Issuu on Google+

es a B tsel rk

rów le

Aut o

PAM JENOFF New York

Timesa

DZIEDZICTWO Sprawnie napisana opowieść o nieśmiertelnej miłości, niewyobrażalnej stracie i piętnie, jakie przeszłość odbija na teraźniejszości. –Publishers Weekly


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Tytuł oryginału: The Things We Cherished Copyright © 2011 by Pam Jenoff All rights reserved. Originally published by Doubleday, a division of Random House, Inc., New Jork, USA. Copyright for the Polish Edition © 2012 G + J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15 Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77 Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska Korekta: Jadwiga Piller Projekt okładki: Wioletta Wiśniewska Zdjęcia na okładce: Shutterstock Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka ISBN 978-83-7778-320-7 Skład i łamanie: TYPO 2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.


Dla moich c贸reczek, Charlotte i Elizabeth


1 Filadelfia, 2009 – Wiesz, że grozi ci od dwudziestu pięciu lat do dożywocia, prawda? – Charlotte spojrzała znad akt na siedemnastolatka z rzędami cieniutkich warkoczyków, który siedział skulony na krześle za pokrytym graffiti stołem, wbijając wzrok w tenisówki. Wstępne przesłuchanie nie poszło dobrze. Charlotte miała nadzieję, że sędzina raz rzuci okiem na dziecinną buzię Marquana, jego pulchne, gładkie policzki i niewinne oczy w kształcie migdałów i natychmiast zrozumie, że oskarżony nie stanowi żadnego zagrożenia, że więzienie to nie miejsce dla niego. Myślała, że sędzia Annette D’Amici, która sama kiedyś była obrońcą z urzędu, może okazać wyrozumiałość wcześniej niekaranemu nastolatkowi mniej więcej w tym wieku co jej wnukowie. Niestety zdarzył się wyjątkowy pech: sędzia D’Amici rozchorowała się i w tym dniu miał ją zastąpić Paul Rodgers. Rodgers, który planował karierę polityczną i postrzegał ławników jako szczebel w karierze, dorobił się opinii wyjątkowo surowego. Ledwie spojrzał na Marquana, a już walnął młotkiem i wysłał go do skrzydła dla młodocianych w miejscowym więzieniu. W innej sytuacji Charlotte po prostu uznałaby to przesłuchanie za swoją porażkę i przeszłaby do kolejnej sprawy w sąsiedniej sali rozpraw, gdzie czekali na nią kolejni oskarżeni. Ale Marquan to zupełnie co innego. Poznali się dwa lata wcześniej, był wtedy przestraszonym piętnastolatkiem, którego przyprowadzono pod drobnym zarzutem posiadania narkotyków. W oczach miał błysk inteligencji i pewną szlachetność w wyprostowanej sylwetce i w poważnym spojrzeniu brązowych oczu, które zdawały się przenikać ją na wskroś. Sprawił na niej wrażenie obiecującego dzieciaka. Zrobiła wszystko, czego zwykle nie robiła w tysią5


cach takich przypadków rocznie: zapewniła mu status wcześniej nienotowanego, dzięki czemu nie dostał wpisu do akt, a także załatwiła mu zajęcia pozalekcyjne. Dlaczego więc siedział teraz przed nią, z zaciętą twarzą i pustym wzrokiem, a w perspektywie czaiło się oskarżenie o morderstwo podczas nieudanej kradzieży samochodu? Dlatego, że to, co zrobiła, po prostu nie wystarczyło. Zajęcia pozalekcyjne obejmowały jedynie parę godzin w tygodniu – kropla w oceanie biedy, narkotyków, przemocy i nudy, z którymi te dzieciaki co noc zmagały się na ulicach. Podczas policyjnego pościgu samochód wpadł na schodki przed domem, dwójka małych dzieci dostała się pod koła. Marquan nie chciał nikomu zrobić krzywdy – tego była pewna. Miał brata w wieku tych dzieci, którego co rano odprowadzał do szkoły, a wieczorem do domu. Nie, on po prostu był pod ręką, kiedy ktoś wpadł na ten głupi pomysł, i zabrakło mu siły albo zdrowego rozsądku, żeby odmówić. Charlotte bębniła palcami w blat stołu, obrysowując nimi serce, które ktoś wyrył nożem w drewnie. – Gdybyś tylko zgodził się zeznawać… – zaczęła. W samochodzie było trzech chłopców, ale jedynie Marquan nie uciekł. – Gdybyś powiedział, kto był z tobą… Nie dokończyła zdania, wiedząc, że jej propozycja wpadnie w próżnię. Nikogo nie obchodziło, skąd Marquan pochodzi. „NIE KABLUJ!” – głosiły napisy na T-shirtach dzieciaków, które w porze lunchu mijała w galerii handlowej. Chodziły na wagary i włóczyły się po mieście, często pakując się w tarapaty. Kabel nigdy już nie mógł wrócić do domu, spokojnie zasnąć i nigdy nie miał pewności, czy on sam lub jego bliscy będą bezpieczni. Marquan prędzej zgodzi się na wyrok. Gwałtownie wypuściła powietrze i spojrzała na zacieki na suficie. – Masz mi cokolwiek do powiedzenia? – spytała, zamykając akta. Marquan prawie niezauważalnie pokręcił głową. – Jeśli zmienisz zdanie albo będziesz czegoś potrzebował, niech oficer zajmujący się twoją sprawą zawiadomi mnie. – Odsunęła się od stołu, wstała i zapukała do drzwi na znak, że jest gotowa do wyjścia. 6


Parę minut później wysiadła z windy i ruszyła przez hol Centrum Sądownictwa Karnego pełnego przyszłych sędziów, rodzin ofiar i oskarżonych, którzy przechodzili przez wykrywacz metali w stronę stanowiska ochrony, by tam zasięgnąć informacji. Na ulicy przepłynęła przez chmurę papierosowego dymu, którą zostawili urzędnicy sądowi zwlekający z rozpoczęciem dnia pracy, po czym zatrzymała się i spojrzała w lewo w stronę bryły Reading Terminal Market. Marzyła o tym, by przejść się między straganami, stoiskami z potrawami wszelkiego rodzaju – od frykasów przyrządzonych przez amiszów aż po lo mein i kanapki ze stekiem i serem, ale nie miała na to czasu. Kiedy dotarła do zatłoczonego przejścia w cieniu ratusza, z którego wieży świątobliwym wzrokiem spoglądał William Penn, przystanęła, by przez chwilę ponapawać się rześkim powietrzem końca września. W Filadelfii każdej wiosny było tylko kilka takich dni, potem uporczywie parne lato ustępowało chłodnej, deszczowej zimie. Wciąż rozmyślając o Marquanie, Charlotte weszła do budynku. Na szóstym piętrze wysiadła z windy i ruszyła ponurym korytarzem. Zza otwartych drzwi dudnił głos szefa działu, Mitcha Ramireza, który kłócił się z prokuratorem. – Kurwa, chcesz mi powiedzieć, że…? Charlotte z uśmiechem minęła gabinet. Mitch był legendą wśród obrońców – siedemdziesięciodwuletnim dinozaurem, który w latach sześćdziesiątych maszerował w demonstracjach na rzecz praw człowieka – i wciąż groźnym przeciwnikiem, gdy uważał, że jego klient został pokrzywdzony. Zatrzymała się pod drzwiami swojego gabinetu niczym się nieróżniącego od pozostałych. Pokój był skromnie urządzony: wyglądał właściwie jak magazynek z małym biurkiem i dwoma stojącymi tuż koło siebie krzesłami. Dużo mu brakowało do marmurowo-mahoniowego apartamentu, który zajmowała jako wspólnik w ogromnej nowojorskiej firmie. Ale ten maleńki gabinecik był cały jej. Walczyła o niego dwa lata, chcąc wydostać się z morza boksów, zajmowanych przez 7


świeżo upieczonych obrońców piętro niżej, i mieć drzwi, które mogła zamknąć, by spokojnie pomyśleć. Wyciągnęła rękę do klamki, lecz znieruchomiała w pół ruchu. Drzwi były lekko uchylone. Była pewna, że zamknęła je, kiedy rano wychodziła do sądu. Może któryś z adwokatów wpadł na chwilę, żeby zostawić jakieś akta. Kiedy weszła do gabinetu, aż wstrzymała oddech. Na wąskim krześle za biurkiem siedział jej były chłopak. – Brian? – spytała, nie wierząc własnym oczom. Jej głos zabrzmiał jak skrzeczenie. Brian podniósł się z krzesła. Był wysoki i barczysty, miał sylwetkę, za którą domy mody płaciły duże pieniądze. Brązowe włosy niesfornie opadały mu na czoło, choć często je przycinał, by nadać sobie bardziej profesjonalny wygląd. Pomimo umięśnionych ramion, które budziłyby respekt na boisku koszykówki, emanował pewną bezbronnością, wyglądał na faceta, który potrafiłby się rozpłakać, oglądając film o miłości, i którym kobiety chętnie się opiekowały. Kiedy teraz na niego patrzyła, aż trudno jej było uwierzyć, że kiedyś złamał jej serce. – Cześć, Charlotte. – Użył jej pełnego imienia, jakby chciał podkreślić lata, które upłynęły od ich ostatniego spotkania. Schylił się, by ją pocałować, i wtedy Charlotte poczuła znajomy zapach wody kolońskiej Burberry przypominającej jej o czasach, które wolałaby wymazać z pamięci. – Dobrze wyglądasz. – Strzepnął spodnie na kolanach. Jego elegancki garnitur rozpaczliwie nie pasował do tego lichego wnętrza. Nagle poczuła się głupio w czarnej dzianinowej garsonce, praktycznej i nieatrakcyjnej. Jego pachnąca Chanel żona zawsze w butach na szpilkach nigdy w życiu by się tak nie ubrała. Przez chwilę czekał, aż Charlotte się odezwie, po czym przerwał ciszę. – Nie chciałem cię przestraszyć. Twoja sekretarka mnie wpuściła. Charlotte nie miała sekretarki. Brian pewnie miał na myśli Doreen, administratorkę biura. Doreen zwykle była tak zajęta pisaniem na Facebooku, że nie starczało jej czasu na zajmowanie się gośćmi, ale Charlotte 8


z łatwością potrafiła sobie wyobrazić, jak Brian oczarował ją do tego stopnia, że otworzyła gabinet i go wpuściła. Znowu uważnie mu się przyjrzała. Brian miał lekko wystający brzuszek, który świadczył o zbyt wielu wizytach w drogich restauracjach i o zbyt rzadkich wizytach w klubie tenisowym, do którego kiedyś chodził codziennie. Zachował jednak wdzięk, którym ujął ją niemal dziesięć lat wcześniej – i przez który przede wszystkim wpakowała się w niezłe tarapaty. Zrobiła głęboki wdech, próbując wziąć się w garść. – Co ty tu robisz? Wyraz twarzy Briana się zmienił, kiedy pojął on nowe zasady gry: koniec uprzejmości, przechodzimy do rzeczy. – Przyjechałem w interesach. Pomyślałem, że zechcesz o czymś ze mną porozmawiać. Nagle pomyślała, że odszedł od Danielle. Po wszystkich tych latach zrozumiał, że popełnił błąd, uświadomił sobie, że to ona, Charlotte, jest tą jedyną. Przez głowę przemknął jej cały scenariusz: on szczerze przeprasza, ona mu wybacza i przyjmuje go z powrotem. Oczywiście nie obyłoby się bez zamieszania. Rozwód, kwestia tego, gdzie zamieszkać: tu czy w Nowym Jorku. – O sprawie, nad którą pracuję – dodał. Wizja wyparowała niczym kropla deszczu w upalny, wilgotny dzień – tak szybko, jakby w ogóle się nie pojawiła. A więc jednak nie chodzi o nas, pomyślała Charlotte i zrobiło jej się bardzo głupio. Brian chciał czegoś, ale nie jej. – Dasz się zaprosić na lunch? – spytał. Pokręciła głową. Trzydzieści sekund z Brianem, a on już bawił się jej umysłem. Musiała jak najszybciej się go pozbyć. – Nie mogę. Za pół godziny muszę wracać do sądu. – Oczywiście. W takim razie na kolację. Szósta ci pasuje? Wiedziała, że Brian oblicza w myślach, ile czasu ta kolacja mogłaby potrwać, czy zdąży na powrotny pociąg o dziewiątej na Manhattan. Do Danielle. Żołądek podszedł jej do gardła, upływ czasu ani trochę nie zmniejszył zazdrości. 9


Przez sekundę zamierzała odzyskać odrobinkę kontroli, którą utraciła przed laty, i odrzucić to zaproszenie last minute. Przecież może mieć własne plany. Zwykle ograniczały się do zamówienia przez telefon jedzenia z kuchni tajskiej i obejrzenia w towarzystwie kotki Mitzi paru odcinków serialu CSI: kryminalne zagadki Nowego Jorku, ale Brian nie musiał o tym wiedzieć. Zresztą zaintrygował ją. Rzeczywiście miał coś do załatwienia w Filadelfii czy przyjechał tylko po to, żeby się z nią zobaczyć? I o co, do diabła, mogło chodzić? – W porządku – odparła, starając się, by w jej tonie zabrzmiała nonszalancja. – Buddakan? Niemal wszyscy przyjezdni wybierali właśnie to miejsce, jedną z drogich restauracji Stephena Starra, cieszącą się uznaniem w całym kraju, która doczekała się swojego klona w Nowym Jorku. Nie mogła się bardziej różnić od jednej z tych cichych restauracyjek, które uwielbiała, na przykład tej w Greenwich Village, gdzie serwowano potrawy z północnych Włoch. W czasach studenckich tak często tam chodzili, lecz teraz, po latach, stała się o wiele mniej popularna. Zastanawiała się, czy zaproponować inne miejsce, choćby Santori, grecką trattorię niedaleko jej domu, gdzie podawano przepyszny hummus i darmowy kieliszek ouzo po każdym posiłku. Ale tu nie chodziło o spotkanie towarzyskie, zresztą nie chciała wprowadzać Briana w tę część swojego świata. – Dobrze. – W takim razie nie przeszkadzam w pracy – powiedział i wyszedł z gabinetu, nie odwracając się. Cały Brian. Traktował życie jak plan filmowy – gdy schodził ze sceny, światła gasły i miejsce po prostu przestawało istnieć. Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, opadła na krzesło, starając się powstrzymać drżenie. Poznali się w szkole prawniczej, podczas stażu przy Trybunale Haskim, asystując prokuratorowi w sprawach o ludobójstwo w byłej Jugosławii. Pamiętała, jak kiedyś weszła do malutkiego holenderskiego 10


baru, i tam pierwszy raz zobaczyła Briana. Stał otoczony wianuszkiem stażystów, głównie płci żeńskiej. Znieruchomiała na parę sekund, wbrew własnej woli, gapiąc się na niego. Nie słyszała, co mówił, ale uwiodło ją coś w tonie jego głosu, niespotykana pewność siebie. Nagle odwrócił głowę w jej stronę. Skrępowana, zaczęła się odwracać, ale ich spojrzenia się skrzyżowały, a ją dosłownie sparaliżowało, nie mogła się ruszyć. Po chwili zostawił swoich słuchaczy i skierował się ku Charlotte, z dwoma kuflami piwa, jakby czekał na jej przyjście. – Brian Warrington. – Charlotte Gold – wydusiła z siebie, starając się nie jąkać. – Wiem. Jesteś na stypendium Root Tilden z nowojorskiego uniwersytetu, prawda? – Zaskoczona, zawahała się. Nie spodziewała się, że Brian ją zna i wie, że dostała to prestiżowe stypendium. – Ja jestem z uniwersytetu kolumbijskiego. Zdaje się, że oboje zostaliśmy przydzieleni do sprawy Dukovicia. Twoje pismo w kwestii dowodowej zrobiło na mnie duże wrażenie. – Niemal dygnęła. – Chciałbym je wykorzystać w przesłuchaniu jednego ze świadków. W tej chwili kapela jazzowa, która wcześniej rozstawiała instrumenty w kącie pubu, zaczęła grać, a rozmowy wokół nich stały się głośniejsze. – Niedaleko stąd jest ciche bistro. Pójdziemy tam coś zjeść? Zbyt zmieszana, by odpowiedzieć, Charlotte tylko kiwnęła głową i wyszła z Brianem z pubu, czując na sobie spojrzenia stażystek. Od tamtej pory stali się nierozłączni. Zakochali się nad belgijskim piwem i w trakcie ożywionych debat na temat skuteczności sądownictwa karnego. Kiedy jesienią wrócili na Manhattan, wyprowadziła się z akademika w Greenwich Village i przeniosła do apartamentu Briana na Upper West Side. Choć jego dom nie ociekał złotem, Charlotte szybko zrozumiała, że Brian jest bogaty. Jeździła z nim na jesienne weekendy do Hamptons i na święta do posiadłości jego rodziców w Chappaqua. Coraz mniej czasu spędzała na uczelni, do centrum wybierała się tylko na zajęcia. 11


Po skończeniu studiów zamierzali ubiegać się o stypendium w ONZ, zaręczyć się i szybko się pobrać. Jej idylliczny świat runął w grudniu, kiedy pojechała do Filadelfii w krótkie odwiedziny do matki – Winnie, emerytowanej nauczycielki matematyki. Pierwszego dnia przy śniadaniu matka przekazała jej wiadomość, z którą czekała aż do czasu, gdy Charlotte zda ostatnie egzaminy: w jej płucu wykryto mały guzek, wywołany, jak przypuszczała, paleniem papierosów, który to nałóg rzuciła przed laty. Kiedy uporczywy kaszel, który kładła na karb alergii, wreszcie nakłonił ją do zrobienia sobie prześwietlenia klatki piersiowej, już było za późno – nowotwór był w czwartej fazie, a jej zostało zaledwie parę miesięcy życia. Winnie nie zgodziła się, by córka wzięła urlop dziekański na jeden semestr, więc Charlotte co weekend jeździła koleją z Nowego Jorku do Filadelfii, z niedowierzaniem obserwując szybko pogarszający się stan zdrowia jej niegdyś tak silnej matki. Oczywiście Brian zaproponował, że będzie jeździł razem z nią, ale zawsze odmawiała, wstydząc się malutkiego mieszkanka na przedmieściu, starych mebli i pożółkłych ścian. Nie upierał się. Wycofał się taktownie, zadowolony, że nie musi uczestniczyć w dramacie obcego człowieka. Rozłąka i wieczne przygnębienie Charlotte zaczęły się odbijać na ich związku. Kiedy w marcu jej matkę przeniesiono do hospicjum, Charlotte po powrocie do Nowego Jorku znalazła pod toaletką w łazience Briana cudzą szminkę. Później przyszło jej do głowy, że może włożył ją tam celowo, w ostatnim akcie biernej agresji mającym przyśpieszyć nieuchronny koniec. Tego szarego popołudnia skonfrontowała się z nim, mając nadzieję, że wszystkiemu zaprzeczy albo chociaż się wytłumaczy, a ona będzie mogła mu wybaczyć. Było jeszcze wilgotno i chłodno, wciąż panowała zima. Przed ich ustami tworzyły się obłoczki pary, gdy ściskali w dłoniach styropianowe kubki z kawą, której właściwie nie zamierzali wypić. Siedzieli na ławce w południowo-zachodniej części Washington Square Park, gdzie kiedyś spędzili tyle szczęśliwych chwil. Odtąd to miejsce na zawsze miało pozostać skażone w jej pamięci. Brian wbił wzrok w ławkę, jego twarz wyglądała jak własna karykatura, była ściąg12


nięta i zatroskana. Kiedy zaczął mówić, Charlotte nastawiła się na komunały: oddalili się od siebie i tak dalej. – Poznałem kogoś – powiedział bez ogródek. Poczuła ucisk z żołądku. – Ma na imię Danielle – ciągnął. – Studiowała na Harvardzie, dwa lata przed nami. – Oczywiście. Przecież nie mogła być pusta i pospolita. Charlotte przypomniała sobie świąteczne przyjęcie w firmie, w której Brian pracował w tym roku. Pomimo całej rozpaczy i troski o matkę pamiętała szczupłą blondynkę, młodszą wspólniczkę, i rozmowę o letnich domach, w której nie miała nic do powiedzenia. – Przepraszam – zakończył. Chciała mu zadać tysiące pytań: dlaczego, kiedy i jak, ale on już wrzucił kubek do kosza na śmieci i poprawiał płaszcz, gotów rozpocząć nowy rozdział w życiu. Trzy tygodnie później poznała resztę historii. Przy śniadaniu otworzyła „Sunday Timesa” i zobaczyła ogłoszenie o zaręczynach wraz ze zdjęciem szczęśliwej pary. Uśmiech Danielle był szerszy i bardziej doskonały, niż to zapamiętała. Z niedowierzaniem gapiła się na zdjęcie. Przez parę tygodni, odkąd Brian powiedział jej o swoim nowym związku, pocieszała się lodami i winem, powtarzając sobie, że to nic poważnego. Danielle była tylko pocieszycielką w okresie, kiedy Brian próbował poukładać sobie sprawy w głowie. Ale w tej chwili prawda wyszła na jaw: Brian i Danielle byli zaręczeni. Jak długo się spotykali za jej plecami? Nie mogąc oderwać wzroku od gazety, czytała dalej. Kiedy się dowiedziała, że dziadek Briana był dyrektorem naczelnym firmy Fortune 250, a narzeczona zachowa panieńskie nazwisko, nagle poczuła się uwolniona, jak balon, z którego spuszczono powietrze. Ulżyło jej, że nie trafiła do świata, do którego nie pasowała. Poczuła się jak student, któremu pozwolono zmienić specjalizację albo opuścić zbyt trudne zajęcia. Potem odpuszczenie sobie całej reszty okazało się łatwe. Zrezygnowała ze stypendium w Hadze, na które miała wyjechać zaraz po skończeniu studiów. Dostała posadę obrońcy z urzędu, wróciła do Filadelfii i wślizgnęła się w to miasto niczym w parę starych, wygodnych butów. 13


Tamtej nocy za pięć szósta wysiadła z taksówki na rogu Third i Chestnut i rozejrzała się na obie strony. Stare Miasto, niegdyś prowincja Bena Franklina i innych twórców amerykańskiej konstytucji, teraz stało się modnym miejscem. Rzadko zapuszczała się między rzędy modnych barów i restauracji, które szpeciły federalistyczną architekturę tej okolicy. Dwie przecznice dalej roześmiani turyści wyszli z Independence Hall, gdzie oglądali Dzwon Wolności, po czym wsiedli do autokarów, które miały zawieźć ich do domu. Park po drugiej stronie ulicy pogrążył się w nieprawdopodobnym bezruchu. Słoneczne światło późnego popołudnia sączyło się między usychającymi liśćmi. Charlotte przystanęła, żałując, że nie złamała swoich zasad i nie spóźniła się, okazując w ten sposób nonszalancję. Przez chwilę miała ochotę okrążyć kwartał ulic, by zyskać trochę czasu na pozbieranie się. Nie było jednak sensu odwlekać tego, co nieuchronne – im szybciej spotka się z Brianem, tym szybciej Brian z tymi swoimi szatańsko zielonymi oczami wsiądzie do pociągu zmierzającego do Nowego Jorku. Kiedy zbliżyła się do restauracji, spojrzała na swoje odbicie w wystawie sąsiedniego sklepu i przygładziła brązowe włosy sięgające ramion. Po pracy nie miała czasu wpaść do domu – skromnego domku w Queen Village, który kupiła, zanim okolica ta stała się modna. Z biura spacerkiem szło się do niego trzydzieści pięć minut, co było przyjemne w ładny dzień, ale dziś nie zdążyłaby przed kolacją. Po pracy wstąpiła więc tylko do Macy’s, jedynego w mieście staroświeckiego domu towarowego. Oparła się chęci nabycia kompletnego stroju, kupiła jedynie bluzkę z kremowego jedwabiu, którą zastąpiła trykotowy top, parę kosmetyków i próbek perfum ze stoiska Clinique. W restauracji niepewnie stanęła przy recepcji, oswajając wzrok z przyćmionym światłem. W tym azjatyckim lokalu, gdzie podawano potrawy z całego świata, znajdowało się mnóstwo stolików, na ścianach wisiał udrapowany czerwony jedwab, w jednej części dominował masywny złoty posąg Buddy. Kilkunastu szefów kuchni uwijało się w kłębach pary w otwartej kuchni na tyłach. Przy barze po lewej stronie

14


paru dwudziestoparolatków szpanowało nad kolorowymi drinkami za dziesięć dolarów. – W czym mogę pomóc? – spytała bez zainteresowania hostessa. Charlotte nie odpowiedziała, tylko omiotła wzrokiem salę, aż wreszcie wypatrzyła Briana przy stoliku w głębi. To ją zaskoczyło. Przychodzenie wcześniej nie było w jego stylu, czekanie na innych nie mieściło mu się w głowie. Kiedy podeszła, wstał, pośpiesznie chowając BlackBerry do kieszeni marynarki. – Dziękuję, że przyszłaś – powiedział zupełnie szczerze. Usiadła i przejrzała menu, które podała jej kelnerka, wdzięczna za wybawienie. – Poproszę martini Grey Goose z dodatkowymi oliwkami. – W dni powszednie zwykle nie pijała mocnego alkoholu, ale okoliczności usprawiedliwiały ten wyjątek. – Ja poproszę to samo – powiedział Brian, znowu ją zaskakując. Zazwyczaj pił tylko piwo, w każdym razie kiedyś. – A więc przyjechałeś w interesach? – spytała, kiedy kelnerka przyniosła drinki i przyjęła zamówienie na kolację: pad thai z homarem dla Charlotte i tuńczyka w ziarnach sezamowych dla Briana. Zauważyła, że nie zamówił przystawki – kolejny dowód na to, że śpieszył się do Nowego Jorku i Danielle. Poczuła ukłucie w sercu, gdy przypomniało jej się rozstanie sprzed dziesięciu lat. Ale przecież to nie ona prosiła o to spotkanie – to Brian chciał się z nią zobaczyć. – Zeznanie pod przysięgą? – Nagle uświadomiła sobie, że mówi z filadelfijskim akcentem, jakby w ciągu tych lat od powrotu do tego miasta, pod względem wymowy znowu stała się tubylcem. – Przejeżdżałem tędy – odpowiedział bez naleciałości regionalnych. – Dziś rano miałem spotkanie w Waszyngtonie. – Zwykle wysławiał się bardzo precyzyjnie, lecz tym razem mówił tak ogólnikowo, że zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie kłamie. Czyżby przyjechał aż z Nowego Jorku jedynie po to, żeby z nią porozmawiać? – Co u ciebie? – spytał. Jeśli to pytanie wynikało ze zwykłej uprzejmości,

15


było tylko etapem, który musiał pokonać, by przejść do rzeczy, to nie dał tego po sobie poznać. Na jego twarzy malowała się prawdziwa ciekawość. Zawsze umiał przekonać rozmówcę, że jest po jego stronie, że szczerze zależy mu na jego dobru – i właśnie dlatego był tak niebezpieczny. Nigdy niczego nie podejrzewała – aż do chwili, kiedy powiedział, że odchodzi do innej. – Świetnie – odparła, o ułamek sekundy za szybko. Nagle poczuła się jak naga, odsłonięta. – Zajmuję się sprawami młodocianych przestępców… – Zaczęła trajkotać, niczym tarczą osłaniając się opowieścią o pracy. Ale teraz to zajęcie, które było jej prawdziwą pasją, nagle wydało się jej prowincjonalne, niewyrafinowane. – A u ciebie? – Dobrze. Właśnie skończyłem sprawę obrotu papierami wartościowymi, która ciągnęła się dwa miesiące i my, to znaczy Dani… – Zawiesił głos, jakby na chwilę zapomniał, że opowiadanie o żonie jest niestosowne wobec kobiety, którą dla niej rzucił. Jakby Charlotte była obcym człowiekiem. – W każdym razie przydałyby nam się wakacje. Może pojedziemy do Aspen. Charlotte wyobraziła sobie, jak w idealnej harmonii szusują po zaśnieżonych stokach. Ona beznadziejnie jeździła na nartach, stanowiła zagrożenie dla samej siebie i innych narciarzy. – A potem pojawiła się nowa sprawa – dodał. Charlotte upiła duży łyk drinka i nastawiła się na dłuższą opowieść. – Właśnie dlatego chciałem się z tobą spotkać. – Ze mną? – wypaliła głośniej, niż zamierzała, prawie dławiąc się martini. Brian zajmował się papierami wartościowymi, był obrońcą w sprawach największych domów maklerskich w kraju. Cóż to za sprawę chciał z nią omówić? Upił łyk martini i się skrzywił. – To sprawa pro bono. Charlotte zawahała się, zaskoczona. Brian nigdy nie podejmował się takich spraw – wykazywał empatię dla pokrzywdzonych jedynie na poziomie abstrakcyjnym, coś w rodzaju noblesse oblige charaktery-

16


stycznego dla liberalnej wyższej klasy średniej. Nie potrafiłby poradzić sobie z całym bałaganem dotyczącym klientów z krwi i kości, z zawiłością indywidualnych historii. W co się tym razem wpakował? Uznała, że musi chodzić o jakiś wyjątkowy przypadek, może człowieka skazanego na karę śmierci. Czuła coraz większą irytację. Dla rozgłosu kancelarie prawnicze coraz częściej przyjmowały takie sprawy. Ale pomimo całej swojej przedsiębiorczości nie miały odpowiednich narzędzi do rozwiązywania spraw wymagających ekspertyzy specjalistycznej. A teraz Brian prosił ją o darmową poradę. Kelnerka wróciła do stolika i postawiła talerz przed Brianem. Posiłek podano w domowym stylu, czyli „podajemy, co chcemy i kiedy nam się podoba”. Kiedy wskazał jej talerz, proponując, żeby się poczęstowała, pokręciła głową odmownie. – Nie krępuj się, jedz. Spodziewała się, że Brian weźmie widelec i zacznie pochłaniać mięso z właściwym sobie apetytem, on jednak tego nie zrobił. – Słyszałaś kiedyś o Rogerze Dykmansie? – spytał. W myślach powtórzyła to nazwisko. – Nie przypominam sobie. Nazwisko może obiło mi się o uszy. – Roger to mój klient. Jego bratem był Hans Dykmans. Hans Dykmans. Nazwisko w połączeniu z imieniem natychmiast wydało jej się znajome. – Tego dyplomaty? – Hans Dykmans, podobnie jak szwedzki dyplomata Raoul Wallenberg i niemiecki przemysłowiec Oskar Schindler, podczas Holokaustu uratował tysiące Żydów. Tak samo jak Wallenberg został aresztowany i pod koniec wojny zniknął w tajemniczych okolicznościach. – Tak. Roger to młodszy brat Hansa, dyrektor ogromnej międzynarodowej firmy maklerskiej. Niedawno został aresztowany i oskarżony jako przestępca wojenny pomagający Niemcom. – Brian urwał, patrząc, jak Charlotte zareaguje na wieść o tym, że brat bohatera wojennego mógł kolaborować z nazistami. Nie była jednak aż tak za-

17


skoczona, jak się tego spodziewał. Już dawno przekonała się, że ekstremalne okoliczności panujące na wojnie wywoływały całe spektrum zachowań, nawet wśród najbliższej rodziny. Brian poczekał, aż kelnerka postawiła talerz przed Charlotte, i podjął wątek: – Niedawno historycy odkryli dokumenty obciążające Rogera. Twierdzą, że podczas wojny Roger wydał swojego brata Niemcom, w wyniku czego Hans został aresztowany, a kilkaset żydowskich dzieci, które próbował uratować, zginęło. Charlotte spuściła wzrok na szkarłatny obrus i aż się wzdrygnęła. Była potomkiem Żydów, którzy przeżyli Holokaust, a właściwie jednego ocalałego. Jej matka w dzieciństwie uciekła z Węgier, została wysłana w kindertransport do Londynu, a później trafiła do krewnych w Ameryce. Reszta jej rodziny – rodzice i bracia – zginęła w obozach. Pod koniec życia Winnie Charlotte często się zastanawiała, jak by wyglądało jej życie, gdyby matka wyrosła w kochającej się rodzinie, a nie u dalekich kuzynów, którzy przyjęli ją do siebie jak nieprzyjemny obowiązek. Charlotte podejrzewała, że to z powodu ich chłodnego traktowania Winnie rzuciła się w ramiona pierwszego mężczyzny, który zwrócił na nią uwagę i który ostatecznie złamał jej serce, zostawił ciężarną i samotną. Podniosła wzrok i spojrzała na Briana, który wpatrywał się w nią, czekając na jakąkolwiek reakcję. – A więc Dykmans kolaborował z nazistami – odezwała się w końcu. – A ty chcesz go bronić. – Jest oskarżony o kolaborację. – Brian wzruszył ramionami i zjadł kęs tuńczyka. – To mój klient. Wspólnik poprosił, żebym wziął tę sprawę. – I przyjechałeś, żeby poprosić mnie o pomoc – dokończyła, zirytowana. Czy Brian nie pamiętał historii jej rodziny, czy po prostu nie obchodziło go, co dla niej oznacza istota jego prośby? – Dlaczego mnie? Kilka razy zamrugał oczami, jakby nie przywykł do takiej bezpośredniości. Oczywiście. Przez całe lata obracał się w kręgach, w których panowała niezachwiana uprzejmość, trenował oficjalne zachowanie 18


w salach konferencyjnych ogromnych firm i chodził na wykwintne przyjęcia, na myśl o których Charlotte aż wzdrygała się z obrzydzenia. Nie znał bezwzględnego, surowego systemu sądownictwa, gdzie nie było czasu na uprzejmości czy powściągliwość. – Cóż – zaczął powoli. – Przede wszystkim z powodu twojej przeszłości. Pokiwała głową, po czym spojrzała przez ramię, jakby obawiając się, że ktoś ich może podsłuchiwać. Fakt, że zanim zaczęła studiować prawo, była doktorantem na historii, może nie stanowił sekretu, ale i nie należał do rzeczy, o których chciałaby rozpowiadać wszem i wobec w Filadelfii. Trzy lata spędziła w Europie Wschodniej na stypendium Fulbrighta i innych stypendiach, badając historię Holokaustu. Skupiała się na kwestiach, które wynikły dopiero po wojnie: na odzyskaniu mienia przez Żydów i dbaniu o zachowanie w dotychczasowym stanie obozów koncentracyjnych. Dokonała paru przełomowych odkryć i wydała kilka artykułów, które przyniosły jej pewną sławę – już nie wspominając o zyskaniu kręgu cennych znajomości. Do szkoły prawniczej poszła z myślą o połączeniu swojego zainteresowania polityką zagraniczną z karierą prawniczą, ale wtedy spadło na nią podwójne nieszczęście: śmierć Winnie i zdrada Briana. Złożyła więc w Filadelfii podanie o pracę w kancelarii adwokackiej, nie wspominając o swoich studiach nad Holokaustem, bo nikogo by to nie obchodziło i nikt by nie uwierzył, że z takimi dokonaniami jest poważnie zainteresowana podjęciem nisko płatnej pracy obrońcy z urzędu. – W rzeczywistości chodzi o coś więcej – dodał Brian pośpiesznie. – Oczywiście mogę korzystać ze wsparcia firmy. Mogę zatrudnić światowej klasy ekspertów, skontaktować się telefonicznie, z kim tylko zechcę. Na miłość boską, mogę nawet zasięgnąć porady u dwóch byłych członków rządu. – Spuścił głowę, splótł dłonie na karku, po czym znowu się wyprostował. – Ale ty masz cholernie niesamowite zdolności detektywistyczne, zawsze je miałaś. Już zapomniała o jego skłonności do przeklinania, gdy chciał podkreślić wagę swoich słów. Uważał, że dzięki temu staje się bardziej 19


męski, twardy. Jej jednak zawsze wydawało się to naciągane i świadczyło o pewnym braku kreatywności. – Pamiętasz sprawę Dukovicia? – spytał. Kiwnęła głową. Duković był bośniackim przestępcą wojennym oskarżonym o zamordowanie kilkudziesięciu Chorwatów. W ostatniej chwili jedyny świadek, dwunastoletnia dziewczynka, której udało się przeżyć kilka miesięcy uwięzienia, tortur i gwałtów, przestraszyła się i odmówiła zeznawania w sądzie. Wyglądało na to, że z braku dowodów Duković wyjdzie na wolność. Ale Charlotte całymi dniami studiowała dokumenty, próbując powiązać go z tymi zbrodniami poprzez poszlaki, i w końcu udało jej się namówić dziewczynkę do złożenia zeznań. Duković został skazany na dożywocie. – Poza tym angażujesz się w to, co robisz. Popatrz, gdzie jesteś. – Wiedziała, że nie chodzi mu dosłownie o wnętrze luksusowej restauracji. Mówił o trudach jej pracy, o tym, że walczy w okopach o prawa nieuprzywilejowanych. – Zależy ci na tym, żeby ludzie mieli porządną obronę i żeby niewinni nie zostali niesłusznie skazani. Ale Dykmans w niczym nie przypomina moich klientów, pomyślała. To bogaty człowiek ze znajomościami. – Gdzie jest przetrzymywany? – W Niemczech. – Myślałam, że Niemcy nie ścigają własnych przestępców wojennych. – To się zmieniło rok temu. Centrum Wiesenthala i Ministerstwo Sprawiedliwości tak długo na nich naciskały, aż Niemcy się ugięły. – Żałuję, że nie mogę ci pomóc… – zaczęła, ale Brian podniósł rękę i jej przerwał. – Ten starzec resztę życia spędzi w więzieniu – powiedział, szeroko otwierając oczy. – Zasługuje na sprawiedliwą rozprawę. Irytacja Charlotte przemieniła się w gniew. Czy Brian naprawdę myślał, że to takie proste? Że zagra na jej poczuciu sprawiedliwości, a ona natychmiast spełni jego prośbę? Zupełnie jakby jej współczucie

20


było słabością, którą można wykorzystać. Słowa Briana rozbrzmiewały w jej głowie: sprawiedliwa rozprawa. Miała ochotę powiedzieć: W więzieniu na drugim końcu miasta siedzi z tuzin nastolatków, którzy nie dostaną aż tyle. Brian jednak nic by nie zrozumiał. – Co miałabym zrobić? – spytała tylko. – Nie mam kwalifikacji do prowadzenia sprawy w Niemczech. – Oczywiście. Tym zajmuje się najlepsza firma w Europie. – Na ułamek sekundy w jego spojrzeniu pojawił się dziwny wyraz, którego Charlotte nie potrafiła odszyfrować. – Nam zależy na twoich zdolnościach detektywistycznych. Musimy odkryć, czego nam brakuje, czego Dykmans nam nie mówi. – Nie rozumiem. – Nie chce z nami rozmawiać. – Nie chce współpracować z obrońcami? – Brian przytaknął. – A więc przyznaje się do winy? – Nie, po prostu nie chce powiedzieć, że tego nie zrobił, i nie pomaga nam zdobyć dowodów na potwierdzenie tego. Bo nie chce obciążać samego siebie, pomyślała Charlotte. Zamierzała spytać, czy zdaniem Briana Dykmans jest niewinny, ale się rozmyśliła. – A w ogóle to dlaczego tak bardzo ci zależy na tej sprawie? – spytała i podniosła rękę, kiedy Brian otworzył usta, żeby odpowiedzieć. – Tylko nie wciskaj mi już więcej gadki o prawdzie i sprawiedliwości. Chcę poznać rzeczywiste powody. Na twarzy Briana pojawiło się oburzenie. Charlotte spodziewała się, że Brian zacznie protestować i będzie nadal obstawał przy wersji o większym dobru. Po chwili jednak wyraz jego twarzy się zmienił. Zawsze umiała zedrzeć maskę z jego twarzy, czego nie potrafili inni – jak przypuszczała, nawet jego żona. – Chodzi o status wspólnika – powiedział cicho. Oczywiście, pomyślała. Elementy układanki zaczynały trafiać na właściwe miejsce. Brian prowadził praktykę adwokacką już prawie dziewięć lat – najwyższa pora, by zaczął się starać o status wspólnika.

21


– Dykmans to jeden z naszych najważniejszych klientów – ciągnął. – Dano mi do zrozumienia, że jeśli go wybronię, to awansuję. A jeśli nie… Nie musiał kończyć zdania. W dużych firmach adwokaci, którzy nie zdobyli statusu wspólnika, mieli przed sobą rok, może dwa. Potem musieli zgodzić się na stanowisko zwykłego pracownika albo znaleźć sobie inne zajęcie. Obie opcje były mało perspektywiczne, z pewnością nie do przyjęcia dla Briana. Nabrała pałeczkami trochę pad thai, wrzuciła je sobie do ust i zaczęła żuć w zamyśleniu. Cały ten scenariusz wydawał się jej całkowicie surrealistyczny. Brian potrzebował jej pomocy przy obronie nazistowskiego kolaboranta. W każdym razie osoby oskarżonej o kolaborację. Nie było w tym nic osobistego ani szczególnie schlebiającego. Zwrócił się do niej, bo zwyczajnie i po prostu była osobą, która mogła mu dać to, czego potrzebował – jakby zamawiał usługę u hydraulika, bo zapchała mu się toaleta, albo u mechanika, który mógł naprawić jego zepsuty samochód. Ale jeszcze nie padło najważniejsze pytanie: dlaczego miałaby się tym zająć? Brian złamał jej serce, wszystko jej odebrał. Nie była mu nic winna. Już miała dać odpowiedź odmowną, kiedy poczuła coś dziwnego. Przypomniały jej się dni w zakurzonych europejskich archiwach, składanie elementów układanki, próby zadośćuczynienia tym, którzy już nie mogli mówić. Uwielbiała to zajęcie, choć frustrowała ją jego abstrakcyjna natura. Praca nad sprawą Dykmansa mogłaby wreszcie dać jej szansę na połączenie zainteresowania historią i prawem, co bezskutecznie próbowała osiągnąć dziesięć lat wcześniej. Poczuła przypływ zainteresowania. – Niedługo mam urlop – powiedziała w końcu. – Mogę go wziąć w przyszłym miesiącu i wtedy… – To na nic – przerwał jej niemalże arogancko. – Rozprawa Rogera zaczyna się za cztery tygodnie. Jak najszybciej musimy znaleźć dowody, które go oczyszczą z zarzutów. 22


Z trzaskiem rzuciła pałeczki na talerz. – Cztery tygodnie? – Powinni już przygotowywać świadków, robić próby rozprawy, a nie dopiero szukać dowodów. – Wiem. Mało komfortowa sytuacja. Obserwowała go, czekając, aż wyjaśni, dlaczego w ostatniej chwili zwrócił się do niej z tą prośbą, ale on w milczeniu odwrócił wzrok. A więc spodziewał się, że rzuci wszystko i pobiegnie za nim w podskokach. – Nie mogę. – Dykmans to bogaty człowiek. Możesz podać dowolną kwotę. Charlotte się zawahała. Nie przyszło jej do głowy, żeby zażądać pieniędzy. – Chcę Kate Dolgenos. – Słucham? – Najwyraźniej nie takiej odpowiedzi się spodziewał. – To najlepszy obrońca w sprawach karnych w twojej firmie, prawda? – I w całym kraju, pomyślała, kiedy Brian przytaknął. – Chcę, żeby tu przyjechała i w przyszłym tygodniu przeprowadziła wstępne przesłuchanie jednego z moich klientów. To młodociany przestępca. – Tylko w ten sposób mogła opuścić Marquana – przekazać go w ręce lepszego adwokata. – Ale Dolores zajmuje się przestępstwami urzędniczymi. Nie zechce… – I chcę, żeby była dobrze przygotowana – dodała Charlotte. – Nie zostawiała go sobie na koniec. Najpierw musi spotkać się z moim klientem. Brian otworzył usta, żeby zaprotestować, lecz po chwili znowu je zamknął. – Dobrze. Charlotte z wahaniem przygryzła dolną wargę. Zażądała gwiazdki z nieba, nie spodziewając się, że Brian nabierze się na blef i zgodzi się na jej warunki. Wróciła myślami do akt w swoim gabinecie. – Mogę poświęcić ci tydzień – powiedziała. W rzeczywistości mogła poświęcić mu więcej czasu. Od prawie dwóch lat nie brała urlopu, 23


z czego jej współpracownicy często się nabijali. Pomimo nawału pracy szef chętnie udzieli jej urlopu, a koledzy zajmą się jej sprawami. Potrzebowała jednak wyjścia awaryjnego, na wypadek gdyby praca z Brianem okazała się ponad jej siły. Zasługiwał tylko na tydzień, może nawet na mniej. Z widoczną ulgą na twarzy wypuścił powietrze. – Świetnie. – Skinął na kelnerkę, prosząc o rachunek. – Spotkajmy się jutro wieczorem na lotnisku Newark. Samolot odlatuje o ósmej piętnaście. Odsunęła od siebie irytację wywołaną jego pewnością, że się zgodzi, faktem, że niewątpliwie już zarezerwował bilety. – Dokąd lecimy? – spytała, kiedy Brian, nawet nie patrząc na rachunek, podał kelnerce platynową kartę kredytową. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął wizytówkę i podał ją Charlotte. – Do Niemiec. W Monachium porozmawiamy z adwokatami Dykmansa. – W porządku. – Dopiła drinka i wstała, zostawiając niemal nietkniętą potrawę. – Do zobaczenia jutro – mruknęła i ruszyła do drzwi. Nie mogła pozwolić, by wyszedł pierwszy i znowu ją zostawił.


2 Bawaria, 1903 Johann pracował nad zegarem już niemal od roku. Co noc, kiedy Rebecca zasnęła u jego boku, oddychając płytko i miarowo, a potem coraz głębiej i powoli, gdy zaczynała śnić, wymykał się z domu i szedł do pomieszczenia na tyłach obory służącej mu za warsztat. Tam pracował, dopóki nie zgasł ogarek świecy, którą wziął z kuchni, a czasami – gdy świeczka paliła się nieco dłużej – do pierwszego świergotu szpaków nad wzgórzami sygnalizującego nadejście świtu. Wówczas wracał do domu, wślizgiwał się pod pierzynę, przytulał do ciepłego ciała żony, obejmował rosnącą krągłość jej brzucha i drzemał jeszcze przez godzinę, kiedy to musiał wstać, żeby obrządzić zwierzęta. Mozolił się przez długą, ostrą zimę, jego oddech niemal zamarzał w nocnym powietrzu, kiedy Johann szedł do obory po twardym śniegu, który pokrywał ziemię od października aż do kwietnia. Kiedy nadeszły wiosenne deszcze i przemieniły ziemię w gęste błoto, zwiększył tempo, starał się pracować dłużej, szybciej. Musiał dokończyć zegar jeszcze przed porą siewów, która na dobre odciągnęłaby go od warsztatu. Poprzedniego wieczoru Johann dokręcił ostatnią śrubkę. Wiedział, że zakończył pracę. Schował więc zegar pod deskami podłogi i wrócił do domu. Wczołgał się do łóżka, starając się nie budzić Rebekki, ale ona sennym ruchem wyciągnęła do niego rękę, chcąc kochać się z nim w delikatny sposób, którego się nauczył, odkąd urósł jej brzuch. Potem, kiedy uwolniła się z jego ramion, leżał jeszcze, nie śpiąc, wyobrażając sobie swoje dzieło. Zegar, umocowany na mosiężnej podstawce, pod kopułą z grubego hartowanego szkła, miał zaledwie trzydzieści centymetrów wysokości. Jego tarcza była ręcznie malowana, 25


czarne cyfry na kości słoniowej delikatnie zasłaniały mechanizm z tyłu. Cztery gięte wahadła zakończone były kulką. Obracały się powoli o sto osiemdziesiąt stopni w prawo, jakby poruszane niewidzialną ręką, po czym zatrzymywały i rozpoczynały obrót w przeciwną stronę. Co minuta zegar tykał, wydawał z siebie niemal westchnienie, jakby z wielkim trudem popychał dużą wskazówkę. Miał zostać sprzedany Augustusowi Hofflowi, najbogatszemu człowiekowi w mieście. Stanie na kominku w prowadzonej przez niego eleganckim Gasthausie. W każdym razie taką Johann miał nadzieję. Przed niespełna rokiem pokazał zdjęcie Herr Hofflowi, któremu zegar szalenie się spodobał. Z miejsca zdecydował się na kupno. Oczywiście nie wpłacił zaliczki ani nie dał Johannowi pieniędzy na szlachetny metal i inne materiały, a Johann nie śmiał się ich domagać. Herr Hoffel miał doskonałą reputację, robił interesy na kredyt z kupcami aż z Regensburga. Jak Johann, skromny rolnik, mógłby prosić o zapłatę z góry? Musiał więc przez dwa miesiące oszczędzać i skąpić, by zebrać dość gotówki na materiały. Zegar jednak okazał się wyjątkowo udany, piękniejszy niż wszystko, co Johann dotąd zrobił, a nawet widział, był więc pewien, że Herr Hoffel kupi go bez wahania i że bez negocjacji zapłaci pełną kwotę, której Johann potrzebował, by razem z Rebeccą wyjechać do Ameryki. Rebecca. Pogłaskał ją po kruczoczarnych włosach rozrzuconych na poduszce i uśmiechnął się jak zwykle na myśl o żonie, chociaż leżała tuż obok niego. Rebecca była córką bogatego kupca, a kiedy się poznali, wpadła w oko synowi rabbiego. Gdyby nie Johann, zamieszkałaby we wspaniałym domu z bieżącą wodą i toaletą wewnątrz. Ale wbrew wszelkim przeciwnościom losu i gwałtownym protestom rodziców, wybrała jego, rolnika, który co tydzień pojawiał się w przedszkolu, w którym pracowała – nie z konieczności, lecz dlatego, że kochała dzieci. Zasypywał ją żartami, historyjkami i przynosił skromne prezenty. Nie wierzył własnemu szczęściu, kiedy przyjęła oświadczyny, na które zdobył się z wielkim trudem. Rodzice Rebekki odstąpili od zamiaru

26


wydziedziczenia córki i zgodzili się urządzić we własnym domu ceremonię zaślubin, choć byli zbyt zawstydzeni, by zaprosić nań przyjaciół. Teraz sięgnął w dół i dotknął jej dłoni, wyczuwając odciski, których nie miała, kiedy się poznali. Rebecca okazała się silniejsza, niż mogłoby na to wskazywać jej pochodzenie. Bez trudu przystosowała się do skromnego życia męża, wprowadziła się do jego domu z podłogą z nieheblowanych desek, który zostawili mu rodzice. Pod jej rękami dwuizbowy domek stał się przytulniejszy niż kiedykolwiek: okna ozdobiła kwiecistymi zasłonkami, a na drewnianych krzesłach rozłożyła ręcznie uszyte poduszki. Bez słowa skargi przyjęła na siebie obowiązki żony rolnika. Nauczyła się prząść wełnę, prać i naprawiać ubrania, aż więcej w nich było nitki niż materiału, ubijać masło, przyrządzać skromne posiłki, robić przetwory na długie zimowe miesiące. Nawet pracowała z Johannem w polu, śmiejąc się i śpiewając, aż z lęku o jej stan poprosił, by przestała. Minęły dwa lata, odkąd stanęli pod chupą. Dwa lata, a Johann wciąż nie mógł uwierzyć, że Rebecca wybrała właśnie jego. Kiedy co wieczór patrzył, jak żona siada przed spękanym lustrem i czesze ciemne włosy przed pójściem spać, zastanawiał się, czy to aby nie sen, i bał się, że jeśli mrugnie okiem, obudzi się i wszystko zniknie. Kiedy tak leżał, minuty zdawały się rozciągać w nieskończoność. W końcu zasnął. Spał niespokojnie, śniło mu się, że rano poszedł po zegar, ale okazało się, że przestrzeń pod deskami jest pusta. Obraz ten zastąpił inny, równie straszny: zegar wypadł mu z rąk i roztrzaskał się na tysiąc kawałeczków. Johann obudził się, niespokojny i zmęczony, na dźwięk piania kogutów zapowiadających nadchodzący świt. Z większą niż zwykle starannością umył się nad miską, nałożył czystą brązową koszulę i spodnie, które Rebecca przygotowała mu poprzedniego wieczoru. – Wychodzę, Liebchen – szepnął, wdychając jej pudrowy zapach w miejscu między szyją a uchem. – Zjadłeś coś? – wymruczała.

27


– Tak – skłamał, poprawiając szelki. Był tak podenerwowany, że zapomniał o kawałku chleba, który co wieczór szykowała mu na następny dzień na śniadanie. – Zajrzyj do cielaka. – Miała na myśli dwutygodniowe cielę, które nie umiało ssać mleka matki. Rebecca codziennie przez parę godzin karmiła je butelką – z łagodnością i cierpliwością, od której Johannowi aż serce rosło. W progu jeszcze raz spojrzał na żonę i zalała go fala tęsknoty. Niespodziewanie poczuł ukłucie niepokoju. Z trudem zwalczył chęć, by wrócić i jeszcze raz pocałować ją na pożegnanie. Odwrócił się niechętnie, podszedł do drzwi, wzuł buty z popękanymi podeszwami i kapelusz z rondem, który został mu po ojcu. Woń nawozu stawała się coraz silniejsza, kiedy zbliżał się do obory. Jego warsztat znajdował się w maleńkiej komórce; stał tam jedynie stół z paroma narzędziami i prosty piec, którym Johann palił zimą. Ojciec Johanna traktował pracę w tym warsztacie jedynie jako hobby, konstruował zegary, by nieco dorobić w zimowe miesiące. Już od maleńkości uczył syna tego zajęcia. Najpierw dawał mu kawałki drewna do zabawy albo pozwalał przytrzymać jakiś element zegara, który mocował na miejscu. Po jakimś czasie Johann podejmował pierwsze, nieudolne próby skonstruowania własnego zegara, a przez lata pod cichym przewodnictwem ojca jego umiejętności się rozwijały. Kiedy ojciec zmarł, kopnięty przez konia, Johann nadal budował zegary, otoczony zapachem oleju i migoczącym światłem lampy, traktując to jako coś w rodzaju żałoby i jednocześnie oddając hołd swojemu mistrzowi. Niekiedy wydawało mu się, że słyszy głos ojca pracującego obok. Któregoś letniego dnia przed rokiem poznał w mieście pewnego Amerykanina, który pokazał mu rysunek przedstawiający zegar. Johann poszedł do Teitelbauma, jedynego sklepu w miasteczku, i spytał, czy znajdzie się dla niego jakaś praca, co czasami się zdarzało, gdy właściciel sklepu miał zegar wymagający wyjątkowo skomplikowanej naprawy. Herr Teitelbaum nigdy nie płacił mu w gotówce. Johann 28


wymieniał swoje umiejętności na kawę lub inne produkty, których potrzebował, a kiedy praca okazała się trudniejsza niż zwykle, prosił o trochę białego cukru, by sprawić przyjemność Rebecce, która przepadała za słodyczami. Przy ladzie stał jakiś młody mężczyzna przyjmujący zamówienia na zegary i inne zagraniczne towary nadające się na prezent. Miał nadzieję, że właściciel złoży zamówienie. – Niestety te produkty są za drogie dla moich klientów. – Johann podsłuchał odpowiedź Herr Teitelbauma. Zawiedziony domokrążca zaczął chować kartki z wizerunkami towarów i wtedy Johann zauważył rysunek przedstawiający zegar nadający się na rocznicę ślubu. – Mogę? – spytał. Domokrążca wzruszył ramionami i przesunął kartkę po ladzie w jego stronę. Johann obejrzał skomplikowany mechanizm oraz piękną, szklaną kopułę i wpadł w prawdziwy zachwyt. Zarzucił mężczyznę dziesiątkami pytań o czasomierz, odnotowywał w głowie każdą odpowiedź, aż domokrążca zmęczył się tą rozmową i wyszedł. Minęły cztery tygodnie, a Johann nie mógł pozbyć się z umysłu obrazu zegara. Czy potrafiłby zbudować taki sam? Z pewnością to nad wyraz trudne i czasochłonne zadanie, ale gdyby mu się udało, zdobyłby pieniądze na wyjazd. Zebrał się na odwagę i udał się do Herr Hoffla, jednego z niewielu mieszkańców miasteczka, których byłoby stać na zakup takiego zegara. Omówili cenę i dobili targu. Johann czym prędzej zabrał się do pracy. Teraz wyjął zegar spod podłogi i postawił go na stole, na nowo oceniając swoje dzieło. Przesunął palcami tuż nad szklaną kopułą. Oparł się chęci dotknięcia jej, nie chciał bowiem zostawić smug, które zmusiłyby go do ponownego polerowania szkła. Zbudował ten zegar z pamięci, dodał jednak kilka skromnych elementów, by uzyskać jeszcze lepszy efekt. Nie był to prosty zegar z kukułką, jakie od stuleci konstruowano w tym regionie – zwykła drewniana obudowa i nieskomplikowany mechanizm. Zegar roczny, jak go nazwał domokrążca, miał misterną konstrukcję i zaprojektowano go tak, żeby można go było 29


Niniejsza darmowa publikacja zawiera jedynie fragment pełnej wersji całej publikacji. Aby przeczytać ten tytuł w pełnej wersji kliknij tutaj. Niniejsza publikacja może być kopiowana, oraz dowolnie rozprowadzana tylko i wyłącznie w formie dostarczonej przez NetPress Digital Sp. z o.o., operatora sklepu na którym można nabyć niniejszy tytuł w pełnej wersji. Zabronione są jakiekolwiek zmiany w zawartości publikacji bez pisemnej zgody NetPress oraz wydawcy niniejszej publikacji. Zabrania się jej od-sprzedaży, zgodnie z regulaminem serwisu. Pełna wersja niniejszej publikacji jest do nabycia w sklepie internetowym Bookarnia Online.


Dziedzictwo - Pam Jenoff - ebook