Page 1


Spis treści Społeczeństwo:

Usłyszeć Afrykę, to usłyszeć głos tysięcy ................................................... Bestialsko odarta z kobiecości – cała prawda o obrzezaniu. .................... Jak zostałam córką Afryki, czyli kiedy marzenia przybierają kształt Czarnego Kontynentu................ W poszukiwaniu demokracji w Afryce........................................................ Taniec zmysłów............................................................................................ Tajemniczy „Biały Miś” ................................................................................ Jestem Polką i wstydzę się tego.................................................................. Squotersi – syndrom wolności .................................................................... SEKS – za którą pozycją się opowiadasz? .................................................. Najpopularniejszy towar na świecie ........................................................... Marzenia w zasięgu ręki ............................................................................. Mowa ciała – praktyka w codziennym życiu .............................................

4 7 11 15 18 21 23 26 31 31 34 37

Nauka i praca:

Pasjonaci! .................................................................................................... Smaczne adresy ..........................................................................................

39 41

Religia:

Zostać muzułmanką .................................................................................... Szkoła prawdziwej miłości .......................................................................... Nigdy się nie poddać. Służby czuwające 25 lat trwają w wierności ks. J. Popiełuszce .................

43 46 50

Kultura:

Długa droga do sławy. Trudy młodego pisarza......................................... Trud artysty .................................................................................................

54 57

Sport:

Eric Cantonato miły facet! .......................................................................... Polska a zagraniczna myśl szkoleniowa – Franciszek Smuda a Leo Beenhakker ......................................................

61 67

3


Ręka trzęsła się niemal cały czas i wcale nie pod ciężarem aparatu fotograficznego czy kamery. Łzy napływały do oczu i wcale nie z powodu wiatru dmuchającego w twarz. Świat ulicy odsłonił nam się jeszcze bardziej, mocniej, wyraźniej. Najlepiej byłoby nie znać tego świata. To nie znaczy odwrócić się i zapomnieć, ale po prostu, żeby on w ogóle nie istniał.

USŁYSZEĆ AFRYKĘ, TO USŁYSZEĆ GŁOS TYSIĘCY Trzy miesiące tego roku spędziłam w Ugandzie, mieszkałam w wynajętym dwupokojowym mieszkaniu, jak na afrykańskie warunki, było bardzo luksusowe. Z ramienia Fundacji Usłyszeć Afrykę, którą założyliśmy w tym roku, wyjechałam po raz kolejny z dwiema koleżankami, aby pracować z dziećmi ulicy. Nasza praca to nie były już tylko zajęcia wychowawczo-terapeutyczne w ośrodku. Tym razem wyszłyśmy do nich, na ulice Kampali – stolicy Ugandy. Chciałyśmy poznać ich świat, ich rzeczywistość, aby lepiej zrozumieć to, czego w ogóle nie powinno być, dziecięcego życia na ulicy. Rozmawiałyśmy z nimi, przynosiłyśmy jedzenie. Pewnego dnia postanowiłyśmy zrobić jeszcze większy krok w przód,


SPOŁECZEŃSTWO

wejść tam, gdzie żaden obcy nie ma wstępu, a dla białego są to rejony niebezpieczne… O 5.00 rano znalazłyśmy się na ulicach Kampali. Było ciemno i zimno. Na skrzyżowaniu Jinja Road, gdzie zawsze jest dużo dzieci ulicy i ulicznych handlarzy, dziś nie było nikogo, chociaż na światłach stało sporo samochodów. Przejechały dwie taksówki, w nich kilkoro ludzi. Godzina 5.00, niedziela, ostatni dzień weekendu, o tej porze dnia Kampala jest jak wymarła. W Nakasero, gdzie zawsze panuje taki ścisk, że mimo iż jesteśmy białe, możemy przechodzić ulicami nie będąc zauważone, teraz jest spokojnie, nie ma samochodów, korków i mnóstwa taksówek, sklepy są pozamykane. Słychać tylko głosy przekrzykujących się kobiet rozstawiających swoje towary na warzywnych straganach. Jedziemy samochodem, w planach mieliśmy podroż na boda-boda(motocykle, które służą za taksówkę), jednak nasz przyjaciel, znalazł osobę, która zabrała nas tego poranka do Kampali. Faisal dobrze zna ulice tego miasta, sam był dzieckiem ulicy, a do niedawna jej mieszkańcem. Mimo, że ma 26 lat, że nosi czyste ubranie, śpi w bezpiecznym miejscu, w jego każdym spojrzeniu widać ból ulicy, w każdym ruchu obecne są zachowania ulicy, a w każdym słowie słychać kompleks ulicy. Samochód zatrzymuje się i raptownie nie słyszymy nic, mimo iż w radio lecą przeboje z ugandyjskich list. Noc staje sie głucha. Żadna z nas nic nie mówi. Faisal otwiera nam drzwi i ciągnie za rękę… cisza, jakby świat utra-

cił dźwięki i jakby zgasły wszystkie światła, a reflektor serca patrzył tylko w jedno miejsce. Leżały na chodniku, zawinięte w worek po ziemniakach albo mące. I nikt nie pomyślałby, że to ludzie, gdyby nie ich oddech. Dwie z nas pozostały w samochodzie, widok białych o tej godzinie nie jest tu mile widziany. Weszłyśmy w ich zamknięty świat, w wyizolowane miejsce, gdzie wstęp mają tylko uczestnicy tej beznadziejnej gry, która nazywa się “życie na ulicy”. Ilu z nich, przejdzie do następnego etapu i wygra ten głupi wyścig? Bo w tej grze ma sie tylko jedno życie i niczego nie da sie powtórzyć. Po drugiej stronie ulicy kolejne worki, kolejne kartony, kolejni LUDZIE! Jedno dziecko nie śpi, czuwa, pilnuje. Dostaje garść cukierków lecz w tym momencie są one niczym, mimo, że na twarzy dziecka pojawia się uśmiech… Jedziemy dalej i nie widzimy nic, poza śpiącymi na chodnikach i werandach sklepów ludźmi. Kampala przestaje dla nas istnieć, nie widzimy nic poza nimi. Przy wejściu do sklepu leży mały worek i gdyby nie Faisal nie zauważyłybyśmy, że zawinięte w niego jest małe dziecko. Gdy podchodzimy bliżej dostrzegamy jedynie jego twarz. Leży samo. 100 metrów dalej rząd śpiących w taki sam sposób na chodniku ludzi. Jest ich trzydziestu, może więcej. Wsiadamy do samochodu, odjeżdżamy. Po chwili zatrzymujemy się w bardzo dobrze znanym nam miejscu, to tutaj trzy tygodnie temu spali Steven, Hussein i Samuel, chłopcy, których za5


SPOŁECZEŃSTWO

braliśmy z ulicy i umieściliśmy w szkole z internatem. Tej nocy w ciemności, która przeszywa nas od środka, oni śpią w oświetlonych miejscach, gdzie z witryn sklepowych dociera mocne światło jarzeniówki. Tak jest bezpieczniej, w jasności zło umiera. Śpią… nie słyszą podjeżdżającego samochodu… widać ich twarze… słychać ich oddechy i nasze głośne bicie serca. Zawinięte w worki lub folię. Śpią

na siedząco, skuleni… Taki świat mógłby nie istnieć. Wracamy w ciszy, nie widzimy znowu nic poza ciemnością świata… Przez łzy słyszę słowa Narogi: “on miał takie same klapki jak Patrick” (dzieciak, który kiedyś żył na ulicy, dziś nasz przyjaciel).

Małgorzata Koroblewska

Fundacja Usłyszeć Afrykę powstała w marcu tego roku. Programem Ekirooto co w języku luganda znaczy „marzenie” objęliśmy trójkę chłopców, którzy żyli na ulicy, teraz chodzą do szkoły i mają swój nowy dom. Dla wielu w Ugandzie, szkoła to tylko marzenie, rodziców nie stać na czesne, a wszystkie szkoły, nawet państwowe są płatne. Stevena, Husseina i Samuela poznaliśmy w Kampali, stali na paśmie oddzielającym jezdnię wśród ulicznych sprzedawców, podchodzili do zatrzymujących się na światłach samochodów, prosząc o pieniądze, albo jedzenie. Mają 13-14 lat. Powiedzieli nam, że chcą iść do szkoły. Większość dzieci ulicy, nie mówi po angielsku, w większości znają tylko swoje języki plemienne, w Ugandzie jest ich około 44. Steven najmłodszy, skończył 2 klasę szkoły podstawowej, najwięcej z nami rozmawiał. Udało nam się znaleźć dla nich szkołę z internatem. O chłopcach, programie „Ekirooto” i naszych działaniach na terenie Afryki i Polski można przeczytać na stronie www.uslyszecafryke.org Możesz też oddać 1% swojego podatku. Razem możemy zabrać dzieci z ulicy. Małgorzata Koroblewska


B E S T I A L S K O ODARTA Z KOBIECOŚCICA Ł A P RAWDA O OBRZEZANIU. Sporo się słyszy o ciężkiej sytuacji dzieci w Afryce, mniej natomiast mówi się o położeniu afrykańskich dziewczynek , które stają się kobietami w bardzo wczesnym wieku, bo już nawet pięciolatka zostaje poddana rytuałowi przejścia w świat dorosłych kobiet. Brzmi to dość niewinnie, ale rzeczywistość jest raczej przerażająca. Jest początkiem piekła, którego ludność wychowana w kulturze europejskiej często nie jest w stanie pojąć. Piekłem przez które codziennie przechodzi sześć tysięcy kobiet, dwa miliony rocznie, spora część z nich umiera z tego powodu w ogromnych męczarniach. Owym rytuałem przejścia ze świata dzieci w świat dorosłych jest , pozbawienie dziewczynki zewnętrznych narządów płciowych.

Medyczna definicja brzmi jeszcze bardziej brutalnie: „odcięcie różnych fragmentów zespołu sromowego, aż do całkowitego usunięcia wszelkich części ciała znajdujących się na zewnątrz od wejścia do pochwy , łącznie z amputacją łechtaczki i zaszyciem, co najmniej częściowym, samego wejścia do pochwy”. W kulturach ludów mniej rozwiniętych jest to znacznie bardziej okrutne. Może polegać nawet na stosowaniu wrzątku oraz wyskrobywaniu fragmentów ciała zamiast ich odcinania.- Obrzezanie. W praktyce, szczególnie biorąc pod uwagę słabiej rozwinięte regiony Afry-

ki ,zabieg wygląda obrzydliwie, nad wyraz okrutnie i jest przeprowadzany w niehumanitarnych warunkach. Osoba upoważniona do wykonania całej operacji czyli miejscowy szaman, ewentualnie znachorka, używając niewysterylizowanego nożyka lub ostrego krzemienia wyrzyna narządy płciowe zaczynając od łechtaczki, aż po wargi sromowe mniejsze i większe. Powstałą ranę zaszywa igłą i nicią lub rzemykiem. Cały zabieg dokonywany jest na w pełni przytomnej i niczym nie znieczulonej dziewczynie, ponieważ element cierpienia i bólu według ortodoksyjnych wyznawców islamu ma 7


SPOŁECZEŃSTWO

ją oczyścić z tego grzechu i brudu, którym jest skalana rodząc się jako kobieta... Obrzezanie samo w sobie jest koszmarem, ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Po zaszyciu tej rozdrapanej rany powstałej w okolicy intymnej zostaje jedynie malutki otwór wielkości łebka od zapałki na ujście moczu i krwi miesiączkowej. Mocz zbiera się w ranie, bo nie ma możliwości wypłynięcia, co daje wrażenie jakby ktoś ową ranę polewał kwasem... I powtarza się to kilka razy dziennie, przez kilka miesięcy...do końca życia kobieta nie jest w stanie załatwiać elementarnych potrzeb fizjologicznych tak jak należy. Z wiekiem dochodzą, bardzo dokuczliwe same w sobie bóle miesiączkowe. Na tle tego wszystkiego, fakt, że kobieta po zabiegu już nigdy nie będzie odczuwać przyjemności ze zbliżeń z mężczyzną wydaje się być mniej istotny. Mimo to, perspektywa ewentualnej nocy poślubnej brzmi jak z horroru.. We wspaniałą magiczną noc, na którą przecież każda dziewczyna czeka z niecierpliwością , koło kilkunastoletniej dziewczynki leży podstarzały, napalony mężczyzna, który odkupił ją od ojca za kilka wielbłądów. Tak zwany pan młody będzie ową ranę w kroczu swej lubej rozcinać nożem, aby dopełnić i skonsumować małżeństwo...wydaje się, że już nie może być gorzej, ale... Wcale nie jest powiedziane, że dziewczynka dożyje wieku zamążpójścia. Istnieje spore ryzyko powikłań po zabiegu, bardzo poważnych powikłań, w wyniku których obrzezane dziecko po kilku tygodniach męczarni umrze w bólach, w samotności, gnijąc od środka...”

kiedy miałam jakieś dziesięć lat, usłyszałam historię młodszej kuzynki. Obrzezano ją w wieku lat sześciu. Odbyło się to jak zwykle: została porżnięta przez jakąś babę, po czym znalazła się w osobnej chatce, żeby dojść do siebie. Wkrótce jednak jej „interes”- jak to określił brat dziewczynki, który nam to opowiadał- zaczął puchnąć i w chatce zapanował smród nie do wytrzymania. Wysłuchałam całej historii, ale nie bardzo w nią wierzyłam. No bo dlaczego miało coś śmierdzieć, skoro nic takiego nie przytrafiło się ani mnie, ani Aman? Teraz wiem, że kuzyn nie kłamał. W wyniku robionej chyłkiem w krzakach operacji doszło zapewne do zakażenia rany gangreną. Kiedy matka kuzynki poszła sprawdzić, jak córka się czuje po kolejnej spędzonej samotnie nocy, zastała sine i sztywne zwłoki. W tym wypadku to nie ścierwojady, ale rodzina pogrzebała dowody zbrodni.” (fragment książki „Kwiat pustyni”) Ortodoksyjni islamiści uzasadniają zabieg obrzezania faktem utrzymania dziewictwa dziewcząt, ich czystości przedmałżeńskiej, czego wymaga ich religia. Poza tym w Somalii panuje przekonanie, że między nogami dziewczyny znajduje się coś złego. Chodź przynoszą to ze sobą na świat z dniem narodzin, jest to nieczyste. Środowisko muzłumańskie, odpierając ataki ze strony organizacji broniących praw kobiet i praw człowieka, wypowiadało się, że sytuacja kobiet w społeczeństwie (prawna jak i ogólna)jest jak najbardziej odpowiednia


SPOŁECZEŃSTWO

i nie wymaga żadnych zmian, ponieważ opiera się na prawie bożym. Rzeczywiście, w większości krajów islamskich w praktyce obowiązuje tradycyjne prawo Szariatu, opierające się m.in. na Koranie oraz przepisach zwyczajowych, które naruszają lub ograniczają prawa kobiet. Szariat zakłada m.in. ,że kobieta nie ma prawa rozkazywać mężczyźnie, ma być mu posłuszną inaczej może zostać ukaraną, prawo do dzieci należy się wyłącznie ojcu, w razie niewierności kobieta zostaje skazana na śmierć, przez np. ukamienowanie. Niestety prawo dopuszcza do chorych i absurdalnych sytuacji, których istnienie w ogóle nie powinno mieć racji bytu. Warto przypomnieć sytuację, o której było bardzo głośno w 2008 roku. Świat obiegła historia 13-latki, która została zgwałcona na południu Somalii, przez trzech mężczyzn. Dziewczynka zgłosiła gwałt na policji... i została zabita na oczach tys. osób, w ramach kary za cudzołóstwo.

± Mężczyzna kupując sobie żonę za całe pięć wielbłądów oczekuje ,że będzie ona dziewicą, a on jej pierwszym mężczyzną. Dziewczyna nieobrzezana nie jest atrakcyjnym towarem na rynku i na zgubę i zmartwienie swojego ojca będzie tkwić w domu rodzinnym. I właśnie dlatego małe dziewczynki są okaleczane na resztę życia najszybciej jak to tylko jest możliwe.. A że w islamie to mężczyźni są warstwą dominującą, uczynili z tego zabiegu gwarancję na towar, gwarancję na czystą żonę. Zapewne, owo środowisko muzłumańskie to osoby zajmujące wyższe stanowiska państwowe czyli (dla odmiany) mężczyźni. Dlaczego mają oni prawo skazywać kobiety na cierpienie, którego sami nigdy nie doświadczą? Gdyby go doświadczyli, gdyby obrzezanie panów było równie bolesne i okrutne jak obrzezanie pań, gdyby to oni mie-

9


SPOŁECZEŃSTWO

li przestać odczuwać przyjemność ze zbliżeń z drugą osobą, dalej byliby tacy obojętni? Dalej trzymaliby się kurczowo stwierdzenia Dura lex sed lex? Pojawiła się bardzo ciekawa propozycja obrzezania będąca poniekąd kompromisem między niehumanitarnym okaleczaniem kobiet a uszanowaniem założeń religii islamu. Somalijski lekarz, pracujący od 25 lat we Włoszech, znalazł rozwiązanie problemu krwawego i bolesnego zabiegu, zastępując je czysto symbolicznym. Polegać miałby na nakłuciu znieczulonej części łechtaczki igłą, do pojawienia się pierwszej kropli krwi, wtedy rytuał można by uznać za dokonany. Być może nie jest to idealne rozwiązanie, ponieważ kobieta dalej jest upokarzaną z racji swojej płci i dalej przedmiotowo przynależy do mężczyzny , jednak oszczędzamy jej bardzo wiele cierpienia fizycznego. Taki zabieg na pewno ofiaruje również komfort, ale przede wszystkim ochroni wiele kobiet przed zagrożeniem śmierci z powodu zakażenia. Należy małymi kroczkami dążyć do celu. Zlikwidowanie obrzezania będzie idealnym fundamentem pod długą i mozolną pracę nad wolnością i prawami kobiet. Próba stworzenia wizji Afryki za kilkadziesiąt lat jest bardzo intrygująca. Śledząc historię Europy czy Ameryki, łatwo można zauważyć niesamowity postęp na wszystkich płaszczyznach życia. Zaczynając od rozwoju kulturowego, poprzez technologiczny aż po medycynę. Niegdyś ludzie umierali na zapalenie oskrzeli, a teraz mają szan-

sę żyć z jedną nerką, połową wątroby i przeszczepionym sercem. A Afryka.? Zatrzymała się na etapie kilku wieków wstecz. To bardzo fascynujące obserwować tak odrębne i wyłączone z rzeczywistości miejsca, plemiona, których istnienia nie ogarnia nasza percepcja. Miejsca nieskalane współczesnością. To wszystko jest rzeczywiście piękne i ma swój niewymowny urok. Ale fakty niestety kaleczą tę wspaniałą wizję, bezlitośnie rozrywają malowniczy obraz w strzępy. Codziennie w Afryce z powodu obrzezanie umiera ok. dwóch tys. kobiet. W imię czego?? Młoda afrykańska dziewczyna zostaje brutalnie okaleczona fizycznie jak i psychicznie, cierpi katusze i boryka się z problemami zdrowotnymi do końca swoich dni, po to, by jako małoletnia zostać sprzedaną często podstarzałemu mężczyźnie, który w trakcie nocy poślubnej rozcina jej krocze nożem. Nie odczuwając najmniejszej przyjemności ze zbliżenia, rodzi w bólach gromadkę dzieci mężowi, który ma oprócz niej jeszcze kilka innych zacnych małżonek. Jej cudzołóstwo nawet przez myśl nie przejdzie, bo przecież zostałaby spalona, ewentualnie ukamienowana. Jest wierna, oddana, a w zasadzie i tak nikim szczególnym nie jest ani dla małżonka, ani dla społeczeństwa. I nie będzie, ponieważ jest tylko kobietą. Wszystko przez co musi przejść jest jej obowiązkiem. Tak właśnie wygląda jej życie. Aleksandra Niedbałka


Jak zostałam córką Afryki, czyli kiedy marzenia przybierają kształt Czarnego Kontynentu... „Czy tam się kiedyś wrócić da? Afryka, mama Afryka…” nuci sobie co i raz Monika próbując jednocześnie przypomnieć sobie zapach Czarnego Kontynentu... Monia to sympatyczna 21-latka z pięknymi brązowymi oczami, które spoglądają na mnie zza prostokątnych szkiełek okularów. Co widziały te hebanowe oczy w ostatnie lipcowe dni? Afrykańskie obrazy „namalowane przez słonie wydeptanymi ścieżkami, wijącymi się między królewskimi baobabami.” 15 lipca zeszłego roku o 4.30 z lotniska Okęcie w niebo wzbił się samolot do Paryża. Stamtąd o 10.25 do Lome, czyli stolicy Togo. Wraz z oderwaniem się maszyny od ziemi, marzenia Moniki zaczęły przybierać coraz wyraźniejszego kształtu…

Konrad Mazowiecki i miłość do Czarnego Lądu Borzęcin Stary. Kilkanaście kilometrów na zachód od Warszawy, przy drodze 580 Warszawa - Sochaczew. To tutaj w 1429 r. kościół erygował Konrad Mazowiecki, a 12 września 1939 r. zwycięską bitwę przeciwko oddziałom niemieckim stoczyła 8. Dywizja Piechoty. Tutaj też stało się jeszcze coś równie istotnego… To tutaj Monika zakochała się w Afryce. Tutaj ten dziki kontynent zawrócił jej w głowie, zmieniając życie na zawsze. Monia mieszka tu od urodzenia, niedaleko jej rodzinnego domu, na przeciwko kościoła pod wezwaniem św. Wincentego Ferreriusza, za blaszaną bramą stoi duży, szary dom. To jedna z placówek Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, jest ona jakby „ polską bazą” dla księży misjonarzy, którzy co pewien czas wracają do kraju. „Wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy powstała w mojej parafii wspólnota modlitewna. Naszym duszpasterzem był ks. Andrzej Grych- misjonarz SMA. Wtedy coś się we mnie ruszyło.. Całkiem nieświadoma tego, co mówię, zapytałam go pewnego razu co trzeba zrobić, by wyjechać na misje do Afryki. Nie pamięJak zostałam córką...

11


SPOŁECZEŃSTWO

tam niestety, co odpowiedział, ale od tego czasu temat misji w Afryce kiełkował w moim sercu.” Tak jak ksiądz Andrzej zaraża swoim śmiechem, tak naszą bohaterkę zaraził miłością do Afryki. Choć jak sama mówi dostała ją przede wszystkim od Boga, który powołując ją obdarza łaskami i wielkim uczuciem dla tego kontynentu. Przez grosz do Afryki Monia wchodziła w to wszystko coraz głębiej. Poznała inne osoby ze zgromadzenia, wolontariuszy i świeckich, a przez mały polski grosik stała się również wolontariuszką w Centrum Charytatywno- Wolontariackim „Solidarni”, które działa przy SMA. „Grosiki dla Afryki” to jej pierwszy projekt, w który się zaangażowała, początek jej pracy na rzecz Misji. Na obecną chwilę Monia, mając już duże doświadczenie, prowadzi kilka dużych projektów: „Duchowa adopcja dziecka w Afryce”, „Fundusz Pomocy” oraz „Pomoc Szkołom w Afryce”. „Wszystkie są skierowane do osób, które w konkretny sposób chcą wspomóc najbardziej potrzebujących, poprzez darowizny finansowe oraz modlitwę. Misjonarze SMA, zarówno księża, jak i świeccy pracujący w Afryce odnajdują w swoich środowiskach osoby, które naprawdę potrzebują pomocy. To np. dzieci w sierocińcu, którym możemy opłacić szkołę i utrzymanie, bądź osoby chore, którym pomagamy pokryć koszty leczenia. Wspomagamy też osoby zdolne, wspierając ich przy rozkręceniu własnego interesu.”- opowiada Monika. 24 dni z „Ludźmi skały” „Misja Afryka”. Projekt mający na celu nawiązanie współpracy i wzajemne poznanie się młodzieży z innej kultury, skonfrontowania odmienności ze znaną im rzeczywistością społeczną, dostrzeżenia różnic i podobieństw w tradycjach, obyczajowości i codzienności. W Saoude, togijskim miasteczku, Monia razem z grupką przyjaciół spędziła prawie cztery tygodnie. 24 dni, 576 godzin, gdzie wraz z każdą chwilą w jej żyłach płynęło coraz więcej krwi Kabije, czyli ludzi z plemienia z Saoude, nazywanych „Ludźmi Skały”… To były jedne z takich chwil, które przewartościowują życie oraz zmieniają spojrzenie na otaczający świat o 180 stopni. Przygotowania do wyjazdu trwały kilka miesięcy, zaczęły się już w styczniu 2008 roku. Uczestnicy projektu spotykali się na warsztatach poruszających tematy międzykulturowości, które pomagały im za równo poznać siebie nawzajem, jak i egzotyczny kraj, do którego zmierzają. Te kilka miesięcy były przede wszystkim czasem zbierania darów i funduszy. Szczęśliwie udało się znaleźć darczyńców, sponsorów, po prostu ludzi dobrej woli.


SPOŁECZEŃSTWO

Mzungu w Togo Mzungu, tak Afrykańczycy nazywają ludzi o białym kolorze skóry. Co uderzyło Mzungu Monikę w pierwszej chwili po stanięciu na togijskiej płycie lotniska? „Pierwsze wrażenie- zapach Afryki! Może jego tajemnica tkwi w feromonach znajdujących się w powietrzu? To przez ich uderzające działanie człowiek pada przed Afryką na kolana, jak mężczyzna przed ukochaną kobietą przy zaręczynach”- czytam w pamiętniku Moniki, w którym skrupulatnie zapisywała wszystko dzień po dniu. Dzięki temu, teraz liczy on dobre kilkadziesiąt stron i opływa afrykańskimi wspomnieniami. Monia wraz z przyjaciółmi, mieszkała w Domu Regionalnym SMA w Lome. Stamtąd wyruszali do Saoude, gdzie realizowali plany projektu. Wspólnie z okoliczną młodzieżą przeprowadzili m.in. akcję sadzenia drzewek. „Gdy pierwszy raz usłyszałam o pomyśle sadzenia drzewek to nie wyobrażałam sobie tego. Jak tu jechać do lasu i sadzić drzewa? Tu na miejscu, w czasie realizacji tego celu, doszłam do wniosku, że to był super pomysł. Posadziliśmy mnóstwo drzewek, które w przyszłości będą bardzo przydatne. Poza tym nawiązaliśmy kontakt z drugim człowiekiem, innym człowiekiem. To był naprawdę niesamowity czas.”- podsumowuje Monia. Śnieg w Afryce i tańcząca taca W następnych dniach, ku ogólnej uciesze dzieciaków, odremontowali tamtejsze przedszkole, malując na ścianach afrykańskie zwierzaki oraz robiąc wszystko, by sale i szkolne pomieszczenia były bardziej przytulne. Oprócz wspólnej pracy, ważne było też wzajemne uczenie się siebie. Nasi młodzi misjonarze organizowali wieczory filmowe oraz spotkania, gdzie nawzajem mogli poznać swoje kraje, tradycje i obyczaje. „Na prezentacji każdy powiedział coś o sobie, trochę pośpiewaliyśmy polskich piosenek. Jola włączyła film o Śląsku, o Częstochowie. Ola pokazała zdjęcia ze swojego ślubu, z wesela. Włączyliśmy także film o krajobrazach Polski, o czterech porach roku. Oczywiście, najbardziej podobał im się fragment ...

13


SPOŁECZEŃSTWO

dotyczący śniegu. Gdy tylko śnieg pojawił się na ekranie, wybuchł gwar i odgłosy podekscytowania. Śmiesznie... Pewnie niektórzy z nich po raz pierwszy w życiu widzieli śnieg na ekranie, bo dotychczas tylko o nim słyszeli. Po opowieściach księdza Marka był czas na pytania do nas. Zdziwiłam się pozytywnie. Ich pytania były naprawdę na poziomie, pytali m.in. jak u nas jest z homoseksualizmem, z aborcją. Pytali o wizy, czemu tak ciężko je dostać, pytali o rasizm w Polsce. Ich pytania były naprawdę przemyślane.”- wspomina nasza bohaterka. Umacniającym i niezapomnianym przeżyciem dla Moni były również msze święte razem z mieszkańcami Saoude. ”Moja pierwsza, prawdziwie afrykańska msza zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Trwała ok. 2-3 godzin, ale kompletnie tego nie czułam. Ciągle były śpiewy i tańce, nawet po Komunii świętej. Dość dziwnie się czułam, gdy uklękłam i modliłam się w czasie uwielbienia, a wszyscy wokoło śpiewali i tańczyli. Fantastycznym elementem w kościele jest oczywiście chór, który przepięknie śpiewa i gra. To on nadaje rytm tej mszy. Bardzo zaskoczyła mnie też ofiara tzw. „na tacę”. Wystawiany jest koszyczek przed ołtarzem. Ten kto chce ofiarować jakieś pieniążki idzie, a dokładniej TAŃCZY idąc i składając ofiarę. Świetnie to wygląda!” Niebezpiecznie pozytywny wirus „To co, dobre szybko się kończy.” Projekt „Misja Afryka” nieubłaganie zmierzał ku końcowi. Gdy powrotny samolot wzbijał się w górę z oczu Moni leciały łzy. Jak pisze w pamiętniku, były to „łzy smutku, radości, tęsknoty, wdzięczności”. Projekt się skończył, ale w jej życiu zaczął się zupełnie nowy okres. „Dla mnie zaczyna się nowe życie. Upewniłam się w swoim powołaniu na Misję do Afryki. Jeśli Bóg pozwoli, to po studiach i praktyce wyjadę już na dłużej. Teraz, póki co, chcę dzielić się tym co przeżyłam i doświadczyłam”. Wyjazd zmotywował ją do dalszej edukacji, odmienił relację z Bogiem. Togo nauczyło ją prostoty w modlitwie i pełnego zaufania woli Niebieskiego Ojca. Monia swój pamiętnik puentuje: „Chcę zarażać innych Afryką”… Mimo, że przed wyjazdem zaszczepiła się na wszelkie niebezpieczne i egzotyczne choroby, i tak zaraziła się wirusem... Na szczęście jest on dosyć pozytywny. To wirus pasji do tego kontynentu, który jak pisał Ryszard Kapuściński w „Hebanie”, jest zbyt duży, by go opisać. Wirus pasji do Afryki, która jest „istnym oceanem, osobną planetą, różnorodnym, przebogatym kosmosem”. Życzę Ci, by i Ciebie nim zaraziła..

Joanna Kuzia


W poszukiwaniu demokracji w Afryce „Afryka i „demokracja” dla wielu z nas te słowa wydają się być zupełną sprzecznością. Kontynent afrykański, uważany za synonim totalitaryzmu, ludzkiego bólu, prześladowań i cierpienia, wydaje się mieć niewiele wspólnego z krainą gdzie kwitnie pluralizm, a społeczeństwa aktywnie uczestniczą w życiu politycznym swoich ojczyzn. Historię Czarnego Lądu do roku 1957 można podzielić na dwa etapy; przedkolonialny i kolonialny. Państwa widniejące na mapie przed procesem kolonizacji Afryki przez europejskie mocarstwa „budowane” były na wzór prymitywnych królestw. Gdy nadchodziła potrzeba zmiany władcy, miewała ona nieraz bardzo krwawy charakter. Afrykańskie społeczności owych czasów wyróżniały się pewnymi charakterystycznymi cechami. Należy wśród nich wymienić dominację grupy nad jednostką, nacisk na konformizm, kult posłuszeństwa wobec władzy oraz poszukiwanie konsensu zamiast załatwiania sporów na drodze konfliktu. Z drugiej zaś strony, w wielu mniej zorganizowanych i bardziej zdecentralizowanych grupach społecznych funkcjonowały pewne formy demokratycznego sprawowania władzy i odpowiednie ku temu instytucje. Niektóre plemiona wybierały i w razie potrzeby odwoływały swoich przywódców. Niekiedy władza była sprawowana kolegialnie przez rozmaite „rady starszych”. Najbardziej znanym przykładem takich W poszukiwaniu demokracji w Afryce

tradycji jest występująca na obszarze obecnej Botswany kolta - obrady plemiennej społeczności nad kwestiami o szczególnym znaczeniu. Bez względu na to czy afrykańskie dążenia demokratyczne miały szanse powodzenia, ich kres musiał nadejść wraz z epoką kolonializmu. Państwa europejskie dołożyły wszelkich starań by na południe od Morza Śródziemnego nie zadomowił się duch demokracji. Handel niewolnikami zdziesiątkował ludność Afryki i na setki lat zahamował cywilizacyjny rozwój kontynentu. Radykalne rządy kolonialne dążyły do utrzymania poddanych w politycznej bierności. Dodając do tego fakt, że wykształcenie stało się udziałem zaledwie ok. pięciu procent mieszkańców kontynentu, a działalność partii politycznych była zakazana to trudno się dziwić, że otrzymawszy demokrację Afrykanie nie wiedzieli co z nią zrobić. Rok 1957 jest datą niezwykłą. Zajmuje szczególne miejsce na afrykańskiej ścieżce do demokracji. Wtedy 15


SPOŁECZEŃSTWO

to niepodległość uzyskała pierwsza afrykańska kolonia – obecna Ghana. Wydarzenie to pociągnęło za sobą szereg innych. Proces dekolonizacji zaczął nabierać tempa. Do 1960 roku niepodległość uzyskało aż siedemnaście państw. Niestety w jednej parze z suwerennością nie szła demokracja. Tylko nieliczne państwa Afryki (Botswana, Mauritius czy Gambia) cieszyły się nią przez większość okresu samostanowienia. Bohaterowie walk o niepodległość bezwzględnie wykorzystywali swoją przeszłość do objęcia władzy w sposób legalny. W państwach, w których stanowili zwykle jedyną zorganizowaną siłę polityczną mającą oparcie w strukturach państwowych, byli niemal skazani na sukces polityczny – objęcie władzy całkowitej. W większości wy-

zwolonych państw demokracja parlamentarna znikła w przeciągu paru lat od wyzwolenia się spod rąk „okupantów z północy”. System jednopartyjny występował tam niemal powszechnie, a dawni przywódcy wprowadzali bez mała religijny kult swej osoby. Przykładem na to może być Kwame Nkrumach znany jako „Zbawiciel” Ghany. Trzydzieści lat od upadku kolonializmu na kontynencie afrykańskim nastąpiły gruntowne zmiany ustrojowe. Państwom nadawano konstytucje, przywracano systemy wielopartyjne, ponownie zawitał pluralizm. Przyczyny zmian można podzielić na dwie grupy. Zewnętrzne i wewnętrzne. Do tych pierwszych niewątpliwie zaliczymy upadek Związku Radzieckiego, co w przypadku totalitarnych, często też


SPOŁECZEŃSTWO

marksistowskich państw sprawiło, iż straciły one główne źródło dochodu. Nie można jednak tłumaczyć wszystkiego metamorfozą politycznej mapy świata, która miała miejsce w ostatnim dziesięcioleciu XX-tego wieku. Nieudolne i skorumpowane rządy rozmaitych dyktatorów traciły bowiem legitymizację wewnętrzną. Społeczeństwa przekonywały się, że rozmaite ideologie afrykańskiej „trzeciej drogi”, wśród nich argumenty o rządach silnej ręki jako jedynym ratunku przed etnicznymi i religijnymi konfliktami, są tylko zwykłym parawanem dla żądzy władzy i chciwości rządzących elit, które zamieniały każde z państw w swój prywatny folwark. Nie oznacza to jednak, że proces demokratyzacji zakończył się pełnym sukcesem. Tylko część państw jak RPA, Malawi, Kenię, czy Zambię można uznać za przykład udanej transformacji. W innych, mimo wprowadzenia konstytucji i systemu wielopartyjnego, starzy przywódcy nie mieli problemu z utrzymaniem się przy władzy. Skutecznie trzymają w swych rękach media, silny i oddany aparat partyjny, wpływy w armii, i służbach bezpieczeństwa. Słaba i często podzielona opozycja nie stanowiła

W poszukiwaniu demokracji w Afryce

wielkiego zagrożenia. Skorumpowani politycy o marksistowskich poglądach po dziś dzień „z woli narodu” zasiadają w fotelach prezydenckich. Na obecnej mapie Afryki znajdziemy takie państwa jak Zimbabwe i Gambia, gdzie możemy mówić o regresie i cofaniu się demokracji. W innych upadek „mocnego człowieka” przyniósł w dłuższej perspektywie chaos i wybuch krwawego konfliktu wewnętrznego, który trwa po dziś dzień (Demokratyczna Republika Kongo, Liberia, Somalia). To, czy fala demokratyzacji będzie dalej postępować na kontynencie afrykańskim pozostaje kwestią otwartą. Ostatnie lata nie do końca napawają optymizmem. Mimo wszystko, po tzw. drugim wyzwoleniu lat 90tych, polityczny krajobraz kontynentu uległ znaczącym przeobrażeniom. Zmiany te wydają się być porównywalne z tym, czym dla Polaków i innych mieszkańców Europy ŚrodkowoWschodniej było przejście od stalinizmu do chruszczowowskiej „odwilży”.

Paweł Świderski

17


Taniec zmysłów Pulsujący równo, potężny rytm bębnów, mocne uderzenia afrykańskich clavesów, subtelny szelest portugalskich marakasów, enigmatyczny, kubański tres. Zniewolone ciała wirujące w zmysłowym, opętańczym pragnieniu. Unosząca się w powietrzu, ognista atmosfera pożądania. Piękne kobiety o ponętnych kształtach i zadbani mężczyźni w porozpinanych koszulach, szukający ujścia dla emocji. Jednoczą się celem, środkiem i efektem. Spajają swoje ciała bez ograniczeń, by poddać się transowi tańca. Krok w tył, dwa kroki w prawo, delikatne odrzucenie i zdecydowane porwanie w ramiona. Namiętne spojrzenie w rozpalone oczy, chwilowe zetknięcie warg i nagłe smagnięcie wilgotnych włosów na odwróconej twarzy. Salsa. Mówi się o niej, że jest tańcem zmysłów, instynktów, namiętnych uczuć i gorącego pożądania. Mówi się, że ma anielski uśmiech i diabelską moc. I nie są to słowa bez pokrycia. Ten latynoski taniec, przemierzając kontynenty, na każdym z nich odcisnął silne piętno. W samej tylko Polsce istnieje kilkadziesiąt szkół prowadzących zajęcia z salsy, podobnie jak klubów, serwujących miłośnikom latynoskich klimatów ten rodzaj muzyki. Na Kubie, w Portugalii, Stanach Zjednoczonych, miejscach, skąd salsa się wywodzi, jest ich znacznie więcej. Nieuświadomiona, jak magnetyczną moc ma ten taniec, daję się porwać jego czarowi i stawiam pierwsze kroki w warszawskiej szkole tańca Salsa Libre przy ulicy Solec. Młody instruktor udziela mi pierwszych wskazówek i tłumaczy istotę tańca; — Salsa...Uzależnia od tańczenia i dźwięków clave. Należy do gatunku uwodzicieli, rozbudza zmysły i poczucie humoru. Ma nieokiełznany temperament i bezdyskusyjną siłę perswazji.

Pochodzi z Ameryki Łacińskiej, ale przetrwa w każdej strefie klimatycznej. To taniec dla ludzi, który wiedzą, czego chcą i wiedzą jak to osiągnąć. Cieszą się życiem, kochają i nie ukrywają tego. — Jesteś tu pierwszy raz?- zagaduje jedna z dziewczyn - Chyba nie widziałam cię wcześniej. Uśmiecham się tylko i postanawiam kontynuować tę grę. Udaję, że jestem nową kursantką. Ubrana w długie dżinsy wtapiam się w grupę z nadzieją, że przemknę niezauważona. Z chwilą rozpoczęcia zajęć okazuje się, że to wcale nie musi być takie proste. Pary mają już spore doświadczenie w nauce salsy i bez namysłu reagują na polecenia instruktora. W dodatku ja jestem sama. Dyskretnie przemieszczam się na koniec sali. Przed sobą widzę istny raj dla męskich oczu. Kilkadziesiąt damskich pośladków, pracujących zdeterminowanie nad zgrabnym, zamaszystym falowaniem. Przychodzi mi na myśl, że fu-


SPOŁECZEŃSTWO

cha instruktora, nie jest w tym wypadku taka zła i niejeden kolega z redakcji chętnie poświęciłby kilka lat na naukę tańca, by doświadczać takich widoków. Niestety, nie każdemu jest to dane. — Krok zwykły, do przodu i na 4 obrót w prawo! – komenderuje profesjonalista, po czym wszystkie kobiety wykonują zgrabny, szybki obrót, stawiając w miejscu niewielkie kroki. — Salsa to taniec finezyjny, ale i praktyczny, kiedy liczy się oszczędność miejsca na parkiecie. Wszystko jest pomyślane tak, żeby zajmować go jak najmniej, a przy tym porządnie się wyszaleć - mówi jedna z dziewczyn. Jest pewna siebie, ładnie zbudowana, niewysoka. Ciemne włosy i piwne oczy czynią jej urodę orientalną.

śledzi w stylu salsa oraz do zamawiania nachos z sosem o takiej nazwie. Dla wielu ta nazwa nie kojarzy się z niczym więcej, jak tylko kręceniem biodrami a salsa bywa przecież pewnym tao, sposobem na życie. Moja rozmówczyni przerywa, ponaglana przez instruktora i zniecierpliwionego partnera. Obserwuję ją. Dziewczyna zwraca uwagę na parkiecie, jej ruchy są eteryczne, ale pewne i mocne. Porwana w objęcia partnera, daje się poprowadzić. Widać, że chłopak wie, co robi. Fachowo chwyta dziewczynę w pasie,

— Kultura kubańska jest ci bliska? – pytam. Okazuje się, ze dobrze trafiam, bo brunetka nosi w sobie znamiona kubańskiej krwi. Potrafi mi też wiele powiedzieć o tańcu. — Podobno moja prababcia była Kubanką. To mnie zainteresowało, dlatego też zaczęłam swoją przygodę z salsą, która wciągnęła mnie bez pamięci. Bo salsa to właśnie taniec kubański, który cieszy się ostatnio coraz większą popularnością. To dość skomplikowana mieszanka styli tanecznych, gdzie można odnaleźć źródła takich rytmów jak: son, danson, guajira, guaracha, mambo, cha-cha, cumbia czy bomba. Samo słowo salsa oznacza po prostu sos... Wszyscy przyzwyczaili się już do Taniec zmysłów

19


SPOŁECZEŃSTWO

łapie za rękę, wykonuje płynnie skomplikowane ruchy. Dziewczyna roztapia się w jego ramionach i stają się jednością. Doskonała harmonia ruchów nie umyka także uwadze pozostałych tancerzy, który obserwując parę kątem oka, starają się ich naśladować. Widać, że to para nie tylko taneczna. Ufają sobie w tańcu a namiętność i uczucie, które ma wyrażać salsa jest w ich wypadku szczere, nie udawane. Są przekonujący w tańcu. Wydają się nie myśleć o tym, co powinni zrobić z ręką, prawą nogą, głową – po prostu to czują. Bo, jak mówi chłopak – Na początku wykonujemy tylko ruchy, dopiero, gdy przestajemy się nad nimi zastanawiać, zaczynamy naprawdę tańczyć. Tak jest nie tylko w salsie a nawet nie tylko w tańcu. Tak jest ze wszystkim, co robimy. Trzeba czegoś chcieć i czuć, żeby robić to dobrze i czerpać z tego radość. Zwiewna sukienka co chwilę filuternie odsłania skrawek zgrabnego uda dziewczyny co niezawodnie rozpala jej partnera. Jego ruchy stają się coraz bardziej ogniste i obydwoje popadają w taneczne zapomnienie. Para doskonale się uzupełnia. Chłopak jest wyrazem męskiej siły i oparcia dla filigranowej kobiety. Ich postaci sprawiają wrażenie silnych, ale kruchych. Wrażliwych na każdy dźwięk i ruch. O to właśnie chodzi w tańczeniu salsy. To taniec, który nawet słabego człowieka wyposaża w niespożytą siłę i energię. To taniec, który sprawia, że odkrywasz w sobie nieznaną dotąd moc. Który napełnia cię przekonaniem, że wszystkie twoje najbardziej nieosiągalne plany mogą się ziścić, ze jesteś

w stanie wygrać każdą bitwę. Nie wątpisz, wierzysz, bo czujesz tę moc. W tym momencie z zamyślenia wyrywa mnie ostre polecenie instruktora, by osoby z tyłu zajęły miejsca na samym przedzie. Obnażona w swoim braku umiejętności tańca, stoję w pierwszym rzędzie i czuję na sobie wzrok instruktora, który zna moją dziennikarską tożsamość. Ten, śmiejąc się, wydaje polecenia wykonania najbardziej skomplikowanych kroków, jakie poznała grupa, by mnie pogrążyć. Dochodzę do wniosku, że lepiej przestać robić z siebie centrum zainteresowania sali i daję za wygraną. Czując się przytłoczona umiejętnościami i zwinnością ruchów pozostałych kursantów, rezygnuję z tej formy kontynuacji mojej pierwszej lekcji ale z wielkim upodobaniem i podziwem obserwuję zajęcia. Widzę zaangażowanie, z jakim wszyscy tancerze podchodzą do tego, co robią. Widzę poświęcenie, z jakim starają się przezwyciężyć wszelkie niepowodzenie. Widzę radość z każdego, drobnego postępu, jak te małe kroki, niepostrzeżenie urastają do cudownej sztuki tańca. Szczere emocje, które bez zahamowań uwalniają w tańcu, namiętność, która rozbudza i napędza. Widzę, jak ci ludzie, kończąc zajęcia, nie przestają być „salsa”, bo nauczyli się tu radości życia i uwierzyli w swoje możliwości. Wracają do codziennych zajęć i równie zawzięcie, z taką samą pasją tańczą między ścieżkami życia. Widzę i rozumiem, dlaczego to robią. Martyna Chachulska


Tajemniczy „Biały Miś” „Hej, dziewczyno spójrz na misia, on przypomni chłopca Ci. Nieszczęśliwego białego misia, który w oczach miał tylko białe łzy”. Wśród wielkich hitów, jakie opanowały polskie dyskoteki w latach 90., prym wiodła piosenka „Biały miś”. W ostatnich 30 latach bez tego przeboju nie obeszło się żadne polskie wesele. Cóż takiego ma w sobie ten utwór, że nucił go przeciętnie, co czwarty polak. Fani tego przeboju wyczuwali w nim autentyczne uczucia. Muzyk Tymon Tymański wraz z zespołem przy realizacji filmu „Wesele”, podczas filmowej balangi przygrywał między innymi „Białego misia”. „Czułem, że w tej piosence są zawarte prawdziwe emocje i uczucia. To jeden z utworów, który budzi miłe skojarzenia” – wspomina muzyk. Śpiewali go wszyscy w przekonaniu, że to jedna z piosenek ludowych, bez autora. Nic bardziej mylnego. Na stronie portalu www.piszanin.pl pani Maria Górska mieszkanka Pisza wyznała: „Biały miś był dla mnie”. Opisała Tajemniczy „Biały Miś”

historię powstania miłosnej piosenki, napisanej przez jej męża, później skradzionej i włączonej do repertuaru innych zespołów. Autor napisał piosenkę w wojsku z tęsknoty za ukochaną żoną i synkiem. „Podczas odwiedzin w jednostce mąż zaśpiewał mi tę smutną piosenkę. Popłakałam się” – wspomina pani Maria. Tytułowym „Białym Misiem” był ich synek Andrzej. Tak pieszczotliwie nazywali go, gdyż miał włosy białe jak mleko. W sierpniu 2006 r. reaktywował się zespół Dobosze, w którym w młodości śpiewał i grał pan Mirosław. Zanim utwór został wielkim przebojem to Dobosze jako pierwsi grali go na dyskotekach w Piszu. „Białym misiem” zainteresował się, znany zespół z Łodzi i od tego momentu kariera misia nabrała tempa. Po emisji utworu na antenie „Lata z radiem” bezpański utwór zaczęli wykonywać wszyscy. „Nie podejrzewałem, że w pewnym momencie piosenka zacznie żyć własnym życiem i stanie się tak znanym przebojem” – wspomina. Pan Mirosław ukrywał, że jest autorem tekstu, obawiał się publicznych żartów 21


SPOŁECZEŃSTWO

i szydzenia z ich uczuć. Utwór miał dla nich osobistą wartość. „Nie zależało nam na rozgłosie, uczucia nie są na sprzedaż”- mówi. Zaznaczył, że przy kolejnych nagraniach „Białego misia” chciałby by podkreślono, że jest on autorem tekstu. Państwo Górscy marzą, jest by ich piosenka pomagała dzieciom niepełnosprawnym i promowała nasze miasto na całą Polskę. Udało się!! „ Biały Miś” pod patronatem artystycznym Tymona Tymańskiego doczekał się swojego konkursu. W drugi weekend lipca 2007 podczas trzydniowego festiwalu „Białego Misia” atrakcji nie brakowało. Występy zespołów na Piskiej scenie Domu Kultury oraz na stadionie cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Tłumy piszan połączyła elektryzująca mieszanka muzyki dancingowej, disco polo, alternatywnego rocka i big bitu. Koncerty zespołów: Dobosze, Bayer

Full, Indios Bravos, Żuki, Transistors oraz Odziału Zamkniętego połączyły młodsze i starsze pokolenie mieszkańców. Piszanie z entuzjazmem czekali szczególnie na koncert zespołu Dobosze, w którym do dziś na perkusji gra Mirosław Górski, twórca piosenki „Biały Miś”. W przerwach prowadzone były licytacje ozdób i przedmiotów wykonanych przez niepełnosprawne dzieci z Ośrodka w Piszu. Zebrane pieniądze przeznaczono dla wychowanków o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Impreza przypadła do gustu mieszkańcom Pisza i turystom, dlatego festiwal warto kontynuować w następnych latach. Mieszkańcy są dumni, że tak skromny, prosty człowiek, który nie jest z zawodu muzykiem ani twórcą, stworzył tak piękną piosenkę promującą to małe mazurskie miasteczko. Milena Malczyk


fot. Charles Thompson

Jestem Polką

i wstydzę się tego... Czy wszystkie Polki skrzywdzone przez obcokrajowców są naprawdę takie biedne i niewinne? Czy to, że ponoszą konsekwencje za swoje czyny to powód aby wszędzie mówić o tym jak im źle i ile krzywdy wyrządzili im ciemnoskórzy mężczyźni? Przestańmy bronić polskie kobiety tylko dlatego, że są z naszej ojczyzny. Przeważnie, słyszy się w polskich mediach o Polkach uciekających od mężów obcokrajowców, czy o tych, które zostają same z ciemnoskórym dzieckiem. Oczywiście, całą winą obarczana jest za to męska strona, Arab, Włoch czy inny mężczyzna z egzotycznego kraju, a Polka to zagubiona, niewinna istota, którą wykorzystano i oszukano. Jaka jest prawda, nikt nie wie, bo i nikt tej prawdy nie szukał. W takim razie, kto i dlaczego podjął się tej niesprawiedliwej oceny? Pamiętam z dzieciństwa jak dorośli zaJestem Polką i wstydzę się tego

wsze twierdzili żeby być sprawiedliwym i zgodnym z własnym sumieniem. Nim zatem obarczymy kogoś winą trzeba wysłuchać obu stron! Przykładów Polek, które nie grzeszyły rozsądkiem nie musiałam szukać daleko, wystarczył jeden wyjazd na wakacje do Makarskiej, chorwackiego miasta, w którym szaleństwo i dobra zabawa to podstawa. Szkoda tylko, że żadna z moich koleżanek nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego wspaniałego, waka23


SPOŁECZEŃSTWO

cyjnego wyjazdu. Wszystko zaczynało się wieczorami, kiedy wystrojone dziewczyny wyruszały na „podbój” pobliskich barów. Oczywiście, nie zostawałam sama w pokoju tylko szłyśmy razem, jednak z zupełnie innymi zamiarami. Szalone kobiety, wymalowane, wystrojone, ucieszone od ucha do ucha paradowały całym stadem ze swoją opalenizną z dnia, z nadzieją, że ta noc odmieni ich życie. Gdy zajmowały już miejsca przy stolikach, na zmianę chodziły zamawiać coś do picia, rozglądając się czy jakiś przystojny Chorwat nie zwróci na nie uwagi. Otwierając swoje wielkie oczy patrzyły dookoła i śmiały się głośno gdy pojawiał się ktoś godny uwagi. Fakt, okolicznych mieszkańców płci męskiej nie było mało, gdy tylko dowiadywali się o polskich wycieczkach, przychodzili do barów i udawali innych, niż byli na co dzień. Gdy wszystkie siedziałyśmy, nie mogłam napatrzeć się na moje znajome, były zupełnie inne niż w Polsce, szukały wrażeń, chwilowych, wakacyjnych i spontanicznych doznań. Pewnie każdy z nas przeżył wiele takich chwil, ale to było inne, dziewczyny zwariowały. Zastanawiałam się czy jakbym nie miała chłopaka to też czekałabym na przelotną znajomość z ciemnoskórym mężczyzną, wmawiałam sobie, że każda z nas o tym marzy, ale po chwili znowu wracałam do rzeczywistości, do tego co może być po wakacjach. Patrząc na przyjaciółki wydawało mi się, że to ja jestem nienormalna, ale nie przeszkadzało mi to, zachowanie dziewczyn było żenujące. Każdy wieczór był oczekiwaniem na „tego jedynego”, na zmianę życia na lepsze, lub po prostu na szaloną noc. Przez pierwsze dni widziałam dziewczyny zawsze z jakimś

innym Chorwatem, codziennie w dzikich objęciach z kimś obcym. A kobiety szalały ze szczęścia, oliwkowa cera, ciemnooki przystojniak, który nie dość, że bosko tańczy to jeszcze wszystko sponsoruje. I jak tu się nie zakochać? Przyjaciółki bawiły się cudownie, a ja tylko obserwowałam i było mi wstyd, dlaczego? Bo tylko Polki się tak zachowywały, nie widziałam nikogo innego, komu zależałoby tak na paru zdjęciach z ciemnoskórym, lub na stawianym alkoholu. Tamtejsi mężczyźni byli tak przyzwyczajeni do tego, że Polki są chętne na wszystko, że jak któraś nie chciała z nimi rozmawiać, to nie wiedzieli co się dzieje. Chłopcy byli bardzo zdziwienie, że jest w ogóle taka kobieta z tamtego kraju, która nie chce na nich patrzeć. Za to wszystko jest mi wstyd; za moje koleżanki, za wszystkie kobiety, które dają się ponieść chwili i nie myślą o tym, że ci szarmanccy mężczyźni tylko je wykorzystują, że im wcale nie zależy na przyjaźni, czy miłości, tylko na statystykach mówiących ile mieli blondynek w te wakacje. Przerażające, ale prawdziwe jest też to, że oni wszyscy wyglądali na takich cudownych tylko nocą, tylko wtedy gdy kupowali kobietom drinki i namiętnie całowali. W ciągu dnia byli zwykłymi robotnikami, czy pracownikami z ulicy. Oczywiście, nie ocenia się człowieka po tym co robi, ale te wszystkie głupiutkie dziewczyny myślały, że znalazły księcia na białym koniu. Bolesna była prawda gdy widziały ich wszystkich w ciągu dnia, mizernych i zapracowanych, a jeśli już któraś nie zwróciła na to uwagi, to dostrzegała swojego wymarzonego partnera następnej nocy w objęciach innej Polki. Prawdziwy problem był dopiero wtedy gdy wracały-


SPOŁECZEŃSTWO

śmy z tych wspaniałych, wymarzonych wakacji, a nasza przyjaciółka została. Zakochała się, znalazła miłość swojego życia i postanowiła pozostać już z nim na zawsze. Szok dla wszystkich, ale przecież jest taki cudowny, przystojny, kulturalny, szarmancki i wychowany. Wracałyśmy zapłakane, sama nie wiedziałam czy płaczę ze smutku czy ze zwykłego żalu, żalu nad głupotą tej dziewczyny… Inny problem powstał też gdy moja druga znajoma po miesiącu od powrotu dowiedziała się, że jest w ciąży z Chorwatem, którego już więcej nie spotka. Wakacje były cudowne, opaliłam się i wytańczyłam, ale gdy p r z y p o m in a m sobie obrazki, na których nasze polskie kobiety poniżają się w objęciach tamtejszych mężczyzn, to już nie mam tak radosnej miny. Po wspaniałej egzotyce zostały nam dwie koleżanki, jedna samotnie wychowująca dziecko, a druga dzwoniąca do nas z płaczem i żalem, że już nie jest tak cudownie, że chce wrócić, ale nie może. Ile słyszymy w mediach o Polkach, które zostały wykorzystane przez muzułmanów czy innych obcokrajowców? Ile słyszymy o tym jak są poniżane i okropnie traktowane? Nie jest mi ich żal, ponieważ doskonale wiem, że same tego chciały. Wychodząc za Jestem Polką i wstydzę się tego

obcokrajowców nie powinny sugerować się ich wyglądem czy chwilową kulturą, powinny dokładnie wiedzieć jak wygląda ich religia, ich obyczaje czy zachowania. Niestety bajki nie zawsze kończą się pięknie, tym bardziej gdy bohaterki są głupie i naiwne. Dla każdego takiego mężczyzny to wielka duma, że przespał się z Polką, nie mówiąc już o tym, że ma taką żonę. Szkoda tylko, że często są to zwykłe drwiny z kobiet z naszego kraju. Nie powinniśmy oskarżać tylko mężczyzn z obcych krajów, lecz także zastanowić się nad zachowaniem kobiet. Nie są biedne i skrzywdzone, dobrze wiedzą co robią śpiąc z obcokrajowcami, lub wychodząc za nich za mąż. Patrząc na ich czyny, wiem już, że nie można szukać winy tylko po jednej stronie. Nie piszmy w polskich gazetach tylko o błędach mężów, mówmy w polskim radiu o sprawiedliwości, a w polskiej telewizji o tym, że kobieta też jest często winna. Ostrzegajmy nasze rodaczki przed tym, że zanim się zdecydują na związek niech dokładnie dowiedzą się o życiu swojego wybranka i zastanowią się przed każdym kolejnym krokiem. Paulina Korsan 25


Squotersi – syndrom wolności Zadziwiające, jakie bogactwo może kryć się w starym opuszczonym budynku. Jeśli znasz hasło lub jesteś posiadaczem odpowiedniego klucza, ciężkie żelazne drzwi stają otworem. W tym przypadku był to potężny kopniak Wojtka, poprzedzony zręcznymi zabiegami Roberta, który łatwo pozbył się zewnętrznej kłódki. Jaskinia była stara. Taki relikt minionej epoki. Prosty geometryczny i przysadzisty kształt o szarej barwie, opatrzony jeszcze bardziej szarym parkingiem. Niby pusty, spisany na straty. A jednak było w nim coś, co przyciągnęło chłopaków, co przyciągnęło przywódcę. Przyciągnęło też mnie. Pierwsze wejrzenie Wojtasa, bo tak wszyscy na niego mówili, poznałem przypadkiem na papierosie, podczas przerwy w pracy. Okazało się, że miałem wtedy podwójne szczęście. Po pierwsze, dlatego że był to jego ostatni dzień w pracy, a po drugie, dlatego że zapas papierosów z Polski szybko się kończył, więc korzystałem z niego coraz rzadziej. Wojtas był bardzo wysokim facetem o postawnej sylwetce, ale to jego poniszczona cera, jasne, postawione na irokeza włosy i zmęczone oczy przyciągały uwagę. Był jednym z tych, którym już po pierwszym kontakcie, po kilku pierwszych zdaniach można powierzyć najskrytsze tajemnice. Jego charyzma wprost z niego epatowała i właśnie dlatego się nim zainteresowałem. Z jakiegoś powodu on zainteresował się mną...

Wieczorem, gdy wysiedliśmy z busa, odwożącego nas po pracy, Wojtas z uśmiechem stwierdził, że rzuca tę robotę, ale dobrze byłoby się spotkać jutro o tej samej porze i zrobić jakieś piwko. Inicjacja Następny wieczór był jeszcze bardziej interesujący. Co prawda staliśmy pół nocy pod sklepem, próbując wycisnąć puszki do ostatniej kropli, bo nie mieliśmy jeszcze wystarczająco pieniędzy, by kupić następne, ale rozmowa powalała z nóg. To było jeden wielki wybuch niepoukładanych wspomnień Wojtka, zdecydowanie szczerych, w które uwierzyłby chyba każdy jego rozmówca. To był ciąg zdarzeń ubarwiony tylko jednym słowem o zadziwiającej wielości znaczeń i zastosowań. Cholernie trudno oddać tu tę wiary-


SPOŁECZEŃSTWO

Squotersi – syndrom wolności

fot. Acracia

27


SPOŁECZEŃSTWO

godność opowieści o chwilach bolesnego głodu, które przeżywał jeszcze w Polsce, krążąc ulicami Wrocławia. To było w jego poprzedniej ojczyźnie. Tu, dokąd przyjechaliśmy, miało mu być lepiej, tylko żeby, broń Boże, nic się nie zmieniło. Bardzo mi zaimponował. Szczerością, odwagą, a przede wszystkim wolnością. Zastanawiałem się wtedy, dlaczego nie zaprosił mnie do swojego domu. Na emigracji byłem nowy. Nie wiedzia-

wspólnych wieczorach. Poznałem hasło i wszedłem.

łem, jakie zwyczaje tam panowały. Już wkrótce miałem się przekonać. Scena, która została opisana na początku, miała się wydarzyć tej nocy. Nie było tam nikogo innego. Tylko Wojtas i Robert. Ja oglądałem to na filmie kilka dni później. Był to film z kamery przemysłowej, w jakie zaopatrzona była cała jaskinia, zresztą podobnie jak chyba cała Anglia. Na filmie po raz pierwszy znalazłem się dopiero po kilku takich

skiego domu pomocy społecznej. Dokładniej był to dom spokojnej starości jeszcze z czasów, kiedy w Anglii socjal był na wysokim poziomie, bo bronili go socjaliści. Każdy ze sqotersów zajmował osobny pokój. W niektórych były telewizory, w innych stare komputery. Toalety i prysznice znajdowały się na korytarzu. Wszystko w idealnym stanie. Zdziwiłem się, jak tyle sprzętu i miejsca mogło le-

W trakcie W końcu mnie zaakceptowano. Nie wiem czy odbył się jakiś sąd, ale wiem, że takie ważne decyzje były podejmowane wspólnie. Zaskoczył mnie luksus jaki zastałem na sqocie, miejscu do tej pory porzuconym i zapomnianym. Okazało się, że wcześniej w tym budynku mieścił się odpowiednik pol-


SPOŁECZEŃSTWO

żeć odłogiem, by w końcu paść łupem złodziei. Ale sqotersi niczego nie wynosili. Uznali to za własność wspólną dla nich wszystkich i zarazem nietykalną. Taki był ich plan. Pierwszych mieszkańców, grupy Wojtasa, która w krótkich odstępach czasu przyjechała za nim z Wrocławia. Znali się dobrze, ale nie przyjechali bo musieli, a Wojtas nie był nikim w rodzaju emisariusza. Oni nie musieli niczego. Mikrosystem Sqotersi na całym świecie tworzą bardzo wiele grup. Mówią różnymi językami, wychowywali się w różnych tradycjach. Łączy ich to, że zamieszkują budowlane nieużytki, zapomniane mieszkania, kamienice, czasem fabryki. Nie tworzą jednolitego ruchu. Pomimo, że wszyscy proklamują wolność i niezależność, to ich definicje są na tyle rozbieżne, że nie można tych ludzi zakwalifikować do wyznawców jakiegoś określanego prądu myślowego. Jedyne, co można powiedzieć, to to, że są sqotersami. Nie można ich nazwać anarchistami, choć mogłoby to wynikać z ich podejścia do systemów państwowych, ponieważ tworzą mikrosystemy z jasno, wspólnie ustalonymi zasadami. W tych grupach istnieje często również bardzo mocna pozycja lidera. Przywódca jest gwarantem utrzymania mocnego i jasnego mikrosystemu. Sposób ich życia mógłby mylnie wskazywać na coś w rodzaju komuny, ale, mimo że często współdziałają, by zaspokoić potrzeby, to nikogo się do tego nie zmusza, tak jak do dzielenia się prywatną - świętą własnością. Squotersi – syndrom wolności

Oczywiście ile grup, tyle zasad i zależności. Ta opisana przeze mnie to tylko jedna, konkretna, jak wszystkie tymczasowa i spontaniczna, którą miałem szczęście poznać, współtworzyć a nawet być jej formalnym członkiem. Opisałem grupę, która powstała na początku lipca 2007 roku w Anglii, w Reading, na szarej ulicy Quinsroad, 60 kilometrów od Londynu i która rozpadła się na początku września tego samego roku. W tym momencie muszę zaznaczyć, że nigdy nie byłem tak całkiem jednym z nich. Miałem swój dom, za który słono płaciłem, pracowałem, przychodziłem tam od czasu do czasu, ale nigdy nie potrzebowałem zaproszenia. Co z tą wolnością? Każdy z poznanych przeze mnie sqotersów to osobna historia. Zanim ich poznałem, ich losy się przeplatały, ale żyli w różnych światach. Wojtas- szef sqotował od dawna i chyba musiał przed czymś uciekać, Robert nie wiadomo, skąd był. Miał tyle lat, co ja i wygolone „oj” z tyłu głowy. Mówił, że nie ma rodziny. Odniosłem wrażenie, że ktoś wyrządził mu kiedyś krzywdę. Jąkał się i ciężko było go wyczuć. Był wybuchowy, miał szramy na rękach. Agnieszka, przyjechała z siostrą szukać pracy, ale spodobał jej się Robert i postanowiła spędzić z nim wakacje(na początku września wróciła do Polski). Jeszcze Przemek, który był na piątym roku prawa we Wrocławiu, ale uczelnia z niego zrezygnowała. Był bardzo inteligentny ale tak jak ja był nowy i strasznie zagubiony. Jeszcze Tomek były członek Legii Cudzoziemskiej, dla którego powrót do 29


SPOŁECZEŃSTWO

kraju wiązał się z więzieniem. Potem do sqotu napływali nowi ludzie. Tak bywa zawsze, kiedy wieść o nowej „miejscówce” się rozniesie a miejsca nie brakowało. Społeczność początkowa zaczęła tracić na znaczeniu. Ich piętro zaczęło się kurczyć. Przybyło ludzi i śmieci. To była ciekawa alternatywa. Tak żyć i nic nie płacić, na jedzenie pożyczyć lub ukraść coś ze sklepu. Nigdy nie miałem odwagi na takie działania, ale to byli moi idole. Wszytko robili w nadzwyczaj wolny sposób. Zaczęło mnie to przerażać. Im głębiej wnikałem, tym bardziej się bałem. Dla moich nowych przyjaciół wolność miała być totalna, bezwzględna i konieczna. Coraz mniej mi się to podobało, bo co to za swoboda, która jest narzucana. Następnym krokiem były narkotyki. Znane im dobrze, ale tu trzeba było wyrobić sobie nowe kontakty, by dostać coś bezpiecznie. Tej granicy również nie przekroczyłem. Musiałem powoli się oddalać. Byłem już mniej mile widziany. Nie spotykałem ich przecież w pracy. Nie chodziliśmy na te same imprezy. Najciekawsze jest to, że była to ogólna tendencja. Sqot zaczął się rozpadać. Wraz z nowymi członkami przyszły zmiany, przyszły nieporozumienia i narkotyki. Zaczęły się przywłaszczenia wspólnych sprzętów.

Wolność absolutna Moi przyjaciele popadli w złudzenie. Nie zastanowili się dokładnie czego chcą. Wiedzieli, że zależy im na wolności. Mieli różne powody, by mieć pretensje do świata, ale i różne oczekiwania, co do tego, jak może się zmienić ich sytuacja. Paradoksalnie, gdy przekraczali kolejne granice, zagłębiali się w coraz gęstszą siatkę zależności, przysług i tajemnic. Kolejnym błędem moich przyjaciół było nadużywanie alkoholu i branie narkotyków. Po pierwsze dlatego, że euforia wolności i niezależności wywołana przez nie trwa krótko i łączy się z okropnym stanem po przebudzeniu. Po drugie pojawiają się olbrzymie konflikty, gdy nie ma na kolejną porcję, a w żołądku zaczyna się ssanie. Trzeba przecież pamiętać o tym, że wolność ma granice. O ile wtedy nie byłem tego pewien, to ta fatalna destrukcja moich jedynych przyjaciół na emigracji w pełni mnie do tego przekonała. Grupa rozpadła się tak samo spontanicznie jak powstała. Ja wróciłem do Polski. Kontakt jeszcze przez krótki czas utrzymywałem z Przemkiem, ale i on chyba stracił ostatnie prześwity rzeczywistości i dał się ponieść do innego, lecz raczej nie lepszego świata. Jarema Łopaciński


„Dziewiętnastolatek zgwałcił osiemdziesięciolatkę”. „Pedofil przyłapany na gorącym uczynku”. „Siedmiolatka brutalnie zgwałcona”. „Ojciec wykorzystywał seksualnie swoją córkę, z którą miał dzieci”. Media coraz częściej informują nas o negatywnych skutkach szerzącej się rewolucji seksualnej. Czy musi ona jednak oznaczać wyłącznie dewiacje?

SEKS – za którą pozycją się opowiadasz? Najpopularniejszy towar na świecie Seks stał się najbardziej popularnym tematem w mediach. Jeśli ktoś chce zrobić karierę, najlepiej niech nagra swoją seks-taśmę, tak jak zrobiła to na początku swojej kariery większość dzisiejszych gwiazd hollywood. Coś, co kiedyś było niezwykle intymną i bardzo osobistą sprawą pomiędzy małżonkami, dzisiaj robi furrorę w showbiznesie. Dlaczego świat fot. wydaje się być Mur ama dzisiaj tak bardzo sa wyuzdany? — Seks jest sprzedajny, przyjemny, świat jest oparty na pieniądzach. Liczy sie więc to, co przyniesie najwięcej zysku. A taki jest seks. Sprzedaje się ponieważ jakby nie było wciąż jest tematem tabu, w pewien sposób SEKS – za którą pozycją się opowiadasz

intryguje, a zakazany owoc sprzedaje się najlepiej – mówi Kasia, studentka europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. — Świat dzisiaj jest opętany seksualnością. Tak się dzieje, ponieważ ludzie mają za dobrze. Mają wszystko i szukają nowych doznań. Seks jest postrzegany jako forma rozr y wki, wyładowania stresu i coś normalnego – dodaje Mateusz, Student Akademii Górniczo Hutniczej w Krakowie. Głos sprzeciwu wyraziła Marta, która studiuje w Szkole Głównej Handlowej: — Seks tak na dobrą sprawę nadal jest uważany za tabu, przynajmniej u nas w Polsce. W stosunku do krajów Zachodnich nasza zaściankowość dość 31


SPOŁECZEŃSTWO

bardzo się uwydatnia. Żyjemy w XXI wieku, a seks jest przyjemnością. Uważam, że robienie z niego jakiegoś tematu, na który nie powinno się wypowiadać jest złe, ponieważ każdy dąży do szczęścia i przyjemności, a seks niewątpliwie pozwala to uzyskać. Zaspokojenie swoich potrzeb pod względem fizycznym jest bardzo ważne. Ile z małpy w sobie mamy? Jak pisze Michael Onfray, etnologia naucza, że istnieją zachowania naturalne, które są wspólne dla zwierząt i dla ludzi. Szczególnie jeżeli chodzi o zdobywanie płci przeciwnej. Autor „ Podręcznika Antyfilozofii” przyjrzał się dwóm przykładom. „W relacjach płciowych pawian i uwodziciel postępują tak samo, w identyczny sposób, tylko forma się zmienia. Tak więc małpa urządza parady, pokazuje najbardziej atrakcyjne części ciała, szczerzy zęby, krzyczy, tańczy spala się w pokazach, które podnoszą jej wartość, wytrzeszcza oczy, wydziela specjalne zapachy, wchodzi w konflikt z samcami, którzy chcą posiąść tą samą samicę, odstrasza stosowną agresywną mimiką” – zauważa Onfray i pisze dalej, że gentelman robi dokładnie to samo. Po kolei wymienia, że „donjuan perfumuje się, stroi, kupuje prezenty aby zaciągnąć wybrankę do łóżka, prezentuje swoje zalety takie jak samochód z otwieranym dachem, konto bankowe, a co za tym idzie karta kredytowa. Mierzy wzrokiem i rzuca pogardliwe spojrzenia na konkurentów”. To wszystko w jednym i drugim wypadku ma prowadzić do celu jakim jest zdobycie samicy.

Podane wyżej przykłady mogą świadczyć o tym, jak bardzo jesteśmy podobni do zwierząt. Zasadniczą różnicą był erotyzm, czyli tak zwana magia zachodząca pomiędzy dwojgiem ludzi podczas współżycia. Dzisiaj zjawisko erotyzmu zanika. Kasia zwraca uwagę, że seks służy dzisiaj wyłącznie zaspokojeniu popędu. — Służy do przyjemności, dzikiej namiętnosci, do spełniania swoich pragnień. Jest egoistycznym spełnieniem swoich fizycznych potrzeb. Powinien być postrzegany jako wisienka na torcie małżeństwa i jako jego nagroda. — Przede wszystkim powinien być wyznaniem miłości wobec ukochanej nam osoby – dodaje stanowczo Mateusz. Problem seksualnej rewolucji „ To, co było kiedyś wstydliwe i skrzętnie ukrywane, a więc tak zwane zboczenia seksualne, zwłaszcza homoseksualizm, jest wystawiane na pokaz publiczny” pisze Leszek Kołakowski. Seksoholizm, nimfomania, prostytucja to tylko niektóre z nielicznych następstw seksualnej rewolucji. — Konsekwencje tego zjawiska są dość niepokojące. Związki nie są w stanie długo przetrwać, ludzie zatracają normy moralne. Pojawiają się normy ideału piękna, wpadają w psychiczne choroby. Na pewno anoreksja, czy bulimia mają z tym dużo wspólnego, ponieważ promowane przez media kanony piękna dotykają sfery seksualności człowieka. Jeśli nie spełniamy ich, zamykamy się w sobie. Ostatnio jedna ze znajomych powiedziała, że wyczytała w jakiejś gazecie, że faceci lubią


SPOŁECZEŃSTWO

szczupłe dziewczyny w łóżku. Co zrobiła koleżanka? Zaczęła się odchudzać, choć wcale to nie jest jej potrzebne – mówi Mateusz. Kasia, zapytana o to, jakie są konsekwencje upubliczniania tego, co powinno dziać się tylko i wyłącznie pomiędzy mężem i żoną, mówi: — Konsekwencjami są nieszczęścia młodych ludzi, ich wyzyskiwanie, ich niechciane ciąże, poczucie wstydu, wykorzystania, nieczystości, pedofilie, homoseksualizm. – Podkreśla stanowczo, że rewolucja seksualna wzmaga ludzkie nieszczęścia. — Nie powinniśmy bać się mówić o seksie. Trzeba tylko robić to w inny sposób. Mówmy o nim, jak o czymś pięknym, a nie przedstawiajmy go jako wyzysk ludzkiego ciała – dodaje. Do jednej z konsekwencji możemy zaliczyć także profanację sfery sacrum. Sam Dan Brown przedstawił Pana Jezusa, jako ojca dziecka Marii Magdaleny. Z kolei Scorsese, jeden z najwybitniejszych reżyserów kina, w jednej ze scen przedstawia Jezusa, który umiera na krzyżu i chciałby z Marią Magdaleną uprawiać miłość. Bezwstydność poruszyła więc nawet tę sferę, której poruszać się nie powinno, bo jest to po prostu niesmaczne. Marta w całej debacie reprezentuje stanowisko zupełnie przeciwne. Zjawisko coraz bardziej rozpowszechnionej intymności w mediach uważa za pozytywne. — Seks służy do przyjemności, zrelaksowania się, powiedzenia chłopakowi, że jestem tylko jego. Dajemy tym samym dowód naszej miłości. Oceniam SE SEKS EKS – za z którą kttórą órą pozycją p zycją się opowiadasz po opow ow wia iada d sz da s

ją pozytywnie, ponieważ otworzyła oczy ciemnogrodowi i pokazała, że seks może jest czymś dobrym, potrzebnym i przyjemnym. Rysy na godności człowieka Coraz bardziej zostają pogwałcane normy moralne człowieka i jego człowieczeństwa. Otwierając stronę pornograficzną, do której mają dzisiaj dostęp wszyscy, a nie tylko osoby pełnoletnie, człowiek wpada w pułapkę i krzywdzi nie tylko siebie, nie tylko bliskich, ale także osoby, które na tej stronie są „prezentowane”. Należy pamiętać, że została przekroczona granica wstydu swojego i drugiej osoby. Dla tej kobiety, której zdjęcia widnieją na tego typu stronach, trudna będzie relacja z jej mężem, chłopakiem, narzeczonym. Z pedofilią natomiast człowiek nie rodzi się, to się w nim otwiera z czasem poprzez różne doświadczenia w życiu. Bardzo ważną rolę w tej dziedzinie życia ludzkiego może odgrywać wspomniana przez Mateusza edukacja seksualna. Uświadomiłaby ona społeczeństwo odnośnie niebezpieczeństwa związanego z konsekwencjami pochopnych decyzji podejmowanych przez ludzi. Pomogłaby ona również uzmysłowić ludziom, że seks powinien być dopełnieniem uczuć i wartości wyższych, a nie być postrzegany wyłącznie jako czysta przyjemność, lub droga do zaspokojenia niemalże zwierzęcych popędów. Magdalena Korzeniewska

33


Marzenia w zasięgu ręki To, że podróże kształcą wiadomo nie od dziś. Ale dokąd wyjechać, kiedy portfel pusty, rodzice również nie są „przy kasie” i ogólnie- użyję tu ostatnio modnego słowa- kryzys. A mało kto w Polsce wie, że wystarczy trochę zaryzykować i wpisać w wyszukiwarce słowo au pair. Operską przygodę przeżyłam potrójnie – w wieku 17 lat trzy miesiące w Heiligenhafen (niemieckie miasteczko na północy kraju), jako osiemnastolatka – pięć tygodni w Altenie (miasteczko byłego RFN), a rok później – sześć tygodni w Saffron Walden (godzinka od Londynu). Wśród znajomych spotkałam się z wyrazami zazdrości, ale i podziwu. Nigdy tego nie potrafiłam zrozumieć, myśląc, że przecież Ty też możesz wyjechać, zwiedzać, podróżować nawet bez pełnego portfela. Wystarczy zalogować się na któryś z portali au pair, wypełnić ankietę oraz znaleźć rodzinę, z którą w najbliższym czasie będzie się mieszkało. Au pair to program, dzięki któremu można poznać kulturę danego kraju, język, nowych ludzi. Pracuję się jako niania oraz pomoc domowa, w zamian za kieszonkowe, jedzenie oraz pokój(i różne inne aspekty, które należy dogadać ze swoją przyszłą rodziną). Na określony czas staje się członkiem obcojęzycznej rodziny. Trzeba mieć 17 – 30lat (chyba, że z rodziną dojdzie się do porozumienia i ustali inne warunki). Należy również pamiętać, że można trafić

na różnych ludzi. Można też wyjechać za pomocą biura au pair, wtedy rodziny są sprawdzone i jest większa szansa, że obędzie się bez przykrych niespodzianek. Jednakże biuro liczy sobie sporą kwotę za pośrednictwo, wymaga referencji i badań oraz często okres czekania na przydzielenie odpowiedniej rodziny jest dość długi. Natomiast w poszukiwaniu na własną rękę mamy dowolność wyboru i wszystko zależy od tego, co ustalimy z naszą przyszłą rodziną. Oczywiście największym minusem jest to, że wybieramy się wtedy do ludzi, o których wiemy tylko tyle, ile zdążyliśmy ustalić za pomocą e-maili, czy telefonu. Zawsze lepiej jest pytać o kontakt z poprzednią au pair, co by udowodniła ich wiarygodność. Można również zgadać się z rodziną a propos pokrycia kosztów biletu oraz odebraniem z lotniska czy dworca. Kiedy już ustali się datę wyjazdu, zrobi zakupy i spakuje plecak, lepiej jest przypatrzeć się na zdjęcie przyszłej rodziny, aby łatwiej ją można było rozpoznać. Kiedy dojechałam do Hamburga 1 czerwca 2007 roku o godzinie 5:50


SPOŁECZEŃSTWO

rano, na dworcu nie było nikogo. Nagle obce budynki, niemieckie napisy zasiały we mnie ziarenko paniki i myśl – a co jeśli nie przyjdą. Do tego telefon nie mógł się odnaleźć. Na szczęście po 15minutach czekania, zobaczyłam kobietę niosącą kartkę z moim imieniem i podeszłam...

stewardessa powiedziała, że w Dortmundzie jest inny czas, zdziwiłam się i mocno zestresowałam – a wiadomo, człowiek pod wpływem stresu nie myśli logicznie, nie pomyśli, że stewardessa się pomyliła. Tak więc zawitałam na lotnisko w Dortmundzie wcale się nie spiesząc. Wyszłam ostatnia i zasta-

Moja pierwsza rodzina liczyła sobie pięć osób i płacono mi poniżej minimalnej stawki, lecz wyjechałam, by zdobyć doświadczenie, jakiego nic innego nie jest w stanie dać. Moje „dzieci” miały 19, 16 i 14 lat, podczas gdy ja ukończyłam 17. rok życia. Nauczyłam się niemieckiego Ordnungu (porządku) oraz samodzielności. Bo nagle mama z obiadem zniknęła, a ja musiałam gotować dla mojej host family. Lecz wieczorów na plaży nad niemiecką stroną Bałtyku oraz przygód i wspomnień nikt mi nie odbierze. Podróż samolotem z Katowic do Dortmundu trwała około 2godzin. Kiedy

łam moich przyszłych hostów, równie zestresowanych tym, że mnie jeszcze nie ma, że nie przyleciałam, że jestem oszustką, albo, że coś mi się stało... Altena to urocze miejsce niedaleko Dortmundu. Trafiłam na wspaniałą rodzinę Indonezyjsko – Niemiecką. Miałam opiekować się siedmioletnią dziewczynką i 15-letnim chłopakiem (ok, miałam już przynajmniej osiemnastkę). Gdyby nie ADHD dziecka, wszystko byłoby wręcz idealne. Często zdarzało się tak, że mała wracała ze szkoły i nawet nie raczyła odpowiedzieć mi „cześć”. Nie wspomnę już o atakach furii, kiedy nie mogła obejrzeć bajki. W końcu po

Marzenia w zasięgu ręki

35


SPOŁECZEŃSTWO

jakimś czasie niczym Superniania rozgryzłam dziecinę i kontakt z nią znacznie się poprawił. Niestety, musiałam już wracać. To największy minus summer au pair. Saffron Walden to miasteczko z opowieści o Harrym Potterze; tajemnicze budynki, klamki, uliczki i różne inne gadżety. Tym razem opiekowałam się dwiema dziewczynkami – 10 i 12 lat. Głównie miałam im podawać obiad (czyt. wyjąć z zamrażalnika i wsadzić do mikrofalówki), bawić się (np: skacząc na trampolinie, tudzież grając w karty, albo na playstation) oraz zagonić do odrobienia lekcji. Trzeba przyznać, że Anglicy nie dbają o porządek, ani o zasoby energii. Po co wyłączać światło jak i tak za chwilę trzeba będzie włączyć. Miejsce brudnych butów używanych do jazdy konnej jest na ladzie w kuchni. Jednak nie ma czym się stresować, bo szkoda życia, lepiej jest pójść na siłownię.

Doświadczenie, jakie można zdobyć, dzięki au pair jest bezcenne. Nie licząc już poprawy języka, którym jest się zmuszonym posługiwać. Dzięki au pair jest się w stanie poznać takie aspekty innego kraju, których nie odkryłoby się jako turysta. Wiadomo, wszystko ma swoje wady, ale i zalety. Jednak nie ma sensu żyć w ciągłym strachu, który jest podsycany nowymi sensacjami w mediach – lepiej jest ruszyć ręką i dotknąć swoich marzeń. Au pair niekiedy spełnia marzenia - tak było w moim przypadku. Gdyby nie to, nie jeździłabym konno, nie spotkałabym tak wielu ludzi z różnych części świata, nie spędziła swego wolnego czasu w jaccuzzi, nie poznała uroków jazdy autostopem... Także trochę odwagi, by wyjrzeć przez to okno, ponieważ bez ryzyka nie ma zabawy. A wszyscy powininni zdawać sobię sprawę z tego, że podróże formułują naszą świadomość. Karolina Jabłońska


Mowa ciała – praktyka w codziennym życiu Pierwsze wrażenie jest nader istotne. Rozmowa kwalifikacyjna, sprzedaż marketingowa, zwykła odpowiedź przy tablicy – czy tak naprawdę wiemy jak się zachować, aby stworzyć wokół własnej osoby pewną aurę, która będzie pomocna w osiągnięciu celu? Wydaje się nierealne? A jednak. Komunikacja niewerbalna potrafi zdziałać cuda. Mowa ciała to nic innego jak gestykulacja, postawa, wyrażanie emocji za pomocą ruchów, a także po prostu – ton głosu. Kolejną ważną rzeczą są tzw. strefy przestrzenne, czyli odległość jaka dzieli rozmówców. Nie należy również zapominać o komunikacji

Mowa ciała

niewerbalnej. Owszem, jest to pojęcia niemalże synonimiczne do mowy ciała, jednak poza jedną cechą – komunikacja niewerbalna jest pojęciem znacznie szerszym, zataczającym kręgi o inne sfery życia. Gestykulacja to ogół ruchów, które wykonuje jakaś osoba w celu łatwiejszego przekazania informacji. Pewne rzeczy są oczywiste – łączenie dłoni oznacza zdenerwowanie lub brak poczucia bezpieczeństwa, zaciskanie ich – stan napięcia, zakładanie rąk za głowę - pewność siebie, a nawet arogancję, w końcu dłoń otwarta to wyraz szczerości i otwartości. Odgarnianie włosów z szyi, skręcanie kosmyków, ssanie lub

37


SPOŁECZEŃSTWO

przygryzanie ich oznacza zdenerwowanie bądź skupienie. Jednak według mowy ciała odgarnianie włosów z czoła jest już znakiem kokieterii. Nie wszyscy wiedzą też, że składanie dłoni w tzw. „daszek”, inaczej mówiąc robienie „piramidy” skierowanej stożkiem w górę jest przejawem poczucia wyższości i władzy? Natomiast ten sam trójkąt, ale skierowany w dół – negatywna reakcja na odebrane bodźce ze świata zewnętrznego bądź wątpliwości? Od zawsze wiadomo, że zakładanie „nogi na nogę” u kobiety oznacza styl „prawdziwej damy”. Jednak u mężczyzny ten sam gest cechuje postawę obronną lub nawet negatywne myśli. Bardzo wiele na temat nastroju człowieka i jego ogólnego usposobienia można dowiedzieć się z jego postawy i ze sposobu, w jaki stoi i siedzi. Na przykład ktoś, kto siedzi ciężko zapadnięty w krześle, prawdopodobnie żywi jakieś negatywne uczucia albo jest po prostu zmęczony. Przeciwieństwem tego jest siadanie na samym brzegu krzesła. Taka postawa oznacza nieśmiałość, spięcie, czy nawet niepokój. Stanie w wyprostowanej pozycji jest męczące. Bardzo często ludzie się o coś opierają. To, o co, zdradza ich emocje. Wyobraźmy sobie taką sytuację: słychać dzwonek do drzwi, otwieramy, widzimy akwizytora i w tym momencie opieramy się o framugę drzwi. Takie zachowanie można odczytać jako: „Nie wchodź, to mój teren”, albo po prostu znudzenie. Zaznaczanie poczucia własności w stosunku do osób nie musi polegać na opieraniu się o nie. Może

przejawiać się w formie otaczania drugiej osoby ramieniem, ujmowania pod ramię albo brania po rękę – znaczenie jest takie same. Niemniej ważny, choć często ignorowany, jest ton głosu. Podniesiony – oznacza nerwowość, przyciszony – nieśmiałość. Jednak czy wiemy, że np. przy układaniu przemówienia, które dana osoba nie przeczyta przed wygłoszeniem, powinniśmy najważniejsze wyrazy zawierać na początku i na końcu zdań? Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – kiedy taka osoba czyta je pierwszy raz publicznie, będzie akcentowała pierwszą i ostatnią sylabę w zdaniu. Dzięki takiemu porządkowi po prostu najważniejsze rzeczy zostaną w odpowiedni sposób wyeksponowane. Język ciała to ponad 80% wysyłanych informacji. Na tej podstawie już po kilku minutach wystawia się komuś opinię. Dzięki znajomości tego zagadnienia można wyczytać co czuje i myśli rozmówca. Panowanie nad własną mową ciała pozwala ukryć stres, zjednać sobie rozmówcę i świadomie wpływać na przebieg konwersacji. 90 proc. opinii o swoich rozmówcach ludzie kształtują w czasie pierwszych 90 sekund i rzadko zdarza się druga szansa, aby poprawić pierwsze wrażenie. Milena Walczak


Pasjonaci! Pasjonaci Zazwyczaj, dokonując wyborów życiowych, rozpatrujemy potencjalne korzyści, które mogą wypłynąć z naszej decyzji. Bardzo rzadko robimy coś tak po prostu, dla siebie, dla własnej wiedzy i satysfakcji. W rzeczywistości naszym życiem kierują pieniądze. Wciąż poszukujemy nowej pracy, „ tej lepszej”, bardziej dochodowej, pomijając fakt, że ta poprzednia była naszą ulubioną, dającą nam tyle radości. W konsekwencji stajemy się zgorzkniali, smutni i wiecznie zmęczeni. Doskonałym przykładem na to są choćby panie pracujące w naszych polskich urzędach. Jeszcze nigdy nie udało mi się spotkać żadnej urzędniczki zadowolonej ze swojej pracy. Najczęściej ich zachowanie i sposób traktowania klientów doprowadza „normalnego, szarego zjadacza chleba” do „białej gorączki”. Na szczęście istnieją jeszcze ludzie, którzy nie zwracają uwagi na opinie innych. Robią to, co kochają i co sprawia, że są szczęśliwi. Do takich osób należy moja rozmówczyni Agnieszka, której pasją jest sztuka cyrkowa. Czym dokładnie się zajmujesz? Jaką dziedziną cyrkową? Jestem teraz na III roku w szkole cyrkowej, więc mam za sobą dwa lata edukacji ogólnocyrkowej, gdzie trzeba było zaliczyć wszystko. Teraz pracuję w duecie – robię specjalizację o ogólnej nazwie ekwilibrystyczno-żonglerska. Lubię też gimnastykę na przyrządach.

Pasjonaci

Co skłoniło Cię do podjęcia nauki w tak nietypowym miejscu? Znalazłam się tam po skończeniu studiów (skończyłam filozofię i pedagogikę). Na początku występowałam wraz z grupą na pokazach fire show. Potem uczyłam się od znajomych żonglerki. Dowiedziałam się o szkole przypadkowo, gdy znajomy z grupy powiedział, iż ubiegał

39


NAUKA I PRACA

się o przyjęcie do szkoły cyrkowej, ale go nie przyjęto, gdyż powiedziano mu, że jest za stary. Pomimo tego, że jesteśmy w równym wieku, postanowiłam spróbować. Powodem była chęć sprawdzenia się, oraz chęć rozwoju w tej dziedzinie. Jaki masz stosunek do tego, co robisz? Czy traktujesz to bardziej jako pasję czy sposób na życie, zawód? Ponieważ od kilku lat występuję oraz prowadzę warsztaty itp. mam do tego bardzo poważny stosunek. Szkołę, swój pobyt w niej uważam trochę za szczęśliwy los, więc bardzo korzystam, rozwijam się, uczę się nowych rzeczy. Sztuka cyrkowa to taka dziedzina, w której gdy ktoś chce osiągnąć sukces i występować, to naprawdę musi poświęcić na to bardzo dużo pracy, i mieć dużo samozaparcia i determinacji w tym kierunku. Nie da się w Polsce wyżyć ze sztuki cyrkowej, więc zarobkowo robię też inne rzeczy. Gdzie można podziwiać Twoje występy? Występuję (nie występuję solo, zawsze ze swoją grupą) głównie na eventach firmowych, czasem na imprezach masowych, festynach miejskich i wiejskich, imprezach prywatnych oraz w ramach projektów artystycznych. Najczęściej występujemy z fire show, (czyli z czymś, czego nie uczą w szkole). Opisz moment, który najbardziej zapadł Ci w pamięci związany z tym, co robisz? Czy było to coś strasznego, śmiesznego itp..? Strasznie było to, jak raz spadłam z trapezu twarzą na drążek. Do dziś

mam lekkie lęki z tym związane. A poza tym czerpię radość z każdej, nowej rzeczy, której udaje mi się nauczyć. Jakie są reakcje publiczności? Reakcje są zazwyczaj pozytywne. Wiele osób jest zdziwionych, ponieważ widzi to, co robimy po raz pierwszy na żywo. Nie spotkałam się z negatywnym odbiorem. Czy jest coś, o czym marzysz, czego jeszcze nie udało Ci się osiągnąć i co ma związek z tym, czym się zajmujesz? Tak. Marzę o tym by przygotować solowy numer gimnastyczny na tissue. Na razie jeszcze nie kupiłam tego rekwizytu i niestety w Polsce nie za bardzo jest, od kogo się tego nauczyć. W jaki sposób zachęciłabyś młodych ludzi do uprawiania sztuki cyrkowej? Sztuka cyrkowa wymaga wiele pracy i cierpliwości, jak każda dziedzina sztuki. Ale jest to aktywność jedyna w swoim rodzaju, różnorodna i niepowtarzalna, poza tym otwiera umysł i cieszy oczy. Dzięki takim osobom jak Agnieszka świat nabiera barw, a życie przestaje być monotonne. Jest ona doskonałym przykładem dla wielu zagubionych, młodych ludzi, którzy często będąc na studiach nie potrafią wyobrazić sobie własnej przyszłości, związanej z wyuczonym zawodem. Życie daje nam mnóstwo szans na odkrywanie i spełnianie swoich pragnień. Sztuka tkwi w tym, aby umieć z nich odpowiednio korzystać. Iwona Łuniewska


Smaczne adresy Studenci twierdzą, że w barach uczelnianych jedzą raczej rzadko, głównie kupując ciepłe napoje lub drobne przekąski. Na naszej uczelni już za złotówkę kupisz rosół lub pomidorówkę. Na brak wyboru nie można narzekać. Ale co zrobić, gdy jesteśmy poza uczelnią, a odczuwamy przysłowiowe ssanie w żołądku? W Warszawie z całą pewnością biedny student z głodu nie umrze. Naszą kulinarną wyprawę zaczniemy od baru mlecznego „Złota kurka”. Od lat niezmienny, wciąż to same menu, te same ceny, meble, a nawet panie w okienku i przy kasie. W środku ponuro, lokal przypomina nieco koszary, a krzesła są twarde, może dzięki temu zawsze jest gdzie uśiąść. Co do potraw to za 2 zł spokojnie można coś przekąsić. Cena zupy pomidorowej to tylko 1,70 zł, a kotleta mielonego 5 zł. Ci, którzy chcą utrzymać stałą wagę mogą zrezygnować ze „Złotej kurki”, bowiem dobroduszna kucharka nie żałuje tłuszczu i wszystkie potrawy są w nim całkowicie wykąpane. Jest to lokal dla tych, którzy nie chcą by ich portfele chudły zbyt szybko. „Złota kurka” znajduje się przy ul. Marszałkowkiej 55/73. Innym miejscem, do którego warto zajrzeć, jest bar mleczny „Bambino” przy Smaczne adresy

ul. Kruczej 21. Niczym lody o tej samej nazwie - prosty, ale każdemu odpowiada. Przychodzą tu nawet eleganccy panowie z pobliskich biurowców. Nierzadko bywają też emeryci oraz studenci. Na ścianach ciemnozielone, panelowe zygzaki, mimo to bar nie odrzuca poprzez swój „artystyczny” wygląd. Jest jasno i przestronnie. Co serwują w „Bambino”? Wszystko, czego oc zekujemy od barowego menu. Między innymi: schabowy za 7,50 zł i kotlet mielony za 4 zł. Do „Bambino” można nawet zaprosić dziewczynę. Wszystko bowiem jest tu przyzwoite, prócz cen, które są nieco bardziej wygórowane niż w innych lokalach tego typu. Bar mleczny „Prasowy” to król koloru jaskrawozielonego. Są tu zielone krzesła, zielone ściany. W środku mało miejsca, maksimum 10 stolików. Tu 41


NAUKA I PRACA

nie trzeba czekać w długich kolejkach. W kasie zamawiamy i płacimy jednocześnie, a odbieramy posiłek w jednym z trzech okienek, gdzie pierwsze oznaczone jest jako śniadania, drugie obiady i trzecie kolacje. Klienci to głównie osoby starsze. Na pytanie- dlaczego tu pan przychodzi? jeden z nich odpowiada: „Dla naleśników z jabłkami”. Co prawda ceny potraw nie są zbyt konkurencyjne w stosunku do innych lokali tego typu. Schabowy kosztuje 8 zł, a bigos 4,50 zł. Gdzie można zjeść siedząc na zielonych krzesłach? W „Prasowym” na Marszałkowskiej 10/16. Jeżeli ktoś sądzi, że na szarym Bródnie nie spotka go nic dobrego to jest w wielkim błędzie. Po prostu nie zawitał a ulicę Kondratowicza 25, a ściślej mówiąc do baru „Kefirek”. W środku jest schludnie i jasno. Na środku, na podeście króluje kasjerka, a lada, gdzie wydawane są posiłki przypomina taką jak z amerykańskich filmów, czyli szkło, glazura i aluminium. Bar zasługuje na wielki szacunek. Jest nowoczesny i przyjazny. Potrawy są bardzo smaczne, ceny przyzwoite, jest tam nieskazitelnie czyto a co najważniejsze, można zamawiać na wynos. Bar mleczny „Familijny” mieści się na ul. Nowy świat 39. Spróbować tu można między innymi naleśników z serem, śmietaną i cukrem za 2,30 zł. Zdecydowana większość gości to ludzie strasi, zdarzają się też studenci i inni, zwykle dosyć nietypowi. Spotkać tu można

pana, który opowie o łodzi podwodnej, kobietę, kłócącą się z osobą, której nikt poza nią nie jest w stanie dostrzec. Czasem jada tu matka z dziećmi, która nie miała czasu ugotować w domu obiadu. W środku jest przytłumione światło i ogromne kolejki głodnych Warszawiaków. Ceny nie należą do najniższych, schabowy kosztuje aż 6,50 zł, warto się tu jednak wybrać chociażby ze względu na klimat lokalu. Niektórzy zaś, np. mieszkańcy akademików, muszą lub wolą samodzielnie przyrządzać obiady. Najtańszym sposobem jest wspólne gotowanie. Nie jest tajemnicą, że kupienie produktów w większej ilości obniża koszty posiłków. Podzielenie się obowiązkami kulinarnymi z pewnością ułatwi życie, a ukryta kuchenna kreatywność będzie miała szanse na rozwój. Dziennie student może wydać na żywność tyle, za ile potrafi zjeść, jednak trzeba się liczyć z kwotami 300 złotych na miesiąc i więcej. Nic nie smakuje lepiej od domowego jedzenia, czego powodem jest gromadzenie przez studentów małych zapasów, przywożonych z wizyt w rodzinnym domu, co jest tradycją starą jak żakowski stan. Trzeba jednak uważać, aby nie doszło do wybuchów niebezpiecznej zazdrości o gołąbka, czy schabowego. Niezależnie od wybranego wariantu, odżywianie się studenta przeważnie i tak kosztuje go więcej niż zakwaterowanie w akademiku. Renata Żelechowska


fot. Ruth Livingstone

Zostać muzułmanką Polscy muzułmanie podają: pod koniec lat 90-tych w naszym kraju średnio pięć osób miesięcznie przechodziło na islam. Po 11 września 2001 roku dwadzieścia pięć! Częściej dokonują tego kobiety. Jedne robią to dla męża, inne jak Justyna, dla siebie. — Niesamowity kraj! – myśli Justyna, studentka ekonomii, po powrocie z wakacji z Turcji. Przez kolejne miesiące nie może zapomnieć o tym kraju. Czyta książki, zostaje nawet kibicem Galatasaray Stambuł. Na następne wakacje znów tam jedzie. Justyna była piątkową uczennicą. Grzeczne dziecko, chodziła z babcią do Zostać muzułmanką

kościoła, poszła na pielgrzymkę na Jasną Górę. Trenowała siatkówkę, lekkoatletykę, ale też imprezowała. Raz w liceum wróciła pijana z urodzin koleżanki, mama z siostrą ją chowały przed ojcem żeby nie było awantury. Kiedy była mała ojciec przywoził córkom radzieckie zabawki, Kiedy była starsza słyszała ciągle: „zobaczysz, nie skończysz szkoły” (skończyła), a jej siostra: „zobaczysz, nie znajdziesz męża” (nie znalazła). Islam to moja religia. W liceum chodzenie do kościoła z babcią zaczęło Justynę nudzić. Na drugich wakacjach w Turcji spotyka muzułmanów. W surowych zakazach islamu odnajduje odpowiedzi na pytania. 43


RELIGIA

Wraca do Polski. Ale ta religia nie wychodzi jej z głowy. Kupuje Koran. Wreszcie wiarygodny opis Boga! – cieszy się po przeczytaniu pierwszych sur. Taki, w którego można by znowu uwierzyć. — Ta religia obejmuje wszystkie aspekty życia. Islam odpowiedział na wszystkie moje pytania – zapewnia Saima. — Tak? To proszę bardzo: czy kobiecie wolno się odchudzać? — Jeśli nie szkodzi to jej zdrowiu, to tak. — A chodzić w szpilkach? — A jaka jest jej intencja? Jeśli jest niska, to tak. Ale jeśli chce się wyróżniać, to nie. Bo wtedy mężczyźni będą się na nią gapić, nie powinna ich prowokować. — Czy można usprawiedliwić zamachowców z 11 września? — Nie można. Prorok nigdy nie działał w ten sposób. Justyna po powrocie z Turcji nie zna jeszcze tych odpowiedzi. Ale chce z kimś o tym porozmawiać. Szuka meczetu. Odnajduje w internecie stronę Muzułmanów Polskich, pisze, że chce się dowiedzieć więcej o islamie. Mail trafia do Reihana. — Szkoda każdego dnia – przekonuje ją. – Jeśli wierzysz w Allaha, to na co czekasz? Umawiają się w meczecie. Justyna przyjeżdża z przyjaciółką w obcisłych dżinsach, skromnej bluzeczce. Przyszła muzułmanka wie, że już nigdy się tak nie ubierze. Wchodzą, przyjaciółka wyciąga rękę do Reihana, ten odpowiada, że muzułmanie nie witają się z kobietami. Przyjaciółka obraża się, Justyna już rozumie, że mężczyźni nie dotykają obcych kobiet przez szacunek.

— Nie ma Boga prócz Boga Jedynego, a Mahomet jest jego Wysłannikiem – mówi po trzykroć. Już nie jest Justyną, tylko Saimą. Szczupła i delikatna, na głowie nosi chustkę. Saima jest przekonana, że będzie sama. W życiu, w domu. Mówi mamie, że przeszła na islam. — Oszalałaś! – krzyczy matka. W nocy budzi córkę: — A jak sąsiedzi się dowiedzą?! I jak mogłaś porzucić naszą wiarę? Obiecaj chociaż, że nie wyjedziesz z jakimś Arabem. Odnalezienie tego jedynego. Z mężem będzie problem, bo muzułmance nie wolno wyjść za niewiernego. Co innego mężczyzna muzułmanin, może mieć za żonę żydówkę lub chrześcijankę. Bo to on rządzi w domu, więc wychowa dzieci w wierze islamu. Saima nie zauważa, że zaloty rozpoczyna Reihan. Nie zauważa, bo muzułmanin nie może jej zabrać do kina, restauracji. Nie może dotknąć jej przed ślubem. Nie jest też dozwolone aby mężczyzna przebywał sam na sam z kobietą. Jej ojciec, lub brat lub ktoś inny musi być z nimi. „Mężczyzna nigdy nie powinien być sam na sam z kobietą, gdyż zaprawdę szatan jest z nimi trzecią [osobą].” Saima wie od sióstr w islamie, że Reihan chce ją poślubić, ale ona jeszcze nie chce. Chłopak rezygnuje. Po pół roku, muzułmanka mówi mu niemal wprost, że chce za niego wyjść. Biorą ślub szariacki (bez mocy prawnej w Polsce).


RELIGIA

Kara musi być. Islam jest bardzo rygorystyczny w sprawie seksu. Jeżeli kobieta i mężczyzna pozostający w małżeństwie popełniają cudzołóstwo i będzie na to co najmniej czterech świadków, powinni ponieść karę, jaką jest ukamienowanie. Jeśli zaś grzechu tego dopuścili się panna i kawaler, powinni zostać wychłostani. Saima: — Lepiej grzech cudzołóstwa odpokutować przez ukamienowanie niż potem w piekle. Bo czasem dla utrzymania ładu w rodzinie mężczyzna musi kobietę skarcić. — Jak to?! — Małżeństwo jest jak firma. Mężczyzna jest szefem, a kobieta podwładnym. To on zarządza całą firmą a od podwładnej oczekuje posłuszeństwa. Podstawa to zakrycie. — Kobieta powinna zakryć włosy, by nie prowokować mężczyzn. Większość polskich muzułmanek jest temu nakazowi posłuszna, ale nie wszystkie, bo z drugiej strony kobieta nie powinna się wyróżniać. Saima pracuje w urzędzie. Szefowa powiedziała jej, że „nie ma co sobie roić paradowania w chuście”. Więc kobieta upina rano chustę, dojeżdża do pracy i tam ją zdejmuje. Czuje się wtedy jak goła. — Muzułmanki często chodzą w burkach, zakryte od stóp do głowy nawet bez siatki na oczy. Chciałaby pani tak? — Tak! Nie byłoby dla mnie lepszego ubrania, gdybym mogła chodzić cała zakryta. Czuję wtedy, że nikt się na mnie nie gapi. Nie obraża mnie swoim spojrzeniem. Nie syci się moim pięknym widokiem. Zostać muzułmanką

— Dobrze być niewolnicą męża? — Proszę zrozumieć, że zakrycie to nie niewola ale, ale właśnie wolność. Niewolą jest sprzedawanie kobiecego ciała na billboardach, pokazach missek i wybiegach dla modelek. Niewola mody, niewola obowiązkowej młodości i zakazu posiadania zmarszczek. To wina mężczyzn. Oni są twórcami niewoli kobiet Zachodu: tylko piękne, młode i śliczne. — Zakrycie to wolność dla kobiety? — Tak. Mężczyźni ich nie porównują na ulicy. Kobiety nie są o siebie zazdrosne. A jak się czuje bidulka, której Bozia poskąpiła wzrostu, urody przy wysokiej lasce w mini? Fatalnie. Saima najwięcej czasu spędza z córeczką, ale nie dlatego, że jest muzułmanką, tylko zachowuje się jak każda młoda matka. Czasami umawia się ze swoimi koleżankami, ale lepiej czuje się ze swoimi siostrami z islamu. Koledzy odpadają. Tworzą z Reihanem zgodne małżeństwo. Reihan dba o żonę. Anna Szkop

45 45


Szkoła prawdziwej miłości Nasza rodzina to tak dobra spółka. Jak to Pan Bóg zamierzył – uzupełnianie się – opowiada Kinga. Obok na kanapie malutki Janek i nieco starsza Hiacysia przytulają się do swojego taty. W sąsiednim pokoju śpi najmłodsze z dzieci – Franek. Kinga i Kamil Turadkowie są małżeństwem nietypowym jak na nasze czasy. Nie wyobrażają sobie wspólnego szczęśliwego życia bez sakramentu, bez dbania o czystość przedmałżeńską jak i małżeńską czy też bez wspólnej modlitwy. – Pan Bóg nam ułatwia życie, pomaga cały czas – dodaje Kamil. Widać po nim, że wie, o czym mówi. To ta kobieta! Jak długo jesteście państwo małżeństwem? – pytam, aby pobudzić parę do wspomnień. – W lipcu będzie 8 lat – odpowiada Kamil, po czym wraz z Kingą zaczynają opowiadać o początkach swojej znajomości. Poznali się na studiach. Byli wtedy na pierwszym roku. Duszpasterz akademicki, kiedy chodził z kolędą po akademikach, zapraszał wszystkich do nowo powstającego duszpasterstwa akademickiego. Spośród kilkunastu tysięcy studentów przychodziło zaledwie kilka osób, ale wśród nich byli Kinga i Kamil. Pierwszy raz spotkali się właśnie na Mszy Świętej. – Przekazaliśmy sobie znak pokoju, skrzyżowały się nasze spojrzenia – opowiadają. – Potem odprowadziłem Kingę do akademika, nawiązała się rozmowa. Wtedy już wiedziałem, że to jest ta kobieta, która jest mi przeznaczona! – Siedząca obok mnie Hiacysia cały czas grzecznie koloruje obrazki, a Janek czasem coś zagaworzy – muszę wtedy wy-

tężać słuch, żeby usłyszeć ich rodziców. Po kilku miesiącach, od maja, tworzyli już oficjalną parę. Spędzali wtedy ze sobą mnóstwo czasu, gdyż studiowali na tej samej uczelni. Był to czas dynamicznego rozwoju ich wzajemnej miłości. Jako jedna z nielicznych par w akademiku, nie zajmowali jednego pokoju. A przecież można było znaleźć tyle powodów do wspólnego mieszkania: mniejsze koszty, wygoda, przyjemność. Dla nich jednak ważniejsze było zachowanie czystości przedmałżeńskiej. – Warto było dbać o czystość? – pytam przekornie. – Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że było warto – zaczyna Kamil. – Zachowanie czystości jest gwarantem udanego życia seksualnego. Jeżeli ludzie współżyją przed ślubem, to zaczynają nudzić się sobą. Jeżeli jednak uda się z tym wytrwać do zawarcia związku małżeństwa, to cała sfera seksualna rozwija się i pogłębia. Nie jest to łatwe, ale Bóg w tym pomaga. Trzeba się o to modlić. – Zachowa-


RELIGIA

nie czystości to też gwarant wierności w małżeństwie. – dodaje Kinga. – Jeżeli ktoś jest zdolny do grzeszenia przed ślubem to dlaczego nie mógłby tego robić po ślubie? – pyta retorycznie. – Ale przecież dziś tak często mówi się o „wypróbowaniu się”… – próbuję lekko sprowokować małżonków. Oni jednak ze spokojem odpowiadają: Próbowanie się to rzeczowe traktowanie człowieka. Wypróbować można miłość i wierność. Zresztą nie ma nawet sytuacji, kiedy mężczyzna fizycznie nie pasuje do kobiety czy też odwrotnie. I tu nie ma „zmiłuj się”. – Kinga prowadzi poradnię dla małżeństw, więc domyślam się, że pewnie ma jakąś wiedzę na ten temat. W tym czasie Janek z Hiacysią chrupią ciastka podarowane im do mamy. Pasuje panu? Pasuje! Dalsze losy ich związku potoczyły się bardzo szybko. W lipcu byli już narzeczonymi, a miejscem zaręczyn była Grota Fatimska w Trzebini, miejsce szczególne dla Kingi – to tu została ochrzczona i tu spędziła swoją młodość. Czas narzeczeństwa nie był dla nich łatwy i przyjemny. – Najtrudniejsze były wakacje – czas rozstania. Jednak udawało nam się prawie cały czas być ze sobą. Ciągnęło nas do siebie – mówią patrząc na siebie z delikatnym uśmiechem, jakby myśleli o tym samym. - W tym okresie przeżywali też przykre chwile i wiele przeciwności, jak na przykład chorobę rodziców. Jednak obydwoje przyznają, że w narzeczeństwie potrzebne są chwile cierpienia: To pomaga poznać jak druga osoba reaguje na różnego rodzaju trudności. Szkoła prawdziwej miłości

Te trudne chwile są nieodzownym elementem dojrzewania do prawdziwej miłości. – Ustalenie terminu ślubu to też cudowna historia – sam zaczyna opowiadać Kamil. – Wybraliśmy się na Jasną Górę, żeby spytać, czy jest w ogóle taka możliwość, byśmy mogli właśnie w tym miejscu pobrać się. Weszliśmy do zakrystii, tam jakiś ojciec paulin wykręcił nam na takim wielkim telefonie numer do swojego współbrata odpowiedzialnego za śluby. Pytam się go przez telefon, czy są jakieś wolne terminy w lipcu następnego roku. On po chwili mówi: Jest wolny termin 29 lipca o 12.00. Pasuje panu? Ja mówię: Pasuje! I rozłączyliśmy się.

fot. Johanna Ljungblom

Obrót o 360 stopni Małżeństwem byli więc już na trzecim roku studiów. Ich sytuacja w tym czasie nie była łatwa. – Oddzieliliśmy się od rodziców. Skoro zdecydowaliśmy 47


RELIGIA

się na małżeństwo, to utrzymujemy się sami – opowiadają. Wtem próbujący już mówić Janek szturcha swoją mamę. – Co jest malutki? – Zwraca się z czułością do niego Kinga – Gdy mały ląduje w ramionach mamy od razu uspokaja się. Tak więc zaczynali od zera. Musieli o wszystko od początku do końca sami się zatroszczyć. Przez okres studiów mieszkali w akademiku, podejmując sezonowo prace, by uzbierać na mieszkanie. – Dla mnie to cud, żeby nie mieć nic i jakoś przetrwać – mówi z ożywieniem w głosie Kinga. To jest tylko i wyłącznie Boże działanie. – Trudne doświadczenie przeżyli zaraz po ślubie, kiedy to Kamil stracił pracę. Pojechali wtedy na rekolekcje dla małżeństw do Strachocina i usilnie modlili się w tej sprawie. Gdy wrócili do domu, Kamil po kilku dniach dostał ofertę zatrudnienia. – I to bardzo dobrą – dodają. Nagle z sąsiedniego pokoju dobiega odgłos uderzania w drzwi. – Hiacysiu, idź otwórz – zwraca się do córki mama. Mała biegnie z podekscytowaniem. Po chwili do naszego pokoju charakterystycznym niepewnym dziecięcym krokiem wchodzi półtoraletni Franek z wielkim uśmiecham na ustach. Teraz już cała rodzina jest w komplecie. Hiacynta, Jan Paweł i Franciszek razem zaczynają się bawić. To, jakie imię nosi każde z dzieci to nie przypadek ani widzimisię rodziców. Jak mówi ich mama: Serce dziecka zaczyna bić w 21. dniu od chwili poczęcia. Jeżeli rodzice są świadomi swojej płodności, to wiedzą, kiedy dokładnie ten moment następuje. – Serce Hiacynty zaczęło bić 13 maja, czyli w rocznicę objawień

w Fatimie. W 1917 roku w tej portugalskiej wiosce Maryja objawiła się trójce dzieci: Hiacyncie, Łucji i Franciszkowi. Dlatego właśnie Hiacynta nosi takie, a nie inne imię. Serce Jana Pawła zaczęło bić 2 kwietnia 2005 roku, a serce Franciszka 20 lutego – w liturgiczne wspomnienie Franciszka i Hiacynty. – W naszej rodzinie imiona nadawane są tak po Bożemu – z uśmiecham podsumowują rodzice. – Dla mnie najważniejsze jest to, że Kamil uczestniczył ze mną we wszystkich porodach naszych dzieci – dodaje Kinga. Wiadomo, że on mi nie ulży, ale najważniejsze, że przy mnie był, czasem nawet kilkanaście godzin, jak w przypadku drugiego porodu. – Uczestniczyć w porodach to jedno, gorzej uczestniczyć w wychowywaniu dzieci – żartuje Kamil. W momencie, gdy twoje pierwsze dziecko przychodzi na świat, twoje życie obraca się o 360 stopni. Na początku jest ciężko, ale potem przynosi to ogromną radość. Dzięki dzieciom małżeństwo rozwija się, idzie do przodu. – Niespodziewanie Franek rzuca zabawką. Dobrze, że w nikogo nie trafił. Droga do świętości Dla państwa Turadków fundamentalne znaczenie ma fakt, że małżeństwo jest sakramentem. – To niesamowicie poważna sprawa – mówi Kinga. Dzięki temu, że ich miłość została potwierdzona przed Bogiem, On sam ją pobłogosławił i obdarzył swoją łaską. To znaczy, że On razem z nimi buduje ich wzajemną miłość. – O tę łaskę trzeba się w małżeństwie ciągle modlić;


RELIGIA

odnawiać nie tylko w czasie rocznic, ale codziennie klękać i prosić o te łaski płynące z sakramentu – stwierdza mama trojga dzieci trzymając jedno z nich na kolanach. A skoro już jesteśmy przy modlitwie, to w rodzinie państwa Turadków praktykuje się 3 rodzaje modlitwy: osobistą, małżeńską i rodzinną. Jak mówią małżonkowie, każda z tych modlitw jest niezbędna, a razem tworzą one integralną całość. Ten ostatni rodzaj modlitwy ma szczególne znaczenie dla dzieci. – Ojciec dla kilkuletniego dziecka jest największym autorytetem. Ważne jest to, aby dziecko widziało, że ojciec klęka, składa ręce i staje przed Bogiem, że jest Ktoś większy niż ojciec – mówi Kamil siedząc na kanapie i bawiąc się z nad wyraz żywiołowym Frankiem. – Miewają pewnie państwo jednak jakieś kryzysy małżeńskie. Jak sobie wtedy państwo radzą? – pytam małżonków. Ku mojemu zdziwieniu dowiaduję się, że w ich domu nie ma miejsca na żadne poważne kryzysy. – U nas nie ma czegoś takiego jak „ciche dni” czy sytuacji, kiedy chodzilibyśmy obrażeni na siebie – zaświadczają. – Wiadomo, że czasem pojawiają się negatywne emocje, ale to jest ludzkie. – Kamil ma bardziej ustępliwy charakter, dlatego to

Szkoła prawdziwej miłości

on zazwyczaj ustępuje Kindze, bo jak mówi: Małżeństwo jest po to, żeby wyzbywać się swojego egoizmu. Dodatkowo zapobieganiu kryzysom pomaga im wzajemne zaskakiwanie się i ciągła spontaniczność. – Trzeba być tajemnicą dla swojego męża – opowiada z radością w głosie Kinga – trzeba umieć go zaskoczyć, wnieść coś nowego, na przykład : dzwonię do niego w środku dnia i informuję, że Justyna Kowalczyk zdobyła złoty medal, chociaż on wie, że ja nie znoszę sportu, ale robię to tylko po to, żeby mu zrobić przyjemność, żeby on poczuł, że ja staram się dla niego. – Tymczasem mały Franek jeździ po podłodze samochodzikiem robiąc przy tym niemały hałas. Obecnie najwięcej wysiłku kosztuje ich wychowanie dzieci. Kilkakrotne sprzątanie mieszkania w ciągu dnia, ciągłe przebieranie maluchów, brak czasu dla siebie. Jednak przede wszystkim jest to czymś pięknym. - To jest droga do świętości – stwierdzają. Ich miłość cały czas rośnie. Nie ma nawet co porównywać wielkości ich miłości z dnia ślubu z tą teraźniejszą. Aż nie mogę wyobrazić sobie jak wielka będzie to miłość, gdy będą na emeryturze. Wojciech Biś

49


NIGDY SIĘ NIE PODDAĆ Służby czuwające 25 lat trwają w wierności ks. J. Popiełuszce. Wczesnym rankiem wędruję do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Zimny wiatr przenika mnie do szpiku kości. Chłód tego poranka potęguje fakt, iż rano padał ulewny deszcz. Choć to miesiąc maj, pogoda nie zachęca do przebywania na zewnątrz. A oni ciągle są na straży przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki. Kto? Służby czuwające. Tego dnia było wyjątkowo nieprzyjemnie na świeżym powietrzu. Wilgotny, zimny wiatr ostrymi podmuchami wkradał się za kołnierze kurtek i smagał twarze. Na ulicach było widać tylko przechodniów, którzy tego poranka musieli wyjść z domu. Ludzi idących znanymi sobie drogami na uczelnię czy do szkoły, do pracy lub innych ważnych obowiązków. Ludzi, którzy musieli dla „dobra wyższego” zrezygnować z komfortu wygodnego łóżka i gorącej herbaty. Zza okien mijanych domów widziałam sylwetki osób, głównie starszych, które z niechęcią patrzyły na to, co dzieje się za szybą. Mijam kolejne zakręty w drodze do żoliborskiego kościoła. To tu, przed kilkunastu laty, odbywały się słynne Msze Święte za Ojczyznę i tych, co dla niej cierpią najbardziej. To tu pracował i tu jest dziś pochowany ks. Jerzy Popiełuszko – kapelan „Solidarności” i duszpasterz ludzi pracy, który za swą posługę został bestialsko zamordowany przez funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. Dzień po dniu na jego grób przybywają setki pielgrzymów. Swe głowy skłaniają tu także przedstawiciele najwyższych władz państwowych i hierarchowie kościelni. To miejsce pamięta pokorną modlitwę Jana Pawła II, kard. Ratzingera czy kardynałów i biskupów z najodleglejszych zakątków świata. Pamięta zadumę Dalajlamy, Georga Busha, księcia Filipa, Margaret Thatcher oraz wielu innych przywódców państw. To miejsce budzi także zdziwienie. Wchodzę bowiem na teren kościoła i widzę ludzkie sylwetki pogrążone w modlitwie, spacerujące równym krokiem po terenie przykościelnym. Wszyscy z plakietkami: Służba Informacyjna, Służba Porządkowa, Dyżurna, Przewodnik Muzeum ks. J. Popiełuszki. Ofiarna praca i chwile wyrywane z codziennego planu zajęć, by czuwać przed grobem zamordowanego Kapłana. Nie otrzymują za to żadnego wynagrodzenia pieniężnego. Służby zbierają dane statystyczne o pielgrzymach do grobu ks. Popiełuszki i opiekują się nimi, udzielają niezbędnych informacji, dbają o czystość grobu i układają przy nim kwiaty, w dzień i w nocy pilnują porządku oraz dbają o techniczne zabezpieczenie uroczystości kościelnych. Ten fenomen łączy wiele osób, które w ten sposób oka-


RELIGIA

zują miłość i przywiązanie do swego zamordowanego duszpasterza. Skąd czerpią siłę i chęć do tego, by tu przychodzić? Czy w ciągu 25 lat od śmierci ks. Jerzego nigdy nie przychodziły im chwile zwątpienia, czy to wszystko ma sens? Co daje im ta praca? Jest tylko „zabiciem czasu” czy też może wewnętrznym obowiązkiem spełnianym z niezwykłą gorliwością? By odkryć ten niezwykły fenomen, wcielam się w rolę śledczego. Poszukując odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania, podchodzę do tych ludzi i rozmawiam o tym, czym dla nich jest to miejsce i jaki jest sens czuwania. Służba Informacyjna zawiązała się tuż po pogrzebie ks. Popiełuszki. Ówczesny proboszcz parafii, duchowy ojciec zamordowanego księdza, ks. prałat Teofil Bogucki powołał ją po to, by dokumentowała kult prywatny ks. Jerzego. Miała także za zadanie udzielać przybywającym do grobu wszelkich potrzebnych informacji i opowiadać o Męczenniku naszych czasów. Już wtedy bowiem było wiadomo, że śmierć tego kapłana spowodowała w ludziach jakiś przełom. Chociaż trwał jeszcze okres komunizmu, nie bali się oni złożyć wiązanki kwiatów na grobowcu czy przyjść, by pomodlić się chwilę za wstawiennictwem ks. Jerzego. Wszyscy nadal wierzą w jego osobistą świętość i w to, że „Solidarność” żyje, bo on oddał za nią swoje życie. Służba działa do dziś, a honorowe zejście do „stanu spoczynku” odbędzie się w dniu beatyfikacji ks. Popiełuszki. - Musimy tu być i pracować dla tej sprawy w wierności ks. Jerzemu i Papieżowi Janowi Pawłowi II. Ojciec Święty powiedział we Włocławku do zgromadzonych tłumów, że ks. Jerzy ma prawo do obywatelstwa w Polsce i w Europie, bo oddał życie za nas wszystkich. Takie słowa zobowiązują – tłumaczy Katarzyna Soborak, szefowa Kościelnej Służby Informacyjnej i notariusz w procesie beatyfikacyjnym Męczennika. Pani Katarzyna jest także szefową archiwum trybunału beatyfikacyjnego, w którym zgromadzone są pamiątki po Kapłanie. Gdy oczy pielgrzyma wędrują po tych zbiorach, widzą półki uginające się pod ciężarem kaset magnetofonowych, biuletynów wydawanych przez służbę informacyjną, wszelkiego rodzaju pism i dokumentów świadczących nie tylko o osobistej świętości Kapłana, ale także o narastającym Jego kulcie w Polsce i na świecie. Ja zaś śledzę wzrokiem starsze kobiety mozolnie wypełniające swoje obowiązki. Żadna z nich nie skarży się, że praca przekracza jej siły albo po prostu ją nudzi. Jak zauważyłam, ich mocą jest nie tylko poświęcenie się wspólnemu celowi, jakim jest beatyfikacja ks. Jerzego, ale także atmosfera wzajemnej życzliwości i serdeczności. Wszystkie są także świadome tego, że odpowiedzialność pracy jest ogromna. Bowiem na ich barkach spoczywa trud dbania o rzetelną informację o ks. Popiełuszce. Sprawdzają artykuły i publikacje książkowe, rozmawiają z dziennikarzami zainteresowanymi tymi tematami, a wszystko po to, by do opinii publicznej nie przeniknęła żadna niezgodna z rzeczywistością „prawda” o ks. Jerzym. Po wizycie w archiwum, które mieści się w dawnym mieszkaniu ks. Jerzego, przechodzę jeszcze do prowizorycznego biura służby po prawej stronie od głównego wejścia NIGDY SIĘ NIE PODDAĆ

51


RELIGIA

do kościoła. Tam na dyżurze siedzi starszy pan w białej kurtce. Pan Andrzej jest weteranem Armii Krajowej i kombatantem. W służbie jest od początku, czyli od pogrzebu ks. Popiełuszki. - Zaczęło się od mojego protestu złożonego na ręce ówczesnego redaktora „Życia Warszawy”. W gazecie bowiem nie umieszczono - pomimo pobrania stosownej opłaty - nekrologu informującego o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego i dniu jego pogrzebu - opowiada pan Andrzej. Potem potoczyło się już szybko. Dziś pan Andrzej ma za sobą dwudziestopięcioletni okres posługi przy grobie zamordowanego księdza. - Wszyscy, a więc 36 osób, mamy do spełnienia ważne zadanie. Nie tylko informować, ale także dawać świadectwo o miłości, która jest silniejsza niż śmierć - podsumowuje pani Katarzyna. W międzyczasie ks. Teofil Bogucki powołał także funkcję dyżurnych. – Być dyżurną znaczy być potrzebną przy grobie ks. Jerzego – mówi szefowa tejże służby, Jadwiga. Do zadań dyżurnej należy głównie dbałość o czysty i zadbany wygląd grobowca. To one układają kwiaty, których nowe naręcze ciągle przynoszą pielgrzymi. Pilnują, czy nie brakuje płonących zniczy i czy trawa wokół krzyża-pomnika jest porządnie skoszona. Myją grobowce ks. Jerzego i ks. prał. Boguckiego. Ich praca skupiona jest na dbałości o estetyczny wygląd miejsca, które stało się jakby nowym „narodowym sanktuarium”. Nie jest przez to mniej ważna od innych posług, ale na pewno równie potrzebna. Kościelna Służba Porządkowa powstała jeszcze za życia ks. Popiełuszki. – Jej założenie to był po prostu wymóg czasu. Trzeba było chronić ks. Jerzego oraz ludzi, którzy, przybywając tu, chcieli się wyciszyć i nabrać sił do walki o wolność – mówi Jan Marczak, dowódca służby. Służba pełniła swoje dyżury zarówno w mieszkaniu ks. Jerzego jak i podczas Mszy św. za Ojczyznę. Po męczeńskiej śmierci księdza służba porządkowa zmieniła strukturę organizacyjną. Teraz dba o porządek podczas uroczystości kościelnych i zabezpiecza takie uroczystości jak np. rocznica śmierci Kapłana. Pilnuje także grobu. – Kiedyś było to podyktowane tym, iż esbecy pragnęli zniszczyć to miejsce. Chcieli zrównać je z ziemią albo przynajmniej odebrać mu jego powagę i znaczenie. Ten grób był dla nich przysłowiową „solą w oku”, gdyż - wbrew zamierzeniom – ks. Jerzy nie ucichł, ale więcej powiedział swoją śmiercią niż wszystkimi homiliami za życia. Teraz czuwanie ma znaczenie symboliczne. Jest dowodem naszego trwania przy wartościach, za które ks. Popiełuszko nie wahał się oddać swego młodego życia. – tłumaczy pan Jan. Na dyżury do służby porządkowej przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Mają wyznaczony jeden konkretny dzień miesiąca, by przyjechać do Warszawy i tu czuwać. Nie straszny im deszcz, mróz, śnieg czy wiatr. Stoją tu w dzień i w nocy, w niedzielę i w święta – 24 godziny na dobę. Tak trudno nam trwać wiernie przy tym, co sobie postanowimy, a ci ludzie stoją przy grobie Męczennika już 25 lat! „Najmłodszą” służbą czuwającą jest grupa przewodników po muzeum ks. J. Popiełuszki. Zajmują się oni licznymi grupami pielgrzymów, które przybywają do grobu i oprowadzają ich po stałej wystawie umiejscowionej w podziemiach ko-


RELIGIA

ścioła. Opowiadają o ks. Jerzym – począwszy od okresu jego pobytu w domu rodzinnym, poprzez klerycką jednostkę wojskową w Bartoszycach i kapłaństwo, aż do śmierci i pogrzebu. Pani Genowefa zajmuje się oprowadzaniem grup dziecięcych i młodzieżowych. Ukończyła Liceum Pedagogiczne. – Jestem emerytowaną nauczycielką. Cieszę się, że moje wykształcenie mogę teraz wykorzystać na służbę ks. Popiełuszce. – mówi. Opowiada, że znała osobiście księdza i pamięta wiele faktów z jego życia, których była bezpośrednim świadkiem. – Gdy wędruję po muzeum z pielgrzymami, wyraźnie czuję ducha Kapłana. To wspaniale, że mogę pracować w tej służbie i dzielić się bogactwem jego życia i posługi z tymi, którzy nie mogli poznać go za życia. - podsumowuje. Zastanawiam się, co w tym zachowaniu jest takiego fenomenalnego. Czy to że wielu starszych ludzi poświęca każdą swoją wolną chwilę, by przyjechać do posługi na teren żoliborskiej świątyni? Czy to że nic ich nie zniechęciło od tej pracy przez 25 lat? A może to że są wierni idei, której wielu do końca nie rozumie? Gdy zadaję im pytanie: „Po co tu jesteście?”, odpowiadają skromnie, że taka jest ich rola. Jednak każdy inaczej patrzy na postawione tutaj przed nim zadania, każdy z innego źródła czerpie siłę do tej trudnej pracy. Wszystkich łączy jednak prośba, która stała się już modlitwą: „Aby z tej śmierci wyrosło dobro tak jak z Krzyża zmartwychwstanie”. Ja nadal spaceruję po terenie kościoła p.w. św. Stanisława Kostki. Patrzę teraz na tych ludzi z pewnej odległości. Wydają mi się oni jakby aniołami, którzy cichutko krążą wokół skupisk pielgrzymów, by umożliwić im spokój i godny pobyt w tym świętym miejscu. Nie robią tego dla pieniędzy, sławy, rozgłosu, korzyści czy innych „wartości”, za którymi goni współczesny świat. Kieruje nimi miłość do człowieka, który w trudnych czasach był ich oparciem, wspomagał ich materialnie i duchowo oraz darzył bezinteresowną życzliwością. Widzę właśnie, że na plac przykościelny wjeżdżają kolejne autokary. Dwie grupy szkolne ze Szczecina i z Mysłowic idą w stronę grobu ks. Jerzego. Teraz moja kolej na dawanie świadectwa. Przypinam więc plakietkę z napisem: Służba Informacyjna, poprawiam jej czerwoną obwolutę i podążam w stronę młodzieży, by opowiedzieć im o kapłanie, którego śmierć zmieniła oblicze Polski i świata. Ja także należę do służb czuwających. Anna Mularska

NIGDY SIĘ NIE PODDAĆ

53


Długa droga do sławy. sławy Trudy młodego pisarza Wielu młodych ludzi marzy o karierze pisarza. Mają wyobraźnię, są obdarzeni literackim talentem i przede wszystkim poświęcają ogromną ilość czasu, by doskonalić swój warsztat. Wśród nich jest oczywiście duża ilość domorosłych grafomanów, którzy nigdy nie wyjdą poza zdania – tasiemce i przerabianie prac innych twórców. Jednak w dzisiejszym świecie nawet talent i determinacja nie gwarantują osiągnięcia sukcesu. Nikt nie zaprzeczy, że napisanie powieści lub opowiadania wymaga ogromu pracy. To dopiero początek sukcesu. Internetowe fora wypełnione są poradami na temat tego „jak wydać książkę”, niestety niewiele z nich ma coś wspólnego z rzeczywistością. Najlepszą metodą na debiut jest oczywiście opublikowanie pracy przez uznane wydawnictwo. Problemem jest to, iż na polskim rynku jest jedynie kilka takich wydawnictw. Większość z nich ogranicza się do wypuszczania nowych wersji starych książek, ewentualnie wspaniałych arcydzieł literatury kobiecej. – Problem to nie napisanie książki. Ostatnimi laty ukazało się mnóstwo pisanych bez polotu gniotów. Taki debiutant ma naprawdę niewielką szansę, że jego praca zostanie przeczytana. W ostatnich latach wszystko wysyła się pocztą elektroniczną, a meila można przecież skasować. Niewielu autorów ma tyle samozaparcia żeby dzwonić po redaktorach. – mówi pragnący zachować anonimowość pracownik jednego z polskich wydawnictw Fantasy.

Na zachodzie wydawnictwa odpowiadają nawet autorom, z którymi nie chcą rozpocząć współpracy. Stanowi to normę i każdy kto wysłał powieść może liczyć, że po trzech miesiącach dostanie szablonową odmowę lub propozycję umowy. Polskie wydawnictwa znane są z tego, że odpowiadają jedynie autorom, którzy w przyszłości zostaną wydani. Już samo to mówi o ich stosunku do piszących. Jest to jednym z powodów, dla których polscy pisarze decydują się na zagraniczny debiut. Zrobił tak m.in. Jacek Piekara, dopiero po emigracji za granicę jego talent został doceniony. Teraz, gdy zdobył już renomę może publikować swoje powieści w rodzimych wydawnictwach, jednak w autorze na zawsze pozostanie poczucie niesmaku. Postanowiłem sprawdzić, czy sytuacja rzeczywiście wygląda tak źle. Po wielu trudach udało mi się zdobyć numer telefonu do redaktora jednego z największych wydawnictw fantasy na polskim rynku. Należy zaznaczyć, że wydawnictwo szczyci się swoim wize-


runkiem promotora młodych talentów. Zadzwoniłem do niego i pokornym głosem poinformowałem, że przed trzema miesiącami wysłałem powieść „Postument czasu” (tytuł wymyślony, taka książka nie istnieje!), w słuchawce przez kilka chwil panowała cisza. Redaktor, którego danych nie mogę podać poprosił mnie o dokładną datę wysłania, poczym poinformował mnie, że z przykrością musi zawiadomić, że powieść jest zbyt słaba, aby nadawała się do druku. Na pocieszenie dodał, że nie powinienem się zniechęcać. Redaktorka nieco mniej znanego wydawnictwa była na tyle miła, że zechciała przyjąć mnie osobiście w swoim gabinecie, gdzie wprost powiedziała o tym, że jeśli chcę, by ktoś przeczytał moją powieść, to muszę zapłacić około 1500 złotych. Smutna rzeczywistość polskiego rynku wydawniczego może zniechęcić Długa droga do sławy

fot. Christy Thompson

K U LT U R A

już na starcie. Oczywiście dla nieco mniej odpornych psychicznie istnieje odmienna droga. Wiele wydawnictw proponuje opublikowanie książki na koszt autora. Niestety większość z nich to wydawnictwa internetowe, które promują publikowane książki jedynie na własnych stronach i nie przewidują dla nich żadnej reklamy. Co ciekawe koszt takiej publikacji jest porównywalny z haraczem, który należy zapłacić we wspomnianej wcześniej oficynie (dla 180 stronicowej powieści jest to 1200–1800 zł). Ostateczną drogą do zaistnienia w literackim świecie są serwisy internetowe, których profilem jest autopublikowanie prac użytkowników. Wiele z nich dla zachęty podaje, że współpracują z profesjonalnymi wydawnictwami, których wysłannicy przeszukują nowe dzieła w celu wyłonienia tych, które mogą pójść do druku. Niestety jest to zwykły 55


K U LT U R A

chwyt marketingowy. Szczęśliwców, którym udało się zadebiutować w ten sposób jest naprawdę niewielu, prawdę powiedziawszy wśród użytkowników krążą o nich jedynie legendy. Serwisy typu opowiadania.pl umożliwiają użytkownikom umieszczanie uwag na temat prac. Niestety większość z osób zamieszczających tam swoje dzieła głosuje w myśl komentowania zdjęć na naszej klasie. Nie działa to zbyt pozytywnie na młodych pisarzy, którzy pokrzepieni pochwałami tworzą wciąż nowe i nowe grafomańskie dzieła. Prawdopodobnie jest to jednym z powodów nie poszukiwania na nich młodych talentów. A szkoda, ponieważ od czasu do czasu zdarzają się prawdziwe perły. Na szczęście pozostaje jedna uczciwa droga na literacki debiut. Są nią konkursy, większość z nich działa na prawdziwych zasadach. W ten sposób zostało wyłonionych kilka sław współczesnej literatury m.in. Andrzej Pilipiuk. Niestety wielu z organizatorów w ostatniej chwili decyduje się na nieprzyznawanie pierwszego miejsca (które zawsze wiąże się z nagrodą

pieniężną w wysokości około 1000 zł) lub zwleka z wydaniem antologii zwycięskich opowiadań. Lecz dla młodego twórcy wciąż jest to jedyna uczciwa droga prowadząca do literackiej sławy. Sytuacja na polskim rynku wydawniczym nie jest zdrowa. Ludzie czytają coraz mniej, przez co wydawcy boją się inwestować w debiutantów a preferują skupienie się na „odgrzewanych kotletach” lub znanych nazwiskach. Jednak determinacja potrafi zaprowadzić naprawdę wysoko. Lekiem na tą sytuacje są fanziny, takie jak np. internetowy kwartalnik qfant, który jako jedyne wydawnictwo na polskim rynku odpowiada i uzasadnia swą decyzję wszystkim autorom, nawet tym, których prace nie ukażą się na łamach czasopisma. Należy dodać, że taki „fanowski debiut” dla dużych wydawnictw liczy się jako pełnoprawna publikacja. Właśnie takie inicjatywy oraz konkursy literackie stanowią dla młodych pisarzy szansę, która może wprowadzić ich w świat literatury. Michał Małek


Trud artysty Ponad tysiąc chętnych, limit miejsc około dwudziestu. To nie fikcja, lecz realia rekrutacji do państwowych szkól teatralnych w naszym kraju. Z każdym rokiem liczba studentów ubiegających się o miejsce w Akademii Teatralnej zwiększa się. Jak dążyć do realizacji swoich marzeń? Powstaje coraz więcej amatorskich teatrów. Trzeba przyznać, że teatr jako najstarsza forma kultury starożytnej cieszy się dużym zainteresowaniem wśród młodzieży. Spotykamy się też z dużą ilością festiwali teatralnych, na których prezentowane są umiejętności tych młodych, pełnych zapału ludzi. Ich marzeniem jest jedno: uczyć się w Akademii Teatralnej, a potem realizować się zgodnie ze swoją pasją na planie filmowym, czy też na deskach teatru. Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław – wszystko jedno gdzie, najważniejsze jest to, aby dostać się i być na liście przyjętych. Egzaminy nie są łatwe. Składają się z kilku etapów, które obejmują interpretację i recytację wybranych tekstów, ruch sceniczny i wokal oraz wiedzę o teatrze. „Na szczęście nie przerwali mi…” – mówi jedna z internautek. Bardzo często słyszymy takie relacje z ust egzaminowanego. Zdarza się, że komisja traktuje kandydatów dość pochopnie, nie dając im możliwości pełnego zaprezentowania się. Weronika tak wypowiada się na jednym z forum aktorskich: „Komisja często nie patrzy na Ciebie, ignoruje Cię, czasem się uśmiechają i są sympatyczni, a czasem mają kamienne twarze. Niczym nie należy się sugerować, ważne żeby poTrud artysty

kazać siebie od najlepszej strony. Komisja z Wrocławia rożni się nieco od tej z Krakowa, przebieg egzaminów też.” Czasami trudno jest ocenić po dwóch, czy trzech wersach ekspresję i różnorodność przedstawianych emocji. Niektórzy są skreślani już na samym początku. Jurorzy nie dają im szansy wczucia się w daną postać. Ze względu na ilość chętnych, często przerywają im w pół kwestii. Zwykle w pierwszym etapie nie wskazują nawet popełnianego błędu. Wynika to z dużego oblężenia szkół teatralnych przez osoby, które pragną zostać studentami. Jednak kandydaci są bardzo wytrwali. Zdają po kilka razy, ponieważ wiedzą, że tylko teatr może dać im to, czego najbardziej potrzebują w swoim życiu. Są przekonani, że warto dążyć do swoich marzeń – Od dziecka marzyłam o grze w profesjonalnym teatrze, dlatego też po maturze stwierdziłam, że warto spróbować zdawać do szkoły teatralnej. Warszawę wybrałam za względu na niedalekie położenie od mojej rodzinnej miejscowości. Łódź wydawała mi się czymś zupełnie oddalonym od mojej rzeczywistości- z czystej ciekawości chciałam tam jechać i zobaczyć, jak wygląda słynna Filmówka. I właśnie te egzaminy wspominam najmilej – atmosfera, ludzie, 57


K U LT U R A

dziekan, który powiedział do nas słowo wstępne. Można było porozmawiać z innymi, wymienić się doświadczeniami. W Warszawie kandydatów na 20 miejsc było ponad 1000. Każdy pozostawał anonimowy i patrzył na drugiego jak na rywala. Czułam się tam obco, chciałam jak najszybciej wyjść z AT. Tym razem niestety nie udało mi się dostać ani do Akademii w Warszawie, ani w Łodzi. W następnym roku znów zamierzam próbować, bo wiem, że wielu znakomitych aktorów dostawało się po kilku nieudanych próbach. Mam nadzieję, że gdy popracuję trochę nad swoim warsztatem, może ostatecznie zrealizuję swoje marzenia – opowiada Paulina z Ostrowi Mazowieckiej. Tomek dodaje: W tym roku zdawałem pierwszy raz. Przygotowywałem się od listopada 2008. Całe życie o tym myślałem, gdy miałem 13 lat to pierwszy raz wszedłem na stronę Filmówki i czytałem, co jest wymagane. Będę startował co roku, bo nie mam innego wyjścia. Nie załamuję się tym, że nie zdałem za pierwszym razem i że nie zdam za drugim, trzecim itd. Jeżeli by tak było, to po co zdawać? Mam małą nadzieję, że dostrzegą we mnie „to coś” i się spodobam. – Kandydat, który chce dostać się do Akademii Teatralnej musi przede wszystkim kochać teatr, pasjonować się sztuką sceniczną. Większość zdających widzi siebie za parę lat na pierwszych stronach kolorowych gazet, marzy o karierze, sławie i pieniądzach. Rzeczywistość jest jednak znacznie trudniejsza. Nie o to też chodzi w sztuce aktorskiej. Przede wszystkim trzeba mieć ogromną przyjemność i satysfakcję z bycia na scenie, z tworzenia

postaci, wchodzenia w jej świat. To zawód, w którym jest się zarówno dla siebie twórcą i tworzywem. Wykorzystuje się własne ciało, warunki głosowe, artykulacyjne, własną psychikę, prywatne emocje i doznania. W każdą postać należy włożyć siebie, swój pogląd na świat. – mówi dr Katarzyna Flader – absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie oraz Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW , adiunkt w Katedrze Dialogu Wiary – Rekrutacja na studia jest bardzo trudna. Zgłasza się bowiem olbrzymia liczba kandydatów, z których wielu jest dobrze przygotowanych i spełnia wiele cech przyszłego aktora. Egzaminujący mają jednak duże doświadczenie i intuicję. Często widzą i wiedzą, kto poradzi sobie w tym zawodzie. Nie chodzi tylko o talent, choć ten jest oczywiście niezwykle ważny. W tym zawodzie istotna jest także psychika, odporność na stres, przeciwności, odporność na wchodzenie w różne stany emocjonalne, psychiczne. Nie łatwo jednego wieczora grać zbrodniarza, drugiego świętego. Aktor musi umieć zachować dystans, by ocalić siebie. – dodaje. Niestety istnieje też ograniczenie zdawania tylko do dwudziestego drugiego roku życia. Później możemy próbować tylko za zgodą dziekana. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Wśród ubiegających się o miejsce w akademii czy filmówce słyszy się, że pierwszeństwo mają Ci, którzy chodzili na specjalne kursy, bądź są absolwentami jakiegoś studia teatralnego. Oczywiście, formy tych przygotowań są płatne. Nie wspominając już o tym, że każda decyzja o zdawaniu do państwowej szkoły te-


K U LT U R A

atralnej wiąże się z kosztami egzaminu, który wynosi od 130 – 150 zł. Według kandydatów dostanie się do państwowych szkół artystycznych jest po prostu odpłatne lub możliwe dzięki znajomościom w danej szkole. – Nie wiem jeszcze, czy będę zdawać za rok, bo ten egzamin utrzymał mnie w przekonaniu, że jeśli nie ma się znajomości, to trudno się dostać. W akademii panuje niezwykła atmosfera, którą tworzą między innymi studenci AT. Czuć powiew teatru, pasja aż płynie po tych murach. Człowiek czuje się zupełnie inaczej. Z egzaminów wspominam miło właśnie studentów, którzy dodawali nam otuchy i mówili na co mamy zwracać uwagę, która komisja jest w porządku, która bardziej wymagająca – tłumaczy Magda. Dr Katarzyna Flader obala panujące mity – Kandydat na wydział aktorski może chodzić na kursy i konsultacje, któ-

fot. Andreas Praefcke Trud artysty

re pomagają mu przygotować się na studia. W moim przekonaniu nie jest to jednak warunkiem koniecznym. Studentami zostają bowiem zarówno osoby, które wcześniej należały do kółek i ognisk teatralnych, recytatorzy, ale także osoby, które nie miały doświadczenia scenicznego. Z pewnością przyszli studenci muszą odznaczać się dobrą dykcją, techniką i sztuką mowy, bogatą wyobraźnią, łatwością wchodzenia w różne stany emocjonalne, silną psychiką. Trudna sytuacja rekrutacyjna jest też w akademiach muzycznych. Różnica polega na tym, że miejsc w kategorii danego instrumentu jest znacznie mniej. W klasie klarnetu na Uniwersytecie Muzycznym w Białymstoku przyjęto w tym roku trzy osoby, które wskazują na dosyć wysoką ilość, biorąc pod uwagę, że muzyków reprezentujących inne instrumenty maksymalnie przyjmuje się zazwyczaj dwóch.

59


K U LT U R A

Hobby i pasja są dziś najważniejsze. Zdecydowana większość społeczeństwa chce rozwijać swoje umiejętności w jakiejś dziedzinie. Jeśli nie jesteś miłośnikiem sportu, muzyki, czy kultury, reprezentujesz typ człowieka ograniczonego. Jak można pomóc tym, którzy mają talent i pragną zostać artystami, a nie mogą liczyć na wykształcenie w tym kierunku? Być może to kwestia zwiększenia ilości miejsc na uczelniach artystycznych. Należy jednak zdać sobie sprawę z tego, że wówczas wzrastają koszty utrzymania i zapewne Ministerstwo Edukacji Narodowej nie będzie temu przychylne tak, jak i w innych sprawach w naszym kraju, w których chodzi o pieniądze. A może powinno się zacząć kłaść nacisk na egzaminatorów i ich nepotyzm? To też pewne rozwiązanie, które umożliwiłoby otwarcie drzwi do kariery osobom pochodzącym z zupełnie obcych miejscowości leżących w najbardziej oddalonych zakątkach Polski. Trzeba jednak pamiętać, że sami, bez współpracy z rządem i organami kontrolnymi, nic nie zdziałamy. Pozostaje więc nadzieja i łut szczęścia, że może ktoś zauważy nasz talent i wydobędzie go na światło dzienne. Jedno jest pewne – nie jest łatwo być artystą. I nie ma znaczenia czy chcesz być aktorem, czy muzykiem, bo samo ukończenie akademii to nie wszystko. Później musisz zaistnieć w mediach, w teatrze, w trasie koncertowej. Musisz mieć pomysł na siebie, w którym najważniejsza będzie charyzma działania i uparte dążenie do celu. Bez tego będziesz tylko przez chwilę ożywioną rośliną, która i tak po pewnym czasie uschnie, gdyż nie była pielęgnowana.

Tą pielęgnacją jest właśnie ciągłe poszukiwanie nowych dróg w swoim życiu. – Była cudowna, uczyła nie tylko zawodu aktora, ale również przygotowywała na instruktora teatralnego do pracy z dziećmi i młodzieżą. W czasie wakacji doskwierała mi nuda i brak zajęć w Szkole Aktorskiej. Założyłem w Ostrowi grupę teatralną o nazwie „Dwa na Dwa”, która zaczęła się szybko rozwijać. Po roku działalności dostaliśmy własną siedzibę na terenie miasta i tak powstała Scena „KOTŁOWNIA” – mówi o ukończonej szkole Rafał, absolwent Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich. Dziś niezależny teatr Rafała, którego jest dyrektorem liczy już sześć lat i jest znany nie tylko lokalnej społeczności. Ma na swoim koncie liczne wygrane festiwale oraz nagrodę TVP2. Zaliczany jest do kategorii teatru offowego. Nawet jeśli nie uda Ci się dostać do Akademii Teatralnej, ponieważ wygrał stres lub komisja, która od początku miała takie założenie, żeby nie pozwolić Ci w pełni wykazać się umiejętnościami, nie rezygnuj z marzeń. „Niech człowiek nie da się zepsuć przez rzeczy zewnętrzne i niech będzie niepokonanym i podziwiającym tylko siebie, wierzącym w siebie, a na złe i dobrym gotowym artystą.” – Tak filozof rzymski, Seneka Młodszy przedstawia nam swój punkt widzenia w tej sprawie. Jeśli kochasz to, co robisz, inwestuj w siebie i w swój rozwój. Istnieje wiele innych sposobów realizacji swojego celu. Tylko wystarczy je odkryć i udowodnić innym, że Tobie się udało. Magdalena Korzeniewska


Eric Cantona antona to miły facet!

fot. beachsoccer.pl

Jak wielu ludzi w kraju, w którym sportem narodowym jest piłka nożna, wie, czym jest Beach Soccer? Czy fanatycy futbolu zdają sobie sprawę z tego, że reprezentacja Polski w tejże odmianie piłki nożnej ma w swym dorobku brązowy medal mistrzostw Europy? Ilu sympatyków rywalizacji na trawiastych boiskach zna zasady Beach Soccera? Liczę, że na te i inne pytania znajdziecie odpowiedzi w mojej rozmowie z z 82-krotnym reprezentantem Polski, etatowym bramkarzem kadry narodowej, Markiem Góreckim.

Eric Cantona to miły facet

61


SPORT

Emil Kopański: Grałeś we wszystkie odmiany futbolu. Która odpowiada Ci najbardziej i dlaczego? Marek Górecki: Zdecydowanie najbardziej odpowiada mi Beach Soccer. Ta odmiana futbolu pozwala bramkarzowi na uczestnictwo w meczu nie tylko w sferze defensywnej, ale również ofensywnej. Golkiper bardzo często jest motorem napędowym drużyny poprzez dokładne wprowadzenie piłki do gry ręką. Jednocześnie w ten sposób może on zanotować wiele asyst. W tej odmianie piłki nożnej nie ma nawet 3 sekund, w czasie których bramkarz ma „wolne”. Często przecież zdarza się, iż wpadają bramki po strzałach z drugiego końca boiska. Beach Soccer lubię najbardziej również ze względu na atmosferę, jaka tworzy się wokół tego sportu - plaża, słońce, jedna wielka rodzina. Na pewno też wyjazdy w takie miejsca jak Majorka, Marsylia czy chociażby dwa lata temu Rio są plusem. E.K.: Właśnie, ile asyst zaliczyłeś w swojej karierze? M.G.: Nigdy tego nie liczyłem, ale kilkanaście na pewno. Wielokrotnie zaczynałem akcję naszej drużyny od podania do Bogusia Saganowskiego, który przyjmował piłkę na klatkę piersiową. Następnie pozwalał jej spaść na piasek, aby po chwili podbić ją na 2 czy 3 m w górę i uderzyć z przewrotki, jak to Sagan ma w swym zwyczaju. E.K.: W jaki sposób radzisz sobie z piaskiem? Przecież to właśnie bramkarz narażony jest najbardziej na to, iż dostanie się on do oczu.

M.G.: Zgadza się. Piasek w niektórych momentach jest bardzo nieprzyjemny, szczególnie gdy piłka turla się po piasku i wyskakuje do niej jednocześnie bramkarz i napastnik. Sam nieraz schodziłem z boiska w trakcie meczu z powodu piasku w oczach. Ze mną jest dodatkowy kłopot, gdyż na co dzień (także więc i w czasie meczu) noszę szkła kontaktowe. Zatem gdy piasek wpadnie mi do oczu, nie mogę ich tak po prostu przepłukać, bo szkła mi zwyczajnie wypłyną. E.K.: A co z urazami palców? M.G.: Jeśli chodzi o kontuzje palców, to o dziwo, nie są aż tak powszechne jakby się wydawało. Otóż w turniejach krajowych, gdy poziom jest niski (amatorski) i piłka wpadnie w jakiś dołek, zaczyna się „kopanina”. Wtedy faktycznie można sobie złamać palec. Jednak w profesjonalnym, międzynarodowym BS występuje pojęcie „kultury grania na piasku”. Gdy ma miejsce wspomniana sytuacja, to któraś ze stron odpuszcza i czeka, aż przeciwnik wydobędzie piłkę z piasku. E.K.: Czym różni się piłka do BS od zwykłej? M.G.: Na pewno materiałem z którego jest wykonana. Ta do BS jest bardziej „gumowa”. Jest też lżejsza i „bardziej pusta” w środku. Poza tym piłki, którymi gramy na piasku mają bardzo fajną grafikę - typowo plażową. E.K.: A rękawice bramkarskie? Czy one się jakoś różnią od znanych z boisk trawiastych?


SPORT

M.G.: 99 procent bramkarzy grających w reprezentacjach krajowych broni w rękawicach, które są takie jak na murawie. Dla mnie to jednak bez sensu. Piłka, którą gramy, na tyle dobrze „klei się” do reki, że nie potrzebuję pomocy rękawic. Poza tym bez nich czuję się „szybszy”. A tak w ogóle, jak to wygląda: plaża, słońce i... rękawice? Piasek na pewno ich nie niszczy, więc sądzę, że w wielu przypadkach to kwestia przyzwyczajenia i chęci posiadania lepszego chwytu piłki. E.K.: Skąd wziął się u Ciebie pomysł gry w BS? M.G.: Przypadek. Pierwszy w Polsce profesjonalny turniej w tej dyscyplinie odbył się w czerwcu 2003 roku w Ustce. Wtedy też Jacek Ziober z piłkarzy wyróżniających się na tym turnieju tworzył kadrę. Znajomi wybierali się na ten turniej i wypadł im bramkarz. Złapali kontakt ze mną i pojechałem, w miarę dobrze wypadłem i trafiłem do „zeszytu Ziobera”. W taki sposób zaczęła się moja największa życiowa przygoda. E.K.: A futsal, bo z tą odmianą piłki nożnej też miałeś do czynienia? M.G.: Występowałem w Hurtapie Łęczyca. To akurat też przypadek. W czasie występów w kadrze na piasku poznałem ludzi z Hurtapu Łęczyca i trenera Andrzeja Antosa. Gdy ruszali w II lidze futsalu, zaproponowali mi grę w ich drużynie. Zgodziłem się i byłem tam przez trzy lata. Futsal to świetne uzupełnienie BS, bo gdy kończy się lato, wchodzimy na halę, a na wiosnę jest na odwrót. Eric Cantona to miły facet

E.K. Jest pewnie wiele podobieństw, ale i różnic? M.G.: Na pewno obydwie odmiany wymagają od zawodników o wiele większej ogólnej sprawności niż piłka tradycyjna. Są też o wiele szybsze i ciekawsze, niż gra na trawie, a także wymagają wysokiego zaawansowania technicznego. E.K.: Za to bramkarze mają trudniej… M.G.: I tak, i nie. Na pewno bramkarze w futsalu i na piasku mają więcej do roboty, przez co dla nich mecz wydaje się ciekawszy. Na trawie zdarzają się mecze (i to nawet w naszej Ekstraklasie), gdzie bramkarz przez kilkanaście minut nawet nie dotyka piłki. Jest jeszcze jeden aspekt - gdy na hali lub piasku zawodnik jest kilka metrów przed bramką, to jeszcze nic nie oznacza. Na hali bowiem bramkarz może umiejętnie skrócić kąt, a na piasku piłka może odbić się od... piasku. E.K.: Pewnie takich właśnie strzałów najbardziej nie lubisz… M.G.: Wbrew pozorom uwielbiam strzały od piasku. Przez 6 lat grania w reprezentacji nauczyłem się takowe strzały rozróżniać i podświadomie wyczuwam, gdzie piłka może się odbić. Piasek też bardzo często bramkarzom pomaga, bo gdy przeciwnik jest sam na sam, to jeszcze musi uporać się z piaskiem, przez co nie jest nawet w połowie tak groźny jak w analogicznej sytuacji na trawie lub na hali.

63


SPORT

E.K.: Mówisz, że piasek sprzyja bramkarzom. Ale na pewno utrudnia start do piłki, wyskok... M.G.: W tym przypadku zdecydowanie tak. Sposób poruszania się po piasku jest bardzo trudny i na pewno wymaga bardzo silnych i skocznych nóg. Jednak treningi robią swoje i już po 10 dniach nie odczuwa się aż tak tej różnicy, a nogi przyzwyczajają się do takiej nawierzchni i są mocniejsze, szybsze oraz „skoczniejsze”. E.K.: To potem pomaga w futsalu… M.G.: Wręcz przeciwnie! Gdy po kilku miesiącach gry na piachu wchodzę na salę, to przez pierwsze kilka treningów nie wiem o co w tym chodzi. Nie czuję, jak ułożyć nogi, jak stać i jak się poruszać. Na hali bramkarz musi być niezmiernie szybki, jeśli chodzi o przesuwanie się w przód i tył lub na boki. Faktem jednak jest, iż po kilku treningach i „złapaniu czucia” na hali, mocne nogi zaczynają procentować. Jako ciekawostkę powiem, że gdy po sezonie 2006, w którym spędziliśmy ponad 50 dni na piasku w ciągu 3 miesięcy, wróciłem do domu i chciałem podbiec do znajomych (biegnąc na ulicy), omal się nie przewróciłem - z przyzwyczajenia z piasku biegłem na samych palcach. E.K.: Czy bramkarze w BS mają jakieś specjalne treningi tylko bramkarskie? Czy istnieją trenerzy bramkarzy w tej odmianie futbolu? M.G.: Przyznam, że jeszcze nie spotkałem się z trenerami bramkarzy na piasku, chociaż nie ukrywam, że takowi bardzo by się przydali. Jeśli chodzi o tre-

ningi, to na obozach staram się wraz z innym bramkarzem wykonywać ćwiczenia „motoryczne”, które wymagają od nas bardzo szybkiego lecz krótkiego poruszania się po piasku. Wszystko po to aby wyrobić zwinność, szybkość oraz siłę i wytrzymałość w nogach. E.K.: Wróćmy do początków. Od zawsze chciałeś być bramkarzem? M.G.: Od zawsze, choć moja przygoda z piłką zaczęła się dopiero w wieku 17 lat. Wtedy też poszedłem na pierwszy trening do klubu Drukarz Warszawa, który jest 500 m od mojego miejsca zamieszkania. Tam pograłem 6 miesięcy, po czym skoncentrowałem się na graniu w szóstkach w Kamionku Warszawa (zdobyliśmy nawet dwa razy mistrzostwo Warszawy) i B klasie (dla czystej przyjemności ruszania się na świeżym powietrzu). I nagle przyszła wspominana wcześniej Ustka 2003 i powołanie do… reprezentacji Polski. Moim pierwszym prawdziwym obozem piłkarskim był od razu obóz kadry narodowej. E.K.: Historia jak z bajki... nieznany zawodnik nagle zostaje bramkarzem reprezentacji Polski. M.G.: Tak, śmieję się, że jestem typowym piłkarskim kopciuszkiem. Przeskok z szóstek na granie przeciwko Cantonie, Salinasowi, Agostiniemu, Karpinowi itp. to niesamowite uczucie. E.K.: Czy myślałeś, że swoje największe sukcesy odniesiesz właśnie na piasku? M.G.: Kiedyś nie wiedziałem nawet, że taki sport istnieje. Muszę jed-


SPORT

nak przyznać, że już w wieku 13 lat broniłem w turniejach piłkarskich na polskich plażach w drużynie w wieku „seniorskim” i 4 lata z rzędu byliśmy niepokonaną drużyną, a ja przez 3 edycje nie puściłem ani jednej bramki. Dodatkowo poczułem jakiś niespotykany pociąg do tego sportu, gdy miałem już w domu „kablówkę” i pokazywano turnieje BS z Niemiec – podświadomie byłem z tym sportem bardzo mocno związany, nawet nie wiedząc na czym polega i jak się nazywa. Generalnie zawsze marzyłem, aby coś osiągnąć w sporcie, ale nigdy nie spodziewałem się, że uda się to właśnie na plaży, i że zagram w reprezentacji kraju. E.K.: A jak wyglądało z Twojej strony spotkanie np. z Cantoną? Co czuje bramkarz, gdy widzi naprzeciw siebie gwiazdę, swojego idola? M.G.: Nigdy w życiu nie miałem idoli, a szczególnie sportowych. Tylko Jan Paweł II i pokolenie polskich żołnierzy AK wyzwalało we mnie dodatkowe emocje. Z drugiej jednak strony zdawałem sobie sprawę, kim jest Cantona i co w życiu osiągnął. Podczas pierwszego turnieju na Majorce w 2004 roku, gdy poznałem Erica i inne wielkie gwiazdy, a szczególnie ich poważne podejście do BS, uświadomiłem sobie, że to nie jest tylko letnia zabawa, a bardzo profesjonalny sport. Zaś sam fakt, że grałem z nimi w jednym turnieju pozwolił mi uwierzyć, że uczestniczę w czymś wielkim i że biorę udział w sportowym wydarzeniu o międzynarodowej skali. Cantona to wbrew pozorom bardzo miły facet, który jednak na boisku daje Eric Cantona to miły facet

(a raczej dawał, bo już się zmienił) ponieść się emocjom. Prywatnie jednak jest świetnym człowiekiem. E.K.: Nie czułeś żadnej presji? M.G.: Presja była już wtedy, gdy odbyliśmy trening na stadionie mogącym pomieścić 6 tysięcy widzów. E.K.: Nie miałeś obaw, że nie podołasz, że wpuścisz jakiegoś „farfocla” i skończy się dla Ciebie przygoda z piłką plażową? M.G.: Generalnie jako chłopak grający w B klasie i szóstkach nie miałem nic do stracenia, jednak trema na pewno była. Z drugiej strony jest ona bardzo przydatna, bo pozwala się lepiej skoncentrować na meczu. Wtedy jeszcze nie byłem tak zakochany w tym sporcie i w ludziach, z którymi gram i którzy tworzą BS. Mimo tego, że gram w kadrze od samego początku i rozegrałem 82 oficjalne międzynarodowe spotkania, to te obawy narastają z każdym meczem i jest coraz trudniej. Na pewno ewentualne zakończenie gry w kadrze odczułbym teraz o wiele mocniej, niż jeszcze 3-4 lata temu. E.K.: Teraz jesteś filarem tej drużyny… M.G.: Tak bym tego nie nazwał, jednak na plaży bramkarz znaczy faktycznie o wiele więcej niż na trawie i hali. E.K.: Gdy bramkarz popełnia błąd, nie ma przebacz… M.G.: Gdy bramkarz się gubi, to przeciwnik jeszcze musi to umieć wykorzystać. Poza tym do pomocy są zawsze 65


SPORT

obrońcy, a nawet napastnicy (w tym sporcie teoretycznie każdy ma zadanie również defensywne). W sumie bramkarz też człowiek i ma prawo do błędu. E.K.: Czy jest ktoś, przeciwko komu szczególnie nie lubisz grać (kąśliwe strzały itp.)? M.G.: Na pewno nie lubię grać w turniejach krajowych przeciwko zawodnikom z kadry, bo wiem, że po prostu są najlepsi i muszę się ich szczególnie obawiać. A jeśli chodzi o kadrę, to najbardziej nie lubię Francji i Włoch. E.K.: A największe gwiazdy, jak Amarelle, Salinas, Madjer? M.G.: Amarelle powoli się kończy. Owszem, potrafi czasami strzelić fenomenalną bramkę, ale gdy jest skutecznie podwajany w obronie nie stanowi żadnego zagrożenia. Salinas grywa tylko w turniejach na Majorce - jest to ukłon w stronę kibiców. A jeśli puszczę strzał Madjera, to przecież... nic się nie stało! Jego strzały są przepiękne, więc nie jest wstydem po takich zagraniach wyjmować piłkę z siatki. E.K.: Czy są zawodnicy, których zapamiętałeś nie ze względu na znane nazwisko czy fenomenalne strzały, a z innych względów, np. z zadziorności, ciekawych zwyczajów itp.? M.G.: Każdy kto gra na plaży, musi mieć charakter i wyjątkową osobowość. Tu nie ma przypadkowych lub standardowych ludzi... Jeśli chodzi o polskich

zawodników, to na pewno nigdy nie zapomnę zawodników z drużyny Magic Łódź (w której występowałem dwa sezony) oraz zawodników Pub Golu Jelenia Góra. Z obydwoma ekipami bardzo się zaprzyjaźniłem i cały czas te przyjaźnie trwają - mam nadzieję, że do końca życia. Co do konkretnych zawodników, to na pewno Kowala z Bydgoszczy, Dawida Pomorskiego z… Pomorza, Daniela Banasika z Łęczycy, który od 4 lat winien mi jest pieniądze, a także wszystkich bramkarzy, z którymi rywalizowałem w kadrze przez 5 lat, oraz wielu, wielu innych. Mam dobrą pamięć do ludzi, więc musiałbym wymieniać bardzo długo. A zawodnicy z zagranicy? Bardzo zaprzyjaźniłem się z bramkarzem Nigerii - generalnie cała ekipa jest wyjątkowo uśmiechnięta i sympatyczna. Na pewno też długo zapamiętam włoskiego napastnika Carotenuto, który w jednym meczu strzelił wszystkie bramki dla swojego zespołu, a było ich sześć. Jeśli chodzi o ludzi zarówno w Polsce jak i za granicą, którzy są związani z beach soccer w jakikolwiek sposób, to dosłownie można napisać książkę. E.K.: Czas się zatem za to brać… M.G.: Jeszcze nie teraz, ale kiedyś być może napiszę taki „beachsoccerowy pamiętnik”. E.K.: Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę sukcesów! Emil Kopański


Polska a zagraniczna myśl szkoleniowa – Franciszek Smuda a Leo Beenhakker Polska piłka latami wędrowała przez eliminacje Mistrzostw Świata i Europy wraz z kadrami Ćmikiewicza, Apostela, Piechniczka czy Wójcika bez żadnych efektów. Od czasów ostatniego awansu na wielką piłkarską imprezę (mundial 1986 w Meksyku) nasz naród zmuszony był do życia na futbolowym wygnaniu. Było tak aż do 2002 roku kiedy to kadra Jerzego Engela awansowała na MŚ w Korei i Japonii. Jednak tak jak wielkie mieliśmy nadzieje na sukces w Azji, tak szybko musieliśmy o nim zapomnieć. Polacy po dwóch dotkliwych porażkach z Koreą Południową oraz Portugalią zdołali wygrać tylko ostatni mecz. Wraz z zakwalifikowaniem się na kolejny mundial Polska przeżyła deja vu. Dwa pierwsze spotkania i dwie porażki. Trzeci, ostatni mecz tak jak w Azji – wygraliśmy. Po pokonaniu reprezentacji Kostaryki 2:1 ówczesny selekcjoner naszej kadry Paweł Janas musiał pożegnać się ze stanowiskiem. I wtedy doszło do czegoś czego nikt by się chyba wtedy nie spodziewał. PZPN postawił rewolucyjny krok na przód. Krok w stronę Europy. Holenderska rewolucja Kiedy Leo Beenhakker otrzymywał powołanie na selekcjonera reprezentacji Polski deklarował, że naszą drużynę stać na to, by była wśród dziesięciu najlepszych w Europie. Holender doskonale wiedział co mówi i jakie są problemy, które mogą stać na przeszkodzie do spełnienia tej deklaracji. Jedna z jego tez mówiła, że Polacy nie są prowadzeni i wychowywani zgodnie z tym, co obowiązuje w nowoczesnej Polska a zagraniczna myśl szkoleniowa

piłce, a źródłem tego jest kwestia edukacji trenerów. Dlatego też Beenhakker miał być prekursorem wprowadzania europejskich norm szkolenia do polskiego futbolu. Doświadczenia nabyte w Realu Madryt czy Ajaxie Amsterdam miały przynieść rezultaty niemal tak ogromne jak marki tychże klubów. Holender, jak sam powtarzał - opierał swoją filozofię na wykreowaniu przede wszystkim drużyny, zespołu, jednolitego organizmu. Dążył do stworzenia 67


SPORT

futbolowej kompozycji gdyż twierdził, że dotychczasowa gra naszej reprezentacji opierała się na czymś w rodzaju „każdy sobie”. Filozofia polegająca na opieraniu gry reprezentacji na kilku indywidualnościach – jak np. Emmanuel Olisadebe u Engela czy Maciej Żurawski u Janasa – miała odejść w niepamięć. I odeszła. Wystarczy spojrzeć na mecze naszej kadry z Portugalią, Czechami, Belgią czy Irlandią gdzie gra piłkarzy była współpracą wszystkich formacji. Obrony z atakiem, pomocy z obroną itd. Prostopadłe podania od bocznych obrońców wprost pod nogi napastników. Ofensywne akcje defensywnych pomocników czy rozgrywających takich jak Mariusz Lewandowski i Dariusz Dudka – tak gra się teraz w Europie i tak grali nasi chłopcy na największych arenach. Wygrane z powyższymi rywalami oraz przebieg tamtych spotkań dokładnie obrazowały to, co chciał osiągnąć w grze Polaków Beenhakker. Jak wiadomo Holender jednak nie był nieomylny. Z biegiem czasu zaczynał popełniać coraz większe błędy kadrowe, co sprawiało, że machina znana z meczów w Chorzowie czy Belfaście zaczęła się zacinać. Na zgrupowaniach pojawiały się takie nazwiska jak Polczak czy Pazdan, których (sądząc po grze tych piłkarzy) nikt by się nie spodziewał. Poza tym tworzenie tego zgranego, jednolitego organizmu było zbyt zawoalowane. Trener podczas swojej kadencji w 47 spotkaniach sprawdził ponad 100 piłkarzy! Takie działania zgubiły Holendra. Ponadto czynniki ze-

wnętrzne jak nagonka mediów i PZPN-u w jakimś stopniu udowodniły, że Leo źle znosił presję otoczenia, co także przekładało się na złą grę reprezentacji i jej odpadnięcie w niedawno zakończonych eliminacjach MŚ. Swojska ręka Smudy Po tzw. „pogrzebie w Mariborze” gdzie Polska przegrała ze Słowenią 0:3 futbol w naszym kraju znów został osierocony. Pośród znienawidzonego przez społeczeństwo PZPN-u, fatalnych wyników reprezentacji i polskich klubów w europejskich pucharach był jeden człowiek, który miał szansę dać nam nadzieję. I tak oto 29 października 2009 roku po nieudanych występach tymczasowego trenera kadry – Stefana Majewskiego - selekcjonerem reprezentacji Polski został Franciszek Smuda. W przeciwieństwie do Leo Beenhakkera każdy doskonale wiedział kim jest nowy selekcjoner i czego można się po nim spodziewać. Jak na polskie warunki Smuda jest jednym z najbardziej utytułowanych trenerów w kraju. Pod koniec ubiegłego wieku zdobywał Mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków, a z Widzewem Łódź zakwalifikował się do Ligi Mistrzów. Po nim nie dokonał tego żaden trener. Tak jak w latach 90-tych, tak i kilka lat temu kiedy z Lechem Poznań szturmował europejskie stadiony w Pucharze UEFA, popularny „Franz” jeszcze bardziej ugruntował swoją pozycję na rynku trenerskim i pokazał, że klub z Polski naprawdę potrafi. Były reprezentant kraju oraz piłkarz Legii Warszawa – Cezary Kucharski w wy-


SPORT

p ow ie d z i udzielonej jednej z gazet pow ie d z ia ł, że „Smuda to trener z charyzmą, pasją, żyje tym co robi. Ma d o ś w ia d czenie i nie ważne czy będzie grał z Brazylią czy Armenią – on nie boi się nikogo.” To właśnie te cechy sprawiają, że „Franz” jest obecnie potrzebny reprezentacji jak nikt inny. Polska piłka potrzebuje swojskiej ręki ojca, który nie dość, że obroni swoich piłkarzy przed porażką, to jeszcze pokaże im jak sami mają się bronić i obrócić ją w zwycięstwo. Smuda na pewno nie jest geniuszem taktyki, ale w przeciwieństwie do Beenhakkera to mistrz motywacji, a z odpowiednim natchnieniem i nastawieniem do gry, bardziej zaawansowana taktyka naprawdę nie jest potrzebna. Byli podopieczni urodzonego w Lubomi szkoleniowca jednogłośnie twierdzą, „że wskoczyliby za nim w ogień.” Nawet jeśli jest on tak gorący jak Argentyna czy Niemcy, z którymi w przyszłym roku zamierza zmierzyć się „Franz” i jego zespół. Co natomiast mówi o budowie reprezentacji sam szkoleniowiec? „Jeśli ktoś ma przyjechać na zgrupowania i odwalać pańszczyznę albo się bawić, to szkoda czasu – mojego i takich delikwentów. Poza tym nie zamierzam patrzeć piłkarzom w metryki, tylko powołyPolska a zagraniczna myśl szkoleniowa

wać wszystkich najlepszych. Na boisku po prostu musi grać muzyka!” Przed S m u d ą ciężki okres pr z yg oto wawczy do Euro 2012 – niemal 3 lata samych meczów towarzyskich. Nigdy wcześniej żadnemu polskiemu trenerowi nie było dane zmierzyć się z tak specyficznym okresem. Ku lepszej przyszłości Nie można jednoznacznie stwierdzić, która szkoła trenerska jest lepsza. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy. Taktyczna, a wręcz matematyczna analiza Leo Beenhakkera rodem z największym piłkarskich firm świata, czy wieloletnie doświadczenie i charyzmatyczny sposób dowodzenia Franciszka Smudy. Na pewno obaj panowie w jednej kwestii mają rację. Winę za fatalną grę reprezentacji nie ponoszą piłkarze. W Polsce jest naprawdę mnóstwo talentów, trzeba jedynie potrafić je odnaleźć i umiejętnie oszlifować. Oszlifować ciężką i bezwarunkową pracą w imię najwyższego futbolowego dobra każdego piłkarza – gry z Orłem na piersi. Szymon Kurek

69


Chcesz dołączyć do redakcji obserwatora? Zapraszamy studentów wszystkich kierunków do współpracy przy naszym kwartalniku. Piszesz? Fotografujesz? Napisz do nas aby dowiedzieć się więcej: redakcja_obserwator@op.pl. Zapraszamy również na stronę koła – www.kns.iemid.uksw.edu.pl

Obserwator nr 17  

Czasopismo studentów IEMiD UKSW

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you