Issuu on Google+


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


J贸zef Chociszewski


3/27

Opowiadania o zbójcach, strachach, czarach, o zaklętych skarbach i o podobnych niezwykłych sprawach


4/27

Warszawa 2012


Spis treści Boga nie oszukasz Podróż dzwonów do Rzymu Dziwny sen, który się sprawdził i nie sprawdził Opowiadanie o Wajwaczu Widmo Wizyta nieboszczyka Straszliwa przygoda wieśniaka łowiącego żmije O rybarczyku, co znalazł wielkie skarby na wyspie Rogowskiego Jeziora i o Żydzie, który od chłopa kupił sądek ze starymi pieniędzmi i jak mu poszło Wyjaśnienie zaklinania złodziejów Skazka O 24 rozbójnikach Żydach, co się za kapucynów przebierali Widmo pokutujące na Spiżu O pannie mającej żabę w głowie Chłop i diabeł O sławnych żarłokach O pannie, co zamiast iść do kościoła, wolała się bawić lalkami


6/27

Dwóch braci O paleniu się pieniędzy Przygoda Kaspra Łykalskiego Głonka Ludzie obróceni w kamień Oświadczenie Kolofon


Boga nie oszukasz Prawdziwe zdarzenie z rewolucji francuskiej Okropną była rewolucja francuska 1789 roku. Tysiące niewinnych ludzi zamordowano, sam nawet król i królowa na śmierć zostali skazani i ścięci. Wielka liczba księży utraciła życie. Pospólstwo rozhukane zbierało się w kupy, a chodząc po wsiach i miasteczkach, rabowali majętniejszych, często nawet i zabijali, aby się te rabunki nie wydały. Dowiedziała się pewna taka koczująca banda, że jeden z księży posiadał znaczne pieniądze. Wnet się udali owi hultaje do tej wioski, aby księdzu pieniądze wydrzeć, lecz jakżeż się zadziwili, gdy ani księdza, ani pieniędzy znaleźć nie mogli. Próbowali raz, drugi i trzeci, ale sztuka się nie udała, ksiądz zawsze tak się umiał ukryć, że próżne były zabiegi hołoty. Widząc, że próżne są ich zamachy, podróże i trudy, starali się przeciągnąć na swoją stronę tamtejszego karczmarza, obiecując mu dać 2000 franków, jeżeliby jakim delikatnym sposobem dopomógł im do schwytania księdza. Łakomy karczmarz chętnie się zgodził, kazał im tedy przyjść za trzy dni o północy.


8/27

Po trzech dniach zdrajca karczmarz, wziąwszy z sobą kilka butelek starego wina, poszedł do księdza wieczorem i poczęstował go winem. Gdy już wypili kilka kieliszków, zaczął karczmarz różnymi sztukami dochodzić i wypytywać się, gdzie proboszcz umie się tak dobrze ukrywać przed buntowniczą hałastrą, boby i on chciał mu towarzyszyć z obawy przed hultajami. Ksiądz słuchał spokojnie, ale z niczym się nie wydał. Wraca karczmarz do domu, a tu hultajstwo się zjawia. Gościnny niewiele się namyślając, kładzie się w łóżko i udaje ciężko chorego. Posyła zaraz żonę po księdza, aby przybył jak najprędzej dysponować go na śmierć. Rozpustnicy aż w ręce klaskali, przyznając mu wielki rozum. Żona karczmarza pobiegła uradowana, będąc pewną, że im ten fortel się uda i że dostaną 2000 franków za oszukaństwo, a trzeci skorzystają za trunki i jedzenie. Przyszedłszy pod okno do plebanii, stuka i prosi mocno na wszystkie świętości, aby ksiądz przyszedł czym prędzej opatrzyć konającego męża św. sakramentami na drogę wieczności. Ksiądz, przestraszony tak nagłym wypadkiem, jako dobry pasterz, nie zważając na niebezpieczeństwo, bierze komunię św., komżę i stułę, chłopiec zaś latarnię i dzwonek i idą wszyscy razem do gościńca. Tam stanąwszy, idzie kapłan do łóżka i pyta się mniemanego chorego, czy się chce spowiadać? Ten milczy. Ksiądz chwyta go za rękę, ale ręka zimna. Obrócił się zatem do żony i rzekł: „Kobieto, cóżeś ty najgorszego zrobiła, żeś mi tak późno znać dała, wszakżeż twój mąż już nie żyje”. Ta przelękniona leci do łóżka, rusza, cuci męża i woła, a widząc, że na prawdę umarł, zacznie ręce załamywać,


9/27

płakać i krzyczeć. Zbójcy, zaczajeni na górze i w stajni, słysząc ten hałas, wpadają zbrojni do izby. Kobieta, pełna rozpaczy, zaczęła na nich wykrzykiwać: „A wy szelmy, złodzieje i zbójcy, namówiliście męża mojego, aby się położył i konającym uczynił, dlatego jedynie, aby księdza schwytać i z pieniędzy go złupić, a teraz oto Bóg skarał mego męża nagłą śmiercią. I cóż ja nieszczęśliwa pocznę?” Buntownicy, słysząc to, struchleli, jednakże nie dowierzając jej słowom, przystąpili do łoża, budzili i przewracali nieboszczyka, ale na próżno, bo kto raz umarł, ten więcej nie wstanie. Ksiądz przelękniony, widząc wielką bandę rabusiów, a słysząc, że to na jego zgubę było przygotowane, powstał, a wyjąwszy hostię z puszki, trzymał ją w palcach i mówił, podniósłszy ją do góry: „Francuzi! Ten Bóg utajony w przenajświętszym Sakramencie pomścił się swojej zniewagi, że Go nadaremno żądano. Wy zowiecie się patriotami, a tymczasem jesteście obłudnicy i złodzieje, którzy rabujecie i niszczycie swych bliźnich. Hańba, wstyd i niesława dla was; na mnieście to dybali, jak teraz z ust tej obłudnicy słyszę, ale Bóg utajony w tym Sakramencie natychmiast was trupem położy, jeżeli mi jaką krzywdę wyrządzicie”. W podobny sposób ostro i czule do nich prawił, a oni truchleli na te słowa, przepraszając za zniewagę Bogu wyrządzoną. Wyliczyli potem karczmarce 100 franków na pogrzeb i inne koszty, a kapłan bez trwogi odszedł do plebanii. Już się więcej u niego ta horda nie pojawiła. Dlatego pamiętajcie sobie: Boga oszukać nie można.


Podróż dzwonów do Rzymu Legenda Szedł ubogi pielgrzym do Rzymu. Było to właśnie w Wielki Piątek. Idzie, idzie, aż tu nagle zahuczy, zadźwięczy powietrze, a oto nad ziemią płyną na skrzydłach dzwony potężne, jak olbrzymy, i mniejsze, i dzwonki i dzwoneczki. Szły też na ziemi pieszo dzwony różne, a że im ciężko było, przeto kijami się podpierały. Choć te w powietrzu prędzej lecieć powinny, jednakże pieszo idące nie dały im się wyprzedzić, dlatego, że tym w górze ciężko było w powietrzu latać, i nie dziw – wszak dzwony są ciężkie. Aż się czarno zrobiło w powietrzu, tyle tych dzwonów było. Ujrzawszy je pielgrzym zawołał: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” – Mój Jezu! Co za dźwięk się zrobił, bo wszystkie dzwony, a było ich bardzo wiele, gdyż z całego świata się zeszły, wybrzęczały jak mogły: „Na wie-wie-ki, na wie-ki-ki. A-a-men-men!” Gdyż i dzwony, podług wiary ludu, mają pewne czucie i są pobożne, pobożniejsze, niż niejeden człowiek. Pielgrzym, nabrawszy otuchy, zawołał znowu: „Powiedźcie mi, moje kochane dzwony, gdzież wy tak spieszycie?” Na to odezwie się dzwon bardzo stary, bo aż


11/27

sczerniały z starości: „Do Rzymu, do Rzymu, do Ojca Świętego”. I nuże ów dzwon opowiadać, jak wszystkie dzwony z całego świata co rok udają się w Wielki Piątek, w ten dzień, kiedy nie dzwonią, do Rzymu do Ojca Św. po błogosławieństwo, bo i dzwony potrzebują błogosławieństwa. Niektóre dzwony lecą w powietrzu, inne na ziemi piechotą, a te bardzo stare kijami się podpierają, bo już im ciężko chodzić. Tymczasem już i Rzym w dali było widać, a że inne dzwony znacznie ich już wyprzedziły, przeto i ów dzwon sędziwy pożegnał uprzejmie pielgrzyma i przyspieszył kroku, aby się połączyć z towarzyszami. Takie jest podanie ludowe, że dzwony co rok w Wielki Piątek do Rzymu się udają. Powstało zaś stąd owo podanie, że w dniu tym dzwony milczą, przeto lud sobie wystawia, że wtedy mogą do Rzymu się udać. To podanie zawiera bardzo piękną myśl, oto, że gdy nawet dzwony do Rzymu, do Ojca Św., po błogosławieństwo spieszą, zatem i katolicy powinni czcić Ojca Św. i starać się o jedność w wierze świętej. Dzwony w kościele katolickim ważne mają znaczenie. Wzywają wiernych na nabożeństwo i do modlitwy, płaczą i jęczą nad umarłymi i ostrzegają ludzi podczas niebezpieczeństw, a mianowicie gdy wybuchnie pożar. Dlatego też dzwony po ulaniu, nim je w dzwonnicy powieszą, chrzest odbierają i imiona. Między ludem polskim krąży bardzo wiele podań o dzwonach zatopionych w jeziorach. I tak w jeziorze łekińskim przy miasteczku Łeknie ma się dzwon znajdować, tak samo w jeziorze trzemeszeńskim leży na dnie kilka dzwonów. W Prusach Zachodnich, w powiecie kościerskim, na trakcie między Chojnicami a Gdańskiem leży wieś Szczodrzykowo, w której się znajduje starożytny


12/27

kościołek, filia do kościoła parafialnego w Skarszewach. W tym kościółku znajdują się trzy dzwony, zachwycające pięknym głosem, do głębi duszy przenikającym. O tych dzwonach krąży następujące podanie ludowe: blisko wsi Szczodrzykowo znajduje się pagórek, na którym znajdują się ślady zamczyska, a u stóp jego małe jezioro. Za dawnych czasów przechodził tam podróżny. Idzie, aż wtem naraz słyszy najcudniejszą muzykę. Spojrzy podróżny w tę stronę, skąd ta cudowna muzyka dochodzi, aż oto widzi, że po jeziorze pływa dwanaście dzwonów i dzwonią. Wzięła chętka podróżnego, aby wyłowić jeden z tych dzwonów. Urżnął tedy gałąź, a zachwyciwszy końcem trzeci z końca zaczął ciągnąć do brzegu. Ku wielkiemu zdziwieniu zobaczył, że nie jeden, ale trzy dzwony bez żadnych trudności do brzegu płynęły, ale te inne dzwony z wielkim trzaskiem i smutnie a żałośnie jęcząc, zatonęły. Teraz dopiero zaczął podróżny ubolewać, że nie zaczepił największego dzwonu, gdyż w ten sposób byłby wszystkie wyratował. Zawieszono potem te trzy dzwony w kościele szczodrzykowskim, gdzie się dotychczas znajdują, a te dziewięć innych spoczywają na dnie jeziora, czekając, aż je ktoś wybawi. A teraz przypatrzcie się obrazkowi, jak te dzwony na ziemi i w powietrzu lecą.


13/27


Dziwny sen, który się sprawdził i nie sprawdził Przed kilkudziesięciu laty okrutne zamordowanie bogatego pana Smitta oburzyło całe obywatelstwo miasta Boston w Ameryce. Zebrawszy znaczną sumę pieniędzy, wyjechał był z domu konno, chcąc ważny interes w pobliskim miasteczku załatwić. Nie sprawiwszy interesu, wracał z pieniędzmi do domu, kiedy dwie mile przed Bostonem noc go zaszła. Nie chcąc sam jeden o tak późnej porze wracać, wstąpił do lichej oberży, która tuż samotnie przy drodze stała. Zastał tam tylko jedynego gospodarza, niejakiego Jona, bo żona z dziećmi dzień przed tym była do krewnych w odwiedziny się wybrała i jeszcze nie wróciła. Jako tako umieścił pana Smitta w pobocznym pokoiku i smacznego snu mu życząc, sam się udał na spoczynek. O świcie przybyło kilku podróżnych i do drzwi pukają. Po nadzwyczajnie długiej chwili otwiera nareszcie gospodarz, prosi do izby i żądany posiłek stawia przed gości. Tymczasem jeden z nich wyszedł do koni, a dawszy im obrok, wraca i przez omyłkę nie na prawą, ale na lewą stronę wstępuje do pokoju, gdzie pan Smitt spoczywał. Ledwie co próg przestąpił, aż tu straszny widok stawia mu się przed oczy; krwią całkiem zbroczony, leży pan Smitt z potrzaskaną głową rozciągnięty na ziemi, skrwawiony topór obok niego. Na krzyk jego przybywają


15/27

goście, przybywa i gospodarz Jon; natychmiast posłano do Bostonu, mnóstwo ludzi z krewnymi pana Smitta pobiegło na miejsce zbrodni, aresztowano Jona i w więzieniu osadzono. W chwili popełnionej zbrodni sam tylko Jon był w domu, topór krwią zbroczony sam uznał za swój, sam oświadczył, że onej nocy żywej duszy prócz niego i pana Smitta u niego nie było – oczywista tedy rzecz, że nikt inny, tylko on sam to morderstwa popełnił. Wszystkim było dobrze wiadomo, że Jon przy wszystkiej pracy i skrzętności w wielkim żył niedostatku, rzecz tedy naturalna, że pieniądze pana Smitta do tej zbrodni go spowodowały. Szukano tych pieniędzy po wszystkich kątach w domu Jona, ale darmo, nic nie znaleziono. On sam zaś rzęsistymi łzami twierdził, że niewinny, że sam pojąć nie może, kto zabił pana Smitta jego toporem, kto pieniądze zabrał – to tylko na rany Boskie przysięgać może, że ręce jego tej krwi niewinne. Żona dowiedziawszy się, co się stało, mdlejąc i truchlejąc, bieży do więzienia, rzuca się w objęcia ojca swych dziatek, zaklina na miłość boską, aby się przyznał, aby duszy nie tracił. – Jon, płacząc i łkając, powtarza, że niewinny. Ale jakżeż przy tak oczywistych dowodach dać wiarę słowom jego! Więc lubo sędziowie ze względu na niewinne dziatki i biedną matkę do miłosierdzia się skłaniali, lubo wszyscy, co go znali, dobre mu dawali świadectwo, sprawiedliwość wszelako zanadto żądała zadośćuczynienia krwi przelanej: zapadł dekret śmierci, nazajutrz toporem miał być ścięty. Gdy to Jonowi ogłoszono, siły go opuściły, padł jak nieżywy na ziemię, a ocknąwszy, łkając zawołał: „wszyscy ludzie mię opuszczają, więc Ty, o Boże, mię ratuj!” Od tej chwili już o niczym innym nie myślał, tylko aby się z Bogiem pojednać; przez


16/27

całą noc śpiewał pobożne pieśni, głośno polecał się miłosierdziu Boskiemu, a gdy żona i dziatki o świcie się z nim żegnały, łkanie ich nawet stróżów do łez rozczuliło. Gdy się rozstali, zasnął nieszczęsny Jon i spał niemal całą godzinę. Wtem zrywa się nagle ze snu i przeraźliwym głosem wołać pocznie: „Kruk mię ratuje! Kruk mię ratuje: bieżcie, powiedzcie sędziom, że niewinność moja się okaże!” Zadziwiony dozorca więzienia przybiega, pyta co się stało i co znaczą słowa jego! „Zasnąłem – opowiada Jon – i drzemiąc, ujrzałem w duchu, że jestem prowadzony na miejsce śmierci, już mię wiedli do kata, już błyszczał mi nad karkiem topór straszny – wtedy w ostatniej rozpaczy zawołałem: Boże! Boże ratuj! Wymówiwszy to, aż tu widzę kruka nad sobą krążącego, który głosem ludzkim woła na mnie: patrz tam na tego człowieka w białym kapeluszu, niebieskim kaftanie, ten zabił Smitta. Na głos ten prędko zwróciłem się w tę stronę, kędy kruk wskazywał! – i widzę właśnie takiego człowieka, jak mi go kruk opisywał; zaraz uznałem, że Bóg nie chce śmierci mojej, że niewinność moja się okaże, więc bieżcie i oświadczcie sędziom, com wam powiedział”. Mówiąc to Jon, tak był przekonany, że Bóg cud nad nim okaże, cudem go uratuje, że straż i dozorca więzienia sami nadzieję jego dzielić poczęli, że co tchu sędziom i kogo tylko spotkali, sen Jona opowiadali. Nie mogło to wszelako zmienić raz wyrzeczonego dekretu, a gdy przeznaczona godzina wybiła, zaprowadzono go wśród niezmiernego tłumu na miejsce śmierci. Stanąwszy tam z wielkim strachem naokół się oglądał, z takim natężeniem to na lud zgromadzony, to pod obłoki obracał oczy swoje, że jednych do litości, drugich do śmiechu pobudzał, bo ani kruk, ani człowiek w białym kapeluszu się nie ukazywał. Przystąpili na ostatku oprawcy do niego, gwałtem


17/27

mu ręce krępują, gwałtem mdlejącego pod topór prowadzą. Tu dopiero Jon ostatnich sił dobywszy, wyrwał im się i rąk i w niewymownym strachu jeszcze raz okiem spojrzał na tłum ludzi! Ledwie to uczynił, aliści nagle krzyknie: „Tam! Tam! Trzymajcie go! Trzymajcie mordercę!” Tysiąc oczu zwraca się nagle w stronę, w którą Jon wskazuje; tysiąc głów powtarza: „Trzymajcie! Trzymajcie mordercę!” Właśnie jak go był Jon we śnie widział, właśnie ten sam człowiek rzeczywiście tuż stoi między ludem, kapelusz biały, kaftan niebieski, cygaro w ustach. Widząc, co się dzieje, że tysiąc rąk przeciw niemu się podnosi, począł uciekać, ale w okamgnieniu go schwytano i przed trybunał zaprowadzono. Przelękniony, zmieszany, natychmiast przyznał się do zbrodni, wyznał, że nie Jon, ale że on sam zabił był pana Smitta i pieniądze jego zabrał. Natychmiast osadzono go w tym samym więzieniu, z którego co dopiero wyprowadzony był Jon, a takim cudem uratowany, prawie na ramionach ludu zgromadzonego wrócił się do swoich. Ale cóż się stało, gdy nazajutrz wyprowadzono z więzienia mniemanego złoczyńcę? „Moi panowie!” odezwał się do swych sędziów, „naprzód oświadczyć muszę, że jestem niewiastą, po drugie, że jestem żoną Jona, po trzecie, że co się stało, było umówioną rzeczą pomiędzy nami. Aby mnie i dziatkom moim pomóc, skusiło go złe do tej zbrodni – miałam że go dlatego nie ratować? Miałam że obojętnie na to patrzeć, jak życie odbierają ojcu mych dziatek? Dlatego umówiłam się z nim w więzieniu względem tego cudu, który go uratował. Darmo go teraz ścigać będziecie, bo płynie już bezpiecznie z dziatkami naszymi do Francji, zabrawszy ze sobą pieniądze pana Smitta. Ze mną róbcie co chcecie, uratowałam, jako żonie i matce


18/27

cnotliwej przypada, sobie męża lubego, dziatkom moim ojca dobrego, o resztę, nawet o życie, nie dbam”. Jakie wrażenie to oświadczenie na zgromadzonych uczyniło, łatwo sobie wystawić można. Poruszył się cały Boston, mężczyźni obracając się do żon swoich, wołali: „to kobieta! życie kładzie za męża!”, a żony: „patrzcie, co żona dla męża i dzieci czynić gotowa”. Niezliczone mnóstwo ludzi garnęło się na ratusz, gdzie sąd odprawiono, jednym wszyscy głosem wołali: „wolno puścić matkę cnotliwą!” Na takie głosy spojrzał prezes na swych kolegów i rzekł: „co teraz poczniemy? Karać – za co? Za łatwowierność naszą w cuda? Mnie się zdaje, że niech sobie idzie za mężem, którego ścigać za późno”. I tak się stało, a gdy się ukazała, zagrzmiał głos ludu: „niech żyje matka i żona wzorowa!” Panów sędziów zaś przywitał śmiech niepohamowany, na który pan prezes zawołał: „niechaj się każdy chroni na przyszłość tworzyć takie cuda, bo ani ja, ani moi zacni panowie koledzy odtąd na nic zważać nie będziemy”. Słowa te śmiech powszechny podwoiły. Jona, zbójcę Smitta, dosięgła zasłużona kara, gdyż okręt, który go przewoził, zatonął na morzu. Zbrodnia zawsze zasłużoną odbiera karę, o tym pamiętajcie.


Opowiadanie o Wajwaczu głośnym niegdyś rozbójniku w Borach Tucholskich Nad żwirówką, z Chojnic do Starogardu przez wielki bór prowadzącą, ćwierć mili od Czarnej Wody w piaszczystej, naokół gęstym lasem uwieńczonej dolinie, leży znaczna wioska Łąg: tam był mój dobry ojciec przez lat 13 nauczycielem, tam też na cmentarzu pod stuletnią, mały kościołek zasłaniającą lipą, spoczywa snem wiecznym. Było to podobno 1829 roku, kiedy miłym słowem i ostrym batem młodych borowiaków przysposobiwszy, zaprowadził do kościoła na egzamin z katechizmu; był pomiędzy nimi niejaki Wiśniewski, chłopak do każdej psoty pierwszy, do nauki zaś ostatni. Skoro więc ksiądz Dobrodziej wstąpił, skoro okiem na nas rzucił i onego Wiśniewskiego ujrzał, zarumienił się jak piwonia i piorunującym głosem zawołał na niego: „A hultaju, jak się nazywa czwarte przykazanie?” Ten niepewnym głosem odpowiada, że czcić ojca i matkę. Mój Boże, skoro to odpowiedział, aliści Dobrodziej w największym uniesieniu pięścią mu nieraz grożąc, poczyna nam opowiadać, jak ten łotr wczorajszego wieczora uczcił ojca swego. Ten bowiem wedle zwyczaju swego poszedł był do karczmy, zostawiwszy żonę i dwóch synów w domu. Na gorzkie


20/27

żale matki wyszedł był nasz Wiśniewski niby, aby to ojca zwołać do domu; rzeczywiście zaś wziął topór i przed karczmą się ukrył. A że karczma prawie nad szosą leżała, trzeba było, wstępując koniecznie po wąskiej desce przebyć głęboki, wodą i różnym kałem napełniony rów szosowy. Tę tedy deskę syneczek toporem mocno podrąbał, a sprawiwszy to, poszedł ojca wołać, spodziewając się, że łapka nań zastawiona zbawiennym strachem go napełni. Ale cóż się stało? On ojca woła, a tu jakiś uczciwy podróżny – cap w rów, że go ledwie uratowano i wydobyto. Widząc to nasz Wiśniewski, że go nadzieja omyliła, wrócił do matki i po długim dumaniu rzecze: szkoda, szkoda tego człowieka! Oto czytelniku poznałeś mego Wiśniewskiego przy pierwszej spowiedzi, czytaj, a poznasz go lepiej. Rok potem pożegnał się stary Wiśniewski z tym światem, starszy syn objął gospodarstwo, a nasz hultaj, licząc lat 16, miał mu dopomagać. Właśnie zabrakło księdzu Dobrodziejowi kartofli; dowiadywał się zatem, kto by takowe miał na sprzedaż. Udaje się tedy nasz Wiśniewski do niego i opowiada, że wedle ugody pomiędzy nim i bratem uczynionej, dostało mu się 40 korcy kartofli, które tam a tam wedle zwyczaju borowiaków leżą zakopane, te ofiaruje Dobrodziejaszkowi za 5 talarów. Ugodzono się bez namysłu. Wiśniewski wziął pieniądze i poszedł gdzieś w świat, jak lis, co kurczę udusił. Dobrodziej bowiem, gdy nazajutrz po kartofle zajechał, nieźle się przeląkł, dowiedziawszy się, że na wskazanym miejscu zamiast kartofli tylko piasek i kamienie. Stracił pieniądze, a co gorsza, stał się na długi czas celem nieznośnych mu ubolewań starszych i pustych uwag młodzieży.


21/27

Lecz wróćmy do naszego hultaja. Przemarnowawszy pieniądze z podobnymi sobie próżniakami, wrócił do brata: jak go tam przywitano, czym i jakie kazanie mu kazał wygotować ksiądz Dobrodziej, jakie święte czynił obietnice poprawy biedny, skruszony Jaś, łatwo sobie wystawić można. I przyznać należy, że co przyrzekł w boleści, wiernie zachował przez 8 tygodni. Właśnie bowiem tedy borowiacy nie bez znacznej korzyści poczęli po borach kopać za bursztynem, więc i nasz Wiśniewski wziął rydel i chciwie piasek przewracał, aby się prędko dokopać tysięcy. Na miejsca, gdzie wielu innych darmo pot wylewało, dokopał się znacznej sztuki bursztynu, wielkości gęsiego jaja: rzucił rydel i jak kobus, co długo pościł, wlecze w szponach uchwyconego gołębia do najgłębszej gęstwiny, aby go tam sam jeden pożreć, tak i Wiśniewski niesie skarb swój już nie w dom brata swego, ale tam go gdzieś w ukryciu zachował, aby nawet słońce nań nie patrzało. W krótkim czasie przebiegła pogłoska całą okolicę, mnóstwo Żydów się zbiegało, aby kupić tak znaczną sztukę. Po długiem wahaniu zdecydował się na ostatku Wiśniewski: „znam was – rzekł do Żydów – głupi wam tylko ufa, pójdę ja do Chojnic, tam dam na wadze rzetelnej zważyć i ocenić mój bursztyn, wtedy dopiero go sprzedam. Żydzi, nie chcąc z rąk puszczać zdobyczy, poczęli mu perswadować, że pojedziemy z tobą, siadaj z nami, droga nic cię kosztować nie będzie, byłeś tylko nam sprzedał bursztyn – co inni dadzą, to i my damy. Przystał na to Wiśniewski, wydobył skarb z ukrycia, w małej skrzyneczce pilnie zamknięty, powrózkami szczelnie opasany; siedli, jadą, skrzyneczka jako bożek w pośrodku. Przybyli do Czerska, mieściny „noclegiem Janusza w Czersku” znanej, wstąpiono do gospody, częstowano hultaja, skrzyneczka jakoby jakie relikwie święte na stole.


22/27

Dopiero przypomina sobie Wiśniewski, że buty jego podarte, a czapka wytarta, że jadąc do miasta, trzeba by się koniecznie lepiej ubrać, ale skąd wziąć pieniędzy? Żydzi, spojrzawszy na siebie, dali mu, niby to zadatek na bursztyn, 6 talarów: poszedł, aby co prędzej ubrać się porządniej. Czekają Żydzi godzinę, czekają i drugą, czekają aż do wieczora, dopiero rwetes i trwoga. – Przywołano wójta, ostrożnie skrzyneczkę otworzono – ach mój Boże! Któż opisze gwar i krzyk Żydów, gdy zamiast bursztynu wydobyto sęk w łatę starannie zawiniony! Dochodzić lisa zbiegłego rzecz daremna, a zatem nic nie pozostało żydostwu, jak tylko zamiast bursztynu zabrać z sobą szydercze głosy licznie zgromadzonych borowiaków. Czytając to, nie wątpię, żeś i ty czytelniku się uśmiechnął nad filutem zgrabnym, ale ujrzysz go wnet posuwającego się od pustych psotek do ciężkich zbrodni. Wróciwszy do brata za naleganiem jego, aby o przyszłym życia sposobie pomyślał, obrał sobie stan krawiecki i do niejakiego w pobliskiej wiosce Będźmierowicach osiadłego niemieckiego krawca Lemana wstąpił za ucznia. Pół roku pracował pilnie i zgrabnie i wnet zjednał sobie całe zaufanie majstra. Pewnej niedzieli przybyli do Łęga do kościoła; po ukończonym nabożeństwie wstąpili obaj do gospody na piwo; wtem niesie jakieś babsko mendel kurzych jaj panu Lemanowi, prosząc go, aby o pozostały dług miał jeszcze cierpliwość. Przyjął Niemiec ochotnie, a podpiwszy sobie, rzecze: „gdyby była słonina, kazałbym upiec te jaja, toby nas posiliło”. „Majstrze – rzecze nasz Wiśniewski – w kominie mego brata wisi doskonały połeć, pójdę i urżnę kawał”. Chciwy krawiec, śmiejąc się, nie sprzeciwiał się bynajmniej, siedzi i czeka słoniny. Nie mogąc się zaś doczekać, gdy się noc zbliżała, wrócił z jajami do domu, pytając się żony, gdzieby


23/27

przebywał Wiśniewski. Ach bałamucie – odpowiada – sameś go tu po południu przysłał, aby płaszcz i nowy ubiór odniósł panu nadleśniczemu, a teraz się pytasz o niego?” – Zdrętwiał Niemiec, jakby piorunem rażony, skoczył do skrzynki, gdzie był schował kosztowny ubiór pana nadleśniczego, skrzynia próżna! Dopiero za pomocą sąsiadów w pogoń za zbiegiem, pytano, szukano, goniono, aż go w rzeczy samej na prostej drodze do Gdańska prowadzącej, 3 mile za Łęgiem zdybano. Odebrawszy mu skradzione rzeczy, tak go okrutnie skatowali, że jako nieżywego na drodze zostawili. Taką zapłatę wziął ten raz za obiecaną słoninę. Ocknąwszy, udał się prosto do Gdańska, przyjął służbę wojskową i przez nieomal półtora roku dobrze się sprawował. Że tego nie czynił w szczerej intencji poprawy, ale raczej, aby przy łasce swych przełożonych tym bezpieczniej gotować się do roli, którą odgrywać zamyślał, zaraz usłyszymy. Zabrawszy bowiem w Gdańsku znajomość z sobie podobnymi sześciu łotrami, którzy się z więzienia byli wyłamali, uszedł z nimi niespodzianie z miasta, przyjął imię Wajwacza i w nizinach pomiędzy Tczewem, Gdańskiem i Malborkiem, jako herszt tej bandy, srogie rozpoczął rabunki, skradając się nocną porą do mieszkań zamożnych Holendrów, pieniądze, rzeczy, później nawet konie zabierając. Wnet zwróciła policja swą uwagę na te rabunki; wysłano żandarmów, wszelkich środków używano, aby człowieka tak niebezpiecznego uchwycić, ale ten lis, wszystkimi psami szczwany, potrafił uchodzić wszystkim nań stawianym zasadzkom. Listy gończe tak go opisywały: „Wiśniewski alias Wajwacz, liczy lat 21, figura przystojna, włos ciemny, oczy koloru niebieskiego, twarz śniada, przybrany jest w ciemny kaftan, barankami obsadzony, spodnie płócienne,


24/27

na głowie niebieska rogatka, białym barankiem ubarwiona”. Lubo nie udało się schwycić łotra, podwójna wszelako czynność to sprawiła, że ustały napady, i już się spodziewano, że zginął gdzie nieznanym sposobem, kiedy niespodzianie znów się ukazał. Brat jego mieszkał w Łęgu za wsią na tak zwanym wybudowaniu, a żandarmi często i gęsto do niego przybywali, dopytując się o brata, którego sprawki mu opowiadali. Stał sobie właśnie pewnego wieczora przed drzwiami swej chatki, aliści zajeżdża piękną bryczką o parze tęgich koni w zielony strój przybrany, zbiegły braciszek jego i wita go tak śmiele, jakoby się nigdy nic nie było stało. „Ale mój Boże! Co ty wyrabiasz?” rzecze do niego, „dopiero tu byli żandarmi, którzy cię szukali”. „Nie troszcz się mój bracie”, odpowiada, „ani się na mnie nie gniewaj; dałem się złemu pokusić, ale złapano mnie, pół roku w więzieniu trzymano i codziennie tak okrutnie bito, że porzuciłem krzywe drogi i do Boga całym sercem się nawróciłem; przyjął mnie ksiądz proboszcz w Czersku za swego stangreta i oto właśnie jadę po niego do Brus, gdzie teraz bawi; więc się też teraz nie lękam żandarmów, bom uczciwie zasłużoną karę wycierpiał”. Ucieszony tym brat jego pochwalił przedsięwzięcie, przyjął go czym mógł, potem się pożegnali. Ten zaciął konie i już nie do Brus, ale w najgłębsze bory prosto do Śliwic się udał. Przybył tam około godziny dziesiątej w wieczór, wstąpił do domu gościnnego, zostawiwszy konie niewyprzężone przed domem i o szklankę piwa prosi. Nie uszło kwadransu, aż tu go z przytomnych jeden poznaje, innym to opowiada i do prędkiego przytrzymania złoczyńcy namawia. Nie uszło to bystrego oka Wiśniewskiego. „Dajcie tam sobie pokój”, rzecze do nich, „co było, to minęło; com zgrzeszył, to wiecie, ale com


25/27

pokutował, tego nie wiecie” i począł im opowiadać, jak go przez pół roku w więzieniu katowano, głodem morzono, ciężką pracą obarczano, jak się później do Boga nawrócił i w służbę do księdza proboszcza w Czersku wstąpił, „któregom właśnie tu do waszego księdza Dobrodzieja przywiózł, jak się sami przekonać możecie, ale że tam goście, mam tu przenocować”. Opowiadając to, zapłakał nawet gorzko, a poczęstowawszy hojnie i innych opowiadaniem wycierpianych katuszy do płaczu pobudził. Wyszedł tedy na moment, aby konie opatrzeć, ale skoro dopadł bryczki, co żywo ruszył dalej. Dopiero powstał krzyk, że zdrada! Dopiero na konie, dopiero za nim w bory, a że tętent bryczki w późnej nocy daleko się odbijał, wnet go zewsząd obskoczono. Stanął Wiśniewski i silnym głosem tak zawołał: „kto się zbliży do mnie, kto natychmiast prędko nie wróci do domu swego, temu w łeb wypalę”. I w rzeczy samej potrójny wystrzał na wszystkie strony tak przeraził borowiaków, że co tchu do domu ruszyli. Może w rok schwytano Wiśniewskiego i osadzono w więzieniu, gdzie w ciężkich cierpieniach zakończył życie. Z opowiadań D. O.


ISBN (ePUB): 978-83-7884-539-3 ISBN (MOBI): 978-83-7884-540-9 Wydanie elektroniczne 2012 Na okładce wykorzystano fragment obrazu „Napad wilków” Józefa Chełmońskiego (1849–1914).

WYDAWCA Inpingo Sp. z o.o. ul. Niedźwiedzia 29B 02-737 Warszawa Opracowanie redakcyjne i edycja publikacji: zespół Inpingo Plik cyfrowy został przygotowany na platformie wydawniczej Inpingo.


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Opowiadania o zbójcach, strachach, czarach, o zaklętych skarbach i o podobnych niezwykłych sprawa