Issuu on Google+


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Tytuł oryginału HARVESTING THE HEART Copyright © Jodi Picoult, 1993 All rights reserved

Projekt graficzny serii Ewa Wójcik Projekt okładki Luiza Kosmólska Ilustracja na okładce © Ian Taylor/First Light/Corbis/FotoChannels Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka Redakcja Rafał Szambelan


4/163

Korekta Grażyna Nawrocka Łamanie

Ewa Wójcik ISBN 978-83-7839-338-2 Warszawa 2011 Wydawca Prószyński Media Sp. z o.o. 02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7 www.proszynski.pl Skład wersji elektronicznej: Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

Dedykacja

Wstęp CZĘŚĆ PIERWSZA POCZĘCIE

ROZDZIAŁ 1 PAIGE ROZDZIAŁ 2 NICHOLAS ROZDZIAŁ 3 NICHOLAS Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.


Dla Kyle’a Camerona van Leera Patrząc jego oczami, odkrywam świat na nowo


Prolog PAIGE

Nicholas nie wpuścił mnie do domu, mojego własnego domu, ale mogę obserwować ich, czyli jego i naszego syna, przez okno. Wciąż koczuję na trawniku, wiem jednak dokładnie, kiedy zabiera Maksa do pokoju dziecinnego, żeby zmienić mu pieluchę: w oknie nagle


8/163

zapala się światło – to ta mała lampka w kształcie dinozaura, z abażurem wymalowanym w kości prehistorycznych zwierząt – a za szybą majaczy cień dłoni mojego męża, który zdejmuje dziecku pampersa. Trzy miesiące temu odeszłam

z domu.

Wtedy mogłam policzyć na palcach jednej ręki, ile razy Nicholas zmienił Maksowi pieluchę. Ale teraz nie ma co się dziwić. Nie miał przecież wyjścia, a w sytuacjach kryzysowych zawsze umiał sobie doskonale poradzić. Max zaczyna gaworzyć, wyrzuca z siebie sylaby biegnące jedna za drugą jak lśniące koraliki nanizane na nitkę. Zaciekawiona, wstaję z ziemi i wspinam się na najniższe gałęzie dębu, który rośnie najbliżej domu. Udaje mi się, choć nie bez wysiłku, podciągnąć na tyle, że sięgam brodą parapetu


9/163

w oknie pokoju dziecinnego. Siedziałam w ciemności tak długo, że gdy żółte światło lampki obmywa mi twarz, nie mogę przestać mrugać oczami.

Nicholas sięga do suwaka, zapina Maksowi ciepłe śpioszki. Gdy pochyla się nad nim, maluch łapie jego zwisający krawat i wkłada go sobie do buzi. Nicholas zabiera mu krawat i w tym momencie dostrzega mnie za oknem. Bierze Maksa na ręce, z rozmysłem odwracając mu główkę tak, żeby patrzył w inną stronę.

Podchodzi wielkimi krokami – tylko to jedno okno jest na tyle blisko, żeby można było

w nie zajrzeć – i patrzy prosto na mnie. Nie uśmiecha się, nie odzywa nawet słowem. Po chwili zaciąga zasłonkę i nie widzę już nic, tylko baloniki, kucyki i słoniki grające na puzonach, obrazki, które sama na niej


10/163

wymalowałam, kiedy byłam jeszcze w ciąży, a w bajkach szukałam lekarstwa na swój lęk i obietnicy szczęśliwego dzieciństwa dla syna. Tej nocy, kiedy na niebo wychodzi księżyc tak biały i olbrzymi, że nie mogę zasnąć

w obawie, że spadnie mi na głowę, przypominam sobie sen, który zaprowadził mnie po latach do mamy, nieobecnej w moim życiu od dzieciństwa. Wiem już, oczywiście – chociaż to raczej bez różnicy – że to nie jest żaden sen, tylko prawdziwe wspomnienie. Zaczęło mnie ono nachodzić, gdy urodziłam Maksa: najpierw pierwszej nocy po porodzie, a potem po powrocie z nim do domu, czasami nawet kilka razy w ciągu jednej nocy. Najczęściej powracałam do niego, kiedy Max się budził i domagał, aby go nakarmić, przewinąć albo zabawić. Wstyd mi się przyznać, ale przez


11/163

wiele tygodni nie potrafiłam zrozumieć, co jedno z drugim ma wspólnego. Na suficie w kuchni mojego rodzinnego domu były zacieki, bladoróżowe plamy

w kształcie rasowych rumaków. – O, tam – mawiała mama, sadzając mnie sobie na kolanach i wskazując palcem do góry. – Widzisz nos? A tutaj, zapleciony ogon? Codziennie pokazywałyśmy sobie te konie. Przed śniadaniem, kiedy mama wyjmowała naczynia ze zmywarki, ja siadałam na plastikowym blacie kuchennej szafki, wyobrażając sobie, że delikatne pobrzękiwanie

miseczek i kubków to tętent czarodziejskich kopyt. Po kolacji gasiłyśmy światło i po ciemku wsłuchiwałyśmy się w koncert głuchych łoskotów i ostrych zgrzytów produkowanych przez pralkosuszarkę; mama


12/163

całowała mnie w czubek głowy i mruczała mi do ucha nazwy miejscowości, do których miały nas zabrać te nasze konie: Telluride, Scarborough, Jasper. Mój tato, wynalazca, który dorabiał wtedy na boku jako programista komputerowy, wracał do domu późną nocą

i znajdował nas w kuchni, śpiące sobie w najlepsze. Nigdy nie potrafił dostrzec koni na suficie, chociaż prosiłam go kilka razy, żeby dobrze się przyjrzał. Powiedziałam o tym mamie, a ona uznała, że musimy mu pomóc. Pewnego dnia wzięła mnie na barana i weszła na niski stołek.

W dłoni ściskałam czarny flamaster wydzielający mocny zapach lukrecji. Mama kazała mi zakreślić każdy kształt, który zobaczę. Potem wzięłam kredki (miałam komplet sześćdziesięciu czterech kolorów, kupiony


13/163

w supermarkecie) i pokolorowałam wszystkie konie: był tam i brązowy z białą strzałką na czole, i truskawkowy deresz, i dwie jabłkowite sztuki rasy appaloosa, w jasnopomarańczowe plamy. Mama dorysowała im umięśnione nogi, wyprężone grzbiety, rozwiane kruczoczarne

grzywy. Następnie przeciągnęła nasz stół kuchenny, z blatem grubym jak pień rzeźniczy, na sam środek i posadziła mnie na nim. Lato za oknem szemrało, jak to w Chicago, a ja leżałam obok mamy, przyciśnięta małym ramieniem do jej ramienia; razem wodziłyśmy wzrokiem za ogierami cwałującymi po suficie.

– Och, Paige – westchnęła mama z wielkim spokojem w głosie. – Patrz, jaki majstersztyk. Miałam pięć lat i nie wiedziałam, co to jest „majstersztyk”. Tak samo też nie umiałam zrozumieć, dlaczego tato po powrocie do domu


14/163

strasznie się gniewał i dlaczego mama śmiała się z niego. Wiedziałam tylko tyle, że pierwszych kilka nocy po tym, jak od nas odeszła, spędziłam na kuchennym stole, gdzie leżałam,

wyczekując, aż pojawi się obok mnie, ramię przy ramieniu. Wszędzie nasłuchiwałam jej głosu, rozfalowanego niczym pagórkowaty krajobraz. A gdy minęły już całe trzy miesiące, tato wziął wiadro wapna do bielenia i zamalował wałkiem cały sufit. Rumaki znikały centymetr za centymetrem, aż wreszcie stało

się tak, jakby ich nigdy nie było – ani ich, ani nawet mojej mamy. O wpół do trzeciej nad ranem zapala się

światło w sypialni. Na jedną chwilę budzi się we mnie ulotna nadzieja, ale okno ciemnieje prawie natychmiast. Max jest cicho, już nie budzi się trzy albo cztery razy w ciągu nocy.


15/163

Wyłuskuję się ze śpiwora, otwieram bagażnik mojego samochodu i z plątaniny przewodów rozruchowych przetykanej puszkami po dietetycznej coli wyławiam blok rysunkowy i pudełko z kredkami Conte. Musiałam je kupić w przydrożnym sklepie.

W domu zostały moje pierwsze kredki i blok, ale nie mam zielonego pojęcia, gdzie ich szukać; rzuciłam je w jakiś kąt, kiedy stało się jasne, że nie dam rady uczyć się w szkole sztuk pięknych i jednocześnie zajmować Maksem. Po ucieczce z domu zaczęłam jednak z powrotem szkicować, z początku głupoty:

zużyte opakowania po Big Macach, trójkątne znaki „ustąp pierwszeństwa przejazdu”, drobne monety. Potem, chociaż ręka dawno mi już zardzewiała, spróbowałam portretować ludzi: młodą kasjerkę z minimarketu, dwóch


16/163

chłopców grających w stickball. Rysowałam bogów i bohaterów z irlandzkich legend, których słuchałam od najmłodszych lat. I tak, krok po kroku, dar jasnowidzenia, który za-

wsze miałam w palcach, zaczął do mnie wracać. Nigdy nie byłam zwyczajną rysowniczką. Odkąd tylko pamiętam, wszystko, co umieszczałam na papierze, musiało mieć sens. Lubię wypełniać puste miejsca i wlewać kolor tam, gdzie jest ciemno. Moje rysunki zbliżają się na niebezpieczną odległość do krawędzi kartki i grozi im, że spadną. No i czasami

ukazują się na nich rzeczy, których nie rozumiem. Zdarza mi się skończyć czyjś portret i na przykład w zagłębieniu u podstawy szyi albo też w ciemnym owalu ucha odnaleźć coś, czego nie miałam najmniejszego zamiaru tam


17/163

umieścić. Efekty takiej pracy zawsze mnie zaskakują. Moja ręka zdradza fakty, których nie mam prawa znać, skrzętnie skrywane tajemnice, zakazane miłości. Kiedy ludzie oglądają rysunki, które tworzę, są zafascynowani. Pytają, czy wiem, co znaczą te zagadkowe detale,

ale odpowiedź zawsze brzmi: nie. Ja tylko rysuję, a ze swoimi demonami każdy musi zmierzyć się sam. Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten dar. Nie objawia się zawsze, we wszystkich pracach bez wyjątku. Pierwszy raz dał o sobie znać, gdy byłam w siódmej klasie: na plastyce ryso-

wałam dachy Chicago, ale wśród bladych chmur umieściłam widmowe sale, przestronne i puste oraz otwarte, ziejące pustką drzwi, a w samym rogu, niemalże nieuchwytny dla oka, widniał zamek z wysoką wieżą. W oknie


18/163

wieży stała kobieta, przyciskając dłonie do serca. Zaniepokojone siostry wezwały mojego ojca, a on, gdy zobaczył mój rysunek, momentalnie pobladł.

– Nie wiedziałem – wyszeptał – że tak dobrze zapamiętałaś swoją matkę.

Kiedy wróciłam do domu, a Nicholas nie chciał mnie wpuścić, sięgnęłam po najlepsze w takiej sytuacji rozwiązanie: otoczyłam się portretami męża i syna. Jeden szkic oddał to, co ujrzałam na twarzy Nicholasa, kiedy otworzył drzwi i zobaczył mnie na progu, drugi ukazał Maksa, który siedział mu na ręku. Przykleiłam je oba na desce rozdzielczej swojego samochodu. Nie są dobre pod względem technicznym, ale udało mi się uchwycić uczucie, a to już coś.


19/163

Dzisiaj, czekając, aż Nicholas wróci ze szpitala, rysowałam z pamięci, szkic za szkicem, po obu stronach kartki. Mam już ponad sześćdziesiąt portretów jego oraz Maksa. Wieczorem zaczynam nowy rysunek i wciąż nad nim pracuję, co pochłania mnie do tego

stopnia, że nie zauważam Nicholasa, który wyszedł na werandę. Miękkie białe światło otacza go aureolą. – Paige? – woła cicho. – Paige? Staję przed schodkami na werandę, tak żeby

mnie było widać. – Aha. – Nicholas pociera sobie skronie. – Chciałem tylko sprawdzić, czy jeszcze jesteś. – Jestem – potwierdzam. – Nie ruszam się stąd nawet na krok.


20/163

– W tym cały problem – Nicholas krzyżuje ramiona na piersi – że właśnie już zrobiłaś ten krok. Przez chwilę mam wrażenie, że się zbierze i wróci do środka, zatrzaskując za sobą drzwi, ale on tylko owija się szczelniej szlafrokiem i siada na schodku. – Co rysujesz? – pyta, wskazując mój blok. – Ciebie. I Maksa – odpowiadam, pokazując mu jeden z wcześniejszych szkiców. – Świetne – mówi Nicholas. – Zawsze byłaś

w tym dobra. Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy os-

tatni raz mnie pochwalił, kiedy wyraził mi uznanie za coś, co dobrze zrobiłam. Nicholas przygląda mi się przez sekundę; niemalże się odsłania, jest bliski opuszczenia gardy. Oczy


21/163

ma zmęczone, wyblakłe, a przecież są niebieskie, takie same jak moje. W tej chwili widzę w nim młodszego mężczyznę, którym był kiedyś, gdy marzył o szczytach kariery, a po pracy wracał do domu i szukał w moich ramionach ukojenia po śmierci tego czy innego pacjenta. W jego oczach dostrzegam odbicie oczu dziewczyny, która wierzyła w romantyczną miłość. – Chciałabym wziąć go na ręce – szepczę, a spojrzenie Nicholasa momentalnie ciemnieje, jak okna po zatrzaśnięciu okiennic. – Miałaś swoją szansę – oznajmia mój mąż,

po czym wstaje i znika za drzwiami naszego domu. W świetle księżyca pracuję dalej nad szkicem, nie przestając się zastanawiać, czy Nicholas też ma problemy ze snem i czy jutro


22/163

będzie bardzo zły, że nie jest w stanie pracować pełną parą. Jestem rozproszona i być może dlatego rysunek wychodzi mi właśnie taki: kompletnie na opak. Widnieje na nim Max,

uchwycony z całym podobieństwem – lepkie piąstki, nastroszone, aksamitnie miękkie

włoski – ale jednak coś tam zdecydowanie nie pasuje. Dopiero po kilku minutach udaje mi się rozwikłać tę zagadkę. Otóż tym razem nie narysowałam go z Nicholasem, ale ze sobą. Max siedzi u mnie na ręku, w zgięciu łokcia, łapie mnie za zwisające kosmyki. Postronna osoba uzna, że wszystko jest w porządku, ale w zagłębieniu jego wyciągniętej różowej dłoni widnieje ukryty, ledwie widoczny krąg spleciony z liści i ażurowych kratek. A pośrodku tego kręgu narysowałam swoją matkę, uciekającą z dzieckiem w ramionach,


23/163

z dzieckiem, którego nie urodziłam, które pojawiło się tam niczym oskarżenie.


CZĘŚĆ PIERWSZA POCZĘCIE

1985-1993


ROZDZIAŁ 1 PAIGE

Miłosierdzie odnalazłam wtedy, gdy najm-

niej się go spodziewałam. Miłosierdzie, czyli „Mercy” – tak nazywała się tania restauracja na brudnej uliczce w mieście Cambridge. Jej klientelę stanowili głównie studenci i profesorowie, którzy zaglądali tam dla rozrywki, żeby posmakować klimatu biednej dzielnicy. Poprzedniego dnia przekonałam się, że bez żadnych

referencji

nikt

przy

zdrowych


26/163

zmysłach nie zatrudni mnie jako opiekunki do dziecka, a na studia plastyczne też mnie nie przyjmą na ładne oczy, kiedy moje portfolio prezentuje się więcej niż skromnie. I tak o wpół do szóstej rano, powiedziawszy sobie: „Raz kozie śmierć”, weszłam do baru o nazwie

„Mercy”, modląc się do Boga, który przez całe życie był dla mnie zagadką, aby to miejsce okazało się moim wybawieniem. Wnętrze, wbrew pozorom, było całkiem przestronne; pachniało tam tuńczykiem

i płynem do czyszczenia. Podeszłam do bufetu i wzięłam do ręki jadłospis, udając, że go

przeglądam. Nagle z kuchni wyszedł potężnie zbudowany Murzyn. – Zamknięte – poinformował mnie, po czym odwrócił się na pięcie i zniknął z powrotem za drzwiami do kuchni.


27/163

Nie uniosłam nawet wzroku znad karty. Cheeseburgery, paszteciki z małży, greckie antipasti. – Zamknięte? – powtórzyłam. – To dlaczego

drzwi są otwarte? Odpowiedzi doczekałam się dopiero po kilku sekundach: facet wyszedł z kuchni i stanął po drugiej stronie bufetu, naprzeciwko mnie, opierając się o kontuar tak, że znalazłam się pomiędzy jego muskularnymi łapami. – A do szkoły to się nie chodzi? – burknął. – Mam osiemnaście lat. – Zadarłam pod-

bródek jak Katharine Hepburn na starych, czarno-białych filmach. – Chciałam zapytać, czy nie znajdzie się tutaj dla mnie posada. – Posada – powtórzył powoli, jakby pierwszy raz w życiu usłyszał to słowo. – Posada.


28/163

– Zmrużył oczy, a ja w tym momencie dostrzegłam bliznę, zygzakowatą i ostrą niczym drut kolczasty, która zaczynała się na jego skroni i biegła w dół, znikając wśród fałdów skóry szyi. – A, pracy szukasz. – Zgadza się – przytaknęłam, poznając od

razu po oczach, że nie potrzebuje kelnerki, a tym bardziej – dziewczyny bez żadnego doświadczenia w zawodzie. Widać też było, że aktualnie nie szuka nikogo ani na stanowisko hostessy, ani pomywaczki. Potrząsnął głową. – Cholera, za wcześnie na takie gadki. – Od-

wrócił głowę i spojrzał na mnie. Miałam całkowitą pewność, że zauważył, jaka jestem chuda i niechlujnie ubrana. – Otwieramy o szóstej trzydzieści.


29/163

Mogłam pójść i nie wrócić. Schować się na chłodnej stacji metra, gdzie przespałam ostatnich kilka nocy, wsłuchana w ciche głosy skrzypiec ulicznych muzyków i obłąkane wrzaski bezdomnych. Ale zamiast tak zrobić, sięgnęłam po wpiętą do jadłospisu za-

tłuszczoną kartkę, na której wypisano wczorajsze dania specjalne. Druga strona była pusta. Wyciągnąwszy z plecaka czarny flamaster, zrobiłam jedyną rzecz, co do której nie miałam żadnych wątpliwości, że potrafię wykonać ją dobrze: narysowałam portret człowieka, który przed chwilą odprawił mnie z kwitkiem. Szkicowałam z obserwacji, zerkając przez okienko do wydawania posiłków. Widziałam, jak grały mu mięśnie, kiedy zdejmował z półek worki z mąką i olbrzymie słoje pełne majonezu. Uchwyciłam ruch i pośpiech,


30/163

a kiedy przyszła kolej na twarz, narysowałam ją szybko, bez zastanowienia. Odsunąwszy portret od oczu, zmierzyłam go wzrokiem. Kreski tworzące szerokie czoło tego mężczyzny układały się w sylwetkę silnej, starej kobiety, zgarbionej od ciężkiej pracy

i nieustannych wyrzeczeń. Jej skóra miała kolor kawy z przemytu, a przez plecy biegły szramy pozostawione przez bat; te szramy zlewały się w jedno z charakterystyczną, powykręcaną blizną na twarzy Murzyna. Nie wiedziałam, kim jest ta kobieta ani dlaczego pojawiła się na kartce. Nie był to w żadnym

wypadku mój najlepszy rysunek, ale mogłam przynajmniej coś po sobie zostawić. Położyłam go na kontuarze i wyszłam z baru, żeby poczekać tuż za drzwiami.


31/163

Zawsze wiedziałam, że potrafię dobrze rysować, nawet jeszcze zanim odkryłam w sobie talent do przelewania na papier ludzkich tajemnic. Tak samo niektóre dzieci wiedzą, że umieją łapać trudne, wysokie piłki albo przy użyciu filcu i brokatu tworzyć pomysłowe

okładki do lektur przygotowanych na prezentację w klasie. Produkowałam bazgroły od zawsze. Tato opowiedział mi, że gdy byłam jeszcze mała, wzięłam raz czerwoną kredkę i pociągnęłam nią jedną prostą linię dookoła

całego domu, na wysokości swoich oczu – po wszystkich ścianach, omijając tylko drzwi, komody i kuchenkę. Według niego zrobiłam to dla czystej frajdy. Kiedy miałam pięć lat, znalazłam w gazecie z programem telewizyjnym konkurs: trzeba było narysować karykaturę żółwia i wysłać do


32/163

organizatorów, a oni dawali za to stypendium do szkoły plastycznej. Dopiero zaczynałam nieporadnie gryzmolić, ale mama zobaczyła mojego żółwia i orzekła, że o przyszłe wykształcenie należy zadbać już teraz. To ona wysłała ten rysunek na konkurs, a kiedy

przyszła odpowiedź – gratulacje, wyrazy uznania dla mojego talentu i zaproszenie do Państwowej Szkoły Sztuk Pięknych w jakimś tam Vicksburgu – porwała mnie w ramiona i oznajmiła, że tego dnia uśmiechnęło się do

nas szczęście. Było dla niej oczywiste, że mój talent jest odziedziczony, a wieczorem, przy

kolacji, pokazała list tacie, robiąc z tego oczywiście wielkie halo. Tato jednak uśmiechnął się tylko łagodnie i odparł, że taki list wysyłają do każdego naiwniaka, którego da się namówić, żeby wpłacił pieniądze na konto


33/163

jakiejś fikcyjnej szkoły. Mama wstała wtedy od stołu i zamknęła się w łazience, ale potem i tak powiesiła list na lodówce, obok mojego kolażu z kluseczek i malowidełka, które

zrobiłam palcami. Zniknął razem z nią, a ja odtąd zawsze zadawałam sobie pytanie: czy

wzięła go dlatego, że nie mogła zabrać mnie? W tamtych dniach myślałam o mamie bardzo dużo, więcej niż od dobrych kilku lat, po części dlatego, że uciekłam z domu, a po części dlatego, że przed ucieczką zrobiłam to, co zrobiłam. Chętnie dowiedziałabym się też, co myślał sobie mój ojciec. Ciekawe, czy Bóg,

w którego tak mocno wierzył, potrafiłby mu wyjaśnić, dlaczego kobiety jego życia zawsze od niego uciekają. Dziesięć po szóstej Murzyn z kuchni stanął na progu baru, wypełniając sobą – dosłownie!


34/163

– całe drzwi, a ja już wiedziałam, co z tego będzie. Spojrzał na mnie; usta miał otwarte szeroko, a w oczach niepokój. W jednej dłoni trzymał mój rysunek, drugą wyciągnął, żeby

pomóc mi wstać z chodnika. – Za dwadzieścia minut ludzie zaczną się schodzić na śniadanie – usłyszałam – ale coś mi mówi, że nie masz pojęcia o obsługiwaniu stolików. Lionel – tak się nazywał – zaprowadził mnie do kuchni, gdzie dostałam stosik tostów. Jedząc, zapoznałam się ze zmywarką, opiekaczem i Leroyem, bratem Lionela, który

był w lokalu głównym kucharzem. Lionel nie pytał mnie, skąd jestem, i ani słowem nie wspomniał o mojej pensji, jakby to było już wcześniej ustalone. Nagle, zupełnie znienacka, zaczął mi opowiadać, że nazwał knajpę na


35/163

cześć swojej prababki, która miała na imię Mercy i przed wojną secesyjną była w Georgii niewolnicą. To ta kobieta chodziła mu po głowie na moim rysunku.

– Ale chyba masz jakiś proroczy zmysł – dodał – bo nikomu o niej nie mówię. Wyjaśnił mi jeszcze, że gościom z Harvardu, którzy stołują się u niego, wydaje się przeważnie, że nazwa baru to jakieś filozoficzne twierdzenie (a zresztą to właśnie ich tutaj przyciąga) i gdzieś zniknął, a ja zaczęłam się zastanawiać, dlaczego biali dają dziewczynkom imiona zdecydowanie na wyrost, na przykład Hope, Faith albo Patience, czyli Nadzieja, Wiara, Cierpliwość, a ciemnoskóre matki wybierają dla swoich córek miana krzyży, które będą nosić przez całe życie:


36/163

Mercy, Deliverance, Salvation – Miłosierdzie, Ocalenie, Zbawienie. Po chwili wrócił Lionel, niosąc czysty, wyprasowany różowy uniform. Rzucił okiem na mój granatowy pulower, podkolanówki i plisowaną spódnicę, na której przez tyle dni

nie rozprostowała się nawet jedna pancerna zakładka. – Skoro mówisz, że masz osiemnaście lat, to nie będę się z tobą kłócił, ale dla mnie to wyglądasz na smarkulę z liceum – powiedział, po czym odwrócił się plecami, a ja przebrałam się za zamrażarką obitą nierdzewną blachą. Następnie pokazał mi, jak obsługiwać kasę, i pozwolił poćwiczyć noszenie talerzy na przedramionach. – Po co ja to wszystko robię? – mruknął i dokładnie w tym momencie w drzwiach stanął mój pierwszy klient.


37/163

Teraz, kiedy to wspominam, jest dla mnie oczywiste, że mógł nim być tylko Nicholas. Tak działa przeznaczenie. A zatem tego ranka pojawił się w „Mercy”, aby zostać moim pierwszym klientem. Wyprzedził nawet dwie stałe kelnerki. Był tak wysoki, że musiał się złożyć,

żeby usiąść za stolikiem. Wybrał sobie boks najbardziej oddalony od drzwi, a usiadłszy, otworzył poranny numer „Boston Globe”. Gazeta zaszeleściła przyjemnie, jak liście, a wkoło rozszedł się zapach świeżej farby drukarskiej.

Kiedy nalewałam Nicholasowi kawę na koszt firmy, nie odezwał się do mnie ani słowem – nawet kiedy trochę wylało mi się na stronę trzecią, gdzie widniała reklama dyskontu odzieżowego Filene’s Basement. Potem przyszłam po zamówienie, ale on powiedział tylko: „Lionel wszystko wie”. Nie raczył nawet


38/163

unieść na mnie wzroku. Przyniosłam mu pełny talerz – skinął głową. Kiedy zachciało mu się jeszcze kawy, wyciągnął rękę z pustą filiżanką i trzymał ją w powietrzu niczym gałązkę oli-

wną, dopóki nie przyszłam z dolewką. Nie odwrócił się, kiedy zadźwięczały dzwoneczki od sań zawieszone na klamce, oznajmiając przybycie Marveli i Doris, dwóch etatowych kelnerek, a potem – siedmiu kolejnych gości, bo tylu przyszło na śniadanie, zanim on zdążył wyjść.

Kiedy skończył posiłek, umieścił nóż i widelec równo na brzegu talerza, dając

dowód znajomości manier. Złożył gazetę i zostawił ją na stole, żeby ktoś inny miał lekturę. I wtedy dopiero spojrzał na mnie po raz pierwszy. Tak błękitnych i jasnych oczu jeszcze nigdy w życiu nie widziałam;


39/163

kontrastowały ostro z jego ciemnymi włosami i być może to właśnie dlatego wydało mi się, że przebijam go wzrokiem, a za jego plecami widzę czyste niebo. – Wiesz co, Lionel – odezwał się – w świetle prawa dzieci wolno zatrudniać, dopiero kiedy

wyrosną z pieluch. Uśmiechnął się do mnie kątem ust na znak, że mam nie brać tego do siebie, i wyszedł. Może zawinił stres po pierwszej półgodzinie obsługiwania gości w restauracji, a może brak snu. W zasadzie nie miałam powodu, żeby się rozpłakać, ale poczułam pod powiekami

palące łzy. Za wszelką cenę starając się ich nie pokazać Doris i Marveli, poszłam sprzątnąć ze stołu, przy którym jadł Nicholas. Zostawił dziesięć centów napiwku. Marne grosze. Niezbyt obiecujący początek kariery zawodowej.


40/163

Opadłam na ławę w boksie, pocierając skronie. Nie rozpłaczę się, oznajmiłam sobie, a uniósłszy głowę, zobaczyłam, jak Lionel wiesza nad kasą mój rysunek. Zebrawszy wszystkie siły, wstałam z popękanego siedzenia, chowając napiwek do kieszeni.

W uszach zabrzmiał mi śpiewny irlandzki akcent mojego ojca, kilka słów, które słyszałam od niego setki razy: „Jeden marny grosz może zmienić całe życie”. Tydzień po najgorszym dniu w moim krótkim, nastoletnim życiu uciekłam z domu. Chyba od dawna było dla mnie jasne, że wkrótce odejdę; czekałam tylko, aż skończy się semestr. Właściwie to nie wiem, czemu w ogóle zawracałam sobie głowę szkołą, skoro i tak kiepsko mi szło – przez ostatnie trzy miesiące


41/163

czułam się tak fatalnie, że nie było mowy, żeby się na czymkolwiek skupić, aż wreszcie wszystkie nieobecności zaczęły się odbijać na moich ocenach. Prawdopodobnie chciałam sobie udowodnić, że dam radę skończyć szkołę średnią, jeśli tylko będę chciała. I skończyłam

ją, chociaż mało brakowało, bo miałam dwa mierne, z fizyki i z religii. Kiedy ojciec Draher, dyrektor naszej szkoły, liceum imienia papieża Piusa, poprosił moją klasę o powstanie, wstałam razem z innymi, a potem zgodnie z tradycją przełożyłam frędzel u biretu z prawej strony na lewą i ucałowałam siostry

Altheę i Mary Margaretę, mówiąc im, że owszem, idę do szkoły plastycznej. W sumie nie było to zbyt dalekie od prawdy, bo w RISD, czyli Szkole Wzornictwa stanu Rhode Island, przyjęli mnie na


42/163

podstawie świadectwa z przedostatniej klasy, czyli z okresu, kiedy jeszcze miałam normalne życie. Byłam pewna, że tato zapłacił już za jesienny semestr; pisząc do niego pożegnalny

list, zastanawiałam się, czy uda mu się odzyskać pieniądze. Mój ojciec jest wynalazcą. Zajmuje się tym od wielu lat i miał już całą masę pomysłów, ale pech chciał, że zawsze ktoś musiał go uprzedzić. Na przykład kiedyś wymyślił spinkę do krawata z rozwijaną plastikową osłonką mającą chronić tkaninę przed zabrudzeniem podczas biznesowych posiłków. Wymyślił dla

niej nazwę „spinkosłonka” i był pewien, że znalazł klucz do sukcesu, ale okazało się, że podobny wynalazek czeka już na przyznanie patentu. To samo było z niezaparowującym lustrem, niezatapialnym brelokiem do kluczy,


43/163

smoczkiem do podawania dzieciom lekarstw w płynie. Kiedy myślę o swoim tacie, przypomina mi się Alicja w Krainie Czarów i Biały Królik, który zawsze wyprzedzał ją o krok.

Tato urodził się w Irlandii i przez większą część życia uciekał przed piętnem Irlandczyka

w Ameryce. Nie wstydził się bynajmniej swojego pochodzenia, przeciwnie, była to jego duma i chluba; wstydził się tylko tego, że jest imigrantem. W wieku osiemnastu lat przeprowadził się z Bridgeport, irlandzkiej dzielnicy Chicago, w okolice Taylor Street, zamieszkane w głównej części przez Włochów.

Nigdy nie pił alkoholu. Przez jakiś czas usiłował przyswoić sobie akcent ze środkowego zachodu Stanów, ale ostatecznie zrezygnował. Nie uznawał natomiast podobnych zmian w kwestii religii. Wiary się nie


44/163

wybiera – to była jego dewiza, a wierzył z iście kaznodziejską żarliwością, jakby duchowość była czymś, co ma się we krwi, a nie w mózgu. Nie raz i nie dwa zastanawiałam się, czy gdyby nie poznał mamy, to nie zostałby przypadkiem księdzem.

Mój ojciec zawsze był święcie przekonany, że w Ameryce bawi tylko tymczasowo i w końcu wróci do Irlandii, chociaż nigdy się nie dowiedziałyśmy, jak długo właściwie zamierza tutaj mieszkać. Jego rodzice sprowadzili się do Chicago, kiedy miał zaledwie pięć lat, ale chociaż wychował się w mieście, w głębi

serca pozostał wiejskim chłopcem z irlandzkiego hrabstwa Donegal. Odkąd tylko pamiętam, miałam wątpliwości, co go bardziej ukształtowało: wspomnienia czy wyobraźnia, ale kiedy opowiadał mi baśnie, zapominałam


45/163

o wszystkim. Gdy mama od nas odeszła, jeszcze w tym samym roku, zaczął uczyć mnie czytać z prostych elementarzy opartych na mitologii celtyckiej. Dla innych dzieci byli Bert i Ernie, Dick i Jane, a ja tymczasem poznawałam przygody Cuchulainna, sławnego

herosa z irlandzkich legend. Czytałam o świętym Patryku, który wygnał węże z Zielonej Wyspy, o Donnie, bogu umarłych, który wskazuje duszom drogę do podziemnej krainy cieni, o bazyliszku; nocą chowałam się głęboko pod kołdrę przed jego stęchłym, zabójczym oddechem.

Tato najbardziej lubił legendę o Oisinie, synu Finna Mac Coola, legendarnym wojowniku i poecie. Oisin zakochał się w złotowłosej Niamh, córce morskiego boga. Razem żyli szczęśliwie przez jakiś czas na cudownej


46/163

wyspie daleko na oceanie, ale on wciąż powracał myślami do rodzinnej krainy. „Bo Irlandię ma się we krwi”, mawiał mój ojciec. Kiedy Oisin zwierzył się żonie, że pragnie wrócić, ta ofiarowała mu czarodziejskiego rumaka, ale ostrzegła, że nie może zsiąść z si-

odła, bo na świecie upłynęło już trzysta lat. Stało się jednak inaczej: Oisin spadł z konia i zamienił się w sędziwego starca. Lecz mimo to święty Patryk powitał go na irlandzkiej ziemi; tato mówił, że i my możemy na to liczyć, wszyscy troje – a kiedy została nas tylko dwójka, bynajmniej nie zmienił tego

przekonania. Aby moje życie utrzymało się w równowadze po odejściu mamy, tato starał się wychować mnie najlepiej jak potrafił. To oznaczało, że pójdę do szkoły parafialnej, co


47/163

sobota będę przystępować do spowiedzi, a nad moim łóżkiem zawiśnie obrazek ukrzyżowanego Jezusa, jak amulet. Tato nie widział w nauce katolickiej żadnych sprzeczności. Oj-

ciec Draher uczył nas miłości bliźniego, ale jednocześnie ostrzegał, że nie wolno ufać Żydom. Siostra Evangeline prawiła nam kazania o myślach nieczystych, a i tak wszyscy wiedzieli, że przed wstąpieniem do zakonu przez piętnaście lat była kochanką żonatego mężczyzny. A poza tym mieliśmy do dys-

pozycji spowiedź, co oznaczało, że można robić, co się podoba, a potem odmówić kilka

zdrowasiek, parę „Ojcze nasz” i mieć wszystko z głowy. Przez jakiś czas w to wierzyłam, ale w końcu przekonałam się na własnej skórze: duszę można okaleczyć tak, że nikt i nic nie usunie z niej śladów.


48/163

Moim ulubionym miejscem w całym Chicago był warsztat taty, pachnący kurzem, wiórami i klejem do modeli samolotów. Znajdowałam w nim różne skarby: stare młynki do

kawy, zardzewiałe zawiasy, fioletowe hulahoop. Wieczorami, a czasem też w sobotę po południu, jeżeli akurat padał deszcz, tato zaszywał się w piwnicy i pracował aż do zmierzchu. Musiałam go stamtąd wyciągać, żeby coś zjadł; czułam się wtedy tak, jakby to on był moim dzieckiem, a nie odwrotnie. Później sama schodziłam na dół i odrabiałam lekcje na zielonej, pachnącej stęchlizną

kanapie, gdy on tymczasem siedział nad jakimś nowym wynalazkiem. W warsztacie tato zmieniał się w innego człowieka. Jego ruchy nabierały prawdziwie kociej gracji; potrafił, jak magik, nagle


49/163

wyciągnąć nie wiadomo skąd część jakiejś maszyny albo kółko zębate i zrobić z niego śliczny drobiazg – coś z niczego. Nieczęsto wspominał mamę, ale kiedy już o niej mówił,

to tylko tam, w warsztacie. Czasami widywałam, jak wlepia wzrok w najbliższe okien-

ko, maleńki prostokąt popękanego szkła; w tym świetle jego twarz wyglądała na znacznie, znacznie starszą, a ja musiałam przerwać to, co akurat robiłam, i dokładnie policzyć lata, żeby przypomnieć sobie, ile czasu tak naprawdę upłynęło. Ojciec nigdy nie powiedział mi wprost:

„Wiem, co zrobiłaś”. On po prostu przestał się do mnie odzywać. Po tym poznałam, że wie o wszystkim. Kręcił się, był niespokojny i nie mógł się doczekać, aż wyjadę na studia. Miałam kiedyś koleżankę na WF-ie, która


50/163

mówiła, że z seksem to jest tak, że jak już to zrobisz, każdy się domyśli. Czyżby tak samo było z aborcją? Czy miałam wszystko wypisane na twarzy, a tato tylko to odczytał? Gdy się już stało, odczekałam tydzień, do końca szkoły, mając nadzieję, że na wręczeniu dyplomów uda nam się znaleźć jakąś nić porozumienia. Widziałam jednak, że tato męczył się na ceremonii; nawet mi nie pogratulował. Przez cały dzień chował się po kątach, jakby nie mógł sobie znaleźć miejsca i czuł się źle

we własnej skórze. O jedenastej obejrzeliśmy wiadomości. Gwoździem programu był reportaż o matce, która znęcała się nad swoim trzymiesięcznym dzieckiem, bijąc je konserwą z łososiem. Zabrali ją do szpitala psychiatrycznego, a jej mąż powtarzał dziennikarzom, że powinien był to przewidzieć.


51/163

Po wiadomościach tato podszedł do swojego starego biurka z drewna czereśniowego i wyciągnął z najwyższej szuflady pudełko obite niebieskim aksamitem.

– Myślałam, że już o tym zapomniałeś – uśmiechnęłam się. Potrząsnął przecząco głową i podał mi je. Patrzył uważnie, jak wodzę palcami po gładkim wieczku, spodziewając się znaleźć w środku perły lub szmaragdy. Tymczasem był tam różaniec o paciorkach przepięknie wyrzeźbionych z drewna palisandrowego. – Pomyślałem – szepnął – że może ci się to przydać. Tego samego wieczoru spakowałam swoje rzeczy, powtarzając sobie, że robię to wszystko z miłości do niego, że nie chcę, aby musiał przez całe życie zmagać się z ciężarem moich


52/163

grzechów. Zabrałam same praktyczne ciuchy, a na drogę ubrałam się w szkolny mundurek; uznałam, że w czymś takim nie będę się rzucać w oczy. Zasadniczo nie można było pow-

iedzieć, że uciekłam z domu. Skończyłam osiemnaście lat. Mogłam robić, co mi się podoba. Ostatnie trzy godziny w rodzinnym domu przesiedziałam na dole, w warsztacie taty, przepisując różnymi słowami list pożegnalny do niego. Przede mną leżało jego najnowsze

dzieło: kartka urodzinowa, która po otworzeniu grała melodyjkę, a kiedy nacisnęło

się ją w rogu, nadmuchiwała się sama i już był z niej balon. Tato mówił, że naprawdę trafił tym produktem w rynek. Miał tylko problem z muzyką: nie wiedział, co się stanie


53/163

z mikroczipem, kiedy balon wypełni się powietrzem. – Moim zdaniem – powiedział mi nie dalej niż dzień wcześniej – kiedy już coś się ma, to to coś nie powinno się zmieniać w coś innego. Ostatecznie napisałam krótko: Kocham Cię.

Przepraszam. Dam sobie radę. Kiedy jednak przebiegłam wzrokiem tych kilka słów, zaczęłam się zastanawiać, czy mają one w ogóle jakiś sens. Za co właściwie chciałam go przeprosić? Za to, że go kocham, czy za to, że dam sobie radę? W końcu rzuciłam długopis i nic nie napisałam, tłumacząc sobie, że takie

zachowanie jest odpowiedzialne. Wiedziałam zresztą, że kiedyś dam mu znać, dokąd trafiłam i co się ze mną dzieje. Następnego dnia zaniosłam różaniec do lombardu. Za połowę uzyskanych w ten sposób pieniędzy


54/163

kupiłam bilet na autobus, który miał mnie wywieźć jak najdalej z Chicago. Wmówiłam sobie, choć kosztowało to wiele wysiłku, że absolutnie nic mnie w tym mieście nie trzyma. W drodze wymyślałam sobie fałszywe nazwiska i przedstawiałam się nimi każdemu,

kto pytał. Podczas postoju w Ohio zdecydowałam się wysiąść w Massachusetts, w mieście Cambridge. Dlaczego? Bo znajdowało się całkiem blisko Rhode Island i wydawało się bardziej anonimowe

niż Boston, a poza tym sama jego nazwa budziła miłe skojarzenia – ciemne angielskie

swetry, studenci świeżo po dyplomie i dużo innych miłych rzeczy. Postanowiłam, że zostanę tam tak długo, dopóki nie zarobię na naukę w szkole wzornictwa RISD. Nie zamierzałam wyrzekać się swoich marzeń tylko


55/163

dlatego, że los rzucił mi kolejną kłodę pod nogi. Potem zasnęłam i przyśniła mi się Maryja. Nie mogłam zrozumieć, skąd wiedziała, że powinna zaufać Duchowi Świętemu, a po przebudzeniu usłyszałam grające skrzypce i wydawało mi się, że to głos anioła.

Do taty zadzwoniłam z automatu w przejś-

ciu podziemnym na dworcu autobusowym Brattle Square. Poprosiłam o połączenie na koszt rozmówcy. Nieopodal, na niskiej ławeczce, łysa staruszka robiła coś na drutach, a obok siedziała wiolonczelistka z włosami zaplecionymi w szeregi cienkich warkoczyków przetykanych srebrnymi nitkami. Zawiesiłam

wzrok na przeciwległej ścianie, usiłując odcyfrować napis nasmarowany grubymi, serdelkowatymi literami, ale nie zdążyłam, bo przyszło połączenie.


56/163

– Posłuchaj mnie – powiedziałam, nie dając tacie nawet odetchnąć. – Już nigdy nie wrócę. Spodziewałam się sprzeciwu, walki, nawet płaczliwego wyznania, że od dwóch dni szuka

mnie po całym Chicago, odchodząc od zmysłów z rozpaczy. Ale on tylko cicho

gwizdnął. – Nigdy nie mów nigdy, maleńka – powiedział. – Przed tym, co było, nie da się uciec. Ścisnęłam w dłoni słuchawkę, tak mocno, że aż pobielały mi kostki. Mój ojciec, jedyny znany mi człowiek, którego obchodziło, co się ze mną stanie – jakoś nie martwił się o mnie za bardzo. Rozczarowałam go, jasne, ale to chyba nie przekreśliło osiemnastu lat wspólnego życia? Zdobyłam się na odwagę, żeby uciec z domu, między innymi dlatego, że w głębi serca miałam tę pewność: tato zawsze będzie


57/163

na mnie czekał, nigdy nie będę tak naprawdę sama. Aż się wzdrygnęłam; czyżbym jego też źle oceniła? Nagle zabrakło mi słów. – Możesz mi powiedzieć, dokąd pojechałaś? – zapytał spokojnym głosem. – Wiem, że dot-

arłaś na dworzec autobusowy, ale o dalszych twoich krokach mam mętne pojęcie. – Skąd o tym wiesz? – wykrztusiłam. Tato roześmiał się, a jego śmiech otulił mnie od stóp do głów. Wydaje mi się, że ten dźwięk

był moim pierwszym wspomnieniem. – Kocham cię – odpowiedział. – Myślałaś, że się nie domyślę? – Jestem w Massachusetts. – Z każdą chwilą robiło mi się raźniej. – Ale nic więcej ci nie powiem. – Wiolonczelistka wzięła w palce


58/163

smyczek i pociągnęła nim po strunach. – Nie wiem, jak to będzie ze szkołą. Tato westchnął. – To nie jest powód, żeby uciekać z domu – mruknął. – Trzeba było przyjść z tym do mnie. Zawsze można… – Resztę zdania zagłuszył

przejeżdżający autobus. Byłam z tego zadowolona. Wolałam nie przyznawać się samej sobie, że wcale nie chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia. – .Paige? – dotarła do mnie końcówka pytania, które zadał. – Tato – odpowiedziałam – dzwoniłeś na policję? Czy ktoś o tym wie? – Nikomu nie mówiłem ani słowa – uspokoił mnie. – Zastanawiałem się nad tym, ale wydawało mi się, że w każdej chwili mogę zobaczyć cię w drzwiach. Miałem taką


59/163

nadzieję. – Jego głos brzmiał głucho, bezdźwięcznie. – Jeśli mam być szczery, to nie chciałem wierzyć, że naprawdę wyjedziesz. – To nie twoj a wina – j ęknęłam błagalnym tonem. – Musisz o tym wiedzieć. – To jest moja wina, Paige. W przeciwnym

razie nie przyszłoby ci nawet do głowy, żeby uciekać z domu. Nie, chciałam mu powiedzieć, to nieprawda. Przez tyle lat powtarzałeś mi: to nie twoja wina, że mama nas zostawiła, więc teraz to też nie może być prawda. Nie może być, bo tylko z tobą było mi żal się rozstać. Słowa więzły

w gardle, zalane łzami cieknącymi po policzkach. – Może kiedyś wrócę – chlipnęłam, ocierając nos rękawem.


60/163

Tato stuknął palcem w słuchawkę, tak jak kiedyś, gdy byłam jeszcze bardzo mała, a on wyjeżdżał sprzedawać swoje wynalazki, tak daleko, że nie było go całą noc. Dzwonił wtedy do domu i przesyłał mi przez telefon cichutkie „cmok”. „Słyszysz?”, pytał szeptem.

„To był buziaczek prosto do twojego serduszka”. W ciemnym tunelu prowadzącym na dworzec zamajaczył autobus nadjeżdżający nie wiadomo skąd. – Martwiłem się o ciebie tak, że prawie oszalałem – przyznał się tato.

Patrzyłam, jak koła autobusu pozostawiają brudne ślady na dworcowej jezdni z cegieł ułożonych w jodełkę, myśląc o skomplikowanych machinach rodem z kreskówek, które tato budował dla mojej rozrywki: woda


61/163

z kranu leci do rynny i obraca wiatraczek, który porusza łopatkę, a ta z kolei pociąga za linkę na bloczku, otwierając pudełko z płatkami – i dzięki temu do mojej miseczki

leci porcja cheerios. Miałam ojca, który ze wszystkiego umiał zrobić najlepszy pożytek. – Nie martw się o mnie – powiedziałam pewnym głosem. – Koniec końców, jestem twoją córką. – Racja – przytaknął – ale okazuje się, że masz też coś po mamie. Po dwóch tygodniach pracy zdobyłam zaufanie Lionela, który zaczął mi powierzać zamykanie lokalu na noc. Kiedy mieliśmy nieduży ruch, na przykład około piętnastej, sadzał mnie na stołku przy barze i prosił, żebym rysowała portrety. Na pierwszy ogień poszli oczywiście ludzie z pracy, czyli


62/163

Marvela, Doris i Leroy, a potem narysowałam prezydenta, burmistrza i Marilyn Monroe. Czasami wychodziły mi na tych rysunkach różne niezrozumiałe rzeczy. Na przykład

w oczach Marveli odbijał się mężczyzna siny z namiętności, pożerany przez żywe fale. W krętych liniach, z których uplotłam szyję Doris, czaiły się setki kotów; każdy kolejny coraz bardziej przypominał człowieka, aż wreszcie ostatni z nich miał jej własną twarz. Na pulchnym

ramieniu Marilyn Monroe nie umieściłam parady jej kochanków maszerujących po brzoskwiniowej skórze; rozciągał się tam pagórkowaty polny krajobraz, szumiała pszenica i błyszczały smutne, szkliste ślepka psiaka rasy beagle. Nasi goście czasami zauważali te szczegóły, a czasami nie – każdy z nich był


63/163

nieznaczny i subtelny – ale nie przestawałam rysować, a Lionel wieszał każdy ukończony portret na ścianie nad kasą. W końcu nazbierało się ich tyle, że obiegły rzędem pół sali, a każdy kolejny umacniał mnie odrobinę w przekonaniu, że naprawdę znalazłam tutaj

swoje miejsce. Spałam u Doris, na kanapie, korzystając z jej współczucia. Powiedziałam jej, że ojczym się do mnie dobierał, więc kiedy tylko skończyłam osiemnaście lat, zabrałam wszys-

tkie pieniądze zarobione na pilnowaniu dzieci i uciekłam z domu. Podobała mi się ta his-

toryjka, bo była niemal w połowie prawdziwa: autentycznie miałam skończone osiemnaście lat i naprawdę uciekłam z domu. A poza tym nie miałam nic przeciwko odrobinie


64/163

współczucia; brałam wtedy wszystko, co tylko mogłam dostać. To Doris wpadła na pomysł, żeby proponować klientom coś w rodzaju specjalności

lokalu: portret do sandwicza klubowego za dwa dolce ekstra.

– Da sobie dziewczyna radę – powiedziała, przyglądając się, jak kędzierzawię włosy Barbrze Streisand. – A każdy ziutek będzie mógł się poczuć jak gwiazda. Zrobiło mi się trochę dziwnie i poczułam się

jak małpa w cyrku, ale kiedy napisaliśmy o portretach w karcie dań, okazało się, że zainteresowanie jest ogromne, a poza tym za rysowanie dostawałam większe napiwki niż za obsługę stolików. Pierwszego dnia obskoczyłam większość stałych klientów, a Lionel wymyślił, że za te portrety nie


65/163

weźmiemy pieniędzy i powiesimy je obok innych moich rysunków, dla reklamy. Jeśli mam być szczera, to rzadko kiedy któryś z naszych gości tak naprawdę musiał mi pozować. Zawsze uważnie każdego obserwowałam, rejestrując jego życie w ogólnych zarysach,

a potem w wolnej chwili wypełniałam te zarysy, odwołując się do wyobraźni. Na przykład Rose, blondynka, która przychodziła na lunch co piątek po wizycie u fryzjera. Nosiła drogie kostiumy z płótna lnianego, klasyczne, eleganckie buty, a na palcu – obrączkę z brylantem. Miała portfel od Guc-

ciego, a w nim banknoty zawsze ułożone nominałami: dolar, pięć, dziesięć, dwadzieścia. Kiedyś przyprowadziła ze sobą jakiegoś łysiejącego faceta, który mówił po włosku i przez cały posiłek trzymał ją mocno za rękę.


66/163

Wmówiłam sobie, że to jej kochanek, bo poza tym jednym szczegółem jej życie było bez żadnej skazy, jak z obrazka. Inny gość, Marco, niewidomy student

Szkoły Administracji Publicznej imienia Kennedy’ego, zawsze, nawet w najgorętsze lipcowe dni, chodził w długim czarnym płaszczu. Nosił bandanę na wygolonej na łyso głowie i bawił się z nami w zgadywanki. „Jaki kolor masz na myśli?”, pytał. „Daj mi jedną wskazówkę”. A kiedy rzucałam, na przykład, „McCarthy”, on śmiał się i mówił: „Czerwony”. Zjawiał się późnym wieczorem

i palił papierosa za papierosem, a dym zawisał szarą chmurą pod sufitem, niczym sztuczne niebo. Najuważniej jednak obserwowałam Nicholasa. Jego imię znałam tylko dzięki


67/163

Lionelowi. Studiował medycynę, co zdaniem mojego szefa wyjaśniało, dlaczego przychodzi o dziwnych porach i zawsze ma taki mętlik w głowie. Przyglądałam mu się zupełnie

z bliska, bo nawet kiedy niczego nie czytał, wydawało mi się, że w ogóle nie zwraca na

mnie uwagi. Próbowałam rozgryźć, dlaczego jego osoba jest tak dezorientująca, i po dokładnie dwóch tygodniach pracy w „Mercy” znalazłam odpowiedź: on tam po prostu nie pasował. Jego sylwetka odcinała się jasnym blaskiem od oparcia pokrytego popękanym winylem w kolorze żurawiny. Wszystkie kel-

nerki miał pod pantoflem: kiedy chciał pić, unosił tylko szklankę, kiedy chciał zapłacić, machał rachunkiem – a mimo to nikt nie zarzucał mu lekceważenia. Badałam go z fascynacją godną naukowca, a jeśli fantazjowałam


68/163

na jego temat, to tylko nocą, na kanapie u Doris. Patrzyłam na jego spokojne, pewne dłonie, zaglądałam w jego szczere oczy i zastanawiałam się, co mnie właściwie tak w nim pociąga. Wiedziałam, jeszcze z Chicago, jak to jest

się zakochać i znałam konsekwencje zakochania. Po tym wszystkim, co przeżyłam z Jakiem, nie zamierzałam po raz kolejny stracić głowy dla faceta – być może nawet do końca życia. To, że w wieku osiemnastu lat coś się we mnie popsuło, i to raczej na dobre, wcale nie wydawało mi się dziwne. Przy-

puszczam, że to właśnie dlatego, obserwując Nicholasa, nigdy nawet nie pomyślałam o tym, żeby go narysować. Moje malarskie oko nie zarejestrowało elementów jego wizerunku: symetrii w zarysie kwadratowej szczęki czy też


69/163

promieni słońca przesianych przez jego włosy, odpychających subtelniejsze odcienie czerni. Przyglądałam mu się tego wieczoru, kiedy po raz pierwszy urządziliśmy „rysowanie do

rosołu”. Tę nazwę wymyślił Lionel i uparł się, że tak ma zostać. Doris pracowała razem ze mną od obiadowego szczytu, ale zwolniła się wcześniej, więc byłam sama, a kiedy zjawił się Nicholas, napełniałam akurat solniczki. Była już dwudziesta trzecia, za chwilę mieliśmy zamykać, a on usiadł przy jednym z moich stolików. I nagle mnie olśniło; wiedziałam już, co jest nie tak z tym człowiekiem. Przypomniało mi się, jak kiedyś w liceum siostra Agnes czekała, postukując linijką w zakurzoną tablicę, aż ułożę zdanie ze słowem, którego nie znałam: „majestatyczny”. Milczałam, przestępując tylko z nogi na nogę, a cała


70/163

paczka najfajniejszych dziewczyn w klasie rżała ze śmiechu. Nie mogłam wymyślić żadnego zdania, a siostra znów ochrzaniła mnie za bazgranie po marginesach w zeszycie, chociaż zupełnie nie o to chodziło. A teraz, gdy spojrzałam na Nicholasa, zauważając, jak trzyma łyżkę i jak pochyla głowę, zrozumiałam, że „majestatyczny”, wbrew temu, czego mnie nauczono, to wcale nie znaczy „dostojny” ani „szlachetny”. Majestatyczna osoba obraca się w świecie z niezrównaną

swobodą; ma się wrażenie, że wszystko robi od niechcenia. Nicholas był majestatyczny, miał to coś, czego ja nie miałam, coś, co od tamtej chwili utkwiło mi w pamięci już na zawsze. To było dla mnie natchnieniem: podbiegłam do baru i zaczęłam rysować jego portret. Rysy


71/163

twarzy wyszły mi idealnie, ale oprócz nich udało mi się też uchwycić jego luz i rytm. Skończyłam, kiedy sięgał do kieszeni, szukając drobnych na napiwek, i cofnęłam się o krok, chcąc ogarnąć wzrokiem cały obrazek. Człowiek, którego na nim zobaczyłam, był piękny;

możliwe, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam nikogo tak pięknego. To był ktoś, kogo pokazuje się palcami, o kim plotkuje się szeptem. Po prostym konturze brwi, wysokim czole, mocno zarysowanym podbródku widać było na pierwszy rzut oka, że ten człowiek jest urodzonym przywódcą.

Lionel i Leroy wyszli z zaplecza do sali. Każdy z nich niósł resztki jedzenia; zabierali je do domu, dla dzieci.


72/163

– Wiesz, co robić. – Lionel machnął do mnie, przeciskając się przez drzwi. – Na razie, Nick! – zawołał jeszcze przez ramię. – Nicholas – poprawił go, bardzo cicho, niemal szeptem. – Mówiłeś coś? – Stanęłam za nim, wciąż

ściskając w dłoniach swój rysunek. – Nicholas – powtórzył, odchrząknąwszy. – Nie lubię, jak mówi się do mnie „Nick”. – Aha. – Kiwnęłam głową. – Podać coś jeszcze? Nicholas rozejrzał się dookoła, jakby dopiero zauważył, że jest ostatnim klientem,

a słońce już dawno zaszło. – Pewnie chcesz zamknąć – rzucił domyślnie, układając wygodnie nogę na siedzeniu i uśmiechając się kącikami ust. – A w ogóle – dodał – to ile ty masz lat?


73/163

– Tyle, że wystarczy – odcięłam się, podchodząc, żeby zabrać jego talerz. Kiedy pochyliłam się nad blatem, wciąż ściskając w dłoni menu, na którym był narysowany jego portret, chwycił mnie za nadgarstek. – O, to ja. – Uniósł brwi, zdziwiony. – Daj

obejrzeć. Próbowałam się wyrwać. Nie wstydziłam się pokazać mu, co narysowałam, ale paraliżowało mnie dotknięcie jego palców zaciśniętych na moim przegubie. Czułam, jak krew pulsuje w opuszce jego kciuka, czułam każdą listewkę skóry w rysunku linii

papilarnych. To, jak mnie dotykał, powiedziało mi, że jakiś szczegół na moim portrecie poruszył w nim znajomą, czułą strunę. Zerknęłam na kartkę, chcąc sprawdzić, co tym razem


74/163

nawyprawiałam. Po jednej stronie obrazka umieściłam wielowiekowy poczet królów w wysokich, wysadzanych klejnotami koronach i długich, ciągnących się bez końca

gronostajowych płaszczach. Po drugiej rosło sękate drzewo obsypane pąkami. Na jego na-

jwyższej gałęzi siedział szczupły chłopiec, trzymając w dłoni słońce. – Niezła jesteś – powiedział Nicholas i skinął głową w kierunku siedzenia naprzeciwko. – Skoro nie czekają na ciebie klienci – uśmiechnął się – to może usiądziesz ze mną? Z rozmowy dowiedziałam się, że jest na trzecim roku medycyny, ma najlepsze wyniki z całej swojej grupy, a teraz zalicza po kolei bloki, czyli zajęcia na różnych oddziałach. Zamierzał zostać kardiochirurgiem. Sypiał tylko cztery godziny; przez resztę doby


75/163

siedział w szpitalu albo się uczył. Jego zdaniem wyglądałam na piętnaście lat i ani dnia więcej. W ramach rewanżu powiedziałam mu prawdę o sobie: jestem z Chicago, chodziłam do liceum parafialnego i wybierałam się do

szkoły wzornictwa, ale uciekłam z domu i tyle było tej nauki. Więcej na ten temat nie mówiłam, a on się nie dopytywał. Potem opowiedziałam o tym, jak nocowałam na stacji metra, gdzie co rano budził mnie ryk po-

ciągów. Pochwaliłam się, że umiem przynieść na ramieniu cztery filiżanki kawy, razem ze spodeczkami, i powiedzieć „kocham cię” w dziesięciu językach. Udowodniłam to zresztą zaraz trzema słowami z języka suahili: Mimi notenka kudenko. Zwierzyłam mu się również, że w zasadzie nie znam własnej


76/163

matki – a tego nie wiedzieli o mnie nawet najbliżsi przyjaciele. Nie przyznałam się jednak do aborcji. Kiedy Nicholas wstał od stolika, chcąc wyjść, było już dobrze po pierwszej w nocy. Wziąwszy w palce portret, który narysowałam,

rzucił go delikatnie na kontuar. – Będzie tutaj wisiał? – zapytał, wskazując długi rząd rysunków powyżej. – Jeśli chcesz – zgodziłam się, wyjmując czarny flamaster i przyglądając się wizerunkowi mojego rozmówcy. „Na to właśnie czekałaś”, przemknęło mi przez głowę.

– Nicholas – powiedziałam cicho, wypisując jego imię na górze kartki. – Nicholas – powtórzył jak echo i zawtórował mi śmiechem, obejmując ramieniem; przez chwilę staliśmy tak zetknięci,


77/163

a potem on odsunął się ode mnie, ale jego dłoń została na mojej szyi. – Wiesz, że jak naciśniesz mocno w tym miejscu – odezwał się, dotykając kciukiem skóry – to człowiek zemdleje? I pochylił się ku mnie, muskając wargami

miejsce, gdzie przed chwilą spoczywał jego kciuk. Ten pocałunek był tak lekki, że równie dobrze mogło mi się tylko wydawać. Nie zauważyłam, kiedy wyszedł – dał mi o tym znać dopiero dźwięk dzwoneczków obijających się o zaparowaną szybę. Stałam w miejscu, rozedrgana, i zmagałam się w myślach z pytaniem: dlaczego pozwalam, żeby historia powtórzyła się na nowo?


ROZDZIAŁ 2 NICHOLAS

Nicholas Prescott urodził się cudem. Po

dziesięciu latach starań o dziecko jego rodzice nareszcie doczekali się syna. Nicholas nigdy jakoś nie zauważył, że są nieco starsi od rodziców większości jego kolegów ze szkoły. Robert i Astrid Prescott, chcąc najwidoczniej zrekompensować sobie to, że nie mieli więcej dzieci, spełniali każdą jego zachciankę. Wkrótce chłopiec nie musiał nawet mówić,


79/163

czego by chciał, bo rodzice sami się domyślali, co powinien mieć sześcio-, dwunasto – czy też dwudziestolatek, i dostarczali mu to natychmiast. Nicholas dorastał w świecie, gdzie bilety

na mecze Boston Celtics, czekoladowy labrador czystej krwi (wabił się Łowca) i prak-

tycznie zapewnione miejsce w Exeter i na Harvardzie były czymś najnormalniejszym pod słońcem. Prawdę powiedziawszy, dopiero na pierwszym roku studiów na Uniwersytecie Harvarda zaczął zauważać, że jego doświadczenia życiowe znacznie odbiegają od normy. Inny młody człowiek na jego miejscu mógłby

skorzystać z okazji i wybrać się do Trzeciego Świata albo wstąpić do Korpusu Pokoju, ale on był daleki od takich pomysłów. Nie, nie był obojętny ani bezduszny, po prostu przyzwyczaił się spełniać określoną funkcję


80/163

w życiu. Nicholas Prescott zawsze dostawał wszystko na tacy od swoich rodziców, a w zamian za to spełniał ich oczekiwania i był wzorowym, przykładnym synem.

Już w pierwszej klasie został prymusem. Odkąd skończył szesnaście lat i odkrył, że podoba się płci przeciwnej, miał wiele dziewczyn, pięknych arystokratek z ekskluzywnego żeńskiego Wellesley College pod Bostonem. Umiał być czarujący i zdobywać wpływy. Już jako siedmioletni chłopczyk informował

wszystkich, że pójdzie w ślady ojca i zostanie lekarzem, a zatem studia medyczne były w za-

sadzie samospełniającą się przepowiednią. Ukończył Harvard w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym dziewiątym roku, lecz zamiast pójść od razu na medycynę, wybrał się najpierw w podróż po Europie, która upłynęła


81/163

pod znakiem romansów z drobnokościstymi paryżankami palącymi papierosy z dodatkiem mięty. Po powrocie do domu za namową swojego dawnego trenera z college’u przyjął

miejsce w drużynie wioślarskiej biorącej udział w eliminacjach olimpijskich i razem

z garstką podobnych sobie, pełnych nadziei młodych sportowców stanął do biegu na Lake Carnegie, sztucznym jeziorze służącym uniwersytetowi w Princeton. Miał siódme miejsce w ośmioosobowej osadzie reprezentującej Stany Zjednoczone. Była to niedziela; jego rodzice zaprosili znajomych na brunch i popi-

jając Krwawą Mary, oglądali w telewizji, jak ich syn zdobywa srebrny medal. Tak więc fakt, że Nicholas Prescott w wieku lat dwudziestu ośmiu budził się często w środku nocy, rozdygotany i zlany potem,


82/163

należało przypisać kombinacji wielu różnych czynników. Wyplątywał się z ramion Rachel, swojej dziewczyny (która również studiowała medycynę i była prawdopodobnie najinteli-

gentniejszą osobą, jaką poznał w życiu), i stawał nago przed oknem wychodzącym na

dziedziniec. Skąpany w błękitnawej poświacie okrągłego, pełnego księżyca, nasłuchiwał, jak na Harvard Square powoli cichnie ruch uliczny, i wyciągał przed siebie drżące dłonie, trzymając je w powietrzu tak długo, aż się uspokoiły. Dobrze wiedział, dlaczego dręczą go koszmary – nawet jeśli nie chciał przyznać

się sam przed sobą, że to wie. Otóż Nicholas Prescott przez blisko trzydzieści lat jak ognia unikał wszelkiego niepowodzenia i teraz rozumiał, że jego dni są już policzone.


83/163

Nie wierzył w Boga – bo myślał jak naukowiec – ale miał przekonanie, że ktoś gdzieś uważnie śledzi pasmo jego sukcesów, i zdawał sobie sprawę z tego, że dobra passa nie może trwać wiecznie. Coraz częściej przypominał mu się kumpel z college’u, szczupły

chłopak imieniem Ray, który dostał kiedyś tróję plus z angielskiego i skoczył z dachu harvardzkiej Biblioteki Widenera. Skręcił sobie kark. Jak to mawiał ojciec Nicholasa: „Jeden krótki moment może zmienić całe życie”.

Kilka razy w tygodniu Nicholas jeździł na drugi brzeg rzeki, do baru „Mercy” niedaleko ulicy Kennedy’ego. Lubił tam zaglądać, bo to miejsce dawało mu anonimowość. W „Mercy” nie brakowało studentów, ale zawsze byli to ludzie z mniej fascynujących kierunków niż medycyna: z filozofii, historii sztuki,


84/163

anglistyki. Nie domyślał się nawet, że ktoś tam może go znać – aż do dnia, kiedy wielki Murzyn, właściciel, zwrócił się do niego po imieniu, a później w jego ślady poszła ta młoda, chuchrowata kelnerka, o której już od dobrych dwóch tygodni nie przestawał

rozmyślać. Jej się wydawało, że Nicholas nie zwraca na nią uwagi, ale kto przetrwał trzy lata na harvardzkiej akademii medycznej, musi mieć wyostrzony zmysł obserwacji. Starała się być dyskretna i we własnym przekonaniu pewnie była, ale on czuł jej palący wzrok na karku,

pod kołnierzykiem koszuli i widział, jak umyślnie powoli nalewa mu wodę z dużego dzbanka. Zdążył już dawno przywyknąć do tego, że kobiety się za nim oglądają, więc nie powinno go to ruszać, ale to było jeszcze


85/163

dziecko. Nie wierzył, że ma osiemnaście lat, tak jak mówiła. Nawet przyjmując, że wygląda młodo jak na swój wiek, nie dawał jej więcej niż piętnaście. Nie była w jego typie: niska, kościste kolana i na domiar wszystkiego – ruda. Ale jej oczy,

nawet bez makijażu, którego nie używała, były olbrzymie, błękitne. O nim kobiety zawsze mówiły: „Ma namiętne spojrzenie”. Teraz uświadomił sobie, że to samo mógłby powiedzieć o tej młodziutkiej kelnerce. Nicholas dobrze wiedział, że nie ma tego dnia czasu na wyprawę do „Mercy”, bo czeka

na niego cała masa pracy, ale spóźnił się na obiad w szpitalu, więc pojechał i przez całą drogę nie przestawał myśleć o swoim ulubionym deserze: jabłku w cieście. Oraz o tej kelnerce. A także o tym, czy Rosita Gonzalez


86/163

dotarła do domu cała i zdrowa. Około szesnastej na oddział ratunkowy, gdzie w tym miesiącu się uczył, trafiła młoda Latynoska, Rosita. Była cała we krwi, bo poroniła. Kiedy Nicholas zajrzał do jej karty, przeżył szok: dziewczyna miała trzynaście lat. Wykonał

łyżeczkowanie macicy, a po zabiegu trzymał ją za rękę, dopóki tylko mógł, nasłuchując, jak 1 powtarza szeptem: Mi hija, mi hija . A potem ta druga dziewczyna, ta kelnerka, narysowała jego portret – niesamowity portret. Zwykłą podobiznę mógłby zrobić pierwszy lepszy, ale jej udało się uchwycić coś innego:

jego wielkopański sposób bycia i skrzywione ze zmęczenia wargi. Co zaś najważniejsze, w oczach na portrecie lśnił, jak prawdziwy, jego własny strach. No i ten chłopiec, w samym rogu… Ciarki przebiegły mu po


87/163

plecach. Przecież nie mogła wiedzieć, że kiedy był dzieckiem, wspinał się na drzewa rosnące za domem, żeby złowić słońce – i zawsze wierzył, że mu się to uda. Nie mógł oderwać wzroku od tego rysunku, choć zauważył, z jaką swobodą jego autorka

przyjęła wyrazy uznania, i nagle uświadomił sobie, że nawet gdyby nie nazywał się Nicholas Prescott, gdyby pracował na popołudniową zmianę w sklepie z pączkami albo był śmieciarzem – to i tak ta dziewczyna prawdo-

podobnie umiałaby narysować mu portret, na którym pokazałoby się wyraźnie, że wie o nim więcej, niż sam byłby skłonny przypuszczać. Po raz pierwszy w życiu Nicholas spotkał osobę, która była zaskoczona tym, co w nim dostrzegła; która nie znała jego reputacji; której mógł sprawić radość czymkolwiek, co


88/163

akurat miał pod ręką: papierkiem o wartości jednego dolara, a nawet zwykłym uśmiechem. Przez jedno uderzenie serca wyobraził sobie, jak mogłoby wyglądać jego życie, gdyby

urodził się innym człowiekiem. Jego ojciec wiedział, jak to jest, ale nigdy o tym nie rozmawiali, więc Nicholas był skazany na domysły i przypuszczenia. A gdyby, dajmy na to, przyszedł na świat gdzieś w dalekich południowych stanach i pracował w fabryce przy linii montażowej, a wieczorami wychodził na werandę, siadał na skrzypiącej huśtawce i patrzył, jak słońce zachodzi nad bagnistymi

łąkami? Zaczął się zastanawiać, co czuje człowiek, który idzie ulicą i nie zwraca niczyjej uwagi. Nie było w tym jednak ani trochę próżności, bo naprawdę oddałby wszystko – swój fundusz powierniczy, przywileje,


89/163

koneksje – aby choć na pięć minut o nim zapomniano. Sam nigdy nie potrafił się zapomnieć, nawet przy rodzicach, nawet przy Rachel. Kiedy się śmiał – to nigdy za głośno. Kiedy się uśmiechał – zawsze wiedział dokładnie, jaki efekt wywarł ten uśmiech na ludziach dookoła. Nawet w chwilach odprężenia, gdy zrzucał z nóg buty i wyciągał się na kanapie, nigdy nie mógł do końca pozbyć się rezerwy, jakby zaraz ktoś miał go zapytać, z jakiej racji pozwala sobie na wypoczynek. Usprawiedli-

wiał się, powtarzając sobie, że człowiek zawsze marzy o tym, co jest nieosiągalne, lecz

mimo to chętnie spróbowałby, jak to jest: mieszkać w zwyczajnym, szeregowym domu, przesiadywać na połatanej kanapie i mieć dziewczynę, w której oczach odbija się cały świat. A ta dziewczyna kupowałaby mu białe


90/163

koszule w tanich sklepach i kochałaby go za to, jaki jest, a nie za to, że nazywa się Nicholas Prescott. Nie umiałby powiedzieć, dlaczego właściwie pocałował tę kelnerkę, wychodząc z restauracji. Jej skóra pachniała mlekiem i pudrem,

jak u dziecka. Do siebie wrócił wiele godzin później. W jego łóżku, zawinięta w prześcieradło jak mumia, leżała Rachel. Rozebrał się i położył obok, oplatając ją rękami i nogami. Otulił dłonią jej pierś, a gdy w odpowiedzi zacisnęła palce na jego nadgarstku, on nadal myślał o tamtym pocałunku i zastanawiał się, czemu nie zapytał dziewczyny z baru o imię.

– Hej – przywitał się Nicholas, kiedy kelnerka otworzyła szeroko drzwi „Mercy” i zablokowała je kamieniem, a potem


91/163

z wrodzonym wdziękiem odwróciła tabliczkę z napisem „Zamknięte”. – Nie wiem, czy będziesz chciał wejść – powiedziała. – Klimatyzacja wysiadła. – I odgarnąwszy włosy z karku, zaczęła wachlować się dłonią, jakby dla demonstracji.

– Nie chcę – zgodził się. – Muszę jechać do szpitala. Tylko że nie wiem, jak masz na imię. – Postąpił o krok do przodu. – I chciałem się dowiedzieć. – Paige – odparła cicho, wykręcając palce; najwidoczniej nie wiedziała, z rękami. – Paige O’Toole.

co

zrobić

– Paige – powtórzył Nicholas. – No tak. Uśmiechnął się i wyszedł na ulicę. Na stacji metra próbował czytać „Globe”, ale wciąż gubił się w tekście, bo wiatr przeciągający


92/163

podziemnym tunelem wyśpiewywał – tak mu się zdawało – jej imię. Wieczorem, przy zamykaniu restauracji,

Paige opowiedziała mu, jak to było z jej imieniem. Zaproponował je ojciec: dobre,

tradycyjne, z rodzinnej Irlandii. Matka nie chciała o tym słyszeć: imię „Paige” czyta się tak samo jak page, a page to paź, giermek, boy hotelowy – jednym słowem czyjś służący. Takie imię dla córki to przekleństwo, skazanie na los chłopca na posyłki. Mąż jednak poradził jej przespać się z tym problemem i tak też zrobiła, a w nocy przyśniło jej się drugie, homonimiczne znaczenie słowa page: karta, stronica. Może jednak, mimo wszystko, takie imię mogło przynieść jej córce dobrą wróżbę, zapewnić życiowy start z cudownie czystym kontem, które będzie mogła wypełnić według


93/163

własnego pomysłu. I tak właśnie ją ochrzczono. A potem Paige zwierzyła się Nicholasowi, że rozmowa o tym, skąd się wzięło jej imię, to jedna z zaledwie siedmiu rozmów z matką, które pamięta w całości. Wtedy on, niewiele

myśląc, wziął ją za rękę, posadził sobie na kolanach i przytulił, nasłuchując bicia jej serca uderzającego na przemian z jego sercem. Rok wcześniej Nicholas podjął decyzję, że zrobi specjalizację z kardiochirurgii. Było to podczas zabiegu przeszczepu serca, który obserwował z galerii, z wysoka, niczym Bóg. Starsi asystenci wyjęli gruby, zawęźlony mięsień z pojemnika transportowego i umieścili w otwartej, oczyszczonej klatce piersiowej biorcy. Drobniutkimi szwami połączyli tętnice i żyły, a tymczasem to nowe serce już


94/163

zaczynało się goić. Kiedy podjęło akcję, pompując w wyniszczonego chorobą człowieka krew, tlen i nową nadzieję, Nicholas poczuł, że ma oczy pełne łez. W zasadzie nie potrze-

bował już nic więcej, aby wybrać taką, a nie inną specjalizację, ale nałożyły się na to

jeszcze odwiedziny u tego pacjenta, tydzień później, po oficjalnym stwierdzeniu, że przeszczep się przyjął. Usiadł na skraju łóżka, a pan Lomazzi, sześćdziesięcioletni wdowiec, który nosił teraz w piersi serce szesnastoletniej dziewczyny, gawędził z nim o baseballu i dziękował Bogu. Zanim Nicholas wyszedł, pacjent pochylił się ku niemu i powiedział: – Wie pan, ja jestem teraz innym człowiekiem. Myślę tak jak ona. Dłużej przyglądam się kwiatom, recytuję z pamięci wiersze, których nigdy w życiu nie czytałem, i czasami


95/163

zadaję sobie pytanie: czy kiedyś się zakocham? Chwycił go za rękę, a Nicholas zdumiał się, czując jego łagodną siłę i ciepłą krew

pulsującą w opuszkach palców. – Ja się nie skarżę – dodał pan Lomazzi. – Tylko po prostu nie wiem, kto teraz rządzi. A Nicholas mruknął coś na pożegnanie i wyszedł. To właśnie był moment, gdy podjął decyzję, że chce zostać specjalistą kardiochirurgiem. Być może wiedział od zawsze, że prawda o człowieku leży w jego sercu. I być może z tego samego powodu przytuli-

wszy Paige, zaczął się zastanawiać, co go do tego skłoniło i co właściwie nim rządzi. Nadszedł lipiec. Kiedy tylko Nicholas dostał wolne, zaprosił Paige na randkę. Sobie tłumaczył, że to wcale nie jest randka, tylko


96/163

bardziej wycieczka: starszy brat oprowadza młodszą siostrę po mieście. Spotkali się już wcześniej, w poprzednim tygodniu: byli na meczu Red Sox, żeby obejrzeć Bruce’a Hursta w akcji, a potem na spacerze w parku Boston Common, gdzie wybrali się na przejażdżkę

łodzią w kształcie łabędzia. Nicholas jeszcze nigdy nie płynął taką łodzią, chociaż mieszkał w Bostonie już od dwudziestu ośmiu lat, ale nie przyznał się Paige do tego. Patrzył, jak słońce płonie żywym ogniem w jej włosach i kładzie się rumieńcem na jej policzkach, śmiał się, kiedy jadła hot doga, a właściwie samą

parówkę, bez bułki – i usiłował wmówić sobie, że to nieprawda, że wcale się w niej nie zakochał. Nie dziwiło go bynajmniej, że Paige chętnie się z nim spotyka, bo, choć to zakrawa na


97/163

arogancję, był przyzwyczajony do zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Każdy lekarz przyciąga samotne kobiety jak magnes. Dziwiło go natomiast co innego: że sam chce

się z nią spotykać. Paige stała się niemalże jego obsesją. Fascynowało go w niej, że po zmierzchu, gdy nagrzane chodniki oddają żar, chodzi ulicami Cambridge boso. Uwielbiał patrzeć, jak goni za furgonetką z lodami, wtórując na cały głos jej wesołemu sygnałowi. Podobało mu się jej dziecinne zachowanie,

być może dlatego, że sam zapomniał, że tak można.

Jego wolny dzień, tak się złożyło, wypadł akurat w Święto Niepodległości. Nicholas starannie zaplanował atrakcje wycieczki: kolacja w słynącej ze steków restauracji na


98/163

północ od Bostonu, a potem – pokaz fajerwerków na brzegach rzeki Charles. Wyszli z lokalu o siódmej; twierdził, że to aż nadto czasu, aby dojechać na Esplanadę, tymczasem na autostradzie doszło do pożaru, który wstrzymał ruch na dobrą godzinę. Nich-

olas nie znosił, kiedy coś krzyżowało jego plany, zwłaszcza jeśli było to coś, na co nie miał absolutnie żadnego wpływu. Opadł na siedzenie i westchnął ciężko. Włączył radio, a po chwili wyłączył je z powrotem. Zatrąbił, chociaż samochód stał w miejscu. – Nie do wiary – syknął. – Na pewno nie zdążymy. – Nieważne – powiedziała Paige, siedząca po turecku na fotelu obok. – To tylko fajerwerki.


99/163

– Otóż nie – sprzeciwił się. – Takich fajerwerków jeszcze nie widziałaś. Opowiedział jej o barkach spływających z nurtem rzeki Charles i huku eksplozji zsyn-

chronizowanych z dźwiękami uwertury „Rok 1812”.

– „Rok 1812”? – powtórzyła Paige. – A co to? Nicholas spojrzał tylko na nią i znów zatrąbił na samochód, który stał przed nimi i ani chciał drgnąć. Zanim korek się odblokował, zdążyli sześć razy zagrać w inteligencję i trzy razy

w dwadzieścia pytań. Nicholas wciskał gaz do dechy, ale i tak zdołali dojechać tylko do prywatnego liceum Buckingham, Browne & Nichols, odległego od Esplanady o dobre kilka kilometrów. Zaparkował więc na parkingu dla


100/163

nauczycieli i powiedział Paige, że warto będzie pójść na piechotę. Kiedy dotarli na miejsce, było tam już gęsto od ludzi. Daleko za rozkołysanym morzem głów majaczyła Hatch Shell – muszla koncertowa, a pod nią sylwetki muzyków orkiestry.

Nagle jakaś kobieta kopnęła rozglądającego się Nicholasa w kostkę. – Proszę pana – oznajmiła twardo – ja tutaj koczuję od piątej nad ranem. Niech pan nie próbuje się wciskać. Chwilę później Paige oplotła go ramionami, bo jakiś facet pociągnął ją za koszulę i kazał

natychmiast usiąść. Nicholas poczuł jej oddech na piersi: – Może lepiej stąd chodźmy – szepnęła. Nie mieli właściwie innego wyboru. Falująca ciżba odpychała ich coraz dalej, aż


101/163

wreszcie zatrzymali się w długim tunelu, którym przebiegała autostrada, ciemnym choć oko wykol. – Nie do wiary… – westchnął Nicholas, za-

stanawiając się, czy może być jeszcze gorzej, lecz urwał w pół słowa, bo tuż obok nich śmignęła grupa rowerzystów w kaskach. Jeden z nich przejechał mu po lewej stopie. – Nic ci nie jest? – Paige położyła mu dłoń na ramieniu. Nicholas, kuśtykając dookoła, skrzywiony

z bólu, nie przegapił jednak donośnego huku pierwszych fajerwerków. – Jezu… – jęknął. Paige oparła się o wilgotną betonową ścianę tunelu i skrzyżowała ręce na piersi. – Wiesz, na czym polega twój problem, Nicholas? – powiedziała. – Na tym, że dla


102/163

ciebie szklanka do połowy pełna zawsze jest do połowy pusta. Stanęła na wprost przed nim; nawet w ciemności widział, jak jasno błyszczą jej oczy. Skądś, nie wiadomo skąd, dobiegł świst odpalonych rzymskich ogni.

– Czerwony płomień – poinformowała go – pnie się coraz wyżej i uwaga, za chwilę… Już! Rozsypuje się po niebie kaskadą migoczących iskier, kapiących jak metal z rozgrzanej lutownicy. – Na miłość boską – mruknął Nicholas – przecież nic nie widzisz. Co się wygłupiasz? Tak jej przygadał, ale Paige tylko się uśmiechnęła. – Ja się wygłupiam? Ja? – powtórzyła, kładąc mu dłonie na ramionach. – A poza tym kto powiedział, że nic nie widzę?


103/163

Huknęło raz, potem drugi, donośnie. Dziewczyna odwróciła się tyłem do Nicholasa, przywierając plecami do jego piersi, tak że oboje patrzyli na ślepą ścianę tunelu. – Dwa ogniste pierścienie – szepnęła – jeden wewnątrz drugiego. Potem ponad nimi strzela-

ją kolorowe smugi, najpierw niebieskie, a potem białe i gasną, opadając cienkimi srebrzystymi serpentynami, które wyglądają jak rój roztańczonych świetlików. A teraz w niebo tryska z siłą wulkanu fontanna złotych iskier. I zobacz, tam spod świetlistego parasola kropi deszcz błękitnych punkcików

drobniuteńkich jak konfetti. Jej jedwabiste włosy muskały jego policzek, ramiona drżały, kiedy mówiła, a on nie potrafił zrozumieć, jak to możliwe, żeby jedna osoba miała aż tak barwną wyobraźnię.


104/163

– Och, Nicholas – wykrzyknęła nagle Paige – zaczyna się wielki finał. Patrz! Oślepiające rozbłyski, niebieskie, czerwone, żółte, rozlewają się po całym niebie, a gdy bledną,

następuje eksplozja tak potężna, że przyćmiewa wszystko, co było do tej pory – to ogromny srebrzysty wiatrak! Jego ramiona wyciągają się w nieskończoność, syczą, skwierczą i przebijają nieboskłon milionem nowych gwiazd, roziskrzonych na różowo. Tego głosu mógłbym słuchać bez przerwy,

pomyślał Nicholas. Przygarnął Paige mocno do piersi i zamknąwszy oczy, zobaczył jej fajerwerki.

– Nie bój się, nie zrobię ci wstydu – powiedziała Paige. – Wiem, którym widelcem jeść sałatkę.


105/163

Nicholas parsknął śmiechem. Jechali na obiad do jego rodziców; to, czy Paige zna się na stołowej etykiecie, było w tej sytuacji najmniejszym zmartwieniem. – Wiesz co? – odparł. – Jesteś jedyną osobą, przy której potrafię zapomnieć o pacjentach

z migoczącymi przedsionkami. – Posiadam liczne talenty – poinformowała go, przyglądając mu się uważnie. – Wiem też, który nóż służy do masła. Nicholas uśmiechnął się szeroko.

– A któż cię nauczył takiej wykwintności? – Mój ojciec – odpowiedziała. – To on

nauczył mnie wszystkiego. Przystanęli na czerwonym świetle. Paige wystawiła głowę przez otwarte okno, chcąc się przejrzeć w bocznym lusterku. Wysunęła język. Nicholas zerknął na nią z zachwytem,


106/163

przesuwając wzrokiem od białego łuku szyi aż po podkurczone nogi i bose stopy. – A czego jeszcze ojciec cię nauczył? – zapytał, słuchając z uśmiechem, jak nagle ożywiona, wylicza na palcach: – Nigdy nie wychodź z domu bez śniadania.

Gdy jest burza, zawsze idź tak, żeby mieć ją za plecami. Kiedy samochód wpadnie ci w poślizg, kontruj kierownicą. – Wyprostowała nogi, wsuwając stopy w buty stojące na wycieraczce. – Aha, i jeszcze to: do kościoła przynoś sobie coś na ząb, ale niech to nie będzie nic chrupiącego. Potem zaczęła opowiadać Nicholasowi o wynalazkach swojego ojca, zarówno o tych udanych, na przykład automatycznej obrotowej obieraczce do marchewek, jak i tych nieudanych, jak psia szczotka do zębów. Kiedy


107/163

już nieźle się rozkręciła, nagle urwała, spoglądając z ukosa na swojego kierowcę. – Polubiłby cię. Tak, tak. – Kiwnęła głową, jakby wmawiając to sobie. – Bardzo by cię polubił. – A to dlaczego?

– Bo coś was łączy – wyjaśniła. – Mianowicie ja. Nicholas przesunął dłońmi po kierownicy. – A czego nauczyłaś się od mamy? – zapytał. Niestety, dopiero po fakcie przypomniał sobie, co Paige powiedziała mu o swojej mam-

ie, gdy rozmawiali w „Mercy”. Było już jednak za późno: słowa, ciężkie i głupie, zawisły pomiędzy nimi, niemalże namacalne. Przez chwilę Paige milczała, siedząc w całkowitym bezruchu. Zaczęło mu się nawet wydawać, że


108/163

nie dosłyszała, ale wtedy ona sięgnęła w stronę deski rozdzielczej i włączyła radio na cały regulator; było oczywiste, że chce zagłuszyć tamto pytanie, odepchnąć je od siebie. Dziesięć minut później Nicholas zaparkował samochód w cieniu pod wysokim dębem.

Wysiadłszy, przeszedł na drugą stronę, żeby pomóc Paige, ale ona stała już obok otwartych drzwi, przeciągając się mocno. – No, to gdzie mieszkacie? – zapytała, rozglądając się po ulicy. Stało tam kilka ład-

nych domów w stylu wiktoriańskim, otoczonych białymi parkanami. Nicholas ujął ją za

łokieć i odwrócił, pokazując olbrzymią rezydencję w stylu kolonialnym, o ścianach z cegieł, zarośniętą od północy bluszczem. – Chyba żartujesz – westchnęła, cofając się o krok. – Jesteś z klanu Kennedych?


109/163

– Wykluczone – odparł. – U nich są sami demokraci. Poprowadził ją do głównych drzwi ścieżką wyłożoną łupkowymi płytami. Dziękował

Bogu, że nie otworzyła ich pokojówka, ale Astrid Prescott we własnej osobie, ubrana

w pogniecioną kurtkę safari i obwieszona trzema aparatami fotograficznymi. – Nicholas. – szepnęła, rzucając mu się na szyję. – W tej chwili wróciłam z podróży. Byłam w Nepalu. Co za niesamowita kultura.

Już się nie mogę doczekać, aż zobaczę, co mi wyszło. – Poklepała swoje aparaty, a ten wiszący najwyżej pogładziła, jakby był żywym stworzeniem. Następnie wciągnęła Nicholasa za próg z siłą i szybkością huraganu, a do Paige wyciągnęła ręce. – Ty musisz być Paige – oznajmiła, ujmując jej drobne, zimne dłonie


110/163

w swoje i ciągnąc dalej, przez oszałamiający korytarz, gdzie na ścianach ciemniał mahoń, a podłoga lśniła marmurem, co przypominało dziewczynie rezydencje w Newport, które oglądała w przedostatniej klasie liceum, kiedy wybrała się do Rhode Island, aby zwiedzić szkołę wzornictwa RISD. – Wróciłam niecałą godzinę temu, a Robert wciąż opowiada tylko o tej tajemniczej, czarodziejskiej Paige. Dziewczyna cofnęła się o krok. Robert Prescott był znanym lekarzem, ale Astrid

Prescott – to była legenda. Nicholas nie lubił przyznawać się znajomym, że jest

spokrewniony z „tą” Astrid Prescott. Jej nazwisko wymawiano z takim samym nabożeństwem, jak sto lat wcześniej nazwisko „pani Astor”, któremu również towarzyszył nieodłączny zaimek „ta”. Wszyscy znali


111/163

historię jej życia: bogata panna z wyższych sfer z dnia na dzień, bez namysłu, zrezygnowała z balów i garden parties, aby bawić się w fotografa – tylko że ta zabawa zawiodła ją na najwyższe branżowe szczyty. Wszyscy także znali jej zdjęcia, a zwłaszcza

sugestywną czarno-białą serię portretującą gatunki zagrożone wyginięciem; Paige zauważyła, że ściany korytarza obwieszono wybranymi na chybił trafił fotografiami z tej właśnie kolekcji. Były to dzieła intrygujące, igrające ze światłem i z cieniem, a ukazywały olbrzymie żółwie morskie, pazie rajskie, górskie goryle. Tutaj puszczyk plamisty w locie, tam rozdwojony ogon płetwala błękitnego. Paige przypomniała sobie artykuł o Astrid Prescott czytany przed laty w „Newsweeku”; fotografka miała kiedyś podobno wyrazić żal,


112/163

że nie było jej na świecie, gdy wymierały dinozaury, ponieważ „to byłby dopiero sensacyjny materiał”. Powiodła wzrokiem od zdjęcia do zdjęcia.

Każdy miał kalendarz z reprodukcjami Astrid Prescott albo chociaż mały terminarzyk, bo jej fotografie były naprawdę niezwykłe. Umiała na nich zatrzymać grozę i uwiecznić dumę. Obok tej legendarnej kobiety, w jej monstrualnym domu, który górował nad każdym gościem, Paige czuła się stłamszona i zgaszona. Nicholasa natomiast bardziej poruszyło spotkanie z ojcem. Kiedy Robert Prescott

ukazał się w drzwiach, atmosfera natychmiast uległa zmianie, jakby powietrze nagle się zjonizowało. Nicholas wyprostował się i przywołał na twarz zwycięski uśmiech w swoim najlepszym wydaniu; obserwował przy tym


113/163

Paige kątem oka, zastanawiając się po raz pierwszy w życiu, dlaczego właściwie udaje przed własnymi rodzicami kogoś, kim nie jest. Podali sobie z ojcem ręce na powitanie, a potem już ani razu się nie dotknęli, bo to była oznaka czułości, zakazanej w rodzinie Prescot-

tów. Z tego właśnie powodu na rodzinnych pogrzebach tak często zadawano sobie pytanie: dlaczego zmarły nie usłyszał przed śmiercią tylu ważnych rzeczy, które powinien był usłyszeć? Po zimnej zupie owocowej i bażancie z młodymi ziemniakami Nicholas opowiedział rod-

zicom, jakie bloki obecnie zalicza. Oddział ratunkowy odegrał szczególną rolę w tej opowieści, chociaż przy stole należało okroić ją z najmocniejszych fragmentów. Jego matka natomiast wciąż wracała do swojej wyprawy.


114/163

– Everest – mówiła na przykład. – Nie obejmiesz go nawet szerokokątnym obiektywem. – Do kolacji usiadła w podróżnych, workowatych spodniach khaki, ale zdjęła swoją kurtkę globtroterki, pod którą, jak się okazało, była stara koszulka na ramiączkach. – Ale ci Szer-

powie, niech ich licho, znają tę górę jak własną kieszeń. – Mamo – odezwał się Nicholas – nie każdego interesuje topografia Nepalu. – Podobnie rzecz ma się z chirurgią or-

topedyczną, kochanie, a mimo to wszyscy uprzejmie cię słuchaliśmy. – Astrid Prescott odwróciła się w stronę Paige, która patrzyła na łeb olbrzymiego jelenia zawieszony nad drzwiami prowadzącymi do kuchni. – Wstrętne, nieprawdaż? – zapytała. Paige przełknęła ślinę.


115/163

– Skądże, tylko nie wyobrażam sobie pani… – To trofeum ojca – wtrącił się szybko Nicholas, puszczając do niej oko. – Mój ojciec poluje. Nie prowokuj ich – ostrzegł. – W pewnych kwestiach nie umieją się dogadać. Astrid Prescott złożyła usta, śląc pocałunek

na drugi koniec stołu, gdzie siedział Robert Prescott. – W zamian za tę szkaradę dostałam własną domową ciemnię – powiedziała. – Uczciwa transakcja! – zawołał jej mąż, unosząc w geście salutu widelec z nabitym nań ziemniakiem. Paige patrzyła to na niego, to na nią, czując się kompletnie zagubiona w tej ich swobodnej wymianie zdań. Nie potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób Nicholasowi udawało się zwrócić na siebie uwagę rodziców, kiedy dorastał.


116/163

– Paige, moja droga – zapytała nagle Astrid Prescott – powiedz mi, gdzie się poznaliście? Dziewczyna przesunęła palcami po sztućcach ułożonych obok swojego talerza, chwytając kurczowo w dłoń widelec sałatek; tylko Nicholas to zauważył.

do

– W pracy – odpowiedziała. – A więc jesteś… – Astrid Prescott zawiesiła głos, oczekując, aż Paige uzupełni zdanie odpowiednią nazwą: studentka medycyny, kwalifikowana pielęgniarka, a chociażby – laborantka. – Kelnerką – dokończyła Paige chłodnym

tonem. – Rozumiem – odezwał się Robert Prescott. Paige widziała wyraźnie, jak życzliwość matki Nicholasa gaśnie niczym płomienie polane zimną wodą; jej uwagi nie uszło też


117/163

ukradkowe spojrzenie, które posłała swojemu mężowi, a które mówiło: „Nie takiej synowej oczekiwaliśmy”. – Jeśli mam być szczera – powiedziała – to wątpię, żeby pan to rozumiał. Nicholas, który od początku kolacji siedział

ze ściśniętym żołądkiem, złamał kolejny zakaz obowiązujący u Prescottów: parsknął głośnym śmiechem. Rodzice obejrzeli się na niego, ale on patrzył tylko na Paige. – Paige jest znakomitą rysowniczką. – Uśmiechnął się do niej. – Tak? – Astrid Prescott odwróciła się z powrotem w stronę dziewczyny, postanowiwszy najwidoczniej dać jej drugą szansę. – Przyjemne hobby dla młodej damy. Ja sama tak zaczynałam. – Pstryknęła palcami i natychmiast zjawiła się gosposia, aby


118/163

sprzątnąć jej pusty talerz. Pani domu oparła łokcie na pięknym lnianym obrusie i uśmiechnęła się sympatycznie, ale ten uśmiech nie sięgał oczu. – Który college skończyłaś, moja

droga? – Żaden – odpowiedziała Paige spokojnie. – Wybierałam się do RISD, ale coś mi przeszkodziło. – Nazwę szkoły wypowiedziała jak akronim, bo tak powszechnie mówiono. – Riz-di – powtórzył Robert Prescott chłodnym tonem, spoglądając twardo na żonę.

– Niewiele mi wiadomo o tej szkole. – Nicholas – zapytała ostro Astrid Prescott – a co słychać u Rachel? Nicholas widział, jak zmieniła się twarz Paige na dźwięk imienia innej kobiety, o której nigdy nie słyszała. Zmiął serwetkę w dłoni i wstał.


119/163

– Dlaczego mama o nią pyta? – wycedził. – Jakoś przedtem nigdy to mamy nie interesowało. Podszedł do Paige i odsunął jej krzesło od stołu, a potem chwycił za ramiona i uniósł z siedzenia.

– Bardzo mi przykro – oznajmił – ale obawiam się, że musimy już iść. Wsiedli do samochodu i jeździli w kółko. – Co to miało być, do jasnej cholery? – zapytała Paige, kiedy Nicholas skręcił wreszcie na jakąś większą autostradę. – Czym ja jestem, jakimś pionkiem?

Nicholas nie odpowiedział. Założyła ręce na piersi i patrzyła na niego nieustępliwym wzrokiem przez kilka minut, ale wreszcie dała za wygraną i opadła z powrotem na fotel.


120/163

Kiedy dotarli na przedmieścia Cambridge, nagle bez uprzedzenia otworzyła drzwi. Nicholas zahamował gwałtownie. – Co ty wyprawiasz? – zapytał, otwierając szeroko oczy z niedowierzania. – Wysiadam. Dalej pójdę na piechotę.

Stanęła w drzwiach samochodu. Nad nią wisiał księżyc, a piach na brzegu rzeki Charles nasiąkał jego blaskiem niczym krwią. – Wiesz co, Nicholas? – powiedziała Paige. – Jesteś zupełnie inny, niż myślałam. I poszła sobie, a on został za kierownicą. Na policzku pulsował mu wściekle jeden mięsień. Jest dokładnie taka sama jak one wszystkie, pomyślał i aby udowodnić jej, że się pomyliła, ruszył ostro i minął ją, pozostawiając na szosie numer dwa. Jechał przed siebie, wrzeszcząc


121/163

jak opętany, aż poczuł, że jeszcze chwila i pękną mu płuca. Następnego dnia wciąż jeszcze wszystko się

w nim gotowało. Czekał na Rachel po jej zajęciach z anatomii i zaproponował, żeby poszli na kawę. Powiedział, że zna jedną knajpę, gdzie można zamówić sobie portret i odebrać

go po jedzeniu. Trochę daleko, na drugim brzegu rzeki, ale względnie blisko jego mieszkania, co potem chyba będzie nie bez znaczenia. Idąc razem z nią do samochodu, liczył spojrzenia innych mężczyzn, przyciągane miodowozłotymi lokami Rachel i jej pełnymi krągłościami. W drzwiach restauracji

chwycił ją w ramiona i pocałował z całej siły. – Hm – mruknęła z uśmiechem – witamy po przerwie.


122/163

Zaprowadził ją do boksu, gdzie zawsze siadał, a Rachel niemalże od razu poszła do toalety. Złościło go, że nigdzie nie widać Paige. W końcu z czyjego powodu w ogóle

tutaj przyszedł? Wciąż jeszcze zmagał się w myślach z tym pytaniem, kiedy kelnerka

podeszła i stanęła za jego ramieniem. Była cichutka jak myszka; jej obecność zdradził mu jedynie znajomy zapach: gruszka i wierzba. Kiedy przeszła krok dalej i pokazała mu się, zobaczył zmęczenie w jej szeroko otwartych oczach. – Przepraszam

powiedziała.

Nie

chciałam cię tak wkurzyć. – Wkurzyć? Mnie? – Nicholas wyszczerzył zęby, ale jednocześnie coś bardzo wyraźnie zakłuło go w sercu; zaczął się zastanawiać, czy


123/163

właśnie to uczucie zawsze próbują opisać pacjenci przychodzący do kardiologa. Rachel wróciła z toalety i wsunęła się na siedzenie naprzeciwko Nicholasa. – Przepraszam – odezwała się Paige – ale ten stolik jest zajęty. – Wiem – odparła Rachel lodowato. Zerknęła na Nicholasa, a potem uderzyła kelnerkę wzrokiem i wyciągnąwszy rękę nad blatem, splotła palce z jego palcami – cicha demonstracja siły i własności.

Nicholas nie mógłby wymarzyć sobie tego lepiej, nie spodziewał się jednak, że zaboli go aż tak bardzo. Wyobrażał sobie, że Paige stanie przed nim jak wryta, że otworzy usta, jakby czegoś nie dosłyszała. Tymczasem, kiedy już odwróciła się w jego stronę, nie dostrzegł u niej ani krzty rozczarowania czy też


124/163

pretensji o zdradę. Patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem, jakby był urojeniem. – Po co tu przyszedłeś? – zapytała. Nicholas odchrząknął, a w tym momencie Rachel kopnęła go pod stołem. – Rachel słyszała, że tutaj się robi portrety,

i chciałaby sobie taki zamówić. Paige skinęła głową i poszła po szkicownik. Usiadła obok boksu na małym stołku, jak zawsze trzymając blok prawie pionowo, żeby gotowy portret był całkowitą niespodzianką. Rysowała szybkimi, wyrazistymi pociągnięciami, rozcierając grafit kciukiem,

a przechodzący klienci śmiali się i szeptali, zaglądając jej przez ramię. Skończywszy, rzuciła Nicholasowi szkicownik pod nos i zniknęła w kuchni. Rachel odwróciła kartkę. Twarz na portrecie miała jej lśniące oczy,


125/163

okalały ją jej bujne włosy, a nawet można było dopatrzyć się tam jej pięknych rysów – ale nie była to ludzka twarz, tylko paszcza jaszczurki. Nicholas miał tego dnia dyżur w szpitalu,

lecz zamiast iść do pracy, zrobił coś, na co jeszcze nigdy sobie nie pozwolił:

zadzwonił i powiedział, że jest chory. Zjadł w McDonald’s, a gdy słońce zaszło, poszedł na spacer po Harvard Square. Na rogu Brattle Street przysiadł na niskim ceglanym murku, żeby obejrzeć żonglera z płonącymi pochodniami. Zastanawiał się przy tym, czy ten człowiek martwi się czasem, co może go spotkać. Potem rzucił dolara do futerału ulicznego gitarzysty grającego jazz i stanął przed wystawą sklepu z zabawkami, gdzie pluszowe aligatory w błyszczących


126/163

nieprzemakalnych płaszczach taplały się w kałużach zrobionych z pasków folii aluminiowej. A wieczorem, za pięć jedenasta poszedł do „Mercy”, zastanawiając się, co zrobi, jeśli tego dnia lokalu nie zamyka Paige, tylko Doris, Marvela albo jeszcze ktoś inny.

Odpowiedź na to pytanie, jak sobie wreszcie uświadomił, brzmiała: pójdę dalej i będę jej szukał, aż znajdę. Kiedy stanął w drzwiach, Paige opróżniała właśnie butelki z keczupem. Nad jej głową wisiał portret Rachel-jaszczurki, przyklejony taśmą do ściany.

– Nieźle ci to wyszło – powiedział Nicholas, a ona aż podskoczyła, potem zaś, wbrew samej sobie, uśmiechnęła się lekko. – Przeze mnie firma straciła klientkę.


127/163

– Nieważne. – Wzruszył ramionami. – Dzięki tobie wrócił też stały klient w mojej skromnej osobie. – A co ja z tego będę miała? – Paige uniosła brwi. – Czego tylko sobie zażyczysz – odpowiedzi-

ał Nicholas z uśmiechem. Wiele lat później, wspominając tę krótką rozmowę, zrozumiał, że nie powinien składać obietnic, których nie potrafi dotrzymać. Wtedy jednak był szczerze przekonany, że w jego mocy jest dać Paige wszystko, czego tylko zapragnie. Miał przeczucie, które

mówiło mu, że to właśnie on jest spełnieniem wszystkich jej potrzeb: on, nie jego sukcesy zawodowe i nie wielkopańska otoczka. Było to dla niego potężnym zaskoczeniem; miał wrażenie, że do tej pory cały świat spoczywał


128/163

na jego barkach, a teraz nagle ten ciężar zniknął. Przyciągnął Paige do siebie, widząc, jak dziewczyna sztywnieje, a potem nagle się rozluźnia. Musnął ustami jej ucho, potem skroń i kącik ust. W jej włosach poczuł zapach bekonu i gofrów, ale także słońce oraz

wrzesień – i nie umiałby powiedzieć, skąd u niego takie myśli. Kiedy Paige go objęła, ostrożnie, jakby wkładała dłonie do wody, nie wiedząc, czy jest ciepła czy zimna, Nicholas zacisnął palce na jej talii. – Lionel już wyszedł? – zapytał szeptem,

a kiedy skinęła potakująco głową, wyjął jej z kieszeni klucze i zamknął drzwi od środka. Potem wyłączył światło. Usiadł na wysokim barowym stołku, pociągając Paige za sobą, tak że stanęła pomiędzy jego kolanami. Pocałował


129/163

ją, przesuwając dłońmi po jej karku i niżej, po piersiach i brzuchu. Całował ją delikatnie, tę kobietę-dziecko, a gdy dotknął jej ud, poczuł, jak sztywnieje na całym ciele i nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Pomyślał, że Paige na pewno jest dziewicą, i wtedy nagle poraziła go myśl: „Chcę być jej pierwszym. Pierwszym i jedynym”. – Wyjdź za mnie – powiedział, a te słowa zaskoczyły go tak samo jak ją. Ciekawe, pomyślał, czy to właśnie jest koniec mojej

szczęśliwej passy, czy teraz moja kariera legnie w gruzach, czy to wydarzenie okaże się kamieniem, który poruszy lawinę. Kiedy jednak trzymał Paige w ramionach, to wydawało mu się, że pustka, którą nosił w sercu, wypełnia się miłością, i nie mógł się nadziwić własnemu szczęściu: oto znalazł kogoś, komu


130/163

był niezbędny jako opiekun, jako obrońca. Nie przyszło mu nawet do głowy, że są różne zagrożenia, a on sam również może potrzebować ochrony.


ROZDZIAŁ 3 NICHOLAS

Kiedy Nicholas miał cztery lata, mama

nauczyła go, że nie należy ufać obcym ludziom. Odbyło się to w następujący sposób: posadziła go na krześle i dwadzieścia razy z rzędu powtórzyła kilka prostych zasad, mianowicie, że na ulicy nie powinno się odzywać do nikogo, chyba że jest to znajomy rodziny, nie można podawać ręki pierwszemu lepszemu

dorosłemu,

który

chce


132/163

przeprowadzić przez ulicę, i nigdy, w żadnym wypadku, nie wolno wsiadać z obcym do samochodu. Nicholas pamiętał dobrze, że się wiercił i bardzo chciał wyjść na dwór, bo zostawił na noc na werandzie puszkę po piwie, żeby nałapać ślimaków. Mama jednak nie puściła

go nigdzie, nawet do łazienki, dopóki nie umiał powtórzyć jej wykładu słowo w słowo. A gdy już go wykuł, w głowie zostały mu wyobrażenia mrocznych, cuchnących upiorów w podartych czarnych pelerynach, czających się w samochodach, w szczelinach w chodniku, w alejkach pomiędzy sklepami,

czyhających, żeby rzucić się na niego. Kiedy mama w końcu pozwoliła mu wyjść na dwór i się pobawić, wolał zostać w domu. Przez długie tygodnie po tej lekcji chował się pod kanapą, kiedy do drzwi dzwonił listonosz.


133/163

Strach przed obcymi minął mu z czasem, ale to przeżycie miało trwałe konsekwencje: Nicholas stał się człowiekiem, który zawsze, w każdej grupie, trzyma się na uboczu. W razie potrzeby potrafił być czarujący, ale zazwyczaj chętniej udawał, że ciekawi go jakiś

fryz pod sufitem, niż pozwalał się wciągnąć w rozmowę z ludźmi, których nie znał. U niektórych takie zachowanie może uchodzić za wstydliwość, lecz u osoby takiego pochodzenia jak Nicholas, u kogoś z jego posturą i klasycznymi rysami twarzy, przypominało to bardziej pychę i zarozumiałość. I taka

właśnie łatka przylgnęła do Nicholasa, a on odkrył, że bynajmniej mu ona nie przeszkadza. Dzięki temu zawsze miał więcej czasu, aby ocenić sytuację i zareagować


134/163

w inteligentniejszy sposób niż ci, którzy odzywali się za wcześnie. To jednak w najmniejszym stopniu nie tłumaczyło, dlaczego, kierując się nagłym impulsem, poprosił Paige O’Toole o rękę, ani też czemu później wręczył jej zapasowy klucz do

swojego mieszkania, nie czekając nawet na odpowiedź. Zamknęli „Mercy” i poszli do niego. Maszerowali w całkowitym milczeniu, a Nicholas przeklinał w myślach swoją głupotę.

Paige zachowywała się zupełnie jak nie ona. W jednej chwili zdołał zniszczyć to, co mu się

w niej podobało. Był tak rozdygotany, że nie mógł trafić kluczem do zamka, ale nie miał pojęcia, czym właściwie się denerwuje. Po wejściu do mieszkania wstrzymał oddech i nie


135/163

ważył się wypuścić powietrza, dopóki nie usłyszał, jak Paige mówi cicho: – U mnie w pokoju nigdy nie było takiego porządku. Wtedy się i odpowiedział:

rozluźnił,

oparł

o ścianę

– Mogę się nauczyć, jak się robi bałagan. Rozmowy w tym stylu, których odbyli dużo w ciągu tych pierwszych kilku godzin po oświadczynach, uświadomiły Nicholasowi, że wciąż jeszcze nie wie o Paige bardzo wielu rzeczy. Znał podstawowe fakty z jej życia, takie, na których opierają się pogawędki na przyjęciach: do jakiego liceum chodziła, jak to się stało, że zaczęła rysować, na jakiej ulicy mieszkała w Chicago. Nie zdążył jeszcze usłyszeć o drobnych szczegółach, tych, które może znać tylko kochanek: jakie imię dała


136/163

kundlowi-znajdzie, którego ojciec kazał jej oddać do schroniska? Kto ją nauczył podkręcać softballową piłkę? Ile zna gwiazdozbiorów i jakie? Chciał to wszystko

wiedzieć. Przepełniała go zachłanność tak wielka, że pragnął wymazać ze swojego ży-

ciorysu ostatnich – niech będzie – sześć lat i przeżyć je na nowo, razem z Paige, aby pozbyć się wrażenia, że ich znajomość zaczyna się od środka. – Mam tylko to – powiedział, podając jej pudełko czerstwych razowych krakersów i posadziwszy ją na kanapie obitej czarną

skórą, włączył halogenowe oświetlenie. Pamiętał przy tym cały czas, że nie odpowiedziała mu jeszcze, czy przyjmuje oświadczyny czy też nie. Na dobrą sprawę powinien życzyć sobie, żeby potraktowała je jak zwykły


137/163

wygłup, bo przecież sam nie miał pojęcia, co go popchnęło do takiej lekkomyślności. Zdawał sobie jednakże sprawę z tego, że Paige odebrała tę propozycję poważnie i prawdę mówiąc, chciał usłyszeć jej odpowiedź. Boże! Wszystko się w nim aż skręcało, kiedy myślał,

że mogłaby roześmiać mu się w twarz; wiele to o nim mówiło, znacznie więcej, niżby sobie życzył. Nagle zapragnął z nią porozmawiać. Wymyślił sobie, że jeśli tylko przestanie patrzeć na niego takim wzrokiem, jakby widziała go pierwszy raz w życiu, a dla odmi-

any zacznie opowiadać mu o tym, jak się jej żyło w Chicago, zacytuje któryś z wierszyków, które lubił wymyślać Lionel, albo po prostu powie, co ją interesuje – to wtedy może przy


138/163

okazji wspomni, że owszem, chętnie by za niego wyszła. – Wiesz co, w zasadzie to wcale nie jestem głodna – powiedziała Paige, wodząc oczami po ścianach i wpatrując się w mrok zalegający w korytarzu. Nicholas w myślach zaczął się ła-

jać, że tak ją wystraszył. Przecież dziewczyna miała dopiero osiemnaście lat. Nic dziwnego, że się tak spłoszyła. Chciał być blisko niej, to oczywiste, być może nawet potrafiłby jej wyznać, że się zakochał, ale oświadczyny? Małżeństwo? Z równym powodzeniem można strzelać z armaty do wróbla.

Ale mimo wszystko jakoś nie zamierzał cofnąć swoich słów. Paige wbiła wzrok w podłogę. – Dziwne – mruknęła. – Strasznie dziwne uczucie. – Złożyła dłonie na kolanach,


139/163

wykręcając sobie palce. – Chcę powiedzieć, że jeszcze nigdy nie musiałam przejmować się czymś takim. To znaczy, tym uczuciem. Nie planowałam

tego. No wiesz, dopóki tak się tylko spotykaliśmy, to nie było takie… takie. – Uniosła wzrok, nie mogąc znaleźć właściwego słowa. – Doniosłe? – podsunął Nicholas. – Właśnie. – Na twarzy Paige pojawił się uśmiech; odetchnęła powoli, przeciągle. – Ty zawsze wiesz, co powiedzieć – szepnęła nieśmiałym głosem. – Między innymi dlatego

cię lubię. Przysiadł obok niej na kanapie, objął ją ramieniem. – Lubisz mnie – powtórzył. – To dobry początek.


140/163

Spojrzała na niego takim wzrokiem, jakby chciała coś powiedzieć, ale po chwili potrząsnęła tylko głową. – Hej. – Nicholas ujął ją pod brodę. – Prze-

cież nic się nie zmieniło. Zapomnij o tym, co powiedziałem. Jestem tym samym facetem, któremu dwa dni temu bez litości zmyłaś głowę na środku szosy. I tak jak zawsze możesz mnie ograć w pokera jedną ręką. – Tylko że wspomniałeś coś o małżeństwie. – To prawda. – Wyszczerzył do niej zęby,

siląc się na nonszalancję, niefrasobliwość. – U mnie zawsze tak się kończy trzecia randka. Paige oparła głowę o jego ramię. – Jeszcze nie byliśmy na trzech prawdziwych randkach – przypomniała mu. – Nie mogę przestać o tobie myśleć. – Wiem.


141/163

– ...a nie wiem nawet, jak masz na drugie imię. – Jamison – zaśmiał się. – To panieńskie nazwisko mojej matki. Czy coś jeszcze stoi ci na przeszkodzie? Paige odwróciła głowę, spojrzała na niego.

– A jak ja mam na drugie imię? – Marie. – Strzelił w ciemno, chcąc zdobyć trochę czasu na przygotowanie kolejnego kontrargumentu. A potem zrozumiał, że trafił. Paige wytrzeszczyła oczy, otworzyła szeroko

usta. – Tato mówił mi często, że na pewno poz-

nam tego jedynego, najlepszego, tylko dla mnie – wyszeptała. – Powiedział, że Bóg zawsze doprowadza ludzi we właściwe miejsce o właściwym czasie.


142/163

– Nicholas czekał, aż rozwinie temat, ale ona tylko zmarszczyła czoło i z powrotem wbiła wzrok w dywan. Po chwili odwróciła się do niego. – Dlaczego poprosiłeś mnie o rękę? – zapytała. W tym pytaniu zawierał się milion innych

pytań, ale Nicholas nie znał miliona odpowiedzi. Wciąż jeszcze nie mógł ochłonąć po tym, że jej drugie imię przyszło mu do głowy zupełnie nieproszone. Rzucił więc pierwszą i jedyną myśl, która mu zaświtała: – Bo ty nie poprosiłaś mnie pierwsza. Paige uniosła wzrok, spojrzała na niego.

– Naprawdę cię lubię – powiedziała. Nicholas odchylił głowę na oparcie kanapy, postanawiając, że od tej chwili rozmowa ma być zwyczajna, jak między ludźmi, którzy spędzili ze sobą całe życie. Zaczął mówić


143/163

o pogodzie, potem o miejscowych drużynach sportowych, a Paige rzuciła kilka plotek na temat kelnerek z „Mercy”. Jej głos przynosił mu ulgę. Bez przerwy wymyślał nowe pytania, żeby tylko nie przestała mówić. Paige opisała mu szczegółowo najdrobniejsze rysy twarzy

swojego ojca, przyznała się, że kiedyś próbowała przeczytać słownik od deski do deski, bo jakaś koleżanka powiedziała jej, że od tego można zmądrzeć, ale doszła tylko do N, a na koniec w tak żywych kolorach odmalowała mu, jak się brodzi w maju brzegiem jeziora Michigan, że zaczął się trząść na całym

ciele i dostał gęsiej skórki na ramionach. Wyciągnęli się obok siebie na wąskiej kanapie i wtedy dopiero Nicholas zapytał Paige o jej matkę. Słyszał o niej, kiedy rozmawiali w „Mercy”, i z tego, co zrozumiał,


144/163

nieobecność pani O’Toole kładła się cieniem na myślach jej córki, od czasu do czasu dając się we znaki. Paige jednak nie paliła się do wprowadzania go w szczegóły. Nicholas

wiedział, że miała pięć lat, gdy matka ją zostawiła i że nie pamięta jej zbyt dobrze. Ten fakt musiał jednak budzić u niej jakieś uczucia, a jeśli nie uczucia, to przynajmniej ogólne wrażenie. – Jaka była twoja matka? – zapytał delikatnie, nieledwie muskając wargami policzek

Paige. I natychmiast poczuł, jak dziewczyna tężeje

na całym ciele. – Domyślam się, że taka jak ja – odparła po chwili. – Tato mówił, że była do mnie podobna. – Chyba ty do niej? – poprawił.


145/163

– Nie. – Paige podniosła się, siadając na końcu kanapy. – Ona do mnie. Ja jestem, a jej nie ma, tak? Więc to ją powinno się porównywać do mnie, a nie na odwrót.

Nicholas nie próbował podważać tej argumentacji, ale również się podniósł i usiadł po przeciwnej stronie, przesuwając palcami po gładkiej czarnej skórze obicia. – Czy ojciec wyjaśnił ci, dlaczego odeszła? Widział, jak Paige w jednej chwili blednie jak ściana, a w następnej, niemalże tak samo szybko, oblewa z kanapy.

się

rumieńcem.

Wstała

– Chcesz się żenić ze mną czy z moją rodziną? – zapytała, spoglądając na niego twardo, aż odebrało mu mowę. Trwało to kilka sekund, ale potem uśmiechnęła się tak otwarcie, tak szczerze, że w policzkach zrobiły


146/163

jej się dołeczki. Ta sama szczerość zabłysła też w jej oczach. – Zmęczona jestem – wyjaśniła. – Nie chciałam na ciebie krzyczeć, ale naprawdę muszę już wracać do domu.

Nicholas pomógł jej włożyć kurtkę i odwiózł ją do mieszkania Doris. Zaparkował przy

chodniku i zacisnął dłonie na kierownicy, a Paige zaczęła grzebać w torebce w poszukiwaniu klucza. Ledwie słyszał, że mówiła przy tym coś do niego, tak się pogrążył w rozmyślaniach na temat tego, co powiedziała mu o swojej matce. Odstraszyłem ją oświadczynami, myślał, a potem, kiedy na

nowo zaczęła się do mnie przekonywać, musiałem, oczywiście, zapytać o matkę i wszystko zepsuć. Jedno głupie pytanie kompletnie wytrąciło ją z równowagi. Czyżby starała się coś ukryć? Może miała swoją matkę na


147/163

sumieniu, jak słynna Lizzie Borden? A może jej matka była chora psychicznie i Paige nie chciała tego wyjawić, aby Nicholas nie pomyślał, że to może okazać się dziedziczne? Z drugiej strony równie dobrze to on mógł być pomylony, skoro tak uparcie wmawiał sobie,

że ta wielka przepaść w jej przeszłości na dłuższą metę tak naprawdę nie ma znaczenia. – Ale mieliśmy wieczór, co? – odezwała się Paige, spoglądając na niego, a kiedy nie odwzajemnił spojrzenia, opuściła wzrok. – Nie trzymam cię za słowo – szepnęła. – Wiem, że nie mówiłeś poważnie.

Słysząc to, Nicholas wyciągnął rękę i wcisnął jej w dłoń zapasowy klucz do swojego mieszkania. – Chcę, żebyś trzymała mnie za słowo – powiedział i przygarnął ją do siebie.


148/163

– O której wrócisz jutro do domu? – zapytała, wtulając twarz w jego szyję. Czuł wyraźnie, jak niczym kwiat rozkwita w niej zaufanie, promieniując ciepłem z koniuszków

jej palców w miejscach, gdzie dotykały jego skóry. Uniosła lekko głowę, oczekując pocałunku, ale Nicholas tylko musnął wargami jej czoło. Odsunęła się, zaskoczona, patrząc na niego takim wzrokiem, jakby studiowała jego rysy do portretu. A potem się uśmiechnęła. – Przemyślę twoją propozycję – oznajmiła.

Następnego dnia, kiedy Nicholas wrócił ze szpitala, Paige czekała na niego w domu, a wszystko między nimi zdążyło już wrócić do normy. Zrozumiał to, jeszcze zanim otworzył drzwi, bo aromat świeżych maślanych ciasteczek sączył się przez szczelinę biegnącą


149/163

wzdłuż progu i snuł po korytarzu. Pamiętał również, że kiedy rano wychodził do pracy, w lodówce były tylko bochenek spleśniałego chleba bananowego, pół słoika jakiegoś sosu

i raczej niewiele więcej. Wyglądało na to, że Paige zrobiła zakupy i przyniosła je na piechotę; na myśl o tym Nicholas poczuł, że cały się rozpływa, co zresztą niezmiernie go zdumiało. Zastał ją siedzącą na podłodze nad otwartą „Anatomią” Graya. Obiema dłońmi zakrywała stronice, jakby była skromna i chciała zasłonić obrazek nagiego układu mięśniowo-szkielet-

owego człowieka. W pierwszej chwili nie zauważyła, że Nicholas wszedł do mieszkania. – Paliczki – przeczytała półgłosem, po czym przeszła do fachowych medycznych nazw palców dłoni i stóp. Nicholas uśmiechnął się,


150/163

kiedy wszystkie przeczytała źle. Podszedł do niej, a Paige na odgłos kroków zerwała się z podłogi, jakby przyłapał ją na czymś zakazanym. – Przepraszam – wymamrotała. Policzki jej płonęły, a ramiona drżały. – Za co przepraszasz? – zapytał Nicholas, rzucając teczkę na kanapę. Paige powiodła wzrokiem dookoła i dopiero wtedy, podążając za jej spojrzeniem, zauważył, że pieczenie ciasteczek nie było tego dnia jej jedynym zajęciem. Wysprzątała całe mieszkanie, łącznie z drewnianą podłogą,

która wyglądała na wyszorowaną. Kanapę przykryła zapasową kołdrą wyjętą z szafy, a w spartańskim wnętrzu nagle pojawiły się kolory: zieleń limonki, fiolet, fuksja. Zabrała ze stolika przy kanapie zalegające tam numery


151/163

miesięcznika „Smithsonian” oraz medycznego tygodnika „The New England Journal of Medicine”, a w ich miejsce położyła magazyn „Mademoiselle”, otwarty na artykule o ćwiczeniach na pośladki. Na kuchennym blacie stał wymyty do czysta słoik po maśle orzechowym,

a w nim – bukiecik żółtych rudbekii. Te subtelne zmiany przesłoniły zabytkowe meble i wszelkie ostre kanty, które nadawały mieszkaniu Nicholasa sztywny, oficjalny wygląd. W ciągu zaledwie jednego popołudnia

Paige upodobniła je do domu, w którym po prostu się mieszka. – Wczoraj, kiedy przyjechaliśmy, wciąż miałam wrażenie, że czegoś tutaj brakuje – zaczęła się tłumaczyć. – Było, jak by to powiedzieć. Jakoś sztywno, jak na zdjęciu z czasopisma o urządzaniu wnętrz. Tych kwiatków


152/163

nazrywałam na poboczu autostrady – opowiadała nerwowym głosem – ale nie mogłam znaleźć żadnego wazonika, więc wyjadłam ci masło orzechowe… Nicholas skinął głową. – Nawet nie wiedziałem, że mam masło

orzechowe – powiedział, wciąż wodząc wzrokiem po pokoju. Nigdy w życiu nie słyszał o magazynie „Mademoiselle”. Jego matka wolałaby umrzeć, niż postawić na stole dzikie kwiaty zerwane przy autostradzie – miała

własną szklarnię, gdzie hodowała róże herbaciane, specjalnie do domu. Jeśli zaś chodzi o kołdrę, to Nicholas dorastał w przekonaniu, że jej miejsce jest w pawilonie myśliwskim, a nie w salonie. Kiedy zaczynał studia na akademii medycznej, pozostawił urządzenie swojego


153/163

mieszkania w rękach matki, bo sam nie miał na to czasu ani ochoty – i nikogo chyba nie zdziwiło, że efekt końcowy do złudzenia przypominał jego dom rodzinny. Astrid Prescott obdarowała go zegarem z pozłacanego brązu i zabytkowym stołem z drewna

czereśniowego. Wybór zasłon i obić zleciła swojemu własnemu dekoratorowi wnętrz, poleciwszy mu skomponować odcienie zieleni myśliwskiej, granatu i karmazynu, bo uznała, że takie właśnie barwy pasują do jej syna.

Nicholas wcale nie chciał mieć oficjalnego salonu, ale nie wspomniał jej o tym ani

słowem, a gdy było już po fakcie, nie miał pojęcia, jak z niego zrobić zwyczajny pokój, w którym po prostu się żyje. Możliwe, że nie umiał żyć po prostu.


154/163

– I co o tym sądzisz? – zapytała Paige szeptem, tak cicho, że nie wiedział, czy naprawdę coś słyszał, czy może mu się zdawało. Podszedł i objął ją mocno.

– Chyba musimy kupić sobie wazonik – oznajmił. Od razu wyczuł, że schodzi z niej napięcie. Nagle zaczęła mówić, a słowa płynęły z jej ust nieprzerwanym potokiem. – Musiałam tutaj coś zrobić, ale nie wiedziałam co. Wreszcie doszłam do wniosku – piekę ciasteczka, wiesz? – że nie wiem. No, że nie wiem, czy tobie podoba się to samo co mnie, i zaczęłam się zastanawiać, jak bym się poczuła, gdyby ktoś, kogo ledwie znam, zaprowadził mi nagle w domu własne porządki. Bo my się naprawdę mało znamy, Nicholas. O tym też myślałam całą noc,


155/163

a kiedy już wmówiłam sobie, że to właśnie będzie najlepsze rozwiązanie, nagle obudził się zdrowy rozsądek. Jakie ciasteczka lubisz najbardziej, zwykłe maślane czy z kawałkami

czekolady? – Nie wiem – odparł z uśmiechem na twar-

zy. Nie mógł nadążyć za tokiem jej wymowy i sprawiało mu to przyjemność. Paige przypominała mu królika, którego kiedyś miał i próbował wyprowadzać na smyczy. – Nie drażnij się ze mną – powiedziała,

odrywając się od niego, żeby pójść do kuchni i otworzyć piekarnik. – Miałeś blachy do ciastek, ale nigdy ich nie używałeś – oznajmiła. – Były na nich jeszcze nalepki. Nicholas wziął łopatkę i zdjął jedno ciasteczko z blachy, przerzucając je z dłoni do dłoni, żeby wystygło.


156/163

– Nie wiedziałem, że je mam – przyznał się. – Rzadko sam robię jedzenie. Paige przyglądała mu się, kiedy próbował ciastka. – Ja też. I chyba powinieneś o tym wiedzieć. Za jakiś miesiąc umrzemy z głodu.

– Ale szczęśliwi. – Zerknął na nią. Po chwili ugryzł ciastko jeszcze raz. – To jest dobre, Paige. Nie doceniasz się. Potrząsnęła głową. – Kiedyś odgrzewałam gotowy obiad

z mrożonki, nie wyjęłam go z pudełka i spaliłam piekarnik. Ciastka to cały mój reper-

tuar, za to umiem je zrobić od zera. A coś mi mówiło, że je lubisz. Próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedyś zamawiałeś u nas czekoladę, i wyszło mi, że chyba nie, więc uznałam, że najlepsze dla ciebie będą


157/163

waniliowe. – Uśmiechnęła się szeroko, kiedy Nicholas wytrzeszczył oczy. – Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią czekoladowe, i na tych, którzy lubią waniliowe. Nie wiedziałeś? – To aż takie proste? Paige przytaknęła skinieniem głowy.

– Zastanów się: nikt nigdy nie lubi tak samo obu smaków w mieszanych lodach. Zawsze zostawia się jeden na koniec: albo czekoladowe, albo waniliowe. A prawdziwi szczęściarze to ci, którzy mają kogoś, z kim mogą się zamienić i dostać całą porcję swojego ulubionego smaku. Ja zamieniałam się z tatą.

Nicholas pomyślał o tym, jak minął mu dzień. Wciąż był na oddziale ratunkowym. Rano na szosie numer dziewięćdziesiąt trzy zdarzył się karambol z udziałem sześciu aut, a poszkodowanych zwieziono do jego szpitala


158/163

– Mass General, czyli Szpitala Ogólnego stanu Massachusetts. Jedna z tych osób zmarła, drugą neurochirurdzy operowali przez osiem godzin, a u trzeciej nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Podczas przerwy na lunch pogotowie przywiozło sześcioletnią dziewczynkę z postrz-

ałem jamy brzusznej; dwa młodzieżowe gangi urządziły sobie strzelaninę na placu zabaw. A w domu czekała na niego Paige. Wracać do niej każdego dnia – cóż to będzie za ulga, pomyślał. Błogosławiona ulga. – Rozumiem, że jesteś z tych, którzy lubią czekoladowe? – zapytał.

– Oczywiście. Nicholas postąpił krok do przodu i oparł dłonie na krawędzi zlewu, unieruchamiając ją pomiędzy nimi.


159/163

– Zawsze oddam ci czekoladową połowę swoich lodów – powiedział. – Dam ci wszystko, czego zechcesz. Nicholas czytał kiedyś o kobiecie, która przy wzroście poniżej metra sześćdziesięciu uniosła i przewróciła szkolny autobus, żeby wyciągnąć spod niego swoją siedmioletnią córeczkę,

a w telewizyjnym magazynie „60 Minutes” oglądał reportaż o tym, jak nieżonaty żołnierz rzucił się na granat, aby uratować życie koledze, na którego w domu czekała rodzina. Z medycznego punktu widzenia można to było wyjaśnić nagłym wyrzutem adrenaliny następującym w reakcji na sytuację kryzyso-

wą. Jednakże praktyka podpowiadała Nicholasowi, że takie zachowanie wymaga pewnego zaangażowania emocjonalnego. Nagle, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, uświadomił


160/163

sobie, że dla Paige byłby zdolny do takich czynów. Przepłynąłby kanał, przyjął kulę, oddał życie. Ta myśl wstrząsnęła nim, zmroziła krew w żyłach. Możliwe, że przemawiała

przez niego tylko zaciekła nadopiekuńczość, lecz mimo wszystko zaczynał myśleć, że to właśnie miłość. Chociaż oświadczył się tak pochopnie, pod wpływem chwili, nie był wyznawcą uczuć w wydaniu romantycznym. Nie wierzył w grom z jasnego nieba ani też w miłość od pierwszego wejrzenia – a właśnie takie teorie mogłyby wyjaśnić fakt, że jego zainteresow-

anie Paige praktycznie natychmiast przerodziło się w obsesję. Nocami leżał w łóżku i nie mógł zasnąć, bo rozmyślał, czy ta fascynacja nie zrodziła się przypadkiem z litości – chłopak, który zawsze miał wszystko, chce


161/163

rozjaśnić życie dziewczynie, która nie dostała od życia aż tyle – lecz musiał szczerze przyznać, że spotykał już kobiety skromniejszego pochodzenia niż on sam i żadna z nich nigdy

nie działała na niego tak, że dosłownie odbierało mu mowę i zapierało dech w piersi. Aby je

zdobyć, wystarczyła butelka chianti i rozbrajający uśmiech; te kobiety gościły w jego łóżku przez mniej więcej tydzień, a potem przychodziła potrzeba zmiany. Podobnie mógł – gdyby tylko zechciał – postąpić z Paige; wiedział, że jest do tego zdolny. Jednakże wystarczyło, że na nią spojrzał, a już pragnął

stać przy niej, osłaniać ją ciepłem swojego ciała, zwyczajnym, ale mocnym. Była delikatna i krucha, i to bardziej, niż dawała po sobie poznać.


162/163

Leżała sobie teraz wygodnie na podłodze w jego salonie, zamienionym jej ręką w pokój, w którym da się żyć, i czytała „Anatomię” Graya, tak jak się czyta kryminał.

– Nie rozumiem, jak można to wszystko zapamiętać, Nicholas – zawyrokowała. – Ja nie

dałam rady wykuć nawet samych kości. – Uniosła głowę znad książki. – Starałam się, naprawdę. Chciałam ci zaimponować i wymienić wszystkie bez podglądania.


@Created by PDF to ePub


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Linia życia - Jodi Picoult - ebook