Page 1


Spis treści Studia i praca: Requestat in pace ....................................................................................... Uniwersytecie płacz .................................................................................... Dziewczyna pełna zapału ...........................................................................

4 6 8

Religia: U grobu ks. Jerzego budzi się sumienie naszego narodu.......................... Nocą klękasz ............................................................................................... Prymas mojego pokolenia .......................................................................... Studenci mocniej żyjący..............................................................................

10 15 19 22

Społeczeństwo: Stacja marzeń, stacja bez adresu ................................................................ Francuskie matki ......................................................................................... mojeżycie.net .............................................................................................. Rublowskie żony .......................................................................................... mur wrażliwości........................................................................................... być online .................................................................................................... zielone światło dla niepełnosprawnych ..................................................... gdzie strumyk płynie z wolna .....................................................................

26 29 32 34 38 42 45 48

Moim zdaniem: pół człowieka pół zwierzęcia pół mózgu ................................................... ekologiczne spojrzenie na odpoczynek ......................................................

51 53

3


10. kwietnia 2010. Godz. 8.56. Każdy już wie, o czym będzie ten artykuł? Wbrew pozorom, nie będzie o parze prezydenckiej. Jedną z 96 osób, które zginęły pod Smoleńskiem, był rektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie ks. prof. Ryszard Rumianek. Jestem studentką jego uczelni. To zobowiązuje.

Jego studenci byli szczęśliwi Rozsądny, inteligentny, wesoły – to trzy cechy, które studenci ks. Rumianka wymieniają najczęściej, wspominając Jego Magnificencję. Pamiętają także, że dla nich potrafił się nawet sam narazić na nieprzyjemności. – „W maju zwykle odbywają się juwenalia” – wspomina jeden ze studentów. – „Jak co roku pojawił się problem, gdzie ma je zorganizować UKSW. Postawiono, mimo głosów sprzeciwu, na campus przy Dewajtis. Potem rektor musiał chodzić po różnych instytucjach, tłumaczyć się.” Jak to znosił? Pytam studenta Kamila, który wspomina go ciepło.


STUDIA I PRACA

– „Zawsze był uśmiechnięty. A wiesz czemu? Bo jego studenci byli szczęśliwi”. Dodaje, że był zawsze prawdziwy i szczery. Priorytetem zawsze były dla niego dwie rzeczy: kochani studenci i Ezechiel. Dlaczego Ezechiel? Ksiądz profesor wykładał Pięcioksiąg, a Księga Ezechiela była dla niego wyjątkowo ważna. Był przekonany, że można ją tłumaczyć na wiele sposobów. Codziennie znajdował inny. Niestety nie miałam możliwości uczęszczania na te zajęcia, żałuję, że nie było ich w toku pierwszego roku studiów. Miałam za to okazję usłyszeć ks. Rumianka w innych okolicznościach. Przed świętami Wielkanocnymi na uczelni jak zwykle odbywały się rekolekcje, ale tym razem było w nich coś wyjątkowego. Informowały o tym na porozwieszane na uczelnie komunikaty, bo po raz pierwszy w historii nauki rekolekcujne miał prowadził sam rektor UKSW. Szczerze mówiąc, nie miałam ochoty uczestniczyć w rekolekcjach. Myślałam sobie: „nic nowego nie będzie, nuuuda”. Zaciągnęła mnie (dosłownie!) koleżanka. Kiedy wepchnęła mnie do kaplicy i nie było „zmiłuj”, usłyszałam ciepły głos mówiący: – „Zapraszamy dziewczynkę w czerwonym. Zapraszamy”. Na wszystkich zajęciach zwracano się do nas „proszę państwa”, niby tak „górnolotnie”, ale, na litość Boską, nie mamy po 50 lat! Wiem – zwrot grzecznościowy, ale mimowolnie, zawsze, gdy to słyszę, podnosi mi się ciśnienie. Łza zakręciła mi się w oku,

Jego studenci byli szczęśliwi

kiedy zwrócono się do mnie jak do dziecka. Wspomnienie dzieciństwa... Beztroska, wolność, a wszystko było takie proste... Poczułam się mała, bezbronna i... maksymalnie speszona… Głos, który ciągle mówił od strony ołtarza, wydobywał się z potężnego pana uśmiechającego się promiennie do każdej osoby. „Serce roście”, gdy patrzy się na takiego człowieka! Z rekolekcji, pprócz tego wydarzenia, najbardziej zapamiętałam jeszcze naukę końcową księdza rektora. Mówił wówczas, że kiedy był mały, nie wyobrażał sobie momentu, gdy zostanie księdzem. Będąc w seminarium założył się z kolegą, że nigdy nie będzie uczył. Już wykładając na uniwersytecie był pewny, że nie zostanie rektorem. I skwitował w sposób przezabawny: – „A tydzień temu nawet nie przypuszczałem, że będę stał przed wami i głosił Słowo Boże”. Teraz, myślę sobie, że pewnie znów zaskoczyło go życie. Nie spodziewał się, ze ta wyprawa z prezydentem okaże się jego ostatnią drogą. Zresztą, nie tylko jego – nas wszystkich. Kiedy dowiedziałam się, że w samolocie był także mój rektor, poczułam się tak, jak w 1. dzień rekolekcji – mała i bezbronna... Księże Rektorze, Requestat in pace! Milena Walczak

5


Trzeba wierzyć, że ta śmierć miała sens – „Uniwersytecie płacz, odszedł Twój Rektor” – mówił prorektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego ks. prof. Henryk Skorowski rozpoczynając Mszę Świętą żałobną w intencji Jego Magnificencja ks. prof. Ryszarda Rumianka, rektora UKSW, który zginał w katastrofie prezydenckiego samolotu.

12 kwietnia o godz. 12.00 w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia Maryi Panny przy ul. Dewajtis stawiły się niezliczone tłumy studentów i profesorów. Dostojni goście ze wszystkich środowisk uniwersyteckich, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbara Kudrycka, przedstawiciele sejmu, prawnicy, wykładowcy, kapłani UKSW i inni przybyli goście – wszyscy pogrążeni w wielkim bólu, oddali hołd zmarłemu Rektorowi ks. prof. Ryszardowi Rumiankowi, biorąc udział we Mszy Świętej, której przewodniczył bp Piotr Jarecki, uczeń ks. prof. Ryszarda Rumianka. Homilię wygłosił ks. prof. Józef Kulisz. – „Odszedł człowiek dobry, zatroskany o drugiego człowieka, pełen optymizmu płynącego z wiary w Jezusa Chrystusa. Chcemy dziś podziękować za dar jego życia, jego wiary i kapłaństwa, którym służył” – mówił ks. Kulisz. Kapłan zwracał uwagę, że Jego Magnificencja ks. prof. Rumianek był przez wiele lat związany z UKSW. Przez 5 lat był rektorem tej uczelni. Dla niego uniwersytet był żywym organizmem, któremu wiernie służył. Posługiwał się w tej służbie wartościami Prymasa Tysiąclecia, którego uważał za swoistego „właściciela” tej uczelni. – „Cały Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego pogrążony jest w żalu, rozpaczy i w wielkim smutku po stracie największego przyjaciela studentów i całego środowiska uniwersyteckiego, rektora, profesora, a jednocześnie opiekuna i wielkiego człowieka, którego celem była zawsze i wszędzie służba drugiemu człowiekowi” – mówił ks. Kulisz. Zwrócił także uwagę, że ks. prof. Rumianek na pierwszym miejscu w swoim życiu wiarę i naukę stawiał. – „Był wielkim optymistą, którego pasją było Pismo


STUDIA I PRACA

Święte, szczególnie Stary Testament, którym potrafił rozmiłować każdego. Ziemia Święta była dla niego, jak powiadał – piątą Ewangelią”. Te opinię podzielali inni znający Jego Magnificencje. – Był wybitnym teologiem, a w szczególności znawcą Pisma Świętego i przewodnikiem po Ziemi Świętej – mówił wykładowca UKSW dr Józef Szaniawski. Prorektor ds. kształcenia prof. UKSW Dorota Kielak przypomniała, że ks. prof. Rumianek pełnił w swoim życiu różne role. – „Był przede wszystkim kapłanem, naukowcem, profesorem, biblistą, Ekonomem Archidiecezji Warszawskiej, Wicerektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie, Rektorem UKSW, licencjonowanym przewodnikiem po Ziemi Świętej i członkiem Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie” – mówiła prof. Kielak i podkreślała, że „wszystkie te role były dla niego ważne, ale najważniejsze były relacje z ludźmi – cie płe, szczere, otwarte i – nade wszystko – autentyczne w całej swojej pełni”. – „Wszystko, co tworzył, budował na człowieku i z troską o człowieka – dodała profesor, ks. prorektor Skorowski podkreślał, że „w świadomości duchowej, należy wierzyć, że ta śmierć miała sens”. Magdalena Kowalewska

Trzeba wierzyć, że ta śmierć miała sens

7


Dziewczyna pełna zapału Mówią o niej Dziewczyna–żywioł. Spontaniczna, uśmiechnięta, a przede wszystkim nie boi się igrać z ogniem. Nic dziwnego, jest strażaczką. Kornelia ma osiemnaście lat i wraz z tatą–strażakiem postanowili przy Ochotniczej Straży Pożarnej w Zabielach zorganizować żeńską drużynę strażacką. Dziś liczy ona już 16 ochotniczek.

Kornelia, zwana także Nelą, mieszka w niewielkiej miejscowości na Podlasiu. Jej tata od kilku lat jest strażakiem. Gdy razem postanowili stworzyć pierwszą żeńską drużynę strażacką, to właśnie on pomógł jej zyskać przychylności komendanta OSP i wójta. Pomysł się ziścił. W OSP Zabiele służy 16 dziewcząt strażaczek – jedną z nich jest Kornelia. Mundur Nela otwiera szafę, w której wszystko jest w strasznym nieładzie. Wszystko, poza strażackim mundurem galowym, który


STUDIA I PRACA

elegancko wyprasowany wisi na wieszaku. W skład ubioru galowego wchodzą: mundur w kolorze ciemnogranatowym, biała koszula, czapka dżokejka dla kobiet w kolorze ciemnogranatowym, sznur srebrny przeplatany niebieską nitką, krawat. Taki strój nosi się podczas dnia Strażaka i z okazji świąt państwowych, a także podczas świeckich spotkań oraz uroczystości religijnych. Kornelia wrzuca na siebie szybko mundur i pędzi do kościoła. Zapytana, dokąd tak biegnie jak oparzona, rzuca krótko: ”na wartę”. Jest Wielka Sobota. Noc. Grupa strażaków czuwa przy grobie Pańskim, po raz pierwszy warty trzymają dziewczęta. „Żywiołowe dziewczyny” zakładają kaski i ciężkie strażackie pasy z siekierką. Nawet Nela jest poważna, jakby ten strój poskromił jej temperament. Akcja–zawody Kornelia jest dumna, bo strażacki mają już na swoim koncie sukcesy. Zajęły pierwsze miejsce w Gminnych Zawodach Sportowo–Pożarniczych dla jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych z gminy Kolno. Zdjęcia i medal przywodzą na myśl wspomnienie triumfu i podsycają apetyt na dalsze sukcesy. – Następne zawody tez wygramy – zapewnia Nela. Zapytana, czy była już na prawdziwej „akcji” ze smutkiem odpowiada, że jeszcze nie. Drużyna dziewcząt pełni raczej funkcję reprezentacyjną. Ale pociesza się, że nie jest to wykluczone, by po szkoleniach niektóre z nich wsiadły z innymi strażakami do wielkiego, czerwonego wozu. Iskierka Życie Kornelii nie kręci się oczywiście tylko wokół remizy, sikawek i galowego munduru. Dziewczyna śmieje się, że chciałaby mieć taki zapał do nauki jak do straży. Alą też zwykłe dni, szkoła i dramaty, które przeżywa większość licealistek. Nela uwielbia śpiewać, gra na gitarze, skończyła nawet szkołę muzyczną. Marzy jej się założenie zespołu. Miała już w prawdzie kilka występów na festynach, jednak pozostała cicha nadzieja, że kiedyś zagra koncert z prawdziwego zdarzenia, a nie amatorski. Tymczasem Nela, posyła mi szelmowski uśmiech, nucąc sobie refren starej piosenki Antosia Szprychy: „Nasza straż pożarna niech ją piorun trzaśnie, przyjeżdżają wtedy kiedy ogień gaśnie. Naszą straż pożarną niechaj dunder świśnie, ognia nie widzieli lecz w butelce wiśnie”. Ile w tym prawdy? Blanka Borys

Dziewczyna D Dz ziieewc wczyynaa p pełna ełnaa zzapału eł apaałłu ap

9


U grobu ks. Jerzego budzi się sumienie naszego narodu Z promotorem pamięci i kultu męczennika ks. Jerzego Popiełuszki ks. prof. Antonim Lewkiem* rozmawiała Magdalena Kowalewska. Owocem i kulminacją niezwykłego kultu tego Męczennika jest jego beatyfikacja w dniu 6 czerwca 2010 roku. Z tej okazji „Obserwator” poprosił o rozmowę osobę najbardziej zorientowaną, kompetentną i zaangażowaną w promowanie kultu ks. Jerzego. Ks. Lewek wyznaje, że sumienie zdeterminowało go, aby służyć „wielkiej sprawie” ks. Jerzego Popiełuszki.

Magdalena Kowalewska: W jakich okolicznościach ksiądz profesor poznał ks. Jerzego? Ks. prof. Antoni Lewek: Od 35 lat mieszkam na warszawskim Żoliborzu w pobliżu kościoła św. Stanisława Kostki, w którym od maja 1980 roku ks. Jerzy był duszpasterzem. Wówczas go poznałem jako skromnego, młodszego współbrata w kapłaństwie. Specjalnie się nie wyróżniał. Jednak już pod koniec sierpnia 1980 roku, gdy hutnicy warszawscy podjęli strajk okupacyjny i wysłali delegację do ks. prymasa Wyszyńskiego z prośbą o kapłana, który by im w niedzielę odprawił w hucie Mszę Świętą – to właśnie ks. Jerzy Popiełuszko się na to zgodził się i został tam skierowany. Od tego czasu stał się kapelanem hutników, ich duszpasterzem, szczególnie potrzebnym i pomocnym

później, w okresie stanu wojennego. Ks. Jerzy był też duszpasterzem średniego personelu medycznego w archidiecezji warszawskiej. Jakim człowiekiem i kapłanem był ks. Popiełuszko? Co go wyróżniało wśród innych księży? Przez pierwsze lata kapłaństwa nie wyróżniał się jakąś fenomenalną osobowością czy działalnością. Dopiero sytuacja społeczno–polityczna lat 80–tych sprawiła, że stał się znanym kaznodzieją i obrońcą chrześcijańskich ideałów „Solidarności” jako wielkiego ruchu społecznego, inspirowanego i wspieranego także przez Kościół. Na Msze Święte za ojczyznę odprawiane przez ks. Jerzego przybywały tysiące ludzi. Władze komunistyczne uznawały kazania ks. Jerzego za antypaństwowe.


RELIGIA

– zawsze to powtarzam – charyzmat, czyli szczególną łaskę i wewnętrzną siłę, by w obronie człowieka i chrześcijańskich wartości pójść nawet na śmierć męczeńską. On miał świadomość, że mogą go zabić, a mimo to trwał i mówił wprost, że jest gotów na wszystko.

Ks. Jerzy narażał się władzom, zdawał sobie coraz wyraźniej sprawę, że grozi mu nawet śmierć ze strony SB. O tym zagrożeniu był wprost informowany ks. Prymas, który wielokrotnie wzywał ks. Jerzego do siebie i mówił o niebezpieczeństwie, proponował wyjazd na studia do Rzymu lub do pracy duszpasterskiej wśród Polonii np. w Ameryce. Ale ks. Jerzy odpowiadał, że jeśli otrzyma od ks. Prymas tego typu nakaz, to go wykona, jednak sam nie chce i w sumieniu nie może opuścić tych tysięcy ludzi, którym służy i pomaga, którzy przychodzą na Msze za ojczyznę. A przychodziły ogromne rzesze ludzi z całej Warszawy. Ksiądz Jerzy bardzo ryzykował, narażał się. Ale otrzymał on od Pana Boga

Ksiądz Profesor był bardzo zaprzyjaźniony z ks. Jerzym? Trudno mówić o zaprzyjaźnieniu. Nie znałem go wcześniej jako kleryka czy młodego kapłana warszawskiego. Był siedem lat młodszy ode mnie. Jestem księdzem z archidiecezji poznańskiej, ale ponieważ zamieszkałem na terenie parafii św. Stanisława Kostki, więc dość często się spotykaliśmy. Po jego śmierci zdecydowanie bardziej mogę mówić o swojej przyjaźni z nim. Za życia raczej tylko przyglądałem się jego działalności. Natomiast po męczeńskiej śmierci od samego początku sumienie nakazywało mi zaangażować się całkowicie w służbę „sprawie” Kapłana–Męczennika, co zresztą wywoływało nawet pewne zdumienie w warszawskiej kurii i na naszej uczelni. Zaskoczeniem było to, że docent państwowej ATK, ksiądz z poznańskiej diecezji całymi dniami przebywa u grobu ks. Jerzego, przemawia do pielgrzymów z całej Polski, wydaje broszury i książki, głosi tak wiele kazań na temat ks. Jerzego Popiełuszki. Przez pierwszy rok po śmierci ks. Jerzego przejąłem (odprawiałem) także jego niedzielne Msze

U grobu ks. Jerzego budzi się sumienie naszego narodu... narodu

11


RELIGIA

Święte o godzinie 10.00. Mówiło się nawet o nich „Msze Popiełuszkowe”. Można zatem powiedzieć, że ksiądz profesor niejako przejął częściowo obowiązki ks. Jerzego Popiełuszki, był tym, który go zastąpił… Faktycznie, było tak przez pierwszy rok. Ksiądz proboszcz chorował, dużo przebywał w szpitalu, a dwaj księża wikariusze nie mogli sami podołać wyzwaniom sytuacji. W głoszonych kazaniach, w duchu religijno–patriotycznego kaznodziejstwa ks. Jerzego, analizowałem dość odważnie także ówczesną rzeczywistość społeczno–polityczną, krytykując totalitarno–ateistyczny system, który zabijał nie tylko fizycznie ludzi, ale też ich sumienia oraz walczył z religią i Kościołem. Głoszenie tych kazań wiązało się z niebezpieczeństwem. Ksiądz profesor sam podjął to wyzwanie, czy został poproszony o to przez proboszcza ze św. Stanisława? Jak już powiedziałem, zaangażowałem się z własnej woli, a raczej z wewnętrznego nakazu sumienia. Zdawałem sobie sprawę, że chodzi tu o historyczne wydarzenie i o chrześcijańskiego męczennika, przyszłego świętego. A wszystko zaczęło się 19 października 1984 roku, gdy ks. Jerzy Popiełuszko został porwany w drodze z Bydgoszczy do Warszawy. Przypomnę:

stało się to w piątek późnym wieczorem. Dopiero w sobotę w wieczornym Dzienniku Telewizyjnym podano wiadomość, że ks. Jerzy został uprowadzony przez „nieznanych sprawców”. Następnego dnia, w niedzielę, tysiące ludzi przybyło na Msze Świętą do żoliborskiego kościoła. O godzinie 11.00 pojawił się nawet przewodniczący zdelegalizowanej wówczas „Solidarności”, Lech Wałęsa, który po Mszy przemówił do zebranych. Mówił, że może to być prowokacja esbecka. Wyrażał nadzieję, że ks. Jerzemu nie może się stać nic złego. Odtąd przez jedenaście dni i nocy czekaliśmy na powrót ks. Popiełuszki. Codziennie wieczorem o 19.00 podczas Mszy Świętej modliliśmy się za niego, tłumy ludzi gromadziły się w kościele i wokół kościoła, przy ołtarzu kilkunastu lub kilkudziesięciu księży koncelebrowało wieczorną Eucharystię. Właśnie wtedy zacząłem wygłaszać kazania religijno–patriotyczne, które wydawałem potem w sześciu kolejnych tomach. W dniach oczekiwania na powrót ks. Jerzego przybywali na wieczorne Msze także ks. Prymas i biskup Kraszewski. Ludzie byli wtedy jeszcze bardziej zdenerwowani, napięci, drżeli i mówili do siebie, że może biskup już wie, co się stało z ks. Jerzym. Ale nikt nie chciał dopuszczać myśli, że ks. Jerzy Popiełuszko mógł zostać zabity. Tak bardzo był lubiany i kochany!


RELIGIA

Kto poinformował księdza, co stało się z ks. Jerzym? Pamiętam dokładnie: był wtorek, około 19.30. Skończyłem akurat mówić kazanie, jeden z księży podszedł do mnie i po cichu powiedział, że znaleziono ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Struchlałem. Wiedziałem, że teraz, w trakcie Mszy Świętej nie mogę tego ogłosić. Dopiero po Mszy powiedzieliśmy to zgromadzonym. I wtedy stało się coś, czego nie zapomnę nigdy: ta tragiczna informacja wywołała momentalnie eksplozję płaczu, szlochu i krzyku całej rzeszy ludzi zebranych w kościele i na placu kościelnym. Trudno było opanować tę sytuację i uspokoić płaczących. A później był jeszcze pogrzeb… Władze komunistyczne dążyły do tego, by pochować ciało ks. Jerzego w rodzinnych Okopach k. Białegostoku, daleko od Warszawy. Jednak hutnicy warszawscy – zresztą, nie tylko oni – stanowczo domagali się, żeby pogrzeb odbył się w Warszawie przy kościele św. Stanisława Kostki. I faktycznie tak się stało 3 listopada 1984 roku. W tym historycznym pogrzebie uczestniczyło blisko pół miliona ludzi. Dziś grób ks. Jerzego znajduje się przy kościele św. Stanisława i pielgrzymują do niego ludzie z całego świata. Ksiądz profesor zajmował się później właśnie tymi pielgrzymami. Rzeczywiście, przez pierwsze 10 lat wszystkie wolne od zajęć akademickich godziny i dni poświęcałem

obsłudze pielgrzymów, przemawiając do nich, informując, odprawiając Msze Święte, spowiadając. Przybyło tutaj dotąd około 18 milionów ludzi z kraju i ze świata. Pamiętam wizyty włoskiego premiera Giulio Andreottiego, premier Margaret Thatcher z Wielkiej Brytanii, prezydenta Czech Vaclava Havla, wiceprezydenta USA George’a Busha, wicekanclerza RFN Hansa Dietricha Genschera, senatora z USA Edwarda Kennedy’ego i wielu kardynałów i biskupów. Ale największym wydarzeniem była, oczywiście, wizyta Ojca Świętego Jana Pawła II w czerwcu 1987 roku. Jak wspomina ksiądz profesor tę papieską wizytę? Było to wydarzenie przede wszystkim kościelne i religijne, ale też i polityczne. Władze komunistyczne zgodziły się na przyjazd Papieża do Polski w 1987 roku. Jednak robiły wszystko, aby papież nie przybył na grób ks. Popiełuszki. Oficjalnie więc w programie pielgrzymki wizyty przy grobie nie było. Polacy jednak wierzyli, że Ojciec Święty będzie przy grobie ks. Jerzego. I rzeczywiście był! Jak to dokładnie wyglądało? Na ulicach wokół kościoła – tysiące ludzi. Nadjeżdża kawalkada samochodów z Ojcem Świętym. Oklaski, wzruszenie, śpiew. Papież najpierw wszedł do kościoła. Siedem minut modlił się przed Najświętszym Sakramentem. Potem wyszedł. Przed grobem ks. Jerzego ustawiono dwa klęczniki: dla Papieża i dla ks. Prymasa. Ale on je ominął. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że

U grobu ks. Jerzego budzi się sumienie naszego narodu... narodu

13


RELIGIA

widocznie nie będzie klękał, tylko pomodli się tak jak pielgrzymi na stojąco. A on zrobił coś niezwykłego! Odbiera biało–czerwone kwiaty od ks. kapelana Stanisława Dziwisza, podchodzi do samego grobu, kładzie na nim kwiaty, klęka na ziemi i… całuje grób! To było niesamowicie wzruszające! Potem wstał, modlił się i na zakończenie jeszcze raz ucałował grób. Zachował się więc tak, jakby chciał przez to powiedzieć: „Synu, księże Jerzy, przyjechałem osobiście ci podziękować, że się tak poświęciłeś dla Kościoła i Ojczyzny”. To zachowanie Ojca Świętego pokazało nam Polakom, jak mamy czcić tego męczennika. Celowo Papież nie wypowiedział w tym miejscu ani jednego słowa przez mikrofon. Ale swoim zachowaniem powiedział więcej niż słowami. Zechciałby ksiądz wypowiedzieć na koniec jeszcze jakąś myśl lub życzenie w związku ze swoim zaangażowaniem w promocję pamięci i kultu ks. Popiełuszki? Chętnie – zakończę pewną informacją i życzeniem. Jak już wspomniałem, od samego początku – po pogrzebie ks. Jerzego – przez wiele lat z głębokim zaangażowaniem obsługiwałem „ambonę” i pielgrzymów u jego grobu, stąd wiem, że bardzo wiele pielgrzymek autokarowych, zwłaszcza ze wschodnich regionów Polski, udających się na Jasną Górę lub powracających

stamtąd nawiedza grób ks. Jerzego. Można więc mówić o swoistej relacji i więzi tych dwóch sanktuariów narodowych. Widząc zaś liczne nawrócenia religijno–moralne, które dokonują się przy grobie ks. Jerzego pod wpływem refleksji o jego heroicznej miłości do Boga i ludzi, aż do męczeńskiej śmierci, doszedłem osobiście do interesującego wniosku, a właściwie pomysłu, który od lat ośmielam się wyrażać w następującym sformułowaniu: W jasnogórskim sanktuarium „bije serce narodu polskiego” (Jan Paweł II), a w żoliborskim sanktuarium „budzi się sumienie narodu polskiego”. Oby więc obydwa sanktuaria – jasnogórskie i żoliborskie – były nadal celem licznych pielgrzymek, oby uwrażliwiały serca i budziły sumienia rodaków, a przez to budowały wspólnotę Kościoła i odnawiały duchowe oblicze naszej Ojczyzny! Oby tym bardziej stało się to po beatyfikacji ks. Jerzego! * Ks. prof. Antoni Lewek (1940– –2010) był dyrektorem Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, autorem licznych publikacji poświęconych życiu i działalności kapelana Solidarności, a zwłaszcza owocowaniu jego męczeństwa w Kościele i w społeczeństwie polskim. Wywiad przeprowadzono przed uroczystością beatyfikacji ks. Popiełuszki w czerwcu 2010 roku.


RELIGIA

To można dać u góry jakoś jak motto, czy coś takiego: „Nocą klękasz i znaleźć chcesz Boga, potem w oczach strach nosisz i łzy – Na dalekich, rozstajnych gdzieś drogach ktoś się zbłąkał i płacze jak Ty.”

Poeta, który był człowiekiem Zapytałam, co mogę dla niego zrobić? Czy w czymś pomóc? A on powiedział: „Czy mogłabyś mi przynieść butelkę coca coli?”. Taki właśnie był ks. Twardowski – bardzo otwarty i szczery – z przyjaciółką kapłana–poety Beatą Lipską rozmawia Magdalena Kowalewska. M.K.: Marzyłaś, żeby spotkać się z ks. Twardowskim? Beata Lipska: W pewnym momencie mojego życia jego poezja stała się dla mnie podwaliną całej filozofii życiowej i fundamentem, na którym można wszystko budować. Mimo, że wydaje się, że jest ona łatwa i przyjemna, wbrew pozorom jest bardzo głęboka oraz pełna poważnych życiowych przemyśleń. Jak się później okazało jej refleksje towarzyszą mi przez całe życie. A jeśli chodzi o samo Poeta, który był człowiekiem

15


RELIGIA

marzenie spotkania księdza, w ogóle o tym nie marzyłam nigdy. Po prostu to się stało. Czy był to jakiś szczególny przełom w Twoim życiu? Potrzebowałaś od niego jakiejś pomocy? Natchnieniem dla mnie był fakt, że moja siostra kiedyś zaznaczyła kolorowym długopisem najlepsze kawałki z „Elementarza ks. Twardowskiego”. I w ten sposób przeczytałam pierwszy wiersz, a potem kolejny i kolejny. Jest to książka, którą czytam najdłużej w życiu, ponieważ ciągle czytam ją od nowa. Po przeczytaniu tego tomiku spotkało mnie cierpienie, które wymagało pogodzenia się z nim i przeżycia w godny sposób. Wówczas cała filozofia księdza stała się dla mnie najważniejsza. Moim mottem życiowym jest cytat ks. Twardowskiego: „Czasem przyjąć coś od Boga, nawet cierpienie, to więcej niż ofiarować”. Jak doszło do tego pierwszego spotkania z ks. Janem Twardowskim? Miało ono miejsce w 2003 r., gdy ks. Twardowski przyjechał do Komorowa, gdzie jego poezja była czytana przez pana Kolbergera. Tam dałam księdzu list. Generalnie historia listu jest bardzo długa. Takie listy były pisane przeze mnie kilkakrotnie. Raz wysłałam jeden pocztą, kolejnym razem

wręczyłam mu osobiście, właśnie w Komorowie. Najskuteczniejszym sposobem okazało się podanie listu przez jego przyjaciela Waldemara Smaszcza. Dostałam odpowiedź dzień przed Wigilią. Wtedy nie wierzyłam jeszcze w to, że mogę kiedyś osobiście spotkać się z księdzem Twardowskim. Natomiast historia spotkania jest taka, że wraz z przyjaciółką szukałyśmy kościoła Św. Anny w Warszawie. Rozpoczęłyśmy wędrówkę od ronda De Gola i szłyśmy całym Krakowskim Przedmieściem, zachodząc do każdego kościoła po drodze. Prędzej czy później musiałyśmy trafić do kościoła wizytek. Przy okazji szukałyśmy kalendarza. Modląc się w kościele zauważyłyśmy napis: „Kalendarze z ks. Twardowskim dostępne w zachrystii”. W momencie, gdy zorientowałam się, że to kościół wizytek, w którym ksiądz był lektorem, postanowiłam zapytać się siostry o zdrowie księdza. Sprzedała nam kalendarze, spojrzała surowym wzrokiem spod okularów i powiedziała: „Można spytać osobiście”. Byłyśmy bardzo zaskoczone. Jak to? Zastanawiałyśmy się. Jak można pójść i po prostu odwiedzić wielkiego poetę, którego tak bardzo się ceni? Było to naprawdę dla mnie niesamowicie wielkie przeżycie i nie do przyjęcia. Jak można tak po prostu powiedzieć : Idę odwiedzić sobie np. Różewicza…


RELIGIA

…Albo Szymborską. O dokładnie! Poetów w ogóle nie traktuje się jak ludzi. Są dla nas jak ikony, niedostępne dla świata. A tu okazało się, że jednak jest to możliwe. Zadzwoniłyśmy do zielonych drzwi, otworzyła nam gosposia – pani Basia. Stwierdziła, że ksiądz właśnie jakby na kogoś oczekiwał. I jakie było pierwsze wrażenie? Wrażenie… o Jezu! To człowiek! Poeta jest człowiekiem! Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, że poeta ma ręce, nogi… Leżał sobie przed nami staruszek na łóżku z takim troszkę błędnym wzrokiem. Uderzające było również to, że był siwy, kiedy całe życie pamiętałam go ze zdjęć i różnych publikacji z czarnymi włosami. Okazało się, że je farbował. Opowiedział yśmy mu skąd jesteśmy, pamiętał o liście z Komorowa, ksiądz jeszcze wtedy spowiadał… Mimo, że był to starszy człowiek, był bardzo otwarty i pogodny. Czy potem składałaś jeszcze jakieś wizyty księdzu–poecie? Tak, było ich jeszcze kilka. Zazwyczaj kiedy byłam w okolicy, postanawiałam zajść do niego. Często byli tam również lekarze, rehabilitanci i różni ludzie. Przychodziłam także z przyjaciółmi. Poeta, który był człowiekiem

A jak wyglądał jego dom i pokój? Jeśli chodzi o dom, był to zwyczajny domek na ternie przykościelnym – dość skromny domek z księgą gości, do której się nawet wpisałam. Wokół było mnóstwo zieleni i wiele kotów. To była taka oaza w środku Warszawy. Sam pokój księdza był bardzo charakterystyczny. Sprawiał wrażenie jakby było się w pokoju dziecka lub wchodziłoby się do jakiegoś świata, w którym Jezusowie frasobliwi żyją swoim własnym życiem, a Matki Boże uśmiechają się z ikon na ścianach. Znajdowało się tam mnóstwo biedronek, malowanych ptaszków, dużo rysunków dzieci, piec kaflowy ozdobiony dziecięcą twórczością , a nawet była poduszka– biedronka, taka, jaką i ja teraz posiadam. Co z osobowości ks. Twardowskiego utkwiło Ci najbardziej w pamięci? Ujęła mnie jego skromność i pisanie wierszy prosto z serca bez skreśleń. Może to dziwnie zabrzmi, ale ta zdolność emanowała z niego jako osoby, ponieważ dziwił się, że naprawdę są ludzie, którzy czytają jego poezję. Nie dowierzał, że jest ona tak uznawana wśród ludzi, że w Empiku Szymborska jest pod S, a Twardowski ma swoją własną półkę. On w to nie wierzył. Gdy wychodziłam z wizyty od księdza, sama nie mogłam uwierzyć w to, że naprawdę 17


RELIGIA

mogłam się spotykać z tym wspaniałym i wielkim człowiekiem. Przez całe życie zjednywał sobie przyjaciół. Dla mnie też był przyjacielem. I mimo wieku i tego, że czasami były chwile milczenia lubiłam po prostu z nim przebywać. Twoim zdaniem, poezja ks. Twardowskiego jest… Niezwykła, prosta, głęboka. Jest też trochę moja, każdy może powiedzieć, że jest to jego poezja. Pierwsze wersy zazwyczaj wprowadzają w nastrój, a ostatnie zamykają utwór w niezwykłą całość. „Bez krzyża jest ciężej” – ostatnie słowa wiersza „Krzyż”, który czytałam podczas wieczoru poezji. To życiowa prawda. Jak wyglądało ostatnie wasze spotkanie? Byłam wtedy w koszulce z Bobem Marleyem. Rozmawialiśmy o poezji, ksiądz był także wielkim znawcą

literatury. Zaśpiewałam mu piosenkę „Deszcz, jesienny deszcz”. Ksiądz wpatrywał się w obraz wiszący nad wejściem do pokoju, który przedstawiał Jezusa ukrzyżowanego. Obraz jako jedyny nie pasował do całości wystroju pokoju, lecz był bardzo piękny. Zauważyłam, że ksiądz bardzo zamyśla się nad tym obrazem. Zapytałam, co mogę dla niego zrobić i czy może w czymś pomóc. A on powiedział: „Czy mogłabyś mi przynieść butelkę coca coli?”. Taki właśnie był ks. Twardowski – bardzo otwarty i szczery. Nie wiedziałam, że to była już ostania wizyta. Niestety butelki coca coli nie zdążyłam przynieść. Gdybyś miała dokończyć myśl: „Chciałabym, aby…”, co znalazłoby się w drugiej części tego zdania? … Aby ludzie byli tak prości i tak szczęśliwi jak ks. Twardowski. Magdalena Kowalewska


Prymas mojego pokolenia

Prymas mojego pokolenia

19


RELIGIA

Grudzień 2009 roku. Rekolekcje biskupów polskich na Jasnej Górze. Pomiędzy purpuratami siedzi starszy człowiek. To urzędujący Prymas Polski, Józef kard. Glemp, który kończy właśnie swą posługę dla Kościoła. Z tej okazji płyną w jego stronę serdeczne podziękowania. Otrzymuje naręcza kwiatów i kielich mszalny, który jest darem Episkopatu Polski za 28 lat ciężkiej pracy na niwie Kościoła. Już wkrótce funkcję prymasa podejmie metropolita gnieźnieński abp Henryk Muszyński. Kard. Glemp zamieszka w specjalnie wybudowanym dla niego domu w Wilanowie. Ksiądz Jerzy, Solidarność, stan wojenny Grudzień 1981 roku. Kościół w Polsce przeżywa wówczas bardzo trudny okres swoich dziejów. Rząd komunistycznej partii stosuje wobec kleru i ludzi wierzących dotkliwe represje. 31 sierpnia 1980 roku powstają wolne związki zawodowe, a fala strajków obejmuje niemal cały kraj. W maju 1981 roku umiera Prymas Tysiąclecia, Stefan kard. Wyszyński. Jego następcą zostaje 52–letni metropolita warmiński, ks. Biskup Józef Glemp – bliski współpracownik i wieloletni sekretarz kard. Wyszyńskiego. Już w pierwszym roku jego posługi władza państwowa ogłasza stan wojenny. Wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 roku Prymas przybywa na Jasną Górę, żeby modlić się za tych, którzy kierują swą nienawiść przeciwko własnemu narodowi. W przemówieniu do młodzieży zgromadzonej na Wałach prosi, aby zachować spokój i postępować rozważnie. Wzywa do „zaniechania gwałtu i zażegnania bratobójczych walk”. Kościół rozpoczyna ,,walkę” o to, by przetrwała w ludzkich sercach wiara, nadzieja i miłość. Stając wobec tego trudnego doświadczenia, podejmuje się mężnego i odpowiedzialnego przeprowadzenia polskiego Kościoła przez zamęty historii. Pomaga kapłanom, którzy ze względu na swoją posługę religijno–patriotyczną, są prześladowani i nękani przez komunistów. Wśród nich obecny jest ks. Jerzy Popiełuszko – rezydent parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, diecezjalny duszpasterz środowiska medycznego i świata pracy. Prymas Glemp próbuje chronić go przed nieustanną inwigilacją ze strony Służby Bezpieczeństwa. W 2000 roku na Placu Teatralnym w Warszawie podczas świętowania Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa, ze łzami w oczach Kardynał wyzna: „pozostaje na moim sumieniu ciężar, że nie zdołałem ocalić życia księdza Jerzego Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku. Niech mi to Bóg przebaczy, może taka była Jego święta wola”. W tym samym roku otrzymuje we Włoszech Pokojową Nagrodę im. Giorgia La Piry w uznaniu za niezłomną postawę podczas stanu wojennego.


RELIGIA

Okres transformacji Kard. Józef Glemp w tym trudnym czasie okazał się wielkim zwycięzcą. Nie dał podporządkować Kościoła władzom politycznym, nie dopuścił do rozbicia jego wewnętrznej jedności. Gdy w 1989 roku doszło do Okrągłego Stołu, Prymas zdecydował się poprzeć ideę tych porozumień pomiędzy opozycją a ekipą generała Jaruzelskiego. Doprowadziło to do historycznych wyborów 4 czerwca 1989 roku i powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego. Kolejnym jego ważnym zadaniem stało się znalezienie miejsca dla Kościoła w nowym systemie demokratycznym. Jako przewodniczący Episkopatu Polski doprowadził w 1989 roku do przyjęcia ustawy o stosunku państwa do Kościoła oraz określenia tych relacji jako autonomicznych w konstytucji RP. Przyczynił się do ratyfikacji konkordatu czy przyjęcia ustawy antyaborcyjnej. Jego zasługą było też wprowadzenie nauczania religii do szkół. Dzięki odważnie podejmowanym działaniom Kościół zyskał silną pozycję w życiu społecznym i publicznym. Prymas przez 15 lat nie ugiął się pod presją SB i nie okazał nigdy gotowości do współpracy z tajnymi służbami. Opowiadał się za narodowym rachunkiem sumienia, lustracją i moralnym rozliczeniem z przeszłością. Domagał się jednak, by było to przeprowadzone uczciwie i w prawdzie. Dlatego ostro stanął w obronie abp Wielgusa, przypominając, że nie można oceniać człowieka na podstawie „świstków trzeci raz odbijanych”. Godny następca i kontynuator kard. Wyszyńskiego Być następcą Prymasa Tysiąclecia to wielki zaszczyt, ale też niezwykle odpowiedzialne zadanie. Kardynał Glemp świadomy swoich ograniczeń, potrafił w każdej chwili zachować skromność, pokorę i poczucie humoru. Gdy zaistniała potrzeba, potrafił być stanowczy i twardo upierał się przy swoim stanowisku. Przez wielu był ceniony za wybitne zdolności mediacyjne. Kontynuował myśl Prymasa Wyszyńskiego podczas kolejnych duszpasterskich działań takich jak reaktywacja Akcji Katolickiej, duże celebracje religijne czy peregrynacje. W ostatnich latach ks. Kardynał zaangażował się w budowę świątyni Opatrzności Bożej, która jest wotum wdzięczności za odzyskaną wolność. Dziękujemy, Księże Prymasie, za posługę polskiemu Kościołowi. Za wierność Bogu i Ojczyźnie, za prowadzenie Kościoła w czasach przełomu dziejów. Niech Bóg błogosławi za wszelkie dobro, które Kościół otrzymał w latach Twej prymasowskiej posługi! Anna Mularska

Prymas mojego pokolenia

21


Studenci mocniej żyjący


RELIGIA

Nie ograniczamy ogranicza amy si ssię ię je jedy jedynie d nie do chodzen chodzenia e ia n na a zzajęcia. ajęcia. a. JJes Jesteśmy esteśmy młodym es młodymi mi ludźmi, lu udź dźmi mi,, którzy mi k ór kt órzy zy ch cchcą hcą dać dać z siebie siiebie ie więcej, wię ęce cej, j, których których drogowskazem któ dro rogo g wskaze z m są słowa JeJee zusa Chrystusa: „Nie „Nie bój bój się, ssię ię ę, wypłynąć wypł wy płyn pł y ąć na głęb głębię!”. ębię ęb ię! ię ę!”. Staramy się po pokazywać, okazywa ać, że życie z Bog Bogiem być może stać przygodą. o iem m może mo oże że b yćć atrakcyjne,, m oże oż e st sta ać ssię ać ię p rzyg rz godą.

Studenci S ud St denci cii mocniej moc ocni niej żżyj żyjący yyjjąc ący cy

23 23


RELIGIA

Soli Deo – po łacinie „Jedynemu Bogu” – to zawołanie prymasa Stefana Wyszyńskiego. I nasze hasło – Akademickiego Stowarzyszenia Katolickiego. Zrzeszamy studentów ze wszystkich większych warszawskich uczelni, m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Politechniki i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nasze stowarzyszenie kończy w tym roku 20 lat. Student do tańca i do różańca Kim jesteśmy? Studentami, którzy chcą „Żyć mocniej”, jak brzmi tytuł jednej z książki amerykańskiego pisarza chrześcijańskiego Johna Eldredge’a. Nie ograniczamy się tylko do chodzenia na wykłady i ćwiczenia. Jesteśmy młodymi ludźmi, którzy chcą dać z siebie więcej, którym za drogowskaz służą słowa Jezusa Chrystusa: „Nie bój się wypłynąć na głębię!”. Staramy się pokazywać naszym koleżankom i kolegom, że życie z Bogiem może być atrakcyjne, może stać się przygodą i wyzwaniem, które warto podjąć. Nie chcemy zmarnować pięknego czasu młodości. Co robimy? Każdy rok akademicki zaczynamy od obozu „zerowego”. Jest on przeznaczony dla studentów zaczynających studia. Chcemy pomóc im zaklimatyzować się i zintegrować z nowymi znajomymi. Zawsze są to obozy organizowane w górach: Tatrach, Pieninach, Bieszczadach. Na górskim szlaku najlepiej poznaje się człowieka. Wszystkie nasze solideowe wyjazdy są „wolne od alkoholu” i innych

używek. Staramy się promować abstynencję, pokazywać, że i bez nich można się fantastycznie bawić. Każdy, kto pierwszy raz ma styczność z Soli Deo, jest zaskoczony świetną atmosferą na naszych imprezach. – Jestem w szoku! Pierwszy raz widzę, żeby na tak fajnej imprezie zamiast alkoholu na stole stał sok pomarańczowy. A wszyscy i tak świetnie się bawią! – usłyszałam z ust dziewczyny, która pierwszy raz była na jednej z solideowych imprez. A jednak, z nami jest to możliwe.


RELIGIA

W pierwszych dniach października wyjeżdżamy na weekendowe rekolekcje, by przed rokiem akademickim naładować „duchowe akumulatory”. Wybieramy miejsca ciche, spokojne i wolne od pośpiechu. Ostatnie rekolekcje odbyły się w Laskach. By nasze akumulatory cały czas były na optymalnym poziomie wspólnie wyjeżdżamy na spotkania legnickie i czuwania modlitewne Taize. Razem z naszymi duszpasterzami zapraszamy studentów na rekolekcje adwentowe i wielkopostne, organizowane na poszczególnych uczelniach. Poruszone uczelnie Soli Deo to przede wszystkim działanie. Organizujemy na uczelniach nawet kilkanaście spotkań w ciągu roku, by poruszać tematy wiary, miłości, czystości i wszystkiego tego, co interesuje młodych ludzi. Tradycją stały się już jesienne spotkania z cyklu „Sympatia, Miłość, Małżeństwo”. Gościliśmy na nich m.in. o. Ksawerego Knotza, dr Wandę Półtawską, dr Jacka Pulikowskiego oraz ks. Piotra Pawlukiewicza. Wielkim sukcesem okazał się projekt „Poruszyć niebo i ziemię”, który miał juz swoje dwie edycje. W środowisku akademickim podjęliśmy poważną dyskusję o Kościele, wierze i wartościach. Nie baliśmy się też trudnych pytań. Czy katolik może być człowiekiem sukcesu? Czy pieniądz jest złem? Seks i alkohol – czy to dobra zakazane? – to tylko kilka z tych, na które szukaliśmy odpowiedzi. Projekt Studenci mocniej żyjący

okazał się strzałem w dziesiątkę. Frekwencja robiła wrażenie, nie raz brakowało miejsc do siedzenia. Projektem zainteresowały się media. Swoją obecnością zaszczycili nas m.in. Wojciech Cejrowski, Szymon Hołownia, Muniek Staszczyk, Przemysław Babiarz, Janek Mela i wiele innych wspaniałych osób. W ramach projektu zachęcaliśmy do zapisywania się do banku szpiku, prowadziliśmy akcję krwiodawstwa, giełdę wartościowych książek, organizowaliśmy warsztaty i koncerty m.in. Siewców Lednicy, Porozumienia, Marcina Stycznia. W tym roku poruszamy niebo i ziemię dalej. Czekają nowe i jeszcze ciekawsze tematy. Zapraszamy również Ciebie! (http://pniz.solideo.pl) Solideowicz, czyli kto? A czym charakteryzuje się Solideowicz? Tym, że jest uśmiechnięty oraz otwarty na drugiego człowieka! Większość znajomości zawartych w ASK kończy się prawdziwy przyjaźniami na całe życie. Poza tym, Solideowicz to młody człowiek, który lubi dobrą zabawę oraz aktywnie spędzanie czasu. W ferie wyjeżdżamy, by poszusować na nartach. W zimowe weekendy wychodzimy na łyżwy, a w majówkę pływamy na kajakach. Tradycją jest wspólny wyjazd na Sylwestra w góry. Często wychodzimy razem do warszawskich klubów, na uczelniach organizujemy bale andrzejkowe czy karnawałowe. Zabawa jest przednia i trwa do rana. Joanna Kuzia 25


Stacja marzeń. Bez adresu

„Pociąg z Warszawy do Krakowa odjedzie z peronu czwartego przy torze szóstym. Życzymy państwu udanej podróży.” Peron w mgnieniu oka pustoszeje. Pozostaje tylko garstka ludzi. „To stali bywalcy” – tłumaczy ochrona. Dwanaście stopni na minusie, wewnątrz budynku niewiele cieplej. Krzysztof Szczepanowski ma czyste zimowe buty. Nosi długą ciemnozieloną kurtkę i wełnianą czapkę mocno nasuniętą na uszy. Tylko dowód osobisty odróżnia go od pozostałych. Tam w rubryce adres zameldowania figuruje „brak”. – Może pani opublikować moje nazwisko i imię – mówi otwarcie. – Mam

rodzinę w Warszawie. Może to do nich trafi. Niech chociaż ktoś wie, że żyję. Na warszawskim Dworcu Centralnym mieszka od osiemnastu lat. Dlaczego nie przeniesie się do przytułku dla bezdomnych? Zarówno on, jak i wszyscy moi kolejni bezdomni rozmówcy twierdzą, że każde inne miejsce jest lepsze. – Przynajmniej nie jest zawszone… – twierdzi pani Gosia. – Z dwojga złego lepiej tu – zarzeka się.


SPOŁECZEŃSTWO

Nie każdy chce rozmawiać. Niektórzy w milczeniu patrzą podejrzliwe. Analizują każdy mój gest, próbują doszukać się w słowach ukrytego „haka”. Wreszcie jeden przerywa ciszę i pyta dlaczego mają mi udzielać jakichkolwiek informacji. Nie poddaję się, negocjujemy cenę. – Wystarczy, że da nam pani na jedzenie – mówi jeden. – Dobrze – odpowiadam. – Skończymy rozmawiać, pójdziemy do sklepu i kupię państwu coś do jedzenia. – Nie trzeba – odpowiada inny. – My już sami pójdziemy! Na twarzy pana Krzysztofa pojawia się niepokój. – Skoro tak… Dobrze. Jedzenie, papierosy czy alkohol? – pytam wprost. Teraz niepokój zamienia się w zażenowanie. – To nie tak, jak pani myśli – odzywa się Szczepanowski i próbuje wytłumaczyć kolegów. – Nie można powiedzieć, że każdy bezdomny jest alkoholikiem. My nie pijemy. Pijemy tylko na noc, żeby się rozgrzać. W nocy jest zimno. Taka naleweczka rozgrzewa. Czasami zapalimy papierosa, żeby nie było tak zimno. – Dlaczego pan nie poprosił mnie od razu o alkohol? – ucinam. – Popełniłem błąd – na ustach Krzysztofa pojawia się nieśmiały uśmiech. – Jak się powie, że chodzi o alkohol, niewielu ludzi pomoże. Co innego jeżeli powiem, żeby pani dołożyła się na kanapkę. Mogę to pani pokazać. Pani będzie wskazywać do kogo mam podejść, dobrze? Krzysztof wyjmuje zza kurtki spory kawałek pasztetu i przekazuje go ochroniarzowi. – Tutaj nie wolno niczego zostawić – tłumaczy. – Można tylko dać na przechowanie ochronie. A takim Stacja marzeń. Bez adresu

fot. Acracia

kawałkiem mogą się najeść trzy osoby. Wszystkiego trzeba pilnować – mówi. – Właśnie. Nawet nie można na chwilę zdjąć butów, zaraz ktoś weźmie – dorzuca pani Gosia. – Co ja mam w tej torbie… Stanik, majtki. Wszystko kobiece, ale i tak nie mogę tego zostawić. Po co mój stanik i majtki facetowi? A i tak weźmie – skarży się. Schodzimy na halę główną. Wskazuję dziewczynę jedzącą hamburgera. Krzysztof prosi o pieniądze na nalewkę. Odchodzi z pustymi rękoma. Następna „ofiara” – pan w eleganckim, szarym płaszczu. Bezdomny prosi o pieniądze na kanapkę, ale sytuacja się powtarza. – Widzi pani, może gdybym pierwszym razem nie powiedział, że chodzi o alkohol. Ta pani by mi pomogła. Podchodzę do człowieka w szarym płaszczu. Przedstawiam się. Mówię, że chce napisać tekst o Dworcu Centralnym. Pytam dlaczego nie udzielił jakiejkolwiek pomocy bezdomnemu. Rzuca mi uśmiech, mający przykryć wstyd i zażenowanie. Po chwili tłumaczy się krótko. – Nie wszystkim mogę pomóc. Co rządzi bezdomnymi? Próbuję się dowiedzieć, ale Krzysztof sam zastanawia się nad odpowiedzią. – Zazdrość? Nie ma zazdrości. Nie zazdroszczę innym, że mają to, czego ja nie mam. Sam na to zapracowałem. Wstyd? Nie ma miejsca ma wstyd. Gdybym się wstydził… Nie przeżyłbym… To jest takie życie. Tutaj na to nie ma już miejsca. Czy się boję ludzi?… (uśmiech) Nie. Ja po prostu podchodzę kulturalnie i pytam. Jeżeli powiedzą: „Nie” to odchodzę. Jeżeli ktoś powie: „Wyp…” to 27


SPOŁECZEŃSTWO

przepraszam i odchodzę. Przeciętnie pomaga jedna osoba na dziesięć. No może dwie. Dla bezdomnych, jak opowiadają moi rozmówcy, każdy kolejny dzień na dworcu jest podobny do poprzedniego. Śpi się jak najdłużej, żeby zabić czas. Pije się, żeby się rozgrzać. – Ciągle chodzą w te i we w te. Nie mają tu nic więcej do roboty – ochroniarz zaciera zmarznięte ręce. – Czasem któryś zaśnie na ławce, wtedy musimy go przegonić. – Nie mam gdzie pójść – odpowiada pani Gosia. – Mogłabym co prawda pójść do mamy, ale nie chcę. Po co? Nie mam dowodu. Nie chcę się nikomu narzucać. Mam niepełne studia. Z mężem jestem po rozwodzie . Gdyby cofnąć czas… – zamyśla się na chwile, ale szybko zmienia ton. – Nie można go cofnąć. Nie ma nad czym myśleć. Trzeba przyjąć to, co jest. Gdybym mogła, nie mieszkałabym tu, gdzie mieszkam. Ale nie mogę, i tyle. Ktoś inny dorzuca równie zrezygnowanym tonem. – Może gdybym nie trafił do kryminału na dwanaście lat byłoby inaczej. Oczywiście żałuję tego, co zrobiłem. Nie rozwiódłbym się wtedy też z żoną. I nie byłoby mnie tutaj. Pani Gosia szybko wraca do tematu swojego wynagrodzenia. Tylko pani Asia nie chce ode mnie niczego. Mówi, że studenci również nie mają pieniędzy i że sama pamięta te czasy. Na pierwszy rzut oka oceniłam, że rozmawiam z ludźmi dobrze po sześćdziesiątce. Biorę do ręki pierwszy dowód, drugi… Z niedowierzaniem stwierdzam, że większość nie

przekroczyła nawet pięćdziesiątki. Brak dostępu do bieżącej wody, chłód, bakterie, alkohol, papierosy, niedożywienie, zmęczenie, bierność, cierpienie, brak odpoczynku odcisnęły niezatarty ślad na twarzach tej grupy bezdomnych. Ilu właściwie ludzi żyje tutaj w takich warunkach? Bezdomni twierdzą, że czasami ich liczba dochodzi nawet do siedemdziesięciu. – Wie pani ile tu osób umiera?… – rzucają jeszcze, kiedy wypłaciwszy umówioną zapłatę chcę odejść. Brak jest dokładniejszych danych dotyczących skali zjawiska bezdomności w Polsce. Liczbę bezdomnych szacuje się w bardzo rozpiętej skali – od trzydziestu do trzystu tysięcy osób. Ks. Stanisław Słowik w specjalnym raporcie Caritas twierdzi, że aktualnie w naszym kraju żyje od dwudziestu pięciu do trzydziestu tysięcy osób bez dachu nad głową oraz od pięćdziesięciu do siedemdziesięciu tysięcy osób potencjalnie bezdomnych, czyli np. zagrożonych eksmisją. Moi rozmówcy z Dworca Centralnego w końcu kończą naszą konwersację. – Porozmawiałbym z panią, ale ucieknie nam tramwaj – mówi jeden z nich. – Musimy poszukać miejsca na noc. Trzeba iść spać. Wracamy do życia… – na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech. Poprawia okulary. Po chwili wraz z pozostałymi znika w tłumie przechodniów. Ja wracam do swojego mieszkania. Na stole czeka już na mnie gorąca herbata. Dziś smakuje trochę inaczej. Elżbieta Jaroś


SPOŁECZEŃSTWO

Francuskie matki Oczami Polki na emigracji widziane

Francja – magiczny kraj, gdzie człowiek jest wiecznie zakochany, zawsze szczęśliwy, a piękne kobiety pachną pięknymi perfumami od Channel. Czy tak jest naprawdę? Zobacz ten świat oczami Polki od lat mieszkającej we Francji ze swoim bretońskim mężem.

Francuskie matki

29


SPOŁECZEŃSTWO

Wielu z nas idealizuje Francję marząc o tym kraju jak o poetyckich „wyspach szczęśliwych”, gdzie matki wychowują swoje wspaniałe dzieci, a ojcowie przynoszą do domu najlepsze wina cabernet sauvignion i rozkoszują się frutti di mare, podanym na stole udekorowanym przez swoje idealne żony. Francuskich rodziców podaje się za wzór godny naśladowania, a sytuację kobiet za przykład pozytywnego ich „wyzwolenia”. Ewelina, Polka od lat mieszkająca we Francji, już na początku naszej rozmowy burzy obraz Francuzek–matek jako genialnych, zorganizowanych i zakochanych w swoich pociechach. Podkreśla jednak, że nie zna całego kraju, a jedynie swój region. Zastrzega, że nie wie, jaka dokładnie jest sytuacja w pozostałych częściach Francji, chociaż podejrzewa, że wszędzie jest podobnie. – Mało zajmują się dziećmi, bo dzieci maja tu być samowystarczalne, siedzieć w kojcu i tyłka matce nie zawracać – mówi bez ogródek moja rozmówczyni. Dzieci „super–kobiet” Zdaniem Eweliny, Francuski bardziej niż Polki są skupione na sobie, większość kobiet jest aktywnych zawodowo. Po porodzie szybciej wracają do pracy i już od pierwszych dni życia dziecka zatrudniają opiekunki. Szybko przestają karmić piersią i zapominają o trudach ciąży i porodu. Z jednej strony, to godne pochwały, ale biorąc pod uwagę dobro rodziny jako ogniska

domowego, można zastanawiać się nad długotrwałymi konsekwencjami takich wyborów. Ewelina, mama trójki dzieci, mimo wykształcenia filologicznego i wysokich kwalifikacji, nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem i dziećmi. We Francji jest to odbierane bynajmniej jako dziwactwo. Tymczasem ona, jak zaznacza, była bardzo zaskoczona faktem, że niektóre z Francuzek widują swoje dzieci jedynie kilka chwil dziennie i traktują je jak dodatek do swojej kariery. Jakie są, więc pociechy tych aktywnych kobiet? – Jeśli chodzi o dzieci, moim zdaniem, z jednej strony są uległe, trochę „wytresowane”, z drugiej za to rozwydrzone i nie słuchające starszych. Uważają, że wszystko im sie należy. Tak odbieram dzieci, które znam. A mówienie pani w szkole na ‘ty’ zupełnie mnie rozbraja. Jeden dzień z życia francuskiej mamy – We Francji zaczyna się pracę przeważnie o 8 rano. Wcześniej mama zawozi dziecko do niani, skąd udaje się na 7 godzin do pracy. O godz.12 jest przerwa obiadowa, więc jeśli kobieta pracuje pobliżu domu, może tam zjeść, a jeśli nie, je w barze czy restauracji. O 13.30 powrót do pracy, a koniec z reguły ok. o 17.30. Potem mama obiera dzieci od niani, wraca do domu. Ok. godz. 20. wszyscy jedzą kolację – opowiada Ewelina. Zaznacza jednak, że trochę inaczej wygląda dzień mamy, której dzieci


SPOŁECZEŃSTWO

chodzą do szkoły. – Świetlica jest płatna i otwarta od 7.30, bo lekcje zaczynają się o 9. Mama zawozi wiec dzieci do szkoły. Zapisane są na stołówkę płatną, więc nie ma potrzeby odbierać ich na obiad. Szkoła kończy się o 16.30 (2 razy po 3 godz. Z półtoragodzinną przerwa na obiad). Jeśli mama pracuje dłużej, dziecko zostaje po południu do 18.30 w płatnej świetlicy w szkole. Ewelina dodaje jednak, że jeśli kobieta nie pracuje, nie oznacza to, że spędza więcej czasu z pociechami. – Taka mama prowadzi dzieci do szkoły na godz. 9. Jeśli jedzą w domu, odbiera je o 12 i odprowadza na nowo o 13.30. O 16.30 dziecko wraca do domu, je podwieczorek, bawi się. Kolacja może być między godziną 19. a 20. W międzyczasie mama robi zakupy, odwiedza koleżanki, sprząta – ale rzadko. Dziecko może chodzić do szkoły i mieć nianię jednocześnie. Wygodnickie i wiecznie zmęczone Moja rozmówczyni z jednej strony dziwi się francuskim mamom, które mają tyle czasu dla siebie, z drugiej wyraźnie podkreśla, że wychowanie dziecka spoczywa głównie na głowie kobiet. To one zajmują się kontaktem z niańkami, one wybierają szkoły, zawożą dzieci na dodatkowe zajęcia. Chociaż dbają o siebie i swój rozwój, nie jest tak, że zapominają o dzieciach. Każdy mały Francuz otrzyma odpowiednie wykształcenie i opiekę – jego matka na pewno o to zadba. Ewelina najbardziej zarzuca Francuzkom, że mało zajmują się dziećmi. Ale, Francuskie matki

jej zdaniem, mają jeszcze kilka innych wad. – Są niezorganizowane, bywają rozrzutne i wygodnickie – wylicza, ale szybko dodaje jeszcze oględnie, że „nie są zbyt porządne”. – Przywiązują małą wagę do wyglądu swojego i domu, często wypoczywają, a słowo ‘fatigué’ (zmęczony) jest u nich w niezwykle częstym użyciu. Tego można im pozazdrościć Są jednak i aspekty francuskiego stylu życia, które Ewelina bardzo docenia. – Podoba mi się, że przynajmniej jeden posiłek jada się wspólnie w gronie rodzinnym, przy stole. Także to, że kobiety są dla siebie dobre, potrafią odpoczywać i zajmować sie sobą, choć czasem jak dla mnie aż do przesady. To, że zawsze o sobie dobrze mówią i myślą, choć czasem to zakrawa na zarozumialstwo. Czy Polki powinny dążyć do francuskiego modelu? – Nasza tradycja, kultura raczej na to nie pozwolą – ocenia Ewelina. – Jednak warto by zapożyczyć z Francji kilka dobrych zwyczajów, jak chociażby ten, że nikt nie dziwi się kiedy kobieta, nawet jeśli jest matką, ma swoje aspiracje i ambicje – mówi moja rozmówczyni. Trzeba umieć wyciągać wnioski i uczyć się na błędach nie tylko swoich, ale i cudzych. Być może te lepsze, bliższe nam aspekty francuskiego życia przyjmą się także u nas? Dominika Czyż

31


Mojezycie.net Przegląda Demotywatory, Komixxy i Explosm. Ma postać w grach online typu MMO RPG: Dofus, Tibia, Metin, Mu, 4Story. Swój profil ma na Naszej Klasie, Gronie, Facebooku. Prowadzi działkę na Wolnych Farmerach i Zielonym Imperium. Pisze na kilkunastu forach dotyczących gier RPG. Spędza w Internecie po 14 godzin dziennie.

– Nie jestem chory… Robię to, co lubię… A zawsze jest coś do roboty – twierdzi 23–letni Radek. Rzuca mi szybkie spojrzenie, od naszej rozmowy bardziej interesuje go dyskusja na którymś z forów. Jak wygląda jego dzisiejszy rozkład zajęć? Jak w każdy inny dzień. Wstaje o 8. rano, idzie się wykąpać i robi sobie śniadanie. Zjada je już przy monitorze, gdzie siedzi do godziny 18. Robi przerwy tylko po to, żeby wziąć coś z lodówki lub pójść do ubikacji. Po 18. je kolację z rodziną, po czym szybko wraca przed komputer. Siedzi z reguły do północy, ponieważ taki limit ustanowił z mamą – wcześniej potrafił grać nawet do 3 rano.


SPOŁECZEŃSTWO

„Monotonia” – to słowo powoduje pulsowanie jego żyłki na czole. – Moje życie jest wspaniałe – ripostuje. – Jest ciekawe. Nic nie mam sobie do zarzucenia. Tyle różnych rzeczy się dzieje! – mówi z uśmiechem. Wiele zarzutów do niego ma za to jego rodzina. Siostra nazywa go nieudacznikiem i nierobem, rodzice czasami się awanturują, ale w końcu dają spokój, bo przynajmniej synek nie szlaja się z kumplami po nocy. – Sama wiesz jak to jest z waszą dzisiejszą młodzieżą – mówi mama Radka, Joanna. – Wpadnie w złe towarzystwo i się zacznie: alkohol, seks, narkotyki… On jeszcze ma szansę wyjść na ludzi, jest taki młody – przekonuje. Ale pani Joanna chyba sama już nie do końca wierzy w to, co mówi. Długo płakała, gdy syna wyrzucono z uczelni. Zaczęło się (jak zwykle) niewinnie. Był na drugim roku chemii na uczelni w Toruniu. Oceny zadowalające, dużo znajomych, marzenia o byciu chemikiem wojskowym. Kolega ze studiów pokazał mu świat Dofusa – gry online. Radek wciągnął się tak bardzo, że nie wychodził ze swojego pokoju na stancji. Potrafił spać po 5 godzin, a wszystkie pieniądze od rodziców wydawał na ulepszenia swojej wirtualnej postaci. Przyszła sesja, oblał wszystkie egzaminy. Jak to przyjął? Wzruszeniem ramion. – Na studiach życie się nie kończy – kwituje kwestię edukacji. Wrócił do rodzinnego domu pod Łowiczem, gdzie teraz mieszka z rodzicami. Czasami, by ich uspokoić, podejmuje się jakiejś dorywczej pracy – nie dłuższej jednak niż dwutygodniowa. Czy chce coś w prawdziwym życiu osiągnąć? – Kiedyś mógłbym zostać specjalistą od Internetu. Coś w rodzaju takiego analityka. Zresztą, sam nie wiem. Dobrze mi tak, jak jest – mówi. Radek jest jednym z wielu przykładów ludzi, o których można powiedzieć „bez życia”. Internet oferuje im poczucie bezpieczeństwa, świadomość „wyższego istnienia” – tego, że mogą prowadzić mądre dyskusje na forach, a swoje drugie „ja” wyposażyć w miecz i zaklęcia. Czy można to już uznać za współczesną chorobę? Jak się temu przeciwstawiać? Czy w ogóle warto walczyć o takich ludzi? Miejmy nadzieję, że ich przyszłość nie okaże się być tylko światem klawiatury i myszki, w barwnej grafice o wysokiej rozdzielczości. Barbara Jurzyk

Mojezycie.net

33


Rublowskie żony „W roku, kiedy amerykańskim kobietom pozwolono pracować w kopalniach, Rosjankom pozwolono w nich nie pracować.” Kobiety w Rosji bardzo wcześnie otrzymały szereg praw – w tym do głosowania, aborcji i pracy. Faktem jest również, że przez 70 lat żyły w społeczeństwie totalitarnym i źle rozumieją liberalne wartości i ważność walki o własne prawa. Pracującym na traktorach i układającym asfalt kobietom nie przyjdzie do głowy zabierać mężczyźnie ciężką torbę lub obrażać się na to, że otworzy przed nią drzwi.

„Na imię mi Kobieta…”

Kolorowe Matrioszki

Lena, młoda Rosjanka, urodziła się i wychowała w zabitej dechami – albo ładniej ujmując – malowniczo położonej miejscowości 300 km od Moskwy. Jak wiele jej rodaczek i rówieśniczek w życiu postawiła na naukę. Skończyła Filologię Rosyjską na Uniwersytecie Puszkina w Moskwie. Paradoksem jest, że działała nawet w założonym przed paroma laty ruchu feministycznym, który jednak z zachodnim feminizmem ma niewiele wspólnego. Znalazła męża, zamieszkała w Moskwie, rzuciła dobrze zapowiadającą się karierę i oddała cudownemu życiu na 200 metrach kwadratowych w apartamencie w centrum Moskwy. Opowiadała z uśmiechem, że to spełnienie marzeń, że mama zawsze powtarzała „od ładnej buzi do sukcesu”… A sukcesem dla kobiet w Rosji jest właśnie stabilizacja, luksus bycia żoną.

Kultura zachodu dociera do Rosji sprawiając, że kobiety coraz częściej chcą wyrwać się z małych miasteczek i wsi, uczyć się, robić kariery. Jednak w głębi serca, stając rano przed lustrem i malując usta na wściekły czerwony kolor myślą o mężczyznach. Czy dzisiaj mi się poszczęści? Statystyki demograficzne przemawiają na korzyść panów. Na każdy tysiąc mężczyzn przypada ok. 1300 kobiet. Zwłaszcza na prowincji. Ale również w Moskwie czy Petersburgu tysiące mężczyzn zabija ich największa miłość – alkohol. Rosjanki tę sytuację kwitują powiedzeniem, że u nich „na dziesięć kobiet przypada sześciu mężczyzn, z tego trzech to pijacy, jeden to gej, a jeszcze trzech mało zarabia. To wszystko sprawia, że w Rosji tzw. porządny mężczyzna jest, i to często dosłownie, na wagę złota. Przyczyną

Rublowskie żony

35


SPOŁECZEŃSTWO

ponad połowy przedwczesnych zgonów mężczyzn są morderstwa, wypadki komunikacyjne, samobójstwa, zatrucia alkoholowe, choroby serca i układu krążenia. Wszystkie tragedie (zabici w wojnie z Czeczenią stanowią na tym tle nikłą liczbę) mają swoje źródło w nadużywaniu alkoholu. W Rosji 6–procentowe piwo zaliczane jest do napojów bezalkoholowych, a napój 40–procentowy (minimum w rosyjskiej karcie alkoholi) płynie przez gardła obywateli przez cały dzień, stanowiąc dla nich sens życia. Problem „rublowskich żon” jest jak choroba trapiąca Rosjanki. Żyją przy jednej z najbogatszych ulic, potocznie nazywanej Rublówką albo Rublowską Szosą. Czarna asfaltowa droga, po obu stronach wille, korty tenisowe, baseny. Życie jak z bajki… Bogacze jednak nudzą się swoimi żonami, jak tylko zaczyna im przybywać kilogramów po urodzeniu dziecka. Najpierw odstawiają do kuchni, potem wymieniają na „nowszy model”. Na pocieszenie taka rublowska żona może liczyć na mieszkanie w bloku, ale to bolesny upadek dla kogoś, kto przyzwyczaił się do armii służących i brylantów. Na moskiewskich ulicach możemy spotkać rosyjskie wesołe wdówki, kobiety uwolnione, od pracy w domu, męża, którego miłość do wódki zmusiła do samobójstwa, zabójstwa lub śmierci w wypadku. Wesołe wdówki czują zmianę w powietrzu jednak w głowie pozostaje jedna myśl – trzeba znaleźć kolejnego męża. Wtedy na ulicach Rosji kolorowe matrioszki upstrzone krótkimi spódniczkami, ryczące 40–tki

i 50–tki wyruszają na łowy bogatych biznesmenów. Najczęściej lądują jednak w bagnie podobnym do starego, zmienia się tylko metraż mieszkania. Równouprawnienie po rosyjsku Kobiety w Rosji mają niezliczoną ilość praw na papierze, w rzeczywistości pomijane są w każdej dziedzinie życia. Kobieta obejmująca to samo stanowisko co mężczyzna zarabia nawet o połowę mniej. Ale problemem jest to, że same kobiety nie widzą potrzeby upominania się o swoje prawa, nie wspominają o równouprawnieniu, nie rozumieją feminizmu. Potulnie spuszczają głowę służąc mężowi jako matka, żona i kochanka (ta ostatnia rola niejednokrotnie pełniona ze strachu przed agresją męża lub pod przymusem). Te same kobiety, żony znanych rosyjskich oligarchów, na zachodzie uważane są za królowe, o których prawa dbają mężczyźni i państwo. Często są bite, gwałcone i torturowane, partnerzy znęcają się nad nimi fizycznie i psychicznie. Giną z rak swoich ukochanych mężów albo same mordują ich w poczuciu bezsilności. Patologia wywołana alkoholem rodzi patologie. Z danych Amnesty International wynika, iż w Rosji z rąk mężów ginie około 14 tys. kobiet. Wymiar sprawiedliwości okazuje całkowity brak zainteresowania, wręcz ignorancję. Milicja nie kwapi się, aby aresztować katów a sądy wykazują się nie tyle opieszałością, co nawet pewną „wyrozumiałością” dla oskarżonych. Ponadto w rosyjskiej Dumie utknęło


SPOŁECZEŃSTWO

ponad 50 projektów ustaw mających przeciwdziałać przemocy domowej. „Każdego dnia w Rosji 36 tys. kobiet jest bitych przez swoich mężów lub partnerów, a co 40 minut w wyniku przemocy domowej zabijana jest kobieta” – donosi AI. Rosjankom cały czas mówiono jak mają żyć. Wiedziały, jak mają żyć dla państwa, męża i dzieci, nikt jednak nie nauczył ich myślenia o sobie. Podświadomość spętana kulturowymi i społecznymi przekonaniami sprawiła, że niektóre z nich nigdy nie zadały sobie pytanie jak żyć, żeby być s zc zę śliwą? Co ja mam zrobić? Wmawiano im, że są wyróżnione przez władzę, szanowane przez mężczyzn, w rzeczywistości brak własnego zdania pokutował wieloletnim stłamszeniem kobiet, które nawet nie rozumieją słowa feminizm. Dla nich oznacza ograniczenie, dla Zachodu wolność. Nowe pokolenie obecnych 20–latek wróży sukces na przyszłość. Młode kobiety uczą się, jak nie popełniać błędów swoich matek. Jednak, aby zmienić kulturowe Rublowskie żony

zaszłości i społeczne przekonania musi upłynąć jeszcze wiele lat. Gonitwa za szczęściem Lena – po roku wymarzonego życia w wymarzonym domu, u boku wymarzonego mężcz yzny – rozwiodła się. Wspomina o pięknym początku i alkoholowym końcu miłości, o biciu, na które nie pozwalała jej własna godność. Uśmiechając się mówi, że rozwód to jej największy życiowy sukces, bo pociągnął za sobą następne. Obecnie Lena pracuje jako stażystka w znanej rosyjskiej telewizji, a jako wolontariuszka współpracuję z organizacją Amnesty International, która pomaga kobietom w Rosji bronić swoich praw. Ostatnio wspomniała, że gonitwa za szczęściem nigdy się nie kończy, ale cieszy się, że jako jedna z nielicznych Rosjanek wzięła w niej udział. Olga Baraniak 37


SPOŁECZEŃSTWO

Mur wrażliwości


SPOŁECZEŃSTWO

Spotykasz ich niemal codziennie – na przystanku, w tramwaju, autobusie. To ludzie tacy samy jak ty, czy ja. Tyle, że czasami potrzebują twojej pomocy, bo świat jest dla nich zupełnie czarny. Łatwo przeoczysz ich w tłumie. Lub stwierdzisz, że nie chcą pomocy, że są samodzielni, że jakoś sobie poradzą…

Jak niewidomi radzą sobie w komunikacji miejskiej? Studentka Agata (25 lat) mówi: – Drogę do szkoły mam opracowaną, ale są trasy, których nie znam – wyznaje. Opowiada też o trudnościach w warszawskim metrze i narzeka na komunikację krajową. Na pytanie, w jaki sposób powinno ulepszyć się dostęp do metra dla osób niewidomych, odpowiada: – Najlepszym rozwiązaniem byłyby barierki. Zdecydowanie ich u nas brakuje. Echo postkomunizmu Igor Krajnow, Rzecznik Prasowy Zarządu Transportu Miejskiego tłumaczy, że w Warszawie takiego rozwiązania nie można zastosować. – Niemożliwe są szklane ściany z drzwiami, które otwierają się dopiero w momencie wjazdu pociągu, bo takie rozwiązanie jest możliwe tylko tam, gdzie metro jest całkowicie zautomatyzowane – tłumaczy i przypomina, że warszawskie metro prowadzone jest przez maszynistów. Według Agaty, w Polsce wszystko jest postkomunistyczne, nawet stosunek do osób niepełnosprawnych. Często ludziom brak nie tylko kultury, ale i zwykłego zrozumienia. Na Mur wrażliwości

potwierdzenie przytacza zdarzenie, gdy pewna kobieto celowo weszła na jej białą laskę i jeszcze krzyknęła do niej: „Jezus Maria! Jak to lezie!” Kolega z klasy 17 września 2008 roku media donosiły o wstrząsającym wypadku Filipa Zagończyka, studenta Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Niewidomy Filip, w wyniku braku odpowiednich zabezpieczeń na peronie metra, wpadł pod nadjeżdżający pociąg. Amputowano mu nogę. To Agaty bliski kolega z klasy. Dla niej metro jest dobrym środkiem komunikacji tylko, kiedy jest z nią przewodnik. – Zawsze bałam się metra. Po tym wypadku Filipa, podchodzę z potrójną ostrożnością i sama po prostu do metra nie schodzę – wyznaje. Tłumaczy to panującym hałasem i nakładaniem się dźwięków na siebie. – Wcale nie dziwię się Filipowi, że wpadł. Mógł pomyśleć, że metro jedzie w drugą stronę. Słuch ma określoną rozdzielczość i jeśli poda mu się za dużo danych, głupieje. Rzecznik ZTM podziela tę uwagę oraz zapewnia, że na wszystkich stacjach pojawi się informacja dźwiękowa o zbliżającym się pociągu. Kiedy? Jak 39


SPOŁECZEŃSTWO

mówi, „gdy powstanie studium wykonalności dla tej inwestycji”. Ariadna nie wszędzie Przeciętny człowiek nie myśli o istniejących barierach w komunikacji, które są bardzo znaczące dla osób niepełnosprawnych i niewidomych. Najbardziej uciążliwym problemem jest niewystarczająca ilość głośnomówiących pojazdów pomimo, że w dni powszednie w godzinach szczytu 70 proc. kursujących autobusów jest pozbawiona podstawowych barier, a w dni świąteczne to aż 94 proc. Nowy Sącz był miastem, które jako pierwsze w całym kraju w 2009 roku zrealizowało „Projekt Ariadna”, dzięki któremu zamontowano na przystankach głośnomówiące telefony komórkowe, informujące za pomocą systemu GPS o zbliżającym się autobusie. W Warszawie jest niewiele tablic głośnomówiących i, jak twierdzi Agata, często nie słychać komunikatu ze względu na zgiełk i hałas, który panuje na ulicy. – Przystanki z funkcją głosowych zapowiedzi są obecnie jedynie wzdłuż Al. Jerozolimskich.– mówi Igor Krajnow. Zapowiada jednak, że w najbliższym czasie pojawią się one na Trasie W–Z, przy ulicach Targowej, Zielenickiej i Towarowej. Wysokość do niepokonania, powojenne tabory i pociąg przed nosem Dodatkową uciążliwością dla niewidzących jest brak ujednolicenia wejść

do autobusów i tramwajów. Wysokie schodki tramwajów utrudniają poruszanie się. Niewidoma studentka wielokrotnie doświadczyła tych trudności na własnej skórze. –Zdarzyło się, że gdy schodziłam po prostu upadłam i spadłam pod tramwaj. Stał, więc zdążyłam się podnieść, ale wylądowałam w ten sposób, że nogi miałam pod nim – opowiada. Dodaje po chwili: – Przypuszczam, że zdarza się to nie jednej osobie niewidomej. Co na to rzecznik ZTM? Uspokaja, że komunikacja miejska już jest przystosowana dość dobrze do potrzeb osób niewidomych, a będzie jeszcze lepiej. – Sukcesywnie staramy się ten stan poprawiać – oświadcza. Obiecuje system głosowego zapowiadania przystanków i przyciski do otwierania drzwi oznakowane alfabetem Braille’a. Pociąg nie dla niewidomych Jeszcze gorzej pod względem przystępności dla niewidomych wygląda komunikacja ogólnokrajowa. Tabory kolejowe, budowane ponad czterdzieści lat temu, nie spełniają podstawowych wymogów. „Dziurawe” jak drabina schodki do pociągów, wąskie korytarze między przedziałami, duża odległość schodów od peronu, nieprzystosowane poręcze – to standard każdej kolei. – Pociągi to jest makabryczna rzecz. Tam są tak trudne wejścia, że ja sobie nie wyobrażam osoby z wózkiem wchodzącej do pociągu, bo jako osoba niewidoma mam szalone problemy


SPOŁECZEŃSTWO

– wyznaje Agata, która codziennie podróżuje koleją. Opowiada o niewidomym koledze, który chciał wysiąść na pewnej stacji. Drzwi pociągu się otworzyły, szukał laską peronu, ale nic nie wyczuł. Nagle, tuż przed nim, przejechał pociąg. Okazało się, że pociąg wcale nie zatrzymał się na stacji. – A jakby już wyszedł na tory i ten pociąg, by wtedy przejechał?! – pyta retorycznie Agata. Niestety, to pytanie i wiele innych pozostaje bez odpowiedzi. Ministerstwo Infrastruktury ocenia, że przystosowanie infrastruktury kolejowej do potrzeb osób niepełnosprawnych będzie trwało minimum 30–40 lat. Niezwykle ważna jest komunikacja spełniająca oczekiwania niewidomych i niepełnosprawnych, ale to

Mur wrażliwości

długotrwały proces. Dużo szybsze jest po prostu zwykłe ludzkie zainteresowanie. Nie bądź obojętny, gdy widzisz niewidomego, czy niepełnosprawnego. Oni chcą być samodzielni, ale jeśli widzisz, że sytuacja wymaga podania twojej dłoni, nie bój się. To normalni ludzie, którzy mają wyostrzony słuch i dotyk, i którzy czują się poniżeni, gdy pod ich adresem padają słowa „Jak to lezie!”. – Na szczęście jest równie dużo ludzi, którzy pomagają. Ale są i tacy, którym jest to zupełnie obojętne, a nawet woleliby nas nie zauważać. Dla mnie najważniejsze byłoby to, żeby ich uwrażliwić – wyznaje Agata. Magdalena Kowalewska

41


Znaleźć miłość? Może online To dobry sposób dla osób nieśmiałych – twierdzą niektórzy i proponują założenie profilu na jednym z portali społecznościowych, lub wprost – randkowych. Ale inni przytaczają historie znajomości, które raptownie zakończyły się dzięki informacjom dostępnym publicznie na tego typu stronach.

Justyna dowiedziała się, że w sobotę koleżanka urządza imprezę. Początkowo miała wątpliwości, czy się tam wybrać, ale koleżanka namawiała serdecznie. – Będzie tylu wolnych facetów, już pół roku z nikim się nie spotykałaś, czas się rozerwać – przekonywała. W końcu Justyna się ugięła, choć ostatni chłopak zranił ją na tyle mocno, że nie chciała na razie myśleć o tym, by się z kimś znowu wiązać. Nadeszła sobota. Wyruszyła ze swojego mieszkania do domu przyjaciółki. Weszła, powiesiła płaszcz, wypatrzyła w tłumie znajome twarze. Ale był tam także i nieznajomy przystojny mężczyzna. Stał obok gospodyni. Postanowiła od razu


SPOŁECZEŃSTWO

się przywitać… Potem już cały wieczór spędziła z Łukaszem. Okazał się dalekim kuzynem organizatorki. Z nadzieją czekała aż zapyta o jej numer telefonu, ale przez cały wieczór tego nie zrobił. Zbliżała się 3 nad ranem, znajomi zaczęli się rozchodzić. Przyszedł też czas na Justynę. Łukasz odprowadził ją do drzwi i na odchodne rzucił tylko: „Znajdę cię na Facebooku”. Tylko pokiwała głową. Nigdy nie interesowała się takimi serwisami. Internet służył jej do zdobywania informacji. Dotarła do mieszkania i od razu usiadła przy laptopie. W kilka chwil założyła konto. – Tak naprawdę byłam pewna, że on się odezwie – opowiadała mi potem, gdy już emocje opadły. – Już dawno nikt tak na mnie nie patrzył. Wtedy liczyło się tylko to, żeby zrobić na nim nie mniejsze wrażenie niż w sobotę – tłumaczyła. Wypełnianie danych nie zajęło jej dużo czasu, trochę gorzej było ze zdjęciem. Po przesortowaniu setek fotografii w końcu wybrała jedno. Co prawda było zrobione miesiąc temu, ale po wyjściu od kosmetyczki wyglądała naprawdę ładnie. Szybkie wstawienie do profilu. Pozostał tylko jeden problem: co on sobie pomyśli, kiedy zobaczy, że nie ma żadnych znajomych! – Sylwia, Kaśka, Julita, Ilona, Aśka od fryzjera – Justyna wylicza, kogo zaprosiła w pierwszej kolejności. – Dodałam do znajomych nawet swojego byłego. Już widziałam, że wchodzi na stronę internetową i widzi w nowo dodanych zdjęciach moje z Łukaszem. Chciałam mu zrobić na złość. W końcu potraktował mnie podobnie. Nie odzywał się przez parę dni, potem pocztą pantoflową dowiedziałam się, że ma dziewczynę – opowiada dalej. Zbliżała się 6 nad ranem. Czekać, aż się odezwie, czy iść spać? – pytała samą siebie. – Może jest rannym ptaszkiem? A jeśli godzinę temu już jej szukał, a ona nie miała jeszcze konta? Justynę obudził dzwonek do drzwi. To sąsiadka domagała się, aby wyłączyła budzik, który od ósmej dzwonił co kwadrans przez trzy godziny. Rzuciła jej szybkie „przepraszam” i jakieś wytłumaczenie, że do późna siedziała nad notatkami. Zamknęła za nią drzwi i… do laptopa! – Nie było kresu mojej radości, gdy zobaczyłam, że 40 minut temu Łukasz zaprosił mnie do znajomych, a 10 minut później wysłał wiadomość: „Cześć piękna :) Co powiesz na wieczorne wyjście do kina i spacer?”- Justyna opowiadała, że nie wierzyła własnym oczom. – Romantyk! – pomyślała. – Najprawdziwszy romantyk w tym skomputeryzowanym świecie. Była pewna, że szczęście tym razem jest po jej stronie. Raz dwa odpisała, że chętnie, niech tylko powie gdzie i kiedy, jednocześnie ignorując rady przyjaciółek, aby była niedostępna, trochę poflirtowała. Wieczór był cudowny. Łukasz na pytanie, czy ma duszę romantyka popatrzył jej głęboko w oczy i powiedział „tak”. Justyna czuła, że to spełnienie jej marzeń. – Przystojny, inteligentny, absolwent dobrej uczelni, stawiał pierwsze kroki w kancelarii prawnej. Ideał! Znaleźć miłość? Może online

43


SPOŁECZEŃSTWO

– Spotkaliśmy się jeszcze we wtorek i czwartek. Musieliśmy pogodzić czas na jego pracę i moją naukę. Przyszedł piątek. Zwykle to on proponował spotkania. Jednak tym razem cisza. Postanowiłam wziąć sprawę we własne ręce. Spytałam o jego plany na weekend. Stwierdził, że jedzie do rodziny i wraca dopiero w poniedziałek – opowiada Justyna. Przez ten czas postanowiła zaprzyjaźnić się z internetem. W dni przepełnione tęsknotą wpatrywała się w zdjęcie ukochanego. Tak było też w niedzielę. Wówczas zobaczyła nowy wpis na tablicy Łukasza od niejakiej Pauliny: „Dziękuję za cudny wieczór, jestem pewna, że dzisiaj to powtórzymy” i tysiące przesłodkich buziaczków. Nie czekając Justyna postanowiła zakończyć tę znajomość. Napisała do Łukasza krótkiego smsa, w którym podziękowała za miłe chwile i życzyła mu, aby żadna kobieta nie potraktowała go tak, jak on ją. Co miała robić? Rzuciła się w wir nauki. Znalazła praktyki studenckie, zaczęła chodzić do redakcji czasopisma. Czas płynął bardzo szybko. Pewnego wiosennego poranka, gdy wszystko było szare i brzydkie, właśnie w redakcji wpadła na nieznajomego mężczyznę. – Pamiętam jak dziś. Stał nade mną, a ja leżałam na stercie papierów do korekty. Gdy tylko podniosłam głowę patrzyły na mnie niesamowicie zielone oczy – opowiada. Pomógł dziewczynie wstać, pozbierać kartki. – Wiem, że to zwyczaj z epoki kamienia łupanego, ale może wymienimy się numerami telefonów? – powiedział. – Tak, podałam mu mój numer, ale wszystko zaczęłam traktować z dystansem – mówi Justyna. – Marcin starał się jak mógł. Adorował mnie. Wtedy nawet nie przeszło mi przez głowę, że będziemy razem do dziś. Przecież to już ponad 2 lata – kończy swoją historię Justyna. Wnioski z tej historii nasuwają się same. Jednak portale zrzeszające tzw. internetowych randkowiczów pękają w szwach. Czym jest to spowodowane? Aby uzyskać odpowiedź na to pytanie zwróciłam się do swojej koleżanki, która przez internet poznała swojego chłopaka. Mało tego- są razem od czterech lat. Paula twierdzi, że wszystko po to, aby szukać miłości. – To dobry sposób dla osób nieśmiałych, a przede wszystkim mających kompleksy. Zdjęcia ładowane na serwer przedstawiają nas tak, jak chcielibyśmy być postrzegani. Nie ukazują prawdziwego „ja”, ale przecież wiecznie nie będziemy rozmawiali przez gadu-gady czy skype’a, przyjdzie pora na spotkanie, najpierw jedno, potem drugie. Może dla niektórych na tym się skończy, ale dla innych będzie to początek wspaniałej przygody. Dopiero wówczas możemy mówić o poznaniu drugiej osoby. Milena Walczak


Zielone światło dla niepełnosprawnych

Coraz więcej osób niepełnosprawnych chce robić kurs na prawo jazdy, ale wciąż za mało jest ośrodków, które są dla nich w pełni są przystosowane. Wynika to zarówno z niemałych kosztów dostosowania samochodu, ale także ze społecznego przekonania, że niepełnosprawnie nie mogą jeździć samochodem i braku wiedzy o umiejętnościach jakie naprawdę mogą oni posiąść. Zielone światło dla niepełnosprawnych

45


SPOŁECZEŃSTWO

20. letni dziś Grzegorz Przechodzeń już w wieku siedmiu lat siadał za kierownicą samochodu i na polnych drogach uczył się go prowadzić. Niestety, nieszczęśliwy wypadek – zupełnie niezwiązany z jazdą samochodem – spowodował u niego prawostronny niedowład kończyny górnej i dolnej. – Bałem się, że już nigdy nie będę mógł prowadzić samodzielnie auta, nie wspominając już o zdobyciu prawa jazdy, o którym cały czas marzyłem – wyznaje Grzesiek. Grzegorz miał jednak szczęście. Znalazł ośrodek szkolenia kierowców, w którym były samochody odpowiednio przystosowane dla niepełnosprawnych i tam mógł odbyć kurs. Po przejściu odpowiednich badań, otrzymał

czasowe (dwuletnie) zezwolenie na prowadzenie samochodu. – Po tym okresie będę musiał przeprowadzić kolejne badania w calu przedłużenia ważności prawa jazdy – tłumaczy Grzesiek. Sam kursu „na prawko” wspomina jako stresujący. – Cały czas towarzyszyła mi obawa, że nie podołam temu wyzwaniu i nie zdam egzaminu – wspomina. – Mój instruktor, pan Piotr, ciągle powtarzał, że za bardzo się spieszę. W połowie kursu przyszedł kryzys. Dało znać o sobie zmęczenie i stres. Jednak chęć zdobycia wymarzonego prawa jazdy była silniejsza i mobilizowała mnie do dalszej nauki – dodaje z dumą. Egzamin teoretyczny, jak zresztą i praktyczny, Grzesiek zdał za pierwszym razem. Tym samym wreszcie spełnił swoje marzenie. Niestety, na razie nie może jeździć, bo nie posiada własnego auta. – Okazuje się, że zdobycie środków na zakup samochodu przystosowanego do jazdy dla osoby niepełnosprawnej jest bardzo trudne – mówi Grzesiek. – Państwowy Fundusz Osób Niepełnosprawnych nie dofinansowuje takiego zakupu, tłumacząc się brakiem środków. Jego imiennik, Grzegorz Pawłowicz, od 13 lat ma sparaliżowaną


SPOŁECZEŃSTWO

prawą rękę. Mimo obawy, że nie podoła prowadzeniu samochodu postanowił się uniezależnić i zdać egzamin umożliwiający mu samodzielne jeżdżenie. Problemy pojawiły się już na początku. W jego miejscowości – Ustrzykach Dolnych – nie ma ośrodka szkolenia kierowców z samochodami przystosowanymi do jazdy przez osoby niepełnosprawne. Uzyskanie informacji o tym, gdzie odbywają się odpowiednie kursy nie było proste. – Musiałem liczyć tylko na siebie – wyznaje Grzegorz. – Kontaktowałem się również z Wydziałem Komunikacji. Nikt nie chciał mi pomóc, albo nie wiedzieli, gdzie istnieją takie ośrodki szkoleniowe. Dzięki Internetowi sam w końcu znalazłem odpowiednie miejsce. To jednak nie był koniec problemów. W rodzinnej miejscowości Grzegorza, lekarz medycyny pracy odmówił mu wystawienia zaświadczenia. – Chyba było to spowodowane niewiedzą, że osoby niepełnosprawne z takim schorzeniem jakie posiadam, mogą samodzielnie prowadzić samochód – mówi. Zaświadczenie uzyskał dopiero w Warszawie w ośrodku, w którym robił kurs. – Często osoby, które chcą przystąpić do kursu, dostają odmowy od lekarzy – komentuje Anna Kondrat, zastępca kierownika OSK PIK. – Myślę, że niektórzy lekarze boją się podjąć decyzji o wydaniu zaświadczenia osobie niepełnosprawnej, albo nie posiadają odpowiedniej wiedzy w tym temacie – ocenia. – Osoba, która się do nas zgłasza jest badana przez wykwalifikowanego lekarza, a następnie Zielone światło dla niepełnosprawnych

konsultowana z instruktorem, który sprawdza jakie oprzyrządowanie będzie jej potrzebne w samochodzie i czy na pewno jest w stanie poradzić sobie na drodze. Grzegorz – z powodu odległości, jaka dzieli go od Warszawy, wybrał inną formę nauki – wczasy z kursem prawa jazdy. Organizuje je OSK PIK w Ciepielowie. Jest to dwutygodniowe połączenie odpoczynku z intensywną nauką zarówno teoretyczną jak i praktyczną. – To doskonałe rozwiązanie dla osób, które mieszkają daleko i nie mają możliwości dojeżdżania na kurs do większych miast. Mamy również 4 pokoje przystosowane dla osób niepełnosprawnych. PEFRON udziela dofinansowania takim osobom – mówi Anna Kondrat. – Wiele osób wciąż ma wątpliwości czy osoby niepełnosprawne powinny kierować samochodem, tymczasem nie stanowią one żadnego zagrożenia na drodze. Wręcz przeciwnie – osoby niepełnosprawne jeżdżą znacznie ostrożniej i bezpieczniej – dodaje Kondrat. – Znajomi i postronne osoby nie wierzyły, że osoba niepełnosprawna może skończyć kurs prawa jazdy – mówi Grzegorz Pawłowicz. – Miałem jednak duże wsparcie ze strony rodziny, to mnie umacniało. Obecnie jeżdżę samochodem i jest to wspaniałe uczucie: być niezależnym, spełnić swoje marzenie, a przede wszystkim udowodnić niedowiarkom, że kierowcy niepełnosprawni niczym nie różnią się od kierowców pełnosprawnych! – kwituje. Irmina Czajka 47


SPOŁECZEŃSTWO

Czy harcerstwo jest tam, gdzie strumyk płynie z wolna? Sobota rano, w domu rozgardiasz. Ja, do połowy ubrany w mundur, szukam reszty garderoby. Pakuję plecak , dzisiaj ważny dzień – zbiórka… idziemy do lasu…. Odbicie na tafli strumienia… „Harcerstwo to ruch dużych dzieci, tworzony dla dzieci małych” – mówią złośliwi, przyczyniając się do rozpowszechniania negatywnych stereotypów dotyczących zarówno harcerstwa jak i ludzi, którzy wybrali taka formę zaangażowania. Być może i wam „harcerzyk” kojarzy się jako miły, opanowany, radosny, pomocny, mały MacGyver – po prostu cud-miód-chłopaczek? Powszechny jest jeszcze


SPOŁECZEŃSTWO

inny obraz, tzw. „harcerzak”, który od „harcerzyka” różni się tym, że jest to już raczej nastolatek, pełen pomysłów (nierzadko głupich), lubiący zabawę (również tę z alkoholem). Zdając sobie sprawę z istnienia powyższych stereotypów chcę przeciwstawić wam obraz harcerza, który znam ja, obraz moich przyjaciół Harcerzy. W harcerskiej rzece historii Harcerstwo i skauting to organizacje przyjmujące za swój główny cel wychowanie człowieka na różnych etapach jego życia. Twórca skautingu Sir Robert Baden-Powell w swojej książce „Wędrówka do sukcesu” przyrównuje życie skauta do górskiego potoku, którym płynie łódka. Na jej szlaku – jak w życiu – spotykają nas przeszkody. Podwodne rafy to życiowe problemy, które będziemy potrafili ominąć tylko dzięki umiejętnemu manewrowaniu swoim kanu. Książka pisana do skautów na początku XX wieku jest aktualna także dziś dla polskich harcerzy. Ale w tym momencie, drogi czytelniku, nadchodzi pora, by powiedzieć co nieco o harcerzach dziś. Bo co z tego, że Sir Robert sto lat temu napisał książkę o problemach w życiu skauta? Jacy są oni dziś, ci młodzi ludzie w mundurach – harcerki i harcerze? Co daje im harcerstwo? Czy ta harcerska rzeka, której są członkami przypomina bardziej łagodny strumyk, rwący potok, czy może już tylko wyschłe źródełko? Czy harcerstwo to relikt przeszłości, czy nadal potrzebny i wciąż żywy ruch?

Po kolana… Mając lat dwanaście, to jest wstępując do drużyny harcerzy, chłopiec czy dziewczynka nie myślą w kategoriach przyszłości. Ważne jest tu i teraz – liczy się zabawa! Tu rzeka jest jeszcze słaba – wchodząc tylko po kolana łatwo możesz z niej wyjść. – Harcerstwo pozwalało popuścić wodze fantazji, powygłupiać się! – wspomina swoje harcerskie początki 16-letni Zygmunt. Dziecko przystępując do organizacji ma na tym etapie głównie brać. Uczy się przez zabawę współpracy z innymi, sumienności, poczucia obowiązku. Szczególnie ruch zuchowy (lub wilczków – w przypadku SHK „Zawisza” FSE) jest ważnym ogniwem w wychowaniu dziecka. Tu wyrabia się dobre przyzwyczajenia, dba o rozwój podstawowych umiejętności. Mały człowiek w wieku zuchowym jest jak czysta dyskietka – dane, jakie zapiszemy na tym małym dysku, zleżą od programistów, którymi są wychowawcy. Jedną z podstaw metody harcerskiej jest samodzielna decyzja przystąpienia do organizacji – dziecko samo chce wejść do harcerstwa, nikt go nie zmusza. – Byłem z tatą na Wykusie i tam zobaczyłem harcerzy… i sobie myślę, jacy fajni goście! Pomyślałem, że też bym chciał być taki fajny – opowiada 17-letni Michał. Po pas… czyli, że było warto Teraz nurt harcerskiej rzeki, jest inny, bardziej zawiły, silniejszy… Harcerka czy harcerz w wieku lat piętnastu przeżywa to, co zwykły nastolatek. Są więc zauroczenia, konflikty, wzloty i upadki. Jednak często

Czy harcerstwo jest tam, gdzie strumyk płynie z wolna

49


SPOŁECZEŃSTWO

to właśnie temu, który nie wyszedł z rzeki na początku, łatwiej jest przejść ten burzliwy okres. Pojawia się bowiem odpowiedzialność, już nie tylko za siebie – każdy według własnej miary – za sprzęt, ludzi, sprawy do załatwienia. Bywa, że jest to swego rodzaju ucieczka od przyziemnych problemów, podjęcie służby – czyli zaangażowania ukierunkowanego na innych. – Odpowiedzialność za ludzi… To jest masakra! Co raz więcej jest obowiązków, które trzeba gdzieś tam wypełniać. Cieszę się, bo na początku zawsze mam tak, że mi się czegoś nie chce i dopiero jak mnie upomną to się zbieram – to też buduje we mnie… takie wyrobienie… – mówi Magda (17 lat). Ale obowiązki to nie wszystko. Harcerz i harcerka (w zależności od organizacji do jakiej należą) mają pewne zakazy. Do grupy najbardziej znanych i budzących emocje należy zakaz picia alkoholu. Zygmunt, zapytany o chęć picia w towarzystwie, odpowiada: – Nie jest mi to potrzebne. Jeżeli ktoś się nie umie bawić bez alkoholu, to w ogóle nie będzie umiał się bawić… Obowiązki i zakazy normowane są według kodeksów Prawa Harcerskiego w przypadku ZHP i ZHR oraz Prawa Harcerki i Harcerza w przypadku SHK „Zawisza” FSE. Ludzie którzy podejmują trud przestrzegania w życiu Praw Harcerskich to ludzie… … Zanurzeni… Tu można by podawać wzniosłe przykłady życia – poświęcenie druhów

i druhen z „Szarych Szeregów” i wiele innych pięknych, historycznych obrazów. Tematem przewodnim tego tekstu są jednak: harcerze dziś. Jak więc wyglądają Ci, którzy nie tylko czerpią z tej rzeki, ale którzy swoimi siłami napędzają i zasilają tę rzekę? W opinii wielu, tacy ludzie, to po prostu osoby radzące sobie w życiu. Często nawet nie wiemy, że są harcerzami. Spora ich grupa nie nosi na co dzień munduru: są nauczycielami, menadżerami, inżynierami. Świadczy o nich nie ich ubiór, ale czyny, którymi – dla wielu niewidocznie – wprowadzają w życie harcerskie ideały. Wspólnym mianownikiem, który ich łączy, jest ich zaradność i dążenie do doskonałości. Tak, to brzmi górnolotnie, ale oni każdego dnia walczą o to, by byli lepsi. Nie warto wyobrażać sobie ludzi doskonałych – takich nie ma. Oni po prostu starają się być dobrzy. Dokąd płyniesz, rzeko? Warto na koniec zastanowić się nad kierunkiem harcerskiej rzeki. Gdzie zmierza? Pytam więc moich przyjaciół o kierunek tej rzeki, którą płyną. Czy jest on zgodny z nurtem innych rzek? A może paradoksalnie płynie w górę? Zygmunt odpowiada: – Myślę, że nasz strumień płynie pod prąd. I stara się również pociągnąć innych w tym kierunku. A ja dodaję jeszcze za Jackiem Kaczmarskim: „Bo źródło, bo źródło wciąż bije!”. Jan Majda


Pół człowieka, pół zwierzęcia – pół mózgu Ilekroć Ilek kro oć wydaje wy w yda aje em mii si ssię, ię, żże ew wł właśnie łaś aśn śn niie od odkr odkryłem kryłem dno lludzkiej kr ud dzk kiej gł głup głupoty, upot upo up oty, o oka okazuje kazu ka zuje zu je się, że to o jjedynie ed dyn y ie ep pozorne o orrne oz ne zzwy zwycięstwo. wy w ycciięs ę tw two o. Gdy miałem miałe em nadzieję na n adzie eję j ((ii wrażenie), wraż wr ażen en nie ie), )),, że żadne będzie zaskoczyć, przez n ludzkie lud udzk zk kie e zzachowanie acho ac owa w ni nie e ni nie e bę ęd dzzie mnie jużż w st sstanie sta tanie nie zas askocz as kocz ko c y yćć, prze p pr rze zezz przypadek k natknąłem na n atk t ną ąłe łem m się s ę na si na iinformacje nffor nf o ma or maccjje o lu ludziach udz dzia ia ach h zzwierzętach. wie wi erzęta er erzę zę ęta ach ch.

Futrzaki ((zz an aang. ng. ffurry) urryy) to kkolejna ur olejjna ol n „wspaniała” subkultura, subkkul subk su ultu ultu tura raa, której kkttór óreeejj członczłon onkowie kowi ko wiee chcą wi chcą p pok pokazać okkaz o azaćć sswoją wojjąą iindywidualndyw nd wid idua ualność poprzez przynależność do liczącej ność pop przzezz p r yn rz y al ależ eżno eż żno ość ś d o lilic cczząc ącej cejj kilkaset tysię tysięcy osób ęcyy o sób só b sp sspołeczności. społ połłecczn no ośści ci.. To o ludzie, którzy któr kt órzy ór zyy uważają uw waaża żają się się za za zwierzęta. zw wiieerz rzęt ętta.. Każdy dołączenia Kaażd żdyy z nich ch h w momencie mom men enci ciie do dołą łąącz łącz czen enia en nia do społe społeczności, eczzno nośc śścci, ma ma obowiązek obo ob owiąze iąązeek wybrawybr wy bra br raania stworzenia mitycznej bestii, stwo st worz rzzen enia iaa llub ub bm ityc it yccz ej yczn ej b esti es sti tiii,i, do do której ej b będzie ędzi ęd ziee się zi się upodabniał si upod up od dab abni niał zarówno zar arówno aró o fizyczni zycznie niee ja jakk i mentalnie. meent ntal a ni al nie. e. e. Czytelniku, Czyt ytel ellni niku ku,, pewnie ku p wnie pe wnie już wn ju użż zaczynasz zac aczzy zynasz naasz s się sięę zastanawiać zaast s anaw an naw awia iaćć co z kodyfi ia kod o yfi fikkacją acjąą prawa, pra rawa wa,, wa które któr órre ni nimi mi rrządzi, ządz zą dzi,i, prawda? dz pra p rawd wd da? a? Spokojnie, SSpo po oko k jn jnie iee, spokojnie. Niepisani spok sp okkoj o ni nie. ee.. N ieepi pisa sani sa n guru ni gur g uru tej teej subkultus bk su bkul ultu ul tuury dawno zrobili. Główną zasadą r y jjuż uż d daw aaw wno tto o zr zrob obilili.i. G ob łówn łó wn wną ną za zasa adąą społeczności sp poł o ec eczn z ośści jest zn jjees est radosne r do ra dosn sne stwierdzenie stwi wiierrdz dzen e ie en „brak głupi „ raak za „b zzasad”. sad” d”. I pomyśleć, pomy pomy po m śl śleć eć,, że jjaa gł eć głup łup upii i podobni życie p do po obn bnii mi idioci, idiioci oci,i, przez oc prrzzez e całe cał ałee ży yci ciee staramy sttarram a y się działać dzziaała łaćć według wedł dług dł ug g jakichś jak akic icchś ttam am m dziesięciu. dzzie iesi sięc ę iu ęc iu.. Na polega Na cczym zym zy ym po pole leega bycie byc b ycie yc ie prawdziwym pra r wd wdzi wdzi z wy w ym wym furry? Bynajmniej niee tylko furr fu rry? rr y? B ynaj yn ajm aj mnieej ni mn n tylk ty ylk lko o na na witaniu wit itan aniu an iu się s ę z kolegami si ko mi gardłowymi gar a dł dłow owym ow ymi ym m chrząknięchrz ch rzząk ąkni n ęni ę ciami ciam ci amii i zwierzęcymi am zwie zw ierz ie rzęc rz ęcym ęc ymi ym m onomatopejami. on nomat atop opej ejam a i. am PPółł ccz Pó człowieka, zło łowi wiek wi eka, ek a, pó p półł zwie zzwierzęcia wieerz rzęc ęcia ęc ia – pó pół mó mózg mózgu zgu zg u

Jeżeli Jeżeli chcesz ch hces hces esz być być furry, by furr fu rrrr y, y, musisz mussis isz zachowyz ch za how owyy ywać się jak jak swój swój sw ój własny w właasn sny furson fursson n (wybrane ((wy wybr wy ybr bran ane an zwierzę). Należy więc witać przyz ierzę) zw ę)). Na N alleeży w ięęc wita ać si sięę z pr rzy z yjaciółmi poprzez np. nos, jaci jaci ja ciół ó mi mi p pop oprrzez lliźnięcie op iźnięciee n iź p. w n p. no os, publicznie potrzeby publ publ pu blic bli iczn iczn niee załatwiać zzaał ałat a wiiać swoje sw woje je p po otrz t zeb by fizjologiczne zjologicczne zne (o ( tak! ttaak ak! drodzy drrod odzy dzyy czytelnicy, cczy zyy teln teeln lni nic icy, y, następnym gdy następny na nyym razem, raaze z m,, g dyy przydarzy przyd ydar yd a zy się ar się ię wam trawniku, dowam w coś wa coś wdepnąć co wdeep wd epn pnąć na trawnik ku, d oobrze brze br zee się się ię zastanówcie, zastaan nó ówc wcie, zanim zaczniecie zaczzni n ec ecie narzekać n rzzeekkaćć na psa na psa sąsiadki), ps s siadki), a także są takk że że nie ne kontrolować swoich kon ko nttro rolo lo owaćć sw swoi o ch h eemocji. mocji. Muszę przyznać, bardzo współMuszzę tu Musz Mu u prz p rzyz yznać, ć żże bard dzo zo w spół sp ół-ół czuję których czuj cz uję futrzakom, uję fu utrza zako za zako kom, m który rych h fursonem furrso son neem jest jesst je st pies. Wolę zastanawiać wip es.. W pi Wo olęę ssię i nie zas ię stan nawi naw wiać wia ać jjak ak w ii-tają nowo poznanymi ludźmi, tają jąą się się z n owo ow wo po poznan anym an mi lu udź dźmi m , żżee mi o flircie iirrci rc e już już nie ju n e wspomnę. ni wspo pomn po mnęę. mn ę. Naa spotkaniach futrzaków panuje spotk sp po kan a iach h futrz zaków p pa anujje an wspaniała wsspa w pani niał ałaa atmosfera atmo tmosf osf s er eraa wzajemnej wzaj ajeemne nejj akakkceptacji c pt ce ptac a ji i tolerancji tolerrancj cjji wobec w be wo becc upodobań upod od do ob bań innych. Radośni ludzie inny n ch. Radoś śn ludz śni dzie dz ie chodzą cho odz dząą w zw zzwieieerzęcych kostiumach oddają się niewykostiu umach h i odd d ająą ssi ię ni niew ewyew y magającym umysłowego m gają ma jącyym um ją mys y ło ł wego zaangażowazaa aaangażżow wania niia czynnościom. czyn czyn cz y no ośc ś io iom. m Miłość m. Mił iłoś o ć ni oś niee gra u ni ni nich roli, końcu r lili,i, w ko ro koń ońc ńcu jest ńcu j st to je to emocja e oc em ocja j charakteja cha hara hara rakt kteekt erystyczna ryyst styyczn na dla dla ludzi, l dz lu dzi, którymi któ tórr ymi w swoim swoim 51


MOIM ZDANIEM

mniemaniu nie są. Z seksem sprawa ma się już jednak zupełnie inaczej. Żaden szanujący się futrzak nie podejdzie do innego z pytaniem „Czy masz może ochotę na seks?”. Wręcz przeciwnie – wystarczy zwykłe „yiff ?” (sic!). Subkultura „zwierzaków” to jednak – jak twierdzą jej przedstawiciele – coś znacznie bardziej głębokiego niż publicznie wypróżnianie się i uprawianie wolnej miłości na trawniku, niczym nasi czworonożni przyjaciele. Ważnym elementem jest przecież radosna twórczość własna. Opowiadania, które wychodzą spod pazurów i kopyt futrzaków są proste i łatwe w odbiorze. Zazwyczaj koncentrują się wokół wątku miłosnego między: a) antropomorficznym bohaterem a zwierzęciem; b) dwoma (lub więcej) antropomorficznymi bohaterami; lub w przypadku c) człowiekiem a zwierzęciem. W wątku miłosnym najbardziej wyeksponowane zostaje pożądanie oraz często bardzo wymyślne sposoby jego zaspokojenia. Oczywiście futrzaki stanowczo zaprzeczają powiązaniu między ich subkulturą a utajoną (lub jawną) zoofilią. Niestety, żaden jeszcze nie skomentował faktu, iż wielu członków prowadzi własne strony z zoo-pornografią. „Futrzakowatość” w skrajnej postaci prowadzi czasem do chęci modyfikacji własnego ciała poprzez ingerencję chirurga-plastyka. Znany na całym świecie „człowiek-tygrys”, na skutek serii bardzo skomplikowanych i bolesnych zabiegów mających upodobnić go do panthera tigris, zachorował na raka. Niestety, choć sam wydał majątek na operacje plastyczne a państwo

pokryło potem koszt ratującej życie chemioterapii, nie starczyło jednak leki konieczne do ograniczenia zmian w układzie hormonalnym. Efekt? Cóż, teraz (na skutek ginekomastii) Tygrys może pochwalić się biustem w rozmiarze C. Podobnie wygląda sytuacja z „człowiekiem-jaszczurką”. Ten kazał sobie wszyć pod skórę setki wypełnionych silikonem płytek oraz wytatuować całe ciało zielonym barwnikiem. Niestety, nie udało mi się dowiedzieć, czy Jaszczur pragnie posiadać typową dla gadów mosznę brzuszną. Nie wiem też, kto jest bardziej chory: ludzie, którzy zgłaszają się na tego typu operacje, czy wykonujący je lekarze. Albert Einstein powiedział kiedyś, że „dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota”. W dzisiejszych czasach świat jest pełen wariatów. Panuje przekonanie, że jeżeli ktoś jest niegroźny dla otoczenia, to może robić, co chce. Nie wiem, czy ludzie zdają sobie sprawę, że idąc tym tokiem rozumowania, należałoby wypuścić większość pacjentów szpitali psychiatrycznych. Geniusz Einstein samokrytycznie przyznawał czasem, że nie jest pewny co do nieskończoności wszechświata. Dziś nauka udowodniła, że takowe granice istnieją. Niestety, nikomu jeszcze nie udało się wyznaczyć granic ludzkiej głupoty, która z powodu coraz to nowych, potwierdzających jej głębię dowodów, dalej pozostaje nieograniczona. Michał Konrad Małek


Odpoczynek widziany ekologicznie

Twoje pomysły na relaks kończą się zwykle na szaleństwie klubowej nocy? Może warto spróbować czegoś innego? „Las, który tętni własnym życiem, dodaje sił tym, którzy są przygnieceni swoim zmęczeniem i zniechęceniem. Człowiek, który potrafi zbliżyć się z miłością do tego piękna, zostanie obdarowany tym samym, a leśna przyroda zadba o niego z wielką troską” – pisze Anna Mularska. Wcześnie rano zwlekam się z łóżka i z trudem podążam na spotkanie z wszechpanującym w wielkim mieście hałasem. Dzień jest piękny. Aż szkoda go marnować na podróże zapchanymi do granic możliwości tramwajami i metrem przyprawiającym o zawrót głowy. Wyglądam przez okno. Patrzę na słońce, które zachęca złotymi, ciepłymi promieniami, na obłoki tańczące wesoło po lazurowym niebie. Przez chwilę aż porywa mnie tęsknota za rodzinnym Podlasiem, gdzie zazwyczaj mogę cieszyć wzrok blaskiem otaczającej mnie przyrody, za odpoczynkiem na łonie natury i „lokalnym patriotyzmem”. Każdy z nas ma w życiu trudne chwile. Nasz świat to istny poligon, Odpoczynek widziany ekologicznie

gdzie – zamiast huku armat – rozlega się wrzawa podniesionych głosów czy wielkomiejskiego gwaru. Czasem można poczuć się tu jak marynarz na wzburzonym morzu, zagubiony pośród potęgi groźnego żywiołu. Niepowodzenia i rozczarowania zamykają nas w kręgu własnego „ja”. Kończy się gdzieś szczęście, a zaczyna się lęk i strach. Mamy wszystko, a jednocześnie ciągle nam czegoś brakuje. Szukamy jakieś prostej rzeczy – całkiem różnej od skomplikowanego świata – mającej moc przywrócić blask zmęczonej twarzy. Czym jesteśmy zmęczeni? Trudem młodzieńczego życia. Ciągłą walką o to, by pozostać sobą, by nie „zdziczeć”, by sprostać rosnącym wymaganiom 53


MOIM ZDANIEM

współczesnego świata. Jak od tego odpocząć? Gdzie szukać odpoczynku, relaksu, wytchnienia? Czy kończy się w szaleństwie klubowej nocy? A może czasem warto spróbować czegoś innego, mniej przytłaczającego, mniej wiążącego się z chaosem życia w mieście, a bardziej wyciszającego... Tajemnica odkrywania piękna przyrody... Refleksja nad cudem stworzenia... Ciepło i spokój, którego wszyscy pragniemy w głębi skołatanych myśli... Zachęta jest porywająca. Teraz zamknij oczy i przywołaj w pamięci letni obraz lasu. Poczuj zapach wilgotnej trawy oraz trzask łamiących się pod twoimi stopami gałęzi. Natęż słuch na ton leśnej ciszy. Tak inna jest ona od znajomego zgrzytu tramwaju, pisku opon, odgłosu tysiąca kroków na kamiennym deptaku. W lesie dominuje szelest liści, które skacząc na wietrze komponują melodię niczym spod palców Chopina. Melodyjne piski małych ptaków… i człowiek, który wtapia się w nie coraz bardziej i intensywniej. Otwiera się nowe, piękniejsze okno na świat. Wszystko mieni się ciepłymi barwami. Las tętni własnym życiem, dlatego dodaje sił tym, którzy są przygnieceni swoim zmęczeniem i zniechęceniem. Wejście z pokorą w ten świat pomaga odzyskać tę utraconą w sobie równowagę wewnętrzną. Poeci i pisarze rozpływali się w zachwytach nad lasem, krainą spełnionych marzeń i życiodajnego spokoju. Nie dziwię się, las to przecież doskonały teren życia i świat cudownej harmonii. To idealna jedność człowieka z naturą, gdzie czas przestaje istnieć, pozostawiając tylko miejsce na

nieukrywany zachwyt. Na radość wobec tego, co długowieczne i prawdziwie wartościowe. Człowiek, który potrafi zbliżyć się z miłością do tego piękna, zostanie obdarowany tym samym, a leśna przyroda zadba o niego z wielką troską. Gdy ogarnia mnie zmęczenie, a wszystko traci swój blask, marzeniami i myślami zatapiam się w sile lasu. Chowam się pod zielonym „dachem” konarów drzew, spaceruję leśnymi alejkami i odpoczywam w niezmąconej ciszy. Opieram dłonie na twardych, suchych pniach i czuję na twarzy czyste, ciepłe powietrze. Potem siadam na miękkiej trawie, opieram się plecami o mojego „zielonego przyjaciela” i rozkoszuję się wolnością od cywilizacyjnego zmęczenia. Nie muszę tu zaprzątać sobie głowy tysiącem pilnych spraw, ale w odprężeniu pozwalam sobie na obserwację mrówki dźwigającej grudkę ziemi większą niż ona sama. Wielki dąb, promienie słońca na twarzy, wiatr muskający szyję i dłonie. Po prostu jestem. Odpoczywam... Powrót do wielkomiejskiego hałasu musi kiedyś nastąpić... Ale lasu i jego potęgi się nie zapomina. Wszędzie otacza mnie wspomnienie pachnącej, zielonej przyrody, która czeka na to, by znów móc mnie przytulić. Siedzę przy drewnianym stole, piszę ołówkiem po czystej kartce papieru. Na chwilę jednak spojrzę gdzieś w dal, westchnę głęboko i za poetą Julianem Ejsmondem powtórzę: „Nad wszystko w dzikiej przyrodzie co żyje, oddycha i śpiewa, nad wszystko, co kocha i tęskni miłuję leśne drzewa...”. Anna Mularska

Obserwator nr 18  

Czasopismo studentów IEMiD UKSW

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you