Page 1


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym E-ksiazka24.pl.


UGANDA Jak siÄ™ masz, muzungu?


Sto pięćdziesiąt lat temu na tereny dzisiejszej Ugandy zawędrował pierwszy biały człowiek. Był nim John Hanning Speke, odkrywca źródeł Nilu, wielki marzyciel i podróżnik. Wkrótce po tym fakcie, po powrocie do Anglii, strzelił sobie w serce z broni myśliwskiej. W chwili śmierci miał trzydzieści siedem lat. Szanuję jego desperację.


Michał Kruszona

UGANDA

Jak się masz, muzungu?


Copyright © by Michał Kruszona, 2011 All rights reserved

Redakcja Jan Grzegorczyk Paulina Tomczyk Projekt graficzny okładki Dymitr Miłowanow Zdjęcia Michał Kruszona Design & layout Dymitr Miłowanow

Wydanie I

ISBN 978-83-7506-839-9

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl


Przed podróżą


N

o i zabrali nam kolejnych parę milionów złotych. Należałoby się od tych lujów odseparować! – Takimi lub podobnymi słowy określał przed wielu laty świąteczny niedostatek mój wuj. Przynależał do poznańskiego „towarzystwa”, tego starej daty. Nie trafiało się tam w żadnym razie dzięki majątkowemu cenzusowi. Mimo że jako ekonomista był członkiem władz miasta, i to jeszcze w czasach Władysława Gomułki, nie lubił ówczesnego pierwszego sekretarza. Aby dać temu wyraz, niby z zemsty, nigdy nie mówił o nim „Wiesław”. Zresztą ten konspiracyjny pseudonim był zarezerwowany dla partyjnych towarzyszy Władysława Gomułki. Szczególnie niestosownie, ale dosadnie, brzmiały epitety odnoszące się nie do pojedynczych mieszkańców Warszawy, lecz do całych stołecznych zbiorowości. Jeśli chodziło o konkretną osobę, z reguły dodatkowo wymieniał ją przy tym z imienia lub nazwiska; najczęściej bywali to ministrowie, członkowie biur politycznych, a także przywódcy państwa. Nasłuchałem się podobnie kategorycznych stwierdzeń w rodzinnym domu, kiedy wielkopolska duża rodzina zjeżdżała się do swego gniazda w Szamotułach, nieco ponad trzydzieści kilometrów

11


Uganda. Jak się masz, muzungu? od Poznania. Owa wroga Warszawa miała dla mnie wówczas w sobie coś pociągającego, ale już wtedy wiedziałem, że to miejsce nie dla mnie. Nauki, jakie pobierałem od dorosłych, nakazywały mi tkwić na posterunku i z perspektywy wielkopolskiej prowincji udowadniać, w miarę możliwości, mieszkańcom stolicy własne przewagi; wytykać pazerność, walkę o stołki, zdrady przyjaciół, i z satysfakcją spoglądać przy tym, jak skrycie nas podziwiają. Nas – Poznaniaków. To przecież, jak mi wmawiano przez lata przy świątecznych stołach, my ich utrzymujemy. Dzięki nam mogą pleść banialuki w telewizji, a były to czasy, kiedy Wicherek nie potrafił przewidzieć nawet przybliżonej pogody na najbliższe dwadzieścia cztery godziny. Po ich, a jakże, przecież nie naszym, przegranym wojennym powstaniu nie mogliby się pozbierać, gdyby nie pomoc z Wielkopolski. Pomoc dana honorowo, ze współczuciem, ale jakimś takim pańskim, jak gdyby dla pobitego z powodu miłosnego zawodu parobka. – Głupiś, trzeba ci się było bić? – mawiał w takich razach pan do kmiecia. Podobny punkt widzenia obecny był jeszcze niedawno w wielu rodzinach zamieszkujących Poznań i jego okolice. Szanowało się ludzi, którzy wyjeżdżali do pracy za granicę. W niczym nie przeszkadzało robienie karier w miastach zachodniej Europy czy Ameryki. Tylko migracja do Warszawy wzbudzała odruch politowania. To jakby chęć samowolnego zesłania w gorszą rzeczywistość, dla kariery lub pieniędzy. Odpuszczenie można było osiągnąć, publicznie deklarując w Warszawie niechęć do nowego miejsca zamieszkania. Inaczej wyglądała pozycja starannie ubranych mężczyzn i kobiet codziennie wsiadających, między szóstą a siódmą rano, do ekspresowego pociągu „Lech” z Poznania do Warszawy. Oni jechali do stolicy załatwiać interesy

12


Przed podróżą jako poznańska klasa średnia. Inżynierowie, lekarze, prawnicy jechali, załatwiali, co chcieli, utyskując przy okazji na styl pracy warszawskich, często ministerialnych, urzędników, i wracali. Zawsze z tarczą. Nie wolno było się przyznać do porażki w stolicy. Poznańscy perfekcyjnie przygotowani profesjonaliści musieli w doskonały sposób wykazywać swoje kompetencje, aby później móc opowiadać o załatwionych w Warszawie sprawach. Przypominało to turniejowe zmagania, było niczym gra. Nowi warszawiacy dawali sobie wzajemne alibi. Wśród podobnych sobie ludzi, często pracując na ministerialnych stanowiskach, nie odczuwali wobec siebie kompleksów. Szukali, planując modne wakacyjne podróże, Peru na mapie Afryki. Bogota kojarzyła się im z… w zasadzie z niczym konkretnym. Za to Gruzja okazjonalnie z telewizyjnymi wiadomościami. Szczęśliwi byli, że gruzińskie obrazki oglądają na ekranach telewizorów, nie musząc wdychać kurzu i zapachu potu, ani żadnego innego. Relacje z ostatniej tamtejszej wojny mieszały się w ich głowach z fragmentami ulubionych hollywoodzkich filmów. Nazywanie Ormian Armeńczykami dawno już przestało dziwić. Podobnie jak stwierdzenie, że Finlandię zamieszkują Finlandczycy, a nie na przykład Finowie. Prowincja takich gaf nie wybacza. Na szczęście, nie do końca wierzy się przekazom ze stołecznego miasta. W końcu wiemy, kto produkuje emitowane programy, kim są niektóre z osób piszących prasowe artykuły. Niejednego z nich poznaliśmy osobiście, zanim wyjechał do stolicy. Dlatego wolę sam wsiąść do samochodu i pojechać sprawdzić, czy aby z Gruzji pokazują nam prawdę. Po tak odbytej podróży na Kaukaz, w czasach wojny, utwierdziłem się w przekonaniu, że nijakiej prawdy pokazywać nam nie chcą. Dlatego powziąłem decyzję o ostatecznym rozbracie z telewizją. Skądś

13


Uganda. Jak się masz, muzungu? jednak trzeba czerpać informacje, znalazłem zatem alternatywne źródła, choć ponad wszystko postanowiłem oglądać interesującą mnie rzeczywistość osobiście. Zadzwonił telefon, zły, że muszę oderwać się od pisania, sięgnąłem po komórkę. Usłyszałem głos Roberta. Następnego dnia spotkałem się z Anią i opowiedziałem jej o odbytej rozmowie telefonicznej. –  Kim jest Robert? – zapytała. Ania była dla mnie bardzo ważną osobą, starałem się ją wtajemniczać we wszystko. –  Nie znasz go. Kolega jeszcze ze studiów – odpowiedziałem, uzmysławiając sobie, jak bardzo długo go nie widziałem. Robert telefonował ze Szczecina, kiedyś nie uwierzył w opowieści o San Francisco, postanawiając osobiście sprawdzić, jak naprawdę wygląda życie w mekce hipisów i niezależnej kultury. Słuchał koncertowej muzyki w salach pamiętających występy Jimiego Hendrixa. Pojechał tam i aby uczynić swoje spostrzeżenia bardziej wiarygodnymi, pozostał w tym kalifornijskim mieście dwanaście lat. Po latach wrócił do rodzinnego Szczecina. Mimo upływu czasu nie opuszczał go lęk, że bilet do wojska, jaki otrzymał tuż przed wyjazdem, nie stracił jeszcze ważności. Bilet na szczęście był już przeterminowany, o Robercie w Ministerstwie Obrony Narodowej zdążyli zapomnieć. Wychowany w czasach komuny był on jednak dostatecznie zarażony sceptycyzmem. Nie chce mi się liczyć, ilu kolejnych ministrów przechytrzył. W telefonie usłyszałem jego głos proponujący mi wyjazd do Afryki. Był rok 2009, dzień wcześniej czytałem artykuł napisany z okazji trzydziestej rocznicy obalenia dyktatury Idiego Amina. Postać dyktatora znałem z relacji Kapuścińskiego. Wierzyłem jego relacjom, ale Kapuściński przebywał w Ugandzie kilkadziesiąt lat temu. Tam też, podobnie jak w Polsce,

14


Przed podróżą zmieniali się w tym czasie dowódcy i ministrowie. Zmienił się też, po wspomnianej rozmowie telefonicznej, temat kolejnej, dopiero co planowanej książki. Nie będę pisał o Warszawie, zastąpi ją Uganda! –  I co? Pojedziesz do Afryki? – Ania tym razem zapytała na wpół retorycznie, trochę mnie już znała i wiedziała, jakiej może spodziewać się odpowiedzi. –  Oczywiście, pojadę, jeśli celem będzie jej serce – Uganda. Ominiemy bokiem biura podróży, do czerwca pozostały dwa miesiące, zbierzemy niezbędne informacje i w drogę. W przeciwieństwie do części uciekinierów mieszkających w Warszawie jesteśmy z Robertem wystarczająco oczytani. Sam pamiętam z lekcji geografii, jeszcze ze szkoły podstawowej, nie tylko państwa, z którymi graniczyła Polska w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, ale nawet długości poszczególnych granic i morskiej linii brzegowej. Dziś żadne z tych państw już nie istnieje. Czechosłowacja – długość granicy z Polską 1337 kilometrów – rozpadła się na Czechy i Słowację. Związek Radziecki – długość granicy 1244 kilometry – rozpadł się, dając na swoich zachodnich rubieżach początek Federacji Rosyjskiej, niepodległym Litwie, Białorusi i Ukrainie. Niemiecka Republika Demokratyczna – długość granicy 467 kilometrów – została wchłonięta przez większe państwo niemieckie, które w swojej nazwie nie miało przymiotnika „demokratyczne”, choć było bardziej demokratyczne od tego zwanego demokratycznym. Pozostała morska linia brzegowa, niezmiennie licząca 528 kilometrów. Wywołany do telefonu przez Roberta, już w trakcie rozmowy bez trudu umiejscowiłem w myślach Ugandę nad Jeziorem Wiktorii. Starałem się wygrzebać z pamięci graniczące z nią państwa: Sudan, Kenia, Kongo. Do nich trzeba było jeszcze dodać Tanzanię i Rwandę, ale tego

15


Uganda. Jak siÄ™ masz, muzungu?

16


Przed podróżą

17


Uganda. Jak się masz, muzungu? dowiedziałem się, pomagając sobie atlasem. Skoro już wiedziałem, dokąd mamy jechać, tym bardziej świadomie potwierdziłem gotowość wyjazdu. Braki w znajomości geografii potrafią być bardzo niebezpieczne, oczywiście aby tego doświadczyć, nie trzeba wyjeżdżać do Ugandy. Przypomniała mi się historia spotkania z pewnym Gruzinem. We wrześniu 2008 roku, na stacji benzynowej w okolicach Silkeborga, w jutlandzkiej części Danii, spotkałem całkowicie załamanego człowieka. Mówił w jakimś trudnym do zrozumienia języku, poszukiwał mapy tej części Europy, w której się znalazł. Mnie, przybyszowi ze Wschodu, nietrudno było się domyślić, że przyjechał z któregoś z krajów byłego ZSRR. Była noc, padał chłodny deszcz przywiany znad Morza Północnego. Podszedłem do niego, zagadnąwszy po rosyjsku. Radość, jaką wzbudziły w jego oczach słowa wypowiadane w języku wrogów jego ojczyzny, była ogromna. Wszak wychowany w Związku Radzieckim doskonale władał rosyjskim, znał rosyjską kulturę, trochę ją nawet podziwiał, teraz uczył się jej nienawidzić. Jego rodacy Stalin i Beria nie wnieśli do niej zbyt wiele, ale już Boris Akunin czy Bułat Okudżawa potrafili przydać jej splendoru, no i jeszcze Katie Melua, pewnie miał jej trochę za złe, że gwiazdą piosenki stała się jako Brytyjka. Minął niecały miesiąc od dnia, kiedy w jego kraju wybuchła wojna. Wyjechał. Trafił do Niemiec, stamtąd do Danii. Głodował. Postanowił wrócić za wszelką cenę. Był w takim stanie, że nie wiedział, w jakim kierunku podróżować. Pozostawiony samemu sobie, równie dobrze mógł trafić do Francji czy Hiszpanii. Tymczasem powinien jechać na południowy wschód. Bał się jednak panicznie, że trafi do Rosji. Nie ufał żadnym służbom, bojąc się deportacji do ojczyzny przez

18


Przed podróżą rosyjskie terytorium, co według niego równałoby się osadzeniu w tamtejszym areszcie i powolnemu umieraniu w całkowitym zapomnieniu. Nikt nie wiedziałby, gdzie się znajduje, nikt też by go tam nie szukał. Umarłby za życia. W sumie co za różnica, czy stałoby się to w Rosji, w Danii czy w Ugandzie. Potrzebował mapy. W zamian za nią, kawę i rozmowę dostałem jego adres. Miesiąc później szczęśliwie spotkaliśmy się w Gori, ale to już zupełnie inna historia, której tłem były knajpki z gruzińskim winem i spalone wioski osetyjskiego pogranicza. Mimo dojmującej biedy do wina zajadaliśmy rosyjski kawior astrachański, i jasne było dla nas, że Astrachań to nie gatunek ryby, jak sądzi wielu jego amatorów. Po  telefonicznej rozmowie z  Robertem niemal każdej nocy śnił mi się biegnący Murzyn. Nie biegł przez sawannę, lecz na bieżni lekkoatletycznego stadionu. To ostatnio bardzo naturalna sceneria dla biegających Murzynów, ale w czasach kiedy biegał on, jeszcze do końca taka nie była. Murzyni biegają bardzo szybko, w niektórych konkurencjach w finałowych biegach startują już wyłącznie czarnoskórzy sportowcy. Ten, który mi się przyśnił, biegł na czerwonej tartanowej bieżni, skacząc raz po raz przez płotki. Był nim John Akii-Bua, czarny lekkoatleta pokonał, wówczas niespodziewanie, wszystkich faworytów w biegu na czterysta metrów przez płotki. Było to bardzo dawno, na olimpiadzie w Monachium. Biegnąc na pierwszym torze, jako pierwszy człowiek przebiegł ten dystans poniżej czterdziestu ośmiu sekund, bijąc przy okazji rekord świata. Tylko czy był on Ugandyjczykiem? Skoro mi się przyśnił właśnie teraz, to chyba tak? Sprawdziłem. Był. Do tego był policjantem w czasach reżimu Idiego Amina.

19


Uganda. Jak się masz, muzungu? Tymczasem Robert przesyłał mi ciekawostki dotyczące celu naszej podróży. Brzmiały one mniej więcej tak: trzeba poznać kraj, który wydał tak nietuzinkowych bohaterów, jak opisana poniżej Alice Auma. Tym samym rozbudzał moją ciekawość. „Naturalne, lecz słabnące zainteresowanie kobietami – pisał w mejlu Robert – skłoniło mnie do głębszego zbadania mistycznej i wpływowej postaci Ugandy, niejakiej Alice Auma. Żyła w latach 1956–2007, pochodziła z plemienia Acholi zamieszkującego północną Ugandę, w regionach Gulu, Kitgum, Pader. Alice posiadła kontakt z duchem zmarłego oficera armii włoskiej. Lakwena, w języku Acholi oznacza posłańca – otóż ów duch, czy może posłaniec, posiadł ją, zawładnąwszy ciałem i umysłem. Wcześniej dwa bezdzietne małżeństwa skłoniły ją do opuszczenia rodzinnego miasta i przejścia na katolicyzm. Ostatecznie przestała mówić i słyszeć. Ten etap swojego życia tłumaczyła po czasie olbrzymim wpływem Lakweny – ducha. Ojciec zabrał ją do dwunastu czarownic, ale te w niczym nie pomogły. Udała się więc nad Nil do Paraa, skąd po czterdziestu dniach powróciła do swoich rodaków już jako medium. Pracowała sumiennie w mieście Gulu, uzdrawiając, przepowiadając przyszłość i generalnie uprawiając czary. Wydarzenia wojenne skłoniły Lakwenę, szóstego sierpnia 1986 roku, do zmiany rozkładu zajęć swojego medium – Alice. W czasie wojennym miała się ona zająć bardziej poważnymi sprawami, mianowicie stanęła na czele Ruchu Ducha Świętego, walczącego ze złem i z niepotrzebnym przelewem krwi. Ruch zaadaptował na swoje potrzeby piękne przypowieści związane z Alice i Lakweną zwane odtąd «Opowieściami z Paraa». Alice przewodziła ruchowi duchowo w zwycięskich potyczkach, jednak po kilku przegranych bitwach oskarżano ją o czary. Bojownicy

20


Z aparatem fotograficznym należy pracować ostrożnie, z szacunkiem dla fotografowanych ludzi. Wzbudzał zaciekawienie i radość, ale także niechęć i strach.


Afryka; jej przestrzeń, klimat, zapach, wszystko to razem sprawiało, że miewaliśmy podświadome wrażenie powrotu do praojczyzny.


Przed podróżą ruchu dotarli niemal do samej Kampali, ale ostatecznie ugięli się pod ostrzałem rządowej artylerii. Alice Auma zmarła na emigracji w Kenii, twierdząc, że duch Lakwena ostatecznie ją opuścił. W 2004 roku zamieszana była w uprowadzenie dziecka z ugandyjskiego Gulu do obozu uchodźców w Kenii. W tym samym roku ogłosiła, że odkryła lek na AIDS. Wkrótce po tej deklaracji zmarła, po tygodniowych boleściach, na nieznaną chorobę”. W tym miejscu relacja Roberta się kończyła, co w związku ze śmiercią bohaterki nie było niczym nadzwyczajnym, w przeciwieństwie do drogi życiowej opisywanej kobiety. Na arenie działań pozostał Joseph Kony. W pewnym sensie sukcesor Alice. Od lat niezmiennie terroryzuje on pogranicze ugandyjsko-sudańsko-kongijskie. Drogę do piekła usianą trupami i ludzkim nieszczęściem rozpoczął w 1989 roku. Joseph Kony i jego Armia Bożego Oporu pustoszyły północną Ugandę. Armia tak naprawdę była partyzantką. Nie posiadała w zasadzie spójnego programu, jej ideologię stanowiła mieszanina wierzeń chrześcijańskich i starych afrykańskich animistycznych kultów. Sam Kony pełni w niej bardziej funkcję proroka niż przywódcy politycznego. Jego żądania ograniczają się dotąd do pragnienia ustanowienia w Ugandzie rządu kierującego się Dziesięcioma Przykazaniami Bożymi. Jego walka wymierzona w prezydenta Museveniego prowadzona jest pod znakiem masowych zbrodni na miejscowej ludności. W wyniku dotychczasowych działań zbrojnych zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, a około dwóch milionów innych musiało uciekać ze swych domów. Cechą działalności Armii Bożego Oporu jest masowe wykorzystywanie dzieci żołnierzy. Przymusem wcielane w szeregi partyzantki stanowią około osiemdziesięciu procent jej stanu bojowego. Ta

23


Uganda. Jak się masz, muzungu? psychopatyczna armia prowadzi swoje działania nie tylko na terenie Ugandy, ale również w południowym Sudanie, Republice Środkowoafrykańskiej i w północnych rejonach Konga. Dysponuje wieloma bazami szkoleniowymi i kryjówkami. W sierpniu 2006 roku strony konfliktu rozpoczęły negocjacje nad ostatecznym porozumieniem pokojowym. Uroczyste podpisanie układu pomiędzy przedstawicielami rządu a rebeliantami miało się odbyć, po wielomiesięcznych trudnych rozmowach, w sudańskim mieście Dżuba. Joseph Kony nie pojawił się na uroczystości mimo wcześniejszych zapowiedzi jego wysłanników. Głównym punktem spornym cały czas pozostaje wystawiony przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości nakaz aresztowania Kony’ego. Rebeliancki przywódca wielokrotnie powtarzał, że nie zgadza się na zawarcie porozumienia, dopóki Międzynarodowy Trybunał w Hadze nie wycofa wystawionego za nim nakazu aresztowania. Pomyśleliśmy z Robertem, że spotkanie na swojej drodze takiego człowieka nie pozostałoby bez wpływu na nasze dalsze życie, oczywiście jeśli trwałoby ono nadal. W 1946 roku urodził się jeden z przywódców Armii Bożego Oporu – Vincent Otti. Zmarł on prawdopodobnie w listopadzie 2007 roku. Zdążył udzielić wywiadu. Zapytany o polityczną wizję idealnego rządu odpowiedział: „Armia Bożego Oporu jest nie tylko nazwą ruchu, walczymy w imieniu Boga. Bóg pomaga nam w buszu. Dlatego też przybraliśmy taką nazwę. Ludzie zawsze pytają nas: czy naprawdę walczycie o biblijne Dziesięć Przykazań? Odpowiadam im: to prawda, bo Dziesięć Przykazań jest konstytucją, którą Bóg nadał ludziom na świecie. Wszystkim ludziom. Jeżeli zajrzysz do konstytucji, to nigdzie nie ma tam akceptacji dla ludzi, którzy kradną, nie ma akceptacji dla kogoś,

24


Maczeta w Afryce równikowej jest narzędziem tyleż pożytecznym, ile złym. Pracuje się nią, ale i zabija.


Uganda. Jak się masz, muzungu? kto kradnie czyjąś żonę, nikt nie akceptuje mordercy niewinnie zabitego. Dziesięć przykazań zawiera to wszystko”. Kiedy Idi Amin uciekał z Ugandy pod naporem wojsk tanzańskich, Vincent Otti miał trzydzieści trzy lata. Dokładnie dziesięć lat po tym fakcie, już jako czterdziestotrzyletni mężczyzna, rozpoczął „misję” w bożej armii. Po latach rządów tyrana stał się jednym z przywódców religijno-mistycznej partyzantki. Uwierzył w misję, jaką wspólnie z Konym mieli do spełnienia w Ugandzie i całej Afryce równikowej. Jego bunt wynikał z tego, że nasłuchał się niejednej historii o Idim Aminie. Po wygnaniu opowiadano ich setki, jeśli nie tysiące, większość podobnych do tej, którą teraz przytoczę. Pewnego razu, podczas obiadu, jeden z ministrów opowiadał o holenderskiej rasie krów. Amin zainteresował się tematem i zorganizował kupno trzystu sztuk, tak zwanych „Nusubulaya”. Wysłał ministra rolnictwa na zakupy. Minister zadzwonił do swego przywódcy z Europy, aby wyjaśnić kwestie transportu zakupionego bydła. W końcu Uganda przetransferowała pieniądze na zakup… samolotów. Tak to dzięki transportowi krów powstała ugandyjska flota powietrzna. Zakupione samoloty stały się pionierskimi maszynami cywilnego lotnictwa w Ugandzie. Kilka lat później Idi Amin uciekł do Arabii Saudyjskiej. Nie tak łatwo się tam osiedlić. Trzeba sobie wcześniej zasłużyć na gościnę szacownej, łaskawie panującej z woli Allacha rodziny królewskiej. Propagowanie islamu w Ugandzie, o co starał się w trakcie swych niedługich rządów Idi Amin, mogło okazać się niewystarczające. Co innego wsparcie dla antyizraelskiej akcji Grupy Baader-Meinhof. Słynne porwanie samolotu Air France wymierzone było nie w Żydów, a w państwo Izrael. Jakże to ważny eufemizm z punktu widzenia ideologicznej poprawności.

26


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym E-ksiazka24.pl.

Uganda - Michał Kruszona  

Michał Kruszona (ur. w 1964 r. w Poznaniu), historyk kultury, muzeolog, okazjonalnie dziennikarz, od lat związany zawodowo z Muzeum Zamek Gó...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you