Page 1

nowy dziennik

WEEKEND

NUMER 680

| 29 WRZEŚNIA 2012

STRONA 10

WIELKA NINA STRONA 3-6

TEMAT TYGODNIA:

STRONA 7

STRONA 9

STRONA 16

STRONA 18

NAJNIEBEZPIECZNIEJSZE AUTA PROSTO JAJECZNICA LUBIĘ TO, MY, DOMATORZY MIASTO ŚWIATA Z PARYŻA Z KOSMITAMI CO ROBIĘ


2

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c

FELIETON JANKA

d

BADZIEWIE

Badziewie, śmiecie, tandeta, niepotrzebne, brzydkie rzeczy. Zaśmiecają ziemię, szpecą krajobraz, podkreślają biedę. Są zarazem przejawem szukania szczęścia, przyjemności, wygodniejszego życia.

kupowania badziewia. Można je jednak w sumie sprowadzić do jednej teorii: ludzie biedni, samotni i nieszczęśliwi kupują cokolwiek, aby się pocieszyć. Czekoladą czy tanim piwem – albo narkotycznym syropem na kaszel – pocieszą się od razu. Ale plastikowym zegarem z kukułką? Tu wytłumaczenie przychodzi mi trudniej. Może zawsze chcieli kupić zegar, ale w ich

BADZIEWIE CHIŃSKIE, I CORAZ CZĘŚCIEJ Z WIETNAMU CZY LAOSU, WKRACZA I DO TYCH NAJBIEDNIEJSZYCH REJONÓW ŚWIATA. STAJE SIĘ ON PRZEZ TO BRZYDSZY. Z DRUGIEJ STRONY... Redaguje Jan Latus (212) 594-2266 w. 115. Stali współpracownicy: Bożena Chlabicz, Marian Chlabicz, Stanisław Kokesz, Monika Śliż, Piotr Milewski, Piotr Powietrzyński, Magdalena Wypych, Zuzanna Ducka-Lubas. Piszą z Polski: Łukasz Dziatkiewicz, Przemek Gulda, Katarzyna Krawczyńska, Ewa Śródka, Daniel Wyszogrodzki.

WEEKEND

gar za ładny a nawet – za dowód ich bogactwa. Udoskonalenie produkcji przemysłowej, przelicznik dolara do yuana, no i ten tajemniczy, darmowy transport frachtowcami spowodowały, że coraz więcej rzeczy jest w zasięgu możliwości finansowych przeciętnego człowieka. Czynsz, samochód, szkoła dla dzieci, leczenie, to zupełnie inne kategorie. Ale dżinsy? Komplet garnków? Aparat cyfrowy a nawet telewizor i laptop? Te rzeczy są dziś tanie. W niejednym kraju (np. w PRL-u) dżinsy były, w innych nadal są, obiektem pożądania. Atu? Trzy godziny pracy i prask – spodnie na przecenie. Na telewizor oszczędzało się miesiącami i nie był to jakiś plazmowy Samsung, tylko lampowy, czarno-biały Szmaragd. Dlatego lud prosty nie może się wprost nacieszyć takimi drobnymi zakupami. Idą do sklepu i kupią sobie: garnki, leżak, wentylator, tenisówki. Nie zdajemy sobie sprawy, w jakiej biedzie ludzie ciągle żyją na innych kontynentach. Gdy przyjadą do Stanów, nie sarkają, że ten zegarek jest nieznanej im marki, ponieważ nie znają żadnych marek zegarków i nie wiedzą, że dżinsy Diesel są bardziej prestiżowe niż Wrangler. Dla nich są to prawdziwe, amerykańskie dżinsy, i równie dobre. (Chyba mają tu rację.) Żyli w tropikach, bez klimatyzacji, czasem z przerwami elektryczności, chodzili boso, pracowali ciężko na roli aby wyżywić rodzinę, i to bynajmniej nie stekami. Poziom życia w wielu krajach podnosi się, ale ciągle takich, jak wyżej opisałem ludzi, są setki milionów. Badziewie chińskie, i coraz częściej z Wietnamu czy Laosu, wkracza i do tych najbiedniejszych rejonów świata. Staje się on przez to brzydszy. Zachodni turysta szukający tubylców okrytych kolorowymi piórami, tańczących wokół ogniska na tle pięknych gór, widzą zamiast tego tubylców w chińskich, plastikowych klapkach, siedzących nie na ławach lecz plastikowych ogrodowych krzesełkach, chłodzących się wentylatorem, pijących wodę z – znowu plastikowych – butelek. Pryska czar dziewiczych terytoriów, zanika ich estetyczna koherentność. Nie podoba się to turystom. Ale autochtoni po prostu cieszą się, że nie chodzą już boso i że wiedzą, która jest godzina. Tak jak cieszą się ich krewni, którym udało się wyjechać do Ameryki i dogadzają sobie zakupami w One Dollar Store. JAN LATUS ZDJĘCIE: ARCHIWUM

Badziewie (to stosunkowo nowe słowo i slangowe, ale jakoś mi tu najbardziej pasuje) znaleźć można na przykład na Manhattanie, w każdym razie w jego tańszych dzielnicach, także na Brooklynie i Queensie. W sklepach 99 Cents, Dollar Store itd. znaleźć można towary, których wspólnym mianownikiem jest niska cena, choćby ten symboliczny dolar. Przeterminowane puszki sardynek leżą koło zupełnie scukrzonych miodów. Zupy w proszku o skomplikowanym składzie chemicznym sąsiadują z błyskawicznie rozlatującym się papierem toaletowym, mydłem o zapachu mydła „Z Jeleniem”. Bransoletki z różowego plastiku, pozłacane zegary z wytłoczki z tworzywa. Aż się wierzyć nie chce, że dolar ma ciągle tak wielką siłę nabywczą. Owszem, te rzeczy produkuje się taśmowo, a składają je za centy za godzinę jakieś podrostki wAzji, ale w końcu ktoś musi to zaprojektować, opracować technologię produkcji, wycenić, potem zapakować, wsadzić do kontenera, przewieźć statkiem na drugi kraniec świata. Wszystko po to, aby ktoś kupił rzecz brzydką, niskiej jakości – i niepotrzebną. Dużo bowiem w takich sklepach zbędnych rzeczy. Kto naprawdę musi mieć wachlarz, album na tysiąc zdjęć, lampkę do oświetlenia książki czytanej w łóżku, plastikowe futerały na płyty kompaktowe, komplet zakładek na książki, stojaki na przyprawy, błyszczące niczym prawdziwe srebro komplety do jajek na miękko i doskonale imitujące inkrustowaną kość słoniową pałeczki do sushi? Ale ludzie to kupują. Nie bogacze – oni też kupują rzeczy niepotrzebne, ale drogie, ładne w dobrym gatunku i prestiżowych marek. Bogaci kupują bibeloty i gadżety, aby się dowartościować i sprawić sobie przyjemność. Biedni kupują badziewie – ale z tych samych powodów. Istnieje dużo psychologicznych uzasadnień

kraju był to wielki wydatek? A tu, proszę, muszą pracować na trzy etaty aby zapłacić czynsz. Za te 6 czy nawet 12 dolarów za godzinę nie uskładają na BMW, torebkę Prada, zegarek Omega. Ale mogą sobie kupić zegarek na ulicy, ze stolika, za pięć dolarów. Ten zegarek nawet nieźle wygląda, firma ma francuską nazwę, a pudełko wykładane jest atlasem. Nie wstyd taki zegarek dać mężowi na rocznicę ślubu albo posłać do rodziny w Meksyku. A jej mąż kupuje pewnie, ze stolika obok, też za pięć dolarów, perfumy dla żony, w ładnej buteleczce, nazwane zwodniczo Kalvin Clein albo Christina Dyor. Dodajmy tu, że wiele ludzi po prostu nie ma wykształconego gustu. To nie Niemcy czy Szwedzi otoczeni od dzieciństwa elegancką architekturą, pięknym design, wyrafinowaną technologią. Z braku porównania uznają złoty ze-

REKLAMUJ SIĘ W WEEKENDZIE.Dział Reklamy i Marketingu, Dyr. Delfina Kozimor: Tel: 212-594-2266 wew. 304; Fax: 212-594-5538; e-mail: displays@dziennik.com. (Wydawca nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych ogłoszeń). The Publisher disclaims any liability for the content of any advertisement appearing in this magazine. Piszcie listy do: jl@dziennik.com

NA OKŁADCE: NINA POLAN

ZDJĘCIE: BART SADOWSKI


nowy dziennik

WINO NA WEEKEND

WZGÓRZA RODANU

WEEKEND

c

POLSKA NA ZIMNO

| 29 WRZEŚNIA 2012

3

d

NIE MA JAK W DOMU MARIAN POLAK Magda Gessler, restauratorka kształtująca w mediach kulinarne upodobania Polaków, uważa, że to wina rodzimej gastronomii – bylejakości, nudy i porażającego braku wyobraźni.

Są to wina białe wytrawne i słodkie, czerwone lekkie, czerwone mocne i pełne, różowe musujące, naturalne słodkie, a więc oszałamiająca znawców symfonia barw, bukietów i smaków. Rejon jest podzielony na dwa okręgi: północny i południowy, różniące się rodzajem gleby oraz odmianami winogron. Z okręgu północnego pochodzą słynne czerwone wina: wyborne Côte Rôtie, o ciemnej rubinowej barwie, śladach fiołka w bogatym bukiecie i śladach malin w smaku oraz również czerwone Hermitage, pełne, z pewną delikatnością i miękkością w smaku i o pięknym bukiecie, z ledwo wyczuwalnym zapachem irysa. W okręgu południowym najbardziej znanymi winami są: słynne czerwone Chateauneuf du Pape, o głębokiej barwie czerwonej, pełne w smaku i szybko dojrzewające oraz różowe Tavel, produkowany z odmiany Grenache, a uchodzące za najlepsze wino różowe Francji. Jest to wino lekkie i świeże w smaku; najlepsze – chłoJL dzone.

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

Wzgórza Rodanu, inaczej: Côtes du Rhône to rejon winiarski obejmujące winnice położone na pagórkach obydwóch brzegów rzeki Rodanu. W żadnym rejonie francuskim nie spotyka się takiej rozmaitości różnego typu win jak tutaj.

Magdalena Gessler

Zdaniem autorki „Kuchennych rewolucji” za tym, że zdecydowana większość rodaków zamiast stołować się na mieście woli schabowego z kapustą z własnej patelni, stoją nie tylko ceny, które owszem, w kryzysie rzeczywiście mogą odstręczać mniej zasobnych klientów. W jej ocenie to także problem upartego trwania restauratorów przy pomidorowej i pulpetach, które potrafi przyrządzić sobie bez problemu nawet największe kulinarne beztalencie. Dowód? Choćby pustki w przeróżnych Karczmach Regionalnych i tłumy w modnych barach sushi. Które też bywają przecież różne, a jednak popyt na surowe ryby i zimny ryż owinięty w gnijące wodorosty wcale nie maleje. Pani Magda ma więc pewnie trochę racji. Ale tylko trochę. Spadek zainteresowania ofertą firm gastronomicznych to również kwestia innej nowej mody – na „domówki”. W tym miejscu należy zrobić zastrzeżenie, że mówimy o domówkach dla dorosłych. Dla młodzieży bowiem pod tym pojęciem kryje się impreza o charakterze klubowym, tyle że organizowana prywatnie, gdzieś w dużym domu na przedmieściach. Ostatnio głośno było na przykład o domówce w Markach, na której bawiło się ponad tysiąc osób. To wyczyn na miarę głośnego rekordu pobitego za czasów Peerelu, kiedy to wielka gromada młodych ludzi

upchała się w mało przestrzennym wnętrzu do małego fiata. No ale takie rekordy, jakie czasy. Domówka w drugim znaczeniu to spotkanie w gronie znajomych połączone z degustacją, z tym, że nie w lokalu gastronomicznym, choćby najwyższej kategorii, tylko w domowej kuchni. Paradoksalnie, do upowszechnienia się tego nowego obyczaju przyczyniła się między innymi właśnie pani Magda. Gotując na ekranie i uwrażliwiła rodaków na rozkosze podniebienia, narobiła im apetytu na egzotyczne potrawy i smaki, ale też przekonała, że gotować każdy może, że mieszać w garnkach wypada po prostu umieć i że gotowanie może być czynnością towarzyską. Tak więc się gotuje. Zaproszeni na domówkę goście nie przychodzą na gotowe, a spotkanie, choć połączone z degustacją, nie jest wcale zasiadanie. To znaczy owszem, siada się do kolacji, ale najpierw trzeba ją sobie przygotować. Przyjęcie jest więc niejako składkowe, z tym, że nie przynosi się na nie domowych specjałów własnej roboty, ale wszystko szykuje się już na miejscu. Gospodarze zapewniają kuchnię z wyposażeniem i to, co może się przydać a zazwyczaj jest pod ręką, na przykład przyprawy. Czasami oferują też surowce. Gotują jednak wszy-

WSPÓLNE GOTOWANIE INTEGRUJE I STANOWI DOSKONAŁA ALTERNATYWĘ DLA NIEZDROWEGO POD WIELOMA WZGLĘDAMI PRZESIADYWANIA GODZINAMI PRZY STOLE.

scy zebrani, robiąc co kto potrafi najlepiej. Niektórzy trenują już wcześniej w zaciszu własnej kuchni, wpatrzeni w książkę kucharską lub – coraz częściej – telewizor. Wspólne gotowanie integruje i stanowi doskonała alternatywę dla niezdrowego pod wieloma względami przesiadywania godzinami przy stole. W ten sposób spędza się czas konstruktywnie, aktywnie i kreatywnie, a do tego w towarzystwie przyjaciół. Potem, przy kolacji, jest też i czas na długie (no, może trochę krótsze) rodaków rozmowy. Przy okazji poprawiają się też, wyrabiają oraz sublimują narodowe upodobania kulinarne.

Niektórzy domorośli kucharze tak upodobali sobie mieszanie w garnkach, że wchodzą w rolę profesjonalnych szefów kuchni i zapraszają do siebie na kolacje już nie tylko przyjaciół czy znajomych, ale zupełnie obcych ludzi, którzy z kolei wolą wybrać się w gości, niż spędzić wieczór w jakimś znanym lokalu. Bo to i za każdym ra-

zem nowa, nieoczekiwana lokalizacja, i nietypowe, rzadko spotykane w firmowych menu smaki i potrawy, i – co oczywiste – domowa atmosfera gratis. Ta gastronomiczna kontrkultura to temat dla fachowców od antropologii kulturowej i w ogóle interesująca nowa forma życia towarzyskiego, która zakwestionowała stosunkowo ostry wcześniej podział na publiczne i prywatne formy socjalizacji. Tyle tylko, że wyraźnie cierpi na tym profesjonalna gastronomia. Restauratorzy są jednak sami sobie winni. Zazdroszczące medialnej sławy innym celebrytom, zamienili chochle na mikrofony i uczą gotować na wizji, to i naprodukowali domorosłych kucharzy, więc ich lokale świecą teraz pustkami. Potencjalni klienci Magdy Gessler zamiast w firmowej restauracji wolą ją bowiem oglądać w telewizji. A do miasta wychodzą na sushi. &


4

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c AMERYKA NA GORĄCO d

HOME, SWEET HOME? BOŻENA CHLABICZ

Wprawdzie nie potwierdzi tego żaden językoznawca, ale słowo domator z lingwistycznego punktu widzenia stanowi skrót dwóch innych słów – dom oraz amator.

ILUSTRACJA: ARCHIWUM

Domatorów jest w ten sposób znacznie więcej, niż zwolenników spędzania wolnego czasu w fotelu przed telewizorem, bo któż, zwłaszcza mieszkając w bloku czy kamienicy, chociaż czasami nie marzy o małym domku z ogródkiem na cichych przedmieściach. W wizjach lokatorów m-ileś, zwłaszcza tych z wielkomiejskich blokowisk, taki domek to oaza spokoju w oceanie zieleni, wolna od wszelkich uciążliwości metropolii – tłoku, hałasu, wiszącego w powietrzu smogu, korków i drożyzny. No i od ciasnoty, bo tylko nieliczne apartamentowce oferują większe metraże i wyższe standardy. O ile jednak metrów i marmurów można sobie dokupić za dodatkową opłatą, to żadne pieniądze nie ochronią właścicieli mieszkań od największej zmory bloków i kamienic – uciążliwych sąsiadów. Niby istnieją, zwłaszcza w co-opach, regulaminy i kary umowne za zakłócanie spokoju, ale przepisy sobie, a rzeczywistość sobie. A zresztą – cóż poradzić na psy, dzieci, kanarki, zmywarki czy śmieciarki pod oknami. Co innego własny dom na przedmieściu. Przecież czego jak czego, ale na pewno nie będzie tam sąsiadów z piętra wyżej, od rana do rana słuchających wzmocnionego subwooferem hip-hopu! Święty spokój, większy metraż, wyższy standard i własny ogród (taras, basen, garaż) ma jednak swoją cenę, i bynajmniej nie chodzi wyłącznie o pieniądze, bo byle mieszkanie na Manhattanie potrafi kosztować tyle, co dwa domy w New Jersey. Oczywiście idąc na swoje trzeba się liczyć z wyższymi niż w przypadku M- ileś opłatami eksploatacyjnymi (ogrzewanie, woda etc) i podatkami od nieruchomości. Ale do wydatków na domek w sielskiej okolicy trzeba jeszcze doliczyć koszty transportu, i to bynajmniej nie tylko wtedy, kiedy na wieś przeprowadza się rodzina złożona z pracujących dorosłych oraz trójki dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Dojazdy do biura i do szkoły to jedno, ale na przedmieściach nie da się załatwić na piechotę właściwie niczego. Wszędzie, nie tylko na pocztę, po sprawunki czy do lekarza, ale nawet po przysłowiowe zapałki, trzeba się będzie wyprawiać samochodem. Wyjście dokina, znajomych czy wogóle gdziekolwiek też oznacza w tych okolicznościach całą wyprawę. Wyprowadzka za miasto mnoży więc dodatkowe koszty w postaci auta

(zwykle nawet dwóch aut) oraz benzyny. To w sensie finansowym, ale trzeba się jeszcze przygotować na koszty, by tak rzec, moralne. Przedmieścia kosztują bowiem sporo… czasu. Chodzi o te godziny, które traci się w korkach na autostradzie i w pociągu (a dojechać trzeba wszędzie) oraz weekendy spędzone na koszeniu trawnika, czyszczeniu basenu, malowaniu płotu, sprawdzaniu stanu rynien, pielęgnacji ogrodu oraz myciu dwustu metrów kwadratowych podłóg i dziesięciu okien. To także te dodatkowe pół godziny snu mniej o poranku

(korki) i półtorej dodawane do każdej rodzinnej wyprawy do miasta, bo przecież trzeba tam najpierw jakoś dojechać, a potem wrócić. Po kilku, najdalej kilkunastu latach wyjazdy ogranicza się więc do niezbędnego minimum, na czym traci zdecydowanie rozwój zainteresowań (poza tymi, które można kultywować nie wychodząc z domu) oraz życie towarzyskie. Ubywa więc rozrywek, poza tymi, które da się zorganizować w nieodległej okolicy, za to przybywa obowiązków, bo właściciel domu z konieczności musi się zajmować tysiącem

PRZEPROWADZKA W USTRONNE OKOLICE NAJBARDZIEJ DAJE SIĘ WE ZNAKI LUDZIOM Z METROPOLII. PO CHWILOWYM ZAUROCZENIU CISZĄ, ZIELENIĄ I SPOKOJEM ZACZYNAJĄ TĘSKNIĆ ZA GWAREM WIELKIEGO MIASTA, A W ICH ŻYCIE WKRADA SIĘ POWOLI OBEZWŁADNIAJĄCA NUDA. I – WBREW POZOROM – ZMĘCZENIE.

spraw, które normalnie załatwia zarządca kamienicy. Poza tym trzeba jeszcze kosić trawniki, dbać o stan techniczny domu, a zimą odśnieżać posesję. Można to wszystko zlecić komuś za opłatą, co jednak nie zwalnia od myślenia o pilnowaniu terminów, użerania się z fachowcami i stawiania czoła nieprzewidzianym okolicznościom w rodzaju pękniętej rury czy awarii ogrzewania. Sielski obrazek z malowniczym domkiem na przedmieściach w roli głównej zmienia więc kolorki na nieco mniej pastelowe. Przeprowadzka w ustronne okolice najbardziej daje się we znaki ludziom z metropolii. Po chwilowym zauroczeniu ciszą, zielenią i spokojem zaczynają tęsknić zagwarem wielkiego miasta, a w ich życie wkrada się powoli obezwładniająca nuda. I – wbrew pozorom – zmęczenie. Na koniec amatorzy domów na przedmieściach odkrywają jeszcze zwykle, że psy, kanarki i dzieci zdarzają się także na najgłębszej prowincji i są równie głośne jak te z Manhattanu. A śmieciarki hałasują w sumie nawet mniej, niż kosiarki. &

REKLAMA

AIR TOUCH DENTAL BROTHERS, PC Gwarantujemy wysokà jakoÊç us∏ug dla ca∏ej Rodziny • Leczenie kana∏owe • Koronki i mostki • Implanty • Bia∏e plomby • Wyjmowane ca∏kowicie albo cz´Êciowe protezy • Usuwanie z´bów • Leczenie paradontozy

100 % STERYLIZACJA

1 godzina w gabinecie wybielania z´bów

ORTODONTA

Prostowanie z´bów przez wyjmowany aparat

Pi´kny uÊmiech po 2 wizytach • Bez borowania • Bez zastrzyków • Bez bólu Najskuteczniejsza metoda leczenia na: krzywe, ukruszone, zabarwione i odbarwione z´by oraz odst´p mi´dzy z´bami

OTWARTE W NIEDZIEL¢

203 Nassau Ave., Greenpoint B’klyn NY 11222 (pom. Humbold St. & Russel St.) (718) 383-1270


nowy dziennik

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

5

KTÓRE NARODY SĄ DOMATORAMI?

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

c PODRÓŻE NIE NA WEEKEND d MARIAN CHLABICZ

O tym, że obyczaje towarzyskie w znacznej mierze zależą od charakteru narodowego nie trzeba przekonywać nikogo, kto choćby przez chwilę mieszkał w Stanach w wielokulturowej dzielnicy, a zwłaszcza w wielokulturowej kamienicy. Wiadomo, że życie towarzyskie Latynosów toczy się przeważnie na schodach zamieszkałych przez nich brownstones, natomiast spotkania integracyjne męskiej młodzieży afroamerykańskiej odbywają się głównie w zaciszu klatek schodowych nowojorskich blokowisk. Doświadczenie mieszkania pod jednym komunalnym dachem uczy, że niektóre nacje, nawet od pokoleń mieszkające z dala od kraju pochodzenia, lubią spędzać czas wolny we własnych czterech ścianach, lub przeciwnie – jeść, bawić się iintegrować zotoczeniem w przestrzeni publicznej. Ta wiedza wbrew pozorom nie znajduje poparcia w wiarygodnych badaniach naukowych, bo – jak się okazuje – nikt dotąd nie udowodnił, że istnieją stay-at-home nations oraz narody powsinogów (takie określenie podają polskie słowniki jako jedyne przeciwieństwo domatora). Trwanie zaś w przekonaniu, że Fi-

nowie siedzą w domu chętniej niż Meksykanie to dowód na uporczywość niektórych stereotypów. Tych parę ghetto blasters wystawionych na schodach kamienicy przy Forest Avenue to

przecież żaden dowód, zwłaszcza naukowy. Miarą uspołecznienia relacji towarzyskich w poważnych badaniach może być na przykład poziom infrastruktury służącej socjalizacji w miejscach publicznych, a więc ilość kin, obiektów sportowych, parków rozrywki i kawiarnianych ogródków na kilometr kwadratowy albo na każde sto tysięcy mieszkańców. Z danych statystycznych wynika, że najwięcej kinomanów wychodzi z domu w sobotnie wieczory w… Związku Radzieckim, to znaczy w krajach, które odziedziczyły radzieckie kina po jego rozpadzie, a więc głównie w Rosji. Na drugim miejscu plasują się pod tym względem Stany Zjednoczone, a na trzecim… Indie. Za to w Bhutanie nie ma ani jednego kina, z czego mogłoby wynikać, że Bhutańczycy są największymi domatorami na świecie. Bo niby dokąd i po co mieliby wychodzić? Może jednak, z braku kin, urządzają sobie święta publiczne? Też nie, bo inne statystyki dowodzą, że najwięcej festiwali, czyli tłumnych imprez na wolnym powietrzu, organizują Hin-

W CZOŁÓWCE KRAJÓW, KTÓRE CISZĄ SIĘ NAJWIĘKSZA ILOŚCIĄ DNI WOLNYCH OD PRACY ZNAJDUJĘ SIĘ POLSKA (38 W ROKU). TYMCZASEM NIGDZIE W EUROPIE ULICE NIE WYLUDNIAJĄ SIĘ PO ZMIERZCHU TAK SZYBKO, JAK NAD ODRĄ I – ZWŁASZCZA – WISŁĄ. REKLAMA

dusi więc –przynajmniej teoretycznie – to właśnie oni zamykają światową listę domatorów, którą otwierają mieszkańcy Bhutanu. Ale może Buthańczycy spędzają wolny czas w kawiarni? Z badań wiadomo, że siecią tychże najbardziej sprzyjającą socjalizacji jest Starbucks. Najwięcej punktów sprzedaży tall latte działa w Stanach Zjednoczonych. Z czego jednak wcale nie wynika, że Amerykanie piją kawę poza domem częściej, niż np. Szwedzi. Jeśli wierzyć badaniom opinii publicznej, czyni to bowiem zaledwie 7 procent populacji. A jak te siedem procent wychodzi z domu, to też nie znaczy, że zaraz pędzi do Starbucksa. Amerykanie opuszczają swoje domowe pielesze głównie po to, żeby wypić małą czarną z kartonowego kubka w parku rozrywki (niemal 40 proc. w ostatnim roku) albo w dinerze przy Route 66th, zwiedzając kraj (częściej) lub zagranicę (rzadziej, ale zawsze, i wtedy piją expresso) Przeważająca większość dorosłych mieszkańców Stanów w czasie wolnym najbardziej lubi… nic nie robić. To nicnierobienie sprowadza się zazwyczaj do siedzenia w domu na kanapie i oglądania telewizji (ponad 60 procent ankietowanych), lub czytania książek i periodyków (24 procent).

Ajak już Amerykanin jednak wstanie z kanapy to też nie znaczy, że zamierza gdzieś wychodzić. Prawie 40 procent badanych w czasie wolnym najchętniej zajmuje się bowiem majstrowaniem przy domu albo poświęca czas rodzinie i najbliższym znajomym, których przyjmuje… w domu. Z tym, że czyni to zaledwie 17 procent populacji, bowiem przeważająca większość respondentów uczciwie przyznała, że w ro-

ku poprzedzającym udział w ankiecie ani razu nie zaprosili do siebie nikogo. Wtej sytuacji także iliczba dni wolnych, które teoretycznie można by przeznaczyć na socjalizację, czyli chodzenie po klubach, wizytę w kinie albo wypad w góry czy na plażę niekoniecznie oznacza automatyczny spadek liczby domatorów. W czołówce krajów, które ciszą się największa ilością dni wolnych od pracy znajdują się bowiem Polska (38 w roku) i Wielka Brytania (37). Tymczasem nigdzie wEuropie ulice nie wyludniają się po zmierzchu tak szybko, jak nad Odrą i – zwłaszcza – Wisłą, a powiedzenie my home is my castle wymyślili Brytyjczycy. Może więc skłonność dowychodzenia zdomu pozostaje w relacji z liczbą świąt państwowych, które zazwyczaj, w związku z oficjalnymi, zbiorowymi obchodami, wyciągają ludzi na ulice? Chyba też nie, bo owszem, najwięcej takich świąt jest w Kolumbii, słynącej z tego, że Kolumbijczycy lubią bawić się zbiorowo, ale najmniej jest ich Meksyku. Ach, te statystyki... Jeszcze więcej zamieszania wprowadzają w ten obraz badania, które dowodzą, że najmniej aktywnym narodem na świecie są Maltańczycy w liczbie 79 procent populacji najbardziej uwielbiają siedzieć w czterech ścianach i zupełnie nic nie robić. Podobnie mają jeszcze mieszkańcy afrykańskiego Suazi, bliskowschodniej Arabii Saudyjskiej, europejskiej Serbii i latynoskiej Argentyny. W tej sytuacji trudno upierać się przy przekonaniu, że spędzanie wolnego czasu w domu ma bezpośredni związek z przynależnością etniczną. Ale kto choć przez chwilę miał za sąsiada Latynosa, ten przecież i tak wie swoje. &


6

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c

AMERYKA NA CIEPŁO

d

AMERYKANIN W DOMU I ZAGRODZIE ALFA OMEGA

Jak najłatwiej zrobić z człowieka domatora? To proste. Wystarczy spełnić mu American Dream! Żeby siedzieć w domu trzeba go najpierw mieć, i jest to oczywiste. Zamiast jednak spędzać wszystkie wolne dni powszechnie i niedziele we własnych czterech ścianach, równie dobrze można zamknąć za sobą drzwi i wyruszyć ”w miasto”. Toteż nie każdy szczęśliwy posiadacz jednej sypialni na Ridgewood tuż po obciążeniu hipoteki na ćwierć wieku z miejsca zostaje domatorem. Przywiązanie do własnych czterech kątów zaczyna się mniej więcej od domu jednorodzinnego na dalekich przedmieściach, zwłaszcza od domu, o którym agencje real estate piszą w ogłoszeniach ”handyman’s dream”. W tym przypadku na początku jest to zresztą nie tyle przywiązanie, co uwiązanie. W dosłownym sensie, bowiem na nieruchomość w kiepskim stanie decydują się zazwyczaj ludzie o skromnych zasobach finansowych, którzy większości niezbędnych napraw zamierzają dokonać po godzinach, zdając się na własne ręce i kompetencje. W ten sposób

nowy nabytek przez długie lata (bo takie remonty ciągną się latami) absorbuje cały wolny czas i pieniądze dumnego posiadacza, stając się – poniekąd z konieczności – jego jedynym hobby. Nawet jeśli właściciel takiej nieruchomości miał kiedyś liczne zainteresowania i prowadził intensywne życie towarzyskie, po kupnie domu nie zajmuje się już niczym innym, jak tylko szpachlowaniem, kładzeniem paneli, rozprowadzaniem kabli i montażem sidingu. Tym bardziej, że zwykle nim się za cokolwiek za-

FOTO: ARCHIWUM

OBYWANIE SIĘ BEZ POMOCY FACHOWCÓW, POCZĄTKOWO WYNIKAJĄCE Z PROSTEJ KONIECZNOŚCI, Z CZASEM WESZŁO W KREW CAŁEMU POKOLENIU AMERYKANÓW bierze, najpierw musi się tego nauczyć z instrukcji z Home Depot i podręczników typu do-it-yourself. Dowodów na prawdziwość przekonania, że to domy czynią z ludzi (a konkretnie z Amerykanów) domatorów dostarcza historia najnowsza. Z jej przebiegu wynika, że najwięcej czasu wolnego obywatele USA poświęcali na majstrowanie przy domu (home improvement) w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia, kiedy to – w następstwie polityki New Dealu, dzięki różnym

programom rządowym znacznie wzrosła liczba tych, którzy mogli spełnić marzenie o posiadaniu własnej parterówki na przedmieściach. Nawet przy poważnym wsparciu ze strony państwa taki dom trzeba sobie było wyremontować, a potem konserwować we własnym zakresie, w czym rzeszy świeżo upieczonych homeowners natychmiast pospieszyła z pomocą nienowa, ale właśnie wtedy przeżywająca prawdziwy renesans branża ”zrób to sam” (Do ItYourself).

Jak grzyby po deszczu rozwinęły się w tamtym czasie firmy handlujące narzędziami i drobnymi urządzeniami mechanicznymi do wykończeniówki, magazyny z materiałami budowlanymi oraz sklepy typu Home Depot, sprzedające poręczne i kompleksowe zestawy do montażu wszystkiego, co w ogóle da się zmontować i zamontować we własnym zakresie. Od wanien i kabin prysznicowych po parkiety, płytki łazienkowe, wykładziny podłogowe i prefabrykowane panele elewacyjne pokryte tynkiem strukturalnym (już pomalowanym w stu kolorach do wyboru). Obywanie się bez pomocy fachowców, początkowo wynikające z prostej konieczności, z czasem weszło w krew całemu pokoleniu Amerykanów, którzy w tamtych czasach skorzystali z programów dla first home buyers. Nawet i później, kiedy już pospłacali ostatnie raty pożyczek na domy, nadal sami malowali w nich ściany, kładli tynki, ocieplali elewacje i wymieniali biały montaż. Bo nie ma to jak, po długich godzinach w biurze na Manhattanie, włączyć sobie, dla relaksu, piłę, wiertło udarowe albo choć kosiarkę. W badaniach nad spędzaniem przez Amerykanów czasu wolnego doskonale widać tę tendencję. Najwyższą pozycję na liście ulubionych zajęć pozazawodowych (z wynikiem ponad 60 procent) home improvement zajmował w latach 60. i 70. Potem było już tylko coraz gorzej. Teraz najwięcej wolnego czasu spędzanego w domu zajmuje Amerykanom oglądanie telewizji. A jak już w ogóle gdzieś się ruszają z kanapy w living roomie, to głównie do kina. Natomiast mniejszymi i większymi naprawami w domu zajmuje się już tylko 43,2 proc. badanych. Być może ma to pewien związek z załamaniem na rynku nieruchomości. W ostatnich latach domy straciło na rzecz banków znacznie ponad milion homeowners. Drugie tyle żyje w obawie przed licytacją. W tej sytuacji trudno dziwić się spadającemu udziałowi prac ogólnobudowlanych w strukturze zajęć Amerykanów w czasie wolnym. Jednak zainteresowanie tematem mimo wszystko nie maleje. Owszem, zamiast kosić, wiercić i piłować Amerykanie siedzą teraz przed telewizorami, ale – sądząc z badań telemetrycznych – bardzo chętnie oglądają w nich programy poświęcone home improvement. &

REKLAMA

www.greenpointvein.com

Laserowe Leczenie Żylaków – EVLT

Bezbolesne, nieoperacyjne, pełna aktywność po zabiegu, akceptowane przez większość firm ubezpieczeniowych. Szczegółowe informacje na

www.greenpointvein.com

NOWOCZESNA CHIRURGIA ŻYLAKÓW, NACZYNEK TWARZY I NÓG, BLIZN I ZMARSZCZEK BOTOX RESTYLANE


nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

7 ZDJĘCIA: EWA ŚRÓDKA

WEEKEND

Caracas, park Miraflores

Co najmniej klika osób – i to niezależnie – opisuje tam przypadki napaści i okradzenia ich przez policję lub gwardię narodową. Jak się okazuje, często zdarza się, że stróżowie porządku publicznego widząc gringos z plecakami zapraszają ich na tzw. kontrolę antynarkotykową. Oczywiście to tylko przykrywka do zapoznania się z zawartością toreb turystów. Jeśli mundurowi znajdą drogie aparaty, laptopy, iPady albo smartfony, to bez pardonu je sobie zabierają. Kiedy turyści protestują, panowie pytają: „Achcecie iść do wenezuelskiego więzienia za posiadanie kokainy, którą podrzucimy wam do plecaków?” Zdarzają się także porwania – ktoś opisał porwanie sprzed lotniska, ktoś inny podobny wypadek, który miał miejsce przed daleko stacją metra Gato Negro. Napaści z bronią w ręku też są na porządku dziennym. Kolega mojej koleżanki, wyjmując pieniądze z bankomatu poczuł lufę pistoletu przy głowie. Na szczęście napastnik powiedział, że chce uniknąć kłopotów z policją, więc nie zabije go, o ile ten wypłaci wszystkie środki z bankomatu. „Biali” bywają okradani i napadani w Wenezueli, ale rzadziej mordowani. Wynika to z tego, że policja jest bardziej dociekliwa i ściga morderców z większym zacięciem, jeśli w grę wchodzą stosunki międzynarodowe. Niewielkie to jednak pocieszenie dla tych, którzy chcieliby pojechać do Wenezueli, aby podziwiać dziką naturę i m. in. najwyższy wodospad świata (Salto Angel). Każdy bowiem, tak czy inaczej musi najpierw trafić do najniebezpieczniejszego miasta świata, czyli Caracas. W Wenezueli byłam po raz pierwszy 12 lat temu. Mając w głowie miłe doświadczenia, niezrażona strasznymi historiami, wyruszyłam w pojedynkę do kraju, do którego turyści zaglądają rzadko. Napotkani gringos to najczęściej podróżnicy – świadomi zagrożeń, mówiący po hiszpańsku, znający południowoamerykańskie realia. W Caracas na ulicach nie widać jednak nikogo, kto zachowywałby się jak turysta. Nie ma tam powolnie spacerujących grupek z aparatami na wierzchu – nawet na starówce, czyli w dzielnicy Candelaria. Bardzo podobało mi się, że mogę wreszcie siedzieć w kafejce pełnej Wenezuelczyków albo – nie potykając się o turystów – iść najciekawszymi ulicami miasta. W przeciwieństwie do in-

c PODRÓŻE NIE NA WEEKEND d

NIE TAKA WENEZUELA STRASZNA EWA ŚRODKA

Czytając o Wenezueli na forum podróżniczym tierralatina. pl można się skutecznie zrazić do tego kraju. Wodospad Salto Angel

nych stolic, centrum Caracas jest nieskażone sklepami z pamiątkami czy knajpami obliczonymi na wyzysk turystów. Łaziłam

również po mieście wieczorem, mimo, iż znajomi Wenezuelczycy, u których mieszkałam,

CARACAS UZNAWANE JEST ZA NAJNIEBEZPIECZNIEJSZE MIASTO ŚWIATA

mówili mi, że oni po zmroku raczej nie chodzą po mieście. Co to jednak za eksploracja miasta bez poznania jego nocnego życia? Po zmroku chodziłam w towarzystwie bardziej odważnego Wenezuelczyka. Przechodząc koło ciemnego wiaduktu zauważyłam poruszenie w ciemności – zauważyli nas zapewne bezdomni. Miguel powiedział tylko: „idź pewnie i spokojnie, to najlepszy sposób na uniknięcie kłopotów”. Stwierdził też, że owszem, napady zdarzają się, ale on nie zamierza z tego powodu ukrywać się w domu, bo to tylko nakręca bandytyzm.

Caracas jest miastem ciekawym, ma niepowtarzalną architekturę (miks dziwnych betonowych wieżowców z końca XX w. i starych domów), ciekawe muzea (wszystkie są darmowe!), wspaniałą kawę za 1 dol. na każdym rogu, świetnie działające metro i – co najważniejsze – arcymiłych mieszkańców.

Wenezuelczycy w ogóle są przesympatyczni, nie tylko w Caracas. To ludzie wiecznie uśmiechnięci, lubiący żartować, serdeczni, gościnni i bardzo opiekuńczy.

Kiedy mimo 40C gorączki poleciałam do dżungli, aby zobaczyć najwyższy wodospad świa-

ta, na własnej skórze doświadczyłam niezwykłej natury Wenezuelczyków. Nie chciałam zrezygnować z wyprawy, bo nie miałam więcej czasu, aby spokojnie przeczekać chorobę. Wszyscy wyjeżdżający na dwudniową wyprawę do dżungli najpierw spędzają jeden dzień w wiosce indiańskiej (Canaima), aby tam przygotować się do wyjazdu i poznać kulturę miejscowych Indian. Ja ten dzień spędziłam w łóżku. Okazało się, że zostałam dołączona do 15-osobowej rodziny wenezuelskiej, z którą następnego dnia mieliśmy wyruszyć w górę rzeki. Kiedy moi współtowarzysze podróży dowiedzieli się, że leżę chora w jednym z pokoi, zaczęli mi przynosić jedzenie, lekarstwa, wpadali zapytać czy mi lepiej, czy nie trzeba mi wody, a może lekarza. Na szczęście następnego dnia poczułam się na tyle dobrze, że dałam radę spędzić 5 godzin na łodzi w drodze do Salto Angel. Po przybyciu do obozu okazało się, że aby zobaczyć wodospad, trzeba wejść pod górę bardzo trudnym szlakiem – częściowo wspinając się po śliskich skałach. Bez pomocy „mojej” wenezuelskiej rodziny nie dałabym rady tego zrobić. Byłam strasznie osłabiona i wspinaczka niemal przekraczała moje siły. Jednak Wenezuelczycy uparli się, że mi pomogą – raz ktoś mnie niemal wciągał, ktoś inny asekurował z boku i w końcu udało się. Dotarcie do wodospadu zawdzięczam wyłącznie tym obcym mi przecież, cudownym ludziom. Wenezuela bywa straszna, ale nie warto jej skreślać ze swojej podróżniczej listy. Uważam, że może się tam zdarzyć tyle samo złych rzeczy, co dobrych. Mi, podczas oby podróży przytrafiły się same pozytywne przygody. &

REKLAMA

LIFTING TWARZY BEZ SKALPELA www.VivaAgeless.com

Dr Halina Stec, M.D.

LEKARZ MEDYCYNY ESTETYCZNEJ

• Usuwanie zmarszczek twarzy, szyi i dekoltu • Modelowanie kształtu ust • Eliminacja: trądziku, brodawek, posłonecznych oraz starczych plam, poszerzonych naczynek • Usuwanie tłuszczu

• • • •

Leczenie nadpotliwości i migreny Terapia na łysienie i wypadanie włosów Odmładzanie - naturalne bioidentyczne hormony Leczenie impotencji, obojętności seksualnej uzupełnianie testosteronu

BOTOX • RESTYLANE • JUVEDERM • RADIESSE PILINGI MEDYCZNE • MEZOTERAPIA • SCLEROTERAPIA 336 East 30th Street New York, NY 10016

21 Randolph Street Yonkers, NY 10705

212-532-0259

914-968-7938

115 Nassau Avenue Greenpoint, NY 11222

619 Bronx River Rd. Yonkers, NY 10704

718-389-2121

914-589-7969


8

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c ROZMOWA NA WEEKEND d PEZET:

„SŁAWA” NA NIC SIĘ U MNIE NIE PRZEKŁADA „Nie spodziewałem się aż tak negatywnego odbioru płyty” – przyznał Pezet po premierze krążka „Radio Pezet”. Jak polski raper radzi sobie z krytyką, jakie ma plany na przyszłość i czy sława w ogóle go obchodzi? Mówisz o sobie, że jesteś malkontentem, zacznę wiec od pytania: co byś zmienił w swojej nowej płycie, „Radio Pezet”?

Który ma prawie pół miliona fanów na Facebooku. Zdajesz sobie sprawę, że dla większości z nich jesteś gwiazdą?

Zmieniłbym w niej dużo, jeżeli chodzi o muzykę. Chciałbym, żeby brzmiała bardziej świeżo, brytyjsko i była mocniej osadzona w stylistyce muzyki elektronicznej. Przez prawie roczne opóźnienie z wydaniem, trochę się zdezaktualizowała.

Do tego jestem piękny, młody, bogaty no i jeżdżę Ferrari – to trochę krzywdzące wyobrażenie. Faktycznie, nastąpił taki czas, że bardzo często podchodzą do mnie ludzie na ulicy, proszą o autografy, zdjęcia, ale ta „sława” na nic w moim życiu się nie przekłada. Nadal jeżdżę względnie fajnym sześcioletnim samochodem.

Gdybyś miał ją sklasyfikować, to płyta dubstepowa, grime'owa, czy w końcu rapowa?

Wyobraź sobie, że dostajesz dziś propozycję podpisania kontraktu reklamowego ze znaną marką, za dobre pieniądze. Zgadzasz się?

To był eksperyment, ale jeśli mam ją sklasyfikować gatunkowo, to płyta rapowa, bo ja jestem raperem, zawsze będę MC i nie mam co do tego wątpliwości. Inspirowana jest natomiast oldschoolowymi produkcjami grime'owymi z Wysp i brzmieniami dubstepowymi.

Jeżeli ktoś utożsamia swoją markę ze mną i moją muzyką, to nie mam z tym żadnego problemu. Tym bardziej, jeżeli byłby to brand, który lubię, buty, które chcę nosić, whisky, które piję. To oczywiście nie jest akceptowane w społeczności hiphopowej. Istnieje przekonanie, że raper żeby być prawdziwy powinien rozdawać płyty za darmo.

Jeszcze przed premierą wywołało to burzliwą dyskusję, a płyta ściągnęła na siebie falę nieprzychylnych opinii. Przejmujesz się krytyką?

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się aż tak negatywnego odbioru. Myślałem, że ludzie zmojego podwórka, stricte hiphopowego, są bardziej otwarci. Na pewno nie będę z tym walczył. Krytyka ruszała mnie bardzo długo, dopóki ktoś nie polecił mi książki „Psychologia internetu” iteraz w ogóle się nią nie przejmuję. Szanuję swoich fanów, których „Radio Pezet” nie przekonało, ale nie będę robił płyt pod publiczkę. Z drugiej strony słucham już długo innej muzyki niż hip-hop z lat 90. i trochę za tym tęsknię. Stąd pomysł, żeby kolejny album był dwupłytowy w stylistyce kolebki rapu, na którym będą też te same kawałki, jeżeli chodzi o tytuły, natomiast podane w inny sposób. To, co jest na „Radio Pezet” to pikuś w porównaniu z tym, co chciałbym zrobić.

Życie i popularność są jak sinusoida. Kiedyś będziesz musiał ustąpić miejsca innym. Masz alternatywę?

Już jestem na takim etapie, że chciałbym zrobić jedną albo dwie płyty i dać sobie spokój. Znaleźć fajnych ludzi, którzy są w stanie zrobić coś nowego w muzyce, wydać ich płyty i zrobić wokół nich trochę zamieszania. Miałbym z tego wielką frajdę, ale może będę musiał zająć się czymś innym. Jest wiele możliwości – knajpa, albo sklep z ciuchami i to niekoniecznie swoimi. Na pewno chciałbym robić coś, co będzie mnie kręcić.

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

A rodzina i stateczne życie – to „cię kręci”?

A jak oceniasz „Radio Pezet” od strony lirycznej?

W warstwie tekstowej, jest to jedna z moich lepszych płyt. Jest na niej kilku moich faworytów, chociaż są też utworów, które wydają mi się teraz zbyt patetyczne. Nie do końca jestem zadowolony z tekstu do kawałka, który nagrałem z Kamilem Bednarkiem, „Shot Yourself”. To był przypływ emocji w stylu mocno nastoletnim. Które numery twoim zdaniem są najlepsze?

„Brutto czy netto”, „Byłem” i „Supergirl”, wokół którego zrobiło się dziwne zamieszanie. Podobno jest zbyt kontrowersyjny. REKLAMA

I podobno to kolejna „Seniorita”. Sceptycy, komentują, że tematy na twojej nowej płycie są wtórne

Ja uważam, że w tekście „Supergirl” ująłem relację pomiędzy kobietą, a mężczyzną w taki sposób, w jaki nie udało mi się to jeszcze nigdy wcześniej. Napisany jest w stylu amerykańskim, taka filmowa relacja Bonnie i Clyde. Może i tematy się powielają, ale piszę o tym, co w swoim życiu lubię. Robię to, w czym jestem dobry.

„Spis cudzołożnic” historia równie amerykańska. Wierne groupies, czekające na ciebie po każdym koncercie To są kupony, jakie odcinasz od sławy?

Zdarzało mi się czerpać z tego korzyści, bo mam w sobie wiele szowinistycznego podejścia do kobiet, ale jestem w tej branży od 12 lat i w końcu zdobyłem się na to, żeby opisać historię dwóch dziewczyn, które pojawiły się w moim życiu. Nie kreuję się na supermana, jestem normalnym, zwykłym kolesiem.

Pewnie. Każdy tego chce, a jeśli mówi, że nie, to kłamie. Nie ustatkowałem się jeszcze tylko dlatego, że do końca nie wiem jak mam to zrobić, ale jestem teraz w związku, któremu dobrze wróżę. Myślę o przyszłości i trzymam się w ryzach. Rozmawiała: Emilia Klepacka

Pezet, a właściwie Paweł Kapliński to polski raper, obecny na scenie hiphopowej od 1998. Zaczynał ze składem Płomień81, z którym nagrał trzy albumy: „Na zawsze będzie płonął” (1999), „Nasze dni” (2000) i „Historie z sąsiedztwa” (2005). W 2002 roku ukazała się jego pierwsza solowa płyta „Muzyka klasyczna”. Jego dyskografię zamyka krążek „Radio Pezet”, którego premiera miała miejsce 4 września.


nowy dziennik

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

9

TECHNIKA MA PRZYSZŁOŚĆ JAN LATUS

ZMYWARKOSZAFKA

PEUGEOT 2008

Na trwającym właśnie (12 października – radzę kupić bilet i lecieć) salonie samochodowym w Paryżu firma Peugeot pokazała dwa prototypy. Jednym z nich jest model 2008, który bardzo przypomina pojazd, który wejdzie do produkcji w 2013 roku. Pewne detale – jak za małe lusterka boczne i za duże koła – będą na pewno zmienione. Ale cała sylwetka samochodu, trochę miejskiego, trochę na wyjazdy za miasto, pozostaje niezmieniona. Peugeot nadal produkuje piękne samochody. Szkoda, że już nie ma ich w Stanach.

Zmywarka jest zarazem szafką zawieszoną nad zlewem. Nie trzeba więc przeznaczonych do mycia naczyń wyjmować i wkładać. Najważniejsze jest jednak, że zmywarka obywa się bez... wody. Zamiast tego wykorzystuje, rzekomo czyszczące, właściwości tlenku węgla. Pożyjemy, zobaczymy czy to tak działa. Jeśli się nie zatrujemy gazem.

APARAT CROPPIC

NISSAN TERRA ZERO-EMISSION

Kolejny prototyp – tym razem dość odległy od produkcji seryjnej – pokazany w Paryżu to SUV TERRA firmy Nissan. Owszem, ma on napędzany cztery koła, ale czym napędzane? Silnikami elektrycznymi, które z kolei są zasilane ogniwem wodorowym. Oczywiście, studialne pojazdy na wodór buduje się od kilkudziesięciu już lat, jednak perspektywa masowej produkcji takiego – potencjalnie wybuchowego, dosłownie – źródła energii jest ciągle daleka.

ZDJĘCIA: MATERIAŁY PROMOCYJNE

Projektant Tae Han Kim proponuje taką, absolutnie płaski, aparat cyfrowy Crop Pic. Ewidentnie jest on oparty na modelu firmy Sony, ale jest od niego jeszcze mniejszy, naprawdę kieszonkowy. Pozwala też na obróbkę zdjęcie jeszcze na monitorze.


10

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

Miałam przyjemność pracować z Niną przy jednym z projektów artystycznych instytutu, mogłam przyglądać się jej pracy i pasji, z jaką podchodzi do każdego gestu, każdego słowa. Ateraz przyglądam się temu, jak Nina walczy. Walczy nie tylko o utrzymanie Instytutu ale także o rozbudzenie w Polonii świadomości tego, jak niezmiernie ważne jest polskie dziedzictwo kulturowe właśnie tutaj, w Stanach. Pracowałam w polskiej szkole i na własnej skórze doświadczyłam lekceważenia, z jakim polonijna młodzież podchodzi do polskiej literatury czy poezji i zastanawiam się, jak to jest, ze młodzi Anglicy iAmerykanie z tak olbrzymim szacunkiem podchodzą do Szekspira, jak dumni są mogąc występować w szkole w jego sztukach, jak zadziwiająco dobrze znają cytaty z „Romea i Julii” czy „Hamleta” a Polacy na myśl o Fredrze czy Mickiewiczu w najlepszym razie ziewają. To samo dostrzega Nina i apeluje do polskich i polonijnych instytucji w Nowym Jorku i nie tylko o wsparcie finansowe a nawet o możliwość występowania – bezskutecznie. Ale Nina się nie poddaje – taka już jej natura.

nie w „Krakowiakach i Góralach” Wojciecha Bogusławskiego polscy aktorzy prowadzili dialogi po angielsku z aktorem z Południowej Afryki. Janusza Korczaka w najnowszej produkcji Instytutu „Kim był ten człowiek” gra Amerykanin Paul Savior.

KARŁY NARAMIONACH OLBRZYMÓW

Nina w Instytucie bierze na warsztat projekty, które powinny być zamawiane nie tyle przez polskie instytucje, ale także przez polskie szkoły. Warto tu jeszcze raz podkreślić, że Polski Instytut Teatralny jest jedyną profesjonalną organizacją teatralną w USA przedstawiającą polskie sztuki teatralne, muzykę klasyczną, musicale i kabarety. Jak przeczytać można na stronie internetowej PTI „Jedyni (...) obchodzimy naszymi przedstawieniami rocznice narodowe, historyczne, oraz składamy cześć wielkim twórcom kultury polskiej.” Teraz powinnam napisać o nagrodach, medalach i triumfalnym pochodzie projektów Instytutu przez salony największych polonijnych Instytucji w całych Stanach Zjednoczonych. Ale nic z tego. Mogę jedynie napisać o tym pierwszym. Nina Polan została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej PolNina, a właściwie Janina Katelskiej, Złotym Medalem „Zasłużony bach, córka przedwojennego senatoKulturze Gloria Artis”. I tyle. Instyra, może śmiało nazywać się obywatut najzwyczajniej w świecie nie ma telką świata. Urodzona w Berlinie, gdzie grać swojego przebogatego remieszkająca na Litwie i w Polsce a dopertuaru. Projekt „Chopin in Song”, rastająca w Anglii, miała okazję wyw którym miałam niesłychaną przystępować na scenach Francji, USA, jemność uczestniczyć był prezentoUkrainy, Polski, Anglii i Hiszpanii. wany w McGorlick Park na GreenWspółpracowała z najlepszymi reżypoincie. Na szczęście pogoda była znaserami, przyjaźni się z wielkim Petekomita i publiczność dopisała, ale rem Brookiem, grała w teatrach lonprzyznam, że śpiewanie pieśni Chodyńskiego West Endu i nowojorskiepina przy świście rowerów i wśród go Broadwayu. Tym bardziej ujmuje, mknących rolkarzy nie jest najbardziej że prywatnie pozostała skromna, ciekomfortowe. Natomiast Nina z wropłą i radosną osobą. Mówi o sobie „jedzonym sobie wdziękiem i talentem stem starszą panią”. Jaką starszą paskromny parkowy skwer zamieniła nią? Janka – jak często prosi, żeby się w scenę na której odgrywaliśmy niedo niej zwracać, jest kolejnym wspamalże „Lato w Nohan” – i to w wyniałym przykładem na to, jak osoby marzonej scenerii. Spektakle prez nieco starszego rocznika wydają się mierowe to jednak nie wszystko. Wywcale nie starzeć. Nina jest drobna, żystawienie oper takich jak „Halka” czy wa, czarująca – żałuję, że nie mogłam „Verbum Nobile” Moniuszki czy kajej zobaczyć na scenie w jednej z jej meralnych sztuk, w których olbrzyulubionych szekspirowskich ról. Mamią rolę odgrywa oświetlenie i scejąc małą próbkę w postaci czytania nografia, jak „Kim był ten człowiek” wierszy Mickiewicza domyślam się, ZUZANNA DUCKA-LUBAS Tamary Karren o Januszu Korczaku, jak musiała być wspaniała! Mam szczęście do nietuzinkowych ludzi, pomyślałam po moim pierwszym wymaga odpowiedniej sceny i sprzęMówi, że jako młoda osoba tu. A na to wszystko potrzeba pienięmieszkając w Anglii poczuła, że chce spotkaniu z Niną Polan, dyrektorką i prawdziwym spiritus movens dzy i to niemałych. Instytut otrzymybyć reżyserem filmowym. Wtedy maPolskiego Instytutu Teatralnego w Nowym Jorku. wał dofinansowanie miedzy innymi ma poradziła jej, żeby poszła do szkoz Polski, od Wspólnoty Polskiej, jedły dramatycznej i zobaczyła jak to jest. Jak teraz wspomina, „poszłam tam i wsiąkłam.” zaczęła na poważnie interesować się kultu- role filmowe: „Wybór Zofii”, „Gorączka”, „Lo- nak po wprowadzeniu zmian w metodach przyve & Staff”, występy w programie telewizyj- znawania funduszy dla Polonii nie wiadomo I tak Nina ukończyła prestiżową Królew- rą polską. Do Stanów Zjednoczonych przyjechała ma- nym „Saturday Night Live” oraz w programach jak to będzie teraz wyglądało. Przykry paraską Akademię Sztuki Dramatycznej, a zadebiutowała na deskach jeszcze bardziej prestiżowe- jąc 27 lat. Natychmiast rzecz jasna postanowi- radiowych (WQXR, RFE, VOA). Jednak los doks: obecnie głównym źródłem finansowała odnaleźć się w teatrze. Jak mówi, „byłam cały czas kierował ją ku polskiej kulturze. nia polonijnego przecież PTI są władze stanu go Teatru Dramatycznego w Londynie. Nowy Jork. Jak już na wstępie wspomniałam, Ni- wykształcona w Anglii, do wykonywania zaNina nie poddaje się jednak! Sztuka „Kim na jest osobą nietuzinkową, a jej biografią wodu w języku angielskim.” I udało jej się. Gramożna by śmiało obdzielić kilka osób. Wy- ła w wielu nowojorskich teatrach, w tym w słynW latach 70. XX w. Nina odkupiła Polski był ten człowiek” zrobiła furorę w Bostonie, chowana została w duchu patriotyzmu i nie- nym La MaMa. Poza Nowym Jorkiem wystę- Instytut Teatralny założony przez Lecha Mi- a już 11 października będzie ją można zobajako naturalną koleją rzeczy był jej kolejny powała w teatrach w kilkunastu stanach – odWa- chalskiego w Nowym Jorku, a od 1984 roku czyć w Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym zawodowy wybór – znakomicie odnalazła się szyngtonu po Florydę. Pośród wielu ról, które jest jego dyrektorem naczelnym i artystycznym. Jorku i mam nadzieję, że odniesie podobny sukw zespole Radia Wolna Europa w Monachium, grała, jej ulubioną postacią, prócz Lady Mac- Wyreżyserowała wiele sztuk teatralnych wy- ces. Naprawdę mam taką nadzieję, bo szczegdzie pracowała jako spikerka. Czas ten wspo- beth, jest Helena Modrzejewska, której postać stawianych przez Instytut, m. in.: „Pastorałkę” rze zgadzam się z tym, co powiedziała Nimina chętnie i z olbrzymim sentymentem. Mó- odtwarza w monodramie „Helena, królowa emi- Leona Schillera, opery Moniuszki, na czele z wi- na w wywiadzie dla NDTV: „Co przetrwa w każwi, że dzięki przebywaniu w środowisku RWE grantów”. Nina ma na swoim koncie również leńską wersją „Halki”, „Krakowiaków i Góra- dej kulturze? Nie to, jak reżyser wyreżyseroli” Bogusławskiego oraz programy kabareto- wał czy jak aktorzy zagrali – choć też jest to we oparte na tekstach twórców emigracyjnych, ważne. Przetrwa słowo, przetrwa muzyka. I to jak Budzyński, Hemar i Ref-Ren. Promocję kul- powinniśmy szanować, bo z tego wyrastamy. JAK MÓWI, „BYŁAM WYKSZTAŁCONA W ANGLII, DO tury polskiej postanowiła potraktować global- Jak powiedział średniowieczny filozof Bernard nie i zdecydowała się na ruch dla wielu ryzy- de Chartres odnosząc się do dziedzictwa swoWYKONYWANIA ZAWODU W JĘZYKU ANGIELSKIM.” kowny: międzynarodową obsadę sztuk. W mo- jego narodu: jesteśmy tylko karłami na ramioniuszkowskim „Verbum Mobile” partię Stani- nach olbrzymów.” Trzymam kciuki za Instytut bo wiem, że I UDAŁO JEJ SIĘ. GRAŁA W WIELU NOWOJORSKICH sława zaśpiewał na przykład Adam Juran z USA, Marcina – Ko Kaiden z Japonii, a Bartłomie- musi i powinno mu się udać. A zresztą – komu ja – Oliver Baby-Fourcade z Francji. Podob- ma się udać, jak nie Ninie? & TEATRACH, W TYM W SŁYNNYM LA MAMA.

NINA – OBYWATELKA ŚWIATA

c WEEKEND PRZEDSTAWIA d

NINA, KRÓLOWA POLONIJNEGO TEATRU TEATR MÓJ WIDZĘ GLOBALNY


nowy dziennik

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

11


12

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

nowy dziennik


nowy dziennik

WEEKEND

c

WYWIAD NA WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

13

d

EDYTA JUNGOWSKA::

KAŻDY DZIEŃ DAJE NAM NOWĄ SZANSĘ Aktorka Edyta Jungowska rozpoczęła swą aktorską drogę od ogniska teatralnego Haliny i Jana Machulskich, które istnieje już od ponad 40 lat. Artystka wspomina swoje młodzieńcze lata w ognisku państwa Machulskich. Jak trafiła pani do ogniska państwa Machulskich?

Ognisko Haliny i Jana Machulskich było bardzo popularne w latach 80' w Warszawie. Chodziłam do szkoły muzycznej, występowałam w kabaretach w szkole i zainspirowana słowami mojej polonistki poszłam do ogniska teatralnego państwa Machulskich. Zostałam przyjęta, ale tak naprawdę pierwszy impuls poznania teatru, ewoluował w szersze zainteresowania. Pani Halina zaproponowała nam spotkania z bardzo interesującymi ludźmi. Czytaliśmy różne książki dotyczące historii teatru, ćwiczyliśmy dykcję, taniec. Jeździliśmy także na różne spektakle. Pamiętam naszą podróż do Krakowa na „Antygonę” Andrzeja Wajdy. To było bardzo ekscytujące. Kto uczęszczał do tego ogniska?

Przede wszystkim wspaniali ludzie. To były dzieci zainteresowane sztuką, które dostały konkretne wskazówki dotyczące tej dziedziny życia. Traktowano nas tam jak dorosłych. Pamiętam pierwszy dzień, gdy przyszłam do ogniska. Profesor Kazimierz Gawęda, który później był moim profesorem w szkole teatralnej, serdecznie nas wtedy powitał i podziękował, że przyszliśmy. Byłam w szoku, że ktoś mnie wita tak serdecznie. Czego nauczyła się pani w tym ognisku?

Przede wszystkim tego, że to ode mnie zależy, co będę robiła w życiu. Każdy dzień daje szansę na to, żeby coś zrobić i do czegoś dążyć. Nauczono mnie, że trzeba realizować swoje pasje. Do dziś przyjaźnię się z ludźmi, z którymi chodziłam na zajęcia w ognisku. Razem działamy na rzecz ogniska, mamy plany zbudowania wielkiego teatru z widownią na 600 miejsc, gdzie dzieciaki będą się uczyły, będą obcowały ze sztuką. Otwieramy też fundację. Wiele osób z pani roku zdecydowało się zdawać do szkoły teatralnej?

Z mojego roku do szkoły teatralnej dostały się trzy osoby, z czego ja i kolega jesteśmy aktorami, a trzeci kolega skończył szkołę, ale nie pracuje w zawodzie. Rok niżej była Ania Nowak, Krzysio Ibisz, rok wyżej była Kasia Figura. Być może my jesteśmy bardziej znani, ale to ognisko skończyło wiele wspaniałych ludzi, którzy wybrali inne drogi. Są architektami, przedsiębiorcami, dziennikarzami, instruktorami teatralnymi... Jako matka uważa pani, że dzieci powinny mieć takie pasje?

Oczywiście! Nie tylko artystyczne. Dla rodziców jest bardzo ważne to, że dzieci się czymś interesują, chcą wiedzieć więcej na temat pewnych rzeczy. Takie pasje rozwijają dzieci i dają poczucie, że życie ma sens.

Edyta Jun gowska aktora teatralna, telewizyjna i filmowa. Absolwentka PWST w Warszawie. Największą popularność przyniosła jej rola siostry Bożenki w serialu „Na dobre i na złe”. Zagrała także m. in. w filmach „Ciało”, „Jestem” oraz „Ja wam pokażę!”.

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

Rozmawiała: Dominika Gwit


WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

14

c MOIM ZDANIEM d

NIE WIEMY OD CZEGO TYJEMY HALINA KACZMARCZYK

„Czy to ma sens kląć, że ten świat, z kiepskiego zrobiony surowca? Bo dobry Bóg zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca” Jonasz Kofta i Stefan Friedman

Według pożądanych standardów hodowlanych, którym poprzeczkę podniosła inżynieria genetyczna, roślinauprawnama być trochę jak „all in one”, czyli odporna na: choroby, mróz, suszę powódź, wichurę, szarańczę, stonkę, zdeptanie, podpalenie. Ma dawać coraz większy plon z hektara, dobrze smakować inie wolno się jej psuć przez wiek. Ma mieć zestaw witamin oraz makro- i mikroelementów zetykiety multiwitaminy Centrum, czyli niemal organiczna doskonałość. Dobrze by było również, gdyby zbiorem z jednego hektara (powiedzmy hiper-super kukurydzy) można było wyżywić dajmy na to 500 sztuk bydła dorosłego (w normalnych warunkach, w wielkim uproszczeniu 1ha = 1krowa). Farmer który posiada 100ha pola, tylko na to czeka. Opędzi inwentarz żywy plonem z areału podobnego do ogródka przydomowego, a na pozostałym od tej pory nieużytku zbuduje park z ruchomymi dinozaurami. Resztę wolnego czasu poświęci na oglądanie coraz bardziej pasjonujących wiadomości ze świata, bliskiej okolicy i lokalnej świetlicy. Tylko że około pół wieku temu obiegły świat futurystyczne obietnice na ówczesny temat na topie, światowej elektronizacji (przepraszam, cyfryzacji). Około 2000 roku, według prognoz, komputery miały nam podcierać nosy zapomnianą przez nas chusteczką.

Tymczasem w drugiej dekadzie XXI stulecia w sklepie nie ma kogo zapytać o następną dostawę. Można zapisać się na internetową rozmowę w tej sprawie do kierownika działu lub czekać przy telefonie, słuchając muzyczki (Walmart – country, Kroger, Gap – Vivaldi lub Mozart). Jeśli w końcu, ogłuszony powtarzającym się motywem z „Czterech pór roku”, klient wścieknie się, rozbije telefon o ścianę to zrobi prywatną demolkę, którą osobiście będzie musiał usunąć. Podobnie, jeśli biotechnologicznym mózgowcom od inżynierii genetycznej roślin obsunie się laser, mikro igła czy nożyczki do krojenia chromosomów, to pocięte komórki najwyżej zejdą. Niestety, przy dalszej obróbce, taki kawałeczek można niedokładnie wmontować innej roślince. Wtedy wcale nie jest powiedziane, że posklejana z gałganków genetycznych kukurydza obrodzi zdrowym ziarnem, choć może wyglądać pięknie i może dawać nieprawdopodobnie obfite plony. Mieszanie w genach, na poziomie obecnych możliwości naukowo-technicznych, to jakby operować serce za pomocą szufli do odśnieżania. Ale takiej demolki nie da się łatwo usunąć i może ona mieć zasięg promieniowania wybuchu atomowego. Każdy nowy produkt trzeba dobrze zareklamować, a najbardziej chwytliwym hasłem

jest oszczędność, w myśl której parę lat temu zelektryfikowana część ludzkości kupowała energooszczędne żarówki, które po dokładniejszych badaniach okazały się niezdrowe dla oczu. W ogóle żarówki, obojętne jak mocne, zjadają zaledwie jedną dziesiątą prądu, który zużywamy, dlatego należy się zastanowić, jakie lobby wmawiało nam konieczność kupowania paskudnych, dających trupie światło żarówek. Oczywiście potem naprawiono błąd i od pewnego czasu można zakupić żarówy ze światłem pomarańczowym i białym, tylko po co? Potentaci od chemii i inżynierii genetycznej, poprawiając boskie niedoskonałości, równocześnie udowadniają, że jeśli zastosujemy odmianę genetycznie poprawioną, odporną na wszelkie robale i zarazy, to nie będziemy musieli stosować drogich herbicydów, jakże niezdrowych, co widać przez okulary maski gazowej opryskującego. Nawet zużyjemy mniej nawozów, a jak nie będziemy nawozić i pryskać to zaoszczędzimy drożejącą w oczach benzynę. Drugim bardzo ważnym elementem reklamy jest czynnik humanitarny: jak już będą co roku, a nawet dwa razy w ciągu lata, plony przerastające wyobrażenia, to wtedy znikną głodni z tego świata. Głupia sprawa, mogliby zniknąć i teraz, bo żywności, jak bomb nuklearnych, jest znacznie więcej na jednego mieszkańca ku-

WEDŁUG POŻĄDANYCH STANDARDÓW HODOWLANYCH, KTÓRYM POPRZECZKĘ PODNIOSŁA INŻYNIERIA GENETYCZNA, ROŚLINA UPRAWNA MA BYĆ TROCHĘ JAK „ALL IN ONE”, CZYLI ODPORNA NA: CHOROBY, MRÓZ, SUSZĘ POWÓDŹ, WICHURĘ, SZARAŃCZĘ, STONKĘ, ZDEPTANIE, PODPALENIE. MA DAWAĆ CORAZ WIĘKSZY PLON Z HEKTARA, DOBRZE SMAKOWAĆ I NIE WOLNO SIĘ JEJ PSUĆ PRZEZ WIEK.

li ziemskiej, niż wykazywałaby potrzeba. Diabeł tkwi w detalach, czyli zachłanności tych, którzy rządzą światem. Na szczeblach laboratoriów potentatów chemicznych trwają przepychanki na temat stosowania pasz i żywności genetycznie, powiedzmy, poprawionej. Amerykańskie FDA, USDA wyglądają na uszczęśliwione stosowaniem wszelkiego rodzaju modyfikacji. Unia Europejska natomiast, z Niemcami i Francją na czele, uparła się i słucha podszeptów prymitywnych rolników, którzy snują niestworzone opowieści. A to jakiś Hindus uprawiający zmodyfikowaną w zakładach Monsanto bawełnę dostał takiej alergii, że omal nie umarł. Potem znów ktoś doniósł, że po zastosowaniu paszy kukurydzianej płodność świń i krów zmalała z osiemdziesięciu procent do dwudziestu. Anajwięksi nieudacznicy nawet czepili się wyżej wymienionych zakładów chemicznych, z których pochodzi noblista w dziedzinie chemii William S. Knowles, że pod wpływem genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy szczury, myszy i chomiki zaczęły dostawać najprzeróżniejszych odmian raków, chorować na niewydolność nerek i wątroby. Po odstawieniu tej karmy, silniejsze zwierzątka, wracały do zdrowia. Jeśli ktoś w tym miejscu pomyślał o uprawie własnego ogródka, to śpieszę donieść, że ogólnie dostępne nasionka w najlepszym wypadku są jedynie naświetlone promieniami Roentgena, aby nie zaczęły kiełkować na skutek zmian temperatury w sklepie. Ale promieniotwórczość a nasza żywność to inny, ciekawy i obszerny temat. Europa wymaga oznaczeń na produktach genetycznie majstrowanych, Ameryka nie, zatem praktycznie nie wiemy, co jemy. Dlatego bez większych oporów na obiad wypiję „gorący kubek” z grzybową zupką instant Knorra, bo MSG już nie jest takie straszne. &


nowy dziennik

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

15

c NASZ HOROSKOP d

CO CIĘ CZEKA W TYM TYGODNIU BARAN

Miłość: Nie bądź uparty, Baranie. Tym

razem ktoś bliski ma rację! Pomyśl o kimś, kto potrzebuje twojego wsparcia. Praca: Warto zwrócić uwagę na nowa ofertę pracy. Będzie wyjątkowo atrakcyjna. Finanse: Zbyt wiele się nie zmieni. Wciąż będzie brakowało gotówki. Zdrowie: Możliwe stłuczenia lub skręcenia. Nie odwlekajcie wizyty u lekarza.

RAK

Miłość: Wolne Raki poznają kogoś inte-

resującego, a te w związkach odkryją na nowo czar bycia we dwoje. Dobry moment na wspólny wypad. Praca: Dużo pracy i dużo zadowolenia. Wręcz cudownie. Odkryjecie w sobie dodatkowe pokłady energii. Finanse: Portfel znacznie się powiększy, co poprawi wasz humor. Ale uwaga – nie bądźcie teraz zbyt rozrzutni. Zdrowie: Niestety, układ trawienny potrzebuje odpoczynku.

WAGA

Miłość: Trochę się pogmatwało w Wa-

szym życiu, ale niedługo będzie lepiej. Czas jeszcze raz przemyśleć swoje decyzje. Praca: Róbcie swoje, pomimo kłopotów. Już wkrótce będziecie zbierać plony swoich trudów. Ktoś doceni wasze starania Podziękujcie mu. Finanse: Zawsze może być lepiej, chociaż pora powiedzieć sobie, że nie Wszystko od was zależy. Zdrowie: Ogólnie dobre, ale teraz stres Wam nie służy. Ruch na świeżym powietrzu pomoże.

KOZIOROŻEC

Miłość: Zwróć uwagę na potrzeby swo-

jego partnera, żebyś później nie żałował. Możliwa wspólna podróż która pomoże odświeżyć Wasz związek. Praca: Bez pracy byłoby nudno, dobrze o tym wiecie. Pamiętajcie o zaległych sprawach, bo będziecie teraz rozkojarzeni. Finanse: Szykuje się jakiś kredyt lub niewielka pożyczka. Zdrowie: Wprowadźcie więcej warzyw i owoców do swojej diety.

BYK

Miłość: Uważajcie na to, co mówicie!

Okrucieństwo psychiczne wobec partnera, to nie najlepsza droga do szczęścia. Praca: Teraz będziecie zbierać owoce swojej dotychczasowej pracy. Pamiętajcie, żeby nie zapominać o współpracownikach Finanse: Coraz lepiej! Nie spodziewałeś się nagłego przypływu gotówki. Zdrowie: Uwaga na używki. Warto też pomyśleć o zmianie diety.

LEW

Miłość: Nudzicie się ostatnio w związku, a to niczego dobrego nie zapowiada. Planowana podróż musi poczekać z powodu decyzji kogoś bliskiego. Praca: Niezadowolenie przerośnie wasze oczekiwania. Trudna rozmowa z szefem. Nie poddawajcie się i walczcie o swoje! Finanse: Wciąż macie nadzieję na przypływ gotówki, ale trzeba będzie poczekać ze dwa miesiące. Zdrowie: Lekarz rodzinny stęsknił się za wami. Czas na badania kontrolne!

WODNIK

SKORPION

Miłość: Tydzień samych niespodzianek

i to tych miłych. Może pojawić się szansa poznania miłości życia. Praca: Błogie rozleniwienie może wam zepsuć opinię w pracy. Uważajcie więc! Finanse: Wygrana, spadek lub sprzedaż. W każdym razie-szybkie pieniądze. Zdrowie: Może pora pomyśleć o aktywności fizycznej?

Miłość: Nic nowego. Docenicie spokój

domowego zacisza w towarzystwie partnera lub... dobrej książki. Praca: Możliwy awans lub podwyżka. Nie spoczywajcie jednak na laurach i dalej inwestujcie w swoją przyszłość. Finanse: Coraz lepsze, wręcz zaskakująco dobre. To doskonały czas na inwestowanie, remonty i ogólne zmiany. Zdrowie: Wasza psychika potrzebuje odpoczynku i relaksu. Taniec lub gimnastyka poprawią Wasz nastrój.

BLIŹNIĘTA

Miłość: Tydzień pełen rozczarowań, lecz

pamiętajcie – każde doświadczenie uczy nas czegoś. Pojawi się okazja do flirtu, ale uwaga-ten ktoś nie jest wart Waszej uwagi. Praca: Obowiązków przybywa, a rezultaty niewidoczne. Może nadeszła pora, żeby rozejrzeć się za czymś nowym? Finanse: Pusty portfel to nie koniec świata. Wkrótce będzie lepiej. Zdrowie: Wyjdźcie z domu. Spacer pomoże przetrwać trudne chwile.

STRZELEC

Miłość: Życie jest zbyt krótkie, by żyć

PANNA

Miłość: Partner pozytywnie was zaskoczy jakimś prezentem lub pomysłem. Samotne Panny czeka nostalgiczny tydzień. Nie rozpamietujcie niepotrzebnie przeszłości – do niczego to nie prowadzi. Praca: Niech Was nie przerażają obowiązki. Jak zwykle poradzicie sobie doskonale. Finanse: Zechcecie teraz zakupić jakąś nieruchomość lub cenny przedmiot. Uważajcie na oszustów. Zdrowie: Bóle głowy i szyi. Pora się zrelaksować.

wspomnieniami. Nowy znajomy czeka na wiadomość. Praca: Będzie znośnie, ale bez niespodzianek. Zainwestujcie w szkolenia lub kursy. Zdrowie: Stare dolegliwości dadzą znać o sobie. Warto zrobić badania.

RYBY

Miłość: Nie zauważacie, że partner nie

czuje się dobrze. Czas na szczerą rozmowę. Samotne Ryby czeka spotkanie lub niespodziewana randka. Praca: Poprawa stosunków ze współpracownikami. Posłuchajcie rad innych, wiele was nauczą. Finanse: Ktoś poprosi o pożyczkę. Nie odmawiajcie. Zdrowie: Problemy ze strony układu trawiennego. Unikajcie ostrych przypraw oraz ciężkich dań. Ograniczcie używki.


WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

16

Britney Spears

JAJECZNICA Z 13 JAJ STANISŁAW KOKESZ

Obi-Wan z planety, na której panuje królowa Amidala ze swym kochankiem Anakinem Skywalkerem, leciał z wizytą na planetę Transylwania, gdzie panuje książę Drakula. Z powodu awarii pojazdu kosmicznego wylądował na moim podwórku. – Żyją. Mają 18 wnuków, jak wasz Romney. – Przepraszam, gdzie ja jestem? – spytał. Zdziwiłem się, skąd wie o Romneyu, więc Rozpoznałem go natychmiast, bo wygląd wyjaśnił, że magiczno-elektroniczną drogą czyma bardzo charakterystyczny. – Jesteś, Obi-Wan, w Ameryce, najwspa- ta regularnie „Nowy Dziennik” i kilka innych gazet. Wie, że Mitt wykonał woltę, mówiąc, że nialszym kraju na planecie Ziemia. – Niespodzianka. Ale skoro tu jestem, po- lubi Obamacare i jest fanem Snookie z New szedłbym do Meka-Donaldsa. Gdzie jest naj- Jersey. Może teraz Romney poprze Obamę na drugą kadencję? Byłoby to salto mortale. Spybliższy jego saloon? – Myślisz o McDonaldsie, ale jego loka- tał, czy daleko od mojego domu jest Biały Dom. – Bardzo daleko. le to nie saloony, nie ma w nich nawet piwa. – Szkoda. Mógłbym zaoferować prezydenDlatego do nich nie chodzę. Czy mimo to chcesz towi swoje usługi jako ekspert od wszystkietam pójść? – Rozmyśliłem się. Jestem głodny, gdzie go. Do kina poszedłbym tylko na film „Bitwa pod Wiedniem”. mi radzisz pójść? Zobaczył na stole „Nowy Dziennik” i met– Poradzę, ale powiedz, czy masz dolary? Miał tylko suwereny z Naboo, więc zapro- kę z moim nazwiskiem. Skojarzył. – Ach, to ty piszesz w Weekendzie feliesiłem go do siebie, usmażyłem jajecznicę z 13 jaj dla nas obu i podzieliłem się z nim dwulitro- tony, które lubię. Kiedy streszczasz nieprzywą butelką meksykańskiego piwa Corona. Do- zwoite powieści czy opowiadania, relacjonułożył ogromną marchewkę, którą miał w pojeź- ję to królowej. Udaje zgorszoną, ale słucha. Nadzie. Smakowała jakoś inaczej niż te z planety pisałeś, że jako mały chłopiec czytałeś powieść Ziemia. Potem zaczął opowiadać Gwiezdne Woj- „Pas cnoty”, ale jej nie streściłeś. Dlaczego? – Bo ją słabo pamiętam, ale jeśli chcesz, ny, o pokonaniu Dooku, o Jedi, ale ja to znam, włączyłem więc telewizor. Niestety na wszyst- opowiem z grubsza i będziesz mógł powtórzyć królowej Amidali. Milioner miał w Hiszpanii kich kanałach były reklamy McDonaldsa. – Czy księżniczka Leila i Han Solo jesz- piękną willę nad morzem i równie piękną żonę. Musiał wyjechać na dłużej w interesach. Obacze żyją? – spytałem.

wiał się, że w tym czasie żona może się puścić, zaprosił więc do swej willi trzech przyjaciół, w tym księdza. Sądził, że będą się nawzajem pilnowali i żaden z nich nie pozwoli sobie na coś niestosownego. Nazwał ten układ pasem cnoty i wyjechał spokojny o cnotę żony. Ale piękna tak manewrowała, by znaleźć się z każdym sam na sam. Powiedzmy długi spacer brzegiem morza, w ustronnym miejscu rozbierała się i to wystarczało, po kilku dniach miała seks z każdym z trzech, z księdzem włącznie. Pas cnoty zawiódł. – Jednak całkiem dobrze pamiętasz po prawie stu latach – pochwalił mnie. Pukanie do drzwi. Nie zauważyliśmy, że na podwórku bezszelestnie wylądował drugi pojazd kosmiczny z mechanikiem, który szybko zreperował ten nawalony. Wobec tego Obi-Wan podziękował za jajecznicę i odleciał. Dziękuję, przepraszam, muszę odejść, odchodzę, odchodzę, odchodzę. (Carrie Underwood)

Strasznie reklamowany był debiut Britney Spears w roli sędziny turnieju X Factor, obejrzałem więc i podobała mi się w tej roli. Nie mówi dużo, często się śmieje. Jeśli ktoś jest dobry, mówi tylko, że owszem, ale nie używa

STRASZNIE REKLAMOWANY BYŁ DEBIUT BRITNEY SPEARS W ROLI SĘDZINY TURNIEJU, OBEJRZAŁEM WIĘC I PODOBAŁA MI SIĘ W TEJ ROLI. NIE MÓWI DUŻO, CZĘSTO SIĘ ŚMIEJE.

superlatywów jak inni. Wyjątkowo raz pochwaliła większą ilością słów bardzo młodą dziewczynę, która faktycznie śpiewa świetnie. Gdy ktoś jest marny, Britney mówi krótko „nie”. Facetowi źle śpiewającemu nie pomogło, że krzyczał: „Całe życie kocham Britney!” Wyszedł przed namiot i śpiewa, Nikt go nie słyszy, nikogo tu nie ma. (Willie Nelson)

Clint Eastwood powiedział w wywiadzie, że całe życie gra facetów, którzy zabijają innych facetów, ale nie czują z tego powodu satysfakcji. Raz tylko zagrał zakochanego w romantycznym filmie, a jego partnerką była Meryl Streep, z czego jest dumny. Wystąpił na konwencji republikanów, ale przegapiłem. Spikerki od wiadomości i prowadzące poważne magazyny siedzą za biurkiem, za to prezenterki magazynów rozrywkowych stoją. Jest ich sporo, niektóre są ładne i nogi mają dobre, ale piękna jest tylko jedna. Maria Menounos pokazuje się w telewizorze ostatnia, bo przed samą północą, kiedy niektórzy już śpią, więc nie mogą jej zobaczyć. Maria stoi pół godziny, a po północy na trzech kanałach trzech komediantów dowcipkuje na temat Mitta, ale wtedy jeszcze więcej ludzi śpi. Na czwartym kanale po północy leci dozwolony od lat 14 „Family Guy”. Na Ukrainie jest całkiem zabroniony przez rząd, wiem dlaczego. Dlatego, że za rysunkową córeczkę Meg mówi urodzona w Kijowie Mila Kunis, która w Hollywood kompromituje Ukrainę, źle się prowadząc. Wprowadziła się do Kutchera, choć jeszcze nie miał rozwodu z Demi Moore. &


nowy dziennik

WEEKEND

| 29 WRZEŚNIA 2012

17

ROMAN DWORECKI, M.D.P.C. 4G 25% OFF 718.383.7778 NAJSZYBSZY

NETWORK w AMERYCE

akcesoria

832 MANHATTAN AVE., BROOKLYN, NY 11222 SPECJALISTA CHORÓB PRZYZĘBIA I IMPLANTÓW ZĘBOWYCH

PARADONTOLOG URSZULA KOROL, D.D.S. BOARD CERTIFIED, (DIPLOMATE OF AMERICAN BOARD OF PERIODONTOLOGY)

• ZAPOBIEGANIE I LECZENIE PARADONTOZY

(KIESZONKI DZIĄSŁOWE, KRWAWIENIE DZIĄSŁOWE, RUCHOMOŚĆ ZĘBÓW)

• IMPLANTY ZĘBOWE • REGENERACJA - ODBUDOWA KOŚCI WOKÓŁ ZĘBÓW • WSZCZEPY KOSTNE - ODBUDOWA WYROSTKA ZĘBODOŁOWEGO

• CHIRURGIA PLASTYCZNA DZIĄSEŁ

- PRZESZCZEPY DZIĄSEŁ WOKÓŁ OBNAŻONYCH SZYJEK ZĘBOWYCH - KOREKTA PRZEROSTU DZIĄSEŁ • STABILIZACJA RUCHOMYCH ZĘBÓW • SZCZEGÓŁOWE BADANIE GŁOWY I SZYI W CELU WYKRYCIA RAKA JAMY USTNEJ I PATOLOGII STAWU SKRONIOWO-ŻUCHWOWEGO

OKULISTA

DIPLOMATE OF THE AMERICAN ACADEMY OF OPHTHALMOLOGY

- kompletne badanie oczu - operacje katarakty - operacje jaskry - operacje laserowe w gabinecie - operacje oczu przy cukrzycy - badanie pola widzenia

212.888.2008

57 W. 57 Street, SUITE 805, NYC, NY 10019 (Między 5 i 6 Ave.)

Doktor współpracuje z New York Eye and Ear Hospital i Beth Israel Hospital na Manhattanie. Pacjenci z całego świata przyjeżdzają do dr. Dworeckiego na operacje. Większość ubezpieczeń honorowana, lekarz należy do unii 32B-J

Manhattan 409 East 14 Street NYC, NY 10009 212.677.3200

OD PONIEDZIAŁKU DO PIĄTKU metro L do 1 Ave.

REKLAMUJ SIĘ W WEEKENDZIE Dział Reklamy i Marketingu, Dyr. Delfina Kozimor: Tel: 212-594-2266 wew. 304 e-mail: displays@dziennik.com.

t ne

m .co MD c z Do cki wi c w ó o m .Z wore Za w ww an D m Ro e prz ytę

(róg 1 Ave.)

DR. KOROL JEST JEDYNĄ POLSKĄ SPECJALISTĄ-PARADONTOLOGIEM, ABSOLWENTKA NEW YORK UNIVERSITY, DEPARTAMENT PARADONTOLOGII I IMPLANT DENTISTRY W CELU UMÓWIENIA SIĘ NA WIZYTĘ PROSZĘ DZWONIĆ POD NR:

r nte zi


WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c

ROZMOWA NA WEEKEND MICHAŁ PIRÓG:

d

ZDJĘCIE: ARCHIWUM

18

TRZEBA LUBIĆ TO, CO SIĘ ROBI Tancerz Michał Piróg wziął udział w tegorocznym Ecco Walkhatonie w Warszawie. Rozmawiamy z artystą o tej charytatywnej imprezie oraz aktywnym trybie życia.

c MAŁY ATLAS PSÓW d

AIDI

ZDJĘCIE: PAP/STACH LESZCZYŃSKI

To jedna z ras psów, należąca do grupy w typie pinczera i sznaucera, psów molosowatych, szwajcarskich psów pasterskich i innych ras.

To jest wspaniała idea. Przede wszystkim, dlatego, że mobilizuje ludzi do aktywnego działania, do spaceru, o którym często zapominamy. Spacer jest bardzo ważną aktywnością, na którą często sobie nie pozwalamy, ponieważ uważamy, że jest dużo więcej ważnych rzeczy. Z jednej strony jest to aktywność, a z drugiej stronny Ecco Walkhaton, to spacer charytatywny, czyli połączenie czegoś przyjemnego z pożytecznym i zdrowym. W związku ze swoim zawodem masz bardzo dużo ruchu. Czy oprócz tańca wybierasz jeszcze jakąś formę aktywności fizycznej?

Taniec czasem nie ma wiele wspólnego ze zdrowiem. Teraz pracuję nad pewnym projektem, który wymaga ode mnie dużej aktywności. Jednak to nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, ponieważ pracujemy w złych godzinach, na dużym zmęczeniu i w stresie. To nie jest ten pozytywny ruch. Pozytywny ruch uprawia się z myślą o sobie i z szacunkiem dla ciała. Trzeba wygospodarować kilka godzin i zrobić coś dla siebie, nie forsować się, ponieważ nic nie musimy nikomu udowadniać. Zawsze się mówi, że ruch to zdrowie, ale wszystko zależy od tego, jaki jest to ruch. Wybierając ten dobry rodzaj aktywności fizycznej, wolisz pływanie, rower, bieganie?

Wszystko musi być zgodne z tym, czego sami chcemy. Nie lubię pływać i nie zmuszam się do tego, mimo że wiele osób mówi mi, że basen jest najlepszy. Nie można słuchać innych w tej kwestii, trzeba robić to, co jest dla nas najlepsze, w czym czujemy się dobrze. Trzeba lubić to, co się robi. Wspomniałeś o pewnym projekcie. Nad czym teraz pracujesz?

Maść bardzo różna: piaskowa, biała, wyblakła, czerwona, pręgowana, biało-czarna, biało-płowa, bardziej lub mniej z nalotem, trójbarwna itp. Bardzo często plamy są tak ułożone, że tworzą płaszcz i czepiec, oddzielone od kryzy; do tego dochodzi poszerzający się pas na czole i silnie pigmentowane wargi i nos (rysunek jak u bernardyna). JL

DZISIAJ AIDI SĄ WYKORZYSTYWANE JAKO PSY STRÓŻUJĄCE, ZAGANIAJĄCE, PASTERSKIE I MYŚLIWSKIE. PRAWDOPODOBNIE WCZEŚNIEJ UŻYWANE BYŁY RÓWNIEŻ DO WALK.

PIÓRKIEM W SEDNO

Robimy teraz projekty na rynek hinduski i Arabii Saudyjskiej. To jest stresujące zajęcie, ponieważ są to ogromne produkcje. Czasem ktoś się pomyli, potknie się komuś noga i wszystko trzeba robić od początku. Poświęcamy temu wiele czasu. Pracuję razem z Kasią Kizior. Jestem współautorem choreografii. Rozmawiała: Dominika Gwit

Michał Piróg tancerz, choreograf, prezenter telewizyjny, aktor. Jest instruktorem i nauczycielem podczas wielu warsztatów tanecznych. Pracuje w technikach: jazz, modern jazz, afro jazz, taniec współczesny, funky jazz, broadway jazz. Współpracował z teatrami w Polsce, Francji, Belgii i Szwajcarii. W Polsce tańczył m. in. W Teatrze Muzycznym Roma oraz w Teatrze Powszechnym w Warszawie. W 2006 roku prowadził program „W rytmie MTV”, od 2007 roku jest jurorem w popularnym programie „You Can Dance” na antenie TVN. W tej telewizji także prowadził program „Top Model. Zostań modelką”. Jest współzałożycielem grupy „Horn Dance Company”. Ma 33 lata.

ILUSTRACJA: WOJCIECH KOZAK

Jest weekend, bardzo wczesna pora, a ty jesteś już na nogach gotowy do Ecco Walkhatonu. Dlaczego zdecydowałeś się wziąć w tym udział?

Aidi prawdopodobnie jest potomkiem dużych azjatyckich psów pasterskich. Francuska nazwa rasy Chien de l’Atlas określa jej pochodzenie – góry Atlas w Maroku; w ojczyźnie tej rasy, aidi jest psem stróżującym. Dzisiaj aidi są wykorzystywane jako psy stróżujące, zaganiające, pasterskie i myśliwskie. Prawdopodobnie wcześniej używane były również do walk jako psy bojowe. Pies ten jest inteligentny, uważny i mało tolerancyjny wobec obcych. Bardzo ruchliwy, żywiołowy i silny. Aidi to muskularny pies, charakteryzujący się siłą i zręcznością; krzepki, silnie zbudowany, ale nie ciężki; pokryty obfitą szatą, stanowiącą zarówno ochronę przed słońcem jak i zimnem w górach jego stron ojczystych. Szata tworzy jednocześnie pancerz w czasie walk, które aidi musi staczać z szakalami i innymi drapieżnikami. Jego spojrzenie jest żywe, bezpośrednie i zdecydowane, tak jak u każdego czujnego psa, który stale jest gotów do wypełniania swych zadań obrońcy. Włos aidi jest bardzo gęsty, półdługi i obfity, o długości około 6 cm, na głowie i uszach powinien być krótszy i delikatniejszy. Na szyi i podgardlu tworzy grzywę, szczególnie u psów. Pośladki i ogon winny być pokryte obfitym i długim włosem.

REPUBLIKANIE


nowy dziennik

WEEKEND

GREG KOZIKOWSKI, M.D. Assistant Professor of Anesthesiology Diplomate of American Board of Anesthesiology Board Certified in Pain Management

Profesor - Specjalista

Leczenia Bólu

SPECJALISTA-CHIRURG SZCZ¢KOWY BEZBOLESNE ZABIEGI IMPLANTY POD NARKOZÑ DENTYSTYCZNE • BEZBOLESNE USUWANIE Z¢BÓW • IMPLANTY - NADBUDOWA KOÂCI SZCZ¢KOWEJ • LECZENIE KANA¸OWE RESEKCJE • INFEKCJE JAMY USTNEJ I PROFILAKTYKA RAKA • T.M.J. CHRONICZNY BÓL SZCZ¢KI • ZABIEGI PO USZKODZENIACH I ZRANIENIACH TWARZY ORAZ BIOPSJA TKANKOWA

• Bóle kr´gos∏upa, szyi, nóg i ràk • Bóle korzonkowe • Bóle reumatyczne, artretyzm, rwa kulszowa • Wypadanie dysku, bóle pleców i l´dêwiowe • Bóle stawów, naciàgni´cia

Leczenie farmakologiczne, inwazyjne i akupunktura Przyjmuje w gabinetach: W PONIEDZIA∏KI I SOBOTY W ŚRODY

COMPREHENSIVE PAIN MEDICINE PC

tel: 718 349 1221

60-51 69 AVENUE RIDGEWOOD, N.Y. 11385

tel: 718 381 3456

wi´kszoÊç ubezpieczeƒ akceptowana www.painpanacea.com

KOMENTARZ? POMYSŁ? OPINIA? NAPISZ DO NAS: listy@dziennik.com

19

Charles J. Ptak, D.D.S.

Wyk∏adowca w Katedrze Uniwersyteckiej New York University School of Medicine

GREENPOINT DOCTORS, MGT. INC. 146 NORMAN AVE BROOKLYN, NY 11222

| 29 WRZEŚNIA 2012

TEL:

718.383.5551

www.drptak.com VISA • MASTER CARD • AMERICAN EXPRESS

92 Norman Avenue

Greenpoint, NY 11222


20

WEEKEND

nowy dziennik

| 29 WRZEŚNIA 2012

c DZIAŁ ODZIEŻOWY d

PODOMKI, CZYLI MANHATTAN JESIENIĄ BOŻENA CHLABICZ

Tymczasem w witrynach concept store Kleina przy Madison Avenue znowu królują głębokie, kalwińskie czernie. Tym razem manekiny zachęcające do odwiedzenia nienagannie białego i minimalistycznie geometrycznego wnętrza firmowego salonu noszą czarne kaszmiry i czarne koronki. Kalwiński duch nie gaśnie także i po drugiej stronie ulicy, gdzie swój flagship store ma marka z Nowym Jorkiem w nazwie, sygnowana przez Donnę Karan. Drugą, po Kleinie, ikonę lokalnego designu, wyrażającego mroczną, gotycko-wiktoriańską naturę Manhattanu. Wystawy szklanego flagowca DKNY też spowite są w głębokie czernie, choć – ponieważ to popularna linia – gdzieniegdzie przełamane przez dyskretne beże i delikatne szarości. Tu i ówdzie pojawia się nawet odrobina odważnych czerwieni. W sam raz tyle, żeby starczyło na mocny i odważny akcent kolorystyczny, jest to bowiem marka adresowana głównie do młodszej klienteli. Parę ulic wyżej, w firmowym salonie Donny Karan, jest podobnie. Na wieszakach ustawionych wzdłuż szklanych ścian salonu, na tle widocznego w głębi bambusowego gaju i fontanny „zen”, też królują antracyty i grafity, choć tym razem towarzyszą im także głębokie czerwienie i błękity. I to nie tylko w charakterze akcentów, bowiem czarne żakiety występują w duetach z płomiennymi spódnicami i lśniącymi bluzkami w barwie ultramaryny. Dominują jednak czernie. Trzeci z „wielkiej trójki” nowojorskich klasyków designu też stara się – w najnowszej kolekcji – sprostać lokalnej tradycji, choć specjalnością Ralpha Laurena od zawsze były przecież popielate i beżowe tweedy. Jednak nawet w ofercie casual, charakterem nawiązującej od całych dekad do brytyjskiego stylu country,

ZDJĘCIA: ARCHIWUM

Po domu i tej jesieni będziemy chodzić tak, jak zwykle. W ten sposób jeszcze przynajmniej przez jakiś czas zachowamy tę ostatnią część naszej tożsamości, która wiąże się z tradycją kalwińską. W końcu Nowy Jork to Calvin Klein, a Calvin Klein – Nowy Jork.

czerń pojawia się pod postacią żakietów, bryczesów i akcesoriów – toczków i butów jeździeckich. Natomiast w sektorze konfekcji wizytowej i wieczorowej czarny zdecydowanie

dominuje, tej jesieni przełamany jedynie dyskretnymi tonami starego złota. Manekiny w długich wytwornych toalety i eleganckich sukienkach koktajlowych wyjątkowo wyrazi-

DUCH KALWIŃSKI INSPIRUJE TAKŻE I MŁODSZE POKOLENIA DESIGNERÓW Z MANHATTAŃSKIM RODOWODEM, CZEGO NAJLEPSZYM PRZYKŁADEM JEST JESIENNA KOLEKCJA MARCA JACOBSA.

ście odcinają się więc tym razem od lśniącej bieli marmurów firmowego salonu, czy raczej pałacu Laurena na Upper West Side. Duch kalwiński inspiruje także i młodsze pokolenia designerów zmanhattańskim rodowodem, czego najlepszym przykładem jest jesienna kolekcja Marca Jacobsa. Owszem, mniej klasyczna, nobliwa i poważna niż oferta starszych kolegów po fachu, ale też oddaje należny szacunek kolorystycznej manhattańskiej tradycji. Wprawdzie czarny kostium ze spodniami, białą bluzką i wielkim, futrzanym, czarno-białym kapeluszem trudno by zmieścić w definicji kalwińskiego minimalizmu, ale co do kolorystyki, to sam Calvin nie miałby chyba poważniejszych zastrzeżeń. Autorska kolekcja Marca, którą złośliwi krytycy uznali za efekt współpracy Willy’ego Wonki z Szalonym Kapelusznikiem i przezwali Dickensowską, jest bowiem – pomijając pojedyncze acz wyraziste wtręty kolorystyczne, jak ogromny, futrzany, obsesyjnie żółty kapelusz – niemal monochromatyczna i utrzymana w tonach czerni i szarości. Także i w przypadkach, gdy w pojedynczym projekcie pojawia się trochę więcej czerwieni albo błękitu, czernie i tak mają w nich przeważające pięćdziesiąt kilka procent. Natomiast handlowa oferta Jacobsa, a więc to, co po pokazach rzeczywiście trafia na półki firmowych sklepów przy Bleeker Street, to już głównie konfekcja w pełni dostosowana do lokalnego kolorytu, a więc maskujące szarości i kryjące czernie, pod którymi rasowy nowojorczyk jest zarazem świetnie ubrany i zarazem niewidoczny dla otoczenia. Na tym właśnie polega zresztą ów dyskretny, powściągliwy i nonszalancki styl bycia, właściwy kolejnym pokoleniom mieszkańców i bywalców Manhattanu. Że zaś wymienieni wyżej projektanci wszyscy pochodzą stąd, to i wiedzą, w czym chodzi się tutaj po domu. I dlatego także tej jesieni, w dobie mody na złoto, błękity i czerwień, w Nowym Jorku nosi się wszystkie kolory wymieniane w stylebookach, pod warunkiem, że są to antracyty, grafity popioły i inne odcienie czarnego. &

Nowy Dziennik 2012/09/29 Weekend  

Od ponad 40 lat Nowy Dziennik utrzymuje pozycję największej i najbardziej prestiżowej polskojęzycznej gazety codziennej w USA. Redagowany i...

Advertisement