Page 1


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym E-ksiazka24.pl.


Wydanie elektroniczne


WIL​BUR SMITH Światowej sławy pisarz afrykański piszący po angielsku. Urodził się w byłej Rodezji. Debiutował w 1964 roku powieścią Gdy poluje lew. Była to pierwsza pozycja z jego najbardziej popularnej sagi historyczno-przygodowej opisującej dzieje rodziny Courtneyów, w której skład weszły m.in. Odgłos gromu, Płonący brzeg, Władza miecza, Mon​sun, Triumf słońca oraz As​se​gai. Pełny dorobek Smitha obejmuje 34 powieści, w tym dwie najnowsze, Piekło na morzu i Vicious Circle . Po jego prozę chętnie sięgają twórcy filmowi. Na duży ekran przeniesiono Kopalnię złota, Zakrzyczeć diabła i Najemników. Na podstawie kilku innych tytułów, m.in. Płonącego brzegu, Wła​dzy mie​cza, Boga Nilu i Siód​me​go pa​pi​ru​sa, po​wsta​ły mi​ni​se​ria​le te​le​wi​z yj​ne. Smith jest miłośnikiem dzikiej przyrody; pasjonuje się współczesną historią Afryki, co znajduje odzwierciedlenie w jego twórczości literackiej. Sporo podróżuje, zwykle w okresie zimowym. Miesz​ka w Wiel​kiej Bry​ta​nii, Szwaj​ca​rii i w Re​pu​bli​ce Po​łu​dnio​wej Afry​ki. www.wil​bur​smi​th​bo​oks.com


Tego au​to​ra ZA​KRZY​CZEĆ DIA​B ŁA NA​J EM​NI​CY PTAK SŁOŃ​CA OKO TY​GRY​SA ŁOW​CY DIA​M EN​TÓW OKRUT​NA SPRA​WIE​DLI​WOŚĆ KO​PAL​NIA ZŁO​TA STRA​CEŃ​CY PIEŚŃ SŁO​NIA GNIEW OCE​ANU ORZEŁ NA NIE​B IE Hec​tor Cross PIE​KŁO NA MO​RZU OKRUT​NY KRĄG Saga Co​urt​ney​ó w DRA​PIEŻ​NE PTA​KI MON​SUN BŁĘ​KIT​NY HO​RY​ZONT TRIUMF SŁOŃ​CA AS​SE​GAI * GDY PO​LU​J E LEW OD​GŁOS GRO​M U UPA​DEK WRÓ​B LA * PŁO​NĄ​CY BRZEG WŁA​DZA MIE​CZA PŁO​M IE​NIE GNIE​WU OSTAT​NIE PO​LO​WA​NIE ZŁO​TY LIS Saga Bal​lan​ty​ne’ów LOT SO​KO​ŁA PO​SZU​KI​WA​CZE PRZY​GÓD PŁACZ ANIO​ŁÓW LAM​PART PO​LU​J E W CIEM​NO​ŚCI Saga egip​s ka BÓG NILU CZA​ROW​NIK ZE​M STA NILU TA​ITA I KRÓ​LO​WA SMUT​KU SIÓD​M Y PA​PI​RUS


Ty​tuł ory​g i​na​łu: EYE OF THE TI​GER Co​py​ri​g ht © Wil​bur Smith 1975 All ri​g hts re​s e​rved First pu​bli​s hed in 1975 by Wil​liam He​ine​mann Ltd., Lon​don Po​lish edi​tion co​py​ri​g ht © Wy​daw​nic​two Al​ba​tros A. Ku​ry​ło​wicz 2000 Po​lish trans​la​tion co​py​ri​g ht © Mał​g o​rza​ta Mar​tens-Czar​nec​k a 1997 Zdję​cie na okład​ce: WIN-In​i​tia​ti​v e/Get​ty Ima​g es/Flash Press Me​dia Pro​jekt gra​ficz​ny okład​k i: An​drzej Ku​ry​ło​wicz ISBN 978-83-7885-098-4 Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

O autorze Tego autora Dedykacja Motto Oko tygrysa Przypisy Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.


Książ​kę tę de​dy​ku​ję Mo​khi​ni​so, uko​cha​nej żo​nie, klej​no​to​wi mo​je​go ży​cia, któ​rej je​stem ogrom​nie wdzięcz​ny za wszyst​kie cu​dow​ne lata na​sze​go mał​ż eń​stwa


Ty​gry​sie! Łuną dzi​kiej mocy W ogrom​nych świe​cisz bo​rach nocy! Tę strasz​ną pięk​ność ja​kież śmia​ły Kształ​to​wać ręce, ja​kież oczy? (fragment wiersza Williama Blake’a w prze​kła​dzie Zyg​mun​ta Ku​bia​ka)


Był to jeden z tych sezonów, w których ryba przychodzi późno. Każdego dnia wraz z załogą mojej łodzi wypływaliśmy daleko na północ i wracaliśmy do przystani późnym wieczorem. Dopiero szóstego listopada udało nam się złowić pierwszą z tych wielkich ryb, śmigających po szkarłatnych fa​lach Prą​du Mo​z am​bic​kie​go. Wtedy już rozpaczliwie potrzebowałem ryby. Moim stałym klientem był agent reklamowy z Nowego Jorku o nazwisku Chuck McGeorge, który co roku pokonywał odległość sześciu tysięcy kilometrów, aby na Wyspie św. Marii uczestniczyć w połowie marlina. McGeorge był małym twardym człowiekiem o głowie jak strusie jajo, siwy na skroniach, z pokrytą zmarszczkami ogo​rza​łą mał​pią twa​rzą, ma​ją​cy jed​nak moc​ne nogi nie​z będ​ne przy po​ło​wach du​ż ej ryby. Kiedy w końcu zobaczyliśmy marlina, był tuż pod powierzchnią wody. Ukazywał szablistą płetwę, dłuższą niż ramię mężczyzny, po której można tę rybę odróżnić od rekina czy morświna. Angelo spostrzegł go w tej samej chwili co ja i uczepiony sztagu, wychylając się poza pokład, krzyczał z podniecenia; jego cygańskie kosmyki opadały na ciemne policzki, a zęby połyskiwały w ostrym tro​pi​kal​nym słoń​cu. Marlin nurzał się w falach, które otwierały się i zamykały nad jego szerokim i lśniącym grzbietem. Czarny, ciężki i masywny, podobny do pnia drzewa, z wdzięcznie wygiętą płetwą grzbie​to​wą. Odwróciłem się i spojrzałem do kokpitu. Chubby już pomagał Chuckowi usadowić się w specjalnym fotelu. Przypinał go pasami i zakładał rękawice. Spojrzał w górę i pochwycił mój wzrok. Zmarszczył się gniewnie i splunął ze spokojem kontrastującym z naszym podnieceniem. Ten ogromny mężczyzna, wysoki jak ja, lecz o wiele potężniejszy, należał do najbardziej kon​se​kwent​nych i za​go​rza​łych pe​sy​mi​stów w bran​ż y. – Nie​uf​na ryba – mruk​nął Chub​by i splu​nął po​now​nie. Uśmiech​ną​łem się do nie​go. – Nie przej​muj się, Chuck! – krzyk​ną​łem. – Sta​ry Har​ry na​pro​wa​dzi cię na tę rybę. – Stawiam tysiąc dolców, że ci się to nie uda! – odkrzyknął Chuck, krzywiąc twarz od słońca, któ​re​go pro​mie​nie od​bi​ja​ły się w wo​dzie. Jego oczy błysz​cza​ły z emo​cji. – Zgoda! – zaakceptowałem zakład, na który nie było mnie stać, i całą uwagę skierowałem na rybę. Chubby miał, rzecz jasna, rację. Zaraz po mnie – jest największym znawcą w tej dziedzinie. Ryba była ol​brzy​mia, lecz nie​uf​na. Pięć razy zarzucałem przynętę, wkładając w to całą zręczność i wiedzę. Za każdym razem marlin robił zwrot i zanurzał się. W końcu skierowałem Tańczącą na Fali na kurs tak, aby prze​cię​ła mu dro​gę. – Chubby, w skrzyni z lodem mamy świeżego delfina, zaczep go i spróbujemy z pojedynczą przynętą! – krzyknąłem w rozpaczy. Sam założyłem przynętę, która spłynęła swobodnie do wody. Wyczułem moment brania. Wydało się, że ryba jakby skurczyła się w sobie. Marlin zawrócił nagle i spo​strze​głem tyl​ko błysk brzu​cha jak od​bi​cie lu​stra pod po​wierzch​nią wody. – Płyń​my za nim! – wrzesz​czał An​ge​lo. – Chwy​cił! Tuż po dziesiątej rano Chuck ujął wędkę. Od tej chwili walczyłem zawzięcie. Moja praca wymagała nieskończenie więcej umiejętności niż zgrzytanie zębami i kurczowe zaciskanie dłoni wokół ciężkiej wędki ze szklanego włókna. Trzymałem kurs łodzi prosto na rybę, pomimo pierwszych wściekłych ataków i oszalałych, nagłych, szybkich jak błyskawica skoków, aż do chwili, kiedy Chuck, usadowiwszy się prawidłowo w fotelu, mógł wreszcie zaprzeć się na swych mocnych no​gach. Kilka minut po dwunastej było po walce. Ryba została pokonana. Marlin ukazał się na


powierzchni już przy pierwszym okrążeniu, które Chuck zawężał, kręcąc kołowrotem, aż do chwi​li, gdy ryba zna​la​z ła się w za​się​gu dźwi​gu. – Hej, Har​ry! – krzyk​nął An​ge​lo. – Mamy go​ścia, chło​pie! – Co się sta​ło? – Wiel​ki John​ny przy​by​wa. Wy​czuł rybę. Zo​ba​czy​łem re​ki​na zwa​bio​ne​go wal​ką i za​pa​chem krwi. Tępo za​koń​czo​na płe​twa po​ru​sza​ła się pew​nie i spo​koj​nie. Był to wiel​ki re​kin młot. – Idź na mo​stek! – za​wo​ła​łem do An​ge​la i od​da​łem mu ster. – Harry, jeśli pozwolisz temu łotrowi schrupać moją rybę, to możesz się pożegnać ze swoim ty​sią​cem do​lców! – krzyk​nął prze​ra​ż o​ny Chuck. Zniknąłem w głównej kabinie. Przyklęknąłem, odblokowałem rygle trzymające pokrywę luku silnika i odsunąłem ją. Leżąc na brzuchu, sięgnąłem pod pokład i chwyciłem karabinek FN z ukrytego wieszaka. Kiedy wróciłem na pokład, sprawdziłem, czy broń jest naładowana, i na​sta​wi​łem na ogień cią​gły. – An​ge​lo, na​kie​ruj łódź wzdłuż sta​re​go John​ny’ego! Wisząc na relingu, spojrzałem na rekina, w momencie gdy łódź przepływała nad nim. Był wielki, sześć me​trów mie​dzia​no​brą​z o​we​go ciel​ska, wi​docz​ne​go wy​raź​nie w czy​stej wo​dzie. Wycelowałem spokojnie w środek spłaszczonej głowy między monstrualnie osadzone oczy i wy​strze​li​łem krót​ką se​rię. Ka​ra​bi​nek FN za​grzmiał i pu​ste mo​sięż​ne łu​ski po​sy​pa​ły się w wodę, któ​ra wy​try​snę​ła fon​tan​ną. Rekin zadrżał konwulsyjnie, gdy kule roztrzaskały chrząstkowatą kość i rozerwały malusieńki móż​dżek. Wy​krę​cił się brzu​chem do góry i za​czął to​nąć. – Dzię​ki, Har​ry – wy​sa​pał Chuck, czer​wo​ny i spo​co​ny z prze​ję​cia. – Za​wsze do usług. – Roz​pro​mie​ni​łem się w uśmie​chu, przej​mu​jąc ster z rąk An​ge​la. Za dziesięć pierwsza Chuck podprowadził marlina do dźwigu. Wyczerpana ryba leżała na boku. Jej sierpowato wygięty ogon uderzał coraz słabiej, a długi dziób otwierał się i zamykał spazmatycznie. Szkliste oko było wielkie jak dojrzałe jabłko, a długie podrygujące ciało lśniło ty​sią​cem od​cie​ni sre​bra, zło​ta i kró​lew​skiej pur​pu​ry. – Te​raz spraw​nie, Chub​by! – krzyk​ną​łem. Wło​ż y​łem rę​ka​wi​cę i de​li​kat​nie przy​cią​gną​łem rybę za sta​lo​wy przy​pon Chub​by’ego. Cze​kał z przy​go​to​wa​nym ha​kiem zwi​sa​ją​cym z dźwi​gu. Chubby posłał mi miażdżące spojrzenie, mówiące wyraźnie, że byłem jeszcze dzieciakiem ta​pla​ją​cym się w rynsz​to​kach lon​dyń​skich slum​sów, kie​dy on już na​dzie​wał ryby na hak. – Poczekaj, aż się obróci – poleciłem, żeby mu trochę dokuczyć. Chubby skrzywił się, słysząc tę nie​pro​szo​ną radę. Fala obróciła rybę w naszą stronę. Ukazał się szeroki brzuch, błyskający srebrem spomiędzy roz​po​star​tych płetw. – Te​raz! – rzu​ci​łem, a Chub​by wbił hak głę​bo​ko. Buchnęła jasnoczerwona krew i ryba zaczęła trzepotać się w śmiertelnym szaleństwie, za​le​wa​jąc nas stru​mie​nia​mi zim​nej mor​skiej wody. Powiesiłem marlina na dźwigu na Nabrzeżu Admiralicji. Benjamin, komendant portu, wystawił zaświadczenie stwierdzające, że całkowita waga ryby wynosi trzysta pięćdziesiąt cztery kilogramy. Żywe, opalizujące kolory marlina szybko zbladły i zastąpiła je matowa czerń, lecz cią​gle ro​bił wra​ż e​nie swo​im ogro​mem. Czte​ry i pół me​tra od szczęk do koń​ca ja​skół​cze​go ogo​na. – Pan Harry powiesił potwora przed Admiralicją – bosonodzy ulicznicy roznosili nowinę po ulicach, a mieszkańcy wyspy ochoczo korzystali z okazji do przerwania pracy i gromadzili się na


przy​sta​ni w na​stro​ju ra​do​snej fie​sty. Wieść dotarła aż do starej siedziby rządu na urwistym cyplu. Prezydencki landrover, z chorągiewką powiewającą wesoło na masce, nadjechał krętą drogą. Utorował sobie drogę przez tłum i ważny pasażer wysiadł na przystani. Godfrey Biddle, wykształcony w Londynie rodowity miesz​ka​niec wy​spy, był przed uzy​ska​niem nie​pod​le​gło​ści je​dy​nym ad​wo​ka​tem na św. Ma​rii. – Panie Harry, co za wspaniały okaz! – krzyczał zachwycony prezydent. – Taka ryba przyniesie niewątpliwą korzyść rozwijającej się dopiero turystyce na wyspie. – Podszedł uścisnąć moją rękę. Je​śli cho​dzi o pre​z y​den​tów w tej czę​ści świa​ta, to ten był naj​wyż​szej kla​sy. – Dziękuję, panie prezydencie. – Nawet w filcowym kapeluszu na głowie sięgał mi do pachy. Był symfonią czerni: czarny wełniany garnitur i lakierowane pantofle, których skóra przypominała wypolerowany antracyt. Jedynie zadziwiająco białe, puszyste, kręcone włosy łamały tę nie​ska​z i​tel​ną czerń. – Rzeczywiście, trzeba panu gratulować. – Prezydent tańczył z podniecenia i wiedziałem, że i w tym sezonie będę jadać w jego rezydencji na wieczornych przyjęciach. Dopiero po roku albo i dwóch prezydent w końcu zaakceptował mnie jako tubylca. Zostałem jednym z jego dzieci ze wszyst​ki​mi przy​wi​le​ja​mi, ja​kie ta po​z y​cja za​pew​nia​ła. Fred Coker przyjechał swoim karawanem, zaopatrzony w sprzęt fotograficzny, i podczas gdy rozstawiał statyw i znikał pod czarną tkaniną, żeby nastawić antyczny aparat, my ustawiliśmy się do zdjęcia na tle olbrzymiego ciała marlina. Chuck w środku, trzymając wędkę, my dookoła niego, obejmując się nawzajem jak drużyna piłki nożnej. Ja i Angelo, uśmiechnięci szeroko, Chubby przeraźliwie nachmurzony. Zdjęcie wspaniale się zaprezentuje w nowym folderze reklamowym – wierna załoga i nieustraszony szyper o kręconych włosach, wymykających się spod czapki 1 wyzierających z koszuli rozchylonej na piersiach; potęga i uśmiech – to na pewno chwyci w na​stęp​nym se​z o​nie. Zorganizowałem przeniesienie marlina do chłodni, gdzie przechowywano ananasy przeznaczone na eksport. Miałem możliwość wysłania go najbliższym chłodniowcem przez londyński oddział Rowlanda. Następnie zostawiłem Angela i Chubby’ego, którzy mieli wyszorować pokład Tań​czą​cej, za​tan​ko​wać ją u Shel​la przy przy​sta​ni na​prze​ciw​ko i za​cu​mo​wać tam, gdzie zwy​kle. Kiedy gramoliliśmy się z Chuckiem do szoferki mojego poobijanego starego forda, nachylił się do mnie i kon​spi​ra​cyj​nym szep​tem mruk​nął: – Har​ry, co do mo​jej pre​mii… Wie​dzia​łem do​kład​nie, o co ma za​miar pro​sić. Po​wta​rza​ło się to za każ​dym ra​z em. – Pani Chub​by nie musi o tym wie​dzieć, o to cho​dzi? – za​koń​czy​łem za nie​go. – Tak – zgodził się ze mną i mruknął ponuro, zsuwając swą brudną żeglarską czapkę na tył gło​wy.

Następnego ranka o dziewiątej wsadziłem Chucka do samolotu i zjeżdżając w dół swoim wysłużonym fordem, całą drogę śpiewałem i trąbiłem na dziewczęta pracujące na plantacjach ananasowych. Prostowały się i z wybuchami śmiechu machały mi spod rond szerokich słomkowych ka​pe​lu​szy. Czeki podróżne American Express, otrzymane od Chucka, zmieniłem w biurze podróży Cokera, po długich targach z Fredem Cokerem o odpowiedni kurs wymiany. Fred prezentował się uro​czy​ście – we fra​ku i czar​nym kra​wa​cie.


W południe miał pogrzeb. Aparat i statyw odłożono na bok. Fotograf przemienił się w przed​się​bior​cę po​grze​bo​we​go. Salon pogrzebowy Cokera znajdował się na tyłach agencji turystycznej i wychodził na małą uliczkę między domami. Fred wykorzystywał karawan do przewozu turystów na lotnisko, uprzednio dyskretnie zmieniając tablicę reklamową pojazdu i montując fotele nad szynami do tru​mien. Bukowałem u niego wszystkich klientów, wobec czego odliczył sobie dziesięć procent z moich czeków podróżnych. Prowadził także agencję ubezpieczeniową, więc potrącił mi również roczną opłatę asekuracyjną za Tań​czą​cą. Policzyłem ponownie pieniądze tak samo uważnie jak on, bo jakkolwiek Fred wyglądał na dyrektora szkoły – wysoki, smukły i wymuskany, z taką tylko domieszką krwi tubylczej, by nadała mu zdrową karnację – to znał wszelkie możliwe finansowe sztucz​ki i kil​ka in​nych, któ​rych do​tych​czas nikt jesz​cze nie roz​szy​fro​wał. Fred, nie okazując urazy, czekał cierpliwie, aż sprawdzę pieniądze. Kiedy włożyłem plik bank​no​tów do tyl​nej kie​sze​ni, ode​z wał się to​nem ko​cha​ją​ce​go ojca: – Niech pan nie za​po​mni, że ju​tro przy​jeż​dża na​stęp​na gru​pa pań​skich klien​tów, pa​nie Har​ry. – Oczy​wi​ście, pa​nie Co​ker, niech się pan nie oba​wia, moja za​ło​ga bę​dzie go​to​wa. – Oni są teraz w Lordzie Nelsonie – zauważył delikatnie. Fred zawsze trzymał rękę na pulsie, je​śli cho​dzi o ży​cie wy​spy. – Panie Coker, mój interes to łódź, a nie towarzystwo antyalkoholowe. Niech się pan nie de​ner​wu​je – po​wtó​rzy​łem. – Nikt jesz​cze nie umarł od kaca – do​da​łem, wsta​jąc. Przeciąłem ulicę Drake’a i wszedłem do sklepu Edwarda, gdzie zostałem powitany jak bohater. Mama Eddy osobiście wyszła zza kontuaru i przycisnęła mnie mocno do swego ciepłego bujnego biu​stu. – Panie Harry – gruchała – zeszłam do przystani, żeby zobaczyć rybę, którą pan wczoraj złowił. – Następnie odwróciła się i ciągle trzymając mnie w objęciach, krzyknęła do jednej ze sprze​daw​czyń: – Shir​ley, daj panu Har​ry’emu zim​ne​go piwa, sły​szysz?! Wyjąłem plik pieniędzy. Na ten widok ładne tubylcze dziewczęta zaświergotały jak wróble, a mama Eddy wy​wró​ci​ła ocza​mi i jesz​cze moc​niej przy​tu​li​ła mnie do sie​bie. – Ile je​stem wi​nien, pani Eddy? Od czerwca do listopada jest długi martwy sezon, kiedy nie ma co łowić, i mama Eddy umożliwia mi prze​ż y​cie tego cięż​kie​go okre​su. Oparłem się o kontuar z puszką piwa w ręku, wybierając produkty, których potrzebowałem. Jednocześnie przyglądałem się nogom dziewcząt wspinających się po drabinie, aby sięgnąć po to​wa​ry na gór​nych pół​kach… Sta​ry Har​ry czuł się do​brze i pew​nie z tą wiel​ką kupą zie​lo​nych w tyl​nej kie​sze​ni. Zszedłem następnie do basenu Towarzystwa Shella, gdzie natknąłem się na kierownika sto​ją​ce​go w drzwiach biu​ra mię​dzy wiel​ki​mi srebr​ny​mi zbior​ni​ka​mi na ropę. – Boże, Har​ry, cze​kam na cie​bie od rana. Cen​tra​la awan​tu​ru​je się o twój ra​chu​nek. – Twoje czekanie się skończyło, bracie – odpowiedziałem. Tańcząca na Fali, podobnie jak większość pięknych kobiet, jest drogą kochanką i kiedy wsiadłem z powrotem do ciężarówki, plik w mo​jej kie​sze​ni był znacz​nie uszczu​plo​ny. Czekali na mnie w ogródku piwnym hotelu Lord Nelson. Mieszkańcy wyspy są bardzo dumni z powiązań z Marynarką Królewską, pomimo że wyspa nie jest już brytyjską posiadłością i szczyci się sześcioletnią niepodległością. Poprzednio jednak przez dwieście lat była bazą brytyjskiej floty.


Bar zdobiły stare sztychy, wykonane przez dawno już nieżyjących artystów. Przedstawiały wielkie statki, lawirujące w kanale lub zacumowane wzdłuż Nabrzeża Admiralicji – okręty wojenne i handlowe z towarzystwa Johna zaopatrywały się tutaj w prowiant lub dokonywały niezbędnych napraw przed wyruszeniem w długi rejs na południe do Przylądka Dobrej Nadziei i na Atlan​tyk. Wyspa św. Marii nigdy nie zapomniała swojego miejsca w historii ani admirałów, ani wielkich statków przybijających do jej brzegów. Lord Nelson stał się parodią swojej poprzedniej wielkości, lecz ja o wiele bardziej wolałem jego upadającą i podniszczoną elegancję i związki z przeszłością niż wie​ż ę ze szkła i alu​mi​nium, któ​rą wzniósł Hil​ton na cy​plu nad przy​sta​nią. Chubby z żoną siedzieli na ławce przy ścianie oddalonej od wejścia, każde z nich w swoim niedzielnym ubraniu. Dopiero teraz można było ich odróżnić od siebie. Chubby miał na sobie trzyczęściowy ślubny garnitur, przy którym brakowało kilku guzików. Te, które jeszcze się uchowały, zwisały naderwane. Na głowie nosił czapkę rybacką, poplamioną skrystalizowaną solą i rybią krwią. Pani Chubby wystroiła się w długą czarną suknię z ciężkiej wełny, zzieleniałej ze starości. Spod sukni wyglądały czarne trzewiki, zapinane na guziczki. Poza tym ciemne, mahoniowe twarze małżonków były prawie identyczne, pomimo że Chubby był świeżo ogolony, a ona mia​ła drob​ny, mały wą​sik. – Halo, pani Chub​by, jak się pani mie​wa? – spy​ta​łem. – Dzię​ku​ję panu, pa​nie Har​ry. – Czy na​pi​je się pani cze​goś? – Może mały dżin po​ma​rań​czo​wy, pa​nie Har​ry, i małe piwo, żeby le​piej się piło. Podczas gdy popijała słodki napój, odliczyłem zapłatę Chubby’ego do jej ręki. Usta kobiety poruszały się, kiedy liczyła po cichu pieniądze. Chubby obserwował to z niepokojem, a ja zastanawiałem się znów, jak udawało mu się przez te wszystkie lata oszukiwać ją na premii od ryby. Pani Chub​by wy​pi​ła piwo, a pian​ka pod​kre​śli​ła jej wą​sik. – Idę już, pa​nie Har​ry. – Wsta​ła ma​je​sta​tycz​nie i po​ż e​glo​wa​ła przez dzie​dzi​niec. Odczekałem, aż skręci w ulicę Frobishera, zanim pod stołem wsunąłem Chubby’emu niewielki zwi​tek bank​no​tów, po czym prze​szli​śmy do pry​wat​ne​go baru. Dwie dziewczyny siedziały po bokach Angela, a trzecia na jego kolanach. Jego czarna koszula, rozpięta aż do klamry u pasa, odsłaniała błyszczącą muskularną pierś. Obcisłe dżinsy nie pozostawiały wątpliwości co do jego męskości. Buty typu westernowego, wybijane ćwiekami, aż lśniły. Wypomadowane, przylizane włosy zaczesywał do tyłu w stylu młodego Presleya. Uśmiechnął się do mnie szeroko poprzez salę, a kiedy mu zapłaciłem, każdej dziewczynie włożył za bluzkę bank​not. – Hej, Eleonoro, idź i usiądź Harry’emu na kolanach, ale ostrożnie. Harry jest dziewicą… Obchodź się z nim jak trzeba, słyszysz? – wybuchnął radosnym śmiechem i odwrócił się do Chub​by’ego. – Hej, Chubby, przestań wreszcie chichotać, chłopie. To idiotyczne, wszystkie te chichoty i szcze​rze​nia zę​bów. – Niezadowolenie Chubby’ego pogłębiało się. Jego zmarszczona twarz przypominała teraz buldoga. – Hej, panie barman, daj staremu Chubby’emu drinka. Być może to pohamuje jego głupie chi​cho​ty. O czwartej po południu Angelo odprawił dziewczyny i usiadł. Obok szklanki stojącej przed nim na stole leżał nóż do preparowania przynęty, naostrzony jak brzytwa, połyskujący groźnie


w świe​tle pa​da​ją​cym z góry. Angelo mruczał do siebie, pogrążony w alkoholowej zadumie. Co kilka minut próbował kciukiem ostrze noża i rzu​cał groź​ne spoj​rze​nie do​oko​ła sali. Nikt nie zwra​cał na nie​go uwa​gi. Chubby siedział po mojej drugiej stronie, uśmiechając się szeroko jak wielka brązowa ropucha. Uka​z y​wał kom​plet wiel​kich, nie​sa​mo​wi​cie bia​łych zę​bów z ró​ż o​wy​mi pla​sty​ko​wy​mi dzią​sła​mi. – Harry. – Chubby zarzucił grube muskularne ramię na moją szyję. – Jesteś fajny chłop, ale, Harry, wiesz co, Harry, mam zamiar powiedzieć ci coś, czego nigdy przedtem ci nie powiedziałem. – Chubby kiwnął poważnie głową, zbierając się do wygłoszenia deklaracji, którą powtarzał w każ​dy dzień wy​pła​ty. – Har​ry, ko​cham cię, chło​pie. Ko​cham cię bar​dziej niż wła​sne​go bra​ta. Unio​słem jego po​pla​mio​ną czap​kę i lek​ko po​gła​dzi​łem łysą brą​z o​wą czasz​kę. – A ty je​steś moje ulu​bio​ne blond jajo – po​wie​dzia​łem. Na moment odsunął mnie na długość ręki i przyjrzawszy się mojej twarzy, zaczął ryczeć ze śmiechu. Było to tak zaraźliwe, że obaj śmialiśmy się nawet wtedy, kiedy wszedł Fred Coker i przy​siadł się do nas. Po​pra​wił swo​je pin​ce-nez i oznaj​mił, ścią​ga​jąc usta: – Panie Harry, dostałem przed chwilą specjalną wiadomość z Londynu. Pańscy klienci zre​z y​gno​wa​li. Prze​sta​łem się śmiać. – Co do diabła! – wykrzyknąłem. Dwa tygodnie w środku sezonu bez klientów i jedynie tych dwieście wszawych dolarów za rezerwację. – Panie Coker, musi mi pan załatwić klientów. – W kie​sze​ni mia​łem tyl​ko trzy​sta do​la​rów, któ​re mi zo​sta​ły z sumy za​pła​co​nej przez Chuc​ka. – Musi mi pan załatwić klientów – powtórzyłem, a Angelo chwycił swój nóż i z trzaskiem wbił go w stół. Nikt na nie​go nie zwró​cił uwa​gi, więc po​to​czył gniew​nie wzro​kiem po sali. – Spró​bu​ję – rzekł Fred Co​ker – ale te​raz jest tro​chę za póź​no. – Za​te​le​gra​fuj do klien​tów, któ​rym mu​sie​li​śmy od​mó​wić. – Kto za​pła​ci za te te​le​gra​my?– za​py​tał Fred de​li​kat​nie. – Do dia​bła z tym, ja za​pła​cę. – Fred kiw​nął gło​wą i wy​szedł. Usły​sza​łem ru​sza​ją​cy ka​ra​wan. – Nie przej​muj się, Har​ry – rzekł Chub​by. – Ja cią​gle cię ko​cham, chło​pie. Nagle siedzący obok mnie Angelo zasnął. Upadł na stół, z trzaskiem uderzając czołem o blat. Odsunąłem mu głowę od kałuży rozlanego alkoholu, wsadziłem nóż do pochwy i schowałem jego pie​nią​dze, chro​niąc je przed krę​cą​cy​mi się bli​sko dziew​czy​na​mi. Chubby zamówił następną kolejkę i zaczął śpiewać w wyspiarskim pa​to​is żeglarską szantę, pod​czas gdy ja sie​dzia​łem i mar​twi​łem się. Jeszcze raz zostałem narażony na finansowe katusze. Boże, jak ja nienawidziłem forsy albo raczej jej braku. Te dwa tygodnie mogły zadecydować o tym, czy Tań​czą​ca i ja będziemy w stanie przeżyć martwy sezon, dotrzymując naszych dobrych postanowień. Wiedziałem, że nie bę​dzie​my mo​gli. Wie​dzia​łem, że bę​dzie​my mu​sie​li znów wy​brać się na noc​ny wy​pad. Do diabła. Jeśli musimy to zrobić, równie dobrze możemy to zrobić teraz. Wystarczy tylko słowo, że Harry jest gotów do interesu. Podjąwszy decyzję, czułem na nowo przyjemne napięcie wy​wo​ła​ne nie​bez​pie​czeń​stwem. Te dwa wol​ne ty​go​dnie mo​gły​by w koń​cu nie być wca​le stra​co​ne. Przyłączyłem się do śpiewów Chubby’ego, nie będąc całkiem pewien, czy śpiewamy ten sam ka​wa​łek, bo wy​da​wa​ło mi się, że koń​czę każ​dą zwrot​kę na dłu​go przed nim. Prawdopodobnie te radosne śpiewy zwabiły stróżów porządku. Oznaczało to inspektora i czterech szeregowców, co i tak jest więcej niż rzeczywiście potrzeba. Poza wielką ilością „stosunków seksualnych wśród młodocianych” i paroma pobitymi żonami nie ma na Wyspie św.


Ma​rii prze​stępstw za​słu​gu​ją​cych na to mia​no. Inspektor Peter Daly był młodym mężczyzną o blond wąsach, gładkich policzkach, typowo po angielsku zarumienionych, bladych niebieskich oczach, osadzonych blisko jak u szczura. Nosił mundur brytyjskiej policji kolonialnej, czapkę ze srebrnym otokiem i daszkiem z błyszczącej skóry, drelichowe spodnie i bluzę, wykrochmalone i wyprasowane tak, że przy chodzeniu lekko szeleściły, oraz wypolerowany skórzany pas z krzyżującymi się rzemieniami na piersiach. Używał wytwornej, również obciągniętej błyszczącą skórą, laski z trzciny ma​lac​ca. Wyglądałby jak duma chy​lą​ce​go się ku upad​ko​wi im​pe​rium, żeby nie zie​lo​no-żół​te, w bar​wach wy​spy, na​ra​mien​ni​ki. – Panie Fletcher – rzekł, stojąc nad naszym stołem i lekko uderzając wytworną laską w dłoń. – Mam na​dzie​ję, że nie bę​dzie​my mieć dzi​siej​szej nocy żad​nych kło​po​tów. – Proszę pana – poprawiłem go. Inspektor Daly i ja nigdy nie byliśmy przyjaciółmi… Nie lubię tyranów czy też ludzi, którzy wykorzystują stanowisko do pomnażania łapówkami swojej najzupełniej wystarczającej pensji. W przeszłości wyłudził ode mnie dużą część ciężko wy​wal​czo​nych pie​nię​dzy, cze​go nie mo​głem mu wy​ba​czyć. Za​ci​snął usta pod blond wą​sa​mi i za​czer​wie​nił się. – Pro​szę pana – po​wtó​rzył nie​chęt​nie. Wprawdzie zdarzało się kilka razy w odległej przeszłości, że razem z Chubbym daliśmy upust chłopięcemu entuzjazmowi, kiedy właśnie złowiliśmy wielką rybę, jednakże w niczym to nie usprawiedliwiało tonu, jakim inspektor Daly zwracał się do nas. W końcu – był tu tylko cudzoziemcem na trzyletnim kontrakcie, który, jak wiedziałem od samego prezydenta, nie miał być od​no​wio​ny. – Inspektorze, czy się nie mylę, że jest to publiczne miejsce… i że ani moi przyjaciele, ani ja nie po​peł​ni​li​śmy żad​ne​go wy​kro​cze​nia? – Rze​czy​wi​ście. – Czy także słusznie uważam, że śpiewanie w publicznym miejscu melodyjnych i przyzwoitych pio​se​nek nie sta​no​wi czy​nu prze​stęp​cze​go? – Tak, jest to praw​da, ale… – Inspektorze, niech się pan odpieprzy – rzekłem uprzejmie. Zawahał się, patrząc na mnie i na Chubby’ego. Pamiętał liczne scysje z nami, a teraz mógł dostrzec w naszych oczach niedobry błysk wo​jow​ni​czo​ści. Było wi​docz​ne, że chciał​by mieć swo​ich lu​dzi przy so​bie. – Będę mieć na was oko – powiedział i rozpaczliwie starając się zachować godność, wyszedł z baru. – Chub​by, śpie​wasz jak anioł – stwier​dzi​łem. Cały się roz​pro​mie​nił. – Harry, mam zamiar postawić ci drinka. – Fred Coker wszedł w odpowiednim momencie, by przyłączyć się do kompanii. Pił la​ger i sok z zielonej cytryny, na widok czego ściskało mnie w doł​ku. Jed​nak no​wi​ny, któ​re przy​niósł, sta​no​wi​ły na to do​bre an​ti​do​tum. – Pa​nie Har​ry, mam dla pana klien​tów. – Pa​nie Co​ker, ko​cham pana. – Ja też pana ko​cham – wtrą​cił Chub​by. W głę​bi du​szy jed​nak​ż e po​czu​łem odro​bi​nę za​wo​du. Cie​szy​łem się na ten noc​ny wy​pad. – Kie​dy przy​jeż​dża​ją? – spy​ta​łem. – Są już tu​taj… cze​ka​li na mnie w biu​rze, kie​dy wró​ci​łem. – Bez bla​gi – po​wie​dzia​łem. – Wiedzieli, że poprzedni pana klienci zrezygnowali, i pytali o pana po nazwisku. Musieli przy​le​cieć tym sa​mym sa​mo​lo​tem co i tam​ta wia​do​mość.


Gdybym nie miał trudności z myśleniem, na pewno zastanowiłoby mnie, że tak od razu jedną gru​pę za​stą​pi​ła inna. – Za​trzy​ma​li się w Hil​to​nie. – Czy chcą, że​bym ich stam​tąd za​brał? – Nie, będą ju​tro o dzie​sią​tej rano na Przy​sta​ni Ad​mi​ra​li​cji.

Byłem wdzięczny, że klienci prosili o spotkanie o tak późnej porze. Tego ranka załoga Tań​czą​cej przypominała zjawy. Angelo, za każdym razem, kiedy nachylał się, by zwinąć linę lub przygotować wędkę, jęczał i bladł do odcienia jasnej czekolady, a Chubby pocił się czystym al​ko​ho​lem. Jego wy​gląd na​praw​dę był prze​ra​ż a​ją​cy. Przez całe rano nie ode​z wał się sło​wem. Ja również nie byłem zbyt radosny. Tań​czą​ca stała zacumowana przy nabrzeżu, a ja czekałem na mostku oparty o reling. Włożyłem najciemniejsze okulary i jakkolwiek głowa mnie swędziała pod czap​ką, nie od​wa​ż y​łem się jej zdjąć w oba​wie, że wraz z nią zdej​mę czu​bek czasz​ki. Jedyna na wyspie taksówka – citroen, rocznik 62 – nadjechała ulicą Drake’a i zatrzymała się na koń​cu przy​sta​ni, by wy​sa​dzić mo​ich klien​tów. Wy​sia​dło dwóch, spo​dzie​wa​łem się trzech. Szli obok siebie wzdłuż przystani wybrukowanej kamieniami, a ja na ich widok powoli się prostowałem. Poczułem, jak wszystkie moje fizyczne przypadłości bledną i stają się nieistotne wobec tego znanego powolnego ściskania i skręcania w dołku i delikatnego łaskotania wzdłuż ra​mion i u na​sa​dy kar​ku. Jeden z nich, wysoki i szczupły, szedł w ten charakterystyczny powolny sposób, typowy dla zawodowych sportowców. Nie miał czapki i zauważyłem, że starannie zaczesał rude włosy, by ukryć przedwczesną łysinę. Napięty – to jedyne słowo, którym można określić nagromadzoną gotowość, która z niego emanowała. Trzeba być kimś podobnym, żeby wyczuć ten typ człowieka specjalnie przygotowanego do życia wśród przemocy i gwałtu i dzięki nim. To był byczek i nie miało znaczenia, po której stronie prawa wykorzystywał swe umiejętności… egzekwowania czy łamania – nie wróżyło to nic dobrego. Łudziłem się, że już nigdy nie zobaczę tego typu barakudy na spokojnych wodach Wyspy św. Marii. Skurcz w dołku powiedział mi, że znów mam z nią do czynienia. Szybko spojrzałem na drugiego mężczyznę. W jego przypadku nie było to tak oczywiste, krawędzie się przytępiły nieco, kontury z czasem lekko zamazały, ale on także re​pre​z en​to​wał ten typ. Wró​ż y​ło to jesz​cze go​rzej. – No ład​nie, Har​ry – po​wie​dzia​łem do sie​bie gorz​ko. – Wszyst​ko to i jesz​cze kac na do​da​tek! Teraz jasno zrozumiałem, że starszy mężczyzna jest szefem. Szedł pół kroku z przodu. Młodszy i wyższy w ten sposób okazywał mu szacunek. Jego szef był kilka lat starszy ode mnie; prawdopodobnie późna trzydziestka. Miał niewielki brzuszek, który uwydatniał się nad pasem ze skóry krokodyla. Włosy czesał na modłę Bond Street. Jego pozycję podkreślały: jedwabna koszula Sulka i mokasyny od Gucciego. Idąc przystanią, otarł białą chustką podbródek i górną wargę. Wtedy zauważyłem na jego małym palcu dwukaratowy brylant w prostej złotej oprawie. Zegarek na ręku tak​ż e był ze zło​ta, praw​do​po​dob​nie la​nvin lub pia​get. – Fletcher? – zapytał, zatrzymawszy się przede mną. Jego oczy jak czarne paciorki przywodziły na myśl oczy łasicy. Przypominały oczy drapieżnika: jasne, pozbawione ciepła. Zobaczyłem, że jest starszy, niż myślałem. Włosy niewątpliwie farbował, żeby ukryć siwiznę, a nienaturalnie napięta na policzkach skóra i blizny wzdłuż granicy z włosami wskazywały na operację plastyczną. Próżny czło​wiek. Za​cho​wa​łem to spo​strze​ż e​nie dla sie​bie.


Miałem do czynienia ze starym żołnierzem, wyniesionym z prostego szeregowca do rangi dowódcy. To właśnie był mózg, a mężczyzna, który szedł za nim, to były mięśnie. Ktoś wysłał swoją pierwszą drużynę i w chwili nagłego olśnienia pojąłem jasno, dlaczego umówieni klienci na​gle zre​z y​gno​wa​li. Telefon i wizyta tej pary mogły zniechęcić zwykłego człowieka do połowu marlina na całe życie. Pew​nie moi nie​do​szli klien​ci wy​ska​ki​wa​li ze skó​ry, żeby czym prę​dzej od​wo​łać przy​jazd. – Pan Materson? Proszę na pokład. – Jedno nie ulegało wątpliwości: nie przybyli wcale na ryby. Postanowiłem, że zanim zadecyduję, co mi się opłaca, będę grał skromnego i pokornego, więc do​da​łem tro​chę spóź​nio​ne: – Pro​szę pana. Muskularny mężczyzna skoczył w dół na pokład, lądując miękko jak kot. Zobaczyłem, że kurtka, którą trzymał w ręku, zakołysała się. W kieszeni miał coś ciężkiego. Wysuwając do przodu szczękę, obrzucił moją załogę szybkim spojrzeniem. Twarz Angela rozbłysnęła namiastką jego słyn​ne​go uśmie​chu. Do​ty​ka​jąc brzeż​ka czap​ki, rzekł: – Wi​ta​my, pro​szę pana. Nachmurzona twarz Chubby’ego rozjaśniła się na moment. Mruknął coś, co brzmiało jak przekleństwo, ale prawdopodobnie oznaczało ciepłe pozdrowienie. Mężczyzna zignorował ich i odwrócił się, aby pomóc Matersonowi zejść na pokład. Materson czekał, podczas gdy goryl spraw​dzał głów​ny sa​lon Tań​czą​cej, po czym wszedł do środ​ka. Po​dą​ż y​łem za nim. Wnę​trze Tań​czą​cej było wyjątkowo luksusowe, takie jakie powinno być za sto dwadzieścia pięć tysięcy. Klimatyzacja usunęła trochę rannego skwaru. Materson westchnął z ulgą i ponownie ob​tarł chu​s​tecz​ką pot z twa​rzy. Za​głę​bił się w jed​nym z mięk​kich fo​te​li. – To jest Mike Guthrie. – Mówiąc to, wskazał na muskularnego, który kręcił się po kabinie, spraw​dza​jąc ilu​mi​na​to​ry i otwie​ra​jąc drzwi… Wy​raź​nie prze​sa​dzał w nad​gor​li​wo​ści. – Bardzo mi miło, panie Guthrie. – Uśmiechnąłem się szeroko z całym swoim chłopięcym wdzię​kiem. Mach​nął ręką, nie pa​trząc w moją stro​nę. – Drinka, panowie? – zapytałem i otworzyłem barek. Każdy z nich wziął colę, lecz ja, skacowany i zszokowany, potrzebowałem czegoś mocniejszego. Pierwszy łyk zimnego piwa z pusz​ki przy​wró​cił mi ży​cie. – Tak, panowie, myślę, że będę w stanie zaofiarować wam trochę sportu. Zaledwie wczoraj zło​wi​łem ogrom​ną rybę i wszyst​kie zna​ki wska​z u​ją na duże bra​nie… Mike Guthrie stanął naprzeciw mnie i spojrzał mi w twarz. Miał oczy w brązowo-zielone cętki jak ręcz​nie tka​ny twe​e d. – Czy ja cię nie znam? – spy​tał. – Nie my​ślę, że​bym kie​dy​kol​wiek miał przy​jem​ność. – Je​steś z Lon​dy​nu, praw​da? – za​uwa​ż ył mój ak​cent. – Opuściłem Bilghty dawno temu, bracie – powiedziałem, uśmiechając się szeroko. Nie uśmiechnął się w odpowiedzi, tylko opadł na siedzenie naprzeciwko mnie i położył na blacie stołu dło​nie, sze​ro​ko roz​sta​wia​jąc pal​ce. Cią​gle na mnie pa​trzył. Twar​dy dzie​ciak, bar​dzo twar​dy. – Niestety, dzisiaj jest już za późno – paplałem wesoło. – Jeśli mamy zamiar ograbić mozambickie wody z ryb, musimy wypłynąć z przystani o szóstej, ale możemy jutro zacząć dzień wcze​śnie… Ma​ter​son prze​rwał moje ga​da​nie: – Niech pan sprawdzi tę listę, Fletcher, i powie nam, czego panu brak. – Podał złożoną kartkę papieru. Spojrzałem na ręcznie zapisaną kolumnę. Lista dotyczyła tylko wyposażenia do nur​ko​wa​nia i pod​wod​ne​go sprzę​tu ra​tow​ni​cze​go.


– A więc panowie nie są zainteresowani połowem wielkich ryb? – Stary Harry był samym zdzi​wie​niem i za​sko​cze​niem. – Przy​by​li​śmy tu​taj, aby wy​ko​nać małe po​szu​ki​wa​nia, to wszyst​ko. Wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi, od​par​łem: – Pła​ci​cie, my ro​bi​my, cze​go żą​da​cie. – Ma​cie cały ten ze​staw? – Prawie wszystko. – Po sezonie prowadzę handel ekwipunkiem dla miłośników nurkowania. To pozwala pokryć moje wydatki. Posiadałem duży wybór sprzętu do nurkowania, a także sprężarkę do ładowania butli w siłowni Tańczącej. – Nie mam nadmuchiwanych pływaków oraz takiej ilości lin… – Może pan je do​stać? – Oczywiście. – Mama Eddy miała niezły wybór ekwipunku morskiego, a stary Angela szył ża​gle. Mógł zro​bić te pły​wa​ki w dwie go​dzi​ny. – W ta​kim ra​z ie w po​rząd​ku, niech pan to za​ła​twi. Ski​ną​łem gło​wą. – Kie​dy chce​cie za​czy​nać? – Ju​tro rano. Bę​dzie z nami jesz​cze jed​na oso​ba. – Czy pan Coker powiedział panom, że opłata wynosi pięćset dolarów dziennie… i będę musiał rów​nież po​li​czyć za to do​dat​ko​we wy​po​sa​ż e​nie? Ma​ter​son prze​chy​lił gło​wę i mia​łem wra​ż e​nie, że chce wstać. – Czy mała zaliczka nie zrobiłaby panu różnicy? – spytałem miękko, a oni zesztywnieli. Uśmiechnąłem się przymilnie. – To była długa, nędzna zima, panie Materson, a ja muszę kupić ten to​war i na​peł​nić zbior​ni​ki. Materson wyciągnął portfel i odliczył trzysta funtów piątkami. Kiedy to zrobił, powiedział swoim mięk​kim, mru​czą​cym gło​sem: – Nie po​trze​bu​je​my pań​skiej za​ło​gi, Flet​cher. My trzej po​mo​ż e​my panu na ło​dzi. Po​czu​łem się za​sko​czo​ny. Tego się nie spo​dzie​wa​łem. – Mu​szę do​stać swo​ją za​pła​tę, na​wet je​śli ich zwol​ni​cie. Nie mogę ob​ni​ż yć mo​jej ceny. Mike Gu​th​rie cią​gle sie​dział na wprost mnie. Te​raz po​chy​lił się do przo​du. – Słyszałeś, co pan powiedział, Fletcher, po prostu wyrzuć czarnuchów z łodzi – oznajmił mięk​ko. Ostrożnie złożyłem plik pięciofuntowych banknotów i wsadziłem go do kieszeni na piersiach, po czym spojrzałem na Guthriego. Był bardzo szybki. Widziałem, że jest gotów rzucić się na mnie. Jego zim​ne cęt​ko​wa​ne oczy po raz pierw​szy na​bra​ły wy​ra​z u. Chciał mnie sprowokować. Wiedział, że mnie dotknął, i myślał, że mam zamiar się z nim zmierzyć. Chciał tego, chciał rozerwać mnie na strzępy. Opierał dłonie na stole, rozczapierzając palce. Pomyślałem, że mógłbym chwycić mały palec u każdej ręki i wyłamać je w stawach jak dwa serowe paluszki. Wiedziałem, że mógłbym to zrobić, zanim zdołałby się poruszyć, i ta świadomość sprawiła mi ogromną przyjemność, bo byłem wściekły. Mam niewielu przyjaciół, ale tych, których mam, ce​nię. – Czy słyszałeś, co powiedziałem, chłopcze? – zasyczał Guthrie, a ja zmusiłem się do chło​pię​ce​go uśmie​chu, któ​ry idio​tycz​nie wy​krzy​wił mi twarz. – Tak, pa​nie Gu​th​rie – przy​tak​ną​łem. – Pła​ci​cie i wy​ma​ga​cie. Prawie się udławiłem tymi słowami. Odchylił się z powrotem do tyłu i spostrzegłem, że jest


zawiedziony. Był brutalny, lubił swoją robotę. Chyba już wtedy wiedziałem, że go zabiję, i ta myśl po​z wo​li​ła mi za​cho​wać uśmiech. Materson obserwował nas swoimi błyszczącymi oczkami. Jego ciekawość była kliniczna, podobnie jak u naukowca studiującego parę laboratoryjnych okazów. Stwierdził, że niebezpieczeństwo konfrontacji zostało na razie zażegnane, i jego głos stał się znów miękki, kiedy wy​mru​czał: – Dobrze, Fletcher. – Skierował się na pokład i dodał: – Skompletuj to wyposażenie i bądź gotów ju​tro o ósmej rano. Pozwoliłem im odejść. Usiadłem i dokończyłem piwo. Może to z powodu kaca, ale cała ta impreza zaczęła mi się bardzo nie podobać i doszedłem do wniosku, że pozostawienie Angela i Chubby’ego na brzegu może okazać się w końcu najlepszym rozwiązaniem. Wyszedłem, aby im to po​wie​dzieć. – Mamy parę potworów, przykro mi, ale mają jakiś wielki sekret i nie chcą was mieć na pokładzie. – Podłączyłem butle akwalungów do sprężarki, aby się ładowały, i zostawiwszy Tań​czą​cą przy przystani, udałem się do sklepu mamy Eddy. Angelo i Chubby zabrali zrobiony prze​z e mnie szkic pły​wa​ków i po​szli do warsz​ta​tu ojca An​ge​la. Pływaki były gotowe o czwartej. Zabrałem je fordem na Tań​czą​cą, gdzie włożyłem do schowka na żagle pod siedzeniami w kokpicie. Następnie przez godzinę rozbierałem i składałem zawory do akwa​lun​gów i spraw​dza​łem cały po​z o​sta​ły ekwi​pu​nek do nur​ko​wa​nia. O zachodzie słońca popłynąłem Tań​czą​cą, aby ją zacumować w pobliżu mojej chaty. Właśnie miałem przedostać się do brzegu małą łódką wiosłową, kiedy przyszła mi do głowy świetna myśl. Wró​ci​łem do ka​bi​ny i od​blo​ko​wa​łem ry​gle z po​kry​wy luku sil​ni​ka. Wyjąłem z ukrycia karabinek FN, naładowałem go, nastawiłem na ogień ciągły i za​bez​pie​czy​łem, po czym po​wie​si​łem z po​wro​tem na daw​ne miej​sce.

Tuż przed zmrokiem wziąłem starą sieć na ryby i popłynąłem poprzez lagunę w kierunku głównej rafy. Zobaczyłem wir i ruch pod powierzchnią wody, którą zachodzące słońce barwiło na kolor miedzi i ognia. Z szerokim rozmachem wyrzuciłem wysoko sieć. Poleciała jak spadochron i opadła szerokim kręgiem nad ławicą pręgowanych kiełbi. Kiedy zaciągnąłem linę, zamknąłem w sieci pięć dużych srebrzystych ryb, tak długich jak moje przedramię. Wiły się i rzucały w chro​po​wa​tych mo​krych fał​dach. Upiekłem dwie z nich i zjadłem na werandzie chaty. Smakowały lepiej niż pstrągi z górskiego po​to​ku. Na​stęp​nie na​la​łem so​bie dru​gą whi​sky i usia​dłem w ciem​no​ściach. Zwykle jest to ta pora dnia, kiedy atmosfera wyspy daje mi poczucie spokoju. Wydaje mi się wtedy, że rozumiem cały sens życia. Jednakże ta noc nie była podobna do innych. Czułem złość o to, że ci ludzie przybyli na wyspę i przywieźli ze sobą specjalny rodzaj trucizny, żeby nas nią skazić. Pięć lat temu uciekłem od tego, wierząc, że znalazłem bezpieczne miejsce. Jednakże pod pokrywką złości – byłem szczery sam ze sobą – rozpoznałem także podniecenie, przyjemne podniecenie. Znowu to coś w środku. Wiedziałem, że jeszcze raz zaryzykuję. Nie byłem jeszcze pewien, o jaką stawkę chodzi, ale domyśliłem się, że jest wysoka i że znowu siadłem do gry z nie byle ja​ki​mi gra​cza​mi. Znalazłem się znów na złej drodze, drodze, którą wybrałem, mając siedemnaście lat, kiedy rozmyślnie zrezygnowałem z przyznanej mi uniwersyteckiej bursy. Uciekłem z sierocińca św.


Stefana w północnym Londynie i podając się za starszego, niż byłem, zaciągnąłem się na statek wielorybniczy płynący na Antarktydę. Tam, na granicy wielkich lodów, straciłem resztki apetytu na akademickie życie. Kiedy wyczerpały się pieniądze zarobione na Północy, wstąpiłem do batalionu służby specjalnej, gdzie nauczyłem się, jak sprawić, by przemoc i zadawanie nagłej śmierci stały się sztuką. Uprawiałem tę sztukę na Malajach i w Wietnamie, nieco później w Kongo i w Biafrze, aż nagle pewnego dnia w dżungli, w dalekiej wiosce, podczas gdy płonące słomiane chaty wysyłały słupy czarnego, smolistego dymu w puste niebo, a błyszczące niebieskie chmary much obsiadały cia​ła za​bi​tych, po​czu​łem, że mam do​syć. Za​pra​gną​łem z tym skoń​czyć. Na południowym Atlantyku nauczyłem się kochać morze. Marzyłem, by znaleźć miejsce gdzieś na wy​brze​ż u, z ło​dzią i spo​ko​jem w dłu​gie ci​che wie​czo​ry. Po pierwsze potrzebowałem pieniędzy, żeby to kupić. Dużo pieniędzy. Tak dużo, że jedyną drogą do zdobycia ich nadal było uprawianie mojej sztuki. Tylko ten jeden ostatni raz, myślałem i planowałem to jak najstaranniej. Potrzebowałem pomocnika. Wybrałem człowieka, którego poznałem w Kongo. Ukradliśmy całą kolekcję złotych monet z działu numizmatycznego w British Museum na Belgrave Square. Trzy tysiące rzadkich złotych monet zmieściło się w teczce średniej wielkości. Monety rzymskich i bizantyjskich cesarzy, wczesne monety Stanów Ameryki i angielskich królów: floreny i leopardy Edwarda III, noble Henryków i andzele Edwarda IV, korony z czasów panowania Henryka VIII i pięciofuntowe monety Jerzego III i Wiktorii. Razem trzy ty​sią​ce mo​net, war​te w naj​gor​szym wy​pad​ku nie mniej niż dwa mi​lio​ny do​la​rów. I wtedy zrobiłem jako zawodowy kryminalista pierwszy błąd. Zaufałem drugiemu kryminaliście. Kiedy zatrzymaliśmy się z moim wspólnikiem w Bejrucie, w arabskim hotelu, pokłóciliśmy się, używając ostrych słów, i kiedy w końcu spytałem go, co zrobił z teczką z monetami, wyjął spod materaca berettę 38. W starciu przetrąciłem mu kark. I to był błąd. Nie miałem zamiaru zabijać tego człowieka, ale jeszcze bardziej nie chciałem, żeby to on mnie zabił. Powiesiłem na drzwiach jego pokoju wywieszkę: „Nie przeszkadzać” i złapałem najbliższy samolot. Dziesięć dni później policja znalazła beczkę z monetami w schowku na bagaże na dworcu Paddington. Informacja o tym uka​z a​ła się na pierw​szych stro​nach wszyst​kich kra​jo​wych ga​z et. Spróbowałem ponownie z wystawą szlifowanych diamentów w Amsterdamie, źle jednak zbadałem elektroniczny system alarmowy. Przeciąłem promień przeoczonej przeze mnie fo​to​ko​mór​ki. Cywilni strażnicy, wynajęci przez organizatorów wystawy, wpadli prosto na umundurowanych policjantów wbiegających głównym wejściem, podczas gdy całkowicie nieuzbrojony Harry Fletcher wy​my​kał się w noc przy akom​pa​nia​men​cie gło​śnych krzy​ków i strze​la​ni​ny. Byłem w połowie drogi na lotnisko Schipol, kiedy ogłoszono zawieszenie broni. Niestety, wcze​śniej sier​ż ant ho​len​der​skiej po​li​cji zo​stał bar​dzo po​waż​nie ran​ny w pierś. Siedziałem w pokoju w hotelu Holliday Inn niedaleko lotniska w Zurychu. Niecierpliwie obgryzałem paznokcie i piłem niezliczone ilości piwa, obserwując w telewizji dzielnego sierżanta walczącego o życie. Nie zniósłbym kolejnej ofiary na swoim sumieniu i przysiągłem sobie solennie, że je​śli po​li​cjant umrze, za​po​mnę o moim domu w słoń​cu. Jednak holenderski sierżant szybko odzyskiwał siły i czułem olbrzymią dumę z niego, gdy w końcu ogłoszono, że niebezpieczeństwo minęło. A kiedy został awansowany do stopnia podinspektora i otrzymał premię w wysokości pięciu tysięcy guldenów, przekonałem siebie, że to ja je​stem jego praw​dzi​wym oj​cem chrzest​nym i że wła​ści​wie po​wi​nien być mi do​z gon​nie wdzięcz​ny. Jednakże te dwa kolejne niepowodzenia wstrząsnęły mną. Podjąłem pracę instruktora w Outward Bound School na czas sześciu miesięcy, podczas których rozmyślałem o przyszłości. Pod


ko​niec ostat​nie​go mie​sią​ca zde​cy​do​wa​łem się spró​bo​wać po raz trze​ci. Tym razem przygotowałem się z ogromną starannością. Wyemigrowałem do Afryki Południowej, gdzie dzięki swoim kwalifikacjom mogłem objąć posadę agenta w firmie ochraniającej transport złota z południowoafrykańskiego banku w Pretorii do różnych miejsc. Przez rok pracowałem przy transporcie sztab złota wartości setek milionów dolarów i studiowałem system w każdym najdrobniejszym szczególe. Słaby punkt, jak odkryłem, znajdował się w Rzy​mie… ale zno​wu po​trze​bo​wa​łem po​mo​cy. Tym razem udałem się do profesjonalistów. Ustaliłem jednak cenę na takim poziomie, żeby bar​dziej im się opła​ca​ło wy​pła​cić mi, niż mnie za​bić. Za​bez​pie​cza​łem się sto razy przed zdra​dą. Wszystko poszło dokładnie tak, jak planowałem. Tym razem obeszło się bez ofiar. Nikt nie wyszedł z kulą czy z rozwaloną czaszką. Zabraliśmy jedynie część ładunku. Zastąpiliśmy skrzynie złota skrzyniami wypełnionymi ołowiem. Następnie dwie i pół tony złota w sztabkach prze​wieź​li​śmy cię​ż a​rów​ką przez gra​ni​cę szwaj​car​ską. Moją część wypłacili mi w Bazylei, gdzie siedzieliśmy w prywatnych pokojach bankiera, umeblowanych bezcennymi antykami. W dole płynął szybkim nurtem Ren, po którym majestatycznie sunęły łabędzie. Manny Resnick podpisał transfer stu pięćdziesięciu tysięcy funtów szter​lin​gów na mój ra​chu​nek i za​śmiał się przy tym z nut​ką chci​wo​ści. Po​wie​dział: – Wrócisz do tego, Harry. Spróbowałeś krwi i wrócisz. Na razie życzę ci miłych wakacji, a po​tem zgłoś się do mnie, kie​dy wy​my​ślisz po​dob​ny in​te​res. Mylił się. Nigdy nie wróciłem. Pojechałem do Zurychu wynajętym samochodem i poleciałem na Orly do Paryża. W męskiej toalecie zgoliłem brodę. Ze skrytki na bagaż wyjąłem teczkę, w której znajdował się paszport na nazwisko Harolda Delville’a Fletchera. Następnie PanAmem poleciałem do Syd​ney w Au​stra​lii. Tańcząca na Fali kosztowała mnie sto dwadzieścia pięć tysięcy funtów. Załadowałem beczki z paliwem i samotnie popłynąłem przez ocean do Wyspy św. Marii. Dwa tysiące mil – podróż, pod​czas któ​rej na​uczy​li​śmy ko​chać się na​wza​jem. Na św. Marii kupiłem dziesięć hektarów spokoju i własnymi rękami zbudowałem wśród palm nad bia​łą pla​ż ą cha​tę z czte​re​ma po​ko​ja​mi, sło​mia​nym da​chem i ob​szer​ną we​ran​dą. Od tamtej pory, z wyjątkiem okazji, gdy byłem zmuszony do nocnych wypraw, szedłem już do​brą dro​gą. Było już późno, kiedy otrząsnąłem się ze wspomnień. Przypływ zabrał dużą część plaży ską​pa​nej w świe​tle księ​ż y​ca. Po​sze​dłem do cha​ty i usną​łem jak nie​win​ne dziec​ko.

Następ​ne​go ran​ka przy​by​li punk​tu​al​nie. Char​ly Ma​ter​son ści​śle prze​strze​gał po​rząd​ku. Wysiedli z taksówki na przystani. Tań​czą​ca stała przycumowana za dziób i rufę do nabrzeża, a oba sil​ni​ki mru​cza​ły słod​ko. Obserwowałem idących, koncentrując się na trzecim członku grupy. Wyglądał inaczej, niż się spodziewałem: wysoki i smukły, z szeroką, przyjacielską twarzą i ciemnymi miękkimi włosami. W odróżnieniu od tamtych twarz i ramiona miał mocno opalone, a zęby duże i bardzo białe. Nosił dżinsowe szorty i białą koszulkę. Po jego szerokich barach i mocnych ramionach pływaka do​my​śli​łem się od razu, któ​ry z nich ma uży​wać sprzę​tu do nur​ko​wa​nia. Na ramieniu niósł duży zielony worek żeglarski z drelichu. Niósł go bez wysiłku, chociaż worek robił wrażenie ciężkiego. Gadał wesoło do swoich kompanów, którzy odpowiadali mu


mo​no​sy​la​ba​mi. Szli po obu jego stro​nach jak para straż​ni​ków. Kiedy podeszli bliżej, spojrzał na mnie. Zobaczyłem, że jest młody i pełen wigoru. Emanowało z niego jakieś podniecenie i oczekiwanie. Przypomniałem sobie wyraźnie siebie sprzed dziesięciu lat. – Cześć. – Uśmiechnął się do mnie otwarcie i przyjacielsko. Stwierdziłem, że jest szczególnie przy​stoj​nym mło​dzień​cem. – Wi​taj – od​po​wie​dzia​łem, czu​jąc do nie​go sym​pa​tię od pierw​sze​go wej​rze​nia. Zaintrygowało mnie, w jaki sposób znalazł się wśród tych wilków. Odcumowali pod moim kie​run​kiem. Z tego ma​łe​go ćwi​cze​nia zo​rien​to​wa​łem się, że tyl​ko on umiał ob​cho​dzić się z ło​dzią. Kiedy minęliśmy przystań, przyszedł z Matersonem na mostek. Wystarczył tak niewielki wy​si​łek, a Ma​ter​son po​czer​wie​niał lek​ko i od​dy​chał nie​rów​no. Przed​sta​wił nowo przy​by​łe​go. – To jest Jim​my – rzekł do mnie, gdy od​z y​skał od​dech. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Jego uścisk był mocny i pewny, a spojrzenie zielonych oczu uczciwe. Do​sze​dłem do wnio​sku, że ma nie​wie​le po​nad dwa​dzie​ścia lat. – Świetna łódź, kapitanie – zwrócił się do mnie. Było to tak, jakby powiedzieć matce, że jej dziec​ko jest pięk​ne. – Nie jest złą dziew​czy​ną. – Ile ma? Dwa​na​ście, czter​na​ście me​trów? – Czter​na​ście – od​po​wie​dzia​łem, czu​jąc, że lu​bię go jesz​cze bar​dziej. – Jimmy poda panu kierunek – powiedział Materson do mnie. – Ma pan wykonywać jego roz​ka​z y. – Do​brze – od​rze​kłem, a Jim​my za​czer​wie​nił się nie​co pod opa​le​ni​z ną. – Nie roz​ka​z y, pa​nie Flet​cher, ja po pro​stu po​wiem panu, do​kąd chce​my pły​nąć. – W po​rząd​ku, pod​rzu​cę was tam. – Kie​dy tyl​ko wyj​dzie​my za wy​spę, skie​ru​je się pan na za​chód. – I jak dłu​go masz za​miar pły​nąć w tym kie​run​ku? – za​py​ta​łem. – Chce​my po​pły​nąć wzdłuż wy​brze​ż y Afry​ki – prze​rwał Ma​ter​son. – No, ładnie – powiedziałem. – Czy nikt wam nie powiedział, że tam nie witają obcych z ra​do​ścią? – Bę​dzie​my się trzy​mać z da​le​ka od brze​gu. Wahałem się przez chwilę, czy nie zawrócić do Przystani Admiralicji i nie wysadzić całego to​wa​rzy​stwa na brzeg. – Gdzie chce​cie pły​nąć? Na pół​noc czy na po​łu​dnie od uj​ścia rze​ki? – Na pół​noc – rzekł Jim​my, a to zmie​nia​ło po​stać rze​czy. Obszary na południe od rzeki są patrolowane z helikopterów, jako że władze są bardzo uczu​lo​ne w spra​wach swo​ich wód te​ry​to​rial​nych. Nie chciał​bym się tam za​pusz​czać w cią​gu dnia. Na północy brzegi kontrolowane są słabiej. W Zinballa mieli tylko jedną łódź patrolową. Kiedy jednak jej silniki były na chodzie, co zdarzało się tylko parę dni w tygodniu, wtedy załoga najczęściej spijała się do nieprzytomności piekielną palmową wódką, pędzoną na całym wybrzeżu. A kiedy załoga i silniki równocześnie działały sprawnie, mogli wyciągnąć tylko piętnaście węzłów. Tań​czą​ca ro​bi​ła dwa​dzie​ścia dwa na każ​de żą​da​nie. Moim głównym atutem było to, że mogłem poprowadzić Tań​czą​cą poprzez labirynt przy​brzeż​nych raf i wy​se​pek na​wet pod​czas nocy i wy​ją​ce​go mon​su​nu. Wiedziałem z doświadczenia, że kapitan łodzi patrolowej starannie unikał tego typu eskapad. Nawet w jasny słoneczny dzień i w czasie flauty wolał spokój i ciszę zatoki Zinballa. Słyszałem, że


cierpi okrutnie z powodu choroby morskiej, a obecne stanowisko objął tylko ze względu na dużą odległość od stolicy. Swego czasu bowiem, jako minister w rządzie, miał pewne nieprzyjemności zwią​z a​ne ze znik​nię​ciem znacz​nych sum z fun​du​szu po​mo​cy za​gra​nicz​nej. Z mo​je​go punk​tu wi​dze​nia świet​nie nada​wał się na ka​pi​ta​na ło​dzi pa​tro​lo​wej. – Do​sko​na​le – zgo​dzi​łem się, zwra​ca​jąc się do Ma​ter​so​na. – Ale obawiam się, że to, czego pan żąda, będzie pana kosztować następnych dwieście pięć​dzie​siąt do​la​rów dzien​nie. Do​da​tek za ry​z y​ko – do​da​łem. – Spo​dzie​wa​łem się tego – po​wie​dział mięk​ko. Zro​bi​łem zwrot i prze​szli​śmy bli​sko la​tar​ni na Oy​ster Po​int. Był jasny ranek z czystym niebem, na którym nieruchome chmury wskazywały pozycję poszczególnych grup wysepek. Przybierały one formę olbrzymich, miękkich, olśniewająco białych ko​lumn. Kontynent afrykański zatrzymywał stały napór pasatów wiejących przez ocean. Rozbijały się o niego jak o zaporę. Tutaj w kanale, blisko brzegów, napotykaliśmy odbity wiatr i jedynie przypadkowe szkwały i podmuchy barwiły na ciemno jasnozieloną toń wody, malując jej po​wierzch​nię w bia​łe cęt​ki. Tań​czą​ca lu​bi​ła śli​z gać się po grzbie​tach drob​nych fal. – Szukacie czegoś konkretnego… czy tak sobie? – zapytałem od niechcenia. Jimmy odwrócił się, żeby mi od​po​wie​dzieć. Oczy za​lśni​ły mu z pod​nie​ce​nia, kie​dy otwo​rzył usta. – Tyl​ko tak – rzu​cił po​spiesz​nie Ma​ter​son z ostrze​gaw​czą nutą w gło​sie i Jim​my za​mknął usta. – Znam te wody, znam każdą wysepkę, każdą rafę. Mógłbym wam zaoszczędzić dużo czasu… i tro​chę for​sy. – To bardzo miło z pana strony – podziękował ironicznie Materson. – Wydaje mi się jednak, że damy so​bie radę. – Pan płaci. – Wzruszyłem ramionami, a Materson spojrzał na Jimmy’ego, skinął głową, aby ten podążył za nim, i poprowadził go do kokpitu. Stali razem przy relingu na rufie i przez dwie minuty Materson mówił do niego cicho, ale z naciskiem. Zobaczyłem, że Jimmy się zaczerwienił. Wyraz jego twarzy zmieniał się od konsternacji do chłopięcego nadąsania. Domyśliłem się, że właśnie otrzy​mał wy​kład na te​mat bez​pie​czeń​stwa i za​cho​wa​nia ta​jem​ni​cy. Kiedy wrócił na mostek, kipiał ze złości. Po raz pierwszy zauważyłem twardy zarys jego szczę​ki. Do​sze​dłem do wnio​sku, że nie jest tyl​ko ład​nym chłop​cem. Niewątpliwie na rozkaz Matersona byczek Guthrie wyszedł z kabiny i tak odwrócił duży fotel z pedałami, służący do połowu ryb, aby mostek mieć przed sobą. Rozwalił się w nim. Nawet w tej pozie wyczuwało się przyczajoną brutalność jak u odpoczywającego lamparta. Pilnował nas. Jedną nogę za​ło​ż ył na opar​cie fo​te​la, a lnia​ny ża​kiet z ob​cią​ż o​ną kie​sze​nią po​ło​ż ył so​bie na ko​la​nach. – Szczęśliwy statek – zachichotałem i poprowadziłem Tań​czą​cą między wysepkami, szukając dobrego przejścia w czystych zielonych wodach, gdzie rafy, podobne do wrogich potworów, rysowały się ciemnym kolorem pod powierzchnią. Wyspy lamowane koralowym piaskiem, oślepiająco białym jak śnieżne zaspy, pokryte były ciemną, gęstą roślinnością, nad którą wyrastały wdzięcz​ne pnie palm. Ich czub​ki chwia​ły się pod de​li​kat​ny​mi po​dmu​cha​mi wia​tru. To był długi dzień, kiedy tak pływaliśmy na chybił trafił. Starałem się pochwycić jakiś trop wyjaśniający cel wyprawy. Jednakże Jimmy, ciągle pamiętający reprymendę Matersona, stał się małomówny i ponury. Od czasu do czasu pokazywałem mu naszą pozycję na dokładnej wojskowej ma​pie, któ​rą wy​jął ze swo​je​go wor​ka. Chło​pak pro​sił wte​dy o zmia​nę kur​su. Chociaż na mapie nie znalazłem żadnych dodatkowych oznakowań, kiedy dokładnie się jej przyjrzałem, pojąłem, że interesuje nas obszar leżący piętnaście do trzydziestu mil morskich na


północ od delty rzeki Rovuma i do szesnastu mil od brzegu. Obszar ten zawierał około trzystu wysepek, których wielkość waha się od kilkudziesięciu akrów do wielu kilometrów kwadratowych – wiel​ki stóg sia​na, w któ​rym trze​ba od​szu​kać igłę. Dość zadowolony siedziałem wysoko na mostku Tańczącej i płynąłem spokojnie. Radowałem się, czu​jąc moje ko​cha​nie pod sobą i ob​ser​wu​jąc ży​cie mor​skich zwie​rząt i pta​ków. Przez cienką osłonę rzadkich włosów na głowie Mike’a Guthriego, który siedział w fotelu, za​czę​ły prze​świe​cać neo​no​wo czer​wo​ne pla​my. „Ugotuj się, łobuzie” – pomyślałem wesoło i postanowiłem nie ostrzegać go przed tropikalnym słońcem aż do powrotu do domu o zmierzchu. Następnego dnia wyglądał strasznie z białą maścią na czerwonej łysinie. Tym razem osłonił głowę płóciennym kapeluszem z szerokim rondem. Twarz błysz​cza​ła jak czer​wo​na la​tar​nia po​z y​cyj​na na stat​ku oce​anicz​nym. W południe następnego dnia miałem już dosyć. Jimmy był marnym towarzyszem, jakkolwiek odzyskał trochę swego dobrego humoru. Stał się tak ostrożny, że zastanawiał się przez trzydzieści sekund, zanim zaakceptował propozycję wypicia kawy. Kiedy za burtą zauważyłem stadko wielkich ryb atakujących dużą ławicę sardynek, bardziej z chęci zrobienia czegokolwiek niż z chę​ci zje​dze​nia ryby na obiad od​da​łem ster Jim​my’emu. – Trzymaj dokładnie ten kurs – poleciłem mu i skoczyłem do kokpitu. Guthrie ze spuchniętą czerwoną twarzą obserwował mnie podejrzliwie. Zajrzałem do kabiny. Materson otworzył właśnie bar i mieszał sobie dżin z tonikiem. Za siedemset pięćdziesiąt dziennie nie mogłem mu tego od​mó​wić. Od dwóch dni nie wy​chy​lił nosa z ka​bi​ny. Z małej skrytki na sprzęt wybrałem parę pierzastych przynęt i wyrzuciłem je za burtę. Przecięliśmy szlak ławicy i wtedy wyciągnąłem rybę. Rzucała się, błyskając złotem w promieniach słoń​ca. Zwinąłem i schowałem żyłki, następnie przeciągnąłem ciężki nóż do przynęty na osełce i rozciąłem brzuch ryby od odbytu do skrzeli. Pełną garść zakrwawionych wnętrzności wyrzuciłem za bur​tę. Natychmiast dwie mewy, które fruwały, kręcąc się nad nimi w powietrzu, zaskrzeczały żarłocznie i zanurkowały po resztki. Ich podniecenie udzieliło się innym i po chwili cała chmara trze​po​ta​ła i wrzesz​cza​ła za rufą ło​dzi. Harmider, jaki robiły, nie był jednak tak wielki, żeby zagłuszyć metaliczny szczęk tuż za mną. Niewątpliwy odgłos repetowanego pistoletu. Zareagowałem instynktownie. Nie myśląc, zmieniłem chwyt noża, żeby móc nim rzucić. Jednym ruchem odwróciłem się, padając na pokład. Jed​no​cze​śnie za​mach​ną​łem się no​ż em, gdy cel zna​lazł się przede mną. Mike Guthrie trzymał w prawej ręce wielki pistolet. Marynarska broń starego typu, kaliber czterdzieści pięć, zdolna wybić tak wielką dziurę w piersi, że możesz przez nią przejechać lon​dyń​ską tak​sów​ką. Dwie rzeczy uratowały Guthriego przed przygwożdżeniem długim ciężkim nożem do oparcia fotela. Pierwsza to to, że czterdziestka piątka nie była wymierzona we mnie, a druga to komiczne zdu​mie​nie, ma​lu​ją​ce się na czer​wo​nej twa​rzy męż​czy​z ny. Całą siłą woli powstrzymałem się przed rzutem. Patrzyliśmy na siebie. Zdawał sobie sprawę, jak mało brakowało, i uśmiech, do którego zmusił swoje spuchnięte, spalone słońcem wargi był drżący i nie​prze​ko​ny​wa​ją​cy. Wy​pro​sto​wa​łem się i wbi​łem nóż w blat do sie​ka​nia przy​nę​ty. – Je​śli chcesz jesz​cze po​ż yć – po​wie​dzia​łem ci​cho – nie baw się tym za mo​imi ple​ca​mi. Zaśmiał się, znów zawadiacki i twardy. Odwrócił fotel i wymierzył daleko za rufę. Wystrzelił dwa razy. Strzały zagrzmiały głośno, wybijając się ponad dźwięk silników Tań​czą​cej, i zapach prochu


uniósł się w po​wie​trzu. Dwie mewy zostały rozerwane na skrwawione i pierzaste strzępy, a reszta stada uciekła z wrza​skiem. Sposób, w jaki Guthrie zestrzelił ptaki, wskazywał, że naładował broń pociskami roz​ry​wa​ją​cy​mi; broń okrut​niej​sza niż du​bel​tów​ka ze skró​co​ną lufą. Guthrie odwrócił fotel w moją stronę i dmuchnął w wylot lufy podobnie jak John Wayne. Oddał po​pi​so​wy strzał z tej wie​lo​ka​li​bro​wej bro​ni. – Twardy zawodnik – pochwaliłem go i odwróciłem się do drabinki prowadzącej na mostek. Ma​ter​son stał w drzwiach ka​bi​ny z dżi​nem w ręku. Kie​dy go mi​ja​łem, ode​z wał się ci​cho: – Teraz wiem, kim jesteś – powiedział tym swoim miękkim i mruczącym głosem. – To nas mę​czy​ło. Wy​da​wa​ło nam się, że cię zna​my. Spoj​rza​łem na nie​go. Za​wo​łał do Gu​th​rie​go: – Wiesz już teraz, kto to jest, prawda? – Guthrie skinął głową. Chyba jeszcze nie ufał swemu gło​so​wi. – On miał wte​dy bro​dę, po​myśl… fo​to​gra​fia z au​to​ma​tu. – Jezu! – krzyk​nął Gu​th​rie. – Har​ry Bru​ce! Doznałem małego wstrząsu; po tylu latach usłyszeć znowu głośno wypowiedziane własne na​z wi​sko. Mia​łem na​dzie​ję, że zo​sta​ło za​po​mnia​ne na za​wsze. – Rzym – po​wie​dział Ma​ter​son. – Zło​ty skarb. – On to zmontował. – Guthrie strzelił palcami. – Byłem pewien, że go znam. To ta broda mnie zmy​li​ła. – Myślę, panowie, że pomyliliście adres – powiedziałem, siląc się rozpaczliwie na chłodny ton, ale nerwowo próbowałem ocenić nową sytuację. Widzieli moją fotografię… Gdzie? Kiedy? Czy byli stró​ż a​mi pra​wa, czy ludź​mi z tej dru​giej stro​ny? Po​trze​bo​wa​łem cza​su, żeby to prze​my​śleć. Wspią​łem się na mo​stek. – Przepraszam – mruknął Jimmy, kiedy odebrałem od niego ster. – Powinienem panu po​wie​dzieć, że on ma broń. – Aha – przyznałem – to mogłoby pomóc. – Mój mózg pracował na pełnych obrotach, ale pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, prowadziła na złą drogę. Muszą zniknąć. Zniszczyli moją ciężko wypracowaną zasłonę, wyniuchali wszystko. Pozostawał tylko jeden niezawodny spo​sób. Zer​k​ną​łem do kok​pi​tu, ale za​rów​no Ma​ter​son, jak i Gu​th​rie po​szli na dół. Wypadek. Obaj za jednym zamachem. Na pokładzie małej łodzi jest wiele możliwości, aby no​wi​cjusz zro​bił so​bie krzyw​dę. Mu​szą znik​nąć. Spoj​rza​łem na Jim​my’ego, a on się do mnie uśmiech​nął. – Szybki pan jest – rzekł. – Mike prawie się posikał. Myślał, że ma pan zamiar przewiercić mu fla​ki tym no​ż em. Chłopak także? – zapytywałem siebie. Jeśli załatwiłbym tych dwóch, on także musiałby zginąć. Nagle ogarnęły mnie te same mdłości, które poznałem po raz pierwszy dawno temu w biafrańskiej wio​sce. – Czy pan się źle czu​je? – za​py​tał Jim​my na​gle. Bez tru​du wy​czy​tał to z mo​jej twa​rzy. – W po​rząd​ku, Jim – po​wie​dzia​łem. – Czy nie przy​niósł​byś pusz​ki piwa? Kiedy był na dole, powziąłem decyzję. Mógłbym to załatwić. Wiedziałem, że nie chcą rozgłaszać swoich spraw na cały świat. Mógłbym zahandlować… sekret za sekret. Prawdopodobnie na dole, w ka​bi​nie, oni tak​ż e do​cho​dzi​li do tego sa​me​go wnio​sku. Zablokowałem ster i przeszedłem cicho do narożnika mostka, starając się, żeby moje kroki nie


były sły​sza​ne na dole. Wylot wentylatora znajdował się w salonie tuż nad stołem. Odkryłem kiedyś, że kanał wen​ty​la​cyj​ny może słu​ż yć świet​nie jako tuba, przez któ​rą głos do​cho​dzi na mo​stek. Jednakże dobra słyszalność zależy od wielu czynników; najważniejsze to kierunek i siła wiatru oraz do​kład​na po​z y​cja mó​wią​ce​go w ka​bi​nie na dole. Wiatr wiał prosto w otwór wentylatora i zagłuszał fragmenty rozmowy. Jednakże Jimmy musiał stać bez​po​śred​nio pod nim, bo gdy nie prze​szka​dzał huk wia​tru, głos chło​pa​ka sły​sza​łem wy​raź​nie. – Dla​cze​go te​raz go nie za​py​tasz? – Od​po​wie​dzi nie usły​sza​łem. Wiatr znów się ze​rwał, a kie​dy ucichł, Jim​my mó​wił zno​wu:


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym E-ksiazka24.pl.

Oko tygrysa ebook  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you