Page 1

MICHA¸ OLSZEWSKI

MICHA¸

OLSZEWSKI (ur. 1977 w E∏ku) – dziennikarz, prozaik. Dawniej redaktor krakowskiego oddzia∏u „Gazety Wyborczej”, obecnie pracuje w „Tygodniku Powszechnym”. Za reporta˝ Przez dotyk otrzyma∏ g∏ównà nagrod´ w konkursie „Oczy otwarte”, w 2009 roku nominowany do Nagrody im. A. Woyciechowskiego i Grand Press w kategorii publicystyka. Zadebiutowa∏ zbiorem opowiadaƒ Do Amsterdamu (2003), nast´pnie wyda∏ tom prozy Chwalcie ∏àki umajone (2005) i powieÊç Low-tech (2009). Mieszka w Krakowie. michalolszewski.blog.onet.pl


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Cyfrowa Księgarnia.


MICHA存 OLSZEWSKI


Arkadij Babczenko Dziesi´ç kawa∏ków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii Max Cegielski Pijani Bogiem Oko Êwiata. Od Konstantynopola do Stambu∏u Barbara Ehrenreich Za grosze. Pracowaç i (nie) prze˝yç Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal Miasto – morderca kobiet Peter Godwin Gdzie krokodyl zjada s∏oƒce David Grann Zaginione miasto Z Tony Horwitz B∏´kitne przestrzenie. Âladami kapitana Cooka Wojciech Jagielski Dobre miejsce do umierania, Modlitwa o deszcz Nocni w´drowcy, Wie˝e z kamienia Tobias Jones Sny o Utopii. Podró˝e w poszukiwaniu dobrego ˝ycia Marek K´skrawiec Czwarty po˝ar Teheranu Krystyna Kurczab-Redlich G∏owà o mur Kremla

Murat Kurnaz Guantanamo. Pi´ç lat z mojego ˝ycia Sven Lindqvist Wyt´piç ca∏e to byd∏o Terra nullius. Podró˝ przez ziemi´ niczyjà Juliette Morillot, Dorian Malovic Uchodêcy z Korei Pó∏nocnej Cees Nooteboom Drogi do Santiago Walerij Paniuszkin, Michai∏ Zygar Gazprom. Rosyjska broƒ Konrad Piska∏a Sudan. Czas bezdechu Åsne Seierstad Ksi´garz z Kabulu, Dzieci Groznego Kamila S∏awiƒska Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny Tiziano Terzani W Azji Fabienne Verdier Pasa˝erka ciszy Xue Xinran Dobre kobiety z Chin


MICHA存 OLSZEWSKI


Copyright Š by Wydawnictwo W.A.B., 2010 Wydanie I Warszawa 2010


Krzy› 2007


Jastrz÷bia Góra Rozewie Cetniewo Wğadysğawowo Chağupy Puck Gdynia Gdaġsk

Ğeba Mielno Sarbinowo Gãski Koğobrzeg

Ustka

Koszalin Nowe Warpno

K÷trzyn

E7

Tczew

Dargosğaw Barczewo Iğawa

Szczecin Bydgoszcz

Moġki Sokóğka Borsukówka Dobrzyniewo Duőe Biağystok

Solec Kujawski Pruszków

Toruġ

Rembertów

Wğocğawek

Poznaġ

Ğochów

Tğuszcz Warszawa Janki

Kutno Zielona Góra Kalisz

Sochaczew Ğowicz Skierniewice

Ğódŏ A4

Woğów Wrocğaw

Zgorzelec

Kluczbork

Bielsk Podlaski Mağkinia Górna Siemiatycze Ostrom÷czyn-Kolonia

Radzyġ Podlaski

Koluszki Idzikowice Opoczno Psary Krzczonów

Biağobrzegi Kozğów Radom

Kock Lublin

Skarőysko-Kamienna

Wağbrzych Jezioro Otmuchowskie

Opole

Kielce

J÷drzejów

Góra IJw. Anny Racibórz

Sandomierz Gorzyce Osiek Tarnobrzeg Poğaniec Szynwağd Dãbrowa Tarnowska Tarnów Stróőe

Rzeszów Biecz Jasğo Iwonicz-Zdrój Zagórz

Szczawnica Ryglice Zakopane

Przemyijl


Wiőajny Őytkiejmy

Kiekskiejmy Rutka-Tartak Skajzgiry

Staġczyki Przeroijl Supienie

Filipów

Suwağki Olecko Lipiġskie Eğk Augustów

Biağa Piska

Pyrzowice Bytom Chorzów

Sğaboszów Olkusz

Katowice

Niedŏwiedŏ

Mikoğów Jaworzno Trzebinia Rudy

Zgoġ

L÷dziny Chrzanów Cheğmek

Rybnik

Libiãő Oijwi÷cim

1 2 Alwernia

Dulowa Krzeszowice Rudno

Pğaza

Kraków 3 4

Cholerzyn Liszki

Zebrzydowice

Przeciszów Miejsce Jawiszowice Brzeszcze CzechowiceOkleijna -Dziedzice Brodğa Kozy Andrychów Przeginia Duchowna Bielsko-Biağa Skoczów

Wieliczka

Myijlenice

Őywiec 1 Bol÷cin 2 Regulice

3 Por÷ba-Őegoty 4 Zalas

Niepoğomice


jazda polska

Dalej. S• z pewnoyci• gorsze zajÆcia. Zarabiam na rozmowach z lud|mi, odwiedzam najpiÆkniejsze Nigdzie-kraje, a one z wdziÆcznoyci zwracaj• mi za podró›, przy pomyylnych wiatrach funduj•c nawet posiek, niespodziewane przygody oraz noclegi. Niedawno na przykad spaem w pokojach goycinnych przy wielkiej sali gimnastycznej, zielone yciany ktoy ozdobi pomysowo reprodukcj• obrazu Kossaka, kaloryfer ›eberkowy ci•gn• siÆ od jednej yciany do drugiej. Poyciel wygl•daa na brudn•, ale wcale taka nie bya. Pod nogami linoleum, zadawniony tuszcz na ycianie. Ogólnie czysto, a mimo to podle. Podle, a jednak nie|le, chocia› nie oferowali nawet czajnika elektrycznego, a w pokoju i na korytarzach czuo siÆ odwieczny zapach sali gimnastycznej, zapach potu i tenisówek przenika yciany, na takim zapachu mo›na pogalopowa jak na rydwanie w czas przeszy, ale nie miaem na to ochoty. Za drzwiami chopaki i dziewczyny przechodzili z szatni na trening i z powrotem, pika do koszykówki klaskaa lepko o podogÆ. Bez trudu mogem sobie wyobrazi ich niewymiarowe obuwie, suszny wzrost, brak proporcji oraz tr•dzik. Zima koÍczya siÆ powoli, wiÆc miaem ci•gle ochotÆ na herbatÆ, a nie oferowali w cenie choÂby jednej saszetki zmielonych odyg. Tak siÆ zdarza i nie ma o co robi afery. Za to by telewizor, najlepszy lek na wieczór, a nad telewizorem zwisaa sztuczna roylinnoyÂ. Sztuczne kwiecie plenio siÆ te› bujnie na korytarzu, co ozna-

9


10

czao, ›e nie zbaczam z wayciwego kursu i zmierzam nadal w kierunku sedna tutejszej tajemnicy, nie do koÍca przekonany, czy jakiekolwiek sedno istnieje. Mam pewne podejrzenia, ale wolÆ ich póki co nie zdradzaÂ. W ka›dym razie spaem tam, Woów miejscowoy siÆ nazywa, zapamiÆta koniecznie, prapiastowska macierz, resztki murów obronnych, paskudny krymina, ta sala gimnastyczna, OSiR, czyli Oyrodek Sportu i Rekreacji, naprawdÆ prze›ywaem kolejne przygody – firanki z bistoru, podwieszany sufit nad recepcj•, chiÍsk• poyciel, zielon• lamperiÆ – i nie byo najgorzej. Tylko trochÆ chodno. Bowiem nadal je›d›Æ i kolekcjonujÆ, zbieram okruchy ywiata, nie próbuj•c na siÆ skleja ich w caoyÂ. Wrzucam do poszczególnych szuflad swoje skarby, a potem wyci•gam, ni›Æ na sznurki, mantry z tego powstaj• chaotyczne albo ró›aÍce, litanie klepane z mioyci• i odraz• jednoczeynie. Jest ju› tego sporo. ChoÂby „b” jak burmistrz. Rozkadam siÆ przecie› wcale czÆsto biwakiem w pomieszczeniach urzÆdników samorz•dowych ni›szego szczebla, tam, gdzie wybaczaj• ubocone buty, wymiÆte spodnie, tam, gdzie zielonkawe verticale na plastikowych sznureczkach, gdzie czÆstuj• herbat• albo kaw• w szklankach, gdzie tanie meble, pami•tkowe dyplomy, godo, a na szafach proporczyki z zaprzyja|nionych miast, z innego Nigdzie. Oni opowiadaj• o swoim strachu przed powodzi•, w powietrzu fruwaj• dane z opieki spoecznej, próbuj• by wzorowymi urzÆdnikami, kad• asfalt oraz kupuj• kredÆ, a jednak ci•gle wychodzi z nich zwyky czowiek, który dr›y przed klÆsk• ›ywioow•, siorbie, kocha w nienowoczesny sposób swój powiat i |le siÆ czuje, wyje›d›aj•c do stolicy województwa. Jest w tej mioyci do kawaka ziemi coy imponuj•cego. S• wiÆc ludzie, z których reisefieber nie wyciska ostatnich potów. S• tacy, co im siÆ nie spieszy gdzie indziej. Coraz rzadsza umiejÆtnoyÂ. Albo szuflada z przygodami kulinarnymi. Trzeba coy jey po drodze. Niektórzy zabieraj• ze sob• kanapki przygotowa-


ne w domu i to jest najwiÆkszy b•d, unikanie popasów w tych wszystkich przera›aj•co wesoych miejscach, gdzie na stoach l•duj• potrawy z mikrofali, ozdobione szemran• galanteri• gastronomiczn•, w barach, gdzie muzyka gra zbyt goyno, szumi telewizor, a prezenter drze z udawan• szczeroyci• mordÆ: Sk•d dzwonisz? Z Jasa, Jaworzna, Jastarni, Jelonek, Jeleniej, Jeleniewa? Niemo›liwe, miaem tam kiedyy dziewczynÆ czy chopaka, ty, nie pamiÆtam. Wygraay, wygraey w ka›dym b•d| razie, dwudniowe wczasy w Egipcie, ja pierdolÆ, wygraey nagrodÆ, dywan i komodÆ, powiedz nam teraz, jak siÆ cieszysz. Drze mordÆ, a tu pozór elegancji, sztuczny kwiat, ponie sztuczna belka w faszywym kominku, do potrawy plasterek pomaraÍczy, wciÆty fantazyjnie w plasterek ogórka, z plastiku ›urawina, tanie meble made in China, pon• butelki z alkoholami oywietlone ywiatem halogenów. Jeyli jesz domowe, albo w dobrych lokalach, oszczÆdzasz ›o•dek, ale intymn• bliskoy z otoczeniem osi•gn•Â wtedy znacznie trudniej. Albo „d” jak droga. Patrz: ymierÂ. Na drogach ymier zagl•da w oczy, regularnie, ma nieze auto i strasznie jej siÆ spieszy, bo kredyt, bo raty, bo dziecko odebra ze szkoy, towar siÆ psuje, szef wkurwiony, robotnicy oszukali, ona odchodzi, on wraca. Potem stra›ak z miot• sprz•ta szko w ciemnoyci, niebieski kogut ywieci mu po kasku, znowu siÆ udao, znowu nie ja, nie my. Sposób na ›ycie. Poci•g do cudzych domostw, podego ›arcia, podgl•danie ywiata, jaki toczy siÆ w jadodajniach, biurach, na parkingach i drogach. ZmÆczenie podró›ne. NiezrÆczne sowa w biurach, udawany luz w zakadzie fryzjerskim Presti› w Ryglicach, gdzie zagl•dam, ›eby wypyta o coy dla mnie istotnego. Tysi•ce zdumieÍ, choÂby pod DÆbic•, tam, gdzie kusi reklama masarni Mira›, a zaraz po niej zaprasza podobno najwiÆksza w kraju hurtownia odzie›y Giewont. Swoj• drog•, czemu Giewont, do cholery, a nie Rysy, czemu Giewont w ogóle zamiast ‹or›eta czy jakoy tak? Niezmierzo-

11


na jest pomysowoy moich rodaków. Nie ma jak zasn•Â, nuda nie zagra›a, zmysy wystawiane s• na próbÆ na ka›dym kroku. Co tu jest naprawdÆ, a co na niby, jak znale| drogÆ wyród mira›y? Jak siÆ zorientowaÂ? Zapach sztucznej roylinnoyci mnie prowadzi. Bary i miejscowoyci przekazuj• jedne drugim. Plastikowy bluszcz, a na deser ›urek domowej roboty z torebki. Co krok przygoda.

Woów 2008


półsny

Podobno przychodzi do nas ta umiejÆtnoy w trakcie niebezpiecznych podró›y. Ale nie w yrodku d›ungli Borneo czy po walce z rozwycieczonym gorylem. Mowa o wyjazdach znacznie trudniejszych, zwykych jak buki poranne z polepszaczem smaku. O tym, co napiera na robotników drukarni w autobusie nr 125 z krakowskich Rybitw, o tym, co czyha w nocnym osobowym do Trzebini, w przedzieraj•cym siÆ przez grudzieÍ busie relacji Kraków–Bochnia albo podczas oczekiwania zimowym przedywitem na pierwszy autobus z BÆdzina do Sosnowca. Uczymy siÆ wówczas snu. Przychodzi, kiedy chce, spada na gowy jak torba foliowa. Otula i dusi. Zamykaj• siÆ oczy, organizm otrzymuje kilka minut wytchnienia. Zasypia na stoj•co ›onierz w korytarzu poci•gu, dolna szczÆka powoli siÆ odchyla, ukazuj•c zÆby, gowa leci w bok. Organizm odpoczywa, a jednoczeynie tkwi w stanie czuwania. W busie do Bochni milkn• rozmowy, deszcz ze yniegiem uderza w szybÆ z jednej strony, z drugiej gowy odskakuj• jak piki. Przysypiaj• na piÆ minut kolejarze w drodze do Trzebini. W autobusie nr 125 chopy w skórzanych kurtkach ypi• z otwartymi ustami. Podsypiaj• dziewczyny w fioletowych poÍczochach, w drodze z dyskoteki do domu. Czasem z k•cika ust pynie nam nieestetyczna ylina, czasem czowiek zasypia na dziÆcioa, a czasem na karpia. Dziwny stan, dwuznaczny anio nad gowami. Sen, który wybiera uprzywilejowanych podró›ników, tych, co kad• siÆ

13


caymi latami odrobinÆ za pó|no i wstaj• nieco za wczeynie, tych, co przekadaj• z miesi•ca na miesi•c odpoczynek, bo fucha, bo zmiana, bo trzeba pojechaÂ, pogadaÂ, bo s• sprawy do zrobienia na wczoraj. Niezdrowe zamroczenie, piÆ minut wolnoyci od ywiata, wycieczka skrajem prawdziwego wypoczynku, rozpaczliwa próba zregenerowania si. Mówi•, ›e mo›na spa w marszu, ›e s• kierowcy tirów, którzy zasypiaj• za kierownic•, a mimo to jad• prosto, nie do koÍca oderwani od rzeczywistoyci. Wpadamy w zawieszenie, nigdzie nie bÆd•c do koÍca – z jednej strony coy niby majaczy, jakiy sen, nowe obrazy, a z drugiej obowi•zki przytrzymuj• za fraki. Prawdziwy sen kusi i wsysa coraz mocniej, ale nie mo›na zasn•Â zbyt gÆboko, ›eby nie obudzi siÆ z pustymi kieszeniami. Twarze bledn• i yciga nas stan podgor•czkowy. Ten taniec podró›ników powszednich ma w sobie coy z gÆbokiej choroby, wyniszcza i szarpie. Kapie ylina, chód wylizguje siÆ pod kurtkÆ albo alkoholowy pot pynie po karku. Nagle powrót. Auto podskakuje na wiÆkszym wyboju albo poci•g hamuje z piskiem, niebieski bysk iskry z pantografu kalecz•cego trakcjÆ wbija siÆ pod powieki. Wychodzimy z tej awantury z obolaymi gowami i poczuciem trudnej do sprecyzowania utraty. Odeszo coy naprawdÆ wa›nego, coy, co zaledwie przemknƏo bokiem. Rozmyo siÆ. Im bardziej wytƛasz pamiÆÂ, tym szybciej zmyka.


Krak贸w 2009


Flamingo

16

Nie pamiÆtam, kiedy wyroso przy drodze do Alwerni to zjawisko. Ale zadurzyem siÆ w nim od razu. ChoÂby pena tÆsknoty nazwa – Flamingo. To temat na dug• rozprawÆ, dlaczego po wioskach i miastach tyle egzotycznych nazw zaprasza spragnionych wÆdrowców. Flamingo, tak, ciepe kraje na wyci•gniÆcie rÆki, filmy przyrodnicze z przyrod• w penym soÍcu, kraje bez eternitu, gnojówki, traktorów, tylko ptaki nad pytkimi zatokami, ›adnych zmartwieÍ na ekranie telewizora nie widaÂ, ›adna susza nie grozi ani ›aden grad nie wytucze zasiewów rzepaku. Flamingo niedaleko Alwerni, jej zakadów chemicznych, góry toksycznych odpadów i problemów z bezrobociem. Flamingo skada siÆ z plastikowych okien oraz blachodachówki. Wewn•trz parkiet na kilkadziesi•t osób, a nad parkietem baloniki, wst•›ki i ruchome kolorofony. Barek z alkoholami jak otarz dla spragnionych. Mo›na zjey flaczki, fasolkÆ, pstr•ga albo schab z grilla, zgasi peta w chiÍskiej popielniczce. Nie ma strusiny ani miÆsa flaminga. Flamingo przyci•ga wyciekle ró›owym neonem, intensywn• ›óci• elewacji. Powinienem siÆ przyzwyczaiÂ, a jednak widz•c tak• erupcjÆ nowego wyród domów z dachem kopertowym i zieleni yrednich szerokoyci, nadal czujÆ zdumienie. Bo jest to jawny i uzasadniony protest przeciwko wszystkim niepogodom, jesieniom rozpostartym od pa|dziernika do kwietnia. Przeciwko mgle, pustce sobotniego wieczoru. Ktoy wybudowa w PorÆbie ‹egoty latarniÆ morsk•. Mo›na siÆ w niej bawiÂ, urz•dzi wesele albo stypÆ, wynaj•Â pokój na niezapomnian• noc.


Najatwiej byoby Flamingo wyymiaÂ. Zrobi ostr• polewkÆ z PCV, kolorofonów i ró›owych snów modzie›y z PorÆby ‹egoty, Kaszowa, Nowej Wsi Szlacheckiej, Okleynej czy Mirowa, modzie›y, która w lokalu tym odprawia taÍce godowe, cieszy siÆ, marzy o wyje|dzie, a w chwilach szczególnych mo›e nawet wali siÆ po gÆbach. ‹e to nie tak, ›e zbyt intensywny kolor, ›e flamingi nie pasuj• do flaczków i jeszcze ten plastik w oknach. Ale po ka›dej takiej wizycie roynie we mnie w•tpliwoyÂ, czy mam prawo narzuca obcym ludziom swoje sny o krajobrazie idealnym, bez nadmiaru polakierowanej blachy, dachu zamanego na wszystkie strony ywiata, niby-okien.


podróż z widokiem na wstyd

18

Wskoczyem w ostatniej chwili, objuczony zakupami ze spo›ywczego Harnay. Poci•g ruszy, powoli wwiercaj•c siÆ w noc, za nami ywiata i ycisk Zakopanego, za oknem góralskie wille z lawendow• poywiat• telewizorów, chód nadci•gaj•cego pa|dziernika i cakiem ju› wyra|ny rój Plejad nad horyzontem. Nie zapalaliymy ywiata, ›eby nie obudzi zmÆczonego uci•›liwym szlakiem dziecka. Ani te›, ›eby nie przyci•gn•Â uwagi kozaków z Nowego Targu, którzy chcieli wyjy na chwiejne solo z konduktorem. Konduktor wezwa policjÆ, ale policja akurat nie miaa auta, ›eby dojecha na stacjÆ w Chabówce. Tatry minƏy nieodwoalnie i na najbli›szych kilka tygodni, a ja, mimo pómroku, zobaczyem wyra|nie szczegó, który sprawi, ›e z kolejnej zapomnianej skrytki w pamiÆci wysypaa siÆ zawartoyÂ: na yciance dziaowej pomiÆdzy naszym przedziaem a WC widnia nieco jayniejszy prostok•t z cienkiego drewna. Schludny implant w pa|dzierzy. Byo bowiem tak, ›e pierwsze przedziay wagonów zawsze nosiy na sobie piÆtno podgl•dactwa. W ycianach widniay dziurki i dziureczki, wykonane, bo ja wiem czym – wiertem, gwo|dziem, wyryte mo›e cyrklem przez zdesperowanego uczniaka. Czasem zdarzay siÆ i takie miejsca, w których pa|dzierz nosia ylad piÆyci, jakby zakrÆcony erotycznym obÆdem podgl•dacz za wszelk• cenÆ próbowa wybi dziurÆ w yciance. Dziurami straszyy równie› k•ciki „higieniczne”, teoretycznie su›•ce do mycia r•k. Z dziur tych s•czyy siÆ w nocy stru›ki


ywiata. Czasem, gdy natrÆctwo erotomanów byo ju› zbyt widoczne, do akcji wkraczay ekipy remontowe, zaklejaj•c przeywity prostok•tnymi kawakami drewna, takimi waynie jak wzmiankowany, w pospiesznym relacji Zakopane–Szczecin. A na ich miejsce powstaway nowe. – Tak, tak – pokiwaem gow•. – Idzie ku lepszemu, wyra|nie idzie. Jeszcze nie tak dawno ta ycianka byaby dziurawa, jakby ktoy przeci•gn• po niej seri• z pepeszy, a teraz proszÆ. Dziur nie ma. Bya jedna, ale i tÆ zalepili. Znak, ›e naród nasz nie nurza siÆ ju› w brudzie moralnym, nie podgl•da jak byle zboczeniec. Ma inne rozrywki i nie musi siÆ tak upadlaÂ. – Zaraz, zaraz – zaprotestowa energicznie siedz•cy naprzeciw wspótowarzysz. – Ty pobiegey w Zakopanem po piwo, a my tu... zatkaliymy... papierem od kanapek... Odsun• siÆ nieco i siÆgn• za siebie. Szarpn•. W doni pozosta mu gruby zwitek papieru. Ze szpary, przez dziurÆ o poszarpanych brzegach, leniwie wpyn• do przedziau jarzeniowy blask.


Słaboszów–Haarlem: portret grupowy

20

Zapewne ustawiam siÆ w dugiej kolejce petentów, którzy chc• przed ni• przyklÆkn•Â, pochyli na moment z szacunkiem gowÆ. Przed si• doywiadczenia, która sprawia, ›e w miarÆ upywu lat w umyyle powstaj• coraz czÆyciej niespodziewane korespondencje, a odlege zdarzenia nakadaj• siÆ na siebie. Sia doywiadczenia sprawia, ›e zwyky jesienny ywit, który apie ciÆ w yrodku równiny pod Radomiem, zmienia siÆ w zdarzenie warte uwagi. Ogl•dasz wczesny poranek, chodny i w barwach stali, nadal s• w tobie zachwyt i niepokój, ale cicho inna, niegdyy nieobecna nuta siÆ wkrada. kwiadomoyÂ, ›e coy tam ju› wiesz. ‹e ten chodny ywit to nie pierwszyzna. Byy przecie› inne dawne ywity wczesn• jesieni•, na biwakach, przy drodze, na trze|wo i w amoku, w Polsce i gdzie indziej, by chód, stary ypiwór. Któregoy razu wzi• ciÆ o trzeciej nad ranem z wylotówki w Jankach sprzedawca opatków, w starym wartburgu ogl•daliycie, jak soÍce z trudem podnosi siÆ do kolejnej rundy. Byy balety wrzeyniowe, cae doby bez snu, puste miasta, pierwsze autobusy. Wszystko siÆ •czy, coraz gÆstsza wokó sieÂ. Pokój hotelowy w Woowie odsya do miejscowoyci Szajdon w Tad›ykistanie, maj• tam dom goycinny bez wody, z pokrwawionymi przeycieradami i por›niÆt• no›em cerat• na stoach. Woów, Szajdon, pokoje hotelowe w Rzymie, Amsterdamie, GdaÍsku i Nowym Jorku. Pod Berlinem rosn• identyczne ogródki dziakowe jak w Krakowie. Tak powstaje doywiadczenie. Nie ma ono nic wspólnego ze znu›eniem, ci•gle chcesz po›re wszystko, nadal nie doy ywitów


daleko od domu, ci•gle zbyt mao ywiate jesieni w oczach. Ale pracujesz nad tym mocno. Tak jak w Saboszowie. Do miejscowoyci tej, poo›onej na pónocno-wschodnim kraÍcu województwa maopolskiego, zdecydowany kawa w bok od szosy krajowej, dotarem w niedzielny poranek. Mimo wczesnej godziny na gównej ulicy wrzao jak w ulu. Wte i wewte przesuway siÆ brygady rozochoconych stra›aków, w hemach, a nawet bez, w porozpinanych mundurach. St•pali dumnie w kierunku baru i z powrotem, jakby w•ska uliczka bya wybiegiem na konkursie piÆknoyci, miÆkkie podeszwy chiÍskich trampek bezszmerowo przyklejay siÆ do asfaltu. W poudnie udaem siÆ na sumÆ. Saboszów nale›y do tych miejscowoyci, w których nadal mo›na zobaczy zapomniany zwyczaj: na mszy mƛczy|ni zajmuj• miejsca po lewej stronie, kobiety zay po prawej. Pod jedn• ze ycian siedziao siedmiu leciwych rolników. Wszyscy w garniturach, ynie›nobiaych koszulach i pod krawatem, zwróceni twarzami w stronÆ otarza, w absolutnym bezruchu i zamyyleniu. Poorane bruzdami czoa, wzrok tÆpy lub bystry, nosy orle obok kartoflowatych. Który z nich walczy w partyzantce? Który siedzia cicho? Bladoy mieszaa siÆ z buraczkowat• czerwieni• policzków, ysiny walczyy o lepsze z gÆst• siwizn•. Arystokratyczna zaduma ramiÆ w ramiÆ z chopskim sprytem. Przesiane przez witra›e ywiato majowego poudnia agodnie wybielio twarze, jakby pada na nie odblask dalekiej wiecznoyci. Mimo ›e oderwani na moment od puga i obornika, zmienili siÆ w byty nie cakiem rzeczywiste, bli›sze sferom niebieskim ni› gminnym zawodom stra›ackim. Identyczny odblask widziaem w ukrytym na obrze›ach starej czÆyci Haarlemu muzeum, wyród stylowych kamieniczek z czerwonej cegy, w krajobrazie wysprz•tanym co do okrucha, bez chiÍskich trampek i czonków OSP. Wisi tam obraz

21


pÆdzla Jana van Scorela: na obrazie miejscowi rycerze, którzy wyruszyli w podró› do Ziemi kwiÆtej, a jakby tego byo mao, wrócili z niej szczÆyliwie. Z ciemnego ta wyaniaj• siÆ twarze chytre, ze, uczciwe, lica mƛczyzn skonnych do gniewu lub romantycznych uniesieÍ. Patrz• w jedn• stronÆ, jak chopi ze Saboszowa. W doniach palmy – symbol przynale›noyci do grona wybranych. W oczach zamyylenie. Na twarzach obce, zupenie nietutejsze ywiato. Saboszów i Haarlem. Tak blisko siebie, ›e zaciera siÆ prawie piÆÂsetletnia przepay i dystans wielu kilometrów. Te same, niezmienne uczucia wymalowane na twarzach, mimo ›e – wiele na to wskazuje – ›aden ze saboszowian do Ziemi kwiÆtej nie dotar.


koniec narracji

Palio soÍce, jak zawsze w dzieÍ tej rocznicy. Doroyli Cyganie siedzieli na krzesekach i ruinach obozowych baraków, a nieufne cygaÍskie dzieci kucay w trawie. Pod pomnikiem upamiÆtniaj•cym likwidacjÆ romskiego obozu w KL Birkenau trwa waynie dyplomatyczny obrzÆd. Postacie w garniturach podchodziy do mikrofonu, ›eby wyrecytowa te same formuki, co rok i piÆ lat wczeyniej. Postacie w garniturach mówiy o niewyobra›alnej zbrodni, o najwiÆkszej hekatombie w dziejach ludzkoyci, o istnieniach ludzkich startych w proch przez machinÆ nazizmu. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Nie dopuycimy, by zo zatriumfowao raz jeszcze. I tak dalej. Coraz gÆbiej w›era siÆ we mnie ta w•tpliwoyÂ, podczas ka›dego wayciwie wyjazdu na oficjalne uroczystoyci w KL Auschwitz-Birkenau. Jak mówi o wojnie i obozach koncentracyjnych? Co zrobiÂ, by z tych sów, sów potrzebnych, ale wyrzucanych od lat przez tysi•ce garde, nie wiao pustk•, ›eby nie dudniy gucho jak puste tekturowe puda? Czy jest szansa, by ta stylistyka nabraa znowu mocy? Przy okazji kolejnych rocznic spod pomnika ofiar pyn• w ywiat sowa, które trac• siÆ i znacz• coraz mniej. Inaczej pewnie by nie mo›e. Mijaj• kolejne dekady i rocznice, coraz dalej jest wojna i coraz mniej jej uczestników ›yje wyród nas. Sowa o okrucieÍstwach wojennych przestaj• poruszaÂ. Tym bardziej ›e coraz rzadziej wypowiadaj• je bezpoyredni uczestnicy tamtych wydarzeÍ – jedyni, w których gosach pobrzmiewa wyra|ne echo wojny. Gówn• rolÆ przejmuj•

23


specjaliyci od rocznic i dobrze przygotowanych wyst•pieÍ – prezydenci, premierzy, politycy tego i owego szczebla. Ktoy w koÍcu musi to robiÂ. O wojnie mówi• tak samo sprawnie, jak o podatkach i zagro›eniu powodziowym. A ›e wieje z tych sów pustk•, ›e nie ma w nich emocji i prawdy? Inaczej pewnie by nie mo›e. Ktoy musi to robiÂ. I ktoy powinien tego suchaÂ. Takie s• reguy spoecznej gry w pamiÆÂ. Niech mówi• byle co, niech tektura i wata wychodz• spod tych sów. Najwa›niejsze, ›eby jakakolwiek forma pamiÆci pozostaa. Czasem jednak trudno wytrzyma stƛenie sztucznoyci w obozowym powietrzu. Podczas ostatniej uroczystoyci nie daem rady. Odbiem w bok, pomiÆdzy ruiny baraków. A tam, w pokruszonym betonie, na pryzmach cegie, przy resztkach kominów i pod ycianami, kÆbi• siÆ nadal historie. Le›• tam pogrzebacze i wygiÆte od gor•ca zawiasy, stare gwo|dzie, zjedzone przez czas szufle wygl•daj• jak sitka, na ycianach wida ylady ognia. Podubiesz w ziemi i wygl•da z niej kawaek porcelany z napisem „Waffen SS”. Co to byo? Gdzie indziej potuczone butelki z niedzisiejszego szka – na brudnozielonym uomku wida napis „Trieste” i wybit• mapÆ Adriatyku. Za moimi plecami delegacje skaday symboliczne wi•zanki kwiatów i deklaroway, ›e ju› nigdy wiÆcej czowiek czowiekowi. Dubaem w wilgotnej ziemi, a ona, lekko poruszona palcami, zaczynaa opowiadaÂ.


piekło pisarzy

Sten Wennlo Mitt Liv Med SAAB, Vladimir Dudinstev De Vita Waderna. I jeszcze Gunilla Linn Persson Människor i högt gräs. Tak›e Hadley Irwin, Javier Tomeo i Emanuel Larvere. Dziea wszystkich tych prozaików oraz wielu innych znajdziecie PaÍstwo w sieci sklepów Ikea. W przeciwieÍstwie jednak do cakiem niezej kiebasy z osia, cydru bezalkoholowego, regaów, porÆczy, materacy samopompuj•cych i kieszeni na pilota znalazy siÆ tam nie po to, by je kupiÂ. Ksi•›ki peni• funkcjÆ eksponatów, nadaj• regaom pozór ›ycia. Wypeniaj• karnymi rzÆdami szafki i póki zestawów meblowych. Pewnie nawet istnieje w tym zaplanowanym co do milimetra sklepie osoba odpowiedzialna za wygl•d tych ksi•›ek, ktoy, kto ka›dego ranka odkurza je miotek• i ustawia jak nale›y. Wystarczy wzi•Â do rÆki dowolny egzemplarz, by przekona siÆ, ›e tych kartek nie tknƏa ludzka stopa. Strony czyyciutkie, niewyszmelcowane, to nie s• ksi•›ki zaczytane, kupione z siódmej rÆki, z zatart• okadk• i porwanymi od emocji stronami, które speniy swoj• rolÆ, a teraz godnie wchodz• w wiek emerytalny. To s• ksi•›ki nikomu niepotrzebne. Je›eli istnieje pieko pisarzy, jakiy wewnÆtrzny kr•g, w którym wszystkie gryzipiórki sma›• siÆ w kotach, jÆcz•, becz• i kaj•, to Ikea jest jego bram•. Do tych ksi•›ek mo›na by wkada karteczkÆ z napisem „Przeze mnie droga w miasto utrapienia”. Wyobra|my sobie Javiera Tomeo, jak traci zdrowie i nerwy nad maszynopisem, jak sypie mu siÆ z powodów literackich ›ycie rodzinne, nie chodzi na grilla do przyjació,

25


rezygnuje z wycieczki na Synaj. Brzuszek roynie, oczy wychodz• ze zmÆczenia z orbit, pisarz w ywiÆtym zapale zapenia kolejne stronice, szepcz•c: „Tak, tym razem siÆ uda, czujÆ, czujÆ, ›e nadchodzi arcydzieo, sawa wielka i splendory”. Ogród zarasta, pomysy roj• siÆ w gowie. Czcionka za czcionk•, zdanie za zdaniem, coraz bli›ej sawy. Potem ksi•›ka wychodzi na ywiato dzienne z brzucha wydawnictwa, mijaj• kolejne dni, tygodnie. Cisza. Ani wyrazy uwielbienia, ani te› szydercza krytyka nie m•c• spokoju. Nadzieja wiÆdnie. kwiat sunie swoim torem. W koÍcu entuzjastyczny telefon od zaprzyja|nionego hurtownika: „Chopie, coy drgnƏo, naprawdÆ coy drgnƏo, wszystkie twoje ksi•›ki mi przed chwil• wykupili i prosz• o jeszcze. No, w koÍcu. Nie wiem kto, ale wygl•daj• na zachwyconych. Mówi•, ›e to wspaniaa pozycja”. Tak, w koÍcu radoy wielka, hiszpaÍski pisarz Javier Tomeo jedzie na Synaj albo odwiedza KornwaliÆ wczesn• jesieni•. Módlmy siÆ, bracia i siostry, ›eby w drodze nie nasza go ochota do zwiedzania ekspozycji schludnych kanap i mebli.


Du˝e miasta i zapad∏e wioski, przypadkowi towarzysze podró˝y, urz´dy gminne, pobocza... Polska Micha∏a Olszewskiego jest bliska i egzotyczna zarazem. Znajome przenika si´ z obcym, oswojone miesza si´ z nowym, powaga przechodzi w grotesk´. W poszukiwaniu nowej polskiej to˝samoÊci autor odkrywa peryferie, zakamarki i detale zazwyczaj niedostrzegane. Polska z Zapisków to dra˝ni, to znów wywo∏uje melancholijny uÊmiech, zaskakuje i ciekawi bardziej ni˝ niejeden daleki kraj. Wystarczy z∏apaç stopa, wsiàÊç w pekaes czy podmiejski pociàg. Zwyk∏a podró˝ s∏u˝bowa mo˝e zmieniç si´ w ekscytujàcà wypraw´ do êróde∏ szaleƒstwa.

Jego proza jest artystycznie doskona∏a, formalnie nienaganna, a tematycznie – nies∏ychanie istotna, bo przedstawiajàca naszà polskà rzeczywistoÊç bez retuszu. Pogubionà w b∏yskawicznie zachodzàcych zmianach, trudnà, niekiedy bolesnà. Prawdziwà. Krzysztof Mas∏oƒ, „Rzeczpospolita”

PATRONAT MEDIALNY

Oto kraj, w którym jednoczeÊnie Êmiejesz si´ do rozpuku i p∏aczesz, mówiàc, ˝e to tylko oczy piekà od niewyspania. Innego nie b´dzie. Dlatego coraz wi´kszà wartoÊç znajduj´ w miejscach nieistotnych, pozbawionych krajobrazu, zabytku i znaczenia dla losów Êwiata. (fragment)

cena 34,90 z∏


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Cyfrowa Księgarnia.

Michał Olszewski - Zapiski na biletach  

OLSZEWSKI MICHA¸ michalolszewski.blog.onet.pl Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. MICHA¸ O...

Advertisement