Issuu on Google+


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Copyright © Olga Paluchowska-Święcka, 2011 Projekt okładki Angelika Juszczyk Zdjęcia na okładce © Lvnel, fotolia.com © Imagery Majestic, fotolia.com Redaktor prowadzący Konrad Nowacki Redakcja Irma Iwaszko Korekta Mariola Będkowska Łamanie Ewa Wójcik


4/77

ISBN 978-83-7839-346-7 Warszawa 2011 Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o. 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

Motto Prosektorium

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.


Moim rodzicom w podziękowaniu za dar życia. Staram się zrobić z tym (darem) coś dobrego. Mojemu Tacie Jerzemu za to, że nauczył mnie mieć wielkie marzenia. Mojej Mamie Jolancie za to,

że nauczyła mnie o nie walczyć.


Metaliczne światło padło na jej białą, zimną

skórę, dając cieniom zaczajonym w zakamarkach przyzwolenie na rozpoczęcie wędrówki. Pełzły

więc, to wydłużały się, to znów znikały, penetrowały najskrytsze wgłębienia ciała. Niby macki ciekawskie i obślizgłe zanurzały się w miedziane, falujące pukle, tłumiąc migotanie fioletu, purpury i złota. Ileż życia było w tych włosach pulsujących symfonią barw, nęcących pozostałością za-

pachu perfum i wiosennego wiatru. Splątane niczym podziemne korzenie opadały na żelazny stół tak miękko, że ów zdawał się uginać w miejscach ich dotknięcia. Omijając gładkie, spokojne czoło, cienie pieściły delikatnie brwi i rzęsy, muskały pełne usta,


8/77

uwydatniały muśnięte słońcem policzki, zalewały oczodoły niczym mętna woda periodycznego jeziora. Twarz była spokojna, nieruchoma, daleka jed-

nak od nienaturalnej sztywności. Zdawała się pogrążona we wspomnieniach sadu jabłoniowego,

cierpkiego zapachu konfitur i chrzęszczących łupin orzechów. Czarne cienie jak palce oplatały oburącz smukłą szyję, nieco może zbyt mocno i natarczywie, bo sprawiały wrażenie, jakby zaciskały się coraz bardziej i bardziej, uniemożliwiając zaczerpnięcie życiodajnego powietrza. Dalej zagłębi-

ały się pod obojczyki i ciekawsko zaglądały pod żebra. Z dużo większą czułością gładziły powoli ramiona pokryte bursztynowymi piegami, skradając się ku niewielkim, twardym piersiom o brzozowej barwie, pokrytym, jak jabłko leżące


9/77

w trawie rosą, gęsią skórką. Omijały jednak najwyżej położony, jak chorągiew zatknięta na szczycie przez pioniera, rdzawobordowy, twardy sutek, poprzestając na okrążeniu go i ściśnięciu

jak wojskowym kordonem, by zaznaczyć swą nieuniknioną obecność. Aksamitny mrok zstępował dalej. Całował brzuch, zagłębiał swój giętki, wirujący język w pępek o kształcie obwarzanka. Muskał wilgotnymi wargami łódkowate zgięcia łokci i pobłękitniałe od żył przeguby, penetrował wnętrze nieruchomej, obojętnej dłoni, by wreszcie całą swoją siłą i objętością wedrzeć się w kasztan

łona, między lekko rozchylone uda, gładkie i przezroczyste jak szklane butelki. Tu cienie jednoczyły się w ławicę czarnych ryb, rosły, grubiały i wnikając niedyskretnie, wiły się jak palce pianisty po zimnej klawiaturze. Trwały tak


10/77

w natarczywym zapamiętaniu, by w końcu, zaspokoiwszy namiętność i żądzę, wyciszyć się i wypłynąć spomiędzy ud leniwą, granatową strużką. Ciemny strumyk ściekał niżej, wślizgiwał się pod kolana jak wąż pod martwy konar drzewa, ocierał się kocią sierścią o łydki, wreszcie ła-

godnie zajął miejsce u stóp i otulił drobne kostki mięciutkim ogonem. Cała ta gra światła i cienia, wobec bezruchu i wszechobecnej, ciężkiej ciszy, sprawiała niesamowite wrażenie tętniącego życiem gwaru barw, zaskakującego zmiennością, mnogością form i odcieni igrających na zimnym ciele martwej rudowłosej dziewczyny.


Zamknęłam

swój zielony zeszyt i schow-

ałam do szuflady biurka z peerelowskich płyt laminowanych. Zmęczenie tworzyło rozmyte

iluminacje, a opisywanie wizji będących jego produktem przynosiło spokój i pomagało ogarnąć dziwną nieraz rzeczywistość. Była druga w nocy. Za cztery godziny kończyłam zmianę, a przede mną jeszcze sporo papierkowej pracy. Zanurzyłam twarz w dłoniach, pomasowałam skronie i wstałam, by nastawić cicho radio i wodę na herbatę. Zapięłam biały fartuch, wróciłam do biurka i otworzyłam pękaty zeszyt o pożółkłych stronach, zatytułowany nie wiedzieć czemu „Inwentaryzacja”. Zaczęłam pisać:


12/77

Data przyjęcia – 30.9.2007 Miejscowość – Warszawa Szpital – WSC Oddział – XII

Imię – Wiktoria Przez chwilę wpatrywałam się w zwłoki

dziewczyny, myśląc, że nie wygląda na dwadzieścia osiem lat. Przepiękne rude, długie włosy, jasna, świetlista cera, drobne piegi… Wyglądała tak świeżo i dziewczęco… Nazwisko – Stańska Data urodzenia – 1979.5.3 Okoliczności śmierci: zabójstwo

Załączniki: wstępny protokół policyjny Rodzina: poinformowana Przyjął: Mirosław Sokół Notatki: Zwłoki przywieziono o godzinie 15.20. Do odwołania pozostają do dyspozycji


13/77

policji. Osoba Orzeszek.

odpowiedzialna:

podkom.


Tak

naprawdę nie było ani pisma o po-

wołaniu biegłego, ani notatek z policyjnego protokołu oględzin miejsca, rzeczy lub osoby,

ani też protokołu lekarza medycyny sądowej, choć na ciele widoczne były ślady ukłucia i pobrania tkanek oka, wykonane ewidentnie post mortem w celu przekazania tkanek do analiz biochemicznych. Załącznik, który składał się z jednej strony, wyglądał tak, jakby po-

zostałych kilku po prostu brakowało. To, co mogliśmy stwierdzić sami, to brak zielonkawego zabarwienia dołu brzucha powodowanego przez początki gnilnego rozkładu. Przy takiej temperaturze powietrza sugerowało to, że zgon nastąpił od dwudziestu


15/77

czterech do trzydziestu sześciu godzin przed przyjęciem ciała. Plamy opadowe pojawiły się w dolnej części zwłok, ale ponieważ wiadomo było, że zwłoki podrzucono na miejsce zbrodni, niewiele to mówiło o tym, w jakich okolicznościach umarła Wiktoria Stańska.

Stężenie pośmiertne sugerowało czas zgonu przynajmniej sześć do dwunastu godzin wcześniej. Dziewczyna została znaleziona przy głównej drodze, w miejscowości Brzezinka, jakieś sto metrów od szosy… na piknikowym kocu. O wpół do siódmej rano znalazł ją kierowca, który zatrzymał się, podobno za potrzebą. Zwłoki były ułożone na wznak, ręce wzdłuż tułowia. Kilka otarć, ślady duszenia na szyi. Wykąpano je i przebrano w oliwkową bawełnianą sukienkę. To wszystko.


16/77

Oczywiste było, że Wiktorię na miejsce, w którym ją znaleziono, ktoś podrzucił, nie kłopocząc się nawet zanadto, by to ukryć. Ale kto, dlaczego, co działo się przez kilka ostatnich godzin jej życia, nikt się nawet nie domyślał. Nie było żadnych konkretnych podejrzanych. Przeprowadzono rutynowe przesłuchania zrozpaczonego męża, załamanej matki, wstrząśniętych przyjaciół z pracy. Nawet niewzruszeni policjanci za warte wzmianki uznali to, że dziewczyna była naprawdę piękna. Policja przywiozła zwłoki do nas wbrew zasadom. Zajmowaliśmy się zgonami z naszego szpitala. Ofiary morderstw i wypadków przyjmowała kostnica podlegająca bezpośrednio prokuraturze. Tam współpraca odpowiednio wykwalifikowanych lekarzy medycyny


17/77

sądowej, chemików, różnego rodzaju techników i śledczych dawała szansę na szybkie wyjaśnienie wielu spraw. Nasz szpital nie specjalizował się w tego typu zagadnieniach. Ponieważ zwłoki znaleziono w podmiejskiej Brzezince, zajął się nimi niejaki podkomisarz

Orzeszek, zastępca komendanta posterunku komisarza Pałki. Ze względów bliżej nieokreślonych, jak się później okazało, wynikających raczej z jego cech charakteru niż okoliczności zewnętrznych, nie poprosił

o pomoc stołecznej policji i nie przekazał jej sprawy. Zakład Medycyny Sądowej, podległy

prokuraturze, miał mnóstwo pracy w związku z potężnym wybuchem gazu w jednej z kamienic. Orzeszek wykorzystał to i uzyskał dokument upoważniający go do przeniesienia zwłok do innej kostnicy, skąd za jakiś czas


18/77

miały być przetransportowane we właściwe miejsce. Dlaczego wybrał nasz szpital? Nie wiem. Może dlatego, że był najbliżej. Ale manewr ten sprawił, że sprawę odsunięto na bok i na jakiś czas chyba o niej zapomniano. Śledztwo, które normalnie potrwałoby około

dwóch tygodni, znacznie się przeciągnęło, czego skutki dotknęły zwłaszcza rodzinę – nie mogła dowiedzieć się, jaki los spotkał Wiktorię, ani jej pochować. Sporządziłam wewnętrzny protokół szpitalny i zawiozłam chłodni.

zwłoki

dziewczyny

do

Popijając wyśmienitą herbatę turkusową od zaprzyjaźnionego herbaciarza, przystąpiłam do wypełniania rozlicznych tabel, druków i statystyk dotyczących kończącego się miesiąca. Z radia sączyła się jazzowa muzyka,


19/77

wlewała do pomieszczenia spokój i harmonię, jednocześnie nie pozwalając mi zasnąć przy biurku. Przed piątą rozpoczęłam ostatnie przygotowania do pogrzebu pana Stanisława Dęb-

skiego. Zwłoki były już umyte i prawie ubrane, pozostało tylko włożenie marynarki,

splecenie palców dłoni w geście modlitwy i drobny retusz plam opadowych. Starszy pan leżący na metalowym łóżku na kółkach wyglądał, jakby spokojnie spał. Widocznie śmierć przyszła cicho, kiedy był już na nią gotów. Pomimo mojej piórkowej wagi bez problemu włożyłam postawnemu panu Stanisławowi

marynarkę. Cała rzecz polegała na wykorzystaniu zasady dźwigni, odpowiednim sposobie i doświadczeniu. Wiedzę na temat przygotowania zwłok do pogrzebu wpajał mi mój szef Mirosław Sokół,


20/77

patomorfolog i tanatopraktor – czyli specjalista od wykonywania sekcji zwłok, ukierunkowanej na rozpoznawanie chorób na podstawie zmian w poszczególnych tkankach i ich pobieranie do dalszych badań, oraz przygotowania zwłok do pogrzebu, głównie z zakresu

czasowego zabezpieczenia i konserwacji. Czasem pomagał mi też Janek Wiśniewski, jeden z sanitariuszy. Mirek udowodnił mi, że nie trzeba łamać rąk ani palców, co praktykuje się w niektórych prosektoriach, że szacunek dla zmarłego pozwala czerpać satysfakcję z tej pracy i zachować czyste sumienie. A Janek nauczył mnie, jak spokojnie o czym mówi Mirosław. Na wszystko jest sposób. chcieć i poświęcić zmarłemu Rozmasowanie zesztywniałych

wykonać to,

Trzeba tylko trochę czasu. dłoni zajmuje


21/77

chwilę, ale dzięki temu można je delikatnie spleść bez łamania kości. Na koniec zostaje wybarwienie plam opadowych roztworem wstrzykiwanym pod skórę za pomocą cienkich insulinowych igieł. Przy bardziej posuniętych zmianach wstrzykuje się płyn konserwujący

w tętnicę szyjną, skąd rozchodzi się po ciele, wypierając krew. Potem dezynfekcja jamy ustnej i skóry twarzy, której dotykać będą bliscy, ewentualnie ostatni retusz, czyli odpowiedni makijaż.

Po zakończeniu całej procedury uczesałam dziadziusiowi Dębskiemu włosy, i tak jak za-

życzyła sobie rodzina, między dłonie włożyłam obrazek z Jezusem. Potem odmówiłam modlitwę „Wieczny odpoczynek…”.


22/77

Wierzyłam w Boga oraz w to, że mnie ta modlitwa nic nie kosztuje, a może komuś się przyda. Pan Stanisław w swoim najlepszym garniturze, ogolony, z krótko przystrzyżonymi włosami i gładką jak na osiemdziesiąt dwa lata skórą był gotowy do swojej ostatniej drogi. Ta praca napełniała mnie spokojem, poczuciem spełnienia i satysfakcją, że mogę zrobić coś ważnego dla innych ludzi, porządkowała

życie i nauczyła je doceniać. Ale początki nie były łatwe.


Studiowałam na piątym roku, czasem dora-

białam jako modelka, by zarobić na utrzymanie. Prowadziłam normalne, spokojne

życie. Pewnego dnia to, w co najbardziej wierzyłam, niespodziewanie runęło. W środku ciepłej, czerwcowej nocy trzasnęłam drzwiami, zostawiając za sobą wszystko. W środku tej samej nocy wprowadziłam się

do Anny – prawie zupełnie nieznanej mi koleżanki z roku, a następnego dnia rano odpowiedziałam na ogłoszenie o pracy w prosektorium. Dlaczego? Sama nie wiedziałam. Na przekór sobie, bo panicznie bałam się śmierci, duchów, bo chciałam przeżyć coś


24/77

ekstremalnego, by zapomnieć, bo chciałam udowodnić sobie, że dam radę… Kiedy do mnie zadzwonili, żeby umówić się na spotkanie, byłam zaskoczona. Odpowiedziałam na ogłoszenie przekonana, że tak naprawdę nic z tego nie wyniknie. Mało

brakowało, a bym stchórzyła, ale po pierwsze, asertywność to nie jest moja najmocniejsza strona, po drugie, czułam lekką ciekawość. Powiedziałam do słuchawki: „Tak, oczywiście, będę na miejscu jutro o dziewiętnastej. Do zobaczenia”. Najbardziej przeraziło mnie to „na miejscu”.

„Na miejscu”, czyli w prosektorium. „Na miejscu”, czyli wśród zwłok. A ja bałam się zwłok. Cały dzień starałam się jakoś przygotować psychicznie. Tłumaczyłam sobie: „Nataszo,


25/77

jutro tam wejdziesz, pewnie najpierw spokojnie porozmawiacie, każą ci zobaczyć jakieś ciało – to będą prawdziwe zwłoki. I ty powoli do nich podejdziesz i jakoś się oswoisz”;

„zobaczysz jutro trupa, a trup to trup, taki jak żywy, tylko że nieżywy, tym bardziej nic ci nie zrobi, dasz sobie radę…”. W końcu stwierdziłam, że naprawdę dam radę, i zmęczona zasnęłam. Śniły mi się bardzo dziwne rzeczy: bagniste, niekończące się drogi wiły się pośród

mokradeł i wysokich ciemnych drzew na tle szarosinego, chmurnego nieba. Najważniejszy

w tym śnie był jednak motocyklista. Wyjeżdżał harleyem z czarnego, pełnego szlamu rowu, w dżinsowej kamizelce włożonej na czarną skórzaną kurtkę. Motocyklista bez głowy…


26/77

Sen nie był, pomimo takich obrazów, szczególnie upiorny czy przerażający. Raczej zaskakujący. Ubierając się rano, myślałam o nim i martwiłam się w duchu o wszystkich

przyjaciół motocyklistów. Postanowiłam, że do nich zadzwonię. Wszyscy, a było ich trzech, mieli się dobrze, więc sprawę snu złożyłam na karb własnego podświadomego strachu przed wieczornym spotkaniem i ciężaru ostatnich wydarzeń.


Dzień upłynął mi spokojnie na urządzaniu

się w nowym lokum. A było co robić! Mieszkanie było w marnym stanie. Anna,

również po pewnego rodzaju ucieczce, dopiero co się do niego wprowadziła. Nie zdążyła jeszcze rozpakować kartonów. Lokal składał się z dwóch malutkich pokoików oraz przepięknej, dużej i jasnej kuchni, nie wiadomo dlaczego pomalowanej na brzydki brąz,

który z pewnością nie sprzyjał trawieniu. Jak się szybko okazało, żyły w niej karaluchy, których jak większość ludzi nie znoszę. Kupiłyśmy więc farby, pędzle, gładź szpachlową i przystąpiłyśmy do odświeżania. Wskoczyłyśmy w bikini, założyłyśmy


28/77

papierowe czapki na głowy i śmigałyśmy z pędzlami po krzesłach i drabinach. Kiedy kuchnia stała się śnieżnobiała, w oknach powiesiłyśmy jasnozielone zasłonki,

położyłyśmy zielono-biały obrus, wstawiłyśmy wazon z kwiatami i kilka naszych kuchennych

sprzętów. Było pięknie, świeżo i optymistycznie. Przy malowaniu, dźwiganiu i przestawianiu sprzętów poznawałyśmy się bliżej. Wydawało mi się dość niezwykłe, że oto urządzam nowe

mieszkanie z prawie obcą osobą. Ale było fajnie i wesoło.

Potem zabrałyśmy się do pokoju Anny, koloru brudnej żółci niesprzyjającej już zupełnie niczemu. W połowie malowania musiałam jednak zacząć się zbierać na rozmowę… Prawie zupełnie o niej zapomniałam, pochłonięta


29/77

babsko-remontowymi sprawami. Obawy i rozterki powróciły, jednak uznałam, że skoro się umówiłam, to pójdę. Pewnie zdecydują się na kogoś innego, nie zobaczę żadnych zwłok i później będę się śmiała z własnego zdenerwowania i układanych od rana czarnych scen-

ariuszy. Tak podniósłszy się na duchu, ubrałam się i wyszłam.


Droga

zajęła mi niecałe dziesięć minut.

Byłam trochę przed dziewiętnastą. Portier wytłumaczył mi wszystko dokładnie:

– Tym korytarzem do końca, potem w prawo. Potem przez podwórko, w podwórku prosto do końca i po lewej będą drzwi. To już tam. Wchodzi pani małym, wewnętrznym korytarzykiem w lewo do pokoju socjalnego, i tam pytać o Mirka.

Zewnętrzna pewność siebie wewnętrznie dodawała mi otuchy, więc przeszedłszy, w moim kobiecym mniemaniu, „przez podwórko, w podwórku prosto do końca i po lewej”, bez wahania nacisnęłam klamkę, by znaleźć się w wewnętrznym korytarzyku.


31/77

Energicznie otworzyłam drzwi, weszłam i… nogi się pode mną ugięły. Byłam w małej, białej i bardzo jasnej sali sekcyjnej. Na środku, na metalowym stole leżały nagie zwłoki młodego mężczyzny. Bez głowy. W powietrzu unosił się dziwny, słodkawy

zapach. Nie smród. Bardzo delikatny, specyficzny, ledwo wyczuwalny zapach, taki, którego się prawie nie czuło, ale od którego po prostu robiło się słabo. Jak się później dowiedziałam, był to zapach świeżych

ludzkich tkanek. Nad stołem stał potężny rudy mężczyzna koło sześćdziesiątki, w ochronnej

masce na twarzy, w białym kitlu okrytym jednorazowym fartuchem z folii, całym zbryzganym krwią. W rękach miał piłę elektryczną, której zamierzał użyć do rozczłonkowania krwawiącego, miękkiego


32/77

balonu rozmiaru dużej dyni. Mężczyzna zobaczył mnie, odłożył piłę i spokojnie podszedł. Zdjął maskę i powiedział sucho: – Witam. Nie spodziewałem się, że wejdzie

pani od tej strony. Jego słowa ledwo do mnie docierały. Krę-

ciło mi się w głowie, było mi słabo, ciało miałam jak z waty. Przed oczami majaczyły czarne, pulsujące plamy. – Przejdźmy dalej, żeby spokojnie porozmawiać. Proszę za mną – mówił zza mgły, zdejmując rękawice.

zakrwawione

gumowe

„Za mną” oznaczało przejście dwadzieścia centymetrów obok miejsca, gdzie młody mężczyzna pewnie jeszcze niedawno nosił łańcuszek, drobne koraliki lub krawat. Teraz zionęło krwawą pustką z szarzejącą na samym


33/77

środku kością kręgosłupa. Przejście kilku metrów do drzwi zdawało się trwać wieki. Ledwo szłam, prawie nic nie widziałam, starałam się nie patrzeć na bezgłowe ciało, ale

wbrew własnej woli zarejestrowałam każdy jego szczegół jak superczuła klisza. Najbardziej mnie uderzyło, że nie leżał tam trup. Jeśli ktoś nie widział nigdy nagich, rozczłonkowanych zwłok obcej osoby, myśli, że trup to coś absolutnie martwego, bardziej woskowego niż cielesnego, bezosobowego,

coś, co w zasadzie człowieka już nie dotyczy, choć na logikę bezsprzecznie nim jest. Dla mnie nie leżał tam trup, tylko Człowiek Pozbawiony Głowy, a to dużo straszniejsze. Ciało człowieka pokryte pieprzykami, włoskami, z widocznymi pod skórą naczyniami krwionośnymi. Ciało człowieka


34/77

wciąż mające ludzkie dłonie z siecią linii papilarnych i z obrączką… O ile korpus, wnętrzności, nogi można uznać za kawał mięsa i kawałek trupa, o tyle dłonie są kwintesencją człowieczeństwa. W zestawieniu z przepiłowanymi chrząstkami,

przeciętymi mięśniami szyi stworzyły wstrząsający obraz. Walczyłam sama z sobą, żeby nie zemdleć. Na końcu gęstniejącego korytarza czarnych, pulsujących plam wciąż majaczył biały fartuch

pana Mirosława Sokoła. Za wszelką cenę próbowałam się wziąć w garść, wręcz przywołać na twarz, pewnie kredowobiałą, uśmiech. Po wielkich mękach przeszłam w końcu te sześć czy siedem metrów i skręciliśmy w prawo do innego pomieszczenia.


35/77

– Proszę usiąść. – Głos pana Mirosława brzmiał jak ze studni, jak z puszczonej w zwolnionym tempie taśmy. – Może niezbyt tu komfortowo, ale tam jest zajęte.

Słaniając się na nogach, usiłując zachować pozory opanowania, klapnęłam ciężko na coś,

co zostało mi wskazane. Ciężko oddychałam, nic nie widziałam, ale za wszelką cenę nie chciałam okazać słabości. Nie mogłam utrzymać pionu, więc oparłam się o coś obok małego stołeczka, na którym siedziałam. Po chwili czarne plamy odpłynęły, zimne poty i drżenie mięśni ustępowały, zaczynałam

wracać do siebie. Podniosłam wzrok i zorientowałam się, że za oparcie służą mi zwłoki starszej kobiety. Normalnie pewnie zemdlałabym z takiego powodu, ale po tym co widziałam przed


36/77

chwilą, wręcz się ucieszyłam, że babcia ma głowę, że jest ubrana, że wygląda jak kochana, bliska osoba. Poczułam się podniesiona na duchu jej obecnością. Przy okazji mogło to sugerować, że siedzenie obok zwłok nie robi na mnie wrażenia, a o to przecież chodz-

iło. Powoli zaczęłam znowu rejestrować obrazy, zapachy i odgłosy, jak również słowa pana Mirosława. – Dlaczego chce pani u nas pracować? – zapytał bardzo spokojnym głosem, pod którym krył się jednak brak zainteresowania odpowiedzią, roztargnienie i chyba potworne

zmęczenie. – Odpowiada mi praca zmianowa, bo jeszcze studiuję, chciałam się nauczyć czegoś nowego, a poza tym mieszkam parę przecznic stąd, więc piechotą szłabym do pracy dziesięć


37/77

minut – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Do własnej głupoty. Wspaniałe argumenty do pracy w kostnicy. Pan Mirosław jakby mnie nie słuchał, zdawał się myśleć, że praca w prosektorium jest równie zwyczajna jak praca w butiku z obuwiem. Żadnego „Czy pani

jest pewna?”, „Czy pani sobie poradzi?”. – Właściwie nikt poza panią się nie zgłosił – westchnął ciężko, jednocześnie ścierając poślinionym palcem krwawą kropkę z przegubu dłoni – a ja naprawdę pilnie potrzebuję dodatkowych rąk do pracy. – Co należałoby do moich obowiązków? – zapytałam ogarnięta obawą, a właściwie paniką i poczuciem, że nie mam odwrotu. Zaczynałam być zła na swój brak asertywności. – Chodzi o robotę papierkową. Pracuję tu tylko ja. Niedawno odszedł mój pomocnik.


38/77

W zasadzie wolę pracować sam, ale zajmując się sekcjami, myciem, ubieraniem i całym przygotowaniem do pogrzebu, nie mam czasu na wypełnianie formularzy, kwitów, aktów,

a jest tego tutaj pod dostatkiem. Potrzebuję kogoś na pół etatu, kto to wszystko ogarnie – wyjaśnił rzeczowo. – W porządku. – Odetchnęłam z ulgą, że nie usłyszałam: „Potrzebuję pani do odpiłowywania głów, bo mamy takich prac kilka dziennie”. – Kiedy mam zacząć? – Może pani jutro? – zapytał, uznając arbitralnie, że odpowiedź twierdząca będzie form-

alnością. – Mam sporo zaległości. Jutro o siódmej? – W porządku. – Uśmiechnęłam się do niego, chociaż sprawy toczyły się o wiele szybciej, niż się spodziewałam. Miałam mętlik


39/77

w głowie, milion przeciwstawnych, kłębiących się myśli. Wcale nie byłam przekonana, że to, co robię, jest słuszne. – W takim razie o naszym zakładzie

i szczegółach pracy opowiem pani jutro. Mam dzisiaj mnóstwo roboty, zresztą, sama pani widziała. To… do zobaczenia jutro rano. – Do zobaczenia. – Uścisnęliśmy sobie dłonie i wyszłam. Trzy minuty rozmowy i już. Trzy minuty rozmowy i pracuję w prosektorium.


Po wyjściu ze szpitala nie bałam się już,

nie byłam zaskoczona, nie byłam wstrząśnięta. Byłam po prostu wykończona. Moje otępiałe

zmysły nie pozwoliły mi nic odczuwać. Zero gonitwy myśli i obaw we własnej głowie. Mijałam właśnie trzecią z czterech przecznic, które musiałam pokonać w drodze do domu, kiedy zobaczyłam mężczyznę wnoszącego do sutereny sporą drewnianą rzeźbę. Obok stała druga. Podeszłam, żeby się jej przyjrzeć. W tym momencie ów mężczyzna wyszedł. Ciemnowłosy, śniady, po czterdziestce, o bałkańskich, a może cygańskich rysach twarzy. Pięknie się do mnie uśmiechnął i powiedział ze śmiesznym, miękkim akcentem:


41/77

– Zapraszam! Będzie pani moim pierwszym gościem! Nie zastanawiałam się długo. Uśmiechnęłam się tylko bezwolnie i potulnie podążyłam za

nim. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale to, co tam zobaczyłam, zaskoczyło mnie

zupełnie. Już od progu witała gościa niezwykłość: stare, drewniane i zawsze otwarte drzwi, w zimie zasłaniane wiszącą teraz obok pasiastą, buduarową kotarą, i obłędny zapach… Nie było człowieka, który stając w progu, zdołałby odwrócić się i odejść. A w środku? Świat jak z baśni tysiąca i jednej nocy… Na ścianach z surowych, ciemnych dech wisiały przepiękne kilimy, obrazy, zdjęcia z dalekich podróży, płaskorzeźby. Na podłodze stały drewniane beczki i beczułki wypełnione kawą, herbatą,


42/77

przyprawami, między nimi mniejsze i większe rzeźby przedstawiające kobiety i mężczyzn z różnych kręgów kulturowych – na pierwszym planie etiopski koczownik, a obok mała chińska pastereczka siusiająca za trzcinową studnią. W rogu dwa kolorowe mater-

ace, na nich mnóstwo poduch, i niziutki stolik – kącik, gdzie można usiąść, a nawet położyć się i napić herbaty. Za drewnianym kontuarem znajdował się regał wysoki aż po sam sufit z niekończącą się liczbą puszek, a w nich

mnóstwo rodzajów i gatunków herbat. Na tle tego wszystkiego stał ciepły i uśmiechnięty

mężczyzna. – Jestem Hasmik – powiedział i wyciągnął ku mnie dłoń. – A to moje marzenie, mój sklep, który otwieram jutro. – Popatrzył na swoje dzieło z dumą i ekscytacją.


43/77

– Natasza – również się przedstawiłam. – Jest przepięknie, po prostu przepięknie… – dodałam z pełnym podziwu uśmiechem. – Na pewno zyska pan szybko całą rzeszę stałych bywalców i interes będzie kwitł. – Całe szczęście mam już kilku klientów.

Początkowo zajmowałem się tylko rzeźbami, próbowałem sprzedawać swoje prace na pobliskim bazarze. – Wskazał na stojące na ziemi drewniane posążki. – Nie był to złoty interes – zaśmiał się znowu. – Potem do sprzedaży włączyłem herbatę, a kiedy wprowadziłem kawę, miałem już na bazarze własne stoisko

i pierwszych stałych klientów. No i w końcu się odważyłem. W wakacje tymi rękami wyremontowałem stary zakład szewski i zamieniłem go w ten sklep.


44/77

– Raczej w to czarodziejskie miejsce z kawą i herbatą – poprawiłam go ze śmiechem i zachwytem. Niesamowity człowiek. Chyba nigdy nie widziałam dorosłej osoby tak podekscytowanej, z taką wiarą i pasją w oczach. Patrzyłam, chłonęłam zapachy, kiedy Has-

mik zapytał: – Ty też nie jesteś stąd? Zaskoczył mnie. – Masz takie oczy – dodał. Mówił tak zabawnie, że nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu. W jego ustach „sz” brzmiało jak „szi” a „cz” jak „czi”. Więc „Masz takie oczi”

albo „Nataszia” nieodparcie wzbudzało uśmiech i rozbrajało. – Jestem stąd – odparłam bez wahania. – To znaczy nie z tego miasta, ale… z tego kraju. – Bałam się, czy go nie urażę.


45/77

– Ja jestem Gruzinem – wyjaśnił. – Kilkanaście lat temu musiałem uciekać z mojego kraju i odnalazłem się tutaj. Najpierw próbowałem mieszkać w małej miejscowości na Kaszubach, ale tam nie było łatwo. – Przerwał zasępiony. – W dużym mieście jest in-

aczej, prościej nie czuć się obco. – Znów się roześmiał. – Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, kocham ich za to, że tak ciepło przyjęli mnie w obcym kraju. No i kocham herbatę. Marzę o tym, żeby klienci czuli się tu wspaniale, żeby przypadkowo spotykający się ludzie mogli do późna w nocy toczyć na materacach

rozmowy o herbacie, kawie, życiu… – Uśmiechał się do półek z puszkami. – Przepraszam, zwykle tyle nie mówię, ale dziś wyjątkowy dzień. Na pewno jesteś stąd, dziewczyno? – ponowił pytanie, uparcie mi się


46/77

przyglądając. A ja znowu się uśmiechnęłam na to „dziewczino”. – Tak, jestem Polką – odpowiedziałam ponownie, choć zaczęłam odczuwać pewną

irytację – ale… – zastanowiłam się głębiej – mój dziadek ze strony taty był Rosjaninem, po nim odziedziczyłam rosyjskie nazwisko i w zasadzie… może te oczy. – Uśmiechnęłam się do niego. – Mogę powiedzieć, że mam rosyjskie korzenie… – Jakoś bardzo wyraźnie zdałam sobie teraz z tego sprawę. – Nie tęsknisz? – Hasmik przesypywał aromatyczną herbatę z puszki do woreczka

srebrną grawerowaną szufelką. – Za czym? Nie znam Rosji. Nie znałam mojego dziadka, który był Rosjaninem. Tylko babcię, ale ona była Polką. Poznałam ją już po


47/77

śmierci dziadka, kiedy mieszkała w Polsce. Wstyd się przyznać, ale o Rosji wiem niewiele. Widząc moje zmieszanie i zmęczenie, nie drążył dalej. Wręczył mi malutki woreczek i powiedział: – W Gruzji jest taka tradycja, że pierwszy

gość dostaje prezent. Żeby się dobrze wiodło. – Ojej, dziękuję. Mam nadzieję, że jestem odpowiednim pierwszym gościem – zawołałam ze śmiechem, ale i niepewnością, że może i ja powinnam zachować się jakoś wyjątkowo. – Najlepszym pierwszym gościem! Takie

mam przeczucie! – Popatrzył na mnie ciepło. – Tylko musisz obiecać, że dziś się jej napijesz. Wtedy będzie dobra energia od pierwszego gościa, Natasza! – Obiecuję – odparłam wesoło.


48/77

– Miło było cię poznać! – Mnie również było miło. Do widzenia! – Pożegnaliśmy się serdecznie.


Wchodząc na drugie piętro starej kamien-

icy, nie mogłam się doczekać, kiedy napiję się tej herbaty. W domu od razu weszłam do kuchni i nastawiłam wodę. Szybko wzięłam prysznic, włożyłam wielki beżowy T-shirt i stanęłam z filiżanką pełną parującej, wspaniałej herbaty przy oknie w pokoju, który miał stać się moim. Patrzyłam na światła miasta, popijałam aromatyczny napar i jedyne, o czym myślałam, to że ciekawa jestem, co przyniesie kolejny dzień. Odstawiłam filiżankę na parapet i poszłam do drugiego pokoju. Zawahałam się, ale po chwili z przyjemnością wsunęłam się bezszelestnie pod wykrochmaloną,


50/77

szeleszczącą, pachnącą świeżością kołdrę, układając się obok ciepłego, nagiego, rytmicznie oddychającego we śnie ciała.


Sztywność

materiału

przyjemnie

kon-

trastowała z nagim, rozgrzanym ciałem, zapach krochmalu mieszał się z zapachem

kobiecej skóry i miodowego balsamu. Przez okno wpadało światło pobliskiej latarni tak mocne i pomarańczowe, że można by je wziąć za wschodzące słońce. Kładło podłużne cienie na ścianach, meblach, dzieląc pokój po przekątnej na stronę jasną i ciemną. W szyby uderzał drobny deszcz – miarowo i delikatnie, jak opuszki palców mojej mamy, kiedy wklepywała krem w skórę twarzy… Perfect moment… Szeleszcząca pościel, nagość, światło, deszcz… Perfect moment… Zanurzyłam się w nim z rozkoszą…


52/77

Kiedy miałam jakieś piętnaście lat, przeczytałam w czasopiśmie poświęconym psychologii artykuł zatytułowany: „To MAKE each moment perfect”. To mnie zainspirowało

do perfekcjonizmu, wzbudziło potrzebę stwarzania idealnych chwil, nastroju, ale

w zasadzie… prowadziło tylko do napięcia i rozczarowania. Kiedy otoczenie było idealne, przeszkadzał niepokój w głowie, im bardziej planowane i dopracowane zdarzenie, tym trudniej było mi je odczuć całą sobą, rozkoszować się nimi. Kilka lat później leżałam po prostu na trawie, w nastroju wcale

nie idealnym, przy dość pochmurnej i wietrznej pogodzie, coś tam mnie gryzło, zrywałam bezwiednie kule dmuchawców, wystawiałam na wiatr i patrzyłam, jak małe puszki powoli oddzielają się od kulistej


53/77

kopuły, unoszą miękko na wietrze w chaotycznym, lecz majestatycznym tańcu… i nagle to się po prostu stało… Czas jakby zwolnił, wszystkie zmysły wyostrzyły się, umysł stał się harmonijny, jasny, spokojny, ciało się rozluźniło. Po prostu byłam i chłonęłam. Czułam zapach trawy, wilgotnej, tętniącej życiem ziemi, powietrza, chłonęłam każdy powiew wiatru muskającego delikatnie włosy i źdźbła traw, słyszałam szmer kołyszących się pędów roślin, liści na drzewach, olśn-

iło mnie piękno majestatycznie płynących po niebie chmur i harmonii, w jakiej wszystko wraz ze mną współistniało. Pierwszy raz w życiu doświadczyłam bycia tu i teraz. Pierwszy raz w życiu poczułam, co znaczy tak prawdziwie i bez wyraźnej przyczyny, do głębi siebie i tak po prostu, cieszyć się, że się istnieje. To


54/77

był perfect moment. Wtedy zmodyfikowałam swoje motto. Brzmiało: „To FIND each moment perfect”. Odtąd polowałam na idealne momenty. Pojawiały się zwykle niespodziewanie, w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Czasem czekałam długo, czasem było ich kilka

w dość krótkim czasie. Nie podlegały żadnej regule – ani relaks, ani stres, ani uroda otoczenia, ani jej brak nie miały wpływu na ich pojawienie się. Zasada była tylko jedna – musiałam być czujna i otwarta na ich przyjście. I takie chwile, niby zwykłe, ale przeżyte w niezwykły sposób, kolekc-

jonowałam w swojej pamięci, tak jak inni czynią ze znaczkami, monetami czy dziełami sztuki.


Choć w zasadzie znałyśmy się jeden dzień,

przytuliłam się brzuchem do małych wypiętych pośladków, przywarłam piersiami do pleców, objęłam jedną ręką ciepły brzuch. Anna zamruczała przez sen: – To ty… Chodź, przytul się, Natasza. Jutro skończymy i twój pokój… Przez chwilę pomyślałam znów o prosektorium… ale minutę późnej obie już spałyśmy,

równo oddychając. Tej nocy nie śniło mi się nic.


Nazajutrz

byłam w pracy punktualnie.

Weszłam już od właściwej strony. Pan Mirosław oprowadził mnie po swoim dziwnym królestwie. Mały, przyszpitalny zakład pogrzebowy i prosektorium w jednym, co było dość wyjątkowym połączeniem, składał się z pięciu pomieszczeń. W największym, pustej i sterylnie czystej, jakby wczorajsze zdarzenie było tylko koszmarnym przywidzeniem, sali sek-

cyjnej, na środku stał metalowy stół z systemem węży, prysznicem i rynną prowadzącą do odpływu. Górną część stołu zajmowały piły elektryczne i narzędzia sekcyjne. – Pęsety chirurgiczne do trzymania na przykład skóry podczas sekcji, pęsety


57/77

anatomiczne do preparowania naczyń i nerwów, skalpel, tu… kleszczyki hemostatyczne do przytrzymywania naczyń…. A to piła Gigliego, czyli łańcuszkowa, do przecinania

żeber lub żuchwy i klasyczna piła do kości – demonstrował sprzęty pan Mirosław. – To młotek, dłuto kostne. A to piła elektryczna. Pod ścianą stał rząd szafek zawierających głównie odczynniki chemiczne, większość na bazie spirytusu i formaliny, oraz materiał pobrany od zmarłych oczekujący na dalsze badania, słoikach.

pozamykany

w różnego

rodzaju

– Współpracujemy ze szpitalem, więc na ogół przyjmujemy zwłoki osób starszych, ale jak pani sama wczoraj widziała, nie jest to regułą. Nigdy nie zajmujemy się zwłokami po morderstwach – wyjaśniał lakonicznie mój


58/77

nowy szef. – Gdy zgon nastąpi w szpitalu, po potwierdzeniu go przez lekarza, ciało trafia tutaj. Przepisowo, zanim przystąpi się do sekcji, musi leżeć dwadzieścia cztery godziny. Na wypadek, gdyby stwierdzenie zgonu okazało się błędne. Następnie pobieram materiał do

badań: wycinam guzy, nowotwory, chore tkanki, pobieram płyny ustrojowe, wszystko, co może posłużyć nauce do dalszych badań, do lepszego poznania natury chorób. – Tu wskazał na stojące w gablocie i na blacie słoje i słoiczki z fragmentami ludzkich narządów i tkanek. – Materiał wysyłam piętro wyżej na patomorfologię. W wypadku zgonów o niejasnej przyczynie sekcja ma na celu te przyczyny wyjaśnić. Następnie zwłoki są myte. Tu mamy jeden wąż, tu drugi – wskazał beznamiętnie na system rur, pocierając wielką dłonią spokojne,


59/77

zmęczone oczy – żeby przepłukanie jelit odbyło się sprawnie i czysto. Jest to konieczne, ponieważ zalegające treści pokarmowe gniją, powodują powstawanie gazów, rozpieranie ciała, opuchliznę i jego szybszy rozkład. Poza tym zwieracze odbytu przecież

już nie działają i przenoszenie ciała czy jego ubranie bez zabrudzenia i wycieków z jelit byłoby niemożliwe. Innym sposobem zabezpieczenia przed tym jest trwałe zatkanie ujścia jelita grubego.

Jeśli zwłoki mają być wystawione w kaplicy na dłużej, jelita płucze się formaliną. To je dodatkowo konserwuje. Inną opcją jest wstrzyknięcie środków dezynfekujących i konserwujących do jamy brzusznej i jamy płucnej, gdzie jest najwięcej bakterii i gdzie rozpoczyna się rozkład. Dezynfekuje się też inne


60/77

naturalne siedliska bakterii, które uaktywniają się po śmierci: jamę ustną, odbyt i pochwę. Dzięki temu ciało wolniej ulega procesom gnilnym i jest mikrobiologicznie bezpieczne

dla bliskich. Co innego balsamacja. Wprowadzam preparaty konserwujące przez

prawą tętnicę szyjną. Płyny wypierają krew, rozchodzą się przez naczynia krwionośne po wszystkich tkankach, nasączając je. To 1 powstrzymuje procesy gnilne . Słuchając tego wszystkiego, miałam wrażenie, jakbym oglądała horror klasy C. A przecież ten człowiek codziennie wykonuje opisywane czynności! Na dodatek każdy prędzej czy później przez to przejdzie. Moja głowa z trudem przyswajała te informacje i radziła sobie z nową rzeczywistością, ale


61/77

pilnie podążałam za nim, starając się wszystko zapamiętać. Sala sekcyjna przechodziła w krótki korytarz, po prawej jego stronie znajdowała się ubieralnia zmarłych, do której przewożono ciało po sekcji i umyciu. Tu je ubierano, czes-

ano i malowano. Z ubieralni przechodziło się do malutkiej kaplicy, gdzie po przygotowaniach wystawiano zwłoki. Tutaj też gromadziła się rodzina przed przewiezieniem zmarłego do właściwej kaplicy. Na końcu korytarza był pokoik administracyjny, również połączony drzwiami z kaplicą. Piąte pomieszczenie było

chłodnią służącą do przechowywania zwłok. Nie było tam filmowych szuflad na zmarłych, tylko miejsce na postawienie trzech stołów na kółkach i dwie wysokie półki na wypadek, gdyby nagle zrobiło się bardzo tłoczno.


62/77

Pan Mirosław Sokół pokazał mi te pomieszczenia, nie rozwodząc się zanadto nad ich przeznaczeniem i wykonywanymi w nich czynnościami. Może to i lepiej. Szczątkowe informacje, które mi podał, były wystarczająco szokujące. Dużo uwagi poświęcił za to na tłumaczenie tego, czym miałam się zajmować, a były to: rejestracja zgonów, przyjmowanie i wydawanie ciał, przepływ materiałów między nami a patomorfologią, akty zgonu, przekazywanie rodzinie rzeczy zmarłych,

przyjmowanie od rodziny ubrań, w które należy przyodziać ich na pogrzeb, zamówienia na balsamację i makijaż, kontakty z pralnią, zakupy środków chemicznych, środków ochrony osobistej, przepływ faktur i płatności, sporządzanie zestawień, raportów i statystyk


63/77

z prawie wszystkich powyższych czynności oraz podawanie kawy i herbaty szefowi. Skupiliśmy się na wypełnianiu dokumentów.

– Wypełniasz tak – pokazywał Mirosław – okoliczności śmierci i tu do wyboru – zgon naturalny, zabójstwo, samobójstwo, wypadek, zgon w nieokreślonych okolicznościach. Zajmujemy się tylko zgonami pacjentów z naszego szpitala, więc będziesz miała zgony naturalne, ewentualnie samobójstwo czy wypadek. No, chyba żeby ktoś zamordował naszego pacjenta, ale zgony gwałtowne, jak

zabójstwa, wypadki i samobójstwa, wszelkie zgony podejrzane, których przyczyny nie możemy określić, trafiają do lekarzy medycyny sądowej. Na potrzeby śledztwa sekcja odbywa się zawsze w obecności


64/77

2

prokuratora . Nie musisz tego wszystkiego pamiętać. Zapamiętaj jedno – my tego nie ruszamy. To śliski grunt. Najważniejsza rzecz: w papierach musi być porządek. Zmartwił mnie trochę brak instrukcji co do sposobu zachowania w kontakcie z rodzinami

zmarłych, więc zapytałam o to. W odpowiedzi uzyskałam tylko gromiące spojrzenie i dwuczęściowy mundur służbowy. Używany, szarawy (pewnie kiedyś był biały) strój z prześcieradłowego materiału składał się z bardzo obszernej bluzy z krótkim rękawem oraz spodni z gumką w pasie. Też oczywiście

za dużych. Na duchu podniosło mnie tylko to, że wyjątkowo nie były za krótkie, natomiast zaniepokoiło mnie kilka brązowordzawych kropeczek w okolicy uda. Starałam się nie myśleć, czym prawdopodobnie były i w jakich


65/77

okolicznościach powstały. Całość wyglądała dość marnie, chyba nigdy nie miałam na sobie bardziej amorficznego stroju, ale w zasadzie byłam z niego dumna.


Pierwsze

dni pracy były niespokojne.

Nowe miejsce, nowe obowiązki, nauczenie się wszystkiego, wysiłek, żeby się wykazać, i strach, że znowu zobaczę coś wstrząsającego. Tak jak mi zapowiedziano, wypełniałam najróżniejsze papierki, dokumenty, akta, zestawienia, tabele i zamówienia. Siedziałam w jednym pokoju, niemającym nic wspólnego z przedmiotem prowadzonych tu prac, więc po paru dniach wreszcie wyciszyłam się, uspokoiłam i skupiłam na powierzonych zadaniach. Pan Mirosław przynosił mi tylko kolejne dokumenty, podawał nazwiska kolejnych zmarłych, dyktował informacje na ich temat.


67/77

W trzydziestometrowej zaledwie przestrzeni prosektoryjnych pomieszczeń widywaliśmy się rzadko, rozmawialiśmy jeszcze rzadziej, a wszelkie rozmowy ograniczały się do „dzień dobry”, „do widzenia” i wymiany konkretnych informacji. Obawiałam się, że jeśli tylko go za-

czepię, wciągnie mnie w jakieś straszne, krwawe zajęcie. Powoli jednak, jak mały, wstrętny robaczek, zaczynała mnie podgryzać ciekawość. Siedziałam sobie w swoim pokoju, sumując tabele, ale wiedziałam, że w pomieszczeniu obok mój szef pracuje. Na dobrą sprawę byłam kilka metrów od zwłok, tyle że oddzielona od nich ścianą. Zaczynałam szukać najrozmaitszych pretekstów, by przez uchylone drzwi chociaż zajrzeć ukradkiem do ubieralni i podpatrzeć, co tam się dzieje. Wymyślałam sprawy,


68/77

o które muszę akurat teraz zapytać. A to czy na pewno potrzebujemy całego kartonu foliowych fartuchów, a to czy nie zamówić trumny u innego producenta, żeby było szybciej. Dużo się uczyłam dzięki tym pytaniom.

Choć nie musiałam tego wiedzieć, Mirosław sucho, ale precyzyjnie na nie odpowiadał i uczył mnie, czym różni się grób ziemny od murowanego, a ten od katakumb, grobu urnowego i kolumbarium; że kostnica to miejsce służące do przechowywania zwłok i przygotowania ich do pogrzebu, a prosektori-

um to kostnica, która ma dodatkowo salę sekcyjną. Nabrałam przyjemnego poczucia, że wszystko jest prawnie uporządkowane. Oczywiście w teorii, bo w praktyce bywało różnie. Na


69/77

przykład w grobie ziemnym, z założenia jednoosobowym, nie wolno nikogo ponownie pochować przed upływem dwudziestu lat, ale nie dotyczy to grobu ziemnego, w którym pochowano urnę. Zgon i jego przyczyny powinny być ustalone przez lekarza, który leczył chorego w ostatniej chorobie, a jeśli ostatnią czynnością medyczną była akcja reanimacyjna zakończona zgonem, to obowiązek ten spada na lekarza prowadzącego reanimację. Jeśli jest to niemożliwe, oględziny może przeprowadzić inny lekarz do tego uprawniony. Osoby stwierdzające zgon wypełniają kartę zgonu

w dwóch egzemplarzach – jeden rejestruje urząd stanu cywilnego i wędruje on do administracji cmentarza, drugi służy do celów statystycznych. Problemy zaczynają się, gdy lekarz stwierdzający zgon poweźmie


70/77

podejrzenie, że przyczyną śmierci była choroba zakaźna. Konieczne jest wtedy powiadomienie inspektora sanitarnego. Ponadto łamie się regułę niepodejmowania balsamacji, kremacji i chowania przed upływem dwudziestu czterech godzin, zapobiegającą

pochowaniu żywcem. W wypadku choroby zakaźnej zwłoki powinny być pochowane lub skremowane przed upływem doby. Ku mojemu zaskoczeniu prawo dopuszcza… zatopienie zwłok w morzu. Praktykuje się je jedynie wtedy, kiedy zgon nastąpił na morzu, w miejscu, z którego przybycie w ciągu dwudziestu

czterech godzin na ląd w celu pochówku byłoby niemożliwe. A zawsze myślałam, że to tylko filmowy chwyt. Dowiedziałam się, że prawo do przechowywania zwłok po upływie dwudziestu czterech


71/77

godzin od śmierci mają jedynie kostnice, prosektoria i domy pogrzebowe. To również jedyne miejsca, w których można otworzyć trumnę po jej uprzednim zamknięciu. Powoli zaczynałam rozumieć, że mam okazję przynajmniej pobieżnie zapoznać się z działalnością

prosektoriów i zakładów pogrzebowych, której głębi nawet nie podejrzewałam. Pewnego dnia zapytałam Mirosława już nie o pracę, ale o to, czy napije się kawy, i usłyszałam, że chętnie. Więc przygotowałam ją i stanęłam przed drzwiami ubieralni z kubkiem. Zapukałam.

– Wejdź, wejdź. Postaw ją tu – dobiegł zza drzwi głos szefa. Przez chwilę się zawahałam. Czy dam radę? Czy nie zemdleję? – Proszę – ponaglił, więc nacisnęłam na klamkę i weszłam niepewnie do środka.


72/77

– Postaw ją tu – powtórzył. Postawiłam kubek na małej szafce. Na stole leżały zwłoki sześćdziesięcioletniej kobiety. Ubrana była w ciemną spódnicę,

ciemne rajstopy i białą bluzkę. Obok wisiał żakiet będący pewnie drugą częścią garsonki.

Pan Mirosław właśnie czesał i układał włosy starszej pani. – Jak ci się podoba? – zapytał nagle. Trochę mnie to zaskoczyło. Jak mi się podoba co? Zwłoki? Strój? Jego „dzieło”? Samo to, że o cokolwiek mnie pyta, było zaskakujące. – Czy wygląda dobrze? – ponowił pytanie.

– Tak, dobrze… – Podeszłam bliżej, zastanawiając się, co w męskim języku i w takiej sytuacji oznacza słowo „dobrze”. – Znaczy się, normalnie wygląda… mam na myśli rysy twarzy i kolor, ale… jakoś tak… woskowo –


73/77

odpowiedziałam. – Nie, nie wiem… No, niby w porządku, ale jakoś tak… no, woskowo właśnie… – Wstydziłam się swojego zmieszania i nieprecyzyjnej odpowiedzi.

– Jak to woskowo? – dopytywał się szef, ale ja nie bardzo potrafiłam wyjaśnić.

– No tak… płasko i jakby… Może trochę jasnobeżowego cienia na skronie, cielistego, ale lekko rozświetlającego. I odrobina korektora na zasinienia pod oczami. Oczy przestaną wyglądać na zapadnięte – poniosły mnie wizje retuszu tych mankamentów. Zrobiło mi się głupio. Własny pogrzeb to nie sesja zdjęciowa dla

magazynu mody. Ten człowiek pewnie lepiej wie, co robi. Ale Mirek zaciekawił się. – Nie rozumiem. Możesz to zademonstrować? Wpadłam w pułapkę. Chciał nie


74/77

chciał, poszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam własną paletę do makijażu z własnej torebki! Całe szczęście pędzle były w wyposażeniu zakładu. Wróciłam i zaczęłam oszczędnie nakładać kosmetyk na twarz. Lekko rozświetlający puder na skronie, o ton ciemniejszy na czoło, nos i brodę, korektor pod oczy, na powieki naturalny, jedwabny cień. Na koniec leciutkie muśnięcie policzków różem w kolorze malwy. – Gotowe – powiedziałam szeptem

i czekałam ze spuszczoną głową na falę krytyki i wykład, że zwłoki nie mogą być

pomalowane, że muszą wyglądać naturalnie, że mam zmiatać do swoich papierów. Ale nic takiego nie nastąpiło. – Nieźle – odezwał się Mirek. – W ogóle nie widać makijażu, a wygląda dobrze. Faktycznie


75/77

wcześniej było woskowo – ugryzł się w język – niedobrze raczej. Hmmm… Ciekawe. – Podchodził bliżej, to się oddalał, nachylał się nad twarzą zmarłej i drapał po głowie. Był zaskoczony podwójnie: jako pracownik prosektorium i jako mężczyzna. – Gdzie się tego

nauczyłaś? – Czasem pracuję jako modelka. – Niemożliwe… – mruknął pod nosem, przeciągając kolejne głoski. Popatrzył na mnie uważnie, jakby nie wierząc, że blada chudzina z ogromnymi oczami o jasnych rzęsach i włosach koloru słomy niedbale zebranych

w koński ogon, na której prosektoryjny strój wyglądał jak wór na wieszaku, może być modelką. – Niemożliwe… – powtórzył i na tym dziwowanie się skończyło razem z całą rozmową.


76/77

– Zadzwoń na patologię, czy są już wyniki Ryszarda Zaborskiego. Jeśli są, to pilnie je przynieś i wpisz – zarządził niespodziewanie pan Mirek i zabrał się do ubierania starszej pani w marynarkę. Wzięłam się więc do roboty. Tego dnia pra-

cowałam na drugą zmianę, teoretycznie do osiemnastej, ale musiałam wyjść wcześniej, około piątej po południu, bo o dwudziestej miałam wręczać nagrody na gali filmowej.


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Prosektorium - Olga Paluchowska-Święcka - ebook