Page 1


Drodzy czytelnicy To nasz jubileuszowy numer. Polecam gorąco Temat Numeru, który dotyczy cenzury w mediach. Artykuł pt: Dziennikarze mówią „Stop”ograniczaniu wolności słowa pozwoli na uporządkowanie swojej wiedzy na temat ostatnich dziwnych zwolnień dziennikarzy. Warto również przeczytać relację z beatyfikacji, by poczuć choć troszeczkę klimat, jaki wytworzył się na Placu św. Piotra 1 maja. Mamy nadzieję, że tym razem nie wtargnie do naszej gazety chochlik drukarski i nie pożre ostatniej strony z działem Poezja. Pragnę również sprostować, że okładkę ostatniego numeru zaprojektował Damian Zaremba, a nie tak jak było napisane Karolina Jabłońska. Bardzo przepraszamy i życzymy przyjemnej lektury!

Redakcja Obserwatora Koło Naukowe Studentów IEMiD ul. Dewajtis 5 01–185 Warszawa Dziekanat Wydziału Teologicznego z dopiskiem Koło Naukowe Studentów IEMID eObserwator: kns.iemid.uksw.edu.pl redakcja_obserwator@op.pl ISSN (1733-2494) Redaktor Naczelny: Karolina Jabłońska Redakcja: Blanka Borys Hanna Dębska Kamil Gabinecki

Magdalena Korzeniewska Magdalena Kowalewska Katarzyna Kujawa Jan Majda Anna Mularska Magdalena Sylwestrzak Marlena Tyburska

Skład i organizacja druku: PanDawer (www.pandawer.pl) Korekta: Katarzyna Lisiecka, Karolina Jabłońska Projekt okładki: Damian Zaremba


Spis treści Studenckie sprawy: Sto Lat, Sto Lat – Niech żyje Obserwator Nam! ........................................ Tablica, wystawa, nowe Muzeum UKSW – Uniwersytet oddaje cześć zmarłemu Rektorowi ...................................................................................

5

Społeczeństwo: Czy bandyta może wierzyć? ...................................................................... Tak blisko nas .............................................................................................. Przystanek schronisko ................................................................................. Anorektyczno-bulimiczne ALTER EGO .......................................................

7 11 14 17

Temat numeru: Dziennikarze mówią „STOP” ograniczaniu wolności słowa ...................... Szanując słowa ...........................................................................................

21 24

Beatyfikacja: Akcja. Beatyfikacja ..................................................................................... Czy żyjemy nauką Jana Pawła II? Warszawianie odpowiadają ................. Jan Paweł II – Papież wolności ...................................................................

28 30 34

Religia: Koniec świata – czuwanie czy zgadywanie? ..............................................

36

Filozofia: Interesowna bezinteresowność ................................................................... Niewinne igraszki Zygmunta F....................................................................

39 43

Kultura: (Nie)Zapomnij o Miłoszuu .......................................................................... Bóg, muzyka i macierzyństwo .................................................................... INNA TWARZ (mini)gigantów .................................................................... Lisiecki bez rewelacji ...................................................................................

45 47 51 52

Poezja: Kochana ....................................................................................................... To nie ty .....................................................................................................

54 55

4

3


S T U D E N C K I E S P R AW Y

Sto Lat, Sto Lat – Niech żyje Obserwator Nam! To już 20. numer Obserwatora! Mimo zmian redakcji i formatu Obserwator niezmiennie pozostaje otwarty na nowych studentów i ich inicjatywy. Niestety każde kolejne wydanie wiąże się z obawą, że będzie tym ostatnim, dlatego prezentujemy je z dumą ciesząc się, że wciąż możemy być z Wami. Oczywiście jesteśmy bardzo wdzięczni władzom uczelni za każde finansowe wsparcie, niemniej z powodu ostatniego ograniczenia go, bez dodatkowych sponsorów nie zdołalibyśmy utrzymać obecnego nakładu (300 egzemplarzy). Jest nam przykro, że poszerzonemu w 2010 roku gronu studentów dziennikarstwa i komunikacji społecznej nie umożliwiono dalszego rozwijania tego projektu. Szacujemy, że obecny nakład pozwala dotrzeć jedynie do ok. 40% studentów dziennikarstwa oraz niespełna 1,6% wszystkich studentów UKSW. Trudno w tej sytuacji myśleć poważnie o jakiejkolwiek promocji piszących na naszych łamach nawet w obrębie uczelni, a co dopiero w powszechnie znanych redakcjach. Mimo najszczerszych chęci zwiększenia nakładu, redakcji nie udało się otrzymać niezbędnej dotacji, która umożliwiłaby wydanie choćby zawrotnych 500 sztuk, będziemy jednak dokładać wszelkich starań o utrzymanie dotychczasowego nakładu, nawet jeśli obejmuje on swoim zasięgiem jedynie szatnię Kampusu Dewajtis. I stawiam sobie pytanie, po co tak właściwie gazeta studencka na dziennikarskim kierunku? Czy aby na pewno tworzącym Obserwatora studentom przyświeca ten sam cel, co finansującej go uczelni? Po co tak właściwie radio uniwersyteckie, czy nowa kamera, skoro lepiej jest otworzyć jeszcze jeden kierunek z kolejną setką potencjalnych dziennikarzy, których rynek nie potrzebuje, a uczelnia nie chce/ nie potrafi wypromować.

Karolina Jabłońska


S T U D E N C K I E S P R AW Y

W przeddzień obchodów rocznicy katastrofy pod Smoleńskiem, w której zginął Rektor UKSW ks. prof. Ryszard Rumianek, na zewnątrz budynku Wydziału Teologicznego odsłonięta została tablica upamiętniająca śp. Rektora oraz innych tragicznie zmarłych ludzi nauki związanych z Uniwersytetem. Przy auli Jana Pawła II otwarto również wystawę, która jest wspomnieniem śp. Rektora. - Pozostają z nami oni sami oraz to, co zrobili dla naszego Uniwersytetu, dla nauki w Polsce i na świecie – podkreślał podczas uroczystości Rektor naszej Uczelni, ks. prof. Henryk Skorowski. Magdalena Kowalewska

Tablica, wystawa, nowe Muzeum UKSW – Uniwersytet oddaje cześć zmarłemu Rektorowi Wystawa, na której można zobaczyć m.in. postrzępione i ubłocone ubranie, w którym ks. prof. Ryszard Rumianek leciał do Smoleńska oraz jego osobiste rzeczy, nie tylko przywołują pamięć o wybitnym Rektorze UKSW, ale są także dowodami na to, co stało się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem. Jest przejmująca, wzrusza studentów i pracowników, skłania do refleksji i do pamięci o tragicznie zmarłym Rektorze oraz o wszystkich ofiarach tej katastrofy. Prymas Polski abp Józef Kowalczyk w czasie uroczystości powiedział, że „opłakując ich odejście z tego świata i patrząc w świetle wiary na to, co się Tablica, wystawa, nowe Muzeum UKSW

stało, zdajemy sobie sprawę z tego, że straciliśmy ich na zawsze”. To prawda; straciliśmy naszego Rektora na zawsze, tak jak i pozostałe osoby, które leciały do Smoleńska, aby oddać hołd pomordowanym w Katyniu, ale nie straciliśmy ich dorobku. Naszym zadaniem jest kontynuować dzieło, które rozpoczął śp. ks. prof. Ryszard Rumianek, prezydent Lech Kaczyński, prezydent Ryszard Kaczorowski, bp. Tadeusz Płoski oraz ks. Jan Osiński. Tym osobom w szczególności została poświęcona niedawno odsłonięta tablica na UKSW. To my, młodzi ludzie, powinniśmy stanąć w jednym szeregu oraz pokazać, że w naszym życiu jest obecny: Bóg, 5


S T U D E N C K I E S P R AW Y

fot. Donat Brykczyński

Honor i Ojczyzna. To od nas może zależeć przyszłość nauki i Polski. Dlatego, oddając hołd tragicznie zmarłym, chcemy jednocześnie głosić prawdę i bronić swojej wiary. Wystawa poświęcona pamięci Rektora ks. prof. Ryszarda Rumianka zostanie przeniesiona do Muzeum Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, które zostanie otwarte w Święto UKSW – 28 maja. Muzeum będzie znajdowało się

w kampusie przy ul. Dewajtis w jednym z dawnych domków braci eremitów. Nowo otwarte muzeum na terenie Uniwersytetu będzie przedstawiało jego historię powstania i najważniejsze osiągnięcia ostatniej dekady. W planach jest również prezentowanie wystaw zmiennych, głównie planszowych. Magdalena Kowalewska


SPOŁECZEŃSTWO

Przestępcy też potrzebują Boga. Żeby im Go zanieść, nie wystarczą kapelani. W „Bractwie Więziennym” działa kilkuset świeckich – dzięki nim więźniowie modlą się, przystępują do sakramentów, a nawet chodzą na pielgrzymki. Hanna Dębska

Czy bandyta może wierzyć? – Czy to prawda, że tutaj są więźniowie? – zapytała podczas pielgrzymkowego postoju jedna z gospodyń. Ksiądz potwierdził. – Ale chyba nie złodzieje? – dopytywała z niepokojem kobieta. – Lepiej: mordercy! – odparł ksiądz.

– To jest najwspanialsza resocjalizacja – twierdzi Halina Lis, wolontariuszka w areszcie na Służewcu, na pielgrzymce nazywana „matką więźniów”. – Niektórzy z nich mówią, że pierwszy raz doświadczyli bezinteresownej miłości drugiego człowieka. A oni w życiu nic za darmo nie dostali.

Miłość za darmo

Sprany mózg

Jednak uczestnicy warszawskiej Pieszej Pielgrzymki Niepełnosprawnych na Jasną Górę nie pytają o ich przeszłość. – Ludzie cieszyli się, że z nimi szedłem, że wózek pchałem, mówili, że jestem fajny, wartościowy człowiek. Pomyślałem: jedna osoba może się pomylić, druga też, ale nie tyle naraz! – opowiada Marek, który w zeszłym roku wyszedł na wolność. – Chciałem iść na pielgrzymkę, bo to mi mogło skrócić wyrok. Ale dużo się tam w moim życiu pozmieniało. Zobaczyłem jak jeden drugiemu pomaga. Pada deszcz, wszyscy mokrzy, nogi mają poranione, ale oni i tak idą i śpiewają z taką radością w oczach. Myślę: może rzeczywiście życie nie polega na chlaniu…

Marek rano oddał krew. Jest czysty, choć jeszcze niedawno był uzależniony od alkoholu, brał narkotyki, kradł. Gdy wsiada do tramwaju, kobiety mocniej trzymają torebki: obawiają się tego wysokiego, umięśnionego chłopaka z wytatuowanymi rękami i łańcuchem na szyi (dopiero z bliska widać przyczepiony do niego medalik). Na pielgrzymce oddał życie Bogu. Lecz po wyjściu z zakładu karnego przepił zarobione pieniądze. Miał wyjechać do Niemiec kraść samochody. Rozpaczliwie szukał pomocy u Haliny Lis. Powiedziała wprost: „Zgnijesz w więzieniu albo wsiadasz w pociąg i jedziesz do Warszawy!”. Tam zaprowadziła go prosto do konfesjonału.

Czy bandyta może wierzyć

7


SPOŁECZEŃSTWO

Wciąż nie jest mu łatwo: mieszka w ośrodku dla bezdomnych, nie zawsze ma pracę. – Mówili, że mi odwaliło, bo jak bandyta może wierzyć w Boga? Ale ja doświadczyłem takich rzeczy, że gdybym opowiadał kolegom, to by powiedzieli: „Ładnie ci mózg sprali”. A ja nareszcie zacząłem żyć! – Choćby dla takiego jednego człowieka warto poświęcić swoje życie, czas, modlitwę – podsumowuje „matka więźniów”.

a ja nawet nie mam chrztu.” Ruszyły więc przygotowania do sakramentów. – Kilka lat temu do bierzmowania przystąpił niebezpieczny przestępca – wspomina Halina Lis. – To był 26-latek, który zamordował młodego chłopca, bo chciał zobaczyć, jak umiera człowiek. Przyprowadzono go w kajdankach ze związanymi nogami. Miał twarz dzikiego zwierzęcia. W momencie, kiedy przyjął sakrament, jego twarz się zmieniła: był szczęśliwy, uśmiechał się.

Okazja do wyjścia Maski opadają W domu Bernardyny Wojtkowskiej dzwoni telefon. Odbierają jej wnuki. – Czy mogę rozmawiać z babcią? – Nie, babcia jest w więzieniu! – słyszy zdumiony rozmówca. To nie żart: Bernardyna Wojtkowska, jako prezes „Bractwa Więziennego”, w zakładach karnych spędziła już wiele czasu. Przyświecał jej jeden cel: ewangelizować. Pierwsza wizyta w zakładzie: wąskie korytarze, trzask zamykanych krat, a w sercu obawa: jak to będzie? Najpierw nauka podstawowych modlitw i zachowania na Mszy Świętej, bo więźniowie wcześniej do kościoła nie zaglądali. Przyszli głównie po to, żeby nie siedzieć w celi, porozmawiać z kolegą. A może członkowie „Bractwa” coś przyniosą, załatwią… Z biegiem czasu słuchali coraz bardziej świadomie. I zaczęło się: „Ja jeszcze nie przyjąłem Komunii, ja nie byłem u bierzmowania,

Oczywiście zdarzały się protesty. – Prowadziłam kiedyś spotkanie ewangelizacyjne – wspomina Bernardyna Wojtkowska. – Jeden z więźniów strasznie się złościł, mówił, że jakby mógł, to by mnie zgniótł jak pluskwę. Nie podobało mu się, że trzeba się spowiadać z szóstego przykazania. Dlatego wolontariuszki tracą czasem wiarę w sens ewangelizacji. – Od niektórych słyszałam: „Jestem złodziejem i nie zamierzam zmienić swojej profesji, nie będę pracował za jakieś marne tysiąc złotych” – opowiada Halina Lis. – Oni najczęściej mówią, że są niewinni, zakładają maski twardzieli. Najbardziej pomocne są spotkania indywidualne: wtedy szczerze opowiadają o swoich tragicznych przeżyciach, widać w nich głód Pana Boga. – Więźniowie przede wszystkim chcą, żeby z nimi być, bo tam nie ma


SPOŁECZEŃSTWO

kto ich słuchać – mówi Elżbieta Mirska, członek zarządu „Bractwa”. – Czasem płaczą, to łzy im powycieram, pogłaszczę po głowie. Facet jak tur, wytatuowany, a w końcu wychodzi na to, że jest jak biedne dziecko. Spotyka się opinie, że więzienie przypomina sanatorium. A oni tam ogromnie cierpią. Jeden chłopak pisał w liście: „Czy człowiek w więzieniu to już jest śmieciem dla wszystkich?”. Różańcowa broń Różańce więźniów są kolorowe jak… korki od butelek. Nakrętki – przerobione na paciorki i krzyżyki – składają uczestnicy pielgrzymki z Błonia do Niepokalanowa, a także kilkudziesięciu skazanych. Jan Tul, pomysłodawca akcji i założyciel Fundacji Tulliano, chciałby nawiązać współpracę ze wszystkimi zakładami karnymi w Polsce. Na razie wysyła do nich różańce - już ponad sto tysięcy. Do każdego przyczepiona plakietka: ś.p. kapral, pułkownik, plutonowy… i nazwisko jednej z osób zamordowanych w Katyniu. W ten sposób każdy więzień otacza modlitewną opieką jednego żołnierza. Czy po odbyciu kary nadal pamiętają o modlitwie? Jest różnie. – Spotkałam Pawła, który wyszedł na wolność po 20 latach – opowiada Halina Lis. – Powiedział z wyrzutem: „Zrobiliście ze mnie ofiarę, dawniej nie brakowałoby mi pieniędzy na wygodne życie. Wy zmieniliście moje myślenie i teraz jest mi trudno”. Powiedziałam:

Czy bandyta może wierzyć

„Jak przykro to słyszeć”. A on nagle wyciąga z kieszeni różaniec i śmieje się: „A teraz to jest moja broń! Jeżeli mi brakuje chleba, modlę się. Matka Boża nigdy mnie nie zostawiła bez pomocy”. – Mamy dowody, że część więźniów się nawraca, ale o wszystkich nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć – mówi Bernardyna Wojtkowska. – Nie wiadomo, kiedy te Msze, modlitwy, spowiedzi i rozmowy im się przypomną, kiedy ta łaska zacznie działać. Zostawiamy to Bogu. My idziemy, robimy, co możemy, ale to On działa. ________________ Imiona więźniów zostały zmienione. Artykuł ukazał się w „Gościu Warszawskim” nr 31/605 Jak powstało „Bractwo Więzienne”? Po przemianach politycznych w 1989 r. osoby świeckie po raz pierwszy mogły wejść do aresztów i zakładów karnych, żeby pomóc w duszpasterstwie. Wykorzystał to ks. Jan Sikorski: zwrócił się o pomoc do grupy Odnowy w Duchu Świętym „Maranatha”, która działa przy kościele św. Marcina w Warszawie. Jako jedna z pierwszych zgłosiła się Janina Szweycer-Grupińska, która została pierwszym prezesem „Bractwa”. Oficjalna rejestracja Stowarzyszenia Ewangelicznej Pomocy Więźniom „Bractwo Więzienne” nastąpiła w 1993 r. Od tej pory liczy ono już prawie 800 członków na terenie całej Polski.

9


SPOŁECZEŃSTWO

Docierają do co trzeciego więzienia. Ich zadania to nie tylko przygotowywanie oprawy Mszy i spotkań modlitewnych, ale także rozmowy indywidualne, nawiązywanie kontaktu z rodzinami więźniów, wysyłanie paczek świątecznych dla ich dzieci, organizowanie szkoleń i konkursów, pomoc w znalezieniu pracy po wyjściu na wolność. Obecnie nie wszyscy członkowie mogą brać czynny

udział w ewangelizacji ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia. Liczą na to, że zastąpią ich młodsze osoby, gotowe realizować słowa Jezusa: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie”. Strona internetowa Bractwa: www. fot. Damian Zaremba bractwowiezienne.ruchy.opoka.org.pl Hanna Dębska


S T U D E N C K I E S P R AW Y

Tak blisko nas Ciemne kamienice, obskurne klatki schodowe. Oberwane tynki zewnętrzne, zaniedbane podwórka. Małe, ciasne mieszkanka i wielodzietne, ubogie… biedne rodziny. Tak jawi nam się Praga Północ. Nam Wolontariuszom Szlachetnej Paczki.

Dla chcącego nic trudnego, więc zachęcam do współpracy ze Stowarzyszeniem Wiosna – organizatorem corocznej akcji Szlachetna Paczka. Co roku już od czerwca przygotowujemy się do walki z nędzą polskich rodzin. Niesiemy szczyptę radości i uśmiechu. Pozyskujemy adresy rodzin bardzo potrzebujących. Wykonujemy telefony, kserówki wywiadów środowiskowych do przeankietowania rodzin i ruszamy w drogę z nadejściem września. Pod opiekę każdego wolontariusza trafia od 3 do 5 rodzin, z którymi musimy przebrnąć przez 3 etapy. ETAP I – Wywiad środowiskowy Rokrocznie nabywamy nowych doświadczeń, które pomagają nam w pokonywaniu kolejnych progów mieszkań. W trakcie jednego z wielu takich spotkań podczas, którego przeprowadzamy wywiad środowiskowy krzyki i wrzaski dochodzące zza drzwi słyszymy już na klatce schodowej. Nie jest to coś nadzwyczajnego, ponieważ w dwu pokojowym mieszkaniu mieszka sześciu małych rozrabiaków. Zza kotary imitującej ocieplenie drzwi wychyla się para małych, roześmianych oczu. Już Tak blisko nas

od progu krzyczą wąziutkie, umazane usteczka: „Mamo, mamo…”. – Dzień dobry Państwu. Jesteśmy ze Szlachetnej Paczki, przyszłyśmy na przeprowadzenie ankiety, która ma zweryfikować Państwa potrzeby. Przedstawiłyśmy się, po czym kobieta w młodym wieku zaprosiła nas do środka. Dookoła panowała rodzinna atmosfera. Najmłodsze dzieciaczki bawiły się na środku pokoju, a tata z najstarszym synem Adamem odrabiał lekcje przy, hm…ciężko nazwać to biurkiem. W tym etapie zadajemy wcześniej przygotowane pytania z ankiet dotyczące sytuacji materialnej rodziny, które mają ułatwić rodzicom przekazanie nam informacji nie tylko o ich potrzebach, ale także marzeniach. – Dzieciaki do szkoły jeszcze nie chodzą, te najmłodsze, więc jakieś ubranka, tylko ewentualnie jakieś zabawki… – zastanawia się mama. Na to wtrąca się starszy z synów: – Mamo, Bartuś płakał ostatnio, że zgubił szaliczek” – Proszę śmiało, bez krępacji, co konkretnie, ze szczegółami, bo to ułatwi przygotowanie paczki przez darczyńcę – oznajmiłam. 11


SPOŁECZEŃSTWO

Po tych słowach posypały się prośby, przede wszystkim dzieci. – Ja chciałbym plecak ze ScoobyDoo – powiedział Jaś – A ja duży wóz strażacki i czapkę na uszy – poinformował Staś – A ja, a ja – sepleniło się najmłodsze dziecko – Ja cę kaskę ba-na-nów-kę, mniam. – pokręciło rączką po brzuszku. „Co za słodkie i rozkoszne dzieci” – pomyślałam. Rodzina wymieniła jeszcze kilka potrzebnych im rzeczy. Przede wszystkim żywność długoterminowa oraz kosmetyki dla chłopca chorego na atopowe zapalenie skóry. Gołym okiem widać, że rodzina ma bardzo trudną sytuację materialną, ale się nie poddaje i wzajemnie się wspiera. Każda wizyta polega na tym samym. Zadajemy pytania w celu uzyskania jak najlepszego obrazu potrzeb rodziny. Ale każde mieszkanie, każdy domownik to nowe wyzwanie, inne dzieci, inni rodzice. Na naszej liście znajduje się jeszcze małżeństwo z pięciorgiem dzieci, samotna matka z trojgiem maluchów oraz starszy, słabo słyszący pan. Ich potrzeby różnią się w zależności od sytuacji. – Potrzeba czajnika i sztućców, dzieci tak szybko je gubią. – poinformował tata pięciorga dzieci. – Ja pragnąłbym telefon bezprzewodowy, bo za nim dojdę do telefonu, a raczej zanim go usłyszę to sygnał ucichnie. – Ja chcę kredki i blok. Uwielbiam malować. Często rysuję po ścianach, bo nie mam po czym. – wyznaje córeczka samotnej matki, Asia.

Fakt, na ścianach w pokoju już nie ma miejsca na wybitnie ładne malunki ośmioletniej dziewczynki. Po dwóch dniach odwiedzin u rodzin i widoku nędzy, ciężko jest się pozbierać. Wraca się do siebie do domu z myślami: dlaczego ja mam to co tylko zechcę, a niektórzy nawet o żywność muszą prosić?! ETAP II – Sprzedawanie Szlachetności Uzupełniamy wszystkie dokumenty potrzebne do weryfikacji rodzin w celu upewnienia się, czy dana rodzina należy do tej najbardziej potrzebującej. Aby tego dokonać należy każdą rodzinę zbadać według wcześniej ustalonych kryteriów i podporządkować do jednej z grup: 1. samotność 2. starość 3. wielodzietność 4. zła sytuacja materialna 5. wypadek losowy 6. choroba / niepełnosprawność Zanim zdecydujemy o wprowadzeniu rodziny do bazy internetowej, tworzymy jej opis (musi być poruszający), aby jak to nazywamy „sprzedać rodzinę” darczyńcy, który obdaruje ją paczką marzeń. ETAP III – Darczyńcy i finał akcji Następnym etapem jest dostarczenie paczek przez darczyńców do magazynu, a następnie rozwiezienie ich do rodzin przez wolontariuszy. Najczęściej ten etap przypada na 2–3 tygodnie przed Świętami Bożego Narodzenia.


SPOŁECZEŃSTWO

fot. Marlena Tyburska

– Puk, puk, Św. Mikołaj, wpuścisz mnie? – Obwieszczamy swoje przybycie. Drzwi natychmiast zostają uchylone przez chłopca ze ślicznymi oczkami, ale przestraszonymi na widok Św. Mikołaja. – Oj poczekaj, mamy paczuszki dla Ciebie. – Zachęcamy chłopca do pomocy. Po chwili reszta dzieciaków wybiega na korytarz i chętnie pomaga we wnoszeniu paczek do mieszkania. To nie jest tylko rozpakowywanie, ale wręcz wesołe rozrywanie upragnionych paczek. Dwanaście pudeł trafia do rodziny. Między innymi otrzymuje ona lodówkę oraz komputer, żywność i słodycze. Łzom radości i słowom podziękowań nie widać końca. Jeszcze po wyjściu z kamienicy słyszymy okrzyki rdości i zaskoczenia dzieciaków. Po powrocie następuje wręczanie certyfikatów uczestnictwa, małe upominki i karty z życzeniami od rodzin oraz relacje z wizyt. Darczyńcy są również są poruszeni. Z niecierpliwością odliczamy dni do startu Paczki. Czekamy kolejnych chwil uniesień, chwil szczęścia i wzruszenia. I z wielką radością oraz pasją zapraszamy wszystkich chętnych do włączenia się w tak piękną akcję.

Zanim dostarczymy paczki do rodzin, spotykamy się z Darczyńcami w magazynie, aby wymienić się swoimi doświadczeniami, emocjami. – Najprzyjemniejsze z doświadczeń, – Uczucie którego nie da się opisać. – Kiedy widzimy rozradowane twarze dzieci i dorosłych robi się nam lekko na duszy. – Do przygotowania paczki włącza się cała rodzina, najmłodsze zawsze oklejają pudła, mają przy tym wiele zabawy, a my satysfakcji z niesienia bezpośredniej pomocy. – Słyszę często takie zdania. W pierwszej kolejności dokonujemy przeliczenia, segregacji oraz przeładowania paczek z prywatnych samochodów darczyńców na nasze. Następnie rozwozimy do rodzin. Darczyńcy najczęściej czekają na nas w magazynie, aby dowiedzieć się jak zareagowała rodzina. Ale zdarzają się też darczyńcy, którzy jadą z nami, aby osobiście spotkać się z rodzinami. Tak blisko nas

Marlena Tyburska 13


SPOŁECZEŃSTWO

Śledzę uważnie obrazy za oknem autobusu, aby wysiąść na właściwym przystanku. Na szczęście moje obawy przegapienia go okazują się niesłuszne. Tego bowiem miejsca nie dało się ominąć bez zwrócenia uwagi… tak dużo różnych psów wyprowadzanych jednocześnie przez wolontariuszy ubranych w pomarańczowe kamizelki nie widziałam nigdy w życiu. Karolina Jabłońska

Przystanek schronisko Podaruj psu spacer Ja akurat jestem tutaj od ponad roku, trafiłem poprzez moją dziewczynę, która była wolontariuszką, a ja ją przywoziłem. Pewnego razu poprosiła mnie o pomoc w wyprowadzaniu psów, z którymi sama nie dawała sobie rady, gdyż były tak silne. Coś we mnie wówczas pękło i od tamtej pory przyjeżdżam regularnie, by wyprowadzać psiaki – mówi Piotrek, wolontariusz w podwarszawskim schronisku. Schronisko organizuje różne akcje, w których osoby chętne mogą brać udział. Aktualnie odbywa się akcja „PsySpaceruj”, która polega na wyprowadzaniu psów ze schroniska w weekendy. Organizowujemy również akcje podczas świąt: „Podaruj Psu Spacer na Święta” oraz w dzień wagarowicza „PsyWagaruj”. – dodaje chłopak. Piotrek jest jednym z wielu wolontariuszy, którzy dzielą się swoim czasem i sercem z tymi, którzy zostali odrzuceni przez ludzi. Tak jak niewiadomo jaka jest dokładna liczba psów będących w schronisku, tak niewiadomo ilu jest w nim wolontariuszy. W tej chwili jest około 2200 piesków, ale to się ciągle zmienia, ponieważ

przyjeżdzają nowe, inne odjeżdżają do adopcji – podkreśla Piotrek. Wolontariusze dzielą się na mniejsze grupki, aby zachować jako taki porządek przy wyprowadzaniu psów z boksu. Ja trafiłam do grupki pani Ani, drobnej, pogodnej i uśmiechniętej kobiety, która do schroniska przychodzi od 3lat. Mijamy kolejne boksy, z których wystają psie mordki. Staram się nie patrzeć w te smutne spojrzenia niewinnych stworzeń, ale niezbyt mi się to udaje. I tak merdają do mnie po kolei Burki, Azorki, Miśki, a nawet amstafy, boksery, bernardyny, dobermany. W końcu dostaję małą sunię, która idzie dość niepewnym krokiem. Pewnie rzadko wychodzi i dlatego tak kiepsko idzie – pomyślałam. Dopiero po przejściu paru metrów dostrzegam, że suczka jest niewidoma. Mijamy psa, którego jakiś wolontariusz zostawił przed schroniskiem, aby mógł trochę pooddychać w samotności na trawie, a nie w śmierdzącej odchodami, stłoczonej klatce. Zastanawia mnie, dlaczego pies leży na poduszce. Dopiero chwilę później jestem świadkiem ataku psiej padaczki. Po uspokojeniu się zwierzęcia dochodzi


SPOŁECZEŃSTWO

Adopcje Ad A dop opcj cjje e Dzisiaj adopcję. Dz D zis isia isia iaj miałam miał mi ałam am pierwszą pie ierrw wszą szzą aad dop opc pcj cję. ę. B Był yyłł to niedowidzący piesek, to ŚŚnieżek, nież ni eżeekk, ni n ied ied edow owidz id dzząąccyy p ieese ies sek, k, po po któktókt órego państwo rreeg go o p aań ńsstttw wo przyjechali wo prz rzyj y ec ech haali alili 180km. 180 80k 0km km. NieNiieN estety stet st stet ety po ety po przyjeździe prz rzyj yjeź eźdz eźd dziiee stwierdzili, sttw wierd ierd ie rdzi zilili, że że pies pie ies nie ponieważ niie da n da rady rad dy z nimi niimi n mi mieszkać, mieeszzkać, kkaaćć,, p on o nie ni ieważ iewa waaż w w domu Kiedy wzięłam domu do mu są są sc sschody. cho hody dy. Kie K Ki ieed dy wz w zię ięła ęłaam g go o na na ręce, ręęccee,, by by odnieść odni od nieeśść ść go go do do boksu, bokkssu, bo u, nagle nag aglee agle usłyszałam co, myy go usły us łłyys ysz szaałłam szał am słowa słło ow waa ”wie ”w ”w wiie pani paani p ni cco o, m o, go jednak go pani do jjeedn dnak nak ak weźmiemy, weź eźmi mieem my, y, niech niieech ech hg o pa p an nii d o nas naas da”. Było bardzo wesoło, bo wszydaa”. d ”. B yło ba ył b arrd ard dzzo dz o w esoł es sołło o,, b o si ssięę w ws szzyyscy prawie popłakaliśmy opowiada scy cy pr p raw awiiee p op opła płłaaka aka kal alliiśm my – o powi po wiad adaa Edyta, wolontariuszka. Jednak Edyt Ed y taa,, kkolejna ollejjn o naa w wol olo ol olo on ntaari rius uszk zkka. a. Jedn Je ed dn nak ak zdarzają nieudane adopcje. zdar zd arza zaają jjąą się sięę również ró ów wn wni niieeżż n ieu ie ud dan ane ad ado dop opcj cje. Przystanek Prrzys zyyst staan nekk sschronisko c ro ch on niisk sko

Ossta O Osta tatn atn nio io mieliśmy mie ieliliśm iśśm my syt ssytuację, sy yttu uac ację ję, że ję że państwo p pań ańssttw ań wo o Ostatnio oddali psa nie pasuje od o ddali dalii p da ssaa aargumentując, rrg gum men entu tują jącc,, że że ni n ie pa p asu suje je im do do mieszkania. mies mi eszkan zzkkan aniaa. Nie Nie wiemy Ni wieem wi my więc, wiięęcc, wię c, cz cczy zy im kolo ko lory rysty styc st yczn znie ie, ccz zy meble mebl me ble n ni ie tee – dodado d odadada kolorystycznie, czy nie je rozczarowanym ro ozzcz czar zar arow owaan nym ym głosem. głło ose sem. Ki K ied ieed dyś yś p pr rrzzyyje Kiedyś przyszła pani psa, który poszła sz ła p ani an ni do do sschroniska chroni ch ro on niiskka po op sa, kt sa któ tó órry po p odobał dobał do doba baał jej b jjeej się s ę na si na zdjęciu zdję djjęc d ęciu iu zamieszczonym zaam mieesszzcz zcz czon onym ym w internecie. Jednak inte in tern rneecciiee. Je ed dn nak ak kkiedy ieed ied dyy go go ujrzała, ujrz uj ujr rzał ała, a, stwierdziła, zrosttw wiiier eerrd dzziłiłaa,, że że jest jjeest st brzydki. brzzyyd dkkii. Strasznie dk SSttraasszzn niie zzr ro o-biło mii się biło bi ło m ssiię przykro, prrzy p zykro kro, kr o, żżee tak ttaak go go oceniła, oceni cceen niiła ła, ponieważ po oni niew e aż aż dla dla la mnie mnie niie jest n jest st on on najpiękniejnajp na jpię iękn knie iejj-szy niego przyszy – ja sz ja go go znam znaam zn m i jjestem eesste tem d do on iego ie go p rzyrz rzyyzwyczajona. Ania. zw wyycczaajjo on naa. – dopowiada dop do po owiaad da pani paani p n A niiaa.. n Schroniskowa resocjalizacja Schr Sc hronis onis on isko kow wa a rre essoc e ocjali ja alliizza accjja Jeżeli psy, wyjść JJe eże żelili cchodzi hodz ho dzi o p ps sy, y, kt kktóre tóre tó re nie niiee cchcą hccą wy h w yjjśść yj z kkl klatek, laatteekk, a i takie ttaaki kie ie sytuacje sytu sy tuac acje cjjee ssię ię zzdarzają, ię darz da rzaj zajją, ą, tto o resocjalizacja polega tym, wolonreso res re socjal cjaalliz cj izaaccja ja p olleeg o ga naa ttym yym m, że że w ollo o on ntariusz taarius riu ri ussszz wchodzi wcho wc hodz dzi zi do do jego jeg ego boksu, boks boks bo ksu, ksu, u, głaszcze głłaasszzcz cze psa, psa, kkarmi psa ps aarrm mii i do do niego nieg ni ego mówi. mó m ówi wi. Jeżeli Jeżżeeli Je elili cchodzi ho h odzi dzzi d op psy groźne, wychodzimy wtedy nimi ps sy g gr roź oźne ne, wy w ycho ch hod odzziim im myy w tedy te ed dyy z n imi im w kagańcu kkaag kag gaańc ńcu i w miarę miaarrę mi rę oswajania osswa o waja jan niia się się z człosi cczzłło owiekiem, wiieekkie iem iem, m,, kkagańce agaań ag ń ńcce ce zzostają osstaajjąą zzdejmowane. o dejmow de jmo jm ow waan ne. e. Są psy, które zostały odebrane Są p sy, kkt sy tór tór óre zo ossttaałły od deb ebraane ne iinterwenntter n erwe wen n-cyjnie właścicielom, psy, które mają cyjn cy yjn nie ie swo sswoim woim woim wo im w łaśc ła ściicci cie iello om, om m, p ssyy, któ kkt tór óre m ma ają ją jakieś swoje przeżycia jjaakiieeśś sswo wo w oje je ttraumatyczne raum ra umaatty tyc yczn ne pr p rzzeeży życciia – my życi my pomagamy pom po maagamy m gaam g myy iim m o nich niic n icch h zzapomnieć. ap pom mn niieećć. Li LLiczy icz czy zy si ssię ię częsty wychodzeczęssty cz ty kkontakt on o ntaakt nta kt ze ze zwierzęciem, zwie zw ierzzęęcciieem m,, w ych yc ho odz dzenie nim spacer niie z ni n n im na na sspa paacceer – tłumaczy p tłuma łuma łu macz mac czy Piotrek. Pio Pi ottrreek. k. Tłem bezustanny TTłłem m naszej nas asze szeej rozmowy ro ozm zmo mo ow wy je jjest esstt b ezzus usta tann nny odgłos odg od głłos os szczekania. szccze zekaan niia. Co Co jakiś jjaaki kiś czas czas cz as przeryprrzzeryywa również przejeżdżający obok samowa ją ją rró ówn wniieeż pr p rzzeejeż jjeeżd żdżają żający ża jący ją cy o bok ssa bok bo am mo ochód miejska nowym psem, chó ch ód d – sstraż traż tr raż aż m iieejs jska ka z n owym ow ym p sseem m,, cczy zzyy to Piotrek to zmotoryzowany zmo motory tto oryyzo zowa zowa wanyy wolontariusz. wo ollon onttaari rius uszz.. P iot io ottrrek ek opowiada mii równ również historię groźnego opow op owiiaada da m ró ówn nie ież hi h istto orrię ię g rro oźźn neeg go psa, ukradł prawdopodobpsa, ps a, kktórego ttó óre reg go o kktoś toś uk to u kra rad dłł p raawd ra wdop wd do op po od dob bnie walk. odniie do w n allk. k. Akcja Akkcjja poszukiwawcza A po p posz osszzu ukkiwaw iw waaw wcz cza o od dbyła Polsce, psa byyła b yłaa ssię ię w ccałej ię ałeejj P ał olsscce, a p sa zznaleziono sa naaleezziio n on no po Prawdopodobnie po miesiącu. mieesi s ąąccu. cu. Pr P raw aw wdo dop po od do ob bn niee pogryzł pogryyzzłł również którzy równ ró wnież ież ta ie ttamtych amttyc y h lu lludzi, ud dzzi,i, kkt ttó órzy rzzy go go ukradli. ukrad rad adllii. 15 1 5

fot. Karolina Jabłońska

do n do niego iieego go w wolontariusz, olo ol on nttaari riu ussz, u z, zzaczyna acczy zyna na g go o gł g głałaaskać sk kać a i do do niego nieg ni ego mówić. mów mó wiićć.. Pani Pani Pa ni Ania, Ani nia, a, któktóóra jjest ra eesst mamą mam ma mąą dwóch m dwó wóch óch ch dorosłych dor oro ros osłyycch h ssyn synów, ynów yn ów, jak dzięki ja ak sama ssaam maa mówi, mów ówi,i, d zięki zi ęękki zaangażowaniu zaan za ang gaażo żowa wan niiu iu schronisku, się w ssc si się ch hrron nis isku ku, nie nie odczuła ni odcz od czuł uła ła ko kkomplekomp mple lekk-opuszczonego ssu u o pu usszzcz czon oneeg go gniazda. gn g nia iazzd daa.. W jednym jjeed ed dn nyym m udaje około dn d dniu niiu uu daaje d aje je mi mi się ssiię zrobić zzrrrob obićć o ob kko oło ło 8 spacerspa pacceerpace rków, wyprowadzam Gekkó ów, ów, w, aale llee jjeżeli eżżeeelli wy eż w ypr prow owad owad dzzaam psy psy z Ge ps G eriatrii, ri riat iaattri riiiii,, czyli czzyyllii starsze staars rsze zzee i schorowane scch ho orrow owane ane psiaki, an pssiaki p iaakii, tto o zzdarza daarz da rrzza się, się, si ę, żżee biorę ę, bio bi orrę po o dwa. dw waaa.. – mówi. mó ów wii.. Zachęcam wszystkich wyprowadzaZZa acch hęęccaam m w szyyssttkkiicch do sz do w wyp yprro yp owa wadz adz dzaa-nia piesków, bo jest bardzo dobry ni n ia p pi ies eskó skkó ów, w, b o jje est st tto o ba ard rdzzo od ob bry ry rreee-praca maa se nie llaks. laks la aks ks. s. Czuję, Czzuj Cz uję, uj ę, żżee ttaa p raaca ra ccaa m ssens, ens en ns, że ns, że n ie ie marnuję dzięki m ma arn rnujję czasu, czas cz a u, że że dz d zię iękkii ttym ym sspacerkom ym paace p cerk rko ko om m psiaki bardziej ufne ps p sia iakkii sstają tajjąą ssię ta ięę b ardz ardz ar dziieej ej uf fne ne i radosne, raad do ossne ne, przez się pr p rzez zzeez co co zzwiększa wiięk w ększza ssi ię ich ich sz ic sszansa zaan ansa sa na na adad ad opcję. psy nie chcą wyjść o op pcj cjęę.. Bywa Byw B yyw wa i tak, tak, ta k, że że p ps sy n ni ie ch hcą cą w y ść yj ść klatek, się boją, z kkl latteekk, ponieważ po p on niieew waażż tak taakk bardzo baarrrdz dzo ssi dz ię bo b oją ją, niemal Ale ssąą n iem ie maal dzikie. dzik dz ikie ie. A Al le pomału, pomaału po łu, dzięki dzzię dzię ięki ki kontaktowi z wolontariuszem psy stają kont ko nttak akto towi tow wi wolo ollo o on ntaari rius uszem usze zzeem ps psy st staj aj ą się bardziej si się baarrd b bard dzziiej ej „„udomowione”. ud u dom mo ow wio onee”. ”. – tłumaczy. t łu tł um maacczy z . Muszę Mu M usz usz szę przyznać, prrzy p zyzzn nać na ać, żee i ja ja dzięki dzzię ięki ięki ki tym tym ym spasp paanie miałam ccerom ce erro om w tym tym ro ty rroku oku ku n i m ie iała ia ała łam nawet naawe nawe wet mii ni nie kkataru, ka kat attaarru u, a także takż ta kże żadnego żżaadn dneg ego fitnessu ttn nesssu nes su m n ie potrzeba po p otrrze zebaa – żartuje żart arr ttu ujjee wolontariuszka. wo ollon onta tari riu usszk zka.


SPOŁECZEŃSTWO

Pierwszy raz Jednogłośnie moi rozmówcy swój pierwszy dzień w schronisku opisują jako bardzo wzruszający. Był dość specyficzny, bo ja jak przyszłam, to powiedziałam, że nie będę wchodzić do schroniska, bo będzie mi smutno. Jednak odważyłam się wejść kawałek i się popłakałam. Przez pierwsze dwa tygodnie nie wchodziłam do schroniska, tylko inni wyprowadzali mi psy przed bramę. Dopiero za trzecim razem przyjechałam z kołdrami i jedna z wolontariuszek, która nie wiedziała, że ja nie wchodzę, zawołała mnie mówiąc: chodź, chodź, tu masz psa, no i nie miałam wyjścia - musiałam wejść i od tego czasu wchodzę – mówi Edyta. Stwierdziłam, że lepiej robić coś, niż nic, a nie płakać i się ciągle użalać– dodaje. Kolejna osoba, która dzieli się z czworonogami ze schroniska swoim czasem i sercem, to studentka o kasztanowych włosach, ubrana jak większość wolontariuszy – kalosze, kurtkę sportową, którą nie żal pobrudzić i odblaskową kamizelkę. Ja swoją przygodę z psami zaczęłam niedawno, ale moja pierwsza wizyta zakończyła się oczywiście płaczem. Myślę, że tak zareagują co wrażliwsze osoby. Natomiast później da się przyzwyczaić i jeżeli widzimy, że dajemy radość tym psom, to jakby wszystkie te emocje schodzą na bok. Dlatego wszystkim bardzo polecam

nawet tym najwrażliwszym, żeby podarowali psu spacer w weekend, kiedy mają czas w niedzielę. Można wyjść z paczką znajomych i spędzić fantastyczne popołudnie – opowiada. Z kolei Ada, również studentka, przyjechała do schroniska po raz pierwszy i podsumowuje wizytę jako przyjemną, ponieważ mogła zrobić coś pożytecznego. Wyprowadziłam około pięciu psów, na początku był żywiołowy, za którym musiałam biec, potem starsze pieski, a na końcu piesek o trzech łapkach, ale skakał za trzech. Ogólnie jak weszłam do schroniska, to zachciało mi się płakać, bo jest tu tak dużo psów potrzebujących właścicieli, psów stłoczonych w małych boksach i taki widok jest bardzo wzruszający, ale mimo wszystko warto przyjechać i po prostu pomóc. Karolina Jabłońska Chcesz przyłączyć się do akcji? Znajdź ją na facebooku – PsySpaceruj i napisz do organizatora.

fot. Karolina Jabłońska

Obok schroniska stoi samochód Piotrka, a w nim śliczna, czarna, średniej wielkości sunia, która mimo dość ładnej pogody, nie chce wyjść z auta. Okazuje się, że jest to pies, który wrócił z nieudanej adopcji. Jest tak przestraszony, ponieważ nie chce ponownie zamieszkać w schronisku.


SPOŁECZEŃSTWO

Kasia jest moją starszą siostrą. Ma 23 lata. Przy 168cm wzrostu jej waga wynosi dzisiaj 51kg. Zarówno ja, jak i cała nasza rodzina określamy tę kombinację cyfr mianem SUKCESU.

Anorektycznobulimiczne ALTER EGO Dziecięca jatka Kiedy była małym dzieckiem rówieśnicy rzucali w jej kierunku różne obraźliwe hasła z uwagi na jej nieco puszystą budowę ciała. – „Słonica! Tłuścioch! Grubas!”… – pamiętam jak dziś – rozczula się, wspominając. To było na przełomie podstawówki i gimnazjum. Nie miałam jeszcze na tyle rozwiniętej świadomości własnego wyglądu, żeby nader poważnie traktować te wyzwiska. Za każdym razem odwracałam głowę w innym kierunku i udawałam, że mnie to nie dotyczy. Po szkole, najnormalniej w świecie wracałam do domu, po czym zabierałam się za lekcje. I na tym się kończyło. Nowość. Świadomość. Złośliwość. We wrześniu 2004 roku rozpoczęła edukację w miejscowym liceum. Nowe otoczenie, nowa szkoła, nowa, żeńska klasa. Kasi to nie przeszkadzało. Liczyła się dla niej wyłącznie nauka. – Jestem bardzo sumienną i systematyczną osobą. Nie ukrywam, że lubiłam i lubię się uczyć. Jednak wtedy, wbrew pozorom, nie było mi z tymi cechami Anorektyczno-bulimiczne ALTER EGO

tak łatwo. Koleżanki z klasy zazdrościły mi dobrych stopni, czego skutkiem były liczne zgryźliwości odnoszące się przede wszystkim do mojej wagi... Pamiętam, jak pewnego razu na historii pani oddawała sprawdziany... Moje nazwisko zaczyna się od litery ‘S’, więc wyczytała mnie niemalże na końcu. Wcześniej posypały się prawie same dwóje i niedostateczne. Nagle JA. „Sylwestrzak – cztery z plusem! Bardzo ładnie, Kasiu”, rzekła do mnie nauczycielka. Poszłam odebrać swoją kartkę. Pamiętam – stałam już przy biurku pani Ż., naszej historyczki, a za moimi plecami rozległ się ironiczny śmiech…Po chwili, jedna z dziewczyn, zupełnie na głos powiedziała: „No, no, no… Nasz tłuścioch znowu triumfuje. Jakie to przykre…” – po czym roześmiała się cała klasa... – wspomina już ze łzami w oczach, Kasia. Pamiętam wszystko. Pamiętam, że tego dnia, kiedy wróciła do domu nikt nie był w stanie się z nią porozumieć. Wyłączyła telefon. Zamknęła się w pokoju. Nie zjadła żadnego posiłku. To było swego rodzaju apogeum. Odchudzania – czas-START! Pierwsza klasa upłynęła pod znakiem zapytania. Moja siostra często 17


SPOŁECZEŃSTWO

wagarowała. Opuściła się w nauce. Symulowała chorobę, by nie chodzić do szkoły. Unikała kontaktu z ludźmi. Początkowo nikt z nas, domowników nie wiedział co jej dolega. Podejrzewaliśmy, że ktoś mógł sprawić jej przykrość, jednak nic poza tym. Próbowaliśmy rozmawiać z Kasią. Chcieliśmy dociec co takiego wydarzyło się w jej życiu, co tak bardzo ją zmieniało. Zbywała nas zapewnieniami, że wszystko jest OK. Mówiła, że to chwilowe załamanie nastroju, które niebawem minie. Godziliśmy się na to.

fot. Ivonne Thein

Etap 1 – nazywajmy rzeczy po imieniu Coraz rzadziej jadała z nami wspólne posiłki. Wymuszała ukradkiem wymioty. Była coraz bledsza, coraz smutniejsza. Zanadto nerwowa. Dużo ćwiczyła, jeździła na rowerze. Kilkanaście razy dziennie mierzyła wagę swojego ciała. Nauka nie sprawiała jej takiej przyjemności, jak kiedyś. – Jestem uparta. Postawiłam przed sobą cel, do którego za wszelką cenę dążyłam. Chciałam schudnąć. Wcześniej miałam na uwadze wyłącznie szkołę. Chciałam studiować archeologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wszystko ku temu sprzyjało do momentu, aż otworzono mi oczy na inny aspekt mojego życia – mój wygląd. W parszywy sposób, od najmłodszych lat uświadamiano mi, że nie jestem ideałem kobiety, że za dużo ważę. Chciałam to zmienić. Przez pół roku Kasia schudła 17kg. I chudła nadal… Nasz tata pracował wówczas za granicą, więc rzadko bywał

w domu. Mama w Polsce, ale też niczym gość. Tak ciężko pracowali na nasz godny byt, że nie zauważyli, że dzieje się coś złego. Kolejno każde z nas zrzucało różowe okulary, kiedy zaczęły się pierwsze omdlenia. Raz, drugi, trzeci… dziesiąty. Mama panikowała. Wypytywała klasową wychowawczynię, szkolnych psychologów, a nawet psychiatrów. W końcu uświadomiono nam, że Kasia choruje na bardzo trudną chorobę psychiczną zwaną BULIMIĄ. Dopiero wtedy rozłożyliśmy na czynniki pierwsze jej dziwne zachowania. Dopiero, kiedy mieliśmy odpowiedź. DOPIERO. Wycinki wychudzonych modelek, ćwiczenia, jadłowstręt, objadanie się, a zaraz po tym zmuszanie organizmu do wymiotów, zaszywanie się w ciemnym kącie swojego pokoju, zero kontaktu z ludźmi, czerwone od płaczu oczy, blada twarz, wagary, nagła utrata dużej liczby kilogramów, wypadające włosy… – W pewnym momencie byłam już tak bardzo wycieńczona, że nie miałam siły podnieść pustego kubka – wspomina. Etap 2 – walka o życie – Nadszedł okres, kiedy wszyscy patrzyli na mnie z niepokojącym zdziwieniem. Tym razem nie wytykano mi zbędnych kilogramów. Wręcz przeciwnie. Jednak w mojej głowie nadal był jeden cel: schudnąć. Moje anorektyczno-bulimiczne alter ego chciało, bym wyglądała jak te modelki ze zdjęć. Robiłam więc


SPOŁECZEŃSTWO

wszystko, by tak było. Ciągle czułam się za gruba. Jej organizm był wyniszczony na skutek niedożywienia. Włosy wypadały garściami, zęby psuły się i bolały, nastąpił zanik miesiączki, co mogło doprowadzić ją do bezpłodności. Tak twierdzili specjaliści. Walka o kilogramy powoli przeradzała się w walkę o życie. Etap 3 – uświadamianie Początek trzeciej klasy liceum. Wszyscyśmy próbowali tłumaczyć Kasi, że mamy poważny problem. MY, nie ona sama. My wszyscy. Dawaliśmy jej do zrozumienia, że to niewinne ‘odchudzanie’ zmieniło się w chorobę, która może ją zniszczyć… odebrać ją nam. Próbowaliśmy ją przekonać, że powinna nam zaufać i poddać się leczeniu… Początkowo bezskutecznie. Była już pełnoletnia. Nie mogliśmy jej do niczego zmusić. – Nie przyjmowałam tego do swojej wiadomości. Byłam zaślepiona. Nie przyznawałam się do istnienia jakiegokolwiek problemu. Dopóki pewnego wieczoru, gdy weszłam do kuchni zastałam tam mamę… Klęczącą w nieoświetlonym pomieszczeniu, na zimnej podłodze, ze złożonymi do modlitwy rękoma, zrozpaczoną, zdesperowaną, zdruzgotaną… Dopiero, kiedy na własne oczy ujrzałam ten przerażający widok, uświadomiłam sobie, że to ja doprowadziłam do teg… czułam, że teraz wszystko Anorektyczno-bulimiczne ALTER EGO

spoczywa w moich dłoniach, że muszę coś z tym zrobić, że muszę się pozbierać, wziąć w garść… Naprawić wszystko. Etap 4 – leczenie Moja siostra w końcu zgodziła poddać się leczeniu. Początkowo hospitalizowana w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego w Poznaniu, bez większych rezultatów. Następnie skierowano ją do Kliniki Psychiatrii Dzieci i Młodzieży w Warszawie. Na karcie informacyjnej wpisano: „ROZPOZNANIE: Bulimia nervosa. Pacjentkę objęto behawioralnym programem leczenia bulimii oraz włączono leczenie przeciwdepresyjne(…).” Jakiś czas później wydano nam podobny dokument o następującej treści: „W trakcie pobytu w oddziale obserwowano szybkie wycofanie się objawów bulimicznych przy utrzymywaniu się restrykcji żywieniowych i lęku przed wzrostem masy ciała. Pacjentka aktywnie uczestniczyła w zajęciach terapeutycznych, podjęła udaną próbę kontroli objawów bulimicznych, prowadziła dziennik samokontroli.” – Wszystkim wydawało się, że odzyskuję kontrolę nad swoim życiem… Cieszyli się. Ale ja wiedziałam swoje. Faktem jest, że czułam się lepiej. Jednak nie wszystko było tak kolorowe, jak się wydawało… Na oddziale były też inne dziewczyny z podobnymi przypadłościami. Jedna uczyła się od drugiej jak schować jedzenie podczas posiłku… Przygotowany wcześniej papier toaletowy w kieszeni, 19


SPOŁECZEŃSTWO

może w rękaw, albo nawet we włosy… Byle nie zjeść… Byle nie przytyć… Próbowało się różnych rzeczy – zwierza się Kasia. Lekarze nie są głupi. W związku z utratą wagi zawarto z nią dodatkowy kontrakt terapeutyczny zakazujący spadku masy ciała poniżej 46kg. Jak sama twierdzi – byłam wtedy naiwna, łatwowierna… Podążyłam śladami moich koleżanek i dalej oszukiwałam… Złamała kontrakt. Skutkiem tego było wypisanie jej do domu z zaleceniem kontynuowania leczenia w ‘warunkach ambulatoryjnych’ – jak napisano na karcie.

dyś. Utrzymuje szczupłą sylwetkę, ale nie kościstą. Jak sama mówi: Brzydzę się tymi wychudzonymi modelkami ze zdjęć. One już nie są dla mnie atrakcyjne. Czuję, że uleciał ze mnie ten potwór, który za dnia i nocy szeptał mi do ucha: to ja, twoja siostra, Bulimia… Tej choroby nie można się doszczętnie pozbyć. Już do końca życia kontrolujesz wagę i kalorie. Jednak trzeba nauczyć się robić to z rozsądkiem. Ja opanowałam tą trudną sztukę. Pomogła mi w tym rodzina i lekarze, za co jestem im dozgonnie wdzięczna. (uśmiech) Magdalena Sylwestrzak

– Żałowałam, że tak się stało. Uległam presji. Zabrakło mi asertywności…

Dziś jest 23-letnią studentką geografii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Uwielbia podróżować, znów lubi się uczyć. Prócz nas – rodziny, ma u swojego boku mężczyznę, który ją wspiera i kocha. Nadal liczy kalorie, aczkolwiek nie tak obsesyjnie, jak kie-

fot. Ivonne Thein

Kiedy odbieraliśmy ją ze szpitala nie potrafiła nam spojrzeć prosto w oczy. Czułam, że jest jej ciężko i bardzo żałuje tego, co zrobiła. Wszyscy staraliśmy otoczyć ją ‘bezpieczną’ miłością. Bezwarunkową. Po kilku ‘milczących’ tygodniach zaczęliśmy rozmawiać bardziej otwarcie. Uczęszczaliśmy na rodzinne sesje terapeutyczne. Kasia podeszła do matury, którą zresztą zdała bardzo dobrze.


T E M AT N U M E R U

„STOP”

ograniczaniu wolności słowa Czy w kraju, w którym konstytucja gwarantuje wolność wypowiedzi, istnieje cenzura w mediach? To pytanie stawia sobie coraz więcej środowisk oraz młodych, początkujących dziennikarzy, którzy uważnie monitorują polskie media. Choć żyjemy w niepodległej i suwerennej Polsce, a czasy PRL dawno już minęły, nie możemy jednak stwierdzić, że postkomunistyczne myślenie oraz ograniczanie wolności słowa mamy również za sobą. Odbyła się już nie jedna manifestacja oraz nie jedna konferencja poświęcona wolności słowa w Polsce. Wydaje się to absurdalne dla tych, którzy wierzą w to, że istnieje niezależność mediów? Otóż liczba zwolnionych za niepoprawność polityczną dziennikarzy w ostatnim czasie wskazuje na to, że żyjemy w kraju, w którym funkcjonuje cenzura – i to nie tylko represyjna, która zakłada kontrolę, karanie bądź wycofywanie materiałów po ich publikacji. Możemy również dostrzec pewną autocenzurę, której trzymają się redakcje i ich linie programowe. Nietrudno jest także zauważyć dane preferencje polityczne konkretnych mediów. Dziennikarze mówią „STOP”

Art. 14. rozdz. 1. Konstytucji RP, która jest najwyższym aktem normatywnym w naszym państwie, stwierdza: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”. A art. 54. zaznacza: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Również art. 1. ustawy prawo prasowe podkreśla zasadę wolności słowa prasy: „prasa zgodnie z Konstytucją RP korzysta z wolności wypowiedzi i urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej”. Łatwo zauważyć, że regulacji prawnych na temat wolności słowa nie brakuje. Jednak jak jest w rzeczywistości? Roszady, roszady, roszady… Małgorzata Naukowicz, dziennikarka Informacyjnej Agencji Radiowej oraz członkini Rady Press Clubu, podczas tegorocznej edycji Media Student przyznała, że została wyrzucona z Polskiego Radia za niereprezentowanie poprawności politycznej. Przyczyna? Zrobiła za mało pro-POwski program. 21

TEMET NUMERU

Dziennikarze mówią


T E M AT N U M E R U

TEMET NUMERU

Po dwóch latach powróciła jednak do Polskiego Radia. Przykładów zwolnionych z pracy w ostatnim czasie dziennikarzy o konserwatywnych poglądach i tych, którym uniemożliwiono prowadzenie własnych audycji czy programów nie brakuje. To m.in.: Jan Pospieszalski, Rafał Ziemkiewicz, Katarzyna Hejke, Anita Gargas, Bronisław Wildstein, Joanna Lichocka. Wymienieni dziennikarze są jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Pracę straciły również całe zespoły ludzi, które z nimi współpracowały. Sposoby informowania dziennikarzy o zakończeniu ich kariery w danej redakcji lub na antenie radia, telewizji, również budzą wiele emocji. I tak np. spośród wyżej wymienionego grona Katarzyna Hejke, dziennikarka „Gazety Polskiej” oraz Radiowej Trójki, o zwolnieniu z radia dowiedziała się sms-em. – Moja audycja różniła się tym od wszystkich innych, że nie była audycją polityczną. Opowiadała o historii najnowszej Polski i historii kresów wschodnich – wspominała podczas konferencji prasowej w styczniu br. poświęconej „Ograniczeniu wolności słowa w Polsce”. Katarzyna Hejke przyznała, że „ta audycja nie potrzebowała polityki”. Jednak w obliczu dramatycznej sytuacji na Litwie dotyczącej polskiego szkolnictwa

w Wilnie dziennikarka uznała, że należy zaprosić grono polityków. Audycja okazała się, jak przyznała, „wielką kompromitacją przedstawiciela PO”. Od tego momentu zabrakło miejsca w ramówce na audycję Hejke, a wkrótce dostała powiadomienie sms-em o tym, że nie pojawi się już na antenie w ogóle. – Rubikon cenzury, który został przekroczony w Polsce, to maj 2009 roku – podkreślił również Tomasz Sakiewicz, przypominając, że dziennikarze i współpracownicy „Gazety Polskiej” dostali kilkadziesiąt wezwań na policję i do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Natomiast Rafał Ziemkiewicz, stając w obronie prawicy, powiedział: – Nigdy ekipa zwana prawicową nie usuwała z ramówki danych programów, jedynie chciała je uzupełnić innymi programami, (…) stworzyć „okienko”, w którym będzie przedstawiać się inny punkt widzenia.


Z kolei „Rzeczpospolita” 23 lutego br. donosiła: „Po siedmiu latach «Warto rozmawiać» znika z TVP.” Andrzej Siwek z biura prasowego TVP tłumaczył w gazecie w grudniu 2010 roku: „Telewizja publiczna musi działać zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji, która mówi o różnorodności prezentowanych poglądów, a program pana Pospieszalskiego nie zawsze prezentował różne opinie”. „Warto rozmawiać” zostało zdjęte z anteny 22 lutego. Dlaczego? Bo dziennikarze konserwatywni nie mogą prowadzić programów publicystycznych. Ten program zastąpiono innym. Każdy z przytoczonych dziennikarzy ma za sobą przykre doświadczenia związane z wypowiedzeniami umów i zwalnianiem, nagłym przesuwaniem programu w ramówce lub jego anulowaniem, czy piętnowaniem własnych przekonań. Wszyscy mają swoje własne historie i nie sposób ich wszystkich przywołać. Jaka władza, takie media Dziennik „Polska The Times” 1 października 2010 roku donosił: „W TVP nikt dziś nie ma wątpliwości, że nowemu zarządowi rekomendowanemu przez SLD może chodzić o pozbycie się tych funkcyjnych pracowników, którzy są związani bądź kojarzeni z PiS. Zwłaszcza że, jak ironizują na korytarzach TVP, za drzwiami czeka tłum

Dziennikarze mówią „STOP”

znajomych osób, które chętnie by do telewizji wróciły”. Nie od dzisiaj wiadomo, że każda ekipa, która dostaje w swoje ręce media publiczne, dokonuje wszelkich zmian tak, aby były one korzystne dla danej partii. Niemniej jednak rodzi się pytanie: jak długo potrwa proces, w którym dana koalicja będzie wyrzucać na bruk opozycyjnych dziennikarzy? Czy w najbliższych wyborach parlamentarnych, jeśli wygra Prawo i Sprawiedliwość, przedstawiciele tej partii będą również robić czystki wśród dziennikarzy? W jaki sposób media mają w tej sytuacji spełniać swoją funkcję kontrolną? Odpowiedź wydaje się oczywista. Już nie raz słyszeliśmy o tym, że gdy dochodzą do władzy jedni, wyrzucają drugich. Ale w tym wypadku warto zapytać: jak pogodzić pracę rzetelnego i obiektywnego dziennikarza z wolnością wyrażania swoich poglądów tak, aby być jednocześnie poprawnym politycznie? Na to pytanie, póki co, nie znalazłam odpowiedzi. Dopóki w naszym kraju media publiczne nie zostaną całkowicie odpolitycznione oraz Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nie przestanie być wybierana z ramienia danego ugrupowania, dopóty będziemy my, młodzi dziennikarze, tak samo traktowani jak ci, którzy obecnie zmagają się z utrzymaniem swojej pracy. Magdalena Kowalewska

23

TEMET NUMERU

T E M AT N U M E R U


T E M AT N U M E R U

Szanując słowa TEMET NUMERU

O cenzurze w czasach PRL, o przeszkodach związanych z ograniczeniami wolności słowa oraz o szanowaniu tekstów mówi mgr Hubert Jerzy Kaczmarski w rozmowie z Karoliną Jabłońską. Karolina Jabłońska: Czy odczuwał Pan cenzurę „na własnej skórze” w swojej karierze dziennikarskiej, ale także będąc zwykłym obywatelem? Hubert Kaczmarski: Cenzurę odczuwaliśmy nawet jako czytelnicy, choć do 1980 roku w tekście nie były wskazywane miejsca, gdzie nastąpiła ingerencja cenzury. Lecz każdy inteligentny człowiek był w stanie ją wyczuć, np. przez różne przerwania stylistyczne. Dopiero w późniejszym okresie komunizmu ingerencja cenzury była zaznaczana. Nie było oczywiście napisane co zostało wyrzucone. W tekście pojawiał się nagle nawias kwadratowy, cztery duże myślniki oraz napis: ustawa kontroli publikacji i widowisk, artykuł ten i ten. Podawano różne powody, m.in. bezpieczeństwo, wzywanie do nienawiści. Wtedy było łatwiej dostrzec, że nastąpiły ingerencje. Redakcja musiała najpierw robić próbne odbitki gazety, potem goniec zanosił to na ul. Mysią, gdzie mieścił się urząd cenzury. Cenzorzy mieli wyznaczony czas, w którym sprawdzali teksty. Na książkę przysługiwało im bodaj do trzech miesięcy, a na gazetę jeden dzień. Cenzor zaznaczał ingerencję czerwonym kolorem, potem wydruk wracał do redakcji i trzeba było nanieść

te „poprawki” w drukarni. Następnie musieliśmy dać na Mysią kolejną próbną odbitkę czasopisma, by znów cenzorzy mogli sprawdzić, czy te ingerencje zostały naniesione. Jeżeli nie, to niestety nie otrzymywało się zgody na druk. Do cenzury zanosiło się jeszcze tak zwany ozalid, specjalną odbitkę gazety już ze zdjęciami, jakie tam wchodziły. I wtedy dawano ostateczne zgody na druk i rozpowszechnianie. Jak radził Pan sobie z cenzurą? Czy starał się ją Pan jakoś omijać, czy raczej był Pan zmuszony do podporządkowania się jej? Jedni dziennikarze starali się pisać „pod cenzurę”, czyli pisali tak, żeby nie dawać Mysiej pola do ingerencji. Inni starali się przechytrzać cenzurę, czyli pisać tak, aby przekazać wszystko, co miało się w planach. Pisali więc tak, by cenzurę obejść. Niekiedy trzeba było bawić się językiem, żeby czytelnik mógł odebrać prawdziwy przekaz, a nie ocenzurowany. I ja miewałem takie sytuacje. Jedna z nich dotyczyła publikacji na temat wybitnego biblisty, polskiego księdza profesora Eugeniusza Dąbrowskiego, który uczestniczył jako kleryk w oddziałach sanitarnych w wojnie polsko-bolszewickiej w roku 1920. Oczywiście nie wolno mi było


wspomnieć o wojnie polsko-bolszewickiej, czy roku 1920. Cenzorzy mieli książki z zapisami, czego nie mogą zwalniać do druku. W księdze zapisów był właśnie ten rok i wojna. Co więcej, w cenzurze był również zapis na słowo „cenzura”. Pomyślałem, że pisząc o księdzu Dąbrowskim trzeba napisać o jego udziale w tej wojnie. Napisałem więc, że ksiądz Eugeniusz Dąbrowski uczestniczył w oddziałach sanitarnych w działaniach wojennych w dwa lata po zakończeniu pierwszej wojny światowej. I to przeszło! Czasami cenzorzy zwalniali licząc na nieinteligencję czytelników. Jacy byli cenzorzy? Czy można było w nich dostrzec człowieka? Cenzorzy bywali różni, choć przeważnie byli uprzejmi i mili. Oni mieli chyba nakazane bycie uprzejmymi. Kiedyś miałem sytuację, kiedy to cenzorka przeczytała gazetę w godzinę, chociaż miała na to cały dzień. Kupiłem jej wtedy nawet bukiet kwiatów tylko dlatego, że okazała życzliwość i uszanowała mój czas. Istnieje przekonanie, że cenzorzy na ogół byli niewykształceni i mało inteligetni. Jak Pan się do tego odniesie? Cenzorzy byli inteligetni. Ale – jak to mawiał pewien biskup – diabeł też jest inteligentny. Między nami krążył taki żart, że jak badano inteligencję cenzora, to kandydat dostawał zagadkę, którą musiał rozwiązać: przy stole siedziało pięciu krasnoludków. Na stole stało pięć kubeczków z kwaśnym Szanując słowa

mlekiem i cztery talerzyki z kiszonym ogórkiem. Napisz, czego nie dostał jeden z krasnoludków. Odpowiedź brzmi, że krasnoludek nie dostał biegunki, a ktoś mógł pomyśleć, że talerzyka z kiszonym ogórkiem. Cenzorzy byli szkoleni tak, aby czytać między wierszami, czytać podteksty. Ale czy oni robili to z przekonaniem, czy tylko w oparciu o te zakazy? Nie wiem. Jakie zdania, opisy wydarzeń, słowa najczęściej były usuwane przez cenzurę? Kiedyś pisałem o kościele na Kamionku i o tym, jak wojska rosyjskie zbliżały się do Warszawy i była rzeź Pragi. Uważałem, aby nie napisać „rzeź Pragi”, bo wiedziałem, że cenzura mi tego nie przepuści. Ale mimo wszystko i tak nie puszczono takiej wersji artykułu. Poprawiłem więc słowa „wojska rosyjskie” na słowa „wojska carskie”. Niestety taka wersja również nie przeszła, aby nie drażnić naszych sojuszników. Argument był taki, że kiedy to pisałem, w Związku Radzieckim był order feldmarszałka Suworowa, tego, który dokonał rzezi Pragi. Niestety tym razem nie udało się obejść cenzury, nawet w gazecie nie przyjęto mojego artykułu. W czasopismach wydawanych przez katolików, nie wolno było zapowiadać imprez, że np. o 18.00 w Archikatedrze Warszawskiej odbędzie się Msza za Paderewskiego. Cenzura pozwalała pisać tylko o wydarzeniach, które już się odbyły. Powód był taki, aby nie zwoływać tłumów. Miałem wiele podobnych sytuacji. 25

TEMET NUMERU

T E M AT N U M E R U


T E M AT N U M E R U

TEMET NUMERU

Czego one dotyczyły? Kiedyś nieżyjący już rektor kościoła św. Anny poprosił nas, byśmy w naszym polonijnym czasopiśmie napisali krótką notatkę na temat remontu organów. Chciał, aby został w niej zawarty numer konta, żeby czytelnicy z Polonii mogli przysłać jakieś datki. Oczywiście cenzura to zdjęła. Wykombinowaliśmy więc tak, że aż się udało. Otóż napisaliśmy artykuł, że z kolegą mam przygotować materiał o tym kościele, on przygotowuje się do robienia zdjęć i gdzieś tam między wierszami wspominamy, że są remontowane organy i nieco dalej podajemy numer konta. Taki tekst przeszedł, ale apel bezpośredni już nie. Niestety nie wiem czy ksiądz prałat Uszyński dostał jakieś dolary z Ameryki na rzecz kościoła, czy nasz artykuł przyniósł jakieś rezultaty. Zdarzało się również, że cenzor dopisywał swoje słowa, nie tylko usuwał nasze. Miałem takie sytuacje np. kiedy pisałem o „świętym Stanisławie Kostce patronie młodzieży polskiej” - dopisano wówczas wyraz „katolicki”. Częściej jednak zdania i wyrażenia były usuwane. Napisałem pewnego razu informację o tym, że „na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu odbyła się sesja poświęcona świętemu Augustynowi”. Cenzor skreślił początek informacji, zostawiając słowa „we Wrocławiu...”, bo Wydział we Wrocławiu nie był uznawany przez ówczesne władze państwowe. Oprócz zajmowaniem się dziennikarstwem wykładał i wciąż Pan wykłada na Uniwersytecie Kardynała

Stefana Wyszyńskiego, wówczas na Akademii Teologii Katolickiej. Z jakimi sytuacjami spotkał się Pan jako wykładowca w czasach PRL? Było to podczas stanu wojennego. Wprowadzając nowe zagadnienie gramatyczne chciałem zastosować analogię do języka rosyjskiego. Zadałem więc studentom pytanie: „Kto zna język rosyjski?”. A jeden ze studentów odpowiada: „Nasz rząd”. Złapałem powietrze i myślę: głupek czy prowokator? Bo jedno i drugie było postawą nieodpowiedzialną. Na wyższych uczelniach (nie tylko na ATK) panowały dość powszechne opinie o głębokiej infiltracji przez służbę bezpieczeństwa. Czy były tego konsekwencje? Na szczęście nic się nie stało, prócz tego, że w danej chwili trochę mi odjęło mowę. Jakie inne trudności związane z cenzurą odczuwał Pan jako pracownik akademicki? Takie jak sytuacja, którą wymieniłem wcześniej, już się nie powtórzyły. Natomiast w latach 90. jeden z byłych wysokich dostojników partyjnych nie wiedząc, że jestem związany z ATK, powiedział do mnie: „Dbaliśmy o to, żeby Akademia za bardzo się nie rozwinęła, przytrzymywaliśmy nominacje profesorskie , były i inne utrudnienia”. Ja jestem wykładowcą od października 1982 r. i pamiętam czasy, kiedy nie można było oświetlić ulicy Dewajtis. Wszystko po to, by studenci bali się przechodzić przez ciemny las i w efekcie


nie studiowali na ATK. Poza tym, to na Akademii było dość spokojnie. Jak by Pan podsumował „czasy pod panowaniem cenzury?” Cenzura była czymś złym, ale uczyła nas szacunku do swoich tekstów, bo wiedzieliśmy, że trzeba pisać tak, aby cenzura to przełknęła, a czytelnik zrozumiał z kontekstu. A dziś piszący jakby nie mieli żadnego szacunku dla swoich tekstów.Często są świadomie dalecy od prawdy, byle tylko się sprzedało, byle tylko wzrósł nakład.

Szanując słowa

mgr Hubert Jerzy Kaczmarski, rzecznik prasowy UKSW, jest jednym z naszych ulubionych wykładowców na Wydziale Teologicznym tej Uczelni. Wykłada łacinę i protokół dyplomatyczny. Przez wiele lat był też dziennikarzem, a w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia był akredytowany w Biurze Prasowym Watykanu.

Karolina Jabłońska

27

TEMET NUMERU

T E M AT N U M E R U


B E AT Y F I K A C J A

Akcja. Beatyfikacja Pobudka. Prysznic. Śniadanie. Poranna Eucharystia. Błogosławieństwo i JAZDA... Jazda na beatyfikację Jana Pawła II. Jan Majda Homo Peregrinus Pakuję swoje rzeczy. Wraz ze mną w pielgrzymkę wyrusza 26 innych osób. Wszyscy mamy jakieś intencje, pragnienia i przemyślenia. Łączy nas wspólny cel: uczestniczyć w Beatyfikacji papieża Polaka . Przekraczając kolejne granice państw, przekraczamy również nasze ograniczenia. Znajdujemy wspólne tematy do rozmów, poznajemy się wzajemnie. Gdzieś między wierszami, pojawia się zastanowienie nad sensem pielgrzymowania. Bo przecież ten sam pył, który osiadał na płaszczach średniowiecznych piechurów, dziś ucieka spod kół naszego autokaru. Droga to w sztuce i symbolice chrześcijańskiej symbol życia. Jesteśmy wciąż pielgrzymami – do Boga, świętości, szczęścia. Pielgrzymowanie to także ważny punkt pontyfikatu Jana Pawła II. Odbył On aż 104 pielgrzymek do różnych krajów naszego globu. Jednak te Jego i ta Nasza materialna podróż jest zaledwie cząstką życia. Ale to właśnie materialny trud drogi doskonale uwydatnia słabość ludzkiego ciała i ducha. W naszym przypadku zauważamy to aż nazbyt dobrze, gdy monotonia snu, drogi i postojów staje się męczącą. Nieubłaganie zbliżamy się do „wiecznego miasta” oczekując, co przyniesie nowy dzień.

St. Ignazio di Loyola. Circo Massimo. Ulica Rzym: serce katolicyzmu, zabytki, historia, śródziemnomorski klimat. Jestem na miejscu! Wraz z kilkoma przyjaciółmi ruszam na Mszę św. do kościoła Św. Ignacego Loyoli. Od beatyfikacji dzieli nas niecała doba. Mszę Św. koncelebruje biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek. To właśnie jego homilia i kilka znajomych twarzy z różnych stron Polski krzepią mnie przed spodziewaną ciężką nocą. Zwiedzając Rzym udaję się do „Cyrku największego” – zabytkowych ruin , gdzie z tysiącami innych pielgrzymów przyłączam się do wieczornego czuwania. Wraz z innymi, oświetlony blaskiem świec i reflektorów wysłuchuję świadectwa zakonnicy, siostry Marie SimonPierre. To dzięki jej cudownemu uleczeniu proces beatyfikacyjny doczekał się pomyślnego finału. Swoje kroki kieruję teraz w stronę Placu św. Piotra. Tłumy na ulicach wskazują, że wielu z pątników noc przed beatyfikacją spędzi oczekując na otwarcie bram Watykanu. W miejscu, gdzie przez ok. 2 godziny przyjdzie mi koczować, śpiewy dają wyraźny sygnał, że Jan Paweł II był papieżem młodych. Napływający wciąż pielgrzymi zmuszają mnie do zmiany miejsca. Udaję się do fosy Zamku św. Anioła. Nie zagrzewam


B E AT Y F I K A C J A

tam jednak długo miejsca. Już po krótkim rekonesansie dowiaduję się, że otworzono ulice Watykanu. Ruszam ze znajomymi do głównej arterii prowadzącej na plac Św. Piotra. Sytuacje, których jestem świadkiem można zamknąć w kilku obrazach: młody Polak intonuje śpiew „Barki” zagrzewając do śpiewu innych polskich pielgrzymów; Ojciec niosący swoje dziecko na ramionach tuli je i uspokaja, dziecko płacze; dominikanin o. Jan Góra rysuje swojemu na oko starszemu współbratu rybę na szyi. W mozaice tej znajdują się historie tysięcy Polaków. Noc jest długa... 5:30. Morze biało-czerwone. Carabinieri Z mroku wyłania się dzień. Czekam. Niespokojny tłum napiera do przodu. Czekam. Wybija godzina 5:30. Jakby na niewidoczny wystrzał sędziego, tłum rusza. Niesiony potokiem ludzi powoli, systematycznie, tonę w morzu białoczerwonym . Morze stanowią ludzie, ich flagi i transparenty, fala wzbiera, by rozbić się i wlać na Plac Św. Piotra. Po prawie ośmiogodzinnym oczekiwaniu dostaję się na miejsce sprawowania Eucharystii. Teraz najistotniejsze stają się najniższe szczeble piramidy Maslowa: idę się przemyć, jem skromny posiłek. Kiedy wraz ze znajomymi układam się do snu (by choć przez chwilę dać odpocząć oczom) donośny krzyk dochodzi do moich uszu: – Signore! Signore! – krzyczy włoski ochroniarz stukając w bok tych, których nie udało się dobudzić. Tłumaczymy sobie, że pewno zbliża się transmisja Akcja. Beatyfikacja

na żywo, tym samym wzdychamy na kolejny pielgrzymi trud. Błogosławiony. Oklaski. Uśpieni Żar leje się z nieba. W Niedzielę Miłosierdzia Bożego 1 maja 2011roku o godzinie 10:00 rozpoczyna się Msza beatyfikacyjna. Wiele krajów, wielu wiernych – wszyscy z niecierpliwością wyczekują momentu, gdy papież Benedykt XVI wyniesie swojego bezpośredniego poprzednika na ołtarze. Podczas obrzędu papież wypowiada uroczystą formułę. Widzialnym znakiem beatyfikacji staje się odsłonięcie portretu nowego błogosławionego. Jan Paweł II BŁOGOSŁAWIONYM! Przez Plac Piotrowy rozbrzmiewa burza oklasków. To jest ta sama burza, która wstrząsnęła tłumem 2 kwietnia 2005 roku, gdy papież kończył ziemskie pielgrzymowanie. Ja zrozumiałem sens tych pierwszych oklasków dopiero wtedy, gdy stałem się uczestnikiem tych drugich. Oklaski wyrażają Pawłową refleksję nad życiem apostoła „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem.”(2 Tm 4,7). Są to oklaski zwycięzcy, który w pełni powierzył się Bogu. (…) Idziemy ulicami „wiecznego miasta”, upojeni, uśpieni w radości i dziękczynieniu. Zbliżamy się do miejsca noclegu. Dzień powoli gaśnie, by zasnąć wraz z nami snem sprawiedliwego. Powrót. Głupi dziennikarz. Nasz Czas. Ta część relacji zwykle jest omijana. Bo co właściwie może stać się w drodze 29


B E AT Y F I K A C J A

powrotnej. Czytelnik wie już o centralnych wydarzeniach i z lenistwa, braku czasu, może z jeszcze innych powodów zostawia tekst niedoczytany. Jeśli jednak doszedłeś do tego momentu Drogi Czytelniku to, zachowaj jeszcze trochę cierpliwości… Jeden z księży, których spotkałem w Rzymie zaczął narzekać na niski poziom dziennikarstwa w Polsce. Aby nie zostać gołosłowny posłużył się przykładem jednego z dziennikarzy który pytał swoich rozmówców – Co zrobiliśmy z przesłaniem Jana Pawła II? Oś krytyki oparta była

na tezie, że nie można przesłania życia zamknąć w konkretnych ramach czasu. Pytanie zostało źle postawione... Kiedy wracaliśmy z Rzymu, doszło do mnie, że mamy jeszcze czas by zadać sobie to pytanie i co ważniejsze – zacząć realizować przesłanie Tego wielkiego Polaka. Świetnie wyraził to w swojej homilii biskup Guzdek: Minął czas Św. Tomasza, minął czas Jana Pawła II. Teraz jest wasz czas (…) Stawajcie się najlepsi , stawajcie się święci… Jan Majda

Czy żyjemy nauką Jana Pawła II? Warszawianie odpowiadają Minęło już sześć lat od momentu, gdy cały świat 2 kwietnia o godz. 21.37 stanął w bezruchu. Właśnie wtedy Wielki Polak i wyjątkowy w dotychczasowych dziejach Kościoła Papież odszedł do Domu Ojca. Świat zjednoczył się i płakał. Co pamiętają z przesłania Ojca Świętego warszawianie? Znamienne słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!”. Zapytani, czy przesłanie Jana Pawła II jest realizowane po Jego odejściu, odpowiadają różnie.

Sześć lat temu śmierć Ojca Świętego wywołała łzy wielkiego bólu, ale również szczęścia, podziękowania Bogu za to, że było nam dane żyć w epoce Jana Pawła II – człowieka, który był już za życia świętym.

To On zmienił losy tego świata. To osoba Jana Pawła II, a nie zburzenie muru berlińskiego było początkiem nowej Europy – Europy bez komunizmu i SB-ków, prób eliminacji każdej jednostki społecznej, która nie działała zgodnie z ideologią partii.


B E AT Y F I K A C J A

O skromnym Papieżu Karolu Wojtyle nie da się zapomnieć. My, Polacy, będziemy nosić w swoim sercu Ojca Świętego zawsze. I dlatego tak szczególnie obchodzimy każdą kolejną rocznicę Jego śmierci. W tym roku były to uroczystości wyjątkowe, ponieważ poprzedziły wyniesienie naszego wielkiego rodaka na ołtarze.

Zrozumcie, że człowiek stworzony przez Boga na Jego obraz i podobieństwo jest równocześnie wezwany w Chrystusie do tego, aby w nim objawiło się to, co jest z Boga. Aby w każdym z nas objawił się w jakiejś mierze Bóg. Pomyślcie nad tym!” – m.in. te słowa Jana Pawła II mogliśmy usłyszeć z głośników.

Szczególna rocznica śmierci

Stanąć w jednym szeregu tak, jak przed 1989 rokiem

Punktualnie o 21.37 na pl. Piłsudskiego, na którym w pamiętnym 1979 roku Papież dobitnym głosem wezwał: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!”, rozległ się dźwięk trąbki. Utwór „Cisza” wykonała wojskowa orkiestra. Łącząc się z Ojcem Świętym w niebie, zgromadzony tłum wiernych zaśpiewał z wielkimi łzami wzruszenia i świadomością, że żył wśród nas święty, ukochaną przez Jana Pawła II „Barkę”. Od godziny 20.00, wraz ze zbliżaniem się godziny śmierci Ojca Świętego, na pl. Piłsudskiego przybywało coraz więcej tych, którzy swoją obecnością i zapalonym zniczem w dłoni chcieli wyrazić o Nim pamięć. Dorośli, dzieci, ludzie bezdomni, osoby starsze, które towarzyszyły pielgrzymkom Jana Pawła II oraz ci, którzy nie mieli takiej okazji, zebrali się, aby w ciszy i skupieniu modlić się oraz słuchać ponownie głosu Ojca Świętego. „(…)[stworzenie] oczekuje na objawienie się synów Bożych. Oczekuje od was tego objawienia! Od was, którzy w przyszłości będziecie lekarzami, technikami, prawnikami, profesorami.

– Najważniejsze, aby od siebie wymagać, nawet wtedy, gdyby od nas nie wymagano – wspomina słowa Jana Pawła II jedna z nauczycielek, która przybyła w dzień szóstej rocznicy śmierci Papieża na pl. Piłsudskiego. Mówi, że to przesłanie ma bardzo duży wpływ na dzieci i młodzież. – Wszystkie spotkania z Janem Pawłem II były dla mnie wielkim wzruszeniem. Zawsze okraszone są łzami i skłaniają do wielu przemyśleń – dodaje kobieta, która w dłoniach podczas czuwania trzymała znicz i polską flagę. Również tym razem po jej twarzy wielokrotnie płynęły łzy. Natomiast młoda para o tym, co najbardziej utkwiło im w serach z nauki Papieża, mówi: – Trzeba zmieniać swoje życie – wyznaje kobieta. A stojący obok niej mężczyzna dopowiada: – Każdy inaczej przeżywa przesłanie Ojca Świętego. Każdy, kto słucha słów Jezusa, spotkał również Papieża. Kolejny z obecnych na pl. Piłsudskiego, Marcin Murawski, podkreśla: – Jan Paweł II namawiał ludzi do wiary, do walki z komunizmem.

Czy żyjemy naukąJana Pawła II

31


B E AT Y F I K A C J A

Ojciec Marcina, Michał Murawski, wspomina: – W 1979 roku byłem z moim rodzicami w tym miejscu. Teraz wiele zmieniło się na pl. Piłsudskiego. Cenne jest to, że ludzie, których jeszcze wtedy nie było na świecie przychodzą tutaj i pamiętają o Ojcu Świętym oraz starają się kontynuować Jego dzieło. „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi!” – od tych słów wszystko się zaczęło. Zmieniły one ówczesny układ polityczny. Michał Murawski twierdzi, że z realizacją przesłania Papieża wśród ludzi jest o wiele trudniej. Jego zdaniem mamy tendencję tylko do chwilowego jednoczenia się. Bez wątpienia zdecydowana większość osób uważa, że znamienne słowa Papieża wypowiedziane na pl. Piłsudskiego w 1979 roku były wielkim przełomem. Zofia Kazubek z Warszawy mówi: – To była iskra zapalna, która każdemu dała do myślenia. Ludzie różnie podchodzą do tego, co polskie i co służy Polsce. Jan Paweł II był wielkim patriotą i uczył nas tego patriotyzmu. To przesłanie jest nadal aktualne. Jeśli naród nie stanie w jednym szeregu, będzie nam znacznie trudniej dalej żyć – mówi pani Zofia, odnosząc się do obecnej sytuacji na polskiej scenie politycznej. Wspomina Ojca Świętego jako bardzo ciepłego człowieka. – W 1984 roku byłam na pielgrzymce w Rzymie. 8 maja, w dzień św. Stanisława Kostki, Papież przyjął nas na audiencji. Będąc przy nim czułam niezwykłe ciepło. Zofii zabrakło odwagi, aby dotknąć Ojca Świętego. – Tak bardzo przeżywałam to spotkanie – relacjonuje.

Zadana wolność i wyznanie miłości Papieżowi Jednak nie tylko słowa, które „odmieniły oblicze ziemi” pamiętają warszawianie. Małgorzata, która wybiera się pociągiem na beatyfikację, wspomina spotkanie z Papieżem na Agrykoli: – Tego dnia mówił nam, że wolność jest nam nie dana, lecz zadana. Apelował o to, aby nie utracić wolności. Przypominał, że nie możemy zaprzepaścić szansy budowy wolności własnej ojczyzny, która jest również Jego ojczyzną. Dla Małgorzaty Jan Paweł II jest, jak przyznaje, jedynym autorytetem w morzu wzorców dzisiejszej rzeczywistości. - Z perspektywy czasu widzę, jak nie potrafiliśmy w pełni docenić przesłania Ojca Świętego. Czuję wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas, nie do końca realizując Jego naukę. Ale chcę to nadrobić – z płynącymi łzami po policzkach i pełnym emocji głosem wyznaje mieszkanka Warszawy. Dla młodych ludzi Jan Paweł II był nie tylko przyjacielem, ale także wielką nadzieją. Co pamięta z Jego przesłania Dorota Boniecka-Górny? – Otwarcie się na młodego człowieka oraz to, że wierzył w nas młodych, że jesteśmy Kościołem jutra i że to od nas zależy następny dzień – z entuzjazmem opowiada. Ona również miała przyjemność spotkać się z Papieżem: – Najpierw w 1988 roku byłam na prywatnej Mszy Świętej w Jego kaplicy. Potem przeszliśmy do biblioteki. Papież podszedł do mnie i do mamy, pocałował mnie w czoło. Zapytał, co u nas słychać.


B E AT Y F I K A C J A

Kilka lat później Dorota BonieckaGórny ponownie była na audiencji u Jana Pawła II. Postanowiła wyznać Ojcu Świętemu miłość. – Powiedziałam, że bardzo Go kocham. Spojrzał na mnie i powiedział z uśmiechem: „Niemożliwe…”. Właśnie taki był Ojciec Święty: otwarty i szczery – mówi Dorota. Ks. Kard. Kaziemierz Nycz powiedział o tegorocznych obchodach śmierci Jana Pawła II, że „w tym dniu nie przeżywamy żałoby, lecz cieszymy się, że rodzi się nowy święty”. Czuwanie poświęcone było drodze do świętości. Śpiew chóru z Centrum Myśli Jana Pawła II oraz czytane przez aktora Jerzego Zelnika myśli Papieża dotyczące świętości, a także przedstawienie sylwetek postaci, które Papież wyniósł na ołtarze, przypomniało zebranym, że nie tylko osoby duchowne zostają kanonizowane. Świętymi zostały również całe rzesze ludzi świeckich – tych, którzy byli zwyczajnymi ludźmi

Czy żyjemy naukąJana Pawła II

w codziennym życiu. To znak i przykład dla nas, że świętym może być każdy. Zarówno ksiądz, zakonnica jak i student czy szewc. – Co łączy hiszpańskiego księdza, włoskie małżeństwo, królową Jadwigę, brata Alberta, siostrę Faustynę, o. Maksymiliana Kolbego oraz tego, który wyniósł ich na ołtarze? – pytał kard. Kazimierz Nycz. – Ich umiłowanie zjednoczenia z Bogiem, miłość Boga i bliźniego, zdolność czynienia rzeczy zwyczajnych w sposób niezwykły – dodał po chwili. Wreszcie doczekaliśmy się beatyfikacji naszego Ojca Świętego. Prośba wiernych z 2005 roku „Santo subito” została wypełniona po sześciu latach. Dziękując za beatyfikację Ojca Świętego warto za Nim powtórzyć: „Trzeba zawsze się modlić i nigdy nie ustawać. (…) Nie samym chlebem żyje człowiek. Trzeba nie ustawać w modlitwie…”. Magdalena Kowalewska

33


B E AT Y F I K A C J A

Jan Paweł II – Papież wolności Papieża Polaka wszyscy utożsamiają z hasłem „Jan Paweł II Wielki”; a dlaczego nie nazwać Go „Papieżem wolności i pokoju”? Po upadku systemów totalitarnych, w których zamykano ludzkie usta, gdzie nie było miejsca na prawdę, otworzyła się dla ludzi perspektywa wolności, której jednym ze sztandarów stał się Jan Paweł II – „Santo Subito!” – błogosławiony od 1 maja 2011r. Jan Paweł II od chwili rozpoczęcia swojego pontyfikatu był zagorzałym przeciwnikiem komunistycznych rządów w Europie i totalitarnej doktryny, która zrobiła z ludzi XX wieku niewolników systemu. Gorąco sprzeciwiał się rozlewowi krwi, uwłaczaniu godności człowieka i odbierania mu prawa do wolności słowa i myśli. Papież zwracał niejednokrotnie uwagę na to, że ludzie po upadku komunizmu i podobnych doktryn politycznych mieli ogromny problem z użyciem wolności. Problem ten miał wymiar nie tylko indywidualny, ale i zbiorowy. Jan Paweł II twierdził, że gdy ktoś jest wolny, może używać swojej wolności dobrze lub źle. Zauważał, że obecne postrzeganie wolności w opinii publicznej abstrahuje od wymiaru etycznego, a co za tym idzie i od odpowiedzialności etycznej. Twierdził, że wolność nierozerwalnie łączy się z prawdą i miłością. Odwoływał się przy tym do Arystotelesa, dla którego wolność była właściwością woli urzeczywistniającą się przez prawdę.

Motyw wolności poruszany był przez Papieża w trzech encyklikach, które podejmowały problematykę społeczną: „Sollicitudo rei socialis”, „Centesimus annus” i „Laborem exercens”. U źródeł tych dokumentów znajduje się temat wolności. Dla Jana Pawła II wolność była powołaniem do przyjęcia i realizacji prawdy. Wybierając i wypełniając prawdziwe dobro w życiu osobistym i rodzinnym, w rzeczywistości ekonomicznej i politycznej, czy wreszcie w środowisku narodowym lub międzynarodowym, człowiek realizuje swoją wolność w prawdzie. Papież swoje słowa na temat wolności kierował również do młodzieży. Podczas inauguracji XV Światowych Dni Młodzieży w Rzymie w sierpniu 2000 roku przytoczył słowa, które wypowiedział 22 października 1978 roku: „«Nie lękajcie się! Chrystus wie, co jest w człowieku! Tylko on to wie!». Z tym przekonaniem, z taka samą mocą powtarzam to dzisiaj, widząc jaśniejącą w waszych oczach nadzieję Kościoła


B E AT Y F I K A C J A

i świata. Tak, pozwólcie Chrystusowi królować w waszym młodym życiu, służcie Mu z miłością. Służba Chrystusowi jest wolnością!”. Ojciec Święty był wolny i uczył nas prawdziwej wolności. Pomimo tego, że był człowiekiem w podeszłym wieku, potrafił zaskoczyć wszystkich swoją niemal młodzieńczą spontanicznością. Przekraczał sztywne watykańskie reguły, by pokazać swoją niezależność i w pewnym stopniu zwyczajność, skromność. Jego wolność przejawiającą się w obcowaniu z naturą, z jego ukochanymi górami; zamiłowanie do przyrody, która odkrywała przed

Jan Paweł II – Papież wolności

tym niezwykłym człowiekiem piękno i wielkość Stwórcy. Jedynym, niezależnym czynnikiem, który hamował Papieża w działaniu była bezlitosna, postępująca choroba, która temperowała jego silny charakter. Ostatnie miesiące życia Papieża, zwłaszcza okres po zabiegu tracheotomii, był szczególnym i bolesnym czasem nie tylko dla niego samego, ale i dla wszystkich nas. Próby walki z ułomnością ciała, w którym wciąż kołatał się młody duch, kończyły się porażką, którą składał u stóp ukochanej Matki Bożej. „Totus Tuus - cały Twój Maryjo” zdawał się wołać choć nie mógł nic powiedzieć. Jan Paweł II, wyniesiony na ołtarze 1 maja 2011 roku w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, w miesiącu szczególnie poświęconym Matce Bożej, której był modlitewnym „niewolnikiem” (pomimo tego, albo też dzięki temu) był prawdziwie wolny. Blanka Borys

35


Koniec świata – czuwanie czy zgadywanie?

Najbliższe dla nas rzekome proroctwa mówią, iż 21 maja 2011 r. czeka nas Sąd Ostateczny, po którym zbawieni zostaną uniesieni do nieba. Widać przepowiednie nie skończyły się tylko na kalendarzu Majów, który zapowiadał koniec świata na przyszłoroczny grudzień. Anna Mularska

Wielu badaczy na przestrzeni wieków próbowało rozwikłać największą zagadkę wszechświata. Owej tajemnicy może tylko dorównywać Święty Graal czy zaginięcie Arki Przymierza. Tysiące ludzi starało się na podstawie dowolnie połączonych ze sobą tekstów Pisma Świętego oraz apokryfów czy pism niechrześcijańskich odkryć datę paruzji Jezusa Chrystusa, ostatecznego sądu nad światem, a następnie pochłonięcia całej ludzkiej cywilizacji. Ich gdybania zawsze okazywały się śmiesznym błędem, a zapowiadane daty były niczym innym jak tylko kolejnym dniem życia wielu milionów osób.

astrologów i wróżbitów, sprawiły na świecie niemałe zamieszanie. Niektórzy popadali w swoisty obłęd, bojąc się nadchodzącego jutra. To objawiało się m.in. nagłym sprzedawaniem majątku, histerią albo – wręcz przeciwnie – melancholią i apatią, która czyniła człowieka niezdolnym do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Inni traktowali koniec świata jako inspirację do powieści grozy, filmów katastroficznych, czy innych tworów artystycznych. Zapewne wielu z nas widziało choćby jeden film poruszący tę gorącą tematykę albo czytało chociaż jedną książkę poświęconą temu zagadnieniu.

Jednak przepowiednie Nostradamusa, Majów, czy innych słynnych

Film „2012”

fot. Karolina Jabłońska

RELIGIA


RELIGIA

To jeden z obrazów, który niedawno obejrzałam. Brakowało w nim fabuły, a wątki układały się w przysłowiowy „kogel-mogel”. Był rosyjski bogacz z kochanką u boku, który próbował ocalić swe życie za bilety warte milion dolarów. Jego dziewczyna miała swego kochanka, który zginął, uciekając przed niszczycielskim żywiołem. Była też pozornie szczęśliwa rodzinka: małżeństwo po rozwodzie, ojczym i dwójka dzieci, a tu obowiązkowe rozdarcie kobiety pomiędzy ojcem jej dzieci a lekarzem, którego podobno kochała i z którym mieszkała. Starszy muzyk grający na statkach i jego syn odnajdujący w sobie uczucie miłości. Wybitny naukowiec – geolog, wzgardzony przez cały świat rządzących za wszelką cenę podejmuje próby ratowania ludzkości. Na deser jeszcze Chińczycy, którzy musieli zbudować coś, czego nie miała nawet Ameryka, a więc Arka Noego „made in China”. Wszystko spięte klamrą końca świata i zagłady ludzkości. Gatunek filmu można określić jako melodramat, sensację, film akcji, science-fiction, a nawet czarną komedię. Krótko mówiąc film był żałosny. Wynaturzone efekty specjalne, przejaskrawiona rzeczywistość i bezsensowny motyw końca cywilizacji. W filmie „2012” koniec świata nie był bowiem powtórnym przyjściem Boga, ale wielką falą morską zalewającą nawet Himalaje, pęknięciem skorupy ziemskiej, zniszczeniem istniejącego świata. Dzięki chińskiemu statkowi ocalała garstka ludności, która miała przyczynić się do budowy nowej rzeczywistości. Myślę, Koniec świata – czuwanie czy zgadywanie

że owa finałowa scena mogłaby idealnie posłużyć do propagandy komunistycznej, która również miała stać się zaczątkiem lepszego życia. Co na to teologia? Cała rzeczywistość została stworzona przez Boga, który dał jej początek i utrzymuje ją w doskonałej harmonii istnienia. Jednak Syn Boga, Jezus Chrystus, kiedy przyszedł na ziemię, zapewniał swoich uczniów, że przyjdzie powtórnie, aby sądzić żywych i umarłych. Ukazywał mnóstwo obrazów mówiących o tej chwili, m.in. przypowieść o pannach roztropnych i niemądrych. Po Wniebowstąpieniu Pana Apostołowie, którzy patrzyli w niebo, usłyszeli od aniołów, że Zbawiciel przyjdzie powtórnie tak samo, jak widzieli Go wstępującego do Ojca. Nigdy jednak Syn Boży nie ujawnił daty ostatecznego końca. Ta tajemnica spoczywa w Bogu i wyłącznie Jemu jest znana. Pozorny koniec będzie jednak prawdziwym początkiem, w którym nie będzie już smutku, bólu, rozstania, łez i tęsknoty; szatan zostanie raz na zawsze strącony do piekieł. Nie będzie więc w nowej rzeczywistości zła, grzechu, nienawiści, przemocy i zemsty, słabości i pokus. Będzie to czas idealny, pełny niezmąconej radości, miłości wypływającej z oglądania Boga i Jego wiecznej bliskości. Jednak nie wiemy do końca, jak to wszystko będzie wyglądało. Biblia zapowiada nam, że żadne oko nie widziało ani żadne ucho nie słyszało wielkich rzeczy przygotowanych nam w niebie. Nastąpi z pewnością 37


RELIGIA

obiecane zmartwychwstanie ciał na podobieństwo powrotu do życia Jezusa Chrystusa. Znów będziemy szczęśliwi w „wiecznym uścisku” z tymi, których kochaliśmy, którzy byli nam bliscy, a którzy już poprzedzili nas w drodze do wieczności. Stanie się cud nowego nieba i nowej ziemi. Powróci upragniony ogród Eden, gdzie pierwsi rodzice żyli w bezpośredniej bliskości Boga, w nieskażonej grzechem miłości, będąc pięknymi i czystymi na Boży obraz. Wróci idealna harmonia stworzenia, gdzie lew i baranek razem w zgodzie będą jedli trawę, a dziecko wsadzi rękę do kryjówki żmij, a one nie uczynią mu krzywdy. To nie jakiś koniec świata. To będzie początek najwspanialszej wieczności. Kwestia interpretacji Każdy logicznie myślący człowiek widzi, że trafność przepowiedni zależy od jej interpretacji. Zwykle są one tak zawiłe i chaotyczne, że można je dopasować praktycznie do każdego aktualnego wydarzenia na ziemi. Tak było np. ze słynną przepowiednią Malachiasza, która nazywała jednego z papieży „Chwałą Oliwną”. Zwolennicy tej teorii stawiali na wybór papieża czarnoskórego albo Latynosa, czyli o cerze

oliwkowej. Jednak racjonalne argumenty pokazują, że także każdy Włoch sprawdziłby się w tym proroctwie, albowiem Italia jest krajem oliwek. Gdy zapadła decyzja o przekazaniu „kluczy Piotra” prefektowi Kongregacji Nauki Wiary, kard. Ratzingerowi, zwolennicy Malachiasza – nie chcąc przyznać się do porażki – orzekli ciekawą interpretację. Papież wybrał imię Benedykta XVI, a przecież w herbie zakonu benedyktynów jest właśnie gałązka oliwna. Tak idziemy zwyczajnie „od Sasa do lasa”. Wreszcie zbadano, że prawdziwy św. Malachiasz nigdy nie wygłosił żadnej papieskiej przepowiedni. To samo dotyczy faktu końca świata. Wiemy, że na pewno się kiedyś zrealizuje, ale nie poznamy jego daty. Możemy sugerować się jedną czy drugą przepowiednią, aby nawzajem się straszyć czy coś sobie udowadniać. Od wieków fabrykuje się kolejne przepowiednie, które rzekomo miałyby pochodzić od wielkich myślicieli, a nawet świętych Kościoła. Świat jednak został tak skontruowany, że tajemnicza data ,,końca” ma do ostatniej chwili pozostać nieodkryta. Anna Mularska


FILOZOFIA

Interesowna bezinteresowność

Tomasz Mann, jeden z najbardziej popularnych pisarzy niemieckich, napisał, że „bezinteresowność zostaje zniweczona z chwilą, kiedy się przekonujemy, że jest użyteczna”. Większości ludzi bezinteresowność kojarzy się bardziej z cnotą. Jest przeciwstawiana najczystszej postaci egoizmu - interesowności. W rzeczywistości jednak, bezinteresowność jest dużo gorsza niż zdrowy egoizm. Według powszechnej opinii bezinteresowność jest działaniem na rzecz dobra drugiej osoby bądź ogółu społeczeństwa, bez oczekiwania aktu odwdzięczenia się w przyszłości. Człowiek bezinteresowny to taki, który robi wiele dobrego, nie oczekując niczego w zamian. Kupi kwiatka, postawi piwo, posprząta dom. Tylko kiedy nadarzy się okazja nie omieszka powiedzieć: „w zeszłym tygodniu pomogłem tobie, więc teraz możesz mi się odwdzięczyć”. Podświadomie, kiedy sprawiamy komuś przyjemność, chcemy, aby nam także ktoś taką samą przyjemność sprawił. Jednak oficjalnie nie przyznamy się do tego. Nasza bezinteresowność wiąże się także z tym, czy kogoś lubimy, czy nie. Bardzo łatwo jest nam odrzucić prośbę Interesowna bezinteresowność

o pomoc, jeżeli nie przyniesie nam ona korzyści. Altruizm a własne ego Pojęcie altruizmu, które ściśle wiąże się z bezinteresownością, wprowadził August Comte na potrzeby idei „nowego społeczeństwa”. W skrócie idea ta miała polegać na odrzuceniu egoizmu i kierowaniu się wyłącznie dobrem drugiego człowieka. Jak mawiał sam Comte, „altruizm to umiłowanie bliźniego ze względu na jego obcość”, a „prawdziwi altruiści działają wbrew własnemu interesowi”. Ja jednak uważam, że teza, którą wysnuł filozof, jest błędna w założeniu. Bezinteresowność jest w istocie zaprzeczeniem interesowności. Interesowne jest coś wtedy, kiedy jest korzystne i wartościowe dla 39


FILOZOFIA

nas. Analogicznie więc, bezinteresowne jest coś wtedy, kiedy nie przynosi korzyści, czyli nie mamy w tym żadnego interesu, bo to nas nie interesuje. Bezinteresowność to nie-interesowność. To robienie czegoś bez wysiłku i bez zaangażowania. Wtedy ów obiekt, którego interesowność bądź nie- interesowność dotyczy, staje się dla nas bezużyteczny i bezwartościowy. Życie ludzkie składa się ze sprzeczności. Jest ściśle związane z byciem interesownym – można by użyć sformułowania, że jest związane z „byciem interesownym egoistą”, mimo tego, że człowiek to istota relacyjna i potrzebuje innych ludzi. Tylko że tych innych ludzi potrzebuje przede wszystkim dlatego, aby czerpać od nich korzyści zarówno w sferze materialnej, cielesnej, jak i duchowej. Zależymy jeden od drugiego. Najlepszym przykładem pokazania tego, że człowiek jest rzeczywiście istotą interesowną, jest miłość i do niej będę się odnosić. Sądzę, że miłość, która niczego nie żąda w zamian od drugiej osoby, jest niepełna i wadliwa, jeżeli w ogóle można nazwać ją miłością. Jeśli kochamy, to mamy prawo oczekiwać czegoś od drugiej osoby - chociażby wierności, stałości i ciągłego zapewniania o swoim uczuciu. Prawdziwa miłość to obdarowywanie siebie nawzajem. Warto nawet spojrzeć na relację człowiek Bóg. Bóg, kochając człowieka, stawia mu pewne wymagania, chce także odwzajemnienia tej miłości; wymaga wierności i szacunku, kocha ludzi miłością zazdrosną. Jednak zazdrość Boga nieco różni się od zazdrości człowieka. Nam, istotom niedoskonałym, zazdrość

kojarzy się negatywnie. Jeżeli chodzi o Boga, jest to pojęcie pozytywne. Bóg kocha człowieka, a kochając go pragnie jego dobra. Jest zazdrosny o naszą wierność, ponieważ czasem szukając bliskości, zrozumienia, pocieszenia, stawiamy pewnych ludzi i pewne rzeczy wyżej od Niego. O ile relacje międzyludzkie pozostają na płaszczyźnie zewnętrznej, o tyle do naszego wnętrza dotrzeć może tylko Bóg. Ale czy nawet On kocha nas bezinteresownie? Przecież zostaliśmy stworzeni do miłości, także tej miłości wobec Boga. Dla Niego człowiek jest przecież atrakcyjny. Jesteśmy Jego dziećmi, a to wiąże się z tym, że On, chcąc naszego dobra, za swój interes uważa to, co jest w naszym interesie - życie wieczne. Jak interesowna jest miłość? Wyobraźmy sobie, że jesteśmy tylko dawcą daru lub tylko jego biorcą. Będąc tym drugim, przyjmujemy to, co chce nam dać druga osoba bezinteresownie. Zgodnie z tym przyjmujemy dar nie odwzajemniając go, bo przecież skoro ona tego nie potrzebuje, to po co się wysilać? Upodobniamy się w ten sposób do zwierzątka domowego, od którego nie oczekujemy odwzajemnienia uczuć, powiedzenia „dziękuję” (choć dobrze by było, gdyby pies w ramach wdzięczności zamerdał od czasu do czasu ogonem). Jeżeli nie odwzajemniamy szczerej i prawdziwej miłości drugiej osoby, poniżamy ją. Zwierzę nie jest w stanie odwzajemnić ludzkich uczuć i zaspokoić ludzkich potrzeb. Człowiek, jako że posiada godność i wyższość nad


FILOZOFIA

innymi stworzeniami, a naturą jego jest bycie obrazem Boga, potrzebuje czegoś więcej. I właśnie tym wymaganiem składamy hołd drugiemu człowiekowi. Dopiero wtedy, kiedy odwzajemniamy czyjeś uczucia, uzyskujemy równowagę we wzajemnej relacji, a miłość uzyskuje odpowiedni kształt. Jeżeli kogoś kochamy, to chcemy, aby wzrastał w miłości i w swoim człowieczeństwie, aby cały czas doskonalił się i był bardziej godny naszych uczuć. Chodzi tutaj o pewną harmonię. Pojawia się ona wtedy, kiedy następuje przepływ darów (miłości) w obie strony. Jednak nie tylko dawać jest trudno, ale – jak widać – trudno także przyjmować. Gdybyśmy jednak nie potrzebowali brać, drugi człowiek nie mógłby nam dawać. Wtedy bylibyśmy sobie zbyteczni. Wiele osób uważa, że bezinteresowność wiąże się także z poświęceniem. Poświęcenie nie jest związane jednak z bezinteresownością, ale z pewnym wysiłkiem. Człowiek musi i chce wierzyć, że to, co robi na rzecz drugiej osoby, jest tymczasowe, bo poświęcenie dożywotnie bez perspektywy odniesienia korzyści prędzej czy później skończy się fiaskiem. Prawdziwa miłość i prawdziwe dobro domaga się wzajemności. Ale domagać się nie znaczy stawiać warunki, tylko rozsądne wymagania; to także postulat nadziei, że kiedyś dana osoba będzie w stanie odwzajemnić poświęcenie. Miłość jest nieodłącznie związana z zaangażowaniem, a tym samym nie może być bezinteresowna. Postawmy zatem pytanie, na ile realna w układzie bezinteresownej miłości jest wartość człowieka? Jeżeli Interesowna bezinteresowność

bezinteresownością ignorujemy zło, to wtedy traci sens wszelkie działanie, bo bezinteresowność przykryje jego negatywne efekty. W związku z tym, to czym i kim jestem, nie ma wtedy większego znaczenia. Weźmy na przykład związek kobiety i mężczyzny, który jest alkoholikiem. Dla kobiety, kiedy mówi, że kocha mężczyznę bezinteresownie i kocha go za nic, nieważne staje się to, czy jest on trzeźwy czy pijany, spokojny, czy agresywny. Kobieta miłością bezinteresowną nie walczy o jego wyjście z nałogu, bo nie ma żadnego celu. Miłość zbyt bezinteresowna odbiera drugiej osobie podmiotowość, bo może dotyczyć zarówno człowieka, jak i złamanego patyka leżącego pod sosną. O ile miłość bezinteresowna świadczy o wielkości kochającego, o tyle ignoruje istotę kochaną. Jeżeli można kogoś kochać bezinteresownie, to nie ma go za co kochać, więc z perspektywy takiej miłości wartość człowieka jest zerowa. Im bardziej kochamy bezinteresownie, tym mniej wymagamy od drugiej osoby, tym samym umniejszając ją. Bo czy miłość tak naprawdę zależy od czegoś? Jeśli tak, to od czego? A jeśli nie, to jest po prostu ślepym uczuciem niedostrzegającym człowieka w kochanym człowieku. Wtedy już nawet nie kochamy kogoś, tylko kochamy ogólnie. A taka miłość nie dowartościowuje i nie ukierunkowuje. Dobrze będzie nam zarówno z tą osobą jak i bez niej. Miłość jest interesowna, postawmy jednak pytanie: jak? Zwróćmy uwagę na świętych. Doskonale potrafili przewidzieć korzyści swojego działania, 41


FILOZOFIA

tylko że nie pragnęli ich wyłącznie dla siebie, ale dla rodziny, danej społeczności, czy ogółu społeczeństwa. Gdyby człowiek przestał dbać o swoje dobro, to zwiódłby go instynkt samozachowawczy, co jest raczej niemożliwe. Quid pro quo Bezinteresowność podpina się także pod pomoc. Jednak pomoc komuś jest w istocie interesowna. Postawienie siebie w roli pomagającego pozwala nam myśleć o sobie jako o lepszych od tych, którzy tej pomocy potrzebują. Jest to również sposób nieświadomego okazania swojej siły i pozycji wobec słabszych. Bo tak naprawdę wolimy być osobą potrzebującą na przykład przeprowadzenia przez ulicę, czy osobą, która przeprowadza? Sądzę więc, że jeżeli ktoś chce być altruistą, to będzie nim z pobudek egoistycznych. Chcemy pomagać w hospicjum, bo kontakt z chorymi dziećmi sprawia, że czujemy się dowartościowani i bardziej doceniamy nasze własne zdrowie. Poświęcanie się w tym wypadku jest co najmniej nie na miejscu. Kto chciałby doświadczyć pomocy z litości? Chodzi o to, aby w kontakcie z drugim człowiekiem dostrzec właśnie człowieka.

Wiele słyszy się dzisiaj o demoralizacji społeczeństwa i wzroście poziomu zła wobec drugiej osoby. Taka sytuacja sprawia, że sami sobie chcemy udowodnić, że my jednak potrafimy być w porządku. Tylko że im bardziej człowiek chce być dobry dla innych, tym bardziej mu nie wychodzi, bo w pewnym momencie koncentruje się na sobie. A ani zło, ani dobro nie leży w tym, co się robi, tylko w człowieku. Wróćmy jeszcze do chrześcijaństwa i wizji poświęcenia się oraz wizji miłości cierpiącej. Gdyby jedynym sensem tej religii była miłość cierpiąca nawet za osoby, które są po ludzku wredne i nie do zniesienia, to byłby to zarazem największy bezsens. Całe chrześcijaństwo bowiem i ofiara Chrystusa mają sens jedynie wtedy, kiedy suma szczęścia i radości jakie doznaję ja i osoba, za którą cierpię, przekroczy ostatecznie to cierpienie. Bezinteresowność jako cnota nie istnieje. Zawsze w naszym działaniu jest obecna zasada „quid pro quo”, czyli „coś za coś”. Sądzę, że w naszym życiu jest wiele dość znanych przypadków, w których osoby udzielające się „charytatywnie”, na swej „bezinteresowności” zbijają majątek, który niestety tak naprawdę wykorzystują sami. Magda Korzeniewska


FILOZOFIA

Fenomen. Zjawisko. Ewenement. Na początku nikt nie wierzył w jego teorie. Ci, których światopoglądem wstrząsnął, zawahali się. Dopiero, kiedy jego następcy zaczęli pogłębiać swą wiedzę w zakresie ludzkiej psychiki, społeczeństwo otworzyło się na nowości. Dzisiaj zacny pan Freud jest prekursorem badań nad ego, ID, czy też libido. O ironio, czyżby lud tak nisko upadł, skoro kilkanaście lat temu ktoś odważył się zajrzeć w głąb myśli i uczuć istoty społecznej? Zabawa z dziedziną taką, jak psychologia, zaczęła się bardzo niewinnie. Zygmunt Freud, austriacki neurochirurg, zauważył zależności między zachowaniem człowieka a działaniem jego układu nerwowego. Skłoniło go to do badań nad stanami emocjonalnymi jednostki. Geniusz? Katarzyna Kujawa

Niewinne igraszki Zygmunta F. A oto i struktura ludzkiej psychiki. Trzy warstwy, z których każda stanowi odrębną, aczkolwiek całkiem apetyczną cząsteczkę.

wierzył, iż przypadki mają ukryty sens i mówią wiele o przyszłości. Upierał się, iż cyfry w numerze jego telefonu, „14362”, to data jego śmierci.

ID to podświadomość. Dostęp do niej odbywa się tylko i wyłącznie przez marzenie senne. Wszystkie nocne przeżycia, koszmary, pragnienia to wyraz tego, co ukryte i niespełnione. Zainteresowanie Freuda snami nie kończyło się na przypadkach zwykłych ludzi, ale obejmowało także proroctwa. Narzucone normy sprawiają, iż człowiek odrzuca zwierzęce zachowania, ale nie pozbywa się ich całkowicie. Związki społeczeństwa z naturą są czymś oczywistym. To świat popędów kreuje pole wyobraźni. Co ciekawe, do sfery podświadomości należą także parapsychologiczne przypadki. Teoria telepatii Freuda utwierdziła się po jego wizytach u magów i wróżbitów. Najprawdopodobniej

Uciekając z krainy czarów, której nie powstydziłaby się sama Alicja, czas na kwestię bardziej przyziemną. EGO. Zdolność do samookreślenia się. Zawiera wszystkie nawyki, przywary, wady i zalety. To właśnie świadomość kształtuje ludzki wizerunek, charakter. Homo sapiens to jednostka pełna sprzeczności. Wszystkich łączy jednak psychologizm, posiadanie wewnętrznego świata, który psychiatrzy tak chętnie analizują. Wiele kontrowersji budzi sfera, zwana nieświadomością. Mamy poczucie jej istnienia, aczkolwiek wciąż jest nieodgadniona i niewyrażalna. Organizm działa bezwolnie, bez użycia rozumu. Sprawia, iż wykonywane są czyny i myśli odmienne od codziennej

Niewinne igraszki Zygmunta F

43


K U LT U R A

egzystencji. Ale, ale … nie znaczy to, iż są one złe. Płynąc wraz z psychologicznym prądem natrafia się na libido. Jakby nie patrzeć, owo czucie, instynkt popycha istotę myślącą ku działaniu. Nie tylko w obrębie seksualnym. Owa sfera zawsze będzie domagała się spełnienia marzeń i pragnień. Czy zatem świat jest karuzelą, która kręci się wokół zachcianek? Zdania są różne. Libido mocno wpływa na zachowanie, ale nie kontroluje w pełni

wszystkich sfer. Dawniej ludzie podporządkowywali kalendarium życia siłom wyższym. Dziś psychologia stała się punktem zaczepienia innych dziedzin. Tezy dotyczące ego, czy też ID, znajdują odzwierciedlenie nawet w matematyce. A wszystko przez mistrza Freuda, któremu X lat temu nikt nie chciał wierzyć. Ach, marni śmiertelnicy, nie wszystko złoto, co się świeci. Katarzyna Kujawa


K U LT U R A

Postanowiłem, że czas coś skrytykować, a nie tylko kadzić. Szukałem, grzebałem, sprawdzałem – już nawet miałem paru potencjalnych kandydatów. Plany pokrzyżował mi jeden album, nie powiem – wyczekiwany z niepokojem. Tymczasem odetchnąłem z ulgą, bo nowy krążek duetu Ballady i Romanse „Zapomnij” to wciąż ten sam, specyficzny dla sióstr Wrońskich swobodny, dziwny klimat i do tego bogatszy brzmieniowo.

(Nie)Zapomnij o Miłoszu Zespół założyła w 2007 roku Zuzanna Wrońska. Szybko dołączyła do niej jej siostra - Barbara (wspomagająca też wokalnie zespół Pustki). Swój debiutancki album, wydany dwa i pół roku temu, siostry nagrywały... w kuchni. Ze swoim drugim krążkiem przeniosły się już do studia nagraniowego. Tworzyły go zainspirowane wierszami Czesława Miłosza. Zachowały przy tym klasę – wciąż jest to zaskakująca muzyka z przymrużeniem oka i nietypowymi instrumentami. I – co najważniejsze – jest to ich styl, czuć swobodę z jaką się w nim poruszają choćby wokalnie. Jak w przypadku poprzedniego albumu, tak i teraz autorką tekstów jest głównie Zuza, zaś muzyki – Basia. Wyjątkiem są dwa utwory, do których siostry wykorzystały wiersze Miłosza oraz „Dziesięciu Wujków”, do którego tekst napisała właśnie Basia. Album miał premierę 29 marca tego roku. Muzykę tworzoną przez ten utalentowany duet ciężko sklasyfikować. W warstwie muzycznej znajdziemy nie tylko perkusję i pianino, ale też elektronikę, lizaki – gwizdki, fagoty, chór, znane ze szkoły podstawowej flety proste czy kryształowe szklanki. Warto wspomnieć (Nie)Zapomnij o Miłoszu

o cymbałkach, tworzących świetny wstęp do utworu „Dziesięciu Wujków”. Są piosenki żywiołowe i szybkie, ale znajdą się także wolniejsze, refleksyjne. Nie jest to jednak materiał na radiowe hity – większość utworów jest połamana rytmicznie, do tego pojawiają się rozległe brzmieniowo przestrzenie. Album może też odstraszać wokalnie. Duet prezentuje zupełnie inne podejście do poezji, dziewczyny śpiewają po swojemu. Dla niektórych może to być irytujące – czasem lekko fałszują, pieją i wyją – ale świetnie komponuje się to z resztą, tworząc specyficzną i świeżą całość. Mają własny styl i chwała im

45


K U LT U R A

za to, że nie zmieniają go, aby zyskać szersze grono odbiorców. W warstwie literackiej „Zapomnij” wypada świetnie. Teksty nie zapadają od razu w pamięć, choć wydają się pozornie banalne. Dotykają jednak ważnych spraw – wybija się z nich temat rodziny i codzienności. Pojawiają się: przedszkole, awizo, rachunki za gaz, miłość i starość („Człowiek”, „Dla ciebie”, „Matka”), opisy przyrody („Ozimina”, „Plony”), ślub, chrzest, widmo pogrzebu i wiele więcej. Słowa tych piosenek są równie ważne jak dźwięki – na krążku wszystko gra, świetnie się ze sobą łączy. Nie brak siostrom Wrońskim, przy tak poważnych tematach, także poczucia humoru - teksty czasem aż kipią ironią. Całość jest rewelacyjnie zmiksowana, tworzy równoważną całość. Ukłony za to należą się również producentowi albumu, Markowi Dziedzicowi oraz realizatorowi – Adamowi Toczko.

„Zapomnij” jednak nie wszystkim przypadnie do gustu. Sposób śpiewania sióstr Wrońskich będzie niektórych zwyczajnie irytował. Nic nie szkodzi! Chwali się duet za to, że zamiast szukać szerszego grona odbiorców, tworzy własną muzykę. Ironia, metafora, pozorna banalność, w połączeniu z nietypowymi wokalami, dźwiękami i muzyką tworzą poczucie lekkości, świeżości i swobody. I choć całość może być dla przeciętnego odbiorcy trudna do słuchania – mnie porwała i chcę więcej i więcej. Mimo iż partia pewnego fragmentu jedną z sióstr przerosła wokalnie, to całość cechuje wysoki poziom. Może nie jest to materiał na hity radiowe czy szczyty list przebojów, ale warto po niego sięgnąć, choćby dlatego, że „Zapomnij” to pozycja naprawdę inna i wyjątkowa na naszym rynku muzycznym. Kamil Gabinecki


K U LT U R A

Natalia Niemen-Otremba – starsza córka muzyka Czesława Niemena i modelki Małgorzaty Niemen. Ukończyła średnią szkołę muzyczną w klasie altówki. Na scenie zawodowej zaczęła śpiewać w 1997 r. w chórkach Natalii Kukulskiej. Rok później ukazała się jej solowa płyta „Na opak”. Z powodzeniem wystąpiła na Festiwalu Polskiej Piosenki Opole ‘98. Jest wokalistką zespołu New Life’M oraz solistką Trzeciej Godziny Dnia. Jest żoną muzyka Mateusza Otremby znanego jako Mate.O.

Bóg, muzyka i macierzyństwo Z Natalią Niemen-Otrembą rozmawia Anna Mularska. Anna Mularska: Pochodzisz z artystycznej rodziny. Czy ten fakt zainspirował cię do obrania takiej właśnie drogi życiowej? Natalia Niemen: Myślę, że tak. Były dwa „sploty”, które miały na to istotny wpływ. Po pierwsze – przynależność do rodziny Czesława Niemena, a więc przebywanie w środowisku pełnym muzyki. Po drugie – edukacja muzyczna, bo już w wieku siedmiu lat zdałam egzamin do szkoły muzycznej. Ciągnęło mnie do muzyki, do śpiewu… Chociaż kiedyś, będąc małą dziewczynką, chciałam zostać siostrą zakonną. Byłam blisko Kościoła, chodziłam z koleżanką na nabożeństwa, miałam kontakt z zakonnicami. Był czas, kiedy naprawdę myślałam o takiej drodze. Jednak przeważyło powołanie do założenia rodziny, a także moja fascynacja muzyką. Czy bycie córką sławnego ojca jest uciążliwe? Przez 20 lat nie miałam sygnałów, aby porównywano mnie do taty. Dopiero później, kiedy konkretnie zaczęła się moja przygoda ze śpiewaniem, przy okazji promocji płyty pojawiłam się Bóg, muzyka i macierzyństwo

w mediach. Wtedy doświadczyłam swoistej nagonki na swoją osobę. Byłam bardzo krytykowana przez osoby ze świata tzw. kultury. Kiedyś, będąc na spacerze, dowiedziałam się, że nauczyciele z mojej szkoły rozmawiali na mój temat bardzo negatywnie. Oceniali, że jestem beztalenciem i że nic ze mnie nie będzie. Bardzo Cię to bolało? Myślę, że jak jest w życiu zbyt łatwo, to trudniej jest się nam w nim odnaleźć. Takie nieprzyjemne doświadczenia dały mi szansę zdobycia „grubej skóry”, czyli takiej odporności psychicznej, która pozwala mi wykonywać życiowe zadania pomimo wielorakich form zawiści i złego nastawienia niektórych ludzi do mojej osoby. Tata mówił, że ludzi dobrej woli jest więcej i trzymam się tej myśli. Jednak zło jest bardziej krzykliwe, wyraziste i lubi się ogłaszać. Stąd dochodzi do nas więcej negatywnych emocji i sygnałów. Po pierwszej płycie „Na opak” zaangażowałaś się w inny rodzaj muzyki. Skąd taka nagła zmiana kierunku muzycznego? 47


K U LT U R A

To nie jest jakaś diametralna zmiana kierunku muzycznego, ale raczej wewnętrzna zmiana duchowa. Duch Święty już w czasie nagrywania mojej solowej płyty działał intensywnie w moim sercu. Byłam wtedy młodym człowiekiem. Szukałam drogi, na której będę mogła jak najlepiej się realizować. Kiedy zaczęłam intensywniej myśleć o Bogu i poszukiwać Jego dróg, zaczęłam przebywać wśród ludzi świadomie wierzących. Tak poznałam Joachima Mencla, który zaproponował mi przejęcie roli wokalistki w zespole New Life’M. Jak dziś oceniasz tamtą płytę? Lubię tę płytę, ponieważ uważam, że była świetnie zrobiona. Nie podoba mi się mój śpiew, bo warsztatowo byłam wtedy mało „wyrobiona”. Jednak były to fenomenalnie skomponowane piosenki z gatunku pop, choć może nieco przearanżowane przez moich kolegów. A jakie są Twoje inspiracje muzyczne? W młodości bardzo wiele słuchałam Petera Gabriela, Kate Bush – wykonawców popularnych, ale z wyższej półki. Zasłuchiwałam się w chorałach gregoriańskich i w muzyce cerkiewnej. Jestem zafascynowana artystami, którzy mają wspaniały warsztat i duszę do muzyki, aby móc wykonywać piękno. Wyzwala to we mnie podniosłe uczucia. Dlatego moim marzeniem jest komponować muzykę łączącą wyrafinowanie i piękno z niezwykłą prostotą. Przez nią zaś „upiękniać” ludzi, czyli obdarzać ich autentycznym pięknem.

A jak wygląda Twoje podejście do wykonywania muzyki uwielbienia? Bardzo cieszę się, gdy mogę śpiewać z TGD albo z New Life’M. Czuję satysfakcję z tego, co robię. Kiedy jednak w życiu prywatnym mi coś nie wychodzi, kiedy wkrada się grzech albo słabość, nie umiem obłudnie wyśpiewywać Bogu chwały. Często ogarnia mnie takie swoiste samopotępienie. Wtedy też nachodzą myśli, iż nie jestem godna chwalić Boga, że nie mam prawa tego czynić, bo przecież jest grzech. Zmuszam wtedy swoją duszę i ciało do postawy uwielbienia – pomimo wszystko. Proszę Boga, aby uczył mnie tego na co dzień. Przypominam sobie postawę psalmistów, którzy wiedzieli, że uwielbienie Boga jest lekarstwem na smutek rodzący się z upadku. To pozwala mi akceptować prawdę, że Bóg jest wierny. Gdzie jest pokuta, tam istnieje także przebaczenie. Zdradzę, że zdarzało mi się zmieniać tekst, gdy śpiewałam z zespołem Trzecia Godzina Dnia. Aby być uczciwą wobec Boga, siebie i słuchaczy potrafiłam zaśpiewać np.: „chcę chwalić Pana” zamiast tekstu: „chwalę Pana”. To jest prawda, że tego chcę! Nie myślałaś kiedykolwiek o śpiewaniu jakichś innych tekstów? Nie interesuje mnie śpiewanie bzdur i tekstów o niczym! Nie wyobrażam sobie tego, aby nie poruszać w piosenkach tematu życia. A życie to Bóg! 13 marca wystąpiłam razem z Kwartetem Piotra Barona, razem z wspaniałymi, młodymi muzykami. Niezwykle trudne aranżacje i trudna do wykonywania muzyka. Śpiewałam m.in.: „Te Deum”,


K U LT U R A

„Chrystus zmartwychwstan jest” i „Psalm 88”. Nie myślę o warstwie tekstowej, bo dla mnie jest to oczywiste, że śpiewam o Bogu i duchowej kondycji człowieka! Ja tym żyję. Dla mnie takie piosenki mają wartość, ponieważ poruszam w tej muzyce sprawy, które uważam za nadrzędne, a o których ludzie teraz rzadko słyszą. W „Transitusie” wyśpiewałaś rolę Pani Miłości. Czy to także rodzaj muzyki, który ci bardzo odpowiada? „Transitus – oratorium o św. Franciszku” to wspaniała, przecudowna kompozycja muzyczna Joachima Mencla do tekstów jego żony Beaty. To ich wspólne, genialne dzieło! Dla mnie był to niezwykły zaszczyt, że mogłam wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Kiedyś marzyłam o tym, by zaśpiewać na jednej scenie z wybitnym muzykiem Jorgosem Skoliasem i także to pragnienie wypełniło się podczas tego dzieła. Pamiętam także niezwykłe koleżeńskie spotkania w gronie zaprzyjaźnionych muzyków i urokliwy klimat Krakowa. Wierzę, że znajdą się sponsorzy, którzy sprawiają, że „Transitus” będzie pokazywany większej publiczności. Potem zszokowałaś wielu ludzi, śpiewając: „Jestem mamą – to moja kariera”. Na przekór współczesnemu światu i „myślicielom” kpiącym z tzw. matek-Polek pokazałaś, że macierzyństwo może być karierą. Do kogo kierujesz treść tego utworu? Piosenka ta nie była pisana dla mnie, ale w pełni się z nią identyfikuję. Pokrywa się ona z moim życiem. Zachęcając Bóg, muzyka i macierzyństwo

w tej piosence kobiety do pozostania w domu, mówię o konkretnej grupie – tych, których rodziny są materialnie zabezpieczone, a one wracają do pracy po to, by miło się poczuć. Jest mi żal tych kobiet, bo za kilkanaście lat może się okazać, że nie mają w ogóle relacji ze swoimi dziećmi. Niektóre tłumaczą zaistniały fakt tym, że „dziecko ma być dumne z pracującej matki” albo tym, że jej dobre samopoczucie wpływa na radość dziecka. To dobre samopoczucie jest mocno przereklamowane, ponieważ ono sprawia, że jesteśmy krótkowzroczni i patrzymy wyłącznie na nietrwałe przyjemności, doświadczając rozgoryczenia w dalszej perspektywie życia. Dziecko potrzebuje, aby matka miała dla niego czas! Dzieci są naprawdę warte takich kosztów, jak: rodzicielskie zmęczenie, zdrowie, poświęcenie finansowe i czasowe. Kobiety mają intuicję macierzyńską daną im od Boga nie na darmo! Jesteśmy po to, aby się realizować w macierzyństwie, które jest trudne, ale błogosławione. Czasem podpieram się nosem, ale – ufając Bogu – idę dalej. Dobrze jest spełniać swoje marzenia, ale ciągle patrzmy na owoce naszej samorealizacji. Dobrze jest mieć poukładaną hierarchię wartości. Macierzyństwo to szerokie spektrum różnych kolorów – od bieli do czerni. Jesteś piosenkarką, co oznacza, że nie masz sztywnego grafiku zajęć. Czy przez ten fakt nie jest Ci łatwiej tak mówić? To prawda, że nie muszę chodzić codziennie na 8.00 do pracy. Mogę też 49


K U LT U R A

pracować w domu, komponując piosenki czy ćwicząc głos. Jednak zauważmy, że muzycy nie mają teraz łatwo, gdyż pracy dla nich jest coraz mniej. Z każdego koncertu odbywającego się raz na trzy miesiące cieszymy się jak dzieci. Jednak Bóg pomaga i zawsze mamy co zjeść i w co się ubrać. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele kobiet chce zostać w domu, ale nie mogą z różnych względów. To inna sprawa. Kiedy widzę zmęczone kasjerki albo ekspedientki pracujące późną porą, wtedy serce mi się kraja. Kobiety te zmuszone do zarabiania pieniędzy, zapewnie zostawiły swoje dzieci w domu… Apeluję do tych kobiet, które mają pieniądze na utrzymanie rodziny, aby w nią inwestowały, a także w swoje dzieci. Bo tego czasu już się potem nie da odpracować... Czy czujesz się kobietą sukcesu? Dla mnie sukces to bycie blisko Boga i naśladowanie Jezusa Chrystusa. To poznanie Boga i posiadanie z Nim żywej relacji. Dla mnie sukcesem

byłoby, gdyby moje życie było odzwierciedleniem Bożej chwały, gdybym była świadectwem dla swojej rodziny i znajomych. Pod względem tego najważniejszego punktu w moim życiu nie czuję się kobietą sukcesu, bo ciągle do niego podążam. Pozostaje mi modlitwa o łaskę Boga. Jako chrześcijanka chcę być radykalna w naśladowaniu Jezusa. A w bardziej światowym rozumieniu sukcesu? Tak, czuję się spełniona. To wszystko dzięki Bogu! Chcę wykonywać pracę najlepiej jak potrafię na miarę swojego talentu. W zawodzie muzycznym nie wszyscy chcą mieć karierę publiczną. Ale wystarczy, że mają swoją publiczność i ciężko dla niej pracują. Są szczęśliwi, choć może nie tak szeroko znani. Ja zaliczam się do tej grupy. Czuję się kobietą sukcesu także jako żona i matka. Daje mi to ogromną radość i satysfakcję. Anna Mularska


K U LT U R A

INNA TWARZ (mini)gigantów

Najnowszy krążek brytyjskiej formacji White Lies przesłuchałam nie krępując się zupełnie w zaciszu swojego pokoju. Zasiadłam wygodnie w fotelu stawiając w zasięgu swojej ręki kubek z gorącą, absolutnie gorzką kawą. Cukier jest zbyt drogi, a końca kryzysu na arenie gospodarczej Polski nie widać. Jak się okazuje – nie widać go również spoglądając na brytyjską scenę muzyczną.

Kapela zadebiutowała energetycznym albumem To lose my life w roku 2009, który to swoją premierę miał również w Polsce na corocznym festiwalu Heineken Open’er w Gdyni. Były fajerwerki, była moc. Charakterystyczny, niski ton wokalu plus mocna, wybijająca się na pierwszy plan linia basu i bębnów, to zdecydowana dewiza White Lies. Cały gig dodatkowo wzmacniała perfekcyjnie zorganizowana oprawa artystyczna, bezbłędnie wprowadzająca w nieco mroczny, rockowy nastrój. Tak było dwa lata temu. Mamy rok 2011, a wraz z nim nowy album White Lies’ów, Ritual, który moim zdaniem zupełnie abstrahuje od poprzedniej kompilacji. Singiel promo Bigger than Us zaniepokoił mnie do tego stopnia, że w ciemno kupiłam bilet na marcowy koncert Brytyjczyków w warszawskiej Stodole, żeby przekonać się, czy to jakaś pomyłka, czy faktycznie artyści drastycznie zmienili konwencje muzyczne na gorsze(?) Kilka dni później otrzymałam od znajomego oryginalny limitowany box zawierający utwory w wersji winylowej, remixy kawałków oraz pocztówkę z okładką INNA TWARZ (mini)gigantów

płyty. Nerwowo przeglądałam zawartość. Wreszcie uruchomiłam ścieżki dźwiękowe... Jestem rozczarowana. Wyczuwam zmęczenie i aspołeczne podejście do sprawy. Nie czuję energii. Is love, Strangers, Streetlights, Peace & Quiet... Kawałki odwalone jakby na kolanie. „Nie chce mi się robić pracy domowej, ale muszę chociaż dziabnąć, bo dostanę lanie jak tego jutro nie odbębnię” – w takim systemie działa najnowszy album White Lies’ów. W środowisku muzycznym mówi się, że Harry McVeigh operuje głosem o barwie bardzo zbliżonej do Ian’a Curtisa (wokalisty postpunkowego zespołu Joy Division). Mało tego – oprócz barwy – jak się okazuje, panowie mają także podobne kawałki. White Lies’i niemal żywcem podłożyli linie basu z Transmission (Joy Division). Smutne. Lep na fanów sprzed dwóch lat powoli się zużył, a wymiana na nowych z pewnością nie służy Brytyjczykom. Jak na razie: nadmiar megalomanii, zero pewności siebie. Modlę się o jak najszybszą zmianę proporcji. Magdalena Sylwestrzak

51


K U LT U R A

Gitara akustyczna, delikatny, pełen emocji wokal i skromność – tym ujął widzów uczestnik trzeciej edycji Mam Talent w Polsce. Jego debiutancki album był jednym z najbardziej wyczekiwanych zdarzeń na rynku muzycznym. Nie powiem – sam też czekałem, byłem ciekaw jak wypadnie we własnych nagraniach. Czy krążek „Rules changed up” Piotra Lisieckiego spełni wszystkie stawiane mu oczekiwania? Czy będzie powiewem świeżości, czymś nowym, niezwykłym? Tylko częściowo – album niestety wypada raczej średnio.

Lisiecki bez rewelacji Osiemnastolatek z Gdańska postawił sobie wysoko poprzeczkę. Śpiewał z emocjami, wręcz intymnie, przygrywając sobie na gitarze. Taki obraz zapadł wszystkim w pamięć, album zrywa z nim już pierwszym utworem. Krążek zaczyna się w miarę energicznie, rzucają się w ucho inne instrumenty, jest perkusja, bas, gdzieś tam przygrywają klawisze. Na początku sprawia to pozytywne wrażenie, zwłaszcza że gitara akustyczna zawsze gdzieś tam się pojawia. Album zawiera 10 utworów, z czego 7 kompozycji jest autorstwa Piotra Lisieckiego, pozostałe to covery które wykonywał w programie Mam Talent. Przy tych właśnie trzech utworach można doznać szoku, są bowiem kompletnie inaczej zaaranżowane. Należy to przypisać na plus, gdyż Piotrek nie powiela tego, co pokazał w Mam talent. Jeśli chodzi o teksty to chyba w większości traktują o miłości, pozostałe o życiu, nawiązują nawet do mitologii (Ikar). Nie są jakieś specjalnie ambitne, nie są też banalne. Nie zapadają również od razu w pamięć. Wokalnie album prezentuje się nieźle – tutaj Lisiecki pokazuje, że program pomógł mu się rozwinąć. Miejscami bywa mocniej, głośniej, mniej spokojnie – trudno uwierzyć, że śpiewa to ten sam, trochę nieśmiały chłopak. Zniknęły jednak gdzieś emocje i intymność – co prawda jest żywiej i ciekawiej muzycznie, zgubił się jednak ten nastrój z castingu. Nawet covery, przez zmienioną aranżację trochę tracą z tego, co najbardziej spodobało się widzom programu i jurorom. Przede wszystkim – ciężko od razu je zaakceptować, trzeba ich przesłuchać by zauważyć, że są naprawdę niezłe. Cover Jolene trochę ratuje materiał, jest chyba najbardziej wyciszonym kawałkiem na całej płycie. Największym minusem są skojarzenia, a te nasuwają się dość nachalnie. Materiał zawarty na „Rules changed up” nie jest nowy, świeży, inny. Za bardzo przypomina miejscami zespół Raz Dwa Trzy (Skazani na siebie), czy Myslovitz (To miasto jest złe). A takich skojarzeń jest tylko więcej. Cały materiał zdaje się być wtórny, Jolene przywraca gdzieś skojarzenia z występami w programie, pomaga też Ain’t no sunshine, lekko bluesowe z domieszką funky. Jednak to za mało by uratować album, który dość szybko się nudzi. Jest przyjemny w odsłuchu i nawet wpada


K U LT U R A

w ucho, lecz nie nadaje się raczej do częstego puszczania.. Słabo trafiony jest też singiel promujący krążek – Gra o wszystko, jest jedną z mniej udanych kompozycji, trochę monotonny muzycznie i niespójny tekstowo. Album nie jest zły, aczkolwiek raczej nie będzie hitem – większość pewnie sięgnie po niego głównie z powodu występu Piotra w Mam Talent. I prawdopodobnie się rozczarują, gdyż gdzieś w tym wszystkim uciekło to, co ujęło widzów – emocje. Nie jest to zła muzyka, słucha się jej dobrze – nie jest jednak

Lisiecki bez rewelacji

ani świeża, ani nowa. Zbyt mocno budzi skojarzenia - nasuwa się wręcz pytanie ile autonomii miał przy tworzeniu tego materiału Piotrek. Materiał po paru odsłuchaniach zwyczajnie się nudzi, nie zachwyca i nie spełnia oczekiwań. Możliwe, że lepiej wypada koncertowo, lecz w takim razie bardziej opłaca się kupić sobie bilety na koncert, niż album Piotra Lisieckiego, który potem będzie się tylko kurzył na półce. Kamil Gabinecki

53


POEZJA

Kochana Kochana moja, Jesteś ciszą, na której spoczywają Szlachetni, Jesteś rzeką stworzoną przez ludzkie łzy, Jesteś oceanem ich krwi. Jesteś iskrą w ognisku, nadzieją się tlisz I czekasz cierpliwie, aż przestaniemy Cię bić. Kochana moja, przepraszam * Co się stało dziś Słoneczko, że tak świecisz zbyt daleko, Każdy dotknąć Ciebie chciałby – będąc kimśtam, wciąż jest mały. Nie dosięgnie Cię, na szczęście, gdyż za krótkie ma swe ręce. Nawet jeśli się upiera, duma z siebie go rozpiera, Jego słowo go podnieca, – brak idei mu przyświeca. Nawet jeśli berło trzyma, wszystkich wkoło ciągle dyma i koronę ma na głowie, grabi państwo, bierze sobie, nawet wtedy, gdy już wszystko ma, jego życie pięknie gra, Ciebie nigdy nie posiądzie, nawet jeśli jest to książę, Więc się nie bój do nas wyjrzeć, nikt po Ciebie tu nie przyjdzie i nie schowa do kieszeni, w złoto także nie zamieni. Może uda to się Tobie, Zaczarować życie jego I zamienić go w dobrego, W kogoś, kto spojrzy w górę, By powiedzieć Ci dziękuję. Karolina


POEZJA

To nie ty Już cię nie ma Widzę cię ale to nie ty Na ulicy w szkole To nie ty Ciebie już nie ma Nie wiem gdzie jesteś W moich snach czasami lecz to nie ty Uśmiech widzę jak przez mgłę To już nie ty To wspomnienie Jak to dziwnie brzmi Storm

To nie ty

55


Księgarnia i Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa secjalizuje się w publikacjach naukowych dotyczących szeroko pojętego antyku, języków starożytnych, filozofii, historii i kultury starożytnej grecji czy imperium romanum, archeologii, badań nad pismem świętym, pism ojców kościoła. Nie poprzestając na tym, chętnie zajmiemy się tematyką recepcyjną, pamiętamy bowiem o tym, że starożytność nie znikła z powierzchni ziemi, lecz jej tradycje były żywe zarówno w średniowieczu, jak i w renesansie. Nasze publikacje przygotowywane są przez filologów klasycznych począwszy od etapu składu i łamania, poprzez korektę oraz redakcję, aż do przekazania plików do druku. jeśli będzie to konieczne znajdziemy współpracowników znających języki semickie. wszystko stosownie do życzeń i potrzeb klientów.

www.sublupa.pl

Bunt i buntownicy w tragedii greckiej. JAKUB FILONIK. Seria Scripta, tom I.

MUSA LATINITATIS.

Antologia poezji łacińskiej. Seria Scripta, tom II.

www.ksiegarnia-sublupa.pl

Joel R. Beeke

Randall J. Pederson

PURY TA N I E COLLEGIUM

BIO GR A F I E I DZ I E â A

COLLEGE KOLEGIUM

Instytut Tolle Lege

Purytanie. Biografie i dzieła RANDALL PEDERSON, JOEL BEEKE. 756 STRON

Kolegium i wspólnota akademicka w tradycji europejskiej i amerykańskiej

redakcja naukowa MARK O’CONNOR PIOTR WILCZEK

COLLEGIUM. Kolegium i wspólnota akademicka w tradycji europejskiej i amerykańskiej

Obserwator nr 20  

Czasopismo studentów Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW w Warszawie

Advertisement