Page 1

1


2


DRUGI OBIEG Bez nieDOpowiedzeń Kasztany zakwitły! Co prawda z lekkim opóźnieniem, ale jednak. Maturzyści kończą zmagania z egzaminami dojrzałości, a my publikujemy kolejny numer „Drugiego Obiegu”. Jest to już dziesiąte wydanie. Pismo powstało pięć lat temu, więc można powiedzieć, że obchodzimy mały redakcyjny jubileusz. Dziękujemy za Wasze uwagi odnośnie do naszej pracy. Zarówno pozytywne, jak i krytyczne głosy Czytelników są nam bardzo potrzebne. Jedne utwierdzają nas w tym, że nasza praca ma sens, a drugie mobilizują do jeszcze bardziej wytężonego działania i podnoszenia standardów. Z przyjemnością ogłaszamy, że zrealizowaliśmy wszystkie cele, o których informowaliśmy Was w poprzednim numerze. Z początkiem kwietnia „ruszyła” odświeżona wersja naszej strony internetowej. A oprócz profilów na Facebooku i Twitterze założyliśmy również konto na Tumblr, gdzie publikujemy zdjęcia i gify – polityka z przymrużeniem oka. Zachęcamy Was do śledzenia nas tu i ówdzie. Drodzy czytelnicy! Dziesiąty numer Drugiego Obiegu porusza tematy w sposób pluralistyczny. Sięgamy po opinie ludzi z różnych środowisk. W tym wydaniu możecie przeczytać m.in. wywiady z posłanką PO, Jagną Marczułajtis-Walczak, a także z prawicowym publicystą i współzałożycielem UPR, Stanisławem Michalkiewiczem. Nie zabrakło również miejsca na artykuły poświęcone lewej stronie sceny politycznej. Oczekujemy Waszych komentarzy na profilach Drugiego Obiegu oraz na stronie internetowej, na której możecie komentować i lajkować artykuły. KAMIL POPIELA

KONTAKT www.drugiobieg.org.pl ISSN 1899–9797

/drugiobieg REDAKTOR NACZELNY Kamil Popiela REDAKCJA Mateusz Ciołkowski Paweł Duda Katarzyna Dziekan Dawid Gruev Piotr Kaszczyszyn Sylwia Nowosińska Lidia Prokopowicz Izabela Przybyś Krzysztof Rojowski Justyna Skalska Katarzyna Waligóra Maciej Wirmański Michał Wróblewski

KOREKTA I ADIUSTACJA Martyna Fatel Kamil Popiela Lidia Prokopowicz Justyna Skalska Klaudia Szawara Katarzyna Waligóra PR/WSPÓŁPRACA Z MEDIAMI Sylwia Nowosińska OPRAWA GRAFICZNA Martyna Fatel PROJEKT OKŁADKI Kinga Gazda SKŁAD i ŁAMANIE Martyna Fatel FOTOGRAF Dominika Toch WYDAWCA Koło Nauk Politycznych ul. Jabłonowskich 5 31-114 Kraków Publikacja dofinansowana ze środków: Rady Kół Naukowych UJ INPiSM UJ

DO_LUDZIE: [4] Sylwia Nowosińska, Kamil Popiela //Kraków chce igrzysk. Rozmowa z Jagną Marczułajtis-Walczak [7] Paweł Duda, Dawid Gruev //Tu chodzi o życie. Rozmowa ze Stanisławem Michalkiewiczem

DO_POLSKA: [10] Michał Wróblewski //Pełzająca rekonstrukcja [13] Kamil Popiela //Olku! Nie idź tą drogą! [15] Mateusz Ciołkowski //Szpital czy kryminał? [17] Justyna Skalska //Trup w szafie Ukrainy [19] Piotr Kaszczyszyn //Współczesny mit uniwersytetu DO_ŚWIAT: [21] Izabela Przybyś //Wciąż naprzód i naprzód... [23] Katarzyna Dziekan //W imię Allaha. U boku Hitlera [25] Krzysztof Rojowski //Malta w Krakowie... DO_KULTURA: [27] Katarzyna Waligóra //Romeo i... Malta! DO_PERSPEKTYWY i OPINIE: [29] Lidia Prokopowicz //Opowieści z twojego miasta [31] Maciej Wirmański //Kto będzie strzegł strażników? [33] Sylwia Nowosińska //Reklamy bez skrupułów DO_FELIETON: [35] Maciej Wirmański //Płody i kurczaki DO_KWESTIONARIUSZ: [36] Sylwia Nowosińska //Kwestionariusz

dr Marcin Grabowski

3


DO_LUDZIE

//SYLWIA NOWOSIŃSKA//KAMIL POPIELA

Kraków chce igrzysk wywiad z Jagną Marczułajtis-Walczak Kamil Popiela: Pierwsze pytanie jest na pewno najważniejsze. Dotyczy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku. Jakie szanse ma Kraków by otrzymać możliwość organizacji tego przedsięwzięcia? Pozostało sporo czasu – 9 lat. Czy jesteśmy w stanie wygrać z Barceloną lub Oslo? Jagna Marczułajtis-Walczak: Ten proces rozpocznie się w październiku. Wtedy zostaną zgłoszone miasta-kandydaci do MKOl. Na razie jesteśmy w fazie preaplikacyjnej. Wybór miasta-gospodarza nastąpi podczas uroczystej sesji MKOl 31 lipca 2015 roku, więc jak Pan powiedział, jest sporo czasu. W czasie tych dwóch lat powinniśmy dołożyć wszelkich starań i podjąć wszystkie możliwe działania, żeby zbudować odpowiednią pozycję w dwóch fazach: aplikacji i kandydatury. W pierwszej z nich miasto zostaje dokładnie sprawdzone pod kątem tego, czy ma w ogóle potencjał do organizacji igrzysk. A do drugiej są wyznaczani tylko ci kandydaci, którzy są w stanie przekonać MKOl do tego, by „bić się” o zwycięstwo w tym konkursie. Jest to zatem bardzo złożony proces, który wymaga odpowiedniego przygotowania. Wszystkie kwestie trzeba połączyć i scalić tak, by na świecie to wyglądało dobrze. Stąd szanse Krakowa są ogólnie dosyć duże. Oprócz Barcelony i Oslo zmierzymy się prawdopodobnie również z Monachium, które odpadło w głosowaniach o możliwość ubiegania się o organizację ZIO w 2018 roku. Oprócz tych miast swą kandydaturę rozważają również: Lwów, BraŞov z Rumunii, a także Kazachstan. Na pewno nie jesteśmy źle postrzegani, ponieważ Zakopane już kiedyś kandydowało, stąd Polska ma przetarte szlaki. Co prawda było to dawno temu, ale jednak jest to duży plus, z racji powtórnej kandydatury. Słowacja ubiegała się o organizację dwa razy (w 2002 i 2006 roku), tak więc to też jest nasz atut. Natomiast my, z prof. Szymonem Krasickim z AWF, staramy się spowodować, by nasze działania były ukierunkowane w takim celu, by najpierw przekonać do tego projektu władze samorządowe oraz rządowe – i to już się udało. Tak samo jest na Słowacji. A teraz musimy stworzyć team, który opracuje kompletny program przygotowań i rozpocząć promocję międzynarodową, która oficjalnie będzie możliwa w procesie kandydatury. Zdajemy sobie jednak sprawę, że te dwa i pół roku to będzie okres bardzo ciężkiej pracy. Tak wprost, o szansach Krakowa będzie można powiedzieć coś więcej za kilka miesięcy, wtedy wszystko się wyklaruje. Ja wierzę w to, że nam się uda. Kraków jest miastem znanym w Europie jako stolica kultury, a teraz otwiera się nowa szansa, żeby kojarzyć go również ze sportem. Sylwia Nowosińska: A co z kwestiami dotyczącymi choćby infrastruktury? Spotkałam się z opiniami, że igrzyska, owszem, mogą się odbyć, tylko co zrobimy, kiedy „Zakopianka” się zakorkuje? Uniemożliwi to kibicom dojazd do miasta w którym będą odbywać się dane zawody. Czy są przewidywane w związku z tym jakieś zmiany? JM-W: W ogóle jeżeli chodzi o IO to mówi się o wpływie,

4

dziedzictwie. Takim, które pozostanie po tej imprezie. Dzięki niej w miastach może zmienić się bardzo dużo. KP: Tak jak po EURO? JM-W: Tak jak po EURO w Polsce. Najlepszym przykładem tej przemiany była olimpiada w Barcelonie. To miasto diametralnie zmieniło swoje oblicze i zaczęło tętnić życiem właśnie po igrzyskach. Oprócz korzyści infrastrukturalnych zarówno Kraków, jak i Małopolska odniosą także te społeczne, edukacyjne. Ale jeżeli mowa o infrastrukturalnych – w mojej opinii – bez (dwupasmowej – przyp. red.) „zakopianki” do Nowego Targu nie mamy co myśleć o olimpiadzie. Oczywiście ta droga w ciągu dwóch lat nie powstanie, ale naszym celem jest przekonanie rządu, by ta kluczowa trasa szybkiego ruchu była brana pod uwagę w planach finansowania. Musimy mieć gwarancję, że zostanie ona wybudowana do Nowego Targu. To jest jeden ze sztandarowych punktów tego dziedzictwa dla Małopolski. Dla Krakowa walczymy o poprawę czystości powietrza. Jest to dziedzictwo dotyczące środowiska. Dobrym przykładem jest Pekin (w którym odbywały się IO w 2008 roku – przyp. red.). Jest to miasto, które wydało ogromne pieniądze na to, by powietrze w czasie i po igrzyskach było znacznie lepszej jakości. Tam też był, nawet większy niż u nas, problem ze smogiem. Mamy 9 lat i dużą szansę na to, że może się wiele zmienić. Jeżeli chodzi o infrastrukturę w samym Krakowie, lokalizacja aren sportowych na dziś tak się rozkłada, że w stolicy Małopolski planujemy zorganizować ok. 1/3 wszystkich dyscyplin, które będą rozgrywane w czasie igrzysk. Oprócz tego, bierzemy pod uwagę Myślenice, Zakopane, Poprad na Słowacji czy rejon Demianowskiej Doliny, gdzie miałoby się odbywać narciarstwo alpejskie. Jeszcze nie ma decyzji, co do hokeja, czy będzie mógł się rozgrywać w Polsce... KP: Pod koniec kwietnia prasa informowała, że bez negocjacji Polska oddała Słowakom swobodę w związku z organizacją meczów hokejowych w Popradzie i Liptowskim Mikulaszu. JM-W: Tak. Jeżeli jednak byłyby w Polsce, to bierzemy pod uwagę Oświęcim i Katowice. I wtedy też musiałaby ulec poprawie infrastruktura również w województwie śląskim, w tym szybki pociąg między Katowicami a Krakowem. To byłaby po prostu konieczność. KP: Czyli w Krakowie meczów hokeja nie zobaczylibyśmy? JM-W: W Krakowie nie, ponieważ w hali na Czyżynach proponujemy rozegrać łyżwiarstwo figurowe i short track. Jeśli chodzi o łyżwiarstwo figurowe, to jest to równie, o ile nie chętniej od meczów hokeja, oglądana dyscyplina sportowa. Też trwa przez długi czas, co dwa dni, w ciągu całych igrzysk. Ale mamy też short track, również bardzo widowiskową konkurencję. Na dziś trudno mi powiedzieć, gdzie ten hokej ostatecznie będzie, bo cały czas trwają rozmowy i starania o to, żeby odbywał się na Słowacji. Sama hala widowiskowo-sportowa w Czyżynach nie pomieściłaby oprócz tych dwóch dyscyplin jeszcze hokeja. Kalendarz startów jest bardzo napięty. Jeszcze potrzebne jest miejsce do treningów: m.in. chodzi tu o halę AWF. Stąd pomysł, by mecze hokeja odbywały się w innych miejscach. SN: A jak to jest z kwestiami finansowymi? Wiadomo, że wiele obiektów wymaga remontu do czasu igrzysk. Skąd na to wszystko wziąć pieniądze i czy te wydatki nie przerosną Polski? JM-W: Polski na pewno nie. Tego się nie obawiam. Zimowe Igrzyska Olimpijskie są imprezą dużo tańszą niż choćby‌ letnie.


źródło: Facebook.com

Na letnie by nas nie było stać. To jest impreza, ponieważ kosztują 3-4-krotnie więcej niż zimowe. Te rozgrywane zimą skupiają ok. 3 tysięcy zawodników a letnie zdecydowanie więcej. Jeśli zaś chodzi o Kraków i Małopolskę, uznawane za region sportów zimowych w Polsce, to nie mamy wystarczającej infrastruktury – trasy są za krótkie, aby zorganizować igrzyska samemu, stąd współpraca ze stroną słowacką. Ale takie dyscypliny jak kombinacja norweska, skoki narciarskie czy biegi mogą się spokojnie u nas odbyć. Modernizacja tych obiektów, jak i koszty związane z remontami, nie są aż tak duże. Najwięcej finansów pochłonie dział infrastruktury, który zazwyczaj podwaja, a nawet potraja budżety olimpijskie. Dla porównania: stadiony na EURO kosztowały ok. 6 mld zł, natomiast reszta, w tym drogi: 90 mld zł z czego prawie 70% pochodziło ze środków UE. Dlatego dzisiaj jeszcze trudno jest nam powiedzieć, ile to będzie konkretnie kosztowało. Niektóre obiekty mogą liczyć na bardzo wysokie dotacje od rządu, obiekty COS nawet na 99% dofinansowania. KP: A jak ta współpraca z rządem przebiega? Dotychczas Kraków i Małopolska były często pomijane (choćby podczas EURO). JM-W: Jestem w stałym kontakcie z poszczególnymi resortami: sportu, transportu i rozwoju regionalnego. Już przygotowujemy specjalny dokument, który będzie wstępną gwarancją ze strony RM. Będzie to szczegółowy raport, skupiony przede wszystkim na finansach. Stąd te konsultacje trwają na bieżąco. Praktycznie non stop. Finalnym efektem ma być właśnie wypracowanie gwarancji rządu w zakresie finansowania tego projektu. SN: Istnieje duże ryzyko, że obiekty sportowe, które powstaną przy okazji igrzysk, poniosą taką porażkę jak choćby Stadion Narodowy, który wciąż nie jest wystarczająco wykorzystywany i na siebie nie zarabia. Czy są jakieś plany na to, aby nowa infrastruktura sportowa przynosiła zyski? JM-W: Obiekty, które muszą powstać od nowa, to tylko dwa kompleksy: tor do łyżwiarstwa szybkiego i tor bobslejowosaneczkowy. Tor bobslejowy jest problematyczny w utrzymaniu. I wiedzą o tym wszystkie miasta-organizatorzy poprzednich igrzysk. Albo demontuje się go całkowicie albo modernizuje i demontuje częściowo, aby korzystać komercyjnie. Są też takie rozwiązania jak w La Plagne, po Albertville, gdzie ten obiekt wykorzystuje się czysto sportowo i tam nie ma żadnej komercji. Torów na świecie jest ok. 12, teamy zawodnicze też muszą gdzieś trenować. W tej części Europy nie ma tego typu torów, stąd może to być pretekst, by taki obiekt zostawić do użytku. I to jest jedyny

punkt, który wzbudza kontrowersje. Natomiast krytego toru do łyżwiarstwa szybkiego w Polsce nie ma. Są cztery odkryte, najlepszy w Zakopanem. Chcielibyśmy, aby powstał taki obiekt, który byłby w zależności od zapotrzebowania wykorzystywany do organizacji różnych dyscyplin sportowych. Również MKOl żąda od nas, by przedstawić plan późniejszego użytkowania tych projektów. Można będzie też je przebudowywać i zrobić z nich inne areny sportowe. SN: Ale przebudowa generowałaby dodatkowe koszty. JM-W: Każdy obiekt, który jest wielofunkcyjny, kosztuje o wiele więcej. Jeśli porówna pani koszty utrzymania na przestrzeni lat takiego kompleksu względem tego, jak dużo trzeba zapłacić za budowę, to koszty te się bilansują dzięki temu, że można je wstępnie przewidzieć. Choćby taki obiekt jak w Vancouver – Oval Richmond – on został w dużym stopniu przekształcony na centrum rekreacji, fitness i wszystkiego, co dało się w nim pomieścić. I mieszkańcy bardzo doceniają fakt, że mają u siebie taki obiekt. W Krakowie za to jest mało obiektów sportowych. Lodowisko jest jedno – na Grzegórzkach... KP: Które z zewnątrz się „sypie”... JM-W: Z zewnątrz jest rzeczywiście w opłakanym stanie. Wewnątrz już się trochę zmienia. Jednak lokalizacja nie jest zbyt korzystna, ciężko je przebudować pod kątem IO. Główną przeszkodą jest wał z torami kolejowymi. Obiekt ma trybuny na zaledwie 2,5 tysiąca widzów. A na curling potrzeba co najmniej trzech tysięcy miejsc. Jednak nawet nie ma tam gdzie dobudować tej trybuny na 500 osób, nie wspominając już o parkingach. Aczkolwiek w trakcie igrzysk byłby świetnym obiektem treningowym. Także każdy kompleks ma jakieś docelowe przeznaczenie. SN: A co z trasami biegowymi? JM-W: One istnieją. Jest dużo tras wytyczonych w Zakopanem. Tylko nie ma tego finalnego wyglądu... W tym roku w Zakopanem i Kościelisku były czynne trasy rekreacyjne, ale one nie mają wybudowanego stadionu, potrzebnego do przeprowadzenia zawodów Pucharu Świata oraz IO. Potrzebne są także budynki z zapleczem dla obsługi, teamów i prasy. W Zakopanem od wielu lat są czynione starania, aby tego typu trasy powstały. To nie jest zatem tylko nasza inicjatywa. Nie ma powodów do obaw o to, co się z nimi później stanie, ponieważ zapotrzebowanie jest ogromne. Potem regularnie mógłby się odbywać również puchar świata w biegach narciarskich. Tym bardziej, że te trasy są sezonowe. KP: Odnośnie do współpracy z rządem, jak ocenia Pani pracę Joanny Muchy, będącej od ponad półtora roku ministrem sportu? JM-W: Ona bardzo ciężko pracuje... KP: W 2011 roku sceptycznie podchodziła Pani do tej nominacji. JM-W: Tak. Bardzo sceptycznie, wręcz krytycznie. Natomiast teraz widzę, jaką pracę ona wykonuje. Dwa razy bardziej musi się starać niż inni ministrowie, jej poprzednicy, którzy znali się na sporcie. Minister Mucha wykonała ogromną pracę. Spotykała się z wieloma działaczami we wszystkich województwach na tzw. kongresach sportowych. Próbuje także wprowadzić reformę – nie mówię o reformie finansowania, bo ona wynika z kondycji ekonomicznej państwa. Mam na myśli tę, zgodnie z którą WF w klasach 1-3 byłby prowadzony przez nauczycieli

5


DO_LUDZIE

//SYLWIA NOWOSIŃSKA//KAMIL POPIELA

wychowania fizycznego. Zależy jej również na ściślejszej współpracy pomiędzy ministerstwami a województwami. To jest bardzo trudne zadanie. Do tego potrzebna jest kooperacja ministerstw: sportu, edukacji a także zdrowia. To jest tak złożony proces, że jestem w stanie stwierdzić, że Pani Mucha stara się jak może wypełnić swoje obowiązki jak najlepiej. Przez ten rok miała było trudności, które musiała pokonać, na których się kilkakrotnie „wyłożyła”. Wynikało to prawdopodobnie z jej słabego zrozumienia sportu. Jednak nabiera siły. Ja pracuję z nią wspólnie nad projektem IO. Powołała specjalny zespół, z którym kontaktuję się bezpośrednio. Te prace „idą”. Spotykamy się systematycznie. Od tej strony nie mogę narzekać. Jednak ten rok, to dla zmiany w sporcie mało. Cały czas czekam na te efekty, które zapowiedziała. Mam nadzieję, że będą widoczne. SN: Tak jak Pani powiedziała, minister Mucha musiała się uczyć wszystkiego od początku. A nie sądzi Pani, że byli lepsi kandydaci na to stanowisko, którzy byli kiedyś sportowcami, np. Pani? JM-W: Nie. Ja w życiu nie myślałam o tym, żeby będąc pierwszą kadencję w Sejmie być ministrem. Pamiętajmy o tym, że o składzie rządu decyduje premier i to on dobiera sobie

postrzegane przez kibiców. Pomagają czy raczej utrudniają życie sportowcom? JM-W: Jeśli chodzi o działanie sensu stricte związków sportowych to choćby biathlon funkcjonuje świetnie. Mieli problemy, ale wyszli z tego, a efekty widzieliśmy na przykładzie Krystyny Pałki i Magdy Gwizdoń w tym sezonie. Związek narciarski ma wielu sponsorów, wprowadza te programy i efekty są widoczne. U łyżwiarzy szybkich też jest dobrze, brakuje tylko toru. Justynie brakuje tras. Narciarzom alpejskim doskwiera brak lodowca, ale tego nie jesteśmy w stanie zagwarantować. Najgorzej funkcjonuje Polski Związek Snowboardu, ale mimo tego, że jest tam bardzo źle, to można się pochwalić sukcesami np. Mateusza Ligockiego w half-pipe. Teraz jest moda na snowboard, gdyby to dało się mądrze poprowadzić to jestem pewna, że mielibyśmy mnóstwo sukcesów w tej dyscyplinie. KP: A teraz chcielibyśmy porozmawiać na temat sytuacji wewnątrz Platformy. Czy po dymisji Jarosława Gowina z funkcji ministra sprawiedliwości mogą się nasilić wewnątrzpartyjne podziały, które już wcześniej były widoczne? JM-W: Wydaje mi się, że to co robi pan Gowin zasługuje

ludzi do gabinetu. Resort sportu nie jest takim prostym ministerstwem, jakby się mogło wydawać. Oprócz sportu, na którym trzeba się znać, a przynajmniej go czuć, to oczywiście finanse, które trzeba na bieżąco ogarniać oraz o które trzeba walczyć. Według mnie pani minister Mucha jest na razie w dramatycznie trudnej sytuacji. Trafiła na okres, w którym we wszystkich resortach następuje „mrożenie” środków. Minister Rostowski tnie, gdzie się tylko da. A wiadomo, że najłatwiej oszczędza się na sporcie. Już kultura się bardziej broni niż sport, nad czym osobiście ubolewam. SN: Jeszcze trochę o sporcie. Czy do ZIO, które, jak mamy nadzieję, odbędą się w Krakowie, mogą „wyrosnąć” gwiazdy sportów zimowych na miarę Justyny Kowalczyk, Adama Małysza czy Kamila Stocha? JM-W: Na pewno. Ja z ogromną radością oglądałam wywiady naszych skoczków. Zarówno Kamila Stocha, jak i Piotra Żyły... KP: Szczególnie Piotra Żyły... JM-W: Tak. Piotrek Żyła w tych swoich śmiesznych wypowiedziach powiedział coś bardzo ważnego, że on i Kamil zaczynali wtedy, gdy Adam był u szczytu swojej kariery, ponad 10 lat temu. I wtedy powstał program, który wspierał skoczków, umożliwiał treningi. Są obiekty: skocznie w Zakopanem i w Wiśle. Młodzi skoczkowie mają bardzo dobre warunki, mają liderów, którzy ich ukierunkowują, a także specjalny program. Teraz zbieramy owoce „Małyszomanii”. Od dwóch lat podobny program jest prowadzony przez PZN w biegach narciarskich, więc za parę lat może poznamy następcę Justyny Kowalczyk. Łyżwiarze są coraz szybsi. A z inicjatywy prof. Krasickiego stworzyliśmy również program narodowego rozwoju sportów zimowych, tak aby na zimę również znalazły się pieniądze. Chcemy wspomóc związki sportowe. Sama organizacja igrzysk nie wystarczy. Brak sukcesów sportowych nie zostanie nam tak łatwo wybaczony, jak choćby w przypadku piłki nożnej. Nie będzie śpiewania: „nic się nie stało”. To jest w ogóle fenomen społeczny, że piłkarzom się wszystko wybacza, a u Małysza czy Justyny Kowalczyk drugie miejsce uznaje się za klęskę. SN: Na pewno zna Pani stosunek polskich kibiców do PZPN i pytanie, czy związki sportów zimowych są tak samo

na uznanie. Jest po prostu odważnym człowiekiem, który jasno precyzuje swoje poglądy. Aczkolwiek, moim zdaniem, będąc ministrem w rządzie powinno się utrzymywać stanowisko przynajmniej podobne do tego, formułowanego przez premiera. A Pan minister wielokrotnie pokazał, że ma odmienne od rządu poglądy. Mnie trudno byłoby tak się zachowywać. Gdybym była na jego miejscu, raczej nie potrafiłabym tak stawać okoniem do partii i do swojego premiera. Mając na uwadze wypowiedzi pana Gowina, który mówi, że o swojej przyszłości zadecydował już kilka miesięcy temu trzeba przyznać, że jego decyzje są przemyślane. Jednak nie zdradza dalszego kierunku działania, stąd możemy się tylko tego domyślać. Wiemy o wyborach prezydenckich, które odbędą się za rok w Krakowie... KP: Była Pani wymieniana w gronie kandydatów... JM-W: Ja to traktuję jako prima aprilisowy żart. KP: Nawet my zamieściliśmy na naszym profilu na Facebooku, dokładnie 1 kwietnia, informację, że popiera Panią sam Jacek Majchrowski. JM-W: A popiera? [śmiech] KP: Nic nam o tym nie wiadomo. [śmiech] JM-W: Także, poważnie mówiąc, traktuję to jako żart. Jestem skupiona na swojej pracy, jestem zadaniowcem. Jak już sobie wyznaczę pewien cel, to do niego dążę. Oczywiście w polityce trzeba z ludźmi umieć współpracować i współdziałać. Jednak ja jestem z dala od tego, żeby się do jakiejś frakcji lub określonej grupy ludzi dołączyć. Uważam, że przedsięwzięcie wokół IO powinno być zdecydowanie ponadpartyjne. Rozmawiam zarówno z SLD, PiS jak i Ruchem Palikota, ze wszystkimi. Różne ugrupowania parlamentarne popierają chęć organizacji przez Polskę tych igrzysk. SN: Wiadomo, że PO jest partią centrową i mówi się o tych hipotetycznie istniejących frakcjach, zarówno po lewej, jak i po prawej stronie. Do której z tych grup byłoby Pani bliżej? JM-W: Jednak jestem w centrum. W pewnych kwestiach mam poglądy dosyć liberalne, a w innych bardzo konserwatywne. Natomiast nie są ani tak konserwatywne, żebym była po prawej stronie, ani na tyle liberalne, żebym zmierzała w lewo.

6


DO_LUDZIE

//DAWID GRUEV//PAWEŁ DUDA

Tu chodzi o życie wywiad ze Stanisławem Michalkiewiczem

Dawid Gruev: Przez wiele lat działał Pan w polityce w szeroko rozumianym głównym nurcie. Co takiego się stało, że jednak Pan z tego zrezygnował i zaczął działać raczej jako publicysta? Stanisław Michalkiewicz: Trudno to nazwać głównym nurtem. Unia Polityki Realnej, bo ja tam działałem, właściwie nigdy nie była w głównym nurcie polityki, raczej na obrzeżach. Funkcjonowała zarówno za komuny, bo UPR tzn. Ruch Polityki Realnej powstał w 1987 roku i był na marginesie jego głównego nurtu, tzn. Solidarności Komitetów Obywatelskich. Podobnie poza takim krótkim epizodem z roku 1991 i następnych do roku 1993, kiedy Unia Polityki Realnej była ugrupowaniem parlamentarnym, tzn. miała trzech, a potem czterech posłów, to właściwie była przez cały czas potem ugrupowaniem pozaparlamentarnym i to takim marginalnym. A przyczyną, która sprawiła, że wycofałem się w ogóle z zaangażowania politycznego, partyjnego, z jednej strony był rozłam w UPR, a z drugiej ratyfikacja Traktatu Lizbońskiego. Doszedłem do wniosku, że właściwie po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego to jest statystowanie i wydaje mi się, że bieg wypadków to potwierdza. W przypadku Polski to jest statystowanie w polityce. Oczywiście nie mam nikomu za złe, że kandyduje do Sejmu czy Senatu, czy jest jakimś „umiłowanym przywódcą”. Natomiast wydaje mi się, że jest to raczej markowanie polityki i załatwianie sobie problemów socjalnych. A ponieważ ja dzięki życzliwości i hojności czytelników jakoś sobie problemy socjalne załatwiam bez konieczności dojenia Rzeczypospolitej, to unikam tego. I trzeci taki powód to, wie pan, w 1969 roku zatrudniłem się w Gdańsku w prezydium Miejskiej Rady Narodowej jako urzędnik takiego wydziału gospodarki terenami i nie dlatego źle wspominam tę pracę, że tam były jakieś złe stosunki. Nie, były bardzo życzliwe, nie mogę narzekać na nikogo. Natomiast nuda była tak potworna, że obiecałem sobie, że o ile nie będę przymierał głodem, to nigdy więcej. No i na szczęście nie muszę. Dzięki Bogu. DG: Był Pan autorem projektu polskiej konstytucji, w którym zawarty został m.in. zakaz uchwalania budżetu z deficytem. Jak to się stało, że projekt nie przeszedł? Jakby wyglądało państwo, gdyby udało się go wprowadzić? SM: Ten pomysł nie był mój, a Korwin-Mikkego. Ja uznałem, że warto to wprowadzić do konstytucji. Kiedy w 1992 roku była debata w Sejmie nad zasadami przyszłej konstytucji, Korwin-Mikke przedstawił taki pomysł, żeby zakazać uchwalania budżetu z deficytem, a każdą próbę obejścia tego zakazu – i to normą konstytucyjną – karać jako kradzież zuchwałą. Śmiechu było co niemiara z tego. Oczywiście nikt tego do konstytucji z 1997 roku nie wprowadził. Jakby wyglądało państwo, gdyby to zostało wprowadzone? Warto zwrócić uwagę, że w tej chwili mamy potężny dług pu-

bliczny. Jak duży, to tak naprawdę nie wiemy. Pan Dąbrowski z Instytutu im. Sobieskiego twierdzi, że dług publiczny to jest 200% PKB, czyli co najmniej 3 biliony złotych. Pan minister Rostowski twierdzi, że jest mniej. Ale z tego, co ja pamiętam, to na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku, bez uwzględniania „kreatywnej księgowości”, dług publiczny przekroczył bilion złotych. To jest dużo i ten dług publiczny narastał w efekcie kumulowania się deficytów i konieczności ich obsługiwania oraz konieczności ich wypełniania. I w tej chwili właściwie nie wiadomo, co z tym fantem zrobić. Było takie spotkanie zorganizowane przez warszawskiego KoLibra, na które został zaproszony wiceprzewodniczący Komisji Finansów Publicznych Sejmu, poseł, mniejsza o nazwisko. I on powiedział, że nikt nie wie, co z tym zrobić. A można było temu zapobiec poprzez zakaz uchwalania budżetu z deficytem. A teraz już bez deficytu nikt nie potrafi. Nawet Jarosław Kaczyński, kiedy był premierem, był dumny z „kotwicy budżetowej”, tzn. 30 miliardów złotych deficytu. To jest wszystko ładnie, pięknie, tyle tylko że rosną z roku na rok koszty obsługi długu publicznego, który jest efektem tych kumulujących się deficytów. W ubiegłym roku, jeśli dobrze pamiętam, te koszty przekroczyły 43 miliardy złotych, w tym roku (jeśli nie stanie się nic złego) może nawet dojdą do 50 miliardów złotych. To jest bardzo dużo. DG: Znany jest Pan ze swojego eurosceptycyzmu. Jakie widzi Pan konkretne zagrożenia związane z obecnością Polski w Unii Europejskiej? SM: Uważam, że bardzo rozsądnym projektem był wspólny rynek, tzn. stworzenie w Europie jednolitego obszaru celnego, ale bez tworzenia takiej nadbudówki politycznej. Niestety ktoś wpadł na taki pomysł, zresztą nie nowy. Pierwszym autorem był bodajże Ryszard Coundenhove-Kalergi, który w 1923 roku napisał książkę „Europa – Mocarstwo Światowe”, gdzie właśnie przedstawił projekt stworzenia takiego mocarstwa światowego, które by równoważyło wpływy innych mocarstw światowych, na przykład Stanów Zjednoczonych. Ta idea raz rzucona w przestrzeń znalazła wreszcie swoich amatorów. Ona sama w sobie jest bardzo stara: od tworzenia, budowania w Europie państwa uniwersalnego na kształt Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego. Właściwie narodziła się w Boże Narodzenie 800 roku, kiedy Karol Wielki został ukoronowany na Cesarza w Rzymie; potem była podejmowana i póki co ostatnią odsłoną jest Unia Europejska. Przecież Napoleon próbował koronować swojego syna na króla Rzymu. Właśnie z taką intencją, prawda? Kolejna próba to budowanie takiego Cesarstwa metodami pokojowymi, bo tamci próbowali metodami militarnymi. No i te metody okazują się bardziej skuteczne, tańsze. Czy doprowadzą do trwałego połączenia – zobaczymy, bo na razie kryzys finansowy w strefie euro i objawy kryzysu ekonomicznego świadczą o tym, że Unia nie funkcjonuje dobrze. Ale być może przeważą tu względy polityczne. Myślę, że właśnie one są bardzo istotne, bo osoba bardzo doświadczona w polityce europejskiej – mówię o Baronessie Thatcher, która jedenaście lat była premierem Wielkiej Brytanii – przedstawiła opinię, że Unia Europejska to jest recepta na niemiecką hegemonię w Europie. Uważam, że miała rację. Nic tu nie mam do dodania, bo wydaje mi się, że Niemcy, korzystając ze swojej siły, będą realizowały rozmaite projekty; mam na myśli np. projekt Mitteleuropa z 1915 roku. Dla nas jest to raczej zła wiadomość.

7


DO_LUDZIE

//DAWID GRUEV//PAWEŁ DUDA

źródło: wikipedia.org

DG: Czy biorąc pod uwagę to, że niemiecka gospodarka odnotowywała wzrost gospodarczy nawet mniejszy niż Polska (mimo, że nadal jest silną gospodarką europejską, a powodem stagnacji są m.in. koszty obciążeń podatkowych tamtejszych obywateli), można powiedzieć, że Niemcy traktują obecność w Unii Europejskiej jako swoistą lokatę inwestycyjną, służącą celom politycznym? SM: Myślę, że tak. Jeśli ktoś wierzy, że Niemcy „żyłują” swoich podatników i woją gospodarkę, żeby dogodzić Portugalczykom, Czechom, Polakom, Grekom, to ja nie mogę mu tego zabraniać. Sam w to nie wierzę. Uważam, że Niemcy traktują to jako inwestycję, która w pewnym momencie musi przynosić albo polityczne, albo gospodarcze korzyści. Albo jedno i drugie. I wydaję mi się, że coraz bardziej się niecierpliwią. Proszę zwrócić uwagę, że mówiliśmy o kryzysie w strefie euro. Wydaję mi się, że dla każdego, nawet takiego niespecjalnie spostrzegawczego obserwatora było oczywiste, że Grecja, Portugalia, czy nawet Hiszpania już 5 lat temu nie były w stanie sprostać zobowiązaniom, jakie wtedy zaciągnęły. Wydawało się, że w Europie wie to każdy – poza zarządami największych banków. Przypuszczenie, że te zarządy nie wiedziały o tym, o czym wiedzieli wszyscy, byłoby niedorzeczne. W związku z tym skoro wiedziały, a zachowywały się jakby nie wiedziały, musiała być jakaś ważna przyczyna. Wyobrażam sobie, że tą ważną przyczyną mogła być instrukcja rządów (np. niemieckiego): „Wiemy, jaka jest sytuacja,

8

ale zachowujcie się jak gdyby nigdy nic, pożyczajcie jak gdyby nigdy nic, my was w razie czego z tarapatów wybawimy, bo mamy to wkalkulowane w politykę”. Dlaczego tak mówię? Przypomina mi się wywiad, który Radosław Sikorski w 1990 roku przeprowadził z Henrym Kissingerem. Wtedy jeszcze Radosław Sikorski był normalnym człowiekiem, więc ten wywiad był bardzo ciekawy. I w pewnym momencie zapytał Kissingera, czy te kredyty, które Zachód i Stany Zjednoczone dawały krajom socjalistycznym w latach siedemdziesiątych, były tylko z dobrego serca, czy też towarzyszyła temu jakaś kalkulacja polityczn. Kissinger bez wahania powiedział, że oczywiście, towarzyszyła, że chodziło o to, żeby uzależnić te kraje od kroplówki, tak jak narkoman uzależnia się od narkotyków. Kiedy nie będą mogły wytrzymać bez tej pomocy, wtedy trzeba im stawiać warunki. Skoro raz się udało, to dlaczego nie spróbować drugi. No i spróbowano. Proszę zwrócić uwagę, w jaki sposób wybuchł kryzys: gdy Grecja stanęła na krawędzi bankructwa, nie miała pieniędzy na wykupienie obligacji, to Unia Europejska zrobiła zrzutkę. Pożyczyła pieniądze Grecji, żeby ta mogła wykupić obligacje – od kogo? Od niemieckich banków. Nasza złota Pani Angela dotrzymała słowa. Nie ratowaliśmy Grecji przed bankructwem, bo Grecji nic przed bankructwem uratować nie mogło. Ratowane były niemieckie banki i cała Unia złożyła się w podskokach. Czegóż chcieć więcej? Mało tego, jeszcze pani kanclerz Merkel powiedziała: „No nie może być tak, że my tu ratujemy Grecję, a nie mamy żadnego wpływu na to, co Grecja robi. Musi nas


Emigruje najbardziej wartościow (z punktu widzenia narodowego potencjału) element: młodzi ludzie. Na tyle energiczni, że przyszło im to do głowy, więc muszą mieć w sobie więcej energii niż inni.

słuchać!”. To logiczne i to jest budowanie IV Rzeszy metodami pokojowymi. DG: W takim razie wyobraźmy sobie, że Polska występuje z Unii Europejskiej, widząc te zagrożenia, które Pan przed chwilą opisał. Jak wyglądałaby droga wyjścia z Unii i jaką alternatywę integracji z innymi krajami Pan dostrzega? SM: Droga wyjścia wyglądałaby tak, jak to jest zapisane w Traktacie Lizbońskim. Polska ratyfikowała Traktat Lizboński w tej sprawie bez żadnych zastrzeżeń, więc musiałaby się stosować do procedur. A one polegają na tym, że państwo, które chce wystąpić z Unii Europejskiej, przedstawia wniosek i rozpoczynają się negocjacje na temat warunków wystąpienia. Jeśli przyczynią się do porozumienia, wtedy jest ono przedstawiane do zatwierdzenia Radzie Europejskiej i Parlamentowi Europejskiemu. Gdy to zatwierdzą, wtedy zgodnie z ustalonym porozumieniem następuje wyjście. Problem pojawia się, gdy negocjacje nie doprowadzą do porozumienia, albo nawet doprowadzą, ale nie zostanie ono zatwierdzone. W takim wypadku państwo również występuje z Unii Europejskiej, tylko po dwóch latach. I to jest bardzo zagadkowa sprawa, dlaczego akurat dwa lata. Przypuszczam, że ma ona związek z tzw. Klauzulą Solidarności z Traktatu Lizbońskiego, która mówi o możliwości interwencji Unii Europejskiej w sytuacji, kiedy jest zagrożona demokracja w jakimś państwie. Otóż złożenie takiego wniosku może być w odpowiednio sprzyjających warunkach uznane za zagrożenie demokracji. Bo to widać od razu, że tam z demokracją nie jest najlepiej, prawda? [śmiech]. Kiedy to zagrożenie dla demokracji ustąpi? Kiedy nowe władze tego państwa wycofają ten wniosek. Więc taka może być ewentualność. Jakie są perspektywy integracji? Poza Unią też jest życie. Są państwa europejskie, które do Unii nie należą, bo nie chcą. I nie widać, aby tam były jakieś objawy katastrofy humanitarnej, gospodarczej, albo jakiejkolwiek innej. Paweł Duda: No bo w zasadzie nie mają interesu, żeby do niej należeć? SM: W Szwajcarii odbyło się pięć referendów, za każdym razem odnotowano coraz więcej przeciwników, więc na razie nie pytają ponownie, żeby nie doszło do stu procent. Zastanówmy się, dlaczego Szwajcaria nie chce i dlaczego Szwajcaria jest bogata? Nie dlatego, że należy do Unii, bo nie należy. Więc te przyczyny bogactwa muszą być inne. I nad tym się warto zastanowić. PD: A czy nie jest tak, że to zależy po prostu od samych obywateli?

SM: Bardzo możliwe, że od obywateli ale ludzie robią pewne rzeczy, bo im się to opłaca. U nas na przykład wielu rzeczy się nie opłaca robić. Wielu emigruje z Polski, i tu można, nikomu nie ubliżając, powiedzieć, że emigruje najbardziej wartościowy (z punktu widzenia narodowego potencjału) element: młodzi ludzie. Na tyle energiczni, że przyszło im to do głowy, więc muszą mieć w sobie więcej energii niż inni. To wielka strata. Moim zdaniem nasz problem wynika z czegoś innego. Nasz problem wynika z tego, że narodowy potencjał ekonomiczny jest blokowany, nie jest wykorzystany w pełni z powodu wadliwego modelu ekonomicznego państwa, który ja nazywam „kapitalizmem kompradorskim”. To jest model polegający na tym, że przynależność do sitwy, której najtwardsze jądro stanowią tajne służby z peerelowskim rodowodem, jest legitymacją dostępu do rynku i możliwości działania na rynku. Bardzo dobrą ilustracją tego jest przypadek Romana Kluski, który został z rynku wyciśnięty przez aparat państwa, kiedy się okazało, że nie należy do sitwy. To pokazuje, jak bardzo ten przywilej jest strzeżony przez grupy interesów. Wszyscy, którzy nie należą do tej sitwy muszą być wyrzuceni poza główny nurt życia gospodarczego, gdzie kluczowe segmenty gospodarki, tzn. sektor paliwowy, sektor energetyczny, sektor finansowy są we władaniu, są zastrzeżone. W rezultacie narodowy potencjał ekonomiczny jest wykorzystany w niewielkim stopniu, bo inaczej ten przywilej dla sitwy straciłby sens ekonomiczny. To jest nasz problem, nie przynależność do Unii. To znaczy przynależność do Unii też, jednak z punktu widzenia nie Unii, a Niemiec. Państwa, narody, interesy narodowe nie zniknęły i widać gołym okiem, że nasi sąsiedzi, strategiczni partnerzy mają do nas taki sam interes. Ja przynajmniej tak to postrzegam, jak w XVIII wieku, żeby w obszarze leżącym między nimi nie powstał zalążek żadnej siły. No to nie powstaje – i ten model „kapitalizmu kompradorskiego” jest im jak najbardziej na rękę, ponieważ to właśnie utrwala Polskę w sytuacji kraju słabego, chorego, który jest rozbrojony, podatny na naciski. DG: Czy z taką „sitwą”, o której Pan wspomniał, mamy również do czynienia w polskich mediach, które kształtują opinię publiczną? SM: Wydaje mi się, że tak. Dlatego, że „tajne służby” mogą rządzić państwem skutecznie, mogą kontrolować – owszem – całe państwo przy pomocy agentury i ta agentura istnieje. Próba jej ujawnienia w strukturach państwa w 1992 roku się nie udała. Została storpedowana bardzo energicznie. Pozbawienie „bezpieczniaków” instrumentu rządzenia państwem – to byłaby prawdziwa rewolucja, no ale niestety nie udała się. Ja mam proces np. z TVN, bo ta telewizja się na mnie obraziła za to, że użyłem takiego sformułowania: „telewizyjna ekspozytura wojskowych służb informacyjnych”. Nie wiem, dlaczego się obrazili, bo w końcu Wojskowe Służby Informacyjne były „organem demokratycznego państwa prawnego”, więc to żaden wstyd być przedstawicielstwem. No, ale się obrazili. Myślę, że trudno by mi było to udowodnić, ale poszlak wskazujących na to jest bardzo wiele. No i warto zwrócić uwagę, że wybitne gwiazdy dziennikarstwa migały się przed lustracją.

9


DO_POLSKA

//MICHAŁ WRÓBLEWSKI

PEŁZAJĄCA REKONSTRUKCJA Gdy Donald Tusk tworzył swój drugi rząd, użył kilku kluczy. Pierwszy otworzył drogę ludziom pozbawionym silnych osobowości: nikt poza Tuskiem nie może błyszczeć. Drugim premier uchylił drzwi osobom o miłej powierzchowności, mającym dobrze wypadać w mediach, ale niezbyt mocnym. Trzeci klucz to wytrych dla osób, które przewodniczącemu Platformy miały nie robić problemów: dobiera się je lub usuwa w zależności od interesu partii. Z pierwszego klucza pochodzą tacy ministrowie jak Krystyna Szumilas, Tomasz Siemoniak czy Barbara Kudrycka. Z drugiego: Joanna Mucha, Bartosz Arłukowicz i Sławomir Nowak. Trzeci klucz: świeżo powołani Bartłomiej Sienkiewicz, Włodzimierz Karpiński i Marek Biernacki. Wszystkich tych ludzi łączy jedno: mają pełnić funkcję zderzaków. W tym roku przekonało się o tym trzech z nich. Reszta trzyma się mocno. Na razie. Awansowany dymisją Koniec września ubiegłego roku, konferencja w Sądzie Najwyższym. Przemówienie wygłasza Jacek Cichocki, szef resortu spraw wewnętrznych. „Ministrem się tylko bywa” – rzuca. Nie wie jeszcze, że nieco ponad trzy miesiące później to popularne wśród zderzaków premiera zdanie znajdzie uzasadnienie także w jego przypadku. „Gówniarze wzięli się do rządzenia” – miał powiedzieć gen. Adam Rapacki, gdy na początku 2012 roku zwalniał urząd wiceministra spraw wewnętrznych. Odwołał go Cichocki, z nową ekipą przejmującą resort. Decyzję o zdymisjonowaniu Rapackiego w wielu kręgach odbierano jako pozytywną: generał miał hamować zmiany w policji. Sprzeciwiał się reformie emerytur mundurowych, której przeprowadzenie zlecił Cichockiemu premier. Sam Cichocki bał się dominacji Rapackiego: starego wygi, człowieka Grzegorza Schetyny. Mimo czystek przeprowadzonych w resorcie Cichocki nigdy nie był zaliczany do ministrów sprawujących urząd twardą ręką. Wręcz przeciwnie: zarzucono mu zbyt miękkie podejście do spraw, które wymagały zdecydowanych działań. Maciej Duda, dziennikarz śledczy TVN24: – Cichocki miał przygotować zmiany w służbach. Czy przygotował? Tak naprawdę nikt tego nie wie. Reformę służb specjalnych zapowiedział w sejmowej debacie na temat Amber Gold w sierpniu ubiegłego roku premier

10

Tusk. Nie jest tajemnicą, że szef rządu od służb chce trzymać się z daleka. – Boi się ich, najchętniej w ogóle by je zlikwidował – śmieją się politycy PO. – Premier osobiście scedował na Cichockiego nadzór nad służbami – mówił w rozmowie ze mną, tuż po odwołaniu Krzysztofa Bondaryka z funkcji szefa ABW, Maciej Duda, dziennikarz zajmujący się służbami od lat. – Minister będzie miał pod sobą istne imperium. To imperium to w istocie moloch, nad którym trudno zapanować. Wielokrotnie w ostatnim czasie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego wykazywała niewydolność: przy okazji wspomnianej już afery Amber Gold, a ostatnio w sprawie nieszczęsnego polsko-rosyjskiego memorandum, o podpisaniu którego nie miał pojęcia premier. Cichockiemu powierzono zadanie połączenia niektórych służb, w wyniku którego doszłoby do klarownego i efektywnego rozdziału kompetencji, a także do uproszczenia ich struktur. Reforma miała być rewolucyjna, w istocie nie wiemy o niej nic. Opinia ludzi z kręgów władzy zainteresowanych służbami jest dość powszechna: minister Cichocki nie ogarniał obszaru, który mu podlegał. Sprawa go przerosła. W pierwszej kadencji rządów Tuska Cichocki co prawda sprawował funkcję szefa kolegium ds. służb specjalnych, ale jego możliwości były dość wątłe. O skierowaniu go do MSW zdecydowały nie tyle jego kompetencje, ile zaufanie premiera. Cichocki został ministrem, bo był lojalny wobec Tuska. Do końca. W lutym Cichockiego zastąpił Bartłomiej Sienkiewicz. Ten pierwszy uzupełnił lukę po Tomaszu Arabskim, którego Tusk skierował na placówkę w Madrycie. – Powierzenie Cichockiemu funkcji szefa Kancelarii Premiera to awans. Tusk potrzebował na miejsce Arabskiego sprawnego urzędnika, który ogarnie zarówno prace KPRM, jak i skoordynuje działalność Komitetu Stałego Rady Ministrów – ocenia w rozmowie z „Drugim Obiegiem” Michał Kolanko, współtwórca serwisu 300polityka.pl. I dodaje: – Oceny Cichockiego jako ministra spraw wewnętrznych wśród specjalistów zajmujących się policją nie były wysokie. Dymisjonując Cichockiego, Tusk rozwiązał dwa problemy za jednym zamachem. A dlaczego akurat Sienkiewicz? – To człowiek krew z krwi, kość z kości Platformy – mówi nam Andrzej Stankiewicz z dziennika „Rzeczpospolita”. I podkreśla, że obecny szef MSW miał swój udział przy zakładaniu PO. To prawda: Sienkiewicz stronił od wikłania się w gry polityczne, nigdy nie był szerzej znany, ale faktem jest, iż współtworzył program partii Tuska. Stankiewicz: – Nominacja Sienkiewicza na ministra to sięgnięcie do głębokich rezerw Platformy. Tusk dał członkom partii sygnał: „sięgam po naszych”. Premier honoruje tym samym wierność i oddanie. Duda: – Sienkiewicz to człowiek światły, znający się na rzeczy. Do resortu przyszedł jednak z sektora prywatnego. Mam wątpliwości, czy to dobra rekomendacja dla szefa MSW. Ale cóż: po owocach go poznacie. Minister bez gazu Mikołaj Budzanowski to, podobnie jak Cichocki, typowy „element wymienialny” autorskiego rządu Tuska. – Premier powołał go w oparciu o jeszcze inny klucz – tłumaczy Michał Krzymowski, dziennikarz polityczny tygodnika „Newsweek”. – Jaki to klucz? – pytam. – Podobny, jaki zasto-


sowano przy wciąganiu do resortu środowiska Marcina Korolca: stosunkowo młody urzędnik, technokrata, znający języki, wykształcony. I co najważniejsze: bez poitycznego zaplecza. „Tuskowi technokraci” mieli jasno postawione zadanie: sprawnie zarządzać swoimi resortami. I nie wychylać się. W przypadku Budzanowskiego owo „jasno postawione zadanie” sprowadzało się w istocie do dwóch kwestii: po pierwsze – odpartyjnić spółki Skarbu Państwa. Po drugie – zająć się eksploatacją gazu łupkowego. Tylko jedno z tych zadań zostało wykonane. Pytanie, czy aby na pewno ważniejsze. Grudzień 2011. Mijają pierwsze tygodnie od chwili objęcia resortu skarbu przez Budzanowskiego. Z funkcji szefa Polskiej Grupy Energetycznej zostaje zwolniony Tomasz Zadroga. Powód? Rezygnacja spółki z budowy elektrowni jądrowej na Litwie. Kilka dni później ze stanowiska rezygnuje Michał Szubski, ówczesny prezes Państwowego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, który zarządzał spółką nieprzerwanie od marca 2008 roku. Oficjalna przyczyna rezygnacji: powody osobiste. Przyczyna druga: brak rozstrzygnięcia przez prezesa Urzędu Regulacji Energetyki kwestii taryfy PGNiG na kolejny rok. I tak dalej, i tak dalej. Roszady trwają. Tarnów i Dolny Śląsk. To ludzi z tych rejonów najchętniej wyrzucał ze spółek Budzanowski. – Tarnów to matecznik Aleksandra Grada, poprzednika Budzanowskiego w resorcie. Dolny Śląsk to region Schetyny – mówi Krzymowski. Zdymisjonowany Zadroga prezesem PGE został m.in. dzięki wstawiennictwu tego drugiego. Potem przeszedł pod skrzydła Grada. W końcu został zmuszony do odejścia. A co z łupkami? Jeśli idzie o realizację tego zadania, ministrowi Budzanowskiemu szło już znacznie gorzej. – Uważam, że Budzanowski kierował się jak najlepszymi intencjami, jeśli chodzi o tę sprawę – mówi Krzymowski. Ale nawet najlepsze intencje nie są w stanie zatrzeć wrażenia, jakie można odnieść obserwując to, co w sprawie łupków robi rząd. A właściwie czego nie robi. Co prawda Budzanowski wydał decyzję o powołaniu konsorcjum złożonego ze spółek, które w założeniu mają inwestować najpierw w poszukiwanie, a potem wydobycie gazu łupkowego, jednak pomysł ten wywoływał i nadal wywołuje spore kontrowersje. Ale to nie na łupkach i nie na zbyt małej gorliwości

widzenia bezpieczeństwa energetycznego państwa). Czy Budzanowski faktycznie winien ponieść tak dotkliwą karę? Nie to jest najważniejsze. Jego dymisja to jasny sygnał premiera wysłany w stronę nie tylko szefów strategicznych spółek (usunięta z funkcji prezesa PGNiG została także Grażyna Piotrowska-Oliwa, bliska Budzanowskiemu), ale przede wszystkim w stronę ministrów: wszyscy jesteście wymienialni. Poświęcony superlider Ta prosta prawda zadziałała także w przypadku Jarosława Gowina. Premier usuwając go z rządu i mianując na jego miejsce Marka Biernackiego wykonał zręczny ruch: konserwa za konserwę. Jednak droga do dymisji niepokornego ministra miała znacznie bardziej skomplikowany przebieg, niż w przypadku odwołania Cichockiego i Budzanowskiego. – Pan Jarosław Gowin jest dziewiętnastym ministrem sprawiedliwości. Pytanie, czy przetrwa do końca kadencji, a pytanie o to, czy dobrze spełnia swoją funkcję, to dwie zupełnie różne kwestie. – Premier Tusk może być z działań ministra Gowina zadowolony? – Panie redaktorze, średnia sprawowania funkcji szefa resortu sprawiedliwości wynosi w Polsce półtora roku. Gdy w styczniu pytałem Zbigniewa Ćwiąkalskiego o ocenę Jarosława Gowina, pan profesor kluczył. Twierdził, że nie ma wiedzy na temat wewnątrzpartyjnych rozgrywek w Platformie. I nie wie, jakie uczucia względem Gowina żywi premier Tusk. Unikał stawiania politycznych diagnoz. Z jednym trafił natomiast idealnie: Jarosław Gowin został odwołany niemal dokładnie półtora roku od chwili objęcia funkcji szefa resortu sprawiedliwości (prof. Ćwiąkalski na tym samym stanowisku przetrwał nieco ponad rok i dwa miesiące). Gowin ani nie zaniżył, ani nie podwyższył wypracowanej przez jego poprzedników średniej. Przeciętniak? Bynajmniej. – To jedyna osoba w tym rządzie, która potrafiła postawić się premierowi – twierdzi Michał Krzymowski. To prawda: żaden inny minister nie pozwolił sobie na tak otwartą krytykę działań rządu i kierunku, w którym podąża Platforma, jak czynił to Gowin. Najbardziej wymownym tego przykładem było słynne już wystąpienie ministra w Sejmie w dniu głosowania nad projektami dotyczącymi związków partnerskich. Wówczas Gowin wyszedł na mównicę i stwierdził wprost: pomysły wysuwane przez moją partię są niezgodne z Konstytucją. Zasłaniając się ustawą zasadniczą, były minister sprawiedli-

w czyszczeniu spółek poległ Budzanowski. Początek kwietnia. Do mediów wycieka informacja o podpisaniu przez polsko-rosyjską spółkę EuroPolGaz i rosyjski Gazprom memorandum w sprawie budowy gazociągu z Białorusi na Słowację: tzw. Jamału II. Sytuacja jest dziwna: o dokumencie nie ma pojęcia premier. Szef rządu wije się w trakcie spotkania z dziennikarzami, ich pytania kwituje krótkim: „nie wiem”. Po kilku dniach medialnej burzy sprawa jest jasna: polecą głowy. Pytanie – czyje. Padło na Budzanowskiego. Mimo zapewnień szefa rządu, że wszystko jest pod kontrolą, a cała sprawa z memorandum wynika tylko i wyłącznie z nie do końca sprawnie kontrolowanego przepływu informacji między poszczególnymi instytucjami państwa, premier dymisjonuje ministra skarbu, czyniąc go de facto odpowiedzialnym za zaistniałą sytuację (z rządowych przekazów jawiącą się jako nieistotna z punktu

wości dał świadectwo swoim przekonaniom. Konserwatywne poglądy Gowina były i są doskonale znane, ale nigdy wcześniej nie służyły jako oręż polityczny wymierzony bezpośrednio w premiera. Donald Tusk był wściekły, czemu dał wyraz w swoim kontrrwystąpieniu chwilę po tyradzie Gowina. Zgodnie z założeniami szefa rządu projekt ustawy o związkach partnerskich przygotowany przez wyznaczonego do tego zadania posła Artura Dunina miał przejść bez problemu przez Sejm. Skierowany do komisji projekt mógł utknąć w niej lub nie. Dla premiera nie miało to większego znaczenia. Cel był prosty: nie drażnić, przepuścić, nie robić hałasu. A przede wszystkim: nie narażać się lewicy. Wkrótce oręż stał się bronią obosieczną. „Gowin to szkodnik. Nie tylko kłopot rządu, ale całej Polski” – Magdalena Środa, wywiad dla „Gazety Wyborczej”. „Ten problem narasta. Co pomysł, to większa wtopa.

11


DO_POLSKA

//MICHAŁ WRÓBLEWSKI

Jest katastrofą zupełną” – Jacek Żakowski, audycja w TOK FM. Gowin, wypowiedź z czerwca 2012: „Nie mam poczucia, abym w jakiejkolwiek kwestii musiał iść na kompromis z establishmentem. Mam całkowicie wolną rękę i mocny głos.” A establishment miał problem z Gowinem. Uzależniona od mniej lub bardziej otwarcie deklarowanego dotąd poparcia kręgów tzw. salonu Platforma zaczęła z tego powodu cierpieć. Gowin jednoosobowo wywołał lament nad zaściankowością partii, jej rzekomą hipokryzją i okrucieństwem, z jakim traktuje miliony ludzi żyjących w związkach nieformalnych lub skazanych na in vitro. Deklaracje: „nigdy więcej na Platformę” na stałe weszły do krwioobiegu publicznej debaty, urastając do rangi narodowego problemu, roztrząsanego przy błyszczących stołach w telewizjach informacyjnych. I paradoksalnie gloryfikowały Gowina, czyniąc jego głos najbardziej donośnym i wyznaczającym ideologiczną linię partii, stojącą w niezgodzie z prądami postępu. Jednocześnie wystawiały na medialną rzeź samego premiera. Bo Platforma to Tusk. A Gowin? Do rządu wszedł jako naturszczyk. Kilka godzin – tyle miał czasu, by podjąć decyzję. Filozof, polityczny teoretyk, wcześniej oderwany od idei „realpolitik”. Zdawał sobie sprawę, że jako zderzak Tuska może popłynąć i wylądować na mieliźnie. Ba, wiedział, że decyduje się na skok na główkę do pustego basenu. A jednak wypłynął. I zatopił po drodze kilka okrętów. Z chwilą objęcia teki szefa resortu sprawiedliwości został rzucony na pożarcie rekinów: środowiskowych lobby i wpływowych korporacji. Nie tylko prawniczych: Gowin postanowił otworzyć dostęp do 373 zawodów. Deregulacja, obok zamiarów ukrócenia lub zlikwidowania tysięcy krępujących i zbędnych przepisów gospodarczych (sam Gowin nazywa to „powstrzymaniem inflacji przepisów”), a także znacznego uproszczenia procedur sądowych, stała się głównym leitmotivem misji Gowina. Kilka dni przed dymisją minister ogłosił sukces: Sejm przyjął pierwszą transzę deregulacji półtora roku od rozpoczęcia prac. Powierzone Gowinowi zadanie otworzenia regulowanych dotąd przez państwo zawodów zostało przeniesione z poziomu słów na poziom czynów. To rzadkie zjawisko w tej ekipie. Przyjęcie przepisów przez Sejm dotyczy na razie pięćdziesięciu profesji. „Człowiek z deregulacyjną szajbą” pękał z dumy. Dziś twierdzi, że gdyby nie inercja Kancelarii Premiera, reforma przebiegałaby szybciej. – Gowin osiągnął jeszcze coś – podkreśla w rozmowie ze mną Andrzej Stankiewicz. – Okazał się niezwykle skuteczny i sprawny dlatego, że potrafił przekonać do swego sztandarowego pomysłu całą prawicową opozycję. To prawda, ale jeszcze większym sukcesem było – o, paradoksie – przekonanie do swoich racji stawiających się co rusz koalicjantów z PSL. To oni stanęli okoniem, gdy na wokandzie pojawiła się kwestia reorganizacji sądów. Gowin podkreśla, że nadepnął na odcisk środowiskom sędziowskim („nie likwidowałem sądów, likwidowałem prezesowskie stołki”). Jednak w pierwszych miesiącach urzędowania były minister dbał o dobre relacje z sędziami. Nie wchodził z nimi w otwarty konflikt. Powód? To właśnie ta grupa stawia zwykle największy opór zmianom w środowisku prawniczym, który to opór zazwyczaj przekłada się na niemożność wprowadzenia innych zmian.

12

Prawdziwa wojna zaczęła się w czasie afery Amber Gold, której odnogą była inna afera: z prezesem gdańskiego sądu, Ryszardem Milewskim. To wówczas z ust Gowina padły słynne słowa, które w opinii wielu deprecjonowały go jako ministra: „mam w nosie literę prawa, liczy się jego duch”. Rzucone hasło o „prawniczej sitwie” , której długie macki mają krępować pozytywne zmiany i względnie sprawnie działające mechanizmy państwa, stało się ostatecznym motorem przemian, które do samego końca urzędowania „człowieka słyszącego krzyk zarodków” (określenie lewicy) wytworzyły i utwardziły dychotomię Gowin – reszta świata. Wyjątkowość Jarosława Gowina polegała nie tyko na tym, że jako jedyny minister w ekipie Tuska nie siedział cicho, lecz działał (co zdecydowanie nie należy do powszechnych wyborów strategii przetrwania w tym rządzie). Jego odwaga – czy inaczej – brawura przywołująca na myśl chłopca igrającego z ogniem, polegała także na tym, że Gowin szukał dróg porozumienia z opozycją. Spotykał się z prezydium klubu PiS, nigdy wprost nie atakował prezesa Kaczyńskiego. Ba, bronił go, stanowczo sprzeciwiając się rozliczaniu poprzedniej ekipy przed Trybunałem Stanu. Mimo iż Antoniego Macierewicza Gowin sytuuje raczej w kategoriach polityków szkodliwych, nie zagłosował za odebraniem mu immunitetu. Wstrzymał się. Podobnie jak ponad dwudziestu innych posłów Platformy, którym „błąd” ten szybko zapomniano. Gowinowi – nie. Opozycja za to nie wybaczy mu jednego: tonowania nastrojów po aferze hazardowej i stanięcia w obronie ludzi związanych z Platformą (w oczach polityków PiS oczywiście umoczonych w aferę), a także inercji w działaniu i próby łagodzenia wizerunku władzy w sprawie Smoleńska. Mimo „kolaboracji” z niektórymi politykami PiS (padające często w tym kontekście nazwisko Przemysława Wiplera) i wzajemnego obwąchiwania się (sondowanie posłów gotowych wystąpić z partii), scenariusz, w którym Gowin stworzy w bliższej przyszłości nową formację, należy włożyć między bajki. On sam powtarzał często: „W żadnej innej partii nie miałbym szans realizacji swoich konserwatywnych poglądów tak, jak w PO”. Pytanie, na ile dziś to zdanie jest aktualne. Bo Gowin nie padł za realizację poglądów. Padł za ich artykulację. „Nasze społeczeństwo jest tradycyjne. Inność nie może liczyć na poparcie i tolerancję. Ten pan wyznaniem o homoseksualizmie raczej sobie zaszkodził, niż pomógł. Nie powinien sprawować żadnych funkcji publicznych”. „Związek homoseksualny nie powinien być wspierany przez państwo. Cieszę się, że w polskim społeczeństwie zwycięża zdrowy rozsądek i wstrzemięźliwość wobec takich lewicowo-liberalnych pobudek”. Czy powyższe zdania brzmią, jakby padły z ust Gowina? Z pewnością. Pierwsze z nich to wypowiedź Ewy Kopacz komentującej coming out Roberta Biedronia. Drugie to cytat z Donalda Tuska. Dziś te słowa nigdy by nie padły. Już nie są aktualne. Pytanie, na ile aktualna za kilka miesięcy okaże się zapowiedź Gowina na temat startu w wyborach na szefa Platformy. Dziś były szef resortu sprawiedliwości prowadzi internetową stronę DobreZmiany.org, na której chwali się swoimi osiągnięciami. Wydaje także gazetkę „Superlider”. Były minister tłumaczy w niej m.in. , jak przyrządza się schabowego. Tekst oddano do publikacji 8 maja 2013 r.


DO_POLSKA

//KAMIL POPIELA

OLKU! NIE IDŹ TĄ DROGĄ! W 2005 roku wydawało się, że w krajowej polityce Aleksander Kwaśniewski osiągnął już wszystko. Pomimo tego po ośmiu latach były prezydent znalazł sobie niszę. Chce ponownie zjednoczyć polską lewicę. Pytanie tylko, jak bardzo. Powrót do bieżącej polityki musiał być dokładnie przemyślany – w końcu były prezydent miał na to prawie 8 lat (od zakończenia urzędowania przy Krakowskim Przedmieściu). Jednakże sam start projektu Europy Plus nie obył się bez zgrzytów. Niedopowiedzenia i niedomówienia pomiędzy liderami tej koalicji były i są widoczne na każdym kroku. A samo zachowanie Kwaśniewskiego też nie mieści się w politycznym spektrum. Dotychczas bowiem zarządza tą lewicową koalicją raczej z doskoku, a po każdym wykonanym kroku do przodu cofa się, jakby wciąż się wahał, czy powrót do politycznej codzienności mu się opłaca. Promile i procenty Nie da się ukryć, że start nie był najlepszy. Kontrowersyjna okazała się kwietniowa konferencja prasowa, podczas której Kwaśniewski zaprezentował pełnomocników Europy Plus w regionach. Prezentował nie tylko ich, lecz również siebie... w niezbyt korzystnym świetle. Zdaniem wielu polityków, od PiS po SLD, nastąpił u niego nawrót „choroby filipińskiej”. Wirus ten doskwierał już Kwaśniewskiemu w czasie kampanii parlamentarnej w 2007 roku. Wtedy to jako przywódca i mentor koalicji Lewicy i Demokratów wołał z mównicy podczas jednego ze spotkań z działaczami: „Ludwiku Dorn i Sabo [pies Ludwika Dorna – przyp. autora]! Nie idźcie tą drogą!”. Prezydent najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z błędów, które zdarzały mu się w przeszłości i ponownie „poszedł tą drogą”. Nawet jeśli był podczas konferencji trzeźwy jak niemowlę – tak twierdzi Janusz Palikot – powinien zrezygnować z możliwości zadawania przez dziennikarzy pytań, aby uniknąć zbędnych komentarzy. Odradzał mu to jego najbliższy współpracownik, Marek Siwiec, jednak bezskutecznie. Spotkanie z mediami odbyło się 12 kwietnia i właśnie do tego dnia Europa Plus wydawała się poważnym konkurentem, przede wszystkim dla Platformy Obywatelskiej i SLD. Wydarzenia związane z domniemanym nawrotem wirusa filipińskiego pokrzyżowały nieco taktykę nowej formacji, a i sam Kwaśniewski zamiast informować i wyłożyć czarno na białym, jak było naprawdę, długo zwlekał z komentarzem, co również nasilało spekulacje. Dwa tygodnie później przemówił na antenie TVN 24. Prezydent zaznaczył, że w dniach poprzedzających jego

źródło: gazetaprawna.pl

wystąpienie odbył wiele spotkań i przeprowadził dużo rozmów. „Jednoczenie lewicy to męczące zajęcie, jak było widać po mnie”, dodał Kwaśniewski. Mleko się jednak rozlało. Jedna z najbardziej obytych ze środowiskiem medialnym osób w Polsce popełniła błąd, który można byłoby przypisać politycznemu żółtodziobowi. Kwaśniewskiemu społeczeństwo jest w stanie wybaczyć jednak wiele niedociągnięć. Polacy szybko zapomnieli mu liczne wpadki, m.in. tę na cmentarzu w Piatichatkach w 1999 roku. Prezydent, jak po latach przyznał, był wówczas pod wpływem alkoholu, jednak jego kancelaria, żeby uniknąć skandalu, uzasadniała jego złe samopoczucie „pourazowym zespołem przeciążeniowym goleni prawej”. I tak „goleń prawa” ciągnie się za głową państwa do dziś. Musi on zatem uważać na zbyt gościnnych gospodarzy oraz na to, gdzie i w jakim stanie się pokazuje. Zapowiedzi zapowiedziami Liderzy Europy Plus, Palikot i Siwiec, długo musieli namawiać byłego prezydenta do stworzenia wspólnej formacji politycznej. Pierwszy z nich nie zna się z Kwaśniewskim zbyt długo. Wspomina o tym Bartłomiej Lepa w dziewiątym numerze „Drugiego Obiegu”. Pod koniec 2011 roku byli dla siebie obcymi osobami. Były prezydent określił wtedy lidera Ruchu Palikota mianem osoby inteligentnej, czasem ocierającej się o narcyzm. Z Siwcem za to Kwaśniewski zna się od lat. To z nim brał udział w tzw. incydencie kaliskim, w którym parodiowali razem papieża Jana Pawła II.

13


DO_POLSKA

//KAMIL POPIELA

źrodło: flickr.com

Ta scena była wielokrotnie przywoływana w negatywnej kampanii tworzonej przez sztab wyborczy Mariana Krzaklewskiego w 2000 roku. Janusz Palikot nieraz ogłaszał w mediach pewny powrót Kwaśniewskiego do polityki, za to Marek Siwiec widział już byłego prezydenta w Europarlamencie – jednak sam zainteresowany raczej nie komentował tych zapowiedzi, wygłaszanych często przez ogarniętych hurraoptymizmem lewicowych polityków. Ryszard Kalisz, były szef kancelarii prezydenta, przez długi czas liczył na współpracę z dawnym pracodawcą; jako jeden z niewielu polityków SLD po 2011 roku był zwolennikiem utworzenia centrolewicowej koalicji pod patronatem właśnie Kwaśniewskiego. Jednak po wyrzuceniu z Sojuszu Kalisz nie zdecydował się na bezgraniczne poparcie dla Europy Plus. Postanowił wspierać z boku tę formację założonym przez siebie stowarzyszeniem „Dom wszystkich Polska”. Nazwa tej organizacji z pewnością nie jest przypadkowa. To jedno z haseł kampanii prezydenckiej Kwaśniewskiego z 2000 roku. Kalisz woli mieć coś swojego niż „dusić się” z trzema tenorami w Europie Plus. Co za dużo liderów, to nie zdrowo. Widać to choćby na przykładzie Platformy Obywatelskiej. Czarnym PR-em w Kwaśniewskiego Pod koniec kwietnia, na ponad rok przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, były prezydent stanowczo zaprzecza, jakoby miał ubiegać się o mandat europosła. Po co więc projekt Europa Plus bez tzw. „lokomotywy” na listach w roli Kwaśniewskiego, który mógłby zagwarantować tej koalicji dobry wynik? Zdaniem posła Ruchu Palikota, Łukasza Gibały, przedsięwzięcie to będzie miało sens tylko wtedy, gdy były prezydent wystartuje w eurowyborach. Na tak formułowane postulaty Aleksander Kwaśniewski na razie nie odpowiada.

14

Pośrednim tłumaczeniem może być oskarżanie mediów i politycznych oponentów o przeinaczanie faktów. Ponadto były prezydent wyraża zaskoczenie skalą czarnego PR, który (jak sądzi) wytworzył się wokół jego osoby. A wszystko odnosi się do rozmów z premierem Tuskiem, podczas których miał lobbować na rzecz rosyjskich biznesmenów. W zeszłym roku Rosjanie złożyli ofertę kupna pakietu kontrolnego Zakładów Azotowych w Tarnowie. Aleksander Kwaśniewski miał reprezentować wtedy m.in. rosyjskiego oligarchę, właściciela Acronu. Były prezydent nazywa te rozmowy badaniem gruntu pod inwestycję i zarzeka się, że nie przyjmował żadnego wynagrodzenia. Kontynuując myśl o czarnym PR, przywódca Europy Plus zarzuca rządowi nieczystą grę, a wręcz próbę wyeliminowania już na samym starcie groźnego rywala po lewej stronie sceny politycznej, którym ma być nowo tworzona formacja. Kwaśniewski po ośmiu latach przerwy zmienił się. Zachowuje się niczym Jarosław Kaczyński, który oskarża wszystkich wokół, w tym media, o swoje niepowodzenia. Nie zauważa wielu niedociągnięć w działaniu własnego środowiska. Taka sytuacja jeszcze żadnemu politykowi nie pomogła, a w wielu przypadkach przeszkodziła w zdobyciu władzy. A przecież właśnie o to partyjnym działaczom chodzi. Wschodnie doradztwo Kolejnym problemem byłego prezydenta jest to, co robił po zakończeniu drugiej kadencji. Doradzanie prezydentowi Kazachstanu, Narsułtanowi Nazarbajewowi, który wsławił się krwawą dyktaturą za czasów ZSRR, nie jest w Polsce pozytywnie odbierane. Zdaniem Radosława Sikorskiego, szefa polskiego MSZ, Kwaśniewski jako była głowa państwa ma prawo prowadzić doradztwo. „Takie działanie jest przyjęte w świecie i nie powinno to budzić żadnych wątpliwości” – dodaje polityk PO. Doradztwo doradztwem, jednak trzeba przemyśleć kwestię, komu i w jakiej formie się pomaga. Warto oddać Kwaśniewskiemu, że jego zaangażowanie na Ukrainie wraz z byłym szefem PE, Patem Coxem, przynosi efekty. Na początku kwietnia prezydent Ukrainy, Wiktor Janukowycz, ułaskawił m.in. byłego ministra spraw wewnętrznych, Juria Łucenkę. Los Julii Tymoszenko wciąż jednak nie jest przesądzony, mimo to Aleksander Kwaśniewski może dużo ugrać w krajowej polityce w kontekście zaangażowania się w mediacje za wschodnią granicą. Eurowybory sprawdzianem – „Witam w Europie Plus. Rozpoczynamy projekt, który wprowadzi nową jakość w naszej polityce. Polskiej i europejskiej” – tymi słowami były prezydent zachęca na stronie internetowej Europy Plus do współpracy z tą organizacją polityczną. Na ile ta kooperacja okaże się owocna zarówno dla wyborców, jak i Kwaśniewskiego? O tym przekonamy się już za rok, podczas pierwszego poważnego sprawdzianu – wyborów do Parlamentu Europejskiego. To wynik uzyskany przez Europę Plus w 25 maja 2014 roku stanie się bodźcem do dalszych ruchów lewicy. Przed Kwaśniewskim zatem burzliwe i gorące lato oraz chłodne jesień, zima i wiosna. Ten rok będzie więc dla niego decydujący: czy po jego upływie nastąpi katharsis, czy może już czas na polityczną emeryturę?


DO_POLSKA

//MATEUSZ CIOŁKOWSKI

Szpital czy kryminał? Czyli o polityce narkotykowej Temperatura sporu wokół polityki narkotykowej w polskiej debacie publicznej w najmniejszym stopniu nie przekłada się na przemodelowanie strategii państwa. Dyskusja wokół zatrzymania Kory Jackowskiej czy iluzoryczne zwycięstwo premiera w wojnie z dopalaczami to widoczne znaki anachronicznego sposobu myślenia elit w tym zakresie. Węzeł gordyjski Charakterystyczną cechą dyskusji o polityce narkotykowej jest nadzwyczajny galimatias pojęciowy, który potęgowany jest przez logikę ostrego sporu aksjologicznego. Dla przeciwników liberalizacji prawa nie do przyjęcia jest jakiekolwiek ustępstwo, złagodzenie przepisów, które skutkowałoby niekaralnością osób posiadających przy sobie niewielkie ilości narkotyku. Rozumowanie to zakłada zasadniczą jednorodność substancji psychoaktywnych – bez rozróżnienia na „miękkie” czy „twarde”, na marihuanę czy heroinę. Po drugie traktuje mafie jako grupy o wysoce zhierarchizowanej, spójnej i przejrzystej strukturze. Ostatni element w łańcuchu dystrybucji narkotyków jest kategorycznie zaliczany do grona przestępców. Podobnie zresztą traktuje się odbiorcę. Wreszcie liberalizacja przepisów stanowić by miała prostą drogę do zwiększenia popytu. Znamienne są w tym kontekście słowa byłej posłanki Barbary Labudy: „Wprowadzenie przepisów, które w pewnym stopniu przyzwalają na posiadanie małej ilości narkotyku na własny użytek, może stać się potężnym bodźcem do dalszego rozwoju produkcji i dystrybucji narkotyków w Polsce, [gdyż] [...] uzależniony narkoman zrobi wszystko dla dawki, nawet zabije1”. Po drugiej stronie sporu zwolennicy liberalizacji prawa starają się zaprezentować argumenty, które podważają skuteczność bezkompromisowej strategii. Odwołują się do badań, które wskazują na niską szkodliwość marihuany czy przykładów państw, które podjęły odważne kroki w kierunku depenalizacji, a nawet dekryminalizacji. Podkreślają w tymże kontekście nieproporcjonalność kary do popełnionego czynu. Ten zasadniczo rozsądny przekaz bywa jednak zbyt często dewaluowany przez nieodpowiedzialne wypowiedzi reprezentantów szeroko pojętego środowiska artystycznego, śmiało przyznających się do eksperymentowania z różnymi narkotykami. Tak postąpiła m.in. wspomniana wyżej Kora, która

bez ogródek wyznała, że w młodości brała LSD i paliła haszysz. Na scenie politycznej zaś Ruch Palikota, postulujący depenalizację, stosuje najczęściej retorykę trywialnej emancypacji. Jej celem ma być oczywiście zdobycie poparcia najmłodszych wyborców, jednak daje ona przeciwne skutki. Przykład? Przewodniczący tejże partii zapowiadający zapalenie „jointa” na Wiejskiej. Zmiana paradygmatu Fundamentalną kwestią dla wykrystalizowania się opozycyjnego projektu polityki narkotykowej była redefinicja celów, zmiana podziału środków i stworzenie sieci instytucji o charakterze subsydiarnym, medycznym – a więc przede wszystkim praca pozytywna. Przykładem takiego kompleksowego działania jest Portugalia. Na początku 1998 roku rząd powołał specjalną komisję, w skład której weszli eksperci różnych dziedzin – lekarze, prawnicy, socjologowie. Jej celem było stworzenie kompleksowego programu, strategii zmian dotychczasowej polityki państwa2. Warto dodać, że był to okres, w którym problem narkotyków był wymieniany jako jeden z najważniejszych. Silnym bodźcem były np. statystyki, z których wynikało, że aż 60% grupy obywateli zarażonych wirusem HIV stanowią osoby uzależnione od heroiny. Po kilku miesiącach komisja opublikowała raport, którego głównym zaleceniem było dekryminalizacja posiadania i używania narkotyków, jako najlepszej drogi do ograniczenia spożycia i zmniejszenia liczby osób uzależnionych. Nie uwzględniono przy tym rozróżnienia na narkotyki „miękkie” i „twarde”. Specjaliści znacząco zmienili perspektywę patrzenia na problem. Choć w najmniejszym stopniu nie afirmowali spożywania narkotyków, przyznali, że przyczyny, dla których ludzie po nie sięgają, są zazwyczaj niezwykle złożone – nakładają się tu czynniki społeczne, ekonomiczne i emocjonalne. Po drugie, zażywanie narkotyków uznano za szkodliwe przede wszystkim w wymiarze osobistym. Dlatego kara pozbawienia wolności jest niewspółmierna do popełnionego czynu. Ponadto badania komisji wykazały, że kryminalizacja wpływała odstraszająco na osoby, które rozważały możliwość szukania pomocy. Ramę polityki narkotykowej zaczęło stanowić prawo, w którym osoba spożywająca narkotyki przestała być kryminalistą. Stała się pacjentem. Symboliczną decyzją rządu było powołanie „komisji odwodzenia”, która podlegała Ministerstwu Zdrowia, nie Sprawiedliwości. Przestrzeń wewnątrz owej ramy wypełniły instytucje, odpowiedzialne za udzielanie różnorodnej pomocy – przede wszystkim psychologicznej i medycznej. Rozpoczęto także szereg kampanii społecznych, uświadamiających konkretne grupy o skrajnie negatywnych skutkach sięgania po narkotyki, ale też przekazywano informacje o miejscach, gdzie można zdobyć pomoc. Artur Domosławski w raporcie „Drug Policy in Portugal: The Benefits of Decriminalizing Drug Use3” wskazał pięć elementów obecnego programu, które stanowią spójny system przeciwdziałania problemowi. Pierwszym jest prewencja. Poza organizacją powszechnych kampanii społecznych, które kierowane są przede wszystkim do młodzieży, odpowiedzialne instytucje na bieżąco starają się wykrywać rejony o wyższym stopniu zagrożenia. Działania nie są podejmowane jednorazowo, ale długofalo-

15


DO_POLSKA

//MATEUSZ CIOŁKOWSKI

źródło: readers-bench.com

wo. Nie powszechnie (co wzbudza ciekawość), ale punktowo i dyskretnie. Drugim elementem są „komisje odwodzenia”. Przeprowadzają one wywiad z osobami zatrzymanymi na posiadanie niedozwolonych środków. Informują o reperkusjach, wynikających ze spożywania narkotyków, zbierają informacje o przyczynach itd. Po pierwszym spotkaniu komisja najczęściej nie nakłada kary, dopiero po drugim razie grożą grzywna czy prace społeczne. W praktyce każda komisja dysponuje szeroką gamą instrumentów, które umożliwiają jej elastyczne działanie. Trzecim elementem jest minimalizacja ryzyka i redukcja szkód. IDT, instytucja organizująca pomoc na tym poziomie, zajmuje się bezpośrednim kontaktem z osobami uzależnionymi w sferze publicznej. Pracownicy rozdają apteczki, w których znajdują się sterylne igły i środki dezynfekujące. Oferowane jest przy tym długofalowe wsparcie. Czwartym segmentem jest leczenie w ośrodkach z profesjonalnie przygotowaną opieką. Ostatnim jest pomoc w powrocie do społeczeństwa. Raczej na tak Choć polityka narkotykowa w tym wydaniu nie jest oceniana jednoznacznie pozytywnie – trzeba w tym miejscu wspomnieć m.in. o nieszczelności systemu, wynikającej głównie z kontroli młodzieży i osób ubogich – to jednak część badań przemawia za jej skutecznością. Przede wszystkim nie spełniła się czarna przepowiednia, w której młodzież masowo sięga po narkotyki. W przeciągu 10 lat od wprowadzenia reformy procent spożywającej młodzieży w wieku 15-24 lata zwiększył się z 12,4 do 15,4, jednakże w przedziale 15-19 lat zmniejszył się z 10,8 do 8,6%. Odsetek osób sięgających po heroinę zasadniczo nie uległ zmianie, przy czym odnotowano znaczny spadek zakażonych wirusem HIV. Dekryminalizacja nie wpłynęła negatywnie także na pozycję Portugalii w rankingu państw europejskich pod względem konsumpcji narkotyków. Globalna dyskusja trwa Co ciekawe, postulat delegalizacji coraz częściej pojawia się przy okazji dyskusji na temat nowej strategii walki

z narkotykami. Dotyczy to przede wszystkim państw Ameryki Środkowej i Południowej. Na początku 2012 roku prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos stwierdził, że jego kraj jest gotów na daleko idącą legalizację narkotyków, pod warunkiem, że podobną decyzję podjęłyby inne państwa. Z kolei były wiceprezydent Nikaragui Sergio Ramirez wraz z pisarzem Carlosem Fuentesem mniej więcej w tym samym czasie traktowali taki postulat jako początek normalizacji sytuacji na osi wiodącej z Ameryki Południowej do Północnej, stanowiącej jeden z największych szlaków narkotykowych na świecie. „Prezydent Meksyku powinien czuć się zobligowany, by skonfrontować te fakty z prezydentem USA i porozmawiać o problemach, które dotyczą obydwu [krajów – przyp. aut.]. Są również winni po stronie amerykańskiej i jest to problem, który pozostaje nierozwiązany” – podsumował Fuentes. Blisko małej rewolucji w tej dziedzinie jest Urugwaj. Lewicowy rząd prezydenta José Mujiki zaproponował w ostatnim czasie zerwanie z międzynarodową koncepcją kategorycznego zakazu handlowania i posiadania narkotyków. Marihuanę będzie mogła nabyć każda osoba pełnoletnia po uprzedniej rejestracji w banku danych. Uprawa i plantacje będą legalne, natomiast cały handel zmonopolizuje w tej sferze państwo. Jak podkreślają autorzy pomysłu, zmiana ta nie jest panaceum na wszystkie problemy, związane z narkotykami. Nie mniej jednak przejęcie kontroli nad częścią rynku, który zdominowany jest przez organizacje przestępcze, może doprowadzić do znacznego osłabienia ich wpływów. Przykładem dla urugwajskich polityków jest Holandia. Jak mówi Julio Calzada, szef rządowego komitetu ds. narkotyków, obecna władza musi stworzyć model bardziej kompleksowej kontroli. „Holandia była trochę zakłamana. Bo państwo kontroluje miejsca konsumpcji marihuany, ale już drogi, jakimi ona tam trafia – nie. A to jest bardzo ważne, bo ludzie kupują wciąż na czarnym rynku. My chcemy zrobić tak, by państwo pilnowało upraw, sprzedaży i rejestru użytkowników 4”. Na koniec Oczywiście każdy z wymiarów polityki narkotykowej, opisanych przeze mnie powyżej, wymaga osobnej refleksji. Poprzez ich zestawienie chciałem wykazać, że obecny restrykcyjny system polityczno-prawny nie jest jedynym uznawanym na arenie międzynarodowej. Być może, jak twierdzą jego krytycy, jest już na tyle niewydolny, że jego reforma musi przybrać rewolucyjny charakter. Przykład Portugalii czy Szwajcarii pokazuje, że delegalizacja nie musi oznaczać zwiększenia konsumpcji narkotyków, tak jak nie deprecjonuje konieczności twardego postępowania wobec grup przestępczych, zajmujących się produkcją tych środków. Pozostaje zatem pytanie: czy politykom będzie się to opłacało?

1

http://www.rp.pl/artykul/642615.html?print=tak&p=0

2 3

Dokument ten nosi nazwę „Portugese Drug Strategy”.

Raport dostępny pod adresem: http://www.opensocietyfoundations.org/sites/default/files/drug-poli-

cy-in-portugal-english-20120814.pdf 4

16

http://wyborcza.pl/narkopolacy/1,100609,12601520,Narkotykowa_rewolucja_po_urugwajsku.html


DO_POLSKA

//JUSTYNA SKALSKA

Trup w szafie Ukrainy Pamięć ludzka bywa zawodna. Pamięć narodów, zwłaszcza ta o własnej historii, wybiórcza i – nie łudźmy się – zawsze uzależniona od kontekstu politycznego. Szczególnie widać to na przykładzie stosunków polsko-ukraińskich, w których znów odbija się echo wydarzeń na Wołyniu. Rocznice, rocznice Od momentu ujawnienia zbrodni katyńskiej, wybuchu powstania w getcie oraz rzezi wołyńskiej minęło w tym roku siedemdziesiąt lat. Jednak wśród korowodu kwietniowych manifestacji, organizowanych w kolejną rocznicę katastrofy smoleńskiej, te trzy wydarzenia trochę umknęły uwadze opinii publicznej. A przecież są to dzieje, które zapisały się na kartach polskiej historii daleko bardziej tragicznie, niż wspomniana wcześniej katastrofa prezydenckiego samolotu. I o ile takie hasła jak „Katyń” czy „getto warszawskie” jeszcze majaczą w świadomości przeciętnego Polaka, o tyle „Wołyń” z trudem się do niej przebija. Może dlatego, że nie wpisuje się w żadną modną współcześnie narrację historyczną, czy to liberalno-lewicową, czy skrajnie nacjonalistyczną. Tych zbrodni bowiem nie popełnili ani Niemcy, ani Rosjanie, a nasi najbliżsi „bracia Słowianie”, czyli Ukraińcy. Od rzezi wołyńskiej do Akcji „Wisła” W okresie od lutego 1943 do lutego 1944 roku, na terenie dawnego województwa wołyńskiego II Rzeczpospolitej, nacjonaliści ukraińscy z Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) oraz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) dokonali masowych mordów na miejscowej ludności polskiej. Historycy do tej pory toczą spór, ile dokładnie było ofiar – ich liczbę szacuje się od 50 do 60 tysięcy. W późniejszym odwecie zamordowano 2-3 tysiące Ukraińców, choć sama strona ukraińska szacuje tę liczbę nawet na około 20 tysięcy. I jest to jedna z wielu różnic między obydwoma narodami w postrzeganiu historii mordowania Polaków na Wołyniu. Po II wojnie światowej, w 1947 roku oddziały polskie przeprowadziły A kcję „Wisła”, która w założeniu miała na celu likwidację UPA i OUN, a w praktyce łączyła się z repatriacją mniejszości narodowych (Ukraińców, Bojków i Łemków) na Ziemie Odzyskane. Ta krótka powtórka z historii nasuwa wniosek, który powinien stać się przyczynkiem do wspólnego pojednania – oba narody wyszły z wojennej pożogi pokrzywdzone. Powinien, ale się nie staje, bowiem jak to zwykle w takich

sytuacjach bywa, każdy naród przeprowadza własną rewizję historii. To, co dla Polaków jest czystką etniczną lub po prostu ludobójstwem, dla Ukraińców było ukraińską wojną o niepodległość, ewentualnie „tragicznymi wydarzeniami”, jednak żadne z tych sformułowań po stronie ukraińskiej nie definiuje jednoznacznie sprawcy mordów, o co przecież tak bardzo chodzi Polakom. Dwa punkty widzenia O 70. rocznicy wydarzeń na Wołyniu zrobiło się głośno dopiero wtedy, gdy PSL na początku kwietnia podjęło inicjatywę upamiętnienia jej w polskim Sejmie specjalną uchwałą. W projekcie tym padły m.in. takie oto słowa: „Sejm potępia ludobójstwo na ludności polskiej dokonane przez Ukraińską Powstańczą A rmię i inne formacje ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1947, co zarówno w świetle prawa międzynarodowego, jak i polskiego nie podlega przedawnieniu”. Po stronie ukraińskiej projekt ten szczególnie ostro skrytykowała nacjonalistyczna partia Swoboda, która jest największym apologetą partyzantów z UPA i Stefana Bandery. Rzecznik Swobody, Ołeksandr A ronec zapowiedział wręcz, że jeśli uchwała przejdzie w polskim Sejmie, deputowani jego partii będą musieli złożyć analogiczny projekt uchwały do ukraińskiej Rady Najwyższej o uznaniu A rmii Krajowej za organizację zbrodniczą. Skąd taka reakcja? Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, a w tym przypadku wszystko rozbija się o jedno słówko: ludobójstwo. Jak pisał Paweł Reszka w „Tygodniku Powszechnym” , w porządku obrad Forum Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa z lutego 2013 roku figurowały dwa tematy dyskusji o Wołyniu. W wersji polskiej temat brzmiał: „Ludobójstwo na Wołyniu: prawda, pamięć, pojednanie”, w ukraińskiej: „Tragedia wołyńska: prawda, pamięć, pojednanie”. Te językowe różnice chyba najlepiej odzwierciedlają naturę całego problemu: jedna strona chciałaby nazwać rzecz po imieniu, druga natomiast uniknąć literalnego nazywania tych niechlubnych dla niej wydarzeń.

źródło: wprost.pl

17


DO_POLSKA

//JUSTYNA SKALSKA

źródło: odyssynlaertesa.com

Krok po kroku do pojednania A przecież dokonano już wiele na rzecz polsko-ukraińskiego pojednania. We wrześniu ubiegłego roku polscy i ukraińscy intelektualiści z Lwowa wystosowali apel, by obchody 70. rocznicy „antypolskiej czystki” nie pogłębiały uprzedzeń między narodami. W związku z obawą, że dyskusję po obu stronach zdominują radykalni działacze, powstał polsko-ukraiński komitet Pojednanie Między Narodami. Ukraińska cerkiew grekokatolicka i prawosławna w styczniu bieżącego roku wydała wspólne oświadczenie w duchu dawnego orędzia polskich biskupów: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Nie były to jedyne gesty pojednania, bowiem już w 1997 roku prezydenci obu państw, A leksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma, podpisali oświadczenie o pojednaniu zarówno w kwestii masakry na Wołyniu, jak i A kcji „Wisła”. I prawdopodobnie od tego momentu do 2013 roku Ukraina dojrzałaby do wzięcia odpowiedzialności za popełnione w czasie II wojny światowej zbrodnie, gdyby nie nowa polityka ukraińskich władz – mniej więcej od 2010 roku. Bowiem kształtownie się tożsamości narodowej Ukraińców w oparciu o czyny banderowców z UPA i innych ukraińskich organizacji niepodległościowych nabrało rozpędu za prezydentury Wiktora Juszczenko – nomen omen najbardziej propolskiego prezydenta Ukrainy. Polityka w tle Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych już teraz wydało oświadczenie przeciwko upolitycznianiu obchodów 70. rocznicy rzezi wołyńskiej przez polski Sejm. Prawda jest jednak taka, że to na Ukrainie sprawa zbrodni na Polakach jest omawiana w zależności od zapotrzebowania politycznego. Stosunek Ukraińców do rzezi na Wołyniu kształtują bowiem dwa aspekty. Po pierwsze, jak na młode państwo przystało, Ukraina za wszelką cenę szuka swojej własnej tożsamości narodowej, kreując wizję chwalebnej przeszłości, w której partyzanci z UPA byli bohaterami wal-

18

czącymi z radziecką A rmią Czerwoną i polską A rmią Krajową o niepodległość, a Polacy kolonizatorami, gnębiącymi lud ukraiński, którzy, nie chcąc dobrowolnie opuścić okupowanych ziem, zostali usunięci zeń siłą. W tym ujęciu wydarzenia na Wołyniu są postrzegane, owszem, jako tragiczne, ale zarazem stanowiące nieuchronną część działań wojennych. Historycy z sąsiedniego kraju najczęściej pomijają milczeniem współpracę partyzantów ukraińskich z Niemcami, udział w zbrodniach na ludności nie tylko polskiej, ale i żydowskiej, a w kwestii mordu na Polakach, zawsze mają kontrargument w postaci A kcji „Wisła” w 1945 roku. Po drugie, budując nową tożsamość narodową na etosie banderowców walczących z armią ZSRR, nacjonalistycznie nastawieni działacze chcą przeciwstawić się komunistom i prorosyjskim tendencjom Partii Regionów. I właśnie ta kwestia już kilkakrotnie była punktem zapalnym między Polską a Ukrainą. Trup w szafie Lwowski publicysta, A ntin Borkowski, chyba najtrafniej podsumował polsko-ukraiński spór o Wołyń: „Rozmowa będzie możliwa, jak tylko na Ukrainie pojawi się uczucie wstydu za wydarzenia na Wołyniu i dopóki nie będzie to porównywane ze stanowiskiem Polski. O pojednaniu będzie można mówić wtedy, gdy samo społeczeństwo będzie gotowe do dojrzałej oceny dokonanego zła. Gdy na Ukrainie zaistnieje świadomość, że nie wszystko było w historii piękne, a na Wołyniu były trupy zabitych ludzi. Dialog ten jednak nie jest możliwy w warunkach targowania się pamięcią, to musi być wewnętrzny proces ukraiński”. W dziejach każdego państwa pojawia się jakaś niewygodna i bolesna dlań prawda, czy jak kto woli „hańba domowa”, wynik konfliktów wojennych i dziejowej zawieruchy. I nie da się ukryć, że sprawa mordów na Polakach, nie tylko na Wołyniu, ale i w innych wschodnich województwach dawnej II Rzeczpospolitej, jest przysłowiowym trupem w szafie historii Ukrainy. W szafie, którą należałoby dobrze przewietrzyć.


DO_POLSKA

//PIOTR KASZCZYSZYN

Współczesny mit uniwersytetu Trwa maj, a wraz z nim kolejny rocznik polskich licealistów mierzy się z egzaminem dojrzałości. Zdecydowana większość z nich nieświadoma fundamentalnej fałszywości oczekiwania, z jakim przekroczą później akademickie mury. Albowiem zadaniem uniwersytetu nigdy nie było zapewnienie swoim studentom przyszłego zatrudnienia. I tego stanu rzeczy nie zmienią również współczesne próby hiperdemokratycznej transformacji uczelni w nowy rodzaj szkoły zawodowej. W poszukiwaniu Prawdy Szukając genezy współczesnego uniwersytetu musimy przenieść się na jedną z ulic starożytnych Aten, gdzie Sokrates wraz z grupą swoich umiłowanych uczniów prowadzi jedną z wielu fascynujących, filozoficznych dysput. To właśnie pośród zgiełku ateńskiego miasta narodził się ideał wspólnoty (universitas) intelektualnego samodoskonalenia oraz poszukiwania Prawdy. Prawdy obiektywnej, istniejącej niezależnie od ludzkiej woli, ale dla ludzkiego rozumu poznawalnej. Prawdy, którą Platon umieścił w uniwersum doskonałych i nieśmiertelnych idei. Podobne poglądy głosił Arystoteles pisząc, iż ludzki rozwój wynika z chęci upodobnienia się człowieka do istoty wyższej, którą Stagiryta nazwał Pierwszym Nieruchomym Poruszycielem. A jako że jedną z czterech skłonności przyrodzonych istoty ludzkiej jest poznawanie tego, co ogólne, tym samym prawdziwie wartościowe życie zapewnia tylko żywot filozoficzny, kontemplacyjny oraz refleksyjny, bazujący na ciągłym intelektualnym wysiłku, prowadzący człowieka do stanu prawdziwej szczęśliwości. Z czasem hellenistyczny świat odszedł w zapomnienie, zastąpiony przez cywilizację christianitas. Nie zginął jednak ideał „miłujących prawdę” (philosophia), wstępując na uniwersytety średniowiecznej Europy. Z upływem wieków zmieniał on swój charakter, nie tracąc jednak swojej zasadniczej istoty. Aż do czasów najnowszych. Katastrofa II wojny światowej zaowocowała hiperdemokratyczną rewolucją, symbolizowaną przez lewicowe ruchy studenckie 1968 r. Jeden z ideowych ojców współczesności, Isaiah Berlin, w swoim kanonicznym już tekście „Dwie koncepcje wolności” zdecydowanie odrzucił zarówno kategorię Prawdy, jak i wszelkie uniwersalistyczne ruchy, jako krypto totalitarne

w swej istocie. Przeciwstawiając „wolność negatywną” „wolności pozytywnej” zredefiniował samo pojęcie wolności w duchu idealnego egalitaryzmu, sugerując, że jakiekolwiek wartościowanie nosi już w sobie ładunek opresyjności. W ten sposób Berlin ewokował pojawienie się ruchu postmodernistów, albo odrzucającego w ogóle pojęcie Prawdy, albo twierdzącego, iż każda partykularna grupa ma swoją własną prawdę, a umieszczanie ich na skali „lepsze/gorsze” jest nie tylko niemożliwe, ale i niedopuszczalne. Cnota i wolność Fundamentalna różnica między klasycznym modelem edukacji, a współczesnym tworem postedukacyjnym leży na płaszczyźnie ontologicznej. Z pism greckich filozofów starożytności wyłania się obraz człowieka jako istoty wewnętrznie złożonej, o dualistycznej naturze, składającej się z pierwiastka ducha i materii. W obrębie duszy, jak pisał Platon, możemy wyróżnić trzy komponenty: rozum i temperament, które winny trzymać w ryzach ostatnią z części – pożądliwość, „której jest najwięcej w duszy każdego, a taka już jej natura, że nie nasycą jej żadne skarby”. Przechodząc ze sfery filozofii do sfery religii, analogiczny obraz ludzkiej osoby odnajdujemy w chrześcijaństwie, gdzie człowiek jako istota przede wszystkim duchowa powołany jest do dążenia ku życiu wiecznemu z Bogiem. Jego ostatecznym przeznaczeniem, immanentnie mu przynależnym z racji samej natury człowieczeństwa, jest osiągnięcie przebóstwienia – doskonałej harmonii materii i ducha, które nastąpić ma już po Paruzji i narodzinach Nowego Jeruzalem. Tym samym widzimy, że zarówno w tradycji greckiej, jak i chrześcijańskiej, stanowiących fundament cywilizacji europejskiej, nacisk położony jest na metafizyczny wymiar ludzkiej egzystencji. Człowiek jest istotą ze swej natury skierowaną ku temu, co transcendentne, a jego zadaniem jest ciągłe samodoskonalenie, walka z własnymi słabościami/grzechami oraz porzucenie życia w oparciu o popędy czy pobudki pożądliwości „dla sokratejskiej zasady boulesthai: oceny zachcianek i ich zaspokojenia zgodnie z pewnym standardem tego, co dobre”, jak pisał wybitny znawca Platona prof. Charles Kahn. Zatem celem edukacji (przede wszystkim uniwersyteckiej) winno być dostarczanie intelektualnych i moralnych fundamentów kształtujących wychowanków i kierujących ich na drogę realizacji arete, moralnej i intelektualnej doskonałości duszy. Bez względu na to czy ten duchowy rozwój ograniczony jest do wymiaru doczesnego, czy otwiera się na perspektywę życia wiecznego. Interesująco przedstawia się również relacja między rozumem, a wolnością. Współczesne rozumienie tego pojęcia jako „wolności od”, odrzuca bowiem koncepcję „niewoli namiętności”, konstytutywną dla starożytnego postrzegania ludzkiej wolności. Platon pisząc o relacji rozumu i pożądliwości nie miał na myśli tylko i wyłącznie aksjologicznej nadrzędności intelektu i cnotliwego życia, lecz zwracał także uwagę na ryzyko dyktatu namiętności, który prowadzi w konsekwencji do utraty wolności osobistej. Równie mocno zwracał na to uwagę Arystoteles przekonując, że człowiek nieopanowany, bezrefleksyjnie poddający się popędom nie jest zdolny samodzielnie kształtować własnego postępowania. Jego poczynania są tak naprawdę podyktowane chwilowymi kaprysami, a nie racjonalnymi wskazaniami rozumu, poprzedzonymi swobodnym i krytycznym namysłem. Podobne podejście znajdujemy w myśli chrześcijańskiej,

19


DO_POLSKA

//PIOTR KASZCZYSZYN

gdzie rozum wskazany jest jako fundament i źródło ludzkiej wolności, a pożądliwość utożsamiona jest z grzechem. I w tym miejscu właśnie zaczyna się zadanie uniwersytetu – nauczyciela rozumu; tego, który dostarcza mu intelektualnych narzędzi niezbędnych do utrzymania namiętności w ryzach, a tym samym zachowania wolności każdego człowieka. Uniwersytecka kuźnia elit W swoim założeniu uniwersytet posiadał niezmiennie elitarny charakter, pełniąc rolę kuźni politycznych, naukowych i kulturowych kadr państwa. Skupiał on niewielki odsetek absolwentów szkół średnich, którzy charakteryzowali się najwyższym poziomem wiedzy i w toku studiów miał za zadanie przemieniać ich w intelektualną elitę narodu, wyposażoną jednocześnie w mocny, etyczny kręgosłup. Tak uformowane osoby miały w następnej kolejności zasilić instytucje publiczne, organizacje pozarządowe oraz przewodzić obywatelskim protestom przeciwko niewłaściwej

studiów. Obecnie polski system szkolnictwa wyższego został już przetransformowany przez proces hiperdemokratyzacji, który zniszczył dawny charakter uczelni. Działając na zasadzie naczyń połączonych, ogromna liczba studentów spowodowała spadek poziomu nauczania, a spadek poziomu nauczania umożliwił przekroczeniu murów uniwersyteckich setkom tysięcy osób, które nigdy nie powinny się tam znaleźć. W ten sposób stworzony został nowy model uczelni instant, swoistej fabryki dyplomów, odpowiadającej tylko na rynkowe zapotrzebowanie wyższego wykształcenia, które z konieczności straciło swoją realną wartość. Wobec tak funkcjonującego uniwersytetu trudno formułować poważne zarzuty o nie zapewnianie swoim studentom przyszłego zatrudnienia (nie odnoszę się oczywiście do kierunków ścisłych). Nie bez winy pozostają także ci studenci, którzy na studia wybrali się raczej z przypadku, traktując je jak przedłużenie

polityce rządu. Tym liceum. A lbowiem samym ich zadaniem przekonanie, iż było stanie na straży po pięciu latach właściwego funkcjostudiów humaninowania porządku stycznych bądź demokratycznego. A lspołecznych, pozbabowiem, jak słusznie wionych mniej lub zauważył Karol Monbardziej dorywczej teskiusz, „wartość zapracy, odbywania łożycielska”, na której staży, aktywności ufundowana jest demow kołach naukowych kracja, a mianowicie czy działalności równość, jest w swej w organizacjach pozaistocie tworem sztucznym rządowych, znajdzie i nienaturalnym. Człosię z łatwością zawiek jest bowiem stwotrudnienie jest dla źródło: unitedplant.org rzeniem dążącym do wyższości nad innymi, tak więc skłonmnie przekonaniem co najmniej kuriozalnym. ność ta musi zostać ograniczona za pomocą równości wobec prawa. Tym samym znajdujemy u Monteskiusza demokrację Przyszłość z nutką optymizmu jako ustrój najtrudniejszy i najbardziej wymagający, nie będą Jaka przyszłość czeka w takim wypadku instytucy w stanie funkcjonować bez cnoty politycznej. To ona stać ma cję, która nie spełnia pokładanych w niej nadziei? W moim bowiem na straży owej równości, aby nie doszło do jej zaniku przekonaniu współczesny polski uniwersytet czeka proces (oligarchia) bądź nadmiernej ekspansji (tyrania większości). powolnego obumierania. Wobec nieubłaganych zmian deW dalszej kolejności jednostka wyposażona w ową cnotę pomograficznych spora część prywatnych uczelni zostanie lityczną winna dążyć do stworzenia obywatelskiego etosu zamknięta. Podobnie zresztą powinno stać się z uniweri obywatelskiego społeczeństwa, o którego nieodzowności sytetami państwowymi, przywracając im w ten sposób ich w państwie demokratycznym tak gorąco przekonywał A lexis pierwotny, elitarny charakter. Nieskuteczne okażą się, moim de Tocqueville. Czy nam się to podoba, czy nie, system dezdaniem, planowane działania dalszej specjalizacji uczelni, mokratyczny nie może właściwie funkcjonować w społeczeńprzekształcające je w konsekwencji w quasi szkoły zawodostwie pozbawionym intelektualnych elit. we. A co ze szczytnymi ideałami wygnanymi z uniwersytetu Wykształcenie instant przez proces jego umasowienia? W moim przekonaniu funk Dopiero teraz chciałbym odnieść się do pocję nowej kuźni intelektualnych elit zaczynają przejmować wszechnie formułowanego wobec uniwersyteobecnie środowiska skupione wokół społeczno-politycznych tu oczekiwania, iż zapewni on swoim absolwentom kwartalników oraz organizacji pozarządowych. A kto wie, zdobycie w przyszłości pracy. A lbowiem w moim przekobyć może ukształtowane przez nie osoby będą miały w przynaniu jest to zadanie najmniej istotne spośród wszystkich. szłości możliwość „odzyskania” uniwersytetów i przywróceW przeszłości owe zatrudnienie było czymś oczywistym nia im blasku dawnej chwały? i wiązało się bezpośrednio z elitarnym charakterem samych

20


DO_ŚWIAT

//IZABELA PRZYBYŚ

Wciąż naprzód i naprzód… Dotychczas w Stanach Zjednoczonych szefowie wielkich korporacji uczestniczyli w rozgrywkach politycznych głównie poprzez wpłacanie pieniędzy na konta partii. 11 kwietnia 2013 roku do świata polityki wszedł założyciel Facebook’a, Mark Zuckerberg, oraz kilkunastu innych CEO (Chief Executive Officer) z Doliny Krzemowej. 26 kwietnia dołączył do tego grona również Bill Gates. Zarówno Republikanie jak i Demokraci mają w swoich szeregach szefów dużych firm. Takie osoby działają głównie lokalnie, na przykład ubiegają się z ramienia partii o stanowisko gubernatora. Często, jeżeli są powszechnie znane, występują jako kandydaci niezależni. Rzadko zajmują się reformami i sprawami o ogólnokrajowym zasięgu. Jednym z najbardziej znanych przedsiębiorców zaangażowanych w politykę jest Mike Bloomberg, zajmujący dziesiąte miejsce na liście najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”, który może pochwalić się fortuną szacowaną na 25 mld USD. Od 2002 roku sprawuje urząd burmistrza Nowego Jorku i aktywnie działa w polityce. Należał już zarówno do Demokratów, jak i Republikanów – do tych ostatnich przyłączył się, gdy postanowił startować w wyborach na burmistrza Nowego Jorku. Konkurencja wśród Demokratów była duża, w dodatku Bloomberga po przejściu do GOP poparł ustępujący Republikanin, Giuliani. Miliarder bez wahania zmienił partię. Takich polityków nazywa się w Stanach Zjednoczonych RINO (Republican In Name Only), ponieważ kierują się tylko korzyściami wynikającymi z przynależności do partii. Obecnie od 2007 roku burmistrz pozostaje bezpartyjny. Przedsiębiorcy-celebryci Według weteranów amerykańskiej sceny politycznej coraz pewniej w świecie polityki czują się szefowie wielkich firm, nazywani przedsiębiorcami-celebrytami. Ich wkroczenie do polityki zawsze jest szeroko komentowane przez prasę. Zaczyna się zwykle od znalezienia popularnego wśród społeczeństwa problemu (w Polsce nazywa się to „tematem zastępczym”). I tak Bloomberg zajmuje się małżeństwami homoseksualnymi i problemem imigracji, a Zuckerberg i jego ugrupowanie imigracją oraz szkolnictwem. Według Richa Golda

Mark Zuckerberg, źródło: i.iplsc.com

z Holland & Knight (firma prawnicza, która słynie z lobbingu w Waszyngtonie), sprawa długu publicznego, imigrantów czy małżeństw homoseksualnych to „gorący temat”. „Gdybyśmy skupili się na energetyce lub podatkach, zaangażowanie społeczeństwa w sprawę znacznie by spadło”. 11 kwietnia Zuckerberg i kilkunastu innych szefów dużych firm założyli ugrupowanie polityczne FWD. us. Nazwa pochodzi od angielskiego słowa „forward” – naprzód. Obserwatorzy przewidują, że Zuckerberg rozwinie swoje ugrupowanie tradycyjnie: wyśle do Waszyngtonu lobbystów, zatrudni konsultantów i przede wszystkim zaangażuje opinię publiczną w sprawę. Ma zresztą w swoich rękach potężne narzędzie, jakim jest Facebook. Nie tylko Bloomberg czy Zuckerberg są bogaczami działającymi w polityce. Do tego grona dołączyła ostatnio wdowa po współzałożycielu Apple, Laurene Powell Jobs. Jej działania mają na celu ułatwienie dzieciom nielegalnych imigrantów ścieżki do uzyskania obywatelstwa (ang. pathway to citizenship). Immigration Reform 2013 „Mamy dziwną politykę jak na kraj imigrantów.” Mark Zuckerberg

Główną osią działania grupy FWD.us jest reforma polityki dotyczącej imigrantów. W Stanach Zjednoczonych mówi się o niej od kilkunastu lat. Od 2006 roku w pierwszy dzień maja organizowane są Marsze Imigrantów, którzy domagają się uchwalenia reformy oraz wstrzymania deportacji. Jak podaje „Kurier Wileński”: „Organizatorzy akcji ocenili, że różnego rodzaju protesty odbyły się w środę w ponad stu amerykańskich miastach. Na przykład na wiecu imigracyjnym w Salem w Oregonie gubernator tego stanu John Kitzhaber podpisał ustawę umożliwiającą nielegalnym imigrantom zdobycie prawa jazdy”. Według statystyk w Stanach Zjednoczonych nielegalnie przebywa 11 mln imigrantów. Większość z nich jest tam od lat. Projekt reformy napisany przez Gang of Eight zakłada deportację osób, które do kraju przybyły po 31 grudnia 2011 roku. W kwestii ochrony granic nadal mają one być uszczelniane by zapobiec napływowi nielegalnych imigrantów, szczegól-

21


DO_ŚWIAT

//IZABELA PRZYBYŚ

nie na granicy z Meksykiem. Procedura uzyskania obywatelstwa ma trwać minimum 10 lat, najpierw “kandydat” otrzyma zieloną kartę, później po 3 latach obywatelstwo. Nowością w projekcie jest przyznawanie wiz „wykształconym i wykwalifikowanym”, co pozwoli im osiedlić się w kraju. Dotyczy to szczególnie absolwentów kierunków z dziedzin STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics). Warunkiem jednak będzie ich zdolność do generowania miejsc pracy (poprzez zakładanie firm) lub rozwijania już istniejących biznesów. Osoby z solidnym wykształceniem, szefowie korporacji, biznesmeni będą mogli ubiegać się o wizy. Warto zwrócić uwagę, że potęgę firm z Doliny Krzemowej budowali i budują również imigranci: współzałożyciel firmy Google, Sergey Brin, to z pochodzenia Rosjanin; współtwórca firmy Intel to Węgier A ndrew Grove (czyli A ndrás István Gróf). Słynny potentat kosmetyczny Max Factor był z pochodzenia Polakiem i naprawdę nazywał się Maksymilian Faktorowicz. Dla osób, które będą chciały założyć biznes w USA przeznaczone są specjalne “StartUp Visa”. Raport Fundacji Kauffmana szacuje, że dzięki nim powstanie od 500 tys. do 1,5 mln miejsc pracy. A firmy założone dzięki “StartUp Visa” zwiększą PKB nawet o 1%. Demokrata z Chicago, Dick Durbin podkreślił, że w końcu po przeszło 25 latach nadarzyła się okazja do zmiany obecnej polityki. Ostatni raz zmiany wprowadzono w 1986 roku w ramach ustawy IRCA (Immigration Reform and Control Act) – wprowadzono kary dla pracodawców świadomie zatrudniających nielegalnych imigrantów. Około 3 mln osób dzięki wprowadzonej amnestii uniknęło deportacji, zwiększono także ochronę granic. Projekt ustawy imigracyjnej złożyła ponadpartyjna grupa nazywana “Gang of Eight”, do której należą senatorzy z obu partii. Ich projekt to kompleksowa zmiana dotychczasowego systemu (Border Security, Economic Opportunity and Immigration Modernization Act of 2013). Grupa składa się z 4 Republikanów (m.in. McCain, Rubio) oraz 4 Demokratów (m.in. Bennet, Durbin). Zuckerberg i FWD.us wspierają Gang Ośmiorga w przeforsowaniu ich planu reformy, który obecnie jest w Senacie. Grupa ma nadzieję, że zmiany zostaną uchwalone jeszcze w lipcu tego roku. Prawy do lewego, czyli konserwatysta w roli liberała Niemały problem z reformą mają konserwatyści z Partii Republikańskiej. Ponieważ ich gwiazdy (Rubio) przekonują do poparcia planu reformy, wydaje się, że jest ona stworzona w duchu konserwatyzmu. Niektórzy konserwatywni publicyści i blogerzy twierdzą jednak, że zarówno reforma, jak i jej twórcy, a także FWD.us to lewicowi aktywiści, oraz że Rubio i trzej inni reprezentanci to Republikanie tylko z nazwy. Poza tym zwracają uwagę na fakt, że granice są zbyt słabo strzeżone i przeszło przez nie aż 11 mln osób, które te-

22

Mark Zuckerberg, źródło: tctechcrunch2011.com

raz nie płacą podatków i żerują na państwie. Jak republikańscy reprezentanci Gang of Eight poradzili sobie z przekonaniem konserwatystów? Marco Rubio stwierdził, że lepiej, żeby inicjatywa wyszła od Senatu i została przedyskutowana w Kongresie, niż żeby zajął się nią prezydent Obama (którego, jak można się domyślać, konserwatyści nie lubią). To oznaczałoby jego zwycięstwo, a to przecież bardzo źle. Jakie są szanse na wejście w życie reformy, którą chce wprowadzić Gang of Eight i FWD.us? Raczej duże, zważywszy na wagę problemu. A merykanie chcą zmian w polityce migracyjnej, tym bardziej że od ponad 25 lat znacznie zmieniła się rzeczywistość polityczna, natomiast nie zmieniło się nic w kwestii imigrantów. A jakie są szanse, że zmiany nastąpią w tym roku? Raczej niewielkie. Wszystko zależy od Kongresu i prezydenta Obamy. Tymczasem pozostaje nam śledzić sprawę reformy. Myślę, że Zuckerberg jeszcze może nas zaskoczyć w kwestii swojego miejsca w polityce.


DO_ŚWIAT

//KATARZYNA DZIEKAN

W IMIĘ ALLAHA, U BOKU HITLERA Jak wyglądały kulisy współpracy wielkiego muzułmańskiego nacjonalisty z machiną wojenną Hitlera? W jaki sposób przyczynił się on do szerzenia antysemickich idei nazistów? I wreszcie - jaki był jego wkład w „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”? Udział Mohammeda A mina al-Husajna (1895-1974) – przywódcy politycznego ruchu arabskiego, zaś w latach 1921-1948 Wielkiego Muftiego Jerozolimy – w „ostatecznym rozwiązaniu” jest niezaprzeczalny. Palestyński nacjonalista już w latach 20. X X wieku pełniąc obowiązki przewodniczącego Najwyższej Rady Muzułmańskiej był zawziętym wrogiem syjonizmu. W 1929 władze brytyjskie uznały go za prowokatora rozruchów, który poprzez swych emisariuszy podburzał A rabów do ataków na Żydów w dzielnicy Mea Szearim, a także w Hebronie, Hajfie, Jafie i Safedzie. Poprzez swą antysemicką działalność al-Husajn stawał się coraz lepszym sprzymierzeńcem dla rozwijającego się nazizmu. Przez swe późniejsze kontakty z III Rzeszą muzułmański przywódca brał aktywny udział w propagowaniu idei nazizmu oraz w był silnie zaangażowany w Endlösung. Bliskowschodnia polityka al-Husajna i pierwsze kontakty z III Rzeszą A ntyżydowskie nastawienie i działalność al-Husajna wzbudziły zainteresowanie jego postacią przedstawicieli dyplomacji III Rzeszy w Mandacie Palestyny. Wiosną 1933 roku konsul generalny Heinrich Wolff przesłał do Berlina telegram, będący sprawozdaniem z działalności Muftiego. Kilka tygodni później Wolff nawiązał osobiste kontakty z al-Husajnem. Doszło wówczas do spotkania w Nabi Musa, kiedy to uzgodniono przeprowadzenie bojkotu żydowskich sklepów w Palestynie. Zgodnie z przewidywaniami Heinricha Wolffa palestyńscy Muzułmanie z entuzjazmem przyjęli założenia idei narodowego socjalizmu i przyłączyli się do szerzenia nazizmu w regionie 1. Wpływy arabskiego przywódcy bardzo szybko się rozszerzały, zaś z każdym publicznym wystąpieniem zyskiwał coraz to nowych sprzymierzeńców. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż 19 kwietnia 1936 roku doszło do wybuchu powszechnego strajku ludności arabskiej, który przejawiał się głównie antyżydowskimi demonstracjach i niszczeniem osiedli. Do A rabów palestyńskich dołączyli ochotnicy

Amin al-Husajni, żródło: wikipedia.org

z innych krajów muzułmańskich. Strona brytyjska w celu zażegnania konfliktu podjęła próby rozwiązania sporu drogą pertraktacji. Rozmowy z al-Husajnem prowadził brytyjski Wysoki Komisarz sir A rthur Grenfell Wauchope. Nie przyniosły one jednak oczekiwanych skutków. Strajk się pogłębiał, zaś al-Husajn wzywał do wstrzymania żydowskiej imigracji. Kiedy w1937 roku władze brytyjskie wydały rozkaz jego aresztowania, ratował się ucieczką najpierw do sąsiednich krajów arabskich, a potem do III Rzeszy. Deklaracja współpracy niemiecko-arabskiej oraz dalsza działalność Muftiego 6 listopada 1941 roku al-Husajni przyjechał do Berlina, gdzie w czasie spotkania z przedstawicielem Ministerstwa Spraw Zagranicznych III Rzeszy Ernstem von Weizsäcker omówił zasady podpisania deklaracji o współpracy niemiecko-arabskiej. 28 listopada 1941 roku odbyło się spotkanie byłego Muftiego Jerozolimy z Adolfem Hitlerem, w czasie którego al-Husajn poprosił o publiczną deklarację „uznania i sympatii dla arabskiej walki o niepodległość i wyzwolenie, które byłoby wsparciem do likwidacji żydowskiej siedziby narodowej”. Hitler zapewnił wówczas swojego sprzymierzeńca, że Rzesza będzie systematycznie dążyć do ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej zarówno w Europie, jak i na Bliskim Wschodzie. Dalsza współpraca al-Husajna z przedstawicielami nazistowskich Niemiec skierowana była głównie na wymordowanie europejskich Żydów, w czym

23


//KATARZYNA DZIEKAN

Amin al-Husajni z Adolfem Hitlerem, źródło: noncompulsion.com

DO_ŚWIAT

widział on późniejsze obniżenie imigracji w Palestynie. W dniu 13 maja 1943 interweniował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, by zablokować ewentualne przewiezienie do Palestyny 4 tys. dzieci żydowskich wraz z 500 dorosłymi pochodzącymi z Bułgarii, Węgier i Rumunii. Wniosek ten został przyjęty. Następnie we wrześniu 1943 zablokował ewakuację 500 dzieci żydowskich z chorwackiego miasta A rbe do Turcji. 1 marca 1944 z berlińskiego radia nawoływał: „A rabowie powstańcie jak jeden mąż i walczcie o swoje prawa. Zabijajcie Żydów, gdziekolwiek ich znajdziecie. To podoba się Bogu, historii i religii. A llah jest z wami 2”. Fragment przemówienia w najlepszy sposób odzwierciedla jego antysemickie przekonania. Z kolei 25 lipca 1944 wystąpił do węgierskiego Ministra Spraw Zagranicznych sprzeciwiając się wydaniu zaświadczeń dla 900 dzieci żydowskich i 100 dorosłych, dzięki którym mogliby oni wyjechać z Węgier do Turcji. Według al-Husajna mogłoby to zagrozić osiedlom arabskim na Bliskim Wschodzie. Sugerował on, by węgierscy Żydzi trafili do państw okupowanych przez Niemców, np. do Polski 3 . Istnieją ponadto dowody na zaangażowanie Mohammada A mina al-Husajna w tajną akcję wysłania do Tel Awiwu pięciu agentów-spadochroniarzy, którzy mieli zatruć system wodociągowy miasta. Brytyjska policja schwytała ich jednak w jaskini niedaleko Jerycha. Plany utworzenia muzułmańskiego legionu Waffen SS Zaangażowanie al-Husajna w Endlösung imponowało nazistom do tego stopnia, że wraz z jego kolejnymi wystąpieniami utwierdzali się w przekonaniu o możliwości utworzenia specjalnego muzułmańskiego legionu Waffen SS. Jednostka EinsatzkommandoÄgypten miała zajmować się eksterminacją Żydów na terenie Palestyny. Do utworzenia palestyńskiego oddziału Waffen SS jednak nie doszło, mimo to al-Husajn dalej angażował się w działalność na rzecz III Rzeszy oraz utwierdzania w kręgach muzułmańskich antysemickich poglądów4 . Od 1943 spotykał się z przedstawicielami muzułmańskich społeczności z Bałkanów. W ten sposób sformowano dwie dywizje: 13 Dywizję Górską SS „Handschar” i 23 Dywizję Górską SS „Kama”5 .

Powojenne losy al-Husajna. Procesy norymberskie i zeznania nazistów 24 maja 1946 Wielka Brytania złożyła wniosek o ekstradycję al-Husajniego, twierdząc, że był brytyjskim obywatelem Mandatu Palestyny, który kolaborował z nazistami. Pomimo faktu, że al-Husajn znajdował się na liście zbrodniarzy wojennych, Francja postanowiła uznać go za więźnia politycznego i odmówiła ekstradycji. W międzyczasie przedstawiciele ruchu syjonistycznego obarczyli al-Husajniego odpowiedzialnością za zbrodnie popełnione w Grecji i wezwali Stany Zjednoczone o wsparcie w tej sprawie 6. We wrześniu francuskie władze podjęły decyzję o przewiezieniu A mina do jednego z państw arabskich. W tym celu przeprowadzono konsultacje dyplomatyczne i w dniu 29 maja 1947 al-Husajni korzystając z fałszywego paszportu syryjskiego odleciał do Egiptu. Przywódcy społeczności żydowskiej wezwali Brytyjczyków do aresztowania al-Husajna. Nie doszło jednak do tego, gdyż brytyjskie władze obawiały się pogorszenia stosunków z Ligą Państw A rabskich. Podczas procesów norymberskich zastępca Adolfa Eichmanna, kapitan SS Dieter Wisliceny zeznał, że A min al-Husajn ściśle współpracował z jego szefem w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Za przyczynieniem się arabskiego przywódcy do śmierci kilkunastu tysięcy Żydów świadczyło wiele dowodów. Pomimo to w czasie procesu Eichmanna odmówiono szerszego ustosunkowania się do współudziału Wielkiego Muftiego w Szoah twierdząc, że przesadne eksponowanie al-Husajna odwróci uwagę sędziów i obserwatorów od osoby Eichmanna.

Amin al-Husajni z bośniackimi ochotnikami Waffen-SS , źródło: americanisraelite.com

1

F. Nicosia, The Third Reich and the Palestine Question, Transaction Publishers 2007, s. 85-88.

2 3

M. Pearlman, Mufti of Jerusalem: The Story of Haj Amin el Husseini, 1947, s. 51.

J. Schechtman, The Mufti and the Führer, New York 1965 s. 154-155.

4

„Nazis planned Holocaust in Palestine: historians”, [@:] http://www.expatica.com/de/news/local_

news/nazis-planned-holocaust-in-palestine-historians-29259.html. 5

P. Johnson, Historia Żydów, Wyd. Platan, Kraków 2010, s. 448.

6

24

J. Schechtman, Op.cit., s. 168.


DO_ŚWIAT

//KRZYSZTOF ROJOWSKI

Czy można być kawalerem, żonatym i jeszcze zakonnikiem w jednym?

Rycerstwo jako warstwa społeczna zanikło w czternastym wieku. Dziś pozostało jedynie wspomnienie o „świetnych” zakonach templariuszy, czy też trochę mniej świetnych (dla nas) krzyżaków. Jednak chociaż średniowiecze już dawno za nami, to po dziś dzień mamy do czynienia z działającą organizacją z tamtych czasów - Suwerennym Rycerskim Zakonem Szpitalników św. Jana, z Jerozolimy, z Rodos i z Malty, czyli w skrócie z Kawalerami Maltańskimi. Geneza Zakonu Maltańczycy, powstali jeszcze przed pierwszą krucjatą (która miała miejsce w 1096 roku) jako bractwo mieszczan skupionych wokół szpitala św. Jana Chrzciciela we włoskiej Amalfi. Założycielem był Gérard de Martigues, dziś błogosławiony Kościoła Katolickiego. Wspomniany szpital był bardzo pomocny w czasach pierwszej wyprawy krzyżowej, wskutek czego bractwo zostało przekształcone w zakon rycerski. Został on zatwierdzony w 1113 roku przez papieża Paschalisa II i od tamtej pory znajduje się pod opieką Kościoła. W tym roku obchodzone jest 900-lecie tej decyzji, które było hucznie świętowane 9 lutego, kiedy to przemówienie wygłosił emerytowany papież Benedykt XVI. Istotny jest również fakt, że Kawalerowie Maltańscy mieli od początku charakter międzynarodowy i byli otwarci na członków z wielu państw świata (oczywiście wiary katolickiej i z rodowodem szlacheckim). Jak jest teraz? Zakon Kawalerów Maltańskich jest współcześnie suwerennym podmiotem prawa międzynarodowego – ma status obserwatora w ONZ, UNICEF i Unii Łacińskiej. Ponadto trzy rezydencje (dwie na Malcie i jedna w Rzymie) mają status eksterytorialności – na takich samych prawach jak Watykan. Kawalerowie Maltańscy utrzymują stosunki dyplomatyczne z wieloma krajami, m.in. z Polską. Zadaniem maltańczyków jest, zgodnie z ich credo, obrona wiary oraz służba ubogim i cierpiącym. Jeden z członków Zakonu, chcący zachować anonimowość, powiedział nam również o obowiązującej Konstytucji: zawiera ona pewien istotny szczegół. Otóż po wyborze Wielkiego Mistrza Zakon ma obowiązek

Herb Zakonu Kawalerów Maltańskich, źródło: alejka.pl

Malta w Krakowie

powiadomić o tym Ojca Świętego, który „przyjmuje powiadomienie o wyborze do wiadomości”. Udzielił nam również informacji, iż Kawalerów w Krakowie jest obecnie 32, a w całym związku 159. Co ciekawe, na terenie Polski mieszka jedynie 98 osób – wynika to z faktu, iż po wojnie większość maltańczyków mieszkała poza krajem, i tak zostało po dziś dzień. Jak zostać żonatym kawalerem, i to jeszcze zakonnikiem? Co do kwestii bycia żonatym – to nie jest miejsce na poradnik uwodzenia, więc zostawmy te tematy mądrzejszym. Jednak sprawa członkostwa w Zakonie wydaje się być jeszcze bardziej skomplikowana. Podobnie jak w przypadku lóż masońskich (o których pisaliśmy w ostatnim wydaniu „Drugiego Obiegu”) o członkostwo nie można się od tak „po prostu” ubiegać. Wymagane jest poparcie co najmniej czterech zakonników, w większości przypadków konieczne jest również ukończenie 30 roku życia. Aby otrzymać poparcie obowiązkowa jest przede wszystkim nienaganna postawa moralna i społeczna. Ponadto, jak czytamy na stronie ZPKM: „trzeba wyznawać i praktykować religię katolicką, co musi zostać poświadczone metryką chrztu świętego i bierzmowania oraz świadectwem sakramentalnego małżeństwa (dla osób żonatych lub zamężnych). Niezbędny jest list polecający od biskupa Ordynariusza, właściwego dla miejsca zamieszkania kandydata, traktujący o jego życiu i zachowaniu.”. Nasz informator udzielił nam informacji, iż „rocznie przyjmowanych jest od 3 do 5 osób” – (wynika to z bardzo wysokich wymogów stawianych kandydatom, o których pisaliśmy wyżej). Jak to zrobić? Cóż, wydaje się, że najlepiej jest na początku zostać wolontariuszem ZPKM. O to jest zdecydowanie prościej – związek poszukuje osób gotowych do pomocy w zbiórkach żywności, moderowania profilów na facebooku, tłumaczy czy fotoreporterów. Warto też poruszyć w tej kwestii temat Maltańskiej Służby Medycznej, której członkowie zabezpieczają pielgrzymki, udzielają pierwszej

25


//KRZYSZTOF ROJOWSKI

źródło: magnumphotos.com

DO_ŚWIAT

pomocy. Przedstawiciele tej służby obecni są w ponad 28 miastach na terenie naszego kraju. Z pewnością dołączenie do którejkolwiek z grup mogłoby zaowocować w przyszłości wstąpieniem w szeregi Zakonu. Prawda czy mit – masoneria w związku z kawalerami? Jedną z najgłośniejszych spraw była afera z lat 80., związana z osobą Licio Gelliego. Był on byłym działaczem faszystowskim, który pomagał po II Wojnie Światowej w przerzu-

fot. Krzysztof Rojowski

26

cie byłych nazistów do Ameryki Południowej. Pomimo wyznania ewangelickiego został przyjęty do Zakonu Maltańskiego przez papieża Pawła VI, ponadto był mistrzem sławnej loży P2 (Propaganda Due), jednej z najbardziej znanych w dzisiejszym świecie. Loża ta była zamieszana choćby w morderstwo premiera Włoch Aldo Moro. Skomentował tę sprawę członek ZPKM: „zdarzył się wiele już lat temu przypadek przyjęcia do Zakonu szefa, o ile pamiętam, żandarmerii włoskiej [chodzi o Gelliego – red.], który był członkiem loży masońskiej P2 (nie przyznał się do tej przynależności przed przyjęciem). Kiedy po chyba trzech miesiącach sprawa ujrzała światlo dzienne został «z wielkim hukiem» usunięty z Zakonu”. Innym członkiem maltańczyków, związanym z ową lożą był Umberto Ortolani, który miał bliskie powiązania z mistrzem owej placówki. Ortolani był ambasadorem Joannitów w Urugwaju, a gdy w 1992 zapadł wyrok skazujący go na 19 lat więzienia za oszustwo finansowe (powiązane z krachem jednego z banków), wizerunek Zakonu został mocno nadszarpnięty. Jednak warto uciąć wszelkie spekulacje, iż Zakon Kawalerów Maltańskich jest związany z masonerią; chociaż pewnie plotki zawsze będą. Maltańczycy w Krakowie W naszym mieście znajduje się budynek na alei Kasztanowej (Zwierzyniec), w którym mieści się Maltańskie Centrum Pomocy Niepełnosprawnym Dzieciom i Ich Rodzinom. W jego ramach funkcjonuje niepubliczne przedszkole oraz ośrodek wczesnej interwencji (wraz z czterema przychodniami). Na stronie związku czytamy: „naszym głównym celem jest wszechstronna pomoc dzieciom z zaburzeniami rozwoju psychomotorycznego”. Z danych naszego informatora wynika, iż obecnie pod stałą opieką znajduje się ponad 520 niepełnosprawnych dzieci wraz z rodzinami, a w przedszkolu pomoc otrzymuje 60 dzieci. Można więc powiedzieć, iż Zakon Maltański ma bardzo pozytywny wpływ na społeczeństwo. Jest to organizacja, która skupia ludzi świeckich zaangażowanych w życie duchowe czasami bardziej niż niejeden ksiądz. To przykład, który pokazuje, że tak naprawdę każdy z nas może być tym „świętym Mikołajem” i pomagać, niosąc bezinteresowną pomoc. Pomoc ta niejednokrotnie daje dużo korzyści, gdy zostaje doceniona. Dlatego każdy może mieć, nawet w Polsce, ciepłą i słoneczną Maltę, która będzie ogrzewać ludzkie serca.

źródło: gosc.pl


DO_KULTURA

//KATARZYNA WALIGÓRA

ROMEO I... MALTA! Kuratorem tegorocznej edycji poznańskiego festiwalu „Malta” został jeden z najgłośniejszych europejskich reżyserów – Romeo Castellucci. Będzie okazja, żeby bliżej przyjrzeć się jego kontrowersyjnej twórczości, a także zobaczyć trochę naprawdę dobrej sztuki. Co roku na „Maltę” przyjeżdżają artyści z całego świata, którzy przez kilka tygodni (tym razem od 24 czerwca do 20 lipca) pokazują swoje osiągnięcia. „Malta” to nie tylko teatr – program festiwalu, jak zawsze, podzielony został na pięć działów: teatr, muzyka, taniec, film i sztuki wizualne. Oprócz projekcji, trzech koncertów i szeregu spektakli, zaplanowano także spotkania z artystami, dyskusje i warsztaty dla dzieci. Przez miesiąc w Poznaniu nie sposób się będzie nudzić, bo na „Malcie” każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. W tym roku w festiwal wpisany został idiom CZŁOWIEK-MASZYNA (OH MAN, OH MACHINE). W tekście kuratorskim Castellucci napisał: „(...) chcemy przyjrzeć się paradoksalnym aspektom obecności technologii między nami, w nas i dla nas, przez pryzmat słowa technè, którym w starożytnej Grecji określano sztukę. Jeśli technè oznacza sztukę, to trzeba ponownie nadać znaczenie słowu maszyna, które przestaje mieć funkcję jedynie użytkową. Maszyna może stać się metaforą samego życia, jeśli zostaje ono ujęte w ramy reprezentacji.”. W poszukiwania miejsca maszyny w naszej rzeczywistości włączy się głośna grupa Needcompany swoim spektaklem „Mush-room” (25 i 26 lipca). Needcompany tworzą artyści z wielu krajów, mówiący różnymi językami i fascynujący się różnymi zagadnieniami z zakresu sztuk teatralnych. Oprócz „Mush-room” grupa zaprezentuje jeszcze jedną produkcję – „Marketplace 76” (28 i 29 lipca). Niezaprzeczalną gwiazdą festiwalu będzie jednak przede wszystkim Włoch, Romeo Castellucci. Nie ukrywam, że jego teatr głęboko mnie fascynuje i porusza a każdy spektakl jest dla mnie silnym doświadczeniem emocjonalnym i wizualnym. Wiadomość o tym, że to on zostanie kuratorem festiwalu przyjęłam z radością. Nie spodziewałam się jednak, że organizatorzy zadbają o to, żeby w trzy dni można było tak dobrze poznać jego twórczość. Spektakl będzie jeden – „The Four Seasons Restaurant” i będzie go można zobaczyć trzy razy, od 24 do 26 lipca. W dniach od 25 do 27 lipca zaplanowano jednak trzy projekcje nagrań najważniejszych i najgłośniejszych przedstawień reżysera. Castellucci studiował historię sztuki i scenografię. Informacja ta nie tylko przybliża jego biografię, ale ma podstawowe

znaczenie dla jego teatru. Socìetas Raffaello Sanzio tworzy razem z żoną Chiarą Guidi i siostrą Claudią Castellucci. Od dawna, czyli od trzydziestu dwóch lat. W tym czasie zdążył zdobyć uznanie i wypracować bardzo wyrazisty język artystyczny. To, co robi Castellucci, nieustannie balansuje na granicy akceptacji i odrzucenia publiczności. Jego strategia artystyczna jest silna, skuteczna i kontrowersyjna. To ciekawe, bo Castellucci absolutnie nie robi teatru politycznego, w znaczeniu zaangażowania w aktualne wydarzenia. To, co go interesuje jest znacznie bardziej uniwersalne i ponadczasowe. Gdybym miała wskazać kilka najważniejszych tematów jego teatru, to na jednym z pierwszych miejsc postawiłabym zagadnienie widzialności. Castellucci bardzo często pokazuje publiczności to, czego nie chce się oglądać – szczególnie dotyczy to kwestii ciała w całej jego fizycznej słabości. To, co budzi wstręt, ale także to, co nakazuje odbiorcy przekroczenie granicy wstydu (bo dane nam są do widzenia rzeczy niesłychanie intymne), sąsiaduje w tym teatrze z pięknem sztuki oraz ze wspaniałą plastyczną kompozycją przedstawienia. W 2011 roku we Wrocławiu mieliśmy okazję obejrzeć spektakl „O twarzy. Wizerunek Syna Boga” w ramach festiwalu „Dialog”. To pierwsza część cyklu, do którego należy także prezentowany na „Malcie” spektakl „The Four Seasons Restaurant”. „O twarzy...” w Polsce miało dobre przyjęcie, chociaż po każdym z dwóch pokazów publiczność wychodziła skrajnie podzielona (wielu zresztą opuściło salę w trakcie trwania przedstawienia). We Francji tymczasem, a potem także we Włoszech i na Litwie, spektakl wzbudził falę protestów, prowokowanych przez organizacje katolickie i prawicowe. Co okazało się tak bardzo nie do przyjęcia? Wstręt, jaki budzi pokazane z całą bezwzględnością ciało starego mężczyzny, który ma problemy z utrzymywaniem stolca. Przede wszystkim jednak rozegranie pierwszej bardzo długiej, bo aż czterdziestominutowej sceny poniżenia i opieki (syna nad starym ojcem) na tle wielkiego obrazu Chrystusa pędzla Antonello da Messiny. Spojrzenie Jezusa na wizerunku przenikało widzów i wszystkie sceniczne działania. W kolejnych sekwencjach spektaklu (co także budziło niesłychany sprzeciw), obraz był niszczony – gest obra-

Romeo Castellucci, źródło: flickr.com

27


DO_KULTURA

//KATARZYNA WALIGÓRA

„The Four Seasons Restaurant”, źródło: gazeta.pl

zoburczy krzyżował się z gestem modlitewnym, rozpacz mieszała się z zawierzeniem, bunt przeciw skandaliczności cierpienia łączył z aktem ufności i pokory. Granice tego, co dopuszczalne do oglądania zostały naruszone i widz musiał się albo na to zgodzić, albo całkowicie odrzucić przedstawienie. W „O twarzy...” Castellucci raz jeszcze pokazał, że chce odnowić dialog pomiędzy religią a sztuką, że jego wizja świata otwiera się w kierunku transcendencji i doświadczenia mistycznego (nieprzyjmowanego jednak bezkrytycznie). W tym także reżyser jest swoistym fenomenem – próbuje na nowo zespolić sfery artystyczną i sakralną, które od lat wydają się coraz bardziej od siebie oddalać. „The Four Seasons Restaurant”, które będzie można zobaczyć już wkrótce w Poznaniu, nie jest spektaklem, który moglibyśmy oskarżyć o prowokacyjność. Castellucci ponownie koncentruje swoje poszukiwania na zagadnieniu wizerunku, w zakresie kompozycji przedstawienia zbliża się jednak bardziej do „Inferna” z cyklu „Boska komedia” niż do „O twarzy...”. Ponownie też czerpie inspiracje z historii sztuki. Restauracja The Four Seasons znajduje się w Nowym Yorku i jest jednym z droższych i bardziej ekskluzywnych lokali w tym mieście. Na ścianach bogatych sal miał zawisnąć cykl obrazów jednego z najpopularniejszych wtedy malarzy – Marka Rothko. Rothko maluje więc wielkie płótna porażające swoim ładunkiem emocjonalnym, ciężkie, ponure, w ciemnych barwach – artysta chce, żeby gościom ekskluzywnej restauracji obrzydzały każdy posiłek. Będąc w Nowym Yorku idzie jednak na kolację do The Four Seasons – po tej jednej wizycie, decyduje, że jego prace nigdy tu nie zawisną. Kontrakt zostaje zerwany. To właśnie ten gest artysty zainspirował Castellucciego do stworzenia spektaklu i jednocześnie zadecydował o jego tytule. Plastyka obrazów Rothka niewątpliwie przenika całość przedsięwzięcia, chociaż w spektaklu nie pojawi się ani jeden obraz malarza. Kto chciałby szukać w przedstawieniu jakiejkolwiek spójnej narracji, od razu może dać sobie spokój. Tutaj żaden sens nie jest pewny i żaden nie jest dany z góry – jesteśmy na obszarze całkowicie niejasnym i – co gorsza – jesteśmy zdani tylko na

28

siebie. Odczytywanie spektaklu musi więc ulec zmianie – idąc tropem Didi-Hubermana, proponowałabym przyglądanie się mu tak, jak interpretuje się marzenia senne w psychoanalizie freudowskiej. Spektakl zaczyna się od ciemności i ogłuszającego szumu. Castellucciego od jakiegoś czasu fascynuje pustka czarnej dziury, ale ten pierwszy obraz możemy skojarzyć też z wrażeniami, jakie niekiedy wywierają obrazy Marka Rothko. Kurtyna się unosi – widzimy pomalowaną na biało salę gimnastyczną. Pojawia się kobieta w stroju przypominającym te noszone przez amiszów. Staje twarzą do widowni – chwila wahania i wewnętrznej walki, po której odcina sobie język. Czerwony kawałek spada na podłogę (od razu zapewniam – jesteśmy w teatrze, tu nic nie dzieje się naprawdę, nawet jeśli u Castellucciego to często nie jest oczywiste). Przychodzą kolejne kobiety, każda powtarza decyzję pierwszej – są piękne, młode, przywodzą na myśl obrazy Botticellego. Potem tworzą rytualny krąg, a wpuszczone na scenę psy zjadają szczątki języków. Teraz rozpoczyna się recytacja. W spektaklu wykorzystany został tekst Hölderlina „Śmierć Empedoklesa” (nigdy nietłumaczony na polski). Słowa są jednak oderwane od aktorek, słyszane przez głośniki dochodzą do widza z wyraźnym opóźnieniem. Po tej scenie nastąpi cykl sekwencji plastyczno-technicznych. Maszyny wprawione w ruch pracują na olśniewający efekt wizualny końcówki. Pozostajemy w sferze niejasności, domysłów, skojarzeń – musimy poddać się plastyce, pozwolić, żeby tak jak w przypadku obrazów Rothka to emocje, nie intelekt, były naszymi przewodnikami. Jak już wspominałam, w czasie festiwalu będzie można obejrzeć także trzy projekcje najważniejszych spektakli Castellucciego: „Juliusza Cezara” (osławionego przez teoretyków teatru z Eriką Fischer-Lichte na czele i przez emocjonującą dla wielu wiadomość, że tytułową rolę gra aktor po tracheotomii), „Tragedię Endogonidię” i „Boską komedię”. Ostatnie to cykl trzech przedsięwzięć artystycznych – dwóch spektakli i jednej instalacji. „Inferno” – oniryczna podróż, w której poetyka wizualnego kolażu wyznacza rytm kolejnych sekwencji. Ponownie spektakl niejasny, niemożliwy do wyłącznie intelektualnego odbioru. Zupełnie inny charakter ma „Purgatorio”. To przedstawienie bardzo narracyjne, pokazujące traumatyczną prawdę o życiu jednej rodziny. Muszę przyznać, że nie lubię tego spektaklu, bo drażni mnie stosunek do widza, jaki w nim dostrzegam. Prowadzenie odbiorcy za rękę, wpisana w przedsięwzięcie dość płytka prowokacyjność, wspomniana silna narracyjność – wszystko to odbiega od tego, w czym Castellucci sprawdza się najlepiej. Nie znaczy to jednak, że „Purgatorio” nie jest godne uwagi, wielu widzów ma zresztą do niego stosunek prawie nabożny. Ostatnią częścią cyklu jest instalacja „Paradiso”, która została zrealizowana w dwóch wersjach. Nagranie obejmuje kilkuminutowy zapis dający ogólne wyobrażenie o przestrzeni, jaka miała oddziaływać na odbiorcę. Teatr Castellucciego, który porusza i prowokuje do skrajnych opinii, jest na pewno jednym z najbardziej godnych uwagi zjawisk europejskiej sceny. Ci, którzy zdecydują się pojechać do Poznania będą mieli okazję się o tym przekonać. Chyba warto, bo ta „Malta” jest przecież całkiem niedaleko od domu.


DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//LIDIA PROKOPOWICZ

Opowieści z twojego miasta „Dziennik Łódzki” donosi: Pijani studenci, mieszkańcy jednego z akademików, postanowili wysłać swojego kolegę na Marsa. W tym celu umieścili go w kartonie, na którym widniał napis „Misja na marsa”. Student udający się w kosmos został wyrzucony z 12 pietra i zginął na miejscu. Zawiadomiona przez sąsiadów policja szybko odnalazła mieszkanie, w którym nadal trwała impreza. Zastała w nim nietrzeźwych studentów przygotowujących drugi karton, na którym napisane było „Misja ratunkowa”. Urban legend Każdy z nas zna jakąś miejską legendę. Wysoce prawdopodobną historię opowiedzianą przez znajomego. Nierzadko dajemy się na nie nabrać, bo pochodzą z wiarygodnego źródła, a czasem nawet koleżanka siostry przyjaciela była naocznym świadkiem. Lubimy się bać i lubimy straszyć. Ochoczo powtarzamy opowieści, które zasłyszeliśmy, do momentu aż historia zaczyna żyć własnym życiem i nikt nie jest wstanie powiedzieć, skąd dokładnie pochodzi. Legenda z „Misją na Marsa” krąży po Krakowie od lat. Pierwszy raz usłyszałam ją będąc w liceum. Ponoć kolega koleżanki był w tym mieszkaniu. Szybko jednak okazało się, że studenci z Łodzi, Warszawy, Lublina też postanowili wyruszyć w kosmos. Sama opowieść w Internecie krąży raz to z dopiskiem „Dziennik Łódzki”, drugi raz z podpisem„Onet.pl”. Cała Polska chwali pomysłowość anonimowych studentów. Niejeden będzie się zarzekać, że coś takiego naprawdę miało miejsce – ot, siła miejskiej legendy. Mamy bowiem skłonność do wierzenia w historie, które – mimo, że zmyślone – są bardzo prawdopodobne i dodatkowo bazują na głęboko zakorzenionych w nas lękach. Miejskie legendy są zjawiskiem globalnym, opowieści w różnych wariantach są powielane i rozpowszechniane, co w znacznym stopniu ułatwia nam dziś Internet. Choć i za czasów PRL-u po ulicach większych miast jeździła Czarna Wołga wzbudzająca popłoch wśród dzieci i matek. W młodości słyszałam opowieść o Szatanie podróżującym czarnym Mercedesem i pytającym dzieci o godzinę. I mimo, że strach przed Żydami mordu-

jącymi dzieci na mace czy zarazą przenoszoną przez szczury jest nam dziś obcy, pewne pozostałości tych lęków odnaleźć można jeszcze w miejskich legendach. Studencie! Lubisz hamburgery? Przykładem takiej historii jest opowieść o mężczyźnie, który żywił się hamburgerami. Pewnego dnia podczas posiłku poczuł, że coś mu utknęło między zębami. Nawet w domu nie potrafił tego wyjąć, poszedł więc do dentysty. Po chwili specjalista wyciągnął mu z ust ząb szczura. Podobna opowieść traktuje o szczurzym pazurze w batonie znanej marki. Historie te, opowiadane z uczuciem przez przeciwników znanych sieciówek, robią furorę w dużych miastach. Ilość wariantów jest tak duża, że niemożliwym jest ustalenie pochodzenia tych opowieści. Szczury pobudzają naszą wyobraźnię jak mało które zwierzę. Ubiegłoroczna majówka Polaków stała pod hasłem „puszek piwa zanieczyszczonych szczurzym moczem”. Internet huczał od informacji na temat zgonu spowodowanego bakterią, która dzięki udziałowi gryzoni znalazła się na opakowaniu, dokładnie w miejscu, które dotykamy ustami podczas spożywania. Ogromna ilość miejskich legend dotyczy jedzenia. Podświadomy strach bądź niepewność towarzyszy nam przy spożywaniu prawie każdego pokarmu pochodzącego z nieznanego miejsca. Tego typu miejskie legendy są prawdopodobne, bo nieustannie podsycają je potwierdzone informacje na temat niesmacznych zawartości wielu produktów znanych i nieznanych marek. Szanuj się studentko! Prawie wszystkie miejskie legendy zawierają elementy grozy i makabry. Najciekawsze jednak ostrzegają przed okropnymi skutkami działań, sprzecznymi z zasadami obowiązującymi w danej społeczności. Te legendy jak żadne inne potwierdzają nasze lęki i obawy przed złem czyhającym wszędzie. Kiedy młoda kobieta idzie do klubu i poznaje mężczyznę, ale nie zachowuje dystansu jak na damę przystało, może spodziewać się najgorszego... Tak przynajmniej jest w opowieści o „koleżance znajomego”, która wybrała się z przyjaciółmi potańczyć. Podczas całonocnej imprezy dziewczyna poznaje mężczyznę, z którym tańczy i świetnie się bawi. Tajemniczy nieznajomy kradnie jej niejeden, a kilkanaście pocałunków, prosi o numer telefonu, a nad ranem zaprasza do siebie „na kawę”. Młoda kobieta odmawia i wraca do domu. Po kilku godzinach dostrzega w okolicach swoich ust dziwną wysypkę, z którą udaje się do lekarza. Po badaniu dziewczyna trafia na komisariat, bowiem okazuje się, że opryszczkę spowodować mógł tylko trupi jad. Odnaleziony dzięki numerowi telefonu mężczyzna okazuje się nekrofilem, chowającym w swoim domu ciała dwóch młodych dziewcząt. Legenda ta, mimo że zupełnie prosta i nawet niezbyt prawdopodobna, trafia w sedno naszej kultury. Zarazem przestrzega przed zbyt lekkimi obyczajami, jak i przeszywa tych/ te, które postępują niewłaściwie. Panna, która w chwili słabości symbolicznie oddaje się nieznajomemu, zostaje boleśnie napiętnowana. Samo piętno w postaci wysypki pochodzi od mężczyzny, który nie jest wymarzonym wampirycznym kochankiem, a przerażającym nekrofilem. Przeszywa, bowiem niemal każdy całował się kiedyś z kimś nieznajomym. Zarazem współczujemy dziewczynie z opowieści, jak i odczuwamy lęk, że mogło spotkać nas coś podobnego.

29


DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//LIDIA PROKOPOWICZ

źródło: paranormalpl.wordpress.com

Symbol Szatana Opowieści o satanistach, zaczepiających dzieci wracające ze szkoły, by spytać je, jaki mają zeszyt i podjąć działania zgodne z odpowiedzią (żyletkami cięli uczniów w kratkę lub w linie), krążyły po Polsce w latach 90. XX wieku. Zaniepokojone matki odprowadzały swoje pociechy do szkoły i przyprowadzały do domu. Gdy groza opadła, diabeł zaatakował ponownie. W połowie kwietnia na konferencji „Piekielne zabawy” podczas swojej prelekcji ks. Paweł Popielnicki, diecezjalny egzorcysta, ostrzegał rodziców przed demonicznymi zabawkami. Ksiądz nieopatrznie posłużył się przykładem miejskiej legendy. Jak pisaliśmy na naszej stronie: „większość relacji z konferencji podaje tylko i wyłącznie treść owej legendy, pomijając dalszą część słów prelegenta, w której zaznacza on, iż historia ta jest nieprawdziwa!”. Media narobiły trochę szumu wokół księdza „wierzącego w internetowe historyjki” i sprawa ucichła. Zapewne jednak niedługo wróci, gdyż historia ta nosi charakter orientalny i bazuje na błędnym, ale posiadającym duży potencjał przekonaniu, że w Japonii nie dzieje się dobrze pod względem moralności. Ponadto legenda ta jest wyjątkowo ciekawa. Japonia. Rodzice chorego na raka jamy ustnej dziecka zostają poinformowani, że już nic nie da się zrobić, by ich pociecha wróciła do zdrowia. Zrozpaczona matka prosi złego ducha (bądź diabła) o pomoc. Ten stawia jej warunek: ma stworzyć wizerunek, pod którym miliony będą go bezwiednie czcić. Kobieta rysuje słodkiego, białego kotka o za dużej głowie i wielkich oczach. Zwierzątko nie ma ust. Wielka firma kupuje pomysł i produkuje miliardy produktów z owym wizerunkiem, a dziecko wraca do zdrowia. I tym o to sposobem ponoć wszystkie małe i duże dziewczynki kupując owe popularne produkty czczą szatana nic o tym nie wiedząc. Legenda odwołująca się do przekonania, że zło czyha wszędzie. Zarazem współczujemy dziecku choremu na raka (lęk

30

przed chorobą), z drugiej strony boimy się bezwiednych konszachtów ze złymi mocami. Na sam koniec dorzućmy przekonanie, że zło przyszło do nas z Dalekiego Wschodu. Siła przekazu Wszystkie powyższe legendy łatwo wsadzić do worka z bajkami, gdyż w ich przekazywanie nie angażują się media. Kiedy jednak w grę wchodzi informacja z wieczornego dziennika, sprawy nabierają tempa. „Puma poluje na ludzi w Polsce” , „A larm! Czarna puma grasuje w Polsce” , „Krwawa rzeź na Pomorzu. Puma znów atakuje w Polsce” , „Czarna puma krąży po Polsce. Przebyła setki kilometrów”. To tylko kilka nagłówków dotyczących niesamowitej pumy z Polski. Polska puma przemierzyła setki kilometrów, a im więcej o niej informacji w mediach, tym więcej doniesień o jej pojawieniu się. Jeszcze niedawno puma grasowała rokrocznie, zimowała na strychach polskich domostw, by z pierwszymi promieniami słońca udać się w pola, lasy i straszyć biednych ludzi. Niewykluczone, iż kiedyś jakiś wielki kot uciekł z cyrku lub nielegalnej hodowli, ale na pewno nie przemierzył całej Polski. Dzięki mediom co drugie wielkie zwierze widziane w oddali wydawało się Polakom pumą. Jak czytamy na stronie atrapa.net „Legendarna puma nie jest tylko polskim zjawiskiem. Pumę widywano m.in.w USA (stan Michigan, lata: 1984, 1985, 1989, 1992; Illinois, rok 1992; Maryland, rok 1994), we Włoszech (przedmieścia Rzymu, lata 1989-1990), w Anglii (gdzie czarna puma pojawiała się na tyle często, że zyskała przydomki „Pumy z Surrey” czy „Bestii z Exmoor”), we Francji. Naturalnie ani w Stanach Zjednoczonych, ani we Włoszech, ani w Anglii, ani we Francji nie schwytano żadnej pumy, żywej czy martwej”. Ciekawe, czy i tego lata puma znów zaskoczy Polaków?


DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//MACIEJ WIRMAŃSKI

Kto będzie strzegł strażników? Ta wiadomość z niewiadomych przyczyn nie wstrząsnęła opinią publiczną. Otóż 22 kwietnia ruszył nabór na strażników miejskich w Krakowie. Miasto, które szczyci się jedną z najniższych stóp bezrobocia w Polsce, dba o zmniejszenie tego wskaźnika, jednocześnie powiększając aparat przemocy, podporządkowany de facto nie gminom, lecz MSZ. Nie jestem obecnie w Krakowie, ale jestem pewien, że przed punktem poboru tłoczy się mnóstwo młodych rekrutów. Stałość zatrudnienia i płacy, umowa o pracę i przejrzyste ścieżki rozwoju i awansu – obecnie to nie standard zatrudnienia, lecz przywilej, którym mogą cieszyć się nieliczni. Kolejne pobory do służb mundurowych cieszą się niezmienną popularnością – świadczy to cokolwiek źle o społeczeństwie, którego już prawie nie ma i samoorganizacji społeczności lokalnych, która pozostaje w dużej mierze literacką fikcją, i to fikcją z gatunku utopii. Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 roku o strażach gminnych pozwalała gminom powoływać straże. Nie jest jednak tak, że straże mogą być tworzone przez samorządy w sposób dowolny – uprzednio muszą skontaktować się z policją wojewódzką, która wraz z wojewodą może zaopiniować wniosek o powołanie organu. I chociaż, jak mówi artykuł 6 ustawy, „straż jest jednostką organizacyjną gminy”, to podlega ona ścisłej kontroli policji, urzędu wojewódzkiego oraz samego MSZ, a także parlamentu, które zapobiegają elastyczności w tworzeniu straży, jej funkcjonowaniu, zakresu obowiązków i praw, narzucając ścisły legislacyjny kołnierz. Stalowa Wola, Żory, Chrzanów już zrezygnowały ze swoich straży gminnych. Okazało się, że nie wpłynęło to na jakość bezpieczeństwa, ale za to uratowało wiele pieniędzy w lokalnych budżetach. Jak mówił prezydent Stalowej Woli, A ndrzej Szlęzak, w wywiadzie dla TVN 24 z 21 sierpnia 2012 roku, miasto dzięki likwidacji służby zaoszczędziło około miliona złotych rocznie. Burmistrz słusznie zauważył, że jest to instytucja niewydajna ekonomicznie, jak zresztą zbyt duża liczba innych instytucji, nie tyle samorządowych co państwowych, które są bardzo żarłoczne, rozpasane i zupełnie nie spełniające żadnych żywotnych funkcji. Pomysł wprowadzenia straży gminnych, które mają

ściśle współpracować ze zhierarchizowaną i scentralizowaną policją jest doskonałym przykładem na to jak ustawodawcy pragną ograniczać samorządy. Już funkcjonalne zespolenie tych służb musi budzić nasz sprzeciw. Policja opiera się przecież na cnotach biurokratycznych opisanych przez Maxa Webera. Oprócz wspomnianej hierarchii i centralizacji mamy do czynienia z profesjonalizacją funkcjonariusza i formalnymi wymogami zatrudnienia, podziałem pracy i specjalizacją określonych jednostek podrzędnych w stosunku do centrum i wreszcie depersonalizacją, która jest ściśle związana z tym, że podstawą działania są bezosobowe przepisy prawa. Otóż straże gminne, jeśli w ogóle powinny gdziekolwiek istnieć muszą wykazywać się zupełnie innymi cechami. Dokonując opisu tego, czym powinna się charakteryzować organizacja straży gminnych oraz opisując pozycję strażnika w społeczeństwie posłużę się głównie „nauką o biurokracji”, która jest obowiązkowym kursem na naukach politycznych. Będę odwoływał się do dokonań kryminologii radykalnej oraz sięgnę do ustawy, co do której można mieć spore obiekcje. A rt. 24 ustawy o strażach gminnych stawia warunki starającym się o przyjęcie do straży miejskiej. Otóż nie spodziewałem się, że zupełnie nie dotykają one istoty rzeczy, czyli przysięgi, którą składa nowy strażnik jak i funkcji, które są określone w ustawie. Zadaniem straży miejskiej jest chronienie interesów i potrzeb społeczności lokalnej i dlatego też podstawowym wymogiem dla kandydata na strażnika powinien być wymóg domicylu gminy, w której chce pracować. Zastosowanie tej zasady wykluczałoby, badaną m.in. przez Davida Bayleya z Uniwersytetu Nowy York, „mentalność oblężonego”, na który narażeni są funkcjonariusze patrolujący nieznane sobie pod względem społecznym rewiry. Dystans funkcjonariuszy objawiał się poprzez nieufne zachowanie policjantów, a w konsekwencji wysuwanie przez nich pochopnych wniosków. Takie działanie budziło niechęć mieszkańców do eskalacji konfliktów. Domicyl powinien być duży, co najmniej pięcioletni – strażnik (tudzież policjant) powinien być w rejonie swojego działania sprawny nie tylko proceduralnie, ale również społecznie, powinien działać „swoiście” dla specyfiki „swojej” gminy, którą „zna”. Co z tego wynika? Straż gminna i jej funkcjonariusze nie są – no właśnie, li tylko anonimowymi funkcjonariuszami działającymi na mocy prawa i dyrektyw przełożonych, ale również, jeśli nie przede wszystkim, mieszkańcami, którzy oprócz obowiązku domicylu, powinni być zobowiązani do zamieszkania w miejscu, w którym będą wypełniać swoje obowiązki. Takie ścisłe związanie z lokalną społecznością wyklucza wymóg profesjonalizacji, centralizacji oraz hierarchizacji. Strażnicy gminni nie muszą mieć ścisłego policyjnego przeszkolenia. Owszem powinni wiedzieć jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych – choćby w razie stanu klęski żywiołowej. A le uzbrajanie strażników w broń palną lub paralizator jest absolutnym nadużyciem. Autorytet władzy nie polega tylko na machaniu pałką przed obywatelami, ale na tworzeniu dobrej przestrzeni dla życia. A straż miejska nie powinna być tylko przyboczną strażą

31


DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//MACIEJ WIRMAŃSKI

źródło: dziennikpolski24.pl

burmistrzów i wójtów, ale własnością wszystkich. Dobrym przykładem może być choćby organizacja Ochotniczych Straży Pożarnych, które w małych miejscowościach funkcjonują nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat i które w doskonały sposób radzą sobie z wyzwaniami przed nimi stojącymi nie gorzej od profesjonalnych, etatowych strażaków. Poza tym odprofesjonalizowanie strażników gminnych z pewnością spodobałoby się tej części prawicy, która tak dużo prawi o deregulacji zawodów w ogóle. Strażnicy „amatorzy” oprócz swojej pracy wykonywanej na rzecz wspólnoty powinni mieć możliwość wykonywania innego płatnego zajęcia – co w zasadzie ustawa wyklucza. Pewne rozterki budzi we mnie finansowanie pracy straży, a dokładniej – istnienia finansowania w jakiejkolwiek formie. Jeśli już, to powinno utrzymać się finansowanie straży z budżetu gminy, który jednak musiałby mieć formę budżetu partycypacyjnego. Kandydaci na strażników powinni być nie tylko zaopiniowani przez komisję (w ustawie jest ona ustalana przez Wojewódzkiego Komendanta Policji), co przez mieszkańców, którym strażnik ma służyć. Oznacza to, że kandydatów na strażników mogłyby

rego funkcje byłyby zaledwie techniczne), lecz od tych samych mieszkańców, którzy go powołali. Demokratyzacja wyborów i personalna odpowiedzialność przed społecznością może budzić pewne opory przed pojawieniem się czegoś na kształt kampanii wyborczej wśród kandydatów do tej służby; z drugiej zaś strony rozbudowana funkcja marketingu wyborczego w tego rodzaju wyborach może być powściągana przez płacę minimalną dla strażnika oraz występowanie swoistego mandatu związanego. Można powiedzieć, że wyłonienie straży miejskiej spośród społeczności osłabi ścisłe egzekwowanie i przestrzeganie prawa krajowego. Absolutnie zgadzam się z tym twierdzeniem. Niestety sposób pojmowania prawa w Polsce został sprowadzony do norm prawa pozytywnego, które wyklucza racjonalizację społeczną i elastyczność przepisów. Ponadto brak edukacji prawnej – ta, która istnieje, sprowadza się do akcji, która spowodowała (cytując za znakomitym badaczem prawa Rosji radzieckiej, Adamem Bosiackim), że w świadomości Polaków „prawo sprowadzane było z reguły do systemu nauk penalnych oraz do roli regulatora represji łączonej nieodwołalnie ze sferą władzy państwa”. Prawo wymaga racjonalizacji w ramach lokalnych stosunków społecz-

zgłaszać komitety mieszkańców, jak i mogliby swoją kandydaturę zgłaszać sami ochotnicy, którym zależy na dobru wspólnoty. Tryb odwoływania strażnika nie zależałby od komendanta straży (któ-

nych, a ciągłe narzucanie woli sprawi, że przeciętni obywatele będą ciągle uważali państwo za surowego kata – i tak aż do urzeczywistnienia słynnego przekleństwa Proudhona.

32


l

DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//SYLWIA NOWOSIŃSKA

Reklamy bez skrupułów Jak sprzedać produkt za wszelką cenę depcząc przy tym ludzką godność, moralność i tradycyjne wartości? Autorzy reklam wiedzą o tym najlepiej. Co roku pracownicy działów marketingowych firm dwoją się i troją, aby przyciągnąć uwagę konsumenta. Hasła i slangi reklamowe z czasem stają się nawet elementami mowy potocznej. Najważniejsza jest ciekawa fabuła i pomysł na przedstawienie cudownego działania produktu. Należy zrobić to w taki sposób, aby klient był gotów jak najszybciej pobiec do sklepu i zdobyć cudo, które zdaniem producenta doda uroku, wypierze wszystko prócz kieszeni, sprawi, że będziemy młodzi, piękni, najedzeni, czyści itd. Czasami jednak autorzy spotów reklamowych wyświadczają producentom niedźwiedzią przysługę – zamiast wzrostu sprzeda-ży reklama wywołuje skandal. Cenzura dla reklamy Nad poprawnością i stosownością treści zawartych w spotach reklamowych czuwa w Polsce Rada Reklamy. Jest to instytucja należąca do międzynarodowego stowarzyszenia organizacji samoregulacyjnych EASA Alliance. Rada Reklamy działa na rzecz podnoszenia standardów komunikacji marketingowej przez promowanie dobrych wzorców oraz potępianie nieetycznych i nieuczciwych przekazów reklamowych. Jak informuje portal Gazeta.pl, liczba skarg kierowanych do tej instytucji jest z każdym rokiem coraz większa. Podczas gdy kilka lat temu całoroczny bilans wynosił zaledwie kilkaset zgłoszeń, z relacji zarządu Rady Reklamy wynika, że w 2012 roku wpłynęło ich kilka tysięcy. Taki wzrost może wynikać z faktu, że jesteśmy coraz bardziej konserwatywni w stosunku do odbieranych przez nas treści. Negatywne nastawienie Polaków do kontrowersyjnych spotów marketingowych może także być skutkiem tego, że twórcy przekazu chcą manipulować polskim konsumentem. Posuwają się w tym celu do niekonwencjonalnych metod. Przykłady takich działań możemy mnożyć. Po prześledzeniu licznych takich przypadków może okazać się, że niestosowna, czy zdjęta z anteny reklama przynosi większy rozgłos niż udana kampania. Zgodnie z zasadą „nie ważne co mówią, byleby tylko nazwiska nie przekręcali”, w tym przypadku nazwy firmy czy marki produktu, twórcy kampanii reklamowych – nawet tych nieudanych – zacierają ręce i liczą zyski. Nawiązaniom do radzieckiego koszmaru mówimy nie Największe jak do tej pory kontrowersje wzbudziła reklama sieci komórkowej Heyah z postacią Lenina i hasłami promocyjnymi nawiązującymi do motywu rewolucji. Kampania została wycofana już po pięciu dniach od rozpoczęcia. Przyczyną była rekordowa liczba skarg, która wpłynęła do Rady Reklamy. Wagę sprawy podkreśla fakt, że na rewolucyjną kampanię Heyah zwrócił uwagę nawet prezes IPN, Łukasz Kamiński, który w liście

do właściciela sieci podkreślił, że spot przyczynia się do trywializowania masowych zbrodni i ich ofiar, a także źle wpływa na odbiorców młodego pokolenia i zagraża wywołaniem u nich pozytywnego nastawienia do postaci Lenina. Spot wykorzystujący radzieckie motywy rewolucyjne pokazuje, że fantazja twórców reklam nie zna granic. Co więcej, kreatorzy tego typu przekazu nie biorą pod uwagę możliwości urażenia uczuć odbiorcy i żadnych kwestii związanych z moralnością, taktem i dobrym smakiem. Ważne jest tylko chwytliwe hasło i dobrze sprzedany produkt. Na szczęście w tym wypadku konsumenci wykazali się szczególną czujnością, co pozwoliło na w miarę szybką rezygnację z kampanii. Nie zmienia to jednak faktu, że Leninowi udało się prześladować Bogu ducha winnych odbiorców telewizji i użytkowników Internetu przynajmniej jeszcze przez tydzień. W tym czasie w wielu materiałach prasowych pojawiała się informacja o skandalu, jaki wywołała kampania. Siłą rzeczy sieć komórkowa nie straciła wiele na niefortunnych spotach. Wręcz przeciwnie, mogła nawet sporo zyskać. Słodycze, które straszą dzieci Reklama wafli Grześki pod hasłem „Zero bujdy” również zasłynęła z powodu kontrowersyjnej treści. Produkt, mimo niedawnych zaprzeczeń producenta, bez wątpienia jest docelowo kierowany do najmłodszych. Sprzedawany w ładnym, przyciągającym uwagę dziecka opakowaniu, na którym widnieją animowane postacie. Trudno by się spodziewać, że przekaz dotyczący słodyczy może wywoływać u dziecka lęk, obawy czy niezrozumienie. W rzeczywistości jednak reklama jest zdecydowanie nieodpowiednia dla najmłodszych odbiorców. Producent jednak próbował bronić się tłumacząc, że ów artykuł spożywczy jest docelowo przeznaczony dla dorosłych, a spoty dostępne były w Internecie przy materiałach możliwych do wyświetlenia głównie przez pełnoletnich użytkowników. Reklama była jednak widoczna również w serwisie Youtube i wielu innych, z których korzystają młode osoby, nie tylko pod opieką rodziców, ale też samodzielnie. Jak może zareagować dziecko, kiedy w telewizji widzi scenę, w której mama bez skrupułów oznajmia jego rówieśnikom: „to nie jest wasz tata”? Nie trzeba być psychologiem, aby odpowiedzieć na to pytanie. Młodociani, jako najbardziej podatni na wpływ reklam, mogą ciężko znosić działanie takich sloganów, zwłaszcza, jeżeli staną się one popularne. Dyskusje w szkole, wątpliwości, dyskryminacja czy agresja skierowana w stronę rówieśników wychowujących się w domu dziecka i w niepełnych rodzinach, to tylko jedne z przykładowych zagrożeń. Nie jest powiedziane, że bez negatywnego wpływu telewizji takie zjawiska nie istniałyby, aczkolwiek bezsensowne jest sztuczne ich nasilanie. Twórcy na pewno nie rozważali wszystkich aspektów przekazu wprowadzając reklamę Grześków w obieg. Zastanawiające jest też, co tak naprawdę chcieli zakomunikować odbiorcy za jego pomocą. Hasło „zero bujdy” nie sugeruje przecież, że owa słodka przekąska staje się dla nas swoistym veritaserum – odpowiednikiem eliksiru prawdy, znanego z serii książek o Harrym Potterze. Autorzy nie mieli przecież ochoty na zabawę z naszą wyobraźnią. Pozostaje jednak pytanie, czy takie hasło przemówi do dzieci. Przekąska, która kojarzy się z zaburzeniem spokoju w rodzinie – czy w taki spo-

33


DO_PERSPEKTYWY I OPINIE

//SYLWIA NOWOSIŃSKA

sób powinno się zapewniać dobry marketing dla produktu. Odpowiedź na to pytanie powinniśmy zostawić specjalistom. Sto lat za Murzynami Powyższy związek frazeologiczny może mieć w swoim znaczeniu zabarwienie rasistowskie, kiedy jest używany w mowie potocznej. Takie sformułowanie oznacza kogoś, kto jest bardzo zacofany w danej dziedzinie. Twórcy ostatniej reklamy banku PKO, docelowo pragnęli zademonstrować, że klient niekorzystający z płatności za pomocą komórki jest właśnie „sto lat za Murzynami”. Użyli jednak innego, równie krzywdzącego określenia. Przy okazji spotkania Szymona Majewskiego (który jest twarzą kampanii) z plemieniem do złudzenia przypominającym Pigmejów, dowiadujemy się, że płatności telefonem komórkowym są znane już „nawet na końcu cywilizacji”. Stowarzyszenie „Afryka Inaczej” złożyło skargę odnośnie do stosowania tego rodzaju marketingu. Twórcom zarzuca się rasizm, prowadzenie do błędnego postrzegania przez przeciętnego odbiorcę sytuacji panującej w krajach afrykańskich oraz brak wiedzy. Władze stowarzyszenia słusznie zwracają uwagę na fakt, że użycie sformułowania „na końcu cywilizacji” jest o tyle absurdalne, że pierwsi ludzie pochodzili właśnie z Afryki. Nie jest to jednak jedyny problem związany z treścią spotu. Reklamy najłatwiej trafiają do jednostek najmniej uświadomionych, słabo wykształconych i skłonnych do rozpowszechniania krzywdzących stereotypów. Dlatego łatwy sposób płatności komórką pokazany przy użyciu motywu różnic kulturowych może być w rzeczywistości elementem pielęgnacji ksenofobii, rasizmu i agresji. W XXI wieku, w czasach tolerancji i globalizacji takie działania powinny być niedopuszczalne. Miejsce kobiety nadal w kuchni? „Babie trzeba założyć chomąto. Tak robili do XII wieku polscy chłopi. Zakładali babom chomąto i orali nimi pole.” – takie sądy wygłasza w komedii Olafa Lubaszenki „Chłopaki nie płaczą” postać grana przez Cezarego Pazurę. Oglądając telewizję można śmiało dojść do wniosku, że twórcy współczesnych reklam mają podobne podejście do roli kobiet. Na nic emancypantki, sufrażystki, partie kobiet i inne ruchy dążące do równouprawnienia.

Rola konia pociągowego dla gospodarstw domowych nadal jest niestety przypisywana płci pięknej. Każda reklama środka czyszczącego, proszku do prania, czy zmywarki często sprowadza się do oklepanego scenariusza. Kobieta myje, szoruje i sprząta sama, bez pomocy mężczyzn. Praca jest dla niej męcząca do czasu, kiedy cudowny detergent zostanie jej przedstawiony przez przystojnego osobnika płci męskiej w średnim wieku. Niedawno producenci reklamy Pronto posunęli się jeszcze dalej. Przedstawili mężczyznę wydającego polecenia sprzątającym kobietom i pouczającego je, w którym miejscu powinny jeszcze posprzątać. Do Rady Reklamy została złożona skarga, która zarzucała naruszenie drugiego i czwartego punktu Kodeksu Etyki Reklamy, mówiących kolejno o dobrych obyczajach, poczuciu odpowiedzialności społecznej oraz zakazie dyskryminacji. Treść reklamy uznana została za niezgodną z przepisami, a producent zobowiązany do jej zmiany. Firma tłumaczyła spot w sposób dość absurdalny: „Reklama jest swoistym teatrem. Jedyną prawdziwa rzeczą w reklamie jest prezentowany produkt lub usługa i weryfikowalne cechy tychże. Cała reszta to mniej lub bardziej zabawny, dowcipny, przejmujący «teatr», kabaret, a czasami słaba inscenizacja, innymi słowy wyreżyserowany mini spektakl. Konsumenci są jednak, co do zasady, świadomi stosowania tego typu zabiegów w reklamie i odnoszą się do nich z pewnym dystansem”. Innymi słowy można uznać, że naruszanie dobrych obyczajów nie stanowiło dla producenta żadnej bariery. Uczucia autorki skargi, która podkreśliła, że w reklamie kobieta jest traktowana jako robot do sprzątania, również zostały zbagatelizowane i potraktowane jako skrajne, niedotyczące przeciętnego widza. Uzasadnieni treści przekazu przez producenta z subiektywnego punktu widzenia mogło się wydawać marne, i słusznie, ponieważ spot został uznany za niezgodny z Kodeksem Etyki Reklamy. Jak widać, aby sprzedać produkt, nie wystarczy wyrywać sobie włosów z głowy szukając najbardziej atrakcyjnego pomysłu na scenariusz reklamy. Czasami wystarczy odrobina wiedzy, taktu i rozumu. Tylko te cechy w połączeniu z poczuciem humoru i kreatywnością dadzą naprawdę pożądany efekt. Stąd też słuszny będzie apel: producenci, uważajcie, bo konsument jest coraz bardziej czujny i gotowy do walki z waszym marketingiem przesady.

źródło: narodowcy.net

34


DO_FELIETON

//MACIEJ WIRMAŃSKI

Płody i kurczaki „Pokażcie mi nieumowny moment, w którym można by powiedzieć, że ludzki płód pięć minut wcześniej nie był człowiekiem, a pięć minut później będzie nim w pełni. Jeśli mamy wątpliwości, czy na pokładzie znajduje się człowiek, nie zatapiamy okrętu – to wyłącznie zdrowy rozsądek, nie żadna religijna indoktrynacja1”. To typowa argumentacja Szymona Hołowni, dotycząca zakazu aborcji. Podobna konstatacja jest zauważalna u Roberta Nozicka w „A narchii, państwie i utopii” tyle, że w odniesieniu do produkcji żywności z trupów zwierząt. U Nozicka wnioski z logicznej argumentacji,

w swej mądrości rynek pośredników kwitnie. Nozick miał nie lada kłopot z tym, aby rozwiązać następujący problem – z jednej strony mordujemy tony zwierząt ku uciesze naszych kiszek, ale z drugiej – gdyby nie ten nasz hedonizm,

w której rozwodzi się nad konsumpcją i produkcją ciał zwierząt są następujące – skoro możemy ograniczyć czyjeś (zwierząt) cierpienia i skoro to nie jest (ekonomicznie, a nie kulturowo) kosztowne to zróbmy to, bo w innym przypadku stajemy się głęboko niemoralni. I z tą nozickowską moralnością i sprawiedliwością nie jest związana żadna religijna indoktrynacja. Nie jest jednak tak, że wszyscy wege- są głęboko wierzącymi chrześcijanami, a wszystkim chrześcijanom jakoś szczególnie zależy na niejedzeniu mięsa – stereotypy jak żadne inne narzędzia poznawcze nie pozwalają nam na mariaż tych dwóch grup/zbiorowości. Są jednak na świecie stowarzyszenia, które doskonale łączą stanowisko skrajnych wegetarian i pobożnych chrześcijan. Choćby Chrześcijańskie Stowarzyszenie Wegetariańskie 2, które w typowy „amerykański” sposób, tzn. opierając się na biblijnych cytatach, wyjaśnia dlaczego wegetarianizm jest nie tylko chrześcijaństwu obcy, ale przede wszystkim, dlaczego powinien być każdemu dobremu chrześcijaninowi szczególnie bliski. Nie z jednej, ale z wielu przyczyn. Ważne są tutaj argumenty natury ekonomicznej. Przemysłowe metody produkcji zwierząt rzeźnych wymagają wielkich nakładów paszy, która może być z powodzeniem smacznym jedzeniem dla ludzi. A tak to nieskończony

to te zwierzęta w stanie natury nigdy by nie zaistniały, ponieważ tylko ludzkie starania wypełniają po brzegi fermy i rzeźnie. A biorąc pod uwagę dogmat o tym, że byty (życie) są dobre, to w zasadzie człowiek (ludzkość) reprodukując kolejne kurczaki do uboju jakoś tak „przemysłowo” robi to „dobro”. Problem z tym, że te byty w czasie swego bycia doświadczają jedynie cierpienia i okrutnej śmierci. I na nic by się dziś zdała ekwilibrystyka słowna semibóśtwa pro-choicowych opcji Tadeusza BoyaŻeleńskiego, który popierał spędzanie płodów i rozpowszechnienie środków antykoncepcyjnych z powodów zupełnie innych niż ta współczesna Polska lewica, której praktycznie nie ma. W międzywojniu Polska była bardzo przeludniona i w niektórych rodzinach, szczególnie na wsi, istniała potworna bieda. W przekonaniu Boya nadprodukcja ludności i niedoprodukcja kapitału były szalenie niebezpieczne dla skarbu biednej Rzeczypospolitej. Komu by się dziś chciało łączyć emancypację kobiet, edukację seksualną, publicystykę pro-choice i patriotyzm gospodarczy. I kto jest na tyle niemądry, aby łączyć przeludnienie z rytualnym ubojem zwierząt (bo każdy ubój jest w istocie rytualny)? Polska słynie z nadzwyczaj silnego Kościoła Katolickiego oraz z nadzwyczaj konkurencyjnej gospodarki rolnej, której bardzo ważną gałęzią jest produkcja zwierząt rzeźnych3 . A kto odważy się, aby przestać myśleć o perspektywie antropocentrycznej i zwrócić się w stronę Boga, który wymaga abyśmy szanowali życie w ogóle? I nie doprowadzali do niebezpiecznych sytuacji, kiedy stwarzamy życie tylko w wyniku naszych niedorzecznych zachcianek?

Komu by się dziś chciało łączyć emancypację kobiet, edukację seksualną, publicystykę pro-choice i patriotyzm gospodarczy. I kto jest na tyle niemądry, aby łączyć przeludnienie z rytualnym ubojem zwierząt?

1

http://www.wprost.pl/ar/378711/Prawo-do-zycia/

2 3

http://www.all-creatures.org/cva/ChrzescijanstwoWegetarianizm.html

http://www.agroshow.eu/plik,601,wrzesien-2012-r.pdf

35


KWESTIONARIUSZ dr Marcin Grabowski

AUTOR: SYLWIA NOWOSIŃSKA

1. Jaki jest główny temat Pana zainteresowań naukowych?

• Procesy i organizacje integracyjne w regionie Azji i Pacyfiku (APEC, ASEAN, EAS, ASEM, SAARC, ARF), • zastosowanie teorii, zwłaszcza systemowej i neofunkcjonalnej w badaniu stosunków międzynarodowych, • polityka zagraniczna USA, rola USA w regionie Azji i Pacyfiku, • wzrastająca rola Chin w świecie.

2. Jakie były Pana inne miejsca pracy?

Brak (jeśli nie liczyć innych miejsc pracy związanych z UJ).

3. Która publikacja jest dla Pana najważniejsza?

Na ten moment oczywiście monografia: „Wiek Pacyfiku: Polityka Stanów Zjednoczonych wobec regionu Azji i Pacyfiku po 1989 r.”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2012.

4. Jakie ukończył Pan studia?

Stosunki Międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim.

5. Z czym kojarzy się Panu okres studiów?   Gdzie najchętniej spędzał Pan czas?

Wydaje się, że trzy rzeczy (pochodną ich są miejsca, gdzie przebywałem): • Intensywną nauką, szczególnie podczas trzech pierwszych lat studiów – niewątpliwie ówczesne zajęcia były wymagające i inspirujące; • Działalnością w Europejskim Forum Studentów AEGEE-Kraków – budową od zera tej organizacji (od pierwszego roku studiów), kierowaniem nią, nabywaniem nowych umiejętności, poznawaniem Europy i młodych Europejczyków, w AEGEE działających (taką działalność w organizacjach studenckich, czy innego rodzaju NGOs muszę polecić każdemu studentowi, bo pozwala zdobyć umiejętności, które są kluczowe na rynku pracy, ale też nawiązać niezapomniane przyjaźnie); • Wyjazdami zagranicznymi – związanymi z moją działalnością w AEGEE, współpracą z programem Młodzież (Młodzież w działaniu), a także nauką, szczególnie inspirujący był wyjazd do School of International and Public Affairs Columbia Universiy w Nowym Jorku, która była dla mnie zupełnie innym światem, a gdzie pojechałem pracować nad pracą magisterską oraz pobyt w Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego (School of International Affairs and Pacific Studies, gdzie pracowałem nieco nad pracą doktorską i ukończyłem Global Leadership Institute)

6. Czym zaskakują Pana studenci?

Tym, że wbrew powszechnym opiniom nadal im się chce – zgłębiać wiedzę, poznawać świat, podejmować wysiłek, żeby coś osiągnąć, a przy tym zawsze pytać o coś, co jest dla mnie zaskoczeniem, czyli być dla mnie inspiracją do dalszych badań i poszukiwań.

7. Kto jest dla Pana największym autorytetem ideowym?

Na pewno, jak wielu Polaków, bardzo cenię osobę Jana Pawła II za to, że potrafił otworzyć Kościół Katolicki na inne wyznania i kultury. W obszarze gospodarki cenię prof. Leszka Balcerowicza, którego uważam za nowoczesnego patriotę, osobę, która mimo wielu ataków ze strony właściwie każdego rządu jest w stanie bronić ideałów gospodarki wolnorynkowej, a sprawna gospodarka to warunek sine qua non sprawnego funkcjonowania państwa. Wreszcie muszę wymienić Umberto Eco, który jest nie tylko moim ulubionym pisarzem, zarażającym mnie miłością do semiologii, ale też człowiekiem mającym niebagatelne zasługi na polu szerzenia zrozumienia dla odmiennych kultur i światopoglądów, czy wręcz spojrzenia na własną kulturę oczami kogoś z zewnątrz.

36


Z 8. Partia polityczna, do której jest Panu najbliżej ideowo?

To ciężkie pytanie, bo chyba obecnie nie ma takiej na polskiej scenie politycznej. Gdybym miał szukać, to partia centrowa o odcieniu liberalnym byłaby właściwa. Taka partia, która skupia się na gospodarce (tzn. dąży do ograniczenia niepotrzebnych kosztów, zwłaszcza biurokracji, czy systemu socjalnego, dając tym samym przewagę polskim firmom, obciążonym niższymi kosztami i mogącym dawać zatrudnienie, a przez to godne życie Polakom).

9. Jak ocenia Pan polską scenę polityczną?

Myślę, że odpowiedź wyżej w jakiś sposób do tego nawiązuje (i brak partii, z którą się identyfikuję) – niestety nasza scena polityczna jest niezmiernie niedojrzała, zbyt podatna na populizm i pozbawiona zaplecza eksperckiego. Mam nadzieję (choć coraz mniejszą), że kiedyś część pieniędzy, którymi całkiem hojnie finansujemy partie polityczne zostanie przeznaczona na budowę think-tanków zbliżonych do tych niemieckich, które będą wspierać partie polityczne w przygotowaniu wizji rozwoju kraju.

10. Co doradzałby Pan dzisiejszym studentom?

Kilka obszarów – poza maksymalnym korzystaniem z oferty programowej, którą otrzymują (tzn. walką o to, żeby się czegoś nauczyć, a nie dostać dyplom), przede wszystkim naukę języków obcych, które są kluczowe na współczesnym rynku pracy (zarówno kursy językowe, wybór zajęć w językach obcych, w tym tych prowadzonych nie po angielsku, jak i wyjazdy na różnego rodzaju wymiany i stypendia), rozszerzanie kompetencji matematycznych i statystycznych (wiem, że naszych studentów może to przerażać, ale to jest do zrobienia, co pokazuje przykład doktorantów programu SET), wreszcie działalność w organizacjach studenckich i pozarządowych (co pozwoli im zdobyć umiejętności trudne do uzyskania w czasie wykładów, czy ćwiczeń – nasze studia dają im na to czas, a wielość świetnych organizacji w Instytucie, na Wydziale, na UJ, czy w Krakowie gwarantuje, że każdy znajdzie coś dla siebie). To na pewno pozwoli im odnaleźć się na niełatwym rynku pracy, który ceni rzeczywistą wiedzę i kompetencje, a nie nadmiar papierów.

11. Co zmieniłby Pan w INPiSM?

To zawsze ryzykowne pytanie. A tak poważnie – wiele zmian, które w Instytucie są potrzebne, jest wprowadzane przez obecną dyrekcję, wiele wymaga zbyt dużych nakładów finansowych. Ale z pewnością istotnym elementem jest większe umiędzynarodowienie instytutu, rozszerzenie zakresu kursów nauczanych w językach obcych, skali wyjazdów i przyjazdów studentów oraz profesorów wizytujących. Istotne wydaje się mi stworzenie Katedry Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych oraz rozszerzenia zakresu kursów w tym obszarze. Bez wątpienia do zmiany jest też baza lokalowa, co liczymy nastąpi, kiedy wydział przeniesie się do Collegium Chemicum, a z czym, mam nadzieję, będzie związana większa dostępność budynków dla studentów, stworzenie czegoś na kształt klubu studenckiego, czy zdecydowane wydłużenie godzin otwarcia biblioteki (przynajmniej do 22.00).

37


11. numer „Drugiego Obiegu” ukaże się na przełomie września i października. Życzymy powodzenia w czasie sesji!


#DO10  

Dziesiąty numer nieregularnika Drugi Obieg

Advertisement