Issuu on Google+

Przegląd Polski MIESIĘCZNY

O wieloaspektowej pracy tłumacza konferencyjnego mówi dr Witold Skowroński

DODATEK KULTURALNY nowego

Szymanowski i Karłowicz w orbicie wpływów Straussa Agata Adamczyk

dziennika

STYCZEŃ 2013

O tajemnicach szkatułek Newerlego

Jarosław Abramow-Newerly

Salut to Vienna

ZDJECIE: COURTESY NEW YORK BALLET

W noworocznym koncercie The Strauss Symphony of America pod dyrekcją Miki Eichenholza, który odbędzie się w Lincoln Center 1 stycznia 2013 roku, zaprezentowane zostaną najpiękniejsze walce i polki Straussów oraz arie z operetek, m.in. z Zemsty nietoperza Johanna Straussa, syna, czy Wesołej wdówki Lehara.

Szczęśliwego nowego roku 2013 Czytelnikom i Współpracownikom życzy redakcja Przeglądu Polskiego


Z awód – tłumacz 2 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Z dr. Witoldem Skowrońskim, tłumaczem konferencyjnym, rozmawia Beata Pupczyk

Jest pan znanym i bardzo cenionym tłumaczem. Czy od “zawsze” chciał pan tłumaczyć?

Od samego dzieciństwa miałem dwie miłości – muzykę i języki obce. Muzykę studiowałem najpierw, potem języki.

A co zdecydowało, że został pan jednak tłumaczem?

Mój stryj, który znał świetnie język niemiecki, zachęcił mnie do poznawania języków. Brał niemiecką gazetę i czytał mi ją a vista po polsku. Byłem pod wielkim wrażeniem jego sprawności językowych i tłumaczeniowych, tym bardziej iż nie był zawodowym tłumaczem. Zachwycony jego umiejętnościami zacząłem uczyć się języków obcych. Szkołę podstawową ukończyłem ze znajomością języków niemieckiego i rosyjskiego. Angielski zacząłem poznawać w trzeciej kolejności i właśnie on okazał się moją największą miłością.

Tak. To szczególne zdarzenie to pierwsza w życiu konferencja międzynarodowa w roku 1974, podczas której tłumaczyłem symultanicznie. Jej temat to Sytuacja zająca szaraka w Europie. Konferencja ta wymagała długich przygotowań ze względu na specyficzną terminologię z zoologii, anatomii i fizjologii. Moje pierwsze doświadczenie tłumaczeniowe w całej rozciągłości potwierdziło prawdę znaną doświadczonym, profesjonalnym tłumaczom, iż tylko dobrze przygotowany tłumacz jest w stanie wywiązać się ze swego zadania.

No właśnie, kiedy oglądamy spotkania, w których bierze udział tłumacz, widzimy tylko część jego pracy. A jak wygląda przygotowanie, jak wygląda warsztat?

To zależy od rodzaju spotkania. Inaczej przygotowuję się do wielkiej, wielojęzycznej konferencji międzynarodowej, inaczej do kameralnego spotkania polityków, a jeszcze inaczej do tłumaczenia negocjacji handlowych. Dużo zależy też od tematyki spotkania. Kilka lat temu tłumaczyłem symultanicznie podczas międzynarodowej konferencji na temat chirurgii urologicznej. Konferencja trwała 5 godzin, a przygotowanie się do niej zajęło mi 3 dni. Tłumacze wynagradzani są za dzień pracy, a nie w wymiarze godzinowym, może więc powstać błędne wrażenie, że tłumacz wykonuje lekką pracę przez 5 godzin, a otrzymuje honorarium za dzień pracy. Przytoczony przeze mnie przykład pokazuje, jak wielkie wymagania stawiane są tłumaczom. Podobnie jest w przypadku przygotowań tłumaczy do pracy podczas wizyt zagranicznych np. prezydentów czy spotkań ich odpowiedników w Polsce. Przed wizytą tłumacz musi poznać tematykę rozmów, zapoznać się z odpowiednimi materiałami i dokumentami. Tłumacz powinien mieć szerokie zainteresowania i być przygotowany do tłumaczenia bardzo różnych wątków tematycznych, niekoniecznie bezpośrednio związanych z tematyką dyskusji. Na przykład, w czasie rozmów politycznych mogą być czynione uwagi dotyczące wyników rozgrywek w piłce nożnej. Wiedza z zakresu kultury docelowej jest także niezmiernie ważna. Komunikacja posiada również wymiar niewerbalny, dlatego znajomość elementów kinetyki komunikacyjnej jest ważnym składnikiem wykształcenia tłumacza. Przecież w znacznym stopniu porozumiewamy się gestami, które mają ogromne znaczenie w komunikacji, a nieodpo-

ZDJECIE: BEATA PUPCZYK

Czy pamięta pan swoje pierwsze kroki w zawodzie, jakieś szczególne zdarzenie?

Dr Witold Skowroński – znany i ceniony tłumacz konferencyjny. Dyrektor Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Wykładał na Uniwersytecie Stanu Nowy Jork i na American University oraz Catholic University of America. Jest aktywnym członkiem AIIC – Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych w Genewie – i członkiem honorowym oraz byłym prezesem zarządu głównego Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich. Tłumaczy obrady Parlamentu Europejskiego w Brukseli i Strasburgu. Współpracował między innymi z królową brytyjską, Lechem Wałęsą, Aleksandrem Kwaśniewskim, Lechem Kaczyńskim, G.W. Bushem, papieżem Janem Pawłem II, Dalajlamą i wieloma innymi osobistościami. wiednie użycie niektórych gestów rodzi poważne konsekwencje. Często porównuję pracę tłumaczy konferencyjnych do konsumowania tortu składającego się z wielu warstw. Tort konsumujemy pionowo wkładając do ust jednocześnie kilka jego warstw. Tłumacze również działają “pionowo”, ponieważ w każdej sekundzie ich pracy realizują jednocześnie wiele aspektów komunikacji językowej.

towego i tłumacz konferencyjny. Cechą wspólną tych trzech zawodów jest konieczność podejmowania decyzji w ułamkach sekund i świadomość, iż konsekwencje tych decyzji są nieodwracalne. Co jest dla pana największym utrapieniem w pracy?

Myślę, że zła organizacja pracy tłumacza. Nadal bardzo niski jego status, który powoduje, Praca pana jest fascynująca, ale jest jej dru- iż potrzeby tłumacza często traktowane są jaga strona – związana z wielkim stresem. ko najmniej istotne, chociaż to od niego najStres destrukcyjny przeszkadza, natomiast częściej zależy sukces komunikacyjny konfekonstruktywny pomaga człowiekowi w wyko- rencji. Tłumacz pełni rolę eksperta, którego zanywaniu ważnych zadań. Skoncentrowany kie- danie polega na ułatwianiu komunikacji interrowca prowadzący samochód z dużą prędko- lingwalnej. W języku angielskim istnieje ścią zwykle popełokreślenie fania mniej błędów, cilitator, które, Tłumacz powinien mieć szerokie niż rozluźniony moim zdaniem, kierowca jadący z dobrze określa zainteresowania i być przygotowany małą prędkością. rolę tłumacza do tłumaczenia bardzo różnych wątków Podobnie jest w jako osoby ułatematycznych, niekoniecznie bezpośredtłumaczeniu kontwia ją cej ko nio związanych z tematyką dyskusji. ferencyjnym. Tłumunikację. macz pracujący na pełnych obrotach Czy zdarza się działa w warunkach stresu konstruktywnego panu “ratować” polityków, osoby, których wyi wtedy jest w stanie bardzo dobrze wykonać powiedzi pan tłumaczy? Czy zmienia pan ich swoje zadanie. Praca tłumaczy jest niezwykle słowa? energochłonna. Według badań przeprowadzoSzczegółów nie mogę zdradzać, bo obowiąnych przez Światową Organizację Zdrowia zuje mnie tajemnica zawodowa. Trudne do prze(WHO) najbardziej energochłonne zawody to: tłumaczenia lub niefortunne wypowiedzi poliastronauta, pilot wojskowy samolotu odrzu- tyków wynikają z różnych przyczyn. Czasem

STYCZEŃ 2013

są one powodowane brakiem znajomości kultury docelowej, a niekiedy wynikają z niezamierzonych przejęzyczeń. Przypomina mi się sytuacja, w której byłem zmuszony znacznie zmienić treść wypowiedzi zachowując jej sens. Było to w trakcie wizyty Lecha Wałęsy w Japonii. Podczas swego wystąpienia porównał on polskich komunistów do rzodkiewek mówiąc, że polscy komuniści byli na zewnątrz czerwoni, zaś w środku biali, ale nie wiedział, że w Japonii czerwone rzodkiewki są nieznane, a dostępna tam rzodkiew w kształcie marchwi jest biała w środku i na zewnątrz. Miałem dosłownie ułamek sekundy, żeby znaleźć inny czytelny dla Japończyków odpowiednik. Polskich komunistów porównałem do krewetek, a publiczność nagrodziła tę metaforę rzęsistymi brawami. W tym przypadku pomogła mi wiedza o japońskich warzywach, przypadkowo zdobyta podczas mojej poprzedniej wizyty w tym kraju. Dopiero podczas kolacji powiedziałem prezydentowi, że jego słynne rzodkiewki przetłumaczyłem na krewetki. Zupełnie inaczej należy, moim zdaniem, interpretować niefortunną wypowiedź prezydenta Obamy o “polskich obozach śmierci”. Sytuacja ta pokazuje, jak bardzo trzeba uważać na każde słowo, aby nie przekazać nieprawidłowego komunikatu. Ale najważniejsze jest to, że tłumacze nie tłumaczą słów, tylko komunikaty lub przesłania. Tłumacz wcale nie musi użyć tych samych wyrazów, których użył mówca w języku źródłowym, by komunikat został dobrze przetłumaczony. Czasem wręcz nie może użyć identycznych słów, bo brakuje ich odpowiedników w języku docelowym. Są natomiast dostępne inne środki językowe, które oddają dokładnie to samo znaczenie. A ile czasu może pan pozostawać w stanie maksymalnej koncentracji?

Zależy to od rodzaju konferencji i od warunków, w których pracuję. W kabinie tłumaczy pracuje zwykle od dwóch do nawet pięciu osób. Kiedy tłumaczymy symultanicznie, zmieniamy się przynajmniej raz na pół godziny, ale bywają sytuacje, w których zmiana tłumacza następuje po kilku lub kilkunastu minutach. Jeśli w danym momencie nie tłumaczę, to nie oznacza, że mogę całkowicie “wyłączyć się” i odpoczywać. Chwilowo nieaktywny tłumacz i tak musi stale śledzić przebieg konferencji, ponieważ w każdej chwili może powstać konieczność jego włączenia się do pracy. Praca tłumacza wymaga odpowiedniego zarządzania energią i stresem. Osobom o niskim progu pobudliwości nie polecam tego zawodu. A propos, jaką wskazówkę miałby pan dla tych, którzy rozważają pracę w zawodzie tłumacza?

Mówi się, że tyle razy się żyje, iloma językami się włada, dlatego warto znać wiele języków obcych. Przyszłym tłumaczom radziłbym, by studiowali w szkołach, które profesjonalnie przygotowują do tego zawodu. Warto zwrócić uwagę, że ostatnio w wielu krajach, także w Polsce, bardzo popularne stało się nauczanie tłumaczenia konferencyjnego. Niestety, często pedagogami przyszłych tłumaczy są nauczyciele języków obcych, dlatego warto rzetelnie sprawdzić kwalifikacje przyszłych nauczycieli, zanim zdecydujemy się na takie studia. Nauczaniem tłumaczy powinni zajmować się aktywni zawodowo, profesjonalni tłumacze z doświadczeniem dydaktycznym. Trudno uznać za tłumaczy profesjonalnych osoby, które sporadycznie wykonują tłumaczenia, a jeszcze trudniej wyobrazić sobie je w roli nauczycieli tłumaczenia. Warto tu powiedzieć, iż praktyka dowodzi, że tylko osoby dojrzałe językowo i intelektualnie mają największe szanse na przebrnięcie przez studia tłumaczeniowe. p


O szkatułkach N ewerlego DODATEK KULTURALNY nowego

STYCZEŃ 2013

dziennika

Przegląd Polski

3

JAROSŁAW ABRAMOW-NEWERLY

Na okładce pięknie wydanej książki o moim Ojcu pt. Szkatułki Newerlego prof. Jana Zielińskiego widnieje zdanie Jerzego Skoczylasa: “Był jednocześnie znakomitym pisarzem i heroicznym człowiekiem”. Jan Zieliński w swojej książce stara się to udowodnić.

Już w pierwszym rozdziale Koniec – na początku przytacza wypowiedzi mojego Ojca o istocie pisarstwa, które opiera się na solidnym warsztacie i na równi traktuje fikcję z prawdą życia. Na każde zmyślenie musi być pokrycie. Nie ma pustych słów. W powieści autobiograficznej odnajdujemy poznanie prawdziwe, zgodne z rzeczywistością. Najpierw trzeba coś mocno przeżyć, żeby później móc to opisać. I tę zasadę Jan Zieliński skrupulatnie śledzi na kartach swej książki. Zaczyna od opisu Białowieży – miejsca urodzenia Ojca. Dokładnie urodził się 24 marca 1903 roku w pałacyku myśliwskim położonym w połowie drogi między Białowieżą a Hajnówką. Tata pięknie go opisał. “Był to jednopiętrowy budynek z facjatą z bali modrzewiowych w naturalnym, zakonserwowanym pod pokostem kolorze drewna, o siwej, omszonej czapie goncianego dachu, z tarasami i balkonami, wyglądającymi spod kaskad dzikiego wina. Parter był zamknięty, pusty i dla nas, dzieci tajemniczy: pokoje gościnne cara i jego rodziny, z rzadka zamieszkałe w czasie kilkudniowych, dorocznych polowań. Pierwsze piętro należało do głównego łowczego Białowieży, Józefa Newerly, mego dziada”. PO PRZYTOCZENIU TEGO OPISU JAN ZIELIŃSKI ZASTANAWIA SIĘ, JAKIE KSIĄŻKI W TYM CZASIE MOGŁA CZYTAĆ CÓRKA WIELKIEGO ŁOWCZEGO – TERESA NEWERLY. I dochodzi do

wniosku, że mogła to być książka Zygmunta Glogera “Białowieża w albumie” właśnie w tym 1903 roku świeżo wydana. Z tej książki przytacza pyszne sceny królewskich i carskich polowań na grubego zwierza, głównie na żubry. Równocześnie z albumem Glogera ukazała się książka rosyjskiego historyka Gieorgija Karcowa o Puszczy Białowieskiej. Jest to wspaniała monografia albumowa puszczy z pięknymi zdjęciami. Na jednym ze zdjęć z carskich polowań Zieliński odnalazł postać brodatego mężczyzny w uniformie z białymi guzami i w czapce z daszkiem. Podpis głosił, że to zarządca lasów Puszczy Białowieskiej, Newerly. Karcow w przedmowie do książki dziękuje Józefowi Newerlemu za zapoznanie się z obecnym stanem gospodarki myśliwskiej Białowieży. Zieliński znalazł w listach cara Mikołaja z 1915 roku i cesarzowej wzmianki o Józefie Newerlym. Tego nie wiedział mój Ojciec. I komentuje ten fakt pisząc, że nie każdy może powiedzieć, że jego dziadek znajduje się w korespondencji pary cesarskiej. Postać wszechwładnego dziadka, rodowitego Czecha z pochodzenia, musiała bardzo zaważyć na wczesnym dzieciństwie Ojca, co przyznaje w swoich utworach. W domu mówiło się po rosyjsku. Ojcem mojego Taty był Mikołaj Abramow, oficer oddziału stacjonującego w Białowieży przydzielonego do ochrony polowań carskich. Mikołaj Abramow wcześnie osierocił syna. Zmarł w 1910 roku na ropne zapalenie płuc. Matka – uznając, że syn powinien mieć ojca – powtórnie wyszła za mąż za kolegę z pułku swego męża Siergieja Wieniaminowicza. Ojciec w autobiograficznej powie-

Jan Zieliński, Szkatułki Newerlego, W.A.B., seria Fortuna i Fatum, 2012, s. 416

ści Zostało z uczty bogów nie podał jego nazwiska. Ustalił je dopiero historyk 8. Estlandzkiego Pułku Piechoty stacjonującego w Jabłonnie Jacek Szczepański. Przeglądając listę oficerów pułku znalazł tylko jednego Siergieja Wieniaminowicza, który nazywał się Siemieczkin. Jan Zieliński natomiast prześledził dalsze losy Siergieja Siemieczkina i natrafił na dokumenty stwierdzające jego śmierć w czystkach stalinowskich w 1938 roku. O tym nie wiedział mój Ojciec pisząc swą książkę.

polski, że mógł pracować jako stenograf. Otworzył wtedy jednoosobowe biuro stenograficzne Esperto. Stenografował różne posiedzenia, zjazdy i wykłady. Między innymi odczyt Józefa Piłsudskiego w sali Colloseum. Jan Zieliński zamieszcza w książce zdjęcie z tego odczytu i ustala datę na 21 marca 1926 roku. Całkowicie nowym obliczem mojego Ojca będzie odkrycie przez Zielińskiego współpracy z rosyjskim pismem mieńszewików Za swobodu wychodzącym w Warszawie. Ojciec pisał tam wtedy pod różnymi pseudonimami. Porównując na przykład artykuł Kotowszczina z 1927 roku z późniejszymi relacjami Ojca o Kotowskim Zieliński nie ma wątpliwości, że jest to ten sam autor. Odszukał kilkanaście artykułów i szkiców Ojca w tym piśmie i ustalił, że był on wtedy, w latach 20. pisarzem rosyjskim. To dla mnie całkowita nowość. Wiedziałem tylko, że Ojciec napisał jakiś artykuł przeciwko Stalinowi, ale szczegółów nie znałem. Tymczasem okazało się, że było to w piśmie Za swobodu. Zawód stenografa doprowadził Ojca, jak wiadomo, do doktora Janusza Korczaka. Korczak miał zwyczaj dyktować swoje utwory i potrzebował kogoś, kto to zapisze. Ojciec zdał ten egzamin u Korczaka (w nagrodę dostał dwa cukierki, które przechowywał na pamiątkę) i został jego sekretarzem. Specjalnie napisałem o tych cukierkach czekając, że Zieliński ustali ich markę. Tym razem tego nie zrobił, ale w wielu innych przypadkach doszukał się takich szczegółów, które – jak się później okazało – miały wpływ na rzeczy ważne w życiu i twórczości mego Ojca.

go stalinizmu, w epoce obowiązującego socrealizmu. I w tym właśnie czasie Ojcu udało się odkryć i protegować prawdziwe talenty. Cierpliwie uczył przyszłych adeptów pióra trudnego warsztatu pisarza. Dość, że wymienię tu Marka Hłaskę, który w bluzie szofera zgłosił się do niego z pierwszym swoim opowiadaniem. Ojciec kazał mu je poprawić i tak narodził się utwór Baza Sokołowska, który w druku w gazecie zwrócił uwagę na młodego pisarza. Jan Zieliński cytuje ciekawe listy Hłaski z rozmów z Newerlym, w których Hłasko wspomina między innymi, jak “obywatel Newerly” oburzył się na niego za ekscesy pijackie. Wspomina też o pożyczonej mu przez Ojca maszynie do pisania. W 1954 roku Ojciec opublikował “Almanach Młodych”, w którym debiutowali tacy późniejsi znani pisarze, jak Włodzimierz Odojewski, Piotr Guzy czy Jan Himilsbach. Przy czym Jan Himilsbach debiutował jako poeta i dopiero za radą Ojca został prozaikiem. Rzecz ciekawa, co podkreśla Zieliński, Ojciec – hołubiony przez władze jako autor najlepszej powieści okresu socrealizmu Pamiątki z Celulozy – wykorzystywał swoją wysoką pozycję literacką w celu niesienia pomocy ludziom przez ustrój prześladowanym. Tak więc w 1964 roku występował jako świadek obrony w procesie Melchiora Wańkowicza, aresztowanego w związku z przekazaniem do Radia Wolna Europa “Listu 34”.

OJCIEC STARAŁ SIĘ GO WYBRONIĆ, ALE MIMO TO WAŃKOWICZA SKAZANO NA TRZY LATA WIĘZIENIA. Szybko jednak uwolniono na

polecenie samego Gomułki. Skandaliczny ten proces przyniósł Wańkowiczowi tylko większą sławę. Z wdzięczności zaprosił on w 1972 roku mojego Ojca na swoje urodziny, na tak zwaną stypę jubileuszową, gdzie będzie strusie jajo i najlepsze nalewki. Oryginalne to zaproszezawodowym literatem. Debiutował późno, nie odszukał w papierach Ojca Zieliński. Dadopiero w 1948 roku Chłopcem z Salskich Ste- lej przypomina on, że Ojciec ujął się w sprawie NASTĘPNIE ZIELIŃSKI OPISUJE WSZYSTKIE pów, ale od razu był to debiut niezwykle doj- aresztowanych członków organizacji “Ruch” w MIEJSCA, W KTÓRYCH WZRASTAŁ MÓJ OJCIEC. rzały, poparty olbrzymim doświadczeniem ży- 1970 roku. Był tam w tym procesie skazany mięA więc Jabłonnę, gdzie doszło do nieszczęśli- ciowym, który zwrócił na niego uwagę. I tak dzy innymi Stefan Niesiołowski. W 1971 roku wego wypadku, w wyniku którego amputowa- było z innymi utworami. Długo się do każde- Ojciec zatrudnia na etacie swojego sekretarza no Ojcu prawą nogę powyżej kolana, dalej Pen- go utworu przygotowywał, skrupulatnie zbie- Jacka Kuronia, który po wyjściu z więzienia nie zę, Symbirsk, Odessę i Kijów. W miastach tych rając materiały. Pomógł mu w tym młodzień- mógł nigdzie znaleźć pracy. Wreszcie w 1984 Ojciec uczy się i studiuje (Zieliński odnalazł go czy zawód bibliotekarza, a także – jak pisze roku pisze list do generała Jaruzelskiego w sprana liście uczniów i studentów), a także działa Zieliński – odziedziczona genetycznie po dziad- wie uwolnienia Marka Nowakowskiego, areszspołecznie. Jest bibliotekarzem i stenografem. ku Józefie Newerlym skłonność do pedantycz- towanego za nielegalne opublikowanie “RaporJako stenograf oddelegowany zostaje do słyn- nej inwentaryzacji. W przypadku dziadka by- tu o stanie wojennym”. Zieliński pisze też o tak nej brygady kawalerii Kotowskiego. Przepro- ła to inwentaryzacja leśnej zwierzyny. Ojciec zwanym “Memoriale Newerlego” – dokumenwadza rozmowę z dowódcą. Te notatki steno- podobnie łowił tematy i typy ludzkie, a był, jak cie opracowanym w 1964 roku przez warszawgrafa drukuje potem w miejscowej prasie. Roz- wiadomo, zamiłowanym myśliwym. Zieliński skie środowisko literackie, domagającym się czarowany rewolucją i jej krwawym terrorem zastanawia się, jak Ojciec mógł być tak czyn- większej wolności słowa i złagodzenia cenzuwystępuje z Komsomołu i działa w mieńsze- ny, wykonywać tyle ciężkich zawodów, choć- ry. Po zignorowaniu przez władze tego memowickim kółku socjalistycznym w Odessie. Tu by wspomnianego szklarza, który dźwigał na riału (który Zieliński oddzielnie opublikował w redaguje z kolegami ulotkę, która zostaje prze- plecach ogromny stelaż ze szkłem, przejść przez 2003 roku) Ojciec mój wycofał się z działalnochwycona. Ojca z kolegami aresztują i odsta- cztery niemieckie obozy koncentracyjne, w tym ści związkowej. Zgodził się tylko na prośbę niewiają do więzienia w Kijowie. Grozi mu zesła- słynny marsz śmierci podczas pieszej ewaku- zależnych pisarzy kandydować na prezesa nie na Wyspy Sołowieckie. Udaje mu się prze- acji Oświęcimia, będąc inwalidą. To inwalidz- Związku Literatów Polskich w 1972 roku przekonać czekistę, który go eskortował, żeby po- two Ojciec skrzętnie ukrywał. Nosił mnie na ciw urzędującemu dotychczas prezesowi Jarozwolił mu pożegnać się z matką. Matka miesz- barana, gdy byłem mały. Nie używał laski. Ma- sławowi Iwaszkiewiczowi. Te i inne nieznane kała wtedy w Kijowie. Czekista ten przekona- ło kto wiedział, że nie ma nogi, tak dobrze cho- fakty z biografii mego Ojca przytacza w swej ny był, że Ojciec jako inwalida mu nie uciek- dził na swej protezie. Ale te protezy były je- książce Zieliński. Analizuje dokładnie wszystnie. Tymczasem Ojciec uciekł. Dotarł pociągiem go prywatnym utrapieniem. Często się psuły. kie utwory Ojca (niedrukowane scenariusze fildo stacji Szepietówka, a stamtąd doszedł do przy- Były ciężkie. Na szczęście Ojciec umiał je sam mowe również) i dochodzi w nich do wniosku, granicznej wioski i w październiku 1924 roku naprawiać. I tym właśnie protezom Jan Zie- że wszystkie mają jakby szkatułkowatą budosforsował graniczną rzekę Horyń i znalazł się liński poświęca cały rozdział. Pierwsza była wę. Jak je zgłębić, to w każdym z nich – jak w po polskiej stronie. Tu sam zgłosił się na poste- skórzana wykonana w Fabryce Przyrządów Or- szkatułce – ukryta jest tajemnica i niespodzianrunek policji w Ostrogu, gdzie zaraz go aresz- topedycznych Józefa Kuglera, którego sklep ka, którą należy rozszyfrować. Zieliński je roztowano. Z braku odpowiednich dokumentów i mieścił się na ulicy Nowy Świat 22 w War- szyfrowuje. W jednym miejscu cytuje zdanie nieznajomości języka uznano go za szpiega so- szawie. Druga – w Kijowie w zakładzie Alt- Natalii Wiślickiej: “Zdumiewające jest wyczuwieckiego i chciano z powrotem odstawić do szulera. Kolejne protezy były robione już w cie, widzenie i rozumienie Korczaka przez NeZwiązku Radzieckiego. Ojciec wysłał depeszę Polsce, w NRD, we Włoszech, wreszcie w werlego – człowieka o tyle lat od Doktora młoddo wuja Jana Newerlego, który w tym czasie Niemczech i wszystkie wymagały wielkiego szego”. To samo zdanie mogę powiedzieć o Ziepracował w Zarządzie Lasów Państwowych w hartu ducha i siły fizycznej, by móc je nosić. lińskim. Zdumiewające jest jego wyczucie, wiToruniu, ten przyjechał do Ostroga i go wyreWiele miejsca poświęca Jan Zieliński dzia- dzenie i rozumienie życia i twórczości mojego klamował. W Polsce w wieku lat dwudziestu łalności wychowawczej mojego Ojca jako opie- Ojca. Dzięki temu powstała ważna i mądra książOjciec musiał rozpocząć nowe życie. Był tak kuna Kół Młodych Związku Literatów Polskich. ka, którą polecam młodym czytelnikom lubiązdolny, że już po roku opanował na tyle język A działo się to wszystko w okresie największe- cym dobrą literaturę. p DŁUŻEJ ZATRZYMAŁ SIĘ PRZY LICZNYCH JEGO ZAWODACH. BYŁ STENOGRAFEM, WYCHOWAWCĄ, REDAKTOREM, SZKLARZEM, STOLARZEM, WRESZCIE DYREKTOREM INSTYTUTU PRODUKCJI. I wszystko to robił, zanim został


4 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

STYCZEŃ 2013

P la giat czy in spi ra cja?

DZIEŁA SZYMANOWSKIEGO I KARŁOWICZA W ORBICIE WPŁYWÓW MUZYKI RICHARDA STRAUSSA

AGATA ADAMCZYK

Gdy słuchałam po raz pierwszy Uwertury koncertowej E-dur op. 12 Karola Szymanowskiego, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że utwór ten brzmi znajomo. Po chwili okazało się, że jest on łudząco podobny do dzieła niemieckiego kompozytora Richarda Straussa – poematu symfonicznego Don Juan op. 20. Zbieg okoliczności? Plagiat? Utwór Straussa powstawał w latach 1888-1889, a pierwsze szkice Uwertury na przełomie 1904 i 1905 roku. Od razu nasunęły się pytania, czy Polak znał dzieła niemieckiego mistrza i w jakim stopniu podobieństwo było wynikiem inspiracji, a w jakim dziełem przypadku? Po sięgnięciu do literatury muzykologicznej natknęłam się również na wzmiankę o kolejnym utworze porównywalnym do Don Juana, tj. poemacie symfonicznym Mieczysława Karłowicza Stanisław i Anna Oświecimowie op. 12 z 1907 roku. Czyli istnieją nie dwa, a trzy podobne do siebie dzieła: Straussa, Szymanowskiego i Karłowicza. Jak do tego doszło? STRAUSS, ZA RICHARDEM WAGNEREM, STAŁ SIĘ ZWOLENNIKIEM KONCEPCJI, WEDŁUG KTÓREJ MUZYKA MIAŁABY BYĆ ŚRODKIEM WYRAŻAJĄCYM OKREŚLONE TREŚCI POZAMUZYCZNE:

uczuciowe, obrazowe lub ideowe, czyli programowe, nie będąc jedynie zbiorem uporządkowanych dźwięków. Zatem inspiracją do powstania Don Juana był poemat austriackiego pisarza Nicolausa Lenaua, nawiązujący do postaci słynnego hiszpańskiego szlachcica. Z kolei podłożem literackim dla treści muzycznej Uwertury stał się wstęp z poematu Witeź Włast młodopolskiego poety Tadeusza Micińskiego. Wiersz ten, opowiadający o bohaterskim rycerzu, korespondował z panującymi podczas zaborów nastrojami rewolucyjno-wolnościowymi, ale chyba nie do końca z samym utworem. Prawdopodobnie Szymanowski nie przywiązywał do niego zbyt dużej wagi, gdyż został on usunięty z – napisanej kilka lat później i znanej nam dziś – nowej wersji dzieła. Program Oświecimów związany jest z pewną krążącą w tamtych czasach legendą, według której nieszczęśliwie zakochany w siostrze Stanisław udał się do Rzymu w celu uzyskania dyspensy na zawarcie z nią związku małżeńskiego. Do małżeństwa jednak nie doszło z powodu przedwczesnej śmierci Anny. Historia ta z czasem stała się tematem licznych opracowań literackich, plastycznych oraz muzycznych. Stanisław Bergman – malarz żyjący na przełomie XIX i XX wieku – stworzył obraz przedstawiający scenę pogrzebu Anny Oświecimówny oraz rozpaczającego nad jej ciałem Stanisława. W 1893 roku na wystawie w krakowskich Sukiennicach po raz pierwszy obraz ten ujrzał Mieczysław Karłowicz. Jego treść i wymowa oraz uczucia, jakie wywołał w kompozytorze, mogły sprowokować go do napisania poematu symfonicznego. Istnieje też prawdopodobieństwo, że obraz Bergmana przywołał w nim wspomnienie własnej nieszczęśliwej miłości do jednej z kuzynek, a sam pomysł na utwór dojrzewał przez kilka lat. Skoro jednak programy omawianych dzieł są tak krańcowo różne, co zatem sprawia, że nie można oprzeć się wrażeniu brzmieniowych powiązań między nimi?

ZDJĘCIA: ARCHIWUM

Zastanawiający jest śmiały, energiczny pasaż w skrzypcach prowadzący do głośnego i triumfalnego w charakterze tematu granego przez tutti orkiestry symfonicznej.

Mieczysław Karłowicz nawiązując do elementów stylu symfonicznego Straussa stworzył swój niepowtarzalny, oryginalny język muzyczny

W TEJ MATERII JUŻ NA SAMYM POCZĄTKU NIE SPOSÓB NIE ZAUWAŻYĆ KILKU PODOBIEŃSTW. Nawet niewprawiony słuchacz do-

strzeże pokrewną linię melodyczną, rytmikę i orkiestrację. W utworach tych w podobny sposób zostały skonstruowane motywy poszczególnych tematów muzycznych. Wszystkie postaci męskie wynikające z treści programowej – czyli Don Juan u Straussa, Stanisław u Karłowicza i niepersonifikowany Temat I u Szymanowskiego – udźwiękowione zostały za pomocą energicznych myśli muzycznych opartych na rozłożonych akordach. Z kolei we wszystkich trzech przypadkach postaci kobiece – Zerlina i Donna Anna u Straussa, Anna u Karłowicza i Temat II u Szymanowskiego – scharakteryzowano lirycznymi melodiami o zdecydowanie łagodniejszej

Obaj polscy kompozytorzy, podążając za nowymi trendami i duchem epoki, odcinając się od warszawskiego konserwatyzmu, dawali upust fascynacjom zachodnimi wzorcami pisząc utwory nawiązujące do stylu kompozytora niemieckiego. linii. Bardzo duże analogie można znaleźć także w stosowaniu motywów rytmicznych. Dobór tonacji, w kontekście symbolicznym, również wydaje się nie być przypadkowy. Utwory Straussa i Szymanowskiego napisane zostały w tonacji E-dur, utożsamianej z niczym nieskrępowaną wesołością i zadowoleniem. Z kolei Karłowicz wykorzystał pokrewną tonację H-dur, mającą wywołać u słuchacza gwałtowne namiętności. Twórcom tonacje te wydawały się odpowiednie do charakterystyki energicznych, zdecydowanych tematów, przyporządkowanych męskim bohaterom fabuły stanowiącej podstawę programową. Podobny jest też sposób, w jaki myśli główne i poboczne zostały powierzone poszczególnym partiom instrumentów. Prym wiodą smyczki tworzące podstawową warstwę brzmieniową. Nierzadko też myśli liryczne wykonywane są przez instrumenty dęte drewnia-

Karol Szymanowski czerpał z niemieckiego nurtu muzyki programowej w sposób bardziej intuicyjny niż świadomy

ne, blaszane zaś przejmują wiodącą rolę w punktach kulminacyjnych utworów, spychając równocześnie na plan dalszy partie instrumentów smyczkowych. Po takiej analizie słuchowej zainteresowały mnie okoliczności, w jakich powstały dzieła polskich kompozytorów. I tu okazało się, że fakty, które zaczęłam poznawać, tj. wydarzenia z życia, osobowość artystów, środowisko w jakim się wychowali, w dużym stopniu wpłynęły na zmianę postrzegania omawianych dzieł. Przytoczę zatem kilka z nich. JESIENIĄ 1901 ROKU 19-LETNI SZYMANOWSKI WYRUSZYŁ DO WARSZAWY, BY TAM ROZPOCZĄĆ NAUKĘ KOMPOZYCJI U ZYGMUNTA NOSKOWSKIEGO. Szybko jednak okazało się, że

różnią ich poglądy i gusty muzyczne. Szymanowskiego zaczęły fascynować dzieła Wagnera, coraz dokładniej poznawał twórczość Straussa, coraz atrakcyjniejsze stawały się nowe prądy w sztuce Europy Zachodniej. Noskowski był zdecydowanym konserwatystą. Wkrótce drogi artystyczne obu muzyków rozeszły się. Młody kompozytor, zafascynowany twórczością Straussa, rozpoczął wnikliwą analizę jego dzieł. Z uwagi na wykształcenie pianistyczne i fakt, że studia u Noskowskiego przerwał jeszcze przed rozpoczęciem kursu orkiestracji, taka analiza stanowiła w pewnym sensie formę samodoskonalenia się. Jeden z przyjaciół Szymanowskiego wspominał: “Najulubieńszym spędzeniem czasu było dla nas granie na cztery ręce poematów Ryszarda Straussa […] fortepian wtedy huczał i grzmiał, co sprawiało nam niewysłowioną rozkosz […]”. I właśnie Uwertura koncertowa była wynikiem takich “analitycznych rozrywek”. Triumfy w Europie święcił wówczas Don Juan, stąd podobieństwa w dziełach obu kompozytorów. Karłowicz zaś z poematami Straussa zetknął się po raz pierwszy w Berlinie. W 1894 roku 18-letni Mieczysław rozpoczął tam studia kompozycji u Heinricha Urbana. W dziełach Straussa zafascynowała go nowoczesna orkiestracja oraz technika kompozytorska. Szczęśliwie Urban wyznawał idee postępowe w muzyce, w związku z tym jego nauki dalekie były od akademickiego konserwatyzmu panującego w Warszawie. Podczas studiów Karłowicz dość często odbywał z filharmonikami berlińskimi płatne konferencje dotyczące możliwości technicznych i kolorystycznych danego in-

strumentu. I, podobnie jak Szymanowski, studiował partytury modnego wówczas Straussa. Miał on jednak zdecydowanie lepsze przygotowanie teoretyczne i praktyczne, gdyż od dziecka grywał jako skrzypek w zespołach kameralnych. W związku z tym aparat orkiestrowy nie stanowił dla niego żadnej nowej materii, tym bardziej że Oświecimowie nie byli jego pierwszym utworem napisanym na tak duży skład. Przypomnę, że kompozycja ta powstała dopiero w 1907 roku, czyli trzynaście lat po rozpoczęciu berlińskich studiów. I TUTAJ OKAZUJE SIĘ, ŻE PRZYTOCZONE NA POCZĄTKU ANALOGIE DZIEŁ POLAKÓW DO POEMATU NIEMIECKIEGO KOMPOZYTORA ZACZYNAJĄ NIECO BLEDNĄĆ. Nagle zauważam ory-

ginalne inwencje w rozwijaniu poszczególnych myśli muzycznych i w kształtowaniu materii dźwiękowej. Z pozoru najbardziej efektowny wydaje się utwór Straussa. Jednak dzieło Karłowicza posiada najgłębszy i najbardziej przejmujący wyraz. W kompozycji Szymanowskiego zaś widoczne są już znamiona własnego stylu, które doprowadzą go do wspaniałej III Symfonii, Harnasiów, Mitów… Obaj polscy kompozytorzy, podążając za nowymi trendami i duchem epoki, odcinając się od warszawskiego konserwatyzmu, dawali upust fascynacjom zachodnimi wzorcami pisząc utwory nawiązujące do stylu kompozytora niemieckiego. Dla nich prawdziwym przejawem patriotyzmu, wbrew panującym wówczas na ziemiach polskich opiniom, była godna reprezentacja kraju na arenie międzynarodowej poprzez naukę, talent i postęp artystyczny. Ich sztuka polegała na przekształcaniu norm, konwencji już istniejących i tworzeniu nowych. Karłowicz, nawiązując do stylu symfonicznego Straussa, przeistoczył jego elementy w swój niepowtarzalny, oryginalny język muzyczny. Szymanowski, jako młodszy i zdecydowanie mniej wytrawny wówczas twórca, czerpał z niemieckiego nurtu muzyki programowej w sposób bardziej intuicyjny niż świadomy. Biorąc pod uwagę warunki rozwoju polskiej kultury oraz rzeczywistość zaborów, w której zmuszeni byli funkcjonować zarówno Szymanowski, jak i Karłowicz, większego znaczenia w rozumieniu historycznym, ideologicznym i społecznym wydają się nabierać ich dzieła wytyczające drogę rozwoju innym polskim twórcom. p


A merykanin STYCZEŃ 2013

DODATEK KULTURALNY nowego

Przegląd Polski

dziennika

5

w hi tle rowskim B er li nie

Część ludzi nie zrozumiała od razu, co się stało. Byli tacy, którzy wierzyli, że Hitler pomoże zmobilizować kraj i wprowadzi porządek oraz wyciągnie go z chaosu. Wierzyli, że przywrócenie Niemcom dumy narodowej nie musi być takie straszne. Nie uważano też za bardzo złe przyznanie mu władzy dyktatorskiej po doświadczeniu chaosu republiki weimarskiej. Znalazły się też osoby, które były wręcz zafascynowane nowym przywódcą, tak jak córka pierwszego ambasadora USA przy reżimie nazistowskim Williama Dodda, Martha, która opisywała Hitlera jako człowieka czarującego. Doprowadziła zresztą do licznych skandali, ponieważ miała romanse z nazistami, skończyła zaś jako sowiecki szpieg.

Z Andrew Nagorskim, dziennikarzem, historykiem, publicystą, autorem książki Hitlerland. American Eyewitnesses to the Nazi Rise to Power (Hitlerland. Jak naziści zdobywali władzę), rozmawia Tomasz Deptuła

“Hitlerland” zebrał świetne recenzje. Skąd pomysł na książkę o Amerykanach mieszkających w Niemczech w latach 20. i 30. XX wieku?

Kim byli Amerykanie, którzy mieszkali wówczas w Berlinie?

To byli bardzo różni ludzie: dyplomaci, wojskowi, dziennikarze, pisarze, studenci, profesorowie i sportowcy. W latach 20. Amerykanie byli w Berlinie niezwykle popularni. Za republiki weimarskiej Berlin był kulturalnym centrum Europy w dużo większym stopniu niż Paryż. To było miasto Bertolta Brechta, George’a Grosza i Marleny Dietrich. Na imprezach pojawiał się Albert Einstein. Było to miasto artystów i kontrastów: politycznych – ludzie zarówno z prawej, jak i z lewej strony zwalczali się wzajemnie, czy seksualnych – Berlin miał opinię najbardziej wyzwolonego miasta w Europie. Nawet czarna piosenkarka Josephine Baker występująca w Paryżu, która przyjechała do Berlina w 1925 roku, uznała, że życie nocne w stolicy Niemiec jest jeszcze bardziej szalone niż we Francji.

Co zaskoczyło pana najbardziej podczas zbierania materiałów?

Gdyby w 1923 roku Amerykanka Helen Hanfstaengl, żona nazistowskiego propagandysty, nie odwiodła Hitlera od planów popełnienia samobójstwa po nieudanym puczu monachijskim, historia świata potoczyłaby się inaczej. Polacy z reguły znają historię tej części świata lepiej od Amerykanów. Co polski czytelnik może się dowiedzieć nowego z tej książki?

FOTO: ARCHIWUM A. NAGORSKIEGO

W poprzedniej książce – Największa bitwa. Moskwa 1941-1942 – opisałem, jak społeczność cudzoziemców w ZSRR reagowała na różne wydarzenia. I zacząłem się zastanawiać, co myśleli Amerykanie pracujący w Berlinie, gdy do władzy dochodził Hitler. Było to tym bardziej frapujące, że sam lata 80. i 90. spędziłem w stolicy Niemiec jako korespondent Newsweeka. Nie chciałem pisać kolejnej historii Hitlera, ale wejść w buty ludzi, którzy na własne oczy obserwowali jego drogę na szczyt. W poprzedniej książce pisałem o cudzoziemcach w ZSRR, głównie dyplomatach i dziennikarzach, o tym, jak zachowywali się w obliczu wojny. Pisałem o tym, co się z nimi stało, jaką naukę wyciągnęli z wydarzeń, a czego się nie byli w stanie nauczyć. Były to jedne z najciekawszych badań przy pracach nad Największą bitwą. Zacząłem się zastanawiać, czy nie można by było zrobić czegoś porównywalnego gdzieś indziej. Napisano wiele książek o Amerykanach w Paryżu i Londynie, ale nigdy nie powstała książka opowiadająca o tym, co robili w Niemczech w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Powstały co prawda pojedyncze pamiętniki zahaczające o temat, ale pomyślałem, że byłoby interesujące, aby pokazać, kim byli Amerykanie w Niemczech, co widzieli i rozumieli z dziejących się wydarzeń. I czego nie byli w stanie zrozumieć. Zacząłem się zastanawiać, co zrobiliby w latach 20. czy 30. moi poprzednicy pracujący w Berlinie, tak jak to miało miejsce w moim przypadku w latach 80. i 90. Okazało się, że materiału jest bardzo dużo, w wielu przypadkach dotyczył on osób, które stały się później bardzo sławne. Ich historia często została zapomniana – znajdowałem dokumenty w archiwach, zbiorach rodzinnych, zarówno opublikowane, jak i nieopublikowane.

W książce można znaleźć kilka spojrzeń na Polskę widzianą oczami Amerykanów. Można na przykład porównać, co polski attachat wojskowy wiedział na temat potęgi militarnej Niemiec, a co wiedział amerykański. Gdy zbliżała się wojna, niektórzy dziennikarze pojechali do Polski, aby zobaczyć, co Polacy myślą o niemieckim zagrożeniu. Wielu z nich podziwiało Polaków, ale jednocześnie zarówno dyplomaci, jak i dziennikarze sądzili, że Polacy są zbyt optymistyczni, jeśli chodzi o ocenę szans stawienia czoła Hitlerowi przez dłuższy czas. Z drugiej strony – to był fascynujący okres w historii i jego wpływ na Polskę był tak duży, że każde bliższe spojrzenie na ludzi, dynamikę sytuacji, będzie bardzo interesujący dla Polaków. p

Andrew Nagorski urodził się w 1947 roku w Szkocji. Jego rodzicami byli Polacy, którzy po

wojnie zostali na emigracji. Kilka lat później rodzina przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Studiował historię w Amherst College, pod koniec lat 60. przez krótki czas był studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obecnie jest wiceprezesem i dyrektorem do spraw publicznych w EastWest Institute, zespołu doradców do spraw międzynarodowych z siedzibą w Nowym Jorku. Podczas długiej kariery w Newsweeku był korespondentem w Hongkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Jest laureatem wielu nagród oraz autorem książek Przymusowe pożegnanie: spojrzenie amerykańskiego dziennikarza w głąb sowieckiego życia, Narodziny wolności, Stacja końcowa – Wiedeń oraz Największej bitwy.

Jak Amerykanie reagowali na Hitlera?

W mojej książce można prześledzić losy wielu ludzi, którzy zetknęli się z Hitlerem. Najpierw starałem się przedstawić dwie osoby, które spotkały się z nim jako pierwsze. Było to jeszcze w 1922 roku, a więc przed puczem monachijskim, który uczynił go sławnym. Hitler był wówczas mało znanym agitatorem w Monachium. Młodszy attaché wojskowy, który przyjechał do Bawarii, aby zbadać tamtejsze środowisko polityczne, spotkał się z Hitlerem. Jego opinia była zaskakująco trafna. Określił go jako znakomitego demagoga, który jest fanatykiem, a jednocześnie jest w stanie skupić się na konkretnych zagadnieniach, i który może odegrać poważniejszą rolę w bawarskiej polityce. Korespondent Hearsta Carl Van Digan określił go jako małego Mussoliniego, bo to dyktator Włoch był wówczas dla wszystkich punktem odniesienia.

Jak ocena Hitlera i Niemiec zmieniała się w miarę upływu czasu?

Najczęstszym błędem, jaki popełniali Amerykanie, było niedocenianie Hitlera. Spotykali się z nim i najczęściej określali go jako bardzo dziwną postać. Uważano, że nie będzie w stanie dorównać politykom głównego nurtu. Spotykano się z nim jako ze wschodzącą gwiazdą, ale często konkluzja była natychmiastowa – ten człowiek nie miał według nich szans na sukcesy w polityce. Taka ocena nie była wówczas jedynie udziałem Amerykanów. Tak myślało wielu Niemców, a także niemieckich Żydów. Najbardziej trzeźwym korespondentem był Edgar Ansel Mowrer z Chicago Daily News, który ostrzegał, że to, co mówi Hitler, to nie tylko retoryka i że trzeba brać go serio. A po przejęciu władzy przez Hitlera?

Andrew Nagorski, Hitlerland. Jak naziści zdobywali władzę, przekład: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Piotr Chojnacki; wyd. Rebis, 2012, s. 424 Andrew Nagorski, Hitlerland. American Eyewitnesses to the Nazi Rise to Power, wyd. Simon & Schuster, 2012, s. 384


6 Przegląd Polski

Metropolia zaprasza DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

STYCZEŃ 2013

teatr

Scena ze sztuki przygotowanej przez artystów Vesturport Theatre i Reykjavik City Theatre na podstawie tekstów Goethego i Christophera Marlowe’a Faust: A Love Story

ki, choćby za mizerny obiad w chińskiej restauracji. Wyrobić minimum wyznaczone przez “Mitcha i Murraya”, właścicieli biura nieruchomości, którzy niewidzialni, lecz wszechobecni, wyznaczają reguły gry, obiecują nagrodę, grożą zwolnieniem. Przypodobać się zwierzchnikowi w biurze, by dostać “dobre kontakty”, prowadzące do ewentualnej sprzedaży. Na takie kontakty jednak może liczyć tylko ten, który już z sukcesem “zamknął kontrakt”. Cały czas więc musisz udowadniać, że potrafisz przekonać kogoś do kupna. Musisz kręcić i manipulować, by nabrać naiwnych na podejrzane transakcje. Jak szczur w laboratoryjnym eksperymencie drepczesz, by nakręcać koło, i gonisz za kęsem, za którym inne szczury gonią. Akcja ma rozgrywać się w Chicago, w 1983 r., w gronie doświadczonych i w dużej mierze już wypalonych sprzedawców nieruchomości. Jeden tylko Ricky Roma, najmłodszy, pewny siebie i wygadany, jest jeszcze wschodzącą gwiazdą. Pozostali – przegrani, tylko mniej lub bardziej tego świadomi, mniej lub bardziej z tym pogodzeni. Wyrachowany Dave Moss planuje odegrać się na zwierzchnikach, wykraść atrakcyjne kontakty i sprzedać konkurencji. Najbardziej patetyczny jest Shelly Levene, kiedyś jak Ricky pełen gładkich słów, teraz próbujący tylko ukryć bezmiar klęski. Trudno to uznać za komedię, choć śmiechu tu pełno, z odcieniem okrucieństwa. Trudno uznać za tragedię, bo postacie są marnego ducha i żadna nie budzi sympatii. Dramat ma już swoją ciekawą historię: premiera odbyła się nie w Stanach, lecz w Anglii, w 1983 r. Dopiero po sukcesie w Royal National Theatre w Londynie Glengarry Glen Ross doczekał się amerykańskiej inscenizacji – najpierw w Chicago, potem w Nowym Jorku. Zdobył wtedy nominację do Tony za najlepszą sztukę roku, ale nie otrzymał nagrody. Adaptacja filmowa z 1992 r., w reżyserii Jamesa Foleya, przesłoniła jakiekolwiek sukcesy teatralne. Stało się to dzięki rewelacyjnej obsadzie: Al Pacino jako Ricky, buńczuczny kowboj sprzedawców; Jack Lemmon jako Shelly; Kevin Spacey jako znienawidzony menedżer; Alec Baldwin w specjalnie do filmowej wersji stworzonej postaci Blake’a.

ZDJĘCIE: RICHARD TWERMINE

Roziskrzyło się, rozzłociło w teatrach, przynajmniej w tytułach: Golden Boy – dramat Clifforda Odetsa traktuje o dylematach Joego Bonapartego, potomka włoskich emigrantów, obdarowanego podwójnym talentem: w bokserskich rozgrywkach i w grze na skrzypcach. Boks kusi obietnicą pieniędzy i sławy. Muzyka wypełnia serce, lecz nie daje pieniędzy. Golden AgeTerrence’a McNally’ego zamyka jego “operowy cykl”, po Lisbon Traviata i Master Class. Tym razem McNally zaprasza do XIX-wiecznego Paryża na premierę opery Belliniego I Puritani, która ma mu przynieść ostateczne zwycięstwo nad głównym rywalem Gaetano Dionizettim. Golden Land – musical przygotowany przez National Yiddish Theatre – to rodzaj “miłosnego listu do Ameryki”, pełen nostalgii i wdzięczności za szanse, jakie “złota ziemia” oferowała żydowskim emigrantom lądującym na początku XX w. na Elis Island. Golden Child Davida Henry’ego Hwanga z kolei przenosi nas do wielopokoleniowej rodziny chińskiej, której uświęcony tradycją porządek zostaje zaburzony, gdy chiński biznesmen powraca do domu po kilku latach spędzonych za granicą. Cenny kruszec powtarzany w tylu tytułach jednocześnie ma w sobie coś z magicznego zaklinania, jakby chciałoby się przyciągnąć sukces. Pieniądz zresztą jest także głównym bohaterem, dosłownie i przenośnie, w paru sztukach. Komedię Bena Jonsona Volpone or the Fox otwiera śmieszny i groźny monolog. Volpone uchyla wieko kufra, cieszy się blaskiem klejnotów i wyśpiewuje pochwały bogactwa: że zapewnia wygody i spełnienie wszelkich zachcianek. Smutki pozwala ukoić i o wszystkim innym zapomnieć. Jest dobrem samym w sobie i samym w sobie pięknem. Jedyny problem, że nigdy go nie dosyć, bo bogactwo żywi się bogactwem i chce się bogacić bez końca. Chytry Volpone (z łajdackim wdziękiem zagrany przez Stephena Spinella), z pomocą chętnego do wszelakiego zła sługi Mosca (w wyciszonej, a kluczowej roli dobrze wypada Cameron Folmar), szykuje się do dalszych gier oszukaństwa. Jest stary i bezdzietny, więc dobytek może zostawić komu zechce. Udaje śmiertelnie chorego i bawi się manipulowaniem zbiegających do jego łoża dostojnych obywateli Wenecji. Przymilają się, jak to go sobie cenią, i przelicytowują darami. Każdy łudzi się, że to jemu pośmiertnie przypadnie dobytek. Choć rzecz się rozgrywa w scenerii renesansowego pałacu i zasobni mieszkańcy chodzą przybrani w piękne stroje, świat, w którym się znajdujemy, jest okrutny i bezwzględny. Volpone jest chciwy i dufny, lecz jeszcze gorzej zachowują się ci niby-porządni: bogaty kupiec, wygadany prawnik, pewny swych przywilejów rejent. Pod koronką i atłasem kryją się dzikie ptaki. Drapieżcy dla swych łupów gotowi są żonę zastawić. Syna wydziedziczyć. Wszystko sobie wytłumaczyć. Zaprzeć się duszy. Gorzka to komedia, i Jonson wyważa tu humor na równi z ostrą krytyką. Świetnie zainscenizowane przedstawienie, w reżyserii Jesse Bergera, utrwala pozycję Red Bull Theatre jako jednego z wiodących zespołów ambitnego teatru. Ich pasją są sztuki wyróżniające się szczególnie bogatym językowo tekstem. Klasyce, jak i nowym sztukom starają się nadać pomysłową, nie naturalistyczną formę. 14 stycznia odczytaniem tragedii Johna Webstera Biały diabeł rozpoczynają cykl Revelation Readings. Na wiosenny sezon zespół przygotowuje pełną inscenizację Tańca śmierci Augusta Strinberga (9 kwietnia – 4 maja) oraz Festiwal Jednoaktówek (13 maja; www.redbulltheatre.com). W dramacie Davida Mameta Glengarry Glen Ross pieniądz nie tyle mami, co gnębi. A gnębi ponuro. Musisz zarabiać, by zapłacić rachun-

Bieżąca inscenizacja zaciera specyfikę miejsca i czasu, starając się całości nadać charakter przypowieści dotyczącej wszystkich, których względny komfort zależy od kurczowego trzymania się któregoś ze szczebli na drabinie. Próba uogólnienia rozmywa wymowę sztuki, a nierówna gra aktorów sprawia, że nie jesteśmy w pełni zaangażowani w dramat rozgrywający się na scenie. Paradoksalnie Al Pacino, gwiazda, która przyciąga widzów, jest najsłabszym ogniwem w zespole. Ściślej mówiąc, nigdy nie staje się częścią zespołu. Gra sam dla siebie, mrucząc ledwo słyszalnie pod nosem albo zwracając się bezpośrednio do nas, pokrzykując głośno. Trudno wytłumaczyć, jak Pacino tę rolę sobie ustawił. Dając doświadczonemu aktorowi kredyt zaufania powiedziałabym, że stara się przekazać smętną prawdę o starym człowieku, który odmawia konfrontacji z przegraną, odcinając się od innych i zamykając w kręgu własnych iluzji. Mniej szczodrze trzeba by rzec, że Pacino gra tu po prostu leniwie i niedbale. Jeszcze słowo o zadziwiającym przedstawieniu gości z Islandii. Wiadomo, że dramat Goethego Faust jest niemożliwy do inscenizacji. Dzieje się z takim rozmachem i inwencją, że żadna adaptacja sceniczna nie może w pełni sprostać bogactwu poetyckiego słowa. Ciemny w tonacji Faust: A Love Story na podstawie tekstów Goethego i Christophera Marlowe’a, przygotowany przez artystów Vesturport Theatre i Reykjavik City Theatre pod kierunkiem Gisli Orn Gardarsson, zaproponował ryzykowną, a jednak przekonującą interpretację. Rzecz dzieje się w domu starców, rozpoczynając się jako rodzaj teatru w teatrze. Wśród mieszkańców znajduje się stary aktor, który zawsze marzył, by zagrać Fausta, lecz nigdy nie było mu to dane. Młodziutka pielęgniarka, pełna dobrej woli, namawia go, by odegrał choć fragmenty roli. Aktor podejmuje wyzwanie, starając się przywołać poemat z pamięci. Rzecz się komplikuje, słowo nabiera ciała, zacierają się granice między rzeczywistością a fantazją, między tym co jest a co mogłoby być. Dwóch wielkich rzeczy dokonują tu akto-

rzy: udaje im się wizualnie oddać naturę absolutnego Zła. To jest Zło jako brzydota, bezgraniczne wyuzdanie. Niby wolność od ograniczeń, a jednak zaklęcie w fizycznej formie. Niby nieskończoność możliwości, a jednak smętna monotonia. Czyli jednocześnie potęga i słabość. Oraz zaskakują ostatnią sceną, która nadchodzi niespodziewanie, lecz logicznie i prawdziwie. Po targach z diabłem, po deklaracjach – o braku wiary, pragnieniu miłości, gotowości na sprzedaż duszy, o strasznym lęku i strasznej odwadze, a więc po hałasie akrobacji w słowie i w gestach, stary człowiek znajduje się sam, w wielkiej ciszy. Na kolanach, prawie szeptem, zwraca się do Boga, w którego nie bardzo wierzy, powtarzając pokornie modlitwę: “Daj mi jeszcze jedną szansę. Jeszcze jedną, jedyną szansę”. Jest w tym wielka prośba i maleńka nadzieja. I tylko nie wiadomo, szansa ma to być na co (12-14 grudnia, w BAM Harvey Theater). Islandzcy goście powrócili już do Europy. Ale warto zwrócić na urozmaicony program wiosennego sezonu w Brooklyn Academy of Music. Szczególnie ciekawie zapowiada się The Laramie Cycle (12-24 lutego) oraz rzadko wystawiany dramat Ibsena The Master Builder z Johnem Turturro (12 maja – 9 czerwca). GRAŻYNA DRABIK

Ben Jonson, Volpone or The Fox. Reż.: Jesse Berger, scenografia: John Arnone, kostiumy: Clint Ramos, muzyka: Scott Killian. Z udziałem: Sean Patrick Doyle (Castrone), Alvin Epstein (Corbaccio), Tovah Feldshuh (Lady Would-Be), Cameron Folmar (Mosca), Michael Mastro (Corvino), Christina Pumariega (Celia), Rocco Sisto (Voltore), Alexander Sovronsky (Androgyno), Teale Sperling (Nano), Stephen Spinella (Volpone), Raphael Nash Thompson (Avocatore), Gregory Wooddell (Bonario). 923 grudnia w Lucille Lortel Theatre, Greenwich Village. David Mamet, Glengarry Glen Ross. Reż.: Daniel Sullivan, scenografia: Eugene Lee, kostiumy: Jess Goldstein. Występują: Bobby Cannavale (Richard “Ricky” Roma), Murphy Guyer (Baylen), David Harbour (John Williamson), John C. McGinley (Dave Moss), Al Pacino (Selly Levene), Richard Schiff (George Aaronow), Jeremy Shamos (James Lingk). Premiera 8 grudnia; do 20 stycznia, Gerald Schoenfeld Theatre, 236 W. 45 St., przy Broadwayu.


muzyka

Świąteczny miesiąc zaoferował wiele wspaniałych wrażeń, z których wyróżniły się z pewnością Łaskawość Tytusa w Met i znakomity koncert w Carnegie Hall Archidiecezjalnego Chóru Bizantyjskiego i utworzonego w 2001 r. jego chóru młodzieżowego. Pod egidą Jego Eminencji arcybiskupa Ameryki Demetriosa koncert zatytułowany Gloria na wysokości, poza włączeniem się w tradycyjne obchody świąt Bożego Narodzenia, miał na celu zebranie pieniędzy na rededykację kościoła zbudowanego w VIII wieku w Siyi w Turcji. Na przełomie XX wieku kościół Taxiarches został skonfiskowany i zamknięty przez rząd turecki i dopiero po niemal 100 latach pojawiła się szansa ponownego udostępnienia go wiernym. W pierwszej części koncertu wystąpił a cappella chór złożony, jak nakazuje tradycja, wyłącznie z męskich głosów. Usłyszeliśmy wybór eklezjastycznych pieśni bożonarodzeniowych. Wspaniałe współbrzmienie doskonałych głosów wykreowało uroczystą atmosferę w 7 fragmentach śpiewanej po grecku liturgii. Kompozycje pochodziły z XVII, XVIII, XIX i XX wieku, a ich teksty – w streszczeniach bądź tłumaczeniach na angielski załączonych do programu – stanowiły wyjątki z psalmów lub modlitw związanych z historią Bożego Narodzenia. Harmonia głosów i ich modulacji w zróżnicowanej dramatycznie dynamice i nastrojach – majestatyczno uroczyście refleksyjnych i radosnych – szeroka gama bogactwa muzycznego przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Było to świadectwo nie tylko wielowiekowej tradycji, ale i piękna kulturowego dziedzictwa jednej z najstarszych grup etnicznych w Ameryce. W drugiej części chór młodych dziewcząt i dziewczynek, przy akompaniamencie doskonałego pianisty Konstatina Vallianatosa, wykonał po grecku tzw. Kalanda i wybór znanych każdemu w Ameryce utworów i piosenek świątecznych. Pierwszą z nich, Modlitwę dzieci, prowadząca chór Maria Koleva zadedykowała pamięci ofiar niedawnej masakry w szkole w Newtown. Poza “przebojami” świątecznymi, jak White Christmas, The Little Drummer Boy czy uroczej aranżacji połączonej muzyki Jingle Bells i Dziadka do orzechów nie zabrakło Mozarta w Laudate Dominum, Kanonu Pachelbela i dwóch fragmentów z Mesjasza Händla, którego Hallelujah zakończyło wieczór. Widoczna i słyszalna radość i zaangażowanie wszystkich chórzystek udzieliły się widowni. Na szczególne uznanie i wyróżnienie zasłużyła sobie jedna z solistek, 19-letnia Maggie Papayiannis. Rzadki talent, piękny, silny, stabilny dźwięcz-

DODATEK KULTURALNY nowego

Przegląd Polski

dziennika

7

wymaganego do Sophie w Kawalerze srebrnej róży, którą zresztą już z powodzeniem śpiewała w Covent Garden, Monachium i Berlinie. Włoski sopran Barbara Frittoli nie zawsze może oddawała sprawiedliwość niezwykle trudnej roli Vitelli, ale ogólnie jej występ uznałabym za udany. Można natomiast było mieć zastrzeżenia do wykonania wokalnego i podejścia interpretacyjnego partii Tytusa, jaką obrał Giuseppe Filianotti. Obecne już w jego głosie ograniczenia nie zezwoliły mu na swobodę wykonawczą. Zabrakło w nim też wystarczającej giętkości i płynności fraz, a zbyt, moim zdaniem, intensywne dramatycznie ujęcie charakteru śpiewanej postaci nie musiało w stylu wszystkim przypaść do gustu. Wykonujący tę rolę tylko 6 XII urodzony na Florydzie tenor Russel Thomas otrzymał natomiast od widowni stojącą, burzliwą owację. Doskonały pod każdym względem występ. Nie zawiódł też amerykański bas Oren Gradus jako Publio. Największe jednak brawa należały się dyrygentowi za znakomite zagranie partytury oraz świetne wspomaganie wszystkich śpiewaków. To, jak się wydaje, jeden z nielicznych obecnie dyrygentów, którzy potrafią oddać sprawiedliwość pięknu muzyki Mozarta. Początek nowego 2013 roku świetnie się zapowiada w rozmaitości wydarzeń muzycznych w Nowym Jorku. Met oferuje dwa ostatnie w tym sezonie spektakle Trojan, dwa przestawienia Cyrulika sewilskiego w skróconej, angielskojęzycznej wersji, Marię Stuardę Donizettiego po raz pierwszy prezentowaną w Met, drugą serię Trubadura oraz premiery sezonu: La Rondine, Le Comte Ory oraz pierwszą serię nowej produkcji Rigoletta z Piotrem Beczałą w roli Księcia Mantui. Z propozycji w Lincoln Center warto zapewne rozważyć noworoczny koncert Salute to Vienna in New York, koncerty z udziałem JeMezzosopran Elina Garanca jako Sesto w Łaskawości Tytusa Mozarta an-Yvesa Thibaudeta, muzykę kameralną ny sopran i ogromna muzykalność. we (Servilia) oraz Orena Gradusa jako Publio. Dvořáka i Brahmsa w wykonaniu The ChamŁaskawość Tytusa po raz pierwszy pojawiLitwinka Elina Garanca – mezzosopran – śpie- ber Music Society of Lincoln Center, dwa konła się w Met 1984 roku dzięki Jamesowi Le- wała już w Met Carmen i Angelinę w Kopciusz- certy pod batutą Lorina Maazela – pierwszy z vinowi, który niestrudzenie promuje dzieła ope- ku. Debiutowała w 2008 roku jako Rosina w utworami Brahmsa i Sibeliusa z Yefimem rowe wcześniej nieobecne na tej scenie. W spek- Cyruliku sewilskim. Słyszałam ją we wszyst- Bronfmanem oraz Romeo i Julię Czajkowskietaklach bieżącego sezonu, w oryginalnej, do- kich tych rolach, ale dopiero Sesto prawdziwie go. Wielbicielom Jordi Savala mogę polecić skonałej produkcji Jean-Pierre’a Ponnella, ob- przekonał mnie do tej śpiewaczki. Doskonała jego występ z Juilliard415. Równie bogata oferta pochodzi z Carnegie sada wokalna oraz znakomity dyrygent, Bry- barwa, głębia i płynność wyrównanego głosu tyjczyk Harry Bicket (debiut w Met w 2004 oraz prezentacja interpretacyjna partii. Wystę- Hall, a m.in.: Emerson String Quartet, The Phiroku w Rodelindzie) wspięli się na najwyższy pująca w drugiej “spodenkowej” roli, Annia, ladelphia Orchestra – m.in. z drugim koncerpoziom muzyczno-wokalno-artystyczny. Po- amerykańska mezzosopranistka Kate Lindsey, tem skrzypcowym Szymanowskiego, wieczór za znakomitym chórem Met usłyszeliśmy: Giu- ze swym pięknie dźwięcznym, młodzieńczo pieśni Schuberta, Richarda Straussa, Liszta i seppe Filianottiego i Russella Thomasa (6 XII) brzmiącym głosem, znakomicie współbrzmia- Wolfa, koncert znakomitego pianisty Radu Luw roli Tytusa, Elinę Garancę (Sesto), Barbarę ła z Sesto i ze swą ukochaną Servilią (Lucy Cro- pu oraz wspólny koncert Renee Fleming i SuFrittoli (Vitellia), Kate Lindsey (Annio), de- we). Jej jasnosrebrzyście brzmiący sopran san Graham w pieśniach i duetach. biutujący w Met brytyjski sopran Lucy Cro- mnie najbardziej kojarzył się z pięknem głosu BASIA JAKUBOWSKA ZDJĘCIE: COURTESY MET

STYCZEŃ 2013

ZDJĘCIE: COURTESY: THE MORGAN LIBRARY

wystawy

Matthias Grünewald – Woman with Her Head Raised in Prayer

Spośród przynajmniej kilku bieżących wystaw do omówienia wybieram zaprezentowane w Bibliotece Morgana (Madison Ave.,/37 St.) sto grafik pochodzących z renomowanej Staatliche Graphische Sammlung w Monachium. Bezpośredni powód jest prosty: wkrótce wystawa ta zostanie zamknięta. Jest więc jeszcze ostatnia sposobność, by ją zobaczyć, a przy okazji zwiedzić tę jedną z najpiękniejszych w Nowym Jorku placówek muzealnych. Jest to nie tylko efektowna wystawa i bardzo bogata w eksponaty (wystawiono je aż na dwóch piętrach), ale nadto specjalna w tym sensie, iż monachijskie zbiory graficzne są rzadko pokazywane w takiej masie za granicą. Muzea coraz niechętniej wypożyczają dzieła ze swych kolekcji, a wiele placówek, jak np. rosyjskie czy tureckie, czynią ze swych zbiorów swoisty oręż w narastającej wojnie kulturalnej między państwami. Ponieważ swego czasu Biblioteka Morgana udostępniła swoje zbiory monachijskiej placówce, teraz w rewanżu mamy sposobność obejrzenia rzadko oglądanych grafik z kolekcji Staatliche Graphische Sammlung – dzieł największych twórców malarstwa zachodniego na czele z Leonardem da Vinci i Albrechtem Dürerem. Arcydzieł sztuki zachodniej. Przyjrzyjmy się choćby niewielkiemu obrazkowi Jacopo Pontormo Two Standing Women, wykonanego brązową kredką. Zapewne szkic do religijnego obrazu, pełen dynamiki ruchu i zarazem delikatności; albo popatrzmy na Dancing Muse Andrei Mantegni, który malował postaci jakby były wykute z kamienia, hieratyczne, a jednak naturalne. Tańcząca muza jest może nieco obfita w kształtach jak na nasz współczesny gust, ale w tańcu jej zwiewne szaty falują na wietrze, fałdy stroju zostały oddane w mistrzowski sposób. Świetny jest rysunek Rembrandta Saskia

Lying in Bed, a Woman Sitting at Her Feet, szkic artysty, który w ten sposób rejestrował wydarzenia ze swego życia, dziejące się wokół niego, tak jak dziś robimy zdjęcia na pamiątkę. Święty Piotr Michała Anioła, wyblakły mocno rysunek, jest ewidentnym szkicem do większej całości, a Merkury ofiarujący Psyche puchar nieśmiertelności Rafaela – ilustracją do legendy o Amorze i Psyche. Wspominam tylko o dziełach największych mistrzów malarstwa zachodniego. Same nazwiska mówią na temat bogactwa monachijskich zbiorów, jak i o jakości nowojorskiej wystawy. Żałuję, iż nie wzięto więcej z prac dawnych mistrzów, poświęcono natomiast sporo miejsca grafikom sztuki współczesnej. Ma ona i tak charakter graficzny, doraźny, szkicowy, toteż rysunek, wobec braku akademickiego treningu w tej dziedzinie nie odgrywa tej specyficznej roli, co w dawnej sztuce. Ale i tak miłośnicy sztuki nie mogą tej wystawy pominąć. Także nie wolno przegapić The Clock Christiana Marclaya. Praca ta była już wielką sensacją w Londynie, teraz przybywa do Nowego Jorku. Pokaz (bezpłatny) odbywa się w Museum of Modern Art. Warto więc zajrzeć, popatrzeć. The Clock opiera się na prostym pomyśle, choć jego wykonanie musiało być niezwykle żmudne. Jest to po prostu długi 24-godzinny montaż setek czy nawet tysięcy fragmentów filmów. Wszelkich. Wojennych i westernów, komedii i sensacyjnych pogoni oraz ucieczek, produkcji kostiumowych i całkiem współczesnych. Od czasu do czasu o upływających minutach i godzinach przypomina widzom obraz zegara. Całość jest trudna do obejrzenia. Iluż trzeba by wizyt w MoMA? W sylwestra będzie całodobowy pokaz i później w kolejne weekendy stycznia. Ale warto przyjść, popatrzeć choćby na fragmenty. CZESŁAW KARKOWSKI


8 Przegląd Polski

P rzez Boga obdarzony DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

STYCZEŃ 2013

WOJCIECH GROCHOWALSKI

kwentny – zawsze był duszą towarzystwa, w którym się znalazł. Ewa Rubinstein wspomina dziś, że ojciec wolał mówić i słuchać siebie niż ludzi, którzy nie mieli nic do powiedzenia, a chcieli mówić... Może dlatego lubił wieść prym na przyjęciach, nie lubił, gdy inni dużo mówili w jego towarzystwie.

rencji Narodów Zjednoczonych, zakończonej podpisaniem Karty Narodów Zjednoczonych, konferencji inaugurującej działalność ONZ. Na tę konferencję Stalin zabronił zaprosić delegację rządu polskiego w Londynie – a na taką sytuację pozwolili pozostali alianci. Artysta dawał koncert w operze, wśród gości była większość delegatów konferencji. Nie widząc polskiej flagi wśród wielu reprezentujących narody zebrane tam po zakończeniu II wojny światowej Rubinstein – po obowiązkowym odegraniu hymnu amerykańskiego, jak w czasie wojny nakazano – wyraził następnie ze sceny niezadowolenie, oburzenie wręcz, i zmienił nieco program swojego recitalu. Powiedział: “wykonam teraz hymn polski – Mazurka Dąbrowskiego”. Wszyscy wstali. Po odegraniu hymnu rozległy się niesamowite owacje. Po tej pięknej manifestacji wykonał zaplanowany program recitalu. Zachowanie Rubinsteina wywołało nie tylko wielką euforię zebranych, ale i zaskarbiło – i tak już wielką – miłość Polaków do artysty. Zakończona przecież II wojna światowa żadnego kraju tak okrutnie nie doświadczyła jak Polski, ponadto byliśmy trzecim aliantem... pominiętym niestety w paradach zwycięstwa. Za ów wspaniały patriotyczny czyn Rubinstein otrzymał od Polonii (“w imieniu milionów Polaków w USA”) dyplom Polskiej Ligi Sztuk Pięknych w Pittsburghu. Za to w��adze komunistyczne zapamiętały mu na długo ten gest i mógł zostać zaproszony do Polski i przyjechać do kraju dopiero w 1958 r., po śmierci Stalina, po tzw. odwilży w październiku 1956 r. Kolejna, dłuższa przerwa w odwiedzinach kraju zdarzyła mu się po wydarzeniach roku 1968. Rubinstein dożył 95 lat – drugi tom jego wspomnień nosi tytuł Moje długie życie. Cieszył się dobrym zdrowiem, koncertował niemal do końca życia – kilka lat przed śmiercią stracił wzrok i dopiero wówczas przestał grać. Wzruszająca jest scena w jednym z filmów dokumentalnych z jego udziałem, nakręcona w mieszkaniu w Genewie z 1982 r., gdy na łożu śmierci opowiada słabym już głosem o Karolu Szymanowskim. Mówi bardzo piękną polszczyzną, opowiada szczegóły z pierwszego spotkania z Szymanowskim na peronie dworca kolejowego w Zakopanem, mówi o znajomości ze swoim przyjacielem. To nienagannie po polsku wypowiedziane wspomnienie jest jednym z najpiękniejszych hołdów Rubinsteina złożonych Polsce i Polakom. W wieku 89 lat powiedział o Polsce: “Kocham mój kraj rodzinny, ale jest to miłość, która nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem czy szowinizmem... małą część życia spędziłem w kraju. Ale wszystko, co polskie, ma dla mnie nieodparty urok i często przyprawia mnie o nostalgię. Źródłem tego może być coś, co nazwałbym autentycznością. Pory roku na przykład są tu autentyczne: nie ma mowy o pomyłce, są tym, czym powinna być symfonia – czterema częściami, idealnie ze sobą zharmonizowanymi. Nie ma żadnego pomieszania, każda pora przeżywa swój krótki żywot, osiągając pełnię właściwego dla niej piękna”. Rok po śmierci pianisty urna z jego prochami została złożona w ziemi na wzgórzach Jerozolimy, w pięknej scenerii sosnowego lasu, wewnątrz wielkich rozmiarów pomnika z białego marmuru, przedstawiającego rozwianą klawiaturę fortepianu.

UMIŁOWANIE POLSKI Rubinstein zostanie w pamięci Polaków – i nie tylko nas – także z powodu wielkiego i wyjątkowego gestu, jaki wykonał w operze w San Francisco w 1945 r., podczas Konfe-

HONORY Artysta został nagrodzony najwyższymi odznaczeniami i orderami świata, w tym kilkoma klasami Francuskiej Legii Honorowej, amerykańskimi Medalem Wolności i wstęgą Ken-

W 2012 roku przypadła 125. rocznica urodzin i 30. rocznica śmierci Artura Rubinsteina; jednego z najwybitniejszych pianistów XX wieku, wielkiego artysty, chopinisty.

HOMAGE TO ARTHUR RUBINSTEIN Tak zatytułowane były trzydniowe wydarzenia w Nowym Jorku zorganizowane przez Międzynarodową Fundację Muzyczną im. Artura Rubinsteina, na czele której stoję; z koncertem galowym, który odbył się 15 grudnia w Carnegie Hall. Dlaczego właśnie tu zaplanowałem ten koncert nazwany galowym? Bo Rubinstein, jako jeden z nielicznych artystów świata, wystąpił w tej słynnej sali ponad 100 razy! Dał tu aż 130 koncertów! W poprzednim sezonie, gdy Carnegie Hall obchodziło 120. rocznicę istnienia, jedna z ich reklam mówiła: “Jesteśmy tylko 4 lata młodsi od Rubinsteina”. Istotnie, sala ta powstała w 1891 r. Kolejnym powodem oddania hołdu pianiście w Nowym Jorku są jego wieloletnie związki z tym miastem, bowiem mieszkał tu i miał jego honorowe obywatelstwo. Artur Rubinstein – wielki pianista, którego kunszt olśniewał największe światowe widownie teatrów i filharmonii – występował z największymi orkiestrami filharmonicznymi i pod dyrekcją najwybitniejszych dyrygentów. Muzyka była w nim od zawsze, była sensem i radością jego życia, podkreślał, że urodził się muzykiem. Śmiało można też stwierdzić, że jest on artystycznym wzorcem pianisty. Kochał ludzi, był wrażliwy na ludzi i na ich talent, kochał jak nikt życie – co zawsze podkreślał mówiąc: “nie znam drugiego tak szczęśliwego człowieka jak ja” czy “byłem zawsze szczęśliwym człowiekiem”. Zachwyt i podziw wzbudzały i wzbudzają: nadzwyczajna jego pamięć muzyczna (potrafił nawet po 20 latach natychmiast odtworzyć jakiś znany wcześniej utwór), ogromny repertuar, nieograniczone możliwości wirtuozowskie, wyjątkowa muzykalność, zapał i chęć do pracy. Rubinstein był uparty, ćwiczył może nie za dużo – uważał, że trzy-cztery godziny dziennie wystarczy, resztę czasu muzyk powinien poświęcać na poznawanie i naukę życia, na własny rozwój, w tym chodzenie do opery, podróże, zwiedzanie muzeów, czytanie. Żartował, że nie chodzi na koncerty i recitale fortepianowe, bo jeżeli ktoś gra podle, to okropne jest go słuchać, jeżeli ktoś gra lepiej od niego – po co się denerwować... Emanuel Ax, gość I Rubinstein Piano Festival 2008 w Łodzi, laureat I Międzynarodowego Mistrzowskiego Konkursu Pianistycznego im. Rubinsteina w Tel Awiwie w 1974 r., powiedział: “Gdy Rubinstein wchodził na scenę, to zanim zagrał pierwszą nutę, publiczność już wiedziała, że to będzie wielki koncert. Bo Rubinstein miał wszystko, tak jak Rachmaninow, Hofmann czy Horowitz, tzn.: ogromną technikę pianistyczną, ogromną muzykalność, ogromną wrażliwość, uczucie i zrozumienie muzyki. Do tego wszystkiego każdy z nich miał wyjątkową osobowość”.

ZDJECIE: EWA RUBINSTEIN

Urodził się w Łodzi 28 stycznia 1887 r., zmarł w Genewie 20 grudnia 1982. Jak mawiał, był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mimo że wyjechał z Polski w wieku 9 lat (na naukę muzyki do Berlina), do końca życia kochał swój kraj rodzinny, mówił znakomitą polszczyzną, był polskim patriotą.

Rubinstein odwiedzał Polskę po II wojnie światowej siedem razy – tu poprawiam wcześniej podawane powszechnie daty jego pobytów. Według moich ustaleń i ostatniej (z grudnia 2011 r.) kwerendy Artur Rubinstein przyjeżdżał do Polski w latach: – 1958, czerwiec, przyjechał z żoną Nelą, córką Aliną i najmłodszym synem Johnym, dał kilka koncertów w kraju – 1960, luty/marzec; honorowy przewodniczący jury Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Dał wiele koncertów w różnych miastach, w tym w rodzinnej Łodzi – 1964, październik, wracając z występów w Moskwie odwiedził na krótko Warszawę, informacje o tym pobycie znalazłem w archiwach IPN – 1965, grudzień, zwiedzał m.in. odbudowany Teatr Wielki w Warszawie – 1966, wrzesień, koncertował na festiwalu Warszawska Jesień, wystąpił także w Łodzi – 1975, dał wówczas jedyny i ostatni koncert w Polsce, 30 maja w Teatrze Wielkim w Łodzi z okazji 60-lecia Filharmonii Łódzkiej, miał wówczas 88 lat – 1979, ostatnia podróż do kraju, przełom października i listopada. Celem podróży była głównie realizacja dokumentalnego filmu Francois Reichenbacha o Chopinie.

Został obdarzony przez Boga talentem, którego nie zmarnował. Był twórcą i odtwórcą rzeczy pięknych; nie tylko znakomicie grał na fortepianie, ale przyciągał ludzi do muzyki poprzez swój sposób bycia, osobisty czar i promieniujące umiłowanie muzyki i życia, poprzez kontakt ze słuchaczem – tak na estradzie, jak i poza nią. Dość powiedzieć, że miał doskonały kontakt z ludźmi, którzy lgnęli do niego, gdziekolwiek się pojawiał. Artysta udzielał wielu – zawsze znakomitych – wywiadów, nie stronił od dziennikarzy, potrafił mówić bardzo interesująco na każdy temat, był oczytany, elo-


nedy Center, był kawalerem krzyża oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski, komandorii z gwiazdą Orderu Zasługi Republiki Włoskiej, wielkiego hiszpańskiego Orderu Alfonsa X, komandorii z gwiazdą Orderu Imperium Brytyjskiego i wielu, wielu innych. Był członkiem francuskiej Académie des Beaux-Art (Akademii Sztuk Pięknych). Fundacja Kościuszkowska w Nowym Jorku nadała mu w 1957 r. Medal Uznania za zasługi dla kultury polskiej i amerykańskiej. Posiadał doktoraty honoris causa największych uniwersytetów, w tym: University Yale, University of California, University of Columbia, a także Akademii Muzycznej w Warszawie, obecnie Uniwersytetu Fryderyka Chopina. Był honorowym obywatelem wielu miast świata, nagrał ponad 200 płyt, wręczono mu Oscara za udział w autobiograficznym filmie L’Amour de la Vie w reżyserii Francois Reichenbacha (1969). Reżyser otrzymał Oscara w kategorii: najlepszy film dokumentalny. Figurka Oscara, którą wręczył Rubinsteinowi Gregory Peck w domu w Paryżu, znajduje się w Muzeum Miasta Łodzi, w pięknie urządzonej Galerii Muzyki im. Artura Rubinsteina. Zapewne o wielkiej atencji do maestra świadczą też wyjątkowe oraz specjalne gesty podczas witania go na scenie. A zdarzało się, że gdy pojawiał się na niej, wstawali z miejsc obecni na widowni królowie i książęta. Takiego wyróżnienia doświadczali nieliczni muzycy w XX wieku, z Polaków chyba witano tak tylko Paderewskiego. Na cześć artysty organizowane są dwa znakomite konkursy: dla młodych pianistów w Bydgoszczy – Arthur Rubinstein in Memoriam oraz dla mistrzów fortepianu w Tel Awiwie – The Arthur Rubinstein Piano Master Competition. Imię Rubinsteina nosi od 1984 r. Filharmonia Łódzka, w 2005 r. powstała w Łodzi Międzynarodowa Fundacja Muzyczna im. A. Rubinsteina, organizator Rubinstein Piano Festival, jedynego festiwalu na świecie noszącego imię tego pianisty. Szefem fundacji i dyrektorem festiwalu jest piszący te słowa; fundacja zorganizowała już dwa festiwale, w 2008 i 2011 roku, trzeci zapowiedziano na kwiecień 2013. Działania fundacji cieszą się pełnym poparciem i wielkim uznaniem rodziny Rubinsteinów, artystów, melomanów i krytyków muzycznych. W latach niefestiwalowych fundacja organizuje koncerty, recitale, wystawy, pokazy filmów, wydaje książki, promuje młodych pianistów. Prowadzi aktywną działalność także poza Polską, czego dowodem były Dni Fryderyka Chopina w Rapperswilu (w Muzeum Polskim, 2009 r.), Dni Fryderyka Chopina i Artura Rubinsteina w Paryżu (z koncertem galowym w Salle Gaveau, 2010), kolejny koncert w Paryżu fundacja zorganizowała w Bibliotece Polskiej 14 listopada 2012; wystąpił wówczas młodziutki polski pianista Tomek Ritter, a warto zapamiętać to nazwisko. Ma zaledwie 17 lat, gra na fortepianie od dziesięciu lat, wygrał rok temu konkurs Rubinsteina w Bydgoszczy. Ritter inaugurował będzie z orkiestrą Sinfonia Varsovia III Rubinstein Piano Festival w Łodzi, 22-27 kwietnia 2013. Wspomnieć jeszcze należy, że podczas Rubinstein Piano Festival wystąpili już tacy pianiści, jak: Daniel Barenboim, Garrick Ohlssohn, Emanuel Ax, Aleksander Gawryluk, Kirill Gerstein, Aleksander Korsantia, Siergiej Tarasow, Julianna Awdiejewa, Roman Rabinovich, Anna Fedorova, Marcin Koziak i inni. p

Wy bo ry J e rze go T re li DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

Przegląd Polski

9

JOLANTA CIOSEK

“Często we mnie wszystko się gotuje. ł e Tyle że w środku, do wewnątrz. Natomiast w pracy, podczas prób, jestem daleki od gwałtownych reakcji. Sytuacja musiałaby być naprawdę ekstremalna, żebym dał się wyprowadzić z równowagi – mówi Jerzy Trela, wybitny aktor teatralny i filmowy, który w mijającym roku obchodził jubileusze 70. urodzin i 50-lecia pracy twórczej.

– Prywatnie zdarzało mi się zgrzeszyć i ponieść emocjom. Zawsze niepotrzebnie. Co innego na scenie. Wiele ról zagrałem, wyzwalając z siebie ostateczne stany. Czasami przed rozpoczęciem spektaklu czuję się wyprany z sił, bardzo zmęczony. Wydaje mi się, że nie dam rady. Nie wykrzeszę temperatury koniecznej do grania na emocjach. Choćby w Wielkim kazaniu księdza Bernarda Leszka Kołakowskiego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. A jednak jakimś cudem siła zawsze w końcu przychodzi”. Był jeszcze studentem, gdy za pierwszą dużą rolę – w Pamiętniku wariata, przygotowanym w Teatrze STU – dostał główną nagrodę aktorską na festiwalu w Erlangen. Gdy w 1970 roku po raz pierwszy pojawił się w Starym Teatrze w Królu Mięsopuście, od razu zebrał pochwały; recenzent Tygodnika Powszechnego wprawdzie jeszcze mylił imiona, niemniej pisał: “Bardzo dobrzy są Jan Bińczycki i Józef Trela w rolach Florka i Filipa. Grają kontrastem głosu, fizjonomii, figury”. A potem, po pierwszym odcinku przygód Janosika, trzeba było uśmiercić Bacusia, którym był Trela, by aktor mógł wcielić się w Konrada. Jerzy Trela – artysta gigantycznego talentu o nieograniczonych możliwościach. “Trela to zjawisko. W moim przekonaniu jest to człowiek dotknięty palcem Bożym, nieświadomy wartości swego talentu. Korzysta z niego podobnie jak Aztekowie, którzy złota używali do wyrobu najprostszych narzędzi. Jest szalenie skromny i pokorny. Jurek to zwyczajność przy nadzwyczajności” – powiedział przed laty w Muzeum Historycznym, podczas wernisażu wystawy poświęconej artyście, Jerzy Bińczycki, przyjaciel z teatru. Kilkadziesiąt ról stworzonych przez Jerzego Trelę w Starym Teatrze głęboko wpisuje się w powojenną historię tej sceny. Spotkanie z charyzmatycznym inscenizatorem Konradem Swinarskim – poczynając od roli Piotra w przedstawieniu Żegnaj, Judaszu Iredyńskiego po odkrywające nowe sensy w odczytywaniu romantycznej tradycji kreacje Gustawa-Konrada w Dziadach Mickiewicza i Konrada w Wyzwoleniu Wyspiańskiego – wydobyło i ukształtowało niezwykłą osobowość aktora. Stanisław Wyspiański to autor, który w sposób szczególny wyznaczył miejsce Jerzego Treli w teatrze. Zawsze, gdy aktor wraca do monologu Konrada z II aktu Wyzwolenia – “Chcę, żeby w letni dzień, w upalny letni dzień...” – wypowiedzianego po raz pierwszy w 1974 roku – nasuwa się nieodparte przeświadczenie, że nikomu już się nie uda powiedzieć tekstu Wyspiańskiego z tą siłą prawdy i człowieczeństwa, co temu artyście. Znakomitą szkołę aktorskiego rzemiosła otrzymał Trela pracując pod mistrzowskim okiem Jerzego Jarockiego, który dostrzegł w jego aktorstwie cechy silnie charakterystyczne: świadomy dystans, autoironię, doskona-

Jerzego Trelę jako aktora charakteryzują: świadomy dystans, autoironia, doskonałe wyczucie groteskowego absurdu

wyczucie groteskowego absurdu. Artysta zagrał w kilkunastu przedstawieniach reżysera m.in.: w Szewcach Witkacego, gdzie stworzył groteskową rolę Czeladnika, w słynnym przedstawieniu Wiśniowego sadu Czechowa – jego Jasza bawił pozą “światowca”, arcykomiczne cechy wydobył aktor również z postaci Ziemlanika w Gogolowskim Rewizorze,

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

STYCZEŃ 2013

Powszechnie uważany jest za “chodzący spokój, opanowanie”. Ale jak sam twierdzi, to tylko pozory. “Tylko na najwyższych uniesieniach można robić dobrą sztukę. Jak się robi letnio, to i sztuka wychodzi nijako. Bo kaloryfery nie zawsze grzeją” – powiedział mi z właściwą sobie szczerością. I do dziś wierny jest tej zasadzie – jego aktorstwo było i jest gorące, o czym świadczą jego wielkie role. Jako studentka teatrologii uczestniczyłam Tylko na najwyższych w próbach Życiorysu Krzysztofa Kieślowskiego. Przychodził Jerzy Trela na próby zmęuniesieniach można czony, umordowany i któregoś dnia dosłyszałam: “Cholera, mam dość, a wieczorem jeszrobić dobrą sztukę. cze ten Konrad!”. Wówczas po raz pierwszy Jak się robi letnio, dostrzegłam brutalne zderzenie sztuki z życiem: nieugięty Gustaw-Konrad, wadzący się to i sztuka wychodzi nijako. z Bogiem, i wyczerpany człowiek. “Próby do Bo kaloryfery Życiorysu były mordercze, a wieczorami grałem Konrada w Wyzwoleniu albo w Dziadach nie zawsze grzeją – na zmianę. Byłem normalnie, po ludzku, wy[Jerzy Trela] kończony. Lubię grać, ale chwilami mam dość. Nie jestem zdolny cały oddać się teatrowi. Chcę choćby cząstkę siebie zostawić dla siea wykreowany przezeń Clarin w spektaklu Ży- bie, dla rodziny. A jednak wspominam ten czas cie jest snem Calderona – błazen-filozof, po- z dużym sentymentem. Miałem wtedy konchlebca i tchórz – to niejednoznaczny, zło- takt z wybitnymi reżyserami, o wielkiej pożony typ osobowości. Wieloletnia współpra- tencji twórczej, z własnym widzeniem świaca z reżyserem tak bezkompromisowym, ta: Swinarski, Jarocki, Wajda, Grzegorzewprecyzyjnym, do bólu konsekwentnym jak Je- ski, Lupa, Kutz...”. rzy Jarocki przyniosła po latach fascynujące Ze spektaklem tego ostatniego odwiedzał akkreacje Ojca w Ślubie Gombrowicza i Mefi- tor też rodaków w Nowym Jorku, których bastofelesa w Fauście Goethego – role, w któ- wił w Damach i huzarach Fredry wraz z Anrych świadomy swej dojrzałości artysta nie- ną Polony i Anną Dymną. mal dotyka absolutu. “Teraz, kiedy tak mi wszyscy wypominacie Miałam zaszczyt kilkakrotnie spotykać się tę siedemdziesiątkę, nadszedł czas, by zgodz panem Jerzym. Uwielbiam te spotkania. To nie z wiekiem być na swoim miejscu. Jak na jego zaciąganie “po krakowsku”, ten finezyj- początku, tak i teraz muszę dokonywać wyny dowcip, poczucie humoru... I to poszuki- borów” – powiedział Jerzy Trela podczas nawanie miejsca dla palaczy, bo bez papiero- szej ostatniej rozmowy dodając: “Dużo prasa nasz mistrz żyć nie może. I prośba, zwy- cuję, nieregularnie się odżywiam, mało wykle ta sama: “Tylko nie gadajmy o sztuce, ale poczywam. To jest moje życie – nie potrafię o życiu”. inaczej”. p


10 Przegląd Polski

Ser ce Nie ba

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

STYCZEŃ 2013

RYTMY NOWEGO JORKU – GRAŻYNA DRABIK

wiedzi na wszystkie pytania, i wiem także, że ludzie nie zawsze ich szukają. Po drugie, nie oczekuję, by ręka Boga wstrzymała zło. Nie spodziewam się, że pociecha nadejdzie z daleka. Wierzę, że Bóg jest obecny w tym świecie poprzez nas. I chociaż nadal zmagam się z pytaniem Dlaczego?, niekoniecznie jest to Dlaczego, Boże? Jesteśmy ludźmi i śmiertelni. Cierpimy i umieramy. Lecz jak odnosimy się wzajemnie do siebie w tym cierpieniu i umieraniu stanowi o tym, czy czujemy obecność Boga, czy znajdujemy pociechę, czy nie”. To słowa Kevina O’Neila, księdza z wieloletnim doświadczeniem posługi pasterskiej, często wymagającej od niego obecności przy ludziach, bliskich mu i całkiem obcych, w ich w najtrudniejszych chwilach cierpienia i pytania o sens. Szukała u zaprzyjaźnionego księdza pociechy Maureen Dowd, konfrontując się z dewastacją, jaką przyniósł niektórym dzielnicom Nowego Jorku huragan Sandy, z tragedią w Newtown, Connecticut, i Weber w stanie Nowy Jork. Bezsensowny gwałt jest zawsze straszny. Szokuje jednak i porusza szczególnie, gdy uderza w jakby sielskim otoczeniu, jak te zwykle błogosławione spokojem miasteczka. Kiedy zwrócony jest z premedytacją przeciw dzieciom i przeciw tym, jak wobec strażaków w Weber, którzy niosą pomoc innym. Dowd przywołała słowa ojca O’Neila w swoim felietonie na koniec roku. Przekazuję je dalej, bo i ja znajduję w nich nie pociechę, lecz ziarno mądrości. “Cierpienie rozdziela nas i osamotnia. Jeden ze współczesnych teologów określił współczucie jako wejście w chaos drugiego człowieka. Boże Narodzenie przypomina o łasce Boga, który wszedł w chaos naszego świata w osobie Jezusa, ucieleśnienie miłosierdzia. Nigdy nie było mi łatwo być przy ludziach, którzy cierpią, wejść w chaos drugiego człowieka. A jednak, za każdym razem, gdy to uczyniłem, stało się to dla mnie darem, lepszym niż podarunki w kolorowym opakowaniu, ze wstążeczką. Wychodzę poza siebie, by być obecnym dla innych, jak oni są pełną miłości obecnością dla mnie”. (New York Times, 26 grudnia).

ZDJĘCIE: CORY WEAVER

“WIERZĘ DZISIAJ INACZEJ NIŻ 30 LAT TEMU. Po pierwsze wiem, że nie mam odpo-

Les Troyens Berlioza w Metropolitan Opera

wolną dupką aniołka w sprzeczności z jego poważnym zadaniem. Wspominam te rysunki wyjątkowo czule, bo oglądałam je razem z Elżbietą Witlin, która przepłynęła przez moment przez Nowy Jork, po swojemu pełna dobrego ducha i zachwytów, mimo niełatwej sytuacji zdrowotnej i zawalenia pracą. Właśnie kończy adiustację swoich wspomnień z okresu okupacji w Warszawie, w wersji polskiej (Mantegna to Matisse: Master Drawings from the Courtauld Gallery, do 27 stycznia, The Frick Collection). Berlioz rozrzutnie, przez prawie cztery go* dziny, maluje swoje muzyczne krajobrazy w NA PRZE KÓR DROB NYM TRU DOM CO - operowym eposie o Trojanach. PrzyświadDZIENNOŚCI ORAZ WIELKIM KŁOPOTOM OTO czamy tragicznej świadomości Kasandry, któTRZY PODARUNKI, KTÓRE WIELKOMIEJ- rej ponurych przepowiedni – wspaniale wySKIE BOGACTWO OFERUJE NA NAJBLIŻSZE, śpiewanych przez Deborah Voigt – nikt nie chce słuchać. Przecież Grecy już odpłynęli, JESZCZE ŚWIĄTECZNE DNI. W stosunkowo skromnych salkach w piw- zmęczeni zbyt kosztownym, a bezskutecznicach dawnego domu państwa Fricków moż- nym oblężeniem. Przecież pozostawili drewna obejrzeć jedną z najpiękniejszych wystaw nianego konia w darze na ofiarę dla bogów. bieżącego sezonu. W prostych, a uderzająco Już jesteśmy bezpieczni, chcą wierzyć mieszwyrazistych znakach grafitu lub węgla na pa- kańcy skazanego na zgubę miasta. Tylko Aeneasz (Marcello Giordani) się urapierze, czasem ledwie szkicem, czasem w pełnym precyzji detalu zawiera się tyle niespo- tuje, odpłynie razem z synem i grupą wojowdzianek, że można tam spędzić parę godzin ników przez Morze Egejskie, wzdłuż wybrzeża północnej Afryki, ku południowej Europełnych dobrej zadumy. W niektórych, jak w Portrecie Heleny Fo- pie. W Kartaginie znajdzie schronienie i miurment Petera Paula Rubensa z 1630 r., na- łość. Tu z kolei on przyniesie zgubę miesztychmiast rozpoznajesz rękę mistrza, dobrze kańcom. Ciemna tonacja, w czarno-czerwieniach koznaną z olejnych obrazów. Inne zaskakują tematyką i techniką, jak Sztorm na rzece Schel- stiumów (Anita Yavitch) i wymownej scede z widokiem na miasto Antwerpia, z 1559 nerii (Marja Bjorson) pierwszej części oper. Oto pejzaż morski, prawie jakby ręką van ry kontrastuje z radosną jasnością zasobneGogha, krajobraz odmienny od innych, słyn- go miasta królowej Dido. Na końcu dramanych obrazów Pietera Bruegla Starszego. Sen tycznie zderzą się fale nadziei – Aenesz odMichelangelo wciąga w swoje tajemnice, pe- pływa, by szukać spełnienia swych losów u łen dwuznacznych szczegółów. I marzenie wybrzeży Włoch, z rozpaczą królowej, któto senne i wezwanie na Sąd Ostateczny, z fry- ra woli spłonąć na stosie, niż pogodzić się z

porzuceniem przez ukochanego. (Les Troyens, 1 i 5 stycznia, Metropolitan Opera, Lincoln Center). I wieloznaczna instalacja Ann Hamilton, amerykańskiej artystki znanej z odważnego rozmachu oraz łączenia elementów wizualnych i teatralnych. W dawnej sali marszruty, w ogromnym budynku starej zbrojowni, stworzyła coś w rodzaju scenerii, która zaprasza nas do współuczestnictwa. Biała, jedwabna kurtyna rozdziela salę na dwie części. Z jednej strony dwie osoby siedzące nieruchomo przy stole odczytują szeptem tajemniczy tekst. Towarzyszą im gołębie, w drewnianych klatach, obojętne, zasłuchane, we własnym świecie. W drugim krańcu sali, tyłem zwrócona do kurtyny, siedzi równie jak ci czytający pracowita osoba. Spisuje wrażenia: świat odbity w lustrze, filtrowany przez dźwięki, świat spostrzeżeń i wewnętrznych odczuć. Kurtyna faluje, wprawiana w ruch przez ludzi bujających się na huśtawkach zawieszonych, hen, pod sufitem. Jest w ciągłym ruchu – jak wertykalne fale oceanu, jak oddech kosmosu (Ann Hamilton, the event of a thread, do 6 stycznia, Park Avenue Armory, 643 Park Avenue, przy 68th St.).

nim cyklu w Długim Kalendarzu Majów. Warto więc przypomnieć nasze ludzkie początki według Popol Vuh, ich świętej księgi: Oto historia początku, kiedy jeszcze nie było ani jednego ptaka, ani jednej ryby, ani jednej góry. Było tylko niebo, jedyne i samotne. Było tylko morze, jedyne i samotne… Smutno bogom się zrobiło, że nie było nikogo, kto mógł nazwać ich po imieniu. Zwrócił się więc Kukulkan, Serce Nieba, Pierwszy Ojciec, Twórca i Modelarz, o pomoc do Dziadka i Babci. Dziadek zabrał się do roboty. Lepił, lepił, wylepił z gliny pierwszych ludzi. Postawił na ziemi. Rozbiegli się po łąkach, wzięli do pracy, wylepili pierwsze domki – aż tu deszcz przyszedł. Domki się rozpadły, ludziki rozmyły, zmieszały z gliniastą ziemią. Zabrał się znowu do roboty Dziadek. Strugał, strugał, wystrugał drugich ludzi. Postawił na ziemi. Rozbiegli się po lesie, zbierali gałęzie, już mieli budować pierwsze domki – zaczęli się jednak kłócić. Bili się, tłukli, patyk o patyk, aż się wszyscy rozpadli. Zabrała się do roboty Babcia. Wsypała do michy mąkę kukurydzianą. Pracowicie mieszała, krople potu do michy spływały. Wylepiła ludzi, mężczyznę i kobietę. Postawiła na ziemi. Popatrzył wokół chłopak. Spodo* bał mu się świat. Popatrzyła wokół dziewDZIEŃ 21 GRUDNIA WYZNACZYŁ, JAK czyna. Spodobał się jej świat. Podnieśli oczy, ZWYKLE, KALENDARZOWY KONIEC JESIENI, spojrzeli ku niebu. Piękne było, błękitne. ZaPOCZĄTEK ZIMY. Obudził się szary, deszczo- częli tańczyć, zachwyceni pięknem świata. wy, jakby trochę zmęczony. Potem wichry Zaczęli śpiewać, wychwalając imiona bogów: targały gałęziami drzew, deszcze utrudniały Kukulkan, Serce Nieba... I tak się zaczęła naruch na mieście. Niespokojny dzień zmiany sza ludzka historia ze zwykłej mąki kukurysezonów. Może trudno mu było, bo przecież dzianej, z kropli potu bogów, ze śpiewu w tym roku niósł na swoich barkach ogrom- wdzięczności. ny ciężar. Właśnie w ten piątkowy dzień zaŻyczę nam dobrych początków: 14 b’ak’tun, kończył się 13 b’ak’tun w wielkim, 5125-let- 2013 roku, nowej pieśni. p


DODATEK KULTURALNY nowego

Pojazdy papieskie STYCZEŃ 2013

dziennika

Koniec końców

W Muzeach Watykańskich w dziale pojazdów papieskich pokazano w marcu 2012 roku – w 34. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża – odświeżone auto, w którym papież Jan Paweł II został postrzelony 13 maja 1981 roku.

ZDJĘCIA: Z ARCHIWUM ADAMA BROŻA

Jan Paweł II na terenie miasta i jego okolicach poruszał się czarną limuzyną marki Mercedes. Często wsiadał też do helikoptera, bo był to środek szybszy i tańszy, niewymagający obstawiania dróg przejazdu tysiącami policjantów. Niezależnie od tego, jak mi mówił jeden z polskich członków Sekretariatu Stanu – papież “urywał się” incognito z Watykanu z polskimi księżmi ich normalnymi samochodami. Najczęściej z polskimi tablicami rejestracyjnymi. Zwykle w takich sytuacjach siedział z tyłu, niewidoczny z zewnątrz. Wśród samochodów papieskich zwraca uwagę Citroen Lictoria Sex w amarantowym kolorze ozdobiony doSamochód dotąd nie był eksponowany, a od dawna stano- datkowo chromami w kolorze złotym. Z tyłu znajduje wi obiekt pewnego rodzaju kultu. Jest to Fiat 1107 Nuova się olbrzymi tron papieski, a po bokach specjalne stopCampagnola – auto terenowe przystosowane do przewozu nie, na których papież miał stawiać swoje stopy, by cana krótkich dystansach papieża i osób mu towarzyszących. łowali je wierni. Został ofiarowany Piusowi XI w 1930 Muzeum pojazdów papieskich Padiglione delle Carrozze roku na pamiątkę zawartego słynnego porozumienia miępowstało z inicjatywy Pawła VI w 1967 roku. Prezentuje róż- dzy Watykanem a państwem włoskim z 1929 roku. Nane pojazdy, ale jest także lektyka oraz siodła dla koni i mu- stępca jego – Pius XII – nie chciał jeździć tak luksusołów, na których, począwszy od Aleksandra VI (1492), poru- wym pojazdem; były to zresztą czasy II wojny światoszali się papieże. Karocy zaprzężonych w konie zaczęto uży- wej. Otrzymał więc limuzynę Mercedes 460 Nurburg, wywać od czasów Piusa VII (1801). Samochód po raz pierwszy rysowaną przez Ferdynanda Porsche. Wystawione w muzeum samochody w większości mazostał użyty dopiero w 1938 roku przez Piusa XII. Papieże niekiedy używali kilku samochodów, nie mówiąc już o papa- ją bardzo małe przebiegi, olbrzymie silniki i małe – jak mobilach przeznaczonych do pielgrzymek w innych krajach. na dzisiejsze czasy – osiągi. p

Citroen Lictoria Sex ofiarowany Piusowi XI

11

PIOTR FLORCZYK – LISTY Z LOS ANGELES

ADAM BROŻ

Papamobile, w którym papież został postrzelony

Przegląd Polski

Od trzech dni pada deszcz i ponoć ma padać jeszcze drugie tyle, bo jakiś front atmosferyczny przyplątał się nie wiadomo skąd i bardzo mu się u nas podoba. Aura, przyznam, znakomita do wystawiania ocen semestralnych. Komu “A”, a komu “B”? Tych na “C” lub “D” mam już wytypowanych – z własnej woli postanowili, że nie będą się uczyć i pisać referatów o poezji. Oczywiście próbowałem ich motywować, ale na Elizabeth Bishop, jedną z moich ulubionych poetek, nie reagowali w ogóle, a gdy podsuwałem im tematy pracy, np. o sonetach Paula Muldoona, to zespołowo pukali się w głowy wskazującymi palcami. To było miesiąc temu, a od tamtej pory nie widziałem ich w swoim gabinecie ani razu. “Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”, mawiają u mnie w rodzinie, więc odkładając zawodowe zmartwienia na później, włączam sobie płytę z filmem Koniec i początek. Spotkanie z Wisławą Szymborską, który po sześciu tygodniach podmorskiej żeglugi dotarł do mnie z zakorkowanego smogiem Krakowa. Koniec roku skłania do refleksji nad tym, gdzie się było, co się robiło, jak również do wspominania tych, którzy odeszli na zawsze. Szymborska nigdy nie brała udziału w słynnym, niekończącym się wyścigu garbusów, a i tak słyszę ją głośno i wyraźnie. Film jest zwięzły – żaden bajer o życiu poetki, tylko osobisty portret, pełen dowcipu, mądrości, dystansu do świata i samej siebie. Kraków, Zakopane, Sztokholm. Papieros i lampka koniaku. Szymborskiej na zajęciach nie omawialiśmy, aczkolwiek wspomniałem o jej twórczości przy okazji wykładu o Bishop, bo choć biograficznie nie miały ze sobą nic wspólnego, to poetycko już tak, choćby tę niebywałą zdolność do wyszukiwania detali o sile rażącej. Wisława Szymborska odeszła 1 lutego 2012 roku, ale jej wiersze – na pewno nie Poezja! – są cenione w Stanach, chyba najbardziej spośród wszystkich poetów i pisarzy polskich. Po Noblu niejednokrotnie proponowano jej wielkie pieniądze za występ w Ameryce, ale ona konsekwentnie odmawiała. Szkoda. A tymczasem na basenie mastersi wpadli na pomysł, aby świętować koniec roku treningiem, który wyciśnie z nich siódme poty. Do pięknoduchów nie należą, więc zadanie do Koniec roku skłania do refleksji przepłynięcia nie jest ura czające – wręcz nad tym, gdzie się było, przeciwnie, powieco się robiło, jak również działbym, że jest pado wspominania tych, skudnie monotonne. Tak, pływają kraulem którzy odeszli na zawsze. od ściany do ściany, wzdłuż czarnej linii namalowanej na pokrytym opadniętymi liśćmi dnie, zatrzymując się po stu metrach na nie dłużej niż dziesięć sekund. Żaden trener nad nimi nie stoi. Nikt nie gwiżdże, nie krzyczy. Jak dobrze pójdzie, przepłyną swoje pięć kilometrów w niecałe półtorej godziny, albo i prędzej, bo widzę, że liderzy, znużeni średnim tempem, zakładają płetwy. Chciałoby się powiedzieć: “dajcie sobie spokój, wariaci”, ale oni i one, w zamian za pobłażliwe kiwanie głową, zapraszają do siebie. Mam gdzieś w pudle schowaną filcową naszywkę “Już pływam”, którą wraz z innymi trzecioklasistami otrzymałem w nagrodę po ukończeniu nauki pływania przed laty w Polsce, ale czy dam radę jeszcze pływać, i to na ich poziomie, kiedy stuknie mi pięćdziesiątka i będę w tym wieku co oni teraz? Co więcej: co sądzić o tym, że oni tak ciężko trenują po to, by móc całą grupą wybrać się po treningu na piwo i frytki. No właśnie, co tu zrobić z noworocznymi postanowieniami? Piwo i frytki pasują do siebie jak ulał, ale ruszać się trzeba, więc polecam ten niesamowity deal, bijący na głowy codzienne spacery wokół własnej posesji czy wypad na śmierdzącą potem siłownię. Ponadto przed snem obowiązkowa lektura, najlepiej wierszy, a nie powieści, bo świat jest już pełen przeróżnych zmyśleń i bajek. Na deser jedna lub dwie randki w tygodniu – najlepiej z żoną lub mężem, partnerką lub partnerem, a ostatecznie z osobą przypadkowo poznaną w metrze czy autobusie. Jeśli chodzi o pieniądze – ulubiony temat Polaków, ba, całej ludzkości – to proszę nie zapomnieć o tych najbardziej potrzebujących, czyli pieskach reksiach, kotkach alach oraz chomikach wojtusiach. Czteronożny przyjaciel potrafi być wymagający – przy podejmowaniu decyzji należy pomyśleć o konsekwencjach, czyli kupach, sikach oraz workach z trocinami. Ale co tam, piękno noworocznych postanowień polega też na tym, że można postanowić, że nie będzie żadnych postanowień. Waga ciała – jest jeszcze zapas. Wzrost – sorry, Panie i Panowie, tutaj raczej nic nie wskóramy. Nowa praca? Powodzenia! A może więcej czasu dla siebie? Chyba nie muszę nikomu przypominać, że czasu z rok na roku nam ubywa, więc dream on, dream on. W efekcie jedynym postanowieniem, jakie od lat przypada mi do gustu, to wmawianie sobie, że wszystko jest git i super. Kropka. A kto w ten sposób podchodzi do życia, zasługuje co najmniej na A+. p


Ze świata kultury 12 Przegląd Polski

DODATEK KULTURALNY nowego

dziennika

STYCZEŃ 2013

notatnik styczniowy LINCOLN CENTER,

Avery Fisher Hall, NY www.salutetovienna.com 1 I Salute to Vienna – noworoczny koncert prezentujący walce i polki Straussów oraz arie z operetek; godz. 2:30 ppoł. 16 I Koncert Nowojorskiej Orkiestry Symfonicznej pod dyr. Lorina Maazela z udziałem pianisty Yefima Bronfmana; w programie: I Koncert fortepianowy Brahmsa i Druga symfonia Sibeliusa; godz. 9:45 rano 20 I Koncert Budapeszteńskiej Orkiestry Festiwalowej pod dyr. Ivana Fischera; solistka – Janine Jansen (skrzypce); w programie: Suita jazzowa Szostakowicza, Serenada Bernsteina i Symfonia nr 2 Rachmaninowa; godz. 3:00 ppoł.

ZDJĘCIE: PAP/MACIEJ KULCZYŃSKI

CARNEGIE HALL

“Madonnę pod jodłami” Lucasa Cranacha Starszego z początku XVI w. można oglądać od 28 grudnia 2012 r. w Muzeum Archidiecezjalnym we Wrocławiu. Dzieło po drugiej wojnie światowej ukradł z katedry wrocławskiej i wywiózł do Berlina niemiecki duchowny. Dzięki staraniom Ministerstwa Spraw Zagranicznych – po prawie 70 latach powróciło w lipcu tego roku do Polski, a teraz zostało udostępnione dla zwiedzających. Jest jednym z dziesięciu najcenniejszych obrazów znajdujących się obecnie w naszym kraju. 24 grudnia na zamkniętym pokazie obraz obejrzeli mecenasi, dzięki którym przygotowano ekspozycję, a jego odsłonięcia dokonali metropolita wrocławski, biskup Marian Gołębiewski oraz minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

ku przed naszą erą. To właśnie Echnaton wprowadził w Egipcie kult jednego boga – W wieku 104 lat zmarł w Brazylii jeden Atona. Do dziś perfekcyjnie wykonane poz najwybitniejszych architektów Oscar Nie- piersie królowej jest symbolem starożytnemeyer. Największą sławę przyniosły mu fu- go kanonu piękna. Z okazji setnej rocznicy turystyczne budynki rządowe w Brasilii, któ- odkrycia berlińskie Neues Museum zorgare zaprojektował w latach 60. Wypracowa- nizowało wystawę archeologiczną, na któny przez niego styl nazywany jest brazylij- rej zgromadzono ponad 400 przedmiotów skim modernizmem, a jego budowle charak- znalezionych podczas wykopalisk: ceramiteryzują się płynnymi, zakrzywionymi linia- kę, biżuterię, fragmenty posągów i elemenmi. Niemeyer twierdził, iż w ten sposób pra- tów architektury oraz słynne popiersie. Wygnął złożyć hołd ciału brazylijskiej kobiety. stawa potrwa do połowy kwietnia. Od lat W roku 1988 otrzymał prestiżową Pritzker rząd Egiptu próbuje bezskutecznie odzyskać Prize. Pozostawił po sobie ponad 600 bu- zagrabione arcydzieło. dynków na całym świecie. Jego ostatnim dzieBAJKA PANA ANDERSENA łem było Międzynarodowe Centrum KultuW Archiwum Narodowym w Funen nary w hiszpańskim mieście Avilés. Natomiast w Kalifornii pożegnano wybitnego muzyka trafiono na kopię rękopisu nieznanego opoi kompozytora Raviego Shankara. Dzięki nie- wiadania Hansa Christiana Andersena pod mu Zachód poznał muzykę indyjską, w tym tytułem Łojowa świeca. Jego bohaterką jest indyjskie ragi. The Beatles nazywali go oj- biedna, brudna i zapomniana świeca, któcem chrzestnym muzyki światowej. Shan- rej wewnętrzne piękno odkrywa dopiero stakar był ojcem Anoushki, która często towa- re pudełko zapałek. Eksperci twierdzą, iż rzyszyła mu podczas koncertów, i Nory Jo- krótka bajka powstała w licealnych latach nes, amerykańskiej piosenkarki jazzowej. duńskiego pisarza. “To sensacyjne odkrycie – powiedział Ejnar Stig Askgaard z OdenTURNER se Museum. – Jest to prawdopodobnie pierwLaureatką kontrowersyjnej w świecie sztu- sza bajka napisana przez Andersena i doki Nagrody Turnera 2012 została Elizabeth wód na to, że już jako młody człowiek inPrice. Jury nagrodziło ją za cykl instalacji teresował się tym gatunkiem literackim”. wideo będących połączeniem obrazów, LA SCALA – NOWY SEZON dźwięków i tekstów zaczerpniętych z filmowych reklam, klipów muzycznych, grafik i Inscenizacją opery romantycznej Richarfilmów historycznych. Prace Price i trzech da Wagnera Lohengrin rozpoczął się nowy pozostałych finalistów oglądać można w Ta- sezon w mediolańskiej La Scali. Spektakl, któte Britain do 6 stycznia. ry trwał prawie pięć godzin, reżyserował Claus Guth. Orkiestrą dyrygował Daniel BarenboPORWANA NEFRETETE im. Na widowni pojawił się premier Włoch W grudniu 1912 roku archeolog Ludwig Mario Monti, ale z powodu śnieżycy nie doBorchardt odkrył w ruinach domu rzeźbia- tarło do La Scali wielu przedstawicieli bizrza Tutmozisa w Amarnie popiersie królo- nesu i polityki. Przed teatrem demonstrowawej Nefretete, które wywiózł do Niemiec. li przeciwnicy drastycznych cięć na cele spoNiezwykłej urody Nefretete była żoną fa- łeczne. Najdroższe bilety na przedstawienie raona Echnatona, który panował XIV wie- osiągnęły cenę ponad trzech tysięcy dolarów.

POŻEGNANIA

ROSYJSKI TURNER Rosyjskim odpowiednikiem brytyjskiej Nagrody Turnera jest Nagroda Kandinskiego. W grudniu wyróżnieniem w wysokości 52 tysięcy dolarów uhonorowano ex aequo Griszę Bruskina za cykl stu rzeźb zatytułowany H-Hour, którego tematem jest mit wroga i nienawiści, oraz grupę AES+F za instalację wideo Allegoria Sacra – będącą współczesną interpretacją piekła, nieba i czyśćca. Prace wyróżnionych artystów wystawiono w dawnym moskiewskim kinie Udarnik.

FILMOWY KONIEC ROKU Nagroda Louis Delluc przyznawana przez francuskich krytyków przypadła niespodziewanie dramatowi historycznemu Żegnaj, królowo, którego reżyserem jest Benoit Jacquot. Film, oparty na powieści Chantal Thomas, ukazuje przyjaźń łączącą Marię Antoninę (w tej roli Diane Kruger) z młodziutką służącą Sidonie Laborde w pierwszych dniach rewolucji francuskiej. Natomiast na festiwalu Europacinema we włoskim mieście Viareggio triumfował dramat Wojciecha Smarzowskiego Róża. Akcja filmu z udziałem Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy toczy się na Mazurach po II wojnie światowej.

KATEDRA Paryska katedra Notre Dame świętuje 850. rocznicę powstania. Stąd wyruszały XII-wieczne krucjaty, tu Joanna d’Arc uznana została za świętą. Podczas rewolucji francuskiej budowla została poważnie zniszczona. Kilka lat później, w 1804 roku, Napoleon ogłosił się w niej cesarzem. Piękno katedry i jej historię opisał w Dzwonniku z Notre Dame Victor Hugo. Z okazji jubileuszu w katedrze do listopada wysłuchać będzie można 25 koncertów muzyki religijnej, symfonicznej i chorałów gregoriańskich. MAŁGORZATA MARKOFF

www.carnegiehall.org 881 7 Ave., NY 14 I Ósma symfonia Mahlera w wykonaniu Canterbury Choral Society; godz. 8:00 wiecz. 24 I Recital Radu Lupu; w programie utwory: Schuberta, Francka i Debussy’ego; godz. 8:00 wiecz. 27 I Recital Renee Fleming, Susan Graham i Bradley Moore’a; w programie pieśni: Saint-Saensa, Faure’a, Debussy’ego, a także utwory Berlioza i Offenbacha; godz. 8:00 wiecz.

RICHARD RODGERS THEATRE 226 W. 46 St., (pomiędzy 7 a 8 Ave.) 17 I Kotka na gorącym blaszanym dachu Tennessee Williamsa; w roli głównej Scarlett Johansson, partneruje jej Benjamin Walker; godziny przedstawień w zależności od dnia

METROPOLITAN MUSEUM OF ART metmuseum.org/ 1000 5th Avenue, NY 22 I Otwarcie wystawy Ścieżką natury. Francuskie malarstwo z kolekcji Wheelocka Whitneya z lat 1785-1850.

FRICK COLLECTION 1 E. 70 St., NY 23 I Precyzja i splendor: Zegary i zegarki z kolekcji Fricka. Wystawa przedstawiająca czasomierze wyprodukowane w latach 1500-1830 (do 2 lutego)

PIERPONT MORGAN LIBRARY 29 E. 36 St., NY 25 I Drawing Surrealism – otwarcie wystawy surrealistycznych rysunków: Maxa Ernsta, Joana Miro, Salwadora Dali (do 21 kwietnia)

Holy Trinity Roman Catholic Church 213 W. 82 St., NY 30 I Koncert utworów J.S. Bacha; udział biorą studenci Julliard School of Music; godz. 1:00 ppoł.

NJPAC Newark, NJ njpac.org 1 Center St. Newark, NJ 4,6 I Winter Festival Concert: The Planets – New Jersey Symphony Orchestra pod dyr. Jacques’a Lacombe; w programie: Tippet – Symphony No. 4, Holst – The Planets; 4 I godz. 8:00 wiecz., 6 I godz. 3:00 ppoł. 10 I Koncert skrzypka Yo-Yo Ma z New Jersey Symphony Orchestra pod dyr. Antoniego Wita; w programie: Elgar – Enigma Variations, Ravel – Bolero; Elgar – Cello Concerto (Yo-Yo Ma); godz. 7:30 wiecz. 19 I Budapest Festival Orchestra pod dyr. Ivana Fischera; w programie utwory: Szostakowicza, Rachmaninowa, Bernsteina; godz. 8:00 wiecz. 26 I Winter Festival Concert – New Jersey Symphony Orchestra pod dyr. Jacques’a Lacombe; w programie: Czajkowski – The Tempest Fantasy-Overture, Sibelius – The Tempest, Beethoven – Symphony No. 6, “Pastoral”; godz. 8:00 wiecz.

STATE THEATRE, NJ statetheatrenj.org 15 Livingston Ave., New Brunswick, NJ 1 I Giselle – prezentacja Royal Ballet w HD na dużym ekranie z Royal Opera House w Londynie; godz. 2:00 ppoł. 5 I New Jersey Symphony Orchestra pod dyr. Jacques’a Lacombe; w programie: Tippet – Symphony No. 4, Holst – The Planets; godz. 8:00 wiecz.


Nowy Dziennik 2012/12/28 Przegląd Polski