Page 1


Drodzy czytelnicy Z radością oddajemy w Wasze ręce kolejny numer Obserwatora. Wraz z nowym rokiem zmieniła się redakcja magazynu. Mamy jednak nadzieję, że dzięki wspólnym siłom i zaangażowaniu Obserwator będzie zmieniał swój charakter i z każdym numerem stawał się coraz bardziej ambitny i dojrzały. W tym wydaniu polecamy Temat Numeru, jakim jest Ustawa o płatnym drugim kierunku studiów. Artykuł pozwoli Wam zgłębić i uporządkować swoją wiedzę. Magazyn poszerzyliśmy również o dział Poezja, dzięki któremu będziemy mogli dzielić się swoją twórczością dotykającą sfery duchowej. Zapraszamy do współpracy i życzymy przyjemnej lektury!

Redakcja Obserwatora Koło Naukowe Studentów IEMiD ul. Dewajtis 5 01–185 Warszawa Dziekanat Wydziału Teologicznego z dopiskiem Koło Naukowe Studentów IEMID eObserwator: kns.iemid.uksw.edu.pl redakcja_obserwator@op.pl

Redaktor Naczelny: Karolina Jabłońska Redakcja: Hanna Dębska Kamil Gabinecki Zofia Kaiper Ewa Kamińska Aleksandra Knap

Magdalena Korzeniewska Magdalena Kowalewska Mateusz Krawczyk Magda Łupińska Anna Mularska Milena Walczak Paulina Ziemińska Renata Żelechowska

Skład i organizacja druku: PanDawer (www.pandawer.pl) Korekta: Hanna Dębska, Karolina Jabłońska Projekt okładki: Karolina Jabłońska


Spis treści Społeczeństwo: „Posyłam Ci bezdomne moje serce. Co chcesz z nim zrób” ...................... Tam, gdzie czas stanął w miejscu, a ludzi uciszyły lodówki ...................... Spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi, czyli krótkie wspomnienia z kursu wysokogórskiego ............................................................................ Kultura niezależna ...................................................................................... Pasja dla ludzi z charakterem ..................................................................... Bo z marzeniami nigdy nie wie, oj nie wie się… ........................................ Przyjaciółka czy raczej rywalka? ................................................................

13 18 23 26 29

Studenckie sprawy: Bez dogadania nie ma mieszkania ............................................................. Stereotypy na temat warszawskich szkół wyższych ...................................

31 33

Temat numeru: Nowa ustawa – hit czy kit? ....................................................................... „Nie” dla płatnych studiów. Studenci protestują! .....................................

37 39

Nauka: Karoshi – samobójstwo z pracoholizmu ....................................................

41

Kultura: Dziewczyna o króliczym sercu .................................................................... Kobieta duch ............................................................................................... Kontrowersje wokół „Damy z gronostajem”............................................... Damięcki: „Skazani na Shawshank” pulsują we mnie, każda próba daje mi coś nowego ........................................................................................... Death is peaceful... easy. Life... is... harder, czyli Saga „Zmierzch”: Zaćmienie ....................................................................................................

4 9

44 46 49 52 54

Religia: Cała prawda o... egzorcyzmach .................................................................. Byłem satanistą. Świadectwo uwolnienia ..................................................

57 62

Poezja: Zwykły dzień ............................................................................................... * ..................................................................................................................

67 67 3


Każdy w swoim życiu był bezdomny. Bo bezdomność to nie jest stan, w którym nie ma się dachu nad głową. Można bowiem mieć piękną willę, ale przebywać w niej samemu. I to jest bezdomność w dokładnym tego słowa znaczeniu. Bezdomny, czyli ten bez miłości. Ale...

„Posyłam Ci bezdomne moje serce. Co chcesz z nim zrób” Ludzie drugiego gatunku Każdy z nas spieszy się nie zauważając obok drugiego człowieka, który potrzebuje pomocy. Ludzi podchodzących i proszących o bułkę zbywamy, albo udajemy, że ich nie widzimy. Najczęściej sam widok człowieka bezdomnego i jego zapach odraża. Tacy jesteśmy my – ludzie, którzy mają co jeść. Z reguły jesteśmy czyści i zadbani, ale w rzeczywistości jesteśmy tchórzami, którzy wstydzą się podejść do bezdomnego i spytać, czy nie potrzebuje ot chociażby ciepłego posiłku lub herbaty. Wiele osób zarzuca Warszawie, że nie ma w niej Boga. A wystarczy pójść na ul. Miodową, do Jadłodajni. Tam można zobaczyć, jak Bracia Kapucyni przyjmują bezdomnych i dają im żywność. W oczach każdego z nich widzą Jezusa. Jednak Bóg działa tam rękami wolontariuszy i Braci Mniejszych Kapucynów

nie tylko jako kucharzy. – Wydajemy tam ok. 300 posiłków dziennie. Nie jesteśmy w stanie wydać więcej niestety, bo nie mamy warunków i funduszy. Wiele rzeczy dostajemy od ofiarodawców za darmo – mówi duszpasterz bezdomnych, Brat Piotr Wardawy. Warunkiem wejścia i otrzymania talerza z jedzeniem jest trzeźwość. Nasi goście nie mogą być pod wpływem alkoholu i używek. Oczywiście zdarzają się tacy, którzy wcześniej pili, ale po zjedzeniu czegoś ciepłego to się ujawnia. Człowiek zaczyna się rzucać, staje się agresywny. Tacy goście mają zakaz przychodzenia do nas przez tydzień – mówi brat Piotr. Być dla drugiej osoby A jak wygląda praca w Jadłodajni na Miodowej? Większość myśli, że można tam tylko zjeść. – Organizujemy rekolekcje dla bezdomnych, podczas których mogą wyspać


SPOŁECZEŃSTWO

się w czystej pościeli, wytrzeźwieć. Podczas nich bezdomni mają szansę zobaczyć siebie w zupełnie innej sytuacji od tej, w której się obecnie znajdują. Działa to na nich na zasadzie szoku. Rekolekcje cieszą się dość dużą frekwencją. Rekolekcje pomagają bezdomnym zastanowić się nad swoim życiem. Według brata Piotra niektórym one pomagają, motywują do zmiany życia. Bywają jednak i takie sytuacje, w których bezdomni wracają do swoich nawyków. Bracia Kapucyni, aby pomóc bezdomnym często nawet schodzą do kanałów, które mają ok. 6 metrów głębokości i informują ich, kiedy i gdzie będzie podstawiony autobus. Czy się boją? Można przywyknąć. Była taka sytuacja, że siostry zakonne, kiedy zeszły do kanału, nie dały rady wyciągnąć chorej kobiety. Do pomocy wezwały straż pożarną. Od jakiegoś czasu bracia walczą o nową jadłodajnię. Chcą wykorzystać skrawek własnego podwórka, aby pomoc bezdomnym była skuteczniejsza. Planują wybudować pomieszczenie socjoterapeutyczne, kuchnię, jadalnię, łaźnie. Praca w Jadłodajni jest bardzo ciężka ze względu na logistykę. Aby przejść z kuchni do jadalni trzeba pokonać kilkanaście stromych schodów. Dzięki Bogu, że nie są sami. – Pomagają nam wolontariusze z Towarzystwa

Charytatywnego im. O. Pio. Mamy ich ok. 80 i są to zazwyczaj ludzie w średnim wieku, młodzi przychodzą w weekendy, kiedy mają więcej czasu. Razem z wolontariuszami organizujemy duszpasterstwo bezdomnych. Na spotkaniach przy herbacie i ciastkach rozmawiamy, słuchamy i rozważamy Pismo Święte – informuje Kapucyn. Dlaczego obcy ludzie chcą pomagać bezdomnym? – Trzeba by było spytać każdego z osobna, ale myślę, że jednym z powodów jest to, że chcą zrobić coś dobrego dla drugiej osoby, a nie tylko dla siebie. Jadłodajnia znajduje się tam, gdzie ruchoma szopka, którą można obejrzeć podczas okresu świątecznego. Nie jest to pomieszczenie duże, warunki są bardzo skromne, a nawet ascetyczne. Wielka szopka oddzielona jest ścianą, za którą znajdują się stoły i krzesła. Nad ścianą widnieje napis „Miłość nigdy nie ustaje”. – My bezdomnym otwieramy przede wszystkim serce – mówi brat Piotr.

„Posyłam Ci bezdomne moje serce. Co chcesz z nim zrób”

5


SPOŁECZEŃSTWO

Zraniona godność ludzka Co jest najtrudniejsze w opiece nad bezdomnymi? – Najtrudniejsze jest to, że w tych ludziach jest brak motywacji. Często czują się nie godni przyjścia nawet do Kościoła. Ich mentalność jest zupełnie inna. Ich myślenie jest takie: po co się myć, po co o siebie dbać? Przecież i tak nie ma motywacji, aby żyć. Co wtedy trzeba zrobić? – Pokazać Boga. Oni o Nim wiedzą, słyszeli o Nim, czytali, ale Jego nie znają. My ich z Nim zapoznajemy. Bezdomni często nie umieją się modlić, myślą, że są takimi nędznikami, że nie są godni, aby wejść do Kościoła, uklęknąć przed Najświętszym Sakramentem. Mają wrażenie, że skoro są bezdomni, to tak bardzo zgrzeszyli, że Bóg ich do siebie już nie przyjmie. A to nie prawda. To wynika z ich samotności. Wiedzą, że nie mają się czego łapać, rozumieją, że bez Boga sobie nie poradzą – tłumaczy brat Piotr. Abstrakt: ludzie, którzy utracili wszystko, którzy żyją w nałogach mają więcej wiary, niż człowiek, który ma wszystko. Na myśl rzuca się sentencja św. Jana od Krzyża, który przykazał, aby mieć w pamięci życie wiekuiste i to, że najbardziej wyzuci, ubodzy i pokorni cieszyć się będą największym szczęściem i chwałą Boga. Bezdomni, to nie są ludzie bez doświadczenia. Często są to osoby wykształcone, które kiedyś też miały wszystko. Czego mogą nauczyć nas – „normalnych” ludzi? Brata Piotra uczą cierpliwości. – Praca z nimi jest żmudna i ciężka. Są to osoby, którym trudno się otworzyć, zaufać

komuś i potrzeba czasu, aby do nich dotrzeć – tłumaczy. – Pamiętam – ciągnie – jak przychodził do nas taki bezdomny, Zbyszek. Był on strasznie brudny, śmierdzący, broda sklejona, zawszony. Poznałem go, kiedy wieszałem plakaty przy Kościele. Powiedział, że mi pomoże i wtedy się otwierał. Mieliśmy z niego dużo radości, kiedy na przykład zasypiał w Kościele. Raz poszedłem go zbudzić, to powiedział: „Prędzej to diabła bym się spodziewał niż Brata” – śmieje się brat Piotr. Teraz nie wiem, co z nim dzieje się. Nie przychodzi już dawno. Nie wiadomo, czy żyje. Jak pomagać, a jak nie? To nie jest tak, że bezdomny nie chce naszej pomocy. On nam po prostu nie ufa. Uważa nasz świat okaleczony kapitalizmem, który jest przyczyną jego sytuacji. W głębi duszy jednak, pragnie naszego zainteresowania i opieki. Charyzmatem Braci Mniejszych Kapucynów jest to, że oni sami mają żyć ubogo i zajmować się podobnymi ludźmi. Jak wygląda taka pomoc Braci Mniejszych Kapucynów? Podczas kiedy taki człowiek lamentuje nad swoim życiem, przychodzi do niego koleś w habicie i…? – Reakcja jest generalnie pozytywna, bo my staramy się dać im trochę uwagi. Te osoby są w dołku emocjonalnym, mają duże potrzeby w kwestii psychicznej, ale nikt nie chce poświęcić im czasu na wysłuchanie ich historii. Dlatego właśnie na samym początku staramy się dotrzeć do tych ludzi i zrozumieć ich problem. To dla nich ważne, ponieważ w ten sposób


SPOŁECZEŃSTWO

dowartościowują się. To, że nie czują się godni, to nie znaczy, że nie są ludźmi. My staramy się tego człowieka w nich dostrzec i wyciągnąć to, co mają na dnie serca. – tłumaczy kapucyn. Mądrzy ludzie głowią się, jak pomagać bezdomnym, skoro oni tej pomocy nie chcą. Chcą tylko jedzenia, lub pieniędzy – nic więcej.A jak naprawdę im pomóc? – Najlepiej pomaga się przez zainteresowanie sytuacją danej osoby. Nawet nie dając mu pieniędzy, czy nie kupując jedzenia. Odpowiadając z miłością i zainteresowaniem, dlaczego tak robimy oraz szczera rozmowa, może na nich podziałać. Mogą zacząć wtedy myśleć nad samym sobą – radzi brat Piotr. Sztuka sposobem na pomoc Bracia Mniejsi Kapucyni z Miodowej organizują różne spotkania, aby zdobyć pieniądze na budowę nowej Jadłodajni. Brakuje im prawie całej kwoty. Brat Piotr szacuje koszt budowy na ok. 4 mln złotych. – Współpracujemy z Panem Emilianem Kamińskim, który ma „Teatr Kamienicę”. Tam organizowane są spektakle, a dochód z nich przeznaczamy na Jadłodajnię. Stawiamy na sztukę, bo tak można dotrzeć do ludzi, zmienić ich myślenie o bezdomnych, bo to jest pierwszy krok do tego, żeby ludzie zaczęli pomagać. Ostatni spektakl w wykonaniu Jacka Kawalca „Ta cisza to ja” odbył się przy wypełnionej sali. Po spektaklu można było usłyszeć, że widzowie na bezdomnych patrzą inaczej. Swoich wspierają również postem i modlitwą, bo wedle słów św. Mateusza Ten rodzaj

złych duchów wyrzuca się modlitwą i postem (Mt 17,21). Emilian Kamiński, który stał się Ambasadorem Walki z Ubóstwem i Wykluczeniem Społecznym przyczynia się do rozpromowania akcji Jadłodajnia – Miodowa. Uczestniczy w wielu akcjach. – Skoro mam teraz teatr, to niech to pomieszczenie służy Braciom. Jest to bardzo piękna inicjatywa, staram się o niej wspominać w wywiadach i coraz więcej ludzi o tym wie. Trzeba jednak zbierać już pieniądze, bo z samego mówienia niewiele jest. Żyjemy w kraju, który potrzebuje pomocy. Jak masz czym się podzielić, to się podziel. To, że jestem Ambasadorem, to tylko ładnie wygląda na papierze. Dajcie mi narzędzia, żeby można było działać – mówi aktor. – Takimi narzędziami są ludzie – dodaje. Ostatnio na Jasnej Górze podeszło do pewnej dziewczyny dwóch bezdomnych. Przepraszam bardzo, bo ja jestem bezdomny i już w sytuacji krytycznej, czy nie macie Państwo złotówki na zupkę? – mówi jeden z nich. A co to znaczy w sytuacji krytycznej? – pyta dziewczyna. –Patologicznej. – A dlaczego Pan żebrze? – No, bo jak żyć proszę Pani? – Ale Pan wcale nie musi żebrać. Jest Pan na to za godny. Jest Pan człowiekiem. Nie jest Pan na dnie. – Proszę Pani… Gdyby Pani straciła wszystko i nie miała nic… – rzekł człowiek. – Starałabym się odzyskać to, co utraciłam po trochu z mojej winy. Nie dam Panu tych pieniędzy, nie kupię Panu zupy. Proszę mi wybaczyć, ale Pana stać na to, żeby Pan zarobił i kupił to sobie sam.

„Posyłam Ci bezdomne moje serce. Co chcesz z nim zrób”

7


SPOŁECZEŃSTWO

Bezdomny odszedł ze smutkiem w oczach, ale dało się zauważyć pewne iskierki. – Ziarno zasiane – pomyślała dziewczyna. Brat Piotr Wardawy powiedział, że każdy w swoim życiu był bezdomny. Bo bezdomność to nie jest stan, w którym nie ma się dachu nad głową. Można, bowiem mieć superdom, ale przebywać w nim samemu. I to jest bezdomność w dokładnym tego słowa znaczeniu. Bezdomny, czyli ten bez miłości. „Ulicą idzie zarośnięty mężczyzna. Ma zlepioną brodę, a włosy to jeden

wielki kołtun. Jakby imitowały koronę cierniową. Jego barki uginają się pod plastikowymi torbami, przypominającymi krzyż. Nagle przewraca się. To Chrystus” pisze Luc Adrian. Szukasz go, a on jest obok. Tak bardzo nie chcesz go znać. W myślach biją się słowa wiersza Tuwima „Ofiarowując serce”: Posyłam ci bezdomne moje serce/Co chcesz z nim zrób/Na swoje zamień to bezdomne serce /Lub zatrać, zgub/Wdzięczne ci będzie to bezdomne serce /Nawet za grób. Magda Korzeniewska


W tamtym miejscu czas się zatrzymał. Te same domy, na których ścianach wciąż widoczna jest linia pokazująca poziom wody. Ma się wrażenie, że pod pięknym białym puchem można znaleźć pozostałości mebli, różne deski i wszystko, co w majowo – czerwcowe dni przypłynęło i zostało wypłukane z wiejskich domostw. Nadal stoją zniekształcone znaki drogowe oraz zabrudzone przystanki autobusowe, które przykryte są plakatami jeszcze z kampanii wyborczej, ze zdjęciem uśmiechającego się życzliwie człowieka. Absurdalny widok. Nie mogę jednak doczytać hasła, śpieszymy się, by rozdać ludziom prezenty, w końcu wcieliliśmy się w rolę Mikołaja, a Mikołaj ma wielu podopiecznych.

Tam, gdzie czas stanął w miejscu, a ludzi uciszyły lodówki Czerwiec 2010 r. – w ramach urlopu To wtedy spontanicznie zorganizowała się grupka osób chętnych do pomocy ludziom, zamieszkującym gminę Gorzyce, którą dotknęła powódź. To wtedy owi wolontariusze, choć z zamiarem sprzątania w domach po pierwszej fali, zostali zastani przez drugą, przez co w ciągłym napięciu nie wiedzieli, czy zostać w owym miejscu, czy lepiej jest wrócić do Warszawy tak szybko, jak to możliwe. Bowiem dochodziły ich słuchy, że droga powrotna zostanie również zalana, a oni będą zmuszeni niemalże dzielić los powodzian. Kto mógł, został, by nieść pomoc ofiarom powodzi, tak jak było to możliwe. Pomagali w szkole, do której ewakuowano mieszkańców wsi Sokolniki, Zalesie Gorzyckie oraz Trześni. Rozmawiali z powodzianami, starali się nieść im otuchę, choć było to trudniejsze niż pomoc w stołówce szkolnej. Wraz z żołnierzami szykowali worki z piaskiem, w końcu znaleźli się na amfibiach, by namawiać tych, którzy ewakuować się nie chcieli i dać chleb tym, którzy zamieszkiwali strychy swych domów. Po trzech dniach i oni wrócili do swoich codziennych obowiązków do stolicy, by przeczekać falę, a następnie dokończyć swój plan działania. Po opadnięciu wody, grupka wolontariuszy powtórnie pojechała do gminy Gorzyce, by posprzątać popowodziowy 9


SPOŁECZEŃSTWO

teren. Udało im się pomóc czterdziestu rodzinom w przeciągu pięciu dni. To dużo i mało – mówi jedna z wolontariuszek – nas było niespełna dziesięć osób, ale ludzi potrzebujących pomocy jest znacznie więcej, także to, co zrobiliśmy, to jak ziarenko piasku na pustyni. W grudniowy dzień 4:30 Warszawa, budzi mnie zegarek, wychodzę w mroźny wczesny poranek do metra, by dojechać w umówione miejsce zbiórki. Jedziemy trzema samochodami z paczkami świątecznymi, dwa mają być już na miejscu. Podróż mija nam dość szybko, przywitał nas nawet śliczny wschód słońca, który przepięknie mienił się w panoramie zbudowanej ze śniegu. Dojeżdzamy już do Sokolnik. Z łatwością rozpoznaję kolejne domy, niewiele się zmieniły z zewnątrz – może poza nowymi oknami jeszcze z nalepkami firmy. Przerażające widoki zrujnowanych domów z zapadniętymi dachami, które pod warstwą nieco większego śniegu pewnie się zawalą – ale każdy z nich ma wymienione okna. Cóż, wymienienie okna jest dużo tańsze niż dachu – myślę. Mijamy i kontenery, choć z początku mam wrażenie, że jest to jakiś tymczasowy schowek dla robotników. Dopiero znajomi pozbawiają mnie złudzeń. Nie wierzę, że ludzie w takim czymś mieszkają i to w takie zimno! Każdy z nas ma przydzieloną listę rodzin, do których ma zawieźć paczki. Wjeżdzamy w boczne uliczki i tam zastaje nas... remont! Drogowcy wylewają asfalt, mimo że warunki pogodowe nie są sprzyjające. Jednakże koniec roku do czegoś zobowiązuje, gdyby nie wydano funduszy, w przyszłym roku by ich nie dostano... Tylko zadaję sobie pytanie, dlaczego nie można było tego zrobić wcześniej? W końcu trafiamy do pierwszej rodziny, ku memu zaskoczeniu domownicy nas rozpoznają i witają z uśmiechem. Zostajemy oprowadzeni po remontowanym domu. Robotnicy szpachlują i malują. Mam nadzieję, że na święta skończymy – mówi właściciel posiadłości. Odwiedzamy kolejne domy. Jaka niespodzianka, a tak żałowałyśmy, że nie zostawiłyście żadnego adresu, kartkę na święta chciałyśmy z mamą Wam wysłać – mówi mieszkanka następnego gospodarstwa. Obie, choć mają duży dom, mieszkają w jednym pomieszczeniu, które służy im jako kuchnia, sypialnia i jadalnia. Najgorzej, że wciąż nie mamy łazienki – żali się kobieta. Po zapukaniu ciągnę za klamkę i wchodzę do kolejnego domu. Zastaje mnie chłód, wilgoć, pustka i widok nieotynkowanych ścian. Wchodzę do ostatniego pomieszczenia, w którym żyje niemalże 90 – letnia staruszka. W pokoju znajduje się łóżko, szafa, stolik, parę kwiatków, dywanik przypominający bardziej ścierkę niż dywan oraz zdjęcie jej zmarłego syna. Zaduchu i smrodu, który tam panuje, nie da się opisać. Zostawiamy paczkę, życzymy spokojnych i zdrowych świąt. Ściskamy się jak dobra rodzina. Starsza pani prosi o modlitwę. Odwiedzamy kolejne gospodarstwo. Pamiętam, jak rozbijaliśmy na części zatęchły tapczan, a potem wszystkie meble wynosiliśmy i układaliśmy obok ulicy.


Osoba, która szykowała paczkę dla tej rodziny, miała określone wytyczne, że jest to kobieta wraz ze swoim sparaliżowanym mężem. Pukamy, otwiera nam ubrana na czarno pani, która właśnie jest w trakcie malowania stoliczka. Poza nim w pomieszczeniu nie ma żadnych mebli, prócz kilku taboretów, na których leżą produkty spożywcze. W pokoju obok znajdują się trzy paprotki. Mój mąż zmarł dwa miesiące temu, mieszkam teraz w domu samotnej matki, tu przyjeżdzam tylko, by zrobić jakieś drobne prace – mówi wzruszonym głosem. W jej oczach pojawiają się łzy, choć jej bólu nie jestem w stanie ukoić, przytulamy się (tyle mogę), życzę wytrwałości i siły. Jedziemy do kolejnych mieszkańców. Rodzina jest niewielka – pan Józef, który ma około 65 lat i jego około 85-letnia mama. Przypomina mi się, jak musieliśmy wyrzucać przez okno wszystkie zamoknięte książki. Pan Józef stał obok i mówił wzruszony: A może tej nie, a może da się ją jeszcze osuszyć? Niestety żadna z książek nie nadawała się do użytku i tak po kolei z okna leciał Dostojewski, Mickiewicz, kolejna encyklopedia... Otwieram furtkę, podchodzę do drzwi i pukam. Nikt nie otwiera, z budy wychodzi wychudzony pies – jest puszczony, ujada. Wycofuję się, idę pomału, bo wiem, że każdy gwałtowniejszy ruch może spowodować, że pies się na mnie rzuci. Gdy już jestem za siatką, podchodzi do mnie sąsiadka i mówi: Pani! Pani tam weszła, bój się pani Boga, pies puszczony... Pan Józef był w szpitalu, źle z nim. Ale są w domu na pewno (spoglądam w jedyne okno z powieszoną niedbale firanką), zaraz ktoś wyjdzie, a co pani ma? – dociekliwie dopytuje sąsiadka. Ludzie są przyzwyczajeni do dostawania paczek, szczególnie w tym czasie. W końcu przychodzi i mieszkaniec domku. Zmienił się tak, że wygląda jak mąż swojej mamy, a nie jej syn. Siadam w kuchni, która służy jako sypialnia. Słychać grające radio. Ciągle pali sie piecyk kaflowy. Proponują mi herbatkę, ale dziękuję. Okazało się, że ostatnio przechodzili biegunkę i dlatego pan Józef przebywał w szpitalu. Nasza „wsiowa” lekarka mówi, że dużo ludzi od nas na to choruje – mówi mama pana Józefa. Dowiaduję się też, że po wsiach chodzą różni ludzie, którzy podają się za pracujących dla jakiejś firmy remontowej i obiecują, że zakupią wszystko, co potrzebne, z dostawą do domu, tylko najpierw trzeba im dać pieniądze. Potem już nie wracają. Mama pana Józefa także została oszukana. Jak Józka nie było, a ja sama, to co miałam robić, progi miał nam ten pan wymienić i drzwi, dałam pieniądze, a on się już nie pojawił – mówi. Następny dom także należy do starszej pani. Kiedy go sprzątaliśmy, miał wiele pęknięć i planowano jego rozbiórkę. Ku mojemu zdziwieniu budynek wciąż stoi, oczywiście z nowymi oknami i przechylonym dachem. Wchodzę z paczką do wyremontowanego przedpokoju, wita mnie gospodyni i chwali się, że dostała lodówkę od wójta, ale żali się, że kuchenka gazowa, ta która została zalana, nie działa. Nic nie tłumaczę, mówię, że dobrze, że dom stoi, choć myślę, iż tak naprawdę lepiej byłoby dla tej pani i dla jej życia i zdrowia, gdyby go zburzono. Tam, gdzie czas stanął w miejscu, a ludzi uciszyły lodówki

11

Fot. Karolina Jabłońska

SPOŁECZEŃSTWO


SPOŁECZEŃSTWO

Wówczas mieszkanka pokazuje mi grzyb na ścianie i odpryski farby. Niestety nie wszyscy mogli pozwolić sobie na gruntowne osuszanie domu. Koszt tego przedsięwzięcia to około 30 tysięcy, tak więc po prowizorycznym osuszeniu na nowo tynkują domy, malują i wymieniają panele, a potem farba odpryskuje i rośnie grzyb. Fot. Karolina Jabłońska

Stan rze(czy)ki W tamtym miejscu czas się zatrzymał. Te same domy, na których ścianach wciąż widoczna jest linia pokazująca poziom wody. Niektórzy zastanawiają się nad sensem odbudowy domów w owym miejscu. Przyjdą roztopy i będzie to samo – mówią bezradnie. Nie ma jednak możliwości przesiedlenia całej gminy. Najgorzej jest z osobami starszymi, które są dość mocno przywiązane do swojej ojcowizny. Ja to bym chciał utopić się wraz z tą wodą, nie ruszę się stąd – mówił w czerwcu jeden z mieszkańców Sokolnik. Nawet wójt jest nadal ten sam. Mieszkańcy, mimo, że w czerwcu chętnie powiesiliby całą władzę na szubienicy, wybrali tego samego człowieka ponownie. Ludzie mimo wszystko wciąż wierzą w obietnice wyborcze, różne triki polityczne. Kiełbasa wyborcza skutecznie potrafi uciszyć nawet tak rozżalone i dotknięte społeczeństwo – tłumaczy jedna z wolontariuszek. Lecz ja byłam tylko jednym z Mikołajów, którzy pojechali tam, by podzielić się, tym, co mają, a od politycznych sztuczek są inne postacie. Karolina Jabłońska


SPOŁECZEŃSTWO

Fot. Mateusz Krawczyk

Cztery dni. Sześć młodych, rozgrzanych górami serc. Jeden instruktor. Obsypane śniegiem szczyty Tatr i skute lodem wodospady. Wbrew pozorom jednak nie tak łatwo opisać zimowy kurs turystyki wysokogórskiej. Niektórych rzeczy bowiem nie da się streścić w słowach...

Spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi, czyli krótkie wspomnienia z kursu wysokogórskiego Spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi

13


SPOŁECZEŃSTWO

Prolog Wszystko zaczęło się na dobre kilka miesięcy przed owymi czterema lutowymi dniami, kiedy to Stare Schronisko nad Morskim Okiem stało się dla nas bazą wypadową i miejscem odpoczynku po chłodzie i zmęczeniu. Sekcja Wysokogórska Studenckiego Klubu Górskiego przy UW troszczyła się bowiem już od października o zorganizowanie kursu i w tym roku... udało się! Udało się i już czwartego lutego można było zobaczyć późnym wieczorem na ośnieżonej drodze do Morskiego Oka światła sześciu czołówek. Światełka, walcząc zaciekle z lodem, który przezierał przez śnieg, ujrzały wreszcie około 18.00 najbardziej oblegane latem miejsce w Tatrach. Majaczące wkoło jeziora szczyty przywitały nas halnym, który nie był dobrym zwiastunem. Wiatr to wprawdzie wspaniały, podkreślający prawdziwą potęgę Tatr, jednak ciepły. A śniegu, choć droga była nim szczelnie przykryta, wokół Morskiego było jak na lekarstwo. Kosodrzewiny, świerki i limby rzucały mroczne cienie swoją zielenią. Nastroje jednak mroczne nie były, czy to z powodu tak prozaicznego, jak miękkie łóżka i dobra herbata, czy też czająca się za każdą skałą i ocalałą kupką śniegu „kursowa przygoda”. A może wypływało to z jakiegoś niepojętego i mistycznego działania gór, których obecność czuć w całym ciele już od momentu przekroczenia granicy Tatr...? I choć zmęczenie dawało się we znaki, to poszliśmy spać dopiero późnym wieczorem, a nasze myśli płynęły już powoli ku nadchodzącym dniom. Wiesiek idzie... Pierwsze przebudzenie w Tatrach. Pierwsze spojrzenie przez okno na majaczące w oddali szczyty widoczne z położonego poniżej drogi Starego Schroniska. I uśmiech. Po wygrzebaniu się ze śpiwora śniadanie. Nasz instruktor ma tu być o dziewiątej. Jesteśmy gotowi o wpół do dziesiątej. I wtedy telefon – taternik jest dopiero w Nowym Targu, spóźni się około godzinę. Po dziesiątej, stojąc na środku jeziora, oglądamy wschód słońca znad Niżnych Rysów. Jest pięknie. Ciemne szczyty, które widzieliśmy poprzednigo wieczoru, rozpościerają skrzydła w promieniach słońca i ukazują nam się w całej swojej okazałości. Po spacerze wracamy przed schronisko. Kontemplujemy dalej. Choć jest kilka stopni na plusie, po półtorej godziny zaczyna doskwierać chłód. Po dwóch przykrzy się liczenie szczytów i – nieco zirytowani – decydujemy się na wejście do środka na szarlotkę. Zastanawiając się, z której skały zepchniemy naszego instruktora, kiedy się wreszcie pojawi, dopijamy ostatnie łyki gorącej czekolady. Wreszcie, niecierpliwe i pełne wyrzutu spojrzenia na, jak zwykle w takich sytuacjach, wszystkiemu winne drzwi, przyniosły skutek – przyszedł Wiesiek.


SPOŁECZEŃSTWO

Szybki przydział sprzętu – raki, czekan, łopata, sonda, detektor – i zostawiliśmy schronisko z Morskim Okiem za sobą. Już w drodze nad Czarny Staw padły pierwsze słowa nauki o tym, kiedy chodzić w rakach, a kiedy nie. Zaś jak chodzić nauczyliśmy się na oblodzonym progu przed samym stawem, skąd mieliśmy okazję (z nieukrywaną fascynacją) oglądać lawinę spadającą na przeciwległym brzegu, niedaleko miejsca, gdzie wcześniej beztrosko spacerowaliśmy. Nauczyliśmy się też obsługiwać detektory lawinowe i szukać porwanego lawiną człowieka, którego dzielnie zstępował nam plecak. Jednak kursowa przygoda zaatakowała nas z całą siłą dopiero, gdy zostaliśmy rzuceni na głębokie lody wspinaczki – niesamowite, gdzie człowiek może dojść, mając tylko dwa czekany w rękach i raki na nogach... Jeszcze bardziej niesamowite jest to, jak mocne są stanowiska w lodzie, które robiliśmy chwilę później – w lodzie, który przecież przed chwilą kruszył się pod każdym uderzeniem czekana wywołując w żołądku śmieszne uczucie odpadania. Do schroniska wracaliśmy, już po ciemku, pod zasnutym chmurami niebem. Gdy doszliśmy, okazało się, że kuchnia skończyła już wydawanie większości posiłków i wybór był niewielki, ale można było dostać coś na ciepło. „Coś” było jednak z mięsem, więc tego wieczoru wegetariańska część kursu na ciepło miała tyko herbatę i wodę pod prysznicem. Ze śniegiem do twarzy Ranek przywitał nas orzeźwiającym, rzęsistym i... deprymującym deszczem. Poczekaliśmy trochę, ale nic nie wróżyło zmiany. Zapakowaliśmy sprzęt i – w nieco ponurych nastrojach – wyszliśmy. Do Dolinki za Mnichem szliśmy popychani nadzieją, że wyżej pada śnieg. Mnich nie zawiódł, dmuchnął nawet wiatrem. Wiesiek znalazł strome zbocze, na którym nauczył nas, jak hamować czekanem przy zjeździe na plecach, na brzuchu, na boku, głową do góry... i do dołu. A potem – związani jak na lodowcu – poszliśmy zdobyć mały dwutysięcznik, Kopę Mnichową. Porywisty wiatr i śnieg sprawiał, że czuliśmy się jak na prawdziwym lodowcu i to nie na dwóch, ale na sześciu tysiącach metrów nad poziomem morza. Wracając zdobyliśmy jeszcze, bagatela, Mniszka (młodszego „brata zakonnego” przycupniętego u stóp Mnicha, wprawdzie nieco niższego, ale równie spiczastego i niedostępnego, gdy na niego spojrzeć z Morskiego Oka). Wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi i dumni ze zdobyczy. Z perspektywy ciepłego obiadu (tym razem dla wszystkich), wydawało się, że targany podmuchami wiatru śnieg, który kłuł nas w twarze w drodze na Kopę, nie był wcale taki groźny i muskał nas tylko delikatnie w policzki. Zaś leżąc już w śpiworach dyskutowaliśmy do północy (albo i dłużej) o szacunku dla Pisma Świętego, i ostatecznie doszliśmy do wniosku – pamiętajmy o późnej porze – że ateista nie jest ateistą... Spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi

15


SPOŁECZEŃSTWO

W szczelinach myśli W nagrodę za zapał (mimo topniejącego śniegu), następnego dnia Mnich obdarzył nas delikatnym mrozem i pełnym słońcem, którego pierwsze promienie musnęły nasze twarze w drodze do Dolinki za Mnichem. Na podejściu zrobiliśmy przekrój śniegu, wykorzystując w praktyce to, czego dowiedzieliśmy się poprzedniego wieczoru na wykładzie o lawinach. Pocięliśmy warstwy śniegu scyzorykiem, wypiliśmy herbatę i poszliśmy dalej. Krocząc po śladach Wieśka i pamiętając o zachowaniu odstępów, stanęliśmy wreszcie na przełęczy pod Zadnim Mnichem, gdzie żaden szlak nie dociera. Tam nauczyliśmy się sztuki szybkiego wycofania ze szczytu, zwanej powszechnie „dupozjazdem”. Ta wyszukana technika pozwoliła nam w mgnieniu oka wrócić na dół, gdzie mieliśmy powtórkę manewrów lawinowych z pierwszego dnia oraz naukę wyciągania człowieka ze szczelin lodowcowych. Takich nie ma jednak za dużo w pozbawionych lodowców Tatrach, więc musiało nam wystarczyć strome zbocze, a w rolę ofiary wcielaliśmy się na zmianę. Po „uratowaniu” wszystkich alpinistów ze szczeliny przez chwilę kontemplowaliśmy niesamowite kolory, które zachodzące słońce rzucało na Rysy i Tatry Bielske, po czym wróciliśmy do schroniska. Wieczorem jedni pili piwo, a inni oglądali spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi szczytami i oddawali się swoim i nieswoim myślom. Pod wiszącą limbą Następny dzień był już ostatnim, który mieliśmy spędzić nad Morskim Okiem. Przeszliśmy przez pokryte lodem jezioro i – witając tam słońce – podeszliśmy zamarzniętym potokiem, stromo spadającym ku tafli. Potem, przedzierając się chwilę przez kosodrzewinę, doszliśmy do trzydziestometrowego urwiska i rozłożyliśmy się z „piknikiem” pod rozłożystą limbą. Wiesiek tymczasem poszedł zakładać linę do zjazdu i zjechał. Nie było go przez dobre kilkadziesiąt minut. Gdy podjęliśmy już decyzję, że trzeba go „wyciągnąć ze szczeliny”, wyłonił się z kosodrzewiny za naszymi plecami. Miejsce naszego ukrycia w kosówce, z którego ukradkiem podglądaliśmy góry, opuszczaliśmy zjeżdżając z urwiska na linie. Po kolejnym zjeździe, tym razem po lodospadzie, wróciliśmy do zamarzniętego strumienia, którym podchodziliśmy. Obok niego wypiliśmy herbatę i na niewielkiej skale uczyliśmy się wychodzenia ze szczeliny samodzielnie, czyli prusikowania albo wychodzenia tzw. „ruchem kopulacyjnym”, którego opis opuczszę, by nie zdradzać taternickich sekretów. Przy szumie wiatru i skrzypieniu zmarzniętego śniegu na stawie, z nutką nostalgii i czekanem w ręce wracaliśmy do schroniska.


SPOŁECZEŃSTWO

Epilog Wiesiek uścisnął każdemu z kursantów dłoń. „Udało się!” – powiedział, i choć może nie nazbyt to dumnie brzmiąca formuła, to każdy wiedział, że kryje się w niej więcej, niż w tych ładnych i długich, których i tak nikt nie zapamięta. „Udało się!”, jesteśmy gotowi, by zdobywać ośnieżone szczyty i skute lodem przełęcze – te wysokie i te jeszcze wyższe. „Udało się!” stanowiło zachętę, by iść tam, gdzie wskazywał nieśmiało swoim ostrzem wbity obok stóp czekan... Mateusz Krawczyk

Spadające gwiazdy nad Mięguszowieckimi

17


Zaniedbany budynek w ponurej okolicy, pokryty grafitti. Wydawałby się opuszczony, gdyby nie stojące na podwórku samochody i rowery. Do zamkniętej bramy podchodzi dziewczyna z dredami i kolczykiem w nosie, ubrana na czarno. W jednej ręce trzyma bańkę z wodą, w drugiej – szczoteczkę do zębów. Czy to melina? Siedziba sekty? Nie – to miejsce inicjatyw kulturalnych. Można tu przyjść na koncert, warsztaty, do kina czy skateparku.

Kultura niezależna Zamiast ochrony Squat Elba – bo tak nazywa się to miejsce – powstał sześć lat temu. Zaczęło się od grupy znajomych, związanych z kulturą punk, którzy chcieli wspólnie działać. Pytanie tylko: gdzie? Znaleźli pustostan przy ul. Elbląskiej 2, sami go wyremontowali i zamieszkali tam. Później przenieśli się na drugą stronę ulicy (pod numer 9/11), a stary squat został wyburzony. Wchodzimy na podwórko. Pilnują go dwa psy – groźnie wyglądające boksery. Po chwili okazuje się, że nie są takie straszne – zamiast atakować, chcą, żeby je głaskać. Na środku placu stoi popsuty fotel, wszędzie leżą deski, opony, jakieś plastikowe części. Dawniej działała tu firma recyklingowa. Kiedy się wyprowadziła, teren przejęli squatersi. Właścicielom to nie przeszkadzało. – Teoretycznie oni musieliby płacić za ochronę tego budynku, bo przyszliby tutaj złomiarze, później wprowadziliby się bezdomni – mówi

Wojtek, mieszkaniec squatu. – My pilnujemy tego terenu, to jest taki obopólny układ. Prawo polskie tak działa, że kiedy przebywamy tutaj przez rok w dobrej wierze, nabywamy pewne prawa do tego terenu. Nie jest naszą własnością, nie możemy go sprzedać, ale mamy prawo go bronić. Squatting to część współczesnej ideologii anarchistycznej. Jego początki sięgają lat 60. XX wieku. Squaty są bardzo popularne w wielu miastach europejskich – w Barcelonie i Amsterdamie jest ich nawet kilkaset. Najstarszy squat w Polsce powstał w 1994 r. w Poznaniu. Inne znajdują się m.in. we Wrocławiu, Krakowie, Białymstoku i Gliwicach. Wolność, równość Obecnie w Squacie Elba mieszka dwadzieścia osób w wieku od 18 do 35 lat, przychodzi też wielu ludzi z zewnątrz, którzy angażują się z działalność kulturalną. Łączą ich podobne


SPOŁECZEŃSTWO

dojść do wspólnego rozwiązania – wyjaśniają. Każdy z nich pracuje na swoje utrzymanie. – Ja jestem biznesmenem, mam własną działalność: studio tatuażu – śmieje się Leszek, jeden z założycieli Elby. Inni zarabiają na takich zajęciach jak alpinizm przemysłowy czy prowadzenie studia nagrań. Zaś to, co organizują w squacie, nie przynosi im korzyści finansowych. – Jedną z głównych idei tego miejsca jest to, że nie nastawiamy się na zysk – podkreśla Wojtek. Bez pytania o zdanie Przekraczamy próg największego budynku. Panuje tu półmrok, od grubych murów czuć chłód. Brudny tynk w niektórych miejscach odpada, ukazując cegły. Ale to nie szkodzi – przecież można na nim coś namalować! Nad

Fot. Ola Synowiec

poglądy: szeroko rozumiany anarchizm, ruchy ekologiczne, wolnościowe, feministyczne. Tu nie ma szefów – wszyscy są równi. Sprawiedliwie dzielą się obowiązkami. – Żeby móc tutaj mieszkać i działać, musimy dbać o porządek, zapewniać wodę, opał – podkreśla Wojtek. – To jest ciągła praca, cały czas trzeba coś budować, sprzątać po imprezach. Ja przeprowadziłem się tutaj z ciepłego mieszkania i zrobiłem to świadomie, chociaż to było przed zimą. Ale jestem zadowolony z tego wyboru i nie zamieniłbym go na nic na świecie. Squatersi dużo rzeczy robią wspólnie – na przykład gotują. Kiedyś ustalali nawet dyżury i urządzali konkursy, kto zrobi lepszy obiad. Choć czasem trudno się dogadać w tak dużej grupie, żyją ze sobą w zgodzie. – Jeśli mamy jakiś konflikt, staramy się o tym rozmawiać,

Kultura niezależna

19


SPOŁECZEŃSTWO

sceną wisi motywujący napis: „Jak nie ty, to kto?” Na jednej ze ścian widnieją zielone truskawki i różowe arbuzy, na drugiej – kaktusy, sowy, ważki i inne ciekawe wytwory wyobraźni. W tej sali odbywają się koncerty punkowe – grają tu kapele z całego świata. Widownia liczy od kilkudziesięciu do nawet kilkuset osób. – Łatwiej byłoby nam robić te rzeczy w klubach, ale my chcemy być niezależni. Nie mamy księgowej, nie rozliczamy się, nie pytamy nikogo o zdanie, tylko po prostu robimy – mówią squatersi. A do zaoferowania mają sporo. W ostatnim czasie odbywały się tu warsztaty kuglarskie, plastyczne, breakdance i capoeiry oraz próby samby, czyli gry na bębnach. Może na nie przyjść każdy. Podobnie jak do kina, gdzie raz w tygodniu wyświetlane są najróżniejsze filmy – fabularne, animowane, a także bardziej zaangażowane, np. o prawach człowieka. Po pokazach często odbywają się dyskusje, można też napić się kawy lub herbaty i spróbować wegańskiego ciasta.

to udostępnione dla innych. Czasami ludzie mówią, że przydałoby się tu coś zmienić, odmalować. My wtedy mówimy: więc zrób to. Mijamy niski barak i wagon na kółkach – tam squatersi urządzili sobie mieszkania, niestety nie możemy wejść do środka. – W tym budynku za krzakami jest freeshop – pokazuje Leszek. – Każdy może stamtąd wziąć to, czego potrzebuje. Nie jest konieczne, że musisz dać coś w zamian. Ludzie przynoszą tu rozmaite rzeczy: ubrania, sprzęt RTV, AGD, sprzęt wspinaczkowy. Nie bierzemy tylko rzeczy rozwalonych i śmieci. W każdą sobotę po 12 czynny jest warsztat rowerowy, w którym można naprawić swój pojazd, przyspawać coś do niego, a nawet złożyć od początku z dostępnych części. W squacie działa też grupa, biorąca udział w akcji „Jedzenie zamiast bomb”. W każdą niedzielę przygotowują około stu porcji ciepłego jedzenia dla bezdomnych, które rozdają przy metrze Centrum. Każdy chętny może im pomóc. Otwarci na innych

Zrób to sam Wchodzimy do budynku, który kiedyś był skupem makulatury. Znalazła się grupa osób z zewnątrz, która chciała w nim urządzić skatepark – i udało się. Teraz stoją tu przeszkody, służące do rowerowych ewolucji. – Właśnie o to chodzi: my dajemy przestrzeń, możliwość, a ktoś przychodzi i coś robi – wyjaśnia Wojtek. – Naszym warunkiem jest, aby było

Co roku w okolicach października Squat Elba organizuje swoje urodziny, na które zjeżdżają się ludzie związani z ruchem squaterskim z całej Polski i z zagranicy. Rok temu wszyscy goście mieli się przebrać elegancko jak na wesele, sale były wypełnione ładnie nakrytymi stołami z wegetariańskim jedzeniem – np. pasztet z soczewicy ułożony w kształcie świni z jabłkiem w pysku. Przyjechało trzysta osób. W tym


SPOŁECZEŃSTWO

roku goście mają być poprzebierani… za szczury. Regularnie odbywa się też Bikefest – impreza rowerowa, na którą może przyjść każdy. W zeszłym roku na wiosnę w squacie odbył się festyn dla mieszkańców Żoliborza. – To miłe, że przychodzą ludzie, których znamy z widzenia, i są pozytywnie zaskoczeni. Osoby z najbliższych okolic wiedzą, kim jesteśmy, że to nie żadna melina ani ćpalnia – zaznacza Wojtek. – Nie rozdajemy ulotek: rób to, nie rób tamtego, zostań anarchistą. Chcemy, żeby ludzie tu przychodzili, ale nie zależy nam na byciu hipermodnym miejscem.

Kultura niezależna

Nie robimy rzeczy pod publikę i żeby się wstrzelić w trendy. O dalszej przyszłości na razie nie myślą. Na pewno chcą wciąż działać w ten sposób, choć nie są pewni, ile czasu przetrwa Elba. – Wiemy, że ten teren jest na sprzedaż, ale cena jest zbyt duża i nikt nie chce go kupić. Od samego początku zakładamy, że to miejsce tymczasowe. Wiadomo, chcielibyśmy, żeby to trwało jak najdłużej, ale nikt się nie łudzi, że to będzie np. 20 lat – przyznają. Hanna Dębska

21


SPOŁECZEŃSTWO

Żyjesz po to, aby jeździć, jeździsz po to, aby żyć – mówią fani tego „sportu”. Popularność motocykli, bo o nich mowa, rośnie bardzo szybko. Coraz więcej osób decyduje się dołączyć do grona zwolenników motocyklizmu. Jesteś otwarty na życie i nie boisz się nowych wyzwań? Może to „sport” dla ciebie?


SPOŁECZEŃSTWO

Fot. Ljubco Smokovski

Pasja dla ludzi z charakterem

23


SPOŁECZEŃSTWO

Pasja, a może styl życia? Kamil na co dzień uczy się w technikum geodezyjnym. Motocykle są w jego rodzinie od zawsze. Swoją pasję zawdzięcza głównie dziadkowi. – Mój dziadek posiadał łącznie cztery motocykle. Na jednym z nich jeździłem z nim na ryby – wspomina. – Któregoś razu, kiedy miałem około 12 lat, dziadek postanowił, że mnie pouczy, i tak to się zaczęło. W 2009 roku Kamil zdał egzamin na prawo jazdy, już na drugi dzień kupił sobie motocykl. Chętnie opowiada o swoich zainteresowaniach. – Uwielbiam jeździć szybko i agresywnie, ale tak samo uwielbiam spokojne „spacery” o zachodzie słońca. Samochód służy do tego samego i jest wygodniejszy? Może właśnie chodzi o brak wygody? Inaczej wygląda historia Ireny, studentki informatyki. – Ani rodzina, ani znajomi nie mają nic wspólnego z motocyklami. Szukałam czegoś, co będzie do mnie pasowało, a że za motocyklami oglądałam się od zawsze, to właściwie czemu nie? – mówi. Wydawać by się mogło, że zamiłowanie do motocykli to typowo męska pasja. Nic bardziej mylnego. – Znajomi patrzą na mnie ze zdziwieniem, trochę z kwaśnym uśmiechem – zdradza Irena. – Do czasu, kiedy zobaczą mnie na własnej maszynie i w pełnym motocyklowym stroju. Wtedy jest już tylko podziw – dodaje. Dla wielu osób motocykle są czymś więcej niż pasją, są stylem życia. Gdy zakładasz kask, inaczej patrzysz na świat. Z jednej strony to adrenalina, wolność i niezależność, ale również przyjaźnie, które zawiązują się na całe życie. – Najfajniejsi są ludzie, którzy fascynują się i wypytują. Kilku znajomych udało mi się przekonać do motocyklizmu i teraz robią prawo jazdy lub są czynnymi motocyklistami – mówi Kamil. Fani dwukołowych maszyn chętnie spotykają się i dzielą doświadczeniami. – Niektóre z klubów zrzeszają osoby spotykające się raz na jakiś czas, robią wspólne zloty – opowiada Kamil. – Są też takie kluby, które znamy z amerykańskich filmów, zatwardziali „harlejowcy” z brodami i skórzanymi kamizelkami, na których jest nick i funkcja, którą pełni się w klubie – tłumaczy. Motocyklem po Polsce W jaki sposób przełamać rutynę dnia codziennego? Oderwać się od szarej rzeczywistości? Najlepiej wybrać się w podróż po Polsce, oczywiście na motocyklu. Dla zagorzałych pasjonatów tego „sportu” to nic trudnego. Moi rozmówcy są zgodni, spontaniczne wyjazdy na drugi koniec Polski ze znajomymi są niezapomnianym przeżyciem. – Czasami wypady są jednodniowe, czasami weekendowe. Na motocyklu pokonanie 200-300 km w jedną stronę nie stanowi żadnego problemu, a jednodniowy wypad nad morze jest niesamowitą frajdą – mówi Irena.


SPOŁECZEŃSTWO

Oprócz spontanicznych wyjazdów w gronie znajomych równie często organizowane są zloty, w których biorą udział setki osób. – Zorganizowane wyjazdy są zwykle planowane na pół roku wcześniej – tłumaczy Kamil. – Kilka osób wpada na pomysł, rzuca znajomym, pisze na forach i zbiera chętne osoby. Organizatorzy ustalają trasę, noclegi, ilość osób – mówi mój rozmówca – Zwykle są to zloty danej marki motocykli, na przykład pod koniec wakacji odbył się zlot właścicieli Harley-Davidson w Kołobrzegu. Przełamać stereotyp Motocykliści często przedstawiani są w złym świetle, ich wizerunek „dawcy organów” jest bardzo rozpowszechniony. – Wiele jest niezbyt przyjaznych zachowań, chociażby przezywanie od „dawców” lub „idiotów”. Ludzie nie mają żadnych sensownych argumentów, mówią, że jeździmy 300 km/h środkiem miasta i hałasujemy – tłumaczy Kamil. W każdej grupie, również wśród motocyklistów, znajdą się jednostki, które chcą popisać się przed znajomymi. Zdrowy rozsądek znika wraz z rosnącą prędkością. Wypadki z udziałem motocyklistów często powodowane są przez nieuwagę kierowcy samochodu, który nie spojrzy w lusterko lub zajedzie drogę. Niektórzy robią to złośliwie, nie zdając sobie sprawy z tego, że coś, co ma być „żartem”, może być tragiczne w skutkach. Czy każdy z nas nadaje się na motocyklistę? – Polecam je każdemu, kto ma „poukładane” w głowie – wyjaśnia Mateusz. – Szczególnie osobom otwartym na życie i nie bojącym się nowych wyzwań – dodaje Kamil. Choć liczy się prędkość, styl i sprzęt, to nie za wszelką cenę. Aleksandra Knap

Pasja dla ludzi z charakterem

25


Jedni marzą o tym, by zostać dziennikarzami, inni, by w przyszłości leczyć ludzi, a on od dzieciństwa marzył o tym, by... jeździć i w ten sposób zaprzyjaźniony z maszyną zarabiać na życie oraz zwiedzać świat. Jednak kiedy to pozornie proste marzenie spełniło się, okazało się, że bycie kierowcą tira nie jest takie kolorowe, nawet dla tych, którzy kochają spędzać czas za kółkiem. Jak to się dzieje, że niegdyś upragnione marzenie staje się niemalże przekleństwem i czy warto postawić wszystko na jednej szali?

Bo z marzeniami nigdy nie wie, oj nie wie się… To, że początki każdego zawodu bywają ciężkie, było wiadome dla wówczas 21 – letniego Radka, lecz nigdy nie spodziewał się tego, że bywają aż tak trudne. Dużo załatwiania związanego z rozpoczęciem kursów na niezbędne prawa jazdy (kat. B, C i E), skomplikowane testy psychotechniczne, potem przeżywanie egzaminów – kolejny stres – w końcu zdanie owych egzaminów jest furtką do realizacji marzenia, a także do rozpoczęcia samodzielnego życia. Lecz wszytko to stanowiło przysłowiową kroplę w morzu. Dopłacić za doświadczenie Nikt nie zatrudni kogoś bez doświadczenia, chyba, że ma się znajomości – mówi Radek, który zaczął od praktyk w firmie oddalonej o 80km od swojego miasta. Wysłali mnie wraz z doświadczonym kierowcą w trasę Dania – Hiszpania, spędziliśmy tam siedem tygodni – wydawałoby się, że wszystko w porządku,

jednak Marek, drugi kierowca, zarobił za to 8 tysięcy złotych, ja dostałem za taką samą pracę 850 zł, a to przecież nawet niemalże na utrzymanie na Zachodzie nie starczy – najwyżej opłacenie ubikacji. Cóż, za zdobycie doświadczenia trzeba dopłacić – żali się chłopak. Mimo tego był wówczas wciąż optymistą. Wysłał


SPOŁECZEŃSTWO

nawet wiadomość swoim rodzicom, że dziękuje im za pomoc w realizacji marzenia, gdyż sam nie dałby rady finansowo. Cieszyły go widoki urokliwej Hiszpanii, spokojne duńskie autostrady, porządek w Niemczech oraz to, że prowadzi maszynę, dzięki której czuje się prawdziwym mężczyzną. To jakby ktoś, kto chciał być dziennikarzem od zawsze, zaczął prowadzić główne wydanie wiadomości albo posiadał autorski program – wyjaśnia. Rumunia Po powrocie z trasy i paru dniach odpoczynku chłopak został wysłany przez firmę na kolejne, tym razem tygodniowe praktyki. – W celu zdobycia doświadczenia na drogach południowo – wschodnich, oczywiście trzeba również dopłacić – informuje Radek. Jechałem znów z drugim doświadczonym kierowcą na zmiany, drogi w Rumunii trudne, dziur

Bo z marzeniami nigdy nie wie, oj nie wie się

więcej niż w polskich, prostytutki stoją nawet przy placach zabaw. Nagle zatrzymują nas krokodylki (tak nazywana jest w żargonie kierowców inspekcja transportu ruchu drogowego). Oni zawsze się przyczepią do stanu technicznego pojazdu, a wtedy trzeba bulić znów ze swojej kieszeni, choć powinna to być odpowiedzialność firmy. Lekko zestresowani usłyszeliśmy pytanie zadane przez nich po polsku: znasz zasady? – wtedy to należy dać 10 euro i jedzie się dalej – opowiada chłopak. Jednym zdaniem określiłbym Rumunię: celnicy chcą kasy, prostytutki chcą seksu, a bezdomne psy jeść. Anglia – Francja – Włochy – 6 tygodni samotności Najtrudniejszą trasą dla Radosława była trasa Anglia – Francja – Włochy, którą przebył bez drugiego kierowcy. Spędził w niej sześć tygodni. Samotność dawała mu o sobie znać. Czasem porozmawiał z kimś na postoju, ale rzadko, ponieważ wycieńczony jazdą, w czasie wolnym spał. Raz miałem ochotę się wygadać i na postoju spotkałem jakiegoś kierowcę z Serbii. Mimo tego, że nie mówił po angielsku, ani tym bardziej po polsku, ja nawijałem, a on kiwał głową nic nie rozumiejąc. Lecz to wystarczyło, by zrobiło mi się lżej – opowiada. Wśród kierowców wędruje anegdota, że jeżeli nie ma się do kogo gęby otworzyć, pogadać można z Kryśką – czyli własnym GPSem – dodaje. Przed wyjazdem, wyobrażałem sobie, że praca jako kierowca tira wygląda jak na amerykańskich filmach – w weekendy grill, może jakieś zwiedzanie nowych 27


SPOŁECZEŃSTWO

miejsc – w rzeczywistości jednak to weekendy były najgorsze – samotność, samotność i jeszcze raz samotność, a ze zwiedzania nici, gdyż nie można zostawić samochodu – żali się Radek. W Wielkiej Brytanii został złapany przez VOSA (brytyjska inspekcja transportu ruchu drogowego). Okazało się, że samochód Radka ma niesprawny hamulec w jednym kole. Miał 5 dni na to, by go zreperować, w przeciwnym razie, gdyby znów VOSA przyłapała jego ciężarówkę, firma musiałaby zapłacić 5 tysięcy funtów kary. Zadzwoniłem więc do firmy, bałem się, że będę musiał ponieść jakieś finansowe obciążenie, polecili mi, bym wyjechał jak najszybciej z Anglii i więcej do niej nie wracał. W tym zawodzie w Polsce nie liczy się kierowca, ale zysk firmy – mówi. W Anglii przydarzyła mu się również kolizja z autem osobowym, w której stłukł przednią lampę w swoim tirze i uszkodził komuś samochód. Kiedy przyjechała policja i zobaczyła, że jestem z Polski, skomentowała to machnięciem ręką i słowem: Polak – jakby wszystko było jasne. Zaskoczeni byli, kiedy zacząłem mówić do nich po angielsku. Doświadczeni kierowcy uczyli młodego podczas podróży promem na odcinku Anglia – Francja, że jeżdżąc w wysokich górach, musi oszczędzać hamulec nożny, bo może znaleźć się w takiej sytuacji, że nie będzie miał czym zahamować. Następuje bowiem przegrzewanie tarcz hamulcowych i lepiej jest hamować silnikiem. Po Alpach – dość trudnym odcinku, Radek jechał więc z duszą na ramieniu i obawą o własne życie, ładunek i o drogi pojazd. Był to dodatkowy stres

w jego podróży. Nieraz brakowało mu sił, tak, że pragnął wysiąść z samochodu i go kopnąć. Wszystko przez napięty i stresujący tryb życia kierowcy. Czas jest skrupulatnie obliczony i trzeba się wyrobić, a tu, kiedy jest się w danym miejscu po raz pierwszy, nie jest się w stanie wybrać najkrótszej trasy. Kiedy wybrałem krótszą drogę prowadzony przez Kryśkę, dojechałem do jakiś górskich ścieżek, gdzie tirem wjeżdżać nie wolno, ale jak tam zawrócić, kiedy tak wąsko? – opisuje Radek. Ponadto firma zabiera pieniądze za zbyt dużą ilość spalonego paliwa albo za niewyrobienie się w czasie – dodaje. Istnieje zasada, że jeżeli kierowcy wiozą coś wartościowego na „pace”, mówią, że wiozą szkło albo papier, aby zmniejszyć ryzyko napadu i kradzieży. Wiozłem dekodery, które były warte milion złotych – jak powiedziano mi we Francji. Zresztą, obchodzono się z nimi jak z jajkiem. Świadomość ta nie pozwalała mi spokojnie spać i powodowała dodatkowy stres. Jednak w Polsce okazało się, że jest to zwykły elektroniczny złom, który albo zostanie w Polsce sprzedany, albo wywieziony do Rumunii – opowiada. Pieskie życie Życie jako kierowca tira można porównać do życia psa podwórkowego na polskiej wsi. Sika się na koło, żre się z miski, śpi się w budzie i jest się przywiązanym – bo nie można zostawić gdzieś samochodu – tak Radek podsumowuje „zrealizowane marzenie”. Okazuje się, że z marzyć należy ostrożnie – dodaje. Karolina Jabłońska


Twój facet twierdzi, że ona jest tylko koleżanką i absolutnie nie pociąga go fizycznie. Spotykają się przy kawie w celu udzielenia sobie pomocy bądź plotkują. Tylko czy przyjaźń między kobietą a mężczyzna jest możliwa?

Przyjaciółka czy raczej rywalka? Ona była pierwsza, zanim poznałaś swojego faceta, wiedziała, że ten nie cierpi zupy pomidorowej i kibicuje Barcelonie. Kiedy miałaś okazję ją poznać, przedstawił ją jako najlepszą kumpelę. Dopiero po upływie paru miesięcy zorientowałaś się, że ona doradza mu, jaki prezent powinnaś dostać i wspiera po kłótniach. On oczywiście broni się, mówiąc, że twoja zazdrość nie ma podstaw, bo relacje między nimi są braterskie. Czy możesz mu zaufać? Czy też posłuchać koleżanek, które wmawiają ci, że takowa przyjaźń nie istnieje, a wręcz jest jak yeti – wszyscy o niej słyszeli, ale nikt nigdy jej nie widział? Balansujesz po cienkiej linii Psychologiczne badania wykazują, że miłość to nic innego jak przyjaźń, ale wzbogacona o seks. Bo w obu przypadkach chodzi o to samo: szacunek, zrozumienie, wsparcie, chęć przebywania razem, ale także lojalność i wierność. Bodźce seksualne są przecież wpisane w relacje z płcią przeciwną, a nie jest pewne, czy przyjaźń twojego faceta nie przemieni się przypadkiem w romans. Co gorsza, w każdej mieszanej parze to zazwyczaj kobieta oszukuje się co do czystości swoich intencji i maskuje uczucia. Sojuszniczka czy rywalka? Pytanie pierwsze. Jak długo się znają? Jeśli jest to przyjaźń z czasów szkolnych, nie masz najmniejszego powodu do niepokoju. Rzeczywiście relacje między nimi mogą być takie jak między rodzeństwem. Co innego, jeśli to zbratanie dusz jest świeże. Wtedy przyjaciółka może stać się groźną rywalką, która za główny cel postawiła sobie odbicie ci faceta. Pytanie drugie. Jak często się kontaktują? Jeśli raz na jakiś czas, a dokładniej raz na kilka tygodni, możesz być spokojna. Natomiast jeśli dzwonią do siebie 29


SPOŁECZEŃSTWO

dość często, a w dodatku wymieniają się smsami, jest to dla ciebie sygnał i masz prawo czuć się zazdrosna. Taka częstotliwość kontaktów jest możliwa jedynie dla bliskich. Bądź czujna, kiedy twój facet omawia wasze problemy ze swoją przyjaciółką, ponieważ wściekły na twój humor dostaje od niej wsparcie. Jednak uważaj, bo co innego, jeśli ona jest łącznikiem między płciami, a więc jest prawdziwą przyjaciółką, która potrafi wytłumaczyć przyczyny twojej złości. Ale umówmy się, szanse są znikome, a wręcz równają się znalezieniu igły w stogu siana… Czas na uczciwość Rozważ na spokojnie wszystkie za i przeciw. Przeszkadza ci częstotliwość spotkań twojego chłopaka z przyjaciółką? Co masz zrobić? Definitywnie zakazać wszelkich spotkań? Ale zastanów się, co może być skutkiem twojej chorej zazdrości…bo twój facet może dla świętego spokoju udawać, że zerwał z nią kontakt, a w tajemnicy będą się spotykać. Zanim zdecydujesz się na desperacki krok, porozmawiaj sama ze sobą. Zastanów się, co w tej sytuacji najbardziej cię irytuje. Czy czujesz się zagrożona, bo twojego faceta łączą dobre relacje z inną kobietą? Pamiętaj, że związek to nie tylko miłość – powinna łączyć was przyjaźń, która sprawi, że gdy wypali się to pierwsze zauroczenie, nadal będziecie chcieli być razem. Jeśli nie jednoczy was „koleżeństwo” i twój ukochany szuka go w ramionach kogoś innego, zastanów się, dlaczego tak się dzieje. Może błąd tkwi po twojej stronie, bo jesteś za bardzo krytyczna wobec jego osoby, więc ucieka do przyjaciółki, która akceptuje wszystkie wady i wspiera, gdy on tego potrzebuje? Powodem zazdrości jest najczęściej niskie poczucie własnej wartości, bo traktujesz każdą kobietę jako rywalkę, bo podświadomie nie wierzysz, że twój facet naprawdę kocha cię taką, jaką jesteś. Tyle że jeśli sama czegoś z tym nie zrobisz, zamęczysz zazdrością zakochanego faceta… Tylko nie szantaż! Jeśli po rozważeniu wszystkich możliwości dojdziesz do wniosku, że nadal widzisz niepokojące sygnały w relacji twojego partnera i jego przyjaciółki, czas mu to powiedzieć. Nie przesadzaj jednak ze swoją wylewnością, nie stawiaj ultimatum: ja albo ona! Powiedz mu po prostu, że ufasz mu, wierzysz, że cię nie okłamuje, ale masz poczucie, że nie jesteś w jego życiu jedyna kobietą. Nie potrafisz zaakceptować tego, że ma tak silny związek ze swoją przyjaciółką, bo uważasz że taki rodzaj bliskości powinien łączyć wyłącznie was. To tak naprawdę wszystko, co możesz zrobić. Kolejny ruch należy do niego. Jeśli rzeczywiście mu na tobie zależy, ułoży tak swoje kontakty, by nie ranić twoich uczuć. Ale jeśli zacznie cię oszukiwać, że już się z nią nie spotyka, powinnaś skończyć ten związek, bo najwidoczniej grasz w nim tylko drugie skrzypce… Magda Łupińska


Bez dogadania nie ma mieszkania Studia się zaczynają, więc pora opuścić domowe zacisze i udać się w daleki świat... Trzeba znaleźć sobie jakieś lokum, gdzie będziemy mogli mniej lub bardziej entuzjastycznie spędzać chwile, gdy nie jesteśmy na uczelni. Raczej nie stać nas na samodzielne mieszkanie. Zazwyczaj lądujemy w akademikach lub na stancjach i dzielimy pokoje z innymi osobami. Niekiedy zdarzy się, że mieszkamy ze swoimi znajomymi ze szkół średnich, ale jednak rzadko składamy papiery na tę samą uczelnię. W takim wypadku pozostaje dzielenie pokoju lub mieszkania z kimś zupełnie nam nieznanym. Może to być początek nierozerwalnej przyjaźni bądź wiecznych kłótni… Każdy ma inne przyzwyczajenia i zachowania. Ciężko jest się dobrać tak idealnie, aby odpowiadały nam wzajemne cechy charakteru. Przeszkadzać może wszystko – począwszy od chrapania, a skończywszy na zapominaniu o wyniesieniu śmieci. Wśród najlepszych przyjaciół takie nieporozumienia też się zdarzają i uwydatniają się dopiero, gdy postanowimy zamieszkać razem.

Niekiedy przyjaciel, którego znamy od bardzo dawna, może ujawnić jakieś ukryte cechy, które niekoniecznie nam się spodobają. Kasia, studentka zarządzania na UW, dopóki nie zamieszkała ze swoją przyjaciółką z ławki licealnej, nie wiedziała, że koleżance obce jest sprzątanie po sobie brudnych naczyń. Natomiast Arek pokłócił się z kumplem o to, że chrapał w nocy. Sytuacje banalne, ale do konfliktu mogą doprowadzić. Często trudno jest przewidzieć, z kim będziemy mieszkać. Zazwyczaj jest to zwykły traf, zamieszkamy zanim poznamy, a nawet, gdy poznamy to czy na pewno będziemy wiedzieć dostatecznie wiele na temat danej osoby i jej wad? Odbywa się to tak, że ktoś szuka współlokatora albo to my go szukamy. Nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Równie dobrze może to być jakiś imprezowicz. Wiadomo, tolerancja musi być, ale czy nie puszczą nam nerwy, gdy współlokator sprowadza znajomych o 3 nad ranem, a my tymczasem smacznie sobie śpimy, bo jutro na przykład mamy kolokwium? Nie ma co się stresować, gdy zdarzy się to raz czy dwa, ale jeżeli jest to sytuacja powtarzająca się notorycznie, to zaczyna wreszcie przeszkadzać. Radek nie wspomina dobrze mieszkania z kolegą, którego poznał podczas zajęć wyrównawczych z matematyki tuż przed rozpoczęciem studiów. „Wydawało się, że całkiem spoko koleś. Po matmie jakiś browarek, pogadanka i fajnie było, ale nie wiedziałem, że lubi on częste imprezy. Przez pierwszy tydzień była u nas wieczna parapetówa. 31


S T U D E N C K I E S P R AW Y

Ja wysiadłem po dwóch dniach. Goście spali w śpiworach na podłodze, bo mieliśmy kawalerkę. Nie wytrzymałem, po miesiącu się wyprowadziłem”. Iza, studiująca pedagogikę specjalną, też nie miała lekko. Wprowadziła się do dziewczyny, której ogłoszenie znalazła na stronie internetowej. Na początku wszystko się układało, dopóki nie zauważyła, że współlokatorka bez pytania pije jej kawę i częstuje się szynką lub serem. W końcu zaczęły znikać też jogurty. Nie wiedziała jak zareagować. Pomyślała, że współlokatorka odkupi jej „pożyczone” smakołyki, jednakże minęły dwa tygodnie, a znikały coraz to inne rzeczy, gdy wreszcie zwróciła uwagę koleżance, ta się obraziła. „Nie odzywałyśmy się przez kilka dni, wreszcie pewnego dnia przyniosła mi jogurt i całą kawę. Teraz wiem, że trzeba było od początku ustalić co i jak” – wspomina Iza. Trudna wydaje się sytuacja, gdy wprowadzamy się do mieszkania,

w którym już jest grupa znajomych, którzy ustalili pewne zasady w związku z korzystaniem z kuchni, łazienki, czy też innych wspólnych pomieszczeń bądź rzeczy. Na nas jako na tego „nowego” patrzą z dystansem i mogą czepiać się o różne banały, gdy złamiemy jakąś zasadę. Kamil raz spędził za dużo czasu w łazience po zjedzonym wcześniej obfitym obiedzie i za to dostało mu się od współlokatorów, którzy w danym momencie chcieli skorzystać z toalety. Dzielenie z kimś mieszkania lub pokoju wymaga sporych kompromisów i tolerancji. Wiadomo, że nie od razu musimy pogodzić się z przyzwyczajeniami innych, ale z czasem można się „dotrzeć”, a najważniejsze to rozmowa i ewentualne ustalenie zasad już na samym początku, aby uniknąć zbędnych nieporozumień. Renata Żelechowska

Śp. Renata Żelechowska – studentka II roku IEMiD-u, zm. 24.01.2011r. Kochanej Reni, dziękujemy za zaangażowanie w Kole Naukowym Studentów, za dobre słowo, za uśmiech, za pomoc i wsparcie. Koledzy i Koleżanki z Koła Naukowego Studentów IEMiD-u „Możesz uronić łzę, że odeszła, albo uśmiechnąć się, że żyła…”


Jaka jest Warszawa, każdy widzi. Piękna, ogromna i... nieprzewidywalna. Niedługo rozpoczną się rekrutacje na kolejny rok akademicki. Wielu przemyślało swój wybór, inni stawiają na tzw. spontan. A jak to jest ze szkołami wyższymi? Przepytałam kilku studentów. Każdy pochodzi z innej uczelni. I każdy miał do obalenia lub potwierdzenia stereotyp dotyczący miejsca, gdzie spędza kilka dni tygodniowo. Odpowiedzi zaskoczyły nawet mnie.

Stereotypy na temat warszawskich szkół wyższych Uniwersytet Warszawski Drugi najlepszy uniwersytet w Polsce. Prześciga go tylko tzw. „Jagiellonka”. Rokrocznie te dwie uczelnie zamieniają się tylko miejscami w tabelach. Co słychać o UW wśród studentów? Nietrudno zgadnąć – ludzie są do siebie nastawieni sceptycznie, są niekoleżeńscy, nie pożyczają notatek, to tzw. „wyścig szczurów”. Rozmawiałam na ten temat z Anetą, studentką filologii rosyjskiej. Mówi, iż „na uczelni panuje bardzo miła atmosfera. Studenci odnoszą się do siebie z sympatią i są bardzo koleżeńscy.” Zapytana czy słyszała o tych negatywnych opiniach o swoim uniwersytecie zaprzecza. Zaraz dodaje: „Nie zgadzam się z panującym stereotypem. Ludzie, których ja spotykam, są naprawdę bardzo koleżeńscy. Chętnie pożyczają notatki i co ważne, dzielą się doświadczeniami, przekazują informację dotyczące ciekawych zajęć, przestrzegają, jak się zachowywać w stosunku do pewnych „specyficznych” wykładowców itp. Zdarzają się osoby, które dążą do wyznaczonego celu po trupach, nie zważając na innych. Z kilkoma przypadkami się spotkałam, ale takich osób jest mało”. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie UKSW, skrót rozwijany przez uczniów na kilka możliwych sposobów, np. „Uniwersytet, Którego Się Wstydzę” lub nazywany „Uniwersytetem Na Końcu Świata”. 33


S T U D E N C K I E S P R AW Y

Fot. Kurier Lubelski

Rzeczywiście, jeśli Wawrzyszew czy Młociny są na „końcu świata”... Jednak chciałam się skupić na czymś innym. Do tej uczelni przyklejono metkę, że jest uczelnią katolicką. Paweł, student teologii, opowiada: „Studenci niezależnie od roczników pomagają sobie nawzajem. Nawiązują się przyjaźnie i znajomości. Dobre relacje zapewniają również wykładowcy, którzy jak mało kto rozumieją studentów oraz ich potrzeby.” Dalej mówi: „UKSW jako uczelnia katolicka – hm.... już trzeci raz wertuję statut uczelni i nigdzie nie jest napisane, że jest to uczelnia katolicka, tylko „propagująca wartości ogólnoludzkie i chrześcijańskie”, a to są dwie różne sprawy. Zadajmy sobie pytanie – czy UKSW ma gdzieś w nazwie słowo „katolicki”, jak KUL?”. Poruszona tym stereotypem pytam o organizowane zajęcia „pozalekcyjne”. Paweł odpowiada: „Jest organizowanych dużo zajęć (koła naukowe, juwenalia, konferencje, spotkania).” Politechnika Warszawska Gdy pyta się uczniów szkół średnich o warszawskie uczelnie, najczęściej wymieniają Uniwersytet Warszawski i tzw. „Polibudę”. Studenci sądzą, że właśnie na PW pierwszy rok to największy „przesiew”. Emilia, studentka transportu, opowiada: „Odczuwam przyjazną atmosferę, ludzie są bardzo życzliwi i chętni do pomocy. Bez problemu możemy prosić o pomoc starszych kolegów i koleżanki.”, z kolei zapytana o ten stereotyp mówi: „Niestety, ale tak jest, zwłaszcza po pierwszym semestrze. Warunkiem jest zaliczenie matematyki, dlatego też wszyscy nazywamy ją „gilotyną” lub „sito”. Jeżeli nie poradzisz sobie z tym przedmiotem, niestety odpadasz. W tym roku po pierwszym semestrze z dalszym studiowaniem musiało pożegnać się ok. 100 osób.” Powiało grozą? Emila dodaje: „Mówi się, że studiują tutaj tylko tzw. kujony, a tak naprawdę spotkać można dużo kreatywnych osób. Większość uważa, że studenci nic nie robią, tylko uczą się cały czas, a tak naprawdę wszyscy bierzemy aktywny udział w życiu towarzyskim. Świadczą o tym imprezy kulturalne organizowane przez Samorząd Studentów, na których jest duża frekwencja.” Czyli nie taki diabeł straszny jak go malują.


S T U D E N C K I E S P R AW Y

Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego SGGW, inaczej Warsaw University of Life Sciences, to warszawska uczelnia rolnicza (obecnie na prawach uniwersytetu), uważana za najstarszą i największą tego typu w Polsce. Jej początki sięgają 1816 roku. Jaka jest obecnie? Darek, absolwent kierunku zarządzanie i inżynieria produkcji, opowiada: „Mówiąc o SGGW wiele osób myśli np., że jest to uczelnia, która uczy budowy ziemniaka i uprawy roli. W rzeczywistości tak nie jest – uczelnia jest nowoczesna i posiada bardzo dobrą kadrę profesorską. Atmosfera na uczelni jest wyśmienita. Ludzie są uśmiechnięci, uprzejmi, chętnie pomagają innym. Profesorowie są fantastyczni, pozytywnie nastawieni na studentów – zawsze chętni porozmawiać, wytłumaczyć, pomóc.” Zapytany, czy nie żałuje swojego wyboru, odpowiada bez wahania: „Słyszałem trochę opinii o SGGW, ale i sam zadawałem sobie pytania, czy ta uczelnia jest dla mnie odpowiednia ze względu na samą nazwę. Moje wątpliwości rozwiali starsi studenci, którzy zachwalali uczelnię i mówili, że nie będę żałował. I faktycznie nie żałowałem.” Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie Academy of Special Education to najstarsza uczelnia pedagogiczna w Polsce. Brawo dla niej chociażby za to. O APSie niewiele wiadomo. Ale jeśli już idziemy w tą stronę, jeśli była organizowana akcja „Dziewczyny na politechniki”, to może zorganizujmy coś w stylu „Chłopcy na pedagogów”? Bowiem jedynym stereotypem, który usłyszałam o tej uczelni, jest właśnie fakt, że płeć piękna stanowi zdecydowaną większość wśród uczniów. Natalia, studentka pedagogiki, mówi: „Atmosfera jest świetna. Wykładowcy są w porządku. Owszem, zdarzają się tacy, którzy nie robią odstępstw od swoich reguł. Ale to pojedyncze przypadki i w większości można się z nimi dogadać. Nie ma problemów z zaliczeniami. Pomagają jak tylko mogą. Naprawdę są dla studenta autorytetem, partnerem i przyjacielem.” Zapytana czy słyszała jakiś stereotyp, uśmiecha się od ucha do ucha i opowiada: „Tylko to, że męża się tutaj nie znajdzie, bo są same dziewczyny. Na moim roku na 300 osób jest 10 facetów, więc to prawda.” Dziewczyny, przejdźmy na WAT... ;) Wojskowa Akademia Techniczna im. Jarosława Dąbrowskiego w Warszawie Sama angielska nazwa „Military University of Technology” napawa dumą. I nasuwa jedną oczywistą myśl – to uczelnia typowo męska. Sebastian, student chemii, zapytany przeze mnie o atmosferę musiał się głęboko zastanowić. Po chwili namysłu twierdzi, że „jest zależna od wydziału oraz od mentalności osób które uczęszczają na dany kierunek. Wypowiem się jedynie na temat wydziału nowych technologii Stereotypy na temat warszawskich szkół wyższych

35


S T U D E N C K I E S P R AW Y

i chemii: mianowicie, gdy mijałem bramy uczelni, nie czułem ani jakiejś atmosfery terroru czy totalitaryzmu starszych roczników, ani też ciepła domowego ogniska. Była to neutralna atmosfera, taka, w której da się studiować.” Ciągnie dalej: „Mój stosunek do stereotypów? Mimo nich spotkałem wiele kobiet na tej uczelni. Nie uważam, iż to miała być typowo męska uczelnia. Kobiety nie są dyskryminowane i jestem gotów powiedzieć, iż w sprawach naukowych nie raz były lepsze nawet ode mnie, od faceta. Nie widziałem specjalnego nacisku na zajęcia fizyczne – jedyne to obowiązkowy WF – tak jak na wielu innych uczelniach.” Akademia Obrony Narodowej AON to uczelnia dowódczo-sztabowa Sił Zbrojnych RP. Wydawałoby się – rygor, terror, zasady... Powiało grozą? Paula, studentka zarządzania lotnictwem, opowiada: „Przychodząc na uczelnię nieco się obawiałam, że atmosfera będzie typowo wojskowa. Jednak po pierwszych dniach studiowania wiedziałam, że jest inaczej. Ogólnie rzecz ujmując, bardzo sympatycznie. Każdy chętny do pomocy, wykładowcy bardzo mili, wojskowi również. Chętnie rozmawiają ze studentami, żartują, radzą. Poznałam tu świetnych ludzi, można nawet rzec, że powoli przeradza to się w przyjaźnie.” Spytana o zajęcia „pozalekcyjne” ze smutkiem stwierdza: „Hmm… niestety nasza uczelnia jest bardzo biedna i na takie rzeczy funduszy brak. Oczywiście samorząd stara się coś organizować, typu imprezy w klubach „AON on the Beach” „Majowe wibracje AON” itp. Do tego dochodzi bardzo słabo dofinansowywana przez uczelnie działalność kół naukowych, a jest ich kilka i do tego bardzo ciekawych. Dochodzi działalność naszych Strzelców, którym jako zasługę trzeba przypisać pomoc w ochronie ludzi przed Pałacem Prezydenckim w dniach żałoby oraz wartę przy trumnach pary prezydenckiej.” Spytana o prosty stereotyp, tak jak na WAT, odpowiada: „Uczelnia typowo dla facetów? Skąd! Jest tu naprawdę dużo dziewczyn, na moim wydziale nieco mniej, ale Wydział Bezpieczeństwa Narodowego jest całkowicie wymieszany. Owszem, kiedyś dziewczyny stanowiły tu wyjątek, o czym świadczy np. brak toalet damskich, tzn. są ale jest np. jedna kabina podczas gdy w męskiej są 3, czy pomyłki wykładowców typu: „Proszę Panów…” Jestem zdania, że tak samo jak nie można znaleźć przepisu na szczęście czy przyjemne życie, tak nie można przewidzieć jaka będzie przyszłość. To, gdzie się znajdziemy, zależy tylko od nas. To, jacy się staniemy, jest niemałą zasługą osób, z którymi się spotykamy. Do sedna – teraźniejszość i przyszłość tworzymy sami. I tylko od nas zależy, jaka będzie uczelnia, na której się znajdziemy. Bo szkoła wyższa to przede wszystkim uczniowie. Mamy zdecydowaną przewagę nad wykładowcami... Chociażby liczebną ;) Milena Walczak


Tem a

t nu

Nowa ustawa – hit czy kit? Nowela ustawy o szkolnictwie wyższym była jedną z ogłaszanych na początku tej kadencji reform, mających usprawnić działanie państwa. Jednak już ogłoszony w czerwcu 2009 roku projekt wzbudził wiele kontrowersji. Najszerzej omawianą zmianą jest wprowadzenie limitu kierunków dla studentów dziennych. Od dnia wejścia nowelizacji w życie każdemu studentowi przysługiwać będzie prawo do studiowania bezpłatnie na jednym kierunku studiów. Za każdy kolejny będzie trzeba odpowiednio zapłacić. Przywilej kończenia dwóch darmowych kierunków zachowa jedynie 10% najlepszych studentów. Ograniczeniom podlegać też będzie ilość miejsc przypadających na dany kierunek. Jeśli uczelnia zdecyduje się zwiększyć ilość miejsc o więcej niż 2% stanu z roku poprzedniego, będzie musiała postarać się o zgodę z ministerstwa. Według minister Barbary Kudryckiej zmiany te są przejawem

walki z patologią, rozwijającą się w murach uczelni, oraz dostosowaniem warunków studiowania do działającego również u nas systemu bolońskiego. Nowelizacja wprowadza też zmiany w zasadach zatrudnienia pracowników uczelni i szkół wyższych. Od tej pory wykładowca akademicki będzie miał prawo do jednoczesnego pracowania jedynie na dwóch etatach w instytucjach edukacyjnych. Ograniczony zostanie też czas pracy adiunktów i asystentów naukowych. Adiunkt w stopniu doktora będzie miał prawo do utrzymania tego stanowiska tylko przez osiem lat. Zakłada się, że jest to czas wystarczający na zrobienie habilitacji. Podobnie ma być w przypadku magistrów zatrudnionych na stanowisku asystenta. Nieobronienie doktoratu o czasie wiązać się będzie z utratą pracy. Dla pracowników już zatrudnionych na tych posadach odliczanie zacznie się wraz z wejściem nowelizacji w życie, tj. 1 października 2011. Nie wolno jednak zapomnieć, że ustawa wprowadza również zmiany w procedurach habilitacyjnych. Zamiast rozprawy habilitacyjnej wprowadzony zostanie autoreferat, który będzie musiał zostać dołączony do wniosku. Zlikwidowane zostanie też kolokwium habilitacyjne. Do tej pory

Fot. PAP

Wprowadzenie opłaty za drugi kierunek studiów, ograniczenie wieloetatowości pracy na uczelniach wyższych, limity czasowe dla adiunktów: te oraz inne zmiany w ustawie o szkolnictwie wyższym zostały przegłosowane przez Sejm w pierwszych dniach lutego.

mer

37

u


eru

Tem

um at n

T E M AT N U M E R U

postępowanie habilitacyjne stanowiło drogę do uzyskania tytułu profesora uczelni, a następnie profesora tytularnego. To również ma się zmienić. Nowelizacja zakłada zniesienie habilitacji jako kryterium dla osób wnioskujących o przyznanie tytułu profesora przez Prezydenta RP. Zniesiony zostanie też obowiązek nostryfikacji dyplomu i/lub tytułu naukowego dla tych, które uzyskane zostały w jednym z państw członkowskich UE oraz innych związków europejskich. Powstać ma też dodatkowa ranga przysługująca wydziałom, mającym najlepsze wyniki. Tak zwane KNOW-y, czyli Krajowe Naukowe Ośrodki Wiodące mają być wybierane raz na pięć lat. Przez czas trwania kadencji wydział z KNOW ma pierwszeństwo przy ubieganiu się o granty na sprzęt oraz badania, a także wyższe stypendia dla doktorantów i dodatki do pensji dla wykładowców. Nowelizacja spotkała się z szeroką krytyką zarówno wśród opozycji, jak i środowiska naukowego. Jako główną wątpliwość podawano ograniczanie dostępu do edukacji osób zdolnych, żądnych wiedzy, ale biednych, jak również promowanie studentów mniej zdolnych, za to dysponujących odpowiednimi funduszami. Kolejną kontrowersję wywołała wypowiedź pani minister, z której wynikało, że wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek studiów pozwoli wejść na uczelnie ponad 40 tys. nowych studentów. Według krytyków nowelizacji ma to doprowadzić do wyraźnego obniżenia standardu nauczania na uniwersytetach.

Swojego niezadowolenia nie kryją też internauci. Od czerwca 2009 roku, gdy ogłoszony został wstępny projekt nowelizacji, w Internecie zaczęły się mnożyć nieprzychylne komentarze. Jednym z najczęściej powtarzanych argumentów było wskazanie, że stanowi ona ucieczkę przed rozwiązywaniem faktycznych problemów polskich instytucji naukowych. Ustawa ma również zwolenników. Spotkała się z poparciem części organizacji naukowych oraz studenckich. „Ta ustawa jest zdecydowanie prostudencka” – powiedziała w rozmowie z PAP przewodnicząca Parlamentu Studenckiego, Dominika Kita.1 Ostrożnie na temat ustawy jeszcze w październiku 2009 roku wypowiadał się rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Marek Bojarski: „Za ewentualnym wprowadzeniem odpłatności powinny pójść zmiany ustawowe wprowadzające system preferencyjnych kredytów, które mogłyby być umarzane dla studentów najzdolniejszych, czy też system stypendiów socjalnych dla najuboższych”2 Ustawa wchodzi w życie z dniem 1 października 2011 roku. Oznacza to, że studenci, którzy w tym roku akademickim rozpoczną drugi kierunek studiów, nie będą jeszcze musieli za niego płacić. Za nowelizacją ustawy głosowało 242 posłów, 150 przeciwko. 39 wstrzymało się od głosu.

1

Za PAP 02.02.2011 http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/ 1,88047,7201912,Koniec_z_praca_wykladowcow_na_kilku_uczelniach.html#ixzz1EXwvubb8

2


Tem a

t nu

mer

Studenci w całej Polsce wyszli 17 lutego w Międzynarodowy Dzień Studenta na ulice akademickich miast. Protestowali przeciwko wprowadzeniu opłat za drugi kierunek studiów. Warszawscy studenci pod Belwederem skandowali: „Rząd na front!”, „Precz z reformą do cholery!”.

„Nie” dla płatnych studiów. Studenci protestują! W największych akademickich miastach zostały zorganizowane protesty przeciwko przegłosowanemu 4 lutego przez Sejm projektu ustawy „Prawo o szkolnictwie wyższym”, która zakłada, że za drugi kierunek trzeba będzie zapłacić. Z opłat mieliby być zwolnieni jedynie najlepsi studenci, którzy otrzymują stypendia. Na pl. Giedroycia zgromadziło się około siedemdziesięciu studentów. Pod oknami Belwederu krzyczeli m.in.: „Edukacja prawem, nie towarem!”. Studenci postulowali o zawetowanie projektu ustawy przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego. „Jesteśmy przekonani, że wprowadzone rozwiązania są sprzeczne z wizją rozwoju Polski jako nowoczesnego kraju wykształconych obywateli. W obecnej formie ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym nie rozwiązuje problemów, a dodaje nowe” – piszą w otwartym liście protestacyjnym. Studenci tłumaczą, że płacenie czesnego za drugi kierunek studiów „uniemożliwia mniej zamożnym studentkom i studentom poszerzanie swoich horyzontów i rozwijanie swoich pasji”. Twierdzą również, że prowadzi to do braku możliwości znalezienia pracy. Według studentów „podstawowym problemem polskiego systemu nauki i szkolnictwa wyższego jest jego rażące niedofinansowanie, a nie marginalne w swoim rozmiarze zjawisko nadużywania prawa do studiowania”. „Nie zgadzamy się z opinią Parlamentu Studentów RP, jakoby proponowana reforma miała prostudencki charakter. Sytuacja według nas jest całkowicie odmienna – ustawa jest pierwszym krokiem do wprowadzenia powszechnych opłat za naukę na uczelniach publicznych. W związku z tym jesteśmy zmuszeni odmówić tej instytucji moralnego prawa reprezentowania naszych interesów i sami stanąć do walki o prawo do wolnej, otwartej i bezpłatnej edukacji dla wszystkich” – zaznaczają studenci z Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego. 2 marca przed Sejmem odbył się kolejny protest przeciwko nowej ustawie. Organizatorem był NSZZ „Solidarność”. Głównymi zarzutami postawionymi przez związkowców były niskie nakłady na naukę, ograniczenie swobody akademickiej i wstęp do prywatyzacji publicznego szkolnictwa wyższego. Magdalena Kowalewska 39

u


Fot. Mat. Promocyjne demokratyczne.pl

Te nu mat mer u T E M AT N U M E R U


Fot. GlowImages

Karoshi – samobójstwo z pracoholizmu Termin „karoshi” definiuje się jako śmierć z przepracowania i stresu. Pochodzi z Japonii, gdzie po raz pierwszy pojawił się w 1969 roku. Naczelnym przypadkiem odnotowanym w tym czasie była śmierć 29-letniego pracownika działu dystrybucji w jednej z największych japońskich gazet. Powodem zgonu było przepracowanie, spowodowane przeciążeniem obowiązkami, co ostatecznie doprowadziło do wylewu i śmierci. Oficjalne badania podają, że w Kraju Kwitnącej Wiśni umiera z przepracowania około 10 tys. ludzi rocznie. Choć eksperci szacują, iż ich liczba jest znacznie większa i sięga nawet do 50 tys. W latach 1974–1990 Tetsunojo Uehata, autor publikacji ,,Karoshi, death by overwork”, zanalizował 203 przypadki ataków serca wśród ludzi, przy czym 174 z nich zmarło, 55 zgonów uznano za wynik przepracowania, 123 – wylew i 77 – zawał. Cechą wspólną dla nich było jednak zbyt duże przepracowanie, sięgające do 60 godzin tygodniowo i ponad 50 nadgodzin w ciągu miesiąca. W roku 1975 liczba Japończyków usilnie pracujących wzrosła do 3 mln, a w 1987 roku nawet do 7 mln. Długoterminowość tego zjawiska w konsekwencji staje się powodem zachorowań i śmierci. Mimo wszystko Japończycy wciąż dużo pracują, a zmuszają ich do tego ciągłe zmiany w wymaganiach, zabieganie o dobrą pracę, chęć spełnienia oczekiwań 41


NAUKA

pracodawcy, nie licząc się przy tym z własnymi siłami i konsekwencjami wynikającymi z przepracowania. Motyw pchający mieszkańców Japonii do tak zgubnego postępowania ma swoje korzenie w kulturze, gdzie niczym dobrzy samuraje dbają i ogromnie angażują się w działalność swojej firmy, poświęcając jej cały swój wolny czas, umiejętności, nabyty warsztat, a przede wszystkim walczą o jej dobro kosztem wszystkiego... nawet siebie. Takie warunki stwarza swoim pracownikom większość japońskich firm, które nastawione są na jak najskuteczniejszą oraz maksymalną produktywność. Działający w nich system zarządzania, przepojony obsesją ciągłego ulepszania, bycia niezrównanym na rynku, stawia swoim pracownikom zbyt wielkie wymagania, sprawiając, że aby im podołać ograniczają samych siebie, swój czas oraz otoczenie. Przykładem są tu lata 70. XX wieku, kiedy fabryka Toyota, zatrudniła do pracy robotników, pochodzących z różnych regionów kraju, przetrzymywanych w ściśle strzeżonych obozach, od których wymagano pracy po godzinach, odwołano urlopy, ciągle przenoszone w inne miejsca, co w konsekwencji doprowadziło do wielu zgonów, w tym również ludzi młodych. Problemy takie nie dotyczą tylko ludzi, którzy chcą osiągnąć sukces, chorobliwie ambitnych, ale coraz częściej słyszy się, że ofiarami „karoshi” padają bezbronne, niewinne dzieci. Reportaż ,,National Geographic” w niezwykle drastyczny sposób ukazał następstwa ,,śmierci z przepracowania” wśród uczniów szkół. Powodem tego zjawiska jest w szczególności rygorystyczny system nauczania, ciągłe egzaminy, których nie da się zaliczyć bez korzystania z dodatkowych zajęć i ,,wkuwania” po nocach, aby móc przejść do następnej klasy czy szkoły bądź na następny rok – jak to ma się w przypadku studiów. Zdaniem psychologów i specjalistów wszystko zależy od naszego podejścia do pracy i stawianych nam obowiązków, bo nie wszyscy ludzie, którzy czerpią z nich satysfakcję, stają się pracoholikami. Kiedy potrafimy umiejętnie zagospodarować czas, gdy bez problemu możemy się oderwać od obowiązków, po prostu odpocząć, zająć się codziennymi czynnościami, ryzyko „wewnętrznego wypalenia” prowadzącego do śmierci jest znikome. Problem pojawia się wtedy, gdy człowiek nie potrafi prawidłowo funkcjonować bez pracy. Jest ona dla niego najważniejszym elementem w życiu, bez którego nie będzie w stanie się odnaleźć, a czas bez niej po prostu uzna za stracony. Uzależnienie od niej nie tylko wpływa destrukcyjnie na psychikę, ale również na organizm, czego konsekwencje widoczne są zarówno wewnątrz ciała, jak i na zewnątrz. Życie w nieustannym biegu, stresie, myśli, aby tylko podołać obowiązkom, stawianym sobie wcześniej celom, aby osiągnąć pożądane efekty, doprowadza z czasem do różnych uzależnień. Do podstawowych, a zarazem początkowych należą: częste spożywanie kawy, sięganie po tabletki multiwitaminowe, napoje energetyzujące, a kiedy to przestaje przynosić rezultaty, zaczyna się „przygoda” z narkotykami, które wyniszczają organizm, prowadząc do śmierci.


NAUKA

Odsetek japońskich pracowników umierających na „karoshi” powinien stać się przestrogą, stanowić memento dla ludzi zapatrzonych tylko w pracę i wynikające z niej korzyści oraz przerastające normalnego człowieka ambicje, które rujnują ducha i ciało. Problem nie ogranicza się jedynie do społeczności japońskiej, swym zasięgiem obejmuje również kraje europejskie, w tym Polskę oraz Amerykę. Rozwijający się pracoholizm może okazać się jedną z poważniejszych chorób cywilizacyjnych. Paulina Ziemińska

Karoshi – samobójstwo z pracoholizmu

43


Nasze pierwsze spotkanie nie rokowało dobrze na przyszłość. Ot, przerzucając kanały, przystanąłem na dłużej przy jednej z list przebojów na programie MTV2. Spojrzałem – pierwsze miejsce, mało rockowy wstęp, staroświeckie ubiory – nic ciekawego – pomyślałem i zmieniłem kanał. Dwa tygodnie później sytuacja się powtórzyła, tym razem jednak postanowiłem wytrwać i posłuchać, czym to zachwyca się od dłuższego czasu rockowy światek. Nie powiem – po 30 sekundach byłem już pewien, że kanału nie zmienię, całość po prostu mnie porwała. Tak poznałem brytyjską grupę Florence and the Machine, jeden z najlepszych debiutów 2009 roku.

Dziewczyna o króliczym sercu Za tą tajemnicza nazwą (zapisywaną również jako Florence + the Machine) kryje się autorka tekstów i wokalistka – Florence Welch (Florence) oraz grupa muzyków, z których warto wymienić z nazwiska Roberta Ackroyda, Christophera Lloyda Haydena, Isabelle Summers, Toma Mongera(the Machine). Ich muzyka klasyfikowana jest jako rock alternatywny, znaleźć można w niej jednak wiele innych podgatunków, od soulu aż po Indie pop i neofolk. Florence od małego występowała na rodzinnych uroczystościach, głównie na… pogrzebach. Dorastała w domu pełnym muzyki Toma Jonesa, The Smiths, ale też Kate Bush czy The White Stripes. Otoczona różnorakimi dźwiękami postanawia związać swoją przyszłość z muzyką. Z tym nastawieniem, w 2007 roku kompletuje ekipę, by rok później, po podpisaniu kontraktu z Island Records, wydać debiutancki mini album „A Lot of Love. A Lot of Blood”. Lecz dopiero wydany w 2009 r. album „Lungs” przynosi grupie sukces, zwieńczony nagrodą Critics Choice BRIT Award i drugim miejscem na liście najlepiej sprzedających się płyt w 2009 roku. Czemu „Lungs” zawdzięcza swój sukces? Choćby nietypowym połączeniom brzmień. Na albumie oprócz standardowych dla alternatywnego rocka gitar, perkusji czy elektroniki usłyszeć można harfy, kwartet smyczkowy, chór, odgłosy stepowania czy tłuczenie szkła. Każda kompozycja to krótka historia, czasem pogodna, innym razem pełna napięcia, która wraz ze zwrotami muzycznymi, w połączeniu z baśniowymi, często nietypowymi tekstami, naszpikowanymi metaforami oraz pełnym emocji i siły wokalem Florence, tworzy spójną i niezwykłą całość. Teksty typu: Happiness hit her like a train on a track, czy My boy build coffins he makes


them all day/But it’s not just for work and it isn’t for play, nie są niczym niezwykłym. Jak powtarza Florence, jej zamierzeniem było śpiewać o miłości, bólu i cierpieniu. A jej wokal zdaje ten egzamin śpiewająco – pełen jest emocji, w niektórych momentach przyprawia wręcz o ciarki, a nietuzinkowe teledyski przykuwają uwagę i dopełniają całości (choćby ten do promującego „Lungs” utworu „Rabbit Heart”) I choć problem stwarza klasyfikacja gatunkowa tej grupy, to muzyka broni się świetnie sama, zarówno gdy spojrzeć na nią jak na Indie pop, jak i na rock alternatywny. „Lungs” jest albumem, z którym powinien zapoznać się każdy, komu nie odpowiada papka i sieczka serwowana w większości radiostacji i w telewizji. Materiał znajdujący się na płycie jest różnorodny, nieszablonowy i momentami wręcz baśniowy. Piękne teksty, świetna muzyka i pełen pasji wokal Florence tworzą mieszankę niezwykle wciągającą, w której można zakochać się od pierwszego przesłuchania. Grupa nie tylko stworzyła coś bardzo wartościowego, ale i odniosła z tym materiałem komercyjny wręcz sukces. Mnie osobiście zachwycił ten album, trudno się nim znudzić, a kolejne, rozszerzone wydania tylko zaostrzają apetyty. Warto tu wspomnieć ostatnią reedycję („Beetwen Two Lungs”), gdzie na dodatkowej płycie znalazły się wersje live, utwór z filmu „Zaćmienie” – „Heavy in your arms”, oraz zapowiedź nowego albumu – utwór Strangeness and Charm (live). Grupa rozpoczęła już nagrywanie nowego materiału, który ma ukazać się w tym roku. Jak mówi sama Florence Welch, utwory będą nawiązywać bardziej do zjawisk fizycznych (pryzmatów, rozszczepiania światła, substancji) niż – jak to było na „Lungs” – do biologii. Zachęcam do sięgnięcia po ten nietuzinkowy album. Kamil Gabinecki Dziewczyna o króliczym sercu

45

Fot. Kamil Gabinecki

K U LT U R A


Autorka tekstów, muzyki, wokalistka, gitarzystka, a do tego modelka i partnerka znanego muzyka. O kim mowa? O znanej z urody porcelanowej laleczki Karen Elson, dobrze rozpoznawalnej w późnych latach 90-tych, aktualnej żonie Jacka White’a (współzałożyciela zespołu The White Stripes). Jednak zamiast prezentować się na wybiegu, postanowiła wejść na rynek muzyczny – i to z dość dobrym wynikiem.

Kobieta duch Miałem tyle szczęścia, że z muzyką Karen Elson zetknąłem się bez wiedzy, kim sama wokalistka jest, i oceniłem materiał bez brania pod uwagę, że producentem był wspomniany wcześniej Jack White (czego zresztą aż tak dobrze nie słychać). Sam album „The Ghost Who Walks” przywodzi na myśl Stany Zjednoczone lat 50., 60. Leniwe, folkowe melodie z domieszką country dobrze oddają ten klimat, a sama Karen zdaje się siedzieć obok nas i snuć swoje historie. Zdarzają się fragmenty w stylu The White Stripes, ale są one rzadkością, ponieważ to Karen jest autorką większości materiału zamieszczonego na płycie. Muzycznie album wypada bardzo przyjemnie. Lekko akustyczne brzmienie, przywodzące na myśl ballady grane


Fot. Kamil Gabinecki

K U LT U R A

Kobieta duch

47


K U LT U R A

przy ognisku, dobrze komponuje się ze smutnymi tekstami. Motyw śmierci, przemijania towarzyszy bowiem słuchaczom przez cały album. W miejscach, gdzie muzyka staje się weselsza, wystarczy wsłuchać się w tekst, by zrozumieć, że to tylko pozory. Odpowiadający za ten nastrój muzycy z The Dead Wheater (Jack Lawrence, Dean Fertita), nie oszczędzają słuchaczy już od pierwszego kawałka. W „The Ghost Who Walks” (to również ksywka Elson, związana z jej bladą cerą) – utworze otwierającym cały album – Karen opowiada nam o duchu i morderstwie, w tle przygrywają klawisze, kojarzące się z The Doorsami. W środowisko pacyfistów przenosi nas delikatna „Lunasa”, jeszcze dalej w przeszłość zaś – „100 years from now”, stylizowane lekko na Edith Piaf. Nie brakuje też trochę mocniejszych, bardziej rockowych fragmentów („The truth is in the dirt”). Karen pełnymi garściami czerpie z folkloru i muzyki country. W „Stolen Roses” słyszymy kobzę, przez co utwór przypomina wędrowną legendę rodem z Anglii. Natomiast „Cruel Summer” może przywodzić na myśl nasze Polskie góry, słyszymy w nim bowiem lekko rozstrojone skrzypce. Całościowo album tworzy specyficzny klimat. Utwory brzmią wręcz jakby były nagrane 50-60 lat temu, aż dziw że nie mamy do czynienia z płytą winylową. Specyficzny jest też głos Karen – może nie najlepszy, ale świetnie sprawdzający się właśnie w takim klimacie. Z jednej strony jest spokojny, wręcz kołyszący, z drugiej (jak np. w „Garden”) pełen emocji i napięcia. Ma on w sobie coś

magicznego, lekko tajemniczego, wręcz hipnotyzującego. Wokalistka wybrała materiał w którym czuje się najlepiej – i to słychać. Album ma jednak też swoje minusy. Nie został jeszcze wydany w naszym kraju (premierę miał w maju ubiegłego roku), można go jednak sprowadzić zza granicy. Oprócz tego utwór „Stolen Roses” dość mocno przypomina znaną balladę Nicka Cave’a – „Where the wild roses grow” (nawet w tekście : „...I will go where the stolen roses grow...” ). Można się czepiać, że niektóre utwory wypadają słabiej (co nie psuje w ostateczności całej płyty), a promujące album „The Truth...” i „The Ghost...” lekko odstają od reszty materiału (co nie znaczy, że są z kompletnie innej bajki). W ostatecznym rozrachunku album wypada jednak pozytywnie, wpisując się w dobrym stylu w dość modny nurt retro. „The Ghost Who Walks” nie przypadnie wszystkim do gustu. Sięgną po niego pewnie fani folku, country, ale też ci, którzy szukają czegoś spokojniejszego. Album kołysze się bowiem trochę leniwie, oddając zamierzony klimat, miejscami hipnotyzując. Świetnie słucha się go wieczorem, gdy z kubkiem gorącej herbaty relaksujemy się w fotelu po szkole czy pracy. Mimo z pozoru przygnębiającej tematyki, album wcale nie dołuje, lecz lekko wycisza i uspokaja. Snuje się jak ogniskowe opowieści, z delikatnie wyczuwalnym w tle napięciem. I choć zakupienie go w Polsce może sprawić trudności, to warto go zamówić, choćby dla tego przyjemnego klimatu.


Kontrowersje wokół „Damy z gronostajem”

49


K U LT U R A

Do końca stycznia mogliśmy podziwiać na Zamku Królewskim w Warszawie jeden z najważniejszych portretów światowego malarstwa: „Damę z gronostajem” Leonarda da Vinci . Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie wypożyczyło stolicy „Damę z gronostajem” wraz z innymi bardzo wartościowymi pamiątkami rodziny Czartoryskich ze względu na odbywający się remont muzeum. Słynna „Dama z łasiczką” w tym roku w listopadzie ma wyjechać do Londynu na wystawę organizowaną w National Gallery pt. „Leonardo – malarz mediolańskiego dworu”. Po podjęciu tej decyzji nie obyło się bez protestów. Wśród muzealników i historyków sztuki rozgorzała gorąca dyskusja na temat podróży tego dzieła

– „Damę z gronostajem” Leonarda da Vinci warto obejrzeć, ponieważ jest to wyjątkowo piękny obraz, jedyne dzieło autorstwa tego słynnego malarza w zbiorach Polski. To również jeden z niewielu z portretów tego mistrza, które zachowały się do naszych czasów. Niewątpliwie jest jednym z najcenniejszych dzieł sztuki – zachęca dr Artur Badach, kurator Ośrodka Sztuki na Zamku Królewskim. Rzeczywiście, należało się spieszyć. „Dama z gronostajem”, znana wszystkim również jako „Dama z łasiczką”, była eksponowana na Zamku Królewskim tylko do końca stycznia. Od maja w stolicy obraz ten zobaczyło około 70 tysięcy osób. Pracownicy Zamku Królewskiego podkreślają, że to bezcenne dzieło sztuki cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. „Dama z łasiczką” renesansowego mistrza, należąca do najważniejszych porterów światowego malarstwa, została umieszczona na Zamku Królewskim w szczególnym miejscu – w sali senackiej. To jedna z najbardziej wyjątkowych i niepowtarzalnych ekspozycji w historii Zamku. Specjalnie na tę wystawę przygotowano scenografię, aby móc wyróżnić „Damę z łasiczką”. Obraz został umieszczony na półokrągłym piedestale. Zwiedzający, którzy chcieli zobaczyć niezwykłą i tajemniczą „Damę z łasiczką” musieli wejść do niewielkiego, owalnego pomieszczenia, aby stanąć oko w oko z Cecylią Gallerani, którą Leonardo da Vinci unieśmiertelnił w taki sposób, że stała się słynna na całym świecie. – To spojrzenie i poza Cecylii Gallerani wyrażają bardzo dużo. Z jednej strony artyście udało się oddać jej piękno, delikatność, subtelną urodę. Obraz pokazuje również Cecylię jako bardzo pewną siebie i dumną kobietę – wyjaśnia Artur Badach. Właścicielem obrazu jest Fundacja Książąt Czartoryskich w Krakowie. Natomiast opiekę nad tym dziełem sprawuje krakowskie Muzeum Narodowe, które nie wyraża aprobaty na wyjazd „Damy z gronostajem”. Nie ma ono jednak wpływu na podejmowane decyzje związane z wyjazdem „Damy” . Pracownicy Muzeum Narodowego uważają, że obraz nie powinien być narażany na liczne niebezpieczeństwa związane z jego przemieszczeniem. Gdy Fundacja


K U LT U R A

Książąt Czartoryskich nie uzyskała zgody od małopolskiego konserwatora na planowany wyjazd tego obrazu do Londynu, wówczas zwróciła się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tam po dwukrotnych obradach komisji, wiceminister kultury Piotr Żuchowski podpisał zgodę na wywóz tego najcenniejszego dzieła w zbiorach polskich i tłumaczył, że „ranga londyńskiej wystawy dzieł Leonarda da Vinci, standardy zabezpieczeń oraz stan zachowania obrazu zdecydowały o tym, że główna rada konserwatorska wyraziła zgodę na wywóz tego obrazu” na wystawę do Londynu. Zdaniem Artura Badacha, kuratora Ośrodka Sztuki na Zamku Królewskim, „Dama z łasiczką” powinna pojechać na wystawę do National Galery: – Wysyłając obiekt muzealny, szczególnie takiej klasy jak „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci, wszystkie służby muzealne – konserwatorzy, ochrona i inni – podejmują wszelkie możliwe działania, aby dzieło mogło odbyć podróż i aby powróciło na swoje pierwotne miejsce bez najmniejszego uszczerbku. Wydaje się, że na tę planowaną wystawę do National Gallery w Londynie „Dama z gronostajem” powinna pojechać, ponieważ jest to wystawa monograficzna prac Leonarda da Vinci. Kurator Ośrodka Sztuki tłumaczy, że dzieła eksponowane na wystawach monograficznych zyskują w tym sensie, że pokazywane są na tle innych prac tego samego artysty. Według niego wystawa jest również okazją do pogłębienia badań naukowych i archiwalnych oraz sposobem na przyciągnięcie uwagi licznych specjalistów. Polscy historycy sztuki głośno protestowali przeciwko wywożeniu „Damy z gronostajem” za granicę za pośrednictwem organizacji ArtWatch, która zajmuje się monitorowaniem najcenniejszych światowych zbiorów. Na łamach brytyjskiego „The Observer” pojawił się artykuł nazywający „szaleństwem” wysyłanie „Damy z gronostajem” na tę wystawę. Natomiast belgijska gazeta „Le Soir” napisała, że „Muzeum Czartoryskich żyje częściowo z wypożyczania swojej „Damy z gronostajem” w zamian za wynagrodzenie”. – To byłoby poniżej standardów, gdybyśmy za wypożyczenie nie żądali niczego. Zresztą wszystkie inne obrazy, które ściągają Anglicy, nie są za darmo. To nie jest żaden wstyd – zaznacza Maria Osterwa-Czekaj, wiceprezes Fundacji Książąt Czartoryskich. I dodaje, że pieniądze zostaną przeznaczone na remont muzeum. Ponadto wiceprezes Fundacji Książąt Czartoryskich mówi, że wystawa jest tak prestiżowa, iż tego obrazu nie powinno na niej zabraknąć. Magdalena Kowalewska

Kontrowersje wokół „Damy z gronostajem”

51


O najnowszej premierze Teatru Syrena „Skazani na Shawshank”, swojej głównej roli i wyróżnieniu w tym spektaklu oraz o złożonych uczuciach bohatera dominujących na scenie mówi Matusz Damięcki w rozmowie Magdaleną Kowalewską.

Damięcki: „Skazani na Shawshank” pulsują we mnie, każda próba daje mi coś nowego Teatr Syrena przygotował teatralną wersję kultowego filmu „Skazani na Shawshank”. Czuje się Pan wyróżniony jako odtwórca głównej roli w tym spektaklu? Tak, czuję się bardzo mocno wyróżniony. Zadanie jest karkołomne. Bez względu na to jak bardzo chcielibyśmy uciekać od porównań tego spektaklu do hollywoodzkiej produkcji filmowej, zapewne i tak będziemy musieli zmierzyć się z tymi próbami porównań. Trzeba przyznać, że film jest bardzo znaczący dla naszych czasów i naszej kultury. Cały czas żyję „Skazanymi na Shawshank”, pulsuje to we mnie i każda próba daje mi coś nowego. Nie chodzi o to, ile ma się lat i czy jest się postawnym człowiekiem. Najważniejsze jest to, w jaki sposób człowiek zachowuje się w warunkach, które zabijają i które niszczą. Nie ma tam miejsca na dobro,

wrażliwość, współczucie. Cały czas zadajemy sobie pytanie czy pewne jednostki ludzi są w stanie walczyć w takiej rzeczywistości. Moja postać będzie walczyła – w jedyny unikalny dla siebie sposób, którego nie posiada nikt inny. Jaki jest Andy, w którego wciela się Pan i który zostaje skazany na dożywocie? Moja postać cały czas bada i przesuwa pewne granice. On sam jest cały czas na granicy śmierci. Jednak z odwagą przeciwstawia się temu, z czym się wewnętrznie nie zgadza. Bez wahania zgodził się Pan zagrać tę skomplikowaną postać? Od zawsze jestem związany z zawodem aktora. Nie wiem, w jaki sposób osoby nienależące do tego środowiska wyobrażają sobie taką sytuację,


Fot. Jola Lipka

K U LT U R A

w której aktor odmawia zagrania tak znaczącej roli. Nie znajduję odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś miałby odmówić. Dla mnie jest to naprawdę ogromne wyróżnienie i doświadczenie. Czas spędzony na próbach i na ostatnich przygotowaniach to dla mnie całe życie. Ta praca jest moim życiem. Jaki był najtrudniejszy moment w czasie przygotowywania spektaklu? Myślę, że najtrudniejszy moment jeszcze mnie czeka. Przede mną jeszcze kilka prób i na każdej z nich staram się zmierzyć z powierzonym mi zadaniem. Pana ulubiona scena lub słowa głównego bohatera? Jest bardzo wiele takich scen. Mam jeden ulubiony cytat: „Piekło jest tutaj, Red, w Shank, i jeśli mogę przykręcić kurek, żeby było odrobinę mniej gorąco, zrobię to“. Dlaczego akurat ta sentencja tak bardzo zapadła Panu w pamięć? Słowa te pokazują bardzo złożoną naturę bohatera. Wiemy już, dlaczego Andy znalazł się w tym strasznym miejscu i jeżeli przychodzi moment, że to on wypowiada te słowa, zdajemy sobie sprawę, że nie jest jednolitą postacią.

A co wyróżnia ten spektakl? Uciekliśmy od rodzajowości więziennej. Jest kilka niespodzianek, których nie chcę zdradzać np. w ogóle nie widzimy celi – to jest coś, co stanowi pewną tajemnicę tego przestawienia. Staraliśmy się czerpać esencję więziennej rzeczywistości z filmu, jednak spektakl ten nie jest jego kopią. Bardziej zagłębiamy się w psychikę bohaterów, ich grzechy i zmagania ze sobą. Tak naprawdę głównym bohaterem jest Red i to przez niego dokonuje się oczyszczenie Andego.

Damięcki: „Skazani na Shawshank” pulsują we mnie…

53


Death is peaceful... easy. Life... is... harder, czyli Saga „Zmierzch”: Zaćmienie 9 stycznia 2009 roku, 20 listopada 2009 roku, 30 czerwca 2010 roku – te trzy daty fani polskiej wersji Sagi „Zmierzch” zapamiętają na pewno na długo. Czemu? Krótko, zwięźle i na temat – premiera. Tak, to jedno słowo zagościło na ustach fanów już długo, długo przed upragnionym dniem. Dwa tygodnie w namiotach pod kinami, rezerwacje zrobione 4 miesiące przed premierą, piana cieknąca z ust każdej dziewczyny na widok głównego bohatera – tak w skrócie można opisać nastroje, które towarzyszyły fanom podczas czekania na dzień premiery. To, że świat ogarnęła fala tzw. „wampiryzmu”, wie każdy. Bo jak przejść obojętnie obok umięśnionego ciała Jacoba Blacka (Taylor Lautner) czy diamentowego torsu Edwarda Cullena (Robert Pattinson)? Mężczyźni znajdą też coś dla siebie – film aż kipi od miłości i scen iście erotycznych. Te bynajmniej nie podobają się żeńskiej części widowni. Czemu? Każda nastolatka chciałaby znaleźć się na miejscu Belli Swan (Kristen Stewart). Wiem z praktyki.

Fot. viva-tv.pl

Kiedy do kin wchodziła pierwsza produkcja, ekipa nie była pewna, jak ten film odbierze świat. Okazał się wówczas niewątpliwym sukcesem. Przed premierą drugiej części twórcy nie wątpili w pozytywne nastroje publiczności. I... pomyłka. Obraz został przyjęty, łagodnie mówiąc, z niesmakiem. Co w takim razie z „Zaćmieniem”?


K U LT U R A

Obsada filmu, w porównaniu z poprzednimi częściami, nie zmieniła się. Mamy za to nowe postacie. Idealna gra aktorska Rileya, w którego postać wcielił się Xawier Samuel, zasługuje na gromkie brawa. Powraca Victoria, czyli Bryce Dallas Howard. Knuje plan, który ma w końcu zabić Bellę. Jednak partnerka Edwarda ma wsparcie nie tylko wampirów. U jej boku pojawiają się wilki. Siostra Edwarda, Alice (Ashley Greene) ma wizje. Widzi zbliżające się nowonarodzone wampiry. Niezwykle groźne, pragnące krwi i zemsty. Na tych miejscach możemy zobaczyć m.in. młodziutką, acz zdolną Jodelle Ferland, która zagrała Bree. Bella z bitwy wychodzi bez najmniejszego szwanku. Za to cierpi Jacob. Zostaje ranny podczas walki, a także wyznaje dziewczynie miłość. Ona nie wie co począć. Kocha dwóch mężczyzn jednocześnie. Kogo wybierze? Intuicja kobiet jest nieomylna. Owszem, przyjmuje oświadczyny Edwarda. W kolejnej części ma zostać panią Swan – Cullen. Z samej fabuły wiele dowiadujemy się o przeszłości głównych bohaterów. Rosalie (Nikki Reed) bardzo zbliża się do Belli. Opowiada o swojej przeszłości, w której najważniejszą rolę grała miłość. Przybliża jej swój związek, jeśli tak można nazwać młodzieńcze zauroczenie, z Roycem, granym przez Jacka Hustona, znanego m.in. z produkcji „Spartakus”. Od partnera Alice, Jaspera, dowiadujemy się, że był żołnierzem. Został zamieniony w wampira w 1863 przez Marię (Catalina Sandino Moreno), gdy miał 20 lat. Zdobył umiejętności manipulowania uczuciami i emocjami. Maria, biorąc pod uwagę jego wysoką pozycję w wojsku, uczyniła go swoim pomocnikiem w tworzeniu armii nowonarodzonych wampirów. Jego zadaniem było szkolenie młodych wampirów, a następnie ich zabicie, gdy nie byli już potrzebni. Miał dość takiego życia, odszedł do swoich przyjaciół, poznał obecną żonę i stał się, jak to mówią na siebie znane wszystkim wampiry, „wegetarianinem”. W filmie mamy do czynienia z bardzo ciekawą kreacją głównej bohaterki. Isabella Swan to już nie tylko przeciętna i zakompleksiona nastolatka. W poprzednich częściach była definiowana przede wszystkim przez miłość do Edwarda. Cierpiała przez niego, nie potrafiła żyć bez mężczyzny. Tutaj nabiera swoistej samoświadomości. Podejmuje decyzje, które będą miały znaczący wpływ na jej przyszłe życie. Potrafi znaleźć czas dla przyjaciela. Uczy się własnych pragnień i wie, jak nimi rozporządzać. W tym sensie seria „Zmierzch” stała się w końcu opowieścią o dojrzewaniu wymagającym od człowieka trudnych wyborów. Efekty specjalne są zdecydowanie najlepszym elementem sagi. Bo kto nie lubi patrzeć jak człowiek zamienia się w wilka w locie? Albo jak wampiry uczą się na sobie nawzajem sztuki walki? Za muzykę dziękujemy Howardowi Shore. Buduje ona napięcie, wprowadza w akcję, jest nieocenionym atrybutem, kiedy któremuś z aktorów powinie się noga. Jednak nic dziwnego – jej autor to zdobywca Złotego Globa za muzykę do Death is peaceful... easy. Life... is... harder, czyli Saga „Zmierzch”: Zaćmienie

55


Fot. Chris Pizzello AP

K U LT U R A

filmu „Avatar” Jamesa Camerona. Dźwięk to z kolei zasługa Jamesa Kusana, który zasłynął dzięki produkcji „Ja, robot”. Główną nagrodę spośród wszystkich osób biorących udział przy produkcji dostałby ode mnie zdecydowanie David Slade. Reżyser przypomniał widzom, że bohaterowie Stephenie Meyer dysponują ostrymi zębami, które stają się ich atrybutem w chwilach grozy. A na brak takich scen w filmie nie można narzekać. Milena Walczak


12 listopada na ekrany polskich kin wszedł kolejny absurdalny film, poruszający tematykę opętań i egzorcyzmów. „The Last Egzorcizm” opowiada o egzorcyście, który ze złamaną wiarą trafia do domu ciężko opętanej młodej kobiety. Chce uwiecznić na kamerze wideo swój ostatni przeprowadzony egzorcyzm. Do obejrzenia tej produkcji zachęca nas plakat, na którym poskręcana w nienaturalny sposób kobieta wisi w górnym rogu jakiegoś pomieszczenia.

Cała prawda o... egzorcyzmach Niebezpieczna fascynacja W ostatnim czasie temat poruszający problem egzorcyzmów zafascynował wielu twórców filmowych, reżyserów i scenarzystów. Wystarczy tu wspomnieć takie produkcje jak np: „Egzorcyzmy Emily Rose”, „Egzorcyzmy Dorothy Mills”, „Requiem”, cykl „Egzorcysta”, czy wspomniany wcześniej „Ostatni egzorcyzm”. Każda osoba wierząca powinna postawić sobie w tym miejscu pytanie: Czemu ma to służyć? Czy jest to na pewno właściwe zjawisko? A może usiłuje się postawić szatana, który jest realnym bytem duchowym, na równi z wytworami ludzkiej wyobraźni takimi jak m.in. zombi, wampiry, czy wilkołaki? Warto zauważyć, że w ciągu kilkunastu ostatnich lat modlitwę Kościoła – egzorcyzm uroczysty – wstawiono w otoczkę jakiejś niezwykłości. Zaliczono ją do szeregu nadprzyrodzoności z elementami grozy, czyli tego, co przeciętny człowiek

lubi najbardziej. Zapomina się o tym, że w przypadku tego sakramentalium nie dzieje się nic niezwykłego, a posługa egzorcysty nieraz wymaga cierpliwości i ogromnej odporności psychicznej. Jeden z najbardziej znanych polskich egzorcystów opowiada: – Bywały sytuacje, gdy zostałem przez demona opluty, podrapany, albo obcierałem opętanemu twarz z wymiocin. Nieraz demon przez usta opętanego wyzywał mnie od najgorszych. Czy w takiej pokornej posłudze Kościoła, która prosi Boga o uwolnienie od wszelkiego rodzaju zła, jest coś zachwycającego?! – kończy swą wypowiedź. Kiedy obserwuje się ludzi wychodzących z kina po takiej dawce emocji, można zauważyć pewne negatywne cechy, które powinny być poważnym światłem ostrzegawczym. Ci ludzie przestają wierzyć w istnienie diabła, traktując go jedynie jako „kościelnego straszaka”. Księża katoliccy stają się dla nich kimś w rodzaju czarowników, 57


RELIGIA

którzy dbają o swoją widownię poprzez o prawdziwości różnego typu prądów dostarczenie im fali grozy, a w niektó- duchowych np. New Age. Drugi jest rych chwilach nawet śmiechu. Dla ta- odebraniem wiary w Opatrzność i Mikich osób opętanie czy zniewolenie de- łość Bożą, by człowiek narażony został moniczne nie istnieje w rzeczywistości, na ostateczną rozpacz. Szatan jest bya staje się tylko dobrym motywem sce- tem duchowym posiadającym wszechnicznym i filmowym. ogarniający wpływ Dlatego właśnie tacy na ludzi. Choć nigdy widzowie najczęściej nie będzie równy dają się wciągnąć Bogu i nie będzie w różne formy „duznał serca człowiechowego bagna”, jak ka, to może jednak np. okultyzm, magię przemawiać do nieczy satanizm. Na go od zewnątrz: tym również polega będzie deprawować taktyka demoniczna. złymi pouczeniami, Fot. Roger Smith Nieprzyjaciel ludzporuszać pragnienia kiego zbawienia pozostaje w ukryciu, czy rozbudzać uczucia. Ma władzę odnie ujawnia swej mocy i pozwala na działywania na ludzką psychikę i ciało, niewiarę. Wszystko po to, by w osta- choć wyrządzić zło może tylko wtedy, tecznym momencie życia doprowadzić gdy człowiek sam mu na to pozwoli. ludzi do piekła. Zawsze jednak w granicach ściśle wyznaczonych przez Boga, bo jak mówi Suche fakty św. Paweł: „Bóg nie dozwoli was kusić ponadto, co potraficie znieść, lecz Na Wydziale Teologicznym UKSW zsyłając pokusę, równocześnie wskaże poznajemy w ramach dogmatyki na- sposób jej pokonania” (1 Kor 10,13). ukę zwaną demonologią. Wiemy już, Każdy z nas poddany jest w pewien że w życiu duchowym nie ma pustki sposób działaniu szatańskiemu poprzez i nicości, czyli tzw. stanu zawieszenia. doświadczane pokusy. Jeśli będziemy Jest Bóg, Stwórca wszystkiego, i sza- z nimi walczyć i nie poddamy się okatan – upadły anioł. Tam, gdzie Bóg zji do grzechu, to będziemy wytrwale został zepchnięty na margines życia, postępować na drodze coraz głębszej natychmiast pojawia się szatan. Zły formacji duchowej. duch jest kimś realnym i ma władzę – Człowiek jest skomplikowaną oddziaływania na człowieka w róż- strukturą cielesno-duchową atakowanoraki sposób. Są dwa skutki działa- ną przez księcia ciemności – mówi ks. nia Złego. Pierwszy to zamiana kultu Jerzy Zięba. Niektórzy doświadczają Bożego na cześć oddawaną stworze- stanów nadzwyczajnych, z czego najniom, czyli sugerowanie człowiekowi, cięższym jest właśnie opętanie demoże jest ,,bogiem” i przekonywanie go niczne. Jak pokazuje praktyka wielu


RELIGIA

kapłanów egzorcystów, możliwe jest, aby zły duch szkodził ludziom poprzez wyrządzanie im krzywdy fizycznej, napadów zewnętrznych na miejsca, obsesje (szczególnie silne pokusy) czy objęcie w posiadanie ludzkiego ciała. To ostatnie stwarza w człowieku jakby nową osobowość, całkiem różną od tej normalnej, oraz powoduje silną nienawiść, lęk i awersję wobec Sacrum. Opętanie demoniczne jest konsekwencją grzechu, który dopuścił demona do ludzkiego życia. To właśnie przewinienie stało się furtką, przez którą do ludzkiej egzystencji wszedł diabeł wraz ze wszystkimi „przykrymi” dla ludzi objawami. Na szczęście chrześcijaństwo jest religią, w której zawsze istnieje dla człowieka nadzieja. Można się wydostać z najtrudniejszych nawet manifestacji diabelskich – mocą Jezusa Chrystusa, który przez swoją śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie pokonał i zniszczył dzieła diabła. Bowiem Syn Boży przyszedł na świat po to, by doprowadzić każdego z nas do wolności dziecka Bożego. Egzorcyzm to nie zabawa Jednym z podstawowych błędów poruszanych w filmach, które dotyczą spraw opętania, jest stwarzanie iluzji, jakoby egzorcyzm był wynikiem ciekawości kapłana albo magicznym aktem wypędzania zła. W rzeczywistości jednak egzorcyzm nie jest czarodziejską różdżką. To modlitwa kapłana prowadzona w łączności z Kościołem i z jego upoważnienia, dokonująca się mocą Jezusa Chrystusa. Składa się z dwóch Cała prawda o... egzorcyzmach

części: wezwania potęgi Boga i wstawiennictwa świętych oraz formuły rozkazującej. Jako broni w tej walce używa się modlitwy różańcowej, znaku krzyża, wody święconej, czasem relikwii świętych. Po zakończonej modlitwie, odmawianej ściśle według wskazań Rytuału Rzymskiego, następuje uwielbienie Boga za wielkie cuda, jakie działa pośród ludzi. Sam opętany jest życzliwie przyjmowany i prowadzony przez kapłana jako człowiek chory na duszy, którego trzeba – poprzez podjęcie „leczenia sakramentalium”– doprowadzić do pełnego wyzwolenia i uzdrowienia wewnętrznego. Doświadczyć opętania Joanna to młoda nauczycielka. Była osobą opętaną, dla której po dziesięciu miesiącach przyszło wreszcie uwolnienie. – Podstawą było to, że [w trakcie egzorcyzmów] trwałam na modlitwie bez względu na wszystko, dbałam o trwanie w stanie łaski uświęcającej, karmiłam się Słowem Bożym, upraszałam orędownictwo Maryi i świętych. Te chwile doświadczania Bożej obecności i radości uzdalniały mnie do wytrwania w cierpieniu fizycznym, psychicznym i w walce duchowej – jak sama mówi. Agnieszka wspomina: – Egzorcysta, niczemu się nie dziwiąc, wysłuchał mnie i potraktował bardzo wyrozumiale, odprawił nade mną modlitwy i dał możliwość uczestniczenia po latach w wyjątkowej spowiedzi. Moje późniejsze doświadczenia da się już opisać jedynie jako cudowne zjawisko przeżywania miłości Boga i opieki świętych. 59


RELIGIA

Od tego czasu jestem inna, chodzę do kościoła i przyjmuję sakramenty. Wiem, że moc Boża broni mnie przed powrotem w praktyki okultystyczne – wyznaje dziewczyna. Wiesław bardzo mocno doświadczył faktu, że Jezus Chrystus jest naszym Uzdrowicielem i Wyzwolicielem. W swej młodości brutalnie poznał prawdę o tym, że okultyzm, magia i duchowość New Age są źródłem złych energii emanujących na człowieka i jego otoczenie. Powoli rujnowały one także jego psychikę, ciało i duszę, oddalając powoli od Boga. Po nieudanym małżeństwie popadł w nałóg alkoholizmu i skończył w Ośrodku Leczenia Nerwic. Próbując za wszelką cenę ratować się, wybrał możliwie najgorszą drogę. Zainteresował się medytacją dalekowschodnią, jogą, astrologią i talizmanami. Były okresy, że bardzo pragnął się wycofać, ale relaksacja była jego nałogiem i łańcuchem zniewolenia. ,,Dzisiaj wiem, że byłem głęboko w piekle. Szatan zabierał mi siłę, energię i chęć do życia. Moja dusza była przywalona głazami grzechu, szczególnie pychą. Kto idzie opisaną przeze mnie drogą do końca, staje się ubezwłasnowolnionym narzędziem, przez które działa szatan” – wyznaje ze smutkiem. Bóg nie pozostawił go jednak samego. Szczera spowiedź, regularne korzystanie z życia sakramentalnego, wytrwała modlitwa i kontakt z egzorcystą przerwały skutecznie te łańcuchy zła. Często zaczyna się niewinnie. Od subkultur, które jawnie bądź skrycie promują treści sprzeczne

z chrześcijaństwem lub od dawania wiary zabobonom i horoskopom. Kto nosi określone symbole m.in. pentagramy, krzyże Nerona, pierścienie Atlantów czy charakterystyczne trzy szóstki, identyfikuje się z siłą nieczystą, która się za nimi kryje. Łamie pierwsze przykazanie Boże ten, kto uważa, że jego szczęście zależy od tego, czy np. czarny kot nie przebiegnie mu drogi… Kto słucha techno albo metalu, kpiąc w duchu z przekazów podprogowych, pomijając zawarte w tej muzyce treści satanistyczne, ten oddaje się kultowi konkretnej duchowej istoty – szatana. Przykładów można wyliczać bardzo wiele. Wszystkie kończą się tak samo – potrzebą uwolnienia, które może dokonać się tylko w osobie Jezusa Chrystusa. Sposób dojścia do wewnętrznej wolności może być różny. Czasem wystarcza spowiedź i wyrzeczenie się bałwochwalstwa, a niekiedy konieczna jest interwencja kapłana egzorcysty, by przerwać złe więzi łączące człowieka z demonem. Bóg działa w mocy egzorcyzmu Filmy dotyczące egzorcyzmów nad opętanymi nie wspominają jednak o bardzo ważnej prawdzie. Mianowicie o wielkiej sile i potędze Boga, która ujawnia się podczas bezpośredniego spotkania: reprezentującego Kościół kapłana oraz demona zamieszkałego w osobie zniewolonej. – Bóg jest wszechmocny i potężny, a upadli aniołowie są Mu poddani. Szatan, stojący wobec mocy Jezusa przekazanej w ręce Kościoła, boi się


RELIGIA

potęgi Bożej i światła Ducha Świętego. Syn Boży jako pierwszy odrzucił szatana, choć był poddawany kuszeniu na początku Swej działalności. Moc Chrystusa i Jego przykład przechodzą na apostołów, którzy dokonywali tej samej misji wyzwolenia i uszczęśliwienia człowieka – mówi egzorcysta. Praktyka katolickich kapłanów uczestniczących w egzorcyzmach i modlitwach o uwolnienie udowadnia, że Jezus potrafi dokonywać tych samych cudów, jakie ludzie widzieli przed dwoma tysiącami lat. Widzą oni na własne oczy, że na Imię Jezusa zgina się każde kolano, że w znaku krzyża kryje się tajemnica naszego odkupienia, że zły duch ustępuje wobec pobłogosławionej wody i pokory człowieka, który się modli. Doświadczają oni prawdy Ewangelii, która mówi, że dla Boga nie ma nic niemożliwego (Łk 1,37). I Ty jesteś egzorcyzmowany! Większość z pewnością powie: Nieprawda! Ale to tylko dowodzi faktu, że wielu z nas nie rozumie, czym naprawdę jest nasze życie. To nieustanna walka duchowa pomiędzy wybieraniem dobra, a kuszeniem do zła. To podejmowania codziennie na nowo decyzja, że chcę należeć do Boga. Jestem pewna, że wiele razy stykasz się z egzorcyzmem zwanym mniejszym albo prywatnym. Przypomnij sobie moment chrztu świętego. Gdy Twoi rodzice i chrzestni usłyszeli pytanie o wyrzeczenie się szatana, dokonał się egzorcyzm. Później powtarzało się to za każdym razem, gdy odnawiałeś Cała prawda o... egzorcyzmach

przyrzeczenia chrzcielne. Kiedy modlisz się, to bardzo często wypowiadasz słowa egzorcyzmów prostych. Do nich należą np.: „…ale od wszelkich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna…”, „…i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode Złego” albo „Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce...”. Różaniec ma także, nadaną przez Ojca Świętego Jana Pawła II, moc egzorcyzmu. Znak krzyża i wypowiedzenia z wiarą Imienia Jezus ma moc odpędzenia pokus diabelskich. Przecież Kościół od czasów apostolskich zdaje sobie sprawę z istnienia nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego i stosuje różnorakie środki w walce z nim. Nie ma tu nic nadzwyczajnego i naprawdę nie rozumiem fascynacji tych osób, które tworzą filmy lub książki o opętaniach dla masowego czytelnika. Zaznaczam, że czym innym jest fakt takich publikacji dla informowania człowieka wierzącego o „sztuczkach” złego ducha i dla obrony przed złem. Myślę, że powód do fascynacji i zachwytu może być zupełnie inny. Przypomnijmy sobie, że każdego dnia Jezus ofiarowuje Siebie Ojcu Niebieskiemu na ołtarzach świata, Nieograniczony przychodzi do nas w maleńkiej hostii, a w sakramencie pokuty przynosi nam odpuszczenie grzechów. Chrześcijaństwo jest cudem! Szkoda, że tak wiele osób próbuje odwrócić naszą uwagę od tego cudu, szukając niezdrowej sensacji w zachwycie nad cierpieniem ludzkiego ducha. Anna Mularska 61


„Ja przyszedłem po to, aby oni mieli życie i mieli je w obfitości” (J 10,10) Diabeł zaczął wyrzucać mi, że obiecałem mu brak jakichkolwiek modlitw o uwolnienie i przez ponad godzinę, kiedy byłem sam w pokoju, kłóciłem się z nim – mówi Kuba. Kłótnia skończyła się manifestacją demona. Do pokoju weszła rodzina i po kilku godzinach szarpania i szamotań położyli wykończonego chłopaka na łóżku. I wtedy zdarzyła się niesamowita rzecz...

Byłem satanistą. Świadectwo uwolnienia. Kuba to miły i spokojny chłopak z mojej wspólnoty przykościelnej. Rozmodlony ewangelizator, z którego oczu płynie niesamowita głębia. Rzec bym mogła, że jeszcze nie widziałam tak ogarniętego łaską młodego człowieka. Kto by pomyślał, że jeszcze kilka lat temu Kuba był na skraju przepaści. W wieku piętnastu lat zaczął fascynować się ciężką muzyką. Glany, koszulki z zespołami, podarte jeansy i dready na głowie. Typowy punk. – sposobem na życie był chaos, bunt i ostra zabawa. Czysta anarchia, która nie była wartościowym sposobem na życie, lecz ucieczką od rzeczywistości. Myślałem, że w ten sposób odnajdę prawdziwą miłość i wolność – mówi Kuba. Tak jak każdy młody człowiek potrzebował zainteresowania, akceptacji i miłości. Potrzebował tego, aby ktoś pokochał go takim, jakim jest. – Niestety, już wtedy moje stosunki z Bogiem były nie najlepsze. Odrzuciłem Jego istnienie, a do całego Kościoła czułem nienawiść i pogardę – wspomina. Nagle na horyzoncie pojawiła się dziewczyna, którą Kuba obdarzył uczuciem. Jej stosunki z Bogiem nie były lepsze, z Kościołem też miała na bakier. Jednak wypełniała pustkę w sercu, którą Kuba nosił. Po jakimś czasie związek się rozwalił. Dziewczyna odeszła od Kuby. Od tamtej pory uczucie braku miłości i pustka w sercu powracało z jeszcze większą siłą niż wcześniej. – Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Poszedłem nawet do lasu z chęcią odebrania sobie życia. Minąłem wtedy kościół i wydarzyła się zaskakująca rzecz. Ja, nienawidzący chrześcijan ateista wstąpiłem do kaplicy, upadłem na kolana i płacząc zacząłem się modlić. Jedyne co pamiętam z tej modlitwy to, że płakałem i modliłem się: „Boże, jeżeli istniejesz to przyjmij mnie do siebie”. Gdy skończyłem modlitwę, wstałem i poszedłem do lasu, który znajdował się nieopodal kościoła. Tam stanąłem na murku z łańcuchem na szyi, który był przyczepiony do gałęzi drzewa. Już zaczynałem przechylać się do przodu, kiedy nagle zadzwonił do mnie telefon. Dzwoniła koleżanka, która w tamtym czasie dzwoniła bardzo rzadko, prawie nigdy. Przez ten telefon udało jej się odwieść mnie od samobójstwa. Nawet przyszła do mnie myśl, że to musiało być działanie mojego Anioła Stróża, ale po chwili ją odrzuciłem.


RELIGIA

Nowi znajomi Kiedy zaczęły się wakacje Kuba włóczył się kilka tygodni bez celu. Pewnego dnia poznał Kasię, na którą wołał Kate i Justynę. Kasię szybko uznał za swoją przyjaciółkę. – Spotykaliśmy się w Pyskowicach, które leżą niedaleko mojego rodzinnego miasta Gliwic, w domu Kate. Widywaliśmy się codziennie, a po kilku dniach dołączył do nas były członek kilku sekt, Paweł, i po niedługim czasie jeszcze kilka osób. Wszyscy uważaliśmy się za ateistów, a na spotkaniach słuchaliśmy ostrej muzyki i rozmawialiśmy. Uważaliśmy nawet, że w tym otoczeniu doznajemy najprawdziwszej miłości braterskiej i chociaż czułem, że to uczucie nie jest pełną miłością u mnie i u nikogo z „rodzinki”, to oszukiwałem samego siebie, że pełniejszego uczucia i tak nie można zaznać – opowiada Kuba. Mimo tego, że odrzucali istnienie Boga, a co się z tym wiąże – szatana też, Kate wyciągnęła pewnego dnia księgę satanistyczną. Zamiast okładki miała czarną skórę. Postanowili się zabawić. – Poszliśmy na stary cmentarz żydowski, znaleźliśmy tam ustronne miejsce, usiedliśmy i zaczęliśmy odmawiać litanię do Szatana i wzywać demony. Te ryty satanistyczne odmawialiśmy coraz częściej, aż w końcu codziennie, nieraz zachowując się przy tym bardzo dziwnie. Zdarzało się nawet, że w pewnych momentach zaczynaliśmy się wszyscy ostro bić, do krwi... I nie widzieliśmy w tym nic dziwnego. Tak staliśmy się małą sektą, gdzie z Kate stałem na czele– dodaje chłopak. Przestali negować istnienie demonów i zaczęli szukać nowych ludzi. Dzięki Bogu, że nikogo nowego nie znaleźli. Kiedy minęły wakacje i zaczął się czas szkoły, znajomi przestali się spotykać. Wraz z brakiem spotkań, Kuba poczuł głód starych przyjaciół i rytów satanistycznych. Znowu przyszło przygnębienie i pustka. – Ponownie zacząłem spotykać się z tą dziewczyną, a po jakimś tygodniu po raz drugi staliśmy się parą. Zauważyłem wtedy, że jej wiara lekko się poruszyła i zaczynała w coś wierzyć. Mawiała, że coś musi być ponad ludźmi, ale nie potrafiła tego nazwać. Jednak moje uczucie przygnębienia, mimo obecności przy mnie ukochanej osoby, rosło. W końcu przestało być nawet stanem w jakim się znajdowałem, a zaczęło być wręcz miejscem. Człowiek znajdujący się w tym miejscu zrobi dosłownie wszystko, byleby się z niego wydostać, lecz już przestał widzieć rozwiązanie i wyjście. Chciałem porozmawiać o tym z kimś, ale jedyną osobą której ufałem była moja dziewczyna. Kiedy opowiedziałem jej o moim stanie, powiedziała, że powinienem się leczyć. W tym jednym momencie, osoba, którą kochałem stała się obiektem nienawiści. Zerwałem z nią całkowicie kontakt, nie chciałem jej znać. „Jednak nie jesteś całkiem zły” W tym samym czasie odbywały się przygotowania do bierzmowania. Kuba przystąpił do niego ze względu na daną obietnicę. Obietnicę traktował jak Byłem satanistą. Świadectwo uwolnienia

63


RELIGIA

świętość, którą niezależnie od poglądów należy wypełnić. W ciągu jednego miesiąca wiara dziewczyny Kub zmieniła się radykalnie. Warunkiem przystąpienia do bierzmowania był udział w rekolekcjach ewangelizacyjnych, które trwały trzy dni. Dziewczynie, mimo że nie była już z Kubą udało się namówić chłopaka do uczestnictwa w nich. – Nie rozumiałem co chciała przez to wskórać. Przez cały czas byłem dla niej odpychający i niemiły, ale mimo wszystko, gdy żegnaliśmy się pod kościołem, podeszła, przytuliła się i powiedziała niby całkiem zwyczajne słowa, które jednak zadziałały na mnie z ogromną siłą: „Jednak nie jesteś całkiem zły”. Po tych słowach ruszyła do domu, który znajduje się niedaleko kościoła. Ja przez kilka dobrych minut stałem w miejscu, po czym przyszła do mnie niewyobrażalnie wielka złość. Byłem tak wściekły, że gdybym kogokolwiek spotkał to nawet rzuciłbym się na niego i pobił. Wielkie szczęście, że nikt nie stanął mi na drodze, a szedłem do lasu. Gdy tam się znalazłem usiadłem i z całych sił zacząłem wzywać demony. Byłem otwarty na każdego, który chciałby we mnie wejść. Sam nie wiem ile tam czasu spędziłem, ale wyznaczyłem sobie tam pewien cel... Doszła do mnie myśl, że skoro i tak nie mam po co żyć, to zamorduję tą dziewczynę i sam z sobą skończę. Kuba żył tą myślą, a poziom nienawiści do dziewczyny wzrastał z dnia na dzień. Jedynym powodem dla którego żył, to była myśl o zabiciu jej. Każdego wieczoru siadał i modlił się to szatana, aby ten bardziej go ogarnął. Kuba był świadomy, że własnymi siłami nie jest w stanie zabić człowieka. Wreszcie nadszedł czas rekolekcji. Uczestnicy mieli mało czasu dla siebie. W pewnym momencie administrator powiedział, że odbędzie się nieobowiązkowe spotkanie modlitewne. – Po tych słowach z czystej ciekawości chciałem zostać. Odbyło się uwielbienie i modlitwy wstawiennicze. Po kilku minutach słuchania pieśni dziękczynnych i wychwalających Pana Boga zacząłem się kierować ku oknu, by wyskoczyć przez balkon. O dziwo wydawało mi się to całkiem normalną rzeczą. Dopiero jak wpadłem na kolegę, otrząsnąłem się i zorientowałem co próbowałem zrobić.– opowiada Kuba. Gdy kolega zorientował się o co chodzi niemal od razu wepchną Kubę do zespołu modlitewnego, w którym znajdował się ksiądz. – Po kilkunastu sekundach musieli przerwać, wziąć mnie do osobnego pomieszczenia i tam przeprowadzali do późnej nocy modlitwę o uwolnienie. Podczas tej modlitwy straciłem świadomość, a moim ciałem kierował demon. Po modlitwie dowiedziałem się, że w Gliwicach mój ksiądz proboszcz będzie kontynuował modlitwy o uwolnienie. Sam byłem bardzo zaskoczony działaniem złego ducha – nie spodziewałem się, że jest w stanie aż tak oddziaływać i że nic nie będę pamiętał. Przyszła do mnie kolejna diabelska myśl – będę udawał nawróconego, by móc się zbliżyć do mojego „obiektu nienawiści” i przy pierwszej lepszej sposobności, gdy zostaniemy sami, spełnię mój plan.


RELIGIA

Egzorcyzmy i „Mamre” Dzień po przyjeździe Kuba był umówiony z proboszczem na egzorcyzm. Towarzyszył mu inny ksiądz i animatorka z rekolekcji, która ewangelizowała Kubę i zajmowała się nim szczególnie. Myślała, że skutecznie. – W czasie modlitwy, która także skończyła się manifestacją demona we mnie, uciekłem z probostwa. Skończyło się tym, że ksiądz musiał sprowadzić moją byłą dziewczynę, bo na ulicy nie byli w stanie mnie utrzymać. Tak działał zły duch, a nie mogli pozwolić na dalszy przebieg modlitwy przy świadkach. Po modlitwie dowiedziałem się, że demon w pewnym momencie rzucił się na tą dziewczynę, ale w ostatniej chwili zdążyli zainterweniować. Później porozmawiałem z byłą lubą i niby jej przebaczyłem i pogodziłem się z nią, a w rzeczywistości cieszyłem się, że wszystko idzie zgodnie z planem i nawet podpisałem dwa pakty własną krwią, które miały mi zapewnić osiągnięcie tego strasznego celu. Jeszcze przez jakiś Kuba udawał nawróconego tylko po to, żeby spotkać się z dziewczyną sam na sam. Jednak po jakimś czasie modlitw zaproponowano mu wyjazd do Częstochowy na Mszę organizowaną przez Wspólnotę Przymierza Rodzin „Mamre”. – Spotkanie skończyło się dla mnie egzorcyzmami. Po spotkaniu dalej nie zmieniłem zdania i pragnąłem zemsty, jednakże moje stosunki z demonem lekko się zmieniły. Żądał ode mnie bym więcej się nie umawiał na takie modlitwy, bo mimo braku chęci nawrócenia z mojej strony, on strasznie cierpi podczas modlitw. Nadeszły ferie, a Kuba nadal modlił się do demonów. W końcu przyszedł dzień kiedy miał się spotkać z dziewczyną. Mało co nie świętował, kiedy na gadu-gadu przyszła wiadomość od niej, że proboszcz chce się jeszcze nad nim pomodlić. Po modlitwie od razu miał się spotkać z dziewczyną. – Natomiast diabeł zaczął wyrzucać mi, że mu obiecałem brak jakichkolwiek modlitw o uwolnienie i przez ponad godzinę, kiedy byłem sam w pokoju, kłóciłem się z nim– mówi Kuba. Kłótnia skończyła się manifestacją demona. Do pokoju weszła rodzina i po kilku godzinach szarpania i szamotań położyli wykończonego chłopaka na łóżku. I wtedy zdarzyła się niesamowita rzecz. – Modliłem się do Boga! Zrozumiałem, że Szatan najzwyczajniej w świecie mnie oszukał i że sam dałem mu się tak wykorzystać. Ale doszło do mnie także to, że Jezus już dawno mi wybaczył! Że mimo tego bólu, który mu zadałem wyciągnął do mnie rękę, a gdy zauważył, że mimo braku sił chciałem ją złapać, sam mnie złapał za rękę. Pierwszy raz od dłuższego czasu zasnąłem z czystym sumieniem, bo w czasie modlitwy porzuciłem nawet chęć zemsty! Na następny dzień wyspowiadałem się ze wszystkiego. Chrystus we mnie rozpoczął całkiem nowe życie, co więcej! Dzięki Niemu zacząłem żyć! Totalna zmiana Przez kolejne miesiące chłopak jeździł na każde możliwe Msze częstochowskie specjalnie dla młodzieży. Podczas rekolekcji ze wspólnotą „Mamre” został Byłem satanistą. Świadectwo uwolnienia

65


RELIGIA

całkowicie uwolniony. – Przez ten cały czas, codziennie toczyłem bardzo ciężką walkę, której nie byłbym w stanie wygrać bez wsparcia Jezusa. On działał nie tylko wewnątrz mnie, ale i przez wielu wspaniałych ludzi, którzy przez rozmowę i modlitwę pokazywali mi drogę do Boga. Problemy nie zniknęły natychmiast – co chwila upadałem, ale przy każdym upadku wstawałem, ale przez to Jezus także mnie budował i do dzisiaj buduje. Powoli, ale bardzo dokładnie – dodaje. Po tych doświadczeniach i pełnym uwolnieniu Kuba był w stanie spalić wszystkie płyty, kasety, koszulki i książki, które sprzeciwiały się wierze w Boga, a do tego ogolił dready. – W niektóre dni bywało mi wyjątkowo ciężko. Co kilka minut, przez cały dzień doznawałem wielu pokus i ataków od złego ducha, których człowiek bez modlitwy i łaski uświęcającej nie byłby w stanie odrzucić. Nie raz zdarzało się, że już miałem powrócić do dawnego „życia”, kiedy w ostatniej chwili ktoś się pojawiał i przemawiał mi do rozsądku. Byłem nękany po nocach, za dnia, nawet w szkole podczas lekcji, ale Bóg nigdy nie zostawił mnie samego. Dodatkową motywacją było to, że w końcu odnalazłem drogę najprawdziwszej miłości i wolności – Niezwyciężony Jezus Chrystus!– mówi Kuba. Ufając Jezusowi chce dalej szukać prawdziwej wolności, którą kiedyś miał, ale będąc zaślepionym własnym ego, utracił. Jednak Jezus nie zostawił go samego. Na drodze Kuby postawił wiele ludzi, którzy zrobiliby wszystko, żeby pomóc. Dzięki nim znalazł uczucie akceptacji i miłości, której tak szukał. Miłości czystej, bez skazy. – Zaraz po moim uwolnieniu wysławiałem Jezusa jako Zwycięzcę jak nigdy wcześniej. Poczułem się jakby moje serce było lżejsze o kilka dobrych kilogramów, przez co byłem bardziej otwarty na miłość Boga. Mogłem Mu dziękować i czułem, że należę do Niego bez żadnych najmniejszych obaw i przeszkód. Ale nie czułem się jak przedmiot, czy jak jakaś własność, tylko jak kochane przez Ojca dziecko. W czasie tej modlitwy dziękczynnej otworzyłem Biblię. Moim oczom ukazał się tekst, który na zawsze został zapieczętowany w mojej pamięci. Było tam napisane to, że w momencie, w którym pozwoliłem Jezusowi we mnie zagościć, w moim sercu trwały przygotowania do wielkiej wojny, w której ostatecznie Chrystus został Zwycięzcą (1Mch 14,16-33) – opowiada Kuba. W momencie, kiedy dostał to Słowo w jego oczach pojawiły się łzy. Były to łzy oczyszczenia, które uświadomiły Kubie jak bardzo Jezus zadziałał w jego życiu i jaką Miłością go darzy. – Bóg nigdy się od nas nie odwróci i tylko czeka na nasz gest z wyciągniętą ręką. Ale ukazuje także to, że Szatan nie pragnie niczego innego niż końca i śmierci człowieka... Lecz nie ma najmniejszych szans z Chrystusem, który już dawno zdeptał mu głowę. I za to wszystko co Jezus uczynił w moim życiu i sercu, dziękuję – kończy chłopak. Magdalena Korzeniewska Więcej wiadomości o WPR „Mamre” można uzsykać pisząc na m.korzeniewska@hotmail.com


Fot. Marek Jan Barański

Zwykły dzień Wstałam Później niż zwykle Zaspana kawę wypiłam Wyszłam Zamek na piasku ktoś zbudował Kłótnie kochanków Ludzie do pracy dzieci do szkoły Sprzedawca z klientem Targować się to sztuka Motyle ptaki ważki Człowiek Zagubiłam się jak mała dziewczynka W czerwonej sukience szłam przez szare ulice Ktoś inny zburzył te marzenia *** Przeszedł obok mnie Zielone drzwi przede mną Dwie małe perły Piękne i smutne Żółty liść spada powoli A za mną nie chcę wiedzieć Nie zatrzymałam go

* Bóg bez twarzy ma Twoją twarz ma twarz Twego brata i oczy Twej matki uśmiech serdeczny taki jak Twój tata i brodę dziadka. Bóg bez twarzy ma twarz pijaka dziecka nienarodzonego i polityka przez Ciebie znienawidzonego. Bóg bez twarzy ma twarz osoby, która stoi obok w kolejce, lub przepycha się przy wejściu w metrze. Bóg bez twarzy – ma twarz

Storm

Karolina

67


Obserwator nr 19  

Pismo studentów Instytutu Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW w Warszawie

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you