Page 1

NUMER 4[12]/2013 NIEREGULARNIK BEZPŁATNY

REPORTAŻ: /IDZIE NOWE. REPORTAŻ O PIĘCIU MŁODYCH//

W NUMERZE: /KOŚCIÓŁ KATOLICKI W (NIE)NAJLEPSZEJ FORMIE// /KORWIN-MIKKE PLUS LINCOLN// /TRZECH ZA HOFMANA// /CZY „MINISTRA” BRZMI ŚMIESZNIE?//

1


*5.258 2

Opinie z innej perspektywy #komentarze #opinie #wywiady #relacje #zapowiedzi

*

Na Youtube szukaj DRUGI OBIEG tv!


DRUGI OBIEG Bez nieDOpowiedzeń Krótkie dni i noce długie nastały. Zimowa pora to idealny okres by wieczorem (a wieczór zaczyna się teraz o 15:00) włączyć lampkę, wygodnie zasiąść w fotelu i czytać Drugi Obieg. Z pewnością taki relaks spowoduje zużycie niewielkiej ilości energii, jednak w zgodzie z naturą i uczestnikami warszawskiego szczytu klimatycznego apelujemy o oszczędzanie światła. Coraz więcej świątecznych drzewek w Krakowie zwiastuje czas długiego wypoczynku w rodzinnym gronie w różnych zakątkach Polski. Co prawda markety przypomniały o nadejściu świąt nieco wcześniej, bo pod koniec września, ale to nieistotny szczegół. Redakcyjnie życzymy Wam wewnętrznej ciszy w wigilię i zewnętrznego hałasu w sylwestra, a jako prezent przekazujemy Wam ekskluzywny, jak zwykle, egzemplarz czasopisma KNP. Wesołych! Drodzy Czytelnicy! W dwunastym numerze koleżanki i koledzy z redakcji pokusili się o polityczne podsumowanie mijającego roku. Chuchamy i dmuchamy by nic istotnego przez te kilkanaście ostatnich dni 2013 roku się już nie wydarzyło. Wrażeń było aż nadto! W razie czego odsyłam Was na stronę www.drugiobieg.org.pl , na której na pewno opiszemy wszelkie niespodziewane wydarzenia. Na jubileuszowy 650. rok Uniwersytetu Jagiellońskiego przypadł znaczący rozrost naszej redakcji. Osiem działów tworzy ponad czterdzieści osób, które komentują i informują Was o tym wszystkim, co ważne. Dziękuję Wam za śledzenie DO w sieci, od niedawna również w serwisie Youtube, dziękuję także ludziom, których szukaliśmy przez ostatnie miesiące. Znaleźliśmy Was! KAMIL POPIELA

DO_REPORTAŻ: [04]  Viera Danczewska, Aleksandra Gieracka, Rafał Czech, Kamil Popiela, Maciej Sowa //Idzie nowe. Reportaż o pięciu młodych DO_LUDZIE: [07]  Marta Jaromin //Trzech za Hofmana [09]  Marta Orzechowska //Niezależni studenci – rozmowa z Damianem Brodackim [11]  Amadou Guindo //Pierwsze jaskółki rewelacji Snowdena DO_POLSKA: [12]  Agata Piekarska //Kościół katolicki w (nie)najlepszej formie [14]  Mateusz Ciołkowski //Platforma (Nie)Obywatelska [15]  Karolina Kreja //Człowiek z żelazem [17]  Krzysztof Rojowski //Korwin-Mikke + Lincoln, czyli partia libertariańska [19]  Olga Ulman //Zmartwienie Tuska DO_ŚWIAT: [20]  Aleksandra Gieracka //Współcześni giganci [22]  Dawid Barański //Alfabet turecki, cz. I [24]  Aleksandra Gieracka //Saakaszwili – zbawca czy oprawca? DO_EKONOMIA: [26]  Karol Sobiecki //Gospodarcza diagnoza i recepta

KONTAKT

www.drugiobieg.org.pl

/drugiobieg REDAKTOR NACZELNY Kamil Popiela Z-CA RED. NACZELNEGO Lidia Prokopowicz REDAKCJA Dawid Barański Mateusz Ciołkowski Rafał Czech Viera Danczewska Aleksandra Gieracka Amadou Guindo Marta Jaromin Tomasz Kolowca Karolina Kreja Marta Orzechowska Agata Piekarska Krzysztof Rojowski Justyna Skalska Karol Sobiecki Maciej Sowa Olga Ulman

KOREKTA Justyna Skalska Klaudia Szawara ADIUSTACJA Kamil Popiela Justyna Skalska PROJEKT OKŁADKI Kinga Gazda SKŁAD i ŁAMANIE Katarzyna Waligóra PUBLIC RELATIONS Sylwia Nowosińska FOTOGRAF Magdalena Garstka WYDAWCA Koło Nauk Politycznych ul. Jabłonowskich 5 31-114 Kraków Publikacja dofinansowana ze środków: Rady Kół Naukowych UJ

DO_KULTURA: [28]  Tomasz Kolowca //Ameryka, Ameryka... [29]  Justyna Skalska //Nic pięknego nie rośnie w ciemności [31]  Lidia Prokopowicz //Poezja o herbacie, poezja o Smoleńsku - rozmowa z Martą Różańską i Dominiką Jiers DO_PERSPEKTYWY I OPINIE: [33]  Justyna Skalska //Przybladły blask Nike [35]  Lidia Prokopowicz //Czy „ministra” brzmi śmiesznie? DO_UJOT: [36]  Rafał Czech //Przez MOST do innego miasta DO_KWESTIONARIUSZ: [37]  Kamil Popiela //Kwestionariusz – dr hab. Agnieszka Kastory DO_FELIETON: [38] Kamil Popiela //Wypunktowany dwa trzynasty

3


DO_REPORTAŻ

Reportaż o pięciu młodych

Idzie nowe Polityka to ich powołanie. Jest dla nich jak narkotyk, którego nie są w stanie odstawić. Pięć nazwisk z pięciu różnych środowisk: działacze młodzieżówek partyjnych, bo o nich mowa, chcą wprowadzić nową jakość do polityki. Kim są i jak zamierzają tego dokonać?

Autorzy: Viera Danczewska, Aleksandra Gieracka, Rafał Czech, Kamil Popiela, Maciej Sowa

4

Marcin Plinta 26 lat, Klub Młodych Solidarnej Polski

Prawdopodobnie każdy kto obserwuje życie polityczne, chciałby choć raz zobaczyć jak wygląda i „działa” ono od środka. W przypadku Marciźródło: facebook.com na Plinty, członka Klubu Młodych Solidarnej Polski, to marzenie się spełniło. Już w liceum myślał o studiach politologicznych i dopiął swego – w 2006 roku rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pięć lat później, w dniu obrony pracy magisterskiej dowiedział się, że jego promotor dr hab. Krzysztof Szczerski został wybrany posłem. „Polityka zawsze była obecna w moim życiu. Jednak nie ukrywam, miałem szczęście. I wtedy stwierdziłem, że to ten moment, by spróbować swoich sił w polityce.” Plinta postanowił zapisać się do młodzieżówki nowopowstałej partii – Klubu Młodych Solidarnej Polski – by ją poznać i mieć szansę współtworzyć od podstaw struktury nowego ugrupowania. Plinta zaznacza, że na początku była tylko euforia, a później trzeba było wziąć się do ciężkiej pracy. Budowanie od podstaw partii politycznej jest zadaniem mozolnym, tylko najwytrwalsi pozostają wierni partyjnym ideom, niezależnie od politycznej rzeczywistości. „Wynik wyborczy niestety nie zależy tylko od nas. My, jako działacze młodzieżówki czy regionalnych struktur, możemy pracować, a i tak uwaga skupia się głównie na liderach” – dodaje Plinta. Jego zdaniem wygraną w wyborach do rad dzielnic można sobie „wychodzić”, stosując metodę „od drzwi do drzwi”. Jest to taktyka skuteczna, ponieważ w wyborach lokalnych Polacy uczestniczą niechętnie, stąd wielkie szanse na to, by dzięki bezpośredniemu kontaktowi zyskać przewagę nad innymi. Plinta jednak nie jest na razie zainteresowany działalnością w radach dzielnic. Na co dzień pracuje w Urzędzie Marszałkowskim w Krakowie, bo jak twierdzi „polityka to hobby, jednak trzeba mieć zabezpieczenie, odskocznię. Człowiek żyjący w polityce musi być niezależny”. Sam start wyborach do rady miasta to wydatek rzędu 20-40 tysięcy złotych (na samą kampanię). Żeby ubiegać się o fotel radnego trzeba mieć wręcz pewność, że uzyska się mandat. W obecnej sytuacji Solidarnej Polski start w wyborach to byłoby polityczno-finansowe samobójstwo dla tak młodego działacza.


Adrianna Siudy

Marek Marecki

20 lat, Ruch Młodych

25 lat, stowarzyszenie Młodzi dla Polityki Realnej

Ada Siudy to dwudziestoletnia wiceprzewodnicząca zarządu krajowego Ruchu Młodych i członkini zarządu krajowego Twojego Ruchu. Ada uczyła się w krakowskim liceum w klasie o profilu dzien źródło: facebook.com nikarsko-politycznym. Komentowała w Internecie zachowania Jarosława Kaczyńskiego z egzaltacją równą odliczaniu dni do wakacji. Chciała studiować prawo, ale nie przypuszczała, że niedługo wstąpi do partii. „Zapisanie się do Ruchu Palikota to była spontaniczna decyzja”, wspomina. Znajomi zadzwonili, że Janusz Palikot jest gościem telewizyjnego programu Młodzież Kontra. Ada poznała osoby zaangażowane w tworzenie młodzieżówki Ruchu Młodych. Cztery dni później złożyła deklarację wstąpienia do partii. Sprawy potoczyły się bardzo szybko. W tym samym programie, już jako członkini Ruchu, bez debiutanckiej tremy zadawała pytania Janowi Tomaszewskiemu. Rodzice z obawą myśleli o łączeniu funkcji politycznej przez córkę z nauką na Uniwersytecie Ekonomicznym (w końcu wybrała gospodarkę i administrację publiczną). Ada wspomina, że w okresie sesji sypiała godzinę dziennie, ale z szczęśliwie zdała na drugi rok studiów. Rodzice przekonali się, że może to połączyć. Zatraciła się na dobre. Gdy wstępowała do partii oficjalnie młodzieżówka nie istniała. Wraz z innymi kierowała jej oddolnym przygotowaniem. Stała się nieformalnym liderem. W październiku 2012 roku została koordynatorem działań, w lutym 2013 roku przewodniczyła już w okręgu krakowskim. Sprawowała funkcję miesiąc, bo w marcu wybrano ją do krajowego zarządu. Stała się wiceprzewodniczącą Ruchu Młodych. Jej kandydaturę zaakceptowali szefowie okręgów z całego kraju wraz z Januszem Palikotem, z którym dzisiaj jest na „ty”. Od wyboru na wiceprzewodniczącą jeszcze rzadziej bywa w domu. Kursu je na linii Kraków-Warszawa. Bierze udział w spotkaniach zarządu, debatach programowych, konferencjach prasowych. Partia zdążyła zmienić nazwę, lider pozostał ten sam. Ada planuje dalej brnąć w politykę. Chce wystartować w następnych wyborach samorządowych. Po występie w Pytaniu na śniadanie sąsiadka, biegnąc za samochodem kierowanym przez mamę Ady, krzyczała: „Widziałam Pani córkę w telewizji”! … Może rzeczywiście się uda?

źródło: facebook.com

Jeśli mam być porównywany z politykami PiS, PO i innych ugrupowań to w stosunku do nich nie jestem politykiem, lecz antypolitykiem” – mówi Marek Marecki.

Jego przygoda z polityką rozpoczęła się podczas studiów, choć interesował się nią od małego. Od zawsze była obecna w jego życiu – po części w domu, później na studiach. Kiedy został studentem politologii na ówczesnej Akademii Pedagogicznej w Krakowie, równocześnie zaczął identyfikować się z Unią Polityki Realnej. Uważa, że wychowanie w rodzinie bardzo wpłynęło na jego poglądy polityczne. Rodzice interesowali się polityką, walczyli o wolną Polskę w ówczesnych strukturach „Solidarności”. Ojciec był konserwatywnym chadekiem, matka bardziej zwolenniczką Unii Polityki Realnej. Dlatego twierdzi, że UPR wyssał z mlekiem matki. Gdy obserwuje swoich kolegów z innych partii, widzi, że ich motywacją do działania jest chęć objęcia jak najwyższych stanowisk. Traktują politykę jako zawód, gdzie da się dobrze zarobić. „Dla mnie działalność publiczna wiąże się z poświęceniem własnych sił, pieniędzy i czasu, żeby w jakiś sposób państwo zdemontować, aby każdy z nas uzyskał wolność”, zaznacza Marecki. A wszystko, jak twierdzi, dla dobra Polaków. W działalności publicznej jest sobą, stara się być szczery. Od wielu lat walczy na arenie politycznej. „Dążymy do celów, które sobie postawiliśmy i trzymamy się tego pod każdym względem. Wierzymy w to co robimy, gdyby tak nie było nie robilibyśmy tego, nie byłoby sensu” – mówi Grzegorz Żurek, kolega oraz członek komisji rewizyjnej stowarzyszenia Młodzi dla Polityki Realnej. Marecki nie chce swojej działalności w UPR traktować w kategoriach osobistego sukcesu. Nie ma ambicji poselskich ani prezydenckich. Chce po prostu trzymać rękę na pulsie, by to co skłoniło go do działalności politycznej zostało zrealizowane. W najbliższym czasie ma zamiar ustabilizować się w życiu prywatnym, założyć rodzinę, poświęcić się życiu zawodowemu.

5


fot. Andrzej Banaś

Maria Olszańska

Adam Kotucha

22 lata, Stowarzyszenie Młodzi Demokraci

23 lata, Demokracja Bezpośrednia

Do świata polityki weszła przez przypadek. Impuls do działania dał znajomy, który zaprosił ją na spotkanie śląskich Młodych Demokratów. Przyszła. Złapała bakcyla. Zo-

stała na kolejne lata. Maria Olszańska pochodzi ze Śląska, ale w Krakowie czuje się najlepiej. Ukończyła studia licencjackie z zakresu stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Teraz kontynuuje naukę na Uniwersytecie Ekonomicznym (międzynarodowe stosunki gospodarcze). Od stycznia tego roku jest przewodniczącą krakowskiego koła Młodych Demokratów. Oprócz tego angażuje się w prace sekretariatu programowego stowarzyszenia na szczeblu ogólnopolskim. „Bycie liderem jest przyjemne, ale to też niełatwe zajęcie. Nieraz jest tak, że trzeba okiełznać burzliwą dyskusję. Cały czas coś się dzieje, coś jest do przemyślenia, do załatwienia, do napisania. Tak naprawdę to praca na pół etatu” – mówi Maria. Ale na nadmiar obowiązków nie narzeka. Satysfakcja i radość płynące z sukcesów motywują do działania. Chociażby propozycje, które udało się przeforsować w rządowym projekcie Mieszkanie dla Młodych. Dzięki inicjatywie Młodych Demokratów o dofinansowanie pierwszego własnego lokum będzie można ubiegać się także w przypadku budowy domu, a nie tylko przy zakupie mieszkania na rynku pierwotnym, jak to było początkowo planowane. W tym momencie priorytetem jest zmiana ordynacji wyborczej do rad dzielnic. Młodzi Demokraci domagają się zniesienia obowiązku stałego meldunku. Chcą, by kandydować mógł zarówno krakus z dziada pradziada, student mieszkający w mieście, ale pochodzący z dowolnego miejsca w kraju, a także człowiek, który mieszka w Krakowie od kilkunastu lat, tu pracuje, tu ma rodzinę, ale nie stać go na zakup własnego mieszkania. Ze stolicą Małopolski wiąże swoją przyszłość też Maria Olszańska. „Nie wiem, co będę robić za kilka lat. Na razie chciałabym zostać radną dzielnicy. Dobry polityk powinien przejść przez większość szczebli władzy. Zdobyć doświadczenie, które potem pomoże w podejmowaniu poważnych decyzji na szeroką skalę. Warto mieć trochę pokory”, zaznacza.

6

9 maja 1990 roku na świat przyszedł Adam Kotucha. Czy można było się spodziewać, że 23 lata później rodowity krakowianin wyrośnie na przedstawiciela walki o nowy ład? źródło: facebook.com W domu Adama od zawsze interesowano się polityką. Łatwo wyobrazić sobie, jak młody chłopak, który już wie co nieco o otaczającym go świecie, przysłuchuje się rozmowom starszyzny rodzinnej. W jego umyśle utrwalają się pewne wartości. Trzeba jednak przygotować się do matury. Egzamin zdaje w II LO w Krakowie. Współtworzył Stowarzyszenie Poetyckie „Czas”. „Pierwszą motywacją nie były zmiany ustrojowe, tylko zmiany w sferze polityki kulturalnej”. Wstąpił w szeregi studentów UJ (prawo i historia sztuki), ale ciągłe deliberowanie na temat kwestii politycznych przestało go zadowalać. W 2007 roku wstępuje do PO. „Co by nie mówić o Platformie, składała się z ludzi, którzy znali się na wielu dziedzinach” – komentuje tamtą sytuację Adam. Platforma Obywatelska zaczyna być jednak w  pewnym momencie zżerana przez braki transparentności. „Zwykły członek obecnie nie liczy się w Platformie. Bez zawierania układów nie jest w stanie nic zdziałać. Charyzmatyczny społecznik czy inteligentny ekspert nie ma czego szukać w tej partii – nic nie zdziała”. W styczniu 2012 fala protestów przelewa się przez Polskę. „Nie dla ACTA” widnieje na dziesiątkach transparentów. Oczywiście Adam jest na miejscu. Samoorganizujące się poprzez Internet i komórki społeczeństwo, nigdy nie było dostrzegalne w naszym kraju na taką skalę. Na fali protestów wypłynęła nowa partia – Demokracja Bezpośrednia. Partia, której przewodniczy Adam zrzesza nie-polityków. Ich celem jest zmiana systemu. Jak udaje mu się godzić życie studenta i przewodniczącego partii z życiem prywatnym? „Kluczem jest po prostu systematyczność. I odpowiedni wybór priorytetów. Na studiach wystarczy być pracowitym i jak najmniej zostawiać na okres sesji. W życiu osobistym należy po prostu zastanowić się zanim się stwierdzi, że są ważniejsze rzeczy od osób bliskich. Ta sfera jest fundamentem”.


DO_LUDZIE //Marta Jaromin

Trzech za Hofmana

Nowym rzecznikiem Prawa i Sprawiedliwości od kilku tygodni jest Andrzej Duda. W partii Jarosława Kaczyńskiego utworzono również stanowisko wicerzecznika partii, które objął Marcin Mastalerek, natomiast osobą odpowiedzialną za koordynację wystąpień medialnych parlamentarzystów został poseł Maciej Łopiński. Adam Hofman zrzekł się swojej funkcji i zawiesił członkostwo w partii 22 listopada. Tego właśnie dnia Centralne Biuro Antykorupcyjne zawiadomiło prokuraturę o kilkunastu przelewach, które miały miejsce w latach 2007-2013 na konto Hofmana i konto biura poselskiego, od których poseł Prawa i Sprawiedliwości nie zapłacił podatku. Ustalono, że w sumie wpłacono na nie około 140 tysięcy złotych. Powstał zatem triumwirat, który ma działać do czasu oczyszczenia z zarzutów Adama Hofmana. Duda chociaż sprawny medialnie, nie zawsze jest w Warszawie, mógłby nie zapanować nad wszystkim, stąd pomysł powołania dynamicznego wicerzecznika oraz osoby od spraw technicznych.

Jakim rzecznikiem był Hofman? Adam Hofman wierzył, że zajdzie wysoko idąc krok w krok za Jarosławem Kaczyńskim. „Gdy zdobędę jeszcze trochę doświadczenia, chciałbym być premierem. Trzeba mierzyć wysoko” – deklarował. Stał się zatem obok prezesa, jedną z najbardziej znanych twarzy Prawa i Sprawiedliwości. Jako rzecznik wypowiadał się często i dobitnie. O ministrze finansów Jacku Rostowskim powiedział, że „wstaje rano, rzuca kośćmi i wychodzi mu, że dziś rano zabierze pieniądze dzieciom niepełnosprawnym, a kolejnego dnia zasiłki pogrzebowe”. Palikota chciał „wieszać na najbliższej gałęzi”. Jedyny efekt był taki, że Hofman sam zapracował na podobną opinię, „Palikota PiSu”. Jak mogą poświadczyć jego koledzy ze studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, Hofman ma mocno rozbudowane ego. Wówczas bardzo chciał zostać szefem uczelnianego Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Dlatego związał się z frakcją będącą w kontrze do Krzysztofa Kwiatkowskiego, wówczas szefa zrzeszenia, dziś ministra sprawiedliwości z PO.

Nie widząc jednak możliwości wygranej odszedł ze Zrzeszenia i założył własne stowarzyszenie, które upadło po roku. Do tego doświadczenia odwołał się kilka lat później, kiedy myślał o odejściu z Prawa i Sprawiedliwości do partii Polska Jest Najważniejsza. Wówczas powiedział – „Od Jarosława Kaczyńskiego nauczyłem się, że polityka jest nie tylko wypadkową pewnych idei, ale też sztuką skuteczności osiągania zakładanych celów”. Ze swojego członkostwa w PiS nie zrezygnował, a zaraz po odejściu klubowych kolegów został namaszczony na rzecznika partii. Nominacja ta bardzo ucieszyła Hofmana, o którym mówi się na Wiejskiej, że ma mocne parcie na szkło. Po pierwsze dlatego, że to ważna medialnie funkcja. Po drugie – i być może ważniejsze – że zajął miejsce Adama Bielana, z którym kiedyś przegrał rywalizację o stanowisko rzecznika PiS. Adam Hofman nie chce, żeby mówiono o nim spin doctor – „To jest degradujące. Spin doktora można wynająć na mieście, polityk ma większe ambicje”. Prawdą jednak jest, że lubi mówić i na tle swoich partyjnych kolegów, naprawdę potrafi to robić. Najchętniej przed kamerami. Swoje wypowiedzi konstruuje tak, aby móc w całkiem logiczny dla przeciętnego słuchacza sposób odwrócić ich znaczenie. Jego pragmatyzm nie pozwala mu na jednoznaczne wykluczenie jakiejkolwiek koalicji. Hofman nigdy nie ukrywał, a wręcz szczycił się tym, że współpracuje z różnymi ludźmi. Doradcy, którzy znają się na biznesie, gospodarce, socjologii i marketingu politycznym to jak mówił – „zaplecze, które robi dobre analizy i ma świetne pomysły”. Jego główną zasadę działania można streścić w jednym zdaniu: wszędzie starać się być, bez względu na cenę. W marcu rozesłał politykom Prawa i Sprawiedliwości wiadomości, żeby nie przyjmowali zaproszeń od Moniki Olejnik do „Siódmego Dnia Tygodnia” w Radiu Zet „ze względu na jej stronniczość”. Mimo to sam kilka dni później gościł u niej w porannej audycji. W klubie uważany był również za specjalistę od politycznych eventów. Bardzo chciał pokazać Prawo i Sprawiedliwość z jak najlepszej strony. Wydawać by się mogło, że miał kompleks dobrze „ubranej” Platformy. Często mówiono o jego „bezczelności”, „cynizmie” i „przesadnej pewności siebie”, a zarazem podkreślano, że jest sprawny i pracowity, a Prawo i Sprawiedliwość zyskało na jego aktywności.

Duda na nowym stanowisku Andrzej Duda ma 41 lat i jest posłem z okręgu krakowskiego. Jego dziadek był żołnierzem, wielbicielem marszałka Józefa Piłsudskiego, członkiem AK, walczył w kam-

7


panii wrześniowej. Rodzice profesorowie są wykładowcami w Akademii Górniczo-Hutniczej. W liceum słynął z  uprzejmości i tolerancji. Skończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim i został wykładowcą w katedrze prawa administracyjnego. Swoją współpracę z Prawem i Sprawiedliwością rozpoczął po wyborach parlamentarnych w 2005 roku. Rok później został powołany na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę. W listopadzie 2007 roku został odwołany z tego stanowiska, ponieważ Sejm wybrał go do Trybunału Stanu. Kilka miesięcy później został podsekretarzem stanu w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po katastrofie smoleńskiej złożył dymisję. W 2011 zdobył mandat posła, otrzymując prawie 80 tys. głosów. Jeden z polityków partii powiedział o aktywności Dudy – „wygłosi oświadczenie, zwoła konferencję, ale na pewno nie będzie kreował i wymyślał, z jakim przekazem jeszcze moglibyśmy pójść do mediów. Nie dlatego, że mu się nie chce, ale dlatego, że się na tym nie zna, nie zajmował się tym”. Mimo to, polityk z Krakowa od wielu lat systematycznie zyskiwał uznanie prawicy. 10 kwietnia Duda był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i odmówił wówczas przekazania władzy marszałkowi Komorowskiemu. Zażądał aktu zgonu prezydenta i dopiero po drugim telefonie z biura marszałka i informacji o tym, że jest oficjalne potwierdzenie śmierci Lecha Kaczyńskiego, Duda zgodził się na przejęcie władzy. To był kluczowy moment – pojawiający się później w wielu relacjach – dzięki któremu zaczął budować swoją pozycję w PiS. Polityk z Krakowa był również długo namawiany przez liderów Solidarnej Polski do przejścia, jednak odmówił –  i to był kolejny moment, gdy zdobył sobie uznanie na prawicy. Andrzej Duda był także najważniejszym głosem PiS w sejmowej debacie po informacjach o zamianie ciał ofiar Smoleńska, między innymi Anny Walentynowicz. Swoje prawnicze wykształcenie i doświadczenie wykorzystał by punktować premiera Tuska w debacie o Amber Gold, 30 sierpnia 2012 roku. To było przemówienie, które zbudowało jego pozycję jako jednego z lepszych sejmowych mówców, którymi dysponuje Prawo i Sprawiedliwość. Dziś Duda działa w Ruchu Społecznym im. Lecha Kaczyńskiego. Świetnie sprawdza się na wiecach, zwłaszcza tych organizowanych w rocznice pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu. Z komentowaniem wydarzeń politycznych nie będzie miał jako rzecznik problemu

8

źródło: wikipedia.org

– od dawna jest bardzo aktywny na Facebooku i Twitterze. W Prawie i Sprawiedliwości ostrożnie typują Dudę na przyszłego ministra sprawiedliwości. Ten odpowiada tylko – „Najpierw musimy wygrać wybory, po to żeby zmieniać Polskę na lepsze”. Jak sam potwierdza, obowiązki rzecznika przejmuje tymczasowo. Wyjaśnił, że jako poseł z Krakowa sporo czasu spędza poza Warszawą. Dlatego w obowiązkach będą pomagać mu poseł Mastalerek i były minister w  Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego Maciej Łopiński. Ten ostatni był również w latach 2005-2007 rzecznikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według Dudy zespół ma działać do czasu wyjaśnienia sprawy Adama Hofmana, który „zaraz po wyjaśnieniu tej sprawy, wróci na dotychczas zajmowaną funkcję”. „Mamy nadzieję, że stanie się to jak najszybciej, Adam bardzo dobrze wykonywał swoje obowiązki i Komitet Polityczny liczy na to, że właściwe organy państwa, które jego sprawą się zajmują, zrobią to uczciwie, szybko i będzie mógł wrócić do dotychczasowych obowiązków” – deklarował Duda. Pytany o to dlaczego aż trzy osoby mają zastąpić Adama Hofmana, szef klubu Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak odpowiedział, że przed partią „olbrzymie obowiązki”. Jak wyjaśnił, w przyszłym roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, samorządowe”. Nie wiadomo zatem na jak długo Andrzej Duda zostanie rzecznikiem Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo natomiast, że jego poprzednik ustawił poprzeczkę dość wysoko, skoro zdecydowano się zastąpić go aż trzeba osobami.


DO_LUDZIE //Marta Orzechowska

Niezależni studenci – rozmowa z przewodniczącym NZS UJ Damianem Brodackim

Marta Orzechowska: Tak na wstępie przepraszam Cię za moją chrypę, ale nasi czytelnicy na szczęście nas nie usłyszą. Czym jest NZS? Damian Brodacki: Niezależne Zrzeszenie Studentów, jak sama nazwa wskazuje, jest to organizacja przeznaczona dla studentów. W dzisiejszych czasach służąca ich rozwojowi. Jednak, jak wiemy z historii, tak nie było od początku. Od roku 1980 zajmowaliśmy się obalaniem komunizmu i niszczeniem systemu. Kiedy nam się to wraz z Solidarnością oraz innymi środowiskami udało, było takie zagrożenie, że NZS straci na swoim znaczeniu. Nie będzie już w stanie oddziaływać na rzeczywistość. Na szczęście zdołaliśmy się odnaleźć w nowych czasach od lat dziewięćdziesiątych, po dzień dzisiejszy stawiamy na rozwój studentów, na to żeby im pomóc wejść w dorosłe życie, rozpocząć karierę. Z tym związana jest nasza działalność, nasze projekty. Takie najbardziej sztandarowe to Twoje Prawa w Pracy – gdzie zajmujemy się wyjaśnianiem realiów jakie panują na rynku pracy, radzeniem sobie z ewentualnymi konfliktami z pracodawcą. Jest też równoległy do tego projekt, nazywa się Drogowskazy Kariery – tutaj też bierzemy pod uwagę zainteresowania, preferencje studentów, kierunek, staramy się ich kojarzyć z pracodawcami. Wskazać im możliwe drogi i jak mogą się realizować przy dzisiejszych dostępnych środkach. Wierzymy, że własne umiejętności, siła przebicia i talent mogą nam zagwarantować pracę.

Jak wyglądają struktury Niezależnego Stowarzyszenia Studentów? Jako organizacja ogólnopolska opieramy się na prawie o stowarzyszeniach. Mamy swój zarząd krajowy, komisję krajową w skład której wchodzą przewodniczący poszczególnych organizacji uczelnianych, czyli tak samo jak na przykład ja, czyli przewodniczący NZS na Uniwersytecie Jagiellońskim. To na forum tej komisji zapadają najważniejsze decyzje odnośnie naszej polityki, kierunku rozwoju, oraz z jakimi partnerami podjąć współpracę.

Kto może stać się Waszym członkiem? Każdy student Uniwersytetu Jagiellońskiego? Oczywiście, szczególnie że wraz z początkiem mojej kadencji była taka dość widoczna wymiana kadr. Ci starzy, najbardziej zasłużeni członkowie z racji tego, że albo zakończyli studia, albo podjęli pracę w NZS, musieli się wypisać, ale za to doszli nowi członkowie, dlatego ten jakby obieg świeżej krwi jest wciąż aktywny, wciąż mogą do nas przystąpić nowi członkowie. Tak jest też teraz: nie jest to żadna skostniała organizacja, każdy może przyjść i wnieść coś od siebie, zająć się realizacją tego, co uznaje za stosowne i najbardziej dla studentów potrzebne. Jesteśmy otwarci.

Czego może spodziewać się osoba, która się do Was zgłosi? To zależy od jej indywidualnych zainteresowań, od tego co chce robić czy przyłączyć się do oferowanych przez nas projektów, czy zrealizować własne. Zgodnie z domeną każdy jest w miarę niezależny. Oczywiście musi uzgodnić z całym naszym gronem i zarządem jaki projekt będzie chciał realizować. My zastanawiamy się jak tej osobie można pomóc w danym projekcie, jednak kładąc nacisk na to, że każdy jest sobie szefem.

Jak Ty znalazłeś się w NZS? Przede wszystkim, znając z lekcji historii chwalebną przeszłość NZS, chciałem sprawdzić czy nadal to funkcjonuje, jak to funkcjonuje, czy nie doszło do powiązań politycznych między NZS a obecnymi politykami, ale na szczęście stwierdziłem, że nic takiego nie miało miejsca. Umówiłem się na spotkanie z ówczesnym członkiem zarządu, który mi wszystko wytłumaczył i wtedy zdecydowałem się zapisać.

Jednak pomimo tej Waszej chlubnej historii mało studentów wie o Waszym istnieniu. Dlaczego tak się dzieje? Na początku można się odwołać do oklepanej przyczyny, ale smutnej i prawdziwej. W liceum, kiedy człowiek już myśli

9


o studiach, jest w trzeciej klasie, ten moment najnowszej historii jest zawsze przemilczany, przeważnie dochodzi się z programem do drugiej wojny światowej, a potem jest wielka powtórka do matury i nauczyciele też tego tematu nie poruszają. Drugim czynnikiem jest mnogość obecnych zrzeszeń i propozycji jakie oferują uniwersytety studentom.

Wszystkie projekty, które prowadzicie są ogólnokrajowe i mają tylko swojego koordynatora w każdym z uniwersytetów? Nie. Te duże owszem, są tworzone na szczeblu krajowym, ale my też robimy autorskie projekty, jak na przykład konferencja z Rafałem Ziemkiewiczem czy też Wampiriada, albo zeszłoroczny projekt Szafobranie.

Nad jakimi projektami teraz pracujecie? Teraz chciałbym postawić na zaniedbaną dziedzinę jaką jest kształtowanie opinii publicznej i zabieranie głosu w ważnych sprawach. Preludium była ta wspomniana wcześniej konferencja, ale planujemy teraz różne cykle wykładów: z ludźmi nauki, mediów, polityki, którzy mają największy wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Mogą też najwięcej merytorycznych rzeczy na jej temat powiedzieć. Takie debaty są potrzebne, żeby poszerzać obywatelską świadomość studentów tak, aby wiedzieli, że nie jest ważna tylko kariera i to jak się jej podporządkować, ale własne zadanie i poglądy.

Jesteście niezależni z nazwy, a w rzeczywistości współpracujecie z jakimiś partiami politycznymi? Stawiamy na rozwój studenta, więc nie możemy się angażować. Czasami były takie zapędy niektórych stron, że wychodzili do nas z różnymi propozycjami partnerzy albo polityczni, albo tacy, którzy chcieli ugrać coś na tym, że dogadają się z młodymi, ambitnymi, którzy chcą coś zmienić, i będzie to dla nich dobra reklama. Musimy więc uważać, aby być wiernymi swojej linii, swoim przekonaniom i żeby się nie motać w gierki współczesności.

Czyli nie mieszacie się w politykę? Kiedyś mój przyjaciel powiedział mi, że nikt nie jest apolityczny – można być co najwyżej apartyjnym. Oczywiście NZS ma swoją deklarację ideową, siłą rzeczy mamy jakieś poglądy. Jeśli ktoś wmawia nam coś, z czym się nie zgadzamy, to wtedy zabieramy głos w ważnych sprawach, dotyczących studentów. Jednak o współpracy między nami a partiami politycznymi, czy stowarzyszeniami mającymi

10

na celu jakąś skonkretyzowaną działalność polityczną, oczywiście nie może być mowy.

Macie jakiś wpływ na kreowanie rzeczywistości dzięki wyrażaniu swoich poglądów? Myślę, że ci, którzy mają wpływ na te decyzje i je podejmują wiedzą, że z naszym zdaniem trzeba się liczyć, nie dlatego, że działamy jako organizacja, jako NZS, ale dlatego że reprezentujemy szerokie grono studentów, grono młodych ludzi, którzy, jakby nie patrzeć, też w przyszłości będą współtworzyć ten kraj.

A macie w planach wyjście na ulicę jak kiedyś, żeby zademonstrować swoje zdanie? NZS miał takie potrzeby, miał taką możliwość i tego wymagał moment historyczny. To, co chcieliśmy – osiągnęliśmy. Mamy jako taką demokrację, mamy pewność, że jeśli idziemy na wybory to nasz głos jest ważny, mamy wpływ na swoje państwo, czyli nasze cele są osiągnięte. Jako obywatele też chcemy dalej kształtować to społeczeństwo, ale na tych zasadach, które już wywalczyliśmy, także są do tego adekwatne środki: czy to przez wydanie oświadczenia, zabranie głosu w ważnych sprawach, zorganizowanie jakiejś akcji albo wypowiedzenie się w mediach. Jeżeli oczywiście nastąpi taka sytuacja, że będzie trzeba strajkować przeciw czemuś, to nikt tego nie wyklucza, ale na razie nie ma jeszcze takiej potrzeby.

Skąd możecie czerpać fundusze? Zgodnie z nazwą jest to zrzeszenie niezależne – nie mamy więc żadnego stałego źródła dochodów. Jako stowarzyszenie możemy prowadzić działalność gospodarczą, ale póki co nie mamy na to warunków. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to każdy główny koordynator projektu niejako jest sam sobie szefem, on decyduje skąd dane środki będą pochodzić i do niego należy pozyskiwanie sponsorów, zarządzanie otrzymanym majątkiem, a także rozliczanie go. Jesteśmy zobowiązani tylko wobec tych ludzi, którzy zadeklarują się, że w danym projekcie są naszymi partnerami i naszymi sponsorami, ale jako takiego stałego dofinansowania z żadnych źródeł nie mamy. To też jest duży plus, gdyż nie mamy żadnych stałych zobowiązań.

Czego byś życzył sobie jako przewodniczący NZS UJ na przyszłość? Świadomości wśród studentów, że istniejemy, dlaczego istniejemy, skąd jesteśmy i żeby to dojrzewało w ich umysłach i zachęciło ich do przystąpienia do nas i do walki o lepszą rzeczywistość. Po to istniejemy i po to jesteśmy.


DO_LUDZIE //Amadou Guindo

Pierwsze jaskółki rewelacji Snowdena Edward Snowden, wybitne dziecko amerykańskiego wywiadu, które z dnia na dzień przeistoczyło się we „wroga narodu”. Kiedy pół roku temu zaczął ujawniać pierwsze dokumenty ciężko było przewidzieć jaki wywołają skutek na arenie międzynarodowej. Dziś można zaobserwować, że każde kolejne ujawnione przez niego machinacje amerykańskich służb bezpieczeństwa stawiają rząd Stanów Zjednoczonych w coraz trudniejszym położeniu wobec politycznych partnerów. Coraz więcej krajów zaczyna badać bądź zapobiegać masowej inwigilacji USA. W Bundestagu powstała specjalna parlamentarna komisja mająca zbadać na jaką skalę służby bezpieczeństwa USA szpiegowały niemieckich polityków. Hans-Christian Ströbele - weteran Partii Zielonych spotkał się w Moskwie ze Snowdenem, by przedyskutować kwestie bezpieczeństwa wewnętrznego Niemiec. Efektem rozmów stał się list wystosowany do Angeli Merkel i zapowiedź wizyty Snowdena u naszego zachodniego sąsiada, w celu współpracy z komisją. „Podczas mojej służby dla organizacji związanych z amerykańskim wywiadem byłem świadkiem systematycznych pogwałceń prawa przez mój rząd, co wzbudziło we mnie moralny obowiązek przeciwdziałania. Rezultatem ujawnienia moich obaw jest surowa kampania prześladowań, która zmusiła mnie do rozłąki z rodziną i domem” – możemy przeczytać w oficjalnym liście Snowdena wystosowanym do Angeli Merkel. Zgodnie z informacjami ujawnionymi przez Amerykanina kraje Europy Zachodniej są mocno uwikłane w szpiegowskie działania USA. Były współpracownik wywiadu przekonuje, że Amerykanie współpracują bardzo blisko z Francuzami, Brytyjczykami i Niemcami. Śledztwo przeprowadzone przez jeden z francuskich dzienników ujawniło, że francuskie i brytyjskie agencje DGSE i GHCQ - odpowiedniki amerykańskiego NSA – szpiegują własnych obywateli w podobny sposób. Działania podjęte przez Bundestag pokazują jednak, że współpraca między sojuszniczymi wywiadami nie układa się na zasadach równości, skoro nawet kraje współtworzące system czują się zagrożone niekontrolowanymi kanałami, którymi tajne informacje dostają się do amerykańskiego wywiadu. Niedawno ujawniony proceder podsłuchiwania prywatnego telefonu Angeli Merkel nie mógł odbywać się za obopólnym porozumieniem sojuszników... Nie tylko w Europie zwrócono uwagę na rewelacje Snowdena. W przyszłym tygodniu w brazylijskim kongre-

sie odbędzie się głosowanie nad ustawą mającą zwiększyć cyberbezpieczeństwo kraju. Projekt miałby zmniejszyć zależność Brazylii od serwerów będących pod kontrolą Stanów Zjednoczonych i zredukować globalny nadzór internetu przez amerykańskie organizacje wywiadowcze. Ustawa, mająca zreformować funkcjonowanie internetu w Brazylii, była dyskutowana od ponad roku. Pracę nad projektem drastycznie przyspieszyły wycieki Snowdena, w których widniały dowody na systematyczne szpiegowanie skrzynki e-mail Dilmy Rousseff - prezydent Brazylii. Dokumenty ujawniają również szpiegowanie największej brazylijskiej firmy naftowej Petrobas. „Obecny model zarządzania cyberprzestrzenią musi ewoluować w stronę instytucjonalnych zmian, które zapewniają jej stabilność, bezpieczeństwo, transparentność i demokratyczny model zarządzania” - skomentował sprawę brazylijski minister do spraw komunikacji. W czerwcu 2013 roku brytyjski Guardian ujawnił ściśle tajne dokumenty dotyczące lokalizacji komputerów, z których amerykański wywiad wykradł informacje w marcu 2013 roku. Największa liczba danych została skradziona z  komputerów znajdujących się na terenie Iranu i Pakistanu, co dziwne kolejne miejsce na liście zajmuje jeden z  najbliższych arabskich sojuszników Ameryki, Jordan. Następnymi najbardziej okradanymi z informacji nacjami są Egipcjanie i Hindusi. Nie mamy pewności czy Brazylia i Niemcy są pierwszymi jaskółkami zwiastującymi koniec dominacji Stanów Zjednoczonych w cyberprzestrzeni, ale pierwsze oznaki niezadowolenia z obecnego stanu rzeczy są ewidentne. Czy Edward Snowden będzie kolejnym człowiekiem, który udowodni, że jednostkowy bunt może zatrząsnąć międzynarodowym porządkiem? Poniekąd już mu się to udało.

11


DO_POLSKA //Agata Piekarska

Kościół katolicki w (nie)najlepszej formie „Kościołowi dziś najbardziej potrzeba zdolności do leczenia ran i rozgrzewania serc wiernych, bliskości. Widzę Kościół jako szpital polowy po bitwie. Nie ma sensu pytać ciężko rannego, czy ma wysoki poziom cholesterolu i cukru! Trzeba leczyć jego rany. Potem możemy rozmawiać o całej reszcie” – to słowa papieża Franciszka, którym nie sposób odmówić aktualności w kontekście wydarzeń, jakie miały miejsce w ostatnim roku w Kościele katolickim. Jaki zatem był rok 2013 dla wspólnoty chrześcijańskiej? Franciszek zamiast Benedykta XVI 28 lutego papież Benedykt XVI abdykował. Decyzja Ojca Świętego wzbudziła wiele emocji. Przede wszystkim zdarzyło się to pierwszy raz od 1415 roku, by głowa Kościoła zrezygnowała z pełnienia swojego urzędu. Powodem rezygnacji Benedykta XVI był brak sił, aby dalej sprawować swoją funkcję i ze względu na dobro Kościoła postanowił ustąpić. Nikt nie przypuszczał, że jego następca, którym został kardynał Jorge Mario Bergoglio - jezuita pochodzący z Argentyny – w tak znaczący, a jednocześnie pełen prostoty sposób zacznie zmieniać Kościół. Franciszek okazał się papieżem spontanicznym, otwartym i pełnym zrozumienia dla każdego człowieka. Wychodząc poza przyjęte schematy papież zjednuje sobie nie tylko chrześcijan, ale także (a może przede wszystkim) ludzi postrzegających dotychczas Kościół jako instytucję, która nie nadąża za zmieniającym się światem i jest zamknięta na potrzeby swoich wiernych. Decyzje Franciszka

12

niejednokrotnie wprawiają w zakłopotanie dostojników kościelnych, a nawet prawicowych dziennikarzy, którzy nie wiedzą jak je komentować. Niemal codziennie z Watykanu płyną informacje, o tym co nowego i niespotykanego zrobił papież: osobiste telefony do wiernych, zaskakujące słowa o homoseksualistach („Jeśli ktoś jest homoseksualistą i poszukuje Boga oraz ma dobrą wolę, to kim ja jestem, by go osądzać?”), „nowy” samochód (czyli prawie trzydziestoletnie Renault), ankieta w której wierni mają wypowiedzieć się o podejściu duchownych do antykoncepcji, in vitro czy o traktowaniu przez Kościół osób rozwiedzionych. Franciszek pokazuje Kościół jako wspólnotę, w której każdy

człowiek – szczególnie ten poraniony i odrzucony – może znaleźć swoje miejsce.

Księża Wojciech Lemański i Krzysztof Mądel: wrogowie Kościoła? Działalność Franciszka – pod tym znakiem upłynął rok w Kościele katolickim na świecie. W Polsce również ekscytowaliśmy się bądź nie dowierzaliśmy wiadomościom, które napływały ze Stolicy Apostolskiej. Na rodzimym podwórku szerokim echem odbił się konflikt księdza Wojciecha Lemańskiego z biskupem diecezji warszawsko-

źródło: NSZ

-praskiej – Henrykiem Hoserem. Spróbujmy sięgnąć pamięcią wstecz: w którym momencie usłyszeliśmy o tej sprawie? Jest rok 2012. Tomasz Lis, popularny dziennikarz telewizyjny


i publicysta, wraz z Tomaszem Machałą zakłada serwis internetowy NaTemat.pl. Na portal składają się blogi wielu znanych osobistości z dziedziny polityki, sportu i innych sfer życia. Wkrótce jednym z „blogerów” zostaje ksiądz Wojciech Lemański – wówczas nikomu nieznany, ponad pięćdziesięcioletni proboszcz parafii Narodzenia Pańskiego w podwarszawskiej Jasienicy. Zgodnie z dekretem arcybiskupa Hosera z 5 lipca został on pozbawiony władzy proboszcza i miał się udać do domu księży emerytów. Powód? Brak szacunku i posłuszeństwa biskupowi oraz głoszenie poglądów sprzecznych z nauką biskupów w  Polsce w kwestiach bioetycznych. To właśnie w maju na swoim blogu ksiądz Lemański zamieścił wpis, w którym krytykuje kościelnych hierarchów, w tym przewodniczącego Zespołu Ekspertów KEP do spraw Bioetycznych arcybiskupa Hosera, między innymi za dokument bioetyczny episkopatu przeciwstawiający się in vitro, aborcji, eutanazji, środkom wczesnoporonnym i antykoncepcyjnym jako zagrożeniom dla człowieka. Przez kilka tygodni mieliśmy do czynienia z wojną, jaką toczyli między sobą w mediach dwaj duchowni. W odpowiedzi na dekret arcybiskupa ksiądz Wojciech Lemański opowiedział o sytuacji, w  której Hoser zapytał go czy jest obrzezany i czy należy do narodu żydowskiego. Kuria wszystkiemu zaprzeczyła. Pomimo próśb mieszkańców Jasienicy, a nawet blokady kościoła, podtrzymała swoją decyzję o usunięciu księdza

Lemańskiego z parafii oraz zakazie wypowiadania się w mediach. Proboszcz ostatecznie opuścił swoją parafię, a sprawa przycichła. Koniec sierpnia dostarczył jednak kolejnych szokujących wyznań księży w mediach. Tym razem głos zabrał ojciec Krzysztof Mądel, który wdał się w bójkę w klasztorze z jednym z zakonników. Duchowny tłumaczył się, że jego agresywne zachowanie to efekt traumy z dzieciństwa, kiedy to miał być molestowany seksualnie przez swojego byłego proboszcza. Ponieważ jest on znanym publicystą (notabene również posiada swój blog w serwisie NaTemat.pl), prowincjał jezuitów ojciec Wojciech Ziółko zareagował bardzo szybko, wydając zakonnikowi zakaz odprawiania mszy, spowiadania i publicznej wypowiedzi, a także przenosząc go z Krakowa do Nowego Sącza, gdzie ma przejść terapię. Sprawa znów przycichła, ale to nie był koniec problemów Kościoła katolickiego z polskimi duchownymi. Apogeum sezonu na afery medialne z przedstawicielami Kościoła i upublicznianie ich przestępczej działalności miało dopiero nadejść.

Polscy księża przestępcami na Dominikanie We wrześniu światło dzienne ujrzała sprawa dwóch polskich duchownych – księdza Wojciecha Gila oraz arcybiskupa i nuncjusza apostolskiego - Józefa Wesołowskiego (obaj z zakonu michalitów) podejrzewanych o przestępstwo pedofilii i utrwalania treści pornograficznych. Najpierw Dominikaną (tam właśnie obaj sprawowali swoją posługę kapłańską) wstrząsnęła sprawa księdza

Gila. Następnie tamtejsza telewizja wyemitowała reportaż, w którym oskarżono arcybiskupa Wesołowskiego o seksualne wykorzystywanie nieletnich chłopców. Arcybiskup został odwołany ze stanowiska decyzją papieża Franciszka. Według nieoficjalnych informacji przebywa obecnie w Watykanie, gdzie czeka na decyzję Kongregacji Nauki Wiary dotyczącą jego przyszłości. Sytuacja z księdzem Gilem wydaje się być bardziej skomplikowana. Po zeznaniach jego ofiar dominikańska prokuratura zdecydowała się zlecić przeszukanie plebanii. Znaleziono zdjęcia i filmy pornograficzne o wstrząsających treściach. W sprawie duchownego są prowadzone dwa śledztwa: w Polsce i na Dominikanie. Ksiądz Gil przebywa obecnie w okolicach Krakowa. Nie został zatrzymany, a jedynie pouczony przez policję, że na wniosek Dominikany jest poszukiwany przez Interpol. Nie przyznaje się do winy.

Co dalej? Wydarzenia ostatnich miesięcy zmuszają do postawienia sobie pytań: jaki jest Kościół dzisiaj? Dokąd zmierza? Czy nadal jego celem jest niesienie miłości drugiemu człowiekowi? A może gdzieś po drodze niektórzy się pogubili stawiając na pierwszym miejscu własne interesy, dobra materialne, wygodę? Dlatego tak ważna i cenna jest postawa papieża Franciszka, który doskonale zdaje sobie sprawę z problemów współczesnego Kościoła, a sposób na ich rozwiązanie widzi w praktyce trzech rad ewangelicznych: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości, co od początku swojego pontyfikatu sumiennie realizuje.

13


PLATFORMA

DO_POLSKA //Mateusz Ciołkowski

(NIE)OBYWATELSKA W ostatnich tygodniach partia rządząca musiała skonfrontować się z dwoma obywatelskimi projektami – referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy oraz akcją „Ratuj Maluchy”. W obu przypadkach zachowała się podobnie – apodyktycznie postawiła na swoim. Ale wiele wskazuje na to, że będą to pyrrusowe zwycięstwa.

A zaczęło się tak... Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w roku 2007 było niezwykłe. Abstrahuję tutaj od samego wyniku i zawiązanej koalicji z Polskim Stronnictwem Ludowym. Najistotniejszym osiągnięciem z perspektywy Donalda Tuska było takie zdefiniowanie sporu politycznego, które pozwoliło na długi czas jego partii rozgościć się na pozycji arbitra, rzecznika demosu, gwaranta elementarnych praw obywatelskich. Jarosław Kaczyński (choć po części także kolejni liderzy lewicy) został obsadzony w roli typa o wątpliwym autoramencie, etatysty, by nie powiedzieć – faszysty. Sam Kaczyński bardzo długo nie potrafił sformułować taktyki mającej na celu zrzucenie tejże „gęby” przytwierdzonej mu skutecznie przez oponentów.

Władcy marionetek Pierwszym punktem, zasadniczo zmieniającym perspektywę patrzenia na poszczególnych aktorów sceny politycznej, była emisja filmu dokumentalnego Tomasza Sekielskiego Władcy marionetek. Choć ostrze krytyki redaktora telewizji TVN było kierowane ku wszystkim partiom, największym echem odbiły się dwa fragmenty odnoszące się do Platformy Obywatelskiej. Pierwszy z nich dotyczył słynnej pielęgniarki ze Skarżyska Kamiennej, na którą powołał się Donald Tusk w debacie z Jarosławem Kaczyńskim. Sekielski w tamtejszym szpitalu nie znalazł jednak pani Ewy, która, jego zdaniem, otrzymała wypłatę niewiele przekraczającą pułap 1200 zł. Drugi był jednak znacznie bardziej kontrowersyjny, ponieważ nie dotyczył erystycznego chwytu, zorientowanego na pogrążenie przeciwnika w potyczce, ale powagi w realizowaniu obietnic składanych w czasie kampanii. 750 tysięcy podpisów pod czterema ważkimi postulatami reformy ustrojowej, zebranymi przez Platfor-

14

mę Obywatelską w czasie gdy była w opozycji, zostały „zmielone”; kiedy partia Tuska dzierżyła władzę i nie wróciła do swojego konceptu*. Przez wszystkie media przetoczyła się wówczas dyskusja o słowności polityków. Wymiernym jej owocem zaś było zawiązanie akcji Zmieleni.pl, na czele której stanął Paweł Kukiz.

O stolicę (i nie tylko) Na samym początku wakacji do opinii publicznej trafiła informacja zwiastująca możliwość przewartościowania ówczesnych stosunków na scenie politycznej. Zainicjowana przez burmistrza Ursynowa Piotra Guziała akcja zbierania podpisów pod projektem dotyczącym odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska prezydent Warszawy, dzięki wsparciu różnych środowisk politycznych, powiodła się. Najistotniejsze jednak dla przebiegu referendum były ruchy samej Platformy, która znała stawkę i nie zawahała się skorzystać ze wszystkich dostępnych środków do obrony najważniejszej po Donaldzie Tusku figury. Począwszy od strategii ratusza, która explicite nawiązywała do tyleż słynnego, co pokracznego hasła „Nie róbmy polityki, budujmy mosty”, poprzez obietnice większych inwestycji składane przez ministrów a także premiera, aż po kazuistyczną argumentację prezydenta Komorowskiego, ogłaszającego rezygnację z udziału w głosowaniu.

„Ratuj maluchy” odtrącone Drugim najistotniejszym wydarzeniem tej jesieni w polityce było odrzucenie przez Sejm obywatelskiego wniosku o referendum edukacyjne. Miało ono na celu wycofanie reformy zaproponowanej przez minister Szumilas, która obniżała wiek szkolny. Wszystko wskazuje na to, że od 2014 roku edukację rozpoczną sześciolatki urodzone w pierwszej połowie 2008, zaś od 2015 wszystkie.


DO_POLSKA //Karolina Kreja Sprawa jest dla nas ważna z kilku powodów. Po pierwsze, pod wnioskiem o referendum zorganizowanym przez Stowarzyszenie „Rzecznik Praw Rodziców” podpisało się prawie milion obywateli. Już sama ta liczba wyraża stopień sprzeciwu, jednak warto przytoczyć kilka innych danych. W sondażu przeprowadzonym przez CBOS na kilka dni przed głosowaniem 64% respondentów opowiedziało się przeciw reformie forsowanej przez rząd, a 70% podkreśliło konieczność przeprowadzenia referendum. Po drugie, należy podkreślić, że zasadniczym argumentem krytyków reformy jest brak przygotowania placówek na przyjęcie dużej ilości dzieci. Raport przygotowany przez Najwyższą Izbę Kontroli jest w tej kwestii bezlitosny. Rządowi wytyka źle wykorzystany okres przejściowy – do tej pory nie wiadomo, w jakim stopniu szkoły będą gotowe na całkowite wdrożenie reformy. Brakuje jednolitego standardu dla placówek. NIK wskazuje także na brak zaangażowania ze strony gmin w tym zakresie. I mało pocieszający wydaje się fakt, że wszyscy nauczyciele w skontrolowanych szkołach posiadają odpowiednie kwalifikacje do opieki nad sześciolatkami.

Wnioski Trzeci casus będzie punktem zwrotnym. Pokazuje bowiem, że Platforma Obywatelska za sprawą pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, braku realnych sukcesów, a co za tym idzie, nasilonej krytyki coraz to nowych środowisk i grup społecznych, odeszła od imperatywu działania zgodnego z oczekiwaniami społecznymi. Można by w tym momencie oczywiście przywołać równie kontrowersyjną reformę emerytalną. Jej cel w obliczu narastających problemów w sferze finansów państwa był jednak łatwiej wytłumaczalny, niźli powód, dla którego w obliczu złej organizacji, sześciolatki, wbrew wielkiemu oporowi i oczywistym zaniedbaniom, miałyby przyjąć obowiązek szkolny. Trzy podane przeze mnie przypadki obrazują przemianę, jaką przeszła przez ostatnie trzy lata Platforma – od formacji wykorzystującej sofistyczną retorykę do usprawiedliwienia gnuśności (tudzież cynicznej zagrywki) aż do klasycznego modelu partii władzy. „Najlepszą twierdzą, jaka może być, jest przychylność ludu”, pisał klasyk. Platforma jest dziś zaryglowana w warownym zamku. I nie są nim bynajmniej wyborcy. * Owe 4 postulaty zakładały: zmniejszenie liczby posłów o poło-

wę, likwidację Senatu, zniesienie immunitetu parlamentarnego, wprowadzenie ordynacji większościowej.

CZŁOWIEK Z ŻELAZEM,

CZYLI GENERAŁA WOJNA DOMOWA Trzynastego grudnia minęła trzydziesta druga rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Decydującą rolę w państwie odgrywała w tym okresie Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego – organ pozakonstytucyjny, a zarazem wojskowe ciało doradcze i opiniodawcze. Decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego bez wątpienia była decyzją polityczną, a jej podjęcie do dnia dzisiejszego wzbudza kontrowersje. Czy była słuszna i  czy faktycznie w  grudniu 1981 roku istniała realna groźba interwencji wojsk sowieckich? Przygotowania „Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz i jak szef rządu polskiego. Zwracam się do Was w sprawach wagi najwyższej. Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. […] Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju.” To fragmenty przemówienia generała Jaruzelskiego z dnia 13 grudnia 1981 roku. Operacja ta została przygotowana już na wiele miesięcy przed grudniem. Pierwsze prace w Sztabie Generalnym miały miejsce w październiku 1980 roku, a 3 listopada generał Bogusław Stachura – wiceminister spraw wewnętrznych, wydał rozkaz przygotowania planu internowania niemal 13 tysięcy osób – była to operacja pod kryptonimem „Wrzos”. Systematycznie przygotowywane były kolejne stosowne akty prawne, testowano także wojsko. 27 marca I Sekretarz PZPR – Stanisław Kania i premier Wojciech Jaruzelski podpisali dokument Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego, co było finałem przygotowań*. Wybór na I Sekretarza generała Jaruzelskie-

15


go w październiku 1981 roku oznaczał, że prowadzone już od roku przygotowania do zniszczenia Solidarności i wprowadzenia stanu wojennego weszły w ostatnią fazę. Gdy pewne stało się, że Solidarność nie podporządkuje się władzy, wykorzystując zniechęcenie społeczeństwa, obawiającego się agresji radzieckiej, partia zadecydowała o użyciu siły. Burzliwe piętnaście miesięcy Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego przystąpiono do operacji o kryptonimie „Jodła” – zajęcia siedzib regionalnych władz Solidarności i internowania jej działaczy. Ostatecznie, na podstawie list sporządzonych jeszcze w marcu 1981 roku, internowano ponad 6 tysięcy działaczy związkowych i różnych organizacji politycznych, a ostatecznie łączna liczba osób internowanych podczas trwania stanu wojennego przekroczyła dziesięć tysięcy. Zawieszono działalność większości tytułów prasowych, wydając jedynie „Trybunę Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Na podstawie dekretu o stanie wojennym zawieszono prawa obywatelskie, wprowadzono doraźne sądownictwo, cenzurę korespondencji, godzinę policyjną i kontrolę przepustek. Opór przeciwko stanowi wojennemu był zaskakująco niewielki. Zaledwie 200 zakładów pracy podjęło strajki, a w ponad 40 protesty zostały stłumione siłą. W drugiej połowie grudnia stłumiono strajki w Szczecinie, Gdańsku oraz w Hucie Katowice. Górnicy z kopalni „Piast” przebywali pod ziemią do 28 grudnia. Najbardziej dramatyczny przebieg miała pacyfikacja kopalni „Wujek”, gdzie w wyniku użycia broni 16 grudnia zginęło dziewięciu górników. Jednym ze skutków wprowadzenia stanu wojennego było zejście do podziemia NZSS „Solidarność”. W kwietniu 1982 roku powołano Tymczasową Komisję Koordynacyjną, zadecydowano także o nadawaniu audycji Radia Solidarność i kolportażu prasy podziemnej**. Początkowo TKK w swoich oświadczeniach zapowiadała budowę podstaw społeczeństwa i porozumienia z władzami. Strategię tę utrzymała nawet po masowych manifestacjach od 1 do 3 maja 1982 roku. Dopiero utworzenie przez władze fasadowego Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego skłoniło Solidarność do zorganizowania protestów, których apogeum przypadło na 31 sierpnia – drugą rocznicę podpisania porozu-

16

mień sierpniowych. Od tego czasu społeczne poparcie dla podziemnej Solidarności zaczęło spadać, a kolejne demonstracje nie miały już tak dużej skali jak te z Sierpnia 80. Po uspokojeniu nastrojów społecznych władza zdecydowała o zawieszeniu stanu wojennego, a następnie o ostatecznym jego zniesieniu 22 lipca 1983 roku. Spowodowane było to ostrą reakcją państw zachodnich, objawiającą się głównie sankcjami gospodarczymi i izolacją Polski na arenie międzynarodowej. Pomoc ze strony krajów bloku radzieckiego nie była bowiem w stanie zrekompensować strat, które Polska poniosła na skutek drastycznego ograniczenia kontaktów z Zachodem. Kontrowersje Wprowadzenie stanu wojennego wciąż zbudza kontrowersje. Nie ulega wątpliwości, że w sierpniu 1980 roku Rosjanie liczyli się z koniecznością przeprowadzenia interwencji. Wiązało się to z obawami, że rewolucja solidarnościowa może przekształcić się w prawdziwe zagrożenie dla polskiego systemu komunistycznego, które można było pokonać tylko siłą. Jednak już od sierpnia 1981 roku ZSRR opowiadał się za rozwiązaniem sytuacji w Polsce za pomocą jej własnych sił zbrojnych. Związek Radziecki, w obliczu prowadzonej od grudnia 1979 roku interwencji przeciwko Afganistanowi, nie chciał narażać się na kolejne koszty, zarówno polityczne jak i finansowe. Podczas spotkania z marszałkiem Wiktorem Kulikowem – głównodowodzącym wojsk Układu Warszawskiego, generał Jaruzelski próbował wysondować, czy w przypadku silnego oporu polskiego społeczeństwa wojska sojusznicze udzielą PZPR wsparcia. Komitet Centralny KZPR bojąc się reakcji innych państw odmówił pomocy. Wtedy też generał Jaruzelski zadecydował o samodzielnym rozprawieniu się z opozycją. Proces organizatorów stanu wojennego W kwietniu 2007 roku Instytut Pamięci Narodowej skierował do Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście akt oskarżenia przeciwko dziewięciu osobom – organizatorom stanu wojennego – członkom utworzonej wtedy Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i rządzącej Rady Państwa, która była wykonawczynią dekretu o  stanie wojennym. Do głównych oskarżonych należeli Czesław Kiszczak, Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski. Generał, jako stojący na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, został oskarżony przez IPN


DO_POLSKA //Krzysztof Rojowski o zbrodnię komunistyczną, czyli kierowanie „związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, mającym na celu popełnienie przestępstwa”, a także o podżeganie członków Rady Państwa do przekroczenia swoich uprawnień i uchwalenie dekretów o stanie wojennym, niezgodnie z konstytucją w czasie trwania sesji Sejmu***. Latem 2011 roku sąd zawiesił sprawę przeciwko generałowi ze względu na jego zły stan zdrowia. W styczniu 2012 roku Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że stan wojenny został nielegalnie wprowadzony przez tajną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym pod wodzą generała Jaruzelskiego. Uwzględniając wniosek IPN wymierzył ówczesnemu szefowi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi karę dwóch lat więzienia w zawieszeniu za udział w grupie przestępczej, uniewinniając jednocześnie od tego zarzutu Stanisława Kanię, I sekretarza PZPR do października 1981 roku ****. Dzisiaj, w trzydziestą drugą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, wciąż jest on różnie oceniany – według sondażu przeprowadzonego przez OBOP w grudniu 2012 roku 43 proc. badanych uważa, że wprowadzenie było uzasadnione, a 35 proc. jest odmiennego zdania. Bez wątpienia władza zrealizowała swoje główne założenie, jakim była chęć rozprawienia z Solidarnością. Nie udało się jej jednak opanować kryzysu gospodarczego, który był jedną z przyczyn wprowadzenia stanu wojennego. Mimo, iż w 1983 roku udało się powstrzymać spadek dochodu narodowego, zmniejszenie napływu kredytów z Zachodu, opóźniało przezwyciężanie kryzysu. Stan wojenny nie rozwiązał także żadnego z politycznych problemów władzy, a jego wprowadzenie rozpoczęło dekadę, w której stopniowy rozpad dyktatury komunistycznej zakończył się jej ostatecznym upadkiem i końcem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. * A. Dudek, Z. Zblewski, Utopia nad Wisłą. Historia Peerelu,

Warszawa – Bielsko Biała 2008, s 308. ** M. Kallas, A. Lityński, Historia ustroju i prawa Polski Ludowej, Warszawa 2000, s 185-186. *** Sąd zwrócił IPN akt oskarżenia za stan wojenny, materiał dostępny pod adresem: www.fakty.interia.pl/raport-stan-wojenny/general-jaruzelski/news-sad-zwrocil-ipn-akt-oskarzenia-zastan-wojenny,nId,840162,nPack,2 [dostęp: 2.12.2013]. **** Generał Jaruzelski w szpitalu, materiał dostępny pod adresem:  www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/generaljaruzelski-w-szpitalu,366920.html [dostęp: 2.12.2013].

Korwin-Mikke plus Lincoln, czyli Partia Libertariańska

Polska scena polityczna ulega w ostatnim czasie sporym przemianom. Zmiana Ruchu Palikota na Twój Ruch, wystąpienie Jarosława Gowina z PO, a wcześniej utworzenie Solidarnej Polski – przykładów jest co niemiara. Dzieje się również poza Sejmem, gdzie z nowymi inicjatywami wychodzą młodzi ludzie, mający inne spojrzenie na nasz kraj. Przyjrzyjmy się zatem Partii Libertariańskiej, która niedawno zaczęła się organizować głównie w południowych województwach. Ruch Młodych Polaków mimo krótkiej historii już wzbudza duże kontrowersje. Partia, która na chwilę obecną nie jest zarejestrowana, ma już swoje postulaty i idee. Jakie?

Bezrobocie Libertarianie twierdzą, że ingerencja państwa w sferę gospodarki jest niedopuszczalna. Chcą zmniejszenia kosztów pracy wynikających z podatków i przymusowych składek ZUS-owskich, zlikwidowania bariery płacy minimalnej oraz deregulacji zawodów. Ich zdaniem pozwoli to obniżyć bezrobocie na wszelkich szczeblach wiekowych.

In vitro Partia Libertariańska wstrzymuje się od głosu w tej spornej kwestii, pozostawiając pełną autonomię swoim członkom. Jednak co istotne – pojawia się tutaj mocny sprzeciw wobec dotacji tej metody zapładniania z budżetu państwa.

Konkordat Na stronie Libertarian czytamy, że „specjalna umowa regulująca sprawy interesujące obie strony nie powinna być

17


zawierana (wystarczy jedna ustawa o związkach wyznaniowych gwarantująca wolność wyznania i zapewniająca brak finansowania jakiegokolwiek związku z budżetu państwa)”. Oznacza to, że libertarianie sprzeciwiają się obecności Kościoła katolickiego w polskim życiu politycznym i finansowania takich instytucji jak Polska Akademia Teologiczna czy Katolicki Uniwersytet Lubelski. Przeciwni są również religii w szkołach.

Unia Europejska Wydawać by się mogło, że libertarianie będą w 100% popierać ideę jednoczącej się Europy. Nic bardziej mylnego. Co prawda zgadzają się na swobodny przepływ osób, towarów, usług czy kapitału, ale traktują Unię jako związek suwerennych państw, które nie mają dążyć do utworzenia federacji, czy też państwa europejskiego. Śląski koordynator Partii Dominik Dembiński (student informatyki), mówi: „dla mnie osobiście pierwotna wizja Unii Europejskiej jako związku państw na tle gospodarczym i kulturowym jest zdecydowanie godna poparcia. Niestety obecnie UE przypomina biurokratyczny moloch ograniczający naszą wolność, a nie możliwość na jej zwiększenie”.

Libertarianie a inne partie Pojawia się wiele skojarzeń Partii Libertariańskiej z Kongresem Nowej Prawicy. Ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego w pewnym ujęciu prezentuje podobne ideały, jednak wynikają one z odmiennych w stosunku do libertarian przesłanek. „Z KNP łączy nas wolność gospodarki, ale w sferze obyczajowości dalece się różnimy”, mówi Dominik Dembiński. Podkreśla on również partnerski wizerunek libertarian w stosunku do innych ugrupowań: „bierzemy poważnie wszystkie partie w kraju i z każdą pod względem pewnych idei jesteśmy w stanie wejść w koalicję w celu urzeczywistnienia naszego programu – zwiększenia wolności każdego”.

Libertarianie w Krakowie Czytając oficjalną stronę ruchu, można dowiedzieć się, że partia ma swoje oddziały w całej Polsce. Jednak najprężniej aktywiści działają w dużych miastach (Kraków, Warszawa, Gdańsk, Poznań, Katowice) i mniejszych ośrodkach na południu kraju – Bielsko-Biała, Cieszyn, Nowy Sącz. W naszym mieście przedstawicielem małopolskiego oddziału Partii Libertariańskiej jest Marcin

18

Tora – student filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. 28 września był on przedstawicielem partii na spotkaniu w krakowskim klubie Alchemia, na którym spotkali się reprezentanci różnych ruchów i środowisk, takich jak: libertarianie, Partia Demokracja Bezpośrednia, Inicjatywa Wolne Konopie, Kontestacja, Ruch Republikański czy Stowarzyszenie Koliber. Na spotkaniu omawiane były takie sprawy jak obniżka kosztów pracy, stosunki władzy z obywatelami, relacje międzyludzkie czy regulacje dotyczące leków i używek.

Co z tego wszystkiego wynika? Mamy tu do czynienia z próbą przerzucenia pewnego modelu polityki amerykańskiej na grunt europejski. Rzecz osobliwa, choć nie jedyna. Partie libertariańskie istnieją w państwach zachodnich, a nawet u Czechów (gdzie w ostatnich wyborach zdobyła 2,46 proc. głosów, co jest sporym sukcesem jak na ugrupowanie założone zaledwie cztery lata temu). Trzeba sobie jednak odpowiedzieć, na ile te wszystkie postulaty są do zrealizowania. Wyobraźmy sobie, że nie ma choćby piekielnego ZUSu – brzmi świetnie, ale razem z tym nie ma emerytur (miernych bo miernych, ale jednak), rent czy ubezpieczeń społecznych. Zlikwidujmy też skarbówkę, po co płacić podatki? Tylko wtedy zabraknie też dofinansowań z budżetu państwa, policji czy wojska. Państwo polskie ma pewne słabości i niedoskonałości. Jednak jako Polacy dążymy wciąż do ideału państwa opiekuńczego na wzór skandynawski. Może nam jeszcze sporo brakuje, ale do „wolnej amerykanki” nie mamy wciąż pełnego przekonania – i to jest słabą stroną Partii Libertariańskiej.

Wnioski Partia Libertariańska pokazuje, że w naszym kraju zaczyna się pewna przemiana. Może nie w rozumieniu ściśle politycznym – nie musimy się obawiać, że w wyniku następnych wyborów cały nasz świat stanie do góry nogami. Mówimy tu o przemianie intelektualnej, wynikającej z różnicy pokoleń. Młodzieńcze ideały libertariańskie, tak gorące teraz w głowach członków ruchu, za kilka lat prawdopodobnie w większości odejdą w zapomnienie, skorygowane przez codzienność. Natomiast dobrym znakiem takich ruchów jest fakt, że młodzi Polacy nie są obojętni – chcą działać i dokonywać przemian. W którą stronę one pójdą? Nikt nie jest w stanie tego przewidzieć.


DO_POLSKA //Olga Ulman

ZMARTWIENIE TUSKA

Rok 2013 w polityce Donald Tusk zapowiedział w swoim drugim exposé jako „rok wymagający twórczego myślenia”, w którym dominację ma objąć „pokój i spokój”. Raczej nie spodziewał się, że czekają go liczne zwroty akcji. „Nie zgadzam się na taką politykę” To słowa byłego już członka Platformy Obywatelskiej oraz ministra sprawiedliwości w rządzie Tuska, Jarosława Gowina. Polityk z Krakowa wraz z Jackiem Żalkiem i Johnem Godsonem stanowił konserwatywne skrzydło w PO. Obaj opuścili struktury partii niedługo przed Gowinem, który z kolei ogłosił swoje odejście na początku września, po tym, jak przegrał wybory na szefa partii. Kroplą, która przelała czarę goryczy, był pomysł rządu dotyczący likwidacji drugiego filaru systemu emerytalnego, czyli OFE. „Doszedłem do granicy, za którą lojalność wobec partii stoi w sprzeczności z lojalnością wobec Polaków” – stwierdził Gowin na konferencji prasowej. Dziś wiadomo, że za tą granicą rodzą się nowe inicjatywy. Pierwszą z nich jest „Godzina dla Polski”, akcja mająca na celu namówienie Polaków do aktywnej działalności lokalnej. Drugi krok to stworzenie ruchu i wstępnej deklaracji programowej. Trzecim posunięciem najprawdopodobniej będzie założenie ugrupowania politycznego, które postara się sięgnąć na najwyższe szczeble władzy. Jak dotąd PR-owcy, współpracujący z ministrem-filozofem, dostrzegli duży potencjał w jego nazwisku. „Idź i zwyciężaj” – to hasło na stałe wkomponowane w podpis Jarosława GO-WINa.

Mniejsze i większe porażki Partia rządząca w ostatnich latach wygrała kilka wielkich bitew na szczeblu państwowym, wyróżniając się tym

na tle konkurentów. Jednak jej niedawne, lokalne wpadki wskazują na kryzys w PO. Co gorsza, często sami obywatele domagają się zmian w strukturach terenowych władz. Platforma podjęła rywalizację wraz z innymi największymi ugrupowaniami. W Rybniku, gdzie stawką był mandat po zmarłym senatorze Antonim Motyczce (PO), okazało się, że kandydat Platformy Mirosław Duży zajął trzecie miejsce. Wygrał reprezentujący Prawo i Sprawiedliwość Bolesław Piecha. Drugim z potknięć ekipy władzy była przegrana w Elblągu – tutaj stawka wzrosła. Bój był efektem przeprowadzonego referendum, w którym mieszkańcy odwołali prezydenta Grzegorza Nowaczyka (PO) oraz radę miasta, w której partia władzy dysponowała większością. Wybory na urząd prezydenta wygrał z ramienia PiS Jerzy Wilk. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło też najwięcej miejsc w radzie, chociaż żadne z ugrupowań nie może pochwalić się większością. Najbardziej spektakularną porażką dla PO było zorganizowanie referendum warszawskiego. Inicjatywa, podjęta przez Warszawską Wspólnotę Samorządową, w  szybkim tempie nabrała rozmachu dzięki przekazom medialnym. W sprawę zaangażowało się kilka partii opozycyjnych. Przeciwko prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz zebrano ponad 230 tysięcy podpisów. Mimo to referendum było nieważne za sprawą niskiej frekwencji w  dniu głosowania. Gronkiewicz-Waltz zachowała stanowisko, aczkolwiek bardziej można mówić o ocaleniu głowy pani prezydent, a nie o jej sukcesie.

Poza dyscypliną Obywatele coraz częściej wykorzystują instytucję głosowania ludowego. Niedawno posłowie podjęli decyzję w sprawie referendum dotyczącego obowiązku szkolnego dla sześciolatków i reformy systemu edukacji. Wniosek nie został przyjęty, ale na szczególną uwagę zasługuje fakt, że dwóch posłów koalicyjnego PSL złamało dyscyplinę partyjną. Eugeniusz Kłopotek i Andrzej Dąbrowski głosowali za przeprowadzeniem referendum, a tym samym przeciwko koalicji. Mogło to doprowadzić do przełamania sejmowej większości, lecz kilku opozycyjnych posłów opowiedziało się za odrzuceniem wniosku. Buntownicy zostali ukarani naganą.

Co dalej? Duże kontrowersje wzbudziła afera taśmowa. Zwycięski Protasiewicz, rzekomo za poparcie, oferował pomoc w znalezieniu pracy w spółkach Skarbu Państwa. Nieustannie dokonuje się marginalizacja Schetyny, byłej prawej ręki premiera. Przeprowadzono rekonstrukcję rządu. Na naszych oczach Donald Tusk usiłuje ocieplić wizerunek swojej odświeżonej ekipy. Wicepremierem została Elżbieta Bieńkowska, odszedł nielubiany Jan Vincent. Jednak na konwencji padło zbyt dużo ogółów, a za mało konkretów. Czy koalicja w dzisiejszym składzie dotrwa do końca kadencji? Czy PO jest w stanie wygrać kolejne wybory? Odpowiedzi na te pytania przyniosą następne dwa lata.

19


DO_ŚWIAT

//Aleksandra Gieracka

Współcześni giganci Władimir Putin został okrzyknięty przez magazyn Forbes Najpotężniejszym Człowiekiem Świata. Prezydent Rosji strącił na drugie miejsce dotychczasowego lidera rankingu, Baracka Obamę. Na podium znalazł się też Xi Jinping, przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej. Co dokonali, a czego nie zrobili w ostatnich miesiącach najbardziej wpływowi przywódcy? Kto jeszcze zwrócił na siebie uwagę i czym żył świat w 2013 roku?

amerykańska konstytucja. Władimir Putin od ponad dekady trzyma w garści rosyjską politykę. I nic nie wskazuje na to, żeby stracił decydujący głos. Wręcz przeciwnie, jeśli wystartuje w kolejnych wyborach i wygra, pozostanie na Kremlu aż do 2024 roku. Stany Zjednoczone nadal są uważane za głównego aktora na międzynarodowej scenie politycznej: grają pierwsze skrzypce jeśli chodzi o gospodarkę i dysponują największym potencjałem militarnym. Federacja Rosyjska ma największe terytorium spośród wszystkich państw świata, bogate w surowce naturalne, których brakuje w Ameryce. Stany Zjednoczone są mocarstwem, lecz to Rosja bardzo chciałaby wrócić na piedestał. Rosyjska dyplomacja kalkuluje, gdzie i ile może ugrać. W ostatnich miesiącach głównym problemem i punktem spornym wśród społeczności międzynarodowej była nadal wojna domowa w Syrii. Po ujawnieniu informacji o ataku

źródło: baltische-rundschau.eu

Redaktorzy i współpracownicy amerykańskiego magazynu Forbes po raz piąty wytypowali grupę polityków, biznesmenów i filantropów w rękach których skupiają się losy świata. W rankingu uwzględniono siedemdziesiąt dwie osoby. Dlaczego akurat tyle? Dlatego, że w chwili obecnej na ziemi żyje nieco ponad siedem miliardów ludzi i symbolicznie jeden wybraniec ma przypadać na sto milionów mieszkańców. Dlaczego akurat oni? Ponieważ dysponują największymi fortunami i ich decyzje mają wpływ na największe rzesze ludzi.

Amerykańsko-rosyjskie potyczki o Syrię Na początku stycznia Barack Obama został zaprzysiężony na drugą kadencję. Drugą i ostatnią. Na więcej nie pozwala

20

z użyciem broni chemicznej na przedmieściach Damaszku świat wstrzymał oddech. Według danych, przekazanych później przez Organizację Narodów Zjednoczonych, w wyniku rozpylenia sarinu życie straciło 1400 osób. Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki-moon (32 w rankingu) zaznaczył, że to „najbardziej znaczące potwierdzone użycie broni chemicznej przeciwko cywilom od czasu, kiedy użył jej Saddam Husajn” w Iraku w 1988 roku i „najgorsze użycie broni masowego rażenia w XXI wieku”. Zachód zastanawiał się nad interwencją zbrojną. John Kerry mówił o zbrodniach przeciwko ludzkości. Ostatecznie zarówno Rada Bezpieczeństwa ONZ jak i NATO opowiedziały się przeciwko wkroczeniu wojsk na terytorium Baszszara al-Asada. Tak jak George Bush zdecy-


dował o ataku na Afganistan czy Irak, tak Obama mógł dać zielone światło interwencji syryjskiej. Wolał jednak zrzucić odpowiedzialność na Kongres i to jemu powierzył ostateczną decyzję. Wtedy na scenę wkroczył Putin. Syria miała zgodzić się na oddanie arsenałów z bronią chemiczną pod międzynarodową kontrolę, co zostało zaakceptowane przez władze w Damaszku. Rosyjski przywódca wyrósł do rangi niemal bohatera, któremu udało się zapobiec kolejnemu rozlewowi krwi. Wielu obserwatorów podkreślało, że takie posunięcie uratowało i tak już nadszarpnięty wizerunek Obamy. Według Forbesa Putin został uznany Najpotężniejszym Człowiekiem Świata głównie dzięki syryjskiej rozgrywce, ale nie tylko. Nie da się pominąć „ludzkich odruchów serca”, jakimi się wykazał, przyznając chociażby azyl polityczny Edwardowi Snowdenowi. Zaproponował też obywatelstwo rosyjskie i osobiście wręczył paszport gwieździe francuskiego kina Gérardowi Depardieu, który znalazł w Rosji schronienie przed płaceniem wysokich podatków w swojej ojczyźnie, zaproponowanych przez François Hollande’a (18 w rankingu). Sam Putin też mocno pracuje nad utrzymaniem wizerunku twardziela: silnego, wpływowego i dominującego. Polował już na tygrysa, półnagi jeździł na koniu, łowił ryby, zamykał się w specjalnej kapsule, by oglądać sowieckie wraki kilkanaście metrów pod wodą. Kolejną okazją do manifestu wielkości będą zbliżające się Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi. Jeśli chce zaskoczyć, musi wymyślić coś naprawdę medialnego. Może siły doda mu nowa, młoda żona? Chyba że chce, by kolejna Pokojowa Nagroda Nobla przeszła mu koło nosa (w tym roku trafiła w ręce Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej). Obama swojego Nobla już ma.

Przewrót watykański Na czwartej lokacie w rankingu Forbesa uplasował się papież Franciszek. Jeszcze rok temu mało kto wiedział kim jest Jorge Mario Bergoglio. Nikt również nie przypuszczał, że w tak szybkim tempie argentyński kardynał podbije serca katolików i stanie się ulubieńcem mediów. Nikt też nie spodziewał się rezygnacji Benedykta XVI. 28 lutego 2013 roku, o godzinie 20, osiemdziesięciosześcioletni Joseph Ratzinger przestał być głową Kościoła katolickiego. Na czas konklawe do Watykanu zjechały tłumy reporterów. Telewizje prześcigały się w spekulacjach, kto zostanie kolejnym następcą świętego Piotra. Tradycyjny biały dym, obwieszczający światu wybór nowego przywódcy Kościoła, pojawił się nad dachem Kaplicy Sykstyńskiej dokładnie 13 marca o godzinie 19.06 czasu rzymskiego.

Papież Franciszek zrywa z tradycyjnym wyobrażeniem papieża niedostępnego, schowanego w komnatach Watykanu. Szuka bezpośredniego kontaktu. Odpisuje na listy, osobiście dzwoni, pozuje do prywatnych zdjęć z młodzieżą. Opowiada o dylematach kibica, rozdartego między włoską a argentyńską drużyną piłkarską. Staje się bardziej ludzki.

Siła jest kobietą Za najbardziej wpływową kobietę na świecie Forbes uznał Angelę Merkel, lokując ją na piątej pozycji w rankingu. Po ostatnich wyborach parlamentarnych liderka Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej po raz trzeci objęła stanowisko kanclerza Niemiec. Merkel nie tylko przewodzi Niemcom, ale też ma dużo do powiedzenia w Unii Europejskiej. Tak samo jak prezydent Brazylii Dilma Rousseff w Ameryce Południowej (20 miejsce w rankingu). Brazylia uchodzi dzisiaj za rzecznika interesów państw regionu i jest wymieniana jako jeden z głównych kandydatów na stałego członka Rady Bezpieczeństwa, gdy ta zostanie w końcu zreformowana. Dilma Rousseff zasłynęła ostatnio z odważnej krytyki Stanów Zjednoczonych i samego Baracka Obamy w sprawie afery podsłuchowej, której ofiarami miało być kilkunastu przywódców na całym świecie, w tym między innymi Angela Merkel. Wśród najbardziej wpływowych kobiet w polityce, Forbes wyróżnia również liderkę Indyjskiego Kongresu Narodowego Sonię Gandhi (21 miejsce) oraz Park Guen-hye (52 miejsce w rankingu), która jako pierwsza kobieta w historii objęła urząd prezydenta Korei Południowej.

Nie tylko politycy Oprócz przywódców politycznych, Forbes wytypował pokaźną grupę finansistów pilnujących światowego portfela, na czele z dyrektor zarządzającą Międzynarodowym Funduszem Walutowym Christine Lagarde (35 miejsce w rankingu) i Yim Jong Kimem, prezesem Banku Światowego (50 miejsce). Sporo miejsca poświęcono też prezesom i właścicielom korporacji. Za szóstego najpotężniejszego uznano najbogatszego człowieka na ziemi – Billa Gatesa, którego majątek szacuje się na około 72 miliardów dolarów. Doceniono również prezesa Google – Larry’ego Page’a, prezesa Apple – Timothy’ego Cook’a, prezesa General Electric – Jeffrey’a Immelta oraz założyciela Facebooka – Marka Zuckerberga. Być może Putin ma dzisiaj swoje pięć minut na szczycie. Być może Obama zaliczył słabszy rok. Jednak polityka jest dynamiczna. Potknięcia się wybacza, na pewno jednak się ich nie zapomina. Wystarczy jeden nieprzemyślany krok. Inni tylko na to czekają.

21


DO_ŚWIAT

//Dawid Barański

Alfabet

turecki

część I

W 2014 roku przypada 600 rocznica nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Turcją i Polską i 90 rocznica podpisania traktatu o przyjaźni i współpracy między państwami. Z tej okazji odbędzie się szereg wydarzeń promujących kulturę polską w Anatolii. Warto więc przybliżyć to z czym Turcja kojarzy nam się najbardziej i to z czym kojarzyć się powinna. Oto pierwsza część tureckiego alfabetu.

A jak Atatürk

Ç jak Çay

Portrety tego pana wiszą dosłownie wszędzie: w kasach biletowych, w marketach, u fryzjera, w piekarni oraz we wszystkich państwowych instytucjach. Każde miasto powinno mieć przynajmniej jeden pomnik z jego podobizną i jedną szkołę nazwaną jego imieniem, a jego podpis to popularny wzór na tatuaż. I choć nam takie adorowanie władzy kojarzy się jednoznacznie, w Turcji jest czymś zupełnie normalnym. Tym bardziej, że Mustafa Kemal Atatürk to symbol wyzwolenia Turcji i twórca laickiej, niepodległej republiki.

Czyli po prostu herbata. Parzy się ją w specjalnych dwuczęściowych czajniczkach i pije właściwie cały czas, gdy akurat nie ma nic lepszego do roboty. Jest zawsze podawana w małych szklaneczkach przypominających tulipany, z łyżeczką i dwiema kostkami cukru. Turcy mówią, że dobrze zaparzoną herbatę poznamy po tym, że wygląda jak tavşan kanı, czyli... królicza krew.

B jak Baklava Najsłynniejszy turecki deser wykonany z kilkudziesięciu listków cienkiego, przezroczystego ciasta, przełożonych orzechami z cukrem i miodem, który po upieczeniu polewany jest şerbetem, czyli mieszanką wody z cukrem i cytryną. Dobrze zrobiona baklava powinna wchłonąć cały syrop tak, by nie ociekała wodą i była chrupiąca w smaku.

C jak CHP W kraju, w którym prawicowe poglądy niemal zawsze idą w parze z dziedzictwem religijnym, turecka scena polityczna może wydawać się co najmniej dziwna. CHP, czyli Republikańska Partia Ludowa, to najstarsze ugrupowanie w nowoczesnej Turcji, założone przez samego Atatürka. Jej członkowie reprezentują poglądy, które u nas wydają się stać w ciągłej opozycji: konserwatywny nacjonalizm, socjalizm i przy okazji laicyzm, a nawet daleko idący sekularyzm. CHP to obecnie druga siła w tureckim parlamencie.

22

D jak Diyarbakir Diyarbakir to nieoficjalna stolica tureckich Kurdów, którzy stanowią około 15-20 proc. całego społeczeństwa i zamieszkują w większości południowo-wschodnią część kraju. Choć historycznie bliżej im do Persów niż Turków, od początku istnienia Republiki próbowano nazywać ich górskimi Turkami, nie pozwalano używać własnego języka i kultywować tradycji. Represje wobec ludności kurdyjskiej systematycznie doprowadzały do kolejnych konfliktów i rebelii, by dać upust pod koniec lat 70., kiedy to powstała PKK – Partia Pracujących Kurdystanu – socjalistyczne ugrupowanie walczące o niepodległość. Walki z partyzantką PKK trwały nieprzerwanie od 1984 roku i pochłonęły ponad 43 tysiące ofiar. Dopiero starania o akcesję do UE doprowadziły do załagodzenia konfliktu. Obecnie kurdyjska partia BDP ma nawet 29 mandatów w parlamencie, a bojówki PKK, po długoletnich negocjacjach z rządem w Ankarze, ogłosiły zawieszenie broni i powoli wycofują się do Iraku. Konflikt kurdyjsko-turecki jest jednak wciąż daleki od rozwiązania.

E jak Erdoğan Premier i lider rządzącej już drugą kadencję Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) to prawdziwy człowiek-za-


gadka. Przez znaczną część społeczeństwa jest oskarżany o to, że chce wprowadzić szariat i zamienić Turcję w kraj wyznaniowy. Zarzuca mu się między innymi, że spoufala się z Bractwem Muzułmańskim, doprowadza do podwyższenia cen alkoholu, by spadła jego sprzedaż i próbuje wprowadzać religię do szkół. Wbrew wszystkim zarzutom, Recep Tayyip Erdoğan doprowadził ostatnio do wznowienia negocjacji z Unią Europejską, a podczas ostatniej wizyty w Finlandii odwiedził twórców Angry Birds, wyrażając podziw dla ich pracy i chęć współpracy na rzecz poprawy… tureckiej edukacji.

F jak Fatih Mehmet Znany w Polsce jako Mehmed II Zdobywca. Sułtan słynny w Europie jako ten, który doprowadził do upadku Konstantynopola; w Turcji jako ten, który Konstantynopol zdobył. Czy upadł, czy został zdobyty, ostatecznie i tak zamienił się w Stambuł – nową stolicę Imperium Osmańskiego. Upadło za to bezsprzecznie Cesarstwo Bizantyjskie, a dla Imperium Osmańskiego rozpoczęły się czasy świetności.

G jak Gezi Park Gezi to, za sprawą wydarzeń z przełomu maja i czerwca, najpopularniejszy dziś park w Turcji. W rzeczywistości jest to po prostu duży, otoczony drzewami skwer przyklejony do placu Taksim – tętniącego życiem 24 godziny na dobę serca Stambułu. Miasto chciało wybudować na jego miejscu kolejną galerię handlową, co nie spodobało się większej części mieszkańców. Był więc protest jak setki innych na całym świecie, były pikiety, był obóz i namioty. I pewnie wszystko rozeszłoby się po kościach gdyby nie fakt, że 28 maja ktoś postanowił, iż najlepszym rozwiązaniem będzie przepędzenie protestujących za pomocą gazu łzawiącego i armatek wodnych. Nieoczekiwanie to, co zaczęło się od kilkudziesięciu osób broniących parku, przerodziło się w ogólnonarodowy protest przeciwko AKP i urzędującemu premierowi. Erdoğan nie rozpisał jednak nowych wyborów, a policji udało się w końcu stłumić protesty.

H jak Hidżab Czyli muzułmańska chusta – to żywy symbol tureckiego sporu o miejsce religii w sferze publicznej. Gdy w szkołach i na uniwersytetach obowiązywał zakaz zakrywania głów mówiono, że to sprzeczne z zasadami demokracji. Gdy dziś kobiety mogą swobodnie przyjść na uczelnię w hidżabie, inni uważają to za pierwszy krok w stronę państwa wyznaniowego. Problem pozostaje właściwie bez rozwiązania zarówno

w Turcji jak i w Europie, choć przepisy znad Bosforu są wobec chust dużo bardziej rygorystyczne niż niejednego kraju w Europie. Wciąż nie ma w Anatolii zgody na noszenie symboli religijnych przez pracowników urzędów, szkół i szpitali.

I jak Imam To muzułmański odpowiednik księdza. Z tą różnicą, że turecki islam pozbawiony jest hierarchii, nie istnieje więc kler. Imam nie jest ani namaszczony ani wyświęcony, by głosić wiarę; jest po prostu uczonym w Koranie urzędnikiem, odpowiedzialnym za utrzymanie lokalnego meczetu i prowadzenie modlitw. Pięć razy dziennie powinien on także odśpiewywać ezan – uroczyste zawołanie do modlitwy z minaretu. Powinien, bo dziś w większości miast i wsi robi to za niego komputer zaprogramowany tak, by odtwarzać nagranie z głośników o wyznaczonych godzinach.

J jak Jandarma Armia miała w Turcji szczególną pozycję od początku jej istnienia. Mustafa Kemal był generałem i po jego śmierci to wojskowi poczuli się zobowiązani do bronienia jego spuścizny. Gdy po śmierci Atatürka religia zaczynała odgrywać coraz większą rolę w życiu politycznym, wojsko interweniowało, zawieszało na chwilę prawa demokracji, delegalizowało partie, robiło porządek i wycofywało się, gdy uznało, że wszystko jest w porządku. Do puczów dochodziło aż cztery razy. Obecnie wojsko jest ciągle ważnym elementem przestrzeni publicznej, a w wielu mniejszych miasteczkach (zamiast policji) porządku pilnuje żandarmeria.

K jak Kebab Legendarny turecki kebab to przede wszystkim obowiązkowy punkt do odhaczenia podczas pierwszej wycieczki nad Bosfor. I właściwie pewny zawód i konsternacja. Uliczni sprzedawcy oferują bowiem mnóstwo lokalnych specjałów o przeróżnych nazwach, często podawanych w bułce lub owiniętych w ciasto, jednak w większości nie mają one nic wspólnego z właściwym kebabem, który w rzeczywistości jest daniem podawanym na talerzu i przyrządzanym na wiele sposobów.

L jak Lechistan Jak głosi słynna legenda – w czasach zaborów, których Imperium Osmańskie nigdy nie uznało, podczas audiencji ambasadorów na dworze sułtana zawsze zaznaczano, że „poseł z Lechistanu jeszcze nie przybył”. Dziś Polska po turecku to po prostu Polonya, ale nasz język Turcy ciągle nazywają Lehçe.

23


DO_ŚWIAT

//Aleksandra Gieracka

Saakaszwili - zbawca czy oprawca? Przez jednych szanowany, przez drugich opluwany. Dla zwolenników – gwarant prozachodniej orientacji i symbol demokratyzacji. Dla oponentów – karierowicz z autorytarnymi zapędami. Po dziesięciu latach kierowania Gruzją, Micheil Saakaszwili opuszcza pałac prezydencki. Różany bohater Micheil Saakaszwili wypłynął na szerokie wody w 2003 roku, kiedy na fali protestów po sfałszowanych wyborach parlamentarnych obalony został ówczesny prezydent Eduard Szewardnadze. Stojący na czele opozycyjnego Zjednoczonego Ruchu Narodowego Saakaszwili stał się twarzą bezkrwawego przewrotu. Bezapelacyjne zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2004 roku, potwierdziło sukces rewolucji róż. Na Saakaszwilego oddano aż 96 proc. głosów, przy frekwencji wynoszącej prawie 86 proc. Liczby mówią same za siebie. Od tamtego czasu przez dekadę nieprzerwanie rządził Gruzją. Aż do teraz. Prezydent, nazywany przez Gruzinów Miszą, ukończył studia z zakresu stosunków międzynarodowych na kijowskim uniwersytecie. Potem zamienił Ukrainę na Nowy Jork. Prawnikiem został dzięki nauce na prestiżowym Uniwersytecie Columbia. Praktykę adwokacką zdobywał w jednej ze znanych nowojorskich kancelarii. Do polityki wszedł dzięki zachętom ze strony dawnego przyjaciela, Zuraba Żwanii. Pierwsze kroki stawiał w Związku Obywatelskim, będącym zapleczem Szewardnadzego. Szybko piął się po szczeblach partyjnej drabiny: najpierw został przewodniczącym klubu poselskiego, by następnie, w 2000 roku, zasiąść w fotelu ministra sprawiedliwości. Jednak już po roku Saakaszwili porzucił rządową karierę i zaczął działać na własny rachunek. Powstał centroprawicowy Zjednoczony Ruch Narodowy – partia, która po rewolucji róż, stała się główną siłą polityczną w państwie.

Przed 37-letnim wówczas Saakaszwilim, najmłodszym europejskim prezydentem, postawiono wielkie wyzwanie. Na Zachodzie, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, o Gruzji mówiło się niewiele. Dla obytego w świecie Micheila, priorytetem stało się wyprowadzenie kraju na europejskie tory. Ekipa młodych, spragnionych sukcesu polityków, nawiązała kontakty z Unią Europejską i NATO, do których chciała dołączyć w niedalekiej przyszłości. Głośno zrobiło się o przyjaźni Saakaszwilego z prezydentem Georgem W. Bushem i udziale gruzińskich żołnierzy w misjach w Afganistanie i Iraku. W ostatnich latach wśród Europejczyków nastała swoista moda na Gruzję. Turyści, znudzeni zatłoczonymi greckimi czy włoskimi kurortami, coraz częściej zaczęli wybierać kaukaską republikę, przyciągającą niższymi cenami, dobrym winem i nieskażoną przyrodą.

Wielkie porządki Saakaszwilego można lubić lub nie. Można wypominać mu nagłe przejście z obozu Szewardnadzego na przeciwle-

W stronę Zachodu W momencie zmiany na szczycie, Gruzja była klasycznym przykładem biednego, postkomunistycznego państwa, które nie zdążyło się jeszcze uporać z widmem przeszłości. Echa minionej epoki dawały o sobie znać w wielu dziedzinach. Kraj był pogrążony w ruinie gospodarczej. Szerzyła się korupcja. Pogarszający się poziom życia potęgował i tak już ponure nastroje społeczne. Do tego dochodziły trudne relacje z Rosją.

24

źródło: bbc.com


głą stronę barykady. Można zarzucać mu naiwność w stosunkach z Amerykanami. Jednak w kwestiach gospodarczych trudno jest się do czegoś przyczepić. Przyjęta koncepcja reorientacji gospodarki przyniosła oczekiwane skutki. Liberalizacja, prywatyzacja, zmniejszenie liczby podatków – dały zielone światło dla biznesu. Po rewolucji róż odnotowano wzrost gospodarczy na poziomie 8 proc. PKB. W 2008 roku wskaźniki zaczęły się obniżać (6,3 proc. w 2010 roku), jednak już w 2011 roku powróciły do poziomu 7 proc. Należy pamiętać, że z kryzysu gospodarczego przez długi czas nie były w stanie podźwignąć się największe światowe potęgi. W rankingu Doing Business 2013, opracowywanego przez Bank Światowy na podstawie kryterium łatwości i prowadzenia biznesu, Gruzja zajmuje 9 miejsce na 185 uwzględnionych państw (Polska uplasowała się na 55  lokacie). Z kolei według Wskaźnika Wolności Gospodarczej, ustalanego przez amerykański dziennik The Wall Street Journal i Heritage Fundation, Gruzja została ulokowana na 21 miejscu (Polska na 57). W ocenie brane są pod uwagę takie parametry jak interwencje rządu w gospodarkę, regulacje prawne, przypływ kapitału i inwestycje zagraniczne czy aktywność czarnego rynku. Warto podkreślić, że reformy gospodarcze nie okazały się jedynie chwilowym działaniem, wynikającym ze złożonych obietnic wyborczych. Świadczy o tym przyjęcie w 2009 roku Aktu Wolności Gospodarczej, zbioru ustaw konstytucyjnych, gwarantujących trwałość i nieodwracalność przyjętych założeń modelu ekonomicznego. Z równie wielkim zapałem Saakaszwili rozprawił się z  biurokracją. Wietrzenie zaczęło się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Policjantom z drogówki postawiono ultimatum: albo w ciągu tygodnia przestaną wymuszać łapówki, albo wylatują z pracy. Wydział drogowy został zlikwidowany, a kilkaset osób skazano. Ministerstwo stało się symbolem zmiany. Nawet nowo wybudowaną siedzibę wykonano głównie ze szkła, co ma przypominać o przejrzystości działań publicznych. Kilkadziesiąt tysięcy urzędników straciło etat. Zlikwidowano wiele instytucji. Pensje tych, którzy zostali, wzrosły niemal piętnastokrotnie. Korupcji miała też zapobiegać rotacyjność stanowisk.

Druga twarz Z jednej strony za czasów Saakaszwilego Gruzja rozkwitła. Z drugiej strony, od kilku lat prasa rozpisuje się o aresztowaniach, dramatycznej sytuacji więźniów, zabójstwach w niewyjaśnionych okolicznościach. Przez duże miasta przelewały się fale demonstrantów żądających odejścia dotychczasowego

prezydenta. Wciąż nie zapomniano o konflikcie zbrojnym z Rosją w 2008 roku, na skutek którego autonomiczne terytoria Abchazji i Osetii Południowej oderwały się od Gruzji. Wiele osób zarzucało Saakaszwilemu posługiwanie się metodami podobnymi do narzędzi swoich poprzedników. Mowa tu o prześladowaniach opozycyjnych działaczy, pacyfikacji antyrządowych demonstracji, cenzurze, zamykaniu niewygodnych mediów. Społeczeństwu gruzińskiemu nie podobało się też wystawne życie prezydenta – Miszę posądzano o wydawanie publicznych pieniędzy na własne przyjemności. Prasa donosiła o ekskluzywnych wakacjach w Dubaju, nocnych wypadach do kasyna, zakupie portretu nagiej amerykańskiej aktorki. Prokuratura gruzińska prowadziła nawet śledztwo w sprawie finansowania z publicznych środków zabiegu wstrzyknięcia botoksu w twarz prezydenta.

Moskwa czy Bruksela? Przez prawie dziesięć lat ostatnie słowo w polityce gruzińskiej należało do Saakaszwilego. Jednak w 2012 roku Zjednoczony Ruch Narodowy niespodziewanie przegrał wybory parlamentarne. Nowym premierem został milioner Bidzina Iwaniszwili, przywódca koalicji Gruzińskie Marzenie i zacięty wróg prezydenta. Zwalczające się ośrodki egzekutywy przez kilka miesięcy toczyły walkę o wpływy. Ostatecznie po roku kohabitacji cała władza wróciła do jednego obozu. Do pałacu prezydenckiego wprowadził się Giorgi Margwelaszwili, na którego w październikowych wyborach oddano ponad 62 proc. głosów. Spełniło się marzenie Iwaniszwilego. Saakaszwili został odsunięty od głównego nurtu gruzińskiej polityki. Zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami premier złożył urząd. Nowym szefem rządu został 31-letni Irakli Garibaszwili. W tym miejscu pojawia się pytanie, jaką drogę wybiorą nowi przywódcy. Obserwatorzy obawiają się porzucenia prozachodniego kursu na rzecz powrotu do dawnej posłuszności wobec Rosji. Parafowanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską na ostatnim szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie daje nadzieję. Jednak nie ma pewności, czy Gruzja będzie w stanie oprzeć się presji ze strony Moskwy. W sprawie przyszłości kaukaskiej republiki kluczem może okazać się też Saakaszwili. Czy środowisko Gruzińskiego Marzenia pozwoli byłemu prezydentowi realizować marzenia o własnej winnicy? Czy jednak odważy się na wsadzenie go do więzienia, a wtedy szanse na szybkie zacieśnienie współpracy z Europą zostaną przekreślone. A jeśli nie Zachód, to Rosja. Co wygra? Osobiste porachunki czy dobro państwa?

25


DO_EKONOMIA

//Karol Sobiecki

Gospodarcza diagnoza i recepta Podczas gdy media zajmują się coroczną awanturą nacjonalistów w Warszawie, kolejnymi nowinkami ze śledztwa smoleńskiego czy perypetiami mamy Madzi, spójrzmy na sprawę dużo istotniejszą, bo wpływającą na każdego z nas – czyli na stan polskiej gospodarki. 22 października Główny Urząd Statystyczny podał Przyczyna dane na temat wielkości zatrudnienia. Stopa bezroboI raczej trudno się spodziewać, żeby było inaczej. Polski cia w końcu września bieżącego roku wynosiła 13 proc. przedsiębiorca musi na swojej drodze do rozwoju pokonać Rok wcześniej 12,4 proc., a projekt budżetu przewiduje w nierównej walce z biurokracją mnóstwo niedogodności: dalszy wzrost do 13,8 proc. w 2014 roku. Natomiast inna począwszy od wysokich podatków (zarówno pośrednich państwowa instytucja – Instytut Ekonomiczny Narodo- jak i bezpośrednich oraz rozmaitych para-podatków), powego Banku Polskiego 12 listopada opublikował raport przez nadmiar rodzimych i unijnych zbędnych przepisów, o inflacji, w którym proutrudniających prowagnozuje, że w przyszłym dzenie jakiejkolwiek dziaroku wzrost gospodarczy łalności, rygorystyczne, W przeciwieństwie do zapewnień amerykańskiez  obecnych 1,3 proc. skosztywne prawo pracy, go sekretarza stanu Johna Kerry’ego o „polskim czy do 2,9 proc. W rapora  na ZUS-ie kończąc. Nie cudzie gospodarczym”, nadmiernego optymizmu cie wskazano, że powodem są to zresztą jedyne nierządu oraz przewidywań Narodowego Banku polepszenia koniunktury dogodności, jakie może Polskiego zakładających większy wzrost gospobędzie „wzrost konsumpnapotkać osoba chcąca darczy w najbliższych latach widać, że polska cji prywatnej i  inwestycji w Polsce prowadzić dziagospodarka kuleje. przedsiębiorstw oraz odłalność gospodarczą. budowa stanu zapasów”. Autorzy raportu podają Podatki również napływ funduszy unijnych jako jeden z czynEksperci z Centrum im. Adama Smitha wyliczyli, że wyników mających pozytywnie wpłynąć na gospodarkę. datki publiczne stanowią około 47 proc. PKB Polski. OznaJednocześnie NBP przewiduje, że inflacja w  tym czasie cza to, że prawie połowę swoich dochodów musimy oddawzrośnie z obecnego poziomu wynoszącego 1,0 proc. do wać państwu. Podatki to przede wszystkim: VAT płacony od 1,7 proc. w 2014 roku. ceny prawie każdego produktu i usługi, podatki dochodo-

Diagnoza Trudno się zgodzić ze zbyt optymistycznymi prognozami NBP. Nie ma powodów by sądzić, że polska gospodarka przyspieszy. Chyba że przyjmiemy zasadę, że dotarliśmy na dno i teraz można się od niego już tylko odbić. Tegoroczny wzrost gospodarczy jest najniższy od 2001 roku; kończy się mit zielonej wyspy. Szczęśliwie, głównie dzięki niesamowitym umiejętnościom omijania przeszkód (stawianych przez aparat biurokratyczny) naszych rodzimych małych i średnich przedsiębiorców (tzw. „misiów”), udało nam się nie wpaść w recesję gospodarczą. Jednakże nie uniknęliśmy stagnacji, bowiem 1,3 proc. wzrostu to właściwie nie jest wzrost. Stoimy w miejscu.

26

we, odprowadzane od wynagrodzenia pracowników (PIT) i dochodów firm (CIT), akcyza, którą obłożone są niektóre produkty (m.in. alkohol, papierosy, benzyna, węgiel) oraz inne, mniejsze, lecz uciążliwe, takie jak: podatek od darowizn, spadkowy, od odsetek kapitałowych (tzw. „podatek Belki”), od kupna-sprzedaży, od nieruchomości – można tak wymieniać w nieskończoność. Poza powyższymi są jeszcze rozmaite „para-podatki”, czyli wpływy budżetowe, które nie są wpływami wprost podatkowymi, lecz również polegają na zabraniu pieniędzy obywatelom przez państwo. Do „para-podatków” należą przede wszystkim składki na ubezpieczenie społeczne (ZUS, KRUS) oraz inflacja. Im wyższe opłaty tym mniej pieniędzy na inwestycje, mniejsze oszczędności i zarobki, wyższe ceny towarów


i usług. Do tego, że podatki należy obniżyć prawie nikogo nie trzeba przekonywać z wyjątkiem… polityków. Platforma Obywatelska w 2007 roku szła do wyborów, mając w programie między innymi zlikwidowanie drugiego progu podatkowego (wprowadzenie tzw. „podatku liniowego) i obniżenie stawki PIT z 18 do 15 proc. Swojej obietnicy nie zrealizowali. Podnieśli za to VAT z 22 do 23 proc. tłumacząc, że to z powodu… kryzysu. Widocznie Donald Tusk i jego ekipa uznali, że najlepiej jest gasić pożar benzyną. Ponadto zlikwidowali tzw. „lokaty anty-belkowe” (dzięki którym można było ominąć podatek Belki) oraz podnieśli składkę rentową dla przedsiębiorców. Zapędy ministerstwa finansów nie stygną, a tymczasem opozycja zamiast debatować nad tym jak obniżyć podatki zastanawia się, kogo jeszcze nimi obłożyć. Pomysłów jest dużo. PiS proponuje opodatkować banki, Twój Ruch księży oraz marihuanę (po jej zalegalizowaniu), z kolei SLD i Solidarna Polska chcą przywrócenia trzeciego progu podatkowego. Niemal wszystkie partie nawołują do obłożenia składkami ZUS umów cywilnoprawnych. Nawet jeśli jedocześnie padają propozycje obniżki niektórych podatków, to obniżka miałaby być zrównoważona podniesieniem lub nałożeniem innych. Zapomina się przy tym, że nałożenie podatku na jedną grupę społeczną odbija się na całym społeczeństwie. Jest oczywiste, że jeśli opodatkujemy np. banki, to stracą na tym wszyscy klienci tychże (czyli całe społeczeństwo), ponieważ banki podniosą ceny swoich usług. Obniżka jednych należności kosztem podwyżki innych, to nie jest dobre rozwiązanie. Żeby móc obniżyć podatki mamy trzy wyjścia: albo zwiększymy inflację, albo zwiększymy dług publiczny, albo obniżymy wydatki budżetowe. Pierwsze rozwiązanie to zwiększenie „para-podatku”, więc wychodzi de facto na jedno. Drugie to ślepa uliczka, którą nie należy podążać, patrząc na negatywny przykład Grecji. Jedyne słuszne rozwiązanie to budzące opór beneficjentów budżetu zmniejszenie wydatków państwa.

Przepisy Drugim istotnym czynnikiem, wpływającym negatywnie na gospodarkę, są przepisy. Polskie prawo jest przesiąknięte nadmierną liczbą zbędnych, wręcz szkodliwych regulacji.

Działalność gospodarcza jest blokowana przez: konieczność zdobycia licencji i koncesji, kontrole przeróżnych urzędów („skarbówki”, sanepidu, Państwowej Inspekcji Pracy i innych), przymus przestrzegania wszelkiego rodzaju narzuconych „standardów”, nakazów i zakazów, i złożoność przepisów (na przykład podatkowych czy budowlanych). Liczba regulacji zwiększyła się jeszcze bardziej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Większa ilość przepisów wpływa na gospodarkę jeszcze bardziej destruktywnie niż wysokość podatków. Przykładem kraju dobrze prosperującego, pomimo drastycznie wysokich podatków, jest Szwecja. W rankingu wolności gospodarczej Szwecja zajmuje osiemnaste miejsce. Polska w tym samym rankingu plasuje się na miejscu pięćdziesiątym siódmym.

Prawo pracy Zbiorem regulacji wyjątkowo niekorzystnych dla firm i hamujących gospodarkę są przepisy prawa pracy. Wymogi, jakie muszą spełniać pracownicy i zatrudniający ich przedsiębiorcy powodują, że podpisanie umowy o pracę wiąże się z olbrzymimi kosztami i ryzykiem. Kodeks pracy jest sztywny i niedostosowany do potrzeb rynku. Rygorystyczne przepisy BHP, licencje zawodowe, zakaz pracy w  święta – to tylko niektóre spośród licznych przepisów, blokujących działalność gospodarczą. Nic dziwnego, że bezrobocie wciąż rośnie, a wysokość wynagrodzeń pozostawia wiele do życzenia. Może warto brać przykład z Danii, która słynie z wysokich płac i dobrych warunków pracy, choć… kodeksu pracy nie ma.

Recepta Nie są to jedyne niedogodności, z jakimi zmagać się musi polski przedsiębiorca. Rynek pracy, z którego korzysta, przesycony jest kiepsko wykwalifikowanymi pracownikami, których „produkuje” polski system oświatowy. Działalność gospodarcza utrudniana jest często przez przewlekłe procesy sądowe. Przykładów problemów, przed jakimi stoi gospodarka jest mnóstwo. Warto się zastanowić nad gruntownymi zmianami. Radykalna obniżka podatków, zmniejszenie wydatków państwa, prywatyzacja na szeroką skalę, deregulacja – tego wymaga Polska, by móc zmierzać w kierunku dobrobytu. Niestety brak jest woli politycznej, aby coś zmienić. Polską rządzą partykularne interesy wąskiej grupy kosztem reszty społeczeństwa.

27


DO_KULTURA //Tomasz Kolowca

AMERYKA, AMERYKA... „Modern life is a journey by car.”

Jim Morrison Do Nowego Jorku najciekawiej byłoby dopłynąć statkiem, mijając figurę kobiety koloru śniedzi i wyspę Ellis, gdzie trafiali najpierw wszyscy imigranci uciekający ze starej, starganej wojnami, smutnej Europy do wielkiego kraju, gdzie każdy może być każdym. Zobaczyć Nowy Jork – „miasto zbudowane z marzeń za pieniądze, które nie cuchną”. Przyjechać i zniknąć na parę dni w Nowym Jorku. Wszystkie dzielnice etniczne, pięć neighbourhoods, panoramy z mostów Queensboro i Brooklyńskiego. Popołudnie na Coney Island, przejażdżka metrem bez celu, długo i jakkolwiek. Odwiedzić Hotel Chelsea, a później dalej – Broadwayem do Times Square i na Czterdziestą Drugą, gdzie pewnie wciąż pląta się zaćpany duch Herberta Huncke’a. A potem do Greenwich Village, gdzie też bywali bitnicy i folkowcy, odwiedzić te wszystkie knajpy: San Remo, White Horse, gdzie umarł przepity geniusz Dylan Thomas, wreszcie McSorley’s Old Ale House, najstarszy bar Nowego Jorku. Potem dalej, odwiedzić jeszcze wiele innych miejsc o dziwnie brzmiących, jakby trochę znajomych nazwach, a może w ogóle nieznanych, TriBeCa, Central Park, Empire State Building, Harlem, Waldorf Astoria, Greenpoint, LaGuardia… Dość już, trzeba ruszać na zachód, zgodnie z hasłem Go west, young boy! Kentucky, które niezmiennie kojarzy nam się tylko z kurczakami, a potem Tennessee - jeden z tych stanów o obcej i po-

28

Jest jedna podróż, którą warto odbyć w życiu. A wszystko zaczyna się w Nowym Jorku - mieście doskonałym, mieście obiecanym

ciągającej nazwie, brama do Dixielandu. Nashville, stolica country oraz Memphis, ojczyzna rockabilly i miasto, gdzie zaczynało wielu rockandrollowców z Elvisem, Johnnym Cashem i Ikem Turnerem na czele. Memphis to też miejsce śmierci Martina Luthera Kinga. Ale jedziemy dalej, Bob Dylan i jego Hurricane towarzyszy nam w podróży po Dixielandzie. Mijamy też wiele miast o tych niezrozumiałych nazwach, brzmiących tak egzotycznie i zaskakująco – Chattanooga, Tuscaloosa, Pensacola, Tallahassee i wiele innych. Mijamy kolejne miasta, miasteczka, wzięte z obrazów Edwarda Hoppera; „melancholia barów, smutek zagubionych autostrad”, jak pisał Ginsberg. Przed nami serce Południa – Alabama, Mississipi, Arkansas i Luizjana. Przez Tupelo docieramy do Delty – ojczyzny prostego bluesa, już są z nami muzycy o niesamowitych pseudonimach. Tu, niedaleko Clarksdale, Robert Johnson sprzedał swoją duszę diabłu za talent muzyczny. Mississipi płynie powoli, wyobrażamy sobie parowce rodem z Twaina. Trzeba przekroczyć rzekę i  przejechać Arkansas – stan, w którym ziemia jest najczarniejsza, a ludzie najbielsi w całej Ameryce. Stąd już tylko krok do Luizjany. Przypominamy sobie o wojnie, w której jankeska, prostacka, mieszczańsko-robotnicza Północ zniszczyła francuskie, wykwintne, ziemiańsko-arystokratyczne Południe – w imię zasad, pod którymi każdy z nas w ciemno by się

podpisał. I już zaczyna się ta właściwa delta i Nowy Orlean majaczy na wschodzie. Wstępujemy do Downtown, do Dzielnicy Francuskiej, wspominamy Dzielnicę Czerwonych Latarni i domy z szyldami koloru zachodzącego słońca, w których na wpół pijani i zmęczeni czarnoskórzy muzycy grają pierwsze jazzowe improwizacje. Jest świt, ostatni dzień karnawału, to dzisiaj słynne Mardi Gras. Wznosimy toast za D.H. Lawrence’a buteleczką Jima Beama – i ruszamy w stronę Dzikiego Zachodu. Wschodni Teksas, Stan Samotnej Gwiazdy, konserwatywny raj. Zmierzamy wzdłuż wybrzeża, mijając Houston i Galveston, do San Antonio, oddać cześć obrońcom Alamo. Zanucić Balladę o Davym Crockecie, a potem już tylko przy dźwiękach Pasażera Iggy’ego Popa jedziemy dalej, do Dallas, do miejsca, w którym skończyła się epoka naiwnego dobrobytu i spokoju Ameryki. Powojenny dobrobyt od zdemaskowania senatora McCarthy’ego do zabójstwa Kennedy’ego to czas przekonania o własnej potędze, pewności i dominacji klasy średniej. Nie przypadkiem po latach Simon i Garfunkel będą śpiewać o słynnym bejsboliście tamtych lat „Where have you gone, Joe DiMaggio, nation turns its lonely eyes to you”… Ale wtedy zrodziła się równie fascynująca kontestacja tego stylu – to byli bitnicy, to był Playboy, wreszcie rodząca się muzyka rockandrollowa. I to oni przetrwali w obliczu zabójstwa prezydenta Kennedy’ego


DO_KULTURA //Justyna Skalska dokonanego przez Amerykanina na terytorium Stanów Zjednoczonych 22 listopada 1963 roku w Dallas. Dalej na zachód jest tylko Nowy Meksyk i Arizona, kierujemy się w stronę Tombstone i Yumy – dwóch najbardziej westernowych miast Zachodu. Tombstone – miejsce najsłynniejszej strzelaniny Dzikiego Zachodu, pomiędzy braćmi Earp i ich przyjacielem Dokiem Hollidayem a bandą Ike’a Clantona. Jedziemy dalej w stronę Kalifornii, do Miasta Aniołów. Wita nas napis na Hollywood Hills, oglądamy aleje gwiazd, Bulwar Zachodzącego Słońca, Bulwar Santa Monica i znacznie gorsze dzielnice, najgorsze bebechy miasta (ripped backsides, jak śpiewał Iggy Pop), przypominają się filmy noir z Bogartem, kryminały Chandlera i  obrazy Vettriano. A potem jedziemy nadmorską Pacific Coast Highway, mijając po drodze marne motele o papierowych ścianach, ale takie, w których chciałoby się przeżyć koniec świata: położyć się na łóżku ze śliczną dziewczyną, z LSD pod językiem i czekając na to, co się stanie, słuchać The End. Dojeżdżamy wprost do San Francisco pada pytanie: „Co dalej?” Przed nami już tylko jakiś stan Oregon, później odległy Waszyngton i koniec Stanów. Pozostaje chyba wracać bezdrożami Idaho, mroźną Montaną (najlepsze miejsce na tramping) na wschód. A może nie? Chociaż co innego robić. Ameryki nigdy za dużo – zawsze za mało, tyle ominęliśmy; całą prerię, całą Północ, ech… Cóż więcej – trzeba jechać, jechać i chłonąć Amerykę. Dalej jechać starym, zdezelowanym chevroletem po bezdrożach jakiegoś Idaho, zawsze na zachód. W  stronę amerykańskiego słońca, z nogami zarzuconymi na deskę rozdzielczą, podczas gdy z tylnego siedzenia jakiś Frankie Boy gra na rozstrojonej gitarze durny, pijacki refren „la la la la lalalala…”

Nic pięknego nie rośnie w ciemności* W powieści Joanny Bator wszystko spowija ciemność: życie głównej bohaterki, jej rodzinne miasto, wreszcie – cały kraj. W ciemności czają się upiory: przeszłości, dzieciństwa, a  także te narodowo-ojczyźniane. „Nic pięknego nie rośnie w ciemności”, pisarka zdaje się powtarzać Schillerem i konsekwentnie to ukazuje. O nagrodzonej statuetką Nike powieści „Ciemno, prawie noc”. Na tegorocznej gali Nagrody Literackiej Nike główną triumfatorką niewątpliwie była Joanna Bator, ze swoją najnowszą powieścią Ciemno, prawie noc, która została uznana przez kapitułę za najlepszą książkę roku. Czy słusznie?

Piekło lat dziecinnych Motyw powrotu do „kraju lat dziecinnych” literatura od zawsze przedstawiała w dwojaki sposób. Z jednej strony jako spełnienie wszystkich marzeń, nadziei i tęsknot za dzieciństwem „sielskim i anielskim”; rajem utraconym, którego wspomnienie będzie zawsze obecne w pamięci. Z drugiej, jako rozdrapywanie dawno zaschłych ran, bolesną próbę rozliczenia się z tym wszystkim, od czego przed laty się uciekło. Na kartach powieści Joanny Bator Ciemno, prawie noc niewątpliwie mamy do czynienia z tym drugim źródło: instytutksiazki.pl rodzajem motywu. Powrót Alicji Tabor do rodzinnego Wałbrzycha, daleki jest od idyllicznego obrazka rodem z Pana Tadeusza. Najłatwiej zobrazować go słowami „nie chcem, ale muszem” – chociaż nasza wykształcona, wyczulona na każde zniekształcone słowo bohaterka sama by tego nie powiedziała. Ale jej myśli biegną podobnym torem, gdy wraca pociągiem do swojego prywatnego piekła – bo rajem nazwać go nie można. Do piekła lat dziecinnych.

Alicja po drugiej stronie lustra Alicja Tabor, dziennikarka znanej ogólnopolskiej gazety, nazywana przez kolegów z redakcji Alicją Pancernikiem, jedzie do Wałbrzycha, by napisać repor-

29


taż o ginących w mieście dzieciach. A konkretnie o trójce dzieci – Andżelice, Patryku i Kalince. Nieoczekiwanie zwyczajna, służbowa podróż staje się dla niej okazją do konfrontacji ze swoimi własnymi traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa – śmiercią matki a później pięknej siostry, samotnym dorastaniem bez wsparcia ojca, którego całkowicie pochłonęło poszukiwanie wałbrzyskiego skarbu u podnóża Zamku Książ. Alicja, zbierając informacje na temat zaginionej trójki, przepytując, czy raczej wysłuchując opowieści ludzi i krok po kroku robiąc dochodzenie, niejako przy okazji stara się rozwikłać tajemnice własnego życia. W końcu Alicja odkrywa to, co znajduje się po drugiej stronie lustra. Świat ten, w powieści Bator, nie ma nic wspólnego z magiczną, barwną krainą fantazji Lewisa Carrolla. Tutaj, po drugiej stronie, panuje wszechogarniająca ciemność – jest „ciemno, prawie noc”. I właśnie w tej ciemności czają się demony przeszłości samej bohaterki. Te same, które zawładnęły miastem i jego mieszkańcami.

Ciemno wszędzie Zło lubi mrok. Po drugiej stronie lustra Alicja Tabor, błądząc po omacku, napotyka wszelkie obrzydliwości i okropności tego świata. „Nic pięknego nie rośnie w ciemności”, Joanna Bator zdaje się za Schillerem i konsekwentnie pokazuje ciemną stronę rodzinnego miasta Alicji (i swojego jednocześnie), które staje się areną gwałtów, morderstw, bestialstwa, kazirodztwa, molestowania i pedofilii. I nie chodzi w tym wszystkim o epatowanie okrucieństwem czy brutalnością, choć czytelnik może odnieść wrażenie, że stutysięczne miasto na południowym zachodzie Polski zostało dotknięte wszelkimi możliwymi nieszczęściami. Wyolbrzymienie to ma jeden cel: ukazanie dość banalnej i powszechnie znanej prawdy, że zło ma różne oblicza. Pod powierzchnią Wałbrzycha i jego okolic znajdują się nie tylko liczne biedaszyby, ale i nieprzeniknione pokłady zła, które mają swe źródło w tragicznej przeszłości: koszmar i groza II wojny światowej niczym macki ośmiornicy dosięgają bohaterów powieści, nieustannie rzutują na ich losy. Ale napisać, że Ciemno, prawie noc to powieść o traumach bohaterki i o złu w najczystszej postaci z którym przyjdzie jej się zmierzyć, to nic nie napisać. Przede wszystkim należy zacząć od tego, że zło w powieści Bator ma całkiem konkretny charakter. Bowiem wałbrzyskie piekło to polskie piekło.

30

Bluzg po polsku Alicja Tabor musi stawić czoła nie tylko swojej przeszłości i zagadce zaginionych dzieci, ale i przedziwnym wydarzeniom, które mają miejsce w Wałbrzychu: oto po śmierci Jana Kołka, proroka, któremu w biedaszybie objawiła się Matka Boska Bolesna, pojawia się jego samozwańczy następca Jerzy Łabędź, który staje się głównym orędownikiem postawienia figury Maryi na miejscu objawienia. Wzmaga się religijna paranoja – Łabędź zyskuje swoich wyznawców, którzy spotykają się na wałbrzyskim rynku, walcząc o postawienie figury. Kolejne zaginięcia dzieci jedynie podsycają ogarniające mieszkańców miasta szaleństwo. I w tym miejscu należy się hołd Bator – w sposób prześmiewczy, groteskowy, ale jakże celny – odmalowała obraz polskiego społeczeństwa, dając jednocześnie wyraz swojemu wyostrzonemu zmysłowi obserwacji i słuchu. Trzeba bowiem mieć niezwykle czułe ucho, by móc uchwycić te wszystkie niuanse językowe, zniekształcenia i twory słowne charakterystyczne dla mowy nienawiści, która ostatnimi czasy na dobre zagościła w polskiej sferze publicznej, z Internetem włącznie. Agresywność wirtualnych „bluzgów”, które zostały przytoczone na kartach powieści, jest porównywalna ze stopniem przemocy, która ma miejsce w świecie realnym.

Summa summarum Mimo wszystkich walorów, powieści Joanny Bator można porównać do misternego haftu, w którym ściegi, gdzieś w połowie wykonania, zaczynają się mieszać, a oczka plątać i w efekcie końcowym widzimy nie zachwycające rękodzieło, a kompletny chaos kompozycyjny. Bynajmniej nie z powodu tego, że autorce zabrakło koncepcji – wręcz przeciwnie – to nadmiar pomysłów do tego chaosu doprowadził. Ze stratą dla książki. Kolejna wałbrzyska opowieść nagrodzonej pisarki od samego początku wciąga i pochłania doszczętnie, z drugiej jednak strony przytłacza mnogość poruszanych wątków. Obszerność Ciemno, prawie noc – ni to powieści gotyckiej, ni to kryminału – sprawia, że gdzieś gubi się jej przesłanie i rodzi się obawa, że może… wcale go nie ma. Stąd pytanie czy to, co powieść Bator ma do zaoferowania, czyli aktualność tematu i wyraźne, choć nieco tendencyjne ukazanie światopoglądu samej autorki wystarczy, by móc uznać ją za najlepszą książkę roku? Więcej o nagrodzie literackiej NIKE 2013 w dziale DO_Perspektywy i Opinie (strona: 33). * Friedrich Schiller


DO_KULTURA //Lidia Prokopowicz

Poezja o herbacie, poezja o Smoleńsku Dla niektórych poezja to codzienność. Nie dla nich reklamy na przystankach i telewizyjne spoty. Im wystarczy czysta kartka papieru i zwykły długopis, by stworzyć niezwykłe utwory o zwyczajnym świecie. Z młodymi poetkami – Dominiką Jiers i Martą Różańską – rozmawia Lidia Prokopowicz. (Fragmenty) Lidia Prokopowicz: Co sprawiło, że zdecydowałyście się zmierzyć z gigantem naszego świata – poezją?

Czy nasze codzienne życie jest odpowiednim tematem dla poezji? Czy pomysły na wiersz „leżą na ulicy”?

Marta Różańska: Myślę, że przede wszystkim wrodzona ciekawość. Z jednej strony zainteresowana jestem słowami i wszystkim tym, co można z nimi robić. Istnieją przecież gry słowne, kalambury. Właściwie nawet umieszczenie dwóch słów obok siebie może sprawić, że jedno z nich zyska jakieś nowe znaczenie. A z drugiej strony sytuuje się pewna chęć wypróbowania samej siebie, sprawdzenia na co mnie stać (śmiech). Dominika Jiers: U mnie to był taki impuls, coś czego się zupełnie nie spodziewałam, narodziło się bez żadnego uprzedzenia i myślę, że mogę to nazwać darem. Darem, który jest także osobistym utrapieniem. Dlaczego utrapieniem? Bo często się zdarza, że nie mogę kompletnie niczego napisać i wtedy się zastanawiam: czy jest ze mną coś nie tak? Czy coś się we mnie zepsuło? I czy to co się zepsuło zostanie kiedyś naprawione? Wcześniej zajmowałam się eseistyką, jeśli tak to mogę nazwać. Pisałam dużo tekstów związanych z filozofią. To właśnie dzięki filozofii nauczyłam się naprawdę myśleć, a z tego myślenia wzięło się moje pisanie wierszy. Jakoś przekonałam się do krótszych form wypowiedzi, przez co dzisiaj mam znowu problem z pisaniem dłuższych (śmiech). MR: Ja mam taką teorię. Myślę, że prawie wszyscy artyści mają takie momenty, kiedy nie potrafią niczego napisać i wydaje im się, że to już koniec świata. Ale ja myślę, że to temat powinien wybrać ciebie, wybrać artystę. I ten moment nadejdzie nie wiadomo kiedy.

MR: Wydaje mi się, że moje pomysły przede wszystkim czerpię z życia codziennego. Kiedyś napisałam wiersz o cytrynie pływającej w herbacie. To jest jak najbardziej pospolita rzecz. Tak samo utwór, którego tytuł wiąże się z napisami znajdującymi się na ścianach publicznych ubikacji. To są proste rzeczy, wydaje się, że mają szansę lepiej trafić do czytelnika. Z drugiej strony, pisząc o codziennych sprawach, zawsze staram się czymś zaskoczyć, wyciągnąć jakiś niespodziewany wniosek. Chcę pokazać, że nie wszystko musi być proste, pospolite. DJ: Za moimi utworami również stoi z reguły jakaś refleksja nad życiem codziennym. Lubię obserwować ludzi i z nimi rozmawiać. Lubię ich słuchać i zastanawiać się nad tym co w danej chwili czują. Dziwne rzeczy robię z poezją, bo jestem z wyznania katoliczką, a zdarza mi się napisać wiersz z perspektywy ateisty. To jest próba radykalnej zmiany perspektywy. MR: Według mnie poezja zawsze łączyć się będzie z konfrontacją. Piszesz z innej perspektywy, na przykład ateisty, bo chcesz poznać odmienny punkt widzenia. Poezja musi zawierać pytania, opozycje, być wyrazem wewnętrznej rozterki.

Temat ma wybrać artystę?! Nie artysta temat? MR: Tak! Nie da się usiąść i powiedzieć, że teraz się coś napisze, to musi po prostu przyjść. DJ: Ja myślę, że to też działa w drugą stronę, jak jesteś wrażliwa na daną tematykę to się na nią otwierasz i zaczynasz pisać, a jeśli w żaden sposób to do ciebie nie przemówi nigdy nie sięgniesz po pióro.

Musi zawierać pytania... także te dotyczące polityki? MR: Jeśli już ktoś podejmuje takie tematy – związane z polityką – to jego poezja nie może być zwykła, klasycznie pojmowana. Tego rodzaju utwory muszą się łączyć z jakimś spektaklem, happeningiem. Z jakimś wystąpieniem. Z żywiołową recytacją – najlepiej z pamięci – podniesionym głosem. Taka poezja musi działać. Przekaz musi być wzmocniony obrazem albo dźwiękiem. Jak to zostanie po prostu wydrukowane, to co z tego, że będzie poruszało bieżące sprawy? Szybko zostanie pominięte. DJ: Ja dopuszczam połączenie poeta-polityk, ale siebie w takiej roli zupełnie nie widzę. Wielokrotnie próbowałam pisać wiersze polityczne, a potem kiedy na nie pa-

31


trzyłam uznawałam, że są niedoskonałe, bo zbyt „wiernie” odzwierciedliły sytuację polskiej polityki. Były tak niedoskonałe jak to, co dzieje się na polskiej scenie politycznej. Myślę, że ja się do tego nie nadaję, bo jestem zbyt szczera. Ostrze mojej krytyki jest za ostre (śmiech). Jednak staram się zachować dystans do takich spraw, nie chciałabym zostać zlinczowana za moje poglądy polityczne. Trzeba to zostawić bardziej odważnym poetom, takim jak na przykład Jarosław Rymkiewicz.

Rymkiewicz i jego wiersz Krew dotyczący Smoleńska. Jak to skomentujecie? DJ: Forma tego wiersza po pierwsze nie powala. Nie jest to jakaś wybitna sztuka. „Krew-krew-krew”… MR: Przedstawienie takiego problemu, jak mówiłam, nie może być banalne. Poezja ma zwracać uwagę na dany problem, zmusić ludzi do myślenia. A nie określać od razu, że coś jest czarne, a coś jest białe. DJ: Trzeba zauważyć, że katastrofa smoleńska doprowadziła do podziału społeczeństwa. Wywołała dosłownie burzę, deszcz poezji. Już napisano o niej wiele. Jarosław Marek Rymkiewicz – Do Jarosława Kaczyńskiego, Krew, Wisława Szymborska – Identyfikacja, Leszek Elektorowicz – Smoleńskie pole, Wojciech Wencel – In hora Mortis. Autorów było oczywiście więcej, tego typu wierszy powstała cała masa. Czy Smoleńsk jest dobrym tematem dla poezji? Nie wiem czy mamy prawo pisać o tym co jest niewyjaśnione i rozdziera serca tych, którzy ponieśli stratę. Może warto odejść lub zdystansować się do tematu, uszanować pamięć osób, którym życia nie zwrócimy, chociaż bardzo byśmy chcieli. Nie mamy prawa rozdrapywać ran, które czas uprzejmie zabliźnia. To są jednak tematy, które bolą. I może warto napisać jeden wiersz, ale ich jest cała masa! Gdybym była żoną któregoś z mężczyzn, którzy zginęli w tej katastrofie i czytała taki wiersz, wróciłyby do mnie wszystkie bolesne uczucia. Nie wiem czy pisanie o Smoleńsku jest do końca w porządku. MR: Zawsze można emocje związane z tym wydarzeniem ująć inaczej... mniej dosłownie. „Krew na białych rękawiczkach Tuska”? DJ: Rymkiewicz w tym wierszu przedstawia premiera w sposób pejoratywny. Tusk jest pokazany jako ten zły. Ale my nie możemy go oceniać. Jeszcze nic nie wiemy. MR: Różnie może być. A co z autorem, jeśli nagle zmienią się jego poglądy?

32

Będziemy go rozliczać. DJ: I tak może być. Kiedy cała sytuacja się wyjaśni, być może Rymkiewicz wtedy będzie musiał napisać wiersz, w którym przeprosi Donalda Tuska (śmiech).

Wiersz Krew zdobył popularność w Internecie. Wy również umieszczacie swoje utwory w sieci. Czy waszym zdaniem jest to odpowiednie miejsce dla poezji? DJ: Ja zamieszczałam swoją poezję w Internecie, zamieszczam i pewnie zawsze będę ją tam zamieszczać. Uważam, że żyjemy w dwóch światach. Pierwszy rzeczywisty, a drugi to cyberprzestrzeń. Chodzi mi o to, by docierać poezją tam, gdzie czuję jakiś jej deficyt. Póki nie mam warunków do tego, aby wydać tom poetycki, publikuję w Internecie. Uważam, że poezję powinno się wciskać gdzie się da (śmiech), by oswoić ludzi z tą formą wyrażania myśli. MR: Internet to bardzo dobre medium. Bardzo pojemne. Jest jednak targowiskiem, nie agorą. Ludzie nie zwracają uwagi na to co mówią, jeden rzuca jakieś hasła przez drugiego. Dla mnie Internet jest przystankiem na drodze do publikowania w formie tradycyjnej. Z drugiej strony choć wydanie własnego tomu poezji było ważnym wydarzeniem, to moje uczucia już po fakcie były ambiwalentne. Nagle te wszystkie wiersze oddzielają się od człowieka.

Oddzielają się... A gdy umieścimy je w przestrzeni miejskiej? W miejscu na przykład zrujnowanym i obskurnym? DJ: Z tym w ogóle nie mam problemu. Chciałabym, żeby ktoś kiedyś wyświetlił mój wiersz na jakimś obdartym murze, bo to do mnie pasuje. Taką rzeczywistość odzwierciedlają moje wiersze.

A niezwykle elegancki wiersz wyświetlony na bruku? I ludzie po nim chodzą. DJ: To by mogło jakieś skrajne emocje wywołać... MR: „Ideał sięgnął bruku”. DJ: Ktoś ma o sobie niezwykle wysokie mniemanie i nagle jego wiersz pojawia się w pisuarze (śmiech). Mi by to nie przeszkadzało. Ale nie można też kreować czegoś specjalnie pod kątem potencjalnego czytelnika. Wtedy musiałoby to zostać podciągnięte pod kulturę masową. A ja nie chcę tworzyć czegoś co będzie super popularne, rozchwytywane. Nie chcę być twarzą rajstop (śmiech).


DO_PiO //Justyna Skalska

Przybladły blask Nike Prawda to znana nie od dziś, że literatura od zawsze była uwikłana w politykę. W dziejach ludzkości nie było, nie ma i nie będzie takiego okresu, w którym moc słowa pisanego nie kusiłaby wyznawców jakiejś ideologii. Trudno nie pomyśleć o tym, gdy na rozdaniu najważniejszej i opiniotwórczej nagrody literackiej w kraju, jeden z jej fundatorów daje temu wyraz publicznie i bez żenady, w dodatku pod pozorem... odcięcia literatury od politycznego życia. Kontrowersje Ostatnio wręczono kilka prestiżowych nagród literackich i poetyckich (Nagroda Kościelskich, Nagroda im. Wisławy Szymborskiej), ale ja z uporem maniaka powrócę do tej, która budzi zawsze największe kontrowersje i której gala miała miejsce jeszcze na początku października – czyli nagrody literackiej Nike. Już dawno żadne rozstrzygnięcie konkursu literackiego nie wzbudziło we mnie tylu emocji. Zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Nike jest kontrowersyjna z tych samych względów, co literacka i pokojowa nagroda Nobla – już od kilku lat, niemal w każdym roku, nominacje wywołują dyskusje i polemiki, a jej przyznanie falę krytyki. Co bardziej złośliwi stwierdzą zapewne, że to intryga spiritus movens całego przedsięwzięcia, czyli Adama Michnika, który nie potrafi nie skorzystać z okazji, by wyróżnione książki wtłoczyć w światopogląd jego lewicowej gazety. Można znaleźć pewne usprawiedliwienie dla tej krytyki. I nie będzie to powszechne tłumaczenie, że Polska to kraj zoilów i malkontentów.

Nike z Samotraki Każdy, kto od paru lat uważnie śledzi kolejne nominacje i rozstrzygnięcia konkursu, szybko dojdzie do wniosku, że te już kilka razy z rzędu kłóciły się z samą ideą nagrody Nike, która pierwotnie miała przecież być przyznawana za najlepszą polską powieść roku. Powieścią nie był ani zbiór esejów Marka Bieńczyka Książka Twarzy (Nike 2012), ani poemat prozą Mariana Pilota Pióropusz z 2011 (tak, tak! Przeczytajcie, a przekonacie się. I nie dajcie sobie wmówić, że to powieść z „nurtu chłopskiego”!), ani tym bardziej dramat Tadeusza Słobodzianka Nasza klasa. Pomijam już fakt, że w ubiegłym roku nominowane zostały aż trzy biografie – tak jakby polska literatura nie miała do zaoferowania nic więcej poza życiorysami (oraz lawinowo wydawanymi

ostatnio listami i dziennikami wielkich twórców). Ale nie jest to najważniejszy powód gradu krytyki, który spada na fundatorów nagrody już od wielu edycji. Otwarcie mówi się o tym, że przyznawanie Nike jest wyraźnie zideologizowane i dlatego nie ma już ona takiej siły oddziaływania, jaką miała na samym początku (gdy nagrodę otrzymywali tacy wybitni twórcy jak Miłosz, Myśliwski czy Barańczak). Teraz bardziej przypomina bezgłową i bezręką Nike z Samotraki, która lata świetności ma już dawno za sobą, choć jej legenda pozostaje ciągle żywa. Dlatego z wielką nadzieją i jednocześnie obawą przyjęłam werdykt jury konkursu o przyznaniu nagrody powieści Joanny Bator Ciemno, prawie noc. Niestety, pewna maleńka, acz znacząca wypowiedź tę naiwną nadzieję zgasiła. Tak więc została jedynie obawa, że „nie masz już, nie masz w Polsce” niezideologizowanych nagród literackich.

Literatura uwikłana w politykę Prawda to znana nie od dziś, że literatura od zawsze była uwikłana w politykę. W dziejach ludzkości nie było, nie ma i nie będzie takiego okresu, w którym moc słowa pisanego nie kusiłaby wyznawców jakiejś ideologii. Trudno nie pomyśleć o tym, gdy na rozdaniu najważniejszej i opiniotwórczej nagrody literackiej w kraju, jeden z jej fundatorów daje wyraz temu publicznie i bez żenady, w dodatku pod pozorem... odcięcia literatury od politycznego życia. Chodzi o fragment wypowiedzi Adama Michnika, który na rozdaniu Nike mówił między innymi: „Widzę w nich [nominowanych książkach – dop. aut.] taki znak sprzeciwu w stosunku do tego, co wdziera się do naszego życia publicznego. W stosunku do agresji, głupoty, niegodziwości. Są dwie Polski – literatury i religii smoleńskiej. Jako zwolennik literatury, dziękuję bardzo!” Tym jednym zdaniem naczelny „Gazety Wyborczej” upolitycznił całą galę. Chcąc najwyraźniej dogryźć swoim

33


oponentom z prawego skrzydła, a mówiąc wprost: PiS-owi, pan Michnik sam dał popis czarno-białego postrzegania świata na miarę Jarosława Kaczyńskiego. Niestety na tym wszystkim dużo straciła sama nagrodzona książka, której wyróżnienie od tej pory będzie kojarzone tak, jak wyróżnienia lat poprzednich; że nagroda literacka Nike zależy nie od ewidentnych walorów artystycznych, a od tego, czy dzieło danego laureata bądź laureatki wpisuje się w aktualny polityczny trend lub stoi w opozycji do tego trendu.

Nike, Anno Domini 2013 Z Ciemno, prawie noc miałam okazję zetknąć się dwa razy: najpierw w postaci słuchowiska radiowego, a za drugim razem czytając wydaną już książkę. I każdy kto lubi powracać do tej samej powieści, doskonale wie, że czytając ją od nowa, za każdym razem odkrywa się zupełnie inne, często zaskakujące motywy i wątki. Podobnie było w przypadku moim i powieści Bator, której twórczość nomen omen jest mi dobrze znana – dość wymienić Japoński wachlarz czy znakomitą wałbrzyską serię Piaskowa góra i Chmurdalia. Gdyby więc przyznanie nagrody Nike zależało ode mnie, powędrowałaby ona do Joanny Bator już dwa lata temu. Trzecia jej powieść, której akcja toczy się również w Wałbrzychu – Ciemno, prawie noc – na tle swych poprzedniczek prezentuje się słabiej. Dlatego można podejrzewać, że tegoroczna główna nagroda dla pisarki została przyznana nie tyle za jej najnowszą powieść, co za „całokształt” twórczości. Analogiczna sytuacja miała zresztą miejsce osiem lat temu, gdy

34

źródło: onet.pl

Andrzej Stasiuk otrzymał Nike za Jadąc do Babadag niejako w rekompensacie za Duklę i Tekturowy samolot, które były nominowane, lecz przepadły w poprzednich edycjach.

Po pierwsze światopogląd, po drugie artyzm Oczywiście kwestia upolitycznienia nagród literackich nie dotyczy tylko samej Nike. Podobnie jest w przypadku choćby Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza, która z założenia jest przyznawana w środowisku prawicowym. I razi to tym bardziej, że regulaminy obu konkursów zakładają, że „uczestniczyć [w nich – dop. aut.] mogą książki reprezentujące wszystkie gatunki literackie oraz humanistyka o wybitnych wartościach literackich” (Nagroda Nike), a sama nagroda literacka przyznawana jest za „książki odznaczające się wybitnymi walorami literackimi oraz tematyką ważną kulturowo, społecznie lub politycznie” (Nagroda im. Józefa Mackiewicza). Jestem daleka od krytykowania werdyktu jury – wręcz przeciwnie – uznanie za najlepszą książkę roku powieści Joanny Bator bardzo mnie ucieszyło. Jednak nie chcę i nie mogę zgodzić się na to, by decydowanie o nagrodach literackich wiązało się ze światopoglądem tych, którzy te nagrody przyznają. Bowiem tam gdzie decyduje ideologia, walory artystyczne w ocenie spadają na drugi plan. A szkoda, bo przecież nagroda literacka powinna być wyznacznikiem dla czytelnika, który poszukuje po prostu dobrej, a nie poprawnej politycznie, czy wpisującej się w czyjekolwiek poglądy literatury.


DO_PiO //Lidia Prokopowicz

Czy „ministra”

I dlaczego nie powinna?

brzmi śmiesznie?

Po rekonstrukcji gabinetu Donalda Tuska oczy większości Polaków zwróciły się w stronę wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej. Również temat form żeńskich rzeczowników powrócił jak bumerang. Minął czas kawałów poświęconych ministrze sportu Joannie Musze, nadeszła chwila, w której teatrzyk Zgniły Balonik przedstawia Apoteozę premiery Bieńkowskiej. Dyskusja poświęcona żeńskim odpowiednikom form minister i premier trwa od lat. I nadal większość propozycji wzbudza co najmniej śmiech.

obco i nienaturalnie. W wypowiedziach dziennikarzy zapraszających do studia ministrę i premierę słychać ironię. Kobiety piastujące wysokie stanowiska w państwie również nie są jednomyślne. Niektóre z nich wręcz sobie tego nie życzą, argumentując, że zwracanie się do nich w ten sposób obdziera ich stanowisko z godności. Wiele z nich zbyt dużo pracy włożyło w zdobycie wiedzy i specjalizacji, by pozwolić sobie na prześmiewcze określenie. Z drugiej strony środowiska prokobiece walczą, by płeć piękna w mowie i piśmie mogła być sobą, a kobiecość odpowiednio w języku wybrzmiała.

Pomysły, które dzielą

Manipulowanie rzeczywistością

Ministra, premiera, prezydentka, kibicka i żołnierka – to tylko kilka przykładów żeńskich form rzeczowników, które wzbudzają ostatnio kontrowersje. Dodajmy jeszcze psycholożkę, filolożkę, telewidzkę i ochroniarkę, by zobaczyć, że problem jest i... bawi. Nie ma co ukrywać, żarty językowe i słowne potworki śmieszą wielu. Rozbawienie to nie udziela się jednak osobom walczącym o równouprawnienie płci. W środowiskach feministycznych nieustannie rodzą się nowe pomysły udoskonalania języka polskiego oraz wzbogacania go o kolejne formy i warianty. Nie zawsze poprawne. O żeńskim odpowiedniku słowa minister w 2012 roku dyskutowały Wanda Nowicka i Katarzyna Kłosińska. Druga z pań całkowicie odrzuciła wariant ministra, argumentując, że naturalna dla języka polskiego jest forma kończąca się na -ka i jednocześnie przedstawiła opinii publicznej ministerkę. Nazwa ta miała wpisać się w system językowy jako całkowicie symetryczna do męskiego odpowiednika i w pełni oddająca fakt, iż kobieta może piastować to samo stanowisko co mężczyzna. Ministerka się jednak nie przyjęła. Ministra częściej pieści nasze uszy, ale tylko w określonych przypadkach.

Nie od dziś wiadomo, że słowa mogą zmieniać i kreować rzeczywistość. Świat widzimy takim, jakim możemy go opisać. Kto zwrócił uwagę na prowokacyjny tytuł niniejszego artykułu, zapewne już spostrzegł, że również on celowo sugeruje odpowiedzi. Krótki komunikat: Słowo ministra śmieszy, a nie powinno! Czy aby na pewno? Tego chciałyby feministki, jednak dla mnie ministra jest tworem nienaturalnym i komicznym. Śmiem nawet twierdzić, że przyczynia się znacząco do dyskryminacji kobiet zajmujących stanowisko ministra. Ten językowy potworek nieszybko straci swoje ironiczne brzmienie. Nim to się jednak stanie, nieraz będzie powodem seksistowskich żartów. Każdy wyraz niesie ze sobą bagaż emocji, męskie formy nazw takich jak: minister, premier, prezydent brzmią dumniej, poważniej i nie są tak niezręczne jak ich żeńskie odpowiedniki. Czy sugerują, że jedynie mężczyzna może piastować to stanowisko? Nie. Zmiany na szczęście zachodzą i kobiety obejmują kolejne ważne w państwie funkcje.

Ironią w widza Żeńskie odpowiedniki takich nazw jak minister i premier, robią furorę w kabaretach. Nic dziwnego. Brak dystansu i komiczne sytuacje, wywiązujące się na polskiej scenie politycznej, są idealnym tematem wszelkiego rodzaju skeczy. Polacy nie są oswojeni z żeńskimi formami, w ich uszach brzmią

Będzie jeszcze śmieszniej? Do głowy przychodzą same szalone pomysły. Uznanie pewnych form za jedynie poprawne, wbrew zwyczajom językowym, spowodowałoby nie lada rozgardiasz. Ultrafeminizacja w tak zwanej wersji twardej zakłada na przykład całkowite odejście od form męskich i zastąpienie ich żeńskimi. I tak zawsze i wszędzie niezależnie od płci: psychologa zamieńmy na psycholożkę, nauczyciela na nauczycielkę, premiera na premierkę etc. A kominiarza? Na kominiarkę...

35


DO_UJOT

//Rafał Czech

Przez MOST do innego miasta Mało znany program MOST pozwala na wymianę studentów między dwudziestoma publicznymi uniwersytetami w Polsce. System, wzorowany na europejskim programie Socrates, skierowany jest głównie do osób, które zamierzają poszerzać naukowe horyzonty poza granicami uczelni macierzystej. Pełna nazwa uczelnianej wymiany brzmi: Program Mobilności Studentów i Doktorantów. W wersji skróconej można doszukiwać się symbolicznego znaczenia, w której tytułowy MOST łączy uniwersytety z różnych miast. Inicjatywa programu narodziła się na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie znajduje się również Komisja Akredytacyjna zarządzająca procesem rekrutacji. Od 1999 roku z programu skorzystało sześć tysięcy osób.

Kiedy aplikować? Nabór odbywa się w dwóch terminach: kwietniowo-majowym, który przeznaczony jest na cały następny rok oraz listopadowym, jeśli wyjazd planowany jest na semestr letni. Możliwy jest wybór wyłącznie jednej rekrutacji, jednak nie ma ograniczeń co do liczby uczelni. We wniosku można wpisać kilka preferowanych, co zwiększa szansę dostania się. A nie do końca jest to takie łatwe. Miejsca zgłaszane przez uczelnię ograniczają się do paru na danym kierunku. O uczestnictwie decyduje wtedy średnia ocen z poprzedniego roku bądź semestru. Po cichu można liczyć na dostanie się z listy rezerwowej.

Formalne warunki uczestnictwa Możliwość wyjazdu mają studenci na wszystkich kierunkach, zarówno studiów jednolitych, dwustopniowych jak i doktoranckich, które odbywają się w ramach podpisanego przez uczelnię porozumienia. Aby wziąć udział, student musi zaliczyć semestr bądź rok poprzedzający okres studiów na programie MOST. Po pomyślnej rekrutacji warunkiem koniecznym jest podpisanie porozumienia o programie zajęć. W teorii panuje relatywna dowolność, jeżeli chodzi o wybór przedmiotów.

36

Jedyny wymóg stanowi ich łączna punktacja, która musi wynieść przynajmniej 30 ECTS w semestrze. Kamil – student administracji, który przeniósł się z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika na Uniwersytet Gdański – twierdzi, że możliwość realizacji przedmiotów na innych wydziałach, czyli tak zwany indywidualny program studiów, to duży pozytyw. Student administracji może uczęszczać na zajęcia z filologii polskiej czy marketingu. W praktyce jednak oznaczać może spore zawirowania. Agata – studentka ukrainoznawstwa, która przeniosła się z Uniwersytetu Wrocławskiego na Jagielloński – mówi, że trudno o otrzymanie niezbędnych informacji. Organizacja przyszłych zajęć w dużej mierze zależy nie od przydzielonego koordynatora, a od pań w dziekanacie i ich stopnia znajomości systemu.

Alma Mater programu MOST Należy pamiętać, że system mobilności studentów nie stanowi całkowitego przeniesienia na inny uniwersytet. To uczelnia macierzysta nadal stanowi gwarant praw i obowiązków studenta, między innymi wypłacając stypendia. Nie można też obronić pracy dyplomowej czy realizować obowiązkowych zajęć wymienionych w programie studiów na uczelni przyjmującej. Tylko naukowa Alma Mater rozpatruje zaliczone przedmioty liczące się do średniej w toku studiów i ostatecznie zalicza semestr bądź rok. Ośrodek przyjmujący ogranicza się do zadbania o miejsce w domu studenckim dla uczestnika programu.

Cenne doświadczenia Nazywany przez niektórych „Erasmusem po polsku” program MOST różni się tym, że nie oferuje żadnych stypendiów – koszty wyjazdu pokrywa student. Stanowi to największy problem. „Kto nie ma kasy, ten nie jedzie” – potwierdza Kamil. Studenci, pozbawieni dofinansowań naukowych czy socjalnych, mogą mieć trudności. Przydałaby się minimalna pomoc, zwłaszcza gdy bierze się pod uwagę potencjalne możliwości. Wyjazd pozwala na poznanie innego środowiska naukowego, umożliwia zdobycie większej samodzielności i udowodnienie własnej mobilności, często poszukiwanej przez przyszłych pracodawców. Z doświadczeń Kamila i Agaty wynika też, że można cieszyć się pełnoprawnym uczestnictwem w życiu wydziału i skorzystać z możliwości pozostania na nowej uczelni, aby na nowo wytyczać ścieżki kariery.


KWESTIONARIUSZ dr hab. Agnieszka Kastory AUTOR: Kamil Popiela 1. Temat zainteresowań naukowych

Europa, historia Europy po drugiej wojnie światowej.

2. Inne miejsca pracy.

Obecnie tylko Uniwersytet Jagielloński.

3. Najważniejsza publikacja

Żegluga dunajska w polityce międzynarodowej w XX wieku, Kraków 2011.

4. Ukończone studia.

1989 studia magisterskie na kierunku Historia, Instytut Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego; 2001 studia doktoranckie w zakresie nauk o polityce w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego (dopiero w 2001 r. uzyskał obecną nazwę).

5. Z czym kojarzy się Pani okres studiów? Gdzie najchętniej spędzała Pani czas w czasie studiów?

Z perspektywy czasu, okres studiów kojarzę z tym wszystkim, co oferuje młodość: poznawanie świata, nawiązanie trwałych i serdecznych przyjaźni. W tamtym okresie studia dawały poczucie swobody i wolności, miałam bardzo dobrych i wyrozumiałych nauczycieli. Ówczesny program, przez studentów słusznie krytykowany jako zbyt sztywny i nie dający możliwości wyboru przedmiotów, dawał jednak szansę wszechstronnego rozwoju, zdobycia dużej wiedzy – jeśli tylko chciało się wykorzystać czas studiów. Działalność Koła Naukowego Studentów Historyków dał mi możliwość poznania Polski. Nigdy później nie zobaczyłam tylu miejsc, ile odwiedziłam w trakcie objazdów naukowych organizowanych przez Koło, także w trakcie wakacji. Miałam okazję kończyć studia w 1989 r. Należę do tego szczęśliwego rocznika, który z uzyskanym dyplomem wchodził w dorosłe życie już w wolnej Polsce.

6. Czym zaskakują Panią studenci?

Brakiem kompleksów, otwartością, umiejętnością dokonywania wyborów.

7. Kto jest dla Pani największym autorytetem ideowym?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Raczej zastanawiałabym się, kto jest dla mnie autorytetem moralnym.

8. Partia polityczna, do której jest Pani najbliżej ideowo?

Obecnie nie mogę takiej partii wskazać.

9. Jak ocenia Pani polską scenę polityczną?

Niepokoi mnie głęboki podział w społeczeństwie, do jakiego doprowadziły moim zdaniem, prawicowe partie polityczne. Gdyby ten podział wyznaczała lewica i prawica – wbrew pozorom walka nie byłaby tak zażarta. Wydaje mi się, że w Polsce można już dostrzec zjawisko, nazwane przez Iwana Krastewa „zarządzaniem nieufnością” („Gazeta Wyborcza”, 5-6 X 2013). Gdy brak pozytywnego programu i koncepcji na zdobycie elektoratu, dochodzi do manipulowania opinią publiczną poprzez sianie nieufności w stosunku do przeciwników politycznych, instytucji państwowych i publicznych. Obawiam się, że następstwem tej manipulacji stanie się „zarządzanie nienawiścią”, co nie doprowadzi do niczego dobrego. Nasze polityczne elity powinny się głęboko nad sobą zastanowić.

10. Co dziś doradzałaby Pani studentom?

Aby wykorzystali jak najlepiej dla siebie krótki w sumie czas studiów.

11. Co zmieniłaby Pani w INPiSM?

To, co aktualnie robi Dyrekcja Instytutu, a wiec reformuje programy studiów. Jest to konieczne, ponieważ pojawiają się ciągle nowe wyzwania, a Instytut Nauk Politycznych kształci przecież do służby publicznej.


DO_FELIETON W Y P U N K T O W A N Y D W A T R Z Y N A S T Y 38

Wybór ważnych i mniej ważnych faktów z 2013 roku, opisanych w skrótowy sposób. *Kolejność wydarzeń jest przypadkowa. Rezygnacja Benedykta XVI. Tego nie spodziewał się nawet Piotr Kraśko, którego w telewizyjnych Wiadomościach oglądają następcy św. Piotra. Zaskoczenie było tak duże, że do dziś odczuwamy skutki tamtej decyzji. Błyskawicznie zorganizowane konklawe i zmiana, dość wyraźna. Przynajmniej dla religioznawców-laików. Papież Franciszek zaskakuje, bo nie brzydzi się dotknąć pokrytego krostami człowieka, nie ma oporów przed ucałowaniem i pobłogosławieniem niepełnosprawnego dziecka, jak również przed tym, by skrytykować księży za obnoszenie się z bogactwem. Liberalne media przyklaskują papieżowi, który głosi: „kim jestem, by oceniać gejów?”. A ja zapytam: co w tym takiego odkrywczego? Pożegnania z rządem. Zapowiadane przez wiele lat, miesięcy i dni rekonstrukcje dokonały się. W 2013 roku rząd doczekał się solidnej (przynajmniej wizerunkowo) przemiany. Stanowiska utracili: Jarosław Gowin za wyrażanie własnych poglądów, a Mikołaj Budzanowski za niezrozumienie zamiarów przyjaciół Moskali na temat podpisania memorandum gazowego. Jackowi Cichockiemu oberwało się przypadkiem – premier, mianując go szefem swojej kancelarii, określił to oberwanie mianem awansu. Jan Vincent Rostowski, Michał Boni i Barbara Kudrycka byli na tyle zmęczeni, że postanowili zrezygnować, aby móc ubiegać się za rok o pracę w Strasburgu. Marcin Korolec i Joanna Mucha musieli opuścić rząd, mimo że radzili sobie coraz lepiej, bo kogoś jeszcze premier musiał wymienić. A Sławomir Nowak pogrążył się sam. Osobiście nie znam dorosłego mężczyzny, który czerpałby frajdę z wymieniania się z kolegami zegarkami. Skoro to jego hobby, powinien pamiętać o wpisaniu do oświadczenia majątkowego tak cennej dla niego rzeczy, tak jak pamiętał, by rano zapiąć na swej ręce warty tysiące złotych zegarek. Problem syryjski. Wojna domowa w Syrii trwa od kilku lat. Do sierpnia świat biernie przyglądał

//Kamil Popiela

się śmierci dziesiątek tysięcy cywilów. Użycie przez jedną ze stron konfliktu broni chemicznej zmobilizowało światowe mocarstwa do (jakiejkolwiek) reakcji w tym kraju. Zdaniem niektórych reakcji, która mogłaby pogorszyć sytuację tam panującą. Władze Stanów Zjednoczonych forsowały plan ataku powietrznego przy wsparciu między innymi Francji i Izraela. Barack Obama jednak szybko się z tego pomysłu wycofał, głównie pod naciskiem opinii publicznej w USA. Inicjatywę przejął miłujący pokój i rządy prawa Władimir Władimirowicz Putin, który wyrósł na męża opatrznościowego, czuwającego nad pokojem na świecie. To właśnie dyplomacja rosyjska, we współpracy z amerykańską, wypracowała konsensus: nadzorowania przez wysłanników ONZ składów broni chemicznej w Syrii. A Putin za ten wyczyn o mało co nie został laureatem pokojowej nagrody Nobla. Jaki prezydent taki zamach. Dotkliwy był to rok również dla naszego prezydenta. Dotkliwy dosłownie. Bronisław Komorowski w lipcu odwiedził Łuck na Wołyniu, na Ukrainie w związku z obchodami 70. rocznicy rzezi wołyńskiej. Na przywitanie poklepano go po ramieniu jajkiem. Prezydent najwidoczniej nie poznał się na ukraińskich zwyczajach, myśląc, że to analogiczny do polskiego chleba i soli sposób przywitania. I poszedł dalej, uśmiechnięty od ucha do ucha. Pracownicy Biura Ochrony Rządu za to nie zauważyli potencjalnego napastnika, który miał przy sobie plecak z napisem „Swoboda”, czyli nazwą ugrupowania ukraińskich nacjonalistów, przeciwnych wizycie polskiej delegacji. Być może BOR-owcy nie znają cyrylicy. Na koniec nic nie znaczące, ważne wydarzenie. Do grupy najmniej istotnych wydarzeń 2013 roku, o których było głośno w polskich mediach, można zaliczyć zakup bagietki przez amerykańskiego sekretarza stanu Johna Kerry’ego, podczas wizyty w Warszawie. „Polskie bagietki są przepyszne”, zdawał się komplementować długą bułkę nasz przyjaciel zza oceanu. Zapomniał jednak, bądź mu nie powiedziano, że owe paryskie pieczywo nie bez kozery określa się mianem paryskiego, a nie warszawskiego. Przypadek? Oby Nowy Rok był ciekawszy, obfitszy w wydarzenia wesołe i śmieszne, bo to one pomagają nam przeżyć. Szczęśliwego Dwa Czternastego – skrót celowy, ponoć jesteśmy pokoleniem skrótowców (nie mylić z rurkowcami). PS. 2013 był Rokiem Powstania Styczniowego, Rokiem Rodziny, Europejskim Rokiem Obywateli UE – dziękujemy władzom za huczne obchody!


Drodzy czytelnicy!   W imieniu Koła Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego (KNP  UJ), chciałem zaprosić wszystkich do udziału w spotkaniach poszczególnych sekcji tematycznych KNP. Każda osoba, która zainteresowana jest  polityką lub naukami politycznymi, z pewnością znajdzie u nas coś dla  siebie, coś co pozwoli jej rozwijać swoje pasje i poszerzać horyzonty.   Sekcja Niezależnej Refleksji Politycznej – zajmuje się szeroko rozumianymi zagadnieniami z zakresu myśli i filozofii polityki. Wszystkie informacje dotyczące bieżącej działalności sekcji, znajdziecie na:  >> www.facebook.com/snrpknp Sekcja  Dziennikarstwa  Politycznego  –  koronnym  przedsięwzięciem  tej  sekcji jest wydawanie  czasopisma Drugi Obieg oraz komentowanie bieżących  wydarzeń  ze  świata  polityki,  kultury  i    społeczeństwa  poprzez  portale społecznościowe. Więcej informacji na:  >> www.drugiobieg.org.pl Sekcja  Polityki  Polskiej  –  działalność  sekcji  oscyluje  wokół  analizy  polskiej  sceny  politycznej,  zarówno  aktualnej,  jak  i  historycznej.  Sekcja  Polityki  Polskiej  zajmuje  się  również  tematami  związanymi  z  historią  polityczną  i  polską  myślą  polityczną.  Więcej  informacji  znajdziecie  na  facebooku, wpisując: >> SPP KNP UJ Sekcja Systemów Politycznych - głównym obszarem zainteresowań sekcji są współczesne systemy polityczne i partyjne świata.  Bojówka Filmowa – skupia ludzi zainteresowanych politycznym wymiarem kina. Informacje na facebooku: >> Bojówka Filmowa Wszelkie informacje dotyczące działalności koła, znajdziecie na naszym  fanpage’u na facebooku Koło Nauk Politycznych. W razie jakichkolwiek  pytań, ofert współpracy, proszę o kontakt e-mailowy: kolonaukpolitycznych@gmail.com

* Z wyrazami szacunku,

Maciej Sowa Przewodniczący Koła Nauk  Politycznych UJ

39


KRAKÓW NR 4[12]/2013 NAKŁAD 160 EGZ. COPYRIGHT BY REDAKCJA NR REJESTRU: NS.REJ.PR77/08 ISSN 1899-9797

40

Profile for DRUGI OBIEG

#DO12  

Dwunaste wydanie nieregularnika Drugi Obieg.

#DO12  

Dwunaste wydanie nieregularnika Drugi Obieg.

Advertisement