskie wojsko, które wcześniej nigdy wojskiem nie było, miało z nim kontakt na zasadzie za mundurem i tak dalej, prezentowało, oględnie mówiąc, zbyt swobodny stosunek do służby. Trzeba było ich przede wszystkim jako tako wtłoczyć w wojskowe zwyczaje, rygory i nawyki. W dodatku wybierały się do muzułmańskiego kraju o specyficznej obyczajowości i religijnych rygorach. - Udało się? - Z nielicznymi wyjątkami – tak. Tylko kilka pań musieliśmy wycofać ze szkolenia. Resztę uroczyście i z honorami pożegnaliśmy w Kielcach

i na lotnisku. - Skoro żegnaliście, to musiały być także powitania. - I były. Wpierw takie mniej ważne na lotnisku i ceremonialne już w kieleckiej bazie, z udziałem co najmniej zastępców dowódców okręgów wojskowych lub Zarządu Sztabu Generalnego. - Ot, powroty, jak to powroty. - Niezupełnie. Dla przykładu powrót wspomnianego batalionu medycznego przypominał wojskowy horror. Podczas międzylądowania na Malcie rozluźnione już panie kupiły w strefie bezcłowej alkohol i w samolocie odreagowywały kilkumiesięczną abstynencję. Ponieważ w tym czasie uległy biesiadnemu roztrenowaniu oraz bogoojczyźnianej nostalgii, skutki były fatalne. - Ale gdzie tu horror? Raczej, samo życie! - Teraz właśnie zacznie się. Nadchodzi nad Balice tęga burza, orkiestra w gotowości do grania, witać dzielne wojsko przybył gen. Cepak w towarzystwie wiceminister zdrowia, pani Sienkiewicz i pozostałej świty, samolot wylądował, trap przystawiony do samolotu jak należy, a tu nikt nie wychodzi. Wysyłam biegiem oficera na zwiad. Wraca i na ucho melduje, że całe wojsko śpi i nadaje się wyłącznie - do niczego. Cóż mi pozostało! Pofatygowałem się osobiście i z tej części, która mogła w miarę utrzymać pion, usiłowałem sformować namiastkę szyku. Jakoś udało się, żadna nie kropnęła o płytę lotniska. Resztę trzeba było po uroczystości ewakuować na noszach, wszystkie zaś całą noc pilnować, aby nie zrobiły sobie krzywdy. Za to rano każde bez wyjątku oblicze pań płonęło autentycznym wstydem. - Nie skończyło się kolejną wizytacją? - Tym razem nie. Ale tych mieliśmy sporo, zwłaszcza zagranicznych, którym zawsze towarzyszyły waż-

5

Gen. dyw. F. Czekaj

ne osobistości wojskowe. Inne a r m i e podziwiały wyszkolenie naszych żołnierzy na misjach i dlatego niemal ciągle mieliśmy wizyty przedstawicieli obcych armii. Od szczebla wiceministra obrony z Holandii, dla przykładu, poprzez szefa Sztabu Generalnego i szefa szkolenia z Wielkiej Brytanii, generała izraelskiego, po dowódcę amerykańskiej 101. Brygady Powietrzno-Desantowej. Bywały delegacje ze Szwecji, Kanady i Finlandii. No i, oczywiście, delegacje z najwyższego szczebla dowodzenia armii z państw byłego Układu Warszawskiego. - To z pewnością o czymś świadczy. - Odbieraliśmy to jako wyraz uznania dla poziomu szkolenia w naszym Centrum. Wszyscy wyjeżdżali pod wrażeniem tego, co zobaczyli. W prawdziwe zdumienie wprawiło mnie to, że po wizycie holenderskiego wiceministra, zameldował się u nas ich pluton z pełnym wyposażeniem do wspólnego szkolenia. W następnym roku w ten sam sposób pojawiła się angielska kompania i na pół roku kanadyjski wykładowca. - A kapelanów szkoliliście? - A jakże. Pierwszym był ks. kpt. Marek Major. Wielką wagę do szkolenia kapelanów wybierających się na misje przywiązywał biskup polowy, gen. Sławoj Leszek Głódź. Zresztą z tego powodu bardzo chętnie i regularnie uczestniczył w naszych uroczystościach, chociaż lubił przyjeżdżać także bez oficjalnych powodów. Serdecznie i skutecznie nas wspierał w staraniach o ciągłe udoskonalanie Centrum. Roman Małek

KLĘSKA NA ŻYCZENIE wrzucił bezkarnie do kosza, zarządził obowiązkową służbę wojskową i utworzył Luftwaffe. Dwa lata później Anglicy pozwolili mu nawet na rozbudowę floty wojennej. Zaś po kolejnych trzech latach tchórzliwie podpisali razem z Francuzami traktat w Monachium i jeszcze pyszałkowaty Chamberlain wymachiwał nim niczym sztandarem pokojowym. To prowadziło do nieuchronnej wojny. Co robi cała nasza dyplomacja? Buduje domki z kart na niby sojuszniczych gwarancjach francuskich i brytyjskich. Zamiast próbować tworzyć jakąś własną koncepcję obronną, chociażby w sojuszu z Czechosłowacją, to po Monachium pozwala sobie na wojenkę z tym krajem o Zaolzie. Niemcy wkroczyli w Sudety, a my właśnie na owo Zaolzie jako ich sprzymierzeńcy. W konsekwencji pozostaliśmy w konfrontacji z potęgą hitlerowską osamotnieni. Ba, nawet nasi sojusznicy nie raczyli nas poinformować o zawartości tajnej części układu Ribbentrop-Mołotow, czyli przygotowywanym ataku ze strony radzieckiej. To są dopiero lojalni sojusznicy! Nie trzeba czytać Clausewitza, żeby wiedzieć, iż to diametralnie zmieniało wojenną strategię. Nasi sojusznicy nie zamierzali nie tylko ginąć za Gdańsk, ale nawet palcem w bucie kiwnąć w intencji naszego niezawisłego bytu. Ale nasza wiara była niezłomna, niczym obrona Oksywia. Okres przedwojenny w armii polskiej cechował się olbrzymim jej upolitycznieniem, personalnymi intrygami oraz zanikiem sensownej myśli wojennej. Praktykę i doktrynę wojenną opieraliśmy na francuskich doświadczeniach z I wojny światowej. Nasze wojska były nieprzygoto-

wane do obrony przeciwpancernej i przeciwlotniczej. Cała manewrowość armii opierała się na kawalerii, w dodatku fatalnie przygotowanej do wojny. Konie pięknie prezentujące się na defiladach i licznych zawodach, nie miały pożądanej wytrzymałości i zdolności znoszenia frontowych niewygód. Dlatego w dłuższych marszach kawaleria nie była w stanie wyprzedzić piechoty, a brygada kawalerii nie odbiegała bojową wartością od pułku piechoty. Batalionowe i pułkowe tabory przemieszczały się na lekkich chłopskich furmankach, zaprzężonych w chłopskie chabety. Rozciągało to tabory na kilka kilometrów, fury psuły się, bądź wręcz rozlatywały tarasując drogi. Nie działał taki wynalazek jak regulacja ruchu wojskowego. Dlatego tylko nocne marsze pozwalały na odskok od nieprzyjaciela. Jeśli na to nałożymy zwykłe zestawienie sił niemieckich i polskich, to wyjdzie nam nie tylko mizeria naszego uzbrojenia, ale i możliwości manewrowych. Niemcy rzucili przeciwko nam 13 szybkich dywizji pancernych i zmotoryzowanych zaś my przeciwstawiliśmy 1 brygadę zmotoryzowaną i to nie do końca zorganizowaną. Całe nasze uzbrojenie pochodziło z tanich, zatem i najczęściej kiepskich, zakupów zagranicznych. Własny przemysł zbrojeniowy oparty na COP-ie był dopiero w powijakach. Miał rozwinąć się w latach, gdy trwała już okupacja. O własnym lotnictwie lepiej nie wspominać. Zatem, gdzie tkwiły podstawy do tromtadrackich zadęć politycznych, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi”, że „nie oddamy nawet guzika”? Bo naprawdę to guzik mieliśmy do przeciwstawienia oprócz

bezprzykładnego bohaterstwa żołnierza, a zwyciężać potrafiliśmy wyłącznie w zeszłej wojnie francuskiej. Jedyną dobrze i logicznie przygotowaną koncepcją był plan mobilizacji autorstwa płk. Wiatra. Co z tego, skoro rozpolitykowane i kłótliwe dowództwo armii nie potrafiło tego wykorzystać. Tajną, czyli najważniejszą mobilizację rozpoczęto z ponad 10-dniowym opóźnieniem. To uniemożliwiło osiągnięcie zdolności bojowej przez 7 dywizji i 2 brygady pierwszorzutowe i prawie taką samą ilość związków odwodowych. Totalny bajzel na kolei, błędny bilans taboru kolejowego, zakorkowana drożność linii i węzłów opóźniały lub wręcz uniemożliwiały rozwinięcie związków taktycznych. Przy tym wszystkim zignorowano całkowicie zagrożenie z morza. Tuż przed wybuchem wojny 3 niszczyciele skierowano do Anglii, a na Bałtyku nie postawiono ani jednej zapory minowej. Nietrudno zatem wyobrazić sobie przebieg wrześniowych walk. Bezkarne bombardowanie miast, obiektów strategicznych, wojskowych kolumn, węzłów komunikacyjnych. Już pierwsze dni obnażyły bezlitośnie braki dowódcze większości związków, uwiąd sprawności funkcjonowania Sztabu Głównego i Naczelnego Wodza, pojawianie się sprzecznych rozkazów, bądź ich brak. Bardzo szybko pozr y wała się łączność, wkradł totalny bałagan i często panika. Ruch wojsk stał się prawdziwym horrorem, gdyż nie istniała żadna organizacja dowodzenia. Dzięki temu pod Różanami nad Narwią doszło do walk wszystkich ze wszystkimi, a na most pod Wyszkowem trafiły na przeprawę 3 dywizje zamiast 1. Aż dziw, że nie wydusiły się, cho-

ciaż poniosły spore straty w wyniku bombardowania. U nas 24 DP z GO „Jasło” dostała od gen. Fabrycego rozkaz w ycof y wania się wzdłuż linii Dębica-Rzeszów-Przemyśl dla ochrony szlaku na Lwów. Ponoć po oberwaniu łupnia od Niemców zeszła z linii ciosu i zaczęła wycofywać się przez Frysztak i Strzyżów. Gdzie tu wojenna logika? Dla odmiany 9 DP płk. Werobeja broniąca na Pomorzu 70 km odcinka frontu prowadziła przez 10 dni nieustępliwą walkę, nie uzyskując żadnego wsparcia oprócz pustych obietnic. Wycofała się, gdy z dywizji pozostało pułkownikowi 3 oficerów i 20 szeregowych. Ponadto w tym czasie nastąpiło coś niewiarygodnego. Gdy zbliżał się front cała władza administracyjna uciekała pozostawiając swoich obywateli. Częstym zjawiskiem był fakt, że nie miał kto pochować poległych obrońców i zapewnić minimum porządku publicznego. Podobnie postąpiło naczelne dowództwo, zdecydowana większość wyższej kadry oficerskiej i cały rząd. Opuszczona i rozbita armia oraz oszukany naród nie miały gdzie uciekać. Zaś na sztandarach ciągle widniał napis „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Gen. Sikorski powołał we Francji komisję gen. Modelskiego, która spowiadała każdego przybyłego tam oficera z udziału w kampanii wrześniowej. Pobóg Malinowski twierdził, że bicie się w sanacyjne piersi było podstawowym obowiązkiem tych oficerów. Ponoć protokoły ze spowiedzi, to pasjonująca lektura. Zaś całe nasze przygotowanie do wojny, dalekowzroczną dyplomację sanacyjną i dowodzenie kampanią wrześniową, to można … Roman Małek


6

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

Z mojej loży

Nie jest to odkrywcze, co powiem, ale prawdą jest, że podróżowanie bardzo poszerza świadomość. Tym bardziej, kiedy się to odbywa w coraz bardziej rozpędzającym się świecie. Tegoroczne lato upłynęło mi pod znakiem festiwali i to wyłącznie międzynarodowych. Zaczęło się od rzeszowskiego festiwalu Jerzy Dynia CARPATHIA. O nim już pisałem na łamach ECHA i na tym pozostanę. W drugiej połowie lipca w Rzeszowie odbywał się kolejny, a nawet jubileuszowy Światowy Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych. Imprezie tej towarzyszyłem w różny sposób od pierwszej jego edycji. Tegoroczny oglądałem z miejsca dla vipów na widowni. Koncert tańców z krajów zamieszkania, który zawsze był największą atrakcją dla rzeszowiaków, tym razem nie rzucił mnie na kolana. A wszystko dlatego, że zespołom z Północnej Ameryki zabrakło pomysłu. Zapomniały, że jest to festiwal folkloru i poszły w kierunku rewii. Janusz Chojecki, pierwszy reżyser festiwalu musiał się nieźle nagłowić, żeby jakoś rozepchać w koncercie taniec country pomiędzy inne tańce, bo polscy Amerykanie i Kanadyjczycy nic tylko country i country, zapominając

F ES T IWA L OWE PODR Ó ŻOWANIE

o tym, że na tym kontynencie były kiedyś jeszcze inne nacje, jak choćby Indianie, którzy mieli własną kulturę, własne tańce, muzykę. A w Australii jeszcze gdzieś tam daleko od cywilizacji schowali się Aborygeni. Za to koncert galowy, zamykający ten festiwal – nie tylko moim zdaniem – można zaliczyć do jednego z najbardziej atrakcyjnych. Oczywiście nie było by tak ślicznie, gdyby zespoły miały obowiązek przyjeżdżania z własnymi kapelami i z muzyką na żywo, a nie z playbackami. W sierpniu poniosło mnie, nie pierwszy zresztą raz, do stolicy polskiego marmuru Strzegomia, znanego również z telewizji ze światowej imprezy hippicznej. W tym urokliwym miasteczku, od kilkudziesięciu lat odbywa się Międzynarodowy Festiwal Folkloru. Gminę stać na to, aby przy współpracy z C.I.O.F.F. zapraszać do siebie zespoły z Ameryki Południowej i Środkowej, z Azji i co ciekawsze zespoły z zachodniej i południowej Europy. Ale tak jest między innymi dlatego, że zgodnie od lat współpracowali ze sobą dyrektorka Strzegomskiego Centrum Kultury oraz dyrektor Zespołu Szkół, jednocześnie założyciel i gorliwy opiekun miejscowego zespołu ludowego. Mieszkańcy widzieli to. Efekt był taki, że startując na stanowisko burmistrza dyrektor szkoły wygrał wybory w cuglach. Festiwal piękny, integrujący miejscową społeczność, robiony był przez fachowców. Tym razem nie trzeba było ścigać dźwiękowca, bo podczas porannych prób zapisywał sobie, co trzeba w komputerze, a później, już podczas koncertu, wszystko brzmiało profesjonalnie, niczym z płyty. Reżyserował widowisko finałowe sprowadzony aż z Bydgoszczy Marian Wiśniewski. Mając do dyspozycji dobrych, ambitnych i chętnych „świetlików”, zrobił ten koncert wyśmienicie. Okazuje się, że starannie można pracować w kulturze nie tylko w stolicy, w Krakowie, w Poznaniu i to za krocie. Podczas sierpniowego, Międzynarodowego Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem, Urząd Miasta wraz Wydziałem Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, zorganizowali również międzynarodową konferencję KULTURA LUDOWA W MEDIACH. Tytuł był podchwytliwy, bo chodziło o to, żeby publicznie ukrzyżować radio, a zwłaszcza telewizję za to, że na tę kulturę w ogóle miejsca nie ma w mediach. No, jest wyjątek: Radio Rzeszów i Telewizja Rzeszów, w której od 19 lat jeszcze jest w ramówce stały, trzynastominutowy odcinek SPOTKANIE Z FOLKLOREM. W innych Oddziałach Regionalnej TVP takich programów nie ma. Oczywiście, o stacjach komercyjnych nawet nie ma co wspominać, z jednym wyjątkiem: Telewizja TRWAM. Tam bywają pokazywane dłuższe programy z udziałem zespołów ludowych. Osądy końcowe były zaskakujące; jak w regionalnej telewizji mogą być misyjne, niesponsorowane programy, skoro centrala w Warszawie, co kilka tygodni zmniejsza obsadę zespołów, zwłaszcza w publicystyce, kosztem programów informacyjnych. Informacja MUSI być, no bo gdzie będą pokazywali buzie kolejni kandydaci przed zbliżającymi się wyborami? A telewizja publiczna, w klimacie „nakręcanej” destabilizacji przez poszczególne partie, które biją się o miejsce przy biesiadnym stole, zrobiły sobie z tego medium kartę przetargową. To nie telewizja i jej ludzie są temu winni, co się dzieje. Winowajcami są ci w Sejmie i w Senacie, nasi wybrańcy, o których działaniach na rzecz zachowania tożsamości narodowej nic nie słychać. A warto ich z tego tematu przepytać przed kolejną rundą walki o miejsca na parlamentarnych salach posiedzeń. Tak było w Zakopanem. Ale to jeszcze nie wszystko. Z językiem na brodzie, pomiędzy kolejnymi koncertami w bazylice leżajskiej, skorzystałem z zaproszenia i pojechałem słynną trasą dla mrówek do Lwowa. Dość szybko i do tego tanio! Miasto piękne, europejskie – bez Unii Europejskiej. Centrum opanowane przez najsłynniejsze zagraniczne firmy. Dziewczyny – też klasa europejska, ustrojone (dość skąpo) według najnowszych trendów mody. Ale chodziły też, w dniach XX rocznicy odzyskania NIEZALEŻNOŚCI, w czarnych, do figury obcisłych spodniach i... nie uwierzycie państwo: w ludowych białych bluzeczkach z krzyżykowym haftem. A we Lwowie odbywał się Międzynarodowy Festiwal Ludowych Tańców ETNOVIR. Oprócz tańczących w zawrotnych tempach zespołów rodzimych, przyjechały zespoły diaspory tej narodowości z Kanady, Wielkiej Brytanii. Byli też szczudlarze z Francji, czekoladoskórzy bębniarze z Burundii, zespół baskijski. Zainteresowanie koncertami na rynku ogromne. No a w dniu święta narodowego – takich tłumów wokół ratusza i na przyległych ulicach, bez listy obecności i służbowego goździka, już bardzo dawno nie widziałem. Wnioski nasuwają się same. Bez podpowiedzi. I co? Warto podróżować?

ECHO RZE­SZO­WA

Echa kulturalne

RZESZOWSKI KALEJDOSKOP KULTURALNY

PECTUS ZDOBYWA POPULARNOŚĆ

PECTUS powstał wiosną 2005 w Rzeszowie. Zespół jest finalistą 44. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej „Debiuty” Opole 2007, zdobywcą Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Piosenki „Carpathia Festival” Rzeszów 2006. W styczniu 2007 zespól wydał promocyjny mini-album, na którym znalazło się pięć autorskich utworów. W nagraniu materiału pomagali Wojtek Horny (O.N.A. Chylińska), Zbyszek Jakubek (Walk Away, R. Rynkowski). Kolejne nagrania zespołu powstają przy współpracy z producentem Tomkiem Bonarowskim. Jako jeden z pierwszych utworów wyprodukowany został m.in. „To, co chciałbym ci dać”, który stał się ogromnym przebojem w 2008 roku. Był jednym z najczęściej granych utworów w polskich stacjach radiowych. W 2008 PECTUS z piosenką „To co chciałbym ci dać” głosami jury wygrał w polskim półfinale Sopot Festival i reprezentował nasz kraj w konkursie międzynarodowym. Publiczność przyznała zespołowi Słowika Publiczności Sopot Festival 2008. PECTUS z towarzyszeniem Płockiej Orkiestry Symfonicznej uczestniczył w koncercie, podczas którego wykonał własne utwory w aranżacjach orkiestrowych przygotowanych m.in. przez Adama Sztabę. Orkiestrą dyrygował Tadeusz Wicherek - dyrygent i dyrektor Orkiestry Symfonicznej im Karola Namysłowskiego w Zamościu.

OLD RZECH JAZZ BAND Początki zespołu sięgają 2004 roku, kiedy to grupa muzyków z Rzeszowa postanowiła realizować swoje jazzowe pasje. Od 2007 r. zespół jest związany z Osiedlowym Domem Kultury Słocina, w którym cotygodniowo odbywają się próby. Wspólnie organizowane są także imprezy, m.in. Walentynki Jazzowe. Skład: •Jerzy Dynia – saksofon sopranowy, kierownik artystyczny; •Ryszard Krużel – klarnet; •Andrzej Lubas – banjo; •Henryk Wądołowski – perkusja; •Andrzej Warchoł – gitara basowa; •Marek Murias – piano; •Sebastian Ziółkowski - puzon.

TERRY MAN W RZESZOWIE Komponuje, pisze teksty, a także zajmuje się produkcją muzyczną. Jego występ w rzeszowskim pubie Red Z one by ł w yd a r z e n i e m muzycznym, szczególnie dla wielbicieli muzyki gitarowej. Melomani zachwycali się jego głosem. Na swojej muzycznej drodze poznał m.in.: Janis Joplin, Jimiego Hendriksa, Johna Lennona czy Ritchiego Blackmoore’a, bo często udziela się także jako muzyk sesyjny. Dzięki temu nawiązał wiele przyjaźni, m.in. z zespołem The Eagles i Keithem Richardsem, których utwory wykonuje na swoich koncertach. Na rzeszowskim koncercie Manowi towarzyszyli Łukasz Gorczyca na basie i Tomek Dominik na perkusji.

RATATAM ŚWIĘTUJE Jesienią 2001 narodził się w Rzeszowie Ratatam. Zespół tworzą: Barbara Jakubiec – wokal, Paweł Czachur - wokal, gitara, Jerzy Czeluśniak - wokal, gitara basowa, Waldemar Rzeszut – gitary, Seweryn Krzysztoń – perkusja, Grzegorz Nowak – skrzypce.

Naładowana pozytywną energią mieszanka rocka, reagge i folk od razu przypadła publiczności do serca. Już rok później zespół dał ponad 40 koncertów. Dziś grupa z Rzeszowa to stały bywalec kolejnych edycji Przystanków Woodstock, gość finałowych koncertów WOŚP i uczestnik wielu festiwali, w tym koncertu premier na 44. Krajowym Festiwalu Polskiej Piosenki Opole 2007. Na koncie ma 11 płyt własnych i składanek. Ostatnia, „Yamonoya”, której producentem jest Wojciech Waglewski, pojawiła się w sklepach.

Na Przystanku Woodstock Ratatam zagrał z okazji 10 urodzin zespołu jubileuszowy koncert. W studiu SPAART w Boguchwale odbyły się próby z braćmi Steczkowskimi. Oni i Ewelina Flinta Byli ich gośćmi specjalnymi. Koncert przebiegł znakomicie.

W RZESZOWIE BĘDZIE JAZZ Bogumił Sobota, niegdyś czynny rzeszowski gitarzysta basowy, a teraz właściciel Klubu-Restauracji KLIMATY kocha jazz. Udowodnił to organizując w ciągu ostatniego roku kilkanaście koncertów jazzowych z udziałem najwybitniejszych polskich jazzmanów jak Jan Ptaszyn Wróblewski, Włodzimierz Nahorny, Walk Away. Grali muzycy z zagranicy, ale też i z regionu i Rzeszowa. Teraz poszedł jeszcze dalej, organizując trwający trzy dni festiwal RZESZOWSKIE KLIMATY JAZZOWE. W każdym dniu wystąpi po trzy zespoły. W czwartek, 29 września – festiwal otworzy rzeszowski zespół OLD RZECH JAZZ BAND. Tego samego wieczoru wystąpi Kasia Stankowska - Quartet z Wrocławia i na zakończenie Kwartet Jana Ptaszyna Wróblewskiego. W następnym dniu zagrają rzeszowski WHITE WIND z Zenobiuszem Kajdą oraz Vasti Jackson Blues Band z USA. Na zakończenie, 1 października, wystąpią Trio Seba Bernatowicza oraz na deser Jarosław Śmietana. Impreza zapowiada się ciekawie, organizator nie ograniczył się do zaproszenia wyłącznie wykonawców z innych miast i zapowiada kontynuację koncertów jazzowych w przyszłości.

TEGO JESZCZE NIE BYŁO Sławę w świecie przynoszą każdemu miastu jego ludzie, osobowości, które tworzą uznane w świecie dzieła ponadczasowe. Z Rzeszowem i z Podkarpaciem związani byli bądź są Jerzy Grotowski, Józef Szajna, Wojciech Kilar, Adam Harasiewicz, Stanisław Wisłocki, Tomasz Stańko. W dniach od 14 do 18 września odbywać się będzie wydarzenie artystyczno-naukowe będące wspomnieniem a także dyskusją nad twórczością Jerzego Grotowskiego, Tadeusza Kantora i Józefa Szajny. W organizowanym przez Urząd Marszałkowski i Urząd Miasta forum uczestniczyć będą wybitni znawcy przedmiotu, a towarzyszyć temu będą prezentacje artystyczne. Nareszcie.

festiwalowa perła

XV Światowy Festiwal Folklorystycznych Zespołów Polonijnych przeszedł już do historii. Ale nie przeszła jeszcze do historii jedyna sensownie przygotowana publikacja albumowa z tej okazji. Na tle siermiężnych edytorsko prób gazetowych oraz ucukrzonych ponad miarę wydawnictw okolicznościowych, prawdziwą perłą jawi się wydawnictwo albumowe Józefa Ambrozowicza i Waldemara Bałdy „Barwy festiwalu”, które ukazało się staraniem Agencji Wydawniczej JOTA. Ta publikacja, zrealizowana w nietypowym dla wydawnictwa albumowego formacie, zawiera syntetycznie zredagowaną wiedzę o zaraniu, dziejach i aktualnym kształcie festiwalu. Jej zaletą jest przejrzystość opisu i bogactwo bohaterów tego wielkiego polonijnego wydarzenia. Jeśli kogoś zainteresuje historia tej niezwykłej imprezy cyklicznej, ma tu wszystko w pigułce, łącznie z pełną galerią znaczących postaci. Od prekursorów po obecnych pasjonatów. Ale najważniejszym walorem „Barw festiwalu” jest fotograficzne oko Józefa Ambrozowicza, który nie lubi fotografii statycznej, poza architekturą. Bo i w pejzażu szuka ożywienia. Dlatego nawet ujęcia z korowodu albo zawierają jakieś ciekawe

zestawienie planów, albo sy tuacy jną anegdotę, albo witalną dynamikę. U Ambrozowicza nie ma miejsca na sytuacyjną pozę. On potrafi sfotografować ruch, namiętność i nastrój, a nawet sytuację irracjonalną. A to już jest wyższa szkoła fotograficznej jazdy. Koneserom dobrej fotografii polecam dla przyjemności, a adeptom tej trudnej sztuki jako prawdziwe studium kadru, światła, koloru i wyrazu. Całość została wydana w wersji polsko-angielskiej, złożonej równolegle. Ale, proszę mi wierzyć, czytelnik tej dzielności nawet nie zauważa. Tu redakcyjny ukłon. Gratuluję naprawdę dobrej książki. Trochę nawet zazdroszczę. Roman Małek


ECHO RZE­SZO­WA

Echa kulturalne

sierpniowe galerie

wystawy

W rzeszowskim BWA w sierpniu można było zobaczyć kilka wystaw. Pod hasłem „Malarstwo, Grafika, Rzeźba Artystów Rzeszowa i Podkarpacia - WILNO 2011” swą twórczość prezentowało 27 plastyków z Podkarpacia. Wcześniej prezentowana była w galerii „Arka” w Wilnie. Można było podziwiać m.in. prace Brzuzana, Inglota, Jakimy-Zerek, Kuchniaka, Rułki i Wójtowicza. Druga ekspozycja, zatytułowana „Postawy 2011” to przeglądowa w ystawa twórczości artystów plastyków zrzeszonych w Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików okręgu rzeszowskiego. Jest prezentowana co dwa lata i pokazuje dorobek artystyczny członków zrzeszonych w tym związku. Maciej Majewski, komisarz wystawy, zaprosił do niej m.in. Helenę Majewską, Janinę Ożóg-Czarnowską, Renatę Niemirską-Pisarek, Zuzannę Kud, Krzysztofę Lachtarę, a także kilku młodych twórców. Można też było w „Galerii Małej” podziwiać grafiki Joanny Boćkowskiej-Cisek. Autorka niedawno uzyskała dyplom na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego u Tadeusza Nuckowskiego. Cieszy, że szef BWA, znakomity malarz Ryszard Dudek, daje szansę młodym Wojewódzki Dom Kultury przygotował wystawę prac twórców z Głogowa Małopolskiego. Tamtejszych amatorów łączy to, że ich pasja jest świetnym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Ich twórczość, która zawisła gdzieś między dawną sztuką ludową a nowoczesnym warsztatowym malarstwem rodzi mieszane uczucia.

Mieści się ona gdzieś między Kantorem a mydełkiem FA. Ta wystawa na pewno znalazła amatorów. I to cieszy. W Ga lerii Miejsk iej w ystawa malarstwa Jakuba Atamana, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Uprawia on malarstwo sztalugowe, a w swojej twórczości nawiązuje do emoty wnego nurtu malarstwa abstrakcyjnego, wyrastającego z malarstwa materii. Oprócz tradycyjnych materiałów malarskich pełnoprawnie stosuje inne tworzywa o bogatej fakturze jako substytut farby. Dzięki takim zabiegom osiąga efekt trójwymiarowej głębi, a wykorzystując szeroką gamę szarości, brązów i przetrawionych bieli muśniętych odrobiną błękitu lub różu, wprowadza nastrój otwartej przestrzeni zmierzchu. Zbigniew Grzyś

NASZA GALERIA ZASŁUŻONYCH

Maria Kleczkowska-Kuźmiak 1910 – 1995

Z domu Zapytowska, urodziła się we Lwowie. Tam ukończyła Prywatne Seminarium Nauczycielskie w 1929 r. Pracowała w szkołach powszechnych w Stominie (wileńskie) i we Lwowie. Od 1946 r. w Chmielniku Rzeszowskim i w Rzeszowie, najpierw w II LO jako zastępca dyrektora, zaś w latach 19521972 była dyrektorem III LO. Rozbudowała i zmodernizowała budynek i wyposażenie sal lekcyjnych, dobrała zespół nauczycielski o wysokich kwalifikacjach, dzięki czemu szkoła osiągnęła wysoki poziom nauczania i wychowania i stała się godnym partnerem dwóch najstarszych liceów. Zaocznie ukończyła polonistykę w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Otrzymała medal Zasłużony Nauczyciel PRL.

piotr kida 1940 – 2009

Urodził się w Górnie. Był artystą rzeźbiarzem, ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, wydział rzeźby. Z Rzeszowem związał się w 1977 r., gdy przeniesiono tu z Sędziszowa Młp. Liceum Technik Plastycznych, w którym był nauczycielem. W swoim dorobku artystycznym miał 30 indywidualnych wystaw, jego prace znajdują się w muzeach oraz zbiorach prywatnych w kraju i za granicą. W Rzeszowie jego sztandarowymi dziełami są pomniki Juliusza Słowackiego w parku Miejskim oraz Tadeusza Kościuszki na Rynku. Ten ostatni został odtworzony przez niego w miejsce zniszczonego przez okupanta hitlerowskiego. Był autorem wielu pamiątkowych tablic, płaskorzeźb polichromowanych oraz prac malarskich, w tym 59 olejnych portretów Jana Pawła II. W 2007 r. otrzymał nagrodę Miasta Rzeszowa za całokształt twórczości artystycznej i działalności pedagogicznej.

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

7

stadion na rynku

I to nie byle jaki, bo europejski, wypełniony po brzegi artystami oraz widzami, którzy z ich sztuki czerpią przyjemność i energię do życia. 12 sierpnia na gigantycznej scenie, która przerosła swym ogromem ratusz, mieliśmy przed oczyma scenograficzny obraz stadionu właśnie, jakby położonego na jednym boku, a pośrodku, gdzie jest płyta boiska na wielkim ekranie pojawiały się obrazy skorelowane z tym, co działo się na scenie. Nie Białystok, nie Lublin, ani Poznań nawet, które to miasta pretendowały do miejsca zorganizowania gigantycznej imprezy kulturalnej, skojarzonej z przyszłorocznymi zmaganiami piłkarzy Euro 2012, ale Rzeszów właśnie został wybrany na miejsce prezentacji artystycznych polsko-ukraińskich, ale nie tylko, bo i Białoruś była reprezentowana i rewelacyjny angielski zespół Morcheeba wszakże jako gość specjalny pierwszego dnia na koncercie „Gramy razem”. I to sam minister kultury Bogdan Zdrojewski zasugerował, aby nasz rynek był sercem tej imprezy, bo widział jak to miejsce niejednokrotnie już sprawdzało się w tej roli – o czym poinformował z satysfakcją prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc. I trochę na przekór nazwie – Europejski Stadion Kultury ulokowany został w rynkowej, a nie sportowej scenerii naszego miasta. Protektorem honorowym ESK był prezydent RP Bronisław Komorowski. Wielki splendor, wielkie możliwości rozsławienia Rzeszowa w świecie i wielkie zadanie organizacyjne, wypełnione należycie, jeśli spojrzeć całościowo. Bo podczas tych różnorakich ponad 100 propozycji ukazana została bliskość i związki kultury dwu sąsiadujących narodów – polskiego i ukraińskiego (koncerty wielkich gwiazd, inscenizacje teatralne, wystawy plastyczne i fotograficzne, projekcje filmów, warsztaty artystyczne, debaty i inne działania kulturalne w przestrzeni miejskiej). Oczywiście, dominowała muzyka i to od samej inauguracji ESK, gdy zabrzmiała w prawykonaniu kantata Krzesimira Dębskiego i ukraińskiego kompozytora Romana Drozda specjalnie na ten festiwal zamówiona, a dyrygował sam K. Dębski. Wystąpiła przy tym Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej z Rzeszowa, Orkiestra Jupiter i Chór Leopolis ze Lwowa, Chór Warszawskiej Opery Kameralnej oraz chóry dziecięce z programu „Śpiewająca Polska”. A oprócz tego ze sceny zabrzmiały przeboje

polskich i ukraińskich artystów, bo wystąpiły m.in.: Wilki, Maciej Maleńczuk, Patrycja Markowska, Grupa Pujal, Haydamaky, Lama, Tartak oraz gość wspomniany, specjalny – zespół Morcheeba. Kto nie zmieścił się w przestrzeni rynku, mógł widzieć artystów na telebimach pod wieżą farną i na placu Cichociemnych. I tamże, zwłaszcza w przestrzeni ulicy 3 Maja ustawiły się tłumy widzów, które po niedługim czasie od rozpoczęcia koncertu ruszyły ławą do zapełnionego już rynku, bo okazało się, że przy tym ogromnym przedsięwzięciu artystycznym ktoś zapomniał o drobiazgu – zabrakło głosu. Ludzie stali przez chwilę i patrzyli jak w niemym kinie na obrazy telebimu, a potem ruszyli. Na koncercie muzycznym bez głosu, to jak na meczu piłkarskim bez piłki. Podobnie na nocny koncert pt. NoBorder Music w obiektach starej parowozowni (zrewitalizowanych doraźnie do potrzeb sceny) nie każdy doszedł, zwłaszcza leciwsi widzowie, bo dojście miejscami nieoświetlone i wyboiste odstręczało od przeżyć duchowych. Ale w niedzielę na Jazz Etno Fusion i Silent Disco przed BWA przy ul. Sobieskiego, gdzie urządzono Klub Festiwalowy, dotrzeć było łatwo i przyznam, że gdy już zamknięto ESK brakuje teraz trochę tego ogromnego klubu letniego z synagogami, czyli obecnym Domem Sztuki i Archiwum Państwowym. To tamże były owe koncerty, ale i popisy zdolności plastycznych dzieci. A galerie BWA i cały obiekt artystom służący na przestrzał otwarty łączył wspomnianą scenę z tą zabawową na parkingu od strony ulicy Sobieskiego, gdzie bawiły się dzieci na zjeżdżalniach itp. W dziesiątkach miejsc Rzeszowa trwał ten europejski festiwal i tysiące osób z Rzeszowa i regionu, ale i innych miejsc Polski, przez trzy dni miały artystyczną ucztę. Z finałem na wielkiej scenie plenerowej, w którą zamienił się parking na Podpromiu przed halą sportową im. Jana Strzelczyka. To tamże aktorzy lwowskiego Teatru Woskriesinnia w urzekającym widowisku pt. „Gloria” wypełnionym symbolami, alegoriami i muzyką, która ilustrowała owe obrazy pantomimiczne, gdzie dominowały elementy ognia, przekazali niczym w ludowej opowieści wizje i przesłania ludzkości, gdzie i poznanie, i miłość, i ślub, i zagrożenia apokaliptyczne docierały w sposób szczególny w przekazie tych artystów, niczym mitycznych

herosów. Bo i wizualnie ogromnych na owych szczudłach, które były nieodłącznym elementem postaci widowiska „Gloria”. I gdy strzeliły w niebo iskry z dziesiątków miejsc tej ogromnej sceny, to jakby na przedłużeniu tego finału teatru ulicznego zaczęły się tuż zaraz pojawiać na niebie świetlne znaki, które w postaci lampionowych balonów puszczali zgromadzeni widzowie. Każdy podpalał swój lampion i po chwili papierowy balon wypełniony gorącym powietrzem wzbijał się w górę. Ciekawy też był inny pomysł teatralny, widowisko kameralne dla trzech, czterech widzów góra, powtarzane wielokrotnie w Podziemnej Trasie Turystycznej, którego przesłaniem miała być audiencja u nieokreślonego z nazwy ambasadora, co nomen omen w tej scenerii wykorzystującej meandry turystycznych podziemi miało też konkretne odniesienie, bo jedna ze scen działa się prawie wręcz w hotelu Ambasadorskim. Dobry pomysł poznańskiego Teatru Republika Usta Usta, który niekoniecznie wg tego scenariusza można by realizować przez rok cały w tym właśnie miejscu dla urozmaicenia wędrówki po prawie surowych i gołych piwnicach. Wielka chwała za artystyczną ucztę i pokłon w stronę tych, którzy Europejski Stadion Kultury do Rzeszowa zaprosili, racząc dziesiątki tysięcy uczestników tych wydarzeń. Jest szansa, a nawet zapowiedź wręcz, że za rok, gdy na stadionach w Polsce i na Ukrainie zmagać się będą piłkarze o najwyższe europejskie trofeum turnieju, znowu w Rzeszowie zagości ów kulturalny stadion. I mógłby pojawiać się tak już co roku, o co należy apelować do ministra kultury. Chociaż niekoniecznie ze stadionem w nazwie, bo przecież również dobrze mógłby to być europejski festiwal artystyczny. Dlaczego nie podoba się panu nazwa stadion kultury, zapytała pani dyrektor Katarzyna Olesiak, która w naszym mieście ma pod swą pieczą kulturę, na moją sugestię wyrażoną podczas konferencji prasowej. Można odpowiedzieć bardzo krótko: bo atmosfera i klimat wydarzeń sportowych na stadionach, czyli kultura stadionów, ma z przeżywaniem i wrażeniami estetycznymi widzów podczas wydarzeń artystycznych tyle wspólnego, co galerie handlowe z galerią sztuki właśnie. Ryszard Zatorski


8

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

ZNANI Z PODKARPACIA Stanisław Pigoń w książce wspomnieniowej „Z Komborni w świat”, wydanej w 1946 r,, symbolicznie pokazał drogę, jaką bardzo wielu utalentowanych synów tej ziemi musiało odbyć, by zrealizować swoje marzenia. Zaś pogrzeb Juliana Przybosia w 1970 r. stał się symbolem powrotu wielu z nich do rodzinnego gniazda. Poetę pochowano bowiem zgodnie z jego wolą, wyrażoną w jednym z jego wierszy, w Gwoźnicy (pow. strzyżowski), gdzie urodził się i skąd wyruszył w świat. Okres po II wojnie światowej stworzył najkorzystniejsze warunki dla rozwoju naszego regionu i jego centrum, jakim został Rzeszów. Utworzono nowe województwo rzeszowskie, nastąpił dynamiczny rozwój gospodarczy, rozwijał się przemysł (kontynuacja budowy COP i tworzenie nowych zakładów pracy), powołano instytucje kultury oraz wyższe uczelnie. Potrzebni byli ludzie. Wielu zdolnych i twórczych mogło tu zostać lub wrócić i wspomagać rozwój miasta i regionu. Bardzo wielu przybyło tu z Kresów oraz innych regionów kraju. I zostało. W krótkim szkicu trudno ukazać wszystkich, którzy na to zasługują. Dokonujemy wyboru bardzo trudnego i na pewno dyskusyjnego. Zapraszamy chętnych do przesyłania swoich uwag i uzupełnień do naszej redakcji.

Ludzie kultury i sztuki Przemyśl od lat kultywuje tradycje Aleksandra Fredry, najpopularniejszego polskiego komediopisarza, urodzonego w Surochowie koło Przemyśla. W mieście działa najstarszy w Polsce teatr amatorski, który od 1910 roku nosi nazwę „Fredreum” Towarzystwo Dramatyczne im. A. Fredry. Wielu znanych polskich aktorów zaczynało swoją karierę właśnie w zespole „Fredreum”. Jednym z nich był Kazimierz Opaliński, wspaniały aktor scen warszawskich. Sanok chlubi się Grzegorzem z Sanoka (1406-77), humanistą i poetą, przedstawicielem myśli renesansowej w Polsce, arcybiskupem lwowskim. Od 1990 r. organizuje co roku Festiwal im. Adama Didura, słynnego śpiewaka operowego (bas), żyjącego w latach 1874-1946. Był on organizatorem Opery Śląskiej w 1945 r. Tamtejsze muzeum ma wspaniałą kolekcję obrazów Zdzisława Beksińskiego. Artysta podarował rodzinnemu miastu sporą ilość swoich dzieł. Żyje tu i tworzy coraz popularniejszy poeta Janusz Szuber, autor m.in. „Poeta czułej pamięci”. W 1997 r. Józef Szajna, urodzony w Rzeszowie w 1922 r. ofiarował swojemu miastu 54 prace, które są eksponowane w „Szajna Galerii”, mieszczącej się w budynku Teatru im. W. Siemaszkowej. Jest to jedyna stała ekspozycja jego prac w Polsce i na świecie. Miastu przekazał również rzeźbę pt. „Przejście 2001” oraz wybrał miejsce dla kolejnej swojej kompozycji „Drabina do nieba”. Śmierć artysty w 2008 r. opóźniła realizację tego dzieła. Uniwersytet Rzeszowski zorganizował „Pigonianum” w oparciu o zakupioną bibliotekę profesora Stanisława Pigonia. Filfarmonia Podkarpacka nosi imię Artura Malawskiego, znanego kompozytora, wywodzącego się z Przemyśla. Teatr za patrona przyjął

Wandę Siemaszkową, która przez jeden sezon była jego dyrektorem i występowała na jego scenie. Zespół Szkół Muzycznych nr 2 w Rzeszowie uzyskał zgodę Wojciecha Kilara, kiedyś ucznia tej szkoły,

Wojciech Kilar, fot. Józef Gajda.

dzisiaj bardzo znanego i cenionego kompozytora, by ten jeszcze za swojego życia był patronem szkoły. Dzięki przychylności Kazimierza Dejmka, a później także Adama Hanuszkiewicza, gościliśmy na deskach rzeszowskiego Teatru wspaniałe przedstawienia, przywiezione przez Teatr Narodowy w ramach Rzeszowskich Spotkań Teatralnych: w 1965 r. „Uciekła mi przepióreczka”, w 1966 r. „Historię o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim”, w 1971 r. „Kordiana”. Obaj byli w tedy dyrektorami Teatru Narodowego w Warszawie, a wcześniej, tuż za linią frontu w 1944 r. grali w teatrze rzeszowskim. Krzysztof Penderecki, urodzony w 1933 r., światowej sławy kompozytor często odwiedza

świata, także kilka razy w Rzeszowie. Zygmunt Mycielski, urodzony w Wiśniowej koło Strzyżowa, był kompozytorem i publicystą muzycznym. Czasopismo „Kamerton”, redagowane przez Andrzeja Szypułę, poświęca wiele uwagi jego dorobkowi twórczemu. Spośród plejady artystów różnej profesji, wywodzących się z naszego regionu wielką sławę zyskał Kazimierz Pustelak, śpiewak operowy, tenor. Paweł Skałuba i bracia Cieślowie, śpiewacy, piosenkarka Kasia Sobczyk z Tyczyna. Tadeusz Nalepa, twórca zespołu Breakaut, solistka tego zespołu Mira Kubasińska. Miasto Rzeszów postawiło pomnik Nalepie przy ul. 3 Maja. Wydaje się, że artysta wraca z Klubu „Łącznościowca” przy ul. Moniuszki, w którym grał na początku swojej kariery. Zdzisław Kozień związał się z Teatrem im. W. Siemaszkowej i był w nim świetny, ale karierę ogólnopolską zrobił wtedy, gdy zagrał króla Zygmunta Starego w filmie „Królowa Bona” oraz sierżanta Zubka w serialu „07 zgłoś się”. Jego pomnik stoi na zapleczu teatru i wita każdego, kto zapędzi się w tę część. Kozień jest zawsze uśmiechnięty. Świetnym aktorem był Ignacy Machowski (teatry warszawskie), urodzony w rzeszowskim Staromieściu. Wspaniałe były jego kreacje postaci Lenina. Reformatorami teatru w Polsce i to wtedy bardzo żywo odbieranymi w Europie, byli Tadeusz Kantor, urodzony w Wielopolu Skrzyńskim w 1915 r., twórca Teatru Cricot; Jerzy Grotowski, ur. w Rzeszowie w 1933 r.,

Z historycznych ziem obecnego województwa podka którzy wpływali na losy kraju, pomnażali dorobek odchodzili z tego regionu do większych i lepiej rozwin dla własnego rozwoju i działalności. Są oni naszą regionie.

Inscenizacja widowiska Józefa Szajny z udziałem autora.

Krzysztof Penderecki

rodzinną Dębicę i chętnie przyjeżdża do Rzeszowa. Pod batutą samego mistrza Orkiestra Akademii Muzycznej w Krakowie, Orkiestra i Chór Hochschule fur Muzik z Wurzburga oraz pięciu solistów i recy tator w ykonali jego VII Symfonię „Siedem bram Jerozolimy” w czasie uroczystego koncertu z okazji 50 -lecia Filharmonii. Uświetnił swoim udziałem również 15. Festiwal Muzyczny w Łańcucie w maju br. Adam Harasiewicz po zwycięstwie w Konkursie Chopinowskim w 1955 r. koncertował w najsłynniejszych salach koncertowych

dla swojego Teatru Laboratorium szukał miejsca także poza granicami kraju; wreszcie Józef Szajna ze swoim teatrem Studio działał w stolicy. Część rekwizytów i dekoracji z jego przedstawień-widowisk znalazła się w „Szajna Galerii” w Rzeszowie. W Leżajsku żył i działał jeden z nasłynniejszych cadyków Elimelech. Rokrocznie do jego grobu Żydzi z całego świata organizują pielgrzymki.

Ludzie pióra

Adam Harasiewicz, fot. Józef Gajda.

Bogata jest lista pisarzy i poetów, mających podkarpacki rodowód. Prócz wspomnianych już Aleksandra Fredry i Juliana Przybosia przypominamy następujących: Juliusz Kaden-Bandrowski (Rzeszów 1885 r.), powieściopisarz i publicysta, żołnierz Legionów Polskich, bliski J. Piłsudskiemu, zginął w powstaniu warszawskim, autor m.in. takich utworów jak: „Generał Barcz”, „Czarne skrzydła”, „Mateusz Bigda”; Józef Bieniasz, znany przede wszystkim z powieści „Edukacja Józia Barącza”,

będącej obrazem życia młodzieży szkolnej Rzeszowa; Jan Bolesław Ożóg (ur. w Nienadówce w 1913), „Dzikie jabłka”,”Oko”, „Strach”; Stanisław Piętak (Wielowieś, 1909r.), „Młodość Jasia Kunefała”, „Matnia”; Wilhelm Mach (Kamionka, 1917 r.),”Jaworowy dom”, „Agnieszka córka Kolumba”; Julian Kawalec (Wrzawy koło Tarnobrzega, 1916 r.), „Ziemi przypisany”, „Tańczący jastrząb”; Gerard Górnicki (Strzyżów) „Ucieczka na obczyznę”, Roman Turek (Wola Dalsza), „W służbie najjaśniejszego Pana”; oraz tworzący nadal Zbigniew Domino z Rzeszowa, „Syberiada polska”;

Zbigniew Domino

Ludzie nauki, medycyny, podróżnicy Prof. Stanisław Kuś, inżynier budownictwa, rzeszowianin, ur. w 1925 r. Mimo pracy w Warszawie ciągle wracał do rodzinnego miasta. Jest projektantem wielu znanych obiektów w Polsce i w świecie: hali „Oliwia” w Gdańsku, „Spodka” w Katowicach, „Torwaru” w Warszawie, w Syrii wspólnie z arch. Wojciechem Zabłockim nadzorował budowę największego zespołu obiektów sportowych, zaś w Rzeszowie zaprojektował halę na Podpromiu, prostował wieżowiec przy ul. Słowackiego, od 1976 r. kieruje katedrą Konstrukcji Budowlanej w Rzeszowskiej Politechnice, której trzykrotnie był rektorem. Z Majdanu Sieniawskiego pochodził słynny chirurg-ortopeda Adam Gruca. Prof. Stanisław Woś, kardiochirurg, ordynator II Kliniki Kardiochirurgii w Katowicach – Ochojcu, pochodzi z Jagiełły kolo Przeworska, współtworzył rzeszowski oddział kardiochirurgii, patronuje mu i promuje. Z Rzeszowem związany był prof. Józef Burszta, ceniony etnograf. Ignacy Łukasiewicz (1822-82), aptekarz i twórca polskiego przemysłu naftowego pod Krosnem założył pierwszą w Polsce destylatornię ropy naftowej, wynalazł lampę naftową. W Krośnie jest bogaty zbiór lamp naftowych, zaś w Bóbrce najstarszy na świecie szyb naftowy. Z Mielca pochodzi Władysław Szafer (1986-1970) słynny botanik.


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

9

PODKARPACIA

arpackiego wywodzi się wielu znanych i sławnych ludzi, nauki i kultury. Utalentowani i twórczy mieszkańcy niętych ośrodków, ponieważ tutaj nie znajdowali szans dumą. Nie zapominali o rodzinnym domu, mieście,

gen. dyw. ur. w 1924 r. w Przemyślu. Edward Poradko, gen. dyw. ur. w 1924 r. w Wólce koło Tarnobrzega. Piotr Szweda, gen. dyw. ur. w 1933 r. w Brzozowej koło Jasła. Jan Światowiec, gen. dyw. ur. w 1925 r. w Kliszowie na Rzeszowszczyźnie. Zdzisław Barszczewski, gen. bryg. ur. w 1931 r. w Surowej. Jan Celek, gen. bryg. ur. w 1932 r. w Słocinie-Rzeszowie. Fryderyk Czekaj, gen. dyw. ur. w 1949 r. w Wojcieszowie. Józef Dziechciarz, gen. bryg. ur. w 1945 r. w Majdanie Sieniawskim. Roman Iwaszkiewicz, gen. bryg, ur. w 1950 r. w Jarosławiu. Jerzy Jarosz, gen. bryg. ur. w 1931 r. w Nagawczynie koło Dębicy. Mieczysław Karus, gen. bryg. ur. w 1939 r. w Woli Łużańskiej koło Gorlic. Tadeusz Kojder, gen. bryg. ur. w 1933 r. w Gorliczynie koło Przeworska. Stanisław Kołcz, gen. bryg. ur. w 1930 r. w Korniaktowie koło Łańcuta. Zenon Kułaga, gen. bryg., ur. w 1940 r. w Turbi. Bronisław Kwiatkowski, gen. broni, ur. w 1950 r. w Mazurach. woj. podkarpackie. Kazimierz Madej, gen. bryg. ur. w 1941 r. w Przychojcu. Bolesław Matusz, gen. bryg. ur. w 1932 r. w Żmigrodzie Nowym. Leopold Raznowiecki, gen. bryg. ur. w 1924 r. w Staroniwie-Rzeszowie. Józef Rzemień, gen. bryg., ur. w 1944 r. w Soninie koło Łańcuta. Walerian Sowa, gen. bryg. ur. w 1940 r. w Baryczy. Stanisław Stańko, gen. bryg. ur. w 1944 r. w Leżajsku. Zbigniew Szura, gen. bryg., ur. w 1952 r. w Ławnicy. na Rzeszowszczyźnie. Józef Tenerowicz, gen. bryg. pil., ur. w 1931 r. w Siarach koło Gorlic.

ki na Wembley w 1973 r. Siatkarze Resovii trzykrotnie zdobyli tytuł mistrza Polski.Tu grali reprezentanci kraju: Zbigniew Karbarz, Stanisław Gościniak, Jan Such, Bronisław Bebel. zaś ich trener Jan Strzelczyk

Elżbieta Łukacijewska

ministra sprawiedliwości, Tadeusz Galiński, minister kultury i sztuki, rodem z Przemyśla, Wiesław Ciesielski, wiceminister finansów. Na koniec prz y pom i na my postać tragicznie zmarłego gen. Marka Papały, komendanta głównego Policji, pochowanego w rodzinnym Pruchniku koło Jarosławia. Też wrócił do rodzinnego gniazda, niestety po śmierci.

Sportowcy Rozwój gospodarczy województwa i powstanie wielu dużych zakładów pracy sprzyjały rozwojowi sportu masowego i wyczynowego. Sportowcy mieli swoich sponsorów. W Dębicy pojawili się bardzo silni zapaśnicy Józef i Kazimierz Lipieniowie, w Stalo-

Jan Strzelczyk

zasłynął z zastosowania w grze kilku nowatorskich zagrań: podwójnej krótkiej oraz maksymalnej zagrywki z podskoku. Symbolami ówczesnych sukcesów rzeszowskich żużlowców byli Eugeniusz Nazimek i Florian Kapała. Najliczniejszą grupę sław stanowią piloci samolotowi i szybowcowi Rzeszowskiego Aeroklubu: Witold Świadek, Jan Baran, Wacław Nycz, Janusz Trzeciak, Marek Kachaniak

Politycy

W Rzeszowie ścieżka wzdłuż bulwarów nad Wisłokiem nosi jego imię. Henryk Jaskuła z Przemyśla stał się słynny, gdy jako pierwszy Polak – żeglarz opłynął samotnie bez zawijania do portów Ziemię na jachcie „Dar Przemyśla”.

Liczna jest grupa polityków powojennych zarówno lewicowych jak i prawicowych. Do pierwszych należeli: Władysław Gomułka z Krosna, Józef Czyrek z Białobrzegów, Józef Tejchma z Markowej, Stanislaw Kania spod Jasła oraz Władysław Kruczek ze Zwięczycy.

Kazimierz Lipień

wej Woli bokserzy, a wśród nich najbardziej utytułowany Lucjan Trela. Mielecka piłkarska „Stal”

Generałowie i dowódcy Na Podkarpaciu swoje korzenie mają liczni generałowie. Władysław Sikorski, gen. ur. w Tuszowie Narodowym koło Mielca, parę lat spędził w Hyżnem, gimnazjum w Rzeszowie, gdzie wystawiono mu piękny pomnik. Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, premier; Stanisław Maczek, gen., tutaj organizował 10 Brygadę Kawalerii Zmotoryzowanej; Mieczysław Boruta-Spiechowicz, gen. ur. w Rzeszowie w 1894 r., w 1939 r. dowodził grupą operacyjną „Bielsko” i „Boruta”, w czasie wojny na Zachodzie polskim 1 Korpusem Pancerno-Motoryzacyjnym, w 194546 w ludow ym WP; Kazimierz Władysław Sikorski Dworak, gen. urodzony w Rzeszowie, oficer gen. Hallera i uczestnik kampanii wrześniowej; Leopold Lis-Lula, płk, pochodził z Kosiny koło Łańcuta, uczeń II LO w Rzeszowie, w którym wystawiono mu pomnik jeszcze przed II wojną, zniszczony przez Niemców, odbudowany. Jerzy Gotowała, gen. broni pil. ur. w 1941 r. w Rozwadowie. Tadeusz Jemioło, gen. broni, ur. w 1940 r. w Zapolu był m.in. komendantem Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. Ryszard Łukasik, admirał floty ur. w 1946 r. w Laskowicach-Jelczu, ale młodość spędził i maturę zdał w Jaśle. Józef Buczyński gen. dyw. ur. w 1949 r. w Przemyślu.. Kazimierz Dziok, gen. dyw. pil. ur. w 1941 r. w Cieszynie. Apoloniusz Golik, gen. dyw. ur. w 1928 r. w Rzeczycy koło Tarnobrzega. Czesław Mikrut, gen. dyw. pil. ur. w 1946 r. w Szerzynach koło Jasła. Władysław Polański,

SPROSTOWANIE W poprzednim numerze 8 (188) na str. 8, łam 3, wiersz 42 od góry winno być: 1998-2008 r. dyrektorem był Stanisław Piekarz. Przepraszamy

Wacław Nycz

Cieszyliśmy się bardzo, gdy w 1955 r. w Helsinkach Katarzyna Wiśniowska zdobyła tytuł

Władysław Kruczek

Ten ostatni najlepiej zrozumiał, jaką szansę historia dała temu regionowi i dlatego wykorzystywał wszystkie możliwości i siły, by wspomagać rozwój tej ziemi, by powstawały nowe miejsca pracy, by działały instytucje kultury, by wreszcie utworzono tu wyższe uczelnie. Z młodszej generacji polityków i działaczy przywołujemy: Józefa Ślisza z Łąki, współorganizatora i działacza „Solidarności”, wicemarszałka Senatu, Mariana Krzaklewskiego, z rodowodem kolbuszowskim, przewodniczącego „Solidarności” po L. Wałęsie, Mieczysława Janowskiego, b. prezydenta Rzeszowa, senatora i europosła, Pawła Kowala, b. wiceministra, europosła, przewodniczacego partii PJN, Marka Kuchcińskiego z Przemyśla, wicemarszałka Sejmu, Jana Burego, wiceministra, Elżbietę Łukacijewską, europosłankę, Aleksandra Bentkowskiego, b.

Lucjan Trela

dwukrotnie zdobyła tytuł mistrza Polski. Grał tu Henryk Kasperczak zaś jej zawodnik Grzegorz Lato gdy został królem strzelców

Grzegorz Lato

na mistrzostwach świata w 1974 r. najbardziej rozpoznawalnym piłkarzem polskim w świecie. Jan Domarski, rzeszowianin, stał się sławny po strzeleniu „złotej” bram-

Katarzyna Wiśniowska

mistrzyni świata w strzelaniu z łuku. Był to bowiem pierwszy taki tytuł zdobyty przez reprezentanta tej ziemi. Niedawno pożegnaliśmy wielce zasłużonego piłkarza i wychowawcę młodzieży Tadeusza Hogendorfa. Grał jeszcze przed II wojną w Resovii i wielu innych klubach w kraju, a także w reprezentacji Polski. Wielkie triumfy na sportowych arenach święcili skoczkowie do wody oraz gimnastycy, spośród których najbardziej utytułowana jest bodajże Brygida Sakowska. Gwiazdą ostatnich lat jest rzeszowianka Marta Niewczas, wielokrotna mistrzyni świata, Europy i Polski w karate tradycyjnym. Józef Kanik


10

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

POŻEGNANIE LATA W osiedlu Kmity corocznie organizowana jest impreza plenerowa podsumowująca działalność Osiedlowego Klubu Kultury „Gwarek” w okresie wakacji. Wszystko dzieje się na boiskach sportowych, które znakomicie są urządzone do odbywania różnych zabaw i gier ruchowych. W razie niepogody realizowany jest program artystyczny w pomieszczeniach Gwarka. W tym roku „Pożegnanie lata” będzie 11 września.

Tegoroczne wakacje były bardzo udane. Szczególnie zadowolone są dzieci i ich rodzice. Kierownik administracji osiedla Tadeusz Bilski z zadowoleniem podkreśla, że zaproponowany program okazał się bardzo atrakcyjny nie tylko dla dzieci, ale i dla młodzieży oraz dorosłych mieszkańców osiedla. Z uznaniem mówi o pełnym zaangażowaniu się pracowników Gwarka: kierowniczki Józefy Zabłockiej, instruktorów Ireny Świętek i Marka Strzemeckiego. W organizacji zajęć pomagali też studenci: Bartek Madera i Ania Kozieł. Dużym zainteresowaniem cieszyła się półkolonia dla dzieci. W czasie 9 godzin dziennego pobytu dzieci miały zapewnioną pełną opiekę oraz tak organizowany czas, aby nie mogły się nudzić. Odbyło się kilka wycieczek, m.in. do Pstrągowej, gdzie na „Ranczo”, dzieci zobaczyły mini ZOO w stylu safari. Jego zwiedzanie dostarczyło im niesamowitych wrażeń, gdyż miały one możliwość bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami w naturalnym ich środowisku. Wszystkie zwierzęta są tam oswojone i bez problemu można było do nich podejść blisko i nawet je pogłaskać. Zorganizowano wycieczkę do Sandomierza, jednego z najstarszych oraz najpiękniejszych miast polskich, określanego często mianem Małego Rzymu. W Kurozwękach dzieci zwiedziły zespół pałacowo-parkowy nazywany Małym Wawelem. Na miejscu były też w stadninie koni arabskich i hodowli bizonów amerykańskich. Dzieci były też w zamku w Łańcucie, dawnej rezydencji magnackiej Lubomirskich i Potockich. W Rzeszowie chodziły do kina i na basen. Co tradycyjnie zobaczą i w czym będą mogli uczestniczyć mieszkańcy osiedla w drugą niedzielę września? Będą występy zespołów: SKRZATY, TEMPO-TWIST oraz FLOOR CLEANER`S, zagra kapela podwórkowa „Rzeszowskie Wiarusy”. Ponadto dla dzieci będą zabawy ruchowe, będzie wata cukrowa i oczywiście ognisko z pieczeniem ziemniaka. Będzie czas na podsumowanie i wspomnienie tego, co było najprzyjemniejsze i czego będzie się oczekiwać do przyszłych wakacji. Będzie też zabawa taneczna przy zespole „EFEKT”. Stanisław Rusznica

osiedle gen. andersa

Osiedle to jest częścią rozległego zespołu mieszkaniowego zwanego Baranówką, położonego w północno-zachodniej części miasta Rzeszowa. Zamknięte jest w trójkącie pomiędzy ul. Krakowską od południa, aleją Wyzwolenia od północy i aleją Okulickiego od wschodu. Osiedle jest najstarszym fragmentem zabudowy Baranówki. Wewnątrz osiedla w północno-wschodniej jego części, w rejonie ul. Zwierzynieckiej powstało budownictwo indywidualne. Powstałe tam uliczki otrzymały ptasie nazwy. Przeważają budynki średnio wysokie. W centralnej części osiedla znajduje się park im. Sybiraków, a w nim tereny rekreacyjne, w tym korty tenisowe i boisko sportowe wykorzystywane m. innymi na obchody dni osiedla i od jakiegoś czasu corocznie na Boże Ciało odbywa się tam koncert katolicki Jednego Serca Jednego Ducha. Samorządowa Rada Osiedla stara się o wybudowanie boiska typu orlik. W tutejszym osiedlu również dla najmłodszych przygotowano liczne place

pod ulicą Krakowską. Inwestycję tę sfinansowało C.H. Nowy Świat, które nadal rozbudowuje infrastrukturę wokół obiektu. Powstaje nowy, duży parking i pętla autobusowa MPK przy ul. Mikołajczyka. Spośród mieszkańców osiedla wybierana jest 15-osobowa Samorządowa Rada Osiedla, której kadencja trwa cztery lata, a obecnym jej przewodniczącym jest Paweł Lekacz, jego zastępcą Bolesław Kosiorowski, sekretarzem Józef Śnieżek, skarbnikiem Leszek Stolarz. Członkowie tejże rady działają w różnych komisjach, jak np. w komisji kultury i sportu, do spraw inwestycji, oświaty i zdrowia i współpracują m. innymi ze Spółdzielczą Radą Osiedla. Rada Samorządowa podlega Radzie Miasta Rzeszowa i nie posiada kompetencji decyzyjnych, jedynie opiniodawcze. Rada ta, jak i inne rady samorządowe, składa wnioski do budżetu Rady Miasta. Do podstawowych jej zadań należy rozwiązywanie zgłaszanych problemów przez mieszkańców. Ryszard Lechforowicz

dn i o s i e dl a w z a łę ż u

Po raz kolejny odbyła się w Załężu impreza plenerowa zorganizowana przez radę osiedla i osiedlowy dom kultury na stadionie sportowym Korona. Na estradzie jako pierwsi śmiało i odważnie wystąpili młodzi artyści z zespołów tańca nowoczesnego Mini-FLIK, PUENTA „A” i PUENTA „B” z osiedlowego domu kultury w Załężu, filii RDK. Byli gorąco oklaskiwani przez licznie zgromadzoną publiczność, a zwłaszcza rodziców i dziadków. Zagościła też młodzieżowa kapela ludowa OLSZA z Trzciany i zespół rockandrollowy BLAK BRICK z Czudca. Również serdecznie przyjęto znany i bardzo lubiany miejscowy zespół śpiewaczy KUMOSZKI i tercet wokalny PRESTO. Program Dni Osiedla był bardzo bogaty, nie sposób przedstawić szczegóły. Ale chociaż w skrócie należy odnotować pokaz Rzeszowskiego Klubu Modelarzy Lotniczych, oglądany z dużym zainteresowaniem pokaz psów miejscowego zakładu karnego, zapaśników klubu sportowego Stal Rzeszów i akro-

batów sekcji akrobatyki sportowej ZKS Stal Rzeszów oraz prezentację sprzętu pożarniczego przez miejscową Ochotniczą Straż Pożarną. Przypomnę, że niedawno podczas osiedlowych zawodów pożarniczych OSP Załęże zajęła I miejsce. Jak zawsze pamiętano i o najmłodszych. Największą atrakcją poza smakołykami były bezpłatne przejażdżki na kucykach ze stadniny Albin. Tłoczno było na trampolinie i zjeżdżalni, ale też i w części gastronomicznej dla dorosłych. Udaną imprezę zakończyła zabawa taneczna z zespołem FAIR PLAY i pokaz sztucznych ogni widziany również w centrum Rzeszowa. Tadeusz Dudek, przewodniczący rady osiedla, podziękował wszystkim, również sponsorom, którzy wnieśli wkład w zorganizowanie imprezy dla mieszkańców osiedla, w której jak się okazało uczestniczyło wielu mieszkańców z innych osiedli. Józef Gajda

sa r e n k i w o s i e dlu

Mieszkańcy domów przy ulicy Potokowej w osiedlu Staroniwa w Rzeszowie przyzwyczaili się już do częstych wizyt czworonożnych gości, pojawiających się w pobliżu zabudowań. Są nimi piękne sarny, które podchodzą do ogrodzeń i z ciekawością zaglądają na podwórka. Zwierzęta tak się oswoiły, że nie uciekają nawet przed przejeżdżającymi samochodami. Niektóre sarny urządziły sobie legowiska w osiedlowych zaroślach. Inne zapuszczają się w pobliże zabudowań z pobliskich pól i łąk. W sumie doliczono się już 12 saren, które pojawiają się

Ś WI Ę T O L O T NIC T WA W dniu 27 sierpnia br. Klub Seniorów Lotnictwa Aeroklubu Rzeszowskiego oraz oddział Rzeszowskiego Związku Polskich Spadochroniarzy zorganizowali na terenie lotniska Aeroklubu w Jasionce Święto Lotnictwa. Przy pięknej pogodzie spotkali się seniorzy lotnictwa oraz młodzież spadochronowa ZPS. Podziwiano pokazy skoczków spadochronowych. Z tej okazji w żartobliwy sposób senior skoczków Aeroklubu Rzeszowskiego, były reprezentant Polski Wacław Czyż odznaczył w imieniu ZPS i KSL Prezesa aeroklubu Tadeusza Milanowskiego, dyrektora aeroklubu Jerzego Sołtysa i prezesa ZPS Zbigniewa Tatarę za całokształt pracy w A.Rz., kierownika sekcji Bogdana Marszałka za pracę w sekcji, oraz za trzysta skoków spadochro-

Zbigniew ZbigniewTatara Tatara

Instruktor spadochronowy Bogdan Marszałek.

zabaw, corocznie uzupełniane w nowe urządzenia zabawowe, co jest szczególnie widoczne na terenach obsługiwanych przez Administrację Osiedla „Baranówka” RSM pod kierownictwem Marii Kuźniar. W osiedlu znajdują się ważne dla mieszkańców obiekty. Najstarszym jest Szpital MSW, oddany do użytku w roku 1958, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania, Centrum Kształcenia Ustawicznego, oraz szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, a co najważniejsze siedziba Straży Miejskiej, Dom Kultury „Karton” Rzeszowskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W osiedlu znajdują się też dwa kościoły parafialne, domy opieki społecznej oraz dom zakonny. Częściowa zmiana wizerunku osiedla nastąpiła w ubiegłym roku, kiedy wybudowano centrum handlowe Nowy Świat. Zmienił się układ urbanistyczny i wizerunek osiedla. Przede wszystkim ul. Ofiar Katynia nie jest już ulicą zamkniętą, gdyż została połączona z ulicą Franciszka Kotuli, poprzez tunel

nowych Marka Magniszewskiego i za sto skoków Krzysztofa Bieszczada. Wszyscy nagrodzeni otrzymali czapeczki bejsbolówki z wyhaftowaną odznaką ZPS i napisami pełniących funkcji. Dla skoczków z napisami ilości wykonanych skoków. Gratulujemy. Ryszard Lechforowicz Zdjęcia ze zbiorów Zbigniewa Tatary.

w osiedlu przy ulicy Potokowej. Ostatnio stado to powiększyło się o dwie młode sarenki, które przyszły na świat w krzakach nieopodal jednego z domów. Sarnia matka nie omieszkała zaprezentować swe potomst wo m iesz k a ńcom osiedla. Nie miała nic przeciwko temu by je fotografowano. kal


ECHO RZE­SZO­WA

Po w ybuchu Rewolucji Październikowej ZSRR znalazł się w głębokiej politycznej izolacji, zaś po wojnie polsko-bolszewickiej oba państwa dzielił rów krwi. ZSRR za wszelką cenę chciał wyjść z tej

Spotkania z przeszłością

1939 - nóż w plecy

Hulla ambasador USA w Moskwie, Laurence Steinhardt, w depeszy w dniu 24 sierpnia 1939 jeszcze przed południem. O tajnej treści traktatu niemiecko-sowieckiego Amerykanie natychmiast powiadomili Bry-

Żołnierze sowieccy oglądają porzuconą przez Polaków broń.

izolacji. Realizację tego celu pierwsi umożliwili Niemcy. Zmianę w stosunkach rosyjsko-niemieckich sygnalizowało przemówienie Józefa Stalina, wygłoszone 10 marca 1939 roku podczas obrad XVIII Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w Moskwie, które przeszło do historii pod nazwą „Kasztanowej mowy”. Negocjacje w sprawie zawarcia paktu politycznego i gospodarczego ZSRR-III Rzesza zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939, na kolejny wniosek strony sowieckiej. Były prowadzone tajnie, równolegle do publicznych rozmów ZSRR z przedstawicielami Francji i Wielkiej Brytanii. W trakcie tych rozmów Stalin zorientował się, że państwa zachodnie nie przystąpią do wojny, gdyby ZSRR anektował część polskiego terytorium. Stalin zerwał rokowania z Wielką Brytanią i Francją jako bezprzedmiotowe i po osobistym telegramie Hitlera wyraził zgodę na bezzwłoczny przylot do Moskwy Joachima Ribbentropa, celem sformalizowania paktu O czym nie wiedziały władze Polski? Według pamiętników dyplomaty amerykańskiego Charlesa Bohlena i ujawnionej korespondencji dyplomatycznej ambasady USA z sekretarzem stanu Cordellem Hullem treść tajnego protokołu była znana rządowi Stanów Zjednoczonych już 24 sierpnia 1939, dzięki przekazaniu jej Bohlenowi przez Hansa von Herwath, sekretarza ambasadora Rzeszy. O treści tajnego protokołu i szczegółach nocnego przyjęcia na Kremlu na cześć Joachima von Ribbentropa (wraz z informacją o toaście Stalina za zdrowie Hitlera) powiadomił w konsekwencji sekretarza stanu USA Cordella

tyjczyków, a ci z kolei Francuzów. O tajnym porozumieniu wiedzieli w Rzymie, Rydze i Tallinie. Nasi sojusznicy nie powiadomili rządu RP. Dlaczego? Jedynie rząd Polski (minister Józef Beck) i jego wywiad (płk. dypl. Józef Smoleński) byli kompletnie nieświadomi nazistowsko-sowieckich uzgodnień. Kierownik samodzielnego referatu „Rosja” w Oddziale II Sztabu Głównego, ppłk dypl. Olgierd Giedrojć, oświadczył przed komisją badającą na emigracji przyczyny klęski wrześniowej, że o podpisaniu sowiecko-niemieckiego paktu dowiedział się z sowieckiej prasy. Alianci nie przekazali Polakom żadnych informacji, by nie zniechęcać Polski do wojny z Niemcami. W polskim Sztabie Głównym nie wiedziano, że Sowiety mogły uzyskać akceptację na zaatakowanie Polski ze strony Francuzów, bowiem takie opinie spotyka się wśród historyków. Sowiety nie mogłyby dokonać najazdu, który niósł ryzyko znalezienia się napastnika w stanie wojny z Wielką Brytanią i Francją. Wskazuje na to protokół z posiedzenia brytyjskiego gabinetu wojennego w dniu 17 września 1939, na którym Lancelot Oliphant informował o „spotkaniu w dniu 16 września 1939 szefa brytyjskiego MSZ z ambasadorem Francji, któremu polecono poznać stanowisko, jakie Wielka Brytania zajmie w przypadku sowieckiej agresji na Polskę. W trakcie tej rozmowy, odbytej w przeddzień wkroczenia Sowietów do Polski, obaj nasi sprzymierzeńcy upewnili się wzajemnie, że żadnej poważnej reakcji ani Francji, ani Wielkiej Brytanii na takie wydarzenie nie będzie. Słowem wyrazili zgodę na utratę niepodległości suwerennych państw: Polski, Litwy, Łotwy,

k a l e n da r i u m 1 września 1939 - III Rzesza dokonała agresji na Polskę, której głównymi celami była likwidacja niepodległego państwa polskiego oraz biologiczne wyniszczenie narodu polskiego. 1 września 1939 - 50 000 słowackich żołnierzy Armii Polowej „Bernolák ” pod dowództwem gen. Ferdinanda Čatloša oraz siły powietrzne w liczbie trzech dywizjonów zaatakowały Polskę od południa. Wojska słowackie dotarły do okolic Tarnowa i Dębicy, tracąc w sumie 29 zabitych lub zaginionych i biorąc do niewoli ok. 1350 jeńców polskich. Jednym z rezultatów ataku było włączenie w granice Słowacji ok. 770 km kwadr. terytorium Polski. 6 września 1939 – Niemcy zajęli Rzeszów.

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

17 września 1939 - uderzenie Armii Czerwonej w sile sześciu armii liczących 600-650 tysięcy żołnierzy i ponad 5 000 czołgów na wschodnie obszary Rzeczpospolitej. Wrzesień 1945 - początek terroru OUN-UPA w południowo-wschodniej Polsce. Polskim badaczom tego ludobójstwa udało się ustalić, że zginęło 136 osób. Ponadto w tym czasie członkowie OUN-UPA zabili 70 przedstawicieli formacji zbrojnych. 1 września 2001 - rozpoczęcie działalności Uniwersytetu Rzeszowskiego, powołanego na bazie: Wyższej Szkoły Pedagogicznej, Filii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i Wydziału Zamiejscowego Akademii Rolniczej.

Estonii, Finlandii i Rumunii. Co pow tórzyli w Jałcie. 31 marca premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain na wieść o żądaniach Hitlera udzielił Polsce jednostronnej g warancji bezpieczeństwa. Dlaczego? Wiedział, że jego kraj nie jest w stanie Polsce pomóc. Ta decyzja wywołała zdumienie. Lord Duff Cooper napisał wówczas: „Nigdy dotychczas nie daliśmy drugorzędnemu państwu prawa do decydowania o tym, czy Wielka Brytania ma przystąpić do wojny, czy też nie”. Ile pogardy w ustach tego angola do Polski, Churchill też do Andersa krzyknął „a weź pan sobie to swoje wojsko”. Czy tylko Stalin wbijał Polsce nóż w plecy? 1 września nastąpił atak Armii Słowackiej. 10 września nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli napady na cofające się polskie oddziały wojskowe. Najnowsze badania polskich historyków wysuwają następującą hipotezę. Aby nie zostać wciągniętym do wojny u boku sojuszniczej Polski ze Stalinem, Francuzi przystąpili do organizowania opozycji przeciwko władzom sanacji, doprowadzając do zamachu stanu. W zamachu stanu kierowanym przez Francuzów i generała Sikorskiego, o którym wyraźnie pisał generał Sławoj Składkowski, że główną rolę odgrywał gen. Sikorski. Zamachem kierowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych Francji i jego dyplomaci umieszczeni w Polsce i w Rumunii oraz Francuska Misja Wojskowa w Polsce i francuski attachat wojskowy w Warszawie. Nóż w plecy wbijali polscy generałowie. Opozycja umieszczona w Sztabie Generalnym sabotowała rozkazy wodza naczelnego. Rozkaz ze słowami Rydza, że „z Rosjanami nie walczymy” wydany został poza jego wiedzą. Gen. Rumel opuścił armię Łódź i uciekł do Warszawy. Gen Nouggenaer, dowódca frontu południowego, opuścił wojska i nie zorganizował oporu na Dunajcu. Kompromitująca była postawa gen. K. Dęba-Biernackiego, d-cy armii „Prusy”, który widząc nadciągających Niemców rzucił rozkaz „wszystko za Wisłę”, ale samochód mógł zabrać tylko jego, żołnierze zostali. Ponownie uciekł jako d-ca frontu północnego. Gen. Piskor zdymisjonował bez przyczyny gen Szylinga, dcę armii Kraków. Sosnkowski zakazał bronić Przemyśla i nie podjął nałożonego przez Wodza Naczelnego obowiązku organizowania „przedmościa rumuńskiego”,

generał Langer przekazał bez walki Lwów Armii Czerwonej i z honorami został przyjmowany w Moskwie, skąd wyjechał do Londynu. A jego podkomendni pomaszerowali do Katynia. Zamachowcy uniemożliwili zapytać Francuzów DLACZEGO NIE WYKONALI ZOOBOWIĄZAŃ SOJUSZNICZYCH? Czyli nie rozpoczęli wielkiej ofensywy w dniu 15 września zgodnie z sojuszniczą umową z Polską W końcu września, gdy w Polsce trwały ostatnie walki, w Paryżu urzędy obejmowali nowy prezydent Władysław Raczkiewicz i premier Władysław Sikorski. Sikorski od razu nazwał sanację „rządem klęski narodowej”. Radio polskie w Paryżu mówiło o „przeklętej swołoczy z zaleszczyckiego mostu”. Antoni Słonimski pisał o sanacji: „A nam potrzebny las, który śpie-

11

wa, szumiący bór, konar prawdziwy z twardego drzewa i mocny sznur”. Wiersz najlepiej świadczy o nastrojach wśród zamachowców. Zorganizować opozycję w Sztabie Głównym, to jest miecz w plecy. Z faktów w ynika, że nóż w plecy wbijali: Stalin i jego Armia Czerwona, ks. Tiso i jego armia słowacka, nacjonaliści ukraińscy, opozycja polskich generałów pod kierownictwem dyplomatów francuskich. Oczywiście, największy cios polskiej armii zadał uciekający z pola walki jej Wódz Naczelny Edward Śmigły-Rydz. W nocy z !4 na 15 września niewątpliwie za zgodą i wiedzą męża samochodami żandarmerii wojskowej Marta Rydz wywiozła wszystkie meble do Monte Carlo, gdzie miała zakupiony w 1938 r. przez rząd polski dom. Zdzisław Daraż

za wschodnią granicą Partia „Swoboda” umieściła w centrum Lwowa 20 plakatów z herbem walczącej pod nadzorem Waffen SS dywizji i hasłem „Oni bronili Ukrainy”. Inicjatorem tej akcji był 4 lutego 2011 r. Wasyl Pawluk, obecnie sekretarz Rady Miasta Lwowa. Plakaty mają hasła: - „Roman Szuchewycz – płastun (harcerz), Bohater Ukrainy” - „Rocznica utworzenie Dywizji „Galicja” – w marcu, - „Utworzenie Dywizji „Galicja” – w kwietniu, - „Rocznica śmierci prowydnyka OUN/UPA Jewgena Konowalca” - ,”Święto Bohaterów” (bohaterów OUN/UPA oczywiście) – w maju, - „Rocznica urodzin pierwszej kobiety – nacjonalistki Oleny Pcziłki”, - „120 lat od dnia urodzin Jewgena Konowalca” – w czerwcu, - „Oni walczyli za Ukrainę” z okazji rocznicy bitwy 1 Dywizji Ukraińskiej Armii Narodowej „Galicja” SS pod Brodami w lipcu, - „Rocznica atentatu (aktu terroru politycznego)popełnionego przez bojownika OUN Mikołaja Łemyka w 1933 roku”, - „Święto Opieki Najświętszej Matki Boskiej (rocznica powstania UPA)”, - „69. rocznica powstania UPA”, - „Rocznica śmierci Lwa Rebeta” (członka Ukrainskiej Głównej Rady Wyzwoleńczej i jednego z głównych ideologów OUN), - „Niezwyciężona UPA”, - „Rocznica urodzin Stepana Bandery”.

Indoktrynacja historyczna Wiece, przemarsze, pochody odbywają się pod patronatem władz Lwowa. Jednym z głównych organizatorów i koordynatorów tak zwanego „marszu wyszywanek” był radny Rady Miejskiej Lwowa z partii „Swoboda” Jurij Mychalczyszyn. 28 kwietnia osobiście szedł na czele pochodu młodzieży szkolnej, zorganizowanego dla uczczenia rocznicy powstania 14 dywizji SS Galizien, składającej się z ukraińskich ochotników służących pod rozkazami niemieckich oficerów. Nie było to bynajmniej spontaniczne wyrażenie uczuć patriotycznych przez młodzież, która skrzyknęła się na internetowych forach. Była to dobrze zorganizowana impreza z bogatą, przemyślaną „oprawą”. Dziesiątki jednakowych flag z nazistowskim znakiem „wolfsangel” i identycznych tablic z emblematem esesmańskiej dywizji Galizien (lew na niebieskim tle), niesionych przez młodzież świadczyły, że impreza miała bogatego sponsora. W trakcie przemarszu uczestnicy skandowali hasła „Galicja” – Dywizja bohaterów, „Jedna rasa, jeden naród, jedna Ojczyzna!”, ”Pamiętaj cudzoziemcze, tutaj gospodarzem jest Ukrainiec”, “Bandera przyjdzie, zaprowadzi porządek!” i inne. Inf. własna


12

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

wio koniku...

Z szuflady Bogusława Kotuli

Zanim rozpaprane błotem ulice Rzeszowa zaczęły na dobre rozjeżdżać różnej maści konie mechaniczne, prawdziwe siwki, kare, gniade czy kuby na fest pączkowały po kociołbowych i szutrowych jezdniach wojewódzkiego miasta. Latem klekotały podkowy, zimą dzwoniły dorożkarskie sanki. Pod jesień potężne, perszeronowe fury rozwoziły wągiel, czyli kojle ze składów przy: Batorego, Dymnickiego i Dąbrowskiego. Na dorożkarskich postojach przy: dworcu kolejowym, na Bednarce, pod kasztanami i koło fary kwaśno zajeżdżało końskimi szczynami i drażliwym potem. Prawdziwy polski ułan, to nie mundur, szabla czy lanca, to koń i buty ułana. Był w Rzeszowie pańsko-chamski XX., ale w 1939 szybko się zbył. Trochę koni zostało po stajniach dla trofiejnych ruskich. Z przywleczonymi

niemieckimi zgodnie pasły się na łące Pasternaczki przy Staszica. To był istny raj dla osrołków z: Wygnańca, Rudek i Stawisk. Na oklep z rańca jechało się je pławić w Wisłoku powyżej krypy admirała Stasia Nitki. Na czym wjechały do Rzeszowa zwycięskie pododdziały Armii Czerwonej w sierpniu 1944 roku? Przede wszystkim na butach. Warczało trochę motorów samochodowych: sztuderów, doczek, zisów piat i willysów. Radziecka artyleria nie strzelała w Rzeszów. Młodzi wygoleni, furażerkowi czerwonoarmiści zdobyli miasto nad Wisłokiem na nogach. Może dlatego leży ich tak sporo w zbiorowych mogiłach w Wilkowyi i Zwięczycy, co kłuje dzisiaj w kaprawe oczy wielu niektórych. Ojczysty, ludowy Rzeszów miał pachnieć ludem pracującym. Jakim ludem? Po prostu okolicznym chłopem pachniało i to nie pod „przemysławkę”. Chłop wcale nie wstydził się własnych zapachów i bez krępacji chodził na bosaka nie tylko po swojej wsi. Bogaty galicyjski chłop dobrym koniem stał, a często i dwoma. Było to widać, słychać i czuć na jarmarkach, a przede wszystkim na odpustach. Grane wesela woziły się do kościoła długimi sznurami umajonych furmanek jak co najmniej tych cadilaków w jakiejś „Dynastii”. I wcale to ludowej władzy nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie! A odpusty? Te u Pani Leżajskiej czy

Borkowskiej? Wystrojone baba w babę, wykapeluszowani i wykrawaceni chłop w chłopa. Śklący wysadłowaną uprzężą każdy kary w karego, gniady w gniadego. Kobity z koronkami u cudownej, a chłopy z kwaterkami pod wymoszczonymi siedzeniami, gadka w gadkę, polityka w politykę. Wszystkie kanały TV w kupie. Kumy, szwagry, swaty, stryki. Uzbrojona po partyjne zęby powojenna Warszawa za nic miała debiutancki Rzeszów. Kiepska polityczna kadra, słaba bezpieka, mocny konspiracyjny las. Kiedy już jako tako uporano się „z bandyckim, reakcyjnym podziemiem”, władza ludowa wzięła się za poprawę stosunków z ludem pracującym miast i wsi w święta 1Maja i 22 Lipca, za małe kumanie się z inteligencją pracującą. Nie wychodziły za bardzo te kumania. Towarzysz Władysław Kruczek zaczął z głową robić swoje. Potem było różnie, ale to już inna para kaloszy, jak mawiano. Na szczęście chłop został na swoim, robotnik pracował na całość, dzieci brykały jak za sanacji, młodzież uczyła się za darmo, nauczyciele uczyli dobrze, bo sami dużo umieli. Było: jedno kino, jeden teatr, cztery kościoły, trzy orkiestry dęte, jedna sportowo wydeptana trawa i ani jednej knajpy, w której nie śmierdziałoby moczem. I gdzie tu spotkać się z dziewuchą, przepraszam, z koleżanką? A żenidła i wyprzedzenie rosły! I ta frańcowa-

siła słowa, magia flesza

Zanim przytoczę słów kilka o najnowszej pozycji książkowej Mieczysława Działowskiego „Siła słowa, magia flesza” pragnę przedstawić choć w skrócie sylwetkę samego autora. Mieczysław Działowski – urodził się 9 stycznia 1930 r. w Krakowie, jednak młodzieńcze i dorosłe życie związał z Mielcem. Wierny pasjonat idei harcerstwa oraz lotniczego sportu. Absolwent AGH w Krakowie. Harcerz Stowarzyszenia Szarych Szeregów. Słuchacz Oficerskiej Szkoły Orląt w Dęblinie na wydziale pilotażu (1951-1953). Pilot szybowcowy, samolotowy. Przewodniczący Sekcji Historycznej i Klubu Seniorów Lotnictwa Aeroklubu w Mielcu. Pracownik WSK PZL Mielec aż do momentu przejścia na emeryturę. Wykładowca w Zespole Szkół Technicznych w Mielcu dla pracujących w latach 70. ubiegłego wieku. Amatorsko zmaga się z poezją i nie tylko, ale dopiero od kilku lat nie zamyka swojej twórczości w szufladzie. Najnowsza pozycja książkowa jest zgoła odmienna, gdyż oto autor zaprasza na kartki swej wyobraźni poetyckiej Magdalenę Korzeń. Rzecz zadziwiająca; tych

Nowomowa

dwoje niby odmiennych od siebie osób, mających za sobą tak różne doświadczenia życiowe i których wydawałoby się oddziela tak wielka przestrzeń kalendarza potrafiło wspólnie odkrywać na nowo swoje miasto. Mieczysław Działowski wędrówką stalówki pióra nakreśla dni minione i te obecne, gdzie na powrót wędruje ścieżkami pamięci, dostrzegając przy tym krople rosy na szlakach harcerskich, na polanach przy ognisku, promieniując radością w kabinie szybowca, zaś Magdalena Korzeń migawką aparatu fotograficznego zapamiętuje nie tylko obiekty architektury mieleckiej, ale również zamyka w sopli lodu promienie słońca, zatrzymuje usypiający dzień w umierającym dmuchawcu, czy też w chmurach, w których jeszcze tak niedawno Mieczysław Działowski szybował przestrzenią, na której pozostała smuga silników samolotowych. Muszę dodać, że wstęp do książki napisał Stach Ożóg, zaś słów k ilka o

książce zamieściła Bogumiła Gajowiec, Anna Pieróg, a i mnie dane było pomieszkać na kartkach wyobraźni poetyckiej Mieczysława Działowskiego. Serdecznie polecam tę pozycję książkową. Dorota Kwoka

ta blokadowo godzina dwudziesta! Kawiarni niet, cukierni niet, klubu młodzieżowego toże niet. Pozostawała twarda ławka parkowa, zaciszny kawałek wisłokowego brzegu, w miarę intymny kącik gdzieś tam. Ale był kolorowy, wesoły światek potańcówkowych placyków i ogrodów: Miejski Park, Olszynki, park Jędrzejowiczów, Babska Plaża, kawałek podłogi obok ZDK WSK przy Dąbrowskiego. Kiedy i gdzie zaczęto grać lokalowo i dancingowo? Nie chce mi się pamiętać. Mundurowa i karabinowa oraz czuj-

LISTY

na Milicja Obywatelska zawsze miała się na baczności. Nie pamiętam, kiedy postawili swoje oszklone budki? Gdy napłynęła obca młodzież do WSI oraz WSP, czujność wzrosła. Właśnie służby specjalne urodziły dwie grupy antypaństwowe – BBBB4 i KŁD. Co to były za konspiracyjne twory? Nie powiem, bo dalej obowiązuje mnie tajemnica. Może ktoś inny puści farbę? A zresztą! Ta pierwsza to „Bułka, Boczek, Bujara, Baba”. Zaś druga to „Klub Łapaczy Dup”. Jaką mieliśmy motywację, jaką broń? Zabawy w doktora już dawno były za nami, koleżanki dowiedziały się wreszcie, po co mają, butle z domowym winem zawsze można było ochrzcić wodą. Zacząłem koniem i kończę koniem. Ostatni dorożkarz, rzeszowski dorożkarz – Homa mu było – już dawno odjechał. A kiedy miał ostatni kurs? Więcej grzechów jest dzisiaj, aniżeli było za Ludowej.

Panie Redaktorze. Artykuł red. Józefa Kanika z lipcowego numeru „Echa” Byli tylko numerami, przywołał w mojej pamięci rzeszowiaków, o których nie powinniśmy zapomnieć. Pierwszym z nich był, niestety już nie żyjący, Henryk Głowacki. Kiedy Go poznałem pod koniec lat 50. był kierownikiem (wtedy tak nie rozdawano tytułów dyrektorskich) Domu Kultury WSK. Nosił na przedramieniu wytatuowany nr więźnia obozu koncentracyjnego z okresu II wojny światowej. Prawdopodobnie był w obozie Spandau, nieopodal Berlina. Przeżył, bo grał w obozowej orkiestrze. Za jego czasów placówka tętniła życiem. Był amatorski teatr METALOWIEC , Kabaret MELUZY NA, działał zespół folklorystyczny. On sam, umiejący grać na saksofonie altowym i klarnecie, założył jazzowy, 17-osobowy big band. Któż tam nie grał! I Józef Homik, puzonista, i przedwojenny trębacz Stanisław Miąsik, i młodziutki

wówczas trębacz Staszek Kulpiński, Marian Natko, wesoły perkusista, gitarzysta Ziutek Gola. Na fortepianie albo na kontrabasie grał nie kto inny jak najpopularniejszy rzeszowski satyryk Andrzej Listwan. Dołączył do nich młodzik Jan Babula. Śpiewała też Stenia Dyniowa. Koncertowali w kraju, na Ukrainie, zdobyli ZŁOTY CZYNEL. W tymże big bandzie grał również na trąbce Tadeusz Imiołek, też obozowicz z numerem obozowym. W cywilu był dyrektorem Centrali Tekstylnej. Był mężem pięknej, poznanej w obozie koncentracyjnym kobiety, która przeszła gehennę zbrodniczych eksperymentów niemieckich lekarzy, prowadzonych na więźniarkach. Tadeusz Imiołek grał również na akordeonie i prowadził istniejący przy Zarządzie Okręgu ZZ Handlowców chór rewelersów, zasilany od czasu do czasu przez Stenię Dyniową. A w tymże zespole śpiewali – nie pamiętam już imion – panowie: Piątek, Tiszler, Dyka, Antos. Myślę, że nie powinniśmy o nich zapomnieć. Wasz wierny...

Jeszcze w sprawie promocji Rzeszów potrzebuje dobrej promocji, będzie bardzo interesujące czy opozycja PiS użyje argumentów gazetki w kampanii wyborczej i będzie dołować Rzeszów? Wielokrotnie „Echo Rzeszowa” apelowało do polityków, aby uszanowali coś takiego, jak rzeszowska racja stanu. Nie można domagać się ograniczenia budowy dróg, zakładów przemysłowych, instytucji publicznych w naszym mieście w imię dyskredytowania działalności Tadeusza Ferenca.

Z całą powagą poważna gazeta w Rzeszowie informuje nas, co przeciętny Anglik myśli o Rzeszowie. Ciekawe? Stwierdzam nie bez wstydu, że podczas turnusów organizowanych w tym roku przez Uzdrowiskowe Domy Wczasowe Podkarpacia nie proponuje się wycieczek do Rzeszowa. Ponownie apeluję do organizatorów wycieczek, aby w swoich programach uwzględniali Rzeszów. Opinia Anglika jest interesująca, ale o wiele ważniejszą jest opinia polskich turystów. Marian Cichocki

głupota na telefonie

Być na telefonie – potrafił minister Rostowski w czasie swojej kanikuły, gdy rozszalał się sierpniowy kryzys w Europie. Być może nosi ów telefon rządowy w tylnej kieszeni luźnych spodni i dlatego jest na nim w pozycji siedzącej lub specyficznej fizjologicznie kuczno-łamanej. Ale przecież nie zawsze minister siedzi albo kuca, chociaż niektórzy twierdzą, że powinien siedzieć ciągle i długo. Zatem jeśli wstanie, aby wyjrzeć przez okno dla przekonania się jaka jest pogoda dla bogaczy i premiera, to będzie od razu obok telefonu, chociaż nadal okolicą dolno-tylną, co owemu telefonowi splendoru szczególnego nie przysparza. Wszystko całkowicie grałoby, gdyby minister przebywał na wyspie o nazwie Telefon, bo już w takim mieście z pewnością nie. Wówczas bowiem przebywałby w Telefonie. Zatem pan minister może być na: pchlim targu, mistrzostwach świata żółwi błotnych, festiwalu śmiechu końskiego, krzywym drzewie, ale tylko przy telefonie, albo z telefonem przy sobie, nawet rządowym. Chociaż znam również takich, którzy wolą być pod telefonem, ale to najczęściej osobnicy o niskim poczuciu wartości, których przytłacza cywilizacja językowa. Ciacho – wbrew pozorom to żadna

kremówka, wuzetka czy ptyś, lecz w języku dam spragnionych męskiego ramienia i pozostałych walorów, perfumowany przystojniak do wzięcia na jakiś czas, czyli coś w rodzaju salonowego przydupasa. Nawiązanie semantyczne do cukierniczej terminologii świadczy o spodziewanych przez adoratorki słodkościach cielesnych. Jednakże dzieje niewieścich rozczarowań nastrajają sceptycznie w tej delikatnej materii. No, bo jeśli owo ciacho będzie non consumatum, to co? Przecież może być również nieświeże i spowodować nie tylko gastryczny rozstrój niewieścich wdzięków i wszystkich przyległości. Już mityczny Narcyz coś tam zaświadcza, a podobnych i gorszych przykładów w samej tylko literaturze jest sporo, a w realnym życiu jeszcze więcej. Ale być może z tym ciachem jest jak z królikiem. Nie chodzi o to, aby go złapać, ale gonić. Głupota – w naszym dzielnym wojsku powinna według posła Zemke być ścigana przez prokuraturę, czyli zostać uznana za rodzaj groźnego przestępstwa. Zaś zgodnie z intencją premiera Tuska głupota prokuratury w sprawie białoruskiego opozycjonisty musi być także ścigana z urzędu, czyli przez prokuraturę. To dobitnie zaświadcza, że latoć obrodziło nam

przestępczą głupotą w sferach władzy. Z definicji owa głupota jest brakiem wiedzy o życiu, brakiem rozumu, bystrości, a zatem bezmyślnością. Jeśli coś takiego zalęgło się w naszej zwycięskiej armii oraz prokuraturze i wymaga zakwalifikowania do ściganych kodeksowo przestępstw, to oznacza, że w naszej demokracji z kolei coś zaczyna trzeszczeć ostrzegawczo. Chociaż odkrycie tej głupoty nie jest zbyt oryginalne, bowiem już zostało opisane interesująco w książce „Tysiąc lat głupoty w Polsce”. Zatem życie dopisuje jedynie do tych dziejów następne tysiąclecie. Polacy potrafią. Kastracja myślenia – to zjawisko zdiagnozowane przez wypowiadającego się w TV psychologa. Pojawia się ono ponoć u policjantów, którym odgórnie i upierdliwie wmawia się, że mają głównie wlepiać mandaty, miast stać na straży porządku i bezpieczeństwa publicznego. Skoro kastracja oznacza wycięcie gruczołów płciowych, to gdzie te gruczoły ma taki abstrakt jak myślenie? Czy można wyciąć coś czemuś, co istnieje tylko w sferze pojęć niematerialnych? Kiedyś kastrator wycinał co trzeba z męskiego utorbienia i delikwent od razu awansował na strażnika haremu. Gorzej trafiało się XVI-XVIII-wiecznym mło-

dzianom włoskim, którym onże kastrator wycinał to samo, aby mogli w dorosłym życiu sopranem wielbić Pana w chórach kościelnych, albo sycić ucho możnych ówczesnego świata. Czy zatem kastracja myślenia u policjantów oznacza, że ich mózg reaguje sopranem i taki delikwent nadaje się wyłącznie na strażnika mandatowego haremu? Około siedmiu regionów - z babskim topem na listach wyborczych PO, dojrzała posłanka Kidawa-Błońska, jak niektórzy twierdzą, Sofia Loren polskiego Sejmu. Kwestia gustu skojarzeniowego. Nie chodzi mi tu o babski parytet wyborczy, ale o użycie przyimka wiążącego się z dopełniaczową formą - około. Może być około dziesięciu okręgów, dwudziestu, ale nigdy siedmiu, ponieważ jest to wielkość precyzyjnie określona, a nie przybliżona. No, chyba że chodzi o jakieś ułamkowe nierówności, ale logicznie nie jest to do przyjęcia. Mogło jednak zacnej posłance chodzić o przestarzałą formę w znaczeniu dzisiejszego przyimka – wokół. Wynikałoby wówczas, że około owych siedmiu regionów plączą się jakieś babskie kandydatki, takie okołoposelskie towarzyszki. Dlatego ośmielam się posłance zwrócić około pierwszą uwagę w kwestii językowej

maestrii. Te około funkcjonujące damy też mają jakieś określenia. Onegdaj był to fraucymer. Przy pomocy – bilbordów i spotów Prawo i Sprawiedliwość będzie docierać ze swoimi programowymi mądrościami do elektoratu. Tak przynajmniej zapowiedziała, wywodząca się z naszej płodnej ziemi, młoda gwiazda i nadzieja tej partii, Mateusz Poręba. Rzecz tak banalna jak kartoflanka w jadłospisie garkuchni dla ubogich. Piszę o tym z tego powodu, że tak przesiąkniętemu patriotyzmem PiS-owi, jak wodą rozlewiska Biebrzańskiego Parku Narodowego, nie przystoi brak szacunku dla języka ojczystego. Otóż zgodnie z językową poprawnością cokolwiek można zrobić wyłącznie przy pomocy kogoś, albo za pomocą czegoś. Przecież i bilbord, i spot nie są kimś tylko czymś, a więc rzeczownikami nieosobowymi. Zatem tylko za pomocą bilbordów i spotów a przy pomocy prezesa I Ogromnego i posłów: Hofmana, Błaszczaka oraz Macierewicza może Poręba z tymi mądrościami docierać gdzie trzeba. Wychodzi na to, że małpa rozbija orzech za pomocą kamienia, a koń ciągnie furę przy pomocy furmana. Inaczej nie da się. Szczęść Boże. Roman Małek


ECHO RZE­SZO­WA

Rozmaitości

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

13

muzyka - moja miłość nowy rok szkolny rozpoczęty

W dniu 17 czerwca 2011 roku zakończył się 56. sezon koncertowy. Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej pięknie zagrała utwory: M. Karłowicza – Prolog symfoniczny z muzyki do dramatu „Biała Gołąbka op., 6, P. Mossa – Koncert na wiolonczelę i orkiestrę nr. 2, A. Dworzaka – IIX Symfonia e-moll „Z nowego Świata”, op. 96. Dwa pierwsze utwory w Rzeszowie grane były po raz pierwszy. Najw iększe w rażenie w t y m sezonie zrobił na mnie koncert wykonywany w ramach Festiwalu Łańcuckiego w dniu 28 maja 2011 r. o godzinie 1700. Była to II symfonia c-moll „Zmartwychwstanie” G. Mahlera wykonana przez orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej i Chór Filharmonii Krakowskiej pod kierownictwem Tadeusza Wojciechowskiego. Bardzo piękny utwór, przepiękne wykonanie przez orkiestrę, chór i solistki oraz maestro Tadeusza Wojciechowskiego. Kiedy słuchałam i patrzyłam na orkiestrantów wpatrzonych w nuty, grających najlepiej jak potrafią, byłam tak bardzo wdzięczna im, że grają, że mają talenty, nauczycielom, że ich nauczyli, kompozytorom za utwory muzyczne, organizatorom za programy muzyczne, budowniczym za wybudowanie gmachu filharmonii. Patrzyłam na obecnych na sali melomanów zasłuchanych i pomyślałam, że oni też mają podobne odczucia. W tym sezonie byłam również na koncercie harfisty francuskiego, który grał utwory Debussyego, Albeniza, de Falli, a występował w ramach Festiwalu Łańcuckiego. Podziwiałam jego wykonanie. Mam szczęście bywać na koncertach od początku istnienia naszej Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej. Na początku koncerty odbywały się w sali WDK raz w miesiącu w piątki, o godz. 1900 i w niedzielę o godz. 1200. Na jednym z pierwszych koncertów wystąpili soliści Andrzej Hiolski - baryton i Bogdan Paprocki – tenor. Młodzi śpiewacy mieli

charakterystyczne piękne głosy, a jak zaśpiewali to aż dreszczy dostawało się z wrażenia. Do dzisiaj pamiętam ten występ, a ich głosy natychmiast rozpoznaję w radiu, chociaż obecnie bardzo rzadko są nadawane. Pamiętam również koncert fortepianowy grany przez Pana Adama Harasiewicza po zdobyciu pierwszego miejsca na konkursie szopenowskim w 1955 r. Sala w WDK była przepełniona, a mnie udało się dostać bilet dzięki ojcu Pana Adama, którego znałam. Kiedyś ojciec narzekał, że syn tak dużo gra, że wszyscy czują się zmęczeni. Wtedy powiedziałam mu, ze skoro syn tak dużo pracuje to może wirtuozem zostanie. No i stało się, a on tę moją wypowiedź pamiętał. D z i ę k i u s i l ny m s t a r a n i om poprzednich dyrektorów Filharmonii i obecnej pani dyrektor prof. Marty Wierzbieniec mamy możliwość słuchania wspaniałych utworów muzycznych na orkiestrę, znanych i sławnych solistów. A dzięki bardzo dobrej orkiestrze naszej Filharmonii oglądać znanych i sławnych dyrygentów, którzy chwalą naszą salę koncertową. Nam melomanom w ydaje się jednak, że jedna sala koncertowa dla dużego Rzeszowa to mało. Obiecywano nam ostatnio salę koncertową na 600 czy nawet 800 osób z zapleczem w Millennium Hall, ale chodzą słuchy, że nie będzie. Tam mogłyby odbywać się koncerty muzyki lekkiej jak operetki, musicale czy nawet muzyki rockowej itp. Mamy szkoły muzyczne, instytut muzyczny, z których wychodzą zdolni muzycy, którzy w Rzeszowie mogliby tworzyć zespoły muzyczne zamiast wyjeżdżać. My melomani prosimy o pilne zajęcie się tą sprawą, bo nie wszyscy lubią słuchać tylko muzyki klasycznej, a w Filharmonii nie wypada organizować koncerty muzyki z przytupem. Genowefa Kruczek-Kowalska

Uczestnicy inauguracji roku szkolnego 2011/2012.

Miejska uroczystość inaugurująca nowy rok szkolny 2011/2012 w Rzeszowie odbyła się 1 września br. w Zespole Szkół Elektronicznych przy ulicy Hetmańskiej. Połączona była z otwarciem nowo wybudowanej pełnowymiarowej hali sportowej. W inauguracji wzięli udział: gospodarze miasta na czele z prezydentem Tadeuszem Ferencem, grupa radnych Rady Rzeszowa z jej przewodniczącym

Andrzejem Decem, poseł na Sejm RP Tomasz Kamiński, uczniowie i nauczyciele szkoły z dyrektorem Jerzym Stokłosą, przedstawiciele rodziców i inni goście. Uczestniczył również ks. bp. Kazimierz Górny (z grupą księży), który poświęcił nowy obiekt. Były przemówienia, gratulacje i życzenia. Prezydent T. Ferenc wręczył nagrody trójce nauczycieli: Urszuli Turek, Leszkowi Świerkowi i Zyg-

ś w i ęt o

W rocznicę Bitwy Warszawskiej, 15 sierpnia odbyły się w Rzeszowie uroczystości związane z obchodami Święta Wojska Polskiego. Główną część uroczystości mieszkańcy mogli podziwiać przy pomniku gen Władysława Sikorskiego. Oprócz okolicznościowych wystąpień dowódcy 21. Brygady Strzelców Podhalańskich, gen. bryg, Stanisława Olszańskiego, oraz Małgorzaty Chomicz, wojewody podkarpackiego, wręczono w yróżniającym się oficerom i żołnierzom brygady odznaczenia, w tym i Gwiazdę Afganistanu. Dowódca brygady wręczył również honorowe w yróżnienia przedstawicielom władz i organizacji cywilnych. Europosłanka Elżbie-

muntowi Głowackiemu, wieloletniemu kierownikowi internatu. Na zakończenie młodzież zaprezentowała cząstkę swojego artystycznego dorobku. Były więc śpiewy, skecz i tańce latynoamerykańskie. Hala sportowa prezentuje się imponująco. Kosztowała około 5,5 mln zł, wykonawcą jest firma Firem. W tej szkole uczy się 1 000 uczniów, w tym jedna czwarta po raz pierwszy przekroczyła jej progi 1 września br. Natomiast w mieście Rzeszowie naukę rozpoczęło około 35 tys. uczniów, zaś w przedszkolach opiekę znalazło 5.300 dzieci. Rodzice tylko 14 procent dzieci 6-letnich zdecydowało się na posłanie ich do klasy pierwszej szkoły podstawowej. Nasza Redakcja przyłącza się do bogatej wiązanki życzeń pod adresem nauczycieli, wychowawców i rodziców, a przede wszystkim uczniów. Oby spełniły się! Józef Kanik Fot. Józef Gajda

w o j s k a

ta Łukacijewska przysłała dowództwu i żołnierzom 21 brygady stosowny list okolicznościowy. Po uroczyst y m apelu poległych, salwie honorowej i złożeniu wieńców biorące udział w uroczystości pododdziały: podhalańczyków, policji, straży pożarnej i „Strzelca” przeformowały się i przedefilowały przed oficjelami, dowództwem i licznie zg romadzonymi mieszkańcami, którzy następnie zostali zaproszeni Generał Olszański wręcza wyróżnienia honona poczęstunek żołnierską rowe, od lewej w głębi: Małgorzacie Chomycz, grochówką. Roman Małek Mirosławowi Karapycie, Tadeuszowi Ferencowi Fot. autor i gen. dyw. Fryderykowi Czekajowi.

TANKUJ NAJTANIEJ! Stacja benzynowa ul. Lubelska Stacja benzynowa ul. Trembeckiego


14

ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

dz i e c i ę c a a k a de m i a f u tb olu O d lutego br. d zia ła w Rzeszowie szkółka piłkarska nazywana Dziecięcą Akademią Futbolu . Prowadzą ją trener z y, by l i znani nam piłkarze wywodzący się przeważnie z klubów naszego regionu.

szkolenia w Anglii, Holandii i USA we współpracy z Zakładem Piłki Nożnej AWF Katowice. Z inicjatywą utworzenia Dziecięcej Akademii Futbolu w Rzeszowie wystąpili dwaj znani przed laty piłkarze, a obecnie trenerzy. Waldemar Kłos grał w Resovii i Igloopolu Dębica, natomiast Leszek Rejus to były piłkarz Stali Rzeszów i Izolatora Boguchwała. W prowadzeniu zajęć pomagają im m.in. Zbigniew Maćkowiak, były piłkarz Włókniarza Pabianice, ŁKS Łódź i Resovii oraz Jacek Hus, były piłkarz Stali Rzeszów, reprezentant Polski juniorów. Do Dziecięcej Akademii Futbolu przyjmowane są dzieci w wieku od 4 do 9 lat, które swoją przygodę pi ł k a r s k ą r o z poczynają już – można powiedzieć - w przedszkolu. Główną ideą jest w ykształcenie u tych dzieci nawyku spędzania czasu w ruchu, koorZajęcia 5-latków dy nac ji r ucho wej, panowania nad piłką, umiejętności współpracy w zespole – mówi Waldemar Kłos.

Posiadają oni uprawnienia trenerskie i instruktorskie piłki nożnej. Program szkolenia w DAF opracowany został na podstawie programu stosowanego w Katowickiej Akademii Piłki Nożnej oraz Piłkarsk im Centrum Sz kolen iow y m „Serwis-Rozwój” z w ykorz yst aTurniej – „Powitanie Wakacji” niem systemów

Wszystko co dzieci robią odbywa się w formie gier oraz ćwiczeń ogólno-rozwojowych z technikami piłkarskimi. Waldemar Kłos podkreśla, że organizatorom zajęć w Akademii nie zależy, by wytrenować przyszłe gwiazdy futbolu. Prowadzone zajęcia mają być bazą do ewentualnej kariery w każdej innej dyscyplinie sportowej. Akademia nie stawia na wyczyn. Przyjmowani są wszyscy chętni chłopcy, którzy chcą grać w piłkę. Ma to być dla nich zabawa, która sprawia im dużo przyjemności. Akademia ma wielu sympatyków. Pierwszymi są rodzice dzieci uczestników, którzy na co dzień pomagają trenerom. Akademią zainteresowane są władze miasta R zeszowa oraz Podkarpackiego Zw ią zku Pi ł k i Nożnej. Dali oni temu wyraz, gdy w lipcu br. organizowany był I O t w a r t y Tu rniej Piłki Nożnej d la Dzieci pn. „Powitanie Wakacji”. Dzieci otrzymały od nich pamiątkoMecz 7-latków we dyplomy oraz upominki. Sam prezes PZPN Kazimierz Greń mówi, że jest bardzo zadowolony z utworzenia takiego piłkarskiego przedszkola. Jest pod wrażeniem zaangażowania opiekunów do prowadzenia zajęć oraz podejścia ich do tych dzieciaków.

Podoba mu się, że wzięli się za to poważne przedsięwzięcie ludzie z doświadczeniem piłkarskim, a także trenerskim. Jeśli rodzice chcieliby przenieść swoje dziecko np. do innego klubu, to mogą to zrobić w każdej chwili. Zajęcia odbywają się na boisku orlika przy ulicy Słocińskiej oraz w hali sportowej na Podpromiu. Organizatorzy zakładają, że jeśli będzie dużo chętnych dzieci, wówczas zajęcia mogą odbywać się w porze zimowej też w innym miejscu, np. w sali gimnastycznej w jednej z rzeszowskich szkół. Uczestnicy treningów są ubezpieczeni od następstw nieszczęśliwych wypadków. Posiadają jednolite stroje, koszulki z firmo-

wym logo, spodenki, getry. Przez cały wrzesień trwają zapisy, które można dokonać pod numerami telefonów 664962070 i 601145779. Stanisław Rusznica

Trenerzy z młodymi piłkarzami i prezesem PZPN Kazimierzem Greniem.

KRÓTKO

Straży Miejskiej w Rzeszowie stuknęło 20 lat. W okresie tym przeszła ona długą drogę rozwojową. Rozpoczęła swą działalność w kilkuosobowym składzie, a dziś liczy już 67 funkcjonariuszy, dysponuje siedmioma samochodami i dwoma skuterami, a w każdym osiedlu jest dzielnicowy. Straży Miejskiej przybyło kompetencji, ale też i obowiązków. Pilnuje ona porządku w całym mieście reagując na sygnały o łamaniu prawa, zasad sanitarnych i porządkowych, czuwa nad spokojnym przebiegiem imprez masowych, organizowanych przez miejskie instytucje. Zjednuje to jej coraz lepszą opinię wśród mieszkańców Rzeszowa. *** Przy Szkole Podstawowej nr 15 powstał kolejny w Rzeszowie orlik. Jeszcze we wrześniu dzieci będą mogły korzystać z nowego, wielofunkcyjnego boiska. Jego budowa nieco się opóźniła, gdyż firma, która wygrała przetarg przerwała prace i trzeba było szukać nowego wykonawcy. Musiał on uporać się z dokończeniem budowy boiska piłkarskiego, wjazdu oraz instalacją elektryczną. *** Wiele się działo w rzeszowskich bibliotekach podczas tegorocznych wakacji. Oddział dla Dzieci i Młodzieży WiMBP zorganizował kilka interesujących spotkań dla najmłodych czytelników. Na jednym z nich rozmawiano o zawodzie dziennikarza. Na pytanie: „Jaki powinien być

dziennikarz”, dzieci odpowiadały rezolutnie: dociekliwy, wygadany i powinien szybko pisać. *** W Jasionce niedaleko od lotniska, przy trasie Rzeszów-Lublin, powstaje luksusowy, czterogwiazdkowy hotel. Będzie on dysponował basenem rekreacyjnym z różnymi atrakcjami, saunami i łaźniami parowymi, nowoczesnymi gabinetami zabiegowymi oraz siłownią. Dla gości będą też dostępne znajdujące się w pobliżu korty tenisowe, kryta pływalnia, a nawet stadion piłkarski. Hotel ma zostać otwarty jesienią bieżącego roku. *** Boguchwała wyprzedza Rzeszów pod względem oferowania atrakcji wodnych w swoim ośrodku rekreacyjnym. Jeszcze w tym roku mają tu być zainstalowane kolektory słoneczne, które podgrzewać będą wodę w basenach odkrytych, co pozwoli korzystać z kąpieli nawet w chłodniejsze dni. Dofinansowane to zostanie z funduszy unijnych. Ośrodek wodny w Boguchwale, składający się z dużego basenu pływackiego ze zjeżdżalnią rynnową oraz basenu dla dzieci z mniejszą zjeżdżalnią, otoczony jest zielenią oraz ma dobrze rozwiniętą infrastrukturę. Są czyste przebieralnie i sanitariaty, boisko do piłki plażowej, plac zabaw dla dzieci, bar i kawiarnia oraz duży parking. kal


ECHO RZE­SZO­WA

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

Wieści spod kija

pora obfitości

Wrzesień to wspaniały miesiąc dla wędkarzy. Koniec wakacji, okresu urlopowego sprawia, że nad wodami robi się coraz bardziej pusto i cicho. Dni upalne, jeśli się zdarzają, są mniej uciążliwe niż w pełni lata. Można wreszcie w spokoju oddać się ulubionej formie relaksu – wędkowaniu. We wrześniu większość gatunków ryb żeruje bardzo intensywnie. W wodzie panuje wielkie poruszenie. Wśród roślin wodnych buszują karasie, liny, karpie. W głębszych partiach wody pokarmu szukają leszcze. Ryby wiedzione instynktem, czując zbliżającą się zimę, a zatem ubogą w pokarm porę roku obżerają się na zapas. Miesiąc ten zapowiada dobre połowy. Skorzystajmy więc z okazji i wybierzmy się z wędkami nad wodę. Rybą miesiąca jest leszcz. Najlepszy okres połowu tego gatunku przypada na koniec sierpnia i wrzesień. Rankiem i wieczorem możemy zaobserwować bezgłośne spławianie się leszczy. Gdy zlokalizujemy takie miejsce jesteśmy o krok od sukcesu. Łowisko przed połowem warto zanęcić. Najlepiej robić to przez kilka kolejnych dni o tej samej porze, pamiętając aby ryb nie przekarmić. Nie zjedzona, zalegająca na dnie zanęta może je wręcz odstraszyć. Leszcz jest rybą żerującą w dnie, zatem do jego połowu używamy wędek gruntowych z wszelkimi modyfikacjami. Równie skutecznymi będą: klasyczna gruntówka, przystawka ze spławikiem i bez niego, drgająca szczytówka, a także przepływanka (w rzekach). Na haczyk nakładamy skuteczniejsze o tej porze roku przynęty pochodzenia zwierzęcego: rosówki, czerwone robaki, larwy owadów, mięso małży itp. W miejscach gdzie dno porośnięte jest roślinnością wodną, możemy urządzić zasiadkę na karpia, karasia lub lina. Zestawy wędkowe zarzucamy na skraj łąki podwodnej lub w oczka wolne od strony roślin. Wskazane jest kilkudniowe nęcenie. Metody połowu i przynęty podobne jak przy połowie leszcza. W dni pogodne, bezwietrzne i ciepłe dobre wyniki możemy osiągnąć podając karpiowi przynętę pływającą po powierzchni wody. W rzekach dobrze bierze brzana, certa, kleń, świnka, jelec, jaź i płoć. We wrześniu dużą aktywność wykazuje węgorz oraz sum i choć to ryby ciemnolubne (nocne żerowanie) bywa że polują w ciągu dnia – zwłaszcza przed burzą. Dobrze przez cały dzień bierze okoń. Szczupaki i sandacze uganiają się za drobnicą o świcie i o zmierzchu. W opinii wielu wytrawnych wędkarzy koniec lata i początek jesieni to bardzo dobry okres połowu większości gatunków ryb. Co robić, jeśli zdarzy się, że ryby ignorują nasze przynęty? Pozostaje obserwowanie coraz liczniejszych stad ptactwa wodnego, które gromadzi się nad zbiornikami i nad rzekami przygotowując się do długich i wyczerpujących wędrówek z nadzieją, że na wiosnę do nas powrócą. We wrześniu obowiązuje zakaz łowienia pstrąga potokowego, troci jeziorowej i wędrownej, oraz ryb prawnie chronionych.

POD PARAGRAFEM

PASAŻERKA Z NOŻEM

W holu stacji PKP Rzeszów Główny pojawiła się kobieta z wielkim kuchennym nożem w ręku, którym wymachiwała, nie dopuszczając pasażerów do kas biletowych. Swoim zachowaniem wywołała popłoch wśród znajdujących się w holu ludzi. Scenę tę zauważył na monitoringu dyżurny z posterunku Straży Ochrony Kolei. Natychmiast wysłał tam patrol, ale na widok funkcjonariuszy SOK kobieta rzuciła się do ucieczki. Skierowała się w stronę tunelu, a następnie wybiegła na peron numer 2. Tam sokiści ją osaczyli i odebrali jej nóż. Kobieta nie stawiała oporu, była jednak bardzo zdenerwowana. Sokiści zabrali ją na posterunek i wezwali policję. Zatrzymaną okazała się 27-letnia Renata S. – mieszkanka Rzeszowa. Na pytanie, dlaczego na dworzec kolejowy przyszła z nożem i groziła nim otoczeniu, nie odpowiadała. Policjanci przewieźli ją na przesłuchanie, po czym została skierowana na badania lekarskie.

PROMILE NA DYŻURZE

Anonimowy rozmówca poinformował telefonicznie policję, że w Szpitalu Miejskim w Rzeszowie na oddziale ginekologicznym pacjentkami zajmuje się nietrzeźwy lekarz. Policjanci pojechali do szpitala i zabrali na komendę ginekologa. Badanie alkomatem wykazało, że miał w organizmie około 0,7 promila alkoholu. Policja wszczęła postępowanie sprawdzające, czy lekarz mógł narazić zdrowie i życie pacjentek na niebezpieczeństwo, ale okazało się, że ginekolog cały wieczór spędził w pokoju lekarskim i nie podejmował żadnych czynności medycznych. Pacjentkami zajmowali się dwaj inni dyżurujący lekarze. Z prawnego punktu widzenia, przebywanie w pracy pod wpływem alkoholu to tylko wykroczenie. Bardziej surowo podszedł do tego zdarzenia dyrektor szpitala. Zwolnił on dyscyplinarnie lekarza, mimo że to jeden z najbardziej znanych w Rzeszowie specjalistów, legitymujący się kilkudziesięcioletnim stażem pracy. Pacjentki ceniły sobie jego ogromną wiedzę i doświadczenie. Nigdy też nie było sygnałów, by miał jakieś problemy alkoholowe. - Zapomniałem, że następnego dnia mam dyżur i z okazji pewnego doniosłego wydarzenia wypiłem symboliczną ilość koniaku – wyjaśnił ginekolog.

NIELEGALNIE HANDLOWAŁ

Prawie 120 butelek wódki znaleźli policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą w mieszkaniu 26-letniego mieszkańca Rzeszowa. Sam fakt posiadania tak znacznej ilości alkoholu nie wzbudziłby zapewne ich zainteresowania, choćby nawet wyszedł na jaw, gdyby nie to, że mężczyzna handlował nim za pośrednictwem internetowego portalu ogłoszeniowego. Policjanci postanowili przyjrzeć się bliżej zamieszczonej tam ofercie. Podejrzewali, że ogłoszeniodawca nie ma wymaganej prawem koncesji na obrót alkoholem. Ustalenie jego adresu nie nastręczało większych trudności i pewnego letniego dnia policjanci zjawili się w domu 26-latka. Ich przypuszczenia się potwierdziły: rzeszowianin nie miał pozwolenia na handel alkoholem, zaś przeszukanie domu przyniosło efekt w postaci znalezienia blisko 120 butelek wódki. Alkohol został skonfiskowany, a jego właścicielowi grozi jeszcze wysoka grzywna. kal

SPROSTOWANIE

W „Echu Rzeszowa” z marca 2009 roku, nr 3 (159) na stronie 7, Resoviana Ryszard Wiśniewski, Bożena Sawicka-Wisniewska, Małgorzata Kurnatowska. Wybrane publikacje z lat 1888-1938 na temat wody i wodociągu w Rzeszowie, kontynuacja pracy pt. „Publikacje z lat 1888-1937 na temat wody i wodociągu w Rzeszowie” zawartej w Acta Medica Premisliensis. T.P.N. Przemyśl 1998, 17, 97 i stanowi uzupełnienie wykazu piśmiennictwa w tym zakresie. Ryszard Wiśniewski Janusz Jędrzejek

Zezem na wprost

15

No i znowu będziemy wybierać. Bez wątpienia spośród tych, którzy rwą się ze wszystkich sił do mordęgi wyłącznie dla naszej narodowej szczęśliwości i naszego dobra, nawet dniem i nocą, aż im się z tego trudu plecy pocą. Skończyła się bezpardonowa przepychanka o miejsca na listach, a niektórzy nawet przeżywają istne tortury, aby sezonowo schudnąć, oczywiście, dla dobra wyborców. W dodatku każdy z kandydatów uważa, iż posiadł stosowne do posłowania kompetencje i umiejętności. Przecież wystarczy, że nauki zdobywał jako kapitan kopaczy balona w Juventusie Poraż czy prezes kółka różańcowego w Kozłowicy Cielnej. Widać to co rusz w kampanii wyborczej. Każdy z nich dzieli startującą w wyborczej gonitwie stawkę na ja i ta reszta.

Taki proboszcz we wsi mundur kapłański ma, a więc i powszechne cześć i szacunek. Zwłaszcza przed spowiedzią wielkanocną, chrzcinami, ślubem i pogrzebem. Mundur ma nawet gajowy i do tego strzelbę, a poseł? Kościołowy abcug, jak wszyscy, i może tylko lepszy samochód, ale na pewno nie lepszy od dyrektora Rydzyka. To jest dopiero mundurowa fucha. Na gajowego mógłbym wystartować, ale co w lesie może robić filolog i w dodatku polski? Uczyć poprawnie jelenie ryczeć, dziki chrumkać, a echo prawidłowo odpowiadać? Gdy jeszcze trochę podrosnę, to zorganizuję sobie kampanię wyborczą na komendanta ochotniczych sikawkowych w swojej wsi. Tutaj jest dopiero prawdziwa władza. Mundur jak należy przysługuje, parę medali austriackich po dziadku znajdzie się, a remiza jest prawie tak wielka jak kościół, oczywiście, bez plebanii. No i to najważniejsze. Komendant ma na chodzie prawdziwy samochód, pomalowany na czerwono, aby go z jakąś tam karetką pogotowia i byle policją nie mylić. Może sobie umundurowany usiąść za kierownicą, włączyć całą dyskotekę z kogutami i rżnąć z wyjącą syreną przez wieś z takim fasonem, że na drugą stronę rowu spieprza wszystko co żyje: elektorat, małolaty, sołtys, cała rada sołecka i nierogacizna z rogacizną takoż i drobiem. Żaden pies nie odważy się z budy wychynąć, gdzie siedzi z

Oczywiście, ja obdarzony talentami, a reszta to sami wybitni nieudacznicy, jak mawia pewien właściciel kota. Dlatego dochodzi do takiej zadymy przedwyborczej, że prawi i sprawiedliwi, barankowo łagodni wyznawcy prezesa nawet publicznie drą nie swoje książki. Może za chwilę zaczną palić? To, że według satyryka Drozdy skrót PO należy odczytywać jako Pełniący Obowiązki, bo to do niczego nie zobowiązuje, nie upoważnia do znęcania się nad ich książkami. Ponadto fatalnie kojarzy się. Gdyby oficjalnie deklarowane intencje były prawdziwe, to kandydaci na altruistów staliby w kolejce do wolontariatu PCK, albo Caritasu, a nie do siedzib partyjnych. Przecież rzecz cała sprowadza się do chęci zaznania prawdziwego blichtru i prestiżu władzy oraz zgarnięcia związanych z nią merkantylnych profitów. Dlatego dla osiągnięcia zamierzonego celu ambitni kandydaci są gotowi zrobić i obiecać wszystko. Jeszcze tylko nie słyszałem, że ktoś obiecał wyborcom po szóstce w totku, chociaż kto wie? Są gotowi gładko przełknąć nawet zniewagi. Jeszcze dziś niektórzy trzęsą się ze śmiechu na wspomnienie pewnego zdarzenia z poprzednich wyborów. Otóż, jeden z kandydatów w przeddzień ciszy wyborczej okleił słupy i płoty telegramem „Jan Kolba do Senatu!” (Personalia zmyślone, zdarzenie prawdziwe). W nocy konkurencja zapaprała farbą „Senatu” i dopisała „dupy”. Poranny efekt propagandowy przeszedł najśmielsze oczekiwania. Zapytali mnie w rodzinnych stronach, dlaczego nigdy nie kandydowałem. A niby po co? Nie warto! Gdyby chociaż jakieś mundury dawali i karabiny, to każdy wiedziałby z kim ma do czynienia. A tu nic.

podkulonym ogonem. Kobitki i panny aż popiskują z uciechy. A taki poseł czy wójt zatrąbić może sobie jedynie w lesie, bo teren zabudowany. No i kto tu ważniejszy? Z taką migającą i akustyczną pompą jak komendant mogą pojeździć sobie tylko: prezydent, parlamentarni marszałkowie i premier. Komendanta w dodatku słuchają, nikt opozycyjnie mu nie pyskuje, zwłaszcza jeśli ma on sik, że stodoła mała i tęgą głowę. No i kto we wsi może zorganizować bez specjalnych biurokratycznych podchodów przyzwoitą zabawę z wyszynkiem i nawet towarzyskim mordobiciem? Wyłącznie komendant. Każdy inny ołazi się tyle po biurokratycznych manowcach, że pod koniec zechce mu się wyłącznie kląć, a odechce wszelkiej zabawy. A komendant ma to ustawowo z głowy. Zaś poseł, jeśli będzie chciał zafundować elektoratowi jakiś kinderbal pod chmurką, to musi poprosić komendanta o wsparcie. Sam nie podoła. Zatem skoro takie są realia, to po jaką cholerę miałbym robić z siebie w kampanii wyborczej obwoźną kukłę, która udaje, że wszystko wie i potrafi zgodnie z recepturą zawartą w partyjnej literaturrze science fiction? Ponadto umie rapować, grać na cymbałach, jeździć na kombajnie, doić kozy, malować kanistry w kolorach bułgarskich, budować autostrady oraz drogę do nieba i ludzkiej szczęśliwości, że potrafi z Genowefy Pigwy zrobić Miss Uniwersum, a z Ferdka Kiepskiego Jamesa Bonda albo innego Rambo? To ja już wolę na skróty, do dzielnych fojermanów. A w kampanii znowu będę pękał ze śmiechu słuchając wyssanych z dojka obietnic i podziwiając ladszaftowo-jarmarczną pomysłowość kandydatów. A co zobaczę i usłyszę, to Wam dwornie opiszę. Roman Małek

wyborczy korkociąg

Gust wytrawnych smakoszy

ALKOHOLOWA ALTERNATYWA

Alkoholizm kojarzy się przeważnie z niekontrolowanym piciem wódki. Jakie są tego skutki powszechnie wiadomo. Wytrawni smakosze trunków gustują raczej w winie, którym raczono się już w starożytności, nazywając je napojem bogów. Wino stało się nieodłącznym elementem naszej kultury. Jest obecne w religii, mitologii, baśniach, ludowych podaniach, przekazach historycznych, w sztuce i literaturze. Sam Jezus Chrystus podczas ostatniej wieczerzy zamieniał wodę w wino i dla upamiętnienia tego wydarzenia wino do dziś obecne jest na ołtarzach. Smakoszami wina byli tacy wielcy twórcy, jak Michał Anioł, Alexander Dumas, Honore Balzac, Victor Hugo, Marcel Proust, Charles Baudelaire. Butelkę wina otrzymywał codziennie nawet Napoleon na zesłaniu. Smakowania win nikt nie utożsamia z alkoholizmem. Chodzi oczywiście o wysokojakościowe wina, a nie jakieś tam „sikacze” za parę złotych ze spożywczego sklepu. Prawdziwe wino to sfermentowany sok z winogron z zawartością od 11 do 14 procent alko-

holu. Reszta to woda – do 80 procent, cukier i inne związki. Wytwarza się także wina owocowe i kwiatowe, ale tradycyjnym surowcem do produkcji win są winogrona.

WINIARSKIE TRADYCJE Wiele wskazuje na to, że ludzie zaczęli uprawiać winną latorośl już 8 tysięcy lat p.n.e.. Przekonujące dowody na Tego rodzaju działalność, datowane na 3 tys. lat p.n.e., pochodzą z terenów obecnej Armenii i Gruzji. Wraz z wędrówkami ludów, prawdopodobnie dzięki Etruskom, ta szlachetna roślina trafiła nad basen Morza Śródziemnego i tam pozostała na dobre, po współczesne czasy. Uprawą winnej latorośli i produkcją wina zajmowali się najwcześniej zakonnicy, a z czasem także zamożni szlachcice i prości chłopi. Podróże Kolumba spowodowały, że kultura uprawy winogron i produkcji wina została przetransportowana ze starego kontynentu do Nowego Świata. Dzięki hiszpańskim misjonarzom nauka o uprawie winorośli i produkcji wina została zapoczątkowana w Chile

i Argentynie. Brytyjscy osiedleńcy uprawiali winorośle w Australii i Nowej Zelandii, a Holendrzy zawieźli winogrona do południowej Afryki. Nadal wiele winnic we Francji, Włoszech i Hiszpanii należy do rodzin, które od setek lat kultywują tradycje winiarskie. W Polsce winiarstwo zaczęło się rozwijać znacznie później. Największe postępy w tym za k resie widać w województwie podkarpackim, które posiada dobre warunki do uprawy winorośli, oraz zapalonych winiarzy, którzy zgłębili tajniki uprawy winorośli i przekazują je innym. Dzięki temu wina z Podkarpacia są coraz lepsze, smaczniejsze, swą wysoką jakością zdobywają nagrody na międzynarodowych i krajowych konkursach winiarskich. Liczba gospodarstw posiadających winnice z roku na rok wzrasta. Zrodził się też pomysł utworzenia Podkarpackiego Szlaku Winnic, którego celem jest promocja turystyki winiarskiej. Szlak ten liczy 40 winnic. Tradycyjnie już pod koniec sierpnia odbyły się VI Międzynarodowe Dni Wina w Jaśle. Przez dwa dni na

rynku tego miasta rozbrzmiewały muzyka i śpiew, kosztowano regionalnych potraw, a przede wszystkim degustowano polskie i zagraniczne wina.

POD OCHRONĄ Kto może zostać producentem wina? Każdy, kto posiada winnicę. Trzeba oczywiście spełnić cały szereg wymogów formalnych, które są bardziej lub mniej uciążliwe w zależności od tego czy wino będzie produkowane wyłącznie na własny użytek czy też na sprzedaż. Od 25 czerwca 2011 r. obowiązuje nowa ustawa o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich, obrocie nimi i organizacji rynku wina. Zawarte w niej przepisy dostosowują polskie prawo do regulacji Unii Europejskiej i sprawiają, że teraz jest mniej formalizmu i łatwiej zostać małym producentem wina. Ponadto wprowadzone zmiany sprawiły, że nazwy wyrobów winiarskich są objęte unijną ochroną, jako nazwy pochodzenia. Z kolei dla konsumenta oznacza to lepszą informację o właściwościach wyprodukowanych

napojów. Ustawa przewiduje ponadto, że producent wyrabiający wino z upraw własnych w ilości nieprzekraczającej 100 hektolitrów, nie musi tego rejestrować jako działalności gospodarczej i nie podlega to rozliczaniu w ramach podatku dochodowego od osób fizycznych. Rozwój winiarstwa to nie tylko jedna z form aktywności rolniczej, ale sposób na przeciwstawianie się alkoholizmowi. Chociaż wino też jest napojem alkoholowym to jego spożywanie wiąże się z wyższą kulturą picia. Wina nie pije się po to, aby się upić, ale by delektować się jego aromatem i smakiem. Lampka dobrego wina może być dodatkiem do posiłku lub poczęstunkiem podczas towarzyskiego spotkania. Tak to jest traktowane w wielu zachodnich krajach, gdzie winiarstwo ma długie tradycje. U nas zainteresowanie dobrymi winami się zwiększa, ale nie na tyle, by wzięło górę nad piciem wysokoprocentowych wódek. Warto zmienić te proporcje. Publikacja sponsorowana. Oprac. KAL


16

plon niesiemy, plon

Uczestnicy dożynek w PZD „Małopolanin”. Z końcem sierpnia w Ogrodzie Działkowym „Małopolanin” w Rzeszowie odbyły się tradycyjne dożynk i działkowe. Było wszystko, co powinno charakteryzować dożynki. Z działkowego urodzaju i nieurodzaju upleciono okazały wieniec widoczny na zdjęciu, biesiadowano również przy efektach tegorocznego urodzaju, nad całą imprezą dominował nastrój radosnego zadowolenia z wszelkiego rodzaju działkowego dobrodziejstwa. Ponurakom i malkontentom wstępu zabroniono pod karą publicznej chłosty. Honory dożynkowego starostwa pełnili Ewa i Adam Łosiccy zdobni w stosowne insygnia starostowskie. W rolę dożynkowego zapiewajły udanie wcielił się sam prezes Bole-

za

sław Pazdan, który z właściw ym sobie biglem celebrował oficjałkę oraz wszystkich wiódł po nieprzewidywalnych meandrach biesiadnych rozkoszy. Kogo trzeba uhonorował, łącznie z Anną Ożóg i Eugeniuszem Lesiem, którym przypiął brązowe odznaki „Zasłużonego Działacza PZD”. Spore reklamówki kredkowo-farbkowego dobra przekazał rodzicom małolatów uczestniczących w ogólnopolskim konkursie plastycznym, Cuprysiówny i Ślączkówny-Orzechówny. Było nawet śpiewnie, że starosta nie w lesie… Muszę przyznać, że zbiory latoć mieli dorodne, zdrowe, zróżnicowane i obfite. Modyfikowanych genetycznie nie zauważyłem. Augustyn Jagiełła

wo l n ą

Mieszkanka Rzeszowa oskarżyła taksówkarza o pobicie, choć wcale nie korzystała z taksówki, lecz jechała swoim samochodem. Do incydentu doszło, gdy młoda kobieta z dwójką swoich dzieci jechała do przychodni przy ulicy Warzywnej. Taksówkarza rozsierdziło to, że kierująca fiatem z opóźnieniem ruszyła spod świateł i w ogóle – w jego mniemaniu - jechała ślamazarnie. Z relacji kobiety wynika, że przed skrętem z ulicy Targowej w Naruszewicza zmuszona była zatrzymać się pod światłami. Za nią przystanęła taksówka. Po zmianie świateł kierująca fiatem powoli ruszyła w kierunku kładki na Wisłoku. Za nią podążał taksówkarz ponaglając ją klaksonem. Przed następnymi światłami znowu musiała przystanąć. Wówczas taksówkarz doskoczył do jej samochodu i począł – jak twierdzi kobieta - okładać ją pięściami przez otwartą szybę. W dodatku telefonem komórkowym fotografował ją i dzieci, które się wystraszyły i zaczęły płakać. Po tym zdarzeniu kobieta zgłosiła się do lekarza na obdukcję. - Miałam podbite oko, stłuczenia, otarcia naskórka na

SPORTOWE PUZZLE

euro 2012 w cieniu bandery

Rzeszów w sierpniu stał się stolicą imprezy „Stadion Kultury”, imprezy na wielką skalę. Z estrady ciągle padały zawołania prowadzących „Polska i Ukraina razem”. Robiono wszystko, aby nie odwoływać się do historii. Przypuszczałem, że tak jest na Ukrainie. A tymczasem, niestety, ostatnio nacjonaliści wkroczyli na stadiony piłkarskie i coraz częściej manifestują swoją obecność podczas spotkań ligowych. W kwietniu, podczas meczu drużyny Karpat Lwów z Szachtiarem Donieck, kibice współpracujący z organizacją i portalem www.opir.info rozpostarli na trybunach gigantyczny wizerunek Stepana Bandery, a na barierkach zawiesili napis „Banderstadt”. To proponowana przez radnego Michalczyszyna nowa nazwa dla Lwowa, będąca hołdem dla twórcy UPA. Inny radny Lwowa z poprzedniej kadencji, Rostysław Nowożeniec, próbował już nadać imię Bandery stadionowi, na którym będą rozgrywane mecze Euro 2012. Na szczęście, nie udało mu się przeforsować tego projektu. Partia Swoboda ma swoich zadymiarzy. Oficjalnie nie są członkami partii, organizują się wokół stowarzyszeń, klubów sportowych czy portali internetowych. Zadymiarze banderowscy, niestety, stają się coraz bardziej aktywni i coraz lepiej wyszkoleni. Organizowane są specjalne obozy treningowe dla bojówek nacjonalistycznych. Młodzież z organizacji narodowo-socjalistycznych jest

coraz lepiej zorganizowana. Przejmuje wzorce działania od organizacji nacjonalistycznych i neonazistowkich z Zachodniej Europy. Strzeże swojej tożsamości wymazując twarze z publikowanych w sieci zdjęć, nosząc kominiarki w czasie akcji, zwołują się przez Internet i SMS-ami. O akcjach informuje wklejając wlepki na szybach budynków, w autobusach i tramwajach. Organizacje promują całą subkulturę odnośnie ubioru. Portale młodzieży nacjonalistycznej oferują do sprzedaży koszulki i inne gadżety o tematyce banderowskiej i nacjonalistycznej. To, co jest w tym najsmutniejsze, to młody wiek bojówkarzy. Często są to nieletni, poniżej 15 roku pod przewodnictwem tylko nieco starszych kolegów. Właśnie tacy młodzi ludzie wychodzą dziś na ulice Lwowa, aby uczestniczyć w zadymach. Jedną z form współpracy miast partnerskich jest wymiana młodzieży. Czego się więc będzie uczyć nasza młodzież jadąc do Lwowa? Jak się kominiarkę zakłada? Jaki powinien być zatem nasz stosunek do partii Swoboda i do radnych Rady Miasta Lwowa – naszego miasta partnerskiego? Może najwyższy czas powiedzieć STOP? Czy właściwym jest uwiarygodnianie “nazików” ze Swobody poprzez rozgrywanie wspólnych meczów i organizowanie wspólnych bankietów? Zdzisław Daraż

ja z dę

ramionach i rękach – skarżyła się. Oczywiście nie obeszło się bez policyjnej interwencji. Taksówkarz przedstawił swoją wersję wydarzenia: - Pod światłami na Targowej – relacjonował - ta dziewczyna rozmawiała przez telefon. Nawet, gdy światło zmieniło się na zielone, nie ruszyła tylko rozmawiała dalej. Lekko zatrąbiłem raz, drugi i trzeci. Ruszyła dopiero na pomarańczowym świetle, ale już na skrzyżowaniu ostro zahamowała, potem jeszcze raz. O mało nie wpadłem na jej samochód, dlatego pod następnymi światłami postanowiłem z nią porozmawiać. Usłyszałem jednak pod swoim adresem przekleństwa, a gdy sięgnąłem przez uchylone okno po kluczyk w stacyjce, żeby nie odjechała, rzuciła się do mnie z pazurami. Kobieta złożyła na policji pisemną skargę na taksówkarza, ale jej sprawa została zakwalifikowana jako przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego i w takim trybie skierowano ją do Sądu Rejonowego. Poskarżyła się też w korporacji taksówkowej, stąd jednak otrzymała odpowiedź, że na ewentualne wnioski przyjdzie czas po rozstrzygnięciu sądowym. kal

Bociany szykują się do odlotowego wyjazdu do ciepłych krajów razem ze swoją gniazdową chałupą. Pewnie wkrótce i dzieci będą rozwozić, a nie przynosić.

MĄDROŚCI Demokracja to najgorszy z możliwych systemów, ale nic lepszego nie wymyślono. W. Churchill Musi być coś chorego w państwie, jeśli dla stwierdzenia prostego faktu trzeba odrzeć obywatela z szacunku. H. Martenka Biedny, kto gwiazd nie widzi bez uderzenia w zęby. S. J. Lec Żona to kobieta, która nas całuje, gdy wracamy z pracy, aby przekonać się czy byliśmy na piwie. J. Stelina Ktoś powiedział, że kochanie się jest teraz nieomal tak trudne technicznie jak pilotowanie helikoptera. Tymczasem pilotowanie helikoptera jest łatwiejsze, bo drążek sterowania nie wiotczeje w najmniej spodziewanym momencie. G. Masterton W polityce zagranicznej wieczność trwa najwyżej dwa lata. E. Faure Młodość nie jest stanem, jest wartością dodaną do wszystkiego innego. A starość jest odjęciem tej wartości od wszystkiego innego. Z. Nałkowska Zebrał Rom

czasopismo mieszkańców.

ECHO RZE­SZO­WA

Rozmaitości

Nr 9 (189) rok XVI wrzesień 2011 r.

KRZYŻÓWKA 1

2

3

4

5

6

7 8 9 10 11

12

13

14 15 16 Poziomo: 3/ brzęczy i wzywa na lekcje, 7/ miododajne krzewinki wrześniowe, 8/ płynie przez Przybyszówkę i Baranówkę, 9/ drąg, ster wozu drabiniastego, 10/ krzewienie wykształcenia i kultury (kojarzone z kagańcem), 11/ trzecie przy Szopena, obchodzi stulecie, 14/ może być boska, czynna, słowna, 15/ kraje wschodnie, 16/ opaska na głowę z pereł lub brylantów, ozdoba i oznaka władzy. Pionowo: 1/ wrzaski dzieci na przerwie, 2/ wiersze, np. Mickiewicza, 3/ ma go magister, lekarz, technik i zwycięzca zawodów, 4/ zgiełk, gwar, harmider w szkole, w mieście, 5/ duży ssak morski, dostarcza mięsa i tranu, 6/ ziomek, rodak, 11/ imię Lisa-Kuli, 12/ skojarz z bykiem, areną i Hiszpanią, 13/ zdobywanie wiedzy kojarzone z Marcinem. Rozwiązania prosimy nadsyłać na kartkach pocztowych pod adresem redakcji. Z tej krzyżówki wystarczy podać hasła zawierające literę U. Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z poprzedniego numeru nagrodę otrzymuje Maria Kozłowska z Rzeszowa. Emilian Chyła

Wydawca: TOWARZYSTWO PRZYJACIÓŁ RZESZOWA. Redaktor naczelny: Zdzisław Daraż. Redagują: Józef Gajda, Józef Kanik, Bogusław Kotula, Kazimierz Lesiecki, Roman Małek, Stanisław Rusznica, Ryszard Zator­ski. Adres redakcji: 35-061 Rzeszów, ul. Słoneczna 2. Tel. 017 853 44 46, fax: 017 862 20 55. Redakcja wydania: Roman Małek. Przygotowanie do druku: Cyfrodruk Rzeszów, druk: Geokart-International Sp. z o.o. Redakcja nie od­po­wia­da za treść ogło­szeń i nie zwraca materiałów nieza­mó­wio­nych. Zastrzega sobie prawo skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich tytułów. email: redakcja@echo.erzeszow.pl, strona in­ter­ne­to­wa www.echo.erzeszow.pl ISSN – 1426-0190


Echo Rzeszowa