Issuu on Google+


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Zośka Papużanka

Szopka Fragment


W serii nowa proza polska ukazały się:

Sylwia Chutnik Dzidzia Mariusz Cieślik Święto wniebowzięcia Piotr Czerwiński Międzynaród Pokalanie Janusz Głowacki Good night, Dżerzi Z głowy Manuela Gretkowska Agent Kobieta i mężczyźni


4/23

Miłość po polsku Henryk Grynberg Uchodźcy Inga Iwasiów Bambino Ku słońcu Smaki i dotyki Aleksander Kaczorowski Praskie łowy Michał Komar Wtajemniczenia Mariusz Maślanka Bidul Jerzy Pilch Marsz Polonia Miasto utrapienia Moje pierwsze samobójstwo Edward Redliński Telefrenia Eustachy Rylski Człowiek w cieniu Na Grobli Warunek Wyspa Juliusz Strachota


5/23

Oprócz marzeń warto mieć papierosy Bronisław Wildstein Mistrz Michał Witkowski Drwal Lubiewo bez cenzury Piotr Wojciechowski Doczekaj nowiu Serce do gry Piotr Zaremba Romans licealny Rafał Ziemkiewicz Ciało obce Żywina


Szopka

Zawsze tak samo. Zagubione dzieci w lesie, stara śpiewka. Niczego nie da się zrobić. Choćbyśmy chcieli zmylić instynkt, pójdziemy udeptanymi ścieżkami. Czas utracony, który niczego nie ocali. Choćbyśmy chcieli zapamiętać jakąś chwilę, i tak zawsze się okazuje, że to nie było tak, że nie wiadomo, kto to zrobił, kto powiedział, że zostają nam tylko jakieś strzępy, brudy na talerzach, nienależące do nikogo. I nigdy nie będzie jasne, kto jest narratorem, kto postacią, kto tłem, kto bohaterem, czyje są słowa, które się piszą. Tylko kto przegra, kto przegra, to zawsze wiadomo od początku. Nie można było znaleźć powodu dla tego małżeństwa. Żadnego. Racjonalnego ani irracjonalnego. Żadne uczucia, na pewno. Żadna sytuacja, zbieg okoliczności, nawet pieniądze żadne. Ani się lubili, ani do siebie pasowali. Nikt nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego się z nią ożenił. A ona już jednego męża miała. Co prawda w grobie, ale mogła przecież na tym jednym grobie poprzestać. Niewiele o pierwszym mężu było wiadomo; ona sama chętnie wspominała,


7/23

że pięknie śpiewał, mniej chętnie, że chodził na szaber, czyli zachowywał się nielegalnie i utrzymywał ją w ten sposób. Gdy pierwszy mąż, obrósłszy w janosikową legendę, zabrudził sobie jakąś ranę na nodze i umarł, wróciła do domu rodzinnego z jedną walizką, trochę ciągnąc za rękę, trochę niosąc trzyletniego bąka z podrapanymi kolanami. Jej matka westchnęła, otwarła drzwi domu i zajęła się swoimi sprawami, nie spojrzawszy nawet na powracającą córkę marnotrawną, no i proszę, ledwośmy się tego jazgotu pozbyli, już wrócił pomnożony. Córka marnotrawna matką nie przejęła się wcale, posadziła dziecko w kącie, wetknąwszy mu do ręki pajdę chleba, zakasała rękawy i zabrała się do roboty. Niczego od nikogo nie chciała, wszystkim pomagała po trochu, o siebie nie dbając prawie wcale. Jesień zmieniła się w zimę, zima w wiosnę, stare sukienki zaczynały się lekko opinać na brzuchu, dłonie miała zniszczone od prania i pracy w polu. Podpierała się pod boki, rozstawiała szeroko nogi, żeby zasłonić sobą jak najwięcej świata, przechylała nieco głowę, jak kura udająca, że cokolwiek pojmuje. Każdemu zawsze mówiła prawdę, i to od razu, nawet taką, której nie chciał usłyszeć. Że ten za chudy, ten pryszczaty, a ta to nigdy se chłopa nie znajdzie, a już na pewno nie za dnia. Każdy ją szanował. Nikt jej nie lubił. I tego właśnie chciała. Kiedy wybierała z kosza sadzeniaki, pochylała się nad równym zagonem i umieszczała na stabilnym rusztowaniu nóg swój duży, twardy tyłek, wszyscy wiedzieli, że tam właśnie ich ma. No i dlaczego się z nią ożenił? Wdowa z dzieckiem. Wredna. Wiecznie niezadowolona. Chyba zrobiło mu się żal. * Drogi bracie, pisał Bronek, serdecznie Cię pozdrawiam, Kraków jest ogromny, zabytków tyle, jak mam czas, to chodzę i oglądam, już na Wawelu byłem i we Smoczej Jamie. Tutaj wszystko jest


8/23

inaczej. Pracę mam dobrą, w sklepie, na razie mieszkam z kolegą, ale pieniądze odkładam, żeby na swoim wreszcie być. Bo i dziewczynę poznałem, jak na kawie byłem w kawiarni, ona tam za kelnerkę pracuje, ale ze wsi pochodzi i chcemy się pobrać. I tak u mnie, dużo nowości. A Ty się nie zastanawiaj, spakuj, co tam masz, i do mnie przyjeżdżaj, robotę Ci znaleźć pomogę, a na weselu to i kogoś poznasz. Bo ileż to można samemu żyć. Twój kochający brat Bronisław. Drogi bracie, biegła po głowie i po kartce gotowa odpowiedź, już dawno o tym myślałem, matka z kąta w kąt chodzi, krowę musiała sprzedać, bo w domu coraz gorzej. Stasia z mężem jeszcze mieszkają u nas, bo się nie mają gdzie podziać, a na wiosnę będzie trzecie dziecko. Walenty też się będzie żenił i gdzie mają mieszkać, jak nie w domu. Jan za to pełną gębą gospodarz, na hektarach swoich, co mu żona wniosła, siedzi, a za próg nie wpuści. Ja tu nikomu niepotrzebny, jedna łyżka do miski mniej, już się spakowałem. A pieniądze na bilet to mi Jasiek pożyczy, jak obiecam, że nie wrócę. Ledwie wysiadł z pociągu, wepchnięto go jak owcę między wilki, w połowie drogi od wódki do zakąski, w połowie czasu między Bronkiem w nowym garniturze a jego panną młodą o grubych warkoczach i symbolicznym wianku, bo ten prawdziwy tydzień wcześniej Bronek zdobył w stodole, a zawziął się, chociaż go przy tym nieźle siano w dupę kłuło. I usadzono go między panem, wójtem a plebanem na podkrakowskim niepoetycznym weselu, bez Racheli, bez złotych podków, za to wśród samych chochołów. Bronek podlewał brata co chwilę wódką, jak egzotyczną roślinę, ciotki panny młodej dbały o niego, wykorzystując swoje kiełbasianoogórkowe argumenty. Jakiś dziadek, nie wiadomo czyj, za to z całą pewnością stuletni, potężnymi chrapnięciami poruszający obrus, przebudził się nagle, żeby wrzasnąć „Kto powiedział, że ja jestem jeleń?”, po czym znowu zapadł w błogość, podtrzymując dłońmi


9/23

imponujące poroże. Wesoła kuzynka, pijąca przez godzinę na smutno, nagle zebrała się na odwagę i postanowiła publicznie wypowiedzieć całą prawdę o swoim mężu, na co on postanowił publicznie przylać jej w tyłek, po czym publicznie okazało się, że ten tyłek nie zna bielizny. Wszystkie dziewczęta przyglądały się z uwagą bratu pana młodego, przybyłemu z daleka, głośno przedstawionemu, co go bardzo skrępowało. Wszystkie dziewczęta obserwowały ruchy jego szczupłych dłoni, zajętych sernikiem i bigosem, wszystkie dziewczęta, tańczące z innymi, z radością wydobywające spod sterty spódnic i halek grube, pękate kolana, wszystkie dziewczęta, nawet ta, koło której Bronek wskazał bratu miejsce, ta, która śmiała się najgłośniej, tańczyła najczęściej i najwięcej piła, ta, która właśnie przysiadła obok i oparła się o ścianę, jakby chciała wywrócić cały dom, i teraz upinała na głowie rozpleciony kok, ukazując okrągłe plamy potu na białej, haftowanej bluzce, ta, koło której Bronek specjalnie go posadził, specjalnie, bo ileż to można samemu żyć. To brat mój, z Pomorza przyjechał, w Krakowie ze mną pracować będzie, dobry chłopak, ale sam na świecie jak palec, a no to niech się wódki napije, zaraz mu się tu spodoba, już mi się spodobało, a panienka się nie napije ze mną, jaka tam panienka, powiedziały dwa rzędy mocnych zębów, żując różowe, soczyste mięso języka, jaka panienka, pani jestem, wdowa, taka młoda i już wdowa, a tak, zabrzmiało dumnie, nie smutno, wdowa, mąż mnie dwa lata temu odumarł, to i wdowa, ale co tam się przejmować, gówniane życie i tak, jeszcze bym się tym przejmować potrzebowała, wszystkim śmierć jednaka, a pan w Krakowie na długo, chyba na zawsze, proszę pani, chyba na zawsze. Zrobiło mu się żal. Osmarkany pięciolatek, biedactwo, wybiera pisklęta z gniazd i rozdeptuje żaby, niestrudzenie przeprowadzające się przez środek drogi z jednego rowu do drugiego. To dlatego, że się bez ojca chowa. Trzeba go jakoś oswoić, przygarnąć. – Maciusiu! Maciusiuuu! Chodź na chwilę!


10/23

Maciuś rzuca za siebie patyk, profilaktycznie wyciera dłonie o nogawki spodenek, które są tego samego koloru co dłonie, co ziemia dookoła. Wolnym krokiem podchodzi do matki, ale nie z powodu nieśmiałości czy niepewności, tylko dlatego, że już wie, jak przyjemnie jest kazać na siebie czekać. – To jest Maciuś. On bez ojca się chowa. Prawda, Maciusiu, że ty nie masz taty? Maciuś spokojnie liczy drzewa na linii horyzontu. – Chciałbyś mieć tatę, Maciusiu? Tego nie powiedziała mama. O to zapytał ten człowiek. Maciuś powoli przenosi wzrok ze smukłych topoli na smukłego, choć niewysokiego mężczyznę, stojącego przed nim. Chwilę patrzy mu w oczy, a potem liczy raswaczyczterypienć pienć guzików na jego koszuli. Tata. Wszystko jedno. – A będę dostawał lanie? Mężczyzna nie wie, czy wypada się zaśmiać. Pochyla się nad dzieckiem, które widząc wyciągniętą w swoim kierunku rękę, nieznacznie się cofa, tylko tak troszeczkę, ale żeby było wiadomo, o co chodzi. – To wolno bić dzieci, Maciusiu? – Wolno – odpowiada Maciuś zwyczajnie, pakuje ręce do kieszeni i odchodzi. Maciusiowi rosło się znakomicie. W mieście też były koty do maltretowania, cudze drzewa z cudzymi wiśniami i całe mnóstwo kolegów w Maciusiowym wieku, ze stłumionym chichotem akceptujących Maciusiowe pomysły. Uczył się Maciuś dobrze, bo wszystko przychodziło mu łatwo, więc czuł się usprawiedliwiony, że czasem napisał gówno na tablicy albo wywiercił dziurę w szkolnym mieniu w postaci ścianki z dykty, aby sprawdzić, jak sikają dziewczynki. Matka, wzywana do dyrektora dość regularnie, rozpłakiwała się i zrzucała całą winę na swoje ciężkie życie


11/23

i wczesne wdowieństwo, bo chociaż Maciuś ma ojczyma, to jednak ojczym, nie ojciec, a co ojciec, to wiadomo. W domu było bezpiecznie. Maciuś, choćby gołą dupę przez okno wystawił i wykaligrafował sobie na niej „proszę bardzo”, i tak nie zebrałby batów. Po próbie generalnej w gabinecie dyrektora matka odgrywała to samo przedstawienie w domu. Znowu morze łez, utyskiwanie na pierwszego męża, który zanadto się pospieszył z rozwiązywaniem zagadki życia wiecznego, i nadawanie na drugiego, który nie spieszył się wcale. Drugi mąż brał portfel, wzdychał, bezskutecznie poszukując w pamięci sposobu na zdrobnienie imienia swej małżonki, wreszcie wychodził do szkoły, żeby zapłacić za zdewastowane przez Maciusia mienie społeczne. Początkowo przejmował się bardzo i obiecywał sobie szczerze, że zaraz po powrocie weźmie się najpierw za Maciusiowe, zachęcająco odstające uszy, potem za nieszczęsną małżonkę, i jakoś to będzie. Ale nie było. Myślał, że wróci już po przedstawieniu, tymczasem zawsze się okazywało, że kończył się antrakt i wkraczał równo z trzecim dzwonkiem na ostatni akt. Nie można było skończyć bez tragosa. W końcu odkrył, że kiedy wychodzi zapłacić za szkody czy naprawić rozkręcony rower stróża, jest prawie zawsze piękna pogoda, słońce świeci i w ogóle jakoś tak przyjemnie. Maciuś był zły. Zły, że kazano mu wracać. U kuzyna na wsi było kapitalnie, nikt wieczorem nie sprawdzał, czy się ma czyste paznokcie, można było skakać z drzewa na drzewo i zjadać obiad prosto z krzaka. Kuzyn Tadek miał wspaniały pomysł na swoje siedmioletnie życie, a pomysł ten polegał na niestosowaniu się do żadnego z pomysłów dorosłych i łamaniu wszelkich zakazów. Tadek bał się tylko ojca, który wracał z pracy w ubojni świń i śmierdział tak potwornie, że nie dało się do niego zbliżyć. Ojciec wyglądał jak fatalnie ulepiona kula szaroburej plasteliny, był


12/23

ogromny i bezkształtny. Gdy usiadł niewygodnie na fotelu, przypominał sobie, że ma pasek w spodniach, wyciągał go i szukał dlań jakiegoś niestandardowego zastosowania. Najkorzystniej wtedy było już spać albo jeszcze się włóczyć po polach, w pierwszym i drugim przypadku dostawała matka. Ale Tadek wiedział, że gdy ona odpowiednio wcześnie otworzy piwo, a potem szybko drugie, ojciec złagodnieje. Równe chrapanie wydobywające się z kolosalnego, cuchnącego metronomu jego ciała, stworzonego, jak zapewniał ksiądz w kościele, na obraz i podobieństwo boskie, było dla chłopców sygnałem powrotu normalności. Wyłazili więc aż pod sufit stodoły po drabinie, po której nie wolno było wyłazić, skakali po sianie, po którym nie wolno było skakać, denerwowali gąsiora, którego nie wolno było denerwować, pchali palce w maszynę do krojenia pokrzyw, która była do pokrzyw, nie do palców. Strzelali z procy do kur-panikarek, rwali niedojrzałe śliwki, wpychali całe widły, łącznie z drzewcem, w głąb piramidy gnoju, dmuchali przez słomkę żabom do brzuchów, sprawdzali, czy króliki są wszystkożerne. Zabawa i edukacja, podkrakowski eden, aż nagle zjawił się anioł z ognistym mieczem i wszystko zepsuł. Maciuś poukładał na dnie walizki karabiny z patyków, pokazał język pijanemu i chrapiącemu wujkowi, wydającemu odgłosy jak Etna przed erupcją, ścisnął dzielnego Spartanina Tadka i pozwolił się odwieźć do domu. W domu miała być niespodzianka. Wszyscy dorośli tak mówią starszym dzieciom właśnie wtedy, gdy się spodziewają młodszego. Trzeba być kompletnym durniem, żeby nie zrozumieć, o co im chodzi. Jaka to może być niespodzianka, skoro wszyscy się spodziewają, a przecież na dodatek niespodzianka to coś tylko dla ciebie, prezent, bo byłeś grzeczny. Czy można się nie spodziewać bordowego czegoś-niczegoś, zawiniętego w becik i dwa koce, jakby była zima? Czy można się cieszyć z drugiego miejsca, bo byłeś grzeczny?


13/23

Biało-czerwony, patriotyczny, pierwszomajowy prezent zaskrzypiał jak stare drzwi. Chociaż był nowy, nowiutki, ale już miało się go dość. Mama usiadła, podciągnęła bluzkę i przytknęła pierś w miejsce skrzypienia. Maciuś postał chwilę, starając się wybrać z głowy coś odpowiedniego na tę okazję, coś jak bardzo sie ciesze oczywiście że mam sioszczyczke, ale jusz musze iść pszywitać sie skolegami, i wybiegł. Prezent dla nikogo odkleił się od piersi, wykonał drugą poznaną do tej pory czynność: zesikał się, a potem wykonał pospiesznie również trzecią już poznaną czynność, czyli zasnął. Nie dowiedział się nawet, że został odłożony do łóżeczka, a jego miejsce w aksjologicznym rankingu zajęło przygotowanie zupy pomidorowej. – Będzie miała na imię Wanda. Co to było? Bo to coś było przecież, ktoś coś powiedział, ale kto powiedział, dziecko nie powiedziało, bo ma trzy dni dopiero, nie powiedziało na pewno. Stary zatem powiedział, powiedział, że coś będzie? Że coś będzie jakoś? – Będzie miała na imię Wanda, słyszałaś? Marchew odłożyć. Ręce wytrzeć. Nieprzyjaciela wypatroszyć. – Co ty mówisz? – Że wybrałem dla niej imię. – Marysia będzie miała na imię. Po ciotce Marysi. Twojej siostrze też było Marysia. Już tak postanowiłam. Odwróciła się na pięcie, podkręciła kurek pod zupą, gdy coś nagle grzmotnęło. Zerknęła w lewo, w prawo, potem jeszcze raz w lewo, nic nie wywróciłam, nic nie stłukłam, skąd ten hałas? W kuchni czysto, zatem wróg u bram, w tył zwrot, naprzód marsz. Ach, więc to tak. Więc to ten ślimak w skorupie, ten knedel pokory zademonstrował, jeszcze chwilę temu wisiał w powietrzu, a teraz opad�� na stół. – Co ty mi tu stukasz? Dziecko obudzisz. – Wanda.


14/23

– Co to za imię w ogóle, Wanda? Widziałeś, żeby ktoś miał tak na imię, to chyba nie jest polskie imię nawet. Ja już do Marysi zadzwoniłam, chrzestną będzie. Wanda. Pięść podniosła się nagle na wysokość oczu, które pierwszy raz w życiu nie były bezsilne. Potem opadła nagle, jak ostrze na łeb niedzielnego rosołowego kurczęcia. Podniosła się i znów opadła. I znów. Skandowała dwie dziwne, niepolskie sylaby, ordynarnie wklepywała je w drewno, wan da wan da. – No dobrze, Wanda czy nie Wanda, co to ma za znaczenie, jak się zwał, tak się zwał, byle się dobrze miał. Myślisz, że mi na tym zależy? Aż mnie głowa rozbolała, proszka se muszę użyć. Zupa mi wykipi. Wanda. Weź se tą swoją Wandę. Żeby tylko ksiądz chciał ochrzcić, bo to chrześcijańskie imię nie jest. Może żydowskie. Zupa nie wykipiała, a Wandzie było na razie wszystko jedno, pod jakim imieniem będzie robić pierwszą kupę w domu. Skoncentrowała się i plasnęła w środek pieluchy złotymi grudkami przetrawionego mleka. Dwie kreseczki, na których niedługo miały pojawić się brwi, ściągnęły się na krótką chwilę, a potem znów rozprostowały spokojnie, i Wanda spała nadal, nie czując, że ojciec wodzi szorstkimi palcami, nienadającymi się zupełnie do dziecka, no, zabieraj łapy, aleś wymyślił, Wanda, po jej pulsującym ciemieniu. Maciuś pomagał sobie w odrabianiu zadania domowego, majtając rytmicznie nogami pod stołem i przygryzając język, którego czubek, bordowy z wysiłku, śledził pracę Maciusiowej prawicy. Maciuś wykaligrafował cyfry, wyobrażające proces i rezultat dodawania, czarnym atramentem, a teraz uzupełniał łagodne wzgórza i doliny grafów. Przycisnął pięścią bibułę, złożył zeszyt do matematyki i rozpostarł przed sobą liniowane strony do języka polskiego. Opisz swoje ulubione zwierzę. Najbardziej chciałbym mieć psa albo sokoła do polowań


15/23

Za plecami Maciusia coś zatrzeszczało, zachrzęściło jak nienamoczona w atramencie stalówka na suchych plecach kartki. Spomiędzy drewnianych balustradek łóżeczka wysunął się róg niebieskiego kocyka. Maciuś obrócił się bardzo powoli, aby nie poruszyć krzesłem. Spod kocyka ukazała się maleńka stopa z różowymi paznokietkami, która zbadała drewnianą poręcz. Coś uderzyło z grzechotem o podłogę, przestraszone pióro Maciusia spłynęło kleksem na środek kartki. Maciuś ze złością wytargał rozpoczęte wypracowanie, schylił się, beznamiętnie podniósł leżący koło jego nogi smoczek i wrzucił go do łóżeczka. Najbardziej chciałbym mieć psa albo sokoła do polowań, bardzo chciałbym mieć takiego sokoła, przydałby mi się sokół do polowań Łóżeczko nie dało za wygraną. Chcąc odwieść Maciusia od kariery literackiej, zaczęło trząść się i kołysać, a jego zawartość pomrukiwała niezadowolonym, pustym po przebudzeniu brzuszkiem. Najbardziej chciałbym mieć psa albo sokoła do polowań, ale w tym roku mam tylko siostrę, napisał Maciuś. Wypluty z impetem smoczek ponownie wylądował na podłodze, w ślad za smoczkiem zaś, jak uderzenie pioruna za szlakiem błyskawicy, pojawił się nieznośny dla Maciusiowych uszu wysoki, świdrujący dźwięk, wobec którego absolutnie nie dało się dokończyć wypracowania. Maciuś zachował spokój. Rozejrzał się w poszukiwaniu psa albo sokoła do polowań. Rozłożył na środkowej stronie „Echo Krakowa”, które kupił dla mamy w drodze powrotnej ze szkoły, za pięćdziesiąt groszy. Nakrył dziecko delikatnie gazetą. Wandzia poruszyła noskiem, poruszyła powiekami, poruszyła rączką, przy każdym poruszeniu czarno-biała kołderka wydawała niemiły szelest, niczego nie można było zobaczyć, nie sposób było tego z siebie zdjąć. Wandzia ze strachu przestała myśleć o jedzeniu, pomyślała tylko o sikaniu, ale przez krótką chwilę, a potem ze strachu myślała już tylko o strachu i nawet nie oznajmiła żadnym dźwiękiem, że nie leży się najwygodniej w posikanej pieluszce.


16/23

Moja siostra jest chuda i ma na imię Wandzia. Jeszcze nie umie chodzić ani mówić, tylko dużo sika, ale pozatym poza tym ją lubię. Mama często zostawia mnie razem z Wandzią, bo wie, że umiem się zająć dzieckiem. Dziecko napewno na pewno jest lepsze od sokoła do polowań. Gdy Wandzia będzie duża, będę się z nią bawił w rużne gry i zabawy. Grudniowe liście na szybie zaszkliły się porannym słońcem. Pokrywka na garnku uniosła się, galareta z nóżek spojrzała przelotnie na szczątki papierosów w popielniczce, na zmiętą spódnicę gazety, zapomniany na krześle szal, śpiące, jasnowłose dziecko. Pomarańczowy płomień zaśmiał się kroplą tłuszczu, galareta z nóżek rozpoczęła koncert początkującego perkusisty i obudziła jasnowłose dziecko. Wandzia wystawiła chude nóżki na zimną podłogę i powiedziała do rozpoczynającego się dnia, do zapomnianego szala, do liści na szybie pierwsze słowo każdego człowieka, takie banalne słowo, dwie sylaby, na dodatek identyczne, łatwe do wymówienia. Zapytała popielniczkę, zapytała tik-tak zegara, zapytała nieznośny garnek, żeby w odpowiedzi usłyszeć tylko durny bulgot. Jaka ty jesteś jeszcze głupiutka, Wandziu, przecież widzisz, że nikogo nie ma, matka cię zostawiła, poszła do kolejki, a może zostawiła cię na zawsze, przecież mówiła kiedyś, że stąd odejdzie, że was nie chce, nie chce was wcale i nigdy, wszystko przez ciebie, Wandziu, poszła i nie wróci, wyszła, kiedy spałaś, bo już cię nie kocha, nie chce twoich idiotycznych, czteroletnich, zasmarkanych od płaczu dziurek w nosie, nie chce twojego przytulania, a na dodatek zostawiła w domu pożar, pod garnkiem się pali, zaraz umrzesz, wszyscy inni już umarli, twojej mamy nie ma, poszła do kolejki, ale tak naprawdę zostawiła cię na zawsze samą z pożarem. W niezasznurowanych butach i za długiej kurtce po starszym bracie Wandzia wybiega z domu. Zimny powiew łaskocze ją po spodniach od piżamy. Ulicą idzie jakiś pan, Wandzia podbiega, łapie go najmocniej, jak umie, za rękę, dorośli wiedzą, jak ugasić


17/23

pożar, jak uleczyć sieroctwo, niech mnie pan pilnuje, krzyczy Wandzia, niech mnie pan pilnuje. Pan zatrzymuje się, pomaga zawiązać buty, trzyma Wandzię za rękę, chociaż nie wie, że to Wandzia, że w domu jest pożar, w domu, z którego wszyscy uciekają. Wandzia stoi, trzyma pana za rękę, niech mnie pan pilnuje, powtarza, a pan stoi i pilnuje Wandzi, dopóki przed bramą nie pojawia się czerwona z zimna matka. Matka wrzeszczy na pana, wyrywa jego rękę z ręki Wandzi, wyrywa rękę Wandzi z jego ręki, co pan ją tak trzyma, Wandzia do domu, zakupy do domu, pan przed siebie, jeszcze się tylko obejrzy przez ramię, bo jest siódma rano i niczego nie można być pewnym. Podmuch wiatru wyszarpie mu z dłoni cenne wspomnienie ciepła dziecięcej ręki i już, nic się nie stało. Nie dowie się, bo po co, że Wandzia, o której nie wiedział, że jest Wandzią, dostaje właśnie w domu, z którego wszyscy uciekają, w tyłek. Musi dostać, bo jest mała i głupia, bo zostawiła drzwi otwarte, a na gazie garnek z galaretą z nóżek, wyniosła swoją samotność na śnieg, jakiegoś obcego pana zaczepia, kto to widział. Ich pierwsze mieszkanie, na parterze starej, pięknej w swoim wylinieniu kamienicy, składało się z jednego tylko, kwadratowego pomieszczenia. Dużego i jasnego, ale jednego. Niezbyt udany pomysł dla czworga ludzi, z których każdy chce być sam. Budowali więc przeróżne ścianki, regały, stawiali prowizoryczne przepierzenia, wznosili żmudną iluzję własnego kąta, odgradzali się zasłonkami i parawanami od kuchennych zapachów i łazienkowych pomruków. Nic to nie dało, zawsze i tak wpadali na siebie, musieli się omijać, przepuszczać przodem, podciągać nogi, zabierać rzeczy, wynosić się, choć nie było dokąd. Ojciec bardzo się starał kultywować swoją wielką nieobecność. Gdy już wracał z pracy, zjadał tylko zupę, robił dwa kroki i już znajdował się w łazience, kolejne dwa prowadziły go do niezawodnego łóżka. Sen zjawiał się natychmiast, nie biorąc pod uwagę


18/23

włączonego światła czy obecności innych ludzi. Sen rozumiał swoją konieczność, świetnie wiedział, że nie ma dla niego żadnej alternatywy, więc przychodził tym łatwiej, im rzeczywistość stawała się trudniejsza. Matka wypełniała sobie wieczory garnkami i patelniami, po polsku, przygotowując jednocześnie rosół, galaretę z nóżek, bigos, kotlety i ciasto. Żadnej fantazji kulinarnej, czysta strategia. Nastawiała żarcia, ile się zmieściło nad błękitnymi ognikami kuchenki, po czym wychodziła do pobliskiego kina lub do sąsiadki na telewizję, uprzednio wyznaczywszy Maciusia na podkuchennego. Maciuś w kwestii dbałości o swoje zdrowie psychiczne nie pozwalał sobie na żadne niedopatrzenia, toteż nie przywiązywał się zupełnie do informacji dotyczących właściwej pory zgaszenia każdego z palników. Nie starał się nawet słuchać. Odczekiwał godzinę od chwili wyjścia matki, po czym wyłączał wszystko. Nigdy niczego nie przypalił. Wandzia miała jedną lalkę, za to bardzo piękną, porcelanową. Lalka ubrana była w suknię z bordowego atłasu i kapelusz. Wywrócona głową w dół chętnie pokazywała obficie koronkowe majtki. Nazywała się pani Helenka, tak samo jak pani Helenka, od której Wandzia dostała lalkę. Pani Helenka była prawdziwą hrabiną, jej mieszkanie zajmowało całe drugie piętro, miała w salonie morrisowskie tapety i sekretarzyk z ciemnego drewna. I perfumy we flakonie z pompką, wyglądającą jak pompon od zimowej czapki. Pani Helenka nigdy się niczym nie zajmowała, jak to hrabiny. Siedziała w fotelu, mówiła, że nikt jej nie będzie rozkazywał, bo słucha tylko Brahmsa, i rozdawała Wandzi i innym dziewczynkom, przychodzącym w odwiedziny do jej wnuczki, marcepanowe kuleczki. Lalka pani Helenka miała dokładnie takie same obyczaje jak pani Helenka hrabina, też słuchała Brahmsa, też miała wachlarz z nakrapianych piór perliczki, też lubiła marcepan. Mieszkała nieco inaczej, bo pod stołem, i w zasadzie mało wychodziła, bo zwieszający się z każdej strony jej buduaru obrus oznaczał deszcz,


19/23

a kiedy pada, to hrabiny nie spacerują, rzecz jasna. Od północnej strony buduaru pani Helenki wymurowane było jeszcze jedno ograniczenie czasoprzestrzenne, mianowicie Scylla i Charybda Maciusiowych nóg. Spiczaste kolana, załamujące obrusową ścianę deszczu, oznajmiały, że Maciuś jest tam gdzieś, ponad podstołowym światem, i zapewne udaje, że odrabia lekcje, podczas gdy czyha tylko na zgubę jakiejś hrabiny. Lepiej więc było zrezygnować ze spaceru. Bywało, że pani Helence i Wandzi przedłużyła się miła pogawędka po francusku o perłach i Brahmsie, a Maciuś uporał się z matematyką i wtedy znienacka wkładał swoją krótko ogoloną głowę pod obrus, w ogóle się nie przejmując, że może zmoknąć, i wył: „Uuuuuaaaaaaa! Jestem duchem starego Kalinowskiego!”. Wandzia i pani Helenka bały się okropnie, jak na hrabiny przystało. Kalinowski, elegancki i zawsze wyprostowany starszy pan, zajmował niewielkie mieszkanie na pierwszym piętrze i był najmilszym staruszkiem, jakiego można sobie wyobrazić, takim całujęrączki i pięknapogodaślicznapanienko, dopóki nie przeniósł się na stałe do bardzo małego mieszkanka przy ulicy Rakowickiej, które zajął w pozycji równie nienagannie wyprostowanej, tyle że horyzontalnej. Od tego momentu stał się, dzięki zdolnościom Maciusia, potwornym upiorem pożerającym hrabiny, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które mieszkają pod obrusem. Ciąg dalszy w wersji pełnej


Szopka Spis treści Okładka Karta tytułowa W serii nowa proza polska ukazały się: Szopka Karta redakcyjna


Wydawca Agata Pieniążek Redaktor prowadzący Katarzyna Krawczyk Redakcja Marianna Sokołowska Redakcja techniczna Lidia Lamparska Korekta Anna Sidorek Maciej Korbasiński Copyright © by Zofia Papużanka 2012 Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012 Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012 Świat Książki Warszawa 2012 Weltbild Polska Sp. z o.o. ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa Księgarnia internetowa: Weltbild.pl Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu.


22/23

Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. ISBN 978-83-273-0278-6 Nr 90453390

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl al. Szucha 8, 00-582 Warszawa e-mail: kontakt@elib.pl www.eLib.pl


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Szopka - Zośka Papużanka - ebook