Page 1


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Deborah Lipstadt

Proces EICHMANNA Fragment


3/34


Dedykacja

Większą część pracy nad tą książką wykonałam w okresie, kiedy byłam zatrudniona w Ośrodku Badań nad Holocaustem przy Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Podczas swojego pobytu tam znalazłam wszystko, czego mogą sobie życzyć naukowcy: wspaniałych kolegów, obfitość materiałów źródłowych i swobodę twórczą. Nagle zdarzyła się tragedia. W południe 10 czerwca 2009 roku funkcjonariusz ochrony Stephen Tyrone Johns, długoletni strażnik w Muzeum Holocaustu i człowiek uwielbiany przez pracowników, zauważył zbliżającego się do gmachu muzeum starszego mężczyznę. Powodowany chęcią pomocy – była to jego cecha wyróżniająca – wyciągnął rękę i otworzył ciężkie szklane drzwi. Mężczyzna ów zaś, osiemdziesięciosześcioletni rasista, antysemita i negacjonista, zamiast wejść, wyciągnął spod płaszcza karabin i zastrzelił Stephena Tyrone’a Johnsa. Johns został zamordowany, próbując wyświadczyć uprzejmość. W większość poranków, kiedy przychodziłam do muzeum, łącznie z tym, strażnik Johns już tam był. Często żartował ze stosów książek, które zawsze ze sobą nosiłam. Zdawał się mieć życzliwe słowo dla wszystkich. Kilka


5/34

chwil przed zajściem minęłam jego posterunek w drodze na wykład, który miałam wygłosić, i widziałam, jak witał w drzwiach gości wchodzących do muzeum. Muzeum zostało otwarte ponownie dwa dni później. Pracownicy nie byli pewni, czy ludzie nie będą zbyt wystraszeni, żeby tu wrócić. Na krótko przed otwarciem wyszłam na zewnątrz, aby sprawdzić, czy ktoś tam jest. Ledwo powstrzymałam łzy, kiedy zobaczyłam zebrany tłum. Kolejka ciągnęła się wokół budynku i dalej na ulicy. Była znacznie dłuższa niż w normalny czerwcowy dzień. Słyszałam, jak ludzie mówią, iż są tutaj, aby pokazać, że bigoci ich nie zastraszą. Przyszli właśnie dlatego, że zamachowiec chciał ich wypłoszyć. Wizyta w placówce, której misją było nauczanie o Holocauście i potępienie ludobójstwa, stała się gestem sprzeciwu. Z głęboką wdzięcznością i smutkiem dedykuję tę książkę pamięci funkcjonariusza ochrony Johnsa i dwóm innym funkcjonariuszom, których szybka reakcja zapobiegła znacznie większym rozmiarom tragedii. Uprzejmość strażnika Johnsa i pełny profesjonalizm strażników Harry’ego Weeksa i Jasona „Maka” McCuistona są wizytówką tej instytucji. My, którzy tam byliśmy, tysiące ludzi, którzy przychodzą tam codziennie, i rzesze tych, którzy korzystają z licznych form jej działalności, zawdzięczają im i całemu personelowi Muzeum Holocaustu więcej, niż można sobie wyobrazić. Jest to bardzo skromny dowód tej wdzięczności. Deborah E. Lipstadt 10 czerwca 2010 Emory University w Atlancie w Georgii


Wstęp

Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałam jako konsultantka przy zespole planującym Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, wzięłam udział w posiedzeniu komisji do spraw zawartości, złożonej z grupy ludzi, którzy oceniali plany stałej ekspozycji muzeum. Zapowiadało się ożywione spotkanie. Miała być omawiana kwestia wystawienia włosów, które Niemcy „pozyskiwali” od żydowskich kobiet w Auschwitz i sprzedawali fabrykom, produkującym koce i wchłaniające wodę skarpety dla załóg U-Bootów. Kiedy Rosjanie wyzwolili obóz, znaleźli magazyny wypełnione włosami. Państwowe muzeum w Auschwitz–Birkenau w Oświęcimiu ofiarowało Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie całe ich kilogramy. Muzealni projektanci zamierzali je wystawić obok stosu należących do ofiar butów, które również pochodziły z obozów. Kiedy ta propozycja padła po raz pierwszy, niektórzy pracownicy sprzeciwili się, dowodząc, że poniża to i uprzedmiotawia tamte kobiety. Chociaż można było pokazywać włosy w Oświęcimiu, oni uważali, że nie powinno się tego robić na drugiej półkuli. Niektórzy obawiali się, że nastolatkom – zważywszy na szczególne upodobanie do makabry, jakie występuje często


7/34

wśród młodego pokolenia – może się to wydać zabawne. Mimo ich sprzeciwu, komisja zdecydowała dziewięcioma głosami przeciwko czterem, iż włosy należy wystawić. Później grupa byłych więźniów zaniepokoiła się i poprosiła o ponowne rozpatrzenie sprawy; stąd wspomniane spotkanie. Kierownik projektu zjawił się uzbrojony w naukowe, psychologiczne, a nawet rabiniczne argumenty do odparcia argumentów przeciwników. Naukowcy, w tym jeden z najwybitniejszych historyków Holocaustu – członek komisji Raul Hilberg – dowodzili, że włosy należy wystawić, ponieważ świadczą o „krańcowej racjonalności” ostatecznego rozwiązania. Niemcy uważali części ciała za coś, co można przekształcić w „artykuł przemysłowy” i chodliwy towar. Psychologowie utrzymywali, że wystawienie włosów nie będzie bardziej bulwersujące niż wiele innych elementów ekspozycji. Najbardziej poważani ortodoksyjni rabini orzekli, że ich wystawienie nie stanowi nivul hamet, zbezczeszczenia zwłok, i nie narusza żadnych przepisów religijnych. Aby częściowo zneutralizować sprzeciwy, projektanci zaproponowali, aby przed gablotą ekspozycyjną wybudować ścianę. Zwiedzający mogliby decydować, czy chcą oglądać ekspozycję, a nie po prostu się na nią natykać. Ale później wstało dwoje członków komisji, którzy byli oboje ocalałymi z Holocaustu. Mężczyzna stwierdził, że byłoby to „pogwałceniem kobiecej tożsamości”. Kobieta przemówiła w tonie bardziej osobistym. „To mogłyby być włosy mojej matki. Ona nigdy nie wyraziłaby zgody na ich wystawienie”. Usiadła, po czym dodała szeptem: „To mogłyby być moje włosy”. Posiedzenie niebawem dobiegło końca. Nie było głosowania, ale obecni wiedzieli, że decyzja zapadła. Kiedy wychodziliśmy, jeden z członków komisji powiedział, do nikogo w szczególności: „Nie mam nic przeciwko włosom. Ale kim ja jestem, żeby sprzeciwiać się ocalałym?”. Niedługo potem przewodniczący komisji do spraw zawartości oznajmił, że włosy nie zostaną włączone do stałej ekspozycji. Dzisiaj znajdują się w magazynie niedaleko Waszyngtonu. Nigdy


8/34

nie zostały wystawione. Ocalali, przemawiający w pierwszej osobie liczby pojedynczej, mieli semantyczny, historyczny i moralny autorytet, który przeważył nad opiniami psychologów, projektantów, historyków i innych specjalistów[1]. Ale jeśli chodzi o proces Eichmanna, coś takiego nigdy nie mogłoby się zdarzyć. Proces – którego głównym celem było pociągnięcie do odpowiedzialności nazisty, który pomógł zorganizować i przeprowadzić ludobójstwo – przekształcił żydowskie życie i społeczeństwo w takim samym stopniu, w jakim doprowadził do wydania wyroku na mordercę. Na szerszej płaszczyźnie zmienił nasze spojrzenie na ofiary ludobójstwa. 11 kwietnia 1961 roku teatr Bejt ha-Am, nowy ośrodek kulturalny Jerozolimy, był szczelnie wypełniony. Ponad siedemset osób stłoczyło się w sali, gdzie odbywał się proces człowieka oskarżonego o to, że był głównym wykonawcą ostatecznego rozwiązania. Gazety na całym świecie zamieszczały relacje o tym wydarzeniu. Amerykańskie stacje telewizyjne nadawały specjalne programy. Nie był to pierwszy proces o hitlerowskie zbrodnie wojenne. A mimo to do Jerozolimy przyjechało więcej dziennikarzy niż do Norymbergi. Czym ten proces, rozpoczynający się tuż po zakończeniu Paschy, różnił się od rozpraw przed trybunałem norymberskim, gdzie sądzono znacznie ważniejsze postacie w nazistowskiej hierarchii? Różnice wiązały się po części z czasem tych dwóch wydarzeń. Norymberga nastąpiła bezpośrednio po zakończeniu wojny, kiedy wielu ludzi pragnęło psychicznego wytchnienia od potworności poprzednich pięciu lat. W Norymberdze wielu podsądnych zasiadało razem na ławie oskarżonych. W Jerozolimie stanął przed sądem tylko jeden człowiek. Dramat tego procesu potęgował dodatkowo sposób, w jaki doprowadzono Eichmanna na salę sądową. Schwytany w Argentynie, został potajemnie wywieziony z tego kraju do Izraela. Mimo to cały rok po jego


9/34

pojmaniu nadal nie było wiadomo dokładnie, jak udało się go odnaleźć. Ale pytania „kiedy” i „jak” przyćmiewało pytanie „kto”: kto go odnalazł i, co ważniejsze, kto będzie go sądził. W Norymberdze wyroki ferowali zwycięzcy. Teraz mieli to robić przedstawiciele ofiar. Bezpośrednio po wojnie większość żydowskich przesiedleńców, jak nazywano wówczas ocalałych z Holocaustu, była zaprzątnięta głównie ułożeniem sobie na nowo życia, a nie pragnieniem wymierzenia kary. Nawet gdyby chcieli pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy zniszczyli ich świat, nie mieli środków, aby to zrobić. Natomiast w roku 1961 wojna i jej konsekwencje należały już do przeszłości. Ocalali, których rany zaczęły się zabliźniać wraz z upływem czasu, mieli więcej siły fizycznej i psychicznej, aby domagać się sprawiedliwości. Co najbardziej istotne, mieli suwerenne państwo, które mogło ją wymierzyć. Państwo Izrael, wkraczające właśnie w rok swojej bar micwy, egzemplifikowało wyjście ofiar ze stanu bezsilności, który umożliwił ostateczne rozwiązanie. Podniecenie i zainteresowanie otaczające proces miały niewiele wspólnego z pytaniem, jak do niego doszło. Większość ludzi, zarówno w sali sądowej, jak i poza nią, spodziewała się, że Eichmann zostanie uznany za winnego. Niewiadomą było to, co się stanie, kiedy historia, pamięć i prawo spotkają się w tym jerozolimskim teatrze. Czy prawo okaże się odpowiednie do rozstrzygnięcia tak bezprecedensowej kwestii? Czy proces przyniesie zemstę, czy prawdziwą sprawiedliwość? Czy linia obrony Eichmanna jako posłusznego wykonawcy rozkazów się utrzyma? Czy będzie próbował usprawiedliwiać ludobójstwo? I jaka, jeśli w ogóle, będzie z tego nauka na przyszłość? W chwili, kiedy kończę tę książkę, zbliża się pięćdziesiąta rocznica procesu Eichmanna. To wydarzenie stanowi żywą część moich wspomnień z dzieciństwa. Wtedy kolacja w naszym domu była podawana o takiej porze, abyśmy mogli oglądać telewizyjne relacje


10/34

z Jerozolimy. Pamiętam zdjęcie Eichmanna w szklanym boksie, które ukazało się na pierwszej stronie „New York Timesa” w dniu otwarcia procesu. Następnego dnia, gdyby Rosjanie nie wystrzelili w kosmos Jurija Gagarina i nie sprowadzili go bezpiecznie z powrotem, relacje z procesu byłyby głównym tematem programów informacyjnych. Jako trzynastolatka, byłam zaintrygowana, że tak ogromne znaczenie nadaje się czemuś, co jest tak ściśle związane z Żydami. W tym czasie mój świat był bardzo wyraźnie podzielony na Żydów i nie-Żydów. Niemal wszyscy w moim najbliższym otoczeniu – koledzy szkolni, sąsiedzi i przyjaciele – byli Żydami. Gdybyście mnie poprosili, abym przywołała z pamięci tamte lata, opowiedziałabym o kwitnącej żydowskiej społeczności, w której żyłam. I upierałabym się, że nigdy się nie zetknęłam nawet z najmniejszym przejawem antysemityzmu. Powiedziałabym tak, chociaż wiedziałam, że są dzielnice, w których nie wolno mieszkać Żydom, i firmy, które nie zatrudniają Żydów. Słyszałam od starszego rodzeństwa moich koleżanek, że mimo doskonałych stopni i wyników w nauce nigdy nie zostaną przyjęci do takiej lub innej szkoły wyższej, ponieważ jest tam ograniczona liczba miejsc dla Żydów. Już w ósmej klasie wiedzieliśmy, że nie mamy co marzyć o takiej czy innej uczelni, ponieważ bardzo trudno jest się tam dostać żydowskim studentom, którzy mieszkają w żydowskiej dzielnicy i uczęszczają do żydowskiej szkoły. Zamiast się oburzać, akceptowaliśmy to, stwierdzam z zażenowaniem, jako rzecz oczywistą. Tak już po prostu było. W 1961 roku John Kennedy został prezydentem. Pamiętam, jak w czasie jego walki o nominację prezydencką jako kandydata Partii Demokratycznej zdumiewała mnie tocząca się w mediach debata na temat: czy katolik „może” być prezydentem. Mój sposób myślenia jako dwunastolatki był bardzo prostolinijny: wszyscy w Ameryce są albo chrześcijanami, albo Żydami. Było oczywiste, że prezydentura jest niedostępna dla Żydów. Biali chrześcijanie, zwłaszcza ci uprzywilejowani, tacy jak Kennedy, nie napotykali takich barier. Dlaczego zatem jego


11/34

nominacja miałaby budzić jakiekolwiek wątpliwości? Kiedy patrzę z perspektywy na tamte lata, zdumiewa mnie nie moja niemożność zrozumienia różnicy między protestantyzmem a katolicyzmem, lecz moja akceptacja tego, że pewne drogi są dla Żydów zamknięte (moich rodziców drażniło to znacznie bardziej niż mnie. Ja byłam za to świadoma faktu i głęboko nim przejęta, że Afro-Amerykanie spotykają się ze straszliwą i brutalną dyskryminacją). Do tego uproszczonego i dosyć naiwnego świata wkroczył proces Eichmanna i Holocaust. Potrzebowałam wielu lat, aby w pełni zrozumieć, że potworności, za które był sądzony Eichmann, wyrosły z tej samej antysemickiej gleby, która zagradza żydowskim dzieciom drogę do najlepszych szkół, a żydowskim absolwentom do posad w wielu prestiżowych firmach. W końcu zaczęłam rozumieć współzależność tych zjawisk. Nigdy nie wyobrażałam sobie jednak, że na tej glebie powstanie także ruch, który wywrze dramatyczny wpływ na moje życie i uwikła mnie w skomplikowaną batalię prawną. Moje osobiste doświadczenie nienawiści do Żydów, która jest podłożem negacji Holocaustu, zaczęło się od kilku stron w mojej książce Denying the Holocaust: The Growing Assault on Truth and Memory („Negacja Holocaustu: Narastający atak na prawdę i pamięć”). Określiłam Davida Irvinga, brytyjskiego autora, jako czołowego światowego rewizjonistę Holocaustu. Irving był płodnym pisarzem, którego książki recenzowano w „The New York Times”, „Times Literary Supplement” i innych prestiżowych gazetach. W jednej ze swoich książek napisał, że Hitler nie wiedział o Holocauście, a kiedy się o nim dowiedział, próbował go powstrzymać. Irving przez ponad dziesięć lat krążył na obrzeżach ruchu rewizjonistycznego, a w 1988 roku wystąpił na procesie negacjonisty Ernsta Zündla i oświadczył, że w Trzeciej Rzeszy nie było żadnej „ogólnej polityki mordowania Żydów”, że „żadne dokumenty nie potwierdzają, jakoby Holocaust kiedykolwiek się zdarzył”, i że komory gazowe były „niepodobieństwem”[2]. I dalej ciągnął ten wątek w jednoznaczny sposób. Tłumacząc


12/34

dziennikarzowi, dlaczego usunął wszelkie wzmianki o Holocauście z nowego wydania swojej książki o Hitlerze, powiedział: „Jeśli coś się nie zdarzyło, to nie zaszczyca się tego nawet przypisem”. Zaprzeczał wykorzystywaniu komór gazowych do systematycznego mordowania Żydów, dowodził, że w Trzeciej Rzeszy nie było żadnego oficjalnie zatwierdzonego planu wyniszczenia europejskich Żydów, i utrzymywał, że Hitler był „prawdopodobnie największym przyjacielem, jakiego mieli Żydzi w Trzeciej Rzeszy. To właśnie on robił wszystko, co w ludzkiej mocy, aby zapobiec strasznym rzeczom, które ich spotykały”[3]. Zważywszy na te komentarze, nie wyobrażałam sobie ani przez chwilę, że robię coś potencjalnie kontrowersyjnego, kiedy określiłam go w swojej książce jako „obrońcę Hitlera z klapkami na oczach”, który „został oskarżony o przeinaczanie dokumentów i opaczne interpretowanie danych w celu uzyskania niedających się utrzymać konkluzji historycznych”. Napisałam, że „na jakiejś płaszczyźnie Irving zdaje się postrzegać siebie jako strażnika dziedzictwa Hitlera”[4]. Moje słowa były ostre, ale w świetle tego, co on sam mówił, wydawały się całkowicie uzasadnione. W 1995 roku moja książka została kupiona przez wydawnictwo Penguin UK i ukazała się w Wielkiej Brytanii. Niedługo potem otrzymałam od prawników wydawnictwa list z informacją, że David Irving zamierza wnieść przeciwko mnie pozew o zniesławienie. Początkowo zlekceważyłam to jako czczą pogróżkę, która w swoim zamyśle miała mnie zastraszyć. Nawet gdyby jego pozew trafił do sądu, w co wątpiłam, byłam pewna, że brytyjski wymiar sprawiedliwości dostrzeże absurdalność twierdzeń Irvinga i umorzy sprawę. Nie miałam wówczas pojęcia, że w przypadku pozwów o zniesławienie brytyjski system prawny, będący odwrotnością amerykańskiego, bierze stronę powoda, przerzucając ciężar postępowania dowodowego na pozwanego. To ja musiałam dowieść prawdziwości tego, co napisałam, a nie Irving dowieść fałszu moich twierdzeń. Nie mogłam skorzystać też z innej


13/34

typowo amerykańskiej ochrony. W Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych obowiązuje zasada, że osoba publiczna, taka jak pisarz czy polityk, może pozwać kogoś o zniesławienie tylko wówczas, jeśli potrafi udowodnić złośliwą intencję – to znaczy, że autor słów wiedział – albo miał uzasadnione podstawy, by przypuszczać – iż są fałszywe, a mimo to je napisał. Coś takiego też uniemożliwiłoby Irvingowi wszczęcie kroków przeciwko mnie w Stanach Zjednoczonych. Tego rodzaju zabezpieczenia nie istniały w Wielkiej Brytanii i sprawa trafiła do sądu w 2000 roku. Po procesie trwającym dwanaście tygodni sąd wydał trzystustronicowe orzeczenie, w którym potępił Irvinga i podtrzymał twierdzenie moich obrońców, że jest on zdeklarowanym negacjonistą, fałszerzem historii i człowiekiem głoszącym jawnie rasistowskie i antysemickie poglądy. Wśród setek ludzi kontaktujących się ze mną w tym okresie było wielu ocalałych, którzy mówili, że od procesu Eichmanna żadne postępowanie sądowe tak ich nie poruszyło. Pewna starsza kobieta powiedziała: „Podczas procesu Eichmanna byłam wstrząśnięta, ponieważ zobaczyłam masowego mordercę. Teraz moje oburzenie wywołuje absurdalność tego, że człowiek o takiej reputacji ciąga po sądach znanego historyka, ale również to, że brytyjskie sądy traktują jego twierdzenia poważnie”. Brytyjska prasa z wielką uwagą śledziła sprawę i werdykt. Wiele gazet dokonywało porównań z procesem Eichmanna. „The Daily Telegraph” oświadczył w artykule wstępnym: „Ten proces był dla nowego stulecia tym, czym były procesy norymberskie i proces Eichmanna dla poprzednich pokoleń”. Niezależnie od dziennikarskiego krasomówstwa, było coś jeszcze, co łączyło ze sobą te dwa wydarzenia. Kilka tygodni wcześniej procesy zostały powiązane w bardziej wyraźny sposób. Podczas swojego procesu Eichmann napisał wspomnienia. Po jego egzekucji premier Dawid Ben Gurion zgodził się, na wniosek oskarżyciela Gideona Hausnera, zapieczętować rękopis i zamknąć go w izraelskim Archiwum Narodowym. Hausner utrzymywał, że Eichmannowi zapewniono


14/34

wszelkie możliwości zaprezentowania swojego punktu widzenia i dlatego Izrael nie ma obowiązku publikować jego wersji wydarzeń. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych jeden z synów Eichmanna zażądał ujawnienia rękopisu. Wywiązał się spór o to, co należy zrobić. Niektórzy izraelscy historycy chcieli, żeby pewien niemiecki instytut naukowy opatrzył kłamliwe wynurzenia Eichmanna przypisami przed ich publikacją. Inni utrzymywali, że Izrael powinien po prostu udostępnić rękopis i pozwolić, aby normalny proces badawczy toczył się własnym trybem. W typowym dla Bliskiego Wschodu duchu, nic się nie wydarzyło. Podczas mojego procesu jeden z moich byłych studentów zasugerował, że powinnam przejrzeć rękopis, aby ustalić, czy zawiera coś, co mogłoby się okazać użyteczne dla moich obrońców. Naszym celem było dowieść, że twierdzenia Irvinga na temat Holocaustu są kłamstwami. Nie zamierzaliśmy udowadniać, że Holocaust się wydarzył. Uważaliśmy jednak, iż relacja na temat masowych zbrodni zaczerpnięta bezpośrednio z rękopisu Eichmanna wykaże przynajmniej, że Irving zaprzecza czemuś, co potwierdził człowiek zamieszany osobiście w ludobójstwo. Chociaż był to strzał na oślep, zwróciłam się do swojego prawnika, aby poprosił Izrael o udostępnienie wspomnień. Kilka tygodni później odebrałam telefon od emerytowanego sędziego izraelskiego Sądu Najwyższego, Gabriela Bacha, który podczas procesu Eichmanna pełnił funkcję pierwszego asystenta Hausnera. Bach powiedział mi, że obecny prokurator generalny skonsultował się z grupą wysokiej rangi prawników i historyków, a ci jednogłośnie zgodzili się spełnić moją prośbę. Nawet premier wypowiedział się w tej sprawie. Następnego dnia mój adwokat, Richard Rampton, zjawił się w sądzie z małą żółtą dyskietką komputerową, zawierającą elektroniczną wersję wspomnień Eichmanna, którą mu przesłano. Kiedy Rampton, który jako prawnik miał obowiązek prowadzenia sprawy w sądzie, przedstawił zawartość dyskietki w charakterze materiału dowodowego, wspomnienia zostały


15/34

ujawnione publicznie po raz pierwszy od czasu, gdy Eichmann je napisał. Kiedy tego wieczoru wróciłam do swojego hotelu, czekała na mnie zapisana na twardym dysku kopia rękopisu. Przeglądając ją, zaczęłam porównywać to, czego doświadczyłam, z tym, co wydarzyło się w Jerozolimie w 1961 roku. Znaczenie procesu Eichmanna przyćmiewało mój. Irvinga nie można było porównać z Eichmannem ani w kategoriach doniosłości historycznej, ani krzywdy, jaką wyrządził narodowi żydowskiemu. Mimo to istniały pewne zbieżności między oboma wydarzeniami. Jeden z tych ludzi pomógł unicestwić jedną trzecią światowej populacji żydowskiej. Drugi poświęcił się zaprzeczaniu prawdziwości tej zbrodni. Na początku swojej kariery żaden z nich nie głosił jawnego antysemityzmu. Odniosłam wrażenie, że obaj albo bez oporów przywdziali tę haniebną maskę, albo pozwalali, aby wyłaniała się stamtąd, gdzie była zawsze, ilekroć służyło to ich celom. W swoich wspomnieniach Eichmann zaprezentował się jako zagorzały nazista i antysemita. Wbrew temu, co twierdziła później Hannah Arendt, że nie do końca rozumiał to, w co się uwikłał, wspomnienia ukazują człowieka, który uważał nazistowskich przywódców za swoich „idoli” i który w pełni utożsamiał się z ich celami. Co najważniejsze, zarówno proces Eichmanna, jak i proces Deborah Lipstadt dotyczyły zjawisk, które miały wspólne źródło: antysemityzm. Bez stuleci tej uporczywej nienawiści Trzecia Rzesza nie mogłaby zmobilizować setek tysięcy ludzi, aby uczestniczyli w zaszczuwaniu, prześladowaniu, a w końcu wymordowaniu europejskich Żydów (czy naziści zdołaliby przekonać niezliczonych ludzi, aby podjęli podobne działania przeciwko cyklistom albo rudowłosym?). Negacja Holocaustu nie byłaby możliwa bez stuleci antysemityzmu. Negacjoniści budują swoje pseudoargumenty na tradycyjnych antysemickich stereotypach i wyobrażeniach. Utrzymują, że Żydzi stworzyli mit Holocaustu, aby wycisnąć z Niemców miliardy dolarów i doprowadzić do ustanowienia


16/34

Izraela. Raz jeszcze przebiegli Żydzi skrzywdzili niewinne masy – przede wszystkim Niemców i Palestyńczyków – w imię swoich interesów finansowych i politycznych. Dla kogoś wychowanego na glebie antysemityzmu ma to doskonały sens. Mimo to, w wielu ważnych aspektach owe dwa procesy były diametralnie różne. Najbardziej widoczny kontrast jest oczywiście taki, że w Jerozolimie nazista był oskarżonym. W Londynie przed sądem stanął historyk Holocaustu. Jest jednak jeszcze bardziej uderzająca różnica. W Jerozolimie świadectwa ofiar stanowiły główny element wywodu oskarżenia. Prokurator generalny Hausner uznał, że ich głosy powinny być słyszalne z całą wyrazistością. Była to jego decyzja, choć z prawnego punktu widzenia przyznanie ocalałym, takim jak kobiety, które spotkałam na posiedzeniu poświęconym wystawieniu włosów w Muzeum Holocaustu, symbolicznego, niemal mitycznego autorytetu, jest wątpliwe. Na moim procesie nie wykorzystaliśmy ocalałych jako świadków. Chociaż zasypywali nas ofertami, że będą zeznawać, nie zdecydowaliśmy się na to ze względów strategicznych. Ocalali daliby „świadectwo faktyczne”, mówiąc o rzeczach, które się zdarzyły. Ponieważ Holocaust ma wątpliwy zaszczyt być najlepiej udokumentowanym ludobójstwem w historii, uznaliśmy takie zeznania za niepotrzebne. Nie chcieliśmy sugerować sądowi, że potrzebujemy świadków, którzy „dowiodą” prawdziwości tego wydarzenia. Od początku jedną z moich największych obaw było to, że mój proces może się przerodzić w spór na temat: „Czy Holocaust się wydarzył?”. Coś takiego stało się podczas procesu negacjonisty Zündla. Jego obrońca pastwił się nad ocalałymi z Holocaustu, kwestionując najdrobniejsze szczegóły w ich zeznaniach. Historycy Holocaustu znaleźli się w sytuacji, w której musieli bronić najbardziej podstawowego faktu. Prawda historyczna była wypaczana. Negacjoniści zeznawali jako świadkowie obrony i wygłaszali najbardziej niedorzeczne i historycznie bezzasadne opinie na temat ostatecznego rozwiązania. Gazety i inne media donosiły o toczących


17/34

się na sali sądowej sporach o to, czy istniały komory gazowe, czy w Auschwitz były pomieszczenia rekreacyjne dla więźniów i innych tego rodzaju absurdach. Przyjmowały twierdzenia negacjonistów za dobrą monetę. Zapanowało takie zamieszanie, że ława przysięgłych nie mogła podjąć decyzji i proces trzeba było powtórzyć (podczas drugiego procesu sędzia zajął „oficjalne stanowisko” w sprawie Holocaustu i udało się uniknąć tego koszmaru). Gdyby coś takiego powtórzyło się na moim procesie, uznałabym swoje ewentualne zwycięstwo za puste. Wiedziałam, że możemy dowieść fałszu każdego z twierdzeń Irvinga. Mogliśmy wykazać, że Irving, a co za tym idzie wszyscy negacjoniści, buduje swoje argumenty na zmyśleniach, wypaczeniach i jawnych kłamstwach i że tak zwane dowody, które przedstawia, aby podeprzeć swoje twierdzenia, nie są nic warte. Obawiałam się jednak, czy nie dojdzie do powtórki procesu Zündla. Czy pod wpływem prowadzonych na sali sądowej przewlekłych sporów z Irvingiem o komory gazowe i masowe mordy opinia publiczna nie dojdzie do przekonania, że prawdziwość Holocaustu jest czymś, o czym można dyskutować? Przeczytałam stenogram z pierwszego procesu Zündla. Przygnębiona tym, jak bardzo Holocaust i historia ucierpiały w tamtej sali sądowej, nie mogłam spać, próbując sobie wyobrazić, jakie orzeczenie wyda sędzia – nie było ławy przysięgłych – na moim procesie. Obawiałam się, że miazmaty negacjonizmu mogą go skłonić do podjęcia „połowicznej” decyzji. Mógł rozstrzygnąć sprawę na moją korzyść, ale zastosować podejście „choć z jednej strony, to z drugiej strony”. Obawiałam się, że może go zmylić autorytatywny sposób bycia Irvinga. Chciałam jednoznacznego i precyzyjnego wyroku. Uważałam, iż należy pokazać opinii publicznej, że negacjonizm nie jest „drugą stroną”, „opinią” czy „poglądem”. Pragnęłam zademonstrować, że jest to stek kłamstw bez żadnej podbudowy historycznej. Moje obawy okazały się płonne. Sędzia użył następujących słów na określenie twierdzeń Irvinga na temat Holocaustu: „wypaczone”, „zniekształcone”, „zwodnicze”,


18/34

„bezpodstawne”, „pokrętne”, „godne potępienia” i „nieprawdziwe”. Co więcej, sędzia uznał, że „fałszowanie prawdy historycznej”, którego dopuścił się Irving, było „świadome i [...] motywowane pragnieniem przedstawienia wydarzeń w sposób zgodny z jego przekonaniami ideologicznymi, nawet jeśli wymagało to przeinaczania i tendencyjnego interpretowania świadectw historycznych”[5]. Nasze zwycięstwo było całkowite. Historia miała swój dzień w sądzie i zatriumfowała. Jeszcze jedna rzecz łączyła te dwa wydarzenia. Zostawiam ją na koniec, ponieważ wprawiała mnie w zakłopotanie podczas procesu i robi to do dzisiaj. Ben Gurion uzasadniał przeprowadzenie procesu w Izraelu twierdzeniem, że Izrael, jako państwo żydowskie, ma prawo przemawiać w imieniu tych, którzy zostali zamordowani jako Żydzi. Hausner rozpoczął swoje przemówienie wstępne od stwierdzenia, że obok niego stoi sześć milionów ofiar. Kiedy ocalali dowiedzieli się o mojej zbliżającej się batalii sądowej, przysyłali mi notatki, listy i egzemplarze swoich książek. Wszyscy przychodzili z tym samym przesłaniem: „To jest moja historia. To spotkało mnie i moją rodzinę. Właśnie temu Irving i jemu podobni chcą zaprzeczyć. To jest historia, której musisz bronić. Musisz walczyć w naszym imieniu”. Nigdy nie myślałam o tym, co mnie czeka, w takich globalnych i doniosłych kategoriach. Uważałam, że walczę z pseudohistorykiem, który głosi również jawnie rasistowskie i antysemickie poglądy. Jeśli kogoś reprezentowałam, to historyków, którzy chcieli uprawiać swoje rzemiosło i byli gotowi przeciwstawić się ludziom nadużywającym go do niecnych celów. W miarę jednak jak zbliżał się mój proces, zaczęłam odkrywać szersze znaczenie nadawane mu i mnie przez ocalałych, którzy byli zaniepokojeni i wystraszeni. Próbowałam ich pocieszać, że nawet jeśli nie wygram, to ich historia będzie bezpieczna. Zbywali moje zapewnienia. Jeden z ocalałych powiedział mi, że uczestniczył w procesie Eichmanna i chciałby przyjechać na mój. „Wtedy na ławie oskarżonych zasiadał nazista. Teraz jest na odwrót”. Dzisiaj,


19/34

patrząc wstecz, rozumiem, iż prawdopodobnie był to dla nich moment, który oznaczał, że proces Eichmanna i wszystko, co sobą reprezentował, trwa nadal. To, że angielski Sąd Najwyższy miał się stać dla negacjonisty Holocaustu trybuną do rozsiewania kłamstw i wymysłów na temat tego, co ich spotkało i zniszczyło ich rodziny i dotychczasowe życie, wydawało im się w najlepszym razie surrealistyczne. Jak na ironię, w tym samym czasie, kiedy oni nadawali temu, co mnie czekało, tak osobiste znaczenie, docierało też do mnie przesłanie innego rodzaju, głównie od intelektualistów i naukowców w mojej dziedzinie wiedzy. Negacjonizm, twierdzili, jest odpowiednikiem teorii płaskiej Ziemi i jako taki nie zasługuje na nic więcej aniżeli wystawienie na pośmiewisko. Nie powinnam, utrzymywali ci sceptycy, traktować zarzutów Irvinga poważnie. Jestem „głupia”, orzekł pewien wybitny historyk, że poświęcam tyle czasu, energii i wysiłków na to, aby je odeprzeć. „Po prostu to zignoruj” – brzmiała ich rozsądna rada. Chociaż zgadzałam się z tymi uczonymi co do absurdalności negacjonizmu, tłumaczyłam, że jeśli zastosuję się do ich rady, Irving wygra walkowerem. Ponieważ brytyjski system prawny składał ciężar postępowania dowodowego na mnie, moja rezygnacja z walki zakończyłaby się orzeczeniem, że naprawdę zniesławiłam Davida Irvinga, nazywając go negacjonistą. Irving mógłby wówczas zinterpretować takie orzeczenie jako równoznaczne z przyznaniem, że jego wersja Holocaustu – żadnego planu mordowania Żydów, żadnych komór gazowych, żadnego udziału Hitlera – jest uzasadniona. „I co z tego? – upierał się historyk. – I tak nikt w to nie uwierzy”. Na podstawie swojej szczątkowej jeszcze znajomości Internetu wiedziałam, że się myli. Było wielu ludzi, którzy, chociaż nie w pełni akceptowali twierdzenia negacjonistów, mogli się zastanawiać, czy stanowisko Irvinga ma jakieś uzasadnienie. Wielu brytyjskich Żydów nie chciało, żebym walczyła, i naciskało na mnie, że powinnam znaleźć jakiś sposób, aby „załatwić tę całą


20/34

sprawę”. Byli przekonani, że Irving „wygra”, niezależnie od wyniku. „Nawet jeśli przegra – powiedział mi jeden z nich – zyska dzięki tej sprawie taki rozgłos, że będzie górą”. Anthony Julius – mój doradca – prawnik, który przygotował sprawę, opracował strategię, a następnie przedstawił ją Richardowi Ramptonowi, aby przeprowadził ją w sądzie – zapytał tych, którzy doradzali mi zawarcie układu, jak powinno brzmieć moje ostatnie słowo: dwa miliony Żydów? Trzy miliony? Jeden obóz zagłady? Dwa lub trzy? (w tym momencie większość rzeczników kompromisu się wycofała). Zestawiłam sugestie zignorowania sprawy z listami, które otrzymywałam od ocalałych. Nie mogłabym spojrzeć im w oczy i powiedzieć: „Kiedy zyskałam szansę, aby przeciwstawić się temu całkowitemu zniekształceniu waszej historii, zrezygnowałam z walki”. Nie zważając na argumenty sceptyków, doszłam do przekonania, że jestem winna ocalałym zaciętą walkę z tymi, którzy atakują ich historię. Jeśli miałam dotąd jakiekolwiek wątpliwości co do swojej decyzji, wyzbyłam się ich pierwszego dnia procesu. Przed szczelnie wypełnioną salą sądową Irving mówił przez trzy godziny. Przewidując swoje wielkie zwycięstwo, uparcie zaprzeczał Holocaustowi. Kipiałam z gniewu, słuchając jego przemowy, najeżonej historycznymi zniekształceniami i ociekającej antysemityzmem. Kiedy sesja dobiegła końca i wyszliśmy z sali sądowej, otoczyli nas oboje dziennikarze. On radośnie wdał się z nimi w rozmowę. Ja jednak byłam w kropce. Ponieważ nie miałam składać zeznań podczas procesu, moi prawnicy poprosili mnie, żebym nie rozmawiała z prasą. Nie chcieli antagonizować sędziego i stwarzać Irvingowi sposobności, aby mu powiedział: „Lipstadt nie będzie zeznawała w sali sądowej, ale wczoraj wieczorem rozmawiała z BBC”. Zwróciłam się do swojego obrońcy, który stał obok mnie, i upierałam się, że powinnam „coś im dać”. On jednak obstawał przy swoim: „Nie mów nic”. Kiedy roztrząsaliśmy tę kwestię, jakaś starsza kobieta przecisnęła się przez tłum, podeszła do mnie, dotknęła mojego


21/34

ramienia, a następnie podwinęła rękaw swetra. Wskazując wytatuowany numer na swoim przedramieniu, powiedziała: „Jesteś naszym świadkiem”. Zapomniałam o dziennikarzach. Sama nigdy nie wniosłabym sprawy negacji Holocaustu do sądu, ale skoro już zostałam zmuszona wkroczyć na tę arenę, nie miałam innego wyboru, niż dać z siebie wszystko. Chociaż nie reprezentowałam ocalałych, czułam ich obecność w sali sądowej. Wypełniali galerię dla publiczności. Dawali mi listy nazwisk swoich zamordowanych krewnych. A kiedy wygrałam, ściskali mnie, śmiali się i płakali razem ze mną. Chociaż nigdy nie zamierzałam tego robić, wyszło na to, że walczyłam w ich imieniu. W szerszym kontekście te dwa chóry głosów – ofiar, dla których zło wciąż jest obecne, a walka w jakimś sensie toczy się nadal, i tych, którzy wierzą, że walka została wygrana i że antysemickie koszmary są albo domeną przeszłości, albo „szaleńców”, których lepiej zignorować – wciąż stanowią fundament, na którym budujemy nasze rozumienie Eichmanna, oskarżenia przeciwko niemu i wyroku skazującego. Chociaż niektórzy patrzą wstecz i widzą proces o doniosłym znaczeniu, ponieważ wymierzył on sprawiedliwość jednemu z głównych realizatorów ostatecznego rozwiązania, inni zbywają zarówno proces, jak i samego Eichmanna jako rzeczy mało istotne. Twierdzą, że Izrael wyolbrzymił sprawę dla celów politycznych. Określają Eichmanna jako zwykłego „urzędnika” administracyjnego i oskarżają Izrael o wykorzystanie procesu do celów syjonistycznych. Utrzymują, że Eichmann był „żałosnym” biurokratą, który naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił. To zróżnicowanie opinii na temat procesu Eichmanna może być równie dobrze metonimią dla postaw wobec współczesnego antysemityzmu i sposobów jego postrzegania. Jedni uważają jawny antysemityzm rewizjonistów Holocaustu za majaczenia idiotów, których najlepiej zignorować. Inni traktują te wypowiedzi zupełnie poważnie i widzą w nich poważną i realną groźbę dla żydowskiej przyszłości. Widzą na


22/34

trybunie światowego forum (powołanego w następstwie ostatecznego rozwiązania z mandatem do położenia kresu ludobójstwu) negującego Holocaust prezydenta wielkiego kraju, który dąży do posiadania broni nuklearnej. Słyszą, jak zaprzecza ostatecznemu rozwiązaniu i grozi zniszczeniem żydowskiego państwa. Kiedy ostro na to reagują, politycy i komentatorzy polityczni przestrzegają ich, że zareagowali przesadnie lub źle zrozumieli jego słowa – ale dla nich kwestie, które zostały rozstrzygnięte w Jerozolimie, nie są ani przebrzmiałe, ani akademickie. Ciąg dalszy w wersji pełnej [1] Edward T. Linenthal, The Boundaries of Memory: The United States Holocaust Memorial Museum, „American Quarterly”, t. 46 (wrzesień 1994), s. 421–425; Shoshana Felman, The Juridical Unconscious, Harvard University Press, Cambridge, Mass. 2002, s. 127. [2] Prawo, na którego mocy skazano Zündla, zostało ostatecznie uznane przez kanadyjski Sąd Najwyższy za niezgodne z konstytucją. R. v. Zündel [1992], 2. S.C.R. 731; Second Zündel Trial, Her Majesty the Queen v. Ernst Zündel [1988], District Court of Ontario, s. 45–46, 88, 186. [3] David Irving, On Contemporary History and Historiography: Remarks Delivered at 1983 International Revisionists Conference, „Journal of Historical Review”, t. 5 (zima 1984), s. 274–275. [4] Irving v. Penguin Books Ltd&Deborah Lipstadt, dzień 1 (11 stycznia 2000), s. 98, www.hdot.org; Deborah E. Lipstadt, Denying the Holocaust: The Growing Assault on Truth and Memory, Free Press, New York 1993, s. 161–163, 179–181. [5] Orzeczenie w sprawie Irving v. Penguin Books Ltd&Deborah Lipstadt, zob. www.hdot.org/en/trial/judgement/13.01.


Proces Eichmanna

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej


24/34

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej


25/34

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej


Zakończenie

Dostępne w wersji pełnej


Kalendarium

Dostępne w wersji pełnej


Indeks

Dostępne w wersji pełnej


Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej


O autorce

Dostępne w wersji pełnej


Proces EICHMANNA Spis treści Okładka Karta tytułowa Dedykacja Wstęp Proces Eichmanna 1 2 3 4 5 6 Zakończenie Kalendarium Indeks Podziękowania O autorce Karta redakcyjna


Tytuł oryginału THE EICHMANN TRIAL Redaktor prowadzący Dorota Nowak Redakcja Magdalena Szczęsny-Mrówczyńska Korekta Jadwiga Piller Jadwiga Przeczek Indeks Magdalena Szczęsny-Mrówczyńska Copyright © First published in the United States of America ? under the title THE EICHMANN TRIAL by Deborah E. Lipstadt Copyright © 2011, Deborah E. Lipstadt, All rights reserved. Published by arrangement with Schocken Books, an imprint of The Knopf Doubleday Group, a division of Random House, Inc., and Keren Keshet – The Rainbow Foundation. Copyright © for the Polish translation by Maciej Antosiewicz, 2012


33/34

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2012 Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa ISBN 978-83-63387-38-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl al. Szucha 8, 00-582 Warszawa e-mail: kontakt@elib.pl www.eLib.pl


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.

Proces Eichmanna - Deborah E. Lipstadt - ebook