Page 1

Przegląd Polski KULTURALNY

nowego dziennika

KWIECIEŃ 2013

Andrea Montegna, Zmartwychwstanie, 1457-1459

Radości ze zmartwychwstania Pańskiego, ale także zadumy nad tajemnicą życia i śmierci oraz chwili wytchnienia i bliskości rodzinnej Czytelnikom i Współpracownikom życzy redakcja Przeglądu Polskiego

Jest taki teatr Melpomena w 500 odmianach Teresa Bętkowska

Muzyka zaczyna się, gdy... 2013 – Rok Lutosławskiego Agata Adamczyk

Jan Karski jak Mahatma Gandhi Wanda Urbanska

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

MIESIĘCZNY DODATEK


Od redakcji

Chociaż niespodzianki – oczywiście miłe – ubarwiają nasze życie, sprawiają, że codzienność staje się szczęśliwsza, mniej przewidywalna, to istotne są również zdarzenia stałe, powtarzalne, oczekiwane... Jak rocznice urodzin, ślubu, imieniny, a także doroczne święta wyznaczające rytm upływających miesięcy. Ich obchodzenie jest naszym corocznym rytuałem, zmodyfikowanym w zależności od części kraju, z której pochodzimy, a także właściwym dla każdego domu – kiedy mówimy, że ciasto pieczemy według przepisu babci albo coś robimy tak, jak zawsze robiła mama. To właśnie wówczas najsilniej odwołujemy się do przeszłości, a nade wszystko do naszego dzieciństwa, wzorując się na tym, jak nasi dziadkowie i rodzice zachowywali się podczas przedświątecznych i świątecznych dni. Uczęszczamy więc przed Wielkanocą na rekolekcje, uczestniczymy w Triduum Paschalnym, szykujemy koszyczek ze święconką, by rano w niedzielę wielkanocną po mszy zasiąść do wspólnego śniadania z tradycyjnymi potrawami na stole. Są to przede wszystkim obrzędy religijne, ale nawet ci, którzy nie czują się mocno związani z Kościołem, spędzają Wielkanoc, jak nakazuje zwyczaj – przy uroczystym posiłku, składającym się z białego barszczu, poświęconych uprzednio jajek czy białej kiełbasy z chrzanem. Nierzadko w ten schemat wkradają się elementy zaczerpnięte już z tego świata, w którym teraz żyjemy, ale niezmienne pozostają te, które są charakterystyczne dla polskich katolików. A do rodzimych tradycji wyróżniających nas na tle innych krajów należy chociażby zwyczaj święcenia pokarmów. Zawartość polskich koszyczków – czyli baranek z cukru, jajka, chleb czy sól – ma wymowę symboliczną, pozwalającą zrozumieć to, co się dzieje podczas świąt zmartwychwstania Pańskiego. Pamiętam siebie jako dziecko, a potem nastolatkę idącą do kościoła z koszyczkiem, który przygotowywałam z mamą. Gdy poświęcony przynosiłam do domu i stawiałam na stole, to był już dla mnie prawdziwy początek Wielkanocy. Tego dnia, w sobotę, późnym wieczorem szliśmy do kościoła, by czuwać przy grobie Pańskim. Ta nocna wizyta w świątyni była czymś niezwykłym – ciemne witraże okien, woń palących się świec, w półmroku grób Chrystusa, przy którym, stojąc nieruchomo, wartę trzymali strażacy, śpiew kobiet, bez towarzyszenia organów, który odbijał się echem w wielkiej przestrzeni kościoła... Wiedziałam wówczas, że rzeczywiście dokonuje się jakaś tajemnica, którą poznaję jedynie sercem, zmysłami, bo jest ona niewidoczna dla oczu. Życzę Państwu pięknych, tradycyjnych, polskich świąt

Miesi´czny dodatek kulturalny nowego dziennika Redaguje: Jolanta Wysocka

jw@dziennik.com

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego Jezus miłował, i rzekła do nich: “Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli oni obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł potem także Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu. Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył do grobu. Ujrzał i uwierzył. Dotąd bowiem nie rozumieli jeszcze Pisma, które mówi, że On ma powstać z martwych (J. 20,1-9).

KWIECIEŃ 2013

WIELKANOC 2013

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

2 Przegląd Polski

Baccio Bandinelli, Pieta, 1488 r.

KS. JANUSZ BALICKI

Autor powyższego tekstu, “ów drugi uczeń”, będąc najmłodszym apostołem Jezusa wyprzedził starszego od siebie św. Piotra, jednak nie wszedł do środka. Faktycznie więc św. Piotr był pierwszym świadkiem pustego grobu. Ułożone w pewnym porządku płótna, w które był owinięty Zmarły, oraz chusta, która była na Jego głowie, oddzielnie zwinięta i położona obok, sprawiały wrażenie, jakby ktoś przed chwilą przestał z nich korzystać. Gdyby ciało Zmarłego zostało gdzieś przeniesione, nie byłoby tam płócien, które służyły także do transportu zwłok. Był to moment, w którym dopiero do nich dotarło to, co Jezus im wcześniej mówił, że zostanie pojmany i ukrzyżowany, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. Był to więc czas i miejsce narodzenia religii, którą obecnie wyznaje ponad 2 miliardy ludzi na całym świecie. Coroczne obchody pamiątki opisanego powyżej wydarzenia skłaniają do refleksji. Święta wielkanocne są na pewno pamiątką triumfu Jezusa, proroka z Galilei, nad tymi, którzy Go przybili do krzyża, wspomnieniem zwycięstwa sprawiedliwości nad brutalną przemocą, ale ich istotę stanowi jednak zwycięstwo życia nad śmiercią. Być może termin “zwycięstwo życia nad śmiercią” jest tak często używany w kontekście Wielkanocy, że nie uderza nas już dostatecznie głębią swej treści. Poza tym każda religia, poza destrukcyjnymi sektami, głosi zwycięstwo życia nad śmiercią, czy w postaci nieba, czy też reinkarnacji. Co jest więc w chrześcijaństwie, czego nie ma w innych religiach? Specyfiką świąt wielkanocnych jest nie tyle wiara w to, że życie nie kończy się śmiercią, co fakt, że Jezus Chrystus, ukrzyżowany w Wielki Piątek, po trzech dniach powstał z grobu. Niemniej jednak prawdą jest, że Chrystus zmartwychwstając z jednej strony fizycznie udowodnił, iż ludzkie życie nie kończy śmiercią, z drugiej strony natomiast potwierdził to, co głosił chodząc po ziemi palestyńskiej, że Bóg jest naszym Ojcem, a w Jego Domu jest mieszkań wiele, które czekają na nas, byśmy w nich zamieszkali na zawsze. Chrześcijaństwo, podobnie jak inne wielkie religie, jest religią misyjną, czyli przekonaną, że jej obowiązkiem jest głoszenie swego przesłania całemu światu. Chociaż obecnie rozumiejącą coraz bardziej, że musi się to dokonywać z pełnym

szacunkiem do innych religii. Oznacza to w praktyce nie tyle nawracanie, co wspólne działanie ludzi wierzących na rzecz pomocy w znajdowaniu Boga przez innych, odkrywaniu pełnego sensu ludzkiego istnienia, szczególnie w sytuacji choroby czy zbliżającej się śmierci, o który tak trudno, jeśli nie patrzy się na życie w perspektywie “mieszkań w Domu Ojca”. Niemniej jednak, obiektywnie patrząc, nie ma takiej drugiej religii jak chrześcijaństwo, która by swoje istnienie opierała na zmartwychwstaniu swego założyciela. “A jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest wasza wiara” – pisze apostoł Paweł (por. 1 Kor 15,14). W tym właśnie bogactwo chrześcijaństwa, którym ma się dzielić z innymi ludźmi. Skuteczność przekazu Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu zależy w dużej mierze od przeciętnego chrześcijanina. Współczesny człowiek nie chce zwykle dopuszczać do swo-

Dla chrześcijan coroczna pamiątka zmartwychwstania Chrystusa jest wezwaniem do spojrzenia na swoje życie pod kątem przemijania. jej świadomości prawdy o tym, że będzie musiał kiedyś opuścić miejsce, w którym mieszka, świat, który go otacza, i innych ludzi, zwłaszcza swoich bliskich. Współczesny chrześcijanin, jak każdy człowiek żyjący w tym samym kręgu kulturowym, podlega procesom laicyzacji, dlatego jeśli chce być konsekwentny, powinien zadawać sobie pytanie w okresie Wielkanocy, czy zmartwychwstanie jego Mistrza ma jakikolwiek wpływ na jego życie, stosunek do śmierci oraz do wiecznej Ojczyzny? Dla chrześcijan coroczna pamiątka zmartwychwstania Chrystusa jest wezwaniem do spojrzenia na swoje życie pod kątem przemijania. Nie musi go ono zasmucać czy odbierać energię do przekształcania świata. Dał tego dowód św. Paweł, który w Liście do Filipian napisał: “Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca, co mam wybrać? Nie umiem powiedzieć.

Z dwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne” (1,22-24). Obecne święta wielkanocne obchodzić będziemy z nowym papieżem Franciszkiem. Właśnie fakt, że jest “nowy” i że objął to stanowisko (po raz pierwszy od 700 lat) przy żyjącym jeszcze poprzedniku, powoduje, że oczy całego świata są na niego zwrócone. Przy czym pochodzenie z kraju tak odległego od Rzymu oraz jego osobowość i “nowoczesne” spojrzenie na Kościół przyczyniają się jeszcze bardziej do tego. Jak podaje Pew Forum on Religion and Public Life, 73 procent katolików w Stanach Zjednoczonych przyjęło z radością jego wybór. Ma on też bardzo dobre kontakty z mediami. Daje to mu duchowe wsparcie na początek kierowania Kościołem i wypełniania papieskiej misji wobec świata. Oczekiwania wobec nowego papieża są bardzo duże, posuwają się nawet do sugestii zwołania III Soboru Watykańskiego, na którym zajęto by się wieloma palącymi kwestiami, a wśród nich drastycznym spadkiem praktyk religijnych w krajach dawniej katolickich, niską liczbą powołań, starzeniem się księży i ich brakiem oraz wzrostem osób żyjących w powtórnych związkach, bez możliwości przystępowania do komunii św. Lista problemów, nad którymi Kościół z nowym papieżem powinien się pochylić, jest dosyć długa. Od ich rozwiązania zależy skuteczność przesłania świąt wielkanocnych, czyli głoszenia Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu Jezusa. Ojciec Święty musi więc przyjrzeć się od nowa funkcjonowaniu Kościoła i zastanowić się, co należałoby przekształcić, by jego misja była bardziej efektywna w obecnych czasach. Trudno w tej chwili przewidywać, jakie będą decyzje nowego papieża, w każdym razie następne święta dadzą możliwość dokonania podsumowania pierwszego roku jego pontyfikatu. Mówiąc symbolicznie, głównym zadaniem papieża Franciszka jest w tę Wielką Niedzielę, podobnie jak pierwszego papieża, św. Piotra, “wejście” do pustego grobu Chrystusa i “wyjście” z niego z niezwykłą energią, płynącą z doświadczenia Jego zmartwychwstania, dla dobra Kościoła i całego świata. Podobne zadanie stoi także przed każdym chrześcijaninem… p


100/100 L u tosławski KWIECIEŃ 2013

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Przegląd Polski

3

AGATA ADAMCZYK

Muzyka zaczyna się, gdy kończą się słowa

Rok 2013 Sejm Rzeczypospolitej ogłosił Rokiem Witolda Lutosławskiego, by “oddać hołd jednemu z najwybitniejszych twórców naszych czasów, który na trwałe wpisał się do XX-wiecznej muzyki polskiej i światowej”. 25 stycznia minęła setna rocznica urodzin kompozytora, który przyszedł na świat nieopodal gmachu warszawskiej filharmonii. Sąsiedztwo tegoż miejsca, które od 1901 roku 100/100 gościło największe gwiazdy ówczesnej sceLutosławski ny muzycznej, okazało się prorocze. Dosyć – to bezpłatna wcześnie mały Witold zaczął zdradzać wyaplikacja jątkową wrażliwość na dźwięki, toteż matka Instytutu zadbała o kontakt syna z muzyką i rozpoczęMickiewicza ły się jego pierwsze lekcje gry na fortepianie. dostępna Wkrótce potem chłopiec zaczął samodzielnie na iPhonie układać na ten instrument drobne utwory. w dwóch W licznych charakterystykach całej jego już językach polskim dojrzałej twórczości kompozycje Lutosławskiei angielskim go przedstawiane są jako wzorcowy przykład idealnego wyważenia proporcji pomiędzy for- nuacją tradycji (kompozytor używał raczej tramą i treścią, intelektem i emocją. Takie wy- dycyjnych dźwięków) a pomysłowością awanważenie kompozytor zawdzięczał swoim roz- gardy (wykorzystywał oryginalne, nowoczeległym zainteresowaniom. Choć od dziecka sne techniki kompozytorskie). “Muzyczną papodczuwał pociąg do sztuki, to jednak w pro- ką” nazywał sączące się zewsząd z głośników cesie tworzenia nieocenione znaczenie miał dźwięki – na ulicy, w sklepach czy w kawiarjego niezwykle dokładny, analityczny umysł. niach. Jak twierdził, “człowiek słuchający przez Nie bez kozery studiował równolegle kompo- kilka godzin dziennie tzw. muzyczki tła w ciązycję i fortepian w Konserwatorium Warszaw- gu paru lat jest już dostatecznie spreparowaskim oraz matematykę na tamtejszym uniwer- ny, aby nigdy nie doznawać najmniejszego sytecie. Z tej ostatniej po dwóch latach zrezy- wzruszenia przy słuchaniu kwartetu Beethognował, by w całości poświęcić się muzyce. vena lub preludium Debussy’ego”. Rok LutoJednak ta ścisłość umysławskiego słu, cyzelowanie każdeDzieła Lutosławskiego określane są oficjalnie zogo szczegółu i zdolność stał zainauguabstrakcyjnego myślejako idealne wyważenie między rowany uronia znalazły swój wyraz kontynuacją tradycji (kompozytor czystym konw niezwykle oryginalużywał raczej tradycyjnych dźwięcertem, który nym i zarazem skrupuków) a pomysłowością awangardy odbył się w latnym języku muzyczFil har mo nii nym. Chodzi tu o klasy(wykorzystywał oryginalne, nowoNarodowej w fikacje poszczególnych czesne techniki kompozytorskie). Wa r s z a w i e . interwałów, tworzenie Gwiazdą wieserii dźwiękowych oraz akordów zespolonych, a także stosowanie tech- czoru była Anne-Sophie Mutter, jedna z najniki łańcuchowej, w której (właśnie na wzór większych współczesnych skrzypaczek, niełańcucha) miały zazębiać się poszczególne wąt- zwykle ceniona przez samego Lutosławskieki dźwiękowe. Wszystko oczywiście zostało go. Ona również darzy polskiego kompozyokreślone konkretnymi zasadami. Nieco wię- tora dużym uznaniem twierdząc, że jego utwocej swobody pozostawił w technice, którą na- ry gwarantują zupełnie nowe przeżycia estezwał aleatoryzmem kontrolowanym – ozna- tyczne. Jak wspominała: “Zanim pochłonął czającym wprowadzenie elementu przypad- mnie cudowny świat jego muzyki, byłam nieku w strukturę rytmiczną, przy zachowaniu świadoma istnienia barw tak przejmujących i ścisłej organizacji wysokości dźwięków. Kom- poetyckich”. Skrzypaczce towarzyszyła Orpozycje Lutosławskiego zdobyły uznanie na kiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej całym świecie, o czym świadczyły liczne na- pod batutą Antoniego Wita. Tego samego dnia grody przyznane twórcy, jeszcze liczniejsze dzieła Lutosławskiego zabrzmiały jeszcze w wykonania oraz dedykacje dla tych najwybit- kilku miejscach – w Filharmonii Wrocławskiej, niejszych: Krystiana Zimermana, Anne-Sophie w siedzibie Narodowej Orkiestry SymfoniczMutter, Dietricha Fischera-Dieskaua, Mścisła- nej Polskiego Radia w Katowicach, a nawet wa Roztropowicza. W jaki sposób polski twór- w Filharmonii Nowojorskiej. Rok Lutosławskiego zapowiada się niezwyca osiągnął tak wielką, światową popularność? Dzieła tego zagorzałego przeciwnika “muzycz- kle interesująco i zachęcająco dla tych, którzy nej papki” towarzyszącej życiu codziennemu nie mieli wcześniej okazji zapoznać się z twórokreślane są jako idealne wyważenie (i znów czością polskiego kompozytora. Jego dzieła zapojawia się tu “złoty środek”) między konty- brzmią w osiemnastu krajach na świecie w wy-

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

“Lutosławski tworzy muzykę brzmiącą współcześnie, jednak – co zaskakujące – w swoich eksperymentach unika wszelkich dźwięków obraźliwych dla ucha – twierdzi Joe Cunniff z The Chicago Leader. – Słuchacz (…) wyrusza w wymagającą, burzliwą podróż dźwiękową, nieustannie zaskakującą i porywającą we-

konaniu najlepszych solistów (Anne-Sophie Mutter, Krystian Zimerman, Anu Komsi, Danił Trifonow, Peter Jablonsky, Garrick Ohlson) i orkiestr (New York Philharmonic, Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej, Orchestre de Paris, Deutsches Symphony Orchester Berlin, Singapore Symphony Orchestra, Royal Stockholm Philharmonic Orchestra i wielu innych). Na podeście dyrygenckim staną takie osobowości, jak: Roberto Abbado, Alexander Lazarev, Vladimir Ashkenazy, Stanisław Skrowaczewski, John Storgards, Pablo Gonzáles, Esa-Pekka Salonen, Krzysztof Penderecki, Antoni Wit i Jacek Kaspszyk. Na szczególną uwagę zasługuje tu projekt filharmoników z Londynu na czele z fińskim dyrygentem Esą-Pekką Salonenem. Jest to cykl koncertów zatytułowanych Woven Words i poświęconych właśnie Lutosławskiemu. Tytuł ten to angielska interpretacja motta: “Muzyka zaczyna się, gdy kończą się słowa” – znajdującego się w jednej z jego kompozycji. Dzieła polskiego twórcy prezentowane będą podczas światowego tournée. Celem cyklu ma być budowanie rozpoznawalności i prestiżu, a także ukazanie intelektualnego charakteru osobowości Lutosławskiego. Jak powiedział w jednym z wywiadów członek zarządu londyńskiej orkiestry David Whelton, “Lutosławski to jedna z kluczowych postaci dla muzyki europejskiej; trzeba go upamiętnić w bardzo poważnej i jednocześnie jak najbardziej dostępnej formie”. W planach obchodów Roku Lutosławskiego, oprócz koncertów, znalazły się również dwa konkursy. Pierwszy z nich – IX Międzynarodowy Konkurs Wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego – zakończył się 28 lutego. W tegorocznej edycji wzięło udział czterdziestu dwóch młodych wiolonczelistów z całego świata, w tym pięcioro Polaków. Organizatorem konkursu jest Fundacja na rzecz Promocji Młodych Wiolonczelistów. W skład jury weszło dziewięcioro wybitnych osobowości z muzycznego świata. W programie znalazły się wszystkie utwory wiolonczelowe jego patrona. Pierwsze miejsce zajęła Szwajcarka Chiara Ender-

le, drugie ex aequo Polak Dominik Płociński i Hiszpan Victor García García, trzecie zaś Edward Alexander King z Nowej Zelandii. Drugim konkursem, organizowanym tym razem przez Towarzystwo im. Witolda Lutosławskiego, jest Konkurs Kompozytorski w 100-lecie urodzin Witolda Lutosławskiego. Wydarzenie to obecnie cieszy się tak dużą popularnością, że organizatorzy, z powodu otrzymania wyjątkowo dużej liczby partytur, zostali zmuszeni do przesunięcia terminu rozstrzygnięcia konkursu z marca na czerwiec tegoż roku. Ale Rok Lutosławskiego to nie tylko wydarzenia muzyczne. W planach obchodów znalazły się również publikacje dotyczące życia i twórczości polskiego kompozytora, w tym pojawią się nawet książki dla dzieci. Filharmonia Wrocławska wydaje serię albumów płytowych Lutosławski Opera Omnia, wytwórnia fonograficzna Polskie Nagrania – ośmiopłytowy album Witold Lutosławski: Centenary Edition, Sony Classical – Lutosławski The Symphonies, a dzięki bogatym archiwom Polskiego Radia Dwójka Narodowy Instytut Audiowizualny wraz z rozpoczęciem Festiwalu Warszawska Jesień uruchomi portal internetowy, na którym będzie można wysłuchać wszystkich utworów Lutosławskiego. Oprócz tego organizowane są liczne wystawy, wspomnienia, odczyty, reportaże, projekty edukacyjne (w tym Genius Lutos dla osób niepełnosprawnych umysłowo), a nawet, jako znak naszych czasów, powstały bezpłatne aplikacje na telefon, tj. multimedialny przewodnik po miejscach w Warszawie związanych z kompozytorem oraz 100/100, czyli aktualizowany na bieżąco kalendarz koncertów. Skala wydarzenia wydaje się być naprawdę imponująca. Z podsumowaniem, refleksją i oceną stopnia realizacji wszystkich planów pozostaje nam jednak poczekać do stycznia przyszłego roku. p W INTERNECIE:

Wszelkie informacje nt. nadchodzących wydarzeń na stronie: www.lutoslawski.culture.pl


4 Przegląd Polski

Inny obraz Polski DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

KWIECIEŃ 2013

JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

w najnowszej anglo-amerykańskiej historiografii “Największą luką w pracach historycznych o II wojnie światowej – napisał recenzent książki The Eagle Unbound: Poland and the Poles in the Second World War autorstwa Halik Kochanski – jest to, co stało się w Polsce”. Autor w brytyjskim The Economist (Sep. 29, 2012) stwierdza, że nadzwyczajne cierpienia Polski były przez resztę świata nieomal zupełnie zlekceważone. Podobnie zaczyna swoją recenzję Anne Applebaum (The New Republic, Dec. 31, 2012) dotyczącą książek Halik Kochanski i Witolda Pileckiego The Auschwitz Volunteer: Beyond Bravery, przypominając o dwóch wersjach historii II wojny – pisanej przez zwycięzców, aliantów, i Rosjan. Trzecia wersja, polska, nie została dopuszczona do głosu. Applebaum pisze: “Zamiast jak de Gaulle stanąć na czele marszu do stolicy, bohaterowie polskiego ruchu oporu byli mordowani przez Armię Czerwoną i NKWD. Zamiast cieszyć się stopniowym powrotem do dobrobytu, kraj pozostawał pod kolejną okupacją. Zamiast sprawiedliwości, koniec wojny przyniósł nowe formy niesprawiedliwości”. Wspomnianą w obu recenzjach lukę od stosunkowo niedawna wypełniają historycy z amerykańskich (głównie Yale) i angielskich uniwersytetów, przy czym warto wspomnieć, że pionierem tej zmiany stosunku do historii Polski był doskonale nam znany Norman Davies. Zmianie nie należy się dziwić. Ułatwiło ją otwarcie dostępu do wschodnioeuropejskich archiwów, a także obecność Polski w kontekście historii komunizmu i studiów o holokauście. I tak nowemu pokoleniu historyków, wśród nich mającym z Europą Wschodnią związki rodzinne, ukazał się ląd niemal nieznany, żyzny w tragiczne doświadczenia, budzący namiętne spory – i, nade wszystko, zarazem przez historię i powojenną historiografię skrzywdzony, skoro właśnie tam trwał i wobec komunizmu, i nazizmu nieprzerwany opór.

rale Stanisławie Maczku, dowódcy 1. Dywi- zamieszkania. Równie dotkliwy był kompletzji Pancernej, bohaterze bitew w Normandii ny zakaz wszelkich niezależnych związków i w 1944 r., że po wojnie musiał pracować ja- stowarzyszeń, od harcerstwa, organizacji zako barman w londyńskim hotelu. W roku 1946 wodowych i wyznaniowych do np. kół szachirząd w kraju odebrał mu polskie obywatelstwo. stów. W kolejnych rozdziałach Applebaum Równie ważny jest dla Kochanski los ludno- omawia strategie walki z Kościołem, nieco inści cywilnej na okupowanych przez Niemców ne w każdym z trzech krajów, różne formy ceni Sowietów terenach; mieszkańców Lwowa i zury i kontroli zachowań, obejmujące sferę puWarszawy, wsi i miasteczek, Żydów jako ofiar bliczną i prywatną życia wszystkich obywamasowej zagłady, ale także innych grup etnicz- teli. “Ludzie śpiewali, bo bali się nie śpiewać” nych, wyznaniowych i zawodowych, mordo- – pisze Applebaum, a z kolei dla tych, którzy wanych wybiórczo i ginących w rezultacie bom- najpilniej śpiewali na reżimową nutę, szczebardowań, akcji karnych, w więzieniach i w rze lub nieszczerze, system miał szeroki wachlarz lukratywnych nagród. Trwał jednak, obozach koncentracyjnych obu okupantów. Anne Applebaum (żona Radosława Sikor- przypomina autorka, głęboko zakorzeniony skiego), po światowym sukcesie Gułagu, hi- opór. Co niedziela w przepełnionych kościostorii sowieckich łagrów, podjęła projekt bliż- łach chór wiernych grzmiał My chcemy Boga, szy jej obecnemu domowi, codziennemu ży- w książce, w szkole... na przyfabrycznych muciu w Polsce, na Węgrzech i w Niemieckiej rach toczyła się nieustanna walka klasowa anRepublice Demokratycznej w pierwszej deka- tyrządowych i oficjalnych graffiti, krążyły polityczne dowcidzie “umacniania włapy, chłopcy nodzy ludowej”. Książka sili tępione bikiIron Curtain. The CruNowemu pokoleniu historyków, niar skie fryzury, shing of Eastern Eurowśród nich mającym z Europą dziewczyny kupe 1944-1946 powstaWschodnią związki rodzinne, powane na ciuła na podstawie rzadko chach nylonoSĄ W TEJ GRUPIE HISTORYKÓW TACY, KTÓ- (lub nigdy) niekonsulukazał się ląd niemal nieznany, we bluz ki. RZY WYBIERAJĄ PEWIEN ASPEKT HISTORYCZ- towanych materiałów żyzny w tragiczne doświadczenia, Wreszcie wkrótNEJ MAPY; na przykład Marci Shore w Ka- archiwalnych (pamiętbudzący namiętne spory – ce po śmierci wiorze i popiele (Świat Książki, 2008) pisała niki, listy do redakcji, Stalina (5 marca o losach polskich pisarzy tragicznie uwikła- stenogramy rozpraw i, nade wszystko, przez historię minęła 60. rocznych w ideologię i praktykę komunizmu. Ina- sądowych), ogromnej i powojenną historiografię nica) zaczęła się czej Timothy Snyder, który w monumentalnych liczby źródłowych puskrzywdzony. era jaw ne go Bloodlands (Krwawe pola) przedstawił kosz- blikacji i wywiadów z buntu, rewolumar, jaki w rezultacie starcia się dwóch tota- weteranami tamtych lat cyj nych po litaryzmów stał się udziałem mieszkańców ca- z różnych środowisk – łej Europy Wschodniej i Środkowej, z Polską ma więc charakter i dokumentalny, i bardzo wstań, w Berlinie w czerwcu 1953, w Poznaw jej centrum. Mickiewiczowskie gwałt się bezpośredni. Ci z nas, którzy pamiętają “wcze- niu w czerwcu 1956, w Budapeszcie jesienią gwałtem odciska stanowi myśl przewodnią dzie- sny PRL”, odnajdą tu wiele sytuacji szkolnych 1956. Polała się krew. I na stronę opozycji zała Snydera, który żadnej z sąsiedzkich zbrod- i domowych, głosy ściszone i te, które napa- częli przechodzić wierzący dotychczas w ustrój ni nie usprawiedliwia, ale umieszcza je w kon- stowały nas z radiowych głośników, trybun nie- ludzie nauki i sztuki, socrealistyczni poeci stazliczonych pochodów i akademii, z załatwia- li się poetami nagiej prawdy. Beton się krutekście wojennego kataklizmu. Halik Kochanski, córka polskich imigran- jących wszystko odmownie urzędów. Autor- szył, w jego szczelinach kwitła fascynująca litów w Anglii, zajęła się wyłącznie historią Pol- ka prezentuje eskalację szykan, mających na teratura i sztuka, arcydzieła teatru i filmu, ale ski, ze szczególną uwagą poświęconą udzia- celu wpierw fizyczną likwidację ludzi oskar- w życiu codziennym za nieco uchyloną żelałowi Polaków na wszystkich militarnych fron- żonych o wrogość wobec reżimu, a następnie zną kurtyną jeszcze przez wiele lat trwać bętach II wojny i alianckiej dyplomacji, która je- zdanie całego społeczeństwa na łaskę i nieła- dzie brak wszystkiego: i chleba, i wolności. Książkę Anny Applebaum szczególnie poleśli nie mogła uratować Polski przed Stalinem, skę władzy poprzez konfiskatę źródeł prywatto powinna była oddać jakże należny jej i jej nego dochodu i politykę meldunkową: nikt bez cam marzycielom o socjalistycznym raju, tym, żołnierzom honor. Pisze na przykład o gene- pozwolenia władz nie mógł zmienić miejsca którzy ulegają nostalgicznym wspominkom i

ludziom młodym, niemającym pojęcia o rzeczywistym obliczu “dyktatury proletariatu”. Natomiast książkę Marci Shore, The Taste of Ashes (Smak popiołu) poleciłabym czytelnikom, których interesują zawsze aktualne problemy etyczne wokół zbrodni popełnianych na rozkaz, w imię wyższego dobra (klanu, narodu, całej ludzkości), konieczności dziejowej czy innych szczytnych haseł. Ilustracja tej problematyki w Smaku popiołów jest dalszym ciągiem tematu Popiołów i kawioru: tam losy polskich komunistów od ich wczesnej młodości, z nielicznymi wyjątkami Żydów – tu już komuniści u władzy i wybory życiowe ich dzieci i wnuków. Książka ma formę dziennika podróży (w latach 90. ub. wieku i pierwszej dekady obecnego) do kilku krajów Europy Środkowo-Wschodniej, głównie Czech, Słowacji i najdłuższych do Polski. Znajoma Czeszka mówi młodej Amerykance (Shore świetnie opanowała i czeski, i polski), że przed 1989 r. byliśmy w zoo, teraz jesteśmy w dżungli. Ale postkomunistyczny krajobraz, jaki rysuje się w Smaku popiołów, bardziej przypomina wielki bazar, na którym toczą się targi o oceny minionych wydarzeń. WYKSZTAŁCONA W YALE, SHORE WIE, ŻE ZASADNICZĄ ZALETĄ HISTORYKA POWINIEN BYĆ OBIEKTYWIZM: należy słuchać obu stron

każdego argumentu. Forma dziennika-reportażu pozwala jednak na nuty osobiste i emocjonalny kompas autorki stopniowo zbliża ją do rozmówców, którzy zbrodnie komunistów tłumaczą ich idealizmem. Cytuje wypowiedź Adama Michnika (z artykułu o zmarłym przyjacielu Henryku Dasce, tak jak on synu komunistów), że powinniśmy “zrozumieć ludzi zaangażowanych w komunizm, ich złożone motywy i biografie, nieraz heroiczne i tragiczne, zawsze naiwne (podkr. moje, JR-C) i zakończone klęską”. Cytat kończy stwierdzenie o potrzebie odróżnienia grzechu od grzesznika: “Grzech potępiamy – grzesznika próbujemy wysłuchać i zrozumieć”. Marci Shore grzech potępia, choć niewiele mu tu poświęca miejsca. Najwięcej pisze o procesach w Pradze w latach 1948-52, których torturowane ofiary – działaczka demokratyczna Milada Horáková, poeta Záviš Kalandra, komunista Rudolf Slánsky i jego współtowarzysze –


KWIECIEŃ 2013 zostały skazane na śmierć przez powieszenie. Ale i tu autorka niemal nie wskazuje na sprawców zbrodni, natomiast podkreśla poparcie dla wyroków przez znaczną część elity kulturalnej i tzw. mas społeczeństwa, co tłumaczy duchem czasu, wiarą w idee socjalizmu, skutecznym oddziaływaniem partyjnej propagandy. Przechodząc z Polski, Shore w zasadzie pomija sferę “grzechu”, zbrodni w latach stalinizmu i późniejszych, a zanurza się w archiwach i rozmowach dotyczących “grzeszników”: grupy komunistów pochodzenia żydowskiego związanych z powojennym aparatem władzy. Niektórzy, przerażeni losem Slánskyego i płynącą z rozkazodawczej Moskwy falą ataków na “syjonistów”, wymknęli się (lub zostali usunięci) z aparatu i tym Shore okazuje najwięcej empatii. Ale darzy nią też Jakuba Bermana, który wraz z Bierutem i Mincem w latach najbardziej morderczego terroru stał u steru władzy, wydawał wyroki, wiedział o torturach – i w antysemickiej (o czym dużo w Smaku popiołów) Polsce dożył spokojnej starości. Shore pisze o Jakubie Bermanie, że był człowiekiem “o głębokich zasadach”, a jego brata Adolfa, który palcem nie kiwnął w obronie przyjaciela z lat okupacji (razem tworzyli Żegotę) Władysława Bartoszewskiego, nazywa “zaangażowanym intelektualistą o głębokich przekonaniach moralnych”. Linia obrony komunistów w rodzaju Bermana – podkreślana przez rozmówców Marci Shore – powołująca się na sprzeciw wobec antysemityzmu i traumę holokaustu – rozbija się w dwóch zasadniczych punktach: po pierwsze, ofiarami stalinizmu byli także Żydzi, przedwojenni działacze partii syjonistycznych, bundowcy i wielu komunistów (przywódcy KPP zamordowani w latach 1938-39 w Moskwie), a po drugie, ci polscy komuniści, którzy byli szkoleni podczas wojny w ZSSR do objęcia władzy w Polsce, o gehennie Żydów na terenach okupowanych przez Niemcy nie wiedzieli. Ogromna większość polskich Żydów, także tych, którzy przeżyli wojnę, nie chciała mieć z komunizmem nic wspólnego i dla nich identyfikacja z renegatami w komunistycznym aparacie jest bolesną obelgą. Bernard Goldstein, bundowski bohater, w swoim pamiętniku po emigracji z Polski do Izraela w 1950 r. pisał: “Żydzi, jak Minc, Berman, Zambrowski, Borejsza i inni, zajmują wysokie stanowiska w komunistycznej hierarchii władzy, ale ich poczynania nie prowadzą do wzmocnienia żydowskiej wspólnoty. Są oni najemnymi popychadłami dyktatury” (cytat w książce Krystyny Kersten Polacy Żydzi komunizm. Anatomia półprawd 1939-68, Warszawa 1992). Adwokatem broniącym torturowanego, osadzonego w jednej celi więziennej z Jürgenem Stroopem, Kazimierza Moczarskiego był Władysław Winawer, a nie on jeden spośród polskich Żydów należał do aż tak odważnych. Trudno nam nie docenić szczerej sympatii Marci Shore dla Polski i Polaków. Pokochała Warszawę, w Krakowie odbył się jej ślub z Timothym Snyderem. Jej książki są dalekie od apologii komunizmu; mówi, że były dla niej studium “szlachetnych motywów, które mogły prowadzić do najnikczemniejszych konsekwencji”. Projekt udał się w Popiele i kawiorze, ponieważ groza tych konsekwencji została okrutnie uświadomiona sportretowanym tam, wciągniętym w zbrodnię, poetom-marzycielom. Przy lekturze Smaku popiołów, zamiast sugerowanej tu empatii wobec biurokratów stalinizmu – morderców zza biurka, w określeniu Hannah Arendt – niejeden czytelnik poczuje niesmak. I obawę, że obrona grzeszników otwiera furtkę do obrony grzechu. p Książki omówione w artykule: Halik Kochanski, The Eagle Unbowed: Poland and the Poles in the Second World War. Harvard U. Press, 2012; Anne Applebaum, Iron Curtain. The Crushing of Eastern Europe 19441956. Doubleday, 2012; Marci Shore, The Taste of Ashes. The Afterlife of Totalitarianism in Eastern Europe. Crown Publishers, 2013.

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Przegląd Polski

“Mo wa pi sa na” epo ki elek tro nicz nej

5

NASZA OJCZYZNA-POLSZCZYZNA – KRYSTYNA S. OLSZER

Wśród badaczy i obserwatorów polszczyzny coraz częściej pojawia się przekonanie, że w języku zachodzą zmiany już nieodwracalne. Zmiany podobne tym, jakie pojawiły się, kiedy przed tysiącami lat z języka mówionego wyłaniał się język pisany, który z kolei stworzył znane nam ze szkoły i literatury formy oraz tradycyjne normy kulturalnej polszczyzny.

Takie uśmiechnięte jajko może w wirtualnym sposobie porozumiewania się wystarczyć za życzenia wielkanocne

Dziś szybko ustępują one miejsca wymogom komputerowej czy telefonicznej oszczędności i sprawności. Choć nie zawsze zdaje- przenikaniem do codziennego życia, kompumy sobie z tego sprawę, na naszych oczach tery dokonują podboju języka” – pisze Edwin Bendyk w artykule Człowiek, maszyna i elekpowstaje nowy język epoki elektronicznej. Co właściwie dzieje się z polszczyzną? Róż- troniczny mózg. Autor przytacza ciekawe przyne rzeczy, z których pocieszające jest tylko kłady oddziaływania komputera na młodych to, że – wbrew pozorom – polszczyzna nie internautów, którzy zaczynają widzieć świat, ubożeje. Rozwija się jednak inaczej, niż do jakby był jednym wielkim komputerem. Kultego przywykliśmy. Nowe terminy i formy tura, na przykład, dla takiego młodego człozauważamy przede wszystkim w mowie wieka to po prostu zbiór komputerowych plimłodzieży, ale te naprawdę ważne powstają ków. Jest pokawałkowana i pozbawiona wśród wpływowych grup zawodowych i śro- chronologii – jakby istniała wyłącznie na twardowiskowych – twórców nowoczesnej tech- dym dysku. Dotarcie do niej możliwe jest nie nologii i uczestników internetowych progra- w bibliotece czy muzeum, ale w komputeromów społecznościowych. Jednocześnie ubo- wej bazie danych, brnąc przez najróżniejsze żeje, niestety, i traci swą zespalającą moc pol- “interfejsy”. Stare pojęcie sieci (kolejowej, skleszczyzna jako język narodowy, zwany nie- powej, telefonicznej) teraz przywarło do komgdyś kulturalnym czy literackim. Nietrudno putera, a metaforycznie rozprzestrzeniło się odgadnąć, że jest to smutne następstwo spad- na wiele dziedzin życia. Dziś “struktury sieku czytelnictwa, redukcji lektur szkolnych, ciowe” pojawiają się w wojsku i handlu, poosłabienia wpływów narodowej kultury oraz litycy mówią o “sieciach wrogich układów”, – i jest to najważniejszy z powodów – poja- policjanci o “sieciach przemytników” i “siewienia się nowych form masowej komunika- ciach terrorystycznych”, a lingwiści o “siecji i rozrywki. Polakom coraz trudniej poro- ciowej strukturze języka”. Tworząc możliwość zumieć się ze sobą, bo brak im językowej wię- błyskawicznej komunikacji internetowej, komputer zmiezi i punktów odniesienia nił nawet nasze we wspólnej tradycji, lirozumienie poteraturze, kulturze. To, co widzimy w przeróżnych jęć tak podstaW tej sytuacji pojawia elektronicznych wypowiedziach, wo wych, jak się pytanie, co czeka nato już nie język pisany, a nowa czas i przestrzeń. szą polszczyznę? Umożliwił przeOdpowiedź trudno znaforma komunikacji międzycież natychmialeźć w tradycyjnej literaludzkiej doby elektronicznej. stową wymianę turze, językowych poradko mu ni ka tów, nikach czy nawet wypośledzenie trajekwie dziach au to ry te tów. Podczas pobytu w Polsce natrafiłam jednak torii wysłanej paczki lub przeprowadzenie sena wydany przez tygodnik Polityka w listo- tek transakcji giełdowych w jedną sekundę. padzie ub. roku Niezbędnik inteligenta w ca- Nasze życie nabrało przyspieszenia, a to z kołości poświęcony językowi. W 122-stronico- lei stworzyło wymóg skrótowości i oszczędwym zeszycie O języku. W mowie i piśmie ności językowych form. Wiadomość wysłaopublikowano, poza częścią historyczną, gra- na e-mailem albo SMS-em czy wirtualny komatyczną i poprawnościową, kilka artykułów mentarz powinny ograniczać się do istotnych poświęconych sytuacji języka w Polsce i świe- treści, więc powinny być krótkie. Stąd procie w obliczu zachodzących zmian i pojawia- sta droga do stosowania wszelkich skrótów, jących się perspektyw. Znalazłam w nim cie- które rozprzestrzeniły się w internetowym jękawe interpretacje procesów zachodzących zyku. W formie skrajnej, by nie powiedzieć w języku, o których piszę w dalszej części karykaturalnej, opanowały one komunikację młodzieży. felietonu. Przypadkowych odbiorców wirtualnych tekKomputeryzacja świata odmieniła język. Pojawiło się w nim nowe słownictwo i metafo- stów, nienawykłych do sieciowej e-gwary, barryka, nowe sposoby budowania wypowiedzi, dzo drażnią (obok wulgaryzmów, ignorowanawet nowe formy grzecznościowe. “Wraz z nia zasad przestankowania i stosowania wiel-

kich liter) właśnie skrótowce. “Spoko”, “nara”, “dozo”, “w porzo” (spokojnie, na razie, do zobaczenia, w porządku) znamy już z powszechnego obiegu i wiemy, że zwykle brak im tylko końcówek. Ostatnio zauważyłam, że na prezydenta już mówi się “prezio”, a i odwieczna polska popijawa doczekała się skrótu “popita”. Inne skrótowce opuszczają spółgłoski. Wtedy przysłówek dzisiaj pojawia się w postaci “dzsj”, “dżk” znaczy dziękuję, akronim “PSS” starcza za cały zwrot “pilnuj swoich spraw”, a MSZ znaczy – “moim skromnym zdaniem”. Na ekranach komputerów, iPodów i smartfonów pojawiły się też przeróżne kombinacje znaków z klawiatury i prostych obrazków, tzw. emotikony, piktogramy i ideogramy symbolizujące emocje, osoby/przedmioty i idee. Znak :-) to uśmiech, a :-( znaczy smutek, :- wystarcza za zdanie “jestem mężczyzną”, >- “jestem kobietą”, zaś :* to pocałunek. Niektóre ze znaków wyszły już daleko poza ekran komputera i pojawiły się na tablicach ostrzegawczych dróg czy garderobianych metkach dotyczących prania i prasowania. Znaki drogowe z powodzeniem łączą ideogramy przekazujące informacje (zakazy, ostrzeżenia) z piktogramami ilustrującymi konkretne pojazdy, osoby albo przedmioty, których dotyczą (np. szpitale, stacje kolejowe, przejścia dla dzieci). Przed ubiegłorocznymi mistrzostwami Europy w piłce nożnej zainstalowano w Polsce ponad 10 tysięcy znaków pomagających gościom z całego kontynentu znaleźć drogę do poszukiwanego punktu. Nietrudno zauważyć, że internetowe formy wypowiedzi mają jednak coraz mniej wspólnego z prawdziwym językiem pisanym. Czy wobec tego mailowanie albo esemesowanie można jeszcze nazwać pisaniem? – wątpią i protestują obrońcy polszczyzny. “I mają stuprocentową rację. Właśnie dlatego martwią się niepotrzebnie” – uspokaja Mariusz Herma w artykule Pisany język mówiony. Ponieważ to, co widzimy w przeróżnych elektronicznych wypowiedziach – wyjaśnia dalej autor – to już nie język pisany, a nowa forma komunikacji międzyludzkiej doby elektronicznej. Inni zwolennicy takiej interpretacji zjawiska odwołują się do historii języka i przypominają, że fundamentem naszego porozumiewania się od tysiącleci był i jest język mówiony. Homer nie napisał swojej Iliady ani nie od razu zapisane zostały najstarsze księgi biblijne. Język mówiony, nawet ten bardziej wyszukany, nie składa się z rozbudowanych zdań, a raczej z prostych komunikatów, które zwykle nie przekraczają dziesięciu słów. Dopiero literatura wprowadziła do języka wyrafinowane złożone zdania z licznymi wtrąceniami i ozdobnikami. Ale trzeba też pamiętać, że taka sofistykacja dotyczy zaledwie sześciu tysięcy języków współczesnego świata, a jest ich ciągle dużo więcej. Pozostałe nadal są proste i służą głównie mowie. W tym sensie – jak utrzymują niektórzy badacze współczesnego języka – możemy uznać wirtualne sposoby porozumiewania się za rodzaj nieznanej nam dotąd piśmiennej konwersacji, czyli “mowy pisanej” epoki elektronicznej. Wśród tradycyjnych użytkowników polszczyzny budzi ona :O (zdziwienie), a nawet O_O, o_O,O_o (szok i sceptycyzm). Ale tak zwykle bywa, gdy na świecie pojawia się coś nowego. p


6 Przegląd Polski

Metropolia zaprasza DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

The Revisionist: Vanessa Redgrave (Maria) i Jesse Eisenberg (David)

Kobieta doświadczona losem i dufny młodzik, tak rozpuszczony komfortem, że nawet nieświadom swych przywilejów. Szklaneczka do wódki i fajeczka do palenia haszyszu. I jako komedia sztuka rozwija się przez dłuższy czas, z niezłym dialogiem między wyrozumiałą Marią a nieznośnie niedorosłym Davidem. Obecność Zenona stwarza emocjonalny trójkąt, który dostarcza okazji do dalszych igraszek. Najpierw możemy pośmiać się z niezrozumienia sytuacji przez Davida, w szoku wobec intymności tych dwojga, wygodnie osadzonych w rolach zastępczego syna i matki. Później humor punktuje zmieniające się stosunki, kiedy prywatny żart językowy – z kolei kosztem Zenona, który nie zna ani słowa angielskiego – buduje pomost porozumienia między Marią i Davidem. Nieprawdopodobny skręt wątku, mocno podlewany wódką, wymusza zwrot ku “tragicznej głębi”. David znika z pola widzenia. Można się domyślać, że powraca do Nowego Jorku po trzydniowej wizycie w Polsce wewnętrznie przemieniony. Być może sztuka chciałaby zasugerować, że David, bardziej teraz świadom siebie i nieco mądrzejszy, porzuci science fiction i zabierze się do “prawdziwej” ro-

ZDJĘCIE: MICHAEL J. PALMA

Niespodziewanie, w magicznym wymiarze teatru, gdzie przecież wszystko jest możliwe, pięknie zabrzmiał na scenie język polski. Nie przekleństwem, nie głupim kawałem, lecz zwykłym słowem, starannie, prawie czule wyuczonym przez dobrych aktorów. “Tak, przeczytałam pana list. Dziękuję za telefon” – powtarza kilkakrotnie Vanessa Redgrave, prawie bez śladu akcentu, wymykając się naleganiom telemarketerów. “Ależ, Marysiu, przecież próbuję ci tylko pomóc” – przypomina jej Dan Oreskes jako opiekuńczy taksówkarz Zenon, przynaglając do pośpiechu. Właśnie to “Marysiu” tak mnie sympatycznie zaskoczyło. Że autor sztuki, młody aktor i pisarz Jesse Eisenberg (szerzej znany z roli Marka Zuckerberga w filmie The Social Network), zadbał o szczegół. Użył właściwie ciepłego zdrobnienia, podkreślając przyjaźń dwojga ludzi, obcych sobie, ale połączonych wzajemną potrzebą. Chce się wierzyć, że takie wyczucie dobrze wróży dalszej karierze Eisenberga jako pisarza. Niestety, jego obecna sztuka The Revisionist jest raczej zamysłem niż przemyślanym i spełnionym dziełem. Opiera się na jednym pomyśle i anegdocie “prosto z życia”, dodając “rewizjonistyczną” nutę do wielokrotnie już, przez dekady, oswajanego tematu postholokaustu. Sztuka jest podobno autobiograficzna, więc nic dziwnego, że 29-letniego autora zaciekawia nie pokolenie, które przeżyło wojnę, czy jego dzieci, lecz reakcja pokolenia wnuków. Wnuk też ma prawo skonfrontować się z przeszłością swej rodziny w kontekście tragicznej historii XX wieku. Nie w tym leży główna słabość Rewizjonisty. Problem wynika z niejasności, z czym naprawdę autor chce się zmierzyć. Sztuka jest niezdecydowana co do tonu i ogólnej wymowy. Eisenberg ślizga się po powierzchni, wyczynia słowne esy i floresy, sugerując głębie psychologiczne pod iskrzącym się lodowiskiem. Pomysł, na którym Eisenberg buduje całość – wizyta młodego Amerykanina u dalekiej kuzynki w Szczecinie – zaprasza do nieporozumień. Maria spodziewa się od dawna wyczekiwanej wizyty. Szykuje powitalny obiad. Cieszy się na wspólne plany zwiedzania miasta. David przyjeżdża, by ukończyć swoją powieść, z rodzaju science fiction, na którą jego wydawca niecierpliwie czeka. Ani Szczecin go nie obchodzi, ani Maria. Przyjechał, bo nie przyjęto go do żadnego z elitarnych “domów pracy twórczej” w Ameryce. Bo przy okazji spełni niewyraźną powinność rodzinną. Jest to sytuacja zasadniczo komediowa, zderzenie kontrastów: wielkomiejski Nowy Jork i prowincjonalne miasto na wybrzeżu Bałtyku. Starość i młodość. Przeszłość i przyszłość.

ZDJĘCIE: SANDRA COUDERT

teatr

The Radiant: Diana LaMar (Maria Skłodowska-Curie) i AJ Cedeno (Paul Langevin)

boty, ot, choćby do sztuki o pamięci i niepamięci, rodzinie związków krwi i rodzinie wspólnych doświadczeń. Niewiele jednak nas David obchodzi, mimo że dużo uwagi od nas wymagał. Głębiny psychologiczne pozostają niezbadane. Wymiar tragiczny jakby przymusowo dodany, bo temat tego przecież wymaga. Na scenie pozostaje Maria. Osadzona w realiach ciasnego M-2, pieczołowicie odtworzonego przez Johna McDermotta. Klekocze telewizor. Milczy telefon. Na półce nad jej głową milczą też książki, między innymi autobiografia Lecha Wałęsy. Milczą fotografie porozwieszane na ścianach i porozstawiane na półkach. W pamięci pozostają popisy aktorskie Vanessy Redgrave, która starała się dostrzec i w pełni wygrać wszelkie niuanse ukrywające się w postaci Marii. * Po przeciwnej stronie Manhattanu, w salce budynku Y przy Drugiej Alei, zagościła na dwa tygodnie inna Maria: naukowiec i odkrywca, której praca została wyróżniona podwójnym Noblem. Ogromna szkoda, że Skłodowska-Curie – fascynująca kobieta o wielkich ambicjach i osiągnięciach, o życiu naznaczonym dramatycznymi zmianami, odwagą i niezależnością ducha – otrzymała od Shirley Lauro melodramatyczną, a przy tym nudną laurkę. Program obiecuje, że The Radiant dzieje się “w Paryżu, Normandii, Sztokholmie i na Prowansji”. Obiecanki-cacanki. Tak naprawdę dzieje się w czterech ciasnych ścianach. Nieważne, czy prywatny pokój, gabinet pracy czy gniazdko kochanków znajduje się w tym czy innym miejscu. Rozmowy wszędzie są tak samo statyczne i monotonne, i tak pełne szczegółów, iż domowe trywia przesłaniają większe sprawy. Wydaje się, że Melanie Moyer Williams zrezygnowała z reżyserowania, pozwalając miernemu tekstowi wlec się bez końca. Przy tym ciekawe, że jakby za mało było dla Shirley Lauro faktów w biografii Marii Skłodowskiej-Curie. Do dramatu cudzoziemki w Paryżu i kobiety w męskim świecie nauki, do konfrontacji z tragicznym wypadkiem męża, z wdowieństwem w młodym jeszcze wieku, z samotnym macierzyństwem czy z ubóstwem, amerykańska pisarka uznała za stosowne do-

KWIECIEŃ 2013

dać jeszcze dumne stawianie czoła antysemityzmowi Francuzów, przypisując Skłodowskiej żydowskie pochodzenie. Przypomina to praktyki mormonów, którzy przez długi czas wzbogacali szranki członków wpisując ludzi dawno zmarłych do mormońskich rejestrów i deklarując, że od tego momentu należy ich zaliczać do prawdziwych wyznawców ich religii. Wystarczy przekonanie, że gdyby mogli, z pewnością mormonizm by sami wybrali. Manifest Red Fern Theater deklaruje intencje “prowokowania społecznego uświadamiania i zmian”. Związek Kobiet w Świecie Nauki, organizacja, która dofinansowała sztukę, wyznacza sobie zadanie promowania “równouprawnienia i karier kobiet” w dziedzinach nauk ścisłych, w których nadal pozostają w mniejszości. Szlachetne cele, lecz może bardziej nadają się na wykład niż teatralne przedsięwzięcie. Mało było w The Radiant prowokacji, wiele poczucia spełniania szkolnego obowiązku. Podziw więc należy się aktorom, Dianie LaMar i AJ Cedeno, którzy dzielnie stawiali czoło wymogom długich kwestii, uchodząc z honorem wbrew pedantycznej reżyserii. Właściwie jedyny moment, który z mocą ukazał siłę ducha, to z pasją wypowiadane przez LaMar słowa samej Marie Curie: fragment jej przemowy wygłoszonej przy odbiorze drugiej Nagrody Nobla w 1911 r. (Red Fern Theatre Company, 21 lutego-10 marca, 344 E. 14th St.)

* Zanim rozbucha nawałnica wiosennych premier na Broadwayu warto zwrócić uwagę na skromniejsze, lecz bardzo ciekawe wydarzenie: nadzwyczaj inteligentnie przygotowaną serię przedstawień pod wspólnym tytułem Women of Will. Tytuł odnosi się ogólnie do “kobiet silnej woli” i szczególnie do “kobiet Willa”, czyli do kobiecych postaci u Szekspira. W The Overview w ciągu dwóch godzin Tina Packer i Nigel Gore odtwarzają – w błyskawicznym tempie, z minimalną pomocą zaledwie kilku rekwizytów – kluczowe sceny z Poskromienia złośnicy, Otella, Romea i Julii, Henryka VIII, Makbeta. Doborem scen rządzi założenie, że przyglądając się dokładniej bohaterkom sztuk, w porządku chronologicznym, można zauważyć znaczące zmiany w poglądach Szekspira – wobec kobiet i wobec świata. The Complete Journey rozbudowuje to skrótowe szaleństwo do maratonu pięciu wieczorów, zorganizowanych wokół różnych wątków: “kobiet-wojowników”; “nowej wiedzy”, gdzie erotyka zespala się z uduchowieniem; “życia w przebraniu” (jak Rozalinda) w kontraście do mówienia prawdy bez ochronnego męskiego kostiumu (jak Desdemona); “chaosu” wojny i przemocy; oraz “kobiecego feniksa”, o mitycznym wymiarze stosunku ojca i córek. Można dyskutować z interpretacją tej czy innej postaci, jaką proponuje Packer, czy też z rygorem chronologii, która organizuje całość. Ale przynajmniej jest z czym dyskutować. Każde z tych przedstawień jest przygodą oferującą nową wizję dramatów Szekspira oraz przyjemność aktorstwa wielkiej klasy. GRAŻYNA DRABIK

Jesse Eisenberg, The Revisionist. Reżyseria: Kip Fagan, scenografia: John McDermott, kostiumy: Jessica Pabst. Występują: Vanessa Redgrave (Maria), Jesse Eisenberg (David), Daniel Oreskes (Zenon). Premiera 28 lutego, przedstawienia do 27 kwietnia. Rattlestick Playwrights Theater w The Cherry Lane Theatre, 38 Commerce St., Greenwich Village. Tina Packer, Women of Will: The Overview oraz Women of Will: The Complete Journey. Reżyseria: Eric Tucker, scenografia i kostiumy: Valérie Thérese Bart. Występują: Tina Packer i Nigel Gore. Przedstawienia do 2 czerwca, w The Gym at Judson, Judson Memorial Church, 243 Thompson St. przy Washington Square South, Greenwich Village.


KWIECIEŃ 2013

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Przegląd Polski

muzyka

Najnowsza płyta Tomasza Stańki trafiła na rynek amerykański 19 marca. To podwójny album zatytułowany Wisława, inspirowany – jak łatwo zgadnąć – twórczością Wisławy Szymborskiej, a nagrany przez nowojorski kwartet artysty (David Virelles – fortepian, Thomas Morgan – kontrabas, Gerald Cleaver – perkusja). Trudno o wydarzenie skuteczniej pobudzające czułe struny polskiej dumy narodowej niż album polskiego mistrza trąbki inspirowany poezją polskiej noblistki. A jak prezentuje się Wisława od strony muzycznej? Album otwiera tytułowa kompozycja. Wisława rozpoczyna się od krótkiego, prostego wstępu Virellesa. Po chwili pałeczkę lidera przejmuje Stańko, który swoim rozpoznawalnym po nanosekundzie refleksyjnym, nieco zadumanym brzmieniem wykonuje liryczny temat, a w trakcie solówki pianisty utwór niespodziewanie zmienia nastrój, staje się niepokojący. Następująca po nim kompozycja Assassins (nawiązanie do wiersza Zamachowcy) utrzymana jest w szybkim tempie, solo Stańki jest bardziej agresywne, żarliwe, sekcja czujnie swinguje, a utwór kończy wspaniała, choć prosta coda pianisty. Metafizyka to piękny liryczny temat, który ożywa wraz z początkiem solówki Stańki, przy wtórze Morgana. W Mikrokosmosie, podobnie jak w wierszu Szymborskiej o tym samym tytule, “po-

Piero della Francesca, Crucifixion, ok. 1460 r.

Piera della Francesca wydaje się rzeczywiście najlepszym z możliwych sposobów na powrót, poprzez czas i przestrzeń, do samych początków tego wszystkiego, co zwykle definiujemy jako sztukę w ogóle, mając na myśli nowożytną twórczość europejską, liczoną od renesansu właśnie. Piero della Francesca był jednym z najważniejszych autorów tego rozdziału w dziejach malarstwa, stojącym na granicy między średniowiecznym mistycyzmem a renesansowym realizmem. Mistrzem symbolizmu zamkniętego w doskonałości geometrycznej formy. Eksploratorem nowego świata i nowych metod jego poznania, którego dzieła trwają jednak w idealnej równowadze formalnej i emocjonalnej między racjonalizmem i metafizyką. A też swoistym pionierem sztuki czasów najnowszych, ponie-

waż historycy sztuki nie bez racji uważają go gnąć emocji, kiedy pisał, w recenzji dla New za inspirację dla postmodernistów ewoluujących York Magazine o “zimnym ogniu trawiącym w kierunku kubizmu – Paula Cezanne’a, Hen- nieruchome postaci z obrazów Piera” i o ich riego Matisse’a czy Pabla Picassa – i duchowe- “bólu, pasji i nieskończoności trwania”, dodago patrona abstrakcji geometrycznej. jąc na koniec: “I love him”. Choć próby definiowania tej niezwykłej, niePo takim wyznaniu nie można wątpić, że wypoddającej się łatwym klasyfikacjom twórczo- stawa Piera della Francesca we Frick Collection ści podejmowano od chwili powstania pierw- jest wydarzeniem absolutnie wyjątkowej wagi, szych dzieł artysty, który zyskał uznanie współ- nawet w skali światowej stolicy sztuki – Noweczesnych już za swojego życia, tajemnica trwa- go Jorku. And – by the way – I love him too. jących poza czasem i przestrzenią, monumenBOŻENA CHLABICZ talnych malowideł Piera della Francesca ciągle pozostaje nierozwiązana, jej fenomen niePIERO DELLA FRANCESCA IN AMERICA nazwany, a jej piękno nie przestaje urzekać i 12 lutego – 19 maja 2013 fascynować nawet dawno uodpornionych na Frick Collection artystyczne wzruszenia nowojorskich kryty1 E. 70th Street, NY ków. Także sarkastyczny zazwyczaj i bezlitowww.frick.org sny Jerry Saltz tym razem nie potrafił powścią-

taj-Here (zawdzięczające swój tytuł tomikowi wierszy poetki) to kolejny energiczny temat, w którym perkusista – dzięki zaledwie kilku uderzeniom w bębny – niepostrzeżenie zmienia na chwilę atmosferę kompozycji. Dwa kolejne utwory – Faces i A Shaggy Vandal – to nawiązanie do wiersza Myśli nachodzące mnie na ruchliwej ulicy. Faces to radosny temat z żywiołowymi solówkami wszystkich czterech muzyków. Bardzo podobny jest A Shaggy Vandal, który za sprawą chropawego solo Stańki skręca w stronę free. Album wieńczy i spaja w klamrę Wisława, var. – trzynastominutowa wariacja na temat utworu tytułowego. Stańko wielokrotnie podkreślał, że poezja Szymborskiej i spotkanie z noblistką dodały mu energii, dlatego też zadedykował tę płytę właśnie jej. Już pierwsze dźwięki Wisławy powiało grozą” – po frapującym wstępie Virelle- kazują, że chodzi tu raczej o energię twórczą, sa muzycy wykonali szarpany temat, a następ- a nie rewolucję w stylu gry Stańki. Niemniej nie przeszli do zbiorowej improwizacji ociera- jednak jest to album bardzo udany i ciekawjącej się o free-jazz, w której zwraca uwagę nie- szy niż ostatnie płyty trębacza. Gdybym miał regularny, pozornie arytmiczny podkład Cleave- porównać tę płytę do twórczości poetki, to Wira. Pierwszą płytę kończy tajemnicza ballada Song sława budzi moje skojarzenia z wierszem Utofor H. Drugi krążek otwiera melodyjny temat pia, w którym Szymborska długo opisuje poOni, ciepły utwór utrzymany w średnim tempie, zornie idylliczną wyspę, by na koniec wproz zapadającymi w pamięć solówkami lidera i wadzić kontrast i diametralnie zmienić nastrój Virellesa. Z kolei April Story to liryczny utwór utworu. Taki właśnie jest najnowszy album utrzymany w chłodnej konwencji, którego cen- Stańki – pełen smaczków i subtelnych, czatralnym punktem jest zbiorowa improwizacja. Tu- sem nagłych zmian nastroju. Duża w tym zaPHOTO © JOHN ROGERS /ECM RECORDS

Heaven on Earth zatytułował Peter Schjeldahl w New Yorkerze swoją recenzję z wystawy Piera della Francesca we Frick Collection, co brzmi patetycznie, zwłaszcza w kontekście nowojorskiego świata sztuki. Ale tym razem nie ma w tych słowach ani cienia przesady. Niewielka ekspozycja prezentująca raptem siedem dzieł jednego z największych mistrzów włoskiego renesansu jest w Nowym Jorku, i w ogóle w Ameryce, wydarzeniem absolutnie wyjątkowym, i to nie tylko dlatego, że jest chronologicznie pierwsza, co w odniesieniu do malarza tej miary samo w sobie wydaje się nieprawdopodobne. Zdecydowały o tym jednak okoliczności historyczne. Większość dorobku artysty uznawanego za jednego z najwybitniejszych malarzy w historii wciąż pozostaje bowiem w miejscach, gdzie powstała w pierwszej połowie XV stulecia – w małych kościołach Toskanii, w bliskiej okolicy miasteczka Borgo San Sepolcro, w którym urodził się, a potem tworzył “najwybitniejszy matematyk wśród malarzy”. Prace pioniera włoskiego renesansu poza Toskanią znaleźć zaś można głównie w zbiorach Luwru oraz Galerii Narodowych w Londynie i Urbino. Tylko nieliczne amerykańskie instytucje artystyczne mają w swoich katalogach dzieła Piera della Francesca, a jednym z tych chlubnych wyjątków jest właśnie Frick Collection, skądinąd jedno z piękniejszych i posiadających najbardziej wartościowe zbiory sztuki dawnej muzeów Nowego Jorku. Na ekspozycji zrealizowanej w Pokoju Owalnym, w reprezentacyjnej części prywatnej niegdyś rezydencji (Frick Manor) – zbudowanej na początku XX wieku dla Henry’ego Claya Fricka, finansisty, inwestora na rynku przemysłowym i kolekcjonera sztuki, a po jego śmierci otwartej dla publiczności – znalazło się aż siedem prac artysty. A więc wszystkie prócz jednej (w Bostonie) pozostające w tej chwili w Stanach Zjednoczonych, włącznie z najbardziej urzekającą na całej wystawie Virgin and Child Enthroned with Four Angels ze zbiorów Sterling and Francine Clark Institute w Williamstown. Ambicją kuratora była – jak się zdaje – transformacja Pokoju Owalnego w jedną z tych małych, ciemnych wiejskich kaplic wypełnionych dziełami Piera della Francesca, do których pielgrzymują co roku setki tysięcy wielbicieli sztuki, przemierzających szlak turystyczny jego imienia w Toskanii. I choć biorąc pod uwagę warunki architektoniczne Frick Mansion – nie było to zadanie łatwe, to właśnie posługująca się najprostszymi środkami metoda ekspozycji dzieł

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

wystawy

7

sługa towarzyszących liderowi muzyków, a przede wszystkim Cleavera, którego styl gry przywodzi na myśl nieodżałowanego Paula Motiana. Stańko jest tu opanowany, dźwięk jego trąbki jest chłodny jak zwykle, ale trębacz pokazuje kły częściej niż na ostatnich płytach, a kiedy trzeba – bywa drapieżny. Słabsze punkty? Virelles i Morgan lepiej wypadają na tej płycie jako kreatorzy nastroju niż jako indywidualni soliści. Można też dyskutować, czy zasadne było uczynienie z Wisławy albumu dwupłytowego, ponieważ przy słuchaniu albumu w całości w pewnym momencie można odnieść wrażenie powtarzalności. Nie zmienia to jednak oceny tego albumu, który dla mnie jest najlepszą płytą Stańki od kilku lat. Krótko mówiąc – Wisława jest godna Szymborskiej! Materiał z tej płyty zapewne doskonale sprawdzi się także na koncertach, o czym nowojorska publiczność będzie miała okazję przekonać się już pod koniec marca. MACIEJ BIELAK

TOMASZ STAŃKO NEW YORK QUARTET

czwartek 28 marca, piątek 29 marca, sobota 30 marca, godz. 8:30 i 11 wiecz. Klub Birdland 315 W 44 St., Manhattan


K westia interwencji 8 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

KWIECIEŃ 2013

Z Wandą Urbanską, prezes Jan Karski Educational Foundation, rozmawia Bożena U. Zaremba Bestseller Jana Karskiego Story of a Secret State doczekał się pierwszego od 1944 roku wznowienia w Stanach Zjednoczonych. W związku z tym 18 marca br. odbyła się uroczysta dyskusja panelowa na Georgetown University w Waszyngtonie, z udziałem Madeleine Albright (autorki przedmowy do nowego wydania), Zbigniewa Brzezińskiego (który napisał posłowie), ambasadora RP Ryszarda Schnepfa, rabina Harolda S. White’a z Georgetown University i pani dziekan Carol J. Lancaster. Nowe wydanie zastało poszerzone nie tylko o komentarze znanych osobistości, ale także zdjęcia, dodatkowe przypisy, rozległą bibliografię i słownik pojęć. Wanda Urbanska, prezes Jan Karski Educational Foundation, przewodziła kampanii prowadzącej do wznowienia tej książki.

Dlatego, że zbliżamy się do obchodów 100. rocznicy urodzin Jana Karskiego w 2014 roku, a Karski jest silnie związany z tą uczelnią. Był tam najpierw studentem, potem powszechnie uwielbianym profesorem – uczył tam przez 40 lat. To był bardzo skromny człowiek i należy do tych postaci, których znaczenie urosło po śmierci, w jego przypadku po 2000 roku. Poza tym doświadczamy rosnącego zainteresowania jego osobą. Największym wydarzeniem było pośmiertne przyznanie Karskiemu najwyższego amerykańskiego cywilnego odznaczenia Presidential Medal of Freedom przez prezydenta Obamę w maju zeszłego roku. Karski coraz częściej jest postrzegany, jako istotna postać historyczna. Narobił dużo szumu w latach 40., kiedy, jako reprezentant polskiego Rządu na Uchodźstwie i polskiego podziemia, zaalarmował świat o holokauście i sytuacji w okupowanej przez hitlerowskie Niemcy Polsce. Przyjechał między innymi do Stanów i spotkał się z prezydentem Rooseveltem w 1943 roku. Swój bestseller wy-

dał w 1944 roku, a potem zniknął z pola widzenia na dziesiątki lat. Dlaczego ta książka była tak popularna?

To jest bardzo dynamiczna historia o przetrwaniu jednego człowieka i przezwyciężeniu niewiarygodnych przeciwności losu, od niewoli w obozie sowieckim i ucieczki z niemieckiego transportu, po uwięzienie przez gestapo, próbę samobójczą i znowu odbicie przez podziemie. To jest właściwie książka przygodowa, tyle że umieszczona w konkretnych realiach historycznych. Myślę, że [w USA] niewiele wiadomo o wkładzie Polski w starania aliantów czy na temat polskiego państwa podziemnego, a ta książka jest fascynującą opowieścią o tym, jak złożona i skomplikowana była jego struktura i działalność. Do kogo ta książka jest adresowana?

To jest niesamowite, ale ta książka przemawia do szerokiej publiczności. Znam młodych ludzi, którzy są nią zafascynowani. Tak samo reagują starsi ludzie, i kobiety, i mężczyźni. Niedawno dowiedziałam się, że na Loyola University, na zajęciach, gdzie właśnie czytają książkę Karskiego, jest dwóch weteranów wojen w Zatoce Perskiej i są oni książką zachwyceni. Ta książka pokazuje uniwersalność cierpienia. Poza tym może mieć odzew wśród pewnych grup Amerykanów – polskiego czy żydowskiego pochodzenia, czy wśród katolików, do których przemawia katolickie wychowanie i jezuickie wykształcenie Karskiego i mogą być z niego dumni i dumni z narodu polskiego i polskiej walki podziemnej. Jaką cechę charakteru Karskiego uważa pani za najważniejszą?

Myślę, że odwagę. Poza tym Karski miał jakiś siódmy zmysł i ten niesamowity instynkt przetrwania. Czy to był łut szczęścia, czy może boska opatrzność albo może jakiś wewnętrzny głos, który go prowadził i chronił? W każdym razie to może przemówić do każdego.

Jan Karski, Story of a Secret State, wyd. Georgetown University Press. Dostępna w księgarniach (w tym internetowych), w twardej oprawie i w formie eBooka. W Polsce pierwsze wydanie ukazało się w 1999 roku pod tytułem Tajne państwo.

ZDJĘCIE: BOŻENA U. ZAREMBA

Dlaczego wydawnictwo Georgetown University Press postanowiło zająć się tą reedycją?

Ktoś powiedział, że gdyby Karski miał dostęp do internetu czy Twittera, holokaust nigdy by nie miał miejsca. To prawda, że mamy teraz większy i szybszy dostęp do informacji, ale czy możemy przypuścić, że Twitter czy Facebook zapobiegłyby holokaustowi, albo jeszcze inaczej – czy mogą zapobiec dzisiejszym okrucieństwom?

Wanda Urbanska (na zdjęciu z prawej z Madeleine Albright – autorką przedmowy do nowego wydania Story of a Secret State) jest amerykańską dziennikarką i pisarką polskiego pochodzenia, autorką i współautorką dziewięciu książek. Jej artykuły ukazywały się w takich wydawnictwach, jak Washington Post, Chicago Tribune i Los Angeles Times oraz w licznych czasopismach. Stworzyła, nadzorowała produkcję i prowadziła autorski program poświęcony życiu w harmonii z naturalnym środowiskiem człowieka pt. Simple Living with Wanda Urbanska. Był to pierwszy tego typu program nadawany w telewizji publicznej. Wanda Urbanska jest absolwentką Harvard University. Za swoje zasługi dla szerzenia dobrych stosunków między Polską i Ameryką otrzymała w 2006 roku prestiżową nagrodę Amicus Poloniae, a w 2012 została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

przy okazji raportu Karskiego, było to, że alianci, na najwyższym szczeblu władzy, wiedzieli, co się działo i podjęli decyzję, by nic nie robić. Powstaje pytanie, czy rządy zdecydują się na działanie w obliczu okrucieństw, które mają teraz miejsce? To jest pytanie na szerszą skalę. Nie jestem pewna, czy tzw. Social Media mogą spowodować interwencję w danej sprawie; w każdym razie przestępstwa nie zniknęły wraz z ich nadejściem. Wyobraźmy sobie jeszcze inną sytuację. Gdyby Karski teraz żył i był młody, i wziąwszy pod uwagę, że był człowiekiem pełnym pasji i empatii, w co by się dzisiaj zaangażował?

To jest świetne pytanie. Można sobie wyobrazić, że zaangażowałby się może w takie sprawy, jak interwencja w konflikcie syryjskim czy w Darfurze. Mówimy o odwadze Karskiego. Ale czy jego przeżycia wynikały z tego, że jego kraj jakby załamał się pod ciężarem graniczących mocarstw i to stworzyło jego, jako człowieka, czy też miał taki charakter, że podjąłby próby walki w każdych okolicznościach? Tego oczywiście nie możemy stwierdzić. Czy odwagi i empatii brakuje we współczesnym społeczeństwie?

Myślę, że brakuje ich w każdym społeczeństwie, bez względu na czas i miejsce. Na pewno odwaga najwyraźniej wpisuje się w historię Polski podczas II wojny światowej, ale Polska została niejako wepchnięta w sytuację eksNie jestem przekonana, czy tak się dzieje. tremalną. Naród polski nie kolaborował z naProblemem jest tak naprawdę kwestia inter- zistami, a inne narody – tak. Więc zapłacił za wencji. Jedną z istotnych spraw, jakie wyszły to słono. Ale oczywiście zawsze można po-

wiedzieć, że ludzie powinni mieć więcej odwagi, nawet poza warunkami wojennymi. Podlegamy siłom samozadowolenia, apatii czy też zwykłego lenistwa i komfortu. Czy może pani przybliżyć historię powstania fundacji?

Jan Karski Educational Foudation powstała z Jan Karski US Centennial Campaign. Muszę wyrazić uznanie dla naszych partnerów, przede wszystkim dla Ewy Wierzyńskiej z Muzeum Historii Polski w Warszawie. Uważam ją za twórcę całego przedsięwzięcia związanego z postacią Karskiego, a na pewno tych wszystkich inicjatyw, w których ja brałam udział. Także dla jej męża, redaktora Macieja Wierzyńskiego, który notabene niedawno opublikował w Polsce swoje wywiady z Janem Karskim. Mieszkając w Stanach państwo Wierzyńscy poznali Karskiego, który zrobił na nich ogromne wrażenie. Ujrzeli w nim postać na miarę światową i postanowili zrobić wszystko, żeby 100. rocznica jego urodzin w 2014 roku była uhonorowana na całym świecie. Ewę Wierzyńską miałam przyjemność poznać w czasie moich wizyt w Polsce, kiedy pracowałyśmy razem nad pewnym projektem. Zaproponowała mi wtedy, żebym pokierowała tą kampanią. Natomiast 31 marca 2011 roku konsul generalna z Nowego Jorku Ewa Junczyk-Ziomecka, również bardzo oddana naszej sprawie, zorganizowała znakomite spotkanie Amerykanów polskiego i żydowskiego pochodzenia oraz absolwentów Georgetown University, którzy studiowali razem z Karskim, a które przypieczętowało powstanie Jan Karski US Centennial Campaign.


KWIECIEŃ 2013 Jakie cele sobie wtedy wyznaczyliście?

Mieliśmy trzy cele: przyznanie Karskiemu Presidential Medal of Freedom, wznowienie w Stanach jego książki i ustanowienie na Georgetown University profesury jego imienia. W niespełna rok po tym, jak kampania ruszyła, delegacja stała u boku prezydenta Obamy przyjmując medal w imieniu Karskiego. To był ogromny sukces. Teraz świętowaliśmy wznowienie jego książki. Czyżby nadszedł odpowiedni czas?

Chyba tak. Od samego początku mieliśmy takie poczucie. Polska przeżywa ekonomiczny renesans i Amerykanie patrzą teraz na nią trochę inaczej i myślę, że najwyższy czas na zrewidowanie roli Polski podczas drugiej wojny światowej. Niewiele osób [w Stanach] wie o ogromnym wkładzie Polaków w alianckie przedsięwzięcia, ani o tym, co się wtedy w Polsce działo. Oczywiście największym okrucieństwem był holokaust, jaki miał miejsce w okupowanej Polsce. Mało kto wie natomiast o zorganizowanym działaniu polskiego podziemia, które było najbardziej wyrafinowanym i skutecznym ruchem oporu w okupowanej Europie, czy o liczbie polskich żołnierzy, którzy walczyli o wolność na terenie całej Europy i poza jej granicami. Postać Karskiego to ze sobą niesie. Pani zaangażowanie w działalność fundacji ma też osobiste podłoże…

Tak, ponieważ mój ojciec należał do tego samego pokolenia co Karski, urodzonego zanim Polska odzyskała [w 1918 roku] niepodległość – pokolenia, które tak się cieszyło z tego, że Polska znowu stała się suwerennym państwem. To sprawiło, że spustoszenie II wojny światowej było tym bardziej druzgocące. Tak jak Karski, mój ojciec był polskim katolikiem i, jak Karski, przyjął obywatelstwo amerykańskie; był też profesorem, tyle że na Washington University. W końcu, jak Karski, był poliglotą. Ja tutaj się urodziłam i czuję się Amerykanką, ale mój ojciec zaszczepił we mnie polskość i bardzo się cieszę, że mogę doświadczyć takiego zainteresowania krajem moich przodków.

DODATEK KULTURALNY nowego

Forsycje

dziennika

MARIA TOWIAŃSKA-MICHALSKA

O wielką miłość nie proszę ciebie ale taką jak M1 jak kawalerka czyli pokój z kuchnią pomiędzy piekłem a niebem

[Jan Twardowski]

Przegląd Polski

9

Ewa katem oka zerka do pokoju. Paweł nadal stoi przed oknem, odwrócony tyłem. Cały Paweł. Woli jej nie widzieć. No i dobrze. Jeżeli nie dziś wieczorem, to jutro zadzwoni. Mama odbierze telefon, sekret przestanie być sekretem. Wystąpią razem w zwartym szyku, żeby jej wyperswadować to, co zorganizowała w sekrecie. W sekrecie, bo przecież nie było innego wyjścia. – Kocham go jeszcze – myśli – ale to miłość M1, pomiędzy piekłem a niebem. Niebo już miałam. Nie zostanę w piekle z bilonem w kieszeni. Z emocjami, wcześniej czy później, jakoś się uporam. Energicznym ruchem mota szalik dookoła szyi. Nie oglądając się zatrzaskuje drzwi. Wie, że on dalej stoi przed oknem i gapi się na forsycje, jakby to były orchidee albo dzieła sztuki, a nie zwyczajne krzaki. *** W ramionach twoich tyle ciszy to stamtąd wiosna przyjdzie do mnie marcowy wieczór ukołysze forsycje żółte nieprzytomnie

– Nie. Nie! Ja nie. Nie chcę zmieniać swego życia. Jest mi dobrze tak jak jest. Nasze spory i nieporozumienia wynikają głównie z tego, że ty chcesz mieć więcej i więcej. Szybko zapomniałaś, jak cieszyliśmy się z samodzielnego mieszkania, z tego, że możemy być w nim sami. – Ależ pamiętam. A gdybym nawet zapomniała, to ty i tak przypomnisz. Dorzucisz dodatkowe argumenty, znajdziesz na stronie 244 wiersz Jana Twardowskiego, może nawet wyrecytujesz z pamięci? Bo przecież pamiętasz, prawda? Jan Twardowski był poetą i ascetą. Księdzem, któremu M1 w zupełności wystarczy. Ja nigdy nie chciałam być zakonnicą. Mam zupełnie inne plany i marzenia i wiem, jak je zrealizować. Dlaczego z dwojga złego zawsze wybierasz trzecie, jeszcze gorsze? Mam dość życia w tym kraju, są inne możliwości. – Nie ma innych możliwości, przynajmniej dla mnie. Nigdzie stąd nie wyjadę. Tutaj mam swoją rodzinę, swoje zobowiązania i swój sposób na życie. Chciałem, żeby to było życie z tobą, ale chyba łudziłem się tylko, że chcesz być ze mną. Mamy gdzie mieszkać, a ty dotąd nie wyprowadziłaś się od swojej mamy. – Bo jest mi tutaj ciasno. Potrzebuję przestrzeni, nie umiem być szczęśliwa w klatce. Twój sposób na życie to minimalizm i unikanie ryzyka. Boże drogi, dlaczego kilka lat temu nie przyszło mi do głowy, że jesteś wprawdzie inteligentny, zdolny, nawet utalentowany, ale nie masz żadnych ambicji, a więc jesteś człowiekiem bez perspektyw. Ospały

Zdrzemnęłam się po południu, szkoda, że obudziłam się zbyt szybko. Piękny, kolorowy sen śniłam o wiosennej, ukwieconej łące. Siedziałam nad strumieniem w niebieskiej sukience w białe kropki i obserwowałam błękitną ważkę, szybującą nad wodą. Młoda byłam w tym śnie. Teraz nie mam takiej sukienki. Wyglądałabym w niej śmiesznie. Chciałam znowu zasnąć, wrócić nad strumień i zobaczyć, co będzie dalej. Nie udało się. Jeszcze nie tak dawno umiałam zasnąć na zawołanie. Zawsze miałam za mało snu. Teraz mogę spać, ile tylko zechcę. W tym rzecz, że nie chcę. Starzeję się, ot co! Przyznać jednak muszę, że starość ma też swoje uroki i przywileje. Oho, zbłądziłam na manowce! Uroki? Przywileje? Co z tego, że człowiek jest zwolniony od wielu obowiązków? Jest wolny, chociaż wolałby nie być aż tak wolny. Wolny do bólu, bo osamotniony i nikomu niepotrzebny. Do rozpaczy wolny. Nikt mu niczego nie zabrania, nikt się o niego nie troszczy. No i znowu bredzę. Przecież moja córka dotąd mieszka ze mną i troszczy się o mnie. W tym kłopot. Troszczy się i dba o mnie, chociaż ma chłopaka i mieszkanie. Oboje skończyli studia, pracują, kochają się, powinni mieszkać razem, tymcza-

minimalista. Czuję się oszukana. Sama siebie oszukałam, bo nigdy nie chciałam ocenić realnie i rzeczowo, jaki naprawdę jesteś. Myślałam, spodziewałam się, że razem coś osiągniemy. – Co mianowicie? – Sukces, głupku. – Wobec tego szukaj sama sukcesu, o którym marzysz, cokolwiek to jest. Ja się do tego nie nadaję. – Nie prowokuj. Nie wiesz jeszcze, że poczyniłam daleko idące kroki, nie radząc się nikogo, a przede wszystkim ciebie, bo znam twoje nastawienie. Myślałam, że zmienisz zdanie, jeżeli ci przedstawię konkretne możliwości. Właściwie brakuje tylko twojej decyzji. Ja swoją już podjęłam. – To znaczy? – To znaczy dokładnie to, co podejrzewasz. Ja podjęłam już decyzję, kolej na ciebie. – Jesteś pewna? – Tak. Paweł patrzy na nią przez chwilę. Milczy. Wreszcie wstaje z fotela i podchodzi do okna. – Zobacz – mówi bez sensu – rozkwitła forsycja. – Wychodzę – odpowiada Ewa i czeka. – Wychodzę – powtarza natarczywie. – Słyszałem. Ewa nieśpiesznie ubiera się w przedpokoju. W głębi duszy ma nadzieję, że Paweł ją zatrzyma, nie pozwoli odejść, obejmie, przytuli, nawet powie, że jeszcze wszystko przemyśli, może zmieni zdanie, bo przecież to ona ma rację, a on zawsze w końcu jej ustępuje, wiedząc, że jest nieugięta, jeżeli coś postanowi.

sem ona z Pawłem, jak sama to określa, “pomieszkuje”. Muszę z nią wreszcie szczerze porozmawiać, zapytać, dlaczego dotąd “są razem”, zamiast być małżeństwem. Paweł to taki uroczy, dobrze wychowany, przystojny chłopak. Boję się zaczynać rozmowę na ten temat, bo Ewa bardzo nie lubi – nie wiem, jak mam to nazwać – wtrącania się do ich życia. Wcale nie chcę się wtrącać. Od dawna wiem, że jestem na bocznym torze, poza nawiasem, bez prawa głosu. To już raczej Pawła zapytam. On nie jest aż tak drażliwy. Najwyżej nie odpowie, uśmiechnie się przepraszająco, zmieni temat i tyle. Wszystkie ważne sprawy zależą od decyzji mojej córki. Takie teraz czasy. W moim związku panowały inne obyczaje. To Zygmunt decydował o wszystkim, nie ja. Ja wcale tego nie pragnęłam. Dobrze mi było z tym, jak jest. Nie chciałam brać odpowiedzialności za ważne decyzje. Czasami mówiłam, że coś mi nie odpowiada, a wtedy on brał to pod uwagę. Liczył się ze mną i to mi wystarczało. Czułam się z nim bezpiecznie. Wiedziałam, że mnie kocha i nie skrzywdzi. Kiedy umarł, rządy po nim przejęła Ewa. Nie zawsze się z nią zgadzam, ale bardzo rzadko protestuję. Nie walczę o swoje racje. Zamiast racji wybieram święty spokój. Jestem do tego przyzwyczajona. Cóż, bywam obłudna. Potakuję, chociaż myślę inaczej, chociażby wtedy, kiedy chodzi o Pawła. Jeżeli “są razem”, to moim zdaniem powinni się pobrać oficjalnie, już najwyższy czas. To ona, nie wiadomo czemu, z tym zwleka. Słyszę zgrzyt klucza w zamku. Ewa wraca. Porozmawiać z nią czy lepiej jeszcze poczekać, może sytuacja wyjaśni się samoistnie? Jak to kiedyś Zygmunt mówił? Pamiętam: “Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł”. p

[Anna Frajlich-Zając]

Pracujemy nad umieszczeniem jego książki w kanonie literatury wojennej i literatury o holokauście i widzimy, że są duże szanse na powodzenie, bo w jakiekolwiek drzwi zapukamy, spotykamy się z niesamowitym odzewem. Planujemy także stworzyć system stypendialny dla młodych naukowców. Współpracujemy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i Muzeum Historii Polski przy wystawie o Karskim, która zadebiutowała w styczniu tego roku i będzie pokazywana w wielu miejscach na terenie Stanów. Dążymy do tego, by Karski stał się, jak Mahatma Gandhi, postacią o zasięgu światowym, szerzącą moralne i duchowe wartości, takie jak chęć rozwiązywania konfliktów w sposób pokojowy. Był w końcu człowiekiem silnej wiary chrześcijańskiej – wierzył w wybaczanie i w pojednanie, w tym przypadku chodzi o pojednanie polskich katolików z polską społecznością żydowską, żyjących często w niezgodzie, zwłaszcza po wojnie. Myślę, że sytuacja się poprawia i fundacja jest częścią inicjatyw budowania mostów. Tak więc fundacja ma szeroko zakrojone plany, ale to dopiero początki. Wkroczyliśmy w bardzo dla nas ważny okres i cieszymy się, że możemy mieć wpływ na to, jak Polska jest postrzegana i możemy szerzyć wśród Amerykanów wiedzę o historii Polski. p W INTERNECIE:

Więcej informacji na stronie: www.jankarski.net

ZDJECIE: ARCHIWUM

Celem fundacji jest promowanie życia, spuścizny i pisarstwa Jana Karskiego. W jaki sposób fundacja zamierza to osiągnąć?


10 Przegląd Polski

Jest ta ki te atr... DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

KWIECIEŃ 2013

TERESA BĘTKOWSKA

W czasie jej trwania – od 18 do 28 marca – na scenach teatralnych 42 miast w 16 województwach Polski zostanie pokazanych aż 200 spektakli. Teatromanom Melpomena zaprezentuje się także w 300 innych odmianach – m.in. podczas warsztatów edukacyjnych, happeningów, na wystawach, otwartych próbach dla publiczności, na wykładach prowadzonych w szkołach teatralnych i ośrodkach kultury, na spotkaniach z twórcami teatru. Marzec kojarzy się z wiosną, z jej przebudzeniem. Akcji zainicjowanej przed laty przez twórców z Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi też przyświecało przebudzenie – tyle że ludzi. To im proponuje się przybliżenie różnorodności i kolorytu sztuki, zachęca się do szerokiego, interdyscyplinarnego spojrzenia na dokonania teatrów. I tych instytucjonalnych, i offowych. I tych starych, i nowych. I tych awangardowych, i tradycyjnych. W Krakowie do projektu “Dotknij teatru” włączyły się: Stary Teatr, Teatr im. Juliusza Słowackiego, Teatr Ludowy i Teatr Barakah. Postanowiłam odwiedzić ten ostatni. Obejrzeć Szyca – obraz antywojenny, zrealizowany według Hanocha Levina, autora słynnego Kruma i Sprzedawcy gumek.

W SERCU KAZIMIERZA Krystyna Janda, Wojciech Pszoniak, Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, a wcześniej Konrad Swinarski oraz inne tuzy teatru miały zaszczyt być uhonorowane Nagrodą im. Leona Schillera. Związek Artystów Scen Polskich – który jako pierwszego nagrodził w 1956 roku Kazimierza Dejmka – za godnych tego wyróżnienia uznał też zespół artystów alternatywnych z Krakowa. Nikt nie zaprzeczy: wielkie to wyróżnienie dla Teatru Barakah! Dla grupy aktorów, którzy swe spektakle czy dramatoria prezentują w niewielkiej piwnicy Klezmer Hois, w samym sercu krakowskiego Kazimierza. W teatrze, który na widowni może pomieścić 30-40 widzów. Prestiżowa nagroda przyznana dwa lata temu to dowód docenienia Any Nowickiej i Moniki Kufel, założycielek sceny, która działa w ramach Fundacji Dziesięciu Talentów na rzecz Teatru Barakah. To także uznanie dla wykonawców i realizatorów przygotowanych przez nie spektakli. Słowem: splendor dla całego zespołu. Można zapytać: dlaczego akurat twórcy z Krakowa jurorom przypadli do gustu? Pytanie o tyle sensowne, że przecież nie może tu być mowy o powszechnej znajomości teatru, który nie jest repertuarowy. Na dodatek scena egzystuje dopiero od kilku lat i na swym koncie nie ma komercyjnego hitu. Prezentuje po prostu przedstawienia inne. Głównie takie, po których widz opuszcza piwnicę przy ulicy Szerokiej 6 mocno poruszony, z burzą myśli kotłujących mu się w głowie.

ZDJECIE: ARCHIWUM

“Dotknij teatru” – to hasło projektu przygotowanego z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, który przypada 27 marca. Jeśli jednak dzień ten ustanowiono dla upamiętnienia otwarcia Teatru Narodów w Paryżu w 1961 roku, to ogólnopolska akcja ma dopiero cztery lata. Tyle że w tym roku nabrała rozmachu!

Ana Nowicka i Monika Kufel – założycielki Teatru Barakah w Krakowie

Nagroda im. Schillera, która jest uznaniem dla ciekawej linii artystycznej zaproponowanej przez Teatr Barakah, to jednak nie jedyna nagroda, jaką ostatnio zostali usatysfakcjonowani członkowie zespołu. Na Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym – który odbywał się w Toruniu pod hasłem “Pierwszy kontakt” – artystów z Krakowa wyróżniono też za stworzenie nowego miejsca teatralnego na mapie Polski. Miejsca, które warto i trzeba poznać bliżej...

lizuje schronienia? pułapki? wagonu pociągu? celi? miejsca przechowywania tajemnic? A czy czasem nie jest tak, że jakaś “szafa” nie jest wewnętrznym światem każdego z nas?

SAME SOBIE STEREM...

Miejsca na widowni są zawsze zajęte, moc nagród za przedstawienia prezentowane na różnych przeglądach – tak jest dziś. A jak było osiem lat temu, gdy dwie młode aktorki, zatrudnione na etatach w teatrach repertuarowych, postanoLOKOMOTYWA PEŁNA GROZY wiły stworzyć własny teatr? Taki, w którym tylGdyby odnieść się do genezy Teatru Bara- ko one mogłyby być i sterem, i okrętem? Można powiedzieć: marzenia dziewczyn się kah, to trzeba tu koniecznie przypomnieć o Szafie, monodramie opartym na niebanalnej kom- spełniły. pilacji prozy Hanny Krall i Olgi Tokarczuk, a “To było ogromne wyzwanie. Chwilami wręcz także na fragmentach Lokomotywy Juliana Tu- przerażające. Ale obie jesteśmy pracoholiczwima – zabawnego wierszyka dla dzieci, któ- kami. Obu nam towarzyszyło myślenie: przery w zaskakujący sposób stał się w spektaklu cież możemy coś fajnego zrobić. Podjęłyśmy oprawą wielkiego dramatu – holokaustu. Po- więc ryzyko, że na naszej scenie wybór tekstów, tym samym granych spektakli, będzie zaciąg, pełen wagonów, pędzi na śmierć... “Scenariusz Szafy, który napisałam wespół z leżał wyłącznie od nas. Że będą one realizoMarcinem Białym, jest smutną, refleksyjną opo- wane w zgodzie z naszą wyobraźnią i naszą wieścią żydowskiej dziewczyny (ukrywającej wizją teatru. Że do współpracy będziemy dosię w szafie) o zagrożeniach w czasie okupa- bierać aktorów profesjonalnych” – nieomal jedcji – opowiada Monika Kufel. – Ana podjęła nym tchem Ana prezentuje dewizę, jaka jej i się, na jego podstawie, wyreżyserować spek- Monice przyświecała od chwili, gdy sobie potakl teatralny – i ja w nim zagrałam. Graliśmy wiedziały: pracujemy wspólnie. ją w tarnowskim Teatrze im. Ludwika SolskieKolejnym, ważnym krokiem w przedsięwzięgo przez rok. Nie podpisałam jednak przedłu- ciu tworzenia teatru było powołanie Fundacji żenia umowy z tym teatrem. Nie mając nigdzie Dziesięciu Talentów na rzecz Teatru Barakah. stałej siedziby Szafę zaczęliśmy wystawiać na Skąd w nazwie akurat liczba dziesięć? Możróżnych scenach, na teatralnych festiwalach, na tu powoływać się na Biblię, można na detakże tych międzynarodowych. I to z dużym, kalog. Fakt: idzie o poszukiwanie talentów twórby nie powiedzieć: ogromnym powodzeniem” czych (nie ukrywajmy, że i takich “talentów”, – podkreśla aktorka, scenografka, kostiumo- o których Liza Minnelli śpiewa: “many, malożka, a przy tym laureatka nagrody za debiut ny...”), danie artystom szansy na spełnianie się (“Szczebel do kariery”), uzyskanej na XXXIII w pracy, pokazanie wielowymiarowości ich Ogólnopolskim Festiwalu Teatralnym Jedne- działań itp. Idzie także o treści tekstów, jakie go Aktora. Także nagrody specjalnej Minister- są przedstawiane na scenie. stwa Kultury Macedonii ma Międzynarodowym Festiwalu “Aktor Europy”. CIEMNA STRONA MOCY “Szafa otworzyła nam drzwi. Rzecz jasna symbolicznie...” – dopowiada Ana Nowicka, akJednym z najgłośniejszych spektakli wystatorka z dyplomem krakowskiej PWST, a za- wianych od kilku lat na krakowskim Kazimierazem reżyserka. I przy okazji zwraca uwagę rzu jest Szyc. Obraz antywojenny, zrealizowana fenomen tego spektaklu. Albo inaczej: na ny według Hanocha Levina. jego symbolikę. Na przenośnie. Bo choć opo“Zachwyciłam się izraelskim dramatopisawieść bohaterki sztuki odnosi się do czasów rzem, antologią jego dzieł w tłumaczeniu Miwojny, to przecież i dziś możemy mówić o ludz- chaela Sobelmana, którą wydano w Polsce – kim strachu, braku bezpieczeństwa. A sam wyjaśnia Ana. – I postanowiłam Szyca przeprzedmiot, jakim jest szafa – czyż nie symbo- nieść na scenę. Opowiedzieć widzom o ciem-

nej stronie ludzkiej natury. O żydowskiej rodzinie skupionej na pomnażaniu dóbr materialnych; człowiek dla rodziny Szyca to towar, za którym stoją pieniądze...”. Trzeba przyznać, że nie tylko treść Szyca, ale i forma sztuki zaciekawia. Zrealizowana jest bowiem w konwencji balansującej pomiędzy musicalem a modern-operą; muzykę do spektaklu skomponowała Renata Przemyk. Znani artyści chętnie podejmują współpracę z reżyserką, która legitymuje się również muzycznym wykształceniem. “Jestem rzeczywiście mocno uwrażliwiona na frazę, na rytm przedstawienia. Spektakl to dla mnie i muzyka, i słowo. To jeden organizm. Dlatego dbam, aby cały sprawnie działał. Dlatego też jestem obecna na każdych «występach». Czuwam...” – śmieje się Ana. Śmiech pani reżyser wiąże się też z Damską toaletą. Przedstawieniem, w które włożyła wiele serca i pracy, a które... zeszło szybko z afisza. Dlaczego? Bo znakomita gra aktorów tak się spodobała, że nagle znalazła się dla nich etatowa praca (choć wcześniej znaleźć jej nie mogli) w repertuarowych teatrach Słupska, Warszawy, Lublina itd. “Z całą pewnością wkrótce odtworzymy ten ciekawy spektakl. Musimy jednak poszukać, zebrać dziesięć dobrych aktorek do obsady sztuki” – objaśnia Monika Kufel.

FILTROWANIE RZECZYWISTOŚCI Bilans dotychczasowej pracy Teatru Barakah jest konkretny: dziewięć tytułów spektakli zapisanych na teatralnych afiszach. Także kilka dramatoriów, czyli kreatywnego czytania przez aktorów – w obecności widzów – sztuk teatralnych lub prozy. “Wasz teatr przybliża widzom tematy trudne” – zauważam. “W żadnym razie nie takie, o których mówi się: komercyjne. Albo: polityczne – mówi Ana. – Owszem, odnosimy się do współczesności. Pokazujemy problemy społeczne, filtrujemy rzeczywistość (rodzina jest dla nas ważna), ale zawsze usiłujemy je “ugryźć” w sposób uniwersalny. Przykład? Klinika dobrej śmierci, Statek dla lalek. Patos, moralizatorstwo, agitowanie są nam obce, tak samo jak ocenianie, oskarżanie. Naszym zdaniem groteska, dowcip, ironia też mogą spowodować mocne uderzenie. Sprawić, że widz pomyśli, zaduma się na przekazem ze sceny. p


KWIECIEŃ 2013

DODATEK KULTURALNY nowego

Wyścig o palmę

dziennika

Wielka noc

Przegląd Polski

11

MAREK KUSIBA – ŻABKĄ PRZEZ ATLANTYK

PIOTR FLORCZYK – LISTY Z LOS ANGELES

W Polsce od zarania dziejów, -raju, ale na pewno a przynajmniej od odzyskania używa go Zbigniew pierwszej niepodległości, trwa Hołdys w felietonie wyścig o równouprawnienie Węch i dotyk na łapłci. Walczył o nie Tadeusz mach pol skie go Boy-Żeleński do spółki z Ire- “Nju sły ka”, gdzie ną Krzywicką, o której życzli- skarży się, iż jest niewi rodacy ukuli powiedzonko, lubiany, gdyż jego kumpel że “zdobyła świat pod Boyem”. Gdy podbój nienawidzi “takich jak ja sk...synów, że p... liBoya i świata się dokonał, czyli nastało teore- teraturę i filmy, ogląda tylko pornole, Rolling tyczne przynajmniej zrównanie praw kobiet i Stonesi to cwele”, a na pytanie, czy był kiedyś tych drugich homo (sapiens), rozpoczął się wy- w kinie, odpowiada: “A po ch...?”. Wykropkościg o palmę pierwszeństwa w różnych dzie- wania są moje, jako że felietonista bluzga chamskim bełkotem bez żadnej autocenzury. dzinach, łącznie z szarganiem świętości. Podobnie odważnie sobie poczyna pani W. Ze wstydem muszę przyznać, że panie opanowały szarganie w stopniu o wiele bardziej w sprawie wyboru papieża z Argentyny, gdzie wyrafinowanym niż panowie. No bo jeśli pa- “Kościół był z juntą. Dlatego uważam, że pani dyrektor poznańskiego Teatru Dnia Sądne- pieżem nie powinien zostać człowiek, który go, przepraszam: Teatru Ósmego Dnia, nazy- żył i rozkwitał w sensie zawodowym w najwa nowego papieża słowem na cztery litery, gorszym, najpaskudniejszym w tamtych czachoć pisanym na murach i w klozetach przez sach reżimie na świecie”. Logika pani W. wykluczyłaby z papieżowania także Karola Wojtrzy, to ja, felietonista, składam broń. W dziedzinie szargania i szarpania – za rę- tyłę, bo “żył i rozkwitał” w czerwonej Polsce. Tym niemniej podejrzewanie papieża Frankaw, nogawkę, połę papieskiej stuły – panie wygrywają z nami o kilka długości. Nie bę- ciszka o donoszenie do władz na lewicujących dę wracał do przykładu pani profesor doktor księży mogło zostać podsycone przez grany (re?)habilitowanej Krystyny P., bo musiałbym obecnie przez Ósemki spektakl Do Władzy poświęcić jej felieton, a po co zaśmiecać ła- Wielkiej i Sprawiedliwej, oparty na donosach my mają jakieś “chamy z tytułamy” do pisanych przez Polaków do gestapo. Teatr opo(nie)sławy – mam oczywiście na myśli pro- wiada o tym, jak “pozornie błaha i niegodna fesorów-oponentów pani profesor talentów. notatka może skutkować straszliwym ludzkim Powiem tylko, że we współczesnej, zniewie- dramatem”. W przypadku pani Ewy może się ściałej Polsce coraz trudniej o mężczyznę z skończyć dymisją – a byłaby to niepowetowakrwi i kości. Dotrzymuje jeszcze kroku moc- na strata dla Ósemek. Bo jest, jak zawsze, i nym (w gębusiach) paniom Lech Wałęsa, lecz druga strona medalu. Ewa Wójciak to artyston miał niezły trening w potyczkach z Anną ka jednego z najważniejszych teatrów w EuWalentynowicz. Sam byłem świadkiem, jak ropie lat 70. i 80., drapieżna lwica walki z komuną, słowem – świetna kopomstował na śp. pabieta o wielkich zasługach nią Annę, używając Od wyścigu z kobietami dla kultury, obdarzona mocsłów nawet bardziej o palmę pierwszeństwa nym charakterem i odwagą nie par la men tar nych w szarganiu świętości osobistą, za którą była przez niż w polskim parlawielu kochana, nie wyłączamencie, a można się wolę palmę wielkanocną. jąc... Czesława Miłosza. Zatam nasłuchać do odproszony w latach 80. do padnięcia ucha (np. w czasie wystąpienia jednego z posłów posłan- Ósemek na śniadanie, rzekł do pani Ewy: “O, ka opozycyjnej partii złożyła mu propozycję wreszcie panią widzę, bo od dawna mam panie do odrzucenia: “spier…”). Lechu kiedyś ni zdjęcie i potajemnie się w nim kocham”. Ewa Wójciak już w latach 70. mówiła, że podobno przeskoczył mur stoczni, a teraz chciałby zamknąć za murem Sejmu (i spo- człowiek-aktor bierze pełną odpowiedzialność łecznego getta) kochających inaczej. Gdyby moralną za to, co mówi i robi na scenie. TeLech W. był menelem z Wrzeszcza, mógłby raz musi ponieść odpowiedzialność za to, co sobie wrzeszczeć na kogo chce, ale Wałęsa powiedziała poza sceną. Nigdy nie zapomnę pełni honory laureata pokojowej Nagrody No- odsłonięcia pomnika Czerwca 1956 w roku bla i bohatera walki o wolność i demokrację, 1981. Ewa Wójciak stoi z zaciśniętymi pięw tym równość wszystkich wobec praw bo- ściami i recytuje do tysięcy ludzi Przesłanie skich i ludzkich. On jednak rozumie demo- Pana Cogito Herberta: “bądź odważny, gdy rozum zawodzi,/ bądź odważny w ostateczkrację jakby dalej tkwił w demoludach. Podobnie do Lecha, który idzie w zaparte i nym rachunku jedynie to się liczy”. Chyba trobrnie w homofobię, rozumuje pani dyrektor po- chę zawiódł ją rozum, a odwagę, w szarganiu pularnych Ósemek. I tak się tłumaczy z uży- i szarpaniu, tym razem zastąpiło chamstwo. Wniosek? Od wyścigu z kobietami o palmę cia wobec papieża słowa na cztery (lub trzy) litery: “Przecież jest to słowo, którego wszy- pierwszeństwa w szarganiu świętości zdecyscy czasem używamy. Myślę, że 90 procent Po- dowanie już wolę palmę wielkanocną. Smaczlaków”. No, nie wiem, bo nie mieszkam w k- nego jajka! p

Na początku marca byłem bitą nań poduszką, w Bostonie. Kawał drogi wkrót ce ob na żą stąd. Kiedy wstawałem w swo ją ba nal ność, dniu wylotu, była jeszcze podpowiadając manoc. Cisza, jaka panowała za luchowi, że nadszedł oknem, sama w sobie była czas na ssanie kciuka snem, snem spokoju i pięk- i drzemkę na ramieniu nych marzeń, a nie widm czy kochanej mamusi. I tak też się stało. lęków. Myjąc zęby w łazience, wpatrywaA sam Boston przywitał mnie śniegiem i łem się w lustro, niepewny, czy podoba mi się to, co widzę. Przecierałem oczy, pręży- wiatrem o sile huraganowej. Stojąc na chodłem muskuły – aż poczułem woń świeżo za- niku przed halą przylotów, trząsłem się jak galareta. Co za fircyk, myśleli sobie o mnie parzonej kawy. Moi drodzy bliscy i moi drodzy dalecy jesz- przechodnie, patrząc ze zgrozą na moją ciecze spali, podróżując po krainach wcale nie niutką kurteczkę i gołą głowę. Kolega, któtak odległych; mogę się założyć, że niejeden ry miał po mnie przyjechać, ugrzązł w zaśnił o nowym samochodzie z rozsuwanym spach na autostradzie, więc wysyłając SMSdachem, podczas gdy jego partnerka space- -y do żony, na przemian przeklinałem siarrowała po białopiaszczystej plaży, poprawia- czyście i wybuchałem wdzięcznością za to, jąc co chwila wypadający jej z włosów tro- że mieszkam w południowej Kalifornii. Tak, pikalny kwiat. Ach, wakacje... A ja wlokłem co mi tam trzęsienia ziemi, rekiny, korki na się ile mogłem, bo perspektywa spędzenia sze- drogach oraz kosmiczne ceny mieszkań i benściu godzin w samolocie tylko po to, aby wy- zyny. Przynajmniej oszczędzamy na ubraniach, lądować w tym samym kraju, otoczony zna- owocach i warzywach – pisałem żonie – minym językiem, hamburgerami, śpiewem pa- mo że ona, odpisawszy tylko raz, na początnienek z Nashville czy Barbadosu oraz si- ku, wcale nie miała ochoty komentować mowiejącymi politykami, a nie krajobrazem wy- ich zażaleń. Tymczasem czułem, że mój nos jętym ze stenogramów sesji u doktora Freu- zamarza i lada moment odpadnie. Tadeusz Różewicz radził kieda, nie ma prawa dyś – w Zadaniu doskłaniać do radości. W końcu we dwójkę – kiedy mowym – “opisz swoDobrze, że pojechakażdy ma szansę być nie tyle ją twarz/ i podziel się łem na lotnisko o ze mną/ jej zmiennym czwar tej ra no – zbawicielem, co przyjacielem, wyrazem”, ale z moprzynajmniej moktóry wysłucha i poklepie po jej twarzy już dawno głem udawać, że plecach – jest o niebo raźniej. odpłynęła krew. jeszcze śpię. Mój przy ja ciel Ale w samolocie, -zbawiciel w końcu skądinąd czystym i wygodnym, nie dałem rady zmrużyć oka, bo się pojawił. Parę godzin później spacerowaprzyszło mi siedzieć obok matki z niemow- liśmy po Bostonie jak dwa bałwany, pokrylakiem na rękach. Czarnowłosy mały, ubra- ci śniegiem od stóp do głów. Minęły dwa ny w ciuchy z GAP-u, wpatrywał się we mnie lata od ostatniego spotkania, więc było co czarnymi oczami, tak że nie sposób było do opowiadać – o pracy na uczelniach, o żoniego nie kukać i słać buziaka za buziakiem. nach, o znajomych, których już nie ma, o Oczywiście nie chciałem, aby matka miała wierszach, tych napisanych, jak i tych, któmnie za dziwaka, który próbuje do jej dziec- re dopiero kiełkują, gdzieś w katakumbach ka zagadać, więc co jakiś czas odwracałem ciszy. Byle do wiosny, powtarzaliśmy dla głowę w przeciwną stronę, udając, że za otuchy, szwendając się od baru do baru. A oknem dzieje się coś bardzo ciekawego, a te pękały w szwach, bo do Bostonu zawitanie, że grupa panów z ochraniaczami na ły rzesze pisarzy i poetów, pragnących udouszach rzuca nasze torby i walizy bez ja- wodnić miejscowym, że oprócz pisania pokiejkolwiek troski o ich zawartość. Na pew- trafią również śpiewać stare szlagiery na konno wiedzieli, że są obserwowani, ale ewi- kursach karaoke. Byle do wiosny... O północy w hotelu stanęliśmy w oknie dentnie guzik sobie z tego robili – w przeciwieństwie do niemowlaka, który na każ- wsuwając czekoladowe skorupki jajek niede moje odwrócenie głowy reagował wrza- spodzianek. Gdzieś w oddali migotały świaskiem. Jego zestresowana matka, z rozczo- tła imprez i nocnego czytania, a my zastanachraną fryzurą, dwoiła się i troiła, aby syn- wialiśmy się, jak by to było powiosłować soka uspokoić. Szeptała, klepała po pleckach, bie teraz łódką po lodowatej rzece Karola. Poa on nic. Pomyślałem więc, że oto właśnie jedyńczo nie dalibyśmy rady, ale razem w jedmam szansę zostać bohaterem – że jeśli bę- nej łódce, z podwójnymi wiosłami, czemu dę przyglądał się małemu, choćby z byka nie. W końcu we dwójkę – kiedy każdy ma lub kątem oka, to on przestanie terroryzo- szansę być nie tyle zbawicielem, co przyjawać przynajmniej swoją matkę. Że, wbrew cielem, który wysłucha i poklepie po plecach zasadom, moje zaspane oczy i twarz, z od- – jest o niebo raźniej. p

EK POLISH BOOKSTORE POLECA – ZADZWOŃ: (201) 355-7496 Agnieszka Kowalska: Czas na mnie Czy w dzisiejszych czasach można przeżyć wielką miłość? Można. Czy po stracie ukochanej osoby można się odbudować. Można. O tym jest książka Agnieszki Kowalskiej, żony Macieja Kozłowskiego, niezwykle lubianego aktora, który zmarł przed dwoma laty. To przepiękna opowieść o życiu z drugim człowiekiem, o bólu po odejściu i odzyskiwaniu swojego miejsca w życiu już bez niego. To nie jest jednak smutna książka, wręcz przeciwnie, pełna subtelnego humoru i autoironii. Dorota Wellman powiedziała: “Ta książka to najpiękniejszy list miłosny, jaki czytałam. Chciałabym, żeby mnie ktoś mnie tak kochał”. s, 229, 21.00 dol.

Helena Wayne (red.): Historia pewnego małżeństwa. Listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson Bronisław Malinowski, znany na świecie antropolog społeczny ale także doskonały pisarz i nauczyciel. Książka ukazuje po raz pierwszy Bronisława Malinowskiego jako męża, ojca i przyjaciela. Poznajemy małżeństwo i życie rodzinne wielkiego uczonego. Rzuca ona także światło na stosunki uczonego z kolegami po fachu, studentami i szerokim gronem przyjaciół. Listy zamieszczone w tomie były pisane przez Bronisława Malinowskiego i jego żonę, Elsie Masson od roku 1916, kiedy para się poznała do 1935 – roku jej śmierci. s. 573, 35.00 dol.

Małgorzata Szejnert: My, właściciele Teksasu. Reportaże z PRL-u W książce dziennikarka Małgorzata Szejnert pisze o sklepowych z supersamu, robotnikach z Ursusa, głównym architekcie wyspy szczęścia i wielu innych zwyczajnych niezwyczajnych bohaterach Polski Ludowej. Kreśli portrety ludzi, którzy nie rezygnowali ze swoich dążeń nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach. Zbiór reportaży My, właściciele Teksasu przyłapuje na gorącym uczynku polską rzeczywistość poprzedniej epoki, wolny jest od współczesnych ocen i stereotypów. Czy tamtej rzeczywistości bliżej do Misia, Przesłuchania czy Człowieka z marmuru? s. 406, 22.00 dol.

Wolf Kielich: Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy XIX wiek, mężczyźni dzierżą władzę, kobiety siedzą w domu, grzejąc dłonie przy kominkach. Jednak nie wszystkie. Lady Hester Stanhope, Alexandrine Tinne, Ida Pfeiffer, Isabella Bird-Bishop, Marianne North, Mary Kingsley, Daisy Bates, Alexandra David Néel postanowiły wyrwać się z ram konwenansu, poczuć smak niezależności, zaspokoić ciekawość – słowem, wyruszyć w daleki świat. I choć wiązało się to z wieloma niebezpieczeństwami – niekiedy większymi od tych, które mogły grozić mężczyznom – wszystkie dokonały wyczynów jak na tamte czasy niewiarygodnych. s. 300, 28.00 dol.


Ze świata kultury 12 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

KWIECIEŃ 2013

notatnik kwietniowy NJPAC Newark, NJ njpac.org 1 Center St. Newark, NJ

New Jersey Symphony Orchestra, w programie: Strauss – Don Juan, Tod unVerklarung (Death i Transfiguration), Debussy – Messiaen; godz. 8:00 wiecz. 6 IV Boston Symphony Orchestra, w programie utwory Wagnera; dyr. Daniele Gatti, mezzosopran Michelle DeYoung; godz. 8:00 wiecz. 7 IV Les Ballets Trockadero De Monte Carlo – żeński balet komiczny zatańczy m.in. parodie fragmentów Jeziora łabędziego czy Giselle; godz. 3:00 ppoł. 14 IV Recital pianisty amerykańskiego Petera Serkina; w programie utwory Beethovena; godz. 3:00 ppoł. 20 IV New Jersey Symphony Orchestra, w programie: utwory Gershwina; godz. 8:00 wiecz. 28 IV New Jersey Symphony Orchestra, solistka – skrzypaczka Sarah Chang; w programie: utwory Brucha, Wagnera, Brucknera; godz. 3:00 ppoł.

ZDJĘCIE: FOT. BRUNO FIDRYCH/WIELKANOCNY FESTIWAL BEETHOVENA

5 IV

17. Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena rozpoczął się w Warszawie 17 marca i potrwa do świąt. Dyrektor generalna festiwalu Elżbieta Penderecka zaproponowała tym razem program pod hasłami: “Kameralistyka – rocznice – wschodzące talenty estrad koncertowych”. Melomani usłyszą m.in. czołowy brytyjski kwartet smyczkowy Belcea Quartet, w którym altowiolistą jest Polak Krzysztof Chorzelski. Zaprezentowane zostaną także dzieła Giuseppe Verdiego i Richarda Wagnera z okazji 200. rocznicy ich urodzin. Przypomnieniem jubileuszy staną się wykonania wybranych utworów Witolda Lutosławskiego, Krzysztofa Pendereckiego i Henryka Mikołaja Góreckiego. Festiwalowi towarzyszą inne wydarzenia, jak Wystawa Manuskryptów w Bibliotece Jagiellońskiej, Międzynarodowe Sympozjum Naukowe, a także Mistrzowski Kurs Wokalny prowadzony przez Doris Yarick-Cross z Yale School of Music z USA. Na zdjęciu: orkiestra Sinfonia Varsovia oraz Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej podczas koncertu Te Deum i IV Symfonii S-dur Antona Brucknera, 21 marca 2013 roku.

WSPÓŁCZESNY PARAGRAF 22 Debiutancka powieść Bena Fountaina Billy Lynn’s Long Halftime Walk zdobyła prestiżową National Book Critics Circle Award. Bohaterem książki, nazwanej przez Karla Marlantesa Paragrafem 22 wojny irackiej, jest 19letni żołnierz, który w glorii bohatera wraca do rodzinnego miasta. Jurorzy stwierdzili jednogłośnie, że powieść jest inteligentną, wnikliwą analizą amerykańskiego podejścia do wojny, klasy społecznej i sławy. Za najlepszą pozycję popularnonaukową uznano Far From the TreeAndrew Solomona poświęconą problemom wychowywania dzieci.

NIEMIECKI LAUR DLA ALTHAMERA Polski artysta Paweł Althamer odebrał w Hamburgu niemiecką nagrodę Kairos ufundowaną przez Fundację Alfreda Töpfera. Nagroda wynosi 98 tysięcy dolarów. Jury wyróżniło go za wystawę, którą w ubiegłym roku oglądać było można w Deutsche Guggenheim w Berlinie. Ekspozycja była zwieńczeniem projektu Almech – zbiorowego portretu kuratorów, artystów, strażników, przewodników, sprzątaczek i gości galerii Guggenheima, którzy uwiecznieni zostali w plastikowych rzeźbach wykonanych przez pracowników polskiej firmy Almech należącej do ojca artysty.

SZTUKA WOJENNA W Muzeum Guggenheima w Bilbao otwarto wystawę zatytułowaną Sztuka w czasie wojny. Francja. 1938-1947: od Picassa do Dubuffeta. Zebrano ponad 500 dzieł: obrazów, rzeźb, filmów, a także dokumentów i fotografii powstałych we Francji w okresie okupacji niemieckiej. Ich twórcami byli m.in. Salvador Dalí, Marcel Duchamp, Max Ernst, Alberto Giacometti, Paul Klee, Henri Matisse, Joan Miró, Pablo Picasso, Pierre Bonnard i Jean Dubuffet. Podczas wojny wiele prac artystycznych, oficjalnie zatwierdzonych przez cenzurę, wystawiano w Musée National d’Art Moderne. By-

ły to najczęściej kobiece akty, portrety sportowców i obrazy o treści religijnej. Dzieła surrealistów były “niepożądane”, a ich autorzy musieli się często ukrywać albo opuścić kraj. Niektórych, jak Maxa Ernsta, wysyłano do obozów. W Bilbao pokazano także dzieła powstałe w obozach, a wykonane z papieru, puszek, zapałek, kości, drewna i żelaza. Wystawa potrwa do 8 września.

ŚWIĘTO KSIĄŻEK W Lipsku zakończyły się Międzynarodowe Targi Książki. Wzięło w nich udział ponad 2 tysiące wydawców z 43 krajów. Polskich autorów reprezentowali m.in. Joanna Bator, Marek Krajewski i Daniel Odija. Tegorocznym laureatem Leipzig Book Fair Award został David Wagner, twórca powieści Życie – opisującej przeżycia młodego mężczyzny oczekującego na przeszczep wątroby. Natomiast w Kolonii dobiegł końca festiwal literacki lit.Cologne, na którym podczas ponad 200 imprez miłośnicy literatury mieli okazję do spotkań z pisarzami i dyskusji. Gośćmi festiwalu byli m.in. Herta Müller, Ursula Krechel, Amos Oz z Izraela, Elizabeth George z USA, a także dwaj laureaci pokojowego Nobla: były sekretarz generalny ONZ Kofi Annan i Michaił Gorbaczow, którzy zaprezentowali swoje autobiografie.

FRANCUSKI HONOR DLA BRYTYJCZYKA Urodzony w Londynie, a mieszkający we Francji poeta i profesor literatury Michael Edwards jest pierwszym Brytyjczykiem, który został członkiem Academie Francaise. Celem Akademii, utworzonej w 1635 roku przez kardynała Richelieu, jest ustalanie norm języka francuskiego i propagowanie pięknej francuszczyzny. Jej członkowie sprawują swoje funkcje dożywotnio. W przeszłości zasiadali w niej Voltaire i Victor Hugo, obecnie Akademię reprezentują m.in. pochodzący z Libanu pisarz Amin Maalouf, algierska reżyserka Assia Djebar i były prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing.

CZESKIE LWY Mroczny dramat kryminalny W cieniu w reżyserii Davida Ondříčka uznany został za najlepszy film czeski i zdobył aż dziewięć Lwów, w tym za reżyserię, scenariusz i najlepszą kreację męską. Film opowiada historię samotnego policjanta, który podejrzewa grupę partyjnych urzędników o udział w napadzie. Najlepszym dokumentem okazała się Miłość w grobowcu Davida Vondráčka, której bohaterami są bezdomni kochankowie mieszkający na praskim cmentarzu.

WIELOKULTUROWOŚĆ JAGIELLONÓW Dzięki współpracy Czech, Niemiec i Polski w Domu Historii Branderbursko-Pruskiej w Poczdamie otwarto wystawę Europa Jagiellonica, 1386-1572 poświęconą dorobkowi cywilizacyjnemu dynastii Jagiellonów i jej działalności w sferze kultury, sztuki i nauki. Kuratorka ekspozycji Suzanne Jäger powiedziała: “Wystawa ukazuje dynastię Jagiellonów w kontekście międzynarodowym i zwraca uwagę na ich postępową i otwartą politykę, która respektowała kulturową odrębność każdego kraju, jak również jego prawo”. Wśród ponad 100 wystawionych eksponatów znaleźć można dzieła Wita Stwosza, Albrechta Dürera, Lucasa Cranacha oraz cenne przedmioty ze złota i srebra.

POWIEŚĆ O PAMIĘCI I ZAPOMNIENIU The Garden of Evening Mists to historia Yung Lin, która w czasie II wojny światowej traci w japońskim obozie dla internowanych jedyną siostrę i żyje z poczuciem winy, że nie zdołała jej uratować. Autor powieści, pochodzący z Malezji Tan Twang Eng, otrzymał za nią Man Asian Literary Prize. O nagrodę ubiegać się mogą pisarze z 34 krajów azjatyckich, którzy piszą po angielsku lub których książki zostały przełożone na język angielski.. MAŁGORZATA MARKOFF

STATE THEATRE, NJ statetheatrenj.org 15 Livingston Ave., New Brunswick, NJ 10 IV Cavalleria Rusticana Mascagniego i Pagliacci Leoncavallego – dwie opery z La Scali – pokaz na wielkim ekranie HD; godz. 2:00 ppoł, 7:00 wiecz. 13 IV Swan Lake Czajkowskiego w wykonaniu Russian Ballet Theatre; godz. 8:00 wiecz. 27 IV New Jersey Symphony Orchestra pod dyr. Jacques’a Locombe, solistka – skrzypaczka Sarah Chang; w programie: utwory Brucha, Wagnera, Brucknera; godz. 8:00 wiecz. 28 IV Il Travatore Verdiego – opera z Gran Teatre del Liceu – pokaz na wielkim ekranie HD; godz. 4:00 ppoł.

Museum of Modern Art (MoMA) moma.org 11 W 53 St., NY 5 IV Hand Signals: Digits, Fists, and Talons – kolekcja XX-wiecznych plakatów i grafik ze zbiorów muzeum; do 2 września 2013 14 IV Claes Oldenburg: The Street and The Store – rzeźby jednego z najważniejszych artystów XX wieku; wystawa zorganizowana we współpracy z Museum Moderner Kunst Stiftung Ludwig Wien z Wiednia; do 5 sierpnia 2013

NEW YORK PHILHARMONIC nyphil.org Avery Fisher Hall 10 Lincoln Center Plaza, NY 3-6 IV The Bach Variations: A Philharmonic Festival pod dyr. Andrasa Schif fa; w programie utwory: Bacha, Mendelssohna, Schumanna; 3-4 IV godz. 7:30 wiecz.; 5 IV godz. 11:00 rano; 6 IV godz. 8:00 wiecz 11-13 IV Beethoven, Mozart, Messiaen and Murail pod dyr. Davida Robertsona; fortepian – Pierre-Laurent Aimard; 11 IV godz. 7:30 wiecz.; 12-13 IV godz. 8:00 wiecz. 17-20 IV Recital Joshuy Bella z NYP pod dyr. Alana Gilberta; w programie utwory: Rouse’a, Bernsteina, Ivesa; 17-18 IV godz. 7:30 wiecz.; 19-20 IV godz. 8:00 wiecz. 24-25 IV 24-25, 27 IV Symphony No. 3 Brucknera pod dyr. Alana Gilberta oraz Piano koncerto No. 25 Mozarta z solistą Emanuelem Axem; 24-25 IV godz. 7:30; 27 IV godz. 8:00 wiecz.

PBS THIRTEEN thirteen.org/schedule 11 IV 11 IV Great Performances at the Met – La Clemenza Di Tito Mozarta; godz. 8:30 wiecz.

Nowy Dziennik 2013/03/28 Przegląd Polski  

Od ponad 40 lat Nowy Dziennik utrzymuje pozycję największej i najbardziej prestiżowej polskojęzycznej gazety codziennej w USA. Redagowany i...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you