Issuu on Google+


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Lisa See

Na złotej górze Fragment

Z angielskiego przełożyła Dorota Kozińska


3/76


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Przedmowa

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 1 Czas cudów 1866–1871

Fong Dun Shung zarzucił na ramię bagaż i po raz ostatni skinął głową swojej żonie, córce, synom Numer Jeden i Numer Cztery. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kilkugodzinną wędrówkę do Fatsan, gdzie miał wsiąść na sampan i popłynąć deltą Rzeki Perłowej na wschód do wielkiego miasta Kantonu, a stamtąd do Hongkongu, by zaokrętować się na statek do Gam Saan – na Złotą Górę. On i dwaj synowie, drugi i trzeci, dreptali gęsiego ścieżką wzdłuż grobli dzielącej bladozielone pola ryżowe, rozpościerające się za murami Dimtao. Zastanawiali się, ile czasu upłynie, zanim wrócą do domu. Fong Dun Shung słyszał o innych, którzy dorobili się podobnych fortun, jak ludzie ze Złotej Góry. Wiele osób ruszyło na poszukiwanie złota, nie zważając na siłę tradycji rodzinnej i znacznie bardziej przemawiającą do wyobraźni groźbę Cesarzowej Wdowy, która pod karą ścięcia zabroniła poddanym wyjazdu


10/76

z Chin. Chodziły słuchy, że w Gam Saan walają się po ziemi bryłki kruszcu rozmiarów noworodka i każdy może je sobie wziąć. Teraz ludzie rozprawiali o kolei żelaznej i pracy, czekającej na wszystkich, którzy nie boją się trudu i znoju. Mężczyźni z wioski Fonga doszli do wniosku, że jeśli nawet nie da się zaoszczędzić 1000 dolarów, to z pewnością można zarobić 800. Fong Dun Shung przerzucił kosz na drugie ramię. Miał szczęście. Zaofiarowano mu darmową podróż na Złotą Górę i obiecano pracę dla całej trójki. Nastały ciężkie czasy dla rodziny Fonga. Dimtao było ubogą wioską, a jego krewni należeli do biedniejszej gałęzi rodu. Fong Dun Shung nie miał ziemi – nie miał choćby nędznej mou, kiedy na utrzymanie jednej osoby potrzeba było co najmniej trzech mou. Nie mógł wydzierżawić gruntu, bo nie stać go było nawet na zakup ryżu, żeby obsiać pole. Był zielarzem, biegłym w sztuce liczącej kilka tysięcy lat. Nauczył się od ojca, że najważniejszą rzeczą we wszechświecie jest qi – pierwotna energia życiowa – której harmonijny przepływ jest podstawą zdrowia człowieka. Nauczył się postrzegać ciało ludzkie w kategoriach wszechświata złożonego z pięciu żywiołów – drewna, ognia, ziemi, metalu i wody – rządzących organami – wątrobą, sercem, śledzioną, płucami i nerkami. Jeśli którakolwiek z sześciu esencji – wiatr, chłód, ciepło, wilgoć, suchość lub ogień – przeważy nad pozostałymi, ciało słabnie i staje się podatne na choroby. Fong Dun Shung nauczył się tego od ojca, potem zaś postanowił przekazać swą wiedzę synom. Wędrował od wioski do wioski w towarzystwie starszych synów. Kiedy uderzali w gongi, żeby obwieścić przybycie zielarzy, w dobrych czasach wieśniacy schodzili się chmarą. Wędrowcy rozkładali maty i koce na gołej ziemi, przy domu spotkań rodzinnych, gdzie na chłodnych ścianach umieszczano kamienne tabliczki z datami narodzin i śmierci przodków. Fong nie był do końca pewny, czemu przyciągali aż takie tłumy – może ze względu na sąsiedztwo domu, czyli bliską łączność z myślami przodków,


11/76

a może dlatego, że ku uciesze dzieci i starców urządzali pokazy kung-fu. Ale przez wiele lat zawsze mieli publiczność – obserwującą, jak Fong podrzuca syna w górę lub wykonuje zestaw ćwiczeń naśladujących ruchy jelenia, niedźwiedzia, tygrysa, małpy i żurawia, przydatnych w leczeniu reumatyzmu, artretyzmu, niestrawności i przewlekłego zmęczenia. Pod koniec pokazu Fong prezentował swoje zioła. Wokół tłoczyły się kobiety. „Co powinnam zażywać, żeby wzmocnić syna, który dojrzewa w moim łonie?” – pytały ciężarne. Fong wręczał im zawiniątko z miksturą usprawniającą krążenie krwi, zawierającą zmielone pestki brzoskwiń, ziele pępawy i suszone liście perełkowca. „Zdrowi rodzice mają zdrowe dzieci – lubił powtarzać – jeśli zadbasz o własną krew, twoje dzieci nie będą chorować i obdarzą cię zdrowymi wnukami”. Kobietom, które nie przestawały krwawić po porodzie, przepisywał napary z kocimiętki japońskiej, kurkumy i krokosza. Doradzał właśnie kobiecie cierpiącej na czyraki, kiedy wypatrzył go urzędnik kolejowy i spytał, czy nie chciałby pojechać na Złotą Górę i leczyć tam chińskich robotników. „Kulisi nie ufają naszym lekarzom” – cudzoziemski diabeł szwargotał w niezrozumiałym języku, ale miał z sobą chińskiego tłumacza. Fong uzyskał zapewnienie, że kompania kolejowa zafunduje mu podróż, zapłaci za zioła i wynagrodzi jego umiejętności. Nie musiał się długo zastanawiać: wiedział aż za dobrze, jak mu się wiodło w ostatnich latach. Jego rodzina była coraz liczniejsza: synowie chcieli się żenić, ale nie stać ich było na ślubny dar. Nie mogli sobie nawet pozwolić na zakup niechcianej dziewczyny, którą rodzina, w jeszcze większej potrzebie, skłonna im była sprzedać jako konkubinę. Interesy Fonga szły coraz gorzej i trudniej mu było znaleźć klientów. Czasem docierały do niego plotki, dlaczego tak się dzieje, tylko że dorosły mężczyzna nie powinien dawać wiary plotkom. Fong Dun Shung był skromnym człowiekiem: nie umiał czytać ani pisać. Musiał więc wierzyć plotkom i temu, co widział na własne oczy.


12/76

W Chinach nastał czas zamieszek. W 1840 roku, kiedy młody Fong się ożenił, trwała właśnie pierwsza wojna opiumowa. Jego kraj zapłacił Wielkiej Brytanii sześć milionów taeli w srebrze, żeby odzyskać Kanton, oraz trzydzieści trzy miliony taeli tytułem odszkodowania. Hongkong przeszedł w ręce Brytyjczyków, którym Chiny udostępniły też inne porty. Opium zalało rynek. Fong przekonał się z upływem lat, co to oznacza dla biednych i bogatych. Druga wojna opiumowa, zakończona w 1860 roku, zaledwie przed sześciu laty, zebrała jeszcze gorsze żniwo: Chiny zobowiązały się do zapłacenia Brytyjczykom kolejnej wielkiej kontrybucji; misjonarze uzyskali prawo wjazdu do kraju i szerzenia wiary w jedynego Boga; otwarto jeszcze więcej portów; rozpoczął się import tanich, produkowanych na skalę masową towarów, który zrujnował małe chińskie przedsiębiorstwa. Nie było to sprawiedliwe, ale uzbrojenie Chińczyków – włócznie, miecze, strzały i przestarzałe działa – nie mogło się równać z brytyjską artylerią, flotą i bronią palną. Nie tylko cudzoziemcy pustoszyli ojczyznę Fonga. Trzydzieści lat wcześniej Czerwone Turbany – zgrupowanie klanów i członków tajnych stowarzyszeń – zajęły pobliski Fatsan, po czym ruszyły na podbój wiosek i pól w kierunku Kantonu. Oddziały cesarskie i miejscowe siły zbrojne próbowały odeprzeć renegatów, puszczając z dymem całe wioski. W tym czasie Punti (Tubylcy) i Hakka (Przybysze) toczyli nadaremno własne wojny domowe. Jakby tego było mało, Hung Hsiu-ch’uan, który kazał się nazywać Drugim Synem Niebios, wzniecił powstanie T’ai P’ing, zdobył Nankin i ogłosił go stolicą swojej dynastii. Na skutek działań wojennych i późniejszej klęski głodu śmierć poniosło 25 milionów wieśniaków. Watażkowie – w poczuciu, że panująca dynastia mandżurska nie zdoła ich powstrzymać – rozpętali własne kampanie zniszczeń, szantażu i przemocy. Podczas wędrówek po kraju Fong co rusz mijał wioski, w których niegdyś dobrze zarabiał. Często nie musiał nawet przestępować przez bramę, żeby się przekonać, że zawitała do nich śmierć; na


13/76

zewnątrz murów tkwiły na żerdziach głowy wieśniaków, którym przez tyle lat sprzedawał zioła. Szedł dalej. Tam, gdzie kiedyś dzieci siedzące okrakiem na grzbietach bawołów wodnych słały mu dobroduszne pozdrowienia, udawało mu się wypatrzyć kilkoro nagich, na wpół zagłodzonych maluchów, przykucniętych nad wiejskim strumieniem w płonnej nadziei schwytania jakiejś ryby. Pozostawało wzruszyć ramionami i pomaszerować przed siebie. Nie mógł im w niczym pomóc, bo sam bał się popaść w tarapaty. Teraz, płynąc rzeką na południe w stronę Kantonu, Fong Dun Shung miał nadzieję, że dorobi się fortuny na Złotej Górze i za kilka lat wróci do domu z kieszeniami wypchanymi złotem. Wyobrażał sobie, że zostanie przywódcą wioski i wszyscy będą go szanowali. Będzie bogaty. Poślubi wiele kobiet i spłodzi następnych synów. Całkiem możliwe. W 1862 roku na całym świecie zakazano handlu niewolnikami, cudzoziemcy zaczęli więc mamić i zastraszać chińskich wędrowców albo ich „szanghajować”, czyli porywać, uprzednio spiwszy do nieprzytomności – po czym zmuszać do podpisania zgody na pokrycie kosztów podróży morskiej, co stawiało ich w sytuacji niewiele lepszej od sytuacji niewolników. Chińczyków – podobnie jak czarnych transportowanych do Ameryki przez Atlantyk – ładowano na zatłoczone statki, gdzie spędzali pod pokładem całą drogę na drugi brzeg Oceanu Spokojnego. Warunki były koszmarne. Na niektórych jednostkach upychano mężczyzn jak sardynki na trójpoziomowych pryczach długości 180 centymetrów i szerokości niespełna 40 centymetrów, rozmieszczonych w odstępach 40–60 centymetrów. Kajuty przechodziły smrodem ludzkich wyziewów, bo włazy zabijano deskami, żeby zapobiec ucieczkom. Współtowarzysze niedoli – mężczyźni, którym obiecano powrót do rodzinnych wiosek – dostawali dziennie wiadro wody, żeby się napić i umyć. Brakowało też jedzenia. Cudzoziemcy wiedzieli z doświadczenia, że najłatwiej złamać człowieka głodem.


14/76

Nikt nie wie dokładnie, którym statkiem Fong Dun Shung i jego dwaj synowie dopłynęli na Złotą Górę, ale w poprzednich latach śmiertelność wśród pasażerów była zastraszająco wysoka. Na pokładzie „Exchange” zmarło 85 z 613 kulisów. W 1854 roku, po 80 dniach na morzu, załoga „Libertad” złożyła raport o 150 zgonach w następstwie szkorbutu i „gorączki okrętowej”. Na statku „John L. Stevens”, przewożącym 550 imigrantów, warunki były wręcz skandaliczne: brakowało prycz i pasażerowie musieli spać na zmianę. Sytuacja nieco się poprawiła, kiedy cztery potężne jednostki należące do Spółki Pacyficznych Parowców Pocztowych zaczęły brać aż 1200 pasażerów na dolny pokład. Podróżni mieli własne posłania i spali na rusztowaniach z desek. Na dzień łóżka składano, żeby zrobić więcej miejsca. Ludzie wciąż jednak cierpieli na chorobę morską i biegunkę, spowodowaną złym żywieniem i piciem zanieczyszczonej wody. Po przeszło miesięcznej podróży wielu z nich docierało do San Francisco w stanie skrajnego wycieńczenia. Na początku 1867 roku, kiedy Fong Dun Shung przybył do San Francisco, widok setek Chińczyków schodzących z trapów wielkich statków transoceanicznych był na porządku dziennym. Robotnicy zmieniali brudną odzież podróżną na czyste, niebieskie tuniki i spodnie z bawełny. Schludnie ostrzyżeni, ciągnęli w długim szeregu, tupiąc rytmicznie stopami. Każdy niósł zrolowany koc, matę i kosz ze skromnym dobytkiem, związane kawałkiem sznura. Fong Dun Shung z synami czuli się zagubieni i oszołomieni panującym na nabrzeżu zgiełkiem. Nie obowiązywały żadne przepisy imigracyjne, nie było celników. Podobno ktoś miał wyjść im na spotkanie. Ale kto? Z rozgardiaszu słów, jakimi przerzucali się podróżni na pirsie, Fong wyłowił głos osoby mówiącej jego dialektem. Popatrzył na synów. Skinęli głowami na znak potwierdzenia, jakby chcieli powiedzieć: „Musimy poszukać właściciela tego głosu”. Przeciskając się ostrożnie przez tłum, spostrzegli innych pasażerów, którzy zbierali się wokół ludzi ze Złotej Góry,


15/76

wykrzykujących w najrozmaitszych dialektach: „Jestem z Nam Hoi. Szukam podróżnych z Nam Hoi”; „Mówię dialektem Sze Yup. Każdy, kto rozpozna tę mowę siłaczy, natychmiast do mnie”. Fong i jego synowie znaleźli człowieka, który mówił dialektem Fatsan z okręgu Nam Hoi. Pośrednik pracy kazał stanąć rodzinie Fonga i kilku innym przybyszom w osobnym rządku. Wyszli z zatłoczonych doków i podreptali uliczkami prowadzącymi do centrum miasta. Miasto wyglądało dziwnie. Fong Dun Shung pomyślał, że zbudowano je według wszelkich zasad feng shui – w pełnej harmonii między wiatrem a wodą. Domy wznosiły się na wzgórzach, chwytając wodę, wiatr i powietrze. Niektóre były pięknie pomalowane, zupełnie jak świątynie. Oddalone od siebie, wydawały się bezbronne. Mimo że Fong chciał zobaczyć morze dopiero przed powrotem do żony i pozostałych w ojczyźnie dzieci, nie mógł się powstrzymać od zerkania wstecz na zatokę, połyskującą w mroźnym blasku zimowego słońca. Tuptali dopóty, dopóki nie doszli do chińskiej dzielnicy. Tu i ówdzie wisiały jaskrawoczerwone latarnie. Przed kilkoma budynkami powiewały na łagodnym wietrze trójkątne skrawki żółtego jedwabiu, oznajmiając przybyszom, że wewnątrz mieszczą się restauracje. Na szyldach widniały reklamy ziół i odzieży oraz ogłoszenia o pracy. O obecności kobiet świadczyły tylko blade, samotne twarze wyglądające przez okratowane okienka. Prostytutki, wyjaśnił przewodnik. Rodzinie nie było pisane zostać dłużej w San Francisco. Przed wyjazdem z miasta Fong odebrał czeki w biurze kolei żelaznej, żeby przygotować zapas woreczków z cynamonem, głogiem, gardenią, goździkami, lukrecją i złocieniem, w postaci suszonych liści, kwiatów, korzeni, kłączy i pąków. Nie mógł przewidzieć, co zastanie na miejscu, wiedział jednak z doświadczenia, że przeziębienie, rany i niestrawność mogą się przytrafić każdemu. Z pomocą Sześciu Kompanii – federacji towarzystw dobroczynnych reprezentujących


16/76

poszczególne rejony w Chinach – synowie zaopatrzyli się w buty robocze i czarne kapelusze. Pod koniec tygodnia cała trójka weszła na pokład kolejnego statku, tym razem rzecznego, który popłynął nieśpiesznie w górę American River do Sacramento, gdzie przybyszów z Chin znów podzielono na grupy, żeby dowieźć ich wozami lub koleją na miejsca pracy – wysoko w górach Sierra Nevada. Kalifornia, jaką ujrzał Fong Dun Shung, była niezwykłym miejscem, pełnym wszelkich wspaniałości natury – żyznej gleby, najrozmaitszych gatunków zwierząt, gór, pustyń, dolin i bogatych złóż minerałów. Ta ziemia miała na zawsze pozostać krainą marzeń. Nadzieja odnalezienia bryły złota wielkości noworodka, żywiona przez pierwszych przybyszów z Chin, skłoniła też do porzucenia domów mieszczuchów z Bostonu, farmerów z Ohio, ranczerów z Montany i właścicieli plantacji z Georgii. Mężczyźni przyjeżdżali sami, bo Zachód nie był odpowiednim miejscem dla kobiet. Do 1869 roku, kiedy ukończono budowę transkontynentalnej kolei żelaznej, 70 procent populacji Kalifornii stanowili mężczyźni – banda prymitywnych, nieokrzesanych, brudnych oprychów. Wśród nich osiedliła się garstka „dobrych” kobiet. Jednym ze skutków tej dysproporcji był niedostatek praczek. Bogaci wysyłali ubrania do Hongkongu, skąd wracały uprane, wykrochmalone i uprasowane. Za doprowadzenie do porządku kilkunastu koszul trzeba było zapłacić ogromną sumę 12 dolarów i czekać od dwóch do czterech miesięcy na powrót bielizny. Mimo to ludzie od lat niecierpliwie oczekiwali na „dzień parowca”, kiedy do zatoki San Francisco wpływał statek ze świeżym praniem, rozdawanym następnie właścicielom. Co najmniej przez tydzień wszyscy chodzili schludnie ubrani i nakrochmaleni. W 1850 roku, dwa lata po odkryciu złota w Sutter’s Mill, Kalifornię przyjęto do Unii jako kolejny stan. Po dwunastu latach, w 1862 roku, powstał pierwszy klub zwalczający kulisów. W tym


17/76

samym roku Leland Stanford został gubernatorem. Obejmując urząd, powiedział: „Dla mnie jest oczywiste, że próbom osiedlania wśród nas przedstawicieli rasy niższej należy przeciwdziałać wszelkimi dostępnymi środkami. Azja, której ludność idzie w miliony, podsyła na nasze brzegi same szumowiny”. Kilka miesięcy później Stanford został prezesem spółki kolejowej Central Pacific. Wielka Czwórka – Stanford, Charles Crocker, Mark Hopkins i C.P. Huntington – wcieliła śmiałą ideę w życie i zapewniła sobie udział w potencjalnych zyskach z kolei transkontynentalnej. Inicjatywa była ze wszech miar uzasadniona. Zanim rozpoczęto budowę, nawet najbardziej zatwardziali poszukiwacze przygód na Dzikim Zachodzie mieli tylko trzy możliwości – wszystkie równie mało zachęcające. Mogli spędzić od sześciu do dziewięciu miesięcy – zależnie od pogody – żeglując w dół wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej i okrążając przylądek Horn. Mogli też dotrzeć do Przesmyku Panamskiego, stamtąd popłynąć małymi łodziami w górę rojącej się od krokodyli rzeki Chagres, po czym przesiąść się na muły i wyruszyć w 80-kilometrową trasę przez góry ku brzegom Oceanu Spokojnego. Ten wariant pozwalał zaoszczędzić kilka miesięcy podróży, wiązał się jednak z ryzykiem zapadnięcia na śmiertelną w skutkach cholerę lub żółtą gorączkę. Śmiałkowie mogli też wędrować pół roku przez pustynie, równiny i góry od rzeki Missouri – niebezpieczna przeprawa często kończyła się śmiercią z rąk Indian bądź w następstwie choroby lub nieszczęśliwego wypadku. Kolej transkontynentalna miała skrócić podróż do tygodnia i zwiększyć szanse dotarcia na miejsce bezpiecznie i w dobrym zdrowiu. Szybki i mniej wyczerpujący przejazd pociągiem mógł też zachęcić więcej kobiet do osiedlenia się na Zachodzie – perspektywa opierunku i towarzystwa w łóżku okazała się potężną motywacją dla męskiej w większości populacji Kalifornii.


18/76

Budowa kolei Central Pacific ruszyła 8 stycznia 1863 roku. Przez dwa lata udało się położyć zaledwie 80 kilometrów torów. Crocker nabrał przekonania, że do realizacji jego marzeń przyczyni się azjatycka rasa budowniczych Wielkiego Muru Chińskiego. Sprowadzenie robotników z Kantonu do San Francisco drogą morską – przy sprzyjających wiatrach i dobrej pogodzie – było też rozwiązaniem tańszym i szybszym niż zaciąg białych wyrobników z terenów na wschód od Missisipi. Z początku Crocker trafił na nieprzejednany opór. Na wieść o jego pomyśle nadzorca budowy skrzywił się z niesmakiem: „Nie mam zamiaru szefować Chińczykom”. Tymczasem Stanford, który zaledwie cztery lata wcześniej wszczął kampanię antychińską, żywił poważne obawy, że nagła zmiana frontu zdyskredytuje go w oczach opinii publicznej. Mimo to Crocker nalegał, wychodząc z prostego założenia, że jego partnerzy są wytrawnymi przedsiębiorcami, nawykłymi do ważenia zysków i strat. Na początku 1865 roku zatrudniono na próbę 50 Chińczyków – byłych górników z doświadczeniem w wierceniach i posługiwaniu się materiałami wybuchowymi. Sprawdzili się tak dobrze, że pół roku później na kolei pracowało już prawie 3000 robotników z Chin. Pierwsza zima była najgorsza w historii. „Zwierzaki Crockera” – jak zaczęto ich nazywać – pędziły kreci żywot. Robotnicy drążyli tunele w dwunastometrowych zaspach, żeby nie przerywać układania torów. Lawiny porywały ludzi, tunele się zapadały. Mimo to nikt nie przerywał pracy. Kiedy nadeszły wiosenne roztopy, spod śniegu wyłoniły się zwłoki mężczyzn stojących z narzędziami w dłoniach, z twarzami zastygłymi w śmiertelnym grymasie przerażenia. Latem 1868 roku Chińczycy stanowili dziewięć dziesiątych z 14000 robotników kolejowych spółki Central Pacific – niemal jedną czwartą wszystkich chińskich imigrantów w kraju. Wysadzili dynamitem pół kilometra litej skały, tworząc Donner Tunnels. Podczas gdy pracownicy Union Pacific parli przez równiny


19/76

Nebraski, Chińczycy z Central Pacific wznosili linię kolejową, która przez 160 kilometrów biegła na wysokości ponad 2000 metrów. Spuszczani w wiklinowych koszach w dół pionowych urwisk, rozkuwali kilofami granity i łupki, by zrobić miejsce pod tory. Ujarzmiali ziemię młotami, łomami i dynamitem, żeby sprostać ambicjom Wielkiej Czwórki. Wysoko w górach Fong Dun Shung i inni chińscy robotnicy zbierali się co noc przy ognisku. Czasem grali w dow ngow, „walkę byków”, rzucając po kolei kośćmi, żeby ustalić, kto pierwszy położy kamień domina. Zwykle jednak hazardowali się w fan-tan. Rozdający wyjmował z puszki garść guzików, kładł je na ziemi i przykrywał kubkiem. Po przyjęciu zakładów podnoszono kubek i zliczano guziki po cztery. Zwyciężali ci, którzy zgadli, ile guzików zostanie – jeden, dwa, trzy czy żaden – i trafnie obstawili wynik rozgrywki. Sporadycznie zabawiali ich skrzypkowie i fleciści, którzy zerwali z pracą na kolei i włóczyli się od obozu do obozu. Bywały wieczory, kiedy robotnicy rozkoszowali się opowieściami zawodowych gawędziarzy – o Królu Małp Sun Wu Kungu, o Mandżurach albo o Trzech Królestwach. Co pewien czas zjawiał się w obozie prawdziwy fryzjer i mężczyźni czekali na swą kolejkę, by wygolić przód głowy, po czym od nowa spleść warkocz. Wieczorami, kiedy nikt do nich nie zachodził, zmęczeni robotnicy przymawiali się o opowieść Fonga Dun Shunga. – Powspominaj z nami ojczyznę – prosił któryś, trącając patykiem piekący się w żarze patat. – Opowiedz nam jeszcze raz historię o wężu – dopominał się inny. Fong Dun Shung popatrywał na siedzących w kucki mężczyzn, na ich zmęczone twarze, poorane zmarszczkami w dusznym upale lata i przenikliwym chłodzie zimy. – Wiele wieków temu – zagajał – w samym sercu prowincji Junan żył pewien wieśniak. Miał utrapienie z wężem, który nie chciał


20/76

zdechnąć. Za dnia widywał gada po wyjściu z chaty. Wieczorem, kiedy wracał do domu z pól ryżowych, znajdował go w tym samym miejscu. Leniwy wąż wygrzewał się na wielkim głazie nieopodal studni. Wieśniaka tak to złościło, że brał długi bambusowy kij i tłukł nim węża dopóty, dopóki ten nie przestał się wić w przedśmiertnych drgawkach i nie zastygł na dobre. Wtedy brał jego martwe cielsko i ciskał w zarośla. Ale już następnego ranka, kiedy wieśniak wyłaniał się z chaty, wąż wygrzewał się w najlepsze na kamieniu. Opowiadający robił pauzę, żeby cud lepiej zapadł w świadomość słuchaczy. Kilku mężczyzn spluwało w ogień. – Dzień po dniu – ciągnął Fong Dun Shung – wieśniak zabijał utrapionego węża i wyrzucał precz. Dzień po dniu wąż wypełzał z zarośli i zajmował swoje miejsce przy studni. Pewnej nocy wieśniak postanowił zaczekać i przekonać się, jakie bóstwo albo duch ożywia jego zmorę. Kiedy wstał księżyc i oświetlił ziemię, wieśniak spostrzegł, jak wąż podnosi głowę i skubie liście rośliny, pod którą jego cielsko miało spocząć na zawsze. W ten sposób – dzięki zapobiegliwości wieśniaka, który obserwował chytrego węża – nasi przodkowie odkryli lecznicze właściwości ziół i takie były początki wielkiej chińskiej sztuki uzdrawiania. – Powiedz, co było dalej – wykrzyknął jakiś młody chłopak. – Ten skromny chwast nazywa się san qi – objaśnił Fong Dun Shung. – Najsłynniejsi chińscy zielarze używali go przez wieki do robienia bai yao, białego proszku, który ściąga brzegi ran i przyśpiesza ich gojenie. Zawsze był popularny wśród naszych żołnierzy, którzy nazwali go „złotem nie na sprzedaż”. Zeszłej wiosny przepisałem go tobie, Ah-yee, kiedy przebiłeś sobie łydkę prętem, i tobie, Ah-sing, kiedy spadłeś z urwiska i myśleliśmy, że już nie żyjesz. W przeciwieństwie do swoich synów oraz innych mężczyzn pracujących przy torach Fong Dun Shung spędzał większość czasu w obozie. Doglądał chorych, podtrzymując im głowy, kiedy pili


21/76

gorzkie napary z ziół, które przygotowywał, żeby ulżyć ich cierpieniom. Czasem wzywano go na budowę, żeby obejrzał rannego. Musiał się porozumieć z szefem grupy i podjąć decyzję, czy mężczyzna może wrócić do pracy, czy też zostanie w obozie. Mężczyzn spuszczanych w dół urwiska w wiklinowych koszach Fong Dun Shung widywał zwykle dopiero wówczas, kiedy byli już martwi. Czasem zrywała się lina podtrzymująca kosz i ciało roztrzaskiwało się o skały kilkanaście metrów niżej. Czasem robotnik rozhuśtywał się w koszu, żeby odsunąć się od skały na czas eksplozji dynamitu, ale źle odmierzał zamach i wracał prosto w strefę wybuchu. Jak Fong mógł pomóc ludziom z urwanymi rękami i nogami, którym z twarzy zostawała krwawa miazga strzępów trudnej do zidentyfikowania tkanki i odłamków kości? Przychodził więc z kilkoma towarzyszami oznaczyć miejsce wypadku, żeby później zebrać szczątki, oczyścić je i odesłać do Chin, gdzie urządzano im godziwy pogrzeb. W zimie Fong Dun Shung przygotowywał lekarstwa na dreszcze, gorączkę, nadmiar flegmy, kaszel i mdłości – najczęstsze dolegliwości trapiące Chińczyków w tych zaśnieżonych górach. Latem warzył napary schładzające ciała ofiar udaru cieplnego, łagodzące objawy ukąszeń owadów i poparzeń słonecznych. Przez cały rok miał pod ręką papki na rany, zadrapania, otarcia, zwichnięcia i złamania – wszelkie nieszczęścia, jakie mogły się przytrafić ludziom rozkuwającym skały młotami i kilofami, torującym sobie dynamitem drogę nad i pod górami. Przyrządzanie tych mieszanek było czasochłonne i wymagało maksymalnego skupienia. Fong dobierał i rozcierał składniki, wygotowywał wywar do połowy, po czym zamykał go szczelnie w naczyniach z kamionki. Ilekroć ktoś wybierał się w podróż do Drugiego Miasta Sacramento lub do Wielkiego Miasta San Francisco – czy opuszczał krainę znoju na zawsze, by wrócić do rodzinnej wioski – tylekroć przychodził do Fonga Dun Shunga po porcję eliksiru wiosennego. Każdy mężczyzna chciał stanąć na wysokości zadania, kiedy


22/76

odwiedzi prostytutkę albo po rozłące zobaczy się z żoną. Gdyby Fong był uczonym zielarzem, a nie tylko prostym wieśniakiem, z pewnością uwzględniłby składniki wpływające najskuteczniej na męską potencję – suszone genitalia uchatek i fok, suszone ludzkie łożyska, ogon koczkodana, klej ze skorupy żółwia i skórę dzikiego osła. Zwykłe zioła – żeń-szeń, kolcowój i epimedium – były jednak łatwiej dostępne, bezpieczniejsze w użyciu i łagodniejsze w działaniu. Rozcierając składniki eliksiru wiosennego, Fong nie zastanawiał się nad własnym losem. Nie rozpamiętywał swojej niedoli. Unikał wszelkich emocji. Był zielarzem, nawykłym do obserwacji świata zewnętrznego. Chińczycy z obozu Fonga pracowali przez 26 dni amerykańskiego miesiąca, od świtu do zmierzchu. Zarabiali od 28 do 30 dolarów; w swoich wioskach mogli liczyć najwyżej na równowartość 3–5 dolarów miesięcznie. Nie tknęliby jedzenia dostarczanego przez fan gway, „białe duchy”, musieli więc sami kupować prowiant i naczynia. Dzięki szefom grup, którzy składali zamówienia na dostawy z Chin, robotnicy doczekiwali się w końcu swojego ryżu, swoich patatów, makaronu, suszonych ryb i ostryg, pędów bambusa, alg, solonej kapusty, suszonych grzybów, oleju arachidowego i suszonych owoców. W cieplejszych miesiącach roku, kiedy do obozów zachodzili wędrowni chińscy handlarze, można sobie było pozwolić na odrobinę luksusu – fajkę i tytoń, miskę i pałeczki do ryżu, szczoteczkę do zębów i lampkę olejową. Fong słyszał, że Chińczycy dbają o czystość i o higienę pracy, szanują swoje rodziny i przodków, a czas wolny spędzają cicho i spokojnie. Wszystko to było prawdą. Przekonał się na własne oczy. Ludzie Tang różnili się od komenderujących nimi „białych duchów”. Codziennie myli się gąbką. Przez cały pobyt w obozie Fong ani razu nie ujrzał „białego ducha” w kąpieli; nadzorcy wydzielali silną, smrodliwą woń potu i przetrawionej wołowiny. Wielu białych istotnie przemieniało się w duchy, opuściwszy


23/76

doczesną powłokę podczas którejś z licznych nocnych bójek. Fonga doszły wieści tylko o jednym człowieku Tang, który zginął w bijatyce. Biali ludzie tęgo pili i zachłystywali się na śmierć własnymi wymiocinami. Chińczycy nie pili w ogóle – w każdym razie nie wodę ognistą, od której głupieli fan gway. Pobratymcy Fonga pili herbatę, gotując wodę z górskich strumieni – tak samo, jak przez tysiące lat gotowali wodę ze zbiorników i studni w Chinach. Biały człowiek gasił pragnienie wprost ze strumienia: Fong nieraz śmiał się w kułak, patrząc, jak biały doktor nadaremnie próbuje ulżyć mężczyźnie zgiętemu wpół z powodu skurczu żołądka, osłabionemu malarią lub tracącemu resztki qi w przedśmiertnym ataku cholery. Po wysłuchaniu gawęd Fonga jego synowie i pozostali robotnicy szli na noc do namiotów, czując w kościach ciężar zgryzot całego dnia, świadomi, że już za kilka godzin nadejdzie świt. Fong zostawał przy żarze ogniska i wracał myślami do odległego domu. Wiedział, że inni mężczyźni lubią opowiadać o swoich wioskach – że są najpiękniejsze, a pola dają tam największe plony w całej prowincji, że ludzie Sze Yup są lepsi niż ludzie Sam Yup, że gromada synów będzie się o nich troszczyć, kiedy dożyją szacownej starości. Nigdy nie uczestniczył w tych pogwarkach. Wolał patrzeć w gwiazdy, które w tych wysokich górach zdawały się na wyciągnięcie ręki, i puszczał wodze marzeniom, wędrując od światła do światła przez cały wszechświat, dopóki nie zatrzymał się w rodzinnej wiosce Dimtao, stęskniony za dawnym życiem wędrownego zielarza. Śnił o ludziach, którzy mieli zdroworozsądkowe podejście do seksu. Nie trzeba się było krępować, skoro dla większości chińskich wieśniaków miarą krzepy mężczyzny i szczęścia jego żony była liczba spłodzonych w małżeństwie synów. Ci, którzy synów nie mieli, byli wciąż podbechtywani przez przyjaciół. „Potrzebuję czegoś, od czego mój członek stwardnieje jak penis bawołu – prosili mężczyźni. – Żona pragnie nasienia, żeby urodzić wielu


24/76

zdrowych synów”. Przy akompaniamencie jowialnych żartów i docinków Fong Dun Shung udawał rozterkę, ważył problem w myślach, demonstracyjnie myszkował wśród fiolek, słojów i saszetek, aż oznajmił z uśmiechem triumfu, że udało mu się wybrać składniki eliksiru płodności i w najbliższy Nowy Rok szczęśliwa żona klienta złoży wizytę w świątyni. Śnił o biednych staruszkach, bezzębnych i wyschniętych na wiór, które prosiły o lekarstwa na orzeźwienie. „Zimne pokarmy – owoce, warzywa, cienko krojona wieprzowina, kraby i ryby – schłodzą wasze ciała” – doradzał cierpiącym na zalewające poty i spierzchnięte wargi. Potem sprzedawał staruszkom chłodzące zioła – gardenię i białą peonię – by ugasić trawiący je ogień, którego przyczyna nie tkwiła, jak u ludzi młodych, w braku umiarkowania w jedzeniu, piciu i w zażywaniu uciech cielesnych. W zimie, kiedy stare kobiety miały w środku zbyt wiele chłodu i cierpiały na gorączkę, bóle głowy, wymioty i łamanie w kościach, mówił im: „Jedzcie pokarmy gorące – smażone, ostro przyprawione lub nasączone winem – żeby rozgrzać i rozruszać ciało”. Na uporczywe odbijanie się przepisywał goździki. Babcie i żony, którym w dzieciństwie krępowano stopy, posyłały swoje służące lub zdesperowane synowe z prośbą o udzielenie porady w stanach nerwowych. Aby się pozbyć „drewnianych emocji”, trzeba było leczyć wątrobę. Fong ucierał korzeń chińskiej lukrecji z owocem jojoby i ziarnem pszenicy. „Gotuj zioła dopóty, dopóki wywar nie zmniejszy objętości o jedną trzecią. Pij małymi łykami” – napominał. Wiedział, że żony o rumianych twarzach, śmiejące się zbyt często i zanadto piskliwie, cierpią na nadmiar wewnętrznego ognia i trzeba im schłodzić serce. Wspomnienie tych kobiet i ich potomstwa uświadamiało mu własną tęsknotę za żoną i dziećmi; przypominało o tradycji tak przyziemnej i prostej, że kolejne noworodki nazywano dla ułatwienia Raz, Dwa i Trzy. Fong śnił na jawie, że wraca na uliczki Dimtao, tak wąskie, że zmieści się na nich tylko pojedynczy wózek. Przetrząsa


25/76

jednoizbowe chaty w poszukiwaniu swojej żony i dzieci. Czy żonie nic nie dolega? Czy Numer Jeden dba o groby przodków i wywiązuje się z pozostałych obowiązków synowskich? A co z Numerem Czwartym, Fongiem See? Mijał w wyobraźni stare domy o dzwonowatych dachach. Przypominał sobie rozmowy z synkami, którym tłumaczył, że dachy uformowano w kształt smoczego grzbietu, żeby w porze deszczowej woda spływała na ziemię bez przeszkód, a w czasie upałów gorące powietrze gromadziło się pod pułapem, zatrzymując chłód w pomieszczeniach. Wszedł do swojego domu, który nie miał okien ani prawdziwych drzwi. W wejściu wisiała bambusowa zasłona – zupełnie jak w miejskich saloonach „białych diabłów”. W marzeniach Fonga zasłona byłaby odsunięta i drzwi stałyby otworem, gdyby nie potężne drewniane rozpórki między belkami ościeżnicy, podobne do więziennych krat. Fong wiedział, że zapora powstrzyma złych ludzi z zewnątrz, a dobrym ludziom z jego rodziny zapewni bezpieczeństwo i chłód wewnątrz domu. Uwielbiał czuć pod stopami twardo ubitą ziemię. Chłodne cegły i wysokie, kryte płytkami ceramicznymi dachy dawały schronienie przed obezwładniającym upałem i wilgocią. Oddając się marzeniom w górach Sierra Nevada, Fong myślał o deszczu tłukącym w letnie dni o dach jego domu. Obserwował swego najmłodszego syna – oczyma duszy wciąż widział go w niemowlęcych spodenkach z rozcięciem w kroku – przycupniętego na kamiennym progu drzwi frontowych i patrzącego na deszcz. We wszystkich domach wznoszono wysokie progi, żeby podkreślić status rodziny wobec sąsiadów i zabezpieczyć wnętrze przed zalewem błotnistej wody rzek, która występowała z brzegów podczas corocznych powodzi. Nie miało to jednak większego znaczenia – zaśmiał się Fong sam do siebie – skoro dach przeciekał i nawet podczas najlżejszej mżawki próg pozostawał jedynym suchym miejscem w domu.


26/76

Fong Dun Shung marzył dalej i wyobrażał sobie, jak wychodzi z wioski na pola ryżowe – wypełnione wodą baseny w porze sadzenia, gładkie, bursztynowe kobierce w porze żniw. Pilnował się na każdym kroku, nawet w marzeniach. Wzniesione groble między pólkami i wąskie dukty z Dimtao budowano niedbale i prowadzono rozmyślnie krętym szlakiem – czasami donikąd – żeby wywieść na manowce krążące po polach złe duchy i nie wpuścić licha do wioski. Po drodze spotykał krewnych i kiwał im głową na powitanie. Nazwa Dimtao oznacza ni mniej, ni więcej, tylko skinienie głowy. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski – sami Fongowie – byli dobrymi ludźmi. Za to on był strasznym łajdakiem! Ta myśl za każdym razem przerywała jego sen na jawie, bo to była prawda – tak niewzruszona, jak gwiazdy na niebie. Co miesiąc nadzorca wysupływał dla Fonga 28 dolarów – tyle samo, ile zarabiali morderczym wysiłkiem jego drugi i trzeci syn. Inni mężczyźni w obozie odkładali pewną sumę na hazard, resztę zaś posyłali telegraficznym przekazem żonom i dalszej rodzinie w wiosce. Kilku szczęściarzy stawiało wszystko na hazard i wygrywało. Fong Dun Shung nie miał wątpliwości, że szczęście wkrótce i jemu dopisze, ale po każdej wypłacie przeżywał kolejne rozczarowanie. Kiedy w obozie zjawiali się zawodowi „pisarze” listów, korzystał z okazji i zajmował miejsce na samym końcu kolejki. Podczas gdy przyjaciele wpłacali pośrednikom dolary na przekaz do Chin, Fong wracał do swoich ziół, tłumacząc, że musi się natychmiast zająć eliksirem wiosennym. Kolejne lata zlewały się w jedno. Shue-ying, żona Fonga Dun Shunga, coraz częściej dochodziła do wniosku, że o upływie czasu dają jej znać tylko mnisi ze świątyni na północ od wioski: rano, kiedy uderzali w potężne dzwony z brązu, i wieczorem, kiedy niskim dźwiękiem bębnów wzywali ludzi do modlitwy. Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata. Shue-ying wracała pamięcią do dawno


27/76

minionych chwil, kiedy wędrowni akrobaci, magicy i zatrzymujący się w wiosce poeci recytowali taki oto wiersz: „Jeśli masz córkę, wydaj ją czym prędzej za wędrowca na Złotą Górę, bo jak zejdzie ze statku, przywiezie ze sobą setki sztuk srebra”. Wszystko się jednak zmieniło, także słowa wiersza: „Jeśli masz córkę, nie wydawaj jej za wędrowca na Złotą Górę, bo opuści żonę i całkiem o niej zapomni”. To właśnie przytrafiło się Shue-ying, która od wyjazdu męża i synów nie miała o nich żadnych wieści. Nie wiedziała nawet, czy żyją: wiedziała natomiast, że jej los – i tak trudny, zanim cała trójka ruszyła na poszukiwanie fortuny – odmienił się tylko na gorsze. Wydała swoją córkę Lin za Jun Quaka, mężczyznę z sąsiedniej wioski, i straciła nadzieję, że ją jeszcze zobaczy. Najstarszy syn marnował się w starej lepiance przy jednym z zaułków Dimtao. Za towarzyszkę życia wybrał sobie fajkę do opium, a wszystkie jego obowiązki – opieka nad grobami przodków, chodzenie do świątyni, przestrzeganie noworocznych rytuałów – rozwiały się w oparach narkotyku. Przestał też sprzedawać zioła, więc żałosne dochody rodziny spadły niemal do zera. Shue-ying. Jej imię znaczyło „bohaterka śniegu”, ale żona Fonga nigdy nie czuła się bohaterką. Urodziła się w biednej rodzinie i już w dzieciństwie została sprzedana. Nikt nie miał złudzeń, że olejki do włosów, pięknie haftowane jedwabie i wykwintne potrawy przypadną jej kiedykolwiek w udziale. Matka nie krępowała jej stóp w „złote lilie”. Shue-ying miała kościste nogi wieśniaczki. Była niska, ale silna. Wystarczająco silna, by nosić ludzi na grzbiecie od wioski do wioski. Aiya, pokrzykiwali na nią, żeby się pośpieszyła, żeby nie podskakiwała i szła równym krokiem po twardej, urodzajnej ziemi, dźwigając ich na uroczystości Nowego Roku, na pogrzeb albo wesele. Niektórzy poganiali Shue-ying przez całą drogę, waląc ją knykciami po ramionach. Płoniła się z gniewu i ze wstydu. Byli przecież wieśniakami, tak jak i ona! Kto by jednak chciał iść


28/76

o własnych siłach, skoro mógł dosiąść jej grzbietu? Mieszkańcy Dimtao woleli oszczędzić na transporcie, zamiast wynajmować droższą rikszę albo palankin. W zamian za trud i poniżenie Shueying dostawała kilka monet, co wystarczało na zakup worka ryżu. Praca tragarki – jakkolwiek upokarzająca – była jedynym źródłem utrzymania nie tylko dla niej, ale i dla Fonga See, syna Numer Cztery. Miał dziewięć lat, kiedy ojciec i bracia wyruszyli na Gam Saan. Shue-ying zastanawiała się nieraz, co ich czeka w przyszłości. Jako mężatka nie mogła liczyć na pomoc żadnego przyzwoitego mężczyzny. Była zbyt zniszczona, żeby zostać prostytutką w Fatsan albo Kantonie. Modliła się, żeby bogowie zapomnieli o niej i o Fongu See. Jeszcze jedno nieszczęście, a skończą na ulicy, zależni od cudzej wielkoduszności, wędrując od domu do domu z żebraczą miską w dłoni. W 1870 roku, po zakończeniu budowy kolei transkontynentalnej, Fong Dun Shung otworzył w Sacramento wielki sklep zielarski Kwong Tsui Chang. Na jednej ze ścian zawiesił pożółkłą fotografię prasową, na której uwieczniono moment wbicia w szynę złotego haka, symbolizującego koniec prac. Pamiętał, jak zbiegli się nadzorcy i odepchnęli na bok Chińczyków, żeby ustawić się do zdjęcia. Ludzi Tang nie ma na fotografii. Większość występujących tego dnia dygnitarzy nie wspomniała o nich ani słowem w podziękowaniach. Docenił ich tylko Crocker: „Chciałbym wam uświadomić, że szybkie zakończenie budowy kolei zawdzięczamy w dużej mierze biednym, pogardzanym robotnikom z Chin – ich sumienności i biegłości w fachu”. Fong czuł, że zarówno słowa wypowiedziane przez Cockera, jak milczenie innych prominentów powinny dać mu do myślenia. Często wracał pamięcią do ostatnich dni na kolei – jak podekscytowane ekipy walczyły o palmę pierwszeństwa przy zakończeniu prac i jak nikt nie wiedział, co ze sobą zrobić, kiedy było już po wszystkim. Część robotników wróciła do domu, wędrując po


29/76

ułożonych przez siebie torach. Wzięli ze sobą niewiele więcej, niż przynieśli – opuszczali Złotą Górę, dźwigając kosze z waciakami, ubraniem na zmianę i butami ze skóry. Mieli pieniądze, ale większość straciła je wkrótce, uprawiając hazard na statku – lata znoju poszły na marne, bo kilka razy z rzędu postawili na niewłaściwą liczbę guzików. Inni współtowarzysze z obozu poszli w przeciwnym kierunku – na wschód. Żaden z nich nie miał pojęcia, co tam naprawdę zastanie, ale wszyscy mieli pieniądze w kieszeniach. Może by tak otworzyć własną pralnię albo poszukać pracy na farmie? Niektórzy udali się na północ, bo doszły ich słuchy o budowie kolei w stanach Waszyngton i Oregon. Większość – nie wyłączając Fonga – wróciła przez góry do Sacramento, gdzie mężczyźni gotowi harować za niewielkie pieniądze mogli liczyć na zatrudnienie w ramach szeroko zakrojonej kampanii rekultywacji ziem. Nikt nie wiwatował ani nie strzelał z petard w intencji szczęśliwej, bezpiecznej podróży robotników, o których Fong troszczył się przez tyle lat. Wielu widział wtedy po raz ostatni. Po części – o czym dowiedział się z plotek w swym sklepie przy Pierwszej Ulicy – wszelki ślad zaginął. Kilka grup zwabiono do ślepych kanionów, gdzie wędrowcy zginęli od kul, zmarli z zimna albo błąkali się tak długo, aż całkiem stracili siły i padli ofiarą dzikich zwierząt. Fong Dun Shung nie wiedział, czy te historie są prawdziwe, ale nie miał też pewności, że są fałszywe. Żył wśród białych wystarczająco długo, żeby poznać bezmiar ich nienawiści. Kiedy skończyła się praca na kolei, Fong wziął ze sobą niewielkie oszczędności i ruszył do Sacramento, gdzie otworzył sklep Kwong Tsui Chang – co znaczyło z grubsza „pokój drogą do sukcesu” – w pobliżu stacji kolejowej i przystani. Tutaj mógł wrócić do rodzinnej tradycji i wykonywać zawód odziedziczony po ojcu. Zaczął nieźle zarabiać – po raz pierwszy w życiu. Mimo to wciąż nie wysyłał pieniędzy Shue-ying i pozostałym w Chinach dwóm synom.


30/76

Usprawiedliwiał się przed samym sobą na wiele sposobów: może już nie żyją, może o nim zapomnieli. Może lepiej wydawać pieniądze na synów, którzy przyjechali z nim na Złotą Górę. Fong Lai i Fong Quong pracowali za dniówkę, więc ledwie im starczało na jedzenie, ubranie i kwaterę. Fong Dun Shung ubolewał, że nie potrafi uszanować własnej żony. Jeszcze bardziej ubolewał, że nie wpoił drugiemu i trzeciemu synowi prastarej chińskiej sztuki medycznej. Gdyby o to zadbał, mogliby się sami o siebie zatroszczyć. Nie zmienił się od czasu pracy na kolei i wolał nie zaprzątać sobie tym wszystkim głowy, skupiając się bez reszty na medycynie. Wciąż pomagał ludziom, którzy cierpieli na nadmiar chłodu lub gorąca, wilgoci albo suchości. Jedyna różnica między tym, co robił przez ostatnie lata, a obecną pracą sprowadzała się do tego, że znów przepisywał kuracje chińskim kobietom – prawie bez wyjątku prostytutkom. Spółka wielmożnego Hy Ye Tunga już w 1854 roku wyekspediowała 600 dziewcząt do pracy w burdelach San Francisco. W początkach handlu kobietami chińscy wieśniacy – wymęczeni głodem, suszą i wojną – mogli sprzedać swoje córki w Kantonie za równowartość 5 dolarów. W 1868 roku dziennikarze określali ten proceder mianem „importu kobiet w pęczku”. Większość dziewcząt – w wieku od dwunastu do szesnastu lat – postępowała jak kulisi, którzy zawierzali swój los ludziom bez czci i wiary, byle tylko dotrzeć na Złotą Górę: odciskając ślad kciuka na umowach, których nie umiały przeczytać. Mimo że prawo w Stanach Zjednoczonych zakazywało obrotu żywym towarem, ta gałąź handlu kwitła, wymykając się spod wszelkiej kontroli. Kiedy zakończono budowę kolei, cena rynkowa bladoskórej dziewczyny w „pierwszym gatunku” – kupionej w Kantonie za 50 dolarów – mogła podskoczyć w Kalifornii nawet o 1000 dolarów. Dziewczęta młodsze, zarażone chorobą weneryczną albo mniej atrakcyjne, kupowano za kilka dolarów, żeby na każdej zarobić 200–800 dolarów.


31/76

W określone dni, kiedy parowce z łoskotem maszyn ruszały w górę rzeki z San Francisco, wioząc na pokładzie kolejny ładunek dziewcząt, na aukcjach zbierał się istny tłum. Każda dziewczyna mogła trafić gdzie indziej. Te, do których los się uśmiechnął, kupowano na żony, zupełnie jak w ich rodzinnych wioskach. Inne sprzedawano na tak zwane luksusowe prostytutki. Większość – urodzona pod złą gwiazdą – miała spędzić resztę krótkiego życia w „kojcach”: maleńkich klitkach wyposażonych jedynie w łóżko, z których wyglądały na świat przez okratowane okna. Fong Dun Shung miał swój interes w tym procederze. Widywał mężczyzn przedtem i potem: gdy przychodzili do niego po cudowny eliksir na potencję i gdy wracali po lekarstwo na gnijącą męskość. Widywał też kobiety, których życiu zagrażały i którym mogły odebrać źródło utrzymania choroby weneryczne, ciąża czy gruźlica. Świetnie zarabiał, bo miał pełne ręce roboty. Wciąż uprawiał hazard, tym razem ze znacznie lepszym skutkiem. Był tylko jeden kłopot. Tęsknił za kobiecym towarzystwem. Poszedł więc w ślady innych ludzi sukcesu. Ożenił się z louh geui – tą, która zawsze trzyma nogi w górze – i próbował uciec od myśli o rodzinie pozostawionej w Chinach. Wieści o ukończeniu Wielkiej Kolei dotarły nawet do maleńkiego Dimtao. Ale matka Fonga See wciąż nie miała pojęcia, co się stało z jej mężem. Starzała się z dnia na dzień, Fong See wiedział jednak, że najtrudniej było tuż po wyjeździe ojca, kiedy musiał ścinać na polach trawę i sprzedawać ją wieśniakom na karmę dla ryb trzymanych w sadzawkach. Praca była ciężka i przynosiła niewielkie dochody, ale dzięki niej chłopak poznał wszystkie stawy rybne we wsi. Ilekroć spadł deszcz i stawy występowały z brzegów, rozlewając się na okoliczne pola ryżowe, Fong See brodził w mętnej wodzie, chwytając ryby gołymi rękami. Mogli wtedy liczyć na suty


32/76

posiłek – rybę gotowaną na parze, ze szczypiorkiem, imbirem i sosem sojowym. Stare chińskie przysłowie mówi, że kiedy jednej rodzinie zabraknie ryżu, sto innych rodzin pośpieszy jej z pomocą. Podobnie jak większość przysłów, i to było raczej pobożnym życzeniem. Ktoś jednak wyciągnął pomocną dłoń do rodziny Fonga See. W 1871 roku „ciocia” i „wujek” – nikt z krewnych, po prostu dobrzy ludzie ze wsi – zainteresowali się chłopcem, który mozolił się za tak nędzne wynagrodzenie. – Chcesz pojechać do Ameryki? – spytał sędziwy „wujek”. – Pewnie – odpowiedział Fong See, wiedząc, że nie ma czym zapłacić za podróż. – Pożyczę ci pieniądze i potem mi oddasz – oznajmił „wujek”. Życie Fonga See nagle nabrało tempa. Matka doceniła rozsądną propozycję. Najmłodszy syn okazał się zaradny i odpowiedzialny. Nie miała wątpliwości, że po przyjeździe na Złotą Górę wyruszy na poszukiwanie ojca, zacznie zarabiać i nie zapomni odesłać jej męża z pieniędzmi. Za kilka dni Fong See – czwarty syn Fonga Dun Shunga – miał spojrzeć po raz ostatni na wioskę Dimtao. Potem miał ruszyć na południe, do Hongkongu, i wsiąść na statek płynący na drugi brzeg oceanu, gdzie Fong See spodziewał się odnaleźć ojca i braci, po czym zachęcić ich do powrotu w rodzinne strony. Najpierw jednak musiał wystąpić w roli pana młodego. Uroczystości weselne były zawsze jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń w wiosce. Tym razem wiele tradycyjnych rytuałów pominięto lub odprawiono w pośpiechu. Matka Fonga See oraz swat, który kojarzył małżeństwa w sąsiedztwie, wybrali mu i kupili dziewczynę imieniem Yong, pochodzącą z jeszcze biedniejszej rodziny. Fong See jeszcze jej nie widział, ale swat zapewniał, że Yong jest zdrowa i przyszła na świat z dwojga krzepkich wieśniaków, których los – z tym jednym nieszczęsnym wyjątkiem – pobłogosławił wyłącznie męskim potomstwem. Yong nawykła do


33/76

ciężkiej pracy i zna swoje miejsce. Czy jest ładna? Fong See nie wiedział. Matka poszła do wróżbiarza, który wyznaczył sprzyjający termin ślubu przed wyjazdem chłopaka. Pertraktacje między rodzinami przebiegały według określonych reguł, choć zakończyły się szybciej niż zwykle. I jedni, i drudzy byli biedni, targi ograniczyły się więc do opłaty za narzeczoną. Shue-ying posłała tylko jeden kosz ciastek weselnych i kilka plastrów pieczonej wieprzowiny – zamiast całego prosięcia z rusztu. Zaaranżowała małżeństwo syna, by zacieśnić jego więź z Chinami i rodzinną wioską Dimtao. Przez wszystkie tygodnie, miesiące, a może nawet lata, które Fong See spędzi na obczyźnie, Yong będzie zaprzątać jego myśli i nawiedzać go w snach. Fong See nie zapomni ani o niej, ani o matce i w końcu wróci do domu. Do tego czasu Yong – obecnie dziesięcioletnia – będzie zwykłą służącą. Teraz – wyglądając tragarzy niosących narzeczoną do Dimtao – Fong See próbował sobie wyobrazić jej ostatnie dni i godziny w rodzinnej wiosce. Yong weźmie kąpiel w wywarze z liści pomelo, zebranych przez najbliższą kuzynkę, siądzie na macie do suszenia ryżu i poczeka, aż krewne rozczeszą jej włosy i upną fryzurę stosowną dla mężatki. Pokłoni się tabliczkom z imionami przodków i padnie na twarz przed matką i ojcem, których już nigdy więcej nie zobaczy. Jeśli los się do niej uśmiechnie, kilkoro wieśniaków wciśnie jej ukradkiem trochę lai see – pieniędzy na szczęście, które będzie mogła zatrzymać tylko dla siebie. Fong See zaczął się zastanawiać nad przebiegiem samej uroczystości. Nie będzie przyjęcia, bo matki nie stać na podejmowanie gości. Nie będzie pokoju weselnego – tylko siennik w rogu jednoizbowej matczynej chaty. Nie będzie nocy poślubnej, bo mała Yong jest po prostu za młoda. Chłopak chciał się skupić na przyszłości, na podróży i poszukiwaniach swoich bliskich, ale wciąż odbiegał myślą w minione lata. Urodził się w 1857 roku pod dobrą wróżbą, bo


34/76

w sierpniu, w wiosce Dimtao w okręgu Nam Hoi, w delcie Rzeki Perłowej, w prowincji Kwangtung w Państwie Środka. Jego wioska leżała w odległości pół dnia marszu na północ od handlowego miasta Fatsan i całego dnia marszu od Kantonu. Znał każdy zakątek i wszystkich mieszkańców Dimtao, bo z każdym go coś łączyło. Fong See miał czternaście lat, więc z pewnością dojrzał już do małżeństwa. Nie odebrał wprawdzie żadnego wykształcenia, ale był sprytny i zaradny. Zanim skończył dziesięć lat, poszedł do Kantonu i sprzedawał orzeszki ziemne – symbol pomyślności. Życie w Kantonie nie przypominało życia w wiosce. Nawet czas zdawał się tu ważniejszy, bo po ulicach krążyły ludzkie zegarynki, przez cały dzień podając godzinę. Widział tysiące Chińczyków, którzy mieszkali na statkach zacumowanych do nabrzeża. Słyszał, że wielu z nich rodzi się i umiera na wodzie, ani razu nie schodząc na ląd. Widywał dziewczynki młodsze od siebie, biegnące do fabryk jedwabiu przed świtem i wychodzące po zachodzie słońca. Kiedy wracał na kwaterę z ulubionego zaułka, gdzie sprzedaż szła najlepiej, zdarzało mu się zerkać przez deski, którymi zabijano fabryczne okna, i podpatrywać dziewczynki przy parujących wokach, jak zanurzają dłonie we wrzątku, by odplątać jedwabną nić z kokonu. W innych fabrykach dziewczynki traciły wzrok, ślęcząc dniami i nocami nad „zakazanym” haftem w feniksy i smoki. Widywał rozmaite cuda w tym południowym mieście – pokazy lalkarzy, zaklinaczy węży i akrobatów balansujących miskami na długich bambusowych tyczkach. Widywał zawodowych żebraków, wystających w kolejce przed wspaniałymi rezydencjami – zachodził w głowę, co też się kryje za tymi misternie rzeźbionymi drzwiami – w nadziei, że do drewnianej miseczki wpadnie im trochę ryżu lub innych resztek z uczty. Niektórzy byli wychudzeni, sama skóra


35/76

i kości. Inni, pochodzący z rodzin trudniących się zawodowo żebractwem, kaleczyli się umyślnie i wyglądali naprawdę okropnie. Widywał przestępców zakutych w kangi – drewniane pęta, mocowane wokół szyi. Podziwiał niewątpliwą skuteczność tej kary. Skazany na kangę nie spał, bo nie mógł ułożyć głowy. Nie jadł, bo nie mógł sięgnąć do ust. Nie mógł odpędzić włażących mu do oczu i uszu utrapionych owadów, mógł jednak wciąż pracować rękami. Dźwigał ciężar swego poniżenia, tymczasem wyryte w drewnie znaki obwieszczały całemu światu, jakiego dopuścił się wykroczenia. Fong See widywał też mężczyzn spędzających całe dnie z dłońmi zakutymi w dyby. Trudno o lepszą karę dla złodzieja: unieruchomić występne ręce w dwóch kawałkach drewna i wystawić na pośmiewisko sąsiadów. W wiosce Fonga See karano za kradzież jeszcze surowiej. Jeśli ktoś ukradł kurczaka, przepędzany był od domu do domu. Wieśniacy chłostali go na zmianę, gdy strażnik rytmicznie uderzał w gong. Kara fizyczna była dokuczliwa, ale i tak nie mogła się równać z upokorzeniem na oczach całej wioski. Przybycie palankinu obwieszczono trzaskiem petard. Fong See zerwał się na równe nogi. Wieśniacy ruszyli hurmem, żeby popatrzeć, jak tragarze zastygają w bezruchu, podtrzymując palankin obciągnięty czerwonym materiałem. Kiedy wyszła z niego mała Yong z twarzą zakrytą czerwonym welonem, Fong See spostrzegł, że zasłona drży. Dotknął głowy Yong wachlarzem, uniósł welon i spojrzał w pobladłą twarz dziecka, które miał poślubić. Kilka miesięcy później, kiedy inni Chińczycy rozpychali się łokciami, żeby zejść pod pokład, Fong See chwycił za reling statku, który sunął powoli z zatoki San Francisco w górę żółtawej rzeki Sacramento. Słyszał, że większość rejsów odbywa się w nocy, ale odkąd znalazł się na Złotej Górze, starał się jak najwięcej zobaczyć i doświadczyć. Podczas miesięcy spędzonych w Wielkim Mieście


36/76

San Francisco wędrował uliczkami chińskiej dzielnicy, zatrzymując się przy każdym sklepie zielarskim i odwiedzając kantorki wszystkich mistrzów akupunktury, żeby spytać o ojca i braci. Nic nie wskórawszy, postanowił spróbować w Sacramento, Drugim Mieście. – Braciszku, chyba jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Fong See odwrócił się na dźwięk ojczystego dialektu i ujrzał starszego mężczyznę z kilkoma koszami i stertą przewiązanych sznurkiem paczek u stóp. – Musisz być naprawdę mądry, skoro tu zostałeś, podczas gdy nasi rodacy zeszli pod pokład, gdzie może dopaść ich śmierć. Czyżby stracili rozum? Czyżby nie pamiętali? – Wujku – odpowiedział Fong See, używając zwyczajowej formy grzecznościowej – podróżuję do Yee Fow, do Drugiego Miasta. Nie rozumiem. Stary człowiek skinął na niego. – Nowy jesteś? Kiedy Fong See potwierdził, staruszek pośpieszył z wyjaśnieniami. – Fan gway nazywają te statki pływającymi pałacami. Ja je nazywam przybytkami śmierci. Pamiętasz, jak matka nie pozwalała ci zdejmować pokrywki z garnka, w którym gotował się ryż? Po pierwsze, zmarnowałbyś ryż, po drugie, sam byś się poparzył. Ten statek jest jak garnek z ryżem. Działa na parę. Pod pokładem są wielkie kotły, które wybuchają, ilekroć białe diabły zapominają ich doglądać. Kilka lat temu, kiedy byłem jeszcze młody, statek „Yosemite” eksplodował tuż po wyjściu z portu w Rio Vista. Przepływaliśmy tamtędy tego samego dnia. Wybuch uniósł ciała w powietrze. W pierwszej eksplozji zginęło 100 osób, w drugiej 50. Reszta utonęła, kiedy statek poszedł na dno. Ofiarami wybuchu padli wyłącznie ludzie Tang. Widziałem ich zwłoki niesione przez wodę. Mieli spaloną i porozrywaną skórę. Fan gway pochowali wszystkich we wspólnym grobie. Nie można ich za to obwiniać.


37/76

Z naszych rodaków zostały tylko bezimienne strzępy gotowanego mięsa. Cóż fan gway po ludziach? Ratowali złoto, nie ludzi. Potem wydobyli ten statek śmierci na powierzchnię. Pocięli go na kawałki i zrobili nowy, który do tej pory pływa po tej rzece. To, co widziałem, uczyniło ze mnie starca, którego masz teraz przed sobą. Fong See wiele się nauczył, dzięki temu, że pozostał na górze – zamiast schodzić na dolny pokład, gdzie setki jego rodaków płaciło po kilka centów za podróż w „chińskiej celi” i kursowało rzeką tam i z powrotem w poszukiwaniu pracy. Jak się dowiedział z dalszych rozmów ze starcem, statki rzeczne miały tak płytkie zanurzenie, że po deszczu zdarzało im się wpłynąć na mieliznę. Przekonał się, że w nocy lub podczas mgły kapitan, by się upewnić, dokąd płynie i kiedy powinien zrobić zwrot, uderza w dzwon i czeka, aż echo wróci od zabudowań. Opowiadano o kapitanach, którzy nie dosłyszeli echa lub zaniedbali swoje obowiązki, wpadli na płyciznę i rozbili statek w gęstej mgle, otulającej nadbrzeżne zarośla żabieńców. Fong See godzinami przebywał w towarzystwie starca. Spoglądając w dół, widział mętną, spienioną wodę, tworzącą wiry za każdym obrotem koła. Przez większość trasy rzeka trwała w czułych objęciach ilastych brzegów, czasem jednak podróżni mijali wysokie groble – zupełnie jak w Chinach. Starzec powiedział, że zbudowali je chińscy robotnicy sezonowi. Statek przepływał z mozołem obok domów skleconych naprędce z drewna, przycupniętych wzdłuż brzegu, na palach – co znów przypominało Fongowi See rodzinne Chiny. Widział podobne domy w Kantonie, kiedy był ulicznym sprzedawcą orzeszków ziemnych. Statek mijał też pola uprawne, gdzie można było wypatrzyć utrudzonych pracą Chińczyków. – Chodź – powiedział starzec – coś ci pokażę. Przyczaił się za stertą worków, sprawdził, czy nikt go nie obserwuje, po czym wspiął się schodkami dla załogi na górny pokład, a Fong See podążył za nim. Przywarli do desek i podczołgali się do okna.


38/76

– Śmiało, braciszku. Popatrz. Fong See uniósł głowę i zajrzał do środka. Mniejsza, co mówił starzec – to był naprawdę pływający pałac. Przestronne wnętrze nie przypominało niczego, co chłopak widział do tej pory. Miało wysokość dwóch pięter, ale tam, gdzie powinno zaczynać się drugie, biegł wzdłuż ściany balkon. Białe kobiety w rękawiczkach i jedwabnych sukniach z suto marszczonymi spódnicami wspierały się o misternie rzeźbioną balustradę. Inne – siedząc w fotelach obitych czerwonym pluszem, wokół stołów z marmurowymi blatami – popijały szampana z wysokich kieliszków. Kilka par tańczyło w rytm jakiejś dziwnej muzyki, której dźwięki dobiegały przez okno. Patrząc na sięgające od podłogi do sufitu lustra w złoconych ramach, Fong See zastanawiał się, czy oprawiono je w prawdziwe złoto. Obserwował brodatych mężczyzn w jedwabnych koszulach i ubraniach z delikatnej wełny, czasem z głową okrytą kapeluszem – w kształcie cylindra lub odwróconej miski – oraz kobiety o włosach rudych albo złocistych jak u demona, ułożonych w wysokie fryzury przyozdobione kapelusikami z piórem. Od widoku ich zwielokrotnionych odbić Fongowi zakręciło się w głowie. Chciał znaleźć się w środku, wmieszać między tych ludzi w wymyślnych strojach, zanurzyć się w rozgwarze ich beztroskich rozmów. – Hej, ty! Złaź stamtąd, zanim wyrzucę cię za burtę. Fong See nie zrozumiał słów majtka, z tonu głosu domyślił się jednak ich znaczenia. Jego towarzysz powiedział coś w obcym języku, chwycił Fonga See za ramię i zeszli na główny pokład. Kiedy usiedli w kucki przy relingu, starzec rzekł: – Białe demony nie chcą nas w swoim kraju. My im tylko ułatwiamy przyjazd. Ryzykujemy życiem, czasem nawet giniemy przy budowie kolei, która ma otworzyć przed nimi drogę. Szybko o tym zapominają. – Nieprawda – zaoponował Fong See. – Tutaj każdy może zdobyć fortunę.


39/76

– Mylisz się. Tylko fan gway. – Ale my jesteśmy ludźmi Tang. Mamy swój honor. Na pewno nas dobrze traktują. – Co cię tu sprowadziło, braciszku? – Przyjechałem szukać ojca – przyznał Fong See z dumą. – Jest zielarzem. Mam nadzieję odnaleźć go w Drugim Mieście. – Aha! – starzec splunął i spojrzał na chłopca spode łba. – A poza tym? – Mam zamiar się dorobić na Złotej Górze. Zostawiłem żonę w rodzinnej wiosce. Chcę, żeby była ze mnie dumna. Pewnego dnia odzieję ją w najdelikatniejszy jedwab i przyjmę tylu służących, żeby odtąd jej stopa nie tknęła ziemi, a twarz i dłonie nigdy nie straciły blasku. – Przyjechałeś po pieniądze. – Tak, wujku, a ty nie? – Oczywiście, braciszku, mam swoje marzenia, ale ma je też biały demon. Jeździ po kraju traktami, które zawdzięcza pracy rąk moich braci. Teraz mówi, że to on chce pracować. – Przecież biali pracują? – Kiedyś nie pracowali. Stali. Rozmawiali. Mówili nam, co robić. Nowe demony chcą nam zabrać pracę i wygnać nas precz. – Ale ja dopiero przyjechałem. – Posłuchaj mnie. Bądź ostrożny. Miej oczy i uszy otwarte. Jeśli coś ci zrobią, przyjmij to w milczeniu. Nie pokazuj im, że jesteś wściekły. Ukryj swój gniew. Zachowaj nieprzeniknioną twarz, tak jak ja, żeby nie mogli wejrzeć w twoją duszę. Fong See spojrzał na oblicze starca, które z wolna traciło wszelki ludzki wyraz, aż zaczęło przypominać pustą, nieotynkowaną ścianę, bez żadnych napisów czy afiszy. Mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha – po chwili znów był sobą. – Ludzie przypływają zza drugiego oceanu i zostają obywatelami – ciągnął – ale nie my. Jeśli ktoś cię uderzy, okradnie lub zamorduje, nic się nie da zrobić. Mogą nas oszukiwać na dniówkach.


40/76

Mogą gwałcić nasze kobiety. Nie różnimy się niczym od Indian i czarnych. Nie mamy władzy. Nie mamy prawa głosu. Nie możemy dochodzić odszkodowań. Inaczej niż w naszych rodzinnych wioskach, gdzie mężczyzna musi pogodzić się z karą wyznaczoną mu przez współmieszkańców. Na Złotej Górze Chińczykom nie wolno nawet świadczyć przeciwko białemu demonowi. Starzec odwrócił się i popatrzył w dal przez żółtawą wodę, przez groble i pola, zatrzymując wzrok na bezchmurnym niebie. Fong See uświadomił sobie, że rozmowa skończona. Wciąż miał wiele pytań, po chwili doszedł jednak do wniosku, że starzec się myli. Na pewno zgorzkniał po tylu latach spędzonych samotnie. Niemożliwe, żeby w obcym kraju nie przyjmowano Chińczyków jak gości. Historia życia Fonga See, jego pierwszych zaślubin, dojrzewania, podróży na Złotą Górę, poszukiwań ojca, urodzin, a nawet imienia, pozostanie na zawsze mglistą mieszaniną faktów, tajemnicy, zmyślenia i rodzinnej legendy. Bardzo to amerykańskie, nie ma bowiem drugiego kraju, w którym mężczyzna (a nawiasem mówiąc, także kobieta) mógłby odkrywać siebie wciąż na nowo. Fong See i jego potomkowie ułożyli tę historię w mozaikę doznań, odczuć, czasem pobożnych życzeń, czasem niepodważalnych dowodów. Nic dziwnego, że poszczególne wersje różnią się w szczegółach. Mimo że od opisanych wydarzeń minęło przeszło sto lat, wciąż toczy się spór o imię Fonga See. Jego wnuczka nazwała swą córkę Sian – na pamiątkę miejsca wykopalisk archeologicznych w Chinach i z miłości do dziadka, na którego wołano ponoć w dzieciństwie See-on. Zdaniem części rodziny jego chłopięce imię brzmiało Yong Yee. Inni utrzymują, że to imię jego żony Numer Jeden, która wywodziła się z klanu Yong. W rozmowach z urzędnikami administracji państwowej Fong See podawał przyjęte po ślubie nazwisko Fong Ngai Jung, ale nikt z rodziny nie pamięta, żeby go kiedykolwiek używał. Większość uważa, że nazywał się po prostu


41/76

Fong See: Fong to imię klanowe, See znaczy dosłownie „cztery”, bo był czwartym synem. Niektórzy krewni, owszem, potwierdzają tę wersję, są jednak zdania, że kiedy ich przodek przybył do Ameryki i podał urzędnikom imigracyjnym swoje imię – Czwarty Syn Fonga – ci zrozumieli, że See to jego nazwisko. Garstka krewnych zaprzecza: nie, naprawdę było tak, że gdy urzędnicy spytali go, skąd pochodzi, odpowiedział: „From across the sea” (zza morza). Stąd się wzięło See, bo jak wiadomo, urzędnicy imigracyjni po obu stronach oceanu słyną ze skłonności do przekręcania nazwisk. Bez względu na to, jak było „naprawdę”, przez następne pięćdziesiąt lat posługiwał się nazwiskiem See, po czym wrócił do nazwiska Fong. Ponieważ jednak jego sklepy działały pod szyldem F. Suie One Company, później zaś F. See On Company, biali klienci nazywali go pan Suie, pan See, czasem nawet pan On, ale nigdy pan Fong. Sissee, najstarsza córka Fonga See, utrzymywała, że jej ojciec ożenił się po raz pierwszy, kiedy miał zaledwie siedem lat, w tym samym roku, w którym Fong Dun Shung wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Wcale nie szukał ojca; to ojciec po niego posłał, uznawszy, że ze sprowadzeniem czwartego syna będzie najmniej kłopotów. Fong Dun Shung wrócił do Chin dopiero wówczas, kiedy się już dorobił. Zdaniem Danny’ego Ho Fonga, bratanka Fonga See, dziadek się nigdy nie „zgubił”. Wybrał się na Alaskę, czyli kolejną Gam Saan, skąd zapomniał przesłać rodzinie pieniądze – dlatego właśnie Fong See i jego matka musieli „tyrać do upadłego”, żyjąc w „skrajnej nędzy”. (Niestety, Danny Ho umarł, zanim ktokolwiek zdążył go spytać o szczegóły tej historii). Jak opowiadał Ming Chuen Fong, najstarszy syn Fonga See z trzeciego małżeństwa, przed wyjazdem z Chin ojciec był wędrownym sprzedawcą warzyw i dźwigał towary na targ w dwóch koszach zawieszonych na bambusowej tyczce. Chuen potwierdza, że ojciec zaręczył się przed podróżą, ale jego zdaniem miał wtedy siedemnaście lat; Fong See nie odnalazł ojca ani braci, którzy


42/76

zdążyli już wrócić do Chin, gdzie Fong Dun Shung czerpał niezłe dochody z hazardu. Jak czytamy w haśle ze Słownika biograficznego Amerykanów pochodzenia chińskiego, opublikowanego w Chinach na łamach czasopisma „Foshan Wen Shih”, Fong See skończył dwadzieścia lat, kiedy „poszedł w ślady swoich rodaków i ruszył za chlebem do Stanów Zjednoczonych”, gdzie „zmagał się z przeciwnościami losu i przeżył wiele gorzkich doświadczeń”, jego ojciec zaś „nie odniósł sukcesu i zmarł na obczyźnie, nie powróciwszy nigdy do Chin”. Ze wszystkich „kłamstw” rozpowszechnianych przez Fonga See najtrudniejsze do zweryfikowania okazały się jego wypowiedzi na temat wieku. Zgodnie z jedną wersją historii rodzinnej, zmarł na dwa tygodnie przed setnymi urodzinami. Ciotka Sissee utrzymywała, że w pewnym momencie ojciec zaczął się postarzać przy rozmaitych okazjach – chińskiego Nowego Roku lub przyjścia na świat nowego dziecka w rodzinie – skutkiem czego niedługo przed śmiercią wmawiał klientom, że ma sto dwadzieścia lat. Co do „niezbitych” faktów, to w dokumentach imigracyjnych Fonga See znalazło się kilka wpisów, z których wynika, że urodził się w 1866 (a nie w 1857) roku i wylądował w Stanach Zjednoczonych w 1881, w wieku piętnastu lat. Na początku 1917 roku zmienił zdanie i odtąd oznajmiał urzędnikom, że nie pamięta, kiedy się urodził ani kiedy opuścił Chiny. Dokumenty imigracyjne są jednak często niewiarygodne i trudno z nich cokolwiek wywnioskować – na mętnie sformułowane pytania udzielano równie mętnych odpowiedzi. W sytuacjach mniej oficjalnych Fong See opowiadał dziennikarzom i klientom, że przybył do Stanów Zjednoczonych w 1871 roku i trzy lata później osiadł w Los Angeles. Nie była to do końca prawda. W 1874 roku założył spółkę w Sacramento, a do Los Angeles przeprowadził się dopiero w 1897. Warto rozważyć słowa jednego z jego wnuków: „Jeśli kłamiesz, musisz mieć powód”. Zważywszy więc na czas cudów, darujmy Fongowi See jego zmyśloną historię – z całą jej wyolbrzymioną


43/76

prawdą i wytworami fantazji. Skoro utrzymywał, że postawił stopę na Złotej Górze w 1871 roku – to może istotnie tak było: może przebył ocean nie na pacyficznym parowcu pocztowym (najpopularniejszym wówczas środku transportu), tylko na kliperze, „niesiony wiatrem”, jak mawiali jego rodacy – jako już żonaty, czternastoletni mężczyzna.


Rozdział 2 Wykluczenie 1872–1893

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 3 Miłość 1894–1897

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 4 Lo Sang 1897–1902

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 5 Imigracja 1902–1913

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 6 Dni rodzinne 1914–1918

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 7 Rodzinna wioska 1919–1920

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 8 Playboye 1920–1924

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 9 Porwanie 1925–1928

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 10 Wielki Kryzys 1929–1934

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 11 Wspomnienia: Tyrus opowiada swoją historię

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 12 Smocza Jama 1934–1935

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 13 Migawki 1936–1938

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 14 Anna May przemawia (zza grobu)

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 15 Kolejne szanse 1939–1941

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 16 Rodzina misyjna zyskuje synową 1942–1945

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 17 Wydrążony bambus 1946–1947

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 18 Pożar 1947–1950

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 19 Kolejne małżeństwo 1951–1957

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 20 Rodzina jest najważniejsza 1957–1995

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Rozdział 21 Rodzinna wioska II WIOSNA 1991

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Podziękowania

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Źródła

Dostępny Rozdział 1 Czas cudów


Na złotej górze Spis treści


72/76

Okładka Karta tytułowa Dedykacja Motto *** Przedmowa I Rozdział 1 Czas cudów 1866–1871 Rozdział 2 Wykluczenie 1872–1893 Rozdział 3 Miłość 1894–1897 II Rozdział 4 Lo Sang 1897–1902 Rozdział 5 Imigracja 1902–1913 Rozdział 6 Dni rodzinne 1914–1918 Rozdział 7 Rodzinna wioska 1919–1920 III Rozdział 8 Playboye 1920–1924 Rozdział 9 Porwanie 1925–1928 Rozdział 10 Wielki Kryzys 1929–1934 Rozdział 11 Wspomnienia: Tyrus opowiada swoją historię Rozdział 12 Smocza Jama 1934–1935 IV


73/76

Rozdział 13 Migawki 1936–1938 Rozdział 14 Anna May przemawia (zza grobu) Rozdział 15 Kolejne szanse 1939–1941 Rozdział 16 Rodzina misyjna zyskuje synową 1942–1945 V Rozdział 17 Wydrążony bambus 1946–1947 Rozdział 18 Pożar 1947–1950 Rozdział 19 Kolejne małżeństwo 1951–1957 VI Rozdział 20 Rodzina jest najważniejsza 1957–1995 Rozdział 21 Rodzinna wioska II WIOSNA 1991 Podziękowania Źródła Karta redakcyjna


Tytuł oryginału ON GOLD MOUNTAIN Wydawca Daria Kielan Redaktor prowadzący Tomasz Jendryczko Redakcja Maria Konopka-Wichrowska Redakcja techniczna Małgorzata Juźwik Korekta Elżbieta Jaroszuk Ilustracje na stronach tytułowych Asian American Studies Library, University of California at Berkeley Ilustracja na stronie 23 Natural History Museum of Los Angeles County Copyright © 1995 by Lisa See Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012 Świat Książki Warszawa 2012 Weltbild Polska Sp. z o.o. ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa


75/76

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom. ISBN 978-83-273-0288-5 Nr 90453473

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl al. Szucha 8, 00-582 Warszawa e-mail: kontakt@elib.pl www.eLib.pl


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Na Złotej Górze - Lisa See - ebook