__MAIN_TEXT__

Page 1


My, regionaliści

W stronÄ™ autowizerunku


My, regionaliści

W stronę autowizerunku Pod redakcją Damiana K asprzyk a

Wrocław 2018


dr Damian Kasprzyk Uniwersytet Łódzki, Wydział Filozoficzno-Historyczny Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Pracownia Antropologii Praktycznej 90-131 Łódź, ul. Lindleya 3/5, pok. 229 tel. (42) 635 61 55, http://www.etnologia.uni.lodz.pl damian.kasprzyk@uni.lodz.pl RECENZENCI prof. dr hab. Józef Borzyszkowski (Instytut Kaszubski) prof. dr hab. Ryszard Kantor (Uniwersytet Jagielloński) SKŁAD I ŁAMANIE Tomasz Pietras Na okładce oraz jako wypełnienia stron parzystych wykorzystano fotografie autorstwa Barbary Ałaszewskiej, na pozostałych znajdują się materiały nadesłane przez autorów

© Copyright by Fundacja Ważka, Wrocław 2018 Fundacja Ważka ul. Kleczkowska 46/14 50-227 Wrocław fundacjawazka@gmail.com www.fundacjawazka.org Wydanie I

ISBN 978-83-940398-4-4 Druk: PIKTOR Szlaski i Sobczak Spółka Jawna 93-231 Łódź ul. Tomaszowska 27 www.piktor.pl


SPIS TREŚCI Regionaliści – szkic do portretu (Damian Kasprzyk) .................................................... 7

Adriana Jarosz, Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę ................................................................................................................................ 15 Bartosz Kiełbasa, Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość ............................. 25

Roman Świst, Czy jestem regionalistą? ........................................................................... 37

Roman Pakuła, Z życia wzięte .......................................................................................... 49

Jarosław Stulczewski, Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą ... 55

Grzegorz Klonowski, Moja Mała Ojczyzna ................................................................... 71 Andrzej Ruszkowski, Moja droga do regionalizmu... czy krajoznawstwa? .............79

Jarosław Cielebon, Regionalizm, czyli dojrzewanie do przeszłości ........................... 91

Paweł Becker, Ojczyzna myśli mojej ................................................................................ 99

Maria Madej, Ja, regionalistka ........................................................................................ 103 Maria Janssen-Czaja, Kujawy, Kujawy ......................................................................... 107 Bartłomiej Grabowski, Regionalizm to miłość do ziemi i ludzi ............................... 111

Barbara Filipiak, W regionalizmie liczy się człowiek ................................................ 117 Wiesława Kubów, Ratowanie dobra i piękna – relacja znad Tanwi ........................ 131

Katarzyna Owoc-Kochańska, My, regionaliści ......................................................... 135 Andrzej Rodys, Czy warsawianista to regionalista? ................................................. 139 Jadwiga Duda, Przyjaciele Wieliczki z Klubu Przyjaciół Wieliczki .......................... 143

Marek Gradoń, Regionalizm – historia codzienności ................................................. 151

Piotr Pązik, Droga do regionalizmu .............................................................................. 153 Eugeniusz Skoczeń, Moja droga w regionalizmie ...................................................... 157

Franciszek Rusak, Regionalizm i regionaliści ............................................................ 159


Bolesław Ciepiela, Kilka słów o sobie i o własnej drodze do regionalizmu ............ 163

Damian Gołąbek, Przez Boronów do regionalizmu ................................................... 167

Ewa Cichoń, Rola muzeum regionalnego w rozwoju wiedzy mieszkańców, zwłaszcza uczniów, na temat miejsca zamieszkania ....................................................... 169

A NEK S

Noty o autorach ................................................................................................................. 173 Apel do regionalistów .................................................................................................... 185

Bibliografia ........................................................................................................................ 187 We – regionalists .............................................................................................................. 191

Мы, регионалисты ........................................................................................................ 192

Wir Regionalisten ............................................................................................................ 193 Nous, régionalistes .......................................................................................................... 194 Nosotros los regionalistas ............................................................................................ 195

My, regionalisti ................................................................................................................. 196 私達は地域主義党人 .......................................................................................................... 197


REGIONALIŚCI – SZKIC DO PORTRETU

W

prezentowanym zbiorze zgromadzono autorefleksyjne wypowiedzi regionalistów, nie dekretując z góry kogo można określić tym mianem. Projekt, którego elementem jawi się to wydawnictwo ma dopiero pomóc ustalić kim są, lub raczej kim bywają regionaliści w ponowoczesnym świecie1. Oczywiście wiele o regionalistach już wiemy i zapewne zbilansowaniu owej wiedzy powinien służyć odredakcyjny głos poprzedzający teksty zgromadzone w tym tomie. Zadanie to dość skomplikowane. Jak na kilku stronach ukazać różnorodność działań wielotysięcznej zbiorowości, zespolonej szeroką ideą o bogatych tradycjach? Merytoryczny obszar aktywności osób zasługujących na miano regionalistów jest szeroki i niemal nieograniczony – to nauka, edukacja, sztuka, ekologia, gospodarka, polityka… Także miejsca na mapie, gdzie realizują się regionaliści, różnią się od siebie nie tylko dziejami, charakterem, potencjałem, lecz również potrzebami, które dyktuje dynamika współczesnego świata. Regionaliści okazują się posiadaczami szerokiej gamy zainteresowań, pasji twórczych, pomysłów, ale i temperamentów, osobowości, charyzmatów, co sprawia, że sami nie zawsze lubią być „wrzucani do jednego worka”. Wskażmy więc „krainy” regionalistów, przy czy termin „kraina” potraktujmy w sposób metaforyczny. To przestrzenie aktywności i postaw, które regionaliści współtworzą i pielęgnują, na równi z krainami kulturowymi, historycznymi, etnograficznymi czy też administracyjnymi2.  Prezentowane wydawnictwo jest elementem realizowanego od 8 lat projektu, którego materialnym efektem są publikacje: Ja – regionalista. Refleksje, stanowiska, komentarze, red. D. Kasprzyk, Interdyscyplinarny Zespół Badania Wsi UŁ, Łódź 2010, ss. 135; Kim jesteś, regionalisto? Sylwetki, opinie, diagnozy, red. D. Kasprzyk, Interdyscyplinarny Zespół Badania Wsi UŁ, Łódź 2012, ss. 272; Być regionalistą. Inspiracje, autodefinicje, perspektywy, red. D. Kasprzyk, Interdyscyplinarny Zespół Badania Wsi UŁ, Łódź 2014, ss.  276. Ogółem, w trzech edycjach, udało się pozyskać i opublikować wypowiedzi ponad 80 osób z różnych stron kraju. Publikacje w całości dostępne są na stronie: http://www.zw.uni.lodz.pl/?publikacje-ksiazkowe-izbw,10. O szczegółach projektu: D. Kasprzyk, Regionaliści sami o sobie. Rzecz o pewnym projekcie badawczym, jego realizacji i wstępnych wnioskach, „Zeszyty Wiejskie”, Z. XX, 2014, s. 211–226. 2  Por. D. Kasprzyk, Krainy regionalistów, „Kociewski Magazyn Regionalny” 2018, nr 1, s. 8–12. 1


8

Damian Kasprzyk

Jedną z krain zasiedlanych przez regionalistów jest KRAINA TOŻSAMOŚCI. Powiada się, że bolączką współczesności są tak zwane problemy tożsamościowe, których przyczyną jest nasilenie zjawisk kojarzonych z globalizacją. Mobilne jednostki, zmieniając miejsca i środowiska, muszą bezustannie negocjować i konstruować od nowa swoją tożsamość3. To zadanie niełatwe, grożące poczuciem wyobcowania i zagubienia. Wielu dziś oikofobów – ludzi wędrujących po świecie, lecz wypierających się swoich „mateczników”, traktujących lokalność z której wyszli jako balast, wstydliwe i ograniczające ich rozwój obciążenie4. Ktoś taki, zapytany skąd pochodzi, wyda się skrępowany i zakłopotany koniecznością odpowiedzi. Oikofob to – w jakimś sensie – człowiek „stracony” dla regionu. Nie będzie go promował ani w żaden inny sposób wspierał. Przyczyn takiej postawy może być wiele. Główną wydaje się być presja nowego otoczenia, jednak z całą pewnością to także nieznajomość rodzimego dziedzictwa kulturowego. Ona powoduje, że to, co jest przedmiotem dumy regionalisty, staje się wstydliwą przypadłością dla oikofoba. Regionaliści działają na rzecz zakorzeniania, utożsamiania, samoidentyfikowania mieszkańców z ich własnym regionem. Ich aktywność pozwala niwelować wspomniane postawy. To dzięki regionalistom i ich pracy wielu Wielkopolan, Podhalan, Ślązaków, Kaszubów czy Łowiczan, przebywających daleko od swoich rodzinnych stron, nie wstydzi się swojego pochodzenia, a regionalna identyfikacja to dla nich coś istotnego i pozytywnego zarazem. Na ten identyfikacyjno-tożsamościowy efekt działań regionalistów zwracali uwagę praktycznie wszyscy autorzy zgromadzonych tu tekstów. Wszak są to ludzie dumni i zafascynowani swoimi stronami, niezależnie od medialnych i metropolitalnych trendów. Maria Madej rozpoczyna swój tekst słowami: „Wieś mam we krwi. Na wsi się urodziłam i wyrosłam”. Rozbudzanie regionalnej dumy to swoista misja dla Bartłomieja Grabowskiego, Jarosława Stulczewskiego i wielu innych autorów. Z krainą tożsamości graniczy KRAINA WYCHOWANIA. Uczeni od dawna kreślili schematy, ukazujące kręgi doświadczenia i poznania, rozchodzące się od rdzenia indywidualnego przez rodzinny dom, wspólnotę sąsiedzko-lokalną, region, ojczyznę ideologiczną aż po krąg identyfikacji kontynentalnej, a nawet ogólnoludzkiej5. Przyjęło się także zakładać, że poznanie tego, co najbliższe warunkuje możliwość i zdolność rozumienia tego, co ogólne  Por. A. Giddens, Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, przeł. A. Szulżycka, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 50–97 i in. 4  R. Scruton, Oikofobia i ksenofilia, [w:] Narody i stereotypy, red. T. Walas, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 1995, s. 295. 5  Por. m. in.: J.  Damrosz, Ojczyzna i jej regiony (region, regionalizm, edukacja lokalno-regionalna i etniczna), Towarzystwo Naukowe Płockie, Szkoła Wyższa im. Pawła Włodkowica w Płocku, Płock–Warszawa 2007, s. 56. 3


Regionaliści – szkic do portretu

9

i uniwersalne. Nie sposób zrozumieć mechanizmów funkcjonowania świata bez poznania mechanizmów funkcjonowania najbliższego otoczenia człowieka. Inaczej rzecz ujmując, łatwiej jest zrozumieć owe globalne zjawiska, gdy dostrzeżemy ich obecność w skali mikrolokalnej. Na tym założeniu opiera się idea edukacji regionalnej, której wartość regionaliści (nie tylko ci rekrutujący się ze stanu nauczycielskiego) wciąż podkreślają. Dobrze prowadzona edukacja regionalna uczy odpowiedzialności, pozwala też odczuwać dumę z osiągnięć przodków – a z tym żyje się łatwiej. Regionaliści, inicjując rozmaite działania w społecznościach lokalnych, stają się animatorami ale i wychowawcami. Ukazują współmieszkańcom to, co w ich otoczeniu jest warte ochrony i dokumentowania, co służyło poprzednim pokoleniom, i nadal służy, co budzi poczucie dumy, radości i świadczy o niepowtarzalności konkretnego miejsca na ziemi. Regionaliści namawiają innych do gromadzenia artefaktów i informacji, a zatem nie tylko sami poznają i odkrywają, ale i uczą innych jak to robić. Wątek kręgów afiliacji pojawia się w tekście Adriany Jarosz pod wymownym tytułem Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę. Do idei tej nawiązuje też – pośrednio – Andrzej Rodys dowodząc, że obszar i tradycje wielkomiejskie z powodzeniem mogą pełnić rolę „regionalnego kręgu afiliacji”, w związku z tym „warsawianista to także regionalista”. Trudno wyobrazić sobie edukację regionalną, promocję regionu, a także wszelką działalność artystyczną uprawianą w duchu regionalistycznym, bez solidnego oparcia lekturowego. Regionaliści –  jako autorzy i czytelnicy – zasiedlają także KRAINĘ SŁOWA. Myliłby się ktoś, sądząc, że książka towarzyszy jedynie regionalizmowi w znaczeniu działalności naukowo-badawczej. Jest podporą i esencją regionalizmu, w każdym jego wymiarze. Wydawnictwa dodają splendoru ruchowi stowarzyszeniowemu, bywają „papierkiem lakmusowym” aktywności lokalnych liderów i animatorów kultury. Biblioteki (obok muzeów) bywają „bastionami” regionalizmu –  miejscami spotkań, prelekcji, wystaw, siedzibami towarzystw miłośniczych. Zwraca uwagę wysoki prestiż książki w środowisku regionalistycznym. Regionaliści to grupa posiadająca świadomość wspólnoty doświadczeń lekturowych, a niektóre dzieła mają w tym środowisku charakter kanoniczny. Dla regionalistów lektura jest nawykiem i zamiłowaniem, dzięki któremu realizują oni rozmaite cele –  przede wszystkim poznawcze. Regionalizm jako ruch społeczny i formacja ideowa od swego zarania bazował na grupach społeczno-zawodowych obytych ze słowem pisanym –  otaczających się książkami, piszących i czytających: lekarzach, prawnikach, księżach, urzędnikach, ludziach sztuki, a nade wszystko na nauczycielach. Książka jest w tym gronie czymś istotnym. Część z publikacji powstających w środowiskach regionalistycznych, ze względu na znaczną ilość zamieszczonych


10

Damian Kasprzyk

w nich informacji, wartość merytoryczną, faktograficzną i dokumentacyjną oraz ogromny wkład pracy włożonej przez autorów w ich przygotowanie, nazywać można „pomnikowymi dziełami regionalizmu”6. Niemal wszyscy regionaliści, których głosy zamieszczono w tym zbiorze, podkreślają wartość słowa pisanego. Niektórzy czynią z aktywności publicystycznej wręcz warunek uznania kogoś regionalistą (Bolesław Ciepiela, Damian Gołąbek). Franciszek Rusak pisze wprost: Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy ktoś zajmując się regionalizmem, nie rozpowszechnia swej wiedzy przy pomocy druku (książki, broszury, przewodniki, artykuły gazetowe).

Z kolei Paweł Becker i Barbara Filipiak podkreślają rolę lokalnych bibliotek i zgromadzonych w nich zbiorów jako „bastionów regionalizmu” i przestrzeni integracji z wartościami wyższego rzędu. Pismo to podstawowe narzędzie przekazywania tradycji i stymulator pamięci. Regionaliści odkrywają to, co zostało wyłączone z obiegu codzienności – co zostało porzucone, zapomniane, zaniedbane, a co warte jest ponownego dowartościowania i ukazania. Dotyczy to zarówno dziedzictwa materialnego jak i niematerialnego. Regionaliści dobrze się czują w KRAINIE PAMIĘCI. To niezwykle ważny aspekt ich działań. W rozwiniętych społeczeństwach zachodnich dostrzec można postępujący kryzys pamięci i świadomości historycznej. Dochodzi do tego także kryzys reprezentacji politycznej skutkujący ubóstwem wizji przyszłości. Perspektywa czasowa zredukowana jest do „tu i teraz”7. Brak przekazów z zewnątrz dotyczących przeszłości, przy jednoczesnym ubóstwie wspólnych perspektyw na przyszłość, to z całą pewnością niekorzystne środowisko dla kształtowania społeczeństwa obywatelskiego, także w wymiarze regionalnym. Regionaliści stawiając pomniki, odsłaniając tablice, organizując sesje i odczyty, prowadząc internetowe strony pasjonackie, odwołując się do dziedzictwa kultury ludowej i tradycji historycznych, publikując monografie miejscowości, słowniki biograficzne, wydawnictwa albumowe dedykowane pojedynczym zabytkom, miastom, zjawiskom kulturowym, obiektom (np. cmentarzom) czy poszczególnym dziedzinom sztuki, ocalają od zapomnienia przeszłość regionów. Na ten ratowniczo-zabezpieczający aspekt działalności prowadzonej przez regionalistów, mający wszak – zasygnalizowany wyżej – pamięciowy

6  T. Aleksander, Pomnikowe dzieła regionalizmu polskiego, „Rocznik Andragogiczny” 2014, nr 21, s. 333–349. 7  P. Zawadzki, Czas i tożsamość. Paradoks odnowienia problemu tożsamości, „Kultura i Społeczeństwo”, 2003, nr 3, s. 6.


Regionaliści – szkic do portretu

11

wymiar, zwróciło uwagę wielu autorów m. in. Katarzyna Owoc-Kochańska, Andrzej Ruszkowski, Wiesława Kubów oraz Ewa Cichoń, która podkreśla rolę muzeów regionalnych jako „świątyń pamięci”. W cieniu wspólnoty pamięci rozkwita KRAINA WSPÓŁPRACY. Sięgnijmy tu po pojęcie, które stało się w ostatnich latach jednym z kluczowych w dyskusji na temat kondycji społeczeństwa polskiego i perspektyw jego rozwoju. To pojęcie kapitału społecznego. Kapitał ten w swoim typie rozwojowym, oznacza zaufanie, otwartość i zdolność do współpracy, wydając się już nie tylko sprzyjającą okolicznością, ale wręcz niezbędnym warunkiem sprawnego funkcjonowania państwa, regionów i wspólnot lokalnych. Z różnych środowisk, dają się słyszeć głosy nawołujące do współdziałania przy rozmaitych projektach, a jednocześnie alarmujące, że działania kolektywne napotykają na opór podyktowany prywatnymi animozjami, nieumiejętnością prowadzenia dialogu, podejrzliwością, brakiem wiary w sukces jakiegoś przedsięwzięcia, oczekiwaniem na interwencję instytucji centralnych, mających rzekomo obowiązek zajmowania się każdym, nawet najdrobniejszym problemem społeczności lokalnej. Jak pojęcie kapitału społecznego kojarzone raczej z ekonomią, pedagogiką i socjologią ma się do dziedzictwa kultury regionów i zagadnienia jego popularyzowania przez regionalistów? Otóż okazuje się, że kwestie tradycji i dziedzictwa można z powodzeniem wykorzystać w procesie budowania owego kapitału. Dostrzegają to społecznicy, animatorzy oraz regionalni politycy, rozumiejący, iż bez wzajemnego zaufania trudno liczyć na oddolne wsparcie działań władz i dobrą komunikację społeczeństwa z samorządami. Mieszkańcy świadomi dziedzictwa regionu, sami zaangażowani w proces przekazywania tradycji, są bardziej skłonni do współpracy z władzą w zakresie wyboru wizji przyszłości i korzystania z mechanizmów demokracji. W takich warunkach władza lokalna może liczyć na szersze demokratyczne uprawomocnienie swoich działań. Można powiedzieć, że utożsamianie się mieszkańców ze swoim regionem, w znacznym stopniu warunkuje sprawną organizację życia społecznego na danym terenie8. O współpracy jako istocie regionalizmu wspomina wielu autorów, m. in. Roman Świst, Bartosz Kiełbasa, Eugeniusz Skoczeń a także Jarosław Cielebon, pisząc: Jestem pasjonatem historii lokalnej, ale nigdy sama historia nie była dla mnie ważniejsza niż ludzie, którzy ją tworzyli, tworzą, ci, którzy o niej opowiadają, czy ci, którzy pragną ją poznawać.

 Por. A. Potoczek, Dziedzictwo historyczno-kulturowe jako czynnik rozwoju lokalnego i regionalnego, [w:] Kultura a region. Materiały posesyjne, listopad 2000, red. J. Lewkowski, Łódzki Dom Kultury, Łódź [2000], s. 41–55. 8


12

Damian Kasprzyk

Z kolei Grzegorz Klonowski i Piotr Pązik problematyzują zagadnienie, wskazując na deficyt kapitału społecznego jako potencjalne zagrożenie dla regionalizmu. Krainę współpracy łączą ścisłe związki z KRAINĄ TOLERANCJI. Każdy z regionalistów musi zdawać sobie sprawę, że oczekiwany szacunek dla dziedzictwa, tradycji i współczesnych potrzeb jego stron, wymaga poszanowania specyfiki cudzej. Dotyczy to zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości. W działaniach regionalistów od wielu już lat da się zauważyć radykalną zmianę stosunku do niemieckiej przeszłości ziem północnych i zachodnich. Miejsce obojętności zajęła ciekawość i chęć zabezpieczenia tego, co po niemieckich gospodarzach tych ziem pozostało (cmentarze) i upamiętnienia tych, którzy dbali przed wiekami o rozwój tych obszarów (publikacje i inne próby popularyzacji postaci i wydarzeń). Podobnie ma się rzecz z sąsiedztwem polsko-żydowskim, jakże powszechnym w Polsce przed II wojną światową. Regionaliści, ukazując tradycję wielokulturowości, jawią się heroldami tolerancji. Choć relacje z przedstawicielami innych narodowości i etnosów bywały w wielu miejscach trudne (wielokulturowa idylla to mit budowany czasem w historiografii regionalnej)9, jednak nie sposób projektować przyszłości z pominięciem postulatu tolerancji. Obecność tego wątku w działaniach regionalistów świadczy o tym, że z jednej strony nastąpiły przewartościowania w ich własnym środowisku, ale także – co istotne – często za ich właśnie pośrednictwem następuje zmiana w sposobie myślenia pozostałych mieszkańców Pomorza, Warmii, Ziemi Lubuskiej, Dolnego Śląska i innych regionów. W wielu działaniach znajdziemy potwierdzenie opinii Mirosława Pisarkiewicza, że regionaliści działają poza schematami i są nosicielami idei tolerancji. Liczy się dla nich cały dorobek ich prywatnej ojczyzny, bez względu na to, kto go stworzył10.

Z zagadnieniami tolerancji i otwarcia na wielokulturowość koresponduje nurt tak zwanego nowego regionalizmu. Jego istota opiera się na zabiegach konstruowania tożsamości społecznej w „przestrzeniach zadanych” jakimi są – w polskich realiach – województwa utworzone w 1999 roku. W praktyce kształtowania nowego regionalizmu podstawową rolę pełnią elity regionalne –  politycy, liderzy struktur samorządowych, wyżsi urzędnicy

9  Por. B. Krupa, „Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek”. Nostalgiczny mit stosunków polsko-żydowskich w historiografii regionalnej – rekonesans, „Porównania”, nr 11, 2012, s.  301–317 http://porownania.amu.edu.pl/attachments/article/249/23.%20Bart%C5%82 omiej%20Krupa.pdf (odczyt: 27.01.2018). 10  M.  Pisarkiewicz, Regionaliści –  strażnicy pamięci, ostatni romantycy czy inżynierowie marketingu, [w:] Kim jesteś, regionalisto…, s. 39–40.


Regionaliści – szkic do portretu

13

państwowi11. Co wspólnego ma nowy regionalizm z ideą wielokulturowości? Otóż nowoczesny, europejski region, otwarty na kooperację ale i konkurencję w globalnej gospodarce, musi sygnalizować otwarcie na inne kultury, tradycje i tożsamości. Stąd wielokulturowość jako częsty i chętnie wykorzystywany element kreowanego wizerunku województw i ich mieszkańców. W ramach nowego regionalizmu idea wielokulturowości miast wykorzystywana jest w celach nie tylko promocyjnych, ale i dla przyciągania kapitału inwestycyjnego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście tak zwanego kapitału kreatywnego – wymagającego tolerancji i uznania dla niestandardowych zachowań12. Zatem w świetle nowego regionalizmu akceptacja wielokulturowości staje się cennym zasobem. O bliskości idei tolerancji i regionalizmu wypowiedziało się kilku autorów m. in. Maria Janssen-Czaja i Roman Pakuła, który pracując w Muzeum Ziemi Szprotawskiej i spotykając tam Niemców –  dawnych mieszkańców tych okolic, twierdzi, że: „regionalizm łączy narody”. Wiele jest krain zamieszkałych przez regionalistów. W tym krótkim szkicu wspomnijmy jeszcze o jednej. To bardzo ważna KRAINA DUCHOWOŚCI, którą można też określić mianem krainy wartości, zasad i uczuć. Liczni intelektualiści i teoretycy regionalizmu dźwigają regionalizm na wyżyny nie tylko doświadczeń intelektualnych, ale i duchowych. Tego rodzaju wymiar nadawał regionalizmowi Stanisław Vincenz, a bardziej współcześnie ks. Janusz Pasierb czy też ks. Józef Tischner. Ci wybitni myśliciele, którzy sami zasłużyli swoją postawą i dokonaniami na miano regionalistów, zasilają zastępy intelektualistów, którzy dostrzegają potrzebę duchowej sanacji w świecie dyktatu techniki i konsumpcji. Nie znaczy to, że regionaliści nie potrafią myśleć i działać nowocześnie. Regionalista zabiega o rozwój infrastruktury w każdym jej wymiarze, zdając sobie sprawę, że nowoczesna materia stanowić może wsparcie dla ducha, a sprawna komunikacja to podstawa skutecznego działania. Chodzi tutaj o duchowy wymiar kultury i potrzebę owej duchowości. Kultura to duchowość, której dramatyczny deficyt zagraża dzisiejszemu światu. To ubóstwo, które sprzyja niepewności, ta z kolei powoduje paraliż intelektualny. Aby wyrwać się z tego „błędnego koła” należy pobudzić życie duchowe, które można traktować jako lekarstwo dla pogrążającej się w chaosie kultury. Te – czasem miejmy nadzieję wyolbrzymiane – zagrożenia można oddalić lub przezwyciężyć, sięgając po broń w postaci działalności artystycznej i literackiej, filozofii, zalet obywatelskich –  słowem tego wszystkiego, co bywa niszczone przez „cywiliza11  A. Chodubski, Idea i praktyka nowego regionalizmu a globalizacja cywilizacji, [w:] Regionalizm a globalizacja. Polska – Unia Europejska oraz inne zjawiska i procesy regionalne świata, red. A. Chodubski, H. Dubrzyńska, M. Malinowski, A. Modrzejewski. Gdańsk 2007, s. 20. 12  P.  Kubicki, Pomiędzy pamięcią a historią. Polskie miasta wobec wielokulturowego dziedzictwa, „Pogranicze. Studia Społeczne”, t. XX, 2012, s. 61.


14

Damian Kasprzyk

cję spektaklu”13. Podobnie jak w przypadku deficytów pamięci społecznej, również i ta diagnoza posiada swój wymiar regionalny. Otóż regionaliści, dostrzegając symptomy zapaści duchowej w najbliższym otoczeniu, deklarują swoje oddanie małym ojczyznom, ofiarowują regionalistycznym inicjatywom swój czas i pieniądze, podkreślają, że regionalizm to także postawa bezinteresowna i moralna. Duchowość regionalistów uzyskuje najbardziej bezpośredni wyraz w deklaracjach umiłowania do stron rodzinnych, ziemi, miejscowości, regionu. Pewnie i ten duchowy wymiar regionalizmu miał na myśli ks. Janusz Pasierb, twierdząc, że: Kultury partykularne mają dziś kłopoty z ratowaniem swojej identyczności, ale mają też obowiązek karmienia olbrzyma kultury globalnej: szczęśliwszą rzeczą jest dawać niż brać (…). Idzie tu nie tylko o to, żeby nie dać się zjeść, nie dać się pochłonąć, nie rozpłynąć w bezkształtnej magmie, ale i o to, żeby tę wielką kulturę karmić, nasycać jej jałowość nowymi, świeżymi, oryginalnymi, bo płynącymi ze związków z konkretem treściami14.

Autorzy, którzy wypowiedzieli się w prezentowanym tomie także deklarowali wierność „krainie ducha”, uznając na przykład – jak uczynił to Marek Gradoń –  że największym zagrożeniem dla regionalizmu jest „pogoń za dobrami doczesnymi”, albo jak Jadwiga Duda twierdząc, że regionalista: „jest wzorem miłości, sługą sług”. W tym kontekście zadanie jakie stoi przed regionalistami jest ogromne. Kto wie? Może zdołają oni ocalić i inne „krainy”, ucząc szacunku do rzeczy podstawowych i najważniejszych?

Damian Kasprzyk

Uniwersytet Łódzki Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej

 Terminu tego użył niedawno noblista Mario Vargas Llosa w tytule głośnego eseju: Cywilizacja spektaklu, przeł. M. Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015. 14  J. S. Pasierb, W perspektywie kultury, DTSK Silesia, Wrocław 1994, s. 20. 13


Adriana Jarosz Izbicko

JEŚLI CHCE SIĘ ODKRYĆ ŚWIAT, TRZEBA NAJPIERW POZNAĆ NAJBLIŻSZĄ OKOLICĘ A ja mówię to moja kraina że co dnia zachwyca moją duszę przepełniając radością i melancholią jakże jest mi bliska1

T

I. Bartkowiak

ożsamość żadnego narodu nie mogłaby istnieć w oderwaniu od dziedzictwa przodków. Naród nie istnieje, gdy nie może czerpać z dokonań, wiedzy i doświadczeń poprzedników. Bez możliwości kultywowania tradycji i obrzędów rodzinnych oraz dorocznych, bez nieustannego i umiejętnego kształtowania świadomości dzieci i młodzieży, ale również i dorosłych, nasza kultura, literatura i sztuka stałyby się swoistym skansenem, którym zainteresowani byliby nieliczni. Całe szczęście, że powoli, aczkolwiek systematycznie, wzrasta zainteresowanie regionalizmem. Ludzie, w tym dzieci i nastolatkowie, nie wstydzą się już tego, że występują w grupach folkowych czy folklorystycznych (nawiasem mówiąc są to często profesjonalnie prowadzone zespoły – takie, które mogą być wizytówką naszego kraju, choćby Chór Zespołu Szkół w Michałowicach czy Rokiczanka), na forach internetowych co i rusz zawiązują się grupy tych, którzy chętnie opowiadają nie tylko o podróżach w różne rejony Polski, ale mogą się poszczycić gruntowną wiedzą na temat mniej popularnych obiektów zabytkowych i postaci ważnych dla danego terenu. Mam wrażenie, że silniej z regionem związani są mieszkańcy mniejszych środowisk, choć niekoniecznie pochodzący ze wsi. Kim zatem jest regionalista? Czy osobą zakochaną w swoim mikroregionie. Kimś, kto nie potrafi gdzie indziej żyć, a o miejscu, w którym mieszka,  Złotopotockie impresje. Wybór wierszy o Złotym Potoku, Częstochowa–Janów 2017, s. 25

1


16

Adriana Jarosz

potrafi mówić godzinami? Może to ktoś, kto jest samorządowcem, człowiekiem oddanym całym sobą innym mieszkańcom powiatu, gminy, sołectwa? Czy regionalistą nie jest ten, kto gromadzi pozostałości kultury materialnej i zakłada izby regionalne lub niewielkie skanseny, by zachować dla następnych pokoleń to, co jeszcze nie uległo zniszczeniu? A może w końcu kimś, kto próbuje zachować pamięć o tradycjach, zwyczajach zbiera pieśni, teksty humorystyczne, opowieści „straszne”, podania i legendy jak Stanisław Ligoń, Oskar Kolberg, Barbara Ogrodowska, Dorota Simonides, Teresa Smolińska czy Konrad Mientus? Wszystkie osoby, o których była mowa wyżej, ale także niewymienieni wcześniej historycy dziejów i historycy sztuki, nie tylko badający dzieje i obiekty pochodzące z konkretnego terenu, lecz podejmujący działania, mające na celu zabezpieczenie tego, co zostało zachowane i edukowanie innych (tzw. „rozkochiwanie w miejscu”) – wszyscy ci ludzie to regionaliści. W województwie opolskim od lat funkcjonuje program Niwki, adresowany do pedagogów z województw opolskiego i śląskiego. Program ma na celu jak najlepsze przygotowanie nauczycieli–regionalistów do pracy z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi. Oferta, przygotowana przede wszystkim przez pracowników Regionalnego Centrum Rozwoju Edukacji w Opolu, jest niezwykle interesująca ze względu na zróżnicowaną tematykę: historia regionu (od średniowiecza do współczesności), sztuka, architektura, zabytki kultury materialnej i niematerialnej, literatura, życie kulturalne dawnych i współczesnych mieszkańców, tradycje i obrzędy ludowe. W ostatnich latach zrealizowano między innymi następujące zagadnienia: ―― Śląskie kontrowersje. Wybrane wydarzenia historii XX wieku z perspektywy polskiej i niemieckiej. ―― Polisensoryczne poznawanie Górnego Śląska w edukacji regionalnej i wielokulturowej” – poszukiwania i inspiracje.

―― Opole: stolica regionu. W 800. rocznicę lokacji miasta. ―― Obiekty i zabytki militarne na Śląsku2.

―― Środowisko literackie i artystyczne na Śląsku dawniej i dziś3. ―― Miejsca pamięci na Śląsku4.

 http://niwki.rcre.opolskie.pl/k/index.php/wielokulturowosc-i-regionalizm/wycieczkidydaktyczne/196-wycieczka-obiekty-i-zabytki-militarne-na-slasku (odczyt: 27.01.2018). 3  http://niwki.rcre.opolskie.pl/k/index.php/wielokulturowosc-i-regionalizm/wycieczkidydaktyczne/197-wycieczka-srodowisko-artystyczne-i-literackie-na-slasku-dawniej-i-dzis (odczyt: 27.01.2018). 4  http://niwki.rcre.opolskie.pl/k/index.php/wielokulturowosc-i-regionalizm/wycieczkidydaktyczne/195-wycieczka-miejsca-pamieci-na-slasku (odczyt: 27.01.2018). 2


Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę

17

Nauczyciele brali udział w seminariach, wykładach, zajęciach warsztatowych, podczas których poznawali metody pracy ze swoimi podopiecznymi. Mieli również możliwość uczestniczenia w kilku wycieczkach krajoznawczo-edukacyjnych na terenie województw opolskiego i śląskiego, podczas których widzieli miejsca ważne dla historii regionu i kraju, obiekty związane z osobami zasłużonymi dla Śląska. Ponieważ zainteresowanie tematyką nie maleje, program najprawdopodobniej będzie kontynuowany i w następnych latach, co mnie osobiście cieszy, ponieważ kilkukrotnie byłam uczestniczką takich zajęć i mogę zaświadczyć, że są prowadzone merytorycznie i interesująco. Brałam udział również wycieczkach organizowanych przez RCRE w Opolu. Było to dla mnie ważne, ponieważ czuję się regionalistką. Jestem nią właściwie odkąd pamiętam. Już w szkole podstawowej chętnie słuchałam historii, które w bezpośredni sposób dotyczyły Śląska. Kiedy byłam małą dziewczynką, zamieszkałam na terenie zamku piastowskiego w Niemodlinie. Wówczas obiekt, z którym historia nie obeszła się najłaskawiej, nie był w najlepszym stanie, jednakże dla mnie zamek stał się najpiękniejszym i najbardziej fascynującym miejscem, w jakim mogło się wychowywać i dorastać dziecko. Biegałam po dziedzińcu, renesansowych krużgankach, zniszczonych komnatach, czasami zaglądałam do zamkowej kaplicy czy próbowałam wspinać się na jedną z wież. Najczęściej rodzice o tym nie wiedzieli, ale kiedy któregoś dnia tata dowiedział się, że poruszam się po obiekcie bez pozwolenia i opieki, postanowił opowiedzieć mi historię o białej damie, potem o mnichach. Historie te tak podziałały na moją wyobraźnię, że kiedy pojawiłam się terenie zamku po trzydziestu pięciu latach, znów poczułam ten dziecięcy dreszcz. Moi rodzice byli regionalistami. Ciekawi świata i aktywni, chętnie pokazywali mi interesujące miejsca, szczególnie w okolicach Opola i Niemodlina, a także opowiadali o ciekawych postaciach. Kiedy miałam pięć – sześć lat, tata woził mnie do Opola i pokazywał tutejsze kościoły, pokazywał Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach. Mówił niezwykle interesująco, przynajmniej ja tak sądziłam, skoro pamiętam po  latach, jak opowiadał w Kaplicy Piastowskiej, mieszczącej się przy dzisiejszym kościele franciszkanów, o piastowskich książętach. To dzięki niemu, ja – przedszkolak, wiedziałam, że władcy Opola pochowani są właśnie tam. To ojciec sprawił, że spodobała mi się monumentalna katedra (przynajmniej tak ją wówczas postrzegałam) i schody prowadzące do kościoła na Górce. Kiedy sprzyjała pogoda, jeździliśmy z rodzicami na rowerach – siostra w koszyczku, ja na specjalnie przystosowanym bagażniku – i zwiedzaliśmy okolice: bory niemodlińskie, Skorogoszcz (dziś to wieś, przed laty maleńkie miasteczko z kościołami ewangelickim i katolickim oraz cmentarzem


18

Adriana Jarosz

żydowskim), Lewin Brzeski, Łambinowice, Tułowice i wiele innych miejsc, o których przeciętny mieszkaniec Polski nigdy zapewne nie słyszał. Jakiś czas później przeprowadziliśmy się do Nysy, miasta z niezwykłą historią. Wiedziałam, że mówią o nim Śląski Rzym, bo na stosunkowo niedużej powierzchni ulokowano wiele świątyń, jednak w szkole podstawowej nie interesowałam się aż tak bardzo kulturą i historią miasta, w którym przyszło mi żyć, może dlatego, że moi nauczyciele nie byli wówczas zainteresowani tym, by wyposażać nas w wiedzę ponadprogramową (przynajmniej takie mam wrażenie)? Rodzice też niewiele więcej wiedzieli, a praca zawodowa nie pozawalała już na takie wycieczki jak wcześniej. A może „w powietrzu” wciąż czuć było, że o tym „co niemieckie” nie warto mówić? Owszem, chodziliśmy z marzanną i braliśmy udział w dożynkach, ale kultywowania innych zwyczajów dorocznych nie pamiętam. Trudno mi już dziś powiedzieć, jakie były tego powody. Sądzę jednak, że ziarno, zasiane przez mamę i tatę, zdążyło zakiełkować. Uprawiałam wyczynowo sport i często jeździłam po kraju. Wtedy też zaczęłam dostrzegać różnice między Wielkopolską a Górnym i Dolnym Śląskiem. Wówczas zauroczyły mnie Pałuki, Biskupin, Gniezno i Wrocław. Szczerze za to nie znosiłam budownictwa górnośląskiego, choć uwielbiałam, kiedy zawodniczki z Katowic czy z Siemianowic opowiadały o tym, jak to „ołmy i ołpy (albo starziki) bajtlom gołdki o bobokach czy utopkach prawiły”. Nie wiedziałam wprawdzie, kim są te ołmy i boboki, ale opowieści miały w sobie tyle magii, że zaczęłam wypożyczać w bibliotekach legendy i baśnie śląskie, a mama, kiedy była taka możliwość, kupowała mi książki, które mnie interesowały. W szkole średniej, słynnym nyskim Carolinum, trafiłam na świetnych nauczycieli. Pośrednio dzięki nim zaczęłam zgłębiać wiedzę na temat regionu. Zaczęłam też częściej sięgać do biblioteczki rodziców. Mama podrzucała mi do czytania między innymi czasopisma „Poznaj Swój Kraj” i „Odrę” (do dziś mam w swoim posiadaniu numery z końca lat osiemdziesiątych). Wówczas też wpadła mi w ręce praca Stanisława Nicieji Cmentarz Łyczakowski we Lwowie. Traf chciał, że dostałam od kogoś z rodziny książki Doroty Simonides. Niewiele trzeba było, bym zdecydowała, że chcę studiować tam, gdzie będzie można pogłębiać wiedzę o regionie. W głowie pojawiła się myśl, że napiszę pracę magisterską u któregoś z wyżej wymienionych profesorów. Tak też się stało. Dostałam się na filologię polską do Opola. Kiedy na czwartym roku należało wybrać specjalizację, nie wahałam się. Trafiłam do grupy profesor Teresy Smolińskiej, osoby bezgranicznie zakochanej w kulturze i folklorze Śląska Opolskiego, niekwestionowanej znawczyni zwyczajów, obrzędów i gwar śląskich (Smolińska jest jurorką wielu konkursów, które dotyczą folkloru opolskiego). Spełniło się moje małe marzenie – napisałam pracę


Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę

19

magisterską pod kierunkiem profesor Doroty Simonides. W notce biograficznej, towarzyszącej jednemu z moich tomów poetyckich, pojawiło się zdanie, że zawdzięczam obu paniom profesor to, że pokochałam region, w którym przyszło mi żyć i mieszkać. Po studiach trafiłam do gminy Izbicko koło Strzelec Opolskich, w której tradycja pełniła „od zawsze” bardzo ważną funkcję. Tu dopiero mogłam zweryfikować swoją wiedzę dotyczącą folkloru, obrzędowości i gwary. Choć pracuję na tym terenie od kilkudziesięciu lat, co jakiś czas dowiaduję się czegoś nowego. Fascynujące bywa to, kiedy odkrywam nowe opowieści, historie o ludziach, którym przyszło tu żyć przed laty. W jednej ze szkół gminnych założyłam izbę regionalną. Zaczęło się od kilku przedmiotów, które wcześniej udało się zebrać jednemu z nauczycieli. Wówczas postanowiłam zwrócić się z prośbą o pomoc do rodziców i dzieci o to, by w miarę możności przekazywali szkole różne stare przedmioty i ubrania. Oczywiście nie obyło się bez takich sytuacji, kiedy przynoszono np. dziesięcioletni sprzęt elektroniczny i trzeba było tłumaczyć, dlaczego w izbie nie ma miejsca na tego typu urządzenia. Kilka lat trwało, zanim mogliśmy się pochwalić małym zbiorem strojów regionalnych, książkami z XIX i początków XX w. (modlitewnikami, encyklopedią, księgami rachunkowymi, zbiorami poezji oraz powieściami), żelazkami z duszą, przyborami szewskimi, przedmiotami używanymi na co dzień w gospodarstwie, naczyniami, obrazami o tematyce religijnej, kilkoma meblami i przedmiotami, którymi dekorowano mieszkania. Właściwie trudno mówić o typowej izbie regionalnej, ponieważ ekspozycja prezentujemy w jednej części korytarza szkolnego. Oddzielona jest ona od pozostałej części korytarza niewielkim płotkiem. Co ciekawe, uczniowie nie tylko nie niszczą przedmiotów, które tam się znajdują, ale czynnie włączają się w zmianę ekspozycji, dbają o schludny wygląd miejsca. Corocznie przygotowujemy w tym miejscu namiastkę stołu wigilijnego i dekorujemy naturalną choinkę ozdobami, wykonanymi z papieru i ze słomki (dzieci uczą się wykonywania takich dekoracji podczas warsztatów w Muzeum Wsi Opolskiej). Izba służy również nauczycielom, którzy wykorzystują ją do prowadzenia zajęć na temat regionu. Wiosną prezentowane są tam kroszonki opolskie, jajka dekorowane innymi technikami, a także tradycyjne ozdoby świąteczne, w tym palmy. Sądzę, że miejsce, w którym przygotowano ekspozycję, jest świetnie położone. Odwiedzający placówkę goście, często pochodzący z różnych regionów Polski, chętnie zatrzymują się przy eksponatach, oglądają i podziwiają. Niejednokrotnie twierdzą, że czują się jak w muzeum, ale bardzo przyjaznym, bowiem przedmioty można wziąć do ręki, przekartkować książki. Śmiało można twierdzić, że szkolna izba regionalna pełni swoją funkcję edukacyjną.


20

Adriana Jarosz

Na terenie gminy organizuje się od dwudziestu pięciu lat wojewódzki konkurs gawędziarski Śląskie Beranie, w którym dzieci (w tym przedszkolaki), młodzież i dorośli prezentują autorskie monologi i scenki rodzajowe. Podczas imprezy występują również zespoły z terenu Opolszczyzny, ale też i z kraju, między innymi z Podhala i Małopolski. Śląskiemu Beraniu od kilku lat towarzyszy Jarmark Folklorystyczny – na scenie występowali między innymi: Adam Strug, zespół Jarząbków, Teresa Mirga z romskimi muzykami i grupa klezmerska. Wielokrotnie wraz z moimi uczniami brałam udział w ww. konkursie gawędziarskim, podczas którego prezentowano moje teksty. Cztery z nich: Utopek z Utraty, Jak to na tamtym świecie było, czyli co śniło się wujkowi Achimowi, Legenda o Barbarze i księciu Albercie oraz Śmietanka znalazły się w „Literacie Krakowskim”5. W opowieściach, będących fikcją literacką, pojawiają się miejscowości z powiatu strzeleckiego, a także postacie książąt strzeleckich. Jak się też okazuje, teksty zaczynają „żyć”, ponieważ o miejscach, których w rzeczywistości nie ma, opowiadają dzieci w szkole. W związku z tym zdarzają się zabawne historie. Wymyśliłam loch prowadzący od jednej miejscowości do kolejnej (potrzebowałam podziemnej drogi do skonstruowania świata przedstawionego w jednym z utworów). Po latach uczniowie przekonywali mnie, że taki loch istnieje, ponieważ napisali o nim w książkach. Kilka tekstów literackich, w których występują motywy regionalne, znalazło swoje miejsce również w innych publikacjach, między innymi w kwartalniku „LiryDram” pojawił się tekst Pokojówka ze strzeleckiego zamku6. W ten sposób również próbuję promować region w Polsce. Zajmuję się również fotografią i często ilustruję utwory literackie obrazami przedstawiającymi obiekty zabytkowe, miejsca charakterystyczne dla regionu oraz przyrodę Śląska Opolskiego. Często zapraszam na Opolszczyznę regionalistów z innych terenów Polski, np. z Podhala Wyżnego i Niżnego, z Orawy, z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Goście prezentują swoje regiony, tym samym dając poznać szczególnie uczniom, jakie występują między mieszkańcami różnych krain geograficznych podobieństwa i różnice. Ze względu na to, iż zajmuję się literaturą, wielokrotnie miałam możliwość opowiadania o kulturze Śląska Opolskiego w wielu miejscach w Polsce. Cenne są dla mnie spotkania szczególnie z twórcami, w tym ludowymi, i regionalistami z Podhala. Corocznie biorę udział w biesiadzie literacko-muzycznej w zakopiańskiej Skorusie, która poświęcona jest nieżyjącemu przewodnikowi i poecie, Jerzemu Tawłowiczowi. Podczas tej imprezy pre „Literat Krakowski”, nr 5/6, 2012–2013, s. 35–51.  „LiryDram” 2017, nr 13, s. 112.

5 6


Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę

21

zentują się nie tylko literaci z całej Polski, ale również występują znani muzycy ludowi z tego regionu. Podczas imprezy swoje teksty czytają również poeci–regionaliści, np. Wanda Szado-Kudasik, Joanna Słodyczka, Teresa Bachleda-Kominek, Renata Lipkowska, Zbigniew Tlałka czy Krzysztof Kokot, związany również z Górnym Śląskiem (pisze zarówno w gwarze podhalańskiej, jak i w śląskiej). Cenne są dla mnie kontakty z Henrykiem Trebunią-Tutką. To nie tylko prawdziwa skarbnica wiedzy o historii Podhala, a szczególnie Poronina. Jest multiinstrumentalistą, ale to nie powinno dziwić skoro pochodzi z rodziny słynnych Trebuniów (wnuk Jana Trebuni i słynnego dudziarza, Stanisława Budza-Lepsioka zwanego Mrozem). Góral z dziada pradziada, chętnie opowiada o ludziach, wśród których dorastał, sypie jak z rękawa anegdotami. Jest jedynym na Podhalu rzeźbiarzem w szkle, a w pracach pojawiają się przede wszystkim motywy charakterystyczne dla regionu (góry, parzenice, jodły, górale, koliba). Interesującą postacią jest Joanna Słodyczka – bibliotekarka, poetka, regionalistka z Raby Wyżnej. Podczas spotkań literackich w Polsce opowiada również o różnicach między podregionami Podhala, prezentuje teksty pisane gwarą. Słodyczka występuje najczęściej w stroju pochodzącym z jej regionu, bo często pojawiają się pytania dotyczące właśnie ubrań. W czerwcu 2017 r. otrzymała w Szczecinie nagrodę z rąk przedstawicieli szczecińskiego oddziału Związku Literatów Polskich za to, że „wiąże regiony”. Wiedzę, którą zdobywam dzięki moim przyjaciołom z Podhala i innych miejsc w Polsce, niejednokrotnie wykorzystywałam podczas realizacji tematów związanych z regionalizmem. Pomocna w realizacji zadań jest również technika, ponieważ podczas niektórych lekcji uczniowie mają możliwość bezpośredniej rozmowy z twórcą z innego regionu. Szczególnie duże wrażenie wywarła na nich rozmowa z ww. Henrykiem Trebunią-Tutką. Kiedy mowa o regionalistach, nie sposób pominąć prawdziwych pasjonatów z gminy Janów koło Częstochowy. W tej niewielkiej gminie, w której króluje trójwieś: Janów, Złoty Potok i Ponik, znajduje się wiele obiektów wartych uwagi, w tym pałac hrabiów Raczyńskich z pięknie położonym, choć niewielkim, parkiem i Regionalne Muzeum w Złotym Potoku im. Z. Krasińskiego ze stawem Irydion. Przybyszów zachwyca wspaniała, jurajska przyroda. Nie dziwi, że mieszka tam wielu twórców: literatów, muzyków, malarzy, rzeźbiarzy, folklorystów i tych, którzy prawdziwie kochają swoją małą ojczyznę. Jedni to autochtoni, inni przybyli do Janowa stosunkowo niedawno. Niekwestionowanym znawcą regionu jest Ireneusz Bartkowiak, o którym mówią, że na temat Złotego Potoku albo wie, albo będzie wiedział wszystko. Rzeczywiście, jeśli trzeba byłoby wskazać kogoś, kto byłby re-


22

Adriana Jarosz

gionalistą wzorcowym, bez dwóch zdań powinno się wysunąć kandydaturę Bartkowiaka. Jest nie tylko przewodnikiem po regionie. To współorganizator corocznych imprez literackich: Jurajskiej Jesieni Poetyckiej i Bienale Poezji¸ na które zjeżdżają twórcy z całego kraju. Imprezy te stały się świetnym pretekstem do tego, by pokazać gościom z Polski region. Imprezom towarzyszy zawsze wycieczka po okolicy. Uczestnicy mogli do tej pory podziwiać niektóre zamki na szklaku Orlich Gniazd, miejsca pamięci narodowej, zwiedzali regionalne muzea, podziwiali obiekty przyrodnicze. Integralną częścią imprez jest muzyka. Poetom towarzyszą muzycy operowi, filharmonicy, twórcy poezji śpiewanej, osoby – zawsze są to osoby, które wywodzą się tego regionu. Jurajskiej Jesieni i Bienale towarzyszy konkurs na wiersz o Złotym Potoku. Wszystkie osoby, które biorą w nim udział, są nagrodzone. W roku 2017 ukazała się trzecia antologia grafik i tekstów – wierszy, legend, opowieści – których bohaterem jest ta niewielka, jurajska miejscowość pt. Złotopotockie Impresje. W posłowiu Anna Grzanka, członek Janowskiego Klubu Literackiego (do którego i ja, jako honorowy członek, mam zaszczyt należeć), napisała: Sercem i duszą oddany Złotopotockiej Krainie Ireneusz Bartkowiak stworzył tradycję Konkursu na Wiersz o Złotym Potoku już od II Jurajskiej Jesieni Poetyckiej (…). Tu frazy, wersy i strofy płyną rytmem biegu Wiercicy, a metafory barw wszystkich pór roku grają niepowtarzalną symfonię słowa. I płyną potokami wiersze w nurtach różnych liryki, od piękna opisu aż po refleksję filozoficzną, wyrażającą istotę i sens bycia: aż po ukojenie bólu istnienia. Zapraszamy więc teraz na wędrówkę zwielokrotnioną wieloma emocjami poetyckimi, do wyjątkowej swym pięknem Krainy Jurajskiej, gdzie występy szczęśliwe Złotego Potoku, Janowa, Poniku – gdzie źródło miłości największej – zachwycające piękno natury7.

Czyż potrzebna jest lepsza promocja regionu? Nie bez powodu twierdzi się, że kto raz trafi do Złotego Potoku, będzie już tu przyjeżdżał. Tak jest, ale to zasługa takich pasjonatów jak I. Bartkowiak8. Od wielu lat pracuję na terenie gminy Izbicko, w której wspiera się wszelkie działania proregionalne. Mam jednocześnie szczęście, że mogę uczyć się od regionalistów mieszkających w różnych częściach Polski i wymieniać się z nimi doświadczeniami. Cieszy mnie to, że często goszczą również w mojej gminie i zachęcają do odwiedzin miejsc, z których pochodzą, a dzięki temu uczniowie i dorośli chętniej poznają tereny, o których wcześniej niewiele wiedzieli.  Złotopotockie impresje…, s. 3.  http://www.gazetacz.com.pl/artykul.php?idm=784&id=20989 (odczyt: 27.01.2018).

7 8


Jeśli chce się odkryć świat, trzeba najpierw poznać najbliższą okolicę

23

Gdyby nie rodzice, nie nauczyłabym się patrzeć na najbliższe otoczenie z szacunkiem, nie nauczyłabym się zachwycać tym, co pozornie zwyczajne i proste. O tym chcę mówić również moim uczniom i czytelnikom. Mówić o miejscach takich jak to z wiersza STACYJKI z tomu Rozdrożami9: najpiękniejsze są stacyjki zapomniane

z szarymi liszajami na twarzach elewacji zgarbione niczym starcy których nikt już nie chce na ławce ktoś kto dawno dojechał do bazy niebytu obok plecak pamięci a w nim wszystko co miał najpiękniejsze są stacyjki zapomniane bo na nich dzikie jabłonie kwitną jak szalone a rozchodniki rozkładają swoje kobierce niczym kupcy arabscy na suku czasem tylko zagubieni turyści zrobią fotografie bezczelnie dyndającej tablicy z grafomańskim napisem i butelkom w których słońce topi swoje smutki najpiękniejsze są choć zapomniane

Kraj, w którym mieszkam, jest piękny, może się poszczycić bogatą, choć często tragiczną, historią. To kraj zróżnicowany, ale warto wiedzieć, dlaczego tak jest. W książce poetyckiej Rozdrożami mówię o Łemkach, Bojkach i mieszkańcach wsi beskidzkich. Mówię o miejscach, które nie powinny zostać zapomniane i o ludziach przez wieki pielęgnujących obrzędy i zwy A. Jarosz, Rozdrożami, Kraków 2014.

9


24

Adriana Jarosz

czaje przodków. Gdyby nie pasjonaci – regionaliści, dawne wsie, miasteczka i ich mieszkańcy być może całkowicie zniknęłyby ze świadomości większości obywateli naszego kraju. Bo przecież Bieszczady –  region niegdyś ludny – to „kraj od wieków dziewiczy”, jak kiedyś usłyszałam od jakiegoś ignoranta. Trzeba robić wszystko, by następne pokolenia nie zapominały o ludziach, którzy zamieszkiwali poszczególne regiony i nie ma znaczenia, czy żyli w czasach spokojnych, czy też w okresie sprzyjającym wszelkim nieprawościom. Trzeba robić wszystko, by zachować tożsamość narodową. Publikacje w drukach zwartych: tomiki poetyckie • Rozdrożami • Niebo pachnące sianem • Modlitwy malowane trzciną • Rogalik. Album fotograficzno-poetycki (autorka tekstów poetyckich)

antologie poetyckie

• Antologia poetów polskich 2016 • Antologia poetów polskich 2017

almanachy

• Literat Krakowski, nr 5/6, 2012–2013 • Krakowska Noc Poetów (2011, 2012, 2013, 2014) • Karnawał Bronowicki (2011, 2012, 2013) • Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów (2011, 2012) • Człowiek i sny, 2013 • Człowiek i droga, 2014 • Ewokacja, 2015 • Jurajska muza, 2014 • Chwile niepokorne, 2016 • Ciemność boi się koloru, 2015 • Mosty, 2016 • Chwile przed jutrem, 2016 • Słowem rozkołysany ogród, 2017 • Puzzle życia, 2017 • Złotopotockie impresje, 2017. • Našlapování v podzimním listí, 2017 • Oswajanie lęku, 2018


Bartosz Kiełbasa

Towarzystwo Przyjaciół Konina Dwumiesięcznik „Koniniana”

KONIŃSKI REGIONALIZM - PLANY A RZECZY WISTOŚĆ

U

rodziłem się w Koninie, wtedy jeszcze (w latach 80. XX w.) stolicy województwa konińskiego, który jako ośrodek w perspektywie wieloletniej miało zamieszkiwać 100  tys. mieszkańców (plany na początek XXI  w.). Region miał być „gwałtownie przebudzony” z letargu, monotonii prowincji. Podobnie kultura i związany z nią regionalizm. To ostatnie pojęcie postrzegam jako umiłowanie w różnych formach aktywności zawodowej (i nie tylko) miejsca w którym się mieszka. Koniński regionalizm też ewaluował –  z marazmu prowincjonalnej rzeczywistości awansował do rangi wojewódzkiej. To brzmi dumnie. Moja droga do regionalizmu ma swój początek w 2005 r., wtedy to zbierałem materiały do pracy magisterskiej pt. Klimat lokalny Konina na podstawie własnych badań meteorologicznych w różnych punktach miasta. Odkrywałem nowe miejsca, ukryte z dala od głównych arterii przelotowych, które w drodze do szkoły mijałem bez zastanowienia. Tajemnicze podwórza między kamienicami starego Konina, czy ceglany kościół ewangelicki z wysmukła wieżą, w którym nigdy wcześniej nie byłem – budziły zaciekawienie. Wybrałem nauki geograficzne – od zawsze interesowało mnie środowisko wokół. Historia ciekawiła mnie, a jednocześnie z uwagi na liczne daty, wydarzenia –  odpychała. Inaczej z historią lokalną, tą regionalną, której ślady mijałem naokoło. Pisanie pracy magisterskiej zmusiło mnie do szukania materiałów na miejscu – w Koninie, choć początkowo godzinami siedziałem w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu. Napisałem pracę magisterską. Nie chciałem aby wyniki moich badań spowił kurz w archiwach wydziałowych – chciałem podzielić się nimi, rozpropagować na łamach lokalnych periodyków. Pomocna okazała się w tym przypadku znajomość z panią Romaną Koczorowską wykładowcą –  pra-


26

Bartosz Kiełbasa

cownikiem Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Poznaniu, która umożliwiła mi wysłanie krótkiego artykułu do „Przeglądu Geofizycznego” do Warszawy. Dała stosowne referencje. Udało się opublikować. I tak się zaczęło… Niezwykle dużą pomoc okazał mi także mój promotor – prof. dr hab. Jan Tamulewicz (1945–2008), który był zawsze otwarty na wszelkie propozycje studentów. Umożliwił mi przekazanie wyników własnych badań czytelnikom w periodyku „Badania Fizjograficzne nad Polską Zachodnią. Seria Geografia Fizyczna” w Poznaniu. Któregoś razu, podczas standardowego przeglądu prasy lokalnej, odnalazłem dodatek do gazety „Przegląd Koniński”, z artykułami napisanymi prostym, nienaukowym językiem o historii regionu. Zapragnąłem też tam napisać. Okazało się, że redaktorem prowadzącym dodatku był Stanisław Sroczyński –  mój niegdysiejszy nauczyciel w I Liceum w Koninie –  prezes Towarzystwa Przyjaciół Konina. Na ulicy Stromej w nowej części Konina, tam gdzie się wychowywałem – nieopodal Doliny Warty i Kanału Ulgi, codziennie obserwowałem wylewy rzeki, powodzie, przyloty i odloty ptactwa. Ulica ta, mimo że prawie w centrum miasta, nie była miejska. My i sąsiedzi mieszkaliśmy w domkach jednorodzinnych, była tam nawet stodoła z gliny. Dalszy sąsiad miał stodołę z drewna i corocznie obsiewał swoje pole oraz wyprowadzał krowy nad rzekę, na okoliczne łąki. Przez centrum miasta jeździł konno z wozem po zlewki do szpitala. Po drugiej stronie ulicy Poznańskiej, która dzieliła świat wiejskich domków jednorodzinnych od „królestwa” bloków, życie było szybsze, z dala od przyrody. Nie zazdrościłem kolegom szkolnym z bloków. Moją sąsiadką była Czesława Henzelman – animatorka kultury, która wraz ze swoją córką – Wandą Wiśniewską-Kuźniak na naszej gruntowej ulicy organizowała gry i zabawy sportowe dla nas, dzieciarni. Zresztą córka Wandy Wiśniewskiej – Katarzyna wyrosła na światowej sławy zawodniczkę z zakresu szermierki. Dziś mieszka w Teksasie, w USA. Traf chciał, że Wanda Wiśniewska-Kuźniak miała numer telefonu do Stanisława Sroczyńskiego. Zadzwoniłem – przesłałem swój artykuł o klimacie miasta Konina. Myślałem, że współpraca będzie jednorazowa. Myliłem się. Tak zaczęła się moja kariera redaktora w miesięczniku „Koniniana”. Poznałem kadrę Towarzystwa Przyjaciół Konina redagującą dodatek (szalenie otwartą na wszelkie propozycje grupę) m. in. kierownika Archiwum Państwowego w Koninie mgr Piotra Rybczyńskiego, Henryka Janaska – dyrektora Miejskiej Biblioteki Publicznej w Koninie, Janusza Gulczyńskiego – pracownika Muzeum Okręgowego w Koninie.


Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość

27

Był wtedy rok 2007. Śledząc archiwalne numery „Koninianów” z tego okresu odkryłem, że przewijały się w nich moje artykuły zarówno o treści geograficznej (jeziora, rzeki, lasy), ale także historycznej (odkrywałem losy dawnego dworca kolejowego w Koninie). W miarę wzrastającej liczby artykułów podejmowałem współpracę z różnymi periodykami regionalistycznymi m. in. „Kroniką Wielkopolski”, „Przeglądem Wielkopolski”. Zacząłem współpracować – koordynować współpracę z innymi organizacjami regionalistów. Najpierw zaproponowałem pomoc Wielkopolskiemu Towarzystwu Kulturalnemu w Poznaniu w zakresie opisu najważniejszych wydarzeń społeczno-kulturalnych w Koninie. Niepokoiła mnie marginalizacja Konina strąconego z piedestału miasta wojewódzkiego, który stał się w wyniku reformy administracyjnej jedną z części ogromnego województwa wielkopolskiego z siedzibą w odległym Poznaniu. W 2009 r. zostałem wybrany do Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Konina. Już wtedy Damian Kruczkowski – mój rówieśnik, niegdysiejszy kolega z I  Liceum Ogólnokształcącego w Koninie, na spotkaniu rzucił ideę organizacji kwesty na rzecz renowacji zabytkowych nagrobków, coś na wzór tej odbywającej się na warszawskich Powązkach. Do nowego zarządu Towarzystwa weszli także: Tomasz Andrzej Nowak –  zapaleniec i historyk tworzący stronę o przeszłości i teraźniejszości miasta Konina (www.konin-starowka.pl), Wanda Gruszczyńska z konińskiego PTTK, niestrudzona organizatorka rajdów rowerowo-pieszych wokół Konina oraz po subregionie konińskim. Znowu poznałem kolejną grupę osób pełnych pomysłów, którzy prawie codziennie do mnie dzwonili i proponowali najrozmaitsze pomysły. Nie zapomnę zaproszenia mnie przez Wandzię Gruszczyńską do Chatki Ornitologa PTTK we wsi Białobrzeg (gm. Pyzdry). Całą trasę z Konina, około 45 kilometrów, pokonałem wówczas na rowerze. Przez te kilka dni spędzonych z rodziną Gruszczyńskich, w głuszy nieopodal Doliny Warty, nauczyłem się obcować z dziką przyrodą. Zapamiętam do końca życia zasłyszane koncerty ptaków na licznych starorzeczach. Odkryłem w sobie pasję turystyczną. Od 2014  r. rowerem z Konina wyruszyłem i zwiedziłem wiele odległych a ciekawych miejsc m. in. Stawiszyn, Turek, Pyzdry, Koło, Kłodawę, Przedecz, Ceków, czy Malanów. Kontaktuje się ze mną liczna grupa pasjonatów wspólnych podróży „w nieznane”, zainteresowanych poznawaniem nowych zapomnianych miejsc na mapie naszego regionu konińskiego. Angażuję się też w Towarzystwie Przyjaciół Parku im. Fryderyka Chopina – projekty ekologiczne, festyny rekreacyjne dla dzieci (współpraca z Przedszkolem nr  1 w Koninie „Kosmatek”, Zespołem Szkół Centrum Kształcenia Ustawicznego – rajdy rowerowe, kajaki itp.).


28

Bartosz Kiełbasa

Zdjęcie pt. „Gdzieś pod Pyzdrami” autor Bogdan Rachuba Sekcja Turystyki Rowerowej „Ciklo” PTTK Oddział Konin

Zdjęcie pt. „Na Średzkiej Konferencji Kulturalnej 2011 r.” autor: Grzegorz Mokrzycki – Stowarzyszenie Przyjaciół Miasta Koła nad Wartą


Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość

Zdjęcie pt. „Na wycieczce w Bieszczadach” autor: Grzegorz Kobiela

Zdjęcie pt. „Spacerkiem z PTTK-iem 2010 r.” autor: Wanda Gruszczyńska PTTK Oddział w Koninie

29


30

Bartosz Kiełbasa

Zdjęcie pt. „W drodze na Złotą Górę pod Koninem” autor: Grzegorz Kobiela

Wracając do kwestii renowacji zabytków wszelakich. Przez ten czas licznych inicjatyw, dojrzewała najważniejsza idea – pomysł kwesty na cmentarzach Konina. W Internecie odnalazłem informację, iż w pobliskim Kole działa Stowarzyszenie Przyjaciół Miasta Koła nad Wartą, mające doświadczenie w organizacji podobnych wydarzeń. Postanowiłem się z nimi skontaktować. Tak poznałem czołowego kolskiego regionalistę i społecznika mgr Kazimierza Kasperkiewicza – z wykształcenia germanistę, z zamiłowania historyka i regionalistę. Przedstawiciele kolskiej organizacji oprowadzili mnie po cmentarzu rzymskokatolickim przy ulicy Poniatowskiego, a także po nekropolii ewangelickiej, znajdującej się vis a vis. Pokazali odnowione nagrobki, dostaliśmy „namiary” na wykonawców. W drodze powrotnej na Konin zwiedziliśmy jeszcze Brudzew i tajemniczy, znajdujący się wśród pól, cmentarz rodziny Kurnatowskich. Przez „Pana Starówkę” czyli Tomasza Andrzeja Nowaka do Towarzystwa Przyjaciół Konina wciągnięty został Piotr Pęcherski – wnuk słynnego konińskiego regionalisty Zygmunta Pęcherskiego (prowadzący w Internecie stronę www.powazkikonina.org). Jako księgowy z zawodu zaoferował pomoc przy organizacji kwesty i do końca forsował ten pomysł, aż w końcu się udało. W pamiętnym 2010 r. rozpoczęła się I Konińska Kwesta Cmentarna, zorganizowana przez Komitet Wsparcia Renowacji Konińskich Nekro-


Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość

31

polii założony przy Towarzystwie Przyjaciół Konina. Kwesta miała swoje motto „Na Powązki Konina” tak, aby uwypuklić, że zbiera się pieniądze na coś ważnego z perspektywy Konina – tak jak dla Warszawy Powązki. Listopadowy dzień okazał się szczęśliwy dla kwestarzy. Uzbierano niecałe 10 tysięcy złotych – przebiliśmy Koło. Od tej pory zbiórka cyklicznie jest organizowana 1 listopada na obu cmentarzach: katolickim i ewangelickim w Koninie przy ulicy Kolskiej. Wszystko odbyło się dzięki uprzejmości: ks.  Andrzeja Mandroka –  ówczesnego pastora z Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Św. Ducha w Koninie (również publikującego w „Koninianach”) oraz ks.  dra Tomasza Michalskiego z Parafii Rzymsko-Katolickiej p.w. Św. Bartłomieja. Od 2006 r. do chwili obecnej minęła dekada. Czuję się pewnie w środowisku konińskich regionalistów, spotykamy się regularnie, dzwonimy do siebie, realizujemy kolejne pomysły m. in. w 2016 r. powstało Wielkopolskie Stowarzyszenie na Rzecz Ratowania Pamięci „Frydhof” mające swą siedzibę w Koninie, a zawiązane poprzez portal społecznościowy Facebook przez entuzjastów ratowania starych cmentarzy ewangelickich w Wielkopolsce Wschodniej. Internet i portale społecznościowe potrafią łączyć ludzi o podobnych pasjach. Tak się dzieje również w przypadku regionalistów. Tworzymy jedną grupę ludzi pasjonatów lokalnej historii i kultury, zza miedzą żyją ludzie o takich samych pasjach i takich samych kłopotach i metodach ich rozwiązywania. Trzeba być otwartym na innych – stąd mój udział w najrozmaitszych konferencjach m. in. Średzkich Sejmikach Kultury w Środzie Wielkopolskiej czy seminarium o cmentarzach ewangelickich w Poznaniu i Łodzi. Czasami traf chce, że daleko od swego rodzinnego miasta odnaleźć można osoby o podobnych zainteresowaniach. Tak było w przypadku kontaktu ze Stowarzyszeniem Przyjaciół Ziemi Gubińskiej. Z racji, iż moja rodzina wywodzi się spod Krosna Odrzańskiego (woj. lubuskie) w 2013 r. zacząłem, jako regionalista i redaktor „Koninianów”, korespondencję z tamtejszym prezesem Stefanem Pilaczyńskim – emerytowanym wojskowym. Przekazałem mu do publikacji wspomnienia wojenne Jerzego Majewskiego – prezesa konińskiego Oddziału Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę. Później okazało się, że Stefan Pilaczyński nie jest gubinianinem z urodzenia, a jego korzenie rodzinne prowadzą do miasta Koła, nieopodal Konina. Myślę, że na początki mojej kariery jako regionalisty wpływ miała także osoba mojego dziadka –  Adama Kiełbasy mieszkającego na Ziemiach Odzyskanych, we wsi Kosierz, koło Krosna Odrzańskiego. Corocznie, jako dziecko, w wakacje przyjeżdżałem do dziadka w odwiedziny. Wspólnie podróżowaliśmy rowerem przez okoliczne lasy, czasami na grzyby, czasami na jagody. Pamiętam odkrywanie nieznanych miejsc i niesamowitą reli-


32

Bartosz Kiełbasa

gijność dziadka. Kiedyś zaprowadził mnie na teren nieczynnego cmentarza poniemieckiego nieopodal swego domu. Pamiętam jak opowiadał, że kiedyś było to miejsce niezwykłe. Wspominał o czasie dewastacji tego miejsca, bezczeszczenia szczątków ludzkich przez młodzież. W 2013 r. pisząc monografię o deportacjach Polaków w czasie okupacji hitlerowskiej z terenu Ziemi Konińskiej, będąc w tamtych rejonach, przeglądając materiały pozostawione przez zmarłych dziadków, odkryłem relację dziadka z pobytu na deportacji w Niemczech oraz relację babci z pobytu na Syberii (pochodziła ze wsi Zapatoszyno koło Dzisny). Poczułem, że nie jestem obojętny wobec tematów o których pisze – moja rodzina przeżyła to samo. Przez te 10 lat pracy na niwie konińskiego regionalizmu doskonale pamiętam wizytę u inż. Stanisława Pijanowskiego – kustosza Muzeum w Głuchej Puszczy koło Orchowa. Pan Stanisław, wówczas już wiekowa osoba, opowiadał o swojej pasji przyrodniczej i historycznej. Po wojnie zbierał z pieczołowitością pamiątki po Żydach i ewangelikach, a także eksponaty archeologiczne wydobyte z pobliskich jezior. Dla mnie osoba ta była i nadal pozostanie „człowiekiem renesansu” z uwagi na swe poświecenie w czasach stanu wojennego i pomoc opozycjonistom. Pisząc książkę o 25 latach konińskiego Oddziału Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę poznałem i wielokrotnie spotykałem się z prezesem Jerzym Majewskim – osobą niezwykle operatywną, komunikatywną. Pan Jerzy wielokrotnie wspominał o swojej tułaczce wojennej. Jemu zawdzięczam też uhonorowanie odznaką „Za zasługi dla miasta Konina” w 2013 r., w konińskim ratuszu. Zawsze pozostanie w mojej pamięci. Ci wszyscy ludzie wymienieni przez mnie, a napotkani w czasie mojej drogi życiowej w Wielkopolsce, zasługują na miano wzorów, mentorów. Choć nieidealni i niepozbawieni ułomności, zawsze służyli mi pomocą lub wsparciem, prezentowali czasem inny punkt widzenia, ubogacali mnie wewnętrznie, dawali mi nowe pomysły, wymyślali tematy do eksploracji i poszukiwań. Dzięki nim wciąż jeszcze jestem dociekliwy… Postać rasowego regionalisty określa się czasami jako osobę w podeszłym wieku, emeryta z czasem wolnym na hobby. Doświadczenie życiowe może być tutaj tylko zaletą. Myśląc o regionalistach, jako grupie zorganizowanej, zawsze pojawiają mi się przed oczami trzy słowa „umiłowanie lokalnej Ojczyzny”. Miłość ta powinna przejawiać się we wszystkich płaszczyznach działalności społeczeństwa (gospodarka, kultura, sport, turystyka, historia) –  wszystko to istnieje w ramach naszej małej Ojczyzny (miejsca zamieszkania). Nie należy przy tym się odizolowywać od innych sąsiadujących obszarów, gdyż stanowią one komplementarną całość.


Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość

33

Czasami wspólnymi działaniami regionalistów da się osiągnąć wiele. Każda grupa społeczna ma coś do zaoferowania – czasami wspomnienia emocjonalne, nieposkładane zwykłej osoby mogą więcej wnieść niż zawiłe dysertacje naukowe. Regionalista niekoniecznie musi być naukowcem, liczy się zapał i wytrwałość. Nie zawsze mówimy jednym głosem, ale za to możemy się „pięknie różnić”. Te różnice nas ubogacają, sprzyjają twórczej dyskusji. Sam mam wielu przyjaciół – pasjonatów różnego wyznania, orientacji politycznej –  cieszę się ze spotkań z nimi, ich rad związanych z kolejnymi numerami „Koninianów”. Zmiany polityczne ostatnich dwóch dekad spowodowały upadek wielu stowarzyszeń regionalnych działających w PRL. Tak też się stało z Towarzystwem Przyjaciół Konina prężnie działającym w latach 70-tych i 80-tych XX  w. Kryzys gospodarczy końca lat 80-tych dopadł także przemysłowy Konin. Wsparcie dla kultury przez zakłady pracy zaczęło być reglamentowane, wielu ludzi zaczęło tracić pracę. W latach 1989–1997 Towarzystwo Przyjaciół Konina działało „na papierze”. Wiele osób potencjalnie przydatnych do pracy społecznej na niwie lokalnej, zaczęło na pierwszym planie przedkładać troskę o utrzymanie rodziny. Każdy dzień okresu transformacji był niepewny. Wizja przemysłowego Konina zaczęła stopniowo upadać, tak jak zakładowe domy kultury. Dopiero po reaktywacji w 1997 roku Towarzystwa Przyjaciół Konina zaczęto realizować nieśmiało wizję redagowania dodatku regionalnego „Koniniana” (pierwszy numer pojawił się w 2003 roku). Transformacja w przestrzeni regionalizmu bardziej była zauważalna na terenie obecnego województwa lubuskiego, gdzie przestało działać Lubuskie Towarzystwo Kultury koordynujące całość prac tamtejszych towarzystw regionalnych. W przypadku Wielkopolskiego Towarzystwa Kulturalnego przemiany oznaczały konieczność zabiegania, walczenia o środki na działalność, o które wcześniej nie trzeba było zabiegać. Pewnych perspektywicznych planów nie udało się osiągnąć – Konin nigdy nie stał się ośrodkiem 100-tysięcznym, ale narasta nieustannie potrzeba promocji miasta i jego walorów, intensywnej pracy regionalistów. Po 1989 roku w wielu częściach Polski wytworzyły się „pustynie” jeśli chodzi o działania społeczne dokumentujące lokalną historię i kulturę. Starsi regionaliści nie mieli godnych siebie następców. Pewne periodyki regionalne z założenia cykliczne m. in. „Ziemia Konińska”, czy „Rocznik Koniński” przestały się ukazywać, bądź jak w przypadku „Rocznika Konińskiego” dopiero ostatnio ponownie powrócono do koncepcji cyklicznego wydawnictwa. Rzeczywistość była brutalna.


34

Bartosz Kiełbasa

Jeszcze gorzej było na terenach wiejskich, gdzie działalność społeczno-kulturalną prowadzono przy Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Ludzi pozostawiono z dnia na dzień samych sobie. Nie byli oni nauczeni samodzielnego pozyskiwania funduszy na kulturę, ochronę zabytków. Dawniej regionaliści stanowili grupę elitarną, dość często w zarządach ich organizacji zasiadali lokalni politycy, co było korzystną przesłanką do realizacji wielu projektów dla regionu. Choć mogło to blokować dyskusję, wobec jedynej słusznej misji lansowanej przez ówczesną partię. Dziś regionalistą może zostać każdy – od polityka, poprzez duchownego (mającego autorytet i posłuch wśród parafian), po przedsiębiorcę wspierającego rozwój własnej gminy. Mamy wolność słowa, każdy może głosić własne poglądy i takowe publikować. Konkurencyjność i pomysłowość to dwie cechy, których należało się nauczyć przez te 28 lat wolnej Polski. Wśród wielu problemów, które przyszło dziś rozwiązywać regionalistom jest niewątpliwie ochrona zabytków. Wiele organizacji prowadzi kwesty na ratowanie zabytkowych grobów na cmentarzach parafialnych. „Jak grzyby po deszczu” powstają stowarzyszenia eksploracyjne, nieformalne grupy społecznościowe na portalach internetowych, których głównym celem jest ocalenie przez lata zapomnianych materialnych śladów wielokulturowości. Stowarzyszenia działają często przy muzeach, domach kultury czy bibliotekach nie mając własnego lokalu. Wiele z osób deklarujących rozmaite projekty regionalne, nie ma dalekosiężnych planów działania. Czasami przeważa chęć promocji własnej osoby, zostania radnym / radną, a nie dobro ogólne, cele społeczne. Deklarowane zamierzenia tracą często impet po wyborach. Przecież minęły czasy, kiedy każda organizacja regionalistów nie mogła przeciwstawiać się lokalnemu establishmentowi. Myślę, że każde stowarzyszenie regionalne, czy broszura przez takowe wydawana powinny być, co do zasady, apolityczne. Znam przypadki stowarzyszeń, które w czasie wyborów samorządowych przekształciły się w komitety wyborcze zaangażowane polityczne. Ważna jest współpraca samorządowcy –  regionaliści. Radni przecież też mogą zostać członkami stowarzyszeń. Nieetyczne jest natomiast tworzenie poprzez okazjonalną działalność społeczną w organizacji „trampoliny wyborczej”. Nadzieją dla regionalistów są liczne konkursy na działania turystyczne promujące region, organizowane przez samorządy. W Koninie, dzięki dofinansowaniu miasta, Oddział PTTK realizuje cyklicznie sobotnio-niedzielne „Spacerki po zdrowie”, integrujące starszych i młodszych mieszkańców Konina. Dzięki wsparciu samorządu miejskiego i powiatowego odbywają się w Środzie Wielkopolskiej sejmiki regionalistów. Gdyby nie ten mece-


Koniński regionalizm – plany a rzeczywistość

35

nat publiczny i prywatny (lokalni przedsiębiorcy) wiele niezbędnych działań podejmowanych przez regionalistów zostałoby na papierze (ratowanie zabytków). Według mnie szkodliwe jest, jeśli w danej miejscowości działają dwie lub więcej organizacje o podobnym profilu. Każde stowarzyszenie winno mieć własne pole zainteresowań. Grupy towarzystw regionalnych powinny się uzupełniać, współpracować, być wobec siebie komplementarnymi. Niestety, czasami przeważają ambicje jednostki ponad interesem ogółu członków. Kolejne nurtujące mnie pytanie to: „czy organizacje regionalne powinny zarabiać?”. Status Organizacji Pożytku Publicznego uprawnia do pozyskiwania 1% z podatku – niektóre towarzystwa spełniły warunki „OPP”. Myślę jednak, że regionalista to tytuł osoby działającej „non profit”. Każda złotówka nadwyżki winna być wykorzystana zgodnie z celami statutowymi, bez względu czy zysk pochodzi ze składek czy z 1%. Hobbista i pasjonat to zasadnicze słowa, które winny charakteryzować regionalistów. Nie należy się zatem na tym wzbogacać – zarząd stowarzyszenia regionalistów nie powinien być wynagradzany. Regionalizm jest czymś dodatkowym realizowanym w wolnej chwili, może być zbieżny z drogą zawodową, ale niekoniecznie. Liczy się interes społeczny, który winien być nadrzędny wobec pozostałych, wynikających chociażby z publikowania rozmaitych tekstów w mediach (apanaże finansowe, czy zwrot kosztów związanych z podróżą). Reasumując powyższe rozważania, stwierdzam że regionaliści to grupa ludzi bardzo zróżnicowanych pod względem wieku, zawodu, miejsca działania. W ostatnim czasie dało się zaobserwować działania integracyjne licznych stowarzyszeń „non profit” wokół pozyskiwania środków na: konferencje, seminaria sprzyjające wzajemnemu poznaniu, wspieraniu podejmowanych działań. Osoby z dłuższym stażem są z założenia autorytetami. Mimo burzliwych czasów w których żyjemy, zmieniających się uwarunkowań prawnych stawianych wobec organizacji NGO, nie brak entuzjastów miłujących własny region wszechstronnie wykształconych, pełnych zapału.


Roman Świst Wałbrzych

CZY JESTEM REGIONALISTĄ? Tytułem wstępu

U

rodziłem się w Wałbrzychu – mieście górniczym i przemysłowym, ale w drugim roku życia –  nieświadom tego faktu zupełnie –  zamieszkałem z rodzicami na terenie podwałbrzyskiej wsi Dziećmorowice. Do końca 1954  r., była to samodzielna gmina, potem funkcjonowała jako gromada, a od 1  stycznia 1973  r. jest jednym z 9  sołectw gminy Walim. Dziećmorowice, jak wiele wsi na przemysłowych terenach Dolnego Śląska, ma charakter osady przemysłowo-rolnej. Taki charakter ukształtował się w XIX stuleciu, kiedy w osadzie powstały i działały liczne warsztaty, głównie tkackie, kopalnie rud kruszcowych, duża fabryka płótna pościelowego, browar. W owym wieku, podwoiła się liczba mieszkańców niemieckiego Dittmannsdorf, przekraczając poziom 2 tys. (obecnie ok. 1,5 tys.). Na jej terenie blisko 60–70% (obecnie odsetek ten sięga 90%) stanowili robotnicy, górnicy, rzemieślnicy oraz inteligencja pracująca – oczywiście z rodzinami. Dodam, że w czasach dekoniunktury gospodarczej, spory odsetek jej mieszkańców stanowili bezrobotni. Tak jest i w naszych czasach. Po tym, jak zmieniłem, stan cywilny, zamieszkałem niedaleko –  w mieście urodzenia, a ściślej na terenie osiedla Rusinowa. Co ciekawe, ta część miasta – wraz z moją wioską – od „zawsze” graniczyły ze sobą i należały od wieków do tej samej parafii. Przez trzy wieki miały jednych właścicieli. Mają, wspólny cmentarz, klub sportowy, lokale gastronomiczne, przychodnie zdrowia, apteki, a do niedawna wspólną szkołę. Teraz też wspólną straż pożarną. Przez wiele lat podlegały temu samemu komisariatowi MO. Był czas, kiedy korzystały z pomocy tej samej położnej i weterynarza. Łączy je kod pocztowy, komunikacja publiczna, kolektor sanitarny z nowoczesną oczyszczalnia ścieków i wiele mieszanych małżeństw. Ich zabudowy – pierwotnie leśno-łanowe – rozciągają się w malowniczej dolinie potoku Złotnica.


38

Roman Świst

Moja mała ojczyzna, znajduje się na terenie Dolnego Śląska, na Ziemi Wałbrzyskiej, części dawnego piastowskiego księstwa świdnickiego /jaworsko-świdnickiego. Ziemi, która podobnie jak cała śląska dzielnica, przeszła burzliwe dzieje. Miała wchodzić, w skład państwa kupca Samona, być częścią Rzeszy Wielkomorawskiej, a następnie należała do Czech, które powstały po rozpadzie wspomnianej Rzeszy. Od ok. 990 r. znajdowała się w państwie Piastów. W II poł. XIV w. weszła do monarchii Luksemburgów, którzy byli jednocześnie królami czeskimi. Wraz z Czechami, po tym jak król Ludwik II Jagiellończyk (prawnuk Władysława Jagiełły) poległ pod Mohaczem (29 sierpnia 1526 r.) została włączona do wielonarodowej monarchii Habsburgów. Wskutek wojen śląskich, a faktycznie w 1741 r., weszła do Prus, a w 1871 r. wraz z nimi do Cesarstwa Niemieckiego. W maju 1945 r., w znanych okolicznościach powróciła do Macierzy. Moja mała ojczyzna została założona pod koniec XIII lub na początku XIV  w., przez przybyłych z niemieckiego obszaru językowego kolonistów nazywanych wtedy gośćmi, z woli księcia świdnickiego Bolka I Surowego – po mieczu potomka założycieli naszego Państwa lub jego syna i następcy – księcia Bernarda Statecznego, zięcia Władysława Łokietka. Pierwsza o niej wzmianka pochodzi z 16 lipca 1311  r. Siedemset  lat później, z mojej inspiracji, obchodzone było 700-lecie jej istnienia. Wydano z tej okazji książkę mego autorstwa, obrazującą dzieje Dziećmorowic. Na pamiątkę tej rocznicy, uroczyście odsłonięto pomnik z tablicą, ku czci dawnych jej mieszkańców, obecnych i przyszłych. Obchody te odnotowano w piśmie wałbrzyskich Niemców, a dziś obywateli Niemiec – „Waldenburger Heimatbotte” (numer z marca 2013 r.). Materiał opatrzono fotografią pomnika. Po włączeniu do Polski, początkowo nie moją jeszcze wieś, zamieszkiwali głównie Niemcy. Było też kilka rodzin czeskich oraz co najmniej 40 rodzin, o których mówiło się, że są polskimi, choć nosiły nazwiska niemieckie, bądź rodzin z polskimi nazwiskami, uważanych za niemieckie. W lipcu 1945  r. mieszkało w niej 1540 osób – w tym garstka b. robotników przymusowych. Spis z 14 lutego 1946 r. wykazał łącznie z Niemcami 1384 osób. Ubytek spowodowany był wyjazdami Niemców, które jeszcze nie miały charakteru uporządkowanego. Planowa akcja wysiedlania ludności niemieckiej zarządzona przez Sojuszniczą Radę Kontroli, rozpoczęta została tutaj na początku maja 1946 r. i trwała w tzw. ciepłych miesiącach do jesieni 1948 r. Druga fala wysiedlania ludności niemieckiej, odbyła się w latach 1959–1960. Między tymi akcjami, przeprowadzono w 1954 r. niedużą akcję łączenia rodzin. Jednakowoż na terenie wsi garstka Niemców lub osób mających za rodziców niemieckich dziećmorowiczan pozostała do współczesności. Na opuszczone przez Niemców tereny od lata 1945 r., zaczęła gromadnie napływać polska ludność z Polski centralnej, głównie z ob.  Małopolskiego, Mazowsza, Pod-


Czy jestem regionalistą?

39

karpacia, Świętokrzyskiego, Wielkopolskiego oraz zza Buga, Podola, Polesia, Wileńszczyzny i Wołynia. Osiadło też kilka polskich rodzin przybyłych z Francji. Pozostali też Czesi. Wśród Polaków, byli także b. więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych i cywilnych obozów pracy, robotnicy przymusowi, Sybiracy, zdemobilizowani żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie (w tym z Armii Andersa, dywizji gen. St. Maczka), I i II Armii LWP (od szeregowców po pułkowników), b. partyzanci z GL / AL i BCh oraz b. żołnierze AK i powstańcy warszawscy. Wszyscy mieszkańcy żyli tu, w wielonarodowym tyglu swych religii, kultur i tradycji. Przyzwyczajeń, upodobań, które często były biegunowo odmienne. Różniła ich mowa, gwara, ubiory oraz umiejętności w korzystaniu z zastanych urządzeń, wyposażenia mieszkań, metod uprawiania roślin, hodowli zwierząt. Wielu pionierów, bo tak ich nazywano, było analfabetami. Tylko niewielki odsetek przybyłych, wywodził się z miast. Mimo tych ostrych różnic, bawiono się zapamiętale, radośnie podczas zabaw, właśnie w powojennych latach, a zwykłym zjawiskiem były wspólne wigilie – pierwsza już w 1945 r. Nie obywało się bez sprzeczek, kłótni, plotkowania i grupowych bójek – to podczas zabaw właśnie. Wreszcie pojawiły się pierwsze wesela, chrzciny i pogrzeby. Mimo krzywd doznanych od Niemców, nie było konfliktów z tutejszymi Niemcami. Były za to zabawy chłopców w wojnę i wtedy wiadomo kto z kim walczył w „strzelanego”. Pierwszymi organizacjami stały się: Ochotnicza Straż Pożarna, koła Związku Młodzieży Wiejskiej i Związku Walki Młodych. W 1947 r. założono koło sportowe, które trzy lata później przekształciło się w Ludowy Zespół Sportowy. Od lat nosi on nazwę „Sudety” i prowadzony jest przez mojego szwagra – Mieczysława Osieckiego (długoletniego radnego RG Walim), który pochodzi z Rusinowej –  Osiedle Górnicze w Wałbrzychu. Jednak wcześniej, bo u progu jesieni 1945 r., powstała tzw. „dzika” drużyna piłkarska, w składzie niemiecko-polskim. Ostatni jej niemieccy członkowie: Gerhard Krause (jego żona była reemigrantką z Francji) i Manfred Stenzel (jego żona była Polką) grali w drużynie LZS, jeszcze w poł. lat 60. XX w. W tym czasie kończyli kariery reemigranci z Francji – Leon Gut i Emil Pukajczyk. Ja regionalistą? Jeśli tak, to czy typowym?

Z działalnością społeczną zetknąłem się stosunkowo wcześnie – w świadomym dzieciństwie. Najpierw ojciec mój –  Franciszek, który często wracał wspomnieniami do przedwojennego Krotoszyna w Wielkopolsce, opowiadał o amatorskiej drużynie piłkarskiej „Błyskawica”, której był założycielem i kierownikiem. Mówił też o tamtejszych stowarzyszeniach i ludziach, którzy w nich działali i o ich aktywności. Było ich w tym niedużym powiatowym mieście naprawdę sporo: straż ogniowa, związki: Harcerstwa Polskiego,


40

Roman Świst

Inwalidów Wojennych, Legionistów Polskich, Powstańców Wielkopolskich, Akcja Katolicka, Bractwo Strzeleckie, oraz Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Działały też tam m. in. KS „Astra” i Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, chóry śpiewacze – i to nie tylko kościelne. Ich ilość, różnorodność i aktywność świadczą o wysokim poziomie świadomości – dziś byśmy powiedzieli –  obywatelskiej. Świadczą o inteligencji ówczesnych krotoszyniaków, ich duchowości i wewnętrznej potrzebie działania we wspólnych sprawach. Czy to zaskakuje? Nie, bowiem byli oni poddawani silnej germanizacji, począwszy od 1772 r., a opór przeciwko niej i codzienna walka o to co polskie, wymagały wielkiego wysiłku – także intelektualnego oraz świadomego patriotyzmu – prawie wszystkich. Piszę o tym z nutą dumy, bowiem moi przodkowie walczyli w powstaniach: styczniowym i wielkopolskim. Gdy dorzucę opowieści ojca o działalności bawarskich towarzystw – i to podczas okrutnej wojny – (ojciec był w l. 1939–1945, najpierw, w cywilnym obozie pracy – cegielnia, a następnie, jako wyuczony szewc i rymarz, pracował przymusowo u szewca w miasteczku Dorfen k/Monachium) oraz zasłyszanych od Francuzów i Włochów (też więźniów / robotników przymusowych) informacji, o działalności regionalnej na terenie tamtejszych wiosek i miasteczek (pamiętam, jak mówili o tym, że tam każda –  nawet najmniejsza wioska – miała chór, kapelę ludową, zespół taneczny, a nawet teatrzyk amatorski). Myślę, że te opowieści pchnęły mnie do działania na rzecz społeczności lokalnej. Niestety, mój ojciec do takiej działalności nie garnął się. Za to ją wspierał, służył radą i pomocą tym, którzy działali. Mój ojciec swymi arcyciekawymi i barwnymi opowiadaniami –  także podczas wielu pobytów w Krotoszynie –  zbudował we mnie emocjonalne pokłady altruistycznej potrzeby i pożytku działania na rzecz najbliższego otoczenia oraz „chorobę”, bakcyl poznawania historii Polski, rodzinnego Krotoszyna oraz Śląska. Rozwinęli to w rożnym stopniu i przez wiele  lat kształtowali, bardzo ważni dla mnie, inni zacni i oddani społeczności dziećmorowickiej i wałbrzyskiej ludzie. Pierwsi z nich, to dwaj zawodowi strażacy i funkcyjni OSP: Jan Fulara – kuzyn mojej matki Joanny, człowiek mądry i stateczny. Do czasu aresztowania w 1942 r., pełnił zawodową służbę w nowosądeckiej zawodowej straży pożarnej. Niestety, dotkliwie nękany był przez choroby, schorzenia, będące skutkiem fizycznego i psychicznego maltretowania, głodu i chorób, podczas „pobytu” w tarnowskim niemieckim areszcie policyjnym, a następnie w obozach –  zwłaszcza w KL Auschwitz (potem KL Mauthausen-Gusen). Był też radnym do gminnej i gromadzkiej RN.  Jan Fulara stał na czele straży do swej śmierci. W Drzymałowie (nazwa od końca maja 1945 r. do listopada 1946 r.), a następnie w Dziećmorowicach (to on taką nazwę wywalczył), prowadził gospodarstwo rolne oraz warsztat stolarski. Pamiętam jak jesienią 1956  r. zbierał datki pieniężne


Czy jestem regionalistą?

41

na pomoc dla ludności węgierskiej. Pieniądze te wrzucano do skarbonki ozdobionej barwami Węgier. Wtedy towarzyszyła Janowi Fularze spora gromada dzieciaków, w tym i ja. Kolejnym człowiekiem, który uczył mnie pracy na rzecz własnego środowiska był, niezmordowany w społecznym działaniu, Konstanty Kucia, równie spokojny i koncyliacyjny do bólu. Następnym był mieszkaniec Wałbrzycha i b. kierownik Wydziału Kultury Prezydium PRN – Mieczysław Skórski, człek dobry i mądry oraz przyjaciel młodzieży. Wielki wpływ na moją osobowość miał sąsiad i nauczyciel – Józef Wojciechowski, który wywodził się z pow. Kołomyja, w dawnym woj. stanisławowskim. Był skutecznym radnym i kierownikiem szkoły, a następnie zastępcą dyrektora Gminnej Szkoły Podstawowej w Walimiu. W czasach gdy był kierownikiem, szkoła była miejscem wielu lokalnych wydarzeń kulturalnych, a występy artystyczne uczniów zawsze uświetniały uroczystości wiejskie i okolicznościowe akademie. I choć, miały polityczny charakter, gromadziły wielu mieszkańców Dziećmorowic i Rusinowej. Szósty z moich nauczycieli – Mieczysław Janczy, był synem nowosądeckiego kolejarza. Parał się budowlanką. Był niezwykle oddany wiejskiemu sportowi, a nasz LZS, był dla niego prawdziwym „dzieckiem”. Do swych społecznych powinności podchodził w sposób odpowiedzialny, ale i wulkanicznie emocjonalny. Do płaczu bolał go każdy kłopot – bardziej niż niepowodzenia w sportowej rywalizacji. Bardzo często łożył na klub własne pieniądze. W mojej społecznej działalności poważną rolę odegrała Elżbieta Waśko (po mężu Domagała, siostrzenica K. Kuci), która była prężną przewodniczącą naszego koła ZMW i najlepszą biegaczką w wałbrzyskich LZS. Pod jej kierunkiem koło prowadziło szeroką działalność kulturalną i turystyczno-krajoznawczą. To w tym czasie (rok 1965 r.) reprezentowałem koło na powiatowej Olimpiadzie Wiedzy Rolniczej i jako osoba zupełnie nieznająca się na rolnictwie, zdobyłem drugą lokatę. Wszystkie wspomniane przeze mnie osoby, należały w swych czasach do najważniejszych postaci Dziećmorowic. Jednak, w niniejszym materiale nie może zabraknąć dwóch najwyższej próby i klasy ludzi – strażaków, wałbrzyszan, z którymi przyszło mi działać na rzecz Ziemi Wałbrzyskiej i ówczesnego woj. wałbrzyskiego, w l. 1985–2010. Działać głównie na rzecz dzieci, młodzieży i ochrony przeciwpożarowej. Właściwie to ja działałem pod ich kierownictwem i z ich inspiracji, w największym stopniu. Jednym z nich, był emerytowany od  lat płk poż. mgr Piotr Bielicki –  kolejno komendant Wojewódzkiego Ośrodka Szkolenia Pożarniczego, zastępca komendanta wojewódzkiego PSP i prezes ZP ZOSP RP, m. in. autor 30 książek oraz ponad 200 artykułów z zakresu kilku dziedzin pożarnictwa i historii polskiej ochrony przeciwpożarowej, zasłużony funkcyjny ZOSP i ZOSP RP, także twórca i współtwórca programów kształcenia zawodowych strażaków, podoficerów, aspirantów, a także członków OSP i MDP. Drugim


42

Roman Świst

– inż. Ireneusz Niedźwiecki, b.  wicewojewoda wałbrzyski, prezes ZW ZOSP / ZOSP RP, od 1987  r. członek ZG tego związku, członek Prezydium i wiceprezes ZG. Były sportowiec i działacz LZS. O mojej działalności

Kiedy wszedłem, w sposób świadomy w wir społecznego działania? Da się ten moment uchwycić, a nastąpił on w 1963 r., kiedy jednocześnie na jesieni, wstąpiłem do LZS, OSP i ZMW. Jednak dwa  lata wcześniej, jako chude, 12-letnie pacholę, brałem udział w powiatowych zawodach pożarniczych, w drużynie młodzieżowej. Wraz ze mną w drużynie był Józef Zaranek – dziś emerytowany mjr poż. i najdłużej stojący na czele wałbrzyskiej komendy w jej dziejach. Szybko uznano mnie za dobrego kandydata na sekretarza – najpierw w LZS-ie, a potem w OSP. W przypadku straży przyszło mi potem być prezesem w l. 1974–2001 (po mnie prezesem został Marian Domagała – mąż wspomnianej wyżej Elżbiety). Głównym obszarem mojej strażackiej pracy społecznej, było uczestnictwo w działalności, w zakresie zapobiegania pożarom. Składały się na to prowadzenie kontroli stanu bezpieczeństwa przeciwpożarowego – najczęściej dwa razy w roku oraz kontroli doraźnych. Kontrole takie przeprowadzałem także w Gliniku Nowym, Lubiechowie, Modliszowie i Szczawienku. Podczas nich nie tylko wskazywałem na dostrzeżone zaniedbania grożące wybuchem pożaru, ale niejako przy okazji –  udzielałem porad. Nie było to łatwe, bowiem wytykanie błędów sąsiadom, znajomym, bywało, że sprowadzało na mnie nieukrywaną irytację, złość. Ponieważ zawsze byłem wrogiem represyjnych działań, wbrew ówczesnym wskazaniom komendy straży, po cichu informowaliśmy (byłem tego pomysłodawcą) o planowanych kontrolach. Dawało to jakże pożądany skutek, w postaci przystępowania do prac porządkowych, remontowych czy doprowadzaniu obejść do poprawnego stanu –  poprawy bezpieczeństwa. Wielokrotnie prowadziłem szkolenia przeciwpożarowych zespołów kontrolnych OSP z terenu gminy Walim. Do tego zakresu należy włączyć przeprowadzanie pogadanek nt. przestrzegania przepisów przeciwpożarowych podczas zebrań wiejskich i w szkole. Jakie skutki przynosiło prowadzenie solidnej działalności prewencyjnej? Otóż w mojej wsi od 1959 do 2009 r., nie wydarzył się pożar z prawdziwego zdarzenia. Raz na kilka lat coś niewielkiego –  tak. Z czasem włączyłem się, na początku l.  80. XX  w., do przygotowań młodzieży szkolnej do udziału, w Ogólnopolskim Turnieju Wiedzy Pożarniczej – „Młodzież zapobiega pożarom”, by do początków l.  90. ub. wieku, dochować się 11 zwycięzców eliminacji wojewódzkich oraz zwycięzcę finału centralnego. Wtedy i pod kierownictwem płk poż. mgr  Piotra Bielickiego (był moim komendantem) społecznie pracowałem nad organizacją turniejów do szczebla wojewódzkiego włącznie oraz tur-


Czy jestem regionalistą?

43

niejów piłkarskich i o charakterze ogólnosprawnościowym dla członków Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych z terenu całego województwa wałbrzyskiego. W tamtym okresie współredagowałem pierwsze i jak do tej jedyne w historii polskiej prasy pożarniczej pisemko, adresowane do członków MDP i ich wychowawców, opiekunów – „Młodzieżowiec”. Docierało ono do setki MDP w naszym województwie oraz do innych w kraju. Po latach ujął je w swej monografii prasy pożarniczej legendarny płk poż. Władysław Pilawski. Wspomniał też ciepło o mojej w niej roli. Nie mogę zapomnieć o niepoliczonej liczbie społecznego prowadzenia z mikrofonem w ręku, zawodów pożarniczych, od szczebla gminnego, przez rejonowy, wojewódzki po krajowy i międzynarodowy. Spikerowałem podczas „Biegów Zwycięstwa”, które organizowano wspólnie z LZS-ami i Dyrekcją Muzeum Obozu Gross-Rosen, podczas turniejów wiedzy pożarniczej czy na zawodach sportowo-pożarniczych ZSP i OSP. Przyszło mi organizować wystawy, przygotowywać harcerzy i sędziować Manewry Techniczno-Obronne ZHP. Prowadziłem zjazdy gminne OSP. Trzykrotnie miałem wykłady na Dolnośląskim Festiwalu Nauki. Wygłosiłem setki pogadanek o tematyce historycznej i przeciwpożarowej w wałbrzyskich szkołach –  podstawowych, średnich oraz gimnazjach i dla harcerzy wałbrzyskich. Pełniłem funkcję moderatora uroczystości patriotycznych na terenie b. obozu koncentracyjnego Gross-Rosen – łącznie z uroczystościami międzynarodowymi. Współpracowałem z Muzeum Obozu Gross-Rosen, w zakresie dokumentowania strażackich ofiar tej hitlerowskiej katowni. Przygotowałem łącznie siedem jednodniowych wystaw, na których zaprezentowałem: polską prasę pożarniczą, literaturę pożarniczą oraz fotografie obrazujące powojenne dzieje wałbrzyskiego pożarnictwa. Miejscem jednej z nich był słynny Zamek Książ. Napisałem łącznie 11 książek (6-non profit), w tym nieduże, acz treściwe książki na temat OSP „Boguszów” w Boguszowie–Gorcach, macierzystej OSP Dziećmorowice, z okazji 50-lecia polskich OSP w woj. wałbrzyskim oraz 200-stronicową, historię ochrony przeciwpożarowej na Ziemi Wałbrzyskiej. Wspominając o swym pisarstwie o tematyce strażackiej i regionalnej, wypada mi powiedzieć, że na moje tzw. druki zwarte i artykuły internetowe powołują się autorzy różnych prac i opracowań. Świadczyć to może, o jako takim, przyzwoitym poziomie i wiarygodności. Pracowałem społecznie, jako instruktor–wychowawca na obozach MDP, w l. 1985–1989 oraz w 1996 r. To z mojej inicjatywy na terenie b. obozu Gross-Rosen, we wrześniu 1993 r. odsłonięto jedyną jak dotąd na terenach b. obozów koncentracyjnych, tablicę upamiętniającą męczeństwo polskich strażaków. Ze tej przyczyny przeprowadziłem profesjonalne badań nad ustaleniem losów strażackich ofiar tego obozu. Napisałem sześć (kolejny powstaje) dużych artykułów, które umieszczone są w internecie, o polskich strażakach zawodowych i OSP, którzy zginęli podczas ostatniej wojny.


44

Roman Świst

Byłem inspiratorem pierwszej w powiecie, a może na całym Dolnym Śląsku, nietypowej uroczystości, bo obchodów 110-lecia zorganizowanej ochrony przeciwpożarowej w Dziećmorowicach. Okazją była rocznica utworzenia straży pożarnej w Dittmannsdorf. Myślę, że nie będzie grzechem przytoczenie pełnionych przeze mnie w ochotniczym pożarnictwie wybieralnych funkcji. Zaczynałem w 1968 r., jako członek zarządu OSP ds. młodzieży. Na początku 1973 r. zostałem wybrany na wiceprezesa Zarządu Gminnego w Walimiu. W tym zarządzie, jako członek, zasiadałem do 1986 r. Od 1974 do 2001 r., byłem prezesem swojej OSP. Do ZW wybrano mnie w 1991 r., a od 1987 byłem członkiem Komisji Historycznej tego zarządu. Wreszcie w l. 2006–2008, byłem członkiem prezydium ZOP ZOSP RP w Wałbrzychu. Wcześniej przez kilka lat wspomagałem ten zarząd, kierując pracami jego Komisji ds. Młodzieży. W tym czasie, byłem współorganizatorem eliminacji powiatowych OTWP oraz konkursów plastycznych. Wykorzystując fakt, że od 1990  r. współpracuję z wałbrzyskim mediami, napisałem kilkanaście artykułów poświęconych ochotniczemu strażactwu Ziemi Wałbrzyskiej i jego ludziom. Ostatnią pełnioną funkcją w mojej OSP, było przewodnictwo jej Komisji Rewizyjnej – do 2012 r. Jak już wcześniej napisałem działałem aktywnie w sporcie wiejskim – w moim LZS oraz na szczeblu naszego powiatu. Byłem sekretarzem zarządu dziećmorowickiego LZS-u oraz członkiem Rady Powiatowej LZS w Wałbrzychu. W tym czasie nasz klub był najlepszym w powiecie wałbrzyskim. By przodować, należało włożyć sporo wysiłku także natury organizacyjnej. Wielokrotnie pracowałem przy organizacji spartakiad sportowych, w dyscyplinach letnich i zimowych. Może to dziwne, ale praktycznie nie grałem w piłkę nożną. Uprawiałem biegi w LZS-ie – głównie krótkie i średnie oraz skok w dal. Ale zdobywałem miejsca na podium, w skoku wzwyż oraz w rzutach: dyskiem i oszczepem. Gdy przyszedł moment sądowej rejestracji mojego klubu, znalazłem się w jego Komitecie Założycielskim (podobnie jak w OSP) i napisałem tekst – jego statutu – podobnie jak w OSP. W tamtych czasach w moim klubie uprawialiśmy poza piłką nożną i lekkoatletyką, siatkówkę, szachy, tenis stołowy oraz narciarstwo i kolarstwo. Na zawody sportowe wyjeżdżaliśmy także poza powiat wałbrzyski oraz do bliskiej CSR i NRD. Co ważne, mój LZS, jako jedyny w powiecie istnieje nieprzerwanie od 1950 r. Na jego 60-lecie napisałem o nim niedużą pracę. W II poł. l. 60. i do momentu przeniesienia się do Wałbrzycha–Rusinowej, stałem na czele Społecznej Rady Klubu przy Wiejskim Domu Kultury i klubokawiarni „Ruch”. To społeczne ciało składało się m. in. z szefów KGW, LZS, OSP i ZMW, a także Komitetu Rodzicielskiego. Był w nim także kierownik szkoły. Zadaniem rady, było koordynowanie działalności kulturalno-oświatowej w obu placówkach. Z racji przewodniczenia, raz w miesiącu, udawa-


Czy jestem regionalistą?

45

łem się do Powiatowej Poradni Metodycznej, w której mogłem skorzystać z ofert zaproszenia pisarzy wrocławskich, znanych ludzi wałbrzyskiej kultury, dziennikarzy. W umówionych terminach, pojawiali się oni w naszej klubokawiarni, gdzie zawsze czekała ich pełna sala osób. W soboty organizowaliśmy dancingi urozmaicone konkursami, grami i zabawami. Jeden dzień w tygodniu poświęcaliśmy dzieciom w wieku przedszkolnym i z najmłodszych klas. Terminy takich spotkań, były uzgadniane w proboszczem ks. Mieczysławem Krzemińskim. Podczas takich spotkań prowadzone były zajęcia z plastyki. Bawiono się, a nawet organizowano pouczające wycieczki po Dziećmorowicach. Instruktorkami, wychowawczyniami, były koleżanki z kola ZMW. W tej działalności wielką rolę odgrywały panie z klubokawiarni – Stefania Ćwiklińska i Teresa Kowcz. Jakby mało było organizacji, funkcji i roboty, przez sześć lat (1985–1991), działałem w Komitecie Rodzicielskim Szkoły Podstawowej w Wałbrzychu– Rusinowej. Najpierw byłem jego wiceprzewodniczącym, a następnie przewodniczącym. Do tej szkoły zawsze, od grudnia 1945 r. uczęszczała młodzież górnej części Dziećmorowic. Uczyło w niej wielu nauczycieli – mieszkańców mojej wsi. I tutaj prowadziłem pogadanki i wycieczki piesze z udziałem uczniów. Organizowałem festyny z okazji Dnia Dziecka oraz działałem przy nieodpłatnym pozyskiwaniu autobusów na wycieczki krajoznawcze. W jednym przypadku udało się „zdobyć” cztery autobusy, dzięki czemu wywiozły one całą dzieciarnię do czterech różnych miejsc ciekawego i pięknego Dolnego Śląska. Praca ta została ukoronowana uhonorowaniem mnie, przez wałbrzyską młodzież szkolną specjalnym dyplomem – „Serce–serc”. Krótko zasiadałem w Radzie Wspólnoty Samorządowej mego osiedla. Zdegustowany jałowym gadactwem sporej części tego gremium, zrezygnowałem z działalności w jej składzie. W 1991  r. zostałem działkowcem w Pracowniczym Ogrodzie Działkowym „Nowe Osiedle”, w swojej dzielnicy. Jednak działalność organizacyjną rozpocząłem po przejściu do ogrodu „Górnik”. Szybko powierzono mi funkcje sekretarza a następnie przewodniczącego Komisji Rozjemczej. Wtedy moja rola sprowadzała się do obrony działkowców przed prezesem. W 2002 r. wybrano mnie do składu Okręgowej Komisji Rozjemczej, Okręgu Sudeckiego w Szczawnie Zdroju. Pracując w niej społecznie miałem swój udział w rozwiązywaniu sporów między działkowcami. Uczestniczyłem w rozstrzyganiu spraw, które wnosili działkowcy ukarani przez zarządy swoich ogrodów. W 2015 r. zostałem wybrany do Zarządu Okręgu Sudeckiego PZD. Jestem też członkiem jego Komisji ds. Skarg, Mediacji i Wniosków. Przez wiele lat zredagowałem mnóstwo pism, petycji i apeli do parlamentu, Trybunału Konstytucyjnego, RPO, Prezesa Rady Ministrów, w obronie PZD. Byłem członkiem Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej Projektu Ustawy


46

Roman Świst

o Rodzinnych Ogrodach Działkowych. Uczestniczyłem w dwóch krajowych zjazdach delegatów i dwóch kongresach stowarzyszenia Polski Związek Działkowców. Od wielu lat współpracuję na obszarze historii regionu z Pracownią Regionalną Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej – Biblioteki pod Atlantami w Wałbrzychu. Jednym z ostatnim tego przykładów był mój udział w ostatnim etapie projektu –  mobilne Muzeum w przyczepie Niewiadów, realizowanego przez Towarzystwo Krajoznawcze „Krajobraz”, kiedy wystąpiłem w spotkaniu uczniów wałbrzyskich gimnazjów i liceów z grupą pionierów. Po przejściu na emeryturę wstąpiłem do Związku Emerytów i Rencistów Pożarnictwa RP i szybko stanąłem na czele jego zarządu (15 czerwca 1998  r.). Wcześniej włączono mnie do ZW w Wałbrzychu (30 kwietnia 1998 r.). Po niecałym roku (16 marca 1999 r.), wybrano mnie do Dolnośląskiego ZW, w którym zasiadam do chwili obecnej (najdłużej w jego składzie). Niebawem znalazłem się w ZG tego związku (20 czerwca 1999 r.) i zasiadam w nim do chwili obecnej – najdłużej w tym gremium. Przez dwie kadencje byłem w prezydium ZG. We wszystkich organach ZE i RP RP, działałem lub działam w komisjach i zespołach zadaniowych. W minionej kadencji były to zespoły: ds. zorganizowania obchodów XX-lecia Związku (przewodniczący), historycznego (także ZW, przewodniczący) czy ufundowania sztandaru dla ZG. Głównymi zadaniami mojego związku jest działalność w sferze socjalnej, pomocowej, integracja naszego środowiska, udzielanie pomocy natury prawnej, obrona honoru polskiego pożarnictwa oraz utrwalanie jego pięknych tradycji. W ub. roku wydano mojego autorstwa monografię Związku. Do wałbrzyskiego koła należeli bądź nadal należą b. strażacy – mieszkańcy Dziećmorowic, gminy Walim i Rusinowej. Wśród nich wspomniani wcześniej – K. Kucia (b. członek KR Koła) i J. Zaranek (skarbnik koła i sekretarz WKR we Wrocławiu) oraz Edward Lasek, który był członkiem ZW w Wałbrzychu w. l. 1995–1998, a w naszym zarządzie zasiada od 6 września 1995 r., W młodości, był członkiem zarządu OSP i LZS. Nieskromnie dodam, że byłem pomysłodawcą ustanowienia związkowej odznaki honorowej za zasługi dla ZE i RP RP oraz autorem niedużej książeczki wydanej z okazji XV-lecia wałbrzyskiego koła. Jest to pierwsza i jak do tej pory jedyna praca poświęcona kołu, w moim związku, który liczy ponad 300 kół i 11 tys. członków. W swojej ponad półwiecznej działalności w ramach organizacji, a i poza strukturami formalnymi i na rzecz społeczności – głównie, lokalnych – starałem się dawać siebie do końca. Nie zawsze spotykało się to z aprobatą czy zrozumieniem. Uważałem to za swój obowiązek, choć w młodości nie miałem takiej świadomości. Nie uznawałem i nie uznaję stoicyzmu i malkontenctwa. Raziła mnie i razi, pozorowana praca na rzecz innych oraz


Czy jestem regionalistą?

47

bezproduktywna bezczynność. Ubolewam nad bardzo niską aktywnością społeczną moich rodaków. Boli mnie fakt spadającej liczby autentycznych działaczy–regionalistów. Wkurza mnie gadanie – tak gadanie – polityków o budowie społeczeństwa obywatelskiego, gdy równocześnie działacze społeczni – regionalni, muszą borykać się z urzędniczą machiną, gąszczem mało zrozumiałych i ciągle zmieniających się przepisów. A o pieniądzach na stowarzyszenia nie wspomnę. Moja definicja regionalisty

Regionalista to osoba mocniej emocjonalnie związana ze swoim środowiskiem, miejscem zamieszkania, pracy i lepiej rozumiejąca jego potrzeby – widząca szerzej i dalej niż większość członków tej społeczności. To osoba pracująca non profit na rzecz tego środowiska, a przez to daleka od materialnych ciągot, jako najważniejszych w życiu. Osoba, która nieustannie dąży do ubogacania bliźniego, bliźnich w wymiarze duchowym i dążąca do celu, którym jest wszechstronny rozwój umysłowy człowieka. Także taka, która swym społecznym działaniem wpływa na bezpieczeństwo danej społeczności. To osoba, która –  tak jak w moim przypadku –  bada, dokumentuje i publikuje na temat np. historii i tradycji. Wreszcie wzmacnia więzy międzyludzkie, także w wymiarze patriotycznym. W swym działaniu, postawie daleka od pierwiastków politycznych, ale propagująca tolerancję. Czy jestem regionalistą?

Myślę, i to bez nadmiernej megalomanii, że tak. Przecież od „zawsze” byłem w wirze działań na rzecz mojego regionu i najbliższego otoczenia. Najpierw w skali mikro, bo w swym miejscu zamieszkania, potem w skali powiatu wałbrzyskiego, miasta Wałbrzycha i woj. wałbrzyskiego. Moja działalność wykracza też na poziom woj. dolnośląskiego i kraju. Nigdy dotąd nie zastanawiałem się nad tym czy jest to działalność dostrzegana przez wszystkich czy jest ona pozytywnie oceniana, bowiem jestem regionalistą nietypowym – działającym w różnych stowarzyszeniach. Byłem, jestem i pewnie pozostanę wielkim pasjonatem w tym co robię, jako regionalista.


Roman Pakuła

Towarzystwo Bory Dolnośląskie Muzeum Ziemi Szprotawskiej w Szprotawie

Z ŻYCIA WZIĘTE…

J

estem wiceprezesem Towarzystwa Bory Dolnośląskie i współzałożycielem (z kolegą Maciejem Boryną) Muzeum Ziemi Szprotawskiej w Szprotawie. W placówce tej pełnię obowiązki Kierownika Archiwum. Ponadto jestem też regionalistą i wolontariuszem. Jako wolontariusz, społecznie pełnię dyżury w muzeum i oprowadzam wycieczki (bezpłatnie). Jako regionalista pisuję artykuły do prasy lokalnej o naszym regionie i naszych kombatantach. Przygotowałem też do wydania książkę o spotkaniu cesarza Ottona III w grodzie Ilua (obecna nasza dzielnica Iława) w 1000 roku. Cesarz spotkał się w tym czasie z księciem Polan Bolesławem Chrobrym w drodze do Gniezna. Każdy człowieka naszego pokroju – wolontariusz, regionalista to dziwak i ekscentryk. Dlatego – mam nadzieję – że moje szczere wypowiedzi nie będą nikogo bulwersować. Będę po prostu pisał prawdę. Już jako młody człowiek w wieku szkolnym bardzo dużo czytałem, głównie książki o tematyce historycznej, zwłaszcza o II wojnie światowej. Ponadto drugą moją pasją były książki o tematyce kryminalnej – tzw. kryminały. Zacząłem swoją przygodę z kolekcjonerstwem. Stałem się dość znanym filatelistą, miałem poważne zbiory i poważną wiedzę w tym zakresie. Moim mentorem był już nieżyjący lekarz chirurg i ordynator Jerzy Trojan, postać znana w Europie jako kolekcjoner i handlarz. Dzięki zbieraniu znaczków pocztowych nauczyłem się języka niemieckiego. Zmuszony do tego, bo katalogi do wyceny znaczków firmy Michel to wydania niemieckie. Zbierałem znaczki Generalnej Guberni (II  wojna światowa) oraz znaczki–listy księstw niemieckich tzw. okres przedznaczkowy. Listy ze stemplami różnych odmian, bardzo ciekawy, ale i trudny materiał do kolekcjonowania. Potem moją pasją stały się motocykle (też niemieckie) z II wojny światowej typu Zundapp, NSU, BMW. Miałem ich kilka, które poddałem renowacji, a po kilku latach sprzedałem. Przydał się język niemiecki który już znałem, bo


50

Roman Pakuła

katalogi były też w tym języku. Kolejny etap to dalej historia II wojny światowej i zainteresowanie się militariami oraz umundurowaniem żołnierzy III Rzeszy, a także historią mojego Kreis Sprottau i Kreis Sagan (mój powiat). Mieszkając w dawnym województwie zielonogórskim interesowałem się poligonami niemieckimi i historią starych pałaców. Kolejne hobby to detektorystyka –  poszukiwanie skarbów i zgłębianie wiedzy na temat mojego regionu pod kątem poszukiwań. Przez  lata poznałem wielu mieszkańców mojej miejscowości którzy mieli takie same lub podobne hobby. To nas połączyło. Staliśmy się przyjaciółmi i ze sobą współpracowaliśmy. W latach 1980-tych zostałem milicjantem (schyłek PRL), potem pracowałem jako policjant – najpierw jako oficer dochodzeniowo-śledczy, potem trafiłem do Wydziału Prewencji Komisariatu Policji w Szprotawie. W tym też czasie nawiązałem bliższe relacje towarzyskie z kolegą Maciejem Boryną, który w tym czasie prowadził klub sztuk walki Ju-jitsu i szkołę przetrwania. Boryna, mimo że był ode mnie młodszy o około 10 lat, to już w tym czasie zbierał informacje na temat naszego regionu, pisał do gazet lokalnych o historii Szprotawy. Tworzyliśmy wspólną grupę regionalistów. Młodsi koledzy którzy do nas dołączyli ukończyli studia o profilu konserwator zabytków, archeolog itp. W tej chwili mają już swoje rodziny i na co dzień współpracujemy w ramach Muzeum. Połączyła nas wspólna pasja do historii regionu. Zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie –  Towarzystwo Bory Dolnośląskie, na bazie którego powstało Muzeum Ziemi Szprotawskiej w Szprotawie. Boryna został dyrektorem, ja kierownikiem archiwum, a pozostali nasi przyjaciele zostali członkami zarządu. W tym czasie Boryna wydał w ramach Towarzystwa Bory Dolnośląskie kilka publikacji o regionie powiatu szprotawskiego. Ja jako milicjant–policjant już w służbach mundurowych dołączyłem do powstałych struktur samorządowych i działam w komitetach osiedlowych już około 20 lat. W tej chwili jestem członkiem zarządu. Boryna i ja zostaliśmy radnymi. Ja gminy Szprotawa a Boryna radnym powiatowym – obecnie już drugie kadencje. Nadal pracujemy na rzecz naszych społeczności lokalnych. Nadmieniam, że wszystkich nas połączyła pasja do historii, posłannictwo i służebna rola wobec naszych mieszkańców, którzy nas wybrali do władz samorządowych. Już jako Kierownik Archiwum przy Muzeum Ziemi Szprotawskiej zostałem wolontariuszem i od około 10 lat pracuję społecznie na rzecz Muzeum oprowadzając wycieczki. Wzorem i inspiracją był dla mnie Dyrektor Maciej Boryna. Kim jest regionalista? Taką osobą trzeba się urodzić, być społecznikiem, mieć swoje pasje i pracować na rzecz społeczności lokalnej. Uważam, że nasza grupa to „dinozaury”, społecznicy na wymarciu, bo dzisiaj praktycznie nikt nie chce społecznie pracować i dać coś od siebie za nic. Regionalista musi się urodzić w Szprotawie, być tubylcem, być patriotą, kochać swój


Z życia wzięte

51

region, zgłębiać wiedzę o nim, propagować ją i dzielić się nią ze społeczeństwem. Trzeba być też dumnym ze swojej historii. Regionalista musi kochać swoją małą ojczyzną – jak mówią Niemcy – Meine kleine Heimat. Czy regionaliści stanowią grupę? Posłużę się skrajnym porównaniem. Tak jak pijak znajdzie innego pijaka do towarzystwa w parku, tak my, regionaliści–historycy tworzymy „towarzystwo wzajemnej adoracji”. W większości jest to mała zwarta grupa wzajemnie się wspierająca – np. wspieranie w wyborach do samorządu, wymienianie się doświadczeniami i informacjami na temat naszego regionu. Nie zawsze mówimy jednym głosem, podam przykład. Jestem radnym i reprezentuję Muzeum Ziemi Szprotawskiej w Szprotawie. Mam kolegę radnego, który reprezentuje inny twór społeczny – Izbę Historyczną. Jest on magistrem historii i otworzył przewód doktorski na Uniwersytecie Zielonogórskim w Zielonej Gorze. I tutaj zaczyna nam się „kłaniać polityka”… Ja w ubiegłym tygodniu składałem interpelację na temat likwidacji ulic byłych komunistów jak Świerczewski, Sawicka, Róża Luksemburg. Wcześniej zbierałem podpisy, aby zlikwidować niechlubny twór – pomnik „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”. Moje poglądy z liberalnych stały się radykalne, a młody radny –  kolega mojego syna –  był przeciwko likwidacji tego pomnika. Dwie instytucje historyczne i dwa różne światopoglądy… Zmiany społeczno-kulturowe ostatnich  lat miały poważny wpływ na uprawianie regionalizmu w moim regionie. Po 1945  r. te ziemie, nazwane Piastowskimi Ziemiami Odzyskanymi, stanowiły tygiel różnych nacji. Ziemie te zamieszkują Ukraińcy, Łemkowie przesiedleni w ramach akcja „Wisła”, ponadto ludzie zza Buga – Okręg Lwowski, Wielkopolanie z Leszna, przesiedleńcy z Warszawy (głównie miejscowość Małomice i Szprotawa) oraz autochtoni, nieliczni Żydzi. Im wszystkim przyszło, bo nie mieli innego wyjścia, razem, po sąsiedzku zamieszkać, współpracować a na koniec zasymilować się. Może podam swój przykład i mojej rodziny. Jako „Lach” – Polak wyznania rzymsko-katolickiego zawarłem związek małżeński z Łemką. Ślub brałem w cerkwi prawosławnej, tam też były ochrzczone, bierzmowane i przystąpiły do komunii świętej moje dzieci. W tym też kontekście odniosę się do zmian kulturowych. Kiedyś na Łemkowszczyźnie raczej nie było do pomyślenia, aby Łemka wyszła za Polaka. Tutaj, w tamtych czasach, przełamywano te bariery. Nawet sąsiedzi wyznania prawosławnego zapraszali na swoje święta sąsiadów Polaków i odwrotnie – Polacy zapraszali prawosławnych na swoje święta. Jak dzisiaj pamiętam program telewizyjny „Telewizja Dolnośląska”, gdzie już nieżyjący ojciec mojego szwagra (Łemko), wypowiadał się, że jak zamknie oczy to i teraz widzi swoją „Lemkowyne”. Minęły lata, mamy drugie i trzecie pokolenie. Ci potomkowie Łemków, mimo że czują się nadal Łemkami, kultywują swoje tradycje religijne i kulturowe, ale zarazem


52

Roman Pakuła

kolejne pokolenie czuje się Szprotawianinem lub Szprotawianką. Mało tego, są dumni też z historii swojego miasta Szprotawy, także tej do 1945 r. Zmiany polityczne, to delikatny i drażniący temat. Po 1989 r. zmienił się stosunek naszego społeczeństwa do partii politycznych, ludzie zaczęli głośno i bez obaw głosić swoje przekonania. Posłużę się kolejnym przykładem jako radny. Polityka potrafi też skłócić społeczeństwo. Mamy w Szprotawie wspomniany już pomnik „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”. Środowiska AK-owskie, NSZ-towskie i Sybiracy nie zgadzali się i nie składali tam kwiatów z okazji świąt państwowych. Trudno się też dziwić ich postępowaniu, skoro na pomniku widać sowieckiego żołnierza z karabinem i symbole sierpa i młota. Żołnierz sowiecki przez wspomniane formacje kombatanckie był i jest postrzegany jako najeźdźca i zbrodniarz. NKWD i UB mordowało w lasach AK-owców i inne formacje prawicowe i ten sam żołnierz, z tą samą symboliką wywoził Polaków w bydlęcych wagonach na Sybir. Nie wspomnę już o mordach np. w Katyniu. Jako radny, Polak, patriota i regionalista jestem za prawdą historyczną. Kim był dawniej regionalista? W czasach dawnego PRL był raczej kolekcjonerem, zbieraczem i propagandystą. Najwięcej było symboliki Lenina, Stalina propagandy formacji Armii Ludowej, Batalionów Chłopskich i przyjaźni polsko-radzieckiej. Na szczęście i w tym obszarze zachodzą duże zmiany. Obecnie regionaliści walczą i głoszą prawdę historyczna, bo tylko prawda może się obronić –  i to jest dziś szczególny przedmiot troski regionalisty. Dla mnie to pisanie prawdy historycznej, pokazywanie jej, walka z zafałszowaniem historii. Podam z autopsji kolejny przykład. Mamy ulicę Bronka Kozaka. Był to gimnazjalista, który występował przeciwko komunistycznemu systemowi. Aresztowany, osadzony przez UB w Areszcie Śledczym we Wrocławiu, tam zamęczony zmarł. Towarzystwo Bory Dolnośląskie i Muzeum Ziemi Szprotawskiej nakręciło film – dokument fabularyzowany w oparcia o akta z IPN Wrocław i Poznań. Film jest opublikowany na youtube. Pokazujemy młodemu pokoleniu, uczymy ich jak było kiedyś, a jak jest teraz. Jest demokracja i wolność słowa. Obaw jako muzealnicy i wolontariusze raczej nie mamy. Obecną troską dla nas, jest brak środków finansowych na wyremontowanie budynku (wieży ciśnień), w której chcemy połączyć nasze Muzeum i tzw. Izbę Historyczną. Zagrożeń nie widzę. Szansą dla nas jest nasza młodzież, wycieczki szkolne i liczni obcokrajowcy którzy odwiedzają nasze Muzeum. Wszystkich łączy historia naszego regionu. Mam też dużo przyjaciół wśród Niemców, głównie są to kręgi naukowe. Nie widzę w nich zagrożenia, ale sąsiadów i przyjaciół zza miedzy, których łączy historia – ta dobra i ta zła. Musimy widzieć w Niemcach partnerów, ale nie zapominać o zbrodniach nazistowskich. Gdy w rocznicę 750-lecia miasta Szprotawa gościliśmy Niemców – byłych mieszkańców powiatu Szprotawa


Z życia wzięte

53

– to przypominam sobie moment, który mnie bardzo wzruszył. W muzeum wisi mapa KREIS SPROTTAU, do której podszedł staruszek z jednej pobliskiej naszemu miastu wsi i po niemiecku powiedział mi, że tutaj się urodził i mieszkał. Miał łzy w oczach, ja też. Nie widziałem w nim wroga, ale starego człowieka u kresu swego żywota, który po latach wrócił do swoich korzeni. My muzealnicy widzimy ich jako część naszej społeczności lokalnej. Oni odczuwają naszą serdeczność i brak wyrachowania. Przywożą nam swoje pamiątki rodzinne, zdjęcia, pocztówki itp. Tak regionalizm łączy narody.


Jarosław Stulczewski

Towarzystwo Przyjaciół Zduńskiej Woli

K AŻDY MOŻE BYĆ – ALE NIE K AŻDY MOŻE ZOSTAĆ REGIONALISTĄ

K

im jest r e g ion a l i s t a? Wiele osób już próbowało odpowiedzieć na to nurtujące pytanie. I tak nauczyciel historii w Kolbuszowej, Paweł Michno pisał, że regionaliści to specyficzna grupa ludzi. Są oni często osobowościami w środowisku lokalnym, ludźmi rozpoznawalnymi, cenionymi w swej „małej ojczyźnie”. Bywają niekwestionowanymi autorytetami w swych dziedzinach. Czy warto być regionalistą? Odpowiedź jest trudna. Trzeba spróbować nim być, aby się o tym przekonać1. Inny nauczyciel, regionalista łęczycko-sieradzki Mirosław Pisarkiewicz, twierdzi, że regionaliści („strażnicy pamięci”) to Jarosław Stulczewski, lipiec 2015 romantyczna formacja ludzi, którzy na fot. J. Jeziorska różne sposoby ocalają przeszłość w jej bogatych aspektach. W większości wywodzą się z lokalnych środowisk, są związani z nimi poprzez urodzenie lub pracę. Przeważnie są nauczycielami. Wielu z nich to społecznicy – strażacy, księża, pracownicy kultury. Przy czym rola księży w dawnych czasach była nieporównanie większa niż obecnie. Księża niegdyś pisali monografie swoich kościołów, miejscowości, zakładali gazety, stowarzyszenia, brali udział w budowaniu życia regionu nie tylko w aspekcie religijnym. Dziś jest to o wiele rzadsze. Obecnie regio-

1  P. Michno, Czy warto być regionalistą?, [w:] Ja – regionalista. Refleksje, stanowiska, komentarze, red. D. Kasprzyk, Łódź 2010, s. 87.


56

Jarosław Stulczewski

naliści działają często indywidualnie, ale także zakładają lokalne organizacje regionalne. Jednak zawsze musi się znaleźć człowiek–instytucja, który jest fascynatem swojego regionu2. Z kolei prezes Towarzystwa Przyjaciół Uniejowa Urszula Urbaniak (również nauczyciel), podkreśla, że jesteśmy „mali”, bo działamy bez pieniędzy, pchani do przodu poprzez swoje pasje, wspierani sporadycznie przez biedne samorządy lokalne. Nie potrafimy sobie powiedzieć „stop – wystarczy”, kiedy przegrywamy z upartyjnioną polityką w zakresie kultury, kiedy nasze starania o pozyskiwanie funduszy kończą się fiaskiem, kiedy przegrywamy z tym „wielkim”, mającym sztab ludzi do pisania rozległych projektów z budżetami na przerwy kawowe, kiedy najczęściej działamy bez nagłośnienia w mediach3. Moim zdaniem r e g ion a l i s t a to osoba która darzy swoje miejsce urodzenia czy zamieszkania szczególnym sentymentem i zainteresowaniem. Pielęgnuje w pamięci kolejnych pokoleń jego przeszłość, troszczy się o współczesny i przyszły kształt poprzez konkretne działanie. Inaczej mówiąc jest to osoba, która czyni na rzecz swojego środowiska odrobinę więcej niż „zwykły mieszkaniec” zaabsorbowany swą codzienną pracą zawodową. Oczywiście, o to wszystko można zabiegać w pojedynkę. Doświadczenie uczy jednak, że razem, w grupie, łatwiej jest o pieniądze, o wsparcie władz, instytucji i różnych organizacji4. Nietrudno dziś powołać do życia stowarzyszenie. O wiele trudniej nadać mu właściwy rytm działania, harmonijnie wspierać się i nie dopuścić do wygaśnięcia drzemiącego w ludziach zapału do pracy społecznej. Bo stowarzyszenie to przede wszystkim ludzie. Z różnych przyczyn do stowarzyszeń wstępują specjaliści wszelkich dziedzin, często utytułowani profesjonaliści z pokaźnym dorobkiem naukowym. Potrafią oni nadać zamierzeniom i działaniom organizacji fachowy kierunek i merytoryczną wartość. Pozostawiają po sobie dorobek, z którego stowarzyszenie będzie dumne. Jednak oprócz wspomnianych fachowców, należą do stowarzyszeń również członkowie szeregowi, z amatorskim zacięciem i pasją. Zapał tych ludzi powinno się wspierać: „wszak nie każdy amator to profan i ignorant”5. Gdy organizacja zyska uznanie, bywa że wstępują do niego osoby pragnące przynależeć do prestiżowego grona i to jedyny powód, dla którego wypełnili deklarację członkowską. Nie wykażą ochoty do społecznych działań, nie przejawią  M.  Pisarkiewicz, Regionaliści –  strażnicy pamięci, ostatni romantycy czy inżynierowie marketingu?, [w:] Kim jesteś, regionalisto? Sylwetki, opinie, diagnozy, red. D. Kasprzyk, Łódź 2012, s. 35. 3  U. Urbaniak, Regionalizm – idee a rzeczywistość, [w:] tamże, s. 252. 4  J. Stulczewski, Towarzystwo Przyjaciół Zduńskiej Woli 1975–2015. Zarys monograficzny, Zduńska Wola 2015, s. 7. 5 R. Nowoszewski, My – regionaliści, [w:] Kim jesteś, regionalisto…, s. 135. 2


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

57

inicjatywy poprzestając na biernym członkostwie. „Z dwojga złego lepsze to, niż nastawienie nieprzyjazne czy wręcz wrogie”6. Myślę, że „złoty okres” dla regionalizmu polskiego minął. Co by można było mówić złego o czasach Polski Ludowej, to wówczas akurat pieniędzy na kulturę nie brakowało, a regionalizm przeżywał rozkwit. To właśnie lata 70., a w szczególności druga ich połowa, po reformie administracyjnej kraju z roku 1975 była tym „złotym okresem” dla regionalizmu. Wówczas panował sprzyjający klimat do powstawania wielu towarzystw regionalnych, a stowarzyszenia dzięki wydatnej pomocy władza „partyjnej” mogły się aktywnie rozwijać i działać na wielu płaszczyznach. Wiele towarzystw posiadało swoje oddziały / koła / sekcje w dużych miastach m. in. Warszawie, Łodzi, Wrocławiu czy Poznaniu. Zorganizowano ogólnopolski I Kongres Regionalnych Towarzystw Kultury w Olsztynie (1977) z udziałem samego ministra kultury i sztuki Józefa Tejchmy. A dziś… Władza nie jest zainteresowana lub w stopniu marginalnym wykazuje przychylność do regionalizmu, przeznaczając na kulturę coraz mniej pieniędzy. Myślę także, że rozwój procesu technologicznego po części źle wpłyną na dalszy rozwój regionalizmu. Jest to bardzo dobrze widoczne, gdyż młodzi ludzie nie chcą się dziś angażować społecznie. Taktują to zagadnienie jako przeżytek i wymysł „ludowej” Polski. Ale również przez to, że nie mają w większości czasu. Brak stałej pracy, szybki tryb życia, a w szczególności możliwość kontaktu z innymi przez portale społecznościowe (m. in. popularny dziś Facebook) i telefon sprawia, że nie widzą potrzeby być aktywnymi w innej formie. Mimo, że „złoty okres” przeminął, jestem zadania i wierzę, że nie bezpowrotnie. Działania regionalistów zależały i zależą w głównej mierze od nastawienia władzy (od szczebla gminnego do rządowego). Trafnie to określił w swoim artykule Roman Nowoszewski, prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Błońskiej pisząc, że trudno przecenić rolę władz lokalnych w działalności regionalistów. Postawa wojewody, starosty, burmistrza, sołtysa, przewodniczącego rady i samych radnych – decydują niejednokrotnie o powodzeniu podejmowanych działań. I nie zawsze chodzi tylko o wsparcie materialne (choć to też istotne), ale ważniejsze bywa czasem wsparcie oficjalne i duchowe. Każda wartościowa akcja regionalistów zyskująca poparcie miejscowych władz ma większe szanse powodzenia. A przecież organizatorzy takich przedsięwzięć działają społecznie, z własnej woli, dla dobra wspólnego. Warto wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Lokalny budżet często się nie dopina, ale mimo to radni, świadomi wagi działań inicjowa6

Tamże.


58

Jarosław Stulczewski

nych przez regionalistów, powinni okazywać im wsparcie. Powinni, a często kończy się na obietnicy7. R e g ion a l i s t a – osoba popularnie znana i szanowana – kiedyś był obecny w każdej większej miejscowości. Był to pracownik lub osoba związana z placówką kulturalną z zamiłowania krajoznawca, działacz sportowy, społeczny, polityczny. Dziś regionalista jest postacią archaiczną dla młodego pokolenia, często nierozpoznawalną, istniejącą i działającą na uboczu bez rozgłosu. Regionalistą dziś może być każdy bez względu na pochodzenie, wiek, wykształcenie etc. Jednak mało kto chce dziś nim zostać. Samo zapisanie się do stowarzyszenia regionalnego nie czyni z nikogo regionalisty. Jego różna aktywność na rzecz regionalizmu nadaje mu dopiero taki status. Dziś można zauważyć i odczuć, że panuje także powszechna „znieczulica” społeczna i wieloraka obojętność. Pomimo to krytyka utrzymała swój stały poziom. Przykry jest fakt złośliwej i celowej krytyki przez osoby aspołeczne na podejmowane przez nas akcje czy przedsięwzięcia. Krytyka ma różnorakie podłoże, ale często sensu stricto nie dotyczy merytorycznie poruszonej sprawy. Trafnie to określa wypowiedź włoskiego duchownego, działacza oświatowego i społecznego, św.  Alojzego Orione: „Owszem mam wielu takich, co nic nie robią, a jeszcze przeszkadzają”. Ludzie stają się antyspołeczni twierdząc, że takie działanie to twór poprzedniego systemu i często niesłusznie porównując r e g ion a l i z m do czynów społecznych, a r e g ion al i s t ów do aktywistów – które to określenia wielu osobom źle się kojarzą. Nie ma idealnej wizji regionu i regionalizmu, gdyż każdy region, okolica czy miejscowość mają swoją specyfikę. I to ona ustala możliwości i tryb działania w tej społeczności. Jednak niezmiernie ważne jest aby przypominać społeczności o swoim istnieniu i działaniach. Nie chodzi tutaj o chwalenie się swoją działalnością, a raczej o zaznaczaniu swojej obecności poprzez dostępne środki masowego przekazu (telewizja, radio, prasa, Internet etc.). Jeśli ludzie będą mieli świadomość o naszej działalność, łatwiej będzie nam samym wyjść z cienia i zachęcić młodsze pokolenie do pracy pro publico bono na rzecz własnego regionu. A jak się rozpoczęła przygoda z r e g ion a l i z mem w przypadku mojej osoby, opisuję pokrótce poniżej. ***

Był rok 2003. Gdy wróciłem pewnego dnia ze szkoły, moja mama oświadczyła, że skserowała dla mnie z miejscowej gazety jakiś ciekawy artykuł związany z historią naszego regionu. To mnie zainteresowało. Po przeczytaniu, zafascynowany tematem, postanowiłem gromadzić wycinki tego rodzaju (był to artykuł z cyklicznej rubryki o nazwie Gdzie jest taka  Tamże.

7


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

59

Zduńska Wola… – redagowanej przez ówczesnego dyrektora Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola – ukazujący się co tydzień w gazecie „Tydzień Zduńskowolski”, następnie „Nasz Tygodnik Zduńska Wola – Łask”. Wspomniana gazeta jest co piątek dodatkiem regionalnym do „Dziennika Łódzkiego”). Dodatkowo już w roku 2004 interesowałem się jedną z nauk pomocniczych historii jaką jest genealogia (badanie więzi rodzinnych między ludźmi na bazie zachodzącego między nimi pokrewieństwa i powinowactwa). Zaintrygowany nazwiskiem panieńskim mojej mamy –  Jagiełło (może rodzina królewska?!) – razem z nią zaczęliśmy odwiedzać bliższą i dalszą rodzinę mojego dziadka (ojca mamy) oraz okoliczne cmentarze, gdzie spoczywają nasi przodkowie. Dzięki temu udało mi się stworzyć wstępnie pierwszy zarys drzewa rodowego. Jako genealog–amator zbierałem różne dokumenty, fotografie i relacje rodzinne. Do okolicznych Urzędów Stanu Cywilnego zwracałem się o odpisy aktów metrykalnych szczególnie interesujących mnie przodków. 31 maja 2007 r. odwiedziłem po raz pierwszy Archiwum Państwowe w Sieradzu. Wizyta była związana z uzyskaniem kopii aktu notarialnego z roku 1906 dotyczącego zbycia przez moich prapradziadków tj. Jana Nepomucena i Mariannę małżonków Jagieła (oryginalna pisownia) swojej własności położonej w Szadkowicach8 pod nr 5 na rzecz Antoniego Sikały, męża ich córki Marianny. O stosownej umowie dowiedziałem się z dokumentów, które uzyskałem od wuja Stefana Sikały (wnuka wymienionych). W listopadzie 2007 r. założyłem i uruchomiłem stronę internetową własnej rodziny, gdzie publikowałem rezultaty swoich badań (dziś strona już niestety nie istnieje). Razem z mamą 21 sierpnia 2008 r. wybraliśmy się po raz pierwszy do Archiwum Państwowego w Łodzi. Pamiętam, że była to dla mnie niesamowita wyprawa, do której od dłuższego czasu się przygotowywałem, gdyż wiedziałem, że poznam nowe imiona i nazwiska przodków po mieczu. Gdy już dotarliśmy na miejsce, odczułem wielką satysfakcję, że jestem w miejscu dla mnie niesamowitym i szczególnym (jak później się okaże, ukończę nawet studia w tym zakresie –  archiwistyka). Pamiętam doskonale jak przebiegała nasza wizyta w łódzkim archiwum. Ja na mikrofilmach szukałem akt metrykalnych dotyczących naszej rodziny, a mama przepisywała ich treść (wówczas nie można było jeszcze swobodnie wykonywać fotografii zasobu archiwalnego). Zainteresowany dziejami własnej rodziny, a także już historią lokalną – regionalną od roku 2005 razem z mamą zwiedzaliśmy najbliższą okolicą, robiąc wypady rowerowe do różnych miejsc posiadających ciekawe obiekty zabytkowe lub historyczne. Ponadto rozpocząłem zbierać różne wycinki prasowe i ciekawe materiały (w formie kserówek) dotyczące przeszłości 8  Szadkowice –  wieś położona w województwie łódzkim, w powiecie zduńskowolskim, w gminie Szadek.


60

Jarosław Stulczewski

regionu – w szczególności Szadku i jego gminy skąd pochodziło większość rodziny mamy. To też sprawiło, że niedługo później rozpoczynam pisać artykuły do periodyku „Biuletyn Szadkowski”, ale o tym za chwilę. Zimą 2005 r. przygotowałem na ogólnopolski konkurs historyczny swoje pierwsze opracowanie regionalne Walki o polskość w byłym województwie sieradzkim (mps, ss.  25). Za pracę otrzymałem wyróżnienie. Pisałem w niej: „Chciałbym przybliżyć wydarzenia historyczne, które miały miejsce w pobliżu mojej miejscowości”, a także już wówczas apelowałem zainteresowany tematem: „Chciałbym też, żeby każdy mieszkaniec mojego miasta pamiętał o tych wydarzeniach”. Mniej więcej od tego czasu przychodziłem na spotkania kolekcjonerów w Domu Kultury Spółdzielni Mieszkaniowej „Lokator” w Zduńskiej Woli, gdzie poznałem bliżej wybitnego zduńskowolskiego regionalistę i działacza społecznego –  Jerzego Kozłowskiego. Nie mając dokładnie początkowo Jerzy Kozłowski, maj 2009 wiedzy kim jest ta osoba, rozpoczniemy fot. T. Misiak niebawem razem owocną współpracę, przerwaną niestety jego przedwczesną śmiercią. Pozwolę sobie pokrótce przedstawić osobowość tego niepospolitego regionalisty, określonego przez jedną z gazet lokalnych mianem „zduńskowolski śmieciarz” (oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Jerzy Bogumił Kozłowski urodził się 25 lipca 1930 r. w Zduńskiej Woli. W rodzinnym mieście ukończył szkołę powszechną i rozpoczął naukę w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego, przenosząc się następnie do łódzkiego Liceum Handlu Zagranicznego, które ukończył w roku 1949. Studia I stopnia ukończył w 1954  r. na Wyższej Szkole Ekonomicznej, a tytuł magistra ekonomii uzyskał w 1970 r. na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Był czołowym polskim zawodnikiem w biegach sprinterskich. W 1947 r. zdobył tytuł mistrza Polski młodzików w Bydgoszczy. Mistrzem Polski juniorów w biegu na 100 m został w roku 1949. Zdobyte doświadczenia przekazywał później młodzieży w Zduńskiej Woli. W 1972 r. został lekkoatletycznym sędzią klasy międzynarodowej. Był inicjatorem w 1955 r. budowy stadionu „Start Resursa”.


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

61

Jako prezes Zarządu Oddziału Miejskiego w Zduńskiej Woli (1967–1976) i Wojewódzkiego PTTK w Sieradzu (1975–1977) organizował pionierskie spływy kajakowe rzeką Wartą w latach 60. oraz klub narciarski w latach 70. Ponadto był współtwórcą i członkiem: Harcerskiego Chóru Rewelersów (1947), Ludowego Zespołu Sportowego „Zduny” (1950), zespołu jazzowego „Hot Combo” (1957), Harcerskiego Kręgu Seniorów „Bór” (1958), Klubu Kolekcjonera (1974), Koła Przyjaciół Izby Tkackiej – obecnie Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola (1970), Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli (1975) oraz Zduńskowolskiego Towarzystwa Inicjatyw Społecznych (1997), które zainicjowało odbudowę zduńskowolskiego ratusza. Publikowanie na tematy zduńskowolskie rozpoczął w 1949  r. jako korespondent „Dziennika Łódzkiego” i Rozgłośni Polskiego Radia w Łodzi. W dorobku pisarskim posiadał 34 książki i broszury oraz kilkadziesiąt artykułów prasowych o Zduńskiej Woli. Jego wieloletnim dorobkiem i ukoronowaniem pracy kronikarskiej było wydanie w 2010 r. w formie albumowej pozycji Opowieści z miasta nad Brodnią. Za wieloletnia pracę społeczna został odznaczony m. in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem „Zasłużony dla Miasta Zduńskiej Woli” oraz Odznakami Zasłużonego Działacza: Kultury, Sportu, Turystyki, TKKF, PTTK, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, Ziemi Łódzkiej i Sieradzkiej. Ponadto Złotym Pierścieniem Kolekcjonerów Polskich i szablą zduńskowolskiego kolekcjonera. Otrzymał również tytuł Zasłużonego Zduńskowolanina. Sięgając pamięcią wstecz, z Jerzym Kozłowskim spotkaliśmy się pierwszy raz 8 czerwca 2006 r. Wówczas w miejscowej Bibliotece Pedagogicznej odbyło się z nim spotkanie. Zainteresowany którąś z jego wypowiedzi, po spotkaniu podszedłem o coś dopytać. Oczywiście odpowiedział i zaprosił mnie na spotkania Klubu Kolekcjonera działającego przy Domu Kultury „Lokator”. Po nawiązaniu znajomości i upływie jakiegoś czasu, zacząłem być zapraszany do jego domu. Od kwietnia 2008 r. pomagałem panu Jerzemu przy wydaniu książki jego życia Opowieści z miasta nad Brodnią9. Moja pomoc polegała na czytaniu treści (pan Jerzy miał już wówczas poważne problemy ze wzrokiem –  mówił, że jestem jego „oczami”) i wykonywaniu wielu fotografii współczesnej Zduńskiej Woli, jako materiału ilustrującego jego przyszłą książkę. Już wówczas mi powtarzał, że to ja właśnie kiedyś przejmę po nim „pałeczkę” i będę zajmować się tym regionem. Mylił się? Zaintrygowany obrazem znanego malarza Jerzego Kossaka Bitwa pod Zduńską Wolą i Szadkiem –  listopad 1914  r., będącym w zbiorach Muzeum Okręgowego w Rzeszowie, udało mi się potwierdzić związki rodziny Kossaków z powiatem zduńskowolskim. To małe ale niezmiernie ciekawe odkrycie  J. Kozłowski, Opowieści z miasta nad Brodnią, Zduńska Wola 2010.

9


62

Jarosław Stulczewski

Pogrzeb Jerzego Kozłowskiego, 29.10.2010 fot. P. Perdek

zostało docenione przez Jerzego Kozłowskiego, przez umieszczenie informacji o mnie w jego książce nad którą razem pracowaliśmy (s. 59). Ponadto zainteresowany społecznością miejscowych ewangelików przygotowałem tekst z myślą publikacji w tej książce. J. Kozłowski powiedział abym tekst rozbudował i gdzieś opublikował. I tak się złożyło, że niebawem była do tego okazja. Od roku 2006, rokrocznie bywałem w Szadku na promocji „Biuletynu Szadkowskiego”. Jest to interdyscyplinarny rocznik naukowy Uniwersytetu Łódzkiego, którego profil merytoryczny określa tematyka związana z regionem szadkowskim. Podczas promocji w roku 2008 zaproponowałem redaktorowi naczelnemu prof. dr hab. Tadeuszowi Marszałowi, że posiadam opracowany tekst dotyczący miejscowych ewangelików i można go wykorzystać do publikacji w periodyku szadkowskim. Prof. T. Marszał zaproponował mi abym artykuł opublikował pod własnym nazwiskiem. I tak się stało, rok później ukazał się mój pierwszy tekst w czasopiśmie naukowym (od 2013 r. jestem członkiem redakcji, publikując nieprzerwanie do chwili obecnej). Na początku 2010 r. stan zdrowia pana Jerzego uległ znacznemu pogorszeniu. W sierpniu 2010  r. jego książka ujrzała światło dzienne. Już od poważnie chorego otrzymałem egzemplarz publikacji z wpisem: Jarkowi z najwyższym uznaniem za pomoc w napisaniu tej książki. Jerzy Kozłowski.


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

63

Zd.[uńska] Wola 6.08.2010 r. Dwa miesiące później, 27 października 2010 r. o godz.  5 rano odszedł na zawsze od nas znany i ceniony zduńskowolski regionalista. Miał 80 lat. Pogrzeb odbył się dwa dni później, po czym spoczął przy głównej alei cmentarza rzymskokatolickiego przy ul. Łaskiej w Zduńskiej Woli. Już po śmierci, dorobek pisarski J. Kozłowskiego opisał mój kolega Roman Tomaszewski w publikacji Jerzy Kozłowski. Twórczy hetman10. Zainteresowany lokalnymi „smaczkami” i ciekawostkami, odwiedzałem również różne placówki muzealne w okolicy m. in. Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola, Muzeum – Dom Urodzenia Św. M. M. Kolbego, Izbę Pamięci w Zespole Szkół im. T. Kościuszki w Szadku, Muzeum Okręgowe w Sieradzu. W tej ostatniej podczas zwiedzania pod koniec roku 2007 w przypadkowej rozmowie (konwersacji o regionie) z inną osobą zwiedzającą ekspozycję muzealną, dowiedziałem się o istnieniu na terenie Zduńskiej Woli Koła Rekonstrukcji Historycznych, którego spotkania odbywają się w każdy wtorek w budynku Hufcu ZHP. Jak się później okazało był to kol. Radek Maniecki, były pracownik zduńskowolskiego muzeum, pasjonat historii i rekonstrukcji późnego średniowiecza. Rozpocząłem uczęszczać na spotkania. Zainteresowanie historią regionu zaczęło się z roku na rok przeradzać również w pasję do rekonstrukcji historycznej (tzw. żywej lekcji historii)11. W lipcu 2009  r. pojechaliśmy już pod zmienioną nazwą jako Grupa Rekonstrukcji Historycznych „Złoty Krzyż” na inscenizację bitwy pod Grunwaldem (województwo warmińsko-mazurskie), nie jako widzowie, ale rekonstruktorzy. Było to dla nas ogromne wyzwanie, gdyż jest to do chwili obecnej największa rekonstrukcja późnego średniowieczna na terenie Polski jak i całej Europy. Rok później o tej inscenizacji było bardzo głośno, w związku z obchodami rocznicy 600-lecia zwycięskiej bitwy. Rekonstrukcję bitwy oglądało według danych szacunkowych od 150 do 200 tys. widzów. W inscenizacji w upale i temperaturze powyżej 40 stopni Celsujsza brało udział ponad 2 tys. rycerzy chorągwi polskich i krzyżackich, w tym my po stronie polskiej12. Takich tłumów współczesny Grunwald jeszcze nie widział. Jako rekonstruktorzy, początkowo tylko epoki późnego średniowiecza, jeździliśmy po całym kraju. Byliśmy na imprezach tematycznych m. in. w Krośnie, Tarnowcu, Fromborku, Łodzi, Sieradzu i Uniejowie. W latach 2009–2011 uczestniczyliśmy czynnie (jako współorganizatorzy) w pikni R. Tomaszewski, Jerzy Kozłowski. Twórczy hetman, Zduńska Wola 2013.  Rekonstrukcja historyczna –  to zbiór działań, podczas których ich uczestnicy odtwarzają w strojach i za pomocą artefaktów wytworzonych współcześnie, względnie oryginalnych, konkretne wydarzenia z przeszłości lub różnorodne aspekty życia w wybranym okresie historycznym. 12  J.  Stulczewski, Zduńskowolanie w 600-letniej bitwie pod Grunwaldem, „Extra Zduńska Wola”, 22.07.2010, nr 57, s. 6. 10 11


64

Jarosław Stulczewski

kach historycznych organizowanych w Zduńskiej Woli. Szkoda, że to przedsięwzięcie zostało zaniechane. Nasza pasja do rekonstrukcji późnego średniowiecza niebawem przerodziła się w zainteresowanie innymi okresami i wydarzeniami historycznymi, m. in.: powstanie warszawskie 1944, powstanie styczniowe 1863, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, stan wojenny 1981 – czyli czasy stosunkowo mało odległe w historii. Zrealizowaliśmy wiele projektów, akcji i wyjazdów edukacyjno-historycznych. Ta pasja trwa do dzisiaj. W roku 2017 obchodziliśmy jubileusz 10-lecia istnienia już jako Stowarzyszenie „Złoty Krzyż”. Pod koniec 2009  r. brałem również udział w formowaniu w Zduńskiej Woli Związku Strzeleckiego „Strzelec”13. Dzięki grupie osób zainteresowanych militariami, Wojskiem Polskim, postacią marszałka Piłsudskiego i tym, że w okresie międzywojennym na terenie miasta działał taki związek, udało się zorganizować terenową Jednostkę Strzelecką 4040 im. płk. Ignacego Boernera14, w której od 11 listopada 2011 r. pełnię funkcję pisarza i oficera prasowego. Działalność Jednostki – po blisko 10 latach – dziś trochę kuleje, ale jest nadzieja, że się to zmieni. Interesując się dziejami okolicy i ludzi, przygotowywałem także różne wystawy. I tak m. in. w 2009 r. opracowałem wystawę o kpt. Władysławie Jachowiczu ps. „Konar” (1907–1973) –  mieszkańcu Zduńskiej Woli, legendarnym obrońcy Arsenału w powstaniu warszawskim, ostatnim dowódcy Batalionu „Chrobry I”; w 2010 r. przygotowałem dwie ekspozycje: Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” w Szadku na starej fotografii (wystawa odbyła się podczas promocji t. 10 „Biuletynu Szadkowskiego” w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Szadku) i o ks. płk. Józefie Balcerczyku ps. „Grom” (1903– 1980) – kapelanie i podpułkowniku 2 Dywizji Sandomierskiej AK (wystawa była prezentowana w I Liceum Ogólnokształcącym im. Kazimierza Wielkiego w Zduńskiej Woli); w 2011 r. wspólnie z nauczycielką historii Dorotą Stefańska, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Szadku –  którego byłem już członkiem – zorganizowaliśmy wystawę prezentująca osoby związane z Szadkiem, które były ofiarami zbrodni katyńskiej (Wojciech Patora, Władysław Piekielny, Piotr Werecki, Stanisław Ludwisiak, Jan Lizjusz) oraz postać księdza Mariana Dziamarskiego, który stał się ofiarą ludobójstwa ukraińskiego popełnionego przez UPA (ekspozycja odbyła się w szadkowskiej

 Związek Strzelecki, zwany popularnie „Strzelec” – paramilitarna organizacja społeczno-wychowawcza powstała w 1910 r. we Lwowie. „Strzelec” był podstawą budowania struktur wojskowych Legionów Polskich. Nazwę tę nosiła organizacja paramilitarna w okresie 1918– 1939. Do tradycji Związku Strzeleckiego nawiązują niektóre istniejące obecnie organizacje paramilitarne powstałe po roku 1989. 14  Ignacy August Boerner (1875–1933) – zduńskowolanin, inżynier mechanik, pułkownik dyplomowany Wojska Polskiego, działacz niepodległościowy, członek PPS, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, minister poczt i telegrafów w kilku rządach II RP. 13


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

65

Izbie Pamięci w Zespole Szkół); w 2013 r. zaprezentowałem wystawę fotograficzną pt. Zapomniany prezydent, dotyczącą osoby płk. Ignacego Boernera – patrona Jednostki Strzeleckiej 4040 (zdjęcia do wystawy prezentowanej w zduńskowolskim kościele ewangelicko-augsburskim uzyskałem z Narodowego Archiwum Cyfrowego); w 2014 r. przygotowałem dość oryginalną ekspozycję pt. Grypsy Stefana Misiaka ps. „Kubuś” z organizacji antykomunistycznej „Katyń” (wernisaż odbył się w Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola). Pragnę podkreślić, że ostatnia z wymienionych wystaw cieszyła się tak ogromnym zainteresowaniem, że była prezentowana w późniejszym czasie w Domu Kultury Spółdzielni Mieszkaniowej „Lokator” w Zduńskiej Woli, Powiatowej Bibliotece Publicznej im. W.  Broniewskiego w Sieradzu, Gminnym Ośrodku Kultury i Sportu w Zapolicach, a nawet w I Liceum Ogólnokształcącym im. Bojowników o Polskość Mazur w Piszu i Domu Kultury w Rucianem–Nidzie (pow. piski). Od roku 2012 byłem wspólnie z miejscową działaczką NSZZ „Solidarność” Grażyną Barton propagatorem przypominania postawy i pamięci o „Żołnierzach Wyklętych”. W tym samym roku, wspólnie zorganizowaliśmy po raz pierwszy uroczystości Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”15 w Zduńskiej Woli, poprzedzone dzień wcześniej obchodami o randze okręgowych, 70. rocznicy przemianowania ZWZ na AK, na terenie parowozowni PKP w Zduńskiej Woli – Karsznicach (w miejscu stracenia przez Niemców członków AK i bohaterskich kolejarzy Kazimierza Kałużewskiego „Chińczyka” i Juliusza Sylli „Nita”). Dzięki temu już w roku następnym, udało się w ramach powołanego Społecznego Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którego zostałem członkiem, odsłonić 27 września 2013 r. pomnik „Żołnierzy Wyklętych” Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość u zbiegu ul. Złotnickiego i Al. Kościuszki w Zduńskiej Woli16. Równolegle zainteresowany tematyką organizacji antykomunistycznych, istniejących po zakończeniu II  wojny światowej, postanowiłem dokładnie poznać losy ludzi działających w organizacjach niepodległościowych (tzw. II konspiracji) i zamieszkujących mój region. Dzięki temu z mojej inicjatywy w maju 2014 r. powstało terenowe Koło Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego, zrzeszające osoby represjonowane, ich rodziny i osoby zainteresowane tematyką „Żołnierzy Niezłomnych”, którego zostałem wybrany wiceprezesem. Koło dziś liczy 16 osób. 15  Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” – polskie święto państwowe obchodzone corocznie 1 marca, poświęcone pamięci Żołnierzy Niezłomnych (żołnierzom antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia), ustanowione na mocy ustawy z dnia 3  lutego 2011 r. Święto nie jest dniem wolnym od pracy. 16  G.  Barton, J.  Stulczewski, Inicjatywa budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych Zrzeszenia WiN w Zduńskiej Woli, „Na Sieradzkich Szlakach”, nr 3, 2013, s. 6–7.


66

Jarosław Stulczewski

Promocja „Biuletynu Szadkowskiego”, tom 16, Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Szadku, 16.12.2016. Od prawej sieradzki regionalista Jan Pietrzak otrzymuje podziękowania od redaktora naczelnego „Biuletynu Szadkowskiego” prof. dr hab. Tadeusza Marszała za zaangażowanie w akcję poszukiwawczo-eksploracyjną samolotu RWD 14-b „Czapla” w Górach Prusinowskich, która odbył się dzięki wysiłkowi Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli. Na pierwszym planie od lewej: sekretarz Piotr Płuciennik i prezes Jarosław Stulczewski Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli. Fot. K. Kaniecki

Z początkiem roku 2013 prof. dr hab. Tadeusz Marszał zaproponował mi, abym zostałem członkiem redakcji „Biuletynu Szadkowskiego”, a w wyniku Nadzwyczajnego Walnego Zebrania Członków Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli (dalej: TPZW) w dniu 24 września 2013 r. zostałem wybrany prezesem tej organizacji. Do TPZW wstąpiłem w maju 2011 r. Już wówczas podczas Walnego Zebrania Sprawozdawczo-Wyborczego byłem zgłoszony na członka Zarządu. Jednak wówczas, jeszcze jako osoba słabo rozpoznawalna, nie uzyskałem wystarczającej ilości głosów. Warto w kilku słowach przedstawić dzieje tego towarzystwa regionalnego. TPZW zostało założone 14 maja 1975 r. z inicjatywy wspomnianego już wcześniej Jerzego Kozłowskiego i Jerzego Skowrońskiego (1932–1997). Jednak inicjatywa jego utworzenia zrodziła się już w 1968  r. wśród działaczy miejscowego Oddziału PTTK. W roku powstania stowarzyszenia obchodzono 150-lecie nadania praw miejskich Zduńskiej Woli – największemu ośrodkowi przemysłowemu w ówczesnym województwie sieradzkim. Ujawnili się wówczas w mieście ludzie działający pro publico bono, pełni zapału, z gotowym planem dzia-


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

67

łania. Pochodzili z różnych grup zawodowych i społecznych, ale postanowili znaleźć wspólną płaszczyznę wymiany myśli, poglądów oraz rozwoju swych pasji i talentów. Do pierwszego Zarządu zostali wybrani: prezes – dr Stefan Chmiel (1928–1999), I wiceprezes – Jerzy Kozłowski (1930–2010), II wiceprezes – prof. dr Tadeusz Kobusiewicz (1905–1979), skarbnik – Zofia Nieradko (1930–2016) i sekretarz Krystyna Turkiewicz (1950). Działalność Towarzystwa koncentrowała się w pracy Komisji: Wydawniczo-Historycznej, Propagandowo-Organizacyjnej z Sekcją Ochrony Zabytków i Środowiska, Łączności z Absolwentami i Byłymi Mieszkańcami Zduńskiej Woli, Izby Tkackiej, Byłych Wychowanków i Pracowników Liceum im. Kazimierza Wielkiego. Komisja Izby Tkackiej gromadziła i ewidencjonowała eksponaty z dziedziny tkactwa chałupniczego i pamiątki historyczne celem utworzenia Muzeum Historii Miasta, które oficjalnie rozpoczęło swoją działalność 1 kwietnia 1980 r. (organizator Bronisława Chadrysiak). TPZW było pomysłodawcą i inicjatorem utworzenia w 1975 r. corocznych Dni Zduńskiej Woli. Staraniem Towarzystwa w 1976 r., po naukowym opracowaniu, przywrócono miastu historyczny herb Prawdzic–Ostoja. We wrześniu 1980 r. z inicjatywy TPZW odsłonięto tablicę pamiątkową poświęconą Januszowi Teodorowi Dybowskiemu na budynku przy ul.  Złotnickiego  13, a w 1987 r. Jerzemu Szaniawskiemu na budynku Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Łaskiej 12. TPZW posiada na swoim koncie kilkadziesiąt regionalnych wydawnictw oraz broszur. Patronuje i jest w posiadaniu Galerii Niepospolitych Zduńskowolan, cyklu portretów autorstwa rysownika i członka stowarzyszenia Stanisława Klingera, wspierana notami biograficznymi najznamienitszych osób związanych z Zduńską Wolą. Dotychczas do galerii wprowadzono 66 osób. Od roku 2005 stowarzyszenie jest zrzeszone w Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych Rzeczpospolitej Polskiej. W latach 1977–1988 TPZW posiadało swoją sekcję na terenie Warszawy, zrzeszając byłych mieszkańców miasta. Początkowo członkowie Towarzystwa urzędowali w pomieszczeniu Miejskiego Domu Kultury przy ul.  Łaskiej  12. W latach 1994–2015 w budynku Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola przy ul.  Złotnickiego 7, a następnie siedziba stowarzyszenia została przeniesiona do budynku przy ul. Złotnickiego 3 (II piętro). Od kwietnia 2016 r. stowarzyszenie znajduje się w budynku przy ul. Mickiewicza 4. Znanymi członkami i działaczami TPZW byli m. in. Feliks Rajczak (członek Zarządu w latach 1975–1979 i sekretarz w latach 1980–1987), dr Janusz Teodor Dybowski, Bogdan Ostromęcki, prof. dr hab. Woldemar Gastpary, Stanisław Fuks (członek Zarządu Sekcji Warszawskiej w latach 1977–1984), dr hab. Marian Klimczak (członek Zarządu Sekcji Warszawskiej w latach 1983–1988), Józef Rezler, doc. dr Leon Feliks Kral i prof. dr hab. Józef Śmiałowski.


68

Jarosław Stulczewski

Tablica poświęcona pamięci Jerzego Kozłowskiego na budynku Zduńskowolskiego Centrum Integracji „Ratusza”, styczeń 2017 fot. J. Stulczewski

Słowa Jerzego Kozłowskiego jakby stały się proroctwem. Stanąłem na cele organizacji w której on przez wiele lat aktywnie działał, był jej pomysłodawcą i współtwórcą, a w latach 1975–2003 nieprzerwanie wiceprezesem. Od razu z nowym Zarządem przystąpiliśmy do intensywnej pracy. Już w roku 2014 zorganizowaliśmy imprezy, które stały się cyklicznymi i sztandarowymi wydarzeniami naszego stowarzyszenia: Konkurs Wiedzy o Mieście Zduńska Wola i „Miasteczko Złotnickiego” (impreza odnosząca się do tradycji tkackich miasta, przenosząca mieszkańców w czasie do przełomu XIX i XX w.). Dodatkowo kontynuowaliśmy rozpoczętą w roku 2012 kwestę na rzecz renowacji nagrobków na starym cmentarzu w Zduńskiej Woli. To tylko niewielki wycinek naszej pracy, gdyż było wiele doraźnych akcji, m. in. w listopadzie 2015 r. zorganizowaliśmy II Światowy Zjazd Zduńskowolan połączony z 40-leciem istnienia naszego stowarzyszenia. Z kolei z mojej inicjatywy w roku 2016 Towarzystwo Przyjaciół Zduńskiej Woli razem z Towarzystwem Przyjaciół Uniejowa zorganizowało I Sejmik Stowarzyszeń Regionalnych Województwa Łódzkiego w uniejowskim zamku. Było to pierwsze takiego typu i na taką skalę wydarzenie integrujące towarzystwa regionalne, działające na terenie województwa łódzkiego.


Każdy może być – ale nie każdy może zostać regionalistą

69

W lutym 2016 r. otrzymaliśmy dyplom Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za zasługi w upowszechnianiu kultury, a 10  października 2016 r. stowarzyszenie zostało odznaczone medalem „Zasłużony dla Miasta Zduńskiej Woli”. Dzięki działalności w TPZW udało mi się poznać i związać kontakty z wieloma ludźmi. I tymi aktywnymi kiedyś i dziś na rzecz polskiego regionalizmu. Tak naprawdę do dzisiaj nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie co dokładnie legło u bezpośrednich podstaw emocjonalnego i praktycznego zaangażowania się na rzecz najbliższej okolicy (tzw. „małej ojcowizny”). Możliwe, że wspomniany na początku artykuł lub dzieje własnego rodu, który od wieków zamieszkuje ten region (Ziemia Sieradzka), a może raczej osoby które spotkałem na swojej drodze życiowej. W szczególności Jerzy Kozłowski i prof. dr hab. Tadeusz Marszał. Myślę, że w przypadku tej pierwszej postaci, to ona stała się tą, która w sposób stały i właściwy potrafiła zainteresować mnie i co najważniejsze przekonała o wartości regionalizmu. Stało się to z pewnością po „przewaleniu” u pana Jurka kilkuset nieznanych mi i większości społeczeństwa Zduńskiej Woli niezwykle ciekawych i cennych materiałów w czasie pomocy przy ich porządkowaniu. Od pana Kozłowskiego otrzymałem również różne publikacje i materiały o tematyce regionalnej w większości jego autorstwa (tzw. regionalia). Myślę, że postać Jer z e g o K o z łow sk ie g o jest i powinna być wzorem dla mieszkańców Zduńskiej Woli jako sylwetka niepospolitego wybitnego polskiego regionalisty, który działał na wielu płaszczyznach społecznych na rzecz naszego miasta. Dla mnie osobiście jest to godny wzór do naśladowania i powinien stać się nim dla innych przyszłych „młodych” regionalistów zduńskowolskich17.

 W dniu 27 października 2017 r. w imieniu Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli złożyłem podczas sesji Rady Miasta Zduńska Wola, wniosek o nazwanie Muzeum Historii Miasta Zduńska Wola imieniem Jerzego Kozłowskiego w dowód szczególnych zasług na rzecz miasta, regionalizmu, a w szczególności postania tej placówki kulturalnej w Zduńskiej Woli. 17


Grzegorz Klonowski

Uniwersytet Opolski (doktorant)

MOJA MAŁA OJCZYZNA Jak to się stało, że zostałem regionalistą?

N

ie wiem czy mogę siebie tak nazwać. Chyba jednak nie – brak mi zbyt wielu cech, jakimi powinien charakteryzować się prawdziwy regionalista. Sprawami związanymi z moją najbliższą okolicą zająłem się przez przypadek. Z wykształcenia jestem historykiem. Interesuję się głównie historią ruchu „Solidarność”. W pewnym momencie zauważyłem, że w mojej rodzinnej gminie nikt się tym nie interesuje i jeśli ja czegoś nie zrobię, to temat popadnie w zupełne zapomnienie. Tak więc zająłem się tym… zamiast. Zamiast ludzi, którzy z racji zajmowanych stanowisk, czy pozycji społecznych powinni dawno to zrobić –  mam tu na myśli głównie miejscowych nauczycieli, czy ludzi, których z takich czy innych powodów można uznać za przedstawicieli lokalnej elity. Był to dla mnie pewien rodzaj obowiązku, obowiązku wobec zdobytego wykształcenia, pasji jaką jest dla mnie historia, w końcu wobec zbiorowości, z której wyrosłem i której czuje się częścią. Miałem o tyle łatwiej, że od wielu lat jestem w swojej rodzinnej miejscowości gościem i do pewnego stopnia funkcjonuję „na wariackich papierach”, co jest związane z moją niepełnosprawnością. Zajmowanie się historią mikro-społeczeństw jest chyba dużo bardziej skomplikowane i obarczone całym szeregiem trudności, jakie nie występują gdybym zajmował się, na przykład dziejami Warszawy. Nie można tu liczyć na anonimowość. Badacz, zwłaszcza wywodzący się wprost ze środowiska, które stara się opisywać, nie jest nigdy postrzegany przez pryzmat swojego wykształcenia, umiejętności, osiągnięć, czy dokonań naukowych. Zawsze jest synem konkretnych ludzi i postrzegany jest przez pryzmat lokalnych powiązań, sympatii, pozycji społecznej rodziny, z któ-


72

Grzegorz Klonowski

rej się wywodzi. Jednocześnie każda inicjatywa lokalna niejako z definicji powoduje oddolny sprzeciw. Może on wynikać zarówno ze wspomnianych wyżej uwarunkowań rodzinnych, jak i wielu innych czynników. Jednym z takich czynników jest pewien rodzaj marazmu, jaki panuje w lokalnych środowiskach. Każdy, kto w jakikolwiek sposób próbuje ten marazm społeczny przerwać, staje się przez samo swoje istnienie niemym dowodem, że coś jednak udaje się zrobić. Jest oskarżeniem, wobec ludzi, którzy z racji zajmowanych pozycji zawodowych, czy społecznych powinni być animatorami lokalnych środowisk i to jest jeden z głównych powodów silnego oporu materii, z jakim spotykają się lokalne inicjatywy, niemające poparcia z góry. Dochodzi do tego zwykły czynnik psychologiczny. Małe środowisko oznacza małą liczbę atrakcji. Każde lokalne działanie jest bardzo mocno komentowane w postaci najróżniejszych, często zupełnie fantastycznych plotek. Zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, a ludzie w swoich komentarzach chętnie dają wyraz wszelkim negatywnym odczuciom. Najtrudniej przecież jest być prorokiem we własnym kraju. W trakcie zbierania materiałów do historii Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych „Solidarność” zetknąłem się z wieloma ludźmi, którzy widząc człowieka mającego jakiś zasób wiedzy i chęci do działania, pchali go naprzód, przekazując go sobie niejako z rąk do rąk. Tym sposobem rozszerzyłem swoje badania nad NSZZ RI „Solidarność”. Stało się to niejako samo, bez mojej świadomej decyzji, na zasadzie siły rozpędu. Szczególne podziękowania wypada tu złożyć Stanisławie Sobieraj1 i Andrzejowi Ruszkowskiemu2

 Stanisława Sobieraj ur. 8 V 1934 r. Prowadziła gospodarstwo rolne we wsi Dżązna. Od jesieni 1980  r. zaangażowana w działalność Solidarności Wiejskiej. Organizatorka i przewodnicząca koła wiejskiego, członek GKZ we Wróblewie. Uczestniczka protestów rolniczych w Rzeszowie, Bydgoszczy, manifestacji chłopskich związanych z rejestracją „S” RI. Delegat na ogólnopolski zjazd w Poznaniu. Wiceprzewodnicząca prezydium władz wojewódzkich, WKZ do 29 VIII 1981 r. W dniach 13 XII 1981 – 2 III 1982 internowana, przetrzymywana w areszcie w Poznaniu i Ośrodku Odosobnienia w Gołdapi. Kolporterka prasy, uczestniczka manifestacji patriotycznych oraz pielgrzymek ludzi pracy do Częstochowy. Organizatorka pielgrzymek autokarowych m. in. do Częstochowy i Lichenia. Odznaczona w 2008 r. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, w 2001 Medalem za Zasługi w Walce o Niepodległość i Prawa Człowieka 13 XII 1981– 4 VI 1989. 2  Andrzej Ruszkowski ur. 1 II 1936  r. W trakcie nauki w LO, w Sieradzu członek tajnej drużyny harcerskiej „Orzeł Biały”. Absolwent Wydziału Prawa UMK w Toruniu. Specjalista w zakresie prawa gospodarczego i prawa pracy. W latach 1963–1968 pracownik Zakładu Karnego w Sieradzu w następstwie stypendium fundowanego przez Ministra Sprawiedliwości. Od 1968 r. radca prawny w ZPD „Wola” w Zduńskiej Woli i innych zakładach na terenie Zduńskiej Woli i Sieradza. Od 1 VIII 1990 r. wicewojewoda, a od 4 III 1991 r. do 28 II 1994 r. – wojewoda sieradzki. W latach 1958–1963 instruktor ZHP, członek Instruktorskiej Drużyny Akademickiej w Toruniu. Od 1965 r. działacz PTTK, prezes ZW PTTK w Sieradzu, członek ZG PTTK w Warszawie, twórca społecznej opieki nad zabytkami w b. województwie sieradzkim. Organizator 1


Moja Mała Ojczyzna

73

Kolejny etap mojej aktywności wiąże się właśnie z osobą redaktora Andrzeja Ruszkowskiego, który kieruje kwartalnikiem „Na Sieradzkich Szlakach”. Tu też niejako przypadkiem z zainteresowanego tematem „Solidarności” badacza stałem się jednym z autorów kwartalnika. Tak, wiec temat mojego zainteresowania małą ojczyzną zaczął żyć własnym życiem. Nieocenione jest tu wsparcie wielu ludzi, którzy zachęcali mnie do działania i wskazywali kolejne drobne cele, za którymi pojawiały się kolejne. Autorytety

Kiedyś powiedziałem studentom, że konsekwencje Katynia są bardzo daleko idące, a jedną z nich jest i ta, że to ja dziś stoję przed wami i prowadzę zajęcia zamiast utraconej w czasie II wojny elity społecznej. Zdanie to można śmiało odnieść także do problemu lokalnych autorytetów. Zostały one w dużym stopniu wytępione. W czasie wojny i tuż po niej było to tępienie fizyczne, będące częścią świadomej polityki niszczenia narodu i jego elity. W kolejnych latach PRL przedwojenne, lokalne autorytety były już „tylko” niszczone zawodowo i społecznie. Władzom komunistycznym lokalne autorytety nie były do niczego potrzebne. W państwie totalitarnym, gdzie dominuje model podporządkowania pionowego funkcjonariusze będący na najniższych szczeblach administracji mieli do wypełnienia zadanie pasa transmisyjnego. Wszelkie przejawy lokalnej aktywności postrzegane były przez władze jako zagrożenie. Jednym z najbardziej niebezpiecznych dla lokalnych środowisk przejawów polityki PRL było silne zideologizowanie środowiska nauczycielskiego i selekcja negatywna do zawodu. W myśl praktyki PRL nauczyciel miał być, przede wszystkim, przekaźnikiem postanowień partii i realizatorem przez nią ułożonych programów nauczania. Nie mógł być natomiast lokalnym liderem i nie był do tego przygotowywany. Niestety wiele elementów mających swoje korzenie w tamtym systemie jest obecnych w środowisku nauczycielskim, i to zarówno w średnim, jak i młodym pokoleniu nauczycieli. Część ludzi, którzy dziś stanowią lokalne autorytety pochodzi ze środowisk najszerzej rozumianej opozycji, czerpiąc swój autorytet i chęć działania z tradycji rodzinnych. Kolejna grupa lokalnych autorytetów, pochodzi niejako z przydziału. Zajmowanie odpowiedniego stanowiska w swojej społeczności w dużym stopniu predestynuje do bycia lokalnym autorytetem. obsługi prawnej Zarządu Regionu „Solidarność” w Sieradzu. W stanie wojennym organizator kolportażu podziemnej prasy i książek. W 1989 r. przewodniczący Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w woj. sieradzkim, współorganizator pierwszych wolnych wyborów do Parlamentu i wyborów samorządowych. Przewodniczący I-szej Rady Miasta Sieradza. Współorganizator w woj. sieradzkim PC. Autor przewodnika krajoznawczego Sieradz i okolice Twórca i redaktor kwartalnika „Na Sieradzkich Szlakach”, autor ok. 250 artykułów krajoznawczych opublikowanych w prasie krajowej i regionalnej.


74

Grzegorz Klonowski

Szczególną rolę mają tu do odegrania księża, wójtowie, czy też inni pracownicy administracji i organizacji społecznych. Jednak, dziś już samo bycie proboszczem, czy wójtem nie wystarcza do bycia lokalnym autorytetem. Tą swoistą dobrą pozycję wyjściową trzeba umieć wypełnić treścią. Jeśli się tego nie zrobi, to ktoś taki staje się pełniącym obowiązki autorytetu. Zdarza się, że tacy ludzie markują działania lub nawet podejmują inicjatywy zmierzające do ograniczania lokalnej aktywności i lokalnego bogactwa. Jeśli miałbym wskazać autorytet lokalny godny wyróżnienia, to z pewnością taką osobą jest wspomniany już Andrzej Ruszkowski. Głównie dzięki jego zaangażowaniu istnieje wydawany przez sieradzki oddział PTTK kwartalnik „Na Sieradzkich Szlakach”. Jest to pismo prezentujące bardzo wysoki poziom merytoryczny, który tym bardziej trudno utrzymać w tak niewielkim i pozbawionym swojego środowiska akademickiego ośrodku miejskim, jakim jest Sieradz. O jego poziomie świadczą przyznawane nagrody: „Zasłużony dla Ziemi Sieradzkiej” nadany przez Radę Powiatu sieradzkiego i „Superekslibris” nadany przez dyr. Biblioteki Wojewódzkiej w Łodzi. Wielką zasługą pana Andrzeja jest umiejętność skupiania wokół siebie ludzi chcących działać. Mało kto potrafi tak wyłuskiwać w lokalnych środowiskach ludzi zdolnych, gotowych do działania jeśli tylko zostaną odpowiednio zachęceni. Dzięki temu redakcja NSS stała się środowiskiem animującym działania na całej ziemi sieradzkiej. Skupia ona osoby z różnych pokoleń i zawodów, których łączy jedno – chęć działania dla dobra lokalnych środowisk. Moim zdaniem aby być prawdziwym regionalistą należy spełniać kilka kryteriów. Najważniejszym z nich jest miłość do Ojczyzny, także tej lokalnej. Konieczne jest zrozumienie lokalnej społeczności i chęć działania na jej rzecz. Prawdziwy regionalista powinien charakteryzować się także odpowiednio przemyślaną wizją swojej małej ojczyzny, której podporządkowane będą jego konkretne działania. Konieczny jest także właściwy poziom moralny, który sprzyja powstawaniu i ugruntowywaniu autorytetu lokalnego działacza i skupianiu wokół niego miejscowego środowiska. Właśnie skupianie wokół siebie ludzi jest jedną z najważniejszych cech potrzebnych regionaliście. Chodzi nie tyle o kierowania nimi, co o ich aktywizowanie i zarażanie swoimi projektami. Mile widziane, choć najmniej uchwytne, jest szczęście do ludzi, na jakich się stawia w swoich kolejnych zamierzeniach. Przemiany ostatnich dekad

Z przykrością muszę powiedzieć, że nie jestem entuzjastą, jeśli chodzi o ocenę naszych czasów. Mam wrażenie, że jeśli za sto lat historyk będzie opisywał czas ostatnich prawie trzydziestu lat III RP, to jednym z bardziej


Moja Mała Ojczyzna

75

prawdopodobnych tytułów będzie: Czas zmarnowanych szans. Nie oznacza to oczywiście, że nic nie osiągnęliśmy. Jednak nasze osiągnięcia w porównaniu z możliwościami wypadają blado. Ta, dość negatywna ocena szczególnie widoczna jest w małych środowiskach. Możemy tu zaobserwować cały szereg negatywnych tendencji. Przede wszystkim zaszły tutaj bardzo niekorzystne procesy gospodarcze. Upadło wiele lokalnych zakładów zapewniających miejsca pracy. Często zakłady te można by uratować, gdyby panowało inne nastawienie i w odpowiednim czasie zostałyby podjęte właściwe działania. Spadek opłacalności w rolnictwie w powiązaniu z unijnym systemem wspierania rolnictwa doprowadził do gwałtownego zmniejszania liczby gospodarstw rolnych. Wyraźnie promowana przemysłowa filozofia pozyskiwania i przetwarzania żywności ma swoje bardzo niekorzystne konsekwencje zarówno w krajobrazie rolniczym wsi, jak i w jakości żywności, jaka trafia na nasze stoły. Gdy dodamy do tego niekorzystny dla prowincji model rozwoju Polski, zdecydowanie faworyzujący wielkie aglomeracje miejskie i otwarcie granic Europy Zachodniej otrzymamy przyczyny katastrofalnej dla lokalnych środowisk emigracji zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Lata kryzysu końcowej dekady PRL doprowadziły do tego, że podstawowym dążeniem społeczeństwa po przemianach ustrojowych, także w jego lokalnym wymiarze, było bogacenie się. Przemożnym celem stało się dogonienie w poziomie osobistej zamożności i konsumpcji społeczeństw Europy Zachodniej. To, co tamte społeczeństwa osiągnęły w czasie wielu pokoleń, my staramy się uzyskać w czasie kilkunastu lat. Prowadzi to do paradoksu polegającego na tym, że dla wielu osobista zamożność staje się najważniejszym wyznacznikiem czyjejś pozycji społecznej. Tylko bogaci zasługują na szacunek i tylko im należy się posłuch, bez względu na to, czy faktycznie mają coś istotnego do powiedzenia, czy nie. Na tej zasadzie przemiany uderzyły w wiele lokalnych autorytetów. Bo w odbiorze części społeczeństwa ludzie ci zamiast bogacić się zajmowali się, w ich mniemaniu, sprawami mało ważnymi. Gdyby jeszcze potrafili na nich zarobić, to zmieniałoby postać rzeczy. Nie czerpiąc ze swojej pasji korzyści finansowych, byli postrzegani przez tych goniących za pieniądzem współobywateli, jako osoby nieporadne życiowo, naiwne, nie potrafiące zadbać o swój własny interes. Oczywiście takie postawy wynikają z wielu błędów, jakie w okresie III RP zostały popełnione w życiu społecznym. Błędy te dotyczą, miedzy innymi, polityki państwa i systemu edukacji. Jednym z najpoważniejszym jest brak rozliczenia nie tylko prawnego ale i moralnego poprzedniego systemu. Efektem tego jest uwłaszczenie peerelowskiej nomenklatury dokonane zazwyczaj kosztem lokalnej społeczności. Ludzie ci wzmocnili swoje


76

Grzegorz Klonowski

wpływy polityczne poprzez uzyskanie dominującej pozycji ekonomicznej. Wywierali wielki wpływ na lokalne środowiska. Był on szczególnie duży, zwłaszcza w czasach wysokiego bezrobocia, gdy od nich zależał byt wielu rodzin. Ludzie ci zazwyczaj byli niechętni lokalnym inicjatywom, gdyż z przyczyn ekonomicznych w ich interesie było umacnianie nieuczciwie zdobytej pozycji w swojej społeczności. Każda inicjatywa była niebezpieczna, bo mogła prowadzić do powstania zalążka konkurencyjnej elity, która z czasem potrafiłaby wytknąć ich grzeszki przeszłości. Środowiska czerpiące swoją siłę z poprzedniego systemu prowadziły także swoistą akcję propagandową mającą na celu zmonopolizowanie lokalnej świadomości i tożsamości. Wielokrotnie szukając materiałów solidarnościowych w poszczególnych gminach słyszałem w słuchawce telefonu: „w naszej gminie »Solidarności« nie ma i nigdy nie było” lub: „nie zajmujemy się polityką”. Po takiej odpowiedzi nietrudno było odgadnąć z jakiej opcji politycznej jest dany pracownik samorządowy. Ogólnie problemem jest też silne upartyjnienie, czego efektem jest ocenianie inicjatywy pod kontem środowiska, w jakim się zrodziła, a nie czy jest ona słuszna. Trudno także za element sprzyjający powstawaniu lokalnych elit uznać większość powstałych zakładów pracy z kapitałem zagranicznym. Zakłady te tylko w minimalnym stopniu przyczyniają się do zatrzymywania i tworzenia lokalnej inteligencji, nastawiając się na maksymalizację zysków. Zazwyczaj nie biorą one udziału w życiu społeczności lokalnych, gdyż tego typu działania zarezerwowane są dla ich macierzystych krajów. Niepokoić musi także pogłębiający się kryzys w oświacie, manifestujący się obniżeniem poziomu na wszystkich poziomach edukacji. Zmniejszenie liczby uczniów powoduje, że główną troską szkoły jest uruchomienie odpowiedniej liczby klas i zapewnienie dla wszystkich nauczycieli potrzebnego pensum. Proces ten widoczny niestety jest także w szkołach wyższych. Dotkliwy jest żenująco niski poziom wiedzy ogólnej młodzieży. Dziś studia kończą ludzie, którzy jeszcze kilkanaście lat temu mieliby poważne problemy z napisaniem egzaminu dojrzałości. Mimo tych bardzo wielu negatywnych zjawisk, jakie zostały tutaj wymienione obserwujemy, zwłaszcza w ostatnim czasie, wiele czynników, które pozwalają patrzeć w przyszłość z optymizmem. Niewątpliwie wśród przesłanek sprzyjających odradzaniu się i tworzeniu lokalnych elit wymienić trzeba znaczne zwiększenie liczby absolwentów szkół wyższych. Obserwujemy także wzrost poczucia patriotyzmu, zarówno w ujęciu ogólnonarodowym, jak i lokalnym. Zniknęło lansowanie jeszcze kilka lat temu w mediach przekonanie, że jesteśmy brzydką panną bez posagu, a wszystko i tak sam załatwi za nas rynek. Wszelkim lokalnym inicjatywom sprzyja rozwój społeczeństwa informatycznego, dzięki czemu łatwiej można znaleźć i nawią-


Moja Mała Ojczyzna

77

zać kontakt z podobnie myślącymi ludźmi. Łatwiej tworzyć i realizować poszczególne inicjatywy. Pojawiają się w końcu czynniki ograniczające emigracje. Jeśli chodzi o postulaty, których spełnienie wpłynęłoby na rozwój regionalizmu, to moim zdaniem, przede wszystkim, brakuje ogólnej koncepcji tego ruchu. Zarówno na poziomie ogólnokrajowym jak i regionalnym powinien zostać wypracowany wspólny kierunek działań. Wielką rolę w zakresie promowania pożądanych postaw mają tu do odegrania także media. Za mało jest w nich pozytywnych, dowartościowujących lokalne środowiska przykładów. Szczególna uwagę należy zwrócić na promowanie odpowiedzialnych i prospołecznych zachowani biznesu. Analogicznie, piętnowane powinny być postawy i działania pogłębiające lokalny marazm. Potrzeba w końcu programu szeroko rozumianych szkoleń i seminariów animujących do działania lokalnych liderów. Do programów studiów powinny być w większym stopniu włączone zajęcia pokazujące bogactwo małych ojczyzn ale także uczące jak aktywizować małe środowiska. Skierowane powinny być one głównie do studentów mających w przyszłości pracować w oświacie, kulturze, administracji i biznesie. W końcu lokalni działacze muszą zostać docenieni finansowo. Pieniądze muszą znaleźć się na najważniejsze i najciekawsze inicjatywy. Odpowiednie dofinansowanie tego typu działań nie tylko podniesie prestiż miejscowych liderów. Zachęci także ich następców do działania. Władze, na każdym szczeblu, musza być świadome, że aktywność lokalna bez odpowiedniego finansowego wsparcia jest możliwa tylko do pewnego poziomu. Ostatecznie jednak, to od nas samych zależy na ile pozostanie aktualne zapisane z górą sto lat temu zdanie: „…panowie duża by juz mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!”3.

 S. Wyspiański, Wesele, Wrocław 1984, s. 10.

3


Andrzej Ruszkowski Sieradz

MOJA DROGA DO REGIONALIZMU… CZY KR AJOZNAWSTWA?1 Każdy jest dłużen swojej Ojczyźnie, na ile go stać przy jego zdolnościach i siłach. Za ostatniego ma być taki uważany, który jej żadnym uczynkiem nie poczci i nie ubogaci

O

I.

Jan Długosz

kreślenie „region” (od łac. regere – skupiać, zbierać) jest pojęciem, które przyswoili sobie głównie geografowie i mimo, że nie mieści się w polskim słownictwie na oznaczenie hierarchii podziałów terytorialnych, to jest powszechnie używane w mowie potocznej i tzw. języku urzędowym. Region to obszar umowny, względnie jednorodny, różniący się od innych cechami naturalnymi albo wykształconymi w toku wspólnych doświadczeń historycznych, a więc nabytymi. Regiony wydziela się także na podstawie ustalonych kryteriów w celu przestrzennego usystematyzowania. Regionem może być np. województwo lub kilka województw wchodzących w skład Mazowsza, Śląska, Wielkopolski czy Małopolski, także powiat lub kilka powiatów powiązanych porozumieniem w celu realizacji wspólnego zamierzenia, zespół wsi albo gmin (np. gminy położone nad Nerem w celu poprawy jakości łąk nadrzecznych) lub pojedyncza wioska (np. Kiełczygłów) realizująca cele gospodarcze (np. uprawa chrzanu) lub kulturowe np. pielęgnująca zwyczaje ludowe. 1  Fundacja WAŻKA we współpracy z działającym w strukturach Uniwersytetu Łódzkiego Interdyscyplinarnym Zespołem Badania Wsi, realizuje projekt pt. MY, REGIONALIŚCI. Niniejsza praca stanowi próbę odpowiedzi na ten apel. Wykorzystano w nim fragmenty wcześniejszych prac autora m.in. Trzydzieści lat na sieradzkich szlakach, [w:] Blisko i daleko. Sympozjum regionalistów – Praszka 2015, red. Z. Szczerbik, Z. Włodarczyk, Wieluń–Praszka 2016, s. 69–90.


80

Andrzej Ruszkowski

Regionalistą jest osoba, która w sposób szczególny zajmuje się swoim regionem: gromadzi wiedzę o nim i upowszechniania ją, inicjuje wydarzenia, inspiruje zachowania mające służyć dobru wspólnemu. II.

Nie nazywam siebie regionalistą, wolę określenie krajoznawca i sadzę, że te terminy nie różnią się znaczeniem od siebie, są synonimami. Dlaczego wolę termin krajoznawca? Ponieważ krajoznawstwo ma piękną tradycję, bowiem odegrało chlubną rolę w okresie mobilizowania społeczeństwa do wysiłku na rzecz odzyskania utraconej przez Polskę wolności. Dziś licznych krajoznawców skupia w swoich szeregach przede wszystkim Polskie Towarzystwo Turystyczno Krajoznawcze. Czym jest krajoznawstwo? Najprościej mówiąc2 p a s j ą poznawania i pokazywania krajobrazu ojczystego, na który składają się wytwory przyrody oraz wszystko to, co zostało stworzone przez człowieka na przestrzeni wieków. Wykształcenie pasji poznawania najbliższego otoczenia, regionu, kraju, dorobku myśli ludzkiej, nas samych, wykształcenie umiejętności przekazywania zdobytej wiedzy innym, mniej doświadczonym – to szeroko pojęty proces krajoznawstwa. Kształtując własny, lokalny patriotyzm oddziałujemy na następnych krajoznawców miłujących swój kraj, przyrodę, szanujących własne środowisko. Nieżyjący już, ale ciągle pamiętany twórca Służby Kultury Szlaku Witold Tyrakowski (1915–1982) z Podkowy Leśnej, w jednej ze swoich książek napisał: Na krajobraz można tylko patrzeć, ale można go także widzieć – a to znacznie lepiej – można też, co najważniejsze – widzieć go i rozumieć… i to jest właśnie krajoznawstwo3.

Idea krajoznawstwa narodziła się pod koniec XIX wieku i na ziemiach polskich została wprzęgnięta w dzieło budowania postaw patriotycznych, utrwalania szacunku dla poległych w walce o niepodległość Ojczyzny, przypominania i pielęgnowania tradycji narodowych. Inspiracją dla szerzenia tej idei były wybitne dzieła zwracające uwagę Polaków na przeszłość i wartości kulturowe ukształtowane w toku naszego rozwoju dziejowego, takie jak np. 15-tomowy Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich4 (1880–1902) pod redakcją urodzonego w Sieradzu Filipa

 K. Brodowska, Czym jest krajoznawstwo, „Na Sieradzkich Szlakach” 1985, nr 1, s. 2–3.  W. Tyrakowski, Krajobraz – wczoraj – dziś – jutro, Warszawa 1977. 4  Redakcja jak pod sztandar narodowy wzywała do różnych form współpracy i pomocy wiele osób z całego kraju i „ziem przyległych”. Gazeta rosyjska „Nowoje Wriemia” znajdowała w Słowniku… „fanatyczny i fantastyczny patriotyzm”. Tę opinię przytoczył Bolesław Prus 2 3


Moja droga do regionalizmu… czy krajoznawstwa?

81

Sulimierskiego5, a po jego śmierci: Bronisława Chlebowskiego, Władysława Walewskiego i Józefa Krzywickiego, czy do dziś ceniona Encyklopedia staropolska Zygmunta Glogera (1845–1910) z Jeżewa koło Tykocina, zarazem historyka, etnografa, folklorysty i krajoznawcy. Powstały organizacje zajmujące się opracowywaniem przewodników, map, popularyzowaniem wydarzeń historycznych, zabytków i osobliwości przyrodniczych, wreszcie organizowaniem wycieczek i wypraw turystycznych oraz budowaniem schronisk dla turystów. W zaborze pruskim i rosyjskim, takie formy aktywności społecznej dla Polaków były zakazane. Pojawiły się jednak w zaborze austriackim, na terenie Galicji, której w 1860 r. przyznano częściową autonomię. Jako pierwsze do życia 3 VIII 1873 r. powołano Galicyjskie Towarzystwo Tatrzańskie, które w maju 1874 zmieniło nazwę na Towarzystwo Tatrzańskie z siedzibą w Krakowie. Jego założycielami byli: dr Tytus Chałubiński, ks. Józef Stolarczyk, Eugeniusz Janota, Ludwik Eichborn, Walery Eliasz Radzikowski… Wkrótce powstały pierwsze oddziały terenowe: w Kołomyi (1877), następnie w Nowym Sączu, Żywcu. Dopiero jednak po pogromie bolszewizmu w 1920 r., wraz ze zmianą nazwy na Polskie Towarzystwo Tatrzańskie (PTT), objęło ono swoim zasięgiem całe terytorium Polski szerząc swoje idee za pośrednictwem periodyków: „Wierchy”, także „Taternik”. W byłym zaborze rosyjskim powstało w 1906 r. w Warszawie Polskie Towarzystwo Krajoznawcze (PTK), nazywane nieoficjalnie Ministerium Polskości. Zamierzało ono objąć działaniem całą Polskę czego wyrazem była odznaka organizacyjna z herbami Warszawy, Krakowa i Poznania wokół ruin zamku w Ogrodzieńcu. Inicjatorami powołania PTK byli: Aleksander Janowski, Kazimierz Kulwieć, Zygmunt Gloger, Mikołaj Wisznicki inni. Pierwszym prezesem został Zygmunt Gloger. PTK za cel postawiło sobie: […] zbieranie wiadomości krajoznawczych i szerzenie ich wśród ogółu, gromadzenie zbiorów naukowych dotyczących ziem polskich, organizowanie wycieczek po kraju, tworzenie oddziałów prowincjonalnych, urządzanie wystaw krajoznawczych, roztaczanie opieki nad pamiątkami historycznymi i osobliwościami przyrody.

w felietonie tygodniowym zamieszczonym w „Kurierze Warszawskim” 1880, nr 41 (Przedruk Kroniki oprac. Z. Szweykowski, t. 4, Warszawa 1955, s. 259). 5  Filip Sulimierski (1843–1885) wywodził się ze szlachty sieradzkiej herbu Starykoń. Jego ojciec był właścicielem niewielkiego majątku Brzeski k. Sędziejowic nad Grabią. Sulimierscy włączyli się w ruch spiskowy płk. Józefa Zaliwskiego w 1833 r. Moskale w janowickim lesie pod Szadkiem rozbili partię Faustyna Sulimierskiego – patrz hasło: Sulimierski Filip, [w:] Leksykon miasta Sieradza, Sieradz 2006.


82

Andrzej Ruszkowski

Działalność PTK poprzez tzw. członków korespondentów pozwalała na łączność z pozostałymi obszarami przedrozbiorowej Polski. Organem Towarzystwa od 1910 r. był ceniony periodyk „Ziemia” – pierwowzór późniejszych czasopism krajoznawczych6. III.

Rozprzestrzeniająca się idea krajoznawstwa pobudziła do aktywności także mieszkańców mojej rodzinnej ziemi: Ziemi Sieradzkiej, a także Ziemi Wieluńskiej wchodzących w skład przedrozbiorowego województwa sieradzkiego. W Wieluniu7 powołano PTK w 1908 r., w pobliskiej Warcie w 1915 r. Sieradzcy krajoznawcy włączyli się do pracy w latach 1907–1913 w oddziale warszawskim jako korespondenci albo członkowie rzeczywiści. Byli to: Stanisław Graeve z Biskupic, Józef Kobierzycki z Bogumiłowa (1858–1923), Ignacja Piątkowska (1866–1941) ze Smardzewa, dr Jan Brudnicki z Sieradza, Feliks Radoński z Kobierzycka (1859–1926), Antoni i Feliks Siemiątkowscy z Wojsławic, Kazimierz Walewski z Tubądzina (1867–1940). Stanisław Graeve (1868–1912) został wkrótce pierwszym prezesem Oddziału Kaliskiego PTK. Zebrał on i przekazał do muzeum w Kaliszu wiele eksponatów związanych z kulturą ludową okolic Sieradza, takich jak: wiejskie stroje, ceramikę, wycinanki, kilimy, próbki płótna, różne rekwizyty obrzędowe… Ponadto zorganizował i sfinansował namalowanie cyklu obrazów przedstawiających charakterystyczne typy włościan i włościanek z okolic Sieradza. Wydał także serię pocztówek krajoznawczych i inspirował w Sieradzu działalność odczytową, a w ramach finansowanej przez siebie „Biblioteki Krajoznawczej” utrwalał i popularyzował dzieje Ziemi Sieradzkiej. W dwa lata po jego tragicznej śmierci, w dniu 22 XI 1912 r. Maria Dąbrowska napisała o nim: „cicha, łagodna twarz hojnego pracownika, który trudził się dla uwiecznienia umiłowanej ziemi sieradzkiej…”8. W tygodniku „Ziemia Sieradzka”9 czytamy, iż 13 VII 1919 r. przybyła do Sieradza grupa członków PTK z Łodzi, podejmowana przez Ignację Piątkowską i Czesława Bagieńskiego10 – dyr. Progimnazjum Filologicznego. Zachęcali oni sieradzan do założenia oddziału. Brak jednak informacji o pozytywnym efekcie tego zebrania. Bywał w Sieradzu Aleksander Janowski, o czym świadczą jego zdjęcia, zamieszczone w art. Sieradz w nr 21 „Ziemi”

 „Ziemia” – rocznik poświęcony tematyce krajoznawczej wydawany w Warszawie (w l. 1910–1947, 1949–1950, 1965–obecnie) oraz w Krakowie (1947–1949, 1956–1958) jako organ PTK, od 1926 roku, a od roku 1950 PTTK. 7  Patrz: T. Olejnik, 75 lat krajoznawstwa na ziemi wieluńskiej, (broszura) Wieluń 1983. 8  M. Dąbrowska, Muzeum w Kaliszu, „Prawda” 1914, nr 25, s. 12. 9  „Ziemia Sieradzka” 1919, nr 30, s. 5. 10  Patrz: hasło: Bagieński Czesław Marian, [w:] Leksykon miasta Sieradza… 6


Moja droga do regionalizmu… czy krajoznawstwa?

83

z 1913 r. Pośrednim dowodem powołania w Sieradzu Oddziału PTK jest też wiersz Ignacji Piątkowskiej zamieszczony w nr. 25 „Ziemi Sieradzkiej” z 22 VI 1924 r.: Niech pokażą Sieradzanie, Tworząc nowy posterunek, Kraju silne ukochanie, Szczytnych dążeń swych kierunek.

W tym samym numerze „Ziemi Sieradzkiej” został opublikowany wywiad z Aleksandrem Janowskim zatytułowany „Krajoznawstwo w Polsce”. W dniu 26 I 1931 r. w sali teatralnej odbyło się walne zebranie sieradzkiego Oddziału Towarzystwa Krajoznawczego11. Obrady zagaił Władysław Bartosz, zastępca inspektora szkolnego. Wybrano zarząd w składzie: W. Piechocki, inspektor szkolny w Sieradzu, Młynarski z Warty, Rudolf Weinert ze Złoczewa i Ignacy Bogdański z Sieradza. Zarząd miał siedzibę w szkole im. Wł. Reymonta12 gdzie pracował sekretarz Oddziału Ignacy Bogdański. Wielkim osiągnięciem sieradzkiego Oddziału PTK było utworzenie w 1937  r. Muzeum Ziemi Sieradzkiej13. Do jego założenia przyczynili się głównie starosta sieradzki Kazimierz Łazarski i nauczyciel Rudolf Weinert14. Ks.  W.  Pogorzelski przekazał do muzeum ok.  1000 eksponatów –  głównie monet, medali i zbiory archeologiczne. Starosta Łazarski obdarował dział paleontologii, Rudolf Weinert spowodował napływ darów z najbliższej okolicy. Hojnym ofiarodawcą był Kazimierz Walewski z Tubądzina15. Większość eksponatów, mimo wojny, ocalała, a to dlatego, iż Weinert, Austriak, przyjął volkslistę i otoczył je opieką. Po wojnie odtworzono muzeum, a rozbudzone wcześniej zainteresowanie historią regionu i jego tradycjami ułatwiło odrodzenie zainteresowania przeszłością Ziemi Sieradzkiej. IV.

Po II wojnie światowej w niektórych rejonach kraju, odtworzono PTT i PTK. Jednak w roku 1950, pod przymusem, spowodowano zjednoczenie tych organizacji po to, aby ułatwić rządzącej partii nadzór nad nimi. W ten sposób, na fali stalinowskiej centralizacji, powstało Polskie Towarzystwo

 Patrz: „Echo Sieradzkie” 1931, nr 34.  W nr. 10/11, s. 2 i nr. 14/16, s. 3 „Ziemi Sieradzkiej” z 1931 roku ogłoszono Odezwę Zarządu Oddziału PTK apelującą o wstępowanie w szeregi Towarzystwa. 13  Początki muzealnictwa sieradzkiego sięgają 2. poł. XIX w. bowiem w 1883 r. z inicjatywy lekarza J. Stanisławskiego urządzono tzw. wystawę starożytności o czym traktuje hasło w Leksykonie miasta Sieradza…, s. 425. 14  Patrz: Weinert Rudolf Leon Herman (1886–1945), [w:] Leksykon miasta Sieradza… 15  Patrz: Walewski Kazimierz (1867–1942), [w:] tamże. 11

12


84

Andrzej Ruszkowski

Turystyczno Krajoznawcze (PTTK), którego działania zostały zdominowane przez turystykę kwalifikowaną, a uprawianie krajoznawstwa zeszło na plan dalszy. PTTK przejęło majątek swych poprzedników (w tym schroniska), ale, na szczęście, także chwalebną tradycję tak PTT jaki i PTK. Oddział PTTK w Warcie powstał z inicjatywy Edmunda Chmaya w 1953 r.16 Oddział PTTK w Łasku istnieje od 1954 r. i pracuje dalej w oparciu o Klub Garnizonowy 32 Bazy Lotniczej. W Zduńskiej Woli pierwsze koło powstało w Fabryce Krosien Bawełnianych w 1954, a Oddział w 1956  r. przy Zduńskowolskim Przedsiębiorstwie Przemysłu Terenowego17. Próbę powołania Oddziału PTTK w Sieradzu podjęto w 1955 r. W 1957 r. utworzono koło PTTK przy ZPDz. „Sira”, przekształcone w oddział w 1960  r., który do 1966 pełnił funkcję oddziału miejskiego i funkcjonował do 1982 r. Wspierany zakładowym funduszem socjalnym, rozwinął aktywną działalność w zakresie turystyki wyczynowej: kajakowej, pieszej, żeglarskiej. Działali w nim: Stanisław Kaczuba, Jerzy Kasperczak, Jerzy Pyrkosz, Jerzy Rogalski, Jadwiga Wojnarowska i wielu innych. Oddział Miejski PTTK w Sieradzu powstał w 1967  r. i działa nadal. W Wieluniu pierwsze koło PTTK powstało w 1957 r., a oddział w 1963 r. W okresie istnienia II województwa sieradzkiego (1 VI 1975 – 1 I 1999) istniał w Sieradzu Zarząd Wojewódzki PTTK18 inicjujący i koordynujący działalność krajoznawczą. Istniały komisje problemowe (Opieki nad Zabytkami, Krajoznawcza, Ochrony Przyrody, Zakładów Pracy). Utworzono w Warcie Muzeum Miasta i Rzeki, Pracownię Krajoznawczą przy ZW, wydawano cykle: Biografii Sieradzkich, zestawy opracowań pt. Zabytki woj. sieradzkiego, organizowano sesje krajoznawcze, turnieje i konkursy krasomówcze. W 1981 r. odbył się Centralny Zlot Aktywu Krajoznawczego z całej Polski, w 1984  r. Ogólnopolski Zjazd Społecznych Opiekunów Zabytków, a w 1988 r. Ogólnopolski Zlot Przodowników Turystyki Pieszej. V. A jak realizuje się idee krajoznawstwa współcześnie?

Określone są one w statucie PTTK: Art. 8 aktualnego statutu PTTK zobowiązuje jednostki statutowe (Oddziały, kluby, koła) do realizacji określonych statutem celów i zadań takich jak: budzenia i pogłębiania umiłowania

 D. Iwaszkiewicz, Historia O/PTTK w Warcie od powstania do współczesności, „Na Sieradzkich Szlakach” 1998, nr 3, s. 62–63. 17  K. Okoń, 45-lecie O/PTTK w Zduńskiej Woli, „Na Sieradzkich Szlakach” 1999, nr 1, s. 65. Por. „Na Sieradzkich Szlakach” 2001, nr 3–4, s. 64. 18  Zarządem Wojewódzkim PTTK kierowali prezesi: Jerzy Kozłowski (1975–77), Ryszard Spindler (1977–81), Ryszard Wagrowski (1981–85), Andrzej Ruszkowski – do końca istnienia. W Zarządzie pracowali m. in.: Alicja Błaszczyk, Wiesława Berlińska, Marek Pilc i Janusz Marszałkowski. 16


Moja droga do regionalizmu… czy krajoznawstwa?

85

Polski i jej regionów, kształtowania postaw patriotycznych, upowszechniania wiedzy o przeszłości, współczesności i perspektywach rozwoju kraju, krzewienia zamiłowań krajoznawczych i umiejętności turystycznych. Warunkiem każdej udanej pracy społecznej jest istnienie kadry realizującej, ku pożytkowi innych, lecz i dla własnej satysfakcji, wyznaczone cele. W PTTK, nawet w okresie stosowania w PRL w polityce kadrowej tzw. nomenklatury, w zasadzie w sposób demokratyczny wyłaniano władze kół, klubów, oddziałów, zarządów co było możliwe dlatego, iż pełnienie tych funkcji nie wiązało się z jakimikolwiek materialnymi korzyściami. Posłużę się tu przykładem sposobu funkcjonowania zakładowego Klubu Turystyki Pieszej „Słoneczni” przy Zakładach Przemysłu Dziewiarskiego „Wola” w Zduńskiej Woli, którego byłem członkiem przez wiele lat oraz macierzystego Oddziału PTTK w Sieradzu. Klub Turystyki Pieszej „Słoneczni”, powstał w 1975 r. i istnieje nadal mimo sprywatyzowania przedsiębiorstwa! Jego historię, sposób funkcjonowania i rolę, jaką odgrywał w społeczności dużego zakładu pracy opisał Waldemar Bogdanowicz19. Zainteresowanych odsyłam do tego artykułu dostępnego w bibliotece cyfrowej20. Wyprawy turystyczne poprzedzane były wieczorami krajoznawczymi. Członkowie Klubu odkrywali walory ojczystego kraju i uczestniczyli aktywnie w wielu wydarzeniach. W czasie wypraw podejmowano się zadań takich jak jak wymiana brzozowych ogrodzeń grobów partyzantów oddziału „Ponurego” – płk. Jana Piwnika na Wykusie w Górach Świętokrzyskich, odtwarzania grobów powstańczych z 1863  r. (np. w Wojkowie k. Błaszek), coroczne dobrowolne akcje sadzenia lasu itp. Gdy przyszedł na to czas członkowie Klubu w okresie tzw. „Karnawału Solidarności” włączyli się aktywnie w realizację idei SOLIDARNOŚCI, a w stanie wojennym opiekowali się rodzinami internowanych. Oddział PTTK w Sieradzu aktywnie uczestniczy w życiu społecznym miasta. Organizuje cyklicznie trzy rajdy o nazwach: Rajd walk nad Wartą w 1939  r. (od 1972  r.), Rajd Łuki Bakowicza – Powstańca z 1863  r. (w tym roku po raz 41) i Rajd Tropami Przyrody. Rajdy te są przepojone treściami patriotycznymi i poznawczymi, stanowią atrakcyjną ofertę nie tylko dla młodzieży. Oddział prowadzi działalność przewodnicką, organizuje wieczory krajoznawcze i wycieczki do atrakcyjnych miejsc w kraju i za granicę. Petetekowcy uczestniczą w ważnych dla Ziemi Sieradzkiej przedsięwzięciach takich jak: kultywowanie pamięci ważnych wydarzeń, pamięci o poległych za Ojczyznę, (aktualnie: upamiętnianie miejsc zestrzeleń polskich samolotów w rejonie Sieradza w 1939  r.), odbudowie zabytkowych kapliczek (aktualnie: w miejscu śmierci żołnierzy napoleońskich w Dąbrówce  „Na Sieradzkich Szlakach” 2011, nr 2, str. 56–61, 24 foto.  http:// cyfrowa.pbp.sieradz.pl/dlibra/publication?id=21&tab=3 (odczyt 29.01.2018).

19 20


86

Andrzej Ruszkowski

Sieradzkiej w czasie odwrotu w 1812 r.), fundowanie tablic ku czci i pamięci zasłużonych sieradzan (aktualnie: ku pamięci słynnego archiwisty Antoniego Paparony Pstrokońskiego), popularyzacji historii Ziemi Sieradzkiej. Oddział PTTK wydaje kwartalnik „Na Sieradzkich Szlakach”, który w ubiegłym roku obchodził XXX-lecie istnienia co upamiętnił antologią artykułów w postaci książki pt. Stad nasz ród (400 stron formatu A-2, mapki, szkice, liczne zdjęcia). W kwartalniku podejmowane są tematy regionalne, a kontynuowanie wydawania kolejnych numerów pisma jest możliwe ponieważ autorzy przygotowują materiały bezpłatnie. Prof. dr hab. Grzegorz Markiewicz z Katedry Historii Polski XIX w. Uniwersytetu Łódzkiego, który recenzował książkę wydaną na XXX-lecie kwartalnika, tak napisał o perypetiach uzyskania zezwolenia na jego wydawanie w połowie lat 60. ub. wieku: Choć sam termin »społeczeństwo obywatelskie« nie funkcjonował wówczas w społecznym obiegu, nie posługiwała się nim wówczas opozycja antykomunistyczna, nie używano go również w czasach pierwszej Solidarności, lansującej wówczas koncepcję »samorządnej Rzeczypospolitej«, to jednak duch owej idei towarzyszył sieradzkiej inicjatywie21. Należy podkreślić, iż powodzenie tego typu działań wymaga nie tylko jednostek aktywnych społecznie, świadomych potrzeb wspólnoty lokalnej, gotowych działać na jej rzecz, potrafiących się w tym celu samoorganizować, ale uzależnione jest również, wbrew pozorom, od stanowiska władz państwowych. Nie chodzi o to, choć jest pożądanym, aby państwo dawało impuls do działań społecznych, aby wspierało czynnie rozmaite inicjatywy. Chodzi o to, aby nie przeszkadzało, nie stwarzało trudności – jednym słowem, żeby było państwem prawa22.

Twórca kwartalnika i jego redaktor naczelny tak określił uwarunkowania jego wydawania: Nie byłoby tego kwartalnika, gdyby nie potrzeba poznawania i bezinteresownego przekazywania wiedzy nabytej przez autorów. Ta potrzeba to pochodna szacunku dla tych, którzy przekazali współczesnym wartości, dzięki którym przetrwaliśmy jako naród na przekór licznym przeciwnościom i zaborczym sąsiadom.

21  Na temat funkcjonowania „społeczeństwa obywatelskiego” patrz: P. Załęski, Czy „Solidarność” była społeczeństwem obywatelskim? Jak został zapomniany republikański projekt samorządowej Rzeczypospolitej, „Kultura i Społeczeństwo” 2010, nr  4; tegoż, Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie, Toruń 2012. 22  G. Markiewicz, Stąd nasz ród – 30 lat NSS, Sieradz 2015, s. 21.


Moja droga do regionalizmu… czy krajoznawstwa?

87

VI. Przedmiot zainteresowań krajoznawczych Piszący te słowa, jako się rzekło, swą działalność krajoznawczą koncentruje na rodzinnej Ziemi Sieradzkiej istniejącej od zarania Polski (albo jeszcze wcześniej)23, która mimo wojen, zaborów i wszelkich innych nieszczęść stanowi spójną całość zespoloną wydarzeniami z przeszłości, religią katolicką, wyznawanymi wartościami, wspólnymi celami, zwyczajami i doświadczeniami. Pojęcie „ziemia” to termin historyczny, a w mediach używany jest błędnie, (np. od lat przepowiadacze pogody w TV informują o stanie pogody na ziemi łódzkiej). Według Zygmunta Glogera24 pojęciem ziemia określano siedlisko plemienne, konkretny obszar broniony przeszkodami naturalnymi w postaci rzek, bagien, pustkowi, kompleksów borów trudnych do przebycia. Ten termin (łac. terrae) pojawił się w nomenklaturze polskich jednostek terytorialnych w XII–XIII w. stanowiąc ważne ogniwo polskiego organizmu państwowego i zyskał na znaczeniu w okresie rozbicia dzielnicowego, w następstwie wdrażania testamentu Bolesława Krzywoustego z 1138  r., a potem w procesie jednoczenia państwa po tym rozbiciu. W tym czasie Ziemia Sieradzka wchodziła w skład dzielnicy senioralnej. W roku 1262 z Łęczyckiego wydzielono Księstwo Sieradzkie włączając do niego kasztelanie: rozpierską, sieradzką, spicymierską, oraz część wolborskiej. Jego władcą (w l. 1262–1288) był Leszek Czarny, a po jego śmierci Sieradzkiem włada (do 1320 r.) jego przyrodni brat Władysław Łokietek, a Księstwo Sieradzkie, wraz z Kujawami brzeskimi i Księstwem Łęczyckim, staje się bazą wyjściową do zjednoczenia Polski. Początkowo terminy księstwo i ziemia używane były wymiennie. S. Zajączkowski25 przytacza przykład przywilejów Łokietka z lat 1296 i 1308 dla klasztoru w Sulejowie, gdzie są wymienione wsie „in ducatu Syradie” (w Księstwie Sieradzkim). W innych dokumentach, tak książęcych jak i biskupich, z lat 1296, 1298, 1299, 1314 i 1331 występuje określenie terra, które staje się wkrótce częścią składową tytulatury Łokietka. Kancelaria Łokietka, używała następującej preambuły: „Rex Poloniae, nec non terrarum Cracoviae, Sandomiriae, Lanctciae, Cujaviae, Siradiaeque dux”. W zjednoczonym Królestwie stopniowo zanikała nazwa „księstwo”, a stosowany był termin „ziemia” (łac. terra). 23  Patrz: J. Jordan, Skąd się wzięła Ziemia Sieradzka, „Na Sieradzkich Szlakach” 1990, nr 3, s. 2–7. 24  Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, t. IV, Warszawa 1972, hasło „Ziemia”. 25  S.  Zajączkowski, Studia nad terytorialnym formowaniem Ziemi Łęczyckiej i Sieradzkiej, Łódź 1951.


88

Andrzej Ruszkowski

Od XIV w. dawne księstwa dzielnicowe nazwano województwami, natomiast mniejsze jednostki terytorialne, nie posiadające urzędu wojewody, w dalszym ciągu ziemiami, np. dotyczyło to ziemi wieluńskiej. Pamiątką po tym, że dawniej Polska dzieliła się na ziemie (Gloger), jest pojęcie ziemiaństwa czyli dawnego stanu rycerskiego oraz licznych urzędów ziemskich sprawowanych w czasach I Rzeczpospolitej26. Tak rozumiana historyczna Ziemia Sieradzka stanowi przedmiot zainteresowań sieradzkich krajoznawców, czy jak kto woli regionalistów, na tym obszarze koncentruje się kwartalnik krajoznawczy „Na Sieradzkich Szlakach”. VII. Własna droga do krajoznawstwa? Regionalizmu?

Stawanie się regionalistą (krajoznawcą) to długi proces: to kształtowanie poglądów i postawy obywatelskiej pod wpływem wychowania w rodzinie, oddziaływania środowiska szkolnego i towarzyskiego, aktywności społecznej, to często następstwo spotkania na swej drodze człowieka z charakterem, który potrafił zaimponować energią, wyznawanymi wartościami i zainteresowaniami, to także dziedziczenie po przodkach cech charakteru… Regionalista utożsamia się z osiągnięciami i kłopotami swojej Ojczyzny, zna losy i dorobek ludzi – „drogowskazów”, którzy mogą być wzorami dla innych. Krajoznawca (regionalista) to obywatel, który docenia wymowę i znaczenie pozostawionej spuścizny po przodkach, wie i rozumie dlaczego, jak nigdzie, na Dzień Zaduszny cmentarze polskie toną w kwiatach i łunach świateł… Decydujący wpływ na ukształtowanie regionalisty wywiera dom rodzinny bowiem patriotyczne wychowanie zaczyna się od przysłowiowej kołyski… Gdy piszę te słowa (a jestem starym dziadem) brzmią mi w uszach pieśni mojej Matki, która małemu dziecku śpiewała, na równi z kołysankami, popularne patriotyczne pieśni (Za Niemen hen precz…, Dalej bracia do bułata, Hej, hej ułani…, Tam na błoniu błyszczy kwiecie…, Bywaj dziewczę zdrowa…, Jeszcze jeden mazur dzisiaj…, Hej strzelcy wraz nad nami Orzeł Biały…, Naprzód, drużyno strzelecka… itp.). Przekazywała także swym dzieciom do końca swego życia uwielbienie dla marszałka Józefa Piłsudskiego i dzieła Jego życia. Bywa, że w młodego człowieka tchnie patriotycznego ducha poprzez zainteresowanie własnym regionem środowisko rówieśnicze. Np. w Szadku przed I wojną światową ukształtowała się grupa młodych ludzi, którzy wiele razy odtwarzali krzyż na grobie powstańców z 1863 roku systema Patrz hasło: Ziemstwo, [w.] Z. Gloger, dz. cyt.

26


Moja droga do regionalizmu… czy krajoznawstwa?

89

tycznie i wielokrotnie niszczony przez rosyjskich żandarmów. Powstał z nich, gdy zrodziła się taka potrzeba i możliwość, wartościowy oddział Polskiej Organizacji Wojskowej… Na ukształtowanie moich przekonań miał zasadniczy wpływ starszy kolega w Liceum, nieżyjący już Józek Skrzypiński, syn biednego stolarza z Krakowskiego Przedmieścia w Sieradzu, który namówił mnie do wstąpienia do nielegalnej organizacji pod nazwą „Orzeł Biały” stawiającej sobie za cel przygotowywanie do służenia Ojczyźnie gdy w nieprzewidywalnej wówczas przyszłości, zaistnieje taka możliwość… Moja postawa obywatelska ostatecznie kształtowała się podczas studiów na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu gdzie cały wolny czas poświęcałem harcerstwu, któremu tam (lata 1957–1962) przewodzili instruktorzy ukształtowani przed wojną w Wilnie w słynnej Czarnej Trzynastce druha Józefa Grzesiaka ps. „Czarny”27 uwolnionego z łagrów w 1956 roku… Pod wpływem tego środowiska28 „wpadłem w nałóg” użytecznej pracy społecznej. Zaawansowany krajoznawca – regionalista to z reguły także badacz i dokumentalista wydarzeń w regionie, co często przeradza się w pasję. Zmiany polityczne zaistniałe w Polsce po 1989 r. wpłynęły korzystnie na rozwój krajoznawstwa. Liberalne przepisy o stowarzyszeniach, zgromadzeniach, brak cenzury, wolna prasa to czynniki sprzyjające zaangażowaniu w pracę społeczną na rzecz własnego środowiska. Młodzież, wg swego wyboru, bez nacisków politycznych, działa w bractwach rycerskich, klubach kolekcjonerów, nieformalnych grupach zainteresowań. Np. w Strońsku nad Wartą w dniu 3 września 2017 r. już po raz jedenasty odbyła się inscenizacja fragmentu wydarzeń wojennych z bitwy nad Wartą z 4–6 IX 1939  r., w której walczyły Pułki Kaniowskie 10  Dywizji Piechoty Armii „Łódź”. W obecności tysięcy widzów, którzy śledzą niczym w amfiteatrze wydarzenia wojenne, dziesiątki uczestników odtwarza zmagania naszych żołnierzy z odwiecznym wrogiem. Zaistniała też potrzeba odtwarzania mundurów, oporządzenia żołnierskiego, często także konnego, pojazdów bojowych, białej broni… Te regionalne uroczystości wspomagane są przez samorządy i jednostki wojskowe, które jak np. 15 Sieradzka Brygada Wspomagania Dowodzenia organizuje przy tej okazji pokazy sprzętu wojskowego. Młodzież sieradzka bierze także udział w dorocznych inscenizacjach Bitwy pod Grunwaldem (w zbrojach, z bronią, chorągwiami) i obnosi się z dumą wobec faktu, iż pod Grunwaldem król Władysław Jagiełło wyróżnił województwo sieradzkie przywilejem używania czerwonego laku do pie Patrz: A. Kamiński, A. Wasilewski, Józef Grzesiak „Czarny”, Lublin 1980.  Życie wolne i radosne… Instruktorska Drużyna Akademicka im. Leszka Domańskiego – Zeusa na UMK w Toruniu 1957–1962 i jej późniejsze dzieje, red. T. Nemere, współpr. B. Karamać, J. Ruszkowska, Warszawa 2011. 27

28


90

Andrzej Ruszkowski

częci za bohaterstwo rycerzy wykazane w tej bitwie! Zrodziło się więc zainteresowanie przeszłością własnego państwa, pielęgnowane są postawy patriotyczne, których istnienie współcześnie jest niezbędne do kontynuowania narodowego trwania. Regionaliści poczuli się pewniej w demokratycznym państwie ponieważ realizują własne pomysły na życie i zagospodarowanie wolnego czasu co sprzyja autentycznemu zaangażowaniu społecznemu i sprawia, że rodzi się niezwykle cenna więź młodych Polaków z wydarzeniami z przeszłości.


Jarosław Cielebon

Gminny Ośrodek Kultury w Ujeździe

REGIONALIZM, CZYLI DOJRZEWANIE DO PRZESZŁOŚCI Co „minęło”? – Myśl głupia, prostacza; wszak mijanie a nicość – to samo oznacza! Na cóż tworzenie wieczne, na cóż uganianie, jeśli stworzone pada w nicości otchłanie?! „Przeminęło!” – doprawdy powiedzieć trza śmiało: co minęło – właściwie nigdy nie istniało, jeno tą złudą bytu kręciło się w kole! Już ja wieczystą pustkę w zamian tego wolę.

C

J.W. Goethe, Faust

zym jest regionalizm? Dla mnie to aktywny element tożsamości. Jeżeli chcę zrozumieć, kim jestem i dlaczego jestem taki, jaki jestem, jeżeli chcę rozumieć dlaczego miejsce, w którym mieszkam jest takie, jakie jest a inne są odmienne, to sam siebie nazywam regionalistą. To pojęcie bardzo subiektywne i indywidualne, jak ślady linii papilarnych. Przytoczone pytania są fundamentalne jeżeli chodzi o budowanie świadomości każdego kręgu kulturowego od zamierzchłej przeszłości do dnia dzisiejszego. Różny bywa jedynie zakres terytorialny i on w głównej mierze decyduje o zakwalifikowaniu czegoś do kategorii „mojego regionu”. Każdy może budować swoją definicję regionalizmu i ta definicja w jednym przypadku obejmie wieś, miasto, w innym powiat, czy jeszcze szerszy obszar. Im jest on węższy, tym więzi emocjonalne są większe. Dlaczego? Bo im bliżej gniazda, tym wyraźniej widzimy najbliższą osobę, czyli siebie. Regionalista z prawdziwego zdarzenia jest osobą aktywną. Działa. Jeżeli nie od momentu, kiedy zainteresuje się lokalnym tematem, to po pewnym czasie będzie szukał odpowiedzi w sposób aktywny. Tworzona w ten sposób grupa regionalistów, to dobry sposób na sukces, ponieważ łączy ich wspólny cel. Osoba, która ją tworzy jest wtedy autorytetem dla pozostałych.


92

Jarosław Cielebon

Moja przygoda z regionalizmem zaczęła się we wczesnym dzieciństwie, ot tak. Nikt mnie tym nie zarażał. Czterdzieści lat temu nie było czegoś takiego jak „regionalizm”. Jedyna ważna historia to była ta wielka, ogólnopolska. To, co było związane z „regionem” pachniało „głównemu nurtowi” zaściankiem. Traktowane było jako coś nieważnego. Tylko wielkie bitwy, tylko królowie, wodzowie, wielcy politycy. Wszechobecna centralizacja. Z perspektywy czasu widzę siebie jako odmieńca, który odkrywając tajemnicze przedmioty, zaglądając w tajemnicze miejsca, zadawał sobie pytanie, skąd się to wzięło, kto tego używał, kto tu przychodził? Pobudzało to moją wyobraźnię i wywoływało wielkie emocje. Z czasem okazało się, że potrafię się tym dzielić z innymi. Oczywiście interesowałem się „wielką historią”. Była ona dla mnie punktem odniesienia, który jednocześnie nobilitował artefakty, czy wydarzenia, które udało mi się rozpoznać w najbliższym otoczeniu. Odkrywając niewielką kosę z dwugłowym, pięknie zachowanym, austro-węgierskim orłem, oczami wyobraźni widziałem wojska przetaczające się w czasie I wojny światowej przez moją wieś –  Wąwał pod Tomaszowem Mazowieckim. W najbliższej okolicy stoi wielki niemiecki schron kolejowy w Jeleniu. Pozostałości po jego wojennych „użytkownikach” zalegały praktycznie w każdym gospodarstwie. Ich odkrywanie, gromadzenie, chowanie przed zniszczeniem (często bez powodzenia) było szkołą szacunku do lokalnej przeszłości i uświadomiło mi, że ta historia powinna być bezwzględnie wpisana na „listę gatunków zagrożonych”. Stoi to w opozycji do zacytowanych przeze mnie na wstępie słów wypowiedzianych w końcowych scenach Fausta przez Mefistofelesa, a które można streścić w słowach: „istnieje tylko tu i teraz a to, co minęło należy definitywnie wyrzucić z pamięci”. Szukanie i znajdywanie odpowiedzi stopniowo poszerzało moją wiedzę i skierowało mnie na studia historyczne. Tam poznałem podstawy warsztatu naukowego historyka. Później przyszła praca w szkole, gdzie także dosyć konsekwentnie wprowadzałem tematykę „historii regionu”. Ten etap był równie ważny, ponieważ regionalista, jak już wspomniałem, musi być osobą aktywną, udostępniającą uzyskaną wiedzę i potrafiący zarazić innych swoją pasją. Obecnie w Gminnym Ośrodku Kultury w Ujeździe od 2014 r. nieprzerwanie prowadzę koło historyczne, zajmujące się dziejami obszaru dzisiejszej gminy Ujazd w powiecie Tomaszów Mazowiecki. Uczestnicy to najczęściej dawni pracownicy Zakładu Sprzętów Precyzyjnych NIEWIADÓW (obecnie w likwidacji). Niejednokrotnie to osoby o bardzo szerokich horyzontach i rozległych zainteresowaniach. Osiedle Niewiadów w którym mieszkają, to niezwykle ciekawy przykład osiedla robotniczego, niczym osiedla fabryczne z XIX wieku.


Regionalizm, czyli dojrzewanie do przeszłości

93

Osiedle Niewiadów w roku 2018 świętuje okrągłą, osiemdziesiątą rocznicę swojego powstania. Jego początki są nierozerwalnie związane z funkcjonowaniem od 1922 r. na gruntach majątku Niewiadów fabryki NITRAT. Zakład produkujący materiały wybuchowe i nawozy sztuczne powstał po odzyskaniu niepodległości i był w założeniach jednym z ważniejszych elementów systemu bezpieczeństwa narodowego. Po II wojnie światowej wznowił swoją działalność i stał się jednym z najbardziej dochodowych zakładów w Polsce. Jeszcze w 1938  r. powstał niedaleko zakładu blok, w którym mieszkało kierownictwo NITRATU oraz kadra kierownicza różnych szczebli. Po wojnie w kilku etapach wybudowano całe osiedle zakładowe, w którym zamieszkało ok. 2 tys. pracowników z rodzinami. Rekrutowali się oni z mieszkańców okolicznych wsi i miast, ale również ze specjalistów wysokiej klasy sprowadzanych z całej Polski. Zakład zapewniał mieszkańcom idealne warunki życia. Była tutaj: szkoła zakładowa i szkoła powszechna, żłobek, przedszkole, sklepy, klub sportowy, bardzo aktywny dom kultury a nawet kino panoramiczne z najnowszym repertuarem. Pracownicy na bardzo atrakcyjnych warunkach korzystali pełnymi garściami z wczasów pracowniczych w ośrodkach zakładowych w kraju i za granicą. Zakład pokrywał nawet większą część kosztów eksploatacji wynajmowanych pracownikom mieszkań. Mieszkańcy byli bardzo zżyci. Chętnie spędzali ze sobą czas, a fakt, że łączył ich zakład pracy powodował, iż więzi niejednokrotnie przypominały powiązania rodzinne. Zakład stawał się domem w pełnym tego słowa znaczeniu. W pierwszym dziesięcioleciu XXI w. Zakłady Sprzętu Precyzyjnego NIEWIADÓW (tak brzmiała powojenna nazwa) upadł. Osiedle zostało przekazane gminie Ujazd i stało się osobną miejscowością. Skutkiem tych zmian skończyły się wszelkie dobrodziejstwa związane z opieką ze strony zakładu. Koszty utrzymania wzrosły. Pojawiło się bezrobocie i wcześniejsze emerytury, co nie działało najlepiej na osoby przyzwyczajone do dużej aktywności. Gminy nie było stać na zapewnienie mieszkańcom jakości życia na takim poziomie, jaki był wcześniej. Powoli zaczęły się też rwać wspomniane więzi. Dzisiaj najmocniej utrzymywane są one między tymi, którzy dziesiątki lat pracowali w NIEWIADOWIE i widzieli jak to osiedle powstaje. Mieszkańcy Osiedla stopniowo zgłaszali się do mnie z informacjami, zdjęciami, proponowali tematy do historycznych poszukiwań. Zaczęło się tak naprawdę od dużej sesji historycznej, którą organizowałem w Gminnym Ośrodku Kultury wspólnie z Archiwum Państwowym w Piotrkowie Trybunalskim, jego oddziałem w Tomaszowie i tomaszowskim kołem Polskiego Towarzystwa Historycznego. Temat dotyczył września 1939 r. W Ujeździe i okolicach w dniach 6–7 września toczyły się ciężkie walki między nie-


94

Jarosław Cielebon

miecką 4 Dywizją Pancerną a 43 pułkiem 13 Dywizji Piechoty Armii „Prusy”. Znawcy przedmiotu zgodnie podkreślają kluczowe znaczenie tej „ostatniej zapory przeciwpancernej przed Warszawą”. Dała ona czas na chociaż prowizoryczne przygotowanie obrony stolicy i odparcie pierwszego uderzenia niemieckiego w dniu 8 września. Sam Ujazd (osada, która w latach 1428–1869 posiadała prawa miejskie) spłonął w 60% a centrum praktycznie w całości. Mieszkańcy do dziś właściwie zgodnie wspominają, że był to efekt świadomego i systematycznego podpalania zabudowań przez wkraczających Niemców. Niewielka kwatera wojenna żołnierzy 43  pp na miejscowym cmentarzu jest zadbana. Oprócz grobów stoi tam również pomnik poświęcony poległym żołnierzom. W samym Ujeździe stoi też pomnik Tadeusza Kościuszki (jego pierwsza wersja istniała już w 1917 r.). Przy szkole im. Obrońców Westerplatte wzniesiono pomnik poświęcony bohaterskim obrońcom Westerplatte (wśród których było aż 4 mieszkańców Ujazdu!) oraz nauczycielom, którzy stracili życie w czasie II wojny światowej. Ujazd ma również piękne zabytki w postaci cennego zespołu pałacowo-parkowego, który w przeszłości był własnością znaczących w historii Polski rodów Ostrowskich, Denhoffów czy Duninów. Obok stoi zabytkowy kościół fundacji prymasa Andrzeja Olszowskiego, który urodził się we wsi Olszowa, leżącej w tej samej gminie. To wszystko powoduje, że w gminie Ujazd, obejmującej również Osiedle Niewiadów, historia ma w lokalnej świadomości ważne miejsce. Wspomniana sesja w części składała się z referatów archiwistów i historyków ale jej elementem były też będące w posiadaniu mieszkańców Ujazdu zdjęcia z walk w Ujeździe i fotografie płonącego miasteczka. Archiwum Państwowe udostępniło ze swoich zbiorów serię ciekawych dokumentów z tego czasu. Przed sesją przeprowadziłem w okolicy wiele wywiadów z mieszkańcami, którzy pamiętali początek wojny. To wszystko zrobiło na licznie zgromadzonej publiczności wielkie wrażenie. Po sesji kilka osób regularnie zgłaszało się do mnie ze swoimi historiami, dokumentami, zdjęciami. Korzystając z tego, że od początku 2009 r. pełniłem funkcję redaktora gminnej gazety, na jej łamach poruszałem kolejne historyczne tematy. W latach 2010–2011 realizowałem w GOK projekt pod nazwą „Klub tropicieli przeszłości”. Zgromadziliśmy kilkunastoosobową grupę młodzieży szkolnej (z gimnazjów w Ujeździe i Osiedlu Niewiadów), zapraszaliśmy do siebie starszych mieszkańców, którzy chcieli się dzielić z nami swoimi historiami. Efektem była pierwsza publikacja – Kronika dnia wczorajszego składająca się ze wspomnień mieszkańców podzielonych na kilka kategorii: przedszkole, szkoła, dzień powszedni, gry, zabawy, Wigilia i dom, wojna i zakład (NIEWIADÓW). W trakcie projektu młodzież uczestniczyła również w warsztatach pracy dziennikarskiej i odwiedziła lokalne media (prasa, radio, telewizja). To właśnie ci młodzi ludzie przeprowadzali wywiady, oczywiście wspierani


Regionalizm, czyli dojrzewanie do przeszłości

95

przeze mnie jako koordynatora i osobę, która ze względu na doświadczenie i zasób wiedzy o tematyce lokalnej zwracała od czasu do czasu uwagę na poszczególne aspekty omawianych spraw. Po oficjalnej promocji bogato ilustrowanej publikacji była ona rozprowadzana bezpłatnie i cieszyła się w środowisku lokalnym wielką popularnością. W roku 2014 miała miejsce kolejna sesja historyczna zakończona wydaniem obszernej, „poważnej” publikacji pt. Obrazy Września. Region i społeczeństwo w czasie II  wojny światowej. Zawiera ona rozdziały autorstwa historyków z kilku ośrodków naukowych w Polsce oraz –  wzorem poprzedniej sesji –  wspomnienia mieszkańców Ujazdu związane z dramatycznym początkiem wojny. Wystawa zdjęć była tym razem jeszcze większa od poprzedniej a część z nich, często przejmujących grozą, udało mi się zamieścić we wspomnianej książce. To był moment w którym lokalna grupa pasjonatów historii i osób, które chciały dzielić się swoimi wspomnieniami ukonstytuowała się w do dziś działające koło historyczne. Od bieżącego roku przyjęło ono nazwę nawiązującą do projektu sprzed kilku lat – „Klub tropicieli przeszłości”. Spotkania odbywają się co tydzień, w poniedziałkowe popołudnia. Najczęściej nie narzucamy sobie tematu wiodącego, ponieważ na każde z zajęć ktoś przynosi temat, dokument, zdjęcia, które stanowią okazję do dyskusji. O ich atrakcyjności świadczy fakt, że z miesiąca na miesiąc spotkania trwają dłużej. Robimy notatki, staramy się nagrywać wspomnienia. Czasami zapraszamy interesujących nas świadków historii, czasami wyjeżdżamy „w teren”, żeby zapoznać się z historią lokalną na miejscu. Przyznaję, że nawał innych obowiązków i fakt, że duża część członków koła to osoby starsze, powoduje, że ten, pożądany element naszego „tropienia historii” nie ma tak szerokiego odbioru, jak sami byśmy tego chcieli. Stałą współpracę z nami deklaruje zawsze tomaszowski oddział Archiwum Państwowego w Piotrkowie Trybunalskim i również w tym sezonie zamierzamy skorzystać z jego zasobów i zrobić kilka warsztatów w jego siedzibie. Od bieżącego sezonu zarysowała się szansa na poważną współpracę z Muzeum im. Antoniego hr. Ostrowskiego w Tomaszowie Mazowieckim. Aktualnie wiodącym tematem jest zbieranie informacji, które posłużyć mają do opracowania księgi wspomnień lub albumu na temat gminy Ujazd. Gminny Ośrodek Kultury składa właśnie wniosek o dofinansowanie tych działań, ale bez względu na finał tych zabiegów będziemy się starali, żeby taka publikacja ujrzała światło dzienne w jubileuszowym 2018 r. Chciałem zwrócić uwagę na bardzo ważny element „regionalizmu”. Jestem pasjonatem historii lokalnej, ale nigdy sama historia nie była dla mnie ważniejsza niż ludzie, którzy ją tworzyli, tworzą, ci, którzy o niej opowiadają, czy ci, którzy pragną ją poznawać. Grupa, z którą współpracuję składa się z kilkunastu osób. W zdecydowanej większości są to osoby


96

Jarosław Cielebon

Prace „Klubu tropicieli przeszłości” na temat śladów osadnictwa niemieckiego w rejonie Ujazdu. Sierpień 2017 r. Fot. Jarosław Cielebon

„Klub tropicieli przeszłości” pracuje nad albumem dotyczącym przeszłości gminy Ujazd. Od lewej: na pierwszym planie – Jarosław Cielebon i Henryka Łuczyńska. Dalej od lewej – Aleksandra Wagner, Mirosław Korbel, Krystyna Kowalska, Krystyna Lewicka, Kacper Szczepanowski, Teresa Cegielska. Marzec 2018 r. Fot. Jarosław Cielebon


Regionalizm, czyli dojrzewanie do przeszłości

97

Janina Piwowarska na zaproszenie „Klubu tropicieli przeszłości” opowiada historię wsi Niewiadów sprzed II wojny światowej. Po lewej Aleksandra Wagner. Fot. Jarosław Cielebon

starsze, które mieszkają w Ujeździe i Niewiadowie. Wiek, emerytura i sytuacja rodzinna powodują często, że są zagrożeni wykluczeniem społecznym. Mają bardzo dużo do opowiedzenia i robią to pięknie, z pasją. Ale ich bliscy często nie mają dla nich czasu. Cotygodniowe spotkania są dla nich niezwykle ważne i bardzo przeżywają każdą swoją nieobecność. Z uśmiechem i lekkim niedowierzaniem słucham, jak dzwonią i ze smutkiem w głosie przepraszają, że nie mogą przyjść, ponieważ np. właśnie idą do szpitala. Co chwilę spotykam się z opinią, że „Klub tropicieli przeszłości” poprawia ich zdrowie, chroni przed wieloma chorobami i stanowi jeden z najprzyjemniejszych momentów w całym tygodniu. Dla mnie oczywiście też. Zdając sobie z tego sprawę z entuzjazmem spotykam się z moją grupą, kiedy tylko mogę, również poza sezonem artystycznym domu kultury. Oficjalnie zaczyna się on w październiku, ale dla przykładu, w sezonie 2017/2018 zaczęliśmy już z końcem lipca. Nasze działania skupiły się na poszukiwaniu śladów osadnictwa niemieckiego w dzisiejszej gminie Ujazd i wyznaczeniu tematycznej trasy rowerowej. Działania są bardzo zaawansowane i zakończymy je na wiosnę. Jeżeli miałbym mówić o autorytetach, to widzę je właśnie w tych ludziach, którzy uczęszczają do mnie na zajęcia. To osoby pełne pasji, które potrafiły w swoim bardzo ciekawym życiu znaleźć poza licznymi obowiązkami zawodowymi czas na własne zainteresowania. Byli aktywnymi uczest-


98

Jarosław Cielebon

nikami życia zakładu w Niewiadowie i poświęcali swojemu osiedlu również czas wolny. To nie do końca wyglądało tak, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Oni nie tylko korzystali z dobrodziejstwa mieszkania na osiedlu zakładowym. Oni również wykazywali się inicjatywą, żeby to osiedle żyło swoim życiem, dając z siebie to, co najlepsze. Z własnej inicjatywy i własnymi rękoma budowali place zabaw, miejsca potańcówek, uczestniczyli chętnie i aktywnie we wszelkich pracach. To miejsce traktowali jak swoje. A to jest w regionalizmie najważniejsze. Regionalizm jest w ostatnich latach pojęciem bardzo modnym. Wielkie znaczenie miał w tym przypadku akces Polski do Unii Europejskiej. „Regionalizm” i „małe ojczyzny” to jedne ze sztandarowych haseł tego procesu. Niby jest to bardzo pozytywna okoliczność, ale niesie w sobie pewne zagrożenie… W ciągu kilkunastu ostatnich lat pojawiło się mnóstwo programów unijnych, które hojną ręką rozdawały środki na różnego rodzaju działania promujące „regionalizm”. Wielokrotnie można zaobserwować jednak, jak chęć skorzystania z tych środków bywa ważniejsza niż założone w projektach cele. Niejednokrotnie w pośpiechu wymyśla się lokalne zwyczaje, przepisy. To fałszowanie tradycji robi więcej szkody, niż pożytku. Przypomina to czasami sytuację z nieco już zapomnianego filmu Awans Janusza Zaorskiego, w którym bohater – Marian Grzyb, świeżo upieczony magister niosąc kaganek (a raczej kaganiec) oświaty do swojej zabitej deskami wsi, najpierw przekształca ją w nowoczesne letnisko a później, widząc, że „miastowi” szukają tego, co ludowe, robi z tej samej wsi cepeliowską fasadę, gdzie częstuje się turystów śmietaną „prosto od krowy” laną po kryjomu do dzbanków ze szklanych butelek z niezapomnianym, aluminiowym wieczkiem. Chciałbym podkreślić, że aktywne działanie w sferze regionalnej nauczyło mnie jednego. Owszem, ważne jest widzenie głównego celu podejmowanych działań. W moim przypadku to historia lokalna, czyli czas, który już upłynął, ale pozostawił swoje ślady w dzisiejszej rzeczywistości. Na dzisiejszym etapie swojego rozwoju osobistego nie kładę nacisku na „ożywianie” przeszłości. Traktuję ją raczej jak klucz do zrozumienia teraźniejszości i zajrzenia w przyszłość. Za najważniejsze uważam spotkanie z drugim człowiekiem, poznanie go, wysłuchanie, pochylenie się nad nim z uwagą i cierpliwością. To ludzie tworzą regiony. Wszystko pozostałe, bez człowieka na pierwszym miejscu, jest dwuwymiarowe, bez głębi. Piękna, nawet doskonale umeblowana rezydencja bez ludzi, którzy w niej żyją, jest martwa, bo jej jedynym sensem jest właśnie służenie człowiekowi. Regionalistą może być każdy, kto podejmowanymi działaniami w najróżniejszych sferach życia (nie tylko historii) będzie budował i zachowywał tę lokalną rzeczywistość i tożsamość, która kształtuje regiony jako żywe jednostki charakterystyczne i niepowtarzalne.


Paweł Becker Wąbrzeźno

OJCZYZNA MYŚLI MOJEJ

S

iedzi sobie człowiek spokojnie w swojej pomorskiej miejscowości, aż tu nagle otrzymuje apel od Fundacji WAŻKA z prośbą o dłuższą wypowiedź pisemną o regionalizmie. Ja? Człowiek w wieku zaledwie 28 lat? Skoro jednak ta prośba do mnie trafiła, oznacza to, że jestem w środowisku lokalnym identyfikowany jako regionalista, choć tego słowa nie lubię. Słowo się rzekło, czas przystąpić do pisania. Jak to się w ogóle stało, że jestem dziś regionalistą? Genezy trzeba szukać w czasach szkolnych. Chodziłem do Gimnazjum nr 1 im. Ks. kard. Stefana Wyszyńskiego w Wąbrzeźnie, gdzie historii uczył mnie (także później, w Liceum Ogólnokształcącym im. Zygmunta Działowskiego w Wąbrzeźnie) wspaniały historyk, Aleksander Czarnecki. Do lekcji z historii Polski i historii powszechnej zawsze wplatał wątki z historii lokalnej. Jeśli bursztynowy szlak, to jego przebieg w naszej okolicy. Grunwald – to i udział rycerstwa ziemi chełmińskiej w tej bitwie. Itd. Itp. To on umożliwił mi i innym udział w wielu konkursach historycznych – lokalnych i ogólnopolskich, co nie tylko zwiększało historyczną wiedzę i pasję, ale też i umożliwiało kontakt ze świadkami historii. Miałem szczęście spotykać się z uczestnikami wydarzeń II wojny światowej, naocznymi świadkami, rozmawiać z nimi, przeprowadzać wywiady. W latach licealnych, jako koło Polskiego Towarzystwa Historycznego, wydaliśmy nawet trzy zeszyty Alfabetu miejscowości powiatu wąbrzeskiego. Mimo wyjazdu z Wąbrzeźna na studia do Torunia na Uniwersytet Mikołaja Kopernika, nie zerwałem więzów i nadal działałem w moim mieście rodzinnym. Ogromnym szczęściem, walorem i możliwością są zbiory wąbrzeskiej biblioteki. Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna im. Witalisa Szlachcikowskiego w Wąbrzeźnie posiada zbiór liczący kilkaset pozycji związanych z najbliższymi okolicami. To wspaniała kolekcja książek, opracowań, rękopisów, wierszy, biografii, powieści lokalnych autorów. Gdyby nie te zbiory, kolejne pokolenia błądziłyby po omacku w wąbrzeskich dziejach. Patron


100

Paweł Becker

biblioteki, Witalis Szlachcikowski, autor kilkunastu rzeczowych opracowań zachowanych w maszynopisach, utrwalił historie miasta i gmin, kościołów, rzemiosł, walk II wojny światowej, powstańców styczniowych, legendy, wykopaliska archeologiczne… Na podstawie jego dzieł później i ja sam mogłem badać i opisywać lokalne dzieje. Ważną rolę w propagowaniu regionu mają też media lokalne. Zacząłem współpracę z nimi jako nastolatek –  począwszy od kwietnia 2004 roku, jako piętnastolatek zaledwie, publikowałem krótkie artykuły poświęcone lokalnym postaciom i legendom w parafialnym biuletynie „Witaj” wydawanym przy parafii św. Ap. Szymona i Judy Tadeusza. Ponadto tworzyłem filmiki i filmy poświęcone lokalnym dziejom w Miejskiej Telewizji Kablowej. Dzięki pomocy Krzysztofa Kocimskiego, Kamila Kocimskiego, Gizeli Pijar, ale przede wszystkim głównego współpracownika, kamerzysty i montażysty (choć przede wszystkim przyjaciela) Dawida Wieckiego udało się nam stworzyć serie filmowe Ciekawostki wąbrzeskie, Podróże z historią poświęcone lokalnym postaciom, zabytkom, wydarzeniom. Wielokrotnie byłem zaczepiany na ulicy, że teraz wreszcie ktoś wie, kto jest patronem ulicy, co to za melodia grana z kościelnej wieży (hejnał) czy co oznacza herb miasta. To drobne rzeczy, ale one pozwalały odczuć to, co rzeczywiście w mediach można nazwać „misją”. Udało się nam z Dawidem Wieckim stworzyć filmy poświęcone wszystkim bohaterom powstania styczniowego z powiatu wąbrzeskiego Pamięć oraz m. in. film Gniazdo nasze – wszystko nasze o okolicznych pałacach i dworach. Podróżowanie po okolicy, spotykanie ludzi, możliwość zobaczenia tych miejsc na żywo było bardzo dużym doświadczeniem. Z czasem pojawiły się też moje własne książki poświecone tematom lokalnym Wąbrzeźno i Syke w legendzie o lokalnych legendach; Wąbrzeźno – miasto ojca Bernarda o XVI-wiecznym mnichu benedyktyńskim, kandydacie na świętego; Wąbrzeskie opowieści o Wielkich Polakach o związkach z naszym miastem takich postaci jak Sienkiewicz, Chopin, Żeromski czy Haller; Kuźnia Kultury (wraz z Anną Wiecką) czyli historia Wąbrzeskiego Domu Kultury; oraz Rozalia i Wojciech Grzegorczykowie biografia niezwykłej pary poetów, choć temat odmienny, bo choć książka dotyczy postaci regionalnych, to jednak z zupełnie innej części Polski – z Gór Świętokrzyskich. Jako autor książek wielokrotnie jestem zapraszany na spotkania autorskie z młodzieżą i dorosłymi (Wąbrzeźno, Nowa Wieś Królewska, Wronie, Ryńsk, Zieleń, Myśliwiec, Dębowa Łąka, Wegiersk, Gruta, Radzyń Chełmiński…) i doświadczam wtedy realnego kontaktu z tymi, którzy dopiero wtedy mają niekiedy możliwość spotkania z wiedzą regionalną. Owszem był zamek, ale pewnie krzyżacki (wcale nie, bo biskupi), kościół mamy, w nim jakiś obraz (zabytkowy z XVII wieku, słynący cudami), czy jakieś znane


Ojczyzna myśli mojej

101

postaci? Nie chyba nie (laureat Nagrody Nobla z chemii, dwaj Słudzy Boży, pisarz niemiecki…). I zaczyna się realne niesienie kaganka oświaty. Bo okazuje się, że ludzie są głodni takiej wiedzy, ciekawi. Wielokrotnie dopytują, proszą o szczegóły, o odniesienia do innych książek… Szczęśliwie region wąbrzeski ma bardzo wielu działaczy, pisarzy lokalnych. Pierwszym był, jeszcze w okresie przedwojennym, działacz społeczny, pisarz, poeta i dziennikarz Józef Stańczewski. Okres powojenny to przede wszystkim wspomniany już Witalis Szlachcikowski. Po 2003 roku rozpoczął się prawdziwy region-boom. Henryk Klimek publikuje swoje wojenne wspomnienia Czas utraconego dzieciństwa i rozpoczyna istne tournee po wszystkich lokalnych szkołach by opowiadać młodzieży o okrucieństwie wojny; miasto finansuje wydanie Historii Wąbrzeźna, w ślad za czym swoje monografie mają okoliczne gminy Płużnica, Ryńsk i Książki; Leszek Dembek z Wąbrzeskich Zakładów Graficznych wydaje Wąbrzeźno wczoraj i dziś, w którym porównane zostają stare i nowe zdjęcia miasta; Mirosława Sędzikowska pisze przezabawne powieści fantasy m. in. Eus deus kosmateus; swoje powieści wydaje Bogumiła Trzcińska (Tajemnica matki, Warto żyć); wydane zostają opracowania dotyczące historii OSP, poszczególnych szkół, zbiory wspomnień, dzieje kościoła, drukarni, wojenne wspomnienia Edmunda Stańczewskiego Szeregowiec dwu armii i Jana Sobolewskiego Zawiłe drogi życiowe (w chwili wydania książki autor miał 99 lat!), wydany rozstaje reprint powiastki dla dzieci Gustawy Jareckiej W świat. Dlaczego tak szczegółowo wymieniam tak wielu autorów (i proszę o wybaczenie tych pominiętych!)? Ponieważ chciałbym uzmysłowić Czytelnikowi, jak wielu w naszym regionie ludzi pisze, działa. Każdy z nich może być nazwany regionalnym pisarzem, poetą, regionalistą. I tu dochodzimy do clou –  kim jest regionalista? Wspomniałem na początku, że nie lubię tego słowa. Sam o sobie wolę mówić „historyk”. Po prostu. Choć rzeczywiście dzieje lokalne są moją główną domeną. Regionalistą może być lokalny geograf, biolog, pisarz, ba, nawet działacz czy prowadząca lokalny skansen w Stanisławkach Irena Szymion. Każdy działa na rzecz swojego regionu –  każdy jest regionalistą. Każdy, kto chce zmienić swój lokalny świat na lepsze, jest regionalistą. Jeśli promuje wiedzę o przeszłości, bada ją i opisuje, mówi o tradycjach, uaktywnia społeczność lokalną, nagłaśnia miejscowe szlaki turystyczne, jako ksiądz wznawia i pielęgnuje lokalne kulty świętych, lokalne pielgrzymki –  to jest regionalistą właśnie. Bywają tacy, którzy mają potężną wiedzę, archiwa na strychu pełne dokumentów, zdjęć swojej wsi i miasta, ale strzegą ich jak Cerber. Znam takich. Inni ich nie znają, Oni nie są regionalistami. Regionaliście zależy na swoim regionie, promuje go, działa, nie zamyka regionu w swoim umyśle,


102

Paweł Becker

w swoim pokoju, nie zamyka się wśród kartonów pełnych dokumentów, do których nikt inny nie ma wstępu. To magazynier. Przed regionalistami dziś zadania szczególne. Gdy młodzi czas spędzają przed komputerem i ekranem dotykowym, mijają kamienice i stare chaty w swojej okolicy, nawet na nie nie spoglądając, naszym zadaniem jest wskazanie, że historia toczyła się też w pobliżu, że przyroda wokół nas jest piękna, że rozwój duchowy to nie tylko Jasna Góra i Licheń, ale też pobliskie kościoły i kapliczki przydrożne. Czy jest to zadanie łatwe? Nie. Czy daje satysfakcję? Odpowiedź znają regionaliści.


Maria Madej

Towarzystwo Miłośników Ziemi Zatorskiej

JA, REGIONALISTK A

W

ieś mam we krwi. Na wsi się urodziłam i wyrosłam. Na wsiach – trzech różnych – pracowałam jako nauczycielka od 1954 r. Nigdy nie pragnęłam zamieszkać w mieście, gdzie ciasno i duszno, a mieszkanie w blokowiskach uznałabym za więzienie. Każda z „moich” wiosek wniosła w moje życie coś, z czego wyrastał mój regionalizm. Pierwsza – to ta rodzinna, położona wśród pagórków Pasma Brzanki, oddalona od świata tj. Tarnowa o 35 km, do którego wiódł kamienisty gościniec (w latach 50-tych XX w.) wijący się w sąsiedztwie rzeki Szwedki, niosącej swoje wody do Białej Małopolskiej. Lesiste wąwozy i trawiaste miedze prowadziły mnie na górkę do mojego domku stojącego na szczycie. W tej wsi bez prądu, radia, telefonu, gazu, wody, bez prawdziwych dróg zrodził się mój regionalizm, czyli umiejętności czytania i rozumienia otoczenia. Uczestniczenie w czymś co Anna Sierakowska nazywa żywym folklorem, stało się dla mnie prawdziwą przyjemnością. Kultywowanie zwyczajów i obrzędów z pogranicza ludowości i religii było w tej wsi wyczekiwaną rozrywką i wydarzeniem, do którego się przygotowywano i które trwało jeszcze długo w opowieści i komentarzach mieszkańców. Każdy kwartał roku kalendarzowego miał swoje wydarzenie, odrywające społeczność wiejską od szarej codzienności. Najwięcej chyba różnorodnych działań miało miejsce na przełomie lat, kiedy zima zapędzała życie i aktywność ludzką pod strzechy, do ciepłych izb i izdebek. Zgromadzeni wokół stołu, w kręgu lampy naftowej, robiliśmy przeróżne rzeczy. Tu rodził się regionalizm w postaci kolorowego łańcucha z bibuły i złotych słomek, przepysznych „pająków” i wisiorków, które zakołyszą się nad wigilijnym stołem. Robiło się „cacka” do dekoracji choinki z tekturek uzyskanych z opakowań, wydmuszek po jajkach, stanioli i innych różnych materiałów. A jakie rozmowy, jakie przekomarzanie się przy tej robocie, jakie staranie się i pochwały i przechwałki! Przekazywano sobie ciekawostki o chłopakach,


104

Maria Madej

co to przygotowują się do chodzenia po kolędzie. Młodsi chłopcy majstrują przy budowaniu gwiazdy, też kolędowanie z gwiazdą. I tak aż do samej Wigilii, w te najkrótsze dni i mroczne wieczory. A w Wigilię przykazanie mamy od samego rana: dzisiaj musicie być grzeczni, bo jaki kto jest w Wigilię, taki jest przez cały rok. Rodzica przygotowali dla nas różne zajęcia, żebyśmy mieli możliwość wykazania się dobrym zachowaniem i pracowitością przez cały rok. Wreszcie pod koniec dnia ubieraliśmy drzewko (choinkę). Podczas uroczystej kolacji wróżono, na jakie uprawy będzie urodzaj w przyszłym roku. Na sianie położonym na białym obrusie leżały całe opłatki, a na nich mama stawiała duże miski z potrawami. Jeśli do dna miski przykleił się opłatek, to była dobra wróżba – będzie urodzaj na kapustę i na ziemniaki. W kącie kuchni wniesiony przed kolacją stał snop wymłóconej słomy. Po kolacji tato zrobił z garści tej słomy kilka powróseł. Biegliśmy do ogródka obwiązać nimi drzewka owocowe. Te podwiązki słomiane miały je chronić przed wszystkimi „drzewkowymi nieszczęściami”. A gdy rozgrzaliśmy już zmarznięte ręce i nosy, tato bawił się z nami (to też była wróżba) w rzucanie źdźbłami słomy jak oszczepem w szczeliny w powale (strop z tragarzami). Czyje źdźbło zawisło, tzn. wbiło się w te małą szparkę, to wygrywał i coś się miało spełnić. Mama nie była zachwycona ta grą, bo bardzo zaśmiecaliśmy kuchnię, dopiero co wysprzątaną do czysta. Na uspokojenie po tym rozbrykaniu (cały dzień mieliśmy przecież na nie szlaban) zasiadaliśmy do kolędowania. Ze wzruszeniem wspominam mocowanie się z długą, śnieżną zimą. Ścieżkami, wydeptanymi na szerokość jednej pary butów, dreptaliśmy gęsiego o wschodzie słońca do szkoły, „naszej okupacyjnej szkoły”. Toteż z radością witaliśmy zbliżającą się wiosnę i nową falę ciekawych wydarzeń związanych z kalendarzem liturgicznym. Nadchodziły Święta Wielkanocne –  Wielka Niedziela. Ale najpierw było robienie palm przed Niedzielą Palmową. A w palmie musiały być wierzbowe bazie (dobrze było wcześniej zerwać gałązki i potrzymać w wodzie – wtedy popielate kuleczki były większe). Bardzo ważnym składnikiem były trzcinowe kłosy – wiechy puchate, dojrzałe, sypiące puszkiem, gdy się palmą uderzało w granatowe płaszcze (w czym celowali chłopcy). Dekorowaliśmy palmy różnymi gałązkami zielonych drzew iglastych. Trzon palmy owinięty mocnym sznurkiem czasem był ozdobiony jakąś kolorową wstążką. Te poczciwe, dawne, proste palmy poprzedniczki dzisiejszych, wspaniałych wiązanek bukietowych zmieniły się nie do poznania. Za to te „babcie palmowe” otoczone były szacunkiem. Umieszczane w izbie za obrazem (powieszonym pochyło) miały chronić przed różnymi uciążliwościami, które czyhały na mieszkańców. Czasem wieszano je pod okapem strzechy z wiarą, że ta świętość ewangeliczna będzie domostwu przydatna. Wcześniej jednak po przyniesieniu z kościoła


Ja, regionalistka

105

dobrze było zerwać popielatego kotka z gałązki wierzbowej i połknąć – miała chronić przed bólem gardła. Cały Wielki Tydzień był jednym wielkim obrzędem, pełnym tajemnic, przepowiedni, zwyczajów żartobliwych lub uroczystych, dość, że wieś budziła się z zimowego uśpienia i zaczynała się znów cieszyć życiem. Potrzebę przeżyć estetycznych i zaspokojenie poczucia piękna a także sprawności manualnej realizował się w robieniu pisanek i kraszanek. Wymagało to umiejętności wydobycia kolorów z roślin (łuski cebuli, suszone owoce czarnej jagody, buraka ćwikłowego, listków oziminy, itp.), a także techniki dekorowania batikiem przy pomocy wosku. Pyszniły się potem te kraszanki w koszyczku ze święconym, przepychając się z pętem kiełbasy, wędzonką i laską chrzanu z zielona czupryną, na którą miał ochotę piernikowy, rzadziej cukrowy baranek. To wszystko, co mama włożyła do koszyczka miało jakąś wymowę symboliczną, coś oznaczało, a po poświęceniu przybierało otoczkę sacrum i tak było traktowane. W innych „moich wioskach” te same obrzędy były realizowane nieco inaczej. Po pierwsze upłynęło już co najmniej 20 lat od moich dziecięcych przeżyć, a po drugie leżały w innym powiecie – oświęcimskim: Witkowice k/Kęt, Smolice i Graboszyce k/Zatora. W tej części Małopolski żywa jeszcze była tradycja (lata 70-te XX  w.) robienia krzyżyków z trzonów palm wykonanych z trzcinowych ździebeł po opaleniu ich głowicy w świętym wielkosobotnim ogniu. Te krzyżyki wbijał gospodarz w naroża zagonów swoich pól podczas ich święcenia w Poniedziałek Wielkanocny. Mój ojciec święcił pole, ale krzyżyków nie robiliśmy (tarnowskie). Różnie też –  raczej zanikowo – jest traktowany śmigus-dyngus. W jednej tylko wiosce w oświęcimskiem chłopcy tworzyli grupy „śmirgustników”, którzy poprzebierani chodzili po wsi, robiąc psikusy, zwłaszcza dziewczętom. Jakaś pozostałość po tych „śmirgustnikach” (wypaczona) funkcjonowała w innych wsiach. Popisywali się czynami niemającymi nic wspólnego z folklorem, np. zdejmowaniem bramek ogrodzeniowych. Właściciele znajdowali je w stawkach, przekopach, a nawet na drzewach. Modne było też malowanie szyb w drzwiach i oknach farbą wapienną lub olejną. Delikatne, żartobliwe ochlapywanie się wodą w gronie rodziny i przyjaciół funkcjonuje nadal. Dzięki temu, że jako dziecko uczestniczyłam w przeżywaniu i aktywnościach związanych z czynnościami kościelnymi, że odbierałam emocjonalnie te obrzędy i ceremonie, całe życie dorosłe byłam ich pasjonatką. Rodzicom moim i środowisku wiejskiemu zawdzięczam dzisiejszą radość podczas wicia (komponowania) wianków zielnych na uroczystość Bożego Ciała. Z przyjemnością zbieram rozmaite zioła, aby z nich po ususzeniu zrobić ogromny bukiet z żywymi kwiatami i kłosami zbóż na dzień Matki Boskiej Zielnej. Umiem wykonać wieniec dożynkowy i ułożyć scenariusz dożynek.


106

Maria Madej

Sprawdziłam się w tej czynności wiele razy. Potrafię zrobić palmę z takich jak należy roślin i uczę tej umiejętności moją rodzinę i członkinie kół gospodyń wiejskich. W 2012 r. przygotowałam grupę kolędniczą do chodzenia po kolędzie z szopką (180  cm x 200  cm x 75  cm), w której barwne lalki odgrywały przedstawienie jasełkowe z pełnym tekstem i śpiewami zgodnymi z tradycją. Na przekór wszechobecnej komercji robię kwiaty z bibuły i krepiny do dekoracji palm, wieńców dożynkowych, kompozycji i bukietów. Moje upodobania i umiejętności przydają się Towarzystwu Miłośników Ziemi Zatorskiej, do którego należę od 30 lat. Wspólnie z innymi członkiniami robimy różne ciekawe rzeczy związane z zachowaniem tradycji, ludowych zwyczajów zgodnych z kalendarzem liturgicznym, np. rozdajemy wiązanki ziół, kwiatów i kłosów zbóż (ziela) uczestnikom mszy w dniu 15 sierpnia.


Maria Janssen-Czaja Kujawianka w Warszawie

KUJAW Y, KUJAW Y…

Od

wschodu koniec świata majaczył za łąkami odległą smugą lasu w łagodnie falistym krajobrazie. Od zachodu świat kończył się na górce, tam, gdzie za drzewami kryło się gospodarstwo Kaców. Kilka razy dziennie ów świat przecinał rytmiczny szum i gwizd pociągu. Z oddali ochrypłym brzękiem wzywał dzwon kościelny. Żółtą drogę do krzyżówki prowadzącej w cztery strony świata pokrywała pieszczotliwa gliniana mąka, zmielona kopytami koni i żelaznymi obręczami kół. Kusiła, by wrzucić sandały do rowu i dotknąć jej bosą stopą. Rankiem z obory dobiegał niecierpliwy pomruk krów. Szu, szu, strzyka mleko do wiadra. W stajni głucho przytupują konie, szemrzą zgrzebło i szczotka. Kiedy ranne… To Babcia ścieląc łóżka wita dzień matowym głosem. Nie żeby była zanadto wierząca. Po prostu rano chce się śpiewać. Gładzi poduszki i pierzyny, by układały się bez zmarszczek, i śpiewa. Przeciwko własnemu losowi. Babcia co rano włącza radio i słucha wiadomości. Wie, co ważne. Wszystkie nasze dzienne sprawy… polityki międzynarodowej doświadczyła na własnej skórze. W domu mówiła gwarą kujawską, ale gdy trzeba było, potrafiła też używać języka literackiego. Babcia wspomina. Co rusz wspomina Szmula i Szmulową. Żałuje, że nie chcieli przysiąść przy stole, że nie mogła ich niczym ugościć, tylko wodą ze studni. Taki Kapuściński zowdy przysiod kole stołu i chocioż zupy zjod. A Óny cięgim nic, choć z daleka przyśli… I na co to im było? I tak wszyskich Nimcy wytracili,

żałuje Babcia ni to żydowskich handlarzy, ni to niewykorzystanej gościnności, ni to daremności wyrzeczeń i posłuszeństwa w wierze. „Tak samo jak Józia zamordowali”. Józia wspomina często, tego urodzonego gospodarza, do którego przyjeżdżali z województwa, żeby podziwiać spółdzielnię mleczarską, krowy, konie i uprawy. Nie tylko pszenicę, żyto i buraki, jabłonie, grusze, czereśnie i renklodę, ale również pomidory i ogórki. A za dołkiem


108

Maria Janssen-Czaja

to Józio nawet oliwkę posadził. Babcia marzyła sobie, by Józio się ożenił z piękną Poznerówną z Kowala. Poznerowa, gdy akurat musiała coś załatwić, a Babcia przypadkiem zajrzała do sklepu, prosiła ją, by przez chwilkę miała baczność na towar, i zapraszała na herbatę. Ojca wspominają dzieci. Ona, gospodarska jedynaczka, męża wspomina rzadko, w wieku lat szesnastu podług zasady „niech idą hektary do hektarów” za mąż wydana. A potem co rok prorok, troje wzięła hiszpanka, a reszta się uchowała na dobrym wikcie – rosole, serze, maśle i śmietanie. Babcia miała autorytet we wsi – czy to jako żona i matka skazanych na śmierć przez Niemców, czy to jako matka nauczycielki i licealistki, czy to jako prowadząca spore gospodarstwo, czy też jako autorytet moralny. Wysiedlona przez Niemców tak jak większość Kujawiaków–niefolksdojczy, po wysiedleniu spędziła wraz z małoletnimi dziećmi i dorosłymi córkami prawie całą okupację w Wesołej pod Warszawą. Gdy córka Helena przyprowadziła do domu w Wesołej dwie Żydówki z getta warszawskiego, Babcia zdawała sobie sprawę z pochodzenia nowych lokatorek i dla niepoznaki chodziła z obiema paniami i całą swoją rodziną na spacery i do kościoła. Wiedziała też, że najstarsza córka – nauczycielka – działa w tajnym nauczaniu. Martwiła się o nastolatków, córkę Danutę i syna Antoniego, wysłanych na roboty przymusowe. Babcia szanowała ludzi. Szacunek dla człowieka przybierał nieraz zaskakujące formy. W Wesołej podczas przemarszu frontowych wojsk niemieckich latem 1944 r. jakiś wygłodniały oddział wpadł do przydomowego ogródka, wykopywał kartofle i zaczął jeść surowe. Babcia wybiegła z domu z garnkiem i – nie znając języka niemieckiego, krzycząc na żołnierzy zabrała im kartofle i je ugotowała. Mimo że Niemcy zamordowali jaj męża i syna, wysiedlili całą rodzinę, szaleli na Kujawach i w Generalnej Guberni. Reakcja taka wydawać się może niezrozumiałą – przecież to wróg, od którego wiele wycierpiała. Moim zdaniem wynikało to z niezwykłego szacunku dla godności ludzkiej. Wkrótce potem Niemcy wysiedlili z domów mieszkańców Wesołej, zaczęła się tułaczka po pobliskich lasach, Zielonkach i Kobyłkach. W styczniu 1945 r. Babcia z dziećmi pieszo wyruszyła wzdłuż szosy poznańskiej w drogę do rodzinnych stron. W drodze na Kujawy Babcię z rodziną niejednokrotnie zabierały radzieckie ciężarówki wojskowe. Po powrocie do rodzinnej wsi Babcia zastała puste budynki – w gospodarstwie pozostała tylko jedna zabłąkana kura. Bydło, świnie i konie zabrali niemieccy osadnicy. Trzeba było zaczynać od zera. I przyszedł czas rozliczeń. Kilkoro sąsiadów wyruszyło na poszukiwanie zdrajczyni Gołębiewskiej, stuprocentowej Polki, która za pieniądze zeznawała w niemieckim sądzie pod dyktando Gestapo i miała na sumieniu


Kujawy, Kujawy

109

co najmniej dwadzieścia kilka osób skazanych i straconych przez Niemców. Złapali ją gdzieś w pobliżu Sieradza (?), przywieźli w worku i rzucili Babci pod nogi, a sznur już dyndał na wietrze. Babcia na to: „Nie nam ją sądzić. Teraz jest polski sąd, niech on ją sądzi. Zawieźcie ją do Włocławka”. Poparła ją córka Danuta, późniejsza radna gminna. W wyniku wieloinstancyjnego postępowania sądowego zdrajczyni została skazana na śmierć. Stuprocentowa polskość zdrajczyni i szereg czysto polskich folksdojczy sprawiły, że mieszkańcy moich rodzinnych stron są raczej mało podatni na prostackie nacjonalistyczne interpretacje. I tak gdy zakochany w mojej Mamie, a nieznający języka polskiego cywilny obywatel niemiecki pochodzenia holenderskiego, nie mając nic na sumieniu po wojnie został w Polsce, Mama, ratując go od niechybnej śmierci, postanowiła udać się z nim na Kujawy. Babcia znów stanęła na wysokości zadania. Mimo traumy wskutek zamordowania jej męża i syna przez Niemców, mimo wysiedleńczego losu, Babcia potrafiła zaakceptować późniejszego zięcia i stawić czoło początkowo niechętnym reakcjom niektórych sąsiadów. Mimo świetnych okupacyjnych referencji Ojca, który chętnie pomagał, m. in. środowiskom związanym z polskim ruchem oporu, nie było to zapewne łatwe. Babcia była osobą bardzo niezależną. Nie słyszała o kantowskim imperatywie moralnym, ale postępowała właśnie w myśl takiego imperatywu. Do kościoła jeździła od święta. Parafia była w oddalonej o 5 km Kłóbce, zaprzęgało się więc konie do bryczki, a młoda generacja szła pieszo skrótem przez łąki. W odpusty czy we Wszystkich Świętych nadarzała się okazja, by spotkać członków bliższej i dałszej rodziny. Pamiętam, że w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych musiałam jeszcze całować w rękę seniora i seniorkę rodu. Później zwyczaj ten zanikł. Babcia nie darzyła duchowieństwa nadmiarem atencji. Miałam wrażenie, że rozmawiała z księżmi jak równy z równym. Gdy trzeba było, to w czasie żniw w niedzielę wychodziła w pole. Nie lubiła bigoterii i hipokryzji. Na uwagę pewnej Ciotki: „Oj, Maryś, Maryś, jakoś nie widać cię w kościele…” odrzekła: „Jo nie jezdym z tych babów, co to w kościele krzyżem leżóm i goździe z podłogi zembamy wyrywajóm”. Przed wyjazdem za granicę w 1957 r. Babcia odebrała od nas wnuczek przysięgę, że nie będziemy modlić się po niemiecku. Co zresztą na skutek uczęszczania do szkoły klasztornej rozszerzyłam na modlitwę w ogóle. Nigdy nie śpiewałam hymnu niemieckiego. Przedwczesna śmierć Babci w 1962 r. była dla mnie dużym ciosem. Tradycję Babci – Marianny Kacprzak z d. Pawlak-Grzegockiej, światłego lokalnego autorytetu – kontynuowała moja ulubiona Ciocia Danuta Rosiakowa. Ciocia, kilkakrotna radna gminna i zasłużona działaczka społeczna, walcząca o poprawę infrastruktury łączącej rodzinną wieś i gminę ze światem, o budowę szkoły, o perony na stacji, o poprawę dróg. Ciocia Danusia i Jej mąż


110

Maria Janssen-Czaja

Zygmunt Rosiak uczestniczyli w wychowywaniu mnie, gdy w dzieciństwie przebywałam u Babci. Miała talent aktorski – z zapartym tchem, w świetle lampy naftowej, słuchałam jej wieczorów literackich dla sąsiadów. Ciocia Danusia nauczyła mnie przysłów i powiedzonek kujawskich, pełniących niejako funkcję drogowskazów życiowych: „Wyżej sra, niż dupę ma”, „wlazła świnia do karety i myśli, że wielka pani”, „hrabia psy ograbia, książę psy wiąże” i innych podobnych. Porzekadła te są wyrazem charakterystycznej mentalności kujawskiej, poczucia równości wynikającego z wielosetletniej tradycji wolnych gospodarzy. Gdy Ciocia Danusia zmarła, poczułam się, jak gdybym utraciła część ojczyzny. Ciocia Danusia niejednokrotnie pytała „miastowych” członków rodziny, co zrobili dla swoich rodzinnych stron. Moja Mama Helena Janssen z d. Kacprzak, absolwentka Liceum im. Marii Konopnickiej i Ciocia Anna Kacprzak stale podkreślały swą kujawskość. Ciocia Lidia Kacprzak, LMK a potem wykładowca na UW, przygotowała kujawską część Księgi Przysłów Polskich. Wujek Stanisław będąc prawnikiem, sekundował Cioci Danusi w Jej staraniach o poprawę kujawskiej infrastruktury. Wujek Antoś w latach pięćdziesiątych walczył – niestety daremnie – o badania znalezionych na jego i sąsiada polu stanowisk archeologicznych. Ja sama wróciłam do Polski właśnie jako do kraju moich rodzinnych stron, kraju mojej małej ojczyzny. Mimo, iż zamieszkałam w Warszawie, ciągle utrzymywałam i utrzymuję kontakt z Kujawami i kujawską rodziną. Gdy pojawiła się możliwość kandydowania z listy wyborczej Zjednoczonej Lewicy do Sejmu, bez wahania zdecydowałam się na okręg kujawsko-pomorski. W trakcie kampanii wyborczej jeszcze lepiej poznałam Kujawy i Kujawiaków.


Bartłomiej Grabowski

Nadgoplańskie Towarzystwo Historyczne

REGIONALIZM TO MIŁOŚĆ DO ZIEMI I LUDZI

H

istoria Kujaw jest niesamowita. Nazwa pojawia się już 1136 r. w tzw. Bulli gnieźnieńskiej, co ciekawe, okresowa łączność z Wielkopolską nie wpłynęła na zatarcie odrębności tego regionu. W średniowieczu Konrad Mazowiecki tworzy dla swego syna oddzielne księstwo kujawskie ze stolicą w Inowrocławiu, możemy przyjąć to wydarzenie za początek dziejów kujawskiej ziemi. Sama nazwa Kujawy wywodzi się od „kujawa” –  wiatru (wg Oskara Kolberga). Miałem przyjemność nie raz doświadczyć skutków tej teorii na własnej skórze. Każdemu kto odwiedzi Inowrocław, proponuję spacer po dzielnicy Rąbin. Czuje się jakby wiatr żył tam własnym życiem, nigdy nie wiadomo z której strony zaatakuje. Niewielu udało się przejść przez Kujawy bez pozostawienia w tej części regionu cząstki siebie, jakiegoś śladu, w formie chociażby wiersza. W XIX w. odwiedzający Kruszwicę turyści, zostawiali wyryte napisy na cegłach wieży zamkowej, przeważnie inicjały, czasem nazwisko i imię, a także datę odwiedzin. Zaborca postanowił wykorzystać magię tego miejsca i zbudował wspaniały park z wieżą widokową. Jeden z wieszczy odświeżył również legendę, która przyciągnęła turystów do tego miejsca. Jak na ironię oficer z czasów wojny polsko-szwedzkiej, który również znał legendę o „Mysiej Wieży” kazał ją wraz z zamkiem wysadzić w powietrze, nim jednak jego żołnierze to uczynili, naszkicował zamek, zachowując jego obraz dla przyszłych pokoleń. […] Kilka lat po tych wydarzeniach, myszy zjadły w kruszwickim grodzie załogę, służbę i Popiela wraz z żoną. (Legendy Kruszwickie, K. Syryczyński, Piast Kołodziej).


112

Bartłomiej Grabowski

Z Kruszwicą i jej nadgoplańskim położeniem związany jest najbardziej teren Kujaw „Za wodą”, położony na zachód od Gopła. Obszar ten przez miejscowych zwany jest umownie Kujawami Zachodnimi, termin „woda” odnosi się do Noteci, ten obszar stał się moim obiektem zainteresowań i badań. Zachodzące procesy historyczne jak urbanistyka, uprzemysłowienie tego właśnie terenu, różnorodne formy postępu cywilizacyjnego, germanizacja i przemieszanie się ludności sprawiły, iż pozostało w Kruszwicy na Kujawach niewiele rodzimych materialnych zabytków kultury ludowej, której rekonstrukcja oparta została przeważnie o pamięć najstarszych informatorów. Wiele jeszcze zostało do odkrycia, wieś i miasteczko tego terenu, całokształt zajęć, rzemiosła i sztuki rzadko już noszą cechy niegdyś właściwe temu regionowi, a zwyczaje i obrzędy bądź zanikły, bądź zmieniły swą funkcję. Toteż uważam za bardzo ważne i postawiłem sobie za cel odtworzyć i uratować jak najwięcej. Legendy będące echem dawnych, nieudokumentowanych wydarzeń, powtarzane z pokolenia na pokolenie mocno wrosły w kruszwicki pejzaż. (E. Biernat, Legendy Kruszwickie, Toruń 1998).

W przeciwieństwie do większości regionalistów, których „wychowała ziemia”, tzn. urodzili się w regionie na którym rozpoczęli swoje działalności związane z publicystyką, muzyką, szyciem strojów i wszelkimi innymi metodami przedstawiania miłości do swoich „małych ojczyzn”, ja nie pochodzę z „tych” terenów. Przybyłem na Kujawy stosunkowo niedawno, kilka lat temu. Od razu zakochałem się w malowniczym Jeziorze Gople, przepięknej Kolegiacie pw. św. Piotra i Pawła, a także w pozostałościach wzniesionego z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego zamku, znanego w literaturze pod nazwą „Mysia Wieża”. Po przeprowadzce kontynuowałem jeszcze przez jakiś czas prace recenzenta dla wydawnictw książkowych, to zajęcie zbliżyło mnie do tutejszego grona poetów, literatów, dziennikarzy, a później także i regionalistów. Otrzymałem zaproszenie do tutejszego towarzystwa historycznego, które nosi dumną nazwę Nadgoplańskiego Towarzystwa Historycznego. Jako że jestem historykiem, z wielką ochotą przystałem na zaproszenie i dołączyłem do grona tutejszych animatorów kultury. Na Kujawach, nad brzegiem rozległego jeziora Gopło, wznosił się niegdyś wielki, drewniany gród, zamieszkały przez władców okolicznych ziem – Popielidów. (Legendy Kruszwickie, K. Syryczyński, Popiel).

Pracę zacząłem od przeglądania wszelkich książek, legend, dzienników, fotografii, czytałem i nadal czytam wszystko co możliwe na temat Kujaw i Wielkopolski. Później nadszedł czas na założenie odpowiedniej strony


Regionalizm to miłość do ziemi i ludzi

113

internetowej. Celem tego kroku było dotarcie do większej grupy zainteresowanych historią naszego regionu. Strona ułatwiła nam dostęp do kolejnych źródeł. Dziś zgłaszają się do nas ludzie, którzy chętnie dzielą się dziejami swoich rodów i bliskich, a także opowiadają o historii miasta. Wszystko skrupulatnie zapisujemy, nagrywamy, filmujemy po czym archiwizujemy w naszej komputerowej bazie. Często trafiają do nas pamiątki, które przedstawiamy w formie wystaw historycznych, przypominając społeczeństwu Kruszwicy o dawnych czasach, fabrykach, które już nie istnieją, tj. „Kujawska Wytwórnia Win” Henryka Makowskiego, czasach wojennych, zwłaszcza o tematyce powstania wielkopolskiego, II wojny światowej, powstania warszawskiego (wielu kruszwiczan i inowrocławian brało również w nim udział), a także stawiamy pierwsze kroki odkrywając kolejne karty czasów komunistycznych. Pisząc o kulturze okolic Kruszwicy należy dodać, iż jeszcze przed II wojną światową, w latach 1934–1938 kilku miłośników zabytków spośród społeczeństwa kruszwickiego zaczęło gromadzić je z najbliższej okolicy, a w roku 1939 powstało w Kruszwicy muzeum, znajdujące się niedaleko „Mysiej Wieży”. Cieszyło się ogromnym zainteresowaniem wycieczek. Znajdowały się tam zabytki z zakresu archeologii, przyrody i etnologii. Wśród tych ostatnich zwracały uwagę stroje kujawskie, malowane sprzęty meblarskie, narzędzia do obróbki lnu i wełny itp. Mam nadzieje, że uda się kiedyś odtworzyć, a także uzupełnić o nowe zbiory, a także stworzyć w przyszłości wspaniałe muzeum kultury kujawskiej w Kruszwicy. Jesteśmy na dobrej drodze ku temu. Jako Towarzystwo korzystamy z najnowszych metod badawczych, nie zapominając jednak o starej szkole historycznej. Prowadząc promocję miasta i regionu dzięki mediom (public history), docieramy do wielu mieszkańców, którzy dzielą się z nami swoimi często tragicznymi losami, zadają też kolejne pytania, które odbieramy jako wyzwanie i poszukujemy na nie odpowiedzi. Staramy się uporządkować historię miasta i okolic Kruszwicy, przedstawić ją w miarę czytelną i poukładaną chronologicznie, tak aby każdy mógł znaleźć to czego szuka. Nikogo nie pomijamy, nie ograniczamy się do regionu, chociaż staramy się utrzymywać, przynajmniej pisząc publikacje, w granicach Kujaw i Wielkopolski, jeśli takowe istnieją… Okazuje się że i to zadanie jest dość trudne. Właściwie jak zakreślić owe granice? Ze względu na mowę, tradycje ludowe, stroje, wspólną przeszłość? Z perspektywy czasu, im więcej „kopiemy”, tym bardziej dochodzę do wniosku, że te granice się poszerzają. Na początku pisaliśmy o samej Kruszwicy, miasto rolnicze związane jest jednak nierozłącznie z historią wsi. Poszerzyliśmy więc wiedzę o dzieje wsi, pojawiły się dwory, folwarki i chłopi, a co za tym idzie tradycje ludowe, a także konflikt związany z podziałem


114

Bartłomiej Grabowski

klasowym i cała masa relacji między chłopem a panem. Sięgaliśmy do kolejnych źródeł, pojawiły się powstania – najpierw listopadowe, które może na tych ziemiach nie odegrało większej roli, ale i tu doszukać się można bohaterów, którzy oddali życie idąc do walki za Piotrem Wysockim. Mamy więc pierwsze postacie w historii miasta, które walczyły w Warszawie, ta sytuacja powtarza się na przestrzeni czasu. Kujawiacy walczą w powstaniach śląskich i powstaniu warszawskim 1944 r. Do pięknych czynów kruszwiczanie zdolni byli również w czasach powstania wielkopolskiego, a także wojny polsko-bolszewickiej, gdzie przelano wiele krwi. Ważna jest dla mieszkańców tego regionu mowa, tradycja i wolność, stając się częścią nie tylko określanego przez kartografów terenu Kujaw, czy Wielkopolski, ale całej Polski. Mowa Kujawiaków, jest w ogóle czysta. Różni się głównie od sąsiedniej gwary mazurskiej, dobrem i wyraźnem wymawianiem spółgłosek szypiących (gardł. zmiękcz.) cz, sz, ż, bez tak zwanego mazurzenia. Jeśli w mowie potocznej nieraz wyrzucają oni lub dodają pewne głoski do wyrazów, to w pieśni zwykli tego unikać i poprawniejszym odzywają się językiem. (Oskar Kolberg, O mowie kujawskiej, Dzieła wybrane, Kujawy, cz. 2).

Regionalista nie powinien ograniczać się do mapy, w ten sposób nie da się określić granic. Podobnie rzecz się ma z wierzeniami ludowymi, chociaż tu pojawiają się pewne różnice, które mogą wskazać pewną drogę w określeniu wspomnianych rubieży. Z pewnością różnimy się mową. Gdy zamieszkałem w Kruszwicy, szybko okazało się, że gwara kujawska różni się od znanej mi mowie z pogranicza Kujaw i Kociewia, a dokładnie z Grudziądza. Szybko nauczyłem się najczęściej używanych w Inowrocławiu i Kruszwicy słów „he”, czy „wim”. Są jakby etykietą tego regionu, słychać je na każdym kroku, szczególnie bliska jest mieszkańcom wsi, ale i w mieście nie została pogrzebana, a przyznać trzeba, że na Kujawach ludzie lubią „godoć”. Różnice widoczne są również w strojach ludowych. Zarówno w Kruszwicy, jak i w Inowrocławiu znany jest zwyczaj „kozy” na ostatki, we wtorek przed środą popielcową. Możemy wówczas oglądać występy przebierańców, a także mamy okazję obejrzeć stroje kujawskie, które nie tak dawno noszono na co dzień, do pracy w polu, czy fabrykach. Oglądałem fotografie z lat 50-tych i 60-tych XX w., gdzie panie ubrane w białe koszule, z kokiem na głowie, w wełnianych spódnicach, kabatą i zapaską ozdobionymi haftem, wspólnie pozowały do zdjęć w czasie pracy przy zbiorach buraków, a także przy pracy w wytwórni win. Mężczyznę w tym okresie, ubranego w rogatywkę, katankę i iskrzoki można spotkać rzadziej, jednakże pary tak pięknie ubrane mamy przyjemność zobaczyć nawet dzisiaj na występach pieśni ludowej, czy przy okazji świąt kościelnych.


Regionalizm to miłość do ziemi i ludzi Trzeba dać na podkoziołka, trzeba dać Całe lato, całą zimę ubodać (Sławsk Wielki, Szymborze)

115

Kolejną różnicą jest regionalizm, wpojony zwykle przez szkoły, ale także przez rodzinę. Kujawiak jest Kujawiakiem, bo przede wszystkim urodził się na Kujawach i nawet gdy opuści te ziemie, to pozostaje nim do końca swoich dni. Tak było w przypadku Jana Kasprowicza, poety który pochodził z Szymborza, a zmarł w Zakopanem w 1926 r. Wieszcz pisał emocjonujące poematy związane z ziemią kujawską, zwłaszcza z pomnikami przyrody, Nadgoplańskim Parkiem Tysiąclecia, pięknem przyrody, który pozostawił w jego sercu spory ślad. Podobnie było z innymi artystami. Dobrym przykładem jest Ewa Lewańska – malarka urodzona w Kruszwicy w 1900 r., córka Pawła Ryczka, przedwojennego dzierżawcy Jeziora Gopło, na które spoglądała artystka z okna kamienicy swojego domu, tworząc kolejne dzieła sztuki związane z krajobrazem malowniczej, nadgoplańskiej krainy. Do śmierci zakochana była w kruszwickiej ziemi. Również Józef Ignacy Kraszewski uległ legendom związanym z Kruszwicą, tworząc dzieło, które na kolejne wieki zmieniło sposób postrzegania kazimierzowskiej wieży i historii miasta, za pośrednictwem swego dzieła Stara baśń, dając legendzie o Popielu, którego zjadły myszy nowe życie i przy okazji promując miasto. Nie ma znaczenia, że legenda nie dotyczy wspomnianej wieży, dziś jeśli spytamy Polaka o Popiela zjedzonego przez myszy i o samą „Mysią Wieżę”, usłyszymy odpowiedź: Kruszwica lub Gopło. Kolejne pokolenia literatów powielało obraz Kraszewskiego tworząc kolejne dzieła. Inspiracji szukali na nadgoplańskiej ziemi i inni twórcy, właściwie szukają jej nadal. Doskonałym przykładem są Ogólnopolskie Literackie Spotkania Pokoleń, które odbywają się już od 28 lat w Kruszwicy, przyciągając literatów, satyryków, dziennikarzy, muzyków, jednym słowem artystów z całej Polski, w to jedno miejsce położone nad Gopłem. Na jednym ze spotkań, któryś z poetów powiedział, że wraca do nas ponieważ odczuwa tęsknotę za tym miejscem, za tymi ludźmi, ale także właśnie w tym miejscu powstały jego najpiękniejsze wiersze, właśnie o nadgoplańskiej florze i faunie. Jest to szczególne miejsce do którego, warto przyjechać aby poczuć magię i poszukać weny. Słowa poety wskazują na szczególność tego miejsca. Podsumowując, czy potrafię powiedzieć czym jest regionalizm? Jest to droga, którą wybieramy na pewnym etapie naszego życia i którą podążamy, zazwyczaj póki starcza nam sił. Nie potrafię opisać tego czym dokładnie zajmuje się regionalista, są to emocje które pojawiają się za każdym razem kiedy stąpamy „ścieżką umarłych”, tych którzy pozostawili po sobie jakiś ślad, lub tych o których historiografia zapomniała. Naszym zadaniem jest


116

Bartłomiej Grabowski

zapewne dotrzeć do prawdy, odkryć to co nie zostało do tej pory odkryte, poprawić te rzeczy które zostały zakłamane, sfałszowane lub pominięte. Opisać i zachować wszystko co jest wartościową częścią kultury Polski, tak aby przyszłe pokolenia mogły poznać własną przeszłość. Co nami kieruje? Jedno z najczęściej zadawanych pytań. Odpowiedź jest prosta i mam nadzieje, że w tym króciutkim tekście udało się na nie odpowiedzieć. Jest to serce, to co czujemy do miejsca i ludzi z którymi się związaliśmy, a także chęć przekazywania i dzielenia się wiedzą, ratowanie wspólnej historii przed zapomnieniem. Jestem historykiem, zapisuję fakty, opieram się o naukowe źródła, przetwarzam te informacje i uzupełniam je w oparciu o nowe badania. Jestem także regionalistą, związałem się z ludźmi którzy tu mieszkają, ze łzami w oczach wysłuchuję dramatycznych historii związanych z ich przeszłością, docieram do najgłębszych zakamarków prawdy historycznej, obalając często mity upolitycznionej historii. Regionalistą jest ten kto dąży do doskonałości, nie mija się z prawdą i działa na rzecz ludzi.


Barbara Filipiak

Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Żninie

W REGIONALIZMIE LICZY SIĘ CZŁOWIEK

R

egionalista – to ja i ty. To najbliższy sąsiad i pracownik banku, urzędu, ksiądz z pobliskiej parafii i lekarz rodzinny, rolnik uprawiający ziemię z dziada pradziada, animator z gminnego domu kultury, nauczyciel, pracownik muzeum, dziennikarz i bibliotekarz… Można by tak wymieniać bez końca, a każda z tych osób mogłaby się mienić regionalistą bo służy lokalnej społeczności, poświęca się dla dobra ogółu, krzewiąc umiłowanie do regionu, w którym mieszka, swoją pracą przyczyniając się do jego rozwoju. Region tworzą ludzie –  ich czyny, dokonania oraz wartości, którymi się w życiu kierują. I nawet jeśli los rzuci ich w różne strony świata, to zawsze będą częścią regionu, w którym się urodzili, przez jakiś czas w nim żyli i tworzyli dla potomności. Przyjęta niegdyś definicja regionalizmu jako prądu społeczno-kulturowego dążącego do zachowania swoistych cech kultury danego obszaru, jej odnowy i propagowania, na przestrzeni minionych wieków uległa przeobrażeniom, co widać chociażby w mowie potocznej czy sposobie ubierania się. Na co dzień na ulicach Żnina, Warszawy czy Krakowa przeciętny Kowalski czy Kowalska nie pójdzie już do pracy w stroju ludowym i nie będzie mówić w urzędzie gwarą. To fakt: gwara zanika, mało jest już polskich rodzin, w których się jej używa, dlatego też tak ważne w XXI w. staje się kultywowanie tradycji i kultury regionu, z którego wywodzą się nasi dziadowie i pradziadowie. To oni tworzyli regionalną kulturę: swoją gwarą, ubiorem, twórczością poetycką, sztuką lokalną, malarstwem, udziałem w walkach narodowowyzwoleńczych. To oni poprzez swoje zaangażowanie w lokalną kulturę i politykę, w uprawianie ziemi, stworzyli podstawy egzystencji dla następnych pokoleń. I za to powinniśmy być im wdzięczni, a tą wdzięczność najlepiej okażemy jeśli to dzieło będziemy kontynuować angażując się w lokalne działania.


118

Barbara Filipiak

Czy jestem regionalistką? Zadaję sobie pytanie i od razu przed oczyma staje mi pisarka Barbara Ciwoniuk, która podczas swojego spotkania autorskiego ze żnińskimi gimnazjalistami zapytała, co jest najważniejsze dla autora? W odpowiedzi usłyszała, że kasa. Roześmiała się i stwierdziła, że NIE. Dla autora najważniejszy jest czytelnik, recenzja… Ja zaś zadaję sobie pytanie: czy dla współczesnego młodego pokolenia naprawdę liczą się tylko pieniądze? Gdyby nasi przodkowie patrzyli na region, kraj i świat jedynie przez pryzmat pieniędzy i własnych korzyści, to być może dziś Polska nie byłaby wolna, być może nie byłoby wielu z nas… Regionalista tworzy sztukę, kreuje rzeczywistość pod różnorodnymi postaciami. Sztuką może być słowo, przekaz, dzieło, a więc wszystko to, co pozostawi ślad w lokalnej społeczności. Regionalista czerpie zadowolenie ze stworzenia dzieła, lecz niekoniecznie za tym muszą iść korzyści materialne. Tworząc sztukę nigdy nie ma się pewności, że czas, który poświęcił i wysiłek jaki włożył w jej wykonanie zaprocentuje w przyszłości, stąd też dla artysty już samo dostrzeżenie jego dzieła jest nagrodą dającą satysfakcję. Czy jestem regionalistką? Myślę, że tak bo dla mnie ważny jest mój region – Pałuki, który jest częścią Mateczki Ojczyzny. Jak powiedział Andrzej Poniedzielski podczas spotkania w żnińskiej bibliotece: Uznając jej ewidentne macierzyństwo, ja lubię tę panią. To jest starsza już pani, ale ja ją lubię, wydaje mi się ciągle ciekawa, próbuję z nią ciągle rozmawiać i ciągle nam ktoś przeszkadza i ja nie wiem właściwie z którą z nich rozmawiam – czy z tą prawdziwą czy z tą wymyśloną, wykombinowaną, wywizażowaną, wyfotoszopowaną na dany fragment, moment naszych dziejów. (…) Kiedyś porozmawiam z nią jeszcze…

Dla regionalisty nie są ważne pieniądze i własne korzyści, ale to, by coś od siebie dać innym. Przykład idzie z góry – od pradziadków, dziadków, rodziców… Mój dziadek Ojczyźnie dał siebie, jako młody chłopak walczył w Powstaniu Wielkopolskim. Upływający czas coraz bardziej zaciera ślady tego wydarzenia, dlatego musimy dziś pamiętać, o co walczyli nasi przodkowie, a także zdawać sobie sprawę z tego, jak wolność i niezależność łatwo jest utracić. Dzisiejszy patriotyzm nie wymaga od nas walki z bronią w ręku. Być patriotą XXI w. to przede wszystkim kochać swoją Ojczyznę, przestrzegać jej praw, rządzić tak, by region i kraj się rozwijał, a przez to zasłużyć na szacunek społeczeństwa. Nic tak bowiem nie szkodzi państwu jak prywata, o czym Polacy mogli się wielokrotnie na przestrzeni wieków przekonać, co ostatecznie doprowadziło do utraty naszej niepodległości. Dlatego też pamięć o tych, którym walczyć kiedyś przyszło, aby Polska była Polską, jest dziś tak ważna.


W regionalizmie liczy się człowiek

119

To właśnie w Wielkopolsce wszystko się zaczęło. Powracający do Polski Ignacy Jan Paderewski 26 grudnia 1918 r. owacyjnie witany był w Poznaniu, gdzie wygłosił przemówienie do swoich rodaków. Musiało ono głęboko zapaść w sercach Polaków od lat marzących o wolnej ojczyźnie, skoro dzień później Wielkopolanie chwycili za broń. Gdzieś tam na froncie powstańczym był mój niespełna dwudziestoletni dziadek Michał Chęś –  cichy bohater patriotycznego zrywu, o którym nie wspomina się w żadnych publikacjach. Urodził się 7  września 1898  r. w Pszczółczynie (powiat Szubin), a zmarł 3  czerwca 1948  r. –  kilka miesięcy przed urodzeniem się mojej mamy. W Powstaniu Wielkopolskim brał udział w stopniu starszego szeregowego. Zapis potwierdzający udział w nim znajduje się w aktach przechowywanych w Związku Powstańców Wielkopolskich w Poznaniu, sygn. 32, str. 106 verso – 107, wpis 6499. Moja mama Maria przechowywała przez lata Dyplom Nr  6499 potwierdzający, że dziadek był weteranem z Powstania Wielkopolskiego i wciągnięty został do kartoteki archiwum Towarzystwa Dla Badań Nad Historią Powstania Wlkp. pod numerem 14114. Ja zaś będąc dzieckiem niewiele się interesowałam tym, co nieraz mama pokątnie mówiła – że dziadek w młodości walczył w powstaniu. Zresztą w czasach PRL-u lepiej było głośno o pewnych rzeczach nie mówić. Ja nie dopytywałam wówczas, bo dziadek dla mnie fizycznie nie istniał, nigdy go nie poznałam, był więc dla mnie wówczas kimś w innym wymiarze. Dziś, z perspektywy minionych lat, żałuję, że nie było mi dane dziadka poznać. Moja mama przez lata przechowywała najcenniejszą pamiątkę jaka jej została po ojcu – właśnie dyplom Powstańca Wielkopolskiego. Dziś ta cenna rzecz jest także i moim spadkiem po dziadku, moim dziedzictwem, które pielęgnuję i kiedyś przekażę synowi, a on swoim dzieciom. I choć już sporo czasu upłynęło od wybuchu powstania to pamięć o nim jest wciąż żywa. My zaś powinniśmy być dumni z naszej Małej Ojczyzny, która od początków istnienia państwa polskiego zostawia swój ślad w historii polskiej państwowości. To tutaj przebywali królowie Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło czy Jan III Sobieski, podejmując ważne decyzje państwowe, ale pamiętać trzeba także o tych naszych przodkach, którzy orali i uprawiali ziemię na pałuckich polach i ciężko pracowali, aby zarobić na kawałek chleba i utrzymać swoje rodziny. Dobrze znali wartość wysiłku i pieniądza i wiedzieli, że na dalsze życie muszą zapracować ciężką pracą. Nie wahali się przy tym chwycić za broń, walczyć o wolność i niezależność. I dlatego też należy im się szczególna cześć i chwała. Także mojemu dziadkowi Michałowi. Odcisnąć swój ślad w historii regionalnej to największe uznanie dla człowieka – regionalisty, który żyje tym, co jest w nim i chce się swoim darem podzielić z innymi, czy to poprzez wiersz, książkę, obraz, pracę na rzecz


120

Barbara Filipiak

Dziadek – powstaniec Michal Chęś (archiwum rodzinne)

Dyplom Michała Chęsia (archiwum rodzinne)


W regionalizmie liczy się człowiek

Plakat informujący o wydarzeniu autorstwa Barbary Filipiak

Epitafium upamiętniające profesora Tadeusza Malaka zorganizowano w żnińskiej bibliotece 9 lutego 2017 r. z okazji przypadających w tym dniu urodzin profesora. Fot. Barbara Filipiak

121


122

Barbara Filipiak

Uczniowie szkół średnich podczas lekcji bibliotecznych poznają historię regionu. Fot. Barbara Filipiak

Uczniowie szkół średnich podczas lekcji bibliotecznych poznają historię regionu. Fot. Barbara Filipiak


W regionalizmie liczy się człowiek

123

Fragment Bibliotecznego Diariusza wydawanego w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie. Fot. Barbara Filipiak

Spotkanie autorskie z Andrzejem Poniedzielskim w żnińskiej bibliotece 28 kwietnia 2017 r. zainicjowało tegoroczne Dni Żnina. Fot. Barbara Filipiak


124

Barbara Filipiak

Plakat informujący o wydarzeniu autorstwa Barbary Filipiak

lokalnej społeczności czy też artykuł o tym, co się w jego regionie wydarzyło. Regionalizm to taki lokalny patriotyzm, który z kolei jest elementem większego organizmu jako całości – kraju. Wiedział to mój dziadek, wiem i ja. Moja przygoda z regionalizmem zaczęła się jeszcze w szkole średniej, kiedy to w pierwszej klasie jednym z zadań domowych było napisanie wiersza. Od tamtej pory wiersze spływały latami, ukazując się m. in. w miesięczniku literackim „AKANT”. Następnie doszły pisane przeze mnie recenzje tomików wierszy innych autorów, które także się w tym piśmie ukazywały, podobnie jak inne teksty mojego autorstwa. Moja już ponad 20-letnia przygoda z dziennikarstwem związana była z „AKANTEM”, lokalnym tygodnikiem „Pałuki”, a obecnie pismem „ZNINiOK”, w których opisywałam i nadal opisuję lokalną rzeczywistość kulturalną. Napisałam też książkę biograficzną poświęconą regionalistce Wandzie Niedziałkowskiej-Dobaczewskiej, która słowem i czynem walczyła o wolną i niepodległą Polskę. Chciałam, aby ujrzała ona światło dzienne, gdyż pamięć o wybitych twórcach regionu warto pielęgnować i o nich przypominać młodym pokoleniom. W listopa-


W regionalizmie liczy się człowiek

125

dzie 2017 r. w żnińskiej książnicy odbyła się promocja mojej książki, którą wydała właśnie Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Żninie, można by rzec w wigilię obchodów Stulecia Niepodległości Polski. Z kolei we wrześniu 2018 r. ukaże się mój pierwszy tomik wierszy pt. Czas w myślach zaklęty. Od ponad ośmiu lat swoje zawodowe życie związałam z biblioteką publiczną w Żninie. To właśnie biblioteki są ważnym elementem regionalizmu, ponieważ podejmują one szereg pozytywnych działań na rzecz lokalnych społeczności, budując tym samym swoją tożsamość w niej, która z kolei jest częścią większego organizmu – państwa – które żyje, oddycha kulturą, tworzy pewną zorganizowaną całość właśnie z małych, pojedynczych działań. Od kultury i tradycji zaczyna się wszystko. Jak powiedział Stanisław Srokowski na spotkaniu autorskim w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie, naród polski osadzony jest w rdzeniu kultury piastowskiej i jagiellońskiej, który zapoczątkował naszą polską tożsamość. To, co zostało zbudowane w Polsce przez 1000 lat, to jest taki konglomerat wielu kultur. Rdzeniem tego jest nasza kultura narodowa, która się kształtowała symbolicznie od Mieszka I do czasów dzisiejszych, ale w tym rdzeniu i w jego otoczeniu jest właściwie cała kultura, którą przez wieki przynosiły do nas różne idee z Grecji, z Rzymu, z Hiszpanii, Niemiec, Rosji. To wszystko, co jest w Europie, właściwie jest w Polsce1.

My, Polacy, mając swoją własną kulturę i swój sposób myślenia, wywodzący się z dokonań historycznych, budujemy, albo przynajmniej powinniśmy budować swoją tożsamość w oparciu przede wszystkim o kulturę, bo kultura tworzy tożsamość, a nasze Małe Ojczyzny współtworzą jeden wielki organizm jakim jest POLSKA. Dlatego też każdy Polak powinien być dumny ze swojej Małej Ojczyzny, czynić wszystko, aby się rozwijała i w świecie pozostał po niej ślad. Dzisiejszy patriotyzm nie wymaga od nas walki z bronią w ręku (jeszcze). Siła narodu polskiego leży w jej KULTURZE, stąd też powinno się inwestować w regionalną kulturę szeroko pojętą, a szczególnie zaś w biblioteki, w których właściwie jest wszystko: rodzima kultura i sztuka, Europa i świat, historia polska i światowa, bo potykamy się niemal codziennie o fakty, ludzi, sięgamy po takie czy inne nazwiska, po dokumenty, książki, gazety związane z regionem, krajem i światem. W czytelniach internetowych bibliotek wyruszamy w świat i odwiedzamy najdalsze jego zakątki. Dotykamy życia i ludzi, tradycji, historii, polityki i wielu ciekawych zdarzeń. Tak przynajmniej jest w żnińskiej bibliotece, ale również w innych bibliotekach w naszym kraju. Pamięć o ludziach i ich czynach, a więc całe dziedzictwo wieków minionych znajduje się w bibliotekach, w których prze1 S. Srokowski, Wypowiedź podczas spotkania autorskiego w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie z dnia 11 października 2016 r.


126

Barbara Filipiak

szłość styka się z teraźniejszością i przyszłością. Dlatego też uważam, że nie ma nic bardziej wartościowego dla miasta jak współczesne biblioteki, które są swoistą marką kultury, miasta i regionu, stając się centrami kultury szeroko pojętej. Stąd też w biblioteki powinno się inwestować, gdyż są one przyszłością narodu. W Stanach Zjednoczonych biblioteka to wręcz instytucja, dobro narodowe, świętość. W Polsce niestety jeszcze książnice spychane są z piedestału, na którym winny stać. Można zrobić wiele, ale trzeba mieć na to fundusze. A biblioteki swoją markę budują latami, odbiorcy usług bibliotecznych są zaś najważniejszymi jej recenzentami i krytykami. Nieco krzywdzące jest jednak ocenianie działalności bibliotek przez pryzmat rankingów, gdzie wyznacznikiem jest współpraca z samorządem lokalnym oraz przyznany bibliotekom budżet, którym mają się gospodarować. Te budżety jakie książnice w Polsce otrzymują – bywają różne. To zależy od tego jaką wizję mają samorządy i w jakim kierunku podążają, czy bardziej gospodarczym (drogi, mieszkania itp. inwestycje), czy też kulturalnym (inwestycja w biblioteki, domy kultury, muzea…). Często zdarza się, że KULTURA jest na dalekim miejscu w priorytetach samorządów, a biblioteki na roczną działalność upowszechnieniową mają niewielkie pieniądze. W rankingach najlepszych bibliotek na straconej pozycji są te placówki, w które samorządy za bardzo inwestować nie chcą, spychają wręcz kulturę na plan dalszy i nie jest ona priorytetem w ich planach inwestycyjnych rozwoju gminy. A takich bibliotek w Polsce jest wiele. Stąd też powinno się doceniać te biblioteki, które mimo niskiego budżetu i znikomej współpracy z lokalnym samorządem potrafią podejmować wiele interesujących i inspirujących przedsięwzięć pozostawiających ślad w pamięci mieszkańców miasta, regionu i świadomości społeczeństwa, które jest coraz bardziej wymagające. KULTURA to przede wszystkim ludzie w niej uczestniczący i ją tworzący, a wydarzenia, które w instytucjach kultury, w tym przede wszystkim w bibliotekach mają miejsce, są podejmowane przez pracowników, których ta aktywność inspiruje, daje satysfakcje, przynosi radość. Bo nie ma nic piękniejszego niż dać drugiemu człowiekowi odrobinę uśmiechu, możliwość wyjścia z domu i spędzenia w miłej atmosferze kilku wspaniałych chwil z kulturą. To ludzie i ich dokonania tworzą regionalizm. Moja Mała Ojczyzna od początków istnienia państwa polskiego zostawia swój ślad w historii polskiej państwowości, a polska kultura krzewi się w bibliotece nieprzerwanie od 1945  r. Ta ziemia żnińska wydała wielu sławnych uczonych, poetów, artystów. Wymienię choćby kilku: Jan i Jędrzej Śniadeccy, Klemens Janicki, Erazm Gliczner, Wanda Dobaczewska, prof. Kazimierz Piwkowski, Paweł Tucholski. O tych i wielu innych postaciach można dowiedzieć się w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej,


W regionalizmie liczy się człowiek

127

która przechowuje i udostępnia w czytelni materiały dotyczące najważniejszych wydarzeń z historii państwa i regionu. W tej bibliotece przez lata przewinęły się już – jeśli nie wszystkie – to prawie wszystkie formy organizacji działalności kulturalnej, mającej na celu upowszechnianie czytelnictwa i promowanie kultury szeroko pojętej. Bywali w niej rodzimi twórcy–artyści (prof.  Tadeusz Malak, pisarz Konrad Strzelewicz, publicysta Stanisław Kaszyński, Jerzy Marosz, Eugeniusz Izdebski, Roman Terzyk) i podróżnicy w działającym od dwudziestu lat w żnińskiej bibliotece Klubie Podróżnika, którego inicjatorką była dyrektor biblioteki w Żninie Jadwiga Jelinek, jak również przyjeżdżające na jej zaproszenie do Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej w Żninie osoby z pierwszych stron gazet (np. Elżbieta Dzikowska, Jacek Pałkiewicz, ks.  Adam Boniecki, Wanda i Ewa Chotomskie, Joanna Moro, Marcin Kydryński, Jarosław Kret, Krzysztof Wielicki, Jakub Porada, Michał Rusinek czy Stanisław Srokowski – autor książek o Wołyniu i Kresach Wschodnich). W tym roku przypada zaszczytny jubileusz 20-lecia Klubu Podróżnika, w związku z czym zorganizowany zostanie w książnicy 3-dniowy Festiwal Podróżniczy, podczas którego jego uczestnicy będą mogli poznać nie tylko kulturę, ale również smaki różnych części świata. W każdym przedsięwzięciu realizowanym w żnińskiej bibliotece zawsze bezpośrednio lub pośrednio bohaterem jest książka, bo najważniejszy jest rozwój czytelnictwa, a każda forma przyciągnięcia potencjalnego czy też aktywnego już czytelnika, jest dobra, byleby spełniała aspekt KULTURY i dla KULTURY. Żnińska biblioteka stara się iść z duchem czasu, korzystając tym samym z nowinek technologicznych. Wykupiła więc dostęp do bazy e-booków na platformie Ibuk.pl, poprzez którą czytelnicy mogą bezpłatnie, po otrzymaniu kodu dostępu w książnicy (instytucja mieści się przy ul.  Sienkiewicza  4), korzystać już np. w domu z udostępnianego na platformie cyfrowej księgozbioru. Poprzez Mediatekę biblioteka udostępnia też filmy, audiobooki, e-boki i zbiory elektroniczne, a w Kujawsko Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej umieszcza i udostępnia zbiory regionalne. O digitalizacji czasopism „Pałuczanin” i „Zniner Zeitung” żnińskie bibliotekarki opowiadają uczniom szkół średnich podczas lekcji bibliotecznych: Gdyby one były zamknięte w szafie to nikt by ich nie oglądał, a odkąd „Pałuczanin” i „Zniner Zeitung” są w bibliotece cyfrowej, to mamy już blisko 80 tysięcy wejść przez cztery lata – twierdzi dyrektor biblioteki Jadwiga Jelinek.

Biblioteka w Żninie zakwalifikowała się w 2018 r. również do projektu KODOWANIE W BIBLIOTECE, dzięki czemu w kwietniu otrzymała zestaw, w skład którego wchodzą: trzy tablety, trzy gry edukacyjne Scottie Go! oraz trzy roboty Photon w wersji edukacyjnej wraz z akcesoriami (matą piankową i kompletem fiszek do ćwiczeń na macie). Dzięki realizacji tego projektu


128

Barbara Filipiak

pracownicy żnińskiej biblioteki mają nadzieję, że zainteresują młodych ludzi nauką programowania, które jest nie tylko przyszłościową umiejętnością, ale przede wszystkim dobrą zabawą. Żnińska książnica współpracuje też z innymi instytucjami kultury (Żnińskim Domem Kultury, Muzeum Ziemi Pałuckiej), szkołami i stowarzyszeniami, prowadzi społeczną i nieodpłatną działalność wydawniczą, promuje region w Polsce i na świecie, a na swoją działalność stara się także pozyskać środki pozabudżetowe. W 2016 r. pozyskano dotację z Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa, Priorytet 2 Infrastruktura Bibliotek 2016–2020 na zadanie Przebudowa Biblioteki Głównej w Żninie oraz montaż zewnętrznej platformy dźwigowej dla osób niepełnosprawnych. W ramach zrealizowanej inwestycji powstało nowe pomieszczenie, w którym odbywają się m. in. spotkania autorskie, lekcje biblioteczne, a także – w ramach współpracy z Urzędem Miejskim w Żninie – sala sporadycznie wykorzystywana jest również na przedsięwzięcia realizowane przez władze miejskie (np. spotkanie podsumowujące prace Kapituły Marki Żnin). Ważnym zrealizowanym zadaniem z przyznanej dotacji jest zamontowana winda zewnętrzna, która ma ułatwić czytelnikom, szczególnie tym z niepełnosprawnością, dostęp do zasobów czytelniczych biblioteki. O działalności kulturalnej jaka miała miejsce w ostatnim 40-leciu w murach książnicy można by pisać dużo, bo wiele się w niej dzieje, a z pewnością jej wizytówką jest działający od dwudziestu lat Klub Podróżnika. Nie zapominajmy jednak w tym pędzie cywilizacyjnym, że najważniejszy jest człowiek, jego pasje, pomysły i chęć działania, a tych dyrektorowi i pracownikom biblioteki nie brakuje. W regionalizmie istotne jest to, by nie stracić człowieka, dlatego warto się czasem zatrzymać i wspomnieć tych, którzy coś znaczyli w świecie, a wywodzili się ze skromnego i małego Żnina, do którego chętnie wracali i odwiedzali naszą żnińską Bibliotekę Publiczną… Ludzi takich, którzy życzliwie byli i są nadal nastawieni do żnińskiej książnicy jest wielu, ale wspomnę chociażby o profesorze Tadeuszu Malaku, którego już wśród nas nie ma, zmarł 26 stycznia 2017  r. w Krakowie, a pochowany został na cmentarzu salwatorskim. Przyjaciele i znajomi w dniu urodzin Tadeusza Malaka upamiętnili go w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie, gdzie punktualnie o 18.00 rozpoczęło się Epitafium dla profesora Tadeusza Malaka. Nie zabrakło także przedstawicieli władz gminnych, bo przecież profesor od 2009 r. był Honorowym Obywatelem Żnina. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Zbyt szybko i zawsze w nieodpowiedniej chwili. Trudno nam się z tym godzić, ale to przecież takie ludzkie. Tak jest też w przypadku profesora Tadeusza Malaka, wyjątkowego człowieka, aktora, reżysera, pedagoga, wykładowcy, mistrza słowa, żninianina –  powiedziała dyrektor biblioteki Jadwiga Jelinek.


W regionalizmie liczy się człowiek

129

Odszedł od nas wielki przyjaciel biblioteki, ale pamięć o nim pozostanie na zawsze. Profesor od kilkudziesięciu lat mieszkał w Krakowie, ale nigdy nie zerwał więzi z rodzinnym miastem Żninem, rodziną, przyjaciółmi, znajomymi… Tadeusz Malak w każdym, z kim się w swoim życiu spotkał, zostawiał pozytywny i trwały ślad, bo nie był żadnym celebrytą – był po prostu dobrym człowiekiem. W Krakowie często spotykała go Joanna Ciosek, która w jednym z artykułów wspomina, że niczym Przybyszewski szedł w czarnym kapeluszu i czarnym płaszczu, z czerwonym szalem przerzuconym z fantazją. Ja zapamiętałam pana Tadeusza w jasnym prochowcu, może dlatego, że w Żninie bywał z reguły w miesiącach ciepłych. Zupełnie jakby to było dziś, widzę go jak wchodzi do naszej biblioteki w Żninie, pyta co słychać, z uśmiechem na ustach i dobrym słowem skierowanym do każdego… W Żninie miał wielu przyjaciół, a skąd się wywodzi – nie zapomniał nigdy. Przyjeżdżał na zjazdy klasowe, które organizował jego szkolny kolega śp. Hubert Kurczewski. W maju 2009 r., kiedy na zaproszenie dyrektora żnińskiej biblioteki Jadwigi Jelinek Tadeusz Malak (wraz z Jerzym Nowakiem i Lesławem Licem) przyjechał do Żnina ze słynnym spektaklem Ja jestem Żyd z Wesela, miał okazję spotkać się wówczas ze swoim przyjacielem, także żninianinem prof. Kazimierzem Piwkowskim –  światowej sławy muzykiem i również Honorowym Obywatelem Żnina. Sam spektakl był w Żninie wydarzeniem artystycznym roku, ucztą duchową jakiej żninianie dawno nie doświadczyli, a wyśmienita gra aktorska oraz głęboka treść sztuki utkwiła w sercach i pamięci widzów. Ostatni raz spotkałam pana Tadeusza Malaka w połowie października 2014 r. Przyjechał do Żnina na uroczystości związane z odsłonięciem tablicy poświęconej żnińskim pedagogom, którzy go uczyli. Odwiedził wówczas także naszą bibliotekę. Wszedł do biura, jak zwykle uśmiechnięty, w jasnym płaszczu, pełen energii. Chwilę porozmawiał, nie odmówił wspólnego zdjęcia… Nie pomyśleliśmy wówczas, że to już ostatnia rozmowa z sympatycznym panem Tadeuszem, że już nie pojawi się w naszej książnicy, nie podzieli się dobrym słowem, nie usłyszymy jego wspaniałego głosu… Raz tylko jeszcze wydawało się nam, że to pan Tadeusz właśnie wszedł do biblioteki, a było to 24 maja 2016 r. kiedy w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie zorganizowane zostało spotkanie autorskie z Romualdem Synakiem poświęcone jego tacie – Stanisławowi Synakowi, długoletniemu nauczycielowi żnińskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Braci Śniadeckich w Żninie. Ale to nie był pan Tadeusz, tylko bardzo do niego podobny brat – Zdzisław Malak z Gdańska. Nie ma już wśród nas wielu bliskich osób, którzy odwiedzali bibliotekę w Żninie i promowali żnińską kulturę. To był dobry przedwojenny rocznik: śp.  prof. Kazimierz Piwkowski, śp.  Hubert Kurczewski i śp.  prof. Tadeusz


130

Barbara Filipiak

Malak, śp. Andrzej Hoffmann – wieloletni dyrektor żnińskiego szpitala, który kochał sztukę w każdej postaci, a także wielu innych osób. Zaangażowani, cierpliwi, chcący przekazać następnym pokoleniom wiedzę, umiłowanie do spraw najważniejszych – prawdy, piękna, tradycji, zasad moralnych. To oni byli i są naszymi regionalistami, ambasadorami pałuckiej kultury w kraju i za granicą, odwiedzali żnińską bibliotekę, bo biblioteka to silna marka regionalizmu, w której rozwija się lokalna tożsamość. Cenią ją mieszkańcy miasta, którzy codziennie ją odwiedzają wypożyczając książki, korzystając z czytelni internetowej czy spotkań autorskich, ale zaglądają do niej również osoby z pierwszych stron gazet, nie tylko ci, którzy ze Żnina się wywodzą, bo biblioteka to intelektualne serce Polski i świata, w której znaleźć można – jeśli nie wszystko – to niemal wszystko. Pracując w bibliotece, pisząc o niej i odbywających się w niej działaniach, pozostawiam swój ślad w historii regionu, gdyż daję tym samym świadectwo tym wydarzeniom w lokalnej prasie, na internetowych stronach, w kronice bibliotecznej i gminnej, które prowadzę, a także w tworzonym przeze mnie „Bibliotecznym Diariuszu” (miesięczniku) udostępnianym użytkownikom naszej biblioteki, w którym informowani są o tym, co się w minionym miesiącu w książnicy wydarzyło. To jest mój mały wkład w historię pałuckiego regionalizmu, po którą być może kiedyś ktoś sięgnie i doceni przy tym także dyrektora biblioteki oraz moje koleżanki i kolegów bibliotekarzy, którzy aktywnie angażują się w popularyzację regionu pałuckiego i rozwój kultury lokalnej w perspektywie globalnej.


Wiesława Kubów

Gminny Ośrodek Kultury w Łukowej

R ATOWANIE DOBR A I PIĘKNA – RELACJA ZNAD TANWI

N

azywam się Wiesława Kubów. Mieszkam w Łukowej – miejscowości położonej na skraju Puszczy Solskiej w dorzeczu rzeki Tanew. Z wykształcenia jestem polonistą i plastykiem. Moje zafascynowanie regionalizmem pojawiło się chyba już na studiach, a może nawet dużo wcześniej. Pisałam pracę magisterską o gwarze Łukowej, co w jakiś sposób pogłębiło moją wiedzę z tego zakresu. Nagrałam sporo pieśni ludowych, w których zachowała się pradawna gwara. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że będzie to materiałem do mojej książki, która powstała 4 lata później. Na studiach dowiedziałam się, że Łukowa znana jest w Polsce z zachowanego i kultywowanego, jedynego w swoim rodzaju zwyczaju „dunajowania”, czyli kawalerskiego śpiewania pannom w noc św. Szczepana. To, że na poważnie zajęłam się zbieraniem najcenniejszych zabytków kultury niematerialnej Łukowej nastąpiło dzięki panu Marianowi Chyżyńskiemu – muzykowi i specjaliście w dziedzinie kultury ludowej. Razem napisaliśmy książkę Mała Ojczyzna Łukowa. Pieśni korzeni, w której znalazło się 113 najstarszych łukowskich pieśni panieńskich, weselnych, pasyjnych i bożonarodzeniowych. Pan Chyżyński zrobił transkrypcję nutową nagranych pieśni, ja zajęłam się zapisem gwarowym. Z 400 nagranych przeze mnie utworów wybraliśmy te najcenniejsze. Do tego jako załącznik powstały 4 profesjonalnie nagrane płyty CD. Wykonawcami utworów były zespoły śpiewacze z Łukowej I i Łukowej IV oraz „dunajnicy” – zdobywcy głównych nagród na Festiwalu w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Jako dyrektor GOK w Łukowej czuwałam i czuwam nad tym, żeby objęte moją opieką zespoły prezentowały najwyższy poziom w Polsce. Jak się okazuje udaje się to, bo Łukowa, jako jedyna w kraju, ma na koncie już 6 „Baszt”. Do Łukowej przez 2 lata przyjeżdżała młodzież z całej Polski uczyć się dawnego śpiewu w ramach projektu „Muzyka Jednej Wsi”. Są to obecnie znane śpiewaczki i śpiewacy, wśród nich Janusz Prusinowski i Jacek Hałas, którzy


132

Wiesława Kubów

pobierali nauki od łukowskich mistrzyń śpiewu ludowego. Przy tej okazji warto wspomnieć iż udało mi się reaktywować Zespół Muzyki Dawnej pana Sławomira Kuczka dzięki Bractwu Lutni z Dworu na Wysokiej (pow. suski), do którego należał znakomity obecnie kompozytor Paweł Bębenek. Było to w 1995 r. Podczas kolacji u znajomych poznałam dominikanina o. Wojciecha, który był organizatorem Międzynarodowych Festiwali Muzyki Korzeni Europy w Jarosławiu. Gdy ten dowiedział się, że w Łukowej przestał działać znakomity dziecięcy Zespół Muzyki Dawnej zaczął przekonywać mnie, żebym spróbowała go reaktywować. Ja wtedy pracowałam jako polonistka w innej miejscowości. Po kilku tygodniach ten sam dominikanin odnalazł mnie w Łukowej, nie znając nawet mojego imienia. Od razu namówił mnie, bym zaprosiła Bractwo Lutni tj. zespół profesjonalistów z dziedziny muzyki renesansowej, w tym Pawła Bębenka. Zespół miał koncertować w miejscowych szkołach i spotkać się z byłymi młodymi chórzystami z Łukowej. Ja miałam zorganizować pieniądze i odszukać już licealistki, które kilka lat wcześniej rozsławiały naszą miejscowość na festiwalach ogólnopolskich. Wszystko się udało. Stałam się, chcąc nie chcąc, opiekunem 8 dziewcząt, które z dyrygentem zaczęły jeździć na tygodniowe warsztaty muzyczne do Bractwa Lutni. Zajęcia zaczynały się od jutrzni kończyły się kompletą. Warsztaty połączone z modlitwą przyniosły efekty. Bardzo szybko moje chórzystki wróciły do formy i już w 1997  r. w Kaliszu na Ogólnopolskim Festiwalu Muzyki Dawnej zdobyły „Srebro”. W tym samym roku przyjaciele przekonali mnie, by złożyć dokumenty i przystąpić do konkursu na dyrektora domu kultury. Spośród 10 kandydatów rada gminy wybrała mnie. Zaczęłam pracę na pół etatu (byłam w dalszym ciągu jeszcze nauczycielką). Drugie pół etatu oddałam byłej pracownicy domu kultury. Oprócz nas obu, miałam do pomocy księgową, sprzątaczkę i „na głowie” 3 bibliotekarki. Po pewnym czasie udało mi się znaleźć 14 młodych osób do orkiestry dętej, którym trzeba było zorganizować zajęcia i kupić instrumenty. Orkiestra ta miała korzenie jeszcze przedwojenne jako orkiestra strzelecka. Natomiast 8 chłopaków z gimnazjum zgodziło się kultywować dawny zwyczaj śpiewania kolęd życzeniowych tzw. dunajowania (jedyny taki zwyczaj w Polsce). Przez ostatnie 9 lat podtrzymują oni tę tradycję. Zapraszani są na nagrania programu świątecznego do ogólnopolskiej telewizji. W 2001 r. zaczęliśmy wydawać gazetę lokalną „Goniec Łukowej”, w której publikowane były nieznane wcześniej informacje i relacje z wydarzeń historycznych, ale także zwyczajowych i religijnych. Biuletyn przekazywał i przekazuje mieszkańcom gminy głównie materiał służący podtrzymaniu tożsamości i dumy z miejsca swojego pochodzenia. Materiał archiwalny z 16 ostatnich lat tego pisma znajduje się na stronie www.lukowa.pl.


Ratowanie dobra i piękna – relacja znad Tanwi

133

Młodzi Dunajnicy z Łukowej w TVP – 2013 r. fot W. Kubów

Dzięki Panu Tomaszowi Brytanowi – regionaliście z Biłgoraja – zawdzięczam swoje zainteresowanie historią powstania styczniowego i pośrednio II wojny światowej. Na terenie Gminy Łukowa miała miejsce potyczka oddziału pułkownika Borelowskiego z wojskami rosyjskimi. W oddziale walczył znakomity poeta okresu romantyzmu Mieczysław Romanowski. Pan Brytan zachęcił mnie żebym odnowiła pomnik powstańców styczniowych na cmentarzu w Łukowej. Od tego czasu (2002 r.) zaczął funkcjonować Społeczny Komitet Opieki nad Cmentarzami w Gminie Łukowa którego jestem sekretarzem –  pierwszy na Zamojszczyźnie. Reprezentowałam w 2014  r. Komitet w Warszawie na 40-leciu Komitetu Powązkowskiego. Wygłoszona przeze mnie prelekcja m.in. o najstarszym na Lubelszczyźnie pomniku miecznika warszawskiego z 1791 r., znajdującym się na cmentarzu parafialnym w Łukowej, była jedną z sześciu wygłoszonych podczas obchodów tego jubileuszu. Obecnie komitet łukowski ma na koncie ponad 100 wyremontowanych zabytkowych nagrobków. Zajmuję się organizacją kwest, zleceniem robót, rozliczeniem. W sprawach informacyjnych i promocyjnych mogę liczyć na pomoc społeczną pracowników GOK w Łukowej. Pan Tomasz Brytan stał się inicjatorem także Regionalnego Konkursu Recytatorskiego im. Mieczysława Romanowskiego, który od 17 lat organizuję jako dyrektor GOK w Łukowej wspólnie z józefowskim domem kultury.


134

Wiesława Kubów

Ponadto dzięki pomocy historyków i regionalistów od 2003 r. zaczęłam wydawać „Zeszyt Osuchowski ” ze wspomnieniami żołnierzy Armii Krajowej biorących udział w największej w Polsce bitwie partyzanckiej w 1944 r. a rozsianych po wojnie po całej Polsce. Ich relacje wojenne i doświadczenia represji komunistycznych zapisane zostały w 14 numerach tego rocznika. Dużym wydarzeniem, które dało mi dużo satysfakcji było przygotowanie w 2016  r. wystawy zabytków sakralnych parafii Łukowa z okazji 1050-lecia Chrztu Polski. Po prawie 300 latach mieszkańcy gminy i przybyli goście mogli zobaczyć niepokazywane wcześniej XVII-wieczne naczynia liturgiczne i księgi parafialne oraz łukowskie barokowe ornaty. Ostatnie moje zaangażowanie związane jest z powstaniem Stowarzyszenia Rodzin Żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego „Osuchy 1944”, zrzeszającego rozsianych po całym kraju potomków bohaterów walczących z 30-krotnie większymi siłami niemieckiego okupanta w czasie II wojny światowej w Puszczy Solskiej.


Katarzyna Owoc-Kochańska Stowarzyszenie Czas A.R.T. Wschowa

MY, REGIONALIŚCI

Od

wielu tygodni przekładałam na bok list od Państwa fundacji. Czy mogę nazwać się „regionalistką”, gdy wokół mnie tyle osób z pasją, wiedzą, miłością do swojej małej ojczyzny? A jeśli nawet uznam się za „regionalistkę” to czy słuszne jest utożsamienie jej z pierwszą osoba liczby pojedynczej? Nie potrafię określić się tym mianem, pomimo kilku lat pracy na rzecz lokalnej społeczności i dziedzictwa kulturowo-historycznego ziemi wschowskiej. O wiele łatwiej jest mi pisać w liczbie mnogiej, gdyż wg mnie, „regionalizm”, „regionalista” to wzajemna sieć relacji pomiędzy ludźmi zamieszkującymi ten region, to emocje i świadomość naszej wspólnej przeszłości, która odkrywana, zbadana, rzetelnie zanalizowana wpływa na przyszłość kolejnych pokoleń. Wracając wspomnieniami do początków swojej pasji związanej z moim miastem, zawsze mam obraz ludzi, którzy z zaangażowaniem opowiadali o swoich odkryciach, o tajemnicach tej ziemi. Wschowa, po 1945 roku to „nowa ziemia” dla większości mieszkańców. Nikt nie wiedział o bogactwie historycznym tego miejsca, o wielowiekowym dziedzictwie, o znaczeniu ziemi wschowskiej w historii naszego kraju. Oni, pierwsi – Regionaliści, poszukiwali odpowiedzi na swoje pytania, tłumaczyli księgi, pisma, chronili zabytki, organizowali spotkania, gromadzili cenne materiały. I przez te wszystkie lata nie wygasała w nich pasja, zawsze widziałam inspirujący „błysk w oku”, nigdy nie opuszczała ich siła i wiara w słuszność swojej pracy, bardzo często społecznej, nieodpłatnej, dla idei. Ci pierwsi spotkani przeze mnie regionaliści nauczyli mnie, że to co przeszłe łączy, a im większa świadomość historyczna tym bogatsze społeczeństwo. Pamiętam, że od zawsze uwielbiałam słuchać, obserwować, analizować jak przeżycia i doświadczenia jednostek wpływają na odbiór przestrzeni publicznej, otaczającego nas dziedzictwa. Jak kształtuje się ta przestrzeń, gdy zmieniają się nasze wartości, gdy konsumpcjonizm zwiększa egoizm i wyalienowanie społeczne? Jak tracimy swą materialną i niematerialną


136

Katarzyna Owoc-Kochańska

przeszłość nie edukując, przyzwalając na traktowanie „zastanego” dziedzictwa kulturowo-historycznego jako „zła koniecznego”? Jakie znaczenie dla kolejnych pokoleń – urodzonych na ziemi wschowskiej, ma przeszłość miasta? Mogłam obserwować Wschowę w czasie dwóch ustrojów – komunistycznego i demokratycznego; dwóch wieków – XX i XXI. Na początku biernie, lecz wraz z wiekiem i dojrzałością coraz aktywniej, z zaangażowaniem i wiarą w możliwość zmian. Podczas rodzinnych spotkań, rozmów z przyjaciółmi, spacerując z dziećmi, podróżując coraz częściej widziałam potrzebę edukacji społecznej, zaktywizowania ludzi do pracy na rzecz swojej ojczyzny. Ingerencja w przestrzeń publiczną i jej delikatną, wielowiekową, zabytkową materię nie zawsze łączyła ludzi – to przyśpieszyło moje zaangażowanie we wzajemną interakcję i pracę z mieszkańcami o podobnych zainteresowaniach, z podobną wrażliwością i świadomością. Także konieczność dialogu pomiędzy mieszkańcami, ale także pomiędzy urzędnikami, włodarzami, którzy posiadaj niezbędne narzędzia do zmiany otaczającej nas przestrzeni – stanowiło czynnik aktywujący i mnie. Zaangażowanie w działania prospołeczne umotywowane były także destrukcyjnymi lub nieprzemyślanymi działaniami grupy decyzyjnej w gminie. Brak należytej uwagi i staranności w opiece nad zabytkami, brak wspomnianej wcześniej edukacji społecznej ukierunkowanej na dbałość o zabytki, niszczenie zieleni, piętnowanie przez lokalne władze społeczników, za obronę regionalnego dziedzictwa, brak dialogu w strefie NGO to kolejne elementy bezpośrednio wpływające na moje zaangażowanie. Jednak najważniejszy jest czynnik ludzki. Przez ostanie kilka lat pracy, to „My, Regionaliści”, pracując wspólnie uczymy się od siebie, poznajemy swoje potrzeby, określamy kierunki działań, tworzymy strategie, planujemy. Reagujemy, gdy w danym momencie, odbiera się nam piękno zieleni i dąży do wyburzenia trwałych elementów naszego wspólnego dziedzictwa. Edukujemy, organizujemy plenery, konferencje, pokazy filmowe, konkursy, promujemy, uwrażliwiamy i co najważniejsze – słuchamy, rozmawiamy, jesteśmy otwarci na współpracę. My, Regionaliści nie pracujemy w pojedynkę. Nas, Regionalistów, kreują nasi odbiorcy. Kto był / jest naszym wzorem, mentorem godnym naśladowania autorytetem? Dla mnie to wszyscy ludzie z pasją dla których nie ma rzeczy niemożliwych dla ratowania przeszłości, dla utrwalania rzeczywistości. To każdy, kto „dba o wspomnienia”, przekazuje je dalej, dzieli się swą wiedzą, zbiorami, nie tworzy fikcji przeszłości dla swych korzyści. Te kilka dekad dla „Regionalisty” to zawsze czas intensywnej pracy, bez względu na ustrój. Od wieków hierarchia wartości każdego z nas była inna. Dziedzictwo ziemi wschowskiej stanowiło inną wartość dla mieszkańca


My, regionaliści

137

z XVI w., i inną dla żyjącego w XX w. Zamieszkująca te tereny ludność budowała fundament pod obecny kształt i warunki uprawiania regionalizmu. Po zmianie ustroju, w 1989  r., Polska uległa przeobrażeniu. Zmiany te wpłynęły także na ustawodawstwo, które sprecyzowało i unormowało zasady ochrony naszego dziedzictwa narodowego. Wprowadzono wiele regulacji mających chronić to, co „przeszłe” – „znienawidzone” przez poprzedni ustrój. Pałace, zamki, dwory, kamienice, parki etc., etc. ocalały już nie tylko dzięki walce „Regionalistów” z realiami ustroju komunistycznego. Wspólne, wielowiekowe dziedzictwo naszych ziem stało się cenną „materią” bez względu na swą przedwojenną przeszłość i „klasowe” pochodzenie. Lecz pomimo tych zmian, „Regionalista” nadal natrafia na wiele utrudnień. Prawo nie zawsze pomaga gdy bark społecznej edukacji, brak środków finansowych na ochronę zabytków, stykamy się urzędniczą opieszałością. Wykluczenie i zmniejszenie szans w efektywności działania „Regionalisty” wynika także z lokalizacji i wielkości jego małej ojczyzny. Determinacja nie zawsze pomaga w pozyskaniu środków finansowych, niezbędnych do badań, wydania publikacji, szkoleń – dla podnoszenia regionalnej świadomości wśród obywateli. Zarówno kiedyś, jak i dziś „Regionalista” nieustannie „walczy”. W swojej pasji, zaangażowaniu, mierzy się również ze zmiennością lokalnych potrzeb i wartości. Budowa dróg, osiedli mieszkalnych, szkół, fabryk na trwałe zmienia układ urbanistyczny wielu miast. Często burzy się „stare”, by wybudować „nowe” bez dbałości o wspólną przestrzeń publiczną. Ten brak dojrzałości o dobro przyszłych pokoleń najbardziej martwi. Współczesne tempo życia, utożsamianie swojej pozycji z posiadanymi dobrami, podejmowanie „ekonomicznie słusznych decyzji” bez względu na koszty społeczne, to ogromne zagrożenie dla naszego lokalnego dziedzictwa. Do działań prospołecznych potrzebujemy wsparcia lokalnych władz, wzajemnych konsultacji, społecznego dialogu, wsparcia środowiska naukowego, czytelnych i ogólnodostępnych rządowych projektów wsparcia, ustawodawstwa opartego na realnych możliwościach pomocy wraz z zabezpieczeniem środków finansowych w budżecie państwa, gmin i powiatów. Nacisk na edukację regionalną w przedszkolach, szkołach (również szkołach wyższych). Istnieje wiele zagadnień, które wymagają przeanalizowania i omówienia, aby praca ”Regionalistów” stanowiła wartość społecznie nadrzędną, motywującą kolejne pokolenia. Mogę podsumować swoją wypowiedz tylko jednym zdaniem –  Regionalista to każdy, dla którego źródłem siły jest świadomość przyszłości.


Andrzej Rodys Warszawa

CZY WARSAWIANISTA TO REGIONALISTA?

U

dzielenie odpowiedzi na tak postawione pytanie, wbrew pozorom, nie będzie dla mnie ani proste, ani jednoznaczne, a jakakolwiek by nie była ta odpowiedź, będzie ona ciągle otwarta na, różnego rodzaju, uzupełnienia. Zacznę od tego, że nie bardzo jestem pewien, czy aby właśnie jestem warsawianistą, albo varsavianistą, bo obie formy, na równych prawach, w piśmiennictwie funkcjonują. Zawsze byłem przekonany, że warsawianista to ten, który Warszawę, jej historię, jej wszystkie tajemnice i ogólnie całą wiedzę o mieście, ma w przysłowiowym małym palcu. Za warsawianistę na pewno uważałem Jerzego Kasprzyckiego, autora cyklu Warszawskie Pożegnania, w ramach którego przez wiele lat ukazywały się, w nieśmiertelnym i nieodżałowanym „Życiu Warszawy”, opowieści o godnych uwagi i szacunku, a nieistniejących już, różnych warszawskich obiektach, podane ze znawstwem i z widocznym zaangażowaniem uczuciowym. Na pewno także warsawianistą jest profesor Marian Marek Drozdowski, czy, z młodszego już pokolenia, Jarosław Zieliński – autorzy wielu opracowań o charakterze bądź naukowym, bądź dokumentacyjnym. Ale nie wiem czy nazwa ta należy się także takim jak, na przykład, Artur Oppman (Or–Ot), nie kwestionując, oczywiście, olbrzymich zasług tego ostatniego w dziele utrwalania Warszawy w poezji i w przepięknych baśniach–legendach. Można wymienić tu jeszcze wielu piszących o Warszawie, i to, zarówno poetów, jak prozaików; poczynając od barokowego Adama Jarzębskiego, poprzez Bolesława Prusa, do Wiecha, Marka Hłaski, Marka Nowakowskiego czy Stanisława Grzesiuka. Im, może bardziej, należałby się tytuł „piewca Warszawy”. No, ale może także i ich dzieła, których miejsce jest niewątpliwie w literaturze pięknej, w jakimś stopniu są również świadectwem kultury, obyczajowości, czy nawet dziedzin takich jak topografia. A więc, pewnie nazwanie ich warsawianistami, błędem nie jest.


140

Andrzej Rodys

Sam, jakoś nie uważam się za wybitnego znawcę Warszawy, jej dziejów, kultury, stanu prawnego, czy gospodarczego, jej topografii, chociaż, jako długoletni mieszkaniec miasta, nieco znam te sprawy, na pewno jednak w stopniu dalekim od doskonałości. Z Warszawą jestem uczuciowo związany od urodzenia. Efektem tego związania jest, jak dotychczas, trzydzieści jeden wierszy, dwa poematy, jedna dłuższa powieść o charakterze sagi i kilkanaście artykułów. Oprócz tego napisałem jeszcze dwieście kilkadziesiąt wierszy oraz trochę esejów i opowiadań o zupełnie innej tematyce. Ilościowo, to co dotyczy tematyki niewarszawskiej, ma zapewne dużą przewagę, ale, właśnie nie wiem dlaczego, w pewnych kręgach – w pewnych, bo przecież zbyt szeroko nie jestem znany –  zaczęto mnie szufladkować jako takiego, wspomnianego wcześniej, „piewcę Warszawy”. Tak właśnie określiło mnie, na przykład, Centrum Kultury Polskiej na Litwie, przyznając nagrodę–statuetkę im. Stanisława Moniuszki za „wnikliwą i ciepłą poezję o Warszawie”. Nieco wcześniej zostałem dwukrotnie mianowany „warsawianistą”. Na przykład Jacek Głuski („Nasz Ursus” – Nr 10 (25) R. 2012, str. 6) napisał: Rodys niestrudzenie wędruje ulicami stolicy, skrupulatnie odnotowując wszystkie zmiany: Chociaż lat mi na karku przyrasta, / I, rzecz jasna, boli coś, lub strzyka, / Lubię chodzić ulicami miasta, / Jego ducha, na żywo, dotykać. Czyni to z miłością i pasją. Dobrze, że nie zaginęli prawdziwi varsavianiści, duchowi potomkowie Artura Oppmana.

Natomiast Jan Zdzisław Brudnicki we wstępie do mojego tomiku wierszy Syrenie Gawędy 2 napisał: „No cóż, lubię varsavianistów, myślę, że czeka na nich wielu i że dzięki temu książka znajdzie czytelników”. Później, tę etykietkę „warsawianisty” przypinano mi jeszcze wielokrotnie w różnych, mniej lub więcej oficjalnych, ustnych wypowiedziach. Tak więc, niezależnie od tego, jak to się nazywa, ostatecznie poczułem się dobrze w roli takiego, który pisze o Warszawie i stara się przekazywać informację o niej takiej, jaka była, jaką ja jeszcze pamiętam, albo znam – niejako z pierwszej ręki – z relacji tych, którzy pamiętali ją nieco wcześniej, niż ja mogłem pamiętać. Ostatecznie utrwalanie Warszawy postawiłem sobie za jedno z zadań i staram się zadanie to realizować. Nie wiadomo z jakim to będzie skutkiem i ile z tego mi się uda, bo przecież lat już niewiele zostało. A zatem, wygląda na to, że zgodziłem się już z nominacją na warsawianistę. Jednak w tym momencie pojawiło się nowe pytanie: „Czy warsawianista to regionalista?”. Jeżeli za podstawę odpowiedzi przyjąć tu encyklopedyczną definicję regionalizmu: „Tendencja społeczna przejawiająca się w dążeniu do zachowania ukształtowanych w procesie historycznym odrębności (kultu-


Czy warsawianista to regionalista?

141

ry, gwary, folkloru, tradycji itp.)” (Popularna Encyklopedia Powszechna, Bertelsman Media – 2002, t. 9, str. 588), to możnaby skłaniać się do odpowiedzi twierdzącej. Jeżeli bowiem uważamy, że takie odrębności istnieją na Podhalu, na Kurpiach, na Śląsku, to mogą one istnieć i w Warszawie. Warszawa ma przecież też swoją kulturę, folklor, tradycje. Co do gwary, to zdania są podzielone. Jest lansowany pogląd, że gwara warszawska istniała i istnieje do dzisiaj. Są też opinie, że gwar było więcej, bo ci ze Szmulek mówili inaczej niż ci z Woli lub z Czerniakowa. A przecież trzeba przyjąć, że jeszcze w początkach XX w. kontakty międzydzielnicowe nie były tak powszechne i łatwe jak obecnie, a zatem poszczególne dzielnice pozostawały w stosunku do siebie w dużej izolacji i posługiwały się swoimi slangami, właściwymi dla niedużego kawałka miasta. Wraz z działalnością dziennikarską, a później literacką Stefana Wiecheckiego (Wiecha) pojawiło się przekonanie o tym że język, jakim posługują się jego bohaterowie, to właśnie „gwara warszawska”. Ale tak naprawdę, to Wiech stworzył swego rodzaju syntezę języka ze strzępów różnych i różniących się od siebie fragmentów, jakie zasłyszał podczas rozpraw przed warszawskimi sądami grodzkimi z ust, stających przed tymi sądami, przedstawicieli ludności, różnych przecież, warszawskich dzielnic. Tym zagadnieniem zajmował się prof. Bronisław Wieczorkiewicz, a wyniki jego badań, są przecież dostępne, ja zaś nie czuję się upoważniony do tego by coś do nich dodawać. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że w drugiej połowie wieku XIX, Warszawa, jako prężny, rozwijający się, duży ośrodek miejski, przyciągał ludzi z wielu stron kraju, a przynajmniej z zaboru rosyjskiego, czyli tworu też dość rozległego terytorialnie. Ludzie ci przynosili ze sobą różne elementy kultury, folkloru, tradycji swoich regionów, które ostatecznie wrosły w kulturę, folklor, tradycję warszawską, powodując jej wzbogacenie. Stopniowo wykształcały się przecież różne tradycje warszawskie, jak wielkanocna zabawa na Ujazdowie, letnie pikniki w lesie bielańskim, czy wreszcie specyficzne enklawy handlowe, takie jak Kercelak, Pociejów, czy Wołówka, nie mówiąc o wykształcającym się stopniowo modelu „eleganckiego faceta z wyższem wykształceniem salonowem”, który jednak nie był wolny od takich potknięć, jak noszenie tzw. żółtych butów do czarnego garnituru. Możnaby zatem przyjąć, że życie społeczeństwa warszawskiego, mimo innych, „miastowych” przecież warunków, w istocie swojej niewiele różniło od życia w wielu połaciach kraju, mających charakter rolniczy, czy małomiasteczkowy. A przecież dodać trzeba, że jeszcze do dzisiaj, na terenie miasta Warszawy zachowało się wiele miejsc, krajobrazowo nie różniących się od wsi, czy małego miasteczka. Przecież w skład Warszawy, podczas kilku etapów zwiększania jej obszaru, włączono trochę mniejszych miast i wsi,


142

Andrzej Rodys

a nawet obszarów leśnych. Proces urbanizowania się tych terenów nie przebiega przecież błyskawicznie. Stąd te pozostałości dawnego stanu, wpływające na dość duże zróżnicowanie krajobrazu miasta. Może z pewnym niedowierzaniem, może nieśmiało, ale chyba jednak można zaryzykować twierdzenie, że Warszawa – pod względem kultury, folkloru, tradycji –  regionem jednak jest. Dlatego odpowiedź na postawione na wstępie pytanie mogłaby brzmieć: WARSAWIANISTA JEST REGIONALISTĄ. Ale to może dopiero teza do dyskusji…?


Jadwiga Duda

Klub Przyjaciół Wieliczki

PRZYJACIELE WIELICZKI Z KLUBU PRZYJACIÓŁ WIELICZKI

U

rodziłam się w marcu 1955 r. w Wieliczce, jako córka Józefa i Józefy Cholewów, w rodzinie robotniczo-chłopskiej. Tato, rodem z Sierczy k.  Wieliczki, przez 40 lat pracował w wielickiej kopalni soli a mama była księgową w Gminnej Spółdzielni. Rodzice pobrali się w 1950  r. Na świat wydali czworo dzieci: Jerzego, mnie, Zdzisława, Wojciecha. Gospodarzyli w Koźmicach Wielkich k.  Wieliczki, rodzinnej wsi mamy, na kawałku gruntu. Budowali dom, troszczyli się o nasze utrzymanie, wychowanie i wykształcenie. Przekazali nam wiarę katolicką, umiłowanie Boga, Ojczyzny, ludzi –  naJadwiga Duda uczyli nas żyć uczciwie, w prawdzie, pracowitości, szacunku do siebie i innych. W Koźmicach Wielkich w latach 1962–1970 uczęszczałam do ośmioklasowej Szkoły Podstawowej. Oprócz nauki w szkole obowiązkiem każdego dziecka wiejskiego była pomoc rodzicom w gospodarstwie: sadzenie ziemniaków, sianokosy, żniwa itd. Lubiłam się uczyć, szczególnie przedmiotów humanistycznych. Uczyli mnie i byli wychowawcami: Stanisława Piąstka, Wanda Sułkowska, Jadwiga Turek, a w klasie 8-ej Klemens Surówka, kierownik szkoły. W klasie piątej polubiłam historię dzięki nauczycielowi Kazimierzowi Mice. Należałam do zuchów i harcerstwa, uprawiałam lekkoatletykę, szachy, jazdę na rowerze.


144

Jadwiga Duda

Naukę kontynuowałam w latach 1970–1974 w Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Matejki w Wieliczce, w klasie żeńskiej, której wychowawczynią była profesor Maria Paluchniak, anglistka. Historii uczył profesor Tadeusz Turcza i nauczył. W liceum najważniejszym przedmiotem był język rosyjski –  uczyliśmy się z podręcznika studenckiego. Prawie wszyscy należeliśmy do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, korespondowaliśmy z koleżankami z ZSRR, czytaliśmy radzieckie czasopisma. W matematyce zawsze pomagał mi brat Jerzy. Po maturze postanowiłam studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim na kierunku archeologia Polski i powszechna. Był to kierunek oblegany –  10 osób na jedno miejsce. Egzaminy pisemny i ustny z historii, geografii i języka rosyjskiego zdałam –  na pierwszy rok przyjęto 22 osoby. Studia mnie pasjonowały, chociaż dużo nauki pamięciowej, ale za to w wakacje praktyki na wykopaliskach – na wszystkich prowadziłam dokumentację rysunkową i księgi inwentarzowe zabytków ruchomych. Miałam znakomitych nauczycieli, profesorów: Janusza Krzysztofa Kozłowskiego, Marka Gedla, Kazimierza Godłowskiego. W czasie wakacji pracowałam także na wykopaliskach prowadzonych przez Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka. Wielką rolę w moim życiu miało spotkanie z prof. gimnazjalnym Alfonsem Długoszem, artystą–malarzem, fotografikiem, który jest twórcą tej instytucji. Jego córka Lidia z moją mamą chodziła do Liceum Handlowego w Wieliczce – przyjaźniły się. On to patrząc na moje rysunki dokumentacji archeologicznej, kładąc mi na głowę swoją dłoń, powiedział: Dziołcha ty się nie martw – robota będzie ale za marne pieniądze. Zaraził mnie swoją pasją na całe życie. W 1979 r. napisałam i obroniłam pracę magisterską pt. Osadnictwo na terenie Wieliczki we wczesnym średniowieczu. W latach studenckich należałam do Oddziału Miejskiego PTTK w Wieliczce i społecznie byłam zaangażowana w prace Komisji Opieki nad Zabytkami. Pod koniec studiów wraz z Józiem z AGH należałam do Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym u Ojców Dominikanów. Wstąpiliśmy do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. To trwa i procentuje do dziś. Po studiach pracę zawodową, jako archeolog rozpoczęłam w Muzeum im. Stanisława Fischera w Bochni. Tu zakładałam dział archeologiczny, prowadziłam badania ratownicze w Krzeczowie na osadzie z okresu wpływów rzymskich i na terenie muzeum w wykopach pod budynek mieszkalny. Wówczas zaprzyjaźniłam się z Janiną Kęsek, historykiem, wnuczką twórcy muzeum. Poznałam Kornelię Dobkiewiczową, pisarkę z Katowic, która zbierała materiały do książki Wiano świętej Kingi – pomagałam jej w tym dziele. Pani Kornelia poprosiła mnie o napisanie artykułu o wykopaliskach w Krzeczowie, który przesłała do magazynu „Mówią Wieki”. Redakcja opublikowała go w numerze 4 z 1981 r. i tak rozpoczęła się moja droga dziejopisa.


Przyjaciele Wieliczki z Klubu Przyjaciół Wieliczki

145

W 1980 r. zmieniłam stan cywilny –  w USC w Wieliczce i w kościele św.  Franciszka z Asyżu zawarłam związek małżeński z Józefem Dudą z Brzeska. Rozstałam się z Bochnią –  zamieszkaliśmy u rodziców w Koźmicach Wielkich. Zatrudniłam się w Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka w Dziale Historii Kultury Materialnej (w archeologii nie było etatu), gdzie pracowałam do 1991 r. W muzeum sporządzałam indeksy do zbioru ponad 3000 map górniczych i opracowywałam artykuł pt. Próba datowania i określania autorstwa map górniczych Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka, który został opublikowany w „Studiach i Materiałach do Dziejów Żup Solnych w Polsce”, tom 16. W tym czasie urodziłam dwóch synów: Dominika i Bartłomieja, byłam na urlopach wychowawczych. Dodatkowo pracowałam jako instruktor turystyki w Międzyszkolnym Ośrodku Sportowym w Wieliczce, organizując dla dzieci wycieczki w wolne od nauki soboty. Mąż był zatrudniony w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Studiował na studiach doktoranckich na AGH, które zakończył obroną pracy doktorskiej w 1986 r. W czasie wakacji pracował w Niemczech a zarobione fundusze i kredyt bankowy pozwoliły nam na budowę domu. Gdy starszy syn rozpoczynał naukę w szkole podstawowej, a młodszy został przedszkolakiem, postanowiłam po ukończeniu kursu pedagogicznego podjąć pracę nauczycielki w Szkole Podstawowej w Koźmicach Wielkich. Uczyłam historii, wiedzy o społeczeństwie i otrzymałam wychowawstwo klasy VII b, która liczyła 19 uczniów. Kochałam to co robiłam, praca dawała mi dużo satysfakcji, zwłaszcza gdy uczeń się starał – ale okazało się, że struny głosowe odmawiają posłuszeństwa a i ja rzekomo z podstawówki robiłam uniwersytet. Do dziś mam zbiór szkolnych zadań na temat historii, tradycji, zwyczajów Koźmic. W 1990  r. mąż został wybrany w wyborach samorządowych do Rady Miejskiej Wieliczki i do 1992 r. pełnił funkcje przewodniczącego. W latach 1992–2006 był burmistrzem miasta i gminy Wieliczka –  obowiązek prowadzenia domu, wychowania dzieci spoczął na mnie. W 1993 r. wróciłam do pracy w wielickim muzeum do Działu Archeologicznego. Prowadziłam wykopaliska w Wieliczce na stanowiskach archeologicznych nr: II, X, XIII – wszystkie zakończone sukcesem. Na stanowisku II – zamek, ogród żupny –  odkryto fundamenty średniowiecznego muru miejskiego na długości 37 m wraz z zarysem baszty. Decyzją Woj. Konserwatora Zabytków w Krakowie mury nadbudowano i są dziś atrakcją dla turystów. Ten okres to współpraca ze środowiskiem, szczególne z młodocianymi, którzy mając 16 lat pracowali ze mną, aby zarobić parę groszy w muzeum. Po wykopaliskach sporządziłam sprawozdania i razem z rysunkami opublikowane zostały w „Sprawozdaniach Archeologicznych” (Kraków 1997), w „Acta Archeologica Carpathica”, tom 34, „Archeolslavica” (1998).


146

Jadwiga Duda

W 1997 r. zrezygnowałam z pracy w muzeum i po trzech miesiącach przerwy zatrudniłam się w Kopalni Soli „Wieliczka”, w tworzącej się spółce Trasa Turystyczna. W przerwie pisałam teksty do albumu Wieliczka (1998). Tu do końca czerwca 1999 r. pracowałam w Sekcji Dokumentacji Historycznej razem z Agnieszką Wolańską, historykiem, która też rozstała się z tutejszym muzeum. Razem organizowałyśmy kurs przewodnicki po Trasie Turystycznej, konkurs wiedzy dla szkół „Wieliczka – historia – zabytki atrakcje turystyczne”, I konkurs Szopki Wielickiej, spotkania z cyklu „Wieliczka – Wieliczanie” od numeru 1 do 17, opracowywałyśmy folder o Alei Jana Pawła II, którą otwarto w 1998 r. itd. W tym czasie podjęłam Podyplomowe Studia Zarządzania Kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończyłam obroną pracy poświęconej spotkaniom „Wieliczka – Wieliczanie”. Wówczas w 1997  r. wraz z mężem wstąpiłam do Stowarzyszenia „Klub Przyjaciół Wieliczki” i w latach 1997–2002 pełniłam funkcję sekretarza, a od 2002 r. wolą prof. Zygmunta Kaweckiego i Walnego Zgromadzenia do dziś jestem prezesem Zarządu. W tym Klubie społecznie pracuję z sercem i pasją. Kocham Wieliczkę i wieliczan. Równocześnie przy Parafii p.w. Trójcy Św. w Koźmicach Wielkich organizowałam 32 Parafialny Oddział Akcji Katolickiej i w latach 1999–2005 byłam jego prezesem. Od jesieni 1999 r. do 31 stycznia 2017 r. pracowałam w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Wieliczce prowadząc jednoosobowy Dział Regionalny. Pracując w bibliotece w latach 1999–2017 prowadziłam cykliczne spotkania kulturalno-oświatowe „Wieliczka – Wieliczanie” w Urzędzie Miasta i Gminy Wieliczka w sali „Magistrat”, tworząc tu Dom Spotkań z Historią. Odbyły się 230 spotkania, w których łącznie udział wzięło ok. 28 000 osób, i ponad 1000 prelegentów społecznie wygłosiło prelekcje. W związku ze spotkaniami w KSW – Trasa Turystyczna, narodziła się seria wydawnicza „Biblioteczka Wielicka”, w formie zeszytów. Od 2003 r. – od zeszytu nr 4 do zeszytu 174 – sama pisałam, pozyskiwałam referaty od prelegentów, redagowałam, uzupełniałam fotografiami i ich opisem „Biblioteczkę Wielicką”. Korektę polonistyczną tekstów sporządzały Danuta Kostuch w latach 2003–2015 i Zofia Szlachta w latach 2016–2017. Wspólnie z Arturem Grzybkiem, właścicielem FOTO IGO dokonywałam składu każdego zeszytu. Już na emeryturze opracowałam ostatni 175 zeszyt „Biblioteczki Wielickiej” po 230. spotkaniu „Wieliczka – Wieliczanie”. Zeszyty „Biblioteczki Wielickiej” – to kopalnia wiedzy o Wieliczce i wieliczanach – cegiełki do wydania drugiego monografii Wieliczka dzieje miasta. Znajdują się w Bibliotece Narodowej w Warszawie, w Zakładzie im. Ossolińskich we Wrocławiu, w Krakowie w Bibliotece Jagiellońskiej i Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej, we wszystkich bibliotekach miasta i gminy Wieliczka, powiatu wielickiego, u uczestników spotkań „Wieliczka – Wieliczanie”.


Przyjaciele Wieliczki z Klubu Przyjaciół Wieliczki

147

Od 2010 r. w szkołach, w bibliotece w ramach lekcji organizowałam spotkania z cyklu „Mnie Ta Ziemia od innych droższa” z wieliczanami zasłużonymi w walce o niepodległość Ojczyzny w czasie II wojny światowej i po niej – ponad 50 pogadanek wygłosił kapitan Stanisław Szuro, ur. w 1920 r., żołnierz ZWZ–AK, więzień obozów koncentracyjnych a po wojnie żołnierz podziemia antykomunistycznego i więzień polityczny, a kilka Henryk Kozubski, ur. w 1911 r. malarz nieprofesjonalny, senior Klubu Przyjaciół Wieliczki. Młode pokolenie wieliczan zapraszałam do udziału w konkursach o Wieliczce, Kopalni Soli „Wieliczka”, Powiecie Wielickim pt. „Wieliczka i Powiat Wielicki: historia – zabytki – atrakcje turystyczne” (było 9 edycji dla szkół podstawowych i gimnazjów), postaciach zasłużonych dla Wieliczki: Świętej Kindze, Ojcu Świętym Janie Pawle II, Słudze Bożym Alojzym Kosibie, Feliksie Piestraku, Alfonsie Długoszu, Mieczysławie Skulimowskim. Organizowałam dla uczniów zainteresowanych wycieczki po Wieliczce, do Gdowa, Grodkowic, Niegowici, Niepołomic, Starego Sącza itd. Od 2006  r. przewodniczyłam co roku pracom Społecznego Komitetu Ratowania Zabytków Cmentarza Komunalnego w Wieliczce organizując 1  listopada kwesty celem zebrania funduszy na ratowanie zabytkowych nagrobków. Odnowiono ich dwanaście. Od 1999  r. prowadziłam poszukiwania wieliczan na Liście Katyńskiej – odnalazłam 54 osoby. Na wielickim cmentarzu powstała kwatera 34 Dębów Pamięci, które upamiętniają oficerów WP związanych z Wieliczką, zamordowanych strzałem w tył głowy przez NKWD w Katyniu w 1940  r. Napisałam pracę na konkurs organizowany przez Pawła Kowala, europosła pt. Małopolska–Katyń ocalić od zapomnienia, którą nagrodzono. W Klubie Przyjaciół Wieliczki animowałam różne wydarzenia m. in. wycieczki do miast, w których działają zaprzyjaźnione z nami towarzystwa regionalne: Bochni, Niepołomic, Wiśnicza, Wojnicza, Tarnowskich Gór, Sławkowa, Świątnik Górnych, Skawiny, Zatora, Gdowa, Kłaja, Kalwarii Zebrzydowskiej niekiedy towarzyszyły im wernisaże akwarel Henryka Kozubskiego. Różne spotkania z cyklu „Dla zdrowia wieliczan”, „Prawnik radzi”, „Śpiewaj razem z nami”, „Z kart historii Polski i Wieliczki”, „Kim jestem?” organizowane w Centrum Kultury i Turystyki, gdzie Klub ma siedzibę. W 2016 r. wraz z Zarządem Klubu organizowałam 18 czerwca i 9 grudnia –  50 lecie Stowarzyszenia Klub Przyjaciół Wieliczki. Dodam że Klub Przyjaciół Wieliczki został uhonorowany przez prof. Piotra Glińskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Medalem Zasłużony dla Kultury Polskiej i przez Jacka Krupę, Marszałka Województwa Małopolskiego Medalem Polonia Minor. Klub jest członkiem Małopolskiego Związku Regionalnych Towarzystw Kultury od 2007  r. a ja w Zarządzie pełnię funkcję sekretarza.


148

Jadwiga Duda

W Koźmicach Wielkich należę do Koła Gospodyń Wiejskich i Stowarzyszenia Miłośników Koźmic, w ramach pracy dla wsi zorganizowałam 30 otwartych spotkań z cyklu „Koźmice – Koźmiczanie”. Po nich napisałam relacje, które są na stronie wsi: www.kozmice.wieliczka.eu Jestem członkiem nadzwyczajnym Koła Wieliczka Światowego Związek Żołnierzy Armii Krajowej bez uprawnień kombatanckich, Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych RP w Wieliczce, Klubu Historyczny im. gen. S. Grota Roweckiego w Wieliczce. Należę do Towarzystwa Przyjaciół Muzeum im. Wincentego Witosa w Wierzchosławicach, Stowarzyszenia Absolwentów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka. Wspomnę, że w minionym 20-leciu w latach 1999–2007 byłam animatorem Ruchu Młodych Miłośników Starych Miast w Wieliczce – w pięciu szkołach działały Koła Młodych Miłośników Starej Wieliczki, które poznawały historię Wieliczki, jej zabytki w czasie pozalekcyjnym, uczyły się patriotyzmu lokalnego i okazywały go m. in. poprzez inwentaryzację kapliczek, grobów na cmentarzu, udział w kweście 1  listopada czy obchodach świąt narodowych. Powołałam w Parafii Św. Klemensa Stowarzyszenie Czcicieli Św. Kingi w Wieliczce i reaktywowałam przy bibliotece Akademickie Koło Wieliczan, którego studenci nadali mi tytuł członka honorowego. Za pracę dla Małopolski, Wieliczki, wieliczan otrzymałam nagrody: w 1999 r. Odznakę za Zasługi dla Związku Kombatantów Rzeczpospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych, w 2000 r. – nagrodę kulturalną Burmistrza Wieliczki, w 2008 r. od Bogdana Zdrojewskiego, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, medal i legitymację „Zasłużony Dla Kultury Polskiej”, od Kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych dyplom i medal „PRO MEMORIA” za wybitne zasługi w utrwalaniu pamięci o ludziach i ich czynach w walce o niepodległość Polski podczas II wojny światowej. W 2010 r. Rada Ochrony Pamięci i Męczeństwa nadała mi Srebrny Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej. W 2012 r. Nagrodę Województwa Małopolskiego im. Romana Reinfussa w kategorii wydarzenie upowszechniające wiedzę o wartości i znaczeniu lokalnego dziedzictwa kulturalnego – spotkania „Wieliczka – Wieliczanie” oraz „Złote Jabłko Sądeckie” za propagowanie św. Kingi, Pani Ziemi Sadeckiej patronki Wieliczki i Powiatu Wielickiego. W 2013 r. tytuł „Koźmiczanin Roku”. W 2014 r. Honorowy Przewodnik Turystyczny po Wieliczce i Ziemi Wielickiej przez Wielicką Lokalną Organizację Turystyczną. W 2015 r. – Odznakę Honorową Sybiraka i Dyplom Uznania od Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego 1939–1956. W 2016 r. – Medal Wolnego Królewskiego Miasta Wieliczka – od Burmistrza, Srebrną Odznakę Honorową Polskiego Czerwonego Krzyża III stopnia, tytuł Ambasador Kopalni Soli „Wieliczka” od prezesów


Przyjaciele Wieliczki z Klubu Przyjaciół Wieliczki

149

KSW: Zbigniewa Zarębskiego i Damiana Koniecznego oraz od Instytutu Pamięci Narodowej Medal „Świadek Historii”. W 2017 r. Zarząd Województwa Małopolskiego nadał mi Srebrną Odznakę Honorowa Województwa Małopolskiego – Krzyż Małopolski. Odznaczenie wręczył mi Wojciech Kozak, Wicemarszałek w czasie 230 spotkania z cyklu „Wieliczka – Wieliczanie”. 22 kwietnia b.r. Piotr Kurek z Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Warszawie na spotkaniu wielkanocnym Klubu Przyjaciół Wieliczki wręczył mi Medal – Odznaczenie Pamiątkowe za Zasługi dla „ŚZŻAK”. Muszę podkreślić, że największym moim skarbem jest mój mąż, który zawsze mnie wspierał w domu i poza nim. Dzieci dorastały ale razem z mamą uczestniczyły w wykopaliskach a potem w tworzeniu spotkań „Wieliczka – Wieliczanie”, jako uczniowie podstawówek, potem szkół średnich – pomagały mamie jak mogły. Mąż był pochłonięty pracą dla Wieliczki i wieliczan, dla nas był tylko w czasie urlopu, kiedy to zabierał nas samochodem na wycieczki po Europie i Polsce. Teraz pracuje naukowo na AGH, jest radnym powiatowym – ma więcej czasu dla rodziny. Zawsze rodzinę łączyła wspólna modlitwa, czytanie Pisma Świętego, Eucharystia, wyjazdy na rekolekcje. Doczekaliśmy, że nasze dzieci zawarły sakramentalne związki małżeńskie, żyją po bożemu, pracują i obdarzyły nas wnuczętami: Dariuszem, Kingą i Weroniką, które są naszą radością i nadzieją. 20 grudnia 2016 r. na 18. spotkaniu z cyklu „Kim jestem?” przedstawiłam klubowiczom niniejszy biogram. Od 1 lutego jestem na emeryturze i nie narzekam na brak zajęć – teraz troska o nadszarpnięte zdrowie jest najważniejsza a reszta – to jak Bóg da. Nawiązałam kontakt z Oddziałem Krakowskim Ludowego Towarzystwa Naukowo-Kulturalnego i piszę artykuły do „Głosu Wielickiego”. Moim zdaniem regionalista, to osoba, która kocha Boga, Ojczyznę i swoją pracą: zawodową i społeczną – świadczy o tym. Jest wzorem miłości, sługą sług – ma otwarte serce. Regionalista gdy jest zdrowy, pracuje zawodowo, społecznie a gdy sił nie starcza jego czyny idą za nim. Umiera jako regionalista i w pamięci ludzkiej, w publikacjach pozostaje jako regionalista. Miałam i mam w życiu szczęście do ludzi, którzy zarazili mnie miłością do Boga, ludzi, małej Ojczyzny. Pierwsi byli rodzice i babcie, potem nauczyciele i wielu wybitnych ludzi, których znałam osobiście lub poznałam ze źródeł pisanych. Ponieważ jestem z zawodu archeologiem (praca w terenie, kontakt z przyrodą z ludźmi), ale także: muzealnikiem, nauczycielem historii, organizatorem kultury i turystyki, bibliotekarzem–regionalistą, społecznikiem, dziejopisem to z tych dziedzin miałam i mam autorytety. Byli członkowie Stowarzyszenia Klub Przyjaciół Wieliczki już dziś świętej pamięci: dr Piotr Lewiński – organizator i pierwszy wieloletni prezes, Alfons Długosz – organizator i pierwszy dyrektor Muzeum Żup Krakowskich


150

Jadwiga Duda

Wieliczka, Mieczysław Skulimowski – lekarz, profesor medycyny, twórca Szpitala i Sanatorium Alergologicznego „Kinga”, dr Halina Feliksiewicz, Mieczysław Stachura, Stanisław Kucharczyk, profesorowie AGH: Zygmunt Kawecki, Władysław Dudek, Zbigniew Engel…. A z żyjących: Henryk Kozubski – lat 105-malarz nieprofesjonalny, Zdzisław Zaręba – były naczelnik miasta, prof. Adam Klich, Halina Skulimowska, ks. Lucjan Łukaszewicz, Józef Duda – były burmistrz miasta, lekarz Czesław Szeląg, Edward Biernacki, nauczycielki: Liliana Syrkiewicz, Janina Tańcula, Aleksandra Pasek, Bożena Marciniak. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu wieliczan sama jestem autorytetem. Jest wiele mi znanych osób, nie zrzeszonych w Klubie, którzy już zmarli – nauczyciele, dyrektorzy szkół: Tadeusz Kulig z Gdowa, Dionizy Kołodziejczyk z Kłaja, czy Tadeusz Feliks z Gdowa. Z żyjących – nauczyciele: Dariusz Tańcula, Michał Burmer, Dorota Czajowska, Anna Borowska… Znam wielu spoza Wieliczki i powiatu, bo z nimi współpracuję np. śp. ks.  Władysław Pilarczyk –  organizator i wieloletni prezes Małopolskiego Związku Regionalnych Towarzystw Kultury w Krakowie, Barbara Miszczyk –  obecna prezes a także prezes Towarzystwa Przyjaciół Bronowic. Także prezesi towarzystw w miastach: Bochnia, Stary Sącz, Tarnowskie Góry, Bolesław, Jasło, Gorlice, Świątniki Górne, Dobczyce, Skawina, Kłaj, Niepołomice, Kalwaria Zebrzydowska, Zator, Muszyna. Wieliccy regionaliści stanowią grupę, bo należą do Stowarzyszenia Klub Przyjaciół Wieliczki, który działa od 50-ciu lat, jest zarejestrowany w Krajowym Rejestrze Sądowym, mamy statut, który obowiązuje wszystkich członków (wpisowe, składki, udział w walnych zebraniach itp..). Naszym celem jest przyjaźń do Wieliczki, wieliczan i dobro miasta, jego promocja w kraju i na świecie, popularyzacja dziejów i zabytków miasta wśród młodego pokolenia, szacunek dla dorobku minionych pokoleń, udział w życiu społeczno-kulturalnym miasta. Zarząd Stowarzyszenia mówi jednym głosem, (prezes reprezentuje Klub) a członkowie mają możliwość składania wniosków na zebraniach Klubu i ich realizowania, w myśl zasady: „Proponujesz – wykonujesz”, bo w Stowarzyszeniu wszyscy pracujemy społecznie. Członków Stowarzyszenia Klub Przyjaciół Wieliczki łączy Wieliczka, większość tu się urodziła, tu chodziła do szkoły, tu pracuje, mieszka. Są w Stowarzyszeniu z własnej woli, bo jest im razem dobrze i swoją wiedzą, doświadczeniem, osiągnięciami chcą dla innych, dla miasta, pracować bez zapłaty, dla własnej satysfakcji. Chcą być razem na zebraniach, spotkaniach, wycieczkach, odwiedzają się z racji imienin itp. Ludzie, którzy nie potrafią zaakceptować misji Klubu, więzi, które w Klubie istnieją lub sami z siebie nie chcą coś dać innym – odchodzą. Ale jest też wielu regionalistów–indywidualistów, który nie chcą nigdzie należeć, jednak swoją działalnością, pracą – np. rzeźbą, malarstwem, pieśnią – sławią region.


Marek Gradoń

Stowarzyszenie Miłośników Historii Szczekocin i Okolic

REGIONALIZM – HISTORIA CODZIENNOŚCI

O

kreślenie „regionalista”, w moim rozumieniu, to słowo, którym nazywam ludzi będących znawcami najbliższej im okolicy, a jednocześnie autentycznymi jej miłośnikami, wywodzącymi się z tego rejonu. Sam uważam się za regionalistę, według tych kryteriów, które przyjąłem. W moim przypadku miłość do Szczekocin i najbliższej okolicy została zaszczepiona w domu rodzinnym. Kluczem do regionalizmu był pałac i rodzice, w pewnym stopniu z nim związani. Pałac Dembińskich to symboliczne miejsce, o którym często opowiadano – zarówno o samym budynku, jak i o jego właścicielach. W pałacu mieściła się również szkoła średnia, do której uczęszczała okoliczna młodzież, również i ja. Jest on w sercach mieszkańców, którzy go pamiętają z czasów jego funkcjonowania. Zawsze był trend do ocalenia tego zabytku, jak i przywrócenia jego świetności, a już na pewno zachowania go w pamięci i dobrej kondycji dla kolejnych pokoleń. Poznając historię Polski i świata, coraz większym pragnieniem było poznanie dogłębnie historii Szczekocin i okolicy. W wieku dziecięcym były to opowieści, legendy, a nawet anegdoty związane z historią miasteczka. W szkole średniej wiadomości i wiedza o małej ojczyźnie zaczęły się układać w pewien ciąg zdarzeń, niejednokrotnie osadzonych na tle wielkiej historii. Znaczenie miasta w moich oczach rosło, mimo tego, że to maleńki ośrodek na tle mapy historycznej kraju. Wiele osób poszło w symbolizm wielkich wydarzeń historycznych i to stało się głównym tematem ich działań. Mam na myśli Insurekcję Kościuszkowską, a w zasadzie bitwę pod Szczekocinami z 6 czerwca 1794 r. Tadeusz Kościuszko stał się patronem szkół i Towarzystwa Kulturalnego. Uważałem, że czczenie tylko ogólnonarodowych rocznic wydarzeń historycznych jest zatrzymaniem się w rozwoju i wyjściem z regionalizmu. Podobnie było z powstaniem styczniowym, obroną miasta przed Niemcami w 1939 r. czy też epizodami z czasów partyzanckich. Nie muszę udowadniać, że były to raczej klęski, a z miejscowym społeczeństwem mało związane. Głównie chodziło o teatr działań.


152

Marek Gradoń

Ks. prof. Michał Heller w swojej książce Podróże z filozofią w tle, cytując Karla Poppera, pisze, że prawdziwa historia nie istnieje, bo opowiada o wielkich wydarzeniach, zagładach, nieszczęściach zbiorowych, a nie dotyczy pojedynczego człowieka1. W moim przekonaniu regionalizm może być tą prawdziwą historią, pod warunkiem, że nie skupimy się jedynie na wydarzeniach historycznych o znaczeniu ogólnonarodowym, nawet gdy one dotykają naszego regionu. Nikt nie rodzi się regionalistą i nie zostaje nim tylko dzięki nabytej wiedzy o regionie. Jest to proces i do tego trzeba dojrzeć. Moją inspiracją do działania były postaci z przeszłości, które wykazywały się patriotyzmem lokalnym. Krystaliczni i aktywni społecznicy, tacy jak lekarz Józef Sanecki, prawnik Stanisław Bekyer, czy burmistrz i jednocześnie aptekarz Władysław Marzec. Te nazwiska przewijają się w opisach wielu inicjatyw społecznych, a nieposzlakowana opinia noszących te nazwiska jest w dzisiejszych czasach niespotykana. Ludzie działający na rzecz dobra wspólnego lokalnej społeczności są podstawą regionalizmu, dlatego tak ważne jest odkrywanie i ukazywanie ich sylwetek oraz postaw dla współczesnych i potomnych. Regionaliści czasami są w tych samych stowarzyszeniach, organizacjach, ale nie można ich zaszufladkować jako jednolitej grupy na danym terenie. Regionaliści, mając pewne cechy wspólne, różnią się jednak zaangażowaniem, wiedzą, wykształceniem. Osobiście uważam, że najważniejsze w regionalizmie jest odkrywanie wspólnej historii regionu. Na pewno w wolnej Polsce łatwiej jest dotrzeć do dokumentów, akt metrykalnych i archiwalnych. Utrudnieniem jest mijający czas, a co za tym idzie, coraz mniej świadków dawnych wydarzeń. Największym zagrożeniem dla regionalizmu jest brak zainteresowania władz lokalnych działalnością regionalistów, zobojętnienie ludzi, pogoń za dobrami doczesnymi. Regionalista i jego działania muszą służyć ludziom. Szkoły za mało korzystają z doświadczeń takich ludzi, którzy chętnie poprowadzą „żywe lekcje historii”. Na szczęście regionaliści to zazwyczaj ludzie aktywni i sami trafiają do szkół, bibliotek, domów kultury i organizacji społecznych.

1

M. Heller, Podróże z filozofią w tle, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 56.


Piotr Pązik Sulejów

DROGA DO REGIONALIZMU

N

azywam się Piotr Pązik. Mam 29 lat. W 2016 r. Ukończyłem Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach, Wydział Zarządzania i Administracji, kierunek Politologia spec. administracyjno-samorządowa. Po ukończeniu studiów zacząłem przyglądać się sytuacji w moim regionie, którym jest województwo łódzkie. Prowadzę korespondencję listowną w formie Pen pal z prawie całym światem w języku angielskim. Kontaktując się dodaję ulotkę i pocztówkę mojej miejscowości – Sulejowa. Jest to forma autopromocji o zasięgu globalnym. Przedmiotem promocji jest w tym kontekście gmina. Jestem w chwili obecnej na drodze do stawania się regionalistą. W młodości kształtowałem swoją osobowość poprzez naukę. Nabierałem wiedzy i doświadczenia zwłaszcza studiując kierunek politologia. Moim obecnym celem jest dążenie do poprawy sytuacji społecznej w moim regionie. Aktualnie prowadzę obserwację miejscowości, które znajdują się na tym terenie. Z tych obserwacji mam zamiar stworzyć plan rozwoju, czyli wizję regionu, w jak najbardziej realnym kształcie i w dogodnej sytuacji społeczno-gospodarczej. Mieszkam w miejscowości Sulejów, która jest położana nad rzeką Pilicą. Są tu dogodne warunki dla rozwoju turystycznego. W przeszłości Sulejów słynął z ruchu turystycznego. Po przemianach ustrojowych zaczął on zanikać. Niezniszczone zostały jedynie walory przyrodnicze. Moim zdaniem człowiek musi stawać się regionalistą a nie twierdzić, że nim jest. Postęp technologiczny i inne sytuacje mające wpływ na przemiany kulturowe przyczyniają się do tego, że musimy na nowo odkrywać zjawiska zachodzące w naszym regionie. Dążę do tego, aby być regionalistą. Ma na to wpływ mój młody wiek oraz niewielkie doświadczenia w poznawaniu mojego regionu. W tym celu prowadzę tak zwaną turystykę regionalną. Jak wcześniej napisałem intensywnie zwiedzam miejscowości w moim regionie, mając zamiar objąć tymi podróżami całe województwo. Moją chęć stania się regionalistą


154

Piotr Pązik

napędza zwyczajna ludzka ciekawość. W celu jej zaspokojenia prowadzę badania poznawczo-analityczne. Moim kolejnym celem jest także poznanie tożsamości mojego regionu. Odkrycie tożsamości regionu pozwoli mi na odpowiedzi na pytania: Kim jestem? Do czego dążę jako obywatel społeczności lokalnej? Jakie zadania należy wypełnić w celu poprawy sytuacji społeczno-gospodarczej mojego regionu? To są pytania na które mam zamiar sobie odpowiedzieć odkrywając tożsamość tego terenu. Jednym z kierunków w dążeniu do celu jest również zapoznanie się z historią regionalną. W środowisku lokalnym i regionalistycznym duże znaczenia ma obecność autorytetów. Tu posłużę się subiektywną opinią, przedstawiając w jaki sposób powinien autorytet powstawać. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na świecie, czyli to, że gospodarkę mamy opartą na wiedzy, duże znaczenie dla tworzenia się autorytetu w środowisku regionalistycznym mają kwalifikacje. Mam na myśli wykształcenie wyższe danej osoby. Osoba posiadająca wiedzę i szerokie horyzonty może przynieść o wiele większe korzyści dla regionu. W wielkim skrócie mówiąc, tworzy się kapitał ludzki. Wysoki poziom kapitału ludzkiego tworzy kapitał społeczny. Ten fundament jeżeli jest bardzo silnie zbudowany to wpływa korzystnie na rozwój gospodarki regionalnej. Ta ścieżka rozwoju spełnia się na różnych płaszczyznach społecznych w danym regionie. Odnoszę się tutaj do społeczeństw rozwiniętych, zwłaszcza w Europie zachodniej, gdzie autorytet zdobywa się dzięki temu, że ma się wiedzę i doświadczenie, a nie z tego względu, że piastuje się jakąś zaszczytną funkcję, jak to jeszcze często u nas bywa. Moim zdaniem musi jeszcze dużo wody upłynąć zanim zmieni się mentalność wśród naszych rodaków. Duża jest w tym rola edukacji. Jednak wyrasta to ponad kompetencje władz na szczeblu regionalnym, biorąc pod uwagę sytuację społeczno-prawną w tym aspekcie. Będąc optymistą myślę, że mentalność w przyszłości ulegnie zmianie i przybędzie autorytetów w środowiskach regionalistycznych. Autorytetem regionalistycznym jest ten, kto dąży do zachowania dziedzictwa kulturowego, zwłaszcza unikatowego, na danym terenie. Tworzy do tego niezbędną infrastrukturę: skanseny i inne muzea regionalne, inicjuje imprezy w celu promocji dziedzictwa kulturowego, prowadzi edukację na temat kultury regionu itp. To są cechy regionalistycznego autorytetu. Według mnie regionalista to osoba posiadająca bogatą wiedzę na temat swojego regionu. Pasjonuje się jego historią. Wydaje w tym celu różnorakie publikacje i zamieszcza treści w internecie pod różnymi postaciami (strony internetowe, posty na portalach społecznościowych, prowadzenie bloga itp.). Poprzez amatorskie analizy, badania, prowadzenie doświadczeń, odkrywanie tożsamości stara się wypromować swój region, w celu osiągnięcia różnorakich korzyści dla dobra ogółu. Wspominając wcześniej


Droga do regionalizmu

155

cechy autorytetu regionalnego powtórzę, że regionalista to ten kto dąży do zachowania dziedzictwa kulturowego swojego regionu poprzez tworzenie ku temu infrastruktury. Regionalistą jest także ten kto posługuje się gwarą, dialektem, kultywuje tradycje i obyczaje występujące w danym regionie. Regionalista to także ten kto nie działa. Moim zdaniem ktoś taki także zasługuje na takie miano, jeśli nie robi wokół swojej osoby „szumu medialnego”, ale posiada wiedzę o regionie, świadomie kultywuje tradycje i obrzędy tylko i wyłącznie dla własnego użytku – ma szacunek do przeszłości. W sensie socjologicznym moim zdaniem regionaliści stanowią grupę. Podejmują oni działania w spójnym kierunku i celu. W taki sposób, według mnie, charakteryzuje się grupa regionalistów. My zwykli obywatele możemy zauważyć tą działalność przez materiały promocyjne, książki, broszury i artykuły w mediach. Grupa ta prowadzi także działania poznawczo-odkrywcze danego regionu. Uważam, że regionaliści – choć stanowią grupę – różnią się miedzy sobą. Jest to czynnik naturalny. Regionalistów łączyć mogą:

―― pasja dla danego regionu

―― chęć promowania swojego regionu

―― dążenie do zrównoważonego rozwoju regionu i całego kraju Regionalistów natomiast dzielić mogą:

―― poglądy polityczne odnośnie rozwoju danego regionu

―― sposób postrzegania pewnych faktów i zjawisk np. historycznych

―― sposób utożsamiania się regionalistów: niektórzy działają w celu promocji dziedzictwa regionu inni zaś robią to tylko i wyłącznie realizując własne hobby

Moim zdaniem ostatnie dwie dekady doprowadziły do polepszenia się warunków uprawiania regionalizmu. Pierwszym czynnikiem są możliwości ustrojowe państwa, które gwarantują swobody wypowiedzi, działania jak i zrzeszania się pod względem nie tylko politycznym. Wzrosło zainteresowanie ukończeniem studiów, co przyniosło możliwość wzbogacenia wiedzy i poszerzenia horyzontów w celu lepszego wykorzystania potencjału do zachowania dziedzictwa regionalnego pod wszelakim względem. Rozwijające się technologie informatyczne (Internet), ułatwiają błyskawiczną wymianę informacji odnośnie regionalizmu. Wejście do Unii Europejskiej zwiększyło środki finansowe mogące być spożytkowane w celu: tworzenia infrastruktury dla zachowania dziedzictwa regionalnego (m. in. muzea i inne placówki kultury), tworzenia materiałów promocyjnych dane-


156

Piotr Pązik

go regionu, prowadzenie badań w celu odkrycia tożsamości regionu, nabywanie doświadczeń poprzez poznawanie działania regionalizmów państw członkowskich (tzw. starej piętnastki), tworzenie publikacji na temat danego regionu i wiele innych wszelakich realizacji. Zmieniła się mentalność. Ludzie coraz bardziej zaczęli interesować się dziedzictwem swojego regionu. Zaczynali go coraz bardziej doceniać. Prowadzą coraz ciekawsze działania promocyjne, prowadzą amatorskie badania w celu odkrycia tożsamości swojego regionu, publikują książki na jego temat. Do tego moim zdaniem doprowadziła zmiana mentalności. Przez 2 dekady wzrosła świadomość potencjału pod względem dziedzictwa. Należę do generacji młodego pokolenia, które nie pamięta czasów PRL. Z posiadanej wiedzy mogę spróbować określić dawnego regionalistę. Moim zdaniem regionalista tamtego okresu był raczej fachowcem niż amatorem. Mam na myśli naukowca, który prowadził badania poznawcze danego regionu. Być może pojawiali się regionaliści amatorzy, ale sytuacja społeczno-polityczna uniemożliwiła im aktywną i skuteczną autopromocję. Obecnie regionalistą jest osoba mająca zdecydowanie większą swobodę do działania na rzecz popularyzacji dziedzictwa regionalnego. Ma przede wszystkim swobodny dostęp do mediów. Działalność ta nie jest cenzurowana. Regionalista obecnie nie musi być fachowcem– naukowcem. Dziś to grupa bardziej amatorów. Moim zdaniem szczególny przedmiot troski regionalisty to zachowanie dziedzictwa regionalnego na różnych płaszczyznach dla przyszłych pokoleń. Obawy mogą być związane ze zmniejszeniem środków finansowych na działalność amatorską regionalistów. Przyczyna tego stanu rzeczy może być różnoraka. Najczęściej są to decyzje polityczno-gospodarczo. I odwrotnie –  potencjalną szansę dla regionalistów stanowi wzrost zainteresowania ich działalności przez polityków. W dalekiej przyszłości być może powstanie rządowy program w celu ochrony dziedzictwa poszczególnych regionów Polski. Przeznaczone mogą być środki finansowe na ten cel z rządowego programu. Potencjalnym natomiast zagrożeniem może być obcięcie środków finansowych przez decyzje władz lokalnych na prowadzenie działalności regionalistycznej i likwidacja infrastruktury dziedzictwa regionalnego. Zagrożeniem jest także brak zainteresowania podejmowania działalności amatorskiej regionalistycznej przez obywateli. Dotyczy to szczególnie regionów zagrożonych wyludnieniem z przyczyn ekonomicznych.


Eugeniusz Skoczeń

Racławickie Towarzystwo Kulturalne

MOJA DROGA W REGIONALIZMIE

U

rodziłem się 20 sierpnia 1946 r. we wsi Gostwica pow. Nowy Sącz, woj. małopolskie w rodzinie chłopskiej. Matka pochodziła z dzisiejszej Ukrainy, powiat Sambor, ojciec z Gostwicy. Po ukończeniu szkoły podstawowej we wsi Gładyszów, Technikum Rolniczego w Bystrej k. Gorlic podjąłem naukę w Studium Nauczycielskim w Nowym Sączu, a następnie na Akademii Rolniczej w Krakowie. Pracę zawodową rozpocząłem w 1969 r. jako nauczyciel w Zasadniczej Szkole Rolniczej w Racławicach, do dnia dzisiejszego mieszkam w tej miejscowości. W 1970  r. powierzono mi obowiązki Powiatowego Inspektora Oświaty Rolniczej w Miechowie a w 1973 Naczelnika Gminy w Racławicach. Od 1979 r. objąłem funkcję dyrektora Zespołu Szkół Rolniczych w Książu Wielkim a w 2003 r. objąłem funkcję wójta gminy w Radziemicach. W 2010 r. przeszedłem na emeryturę. Mam żonę i dwóch żonatych synów pracujących jako nauczyciele historii i wychowania fizycznego, mam dwoje wnuków. Możliwość pracy i zamieszkania w Racławicach uznałem jako dar losu, wyróżnienie życiowe, zdecydował czerwony kolor dyplomu. Od początku czułem potrzebę poznania pełnej historii Racławic, postaci Tadeusza Kościuszki. Jako nauczyciel angażowałem młodzież do pracy społecznej na rzecz zagospodarowania pól bitewnych z 1794  r. Założyłem i opiekowałem się szkolnym Kołem Związku Młodzieży Wiejskiej, pełniąc równocześnie społecznie funkcję wiceprzewodniczącego Zarządu Powiatowego w Miechowie. W 1980 r. byłem w grupie inicjatywnej powołania Stowarzyszenia Racławickie Towarzystwo Kulturalne, w 1982 r. powierzono mi funkcję prezesa tego Towarzystwa, którą sprawuję do dnia dzisiejszego. W ramach Towarzystwa podjąłem następujące działania: ―― budowę pomnika Wojciecha Bartosza Głowackiego – chłopskiego bohatera. Jego odsłonięcia dokonano w 1994  r. dla uczczenia 200 rocznicy


158

Eugeniusz Skoczeń

bitwy pod Racławicami, stoczonej pod dowództwem Tadeusza Kościuszki oraz krajowych obchodów 200–lecia Insurekcji Kościuszkowskiej.

―― w 1995 r. zainicjowano organizację krajowego festynu z konkursem „Wyboru Chłopa Roku”. Impreza ta organizowana jest corocznie do dnia dzisiejszego w ostatnią niedzielę kwietnia. Połączona jest także ze zlotem Wojciechów, Bartoszów, imienników racławickiego bohatera mającego tu pomnik; ―― organizowane są wśród młodzieży szkolnej konkursy artystyczne i wiedzy o życiu i działalności Tadeusza Kościuszki;

―― pracowałem w Komitecie Odbudowy Panoramy Racławickiej we Wrocławiu. Moim staraniem przekazano z Racławic eksponaty do sztucznego terenu malowidła; ―― zainicjowałem od 1990 r. współpracę z Mereczowszyzną (Białoruś), gdzie urodził się nasz narodowy bohater, obecnie z Muzeum Jego imienia. Co roku w rocznicę urodzin, t.j. 4 lutego, organizowane są wyjazdy na uroczystości rocznicowe;

―― od 1994 r. prowadzona jest współpraca z Muzeum Kościuszki w Solurze (Szwajcaria), gdzie zmarł nasz bohater. Systematycznie organizowane są wyjazdy na uroczystości rocznicowe w dniu 15 października. W tym samym czasie organizowane są uroczystości na Wawelu w Krakowie, gdzie pochowane jest ciało Tadeusza Kościuszki; ―― prowadzona jest współpraca ze szkołami noszących imię bohatera, a także ze Stowarzyszeniami Kościuszkowskimi w Połańcu, Szczekocinach, Krakowie, Warszawie, Wrocławiu;

―― na co dzień prowadzona jest opieka nad polami bitewnymi Racławic, wspierana jest działalność miejscowych artystów, malarzy, poetów.

Od 1995 r. do dnia dzisiejszego jestem członkiem Rady Krajowej Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych, w latach 2002–2006 pełniłem funkcję wiceprzewodniczącego tej Rady, wcześniej byłem członkiem Rady Krajowej Stowarzyszeń Regionalnych. Praca na rzecz regionalizmu pozwala mi poznawać ciekawych ludzi, regionalistów, obserwować ich metody działania, wymieniać poglądy. Nade wszystko pozwala czuć się bardziej potrzebnym dla ludzi, dla środowiska. Miałem także możliwość poznania wiele ciekawych miejscowości w całej Polsce. W czasie wieloletniej działalności w Radzie Krajowej starałem się być jej aktywnym członkiem, wnosząc wiele uwag i propozycji dla jej lepszego funkcjonowania. Racławice – lipiec 2017 r.


Franciszek Rusak Busko-Zdrój

REGIONALIZM I REGIONALIŚCI

R

egionalizm to wycinkowa wiedza, ale o nieokreślonej rozpiętości. Ogranicza się przede wszystkim do określonego regionu geograficznego lub historycznego, a niekiedy tylko do jednej miejscowości. Regionalista chcąc zasłużyć na to miano, musi być historykiem, geografem, przyrodnikiem, geologiem, architektem, etnografem, językoznawcą, ekologiem itd. Regionalista, to swoisty omnibus znający się na wielu dziedzinach wiedzy, ale odnoszącej się zaledwie do jednego określonego kręgu kulturowo-przyrodniczego. Oczywiście musi też posiąść wiedzę ogólną aby móc komentować przypadki indywidualne, np. musi rozróżniać style w architekturze, aby móc scharakteryzować dany obiekt. Regionalista musi także zadać sobie pytanie jakiemu odbiorcy ma ją przekazywać. Czy będzie to dziatwa szkolna, czy młodzież szkół średnich, czy dorośli. Wiedzę trzeba podawać w miarę bogatą, różnorodną, okraszoną niekiedy ciekawostkami i materiałem anegdotycznym. Zupełnie inne warunki trzeba spełnić, gdy się chce materiał wydać w druku zwartym. Mając to na względzie, mogę z przekonaniem powiedzieć, że jestem prawdziwym regionalistą. Będąc polonistą z wykształcenia opanowałem także inne dziedziny wiedzy, bardziej lub mniej zbliżone do podstawowego wykształcenia, np. historia sztuki, gwaroznawstwo, ale także dendrologia czy geologia. Jakie są moje szczególne zainteresowania? Turystyka

Będąc mieszkańcem regionu zwanego Ponidziem, opracowałem szereg tras turystycznych dla pieszych i zmotoryzowanych. Za przykład niech posłuży szlak pieszy nazwany Szlakiem sakralnego budownictwa drewnianego wzdłuż Maskalisu. Uwzględniłem w nim dwa kościoły drewniane z dokładnym opisem, jeden użytek ekologiczny z wymienieniem krasu gipsowego i bogatej okrywy roślinnej oraz związane z nim legendy. Szlak wynosi ok. 6 km.


160

Franciszek Rusak

Inaczej zaplanowałem trasy turystyczne dla zmotoryzowanych. Te trasy są przeznaczone przede wszystkim dla kuracjuszy dysponujących własnymi środkami lokomocyjnymi. Kuracjusze są specyficznymi turystami, bo ograniczeni są przede wszystkim czasem, gdyż objęci są terminarzem sanatoryjnym (zabiegi, posiłki). Należało zaplanować tak trasę, żeby nie przekraczała 2–3 godzin. Wszystkie trasy są zbliżone do okręgu, aby nie wracać tą samą drogą. Trasy obejmują zabytki sakralne (Ponidzie jest bardzo bogate w zabytki sakralne od romanizmu po architekturę współczesną), wydarzenia historyczne, rezerwaty przyrody, pomniki przyrody, pałace i dworki, stanowiska archeologiczne, budownictwo drewniane. Zabytki

Pojedyncze zabytki architektury (kościoły, pałace, dworki) przyrody ożywionej (murawy, drzewa pomnikowe) i nieożywionej (wywierzyska, kras gipsowy, głazy narzutowe). Rzeźby, obrazy (także otoczone kultem). Sanktuaria. Zabytkowe miejscowości. Historia

Historia regionu Ponidzia ze szczególnym uwzględnieniem rodzinnego miasta. Postacie historyczne związane z regionem; wydarzenia historyczne.

UWAGA: Regionaliści mają to do siebie, że niekiedy korzystając z niepewnych źródeł, mimochodem powtarzają utrwalone błędy. Regionalista, który poważnie traktuje swoje powołanie, powinien korygować zauważone błędy i usuwać je. Wydawnictwa Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy ktoś zajmując się regionalizmem, nie rozpowszechnia swej wiedzy przy pomocy druku (książki, broszury, przewodniki, artykuły gazetowe). Tematyka może być rozległa (historia, zajęcia ludności, miejscowa gwara, obrzędy, rękodzielnictwo, budownictwo ludowe, legendy, kuchnia regionalna itp.). Regionalista w społeczności lokalnej

Regionalista winien brać czynny udział w życiu społecznym. Powinien podpowiadać co należy czynić a czego nie. Stać na straży istniejących zabytków stworzonych ludzką ręką, ale także przyrody ożywionej i nieożywionej. Tu może się niekiedy narazić oficjalnym czynnikom, ale nie powinien się tym zrażać. Na szczęście pod tym względem jest coraz lepiej. O ochronie zabytków i ochronie przyrody mówi się coraz głośniej i coraz skuteczniej. Teraz każda miejscowość regionu coraz częściej sięga w głąb historii. Szuka swej


Regionalizm i regionaliści

161

historii, swoich dziejów i przodków. Powstają grupy rekonstrukcyjne, wraca się do starych strojów, tradycyjnej kuchni itd. Coraz łatwiej regionaliści dogadują się z miejscową władzą. Jeszcze nie jest idealnie, ale wszystko idzie w dobrą stronę. Podsumowanie

Jest to zaledwie garść wiadomości i moich przemyśleń. Uważam siebie za kompetentnego regionalistę, który dla swego miasta zrobił dużo. Moje miasto nie miało historii. Mnie o moim mieście w ogóle nie uczono w szkole. Historia działa się gdzieś w Krakowie, Warszawie, Gnieźnie. Tu jakby się nic nie działo. Powoli odzyskujemy swoją miejscowość dla historii i dla siebie.


Bolesław Ciepiela

Klub Regionalistów Zagłębia Dąbrowskiego w Będzinie

KILK A SŁÓW O SOBIE I O WŁASNEJ DRODZE DO REGIONALIZMU

M

oja własna droga do regionalizmu to nic innego jak miejsce zamieszkania, którym jest Zagłębie Dąbrowskie. To nazwa krainy w województwie śląskim (dawniej katowickim). Termin Zagłębie Dąbrowskie jest znany od XIX w., a wprowadził go do literatury Józef Patrycjusz Cieszkowski. Zagłębie ma swoje tradycje i nic dziwnego, że ludzie mieszkający w granicach tej krainy z duma mówią, że są Zagłębiakami1. Ja też czuję się i mówię, że jestem Zagłębiakiem. Zagłębie Dąbrowskie to nie Śląsk. Odrębność tej ziemi widać chociażby w nazewnictwie organizacji i instytucji na tym terenie: Związek Zagłębiowski w Sosnowcu, Muzeum Zagłębia w Będzinie, Teatr Dzieci Zagłębia, Klub Regionalistów Zagłębia Dąbrowskiego w Będzinie itd. Te dwie krainy dzieli rzeka Brynica. O dziejach tworzenia się tej granicy byłoby dużo do opowiadania. Tak więc moja droga do regionalizmu wiedzie przez miejsce urodzenia i zamieszkania, bo Zagłębiak szanuje i ceni swój region. Uważam się za regionalistę piszącego. Jestem bowiem autorem ponad 1300 różnych tekstów w prasie regionalnej i wojewódzkiej oraz w czasopismach naukowo-technicznych. Ponadto jestem autorem 55 książek o różnej tematyce związanej z regionem. Piszę o Zagłębiu i należę do wielu związków i organizacji na tym terenie. Przez ponad 10  lat byłem prezesem a jednocześnie inicjatorem powołania Stowarzyszeniu Autorów Polskich Oddział w Będzinie a także Stowarzyszeniu Inżynierów i Techników Górnictwa Koło „Zagłębie” w Będzinie. Czynię wszystko dla Zagłębia, bo narady, spotkania, artykuły i wiele innych aktywności, to przejawy mojego praktycznego i emocjonalnego zaangażowania na rzecz mojej „małej ojczyzny”. 1  Por. D. Skonieczna-Gawlik, R. Garstka, B. Gawlik, Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, Katowice 2016.


164

Bolesław Ciepiela

W moim środowisku autorytety rodzą się same, w wyniku swojej konsekwentnej i ciężkiej pracy, przede wszystkim pisarskiej a także organizacyjnej. To publikowanie książek i zakładanie stowarzyszeń. Dla mnie wzorem regionalisty jest – nieżyjący już – dr Jan Przemsza-Zieliński, pisarz, regionalista, publicysta, wydawca. To on „podał mi rękę” abym mógł rozwijać swoją pasje pisarską, on recenzował kilka moich książek, to on wydawał zagłębiowskie czasopisma, w których drukował też moje teksty o różnej tematyce. Po jego zgonie zawiązał się Klub Kronikarzy Zagłębia Dąbrowskiego im.  Jana Przemszy-Zielińskiego. O dokonaniach Klubu napisałem monografię2. Regionalista, to ktoś kultywujący tradycje swojego regionu, podkreślający w każdej sytuacji i w każdym otoczeniu, że pochodzi, mieszka i pracuje w Zagłębiu Dąbrowskim. Mogę powiedzieć, że jestem regionalistą, bo tworzę i pisze na temat regionu, uwielbiam swoją dzielnicę kraju, „małą ojczyznę”. Przez wielu uznawany jestem za wybitnego regionalistę. Pisze o mnie niejednokrotnie prasa samorządowa, regionalna i wojewódzka. Mogę się też pochwalić, że prof. Zdzisław Gębołyś napisał o mnie książkę3. Mój dorobek naukowo-literacki cytowany jest przez wielu ludzi nauki. Moje biogramy są w wielu opracowaniach4. W 2016  r. założyłem Klub Organizacji Regionalnych Zagłębia Dąbrowskiego w Będzinie (obecnie: Klub Regionalistów Zagłębia Dąbrowskiego). Wydajemy społecznie pismo „Regionalista. Biuletyn Zagłębiowski”. Do końca 2017 r. ukazało się 5 numerów. Wskazane byłoby, aby region reprezentowany był również poprzez wydawnictwa. Mam tu na myśli przede wszystkim rozwój prasy regionalnej. W Zagłębiu (wzorem Śląska) powinny funkcjonować regionalne tygodniki i miesięczniki. Kiedyś były na ten cel środki finansowe. Dziś ich brak. Wspomnę o takich tytułach jak: „Wiadomości Zagłębia”, „Puls Zagłębia”. Upadły z braku środków – szkoda. Czasopismo naukowo-kulturalne „Nowe Zagłębie” też umiera. To sygnał, że o regionie i regionalizmie decyduje polityka „rozdawania” środków finansowych. 2  B. Ciepiela, Klub Kronikarzy Zagłębia Dąbrowskiego im. Jana Przemszy-Zielińskiego: historia, dokonania, kronikarze, Bedzin 2010. 3  Z. Gębołyś, Bolesław Ciepiela. Monografia biobibliograficzna, Sosnowiec 2015. 4  Pisarze i badacze literatury w Zagłębiu Dąbrowskim, pod red. P.  Majerskiego, t.  3, Sosnowiec 2006; B. Ćwięk, Z. Rabsztyn, Pisarze, poeci, literaci, kronikarze Będzińskiego Oddziału SAP na 650-lecie miasta Będzina (1358–2008), Będzin 2008; Sylwetki Zagłębiaków. Ludzie węgla, nauki, kultury, samorządowcy, przedsiębiorcy. Słownik biograficzny, Będzin 2007; Złota Księga 120-lecia Stowarzyszenia Inżynierów Techników Górnictwa w Katowicach, Katowice 2012.


Kilka słów o sobie i o własnej drodze do regionalizmu

165

Na zakończenie moich uwag i spostrzeżeń dodam:

―― o region i regionalizm muszą dbać przede wszystkim „ludzie przy władzy”: samorządowcy i oficjalne organizacje; ―― dobrze, gdy regionem i regionalizmem interesują się środowiska akademickie. Taka współpraca daje korzyści zarówno społecznikom jak i zawodowym badaczom.


Damian Gołąbek

Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Boronowskiej

PRZEZ BORONÓW DO REGIONALIZMU

U

rodziłem się w 1933 r. w Dębowej Górze, gmina Boronów. Jestem magistrem historii. 47 lat byłem nauczycielem, z tego 30 lat dyrektorem szkoły. Badaniem i opisywaniem dziejów okolicy Boronowa i powiatu lublinieckiego zająłem się nie przypadkowo. Urodziłem się w Gminie Boronów, w niej dorastałem i spędziłem swoje dorosłe życie. Jeszcze do niedawna okolica ta stanowiła białą plamę na mapie historycznej powiatu lublinieckiego. Wiedza historyczna o tym zakątku była bardzo skromna, a w niektórych opracowaniach i poradnikach turystycznych nawet przedstawiana w fałszywym świetle. Świadomość tego sprawiła, że już w młodości zaciekawiłem się dziejami ziemi moich przodków. Zrodziła się też u mnie potrzeba zgłębiania jej historii. Ona też ukierunkowała moje studia – zostałem historykiem. Już moja praca dyplomowa Wrzesień 1939 roku w powiecie lublinieckim związana była z moim regionem. Została ona wyróżniona w ogólnopolskim konkursie na najlepsze prace doktorskie i magisterskie dotyczące lat wojny i okupacji hitlerowskiej, a jej fragmenty zostały opublikowane przez MON w wydawnictwie zbiorowym w 1974 r. Fakty ten zdopingował mnie do kontynuowania poszukiwań i opisywania historii mojej „małej ojczyzny”. Ponieważ wiedza ta była bardzo skąpa, postanowiłem ją sam odkrywać i wydobywać z mroków dziejowych. Początkowo, w latach mojej aktywności zawodowej ograniczyłem się do pisania artykułów w prasie regionalnej, upowszechniających wiedzę o mojej okolicy. Na serio pracą publikatorską zająłem się dopiero po przejściu na emeryturę. Dotąd napisałem 8 książek i kilkadziesiąt artykułów popularno-naukowych1.

1 Książki mojego autorstwa: Szkice z dziejów Boronowa i okolicy, Boronów 2000; Kościół i parafia NMP Królowej Różańca św. w Boronowie, Boronów 2002; Dawne hutnictwo i górnictwo w okolicy Boronowa, Boronów 2004; Boronowskie legendy i opowieści, Boronów 2005; Boronów wczoraj – na starej fotografii, Częstochowa 2006; Szkoła w Boronowie – historia i teraźniejszość, Boronów 2009; XX-lecie reaktywowanej Gminy Boronów, Boronów 2013; Ziemia Boronowska – przewodnik, Boronów [b.r.w.].


168

Damian Gołąbek

Jestem często zapraszany do okolicznych szkół na spotkania z dziećmi i młodzieżą, podczas których mam okazję rozbudzać ich zainteresowanie i pogłębiać wiedzę o regionie. Jestem współzałożycielem i członkiem Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Boronowskiej. W minionym roku opracowałem scenariusz filmu o turystycznych atrakcjach gminy Boronów, a obecnie Stowarzyszenie przygotowuje z moim udziałem płytę, z moimi opowieściami o ciekawszych epizodach dziejowych Boronowa. Inną moją pasją jest również malarstwo. Inspiracji szukam w moim najbliższym otoczeniu. Maluję krajobrazy, ciekawsze zabytki dawnego budownictwa sakralnego i wiejskiego. Zaprojektowałem też herb gminy Boronów. Moje prace malarskie i graficzne bywają wystawiane w okolicznych gminnych ośrodkach kultury oraz w Galerii Obrazów w Lublińcu. Moją pasjonacką działalność prowadzę bezinteresownie. Czynię to bo taką czuję potrzebę i uznaję jako przejaw swojego, życiowego spełnienia. Cieszę się, że moje publikacje spotykają się z przychylnym przyjęciem przez czytelników. Dwie moje książki zostały już wydane dwukrotnie, a jedna – trzykrotnie. Uważam, że mozolna praca pisarzy–regionalistów nie jest odpowiednio doceniona i wykorzystana. A przecież jednym z ważnych czynników, które zespalają emocjonalnie mieszkańców z ich regionem jest społeczna wiedza o przeszłych i współczesnych dziejach tego regionu. Ta wiedza rodzi poczucie związku z ziemią naszych przodków i może też być zaczynem naszej wspólnej odpowiedzialności za ten skrawek ziemi, na którym przypadło nam żyć. Choć w ostatnich dziesięcioleciach grono pasjonatów i badaczy historii regionalnej znacznie wzbogaciło literaturę o naszych „małych ojczyznach” i choć istnieje już wiele publikacji na ten temat, niektóre fakty pokazują, że wiedza społeczna o poszczególnych regionach jest nadal słabo upowszechniona. Ten stan jest spowodowany nie tylko zarysowującym się ogólnym spadkiem czytelnictwa, ale złożyły się na to również inne przyczyny obiektywne. Samorządy terytorialne za mało dbają o szerszą promocję istniejących publikacji regionalnych. Nie w pełni wykorzystuje się też do tego prasę regionalną. Ważną rolę do spełnienia w tym zakresie mają szkoły, przecież to one są głównie predysponowane do tego by edukować i wychowywać. Tymczasem obowiązujące dotąd programy nauczania (nieudane!) zredukowały historię i znikomo uwzględniają edukację regionalną. Samorządy, dyrekcje szkół i stowarzyszenia kulturalne powinne temu ważnemu zagadnieniu nadać większą rangę. Należałoby dołożyć wielorakich starań o to, by ta wiedza o ziemi naszych przodków była jeszcze bardziej dostępna i upowszechniona.


Ewa Cichoń

Muzeum Regionalne w Oleśnie

ROLA MUZEUM REGIONALNEGO W ROZWOJU WIEDZY MIESZK AŃCÓW, ZWŁASZCZA UCZNIÓW NA TEM AT MIEJSCA ZAMIESZK ANIA

W

ażką rolę w rozwoju wiedzy mieszkańców, zwłaszcza uczniów, na temat historii lokalnej pełni muzeum regionalne, bowiem, jak każde muzeum, jest ono strażnikiem czasu i świątynią pamięci. Pamięć zaś jest fundamentem tożsamości. Muzeum gromadzi i chroni ślady przeszłości w postaci dzieł sztuki, nauki, techniki i w formie prezentacji, ekspozycji ukonkretnia możliwości zbliżenia ludzi do autentycznych dóbr kultury. Prezentuje wartości umacniające więzi z narodem, z regionem, pozwala dostrzegać piękno ludzkich doznań, rozumieć bieg dziejów i własne miejsce we współczesności. Ta swoista „pedagogika muzealna” ma na celu kształtowanie wrażliwości poznawczej i estetycznej poprzez kontakt z dziełem w jedynym, autentycznym sposobie istnienia, a więc „z pierwszej ręki”. Muzeum jest ważką instytucją kultury zwłaszcza dla małych zbiorowości. Zadaniem muzeum regionalnego jest ugruntowanie poczucia tożsamości regionalnej, rozwijanie wiedzy o historii lokalnej, pielęgnowanie ludowych opowieści, podań, legend, tradycji, obrzędów i reliktów kultury materialnej i duchowej. Te wartości powinny być zaszczepiane od najmłodszych lat wśród dzieci i młodzieży szkolnej. W muzeum regionalnym jak nigdzie uczeń może zapoznać się z historią lokalną która ułatwia zrozumienie związków „małej ojczyzny” z „ojczyzna większą”, z życiem całego państwa i narodu. Uczeń rozwija przez to więzi emocjonalne, pogłębia przywiązanie do miejsc rodzinnych. Do środowiska – ziemi – obszaru, który stanowi ojczyznę prywatną, małą ojczyznę, z którą jej mieszkańcy już od najmłodszych lat winni się czuć głęboko związani. W kształtowaniu tej więzi pomaga rodzinie i szkole instytucja muzeum regionalnego. Naszym priorytetowym zadaniem w edukacji regionalnej jest uzmysłowienie uczniom, ze Olesno ma swój


170

Ewa Cichoń

własny koloryt, ukształtowany przez wielowiekowe dzieje i teraźniejszość, odzwierciedlony w krajobrazie, architekturze, obyczajach i symbolach, w domu rodzinnym – owej ojcowiźnie, malowniczych lasach, pątniczych kościołach czy mogiłach przodków. Zadaniem naszej placówki jest także niesienie pomocy młodemu pokoleniu w zrozumieniu fenomenu identyfikacji z tą ziemią nie tylko ludności, zakorzenionej tu od wielu pokoleń, lecz także osadników – przybyłych po II wojnie światowej. Olesno na przestrzeni wieków było miastem pogranicza, w którym koegzystowało i ścierało się ze sobą wiele nacji i religii, a którego mieszkańcy wyjątkowo się z nim identyfikowali, ponieważ ta szczególna aura miejsca, intrygowała od wieków różnorodnymi nawarstwieniami kulturowymi. Motywujemy ich do swoistej „podróży w czasie”, poprzez lekcje muzealne na temat pradziejów Olesna, wyglądu średniowiecznego Olesna, który poznają przy pomocy makiety miasta, wybitnych oleśnian, którzy byli solą tej ziemi, obrzędów i zwyczajów ludowych Ziemi Oleskiej. Uczeń ma możliwość obcowania z autentycznymi śladami przeszłości – dokumentami, eksponatami archeologicznymi, rękopisami itp. Także na zajęciach warsztatowych np. dotyczących dawnego tkactwa przez możliwość tkania oleskiego buroka na odrestaurowanym warsztacie tkackim z 1852 r. Inną formą popularyzacji historii lokalnej są organizowane spotkania muzealne, na których występują także uczniowie szkół – „Ze śląską godką i piosenką” – uczniowie z ZSD i PG nr 1, „Powstańczy rozdział dziejów ziemi oleskiej” – PSP nr 3 i PG nr 2, „Losy oleskich Sybiraków”, – ZS, „Rok 1945 w Oleśnie” – uczniowie ZSZ przygotowali pod kierunkiem nauczyciela materiał filmowy, „Najpiękniejsza szopka ziemi oleskiej” – PG nr 2, PG nr 1, „300 lecie kościoła św. Rocha” – ZSD. Uczniowie odwiedzają nasze wystawy zbiorowo i indywidualnie, były także przypadki ofiarowania naszemu muzeum ciekawych eksponatów. Niezwykle istotny jest kontakt uczniów z zabytkiem podczas zwiedzania obiektów sakralnych, cmentarzy – żydowskiego i komunalnego, pomników. Pracownicy muzeum pełnią rolę przewodników. W lokalnej prasie ukazuje się wiele publikacji muzealnych o historii i kulturze lokalnej. Dyrektor muzeum jest badaczem historii lokalnej i autorem wielu publikacji dotyczących tej tematyki, m. in.: ―― Olesno. Róża wśród lasów, tekst E. Cichoń, zdjęcia M. Dedyk, [Wyd.] Elamed E. i R. Cholewa Spółka Jawna, Katowice 2008;

―― Kościół św. Rocha, Rozalii i Sebastiana w Grodzisku, tekst E. Cichoń, zdjęcia M. Dedyk, [Wyd.] Elamed E. i R. Cholewa Spółka Jawna, Katowice 2009;

―― Olesno swojej Matce. Księga koronacyjna, tekst historyczny E. Cichoń, tekst liturgiczny ks. S. Krzyżanowski, zdjęcia: M. Antkowiak, W. Bensz, M. Dedyk, W. Szczepański, [Wyd.] Urząd Miejski w Oleśnie, Olesno 2009;


Rola muzeum regionalnego w rozwoju wiedzy mieszkańców…

171

―― Wielka księga ziemi zębowickiej, tekst E. Cichoń, zdjęcia M. Dedyk, [Wyd.] Gminny Ośrodek Informacji, Kultury i Czytelnictwa w Zębowicach, Zębowice 2010;

―― Stuletnia Jubilatka. Parafialna świątynia pw. Bożego Ciała w Oleśnie 1913– 2013, tekst E. Cichoń, zdjęcia M. Dedyk, [Wyd.] Parafia Rzymskokatolicka Olesno, Wydawnictwo i Drukarnia św.  Krzyża, Opole–Olesno 2013;

―― Pawłowice. Dzieje wsi i pałacu. 150-lecie pałacu w Pawłowicach, tekst Ewa Cichoń, zdjęcia Mirosław Dedyk, [Wyd.] Wydawnictwo i Drukarnia św. Krzyża, Opole 2014;

―― Olesno – największemu z Polaków – bł. Janowi Pawłowi II, oprac. E. Cichoń, zdjęcia: M. Antkowiak, M. Dedyk, J. Janicki, M. Polak, T. Warczak, [Wyd.] Oleskie Muzeum Regionalne w Oleśnie, Olesno 2013.

Jest to materiał popularyzujący dzieje miasta i okolicy. Dzięki takim kontaktom uczniowie uczą się szacunku do dziedzictwa kulturowego swoich przodków. Współpraca muzeum ze szkołą w rozwijaniu edukacji regionalnej jest na terenie naszej gminy owocna, o czym świadczy frekwencja zwiedzających wystawy uczniów i ich wpisy do księgi muzealnej.


NOTY O AUTOR ACH (NA PODSTAWIE M ATERIAŁÓW NADESŁANYCH) Paweł Becker – ur. w 1989 r. Historyk, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor książek poświęconych dziejom regionalnym oraz filmu Pamięć. Opowieść o powstaniu styczniowym. Uhonorowany Statuetką Burmistrza Wąbrzeźna w 2013 r. jako Aktywny obywatel oraz tytułem Niezwyczajny 2016 Chorągwi Kujawsko-Pomorskiej przyznawanym przez Związek Harcerstwa Polskiego. Członek redakcji miesięcznika „More Maiorum”. Obecnie nauczyciel historii w Myśliwcu w powiecie wąbrzeskim.

Ewa Cichoń – ur. w 1963 r. w Oleśnie. Ukończyła w tym mieście Szkołę Podstawową nr  1 i Liceum Ogólnokształcące. Studiowała na kierunku historia –  Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Opolu. Uczyła historii w SP w Bierdzanach i w Zespole Szkół Dwujęzycznych w Oleśnie. Uzyskała stopień awansu zawodowego –  nauczyciel dyplomowany (2004). Od 2007  r. zatrudniona w Oleskim Muzeum Regionalnym, gdzie od 1 września 2009 r. pełni funkcję dyrektora. Od 1 grudnia 2014  r. pełni funkcję przewodniczącej Rady Powiatu Oleskiego. Popularyzuje historię lokalną poprzez wystawy, publikacje, prelekcje, organizowanie „Czwartkowych Spotkań Muzealnych”, oprowadzanie turystów po zabytkach ziemi oleskiej, wystąpienia w radio i telewizji regionalnej oraz ogólnopolskiej. Zorganizowała stałą ekspozycję „Dzieje miasta Olesna” w Oleskim Muzeum Regionalnym, do której opracowała projekt, napisała scenariusz, zebrała ikonografię. To zadanie wymagało dogłębnych poszukiwań źródeł w archiwach, zbiorach prywatnych, przeprowadzenia wywiadów, wykorzystania relacji świadków. Była współautorem wystaw czasowych w Oleskim Muzeum Regionalnym. Wdrażała wiele projektów dydaktyczno-wychowawczych, plenerów z zakresu multikulturowości, historii i funkcjonowania placówki w regionie dla różnych grup wiekowych. Organizowała i prowadziła w charakterze przewodnika wycieczki turystyczno-historyczne, angażuje się w oprowadzanie oficjalnych delegacji, w tym gości zagranicznych i przekazywanie im informacji z zakresu historii i współczesności ziemi oleskiej. Jest autorem


174

My, regionaliści…

ponad 200 artykułów w lokalnej prasie i kilku książek: Kościół św. Rocha, Rozalii i Sebastiana w Grodzisku, Katowice 2009, ss. 263; Olesno. Róża wśród lasów, Katowice 2008, ss. 223; Pawłowice. Dzieje wsi i pałacu. 15 – lecie pałacu w Pawłowicach 1864–2014, Opole–Pawłowice 2014, ss.132; Stuletnia Jubilatka. Parafialna świątynia pw. Bożego Ciała w Oleśnie 1913–2013, Opole–Olesno 2013, ss.  200; Wielka księga Ziemi Zębowickiej, Zębowice 2010, ss.  327; Bez Olesna ani Róż. Przewodnik turystyczny po Ziemi Oleskiej, Olesno 2011, ss. 192; Olesno – największemu z Polaków – bł. Janowi Pawłowi II, Olesno 2013, ss. 116; Olesno swojej Matce. Księga koronacyjna, Olesno 2009, ss. 68; Pięćdziesiąt lat małego muzeum w małym mieście, Olesno 2010, ss. 48. Została wyróżniona: „Róża Olesna” (2006), wyróżnienie Starosty Oleskiego (2008), medal „Zasłużony dla Ziemi Oleskiej” (2009), Dyplom Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2011), Dyplom Ministra Edukacji Narodowej (2011), Srebrny Krzyż Zasługi (2015). Jarosław Cielebon –  ur.  25 lutego 1971  r. w Opocznie. Absolwent historii Uniwersytetu Łódzkiego, skończył studia podyplomowe z informatyki. Przez kilkanaście  lat zajmował się historią Łodzi. Ukończył kurs przewodników PTTK po Łodzi i Regionie Łódzkim oraz pilotów wycieczek krajowych. Przez 13 lat pracował w łódzkich szkołach, podstawowej, liceum dziennym i zaocznym oraz w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. Uczył historii i wiedzy o społeczeństwie. Od 2008 r. pracuje w Gminnym Ośrodku Kultury w Ujeździe. Przygotowuje i prowadzi zajęcia wakacyjne i feryjne dla dzieci i młodzieży. Obecnie prowadzi koła zainteresowań: historyczne i kurs obsługi komputera dla seniorów. Kierował projektem „Klub Tropicieli Przeszłości” który zakończył się opublikowaniem książeczki Kronika dnia wczorajszego zawierającą wspomnienia mieszkańców gminy Ujazd o życiu kilkadziesiąt lat temu. Wspólnie z Archiwum Państwowym Oddział w Tomaszowie Maz. współorganizował i uczestniczył w dwu dużych sesjach historycznych z udziałem historyków z kilku ośrodków naukowych z kraju. Efektem drugiej z nich jest książka Obrazy września. Region i społeczeństwo w czasie II wojny światowej pod red. Andrzeja Wróbla, wydanej przez GOK wspólnie z Archiwum Państwowym w Piotrkowie Trybunalskim. Od stycznia 2009  r. jest redaktorem miesięcznika „Nasza Gmina”. Specjalizuje się w badaniach i utrwalaniu historii lokalnej.

Bolesław Ciepiela – ur.  24 kwietnia 1931  r. w Będzinie. Literat, redaktor, regionalista, członek Stowarzyszenia Autorów Polskich. Absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W l.  1955–1985 pracował w KWK „Grodziec” na stanowiskach kierowniczych. Był też czynnym ratownikiem górniczym. Jest autorem, współautorem, redaktorem 55 ksią-


Noty o autorach

175

żek – monografii, albumów, encyklopedii, głównie o historii miast Zagłębia Dąbrowskiego i przemysłu górniczego na tym terenie. Autor 1300 artykułów w czasopismach naukowo-technicznych oraz w prasie zagłębiowskiej. Członek licznych organizacji, m.in. Klubu Kronikarzy im.  Jana Przemszy-Zielińskiego i Klubu Regionalistów Zagłębia Dąbrowskiego w Będzinie.

Jadwiga Maria Duda – ur. w 1955 r. w Wieliczce. Archeolog, muzealnik, nauczyciel i pasjonat historii, bibliotekarz, dziejopis, fotografik, społecznik, regionalistka związana z miejscem urodzenia i zamieszkania, z działalnością kulturotwórczą dla Wieliczki, Koźmic Wielkich, Powiatu Wielickiego, Małopolski. W l.  1962–1970 uczęszczała do ośmioklasowej Szkoły Podstawowej. Naukę kontynuowała w l. 1970–1974 w Liceum Ogólnokształcącym im.  Jana Matejki w Wieliczce. Ukończyła archeologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W  latach studenckich należała do Oddziału Miejskiego PTTK w Wieliczce i społecznie angażowała się w prace Komisji Opieki nad Zabytkami. Po studiach pracę zawodową jako archeolog rozpoczęła w Muzeum im.  Stanisława Fischera w Bochni, gdzie zakładała dział archeologiczny, prowadziła badania ratownicze w Krzeczowie na osadzie z okresu wpływów rzymskich i na terenie muzeum w wykopach pod budynek mieszkalny. W l. 80. rozpoczęła pracę w Muzeum Żup Krakowskich Wieliczka w Dziale Historii Kultury Materialnej a następnie w Dziale Archeologicznym. Prowadziła wykopaliska i publikowała wyniki badań. W 1997  r. zrezygnowała z pracy w muzeum i po trzech miesiącach przerwy zatrudniła się w Kopalni Soli „Wieliczka”, w tworzącej się spółce Trasa Turystyczna. W tym czasie podjęła Podyplomowe Studia Zarządzania Kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1997 r. wraz z mężem wstąpiła do Stowarzyszenia Klub Przyjaciół Wieliczki i w l. 1997–2002 pełniła funkcję sekretarza, a od 2002 r. jest prezesem Zarządu. W l. 1999–2017 pracowała w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Wieliczce prowadząc jednoosobowy Dział Regionalny. W l. 1998–2017 organizatorka 230. spotkań z cyklu „Wieliczka – Wieliczanie”. Twórczyni i współautorka serii wydawniczej „Biblioteczka Wielicka” liczącej 175 zeszytów. Od 2006 r. przewodniczyła co roku pracom Społecznego Komitetu Ratowania Zabytków Cmentarza Komunalnego w Wieliczce, organizując 1 listopada kwesty, celem zebrania funduszy na ratowanie zabytkowych nagrobków. W l. 2010–2018 zorganizowała 100 spotkań z cyklu „Mnie Ta Ziemia od innych droższa” dla uczniów wielickich szkół. Organizatorka 9 edycji konkursu pt. „Wieliczka i powiat wielicki: historia–zabytki–atrakcje turystyczne” dla szkół podstawowych i gimnazjów oraz wielu innych konkursów i wycieczek. Należy do Koła Gospodyń Wiejskich w Koźmicach Wielkich i Stowarzyszenia Miłośników Koźmic. W l. 1999–2005 prezes 32. Parafialnego Oddziału Akcji Katolickiej


176

My, regionaliści…

w Koźmicach Wielkich. W l. 2013–2017 organizatorka w Koźmicach Wielkich 30. spotkań z cyklu „Koźmice – Koźmiczanie”. Jest członkiem nadzwyczajnym Koła Wieliczka Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej bez uprawnień kombatanckich, Związku Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych RP w Wieliczce, Klubu Historyczny im. gen. S. Grota Roweckiego w Wieliczce. Od 2002 r. co roku 13 kwietnia organizuje obchody Światowego Dnia Pamięci Ofiar Katynia w Wieliczce – doprowadziła do posadzenia 39 Dębów Pamięci w powiecie wielickim. Należy do Towarzystwa Przyjaciół Muzeum im.  Wincentego Witosa w Wierzchosławicach i Stowarzyszenia Absolwentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 2007  r. sekretarz Małopolskiego Związku Regionalnych Towarzystw Kultury w Krakowie, animator Ruchu Młodych Miłośników Starych Miast w Wieliczce, inicjator powołania Stowarzyszenia Czcicieli Świętej Kingi w Wieliczce. Za pracę dla Małopolski, Wieliczki i wieliczan otrzymała liczne nagrody i wyróżnienia. Barbar a Filipiak – ur. 28 listopada 1976 r. Mgr politologii, lic. administracji. W latach 1996–2009 pracowała w Tygodniku lokalnym „Pałuki” jako grafik komputerowy. W latach 2009–2016 pisała do Tygodnika „Pałuki” teksty kulturalne. Od 2016  r. współpracuje z pismem „ZNINiOK”. Jej twórczość ukazywała się w miesięczniku literackim „AKANT” oraz czasopiśmie literackim „Nihil Novi”. Od 2009 r. zatrudniona w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej w Żninie jako specjalista ds. administracji i promocji czytelnictwa. Wydarzenia biblioteczne dokumentuje zdjęciowo i opisowo m.in. w formie artykułów, a także prowadząc biblioteczną stronę internetową i bibliotecznego bloga oraz kroniki (biblioteczną i gminną). Sporadycznie publikuje teksty także w „Warszawskiej Gazecie” promując w niej regionalne wydarzenia.

Damian Gołąbek – ur. w 1933 r. w Dębowej Górze, gm. Boronów. Magister historii. 47 lat przepracował jako nauczyciel, w tym 30 lat pełniąc funkcje dyrektora szkoły. Autor następujących publikacji książkowych: Szkice z dziejów Boronowa i okolicy, Boronów 2000; Kościół i parafia NMP Królowej Różańca św. w Boronowie, Boronów 2002; Dawne hutnictwo i górnictwo w okolicy Boronowa, Boronów 2004; Boronowskie legendy i opowieści, Boronów 2005; Boronów wczoraj – na starej fotografii, Częstochowa 2006; Szkoła w Boronowie – historia i teraźniejszość, Boronów 2009; XX-lecie reaktywowanej Gminy Boronów, Boronów 2013; Ziemia Boronowska – przewodnik, Boronów [b.r.w.]. Odznaczenia: Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Odznaka „Zasłużony Działacz Kultury”, Złota odznaka honorowa „Za Zasługi dla Województwa Śląskiego.


Noty o autorach

177

Bartłomiej Gr abowski – ur.  12 czerwca 1982  r. w Grudziądzu. Historyk, pisarz regionalny, publicysta. Ukończył studium psychologiczno-socjologiczne w Bydgoszczy oraz studia wyższe z zakresu historii i wiedzy o społeczeństwie na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Jest absolwentem studiów podyplomowych z informatyki na tejże samej bydgoskiej uczelni. Od 2014 r. związany z Kruszwicą, gdzie działa w Nadgoplańskim Towarzystwie Historycznym jako wiceprezes tej organizacji. Jest również członkiem Polskiego Towarzystwa Historycznego z siedzibą w Inowrocławiu. Dorobek autora, od debiutu w 2014  r., liczy 13  pozycji książkowych, z czego dwa tytuły są samodzielnymi pracami pisarza, pozostała jedenastka to prace zbiorowe. W 2015 r. B. Grabowski wydał pierwszą autorską książkę skierowaną dla młodszych czytelników pt. Dzieje Piastów polskich opowiedziane w bajkach dla dzieci i młodzieży. W 2016  r. wyszła kolejna książka autora: 100-lecie Koła Pszczelarskiego w Kruszwicy, historia niezwykłej pasji, książka wydana z okazji XXXIII Wojewódzkiego Dnia Pszczelarza. Jego utwory ukazywały się cyklicznie od 2014  r. W tym też roku historyk i bajkopisarz z Kruszwicy zapowiedział wydanie kolejnych dwóch tytułów. Publikacje historyczne ukazują się również na łamach „Panoramy Kruszwickiej”, miejscowego miesięcznika, gdzie regionalista umieszcza teksty historyczne dotyczące Kujaw i Wielkopolski. B. Grabowski jest także autorem i redaktorem cyfrowej kroniki Nadgoplańskiego Towarzystwa Historycznego, gdzie zamieszcza wspólnie z innymi członkami stowarzyszenia ciekawostki dotyczące Kruszwicy i okolic miasta. Jest Polakiem ceniącym sobie wartości chrześcijańskie, polską kulturę i tradycję oraz rodzinę – jako podstawy istnienia naszego Narodu. Stąd biorą się jego inklinacje literackie ku bajkom dla dzieci i spisywaniu historii regionu. Marek Gr adoń – z wykształcenia marynarz (mechanik–nawigator), obecnie pracujący w hutnictwie. Konserwatysta, prawicowy działacz polityczno-społeczny, regionalista, prezes Stowarzyszenia Miłośników Historii Szczekocin i Okolic. Członek redakcji i współautor książek: Ocalić od zapomnienia. Szczekociny na starej fotografii, „Szczekociński Rocznik Historyczny I, II”, Urszula Dembińska 1746–1825, Rzemieślnicy szczekocińscy od XVIII do połowy XX wieku, Kościół pod wezwaniem św.  Bartłomieja w Szczekocinach autor książki genealogicznej Dziesięć pokoleń Gradoniów, konsultant książki Szczekociny w opowieściach mieszkańców. Czasy przedwojenne i wojna. Współpracownik – redaktor czasopisma „Echo Szczekocin” oraz książek zjazdowych LO w Szczekocinach. Administrator stron internetowych: www.historiaszczekocin.pl, www.facebook Historia Szczekocin. Żonaty, ojciec trzech córek.


178

My, regionaliści…

Maria Janssen-Czaja – ur.  w 1948  r. Dziecństwo spędziła głównie we wsi Lutobórz. gm. Choceń, a od 1955 r. we Włocławku. W lutym 1957 r. wyjechała z Rodzicami do RFN, gdzie uczęszczała do szkoły podstawowej i średniej. W 1966 rozpoczęła studia w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, w 1972, uzyskała dyplom magistra historii. W latach 1972–1977 staż asystencki i studia doktoranckie w Instytucie Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, jednocześnie z uwagi na dwujęzyczność zaczęła pracować jako tłumaczka pisemna i konferencyjna. W l. 1977–1980 pracowała w Redakcji dla Zagranicy Polskiej Agencji Prasowej, potem w wolnym zawodzie tłumacza. W l. 2004–2012 pracowała w charakterze tłumaczki konferencyjnej dla Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego w Brukseli i Strasburgu. Przez całe życie utrzymywała i utrzymuje kontakty z Kujawami i mieszkającą tam rodziną. We Włocławku i jego bliskich okolicach bywa mniej więcej raz w miesiącu.

Adriana Jarosz – nauczyciel i bibliotekarz w gminie Izbicko (województwo opolskie), poetka i regionalistka. Honorowy Członek Janowskiego Klubu Literackiego. Związana z krakowskim wydawnictwem SIGNO oraz z krakowską grupą Każdy. W l. 2011–2015 należała do Koła Młodych przy krakowskim oddziale Związku Literatów Polskich. Laureatka ogólnopolskich konkursów literackich. Wielokrotna medalistka Mistrzostw Polski w hokeju na trawie. Opublikowała w drukach zwartych tomiki poetyckie: Rozdrożami, Niebo pachnące sianem, Modlitwy malowane trzciną, Rogalik. Album fotograficzno-poetycki; antologie poetyckie: Antologia poetów polskich 2016; Antologia poetów polskich 2017; almanachy: „Literat Krakowski”, nr 5/6, 2012–2013; Krakowska Noc Poetów (2011, 2012, 2013, 2014), Karnawał Bronowicki (2011, 2012, 2013), Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów (2011, 2012), Człowiek i sny (2013), Człowiek i droga (2014), Ewokacja (2015), Jurajska muza (2014), Chwile niepokorne (2016), Ciemność boi się koloru (2015), Mosty (2016), Chwile przed jutrem (2016), Słowem rozkołysany ogród (2017), Puzzle życia (2017), Złotopotockie impresje (2017), Našlapování v podzimním listí (2017), Oswajanie lęku (2018).

Damian K asprzyk – dr nauk humanistycznych, etnolog, adiunkt w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Łódzkiego, sekretarz działającego w strukturach UŁ Interdyscyplinarnego Zespołu Badania Wsi, przewodniczący Główniej Komisji Rewizyjnej Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, prezes łódzkiego Oddziału, tego stowarzyszenia. Zasiada w redakcjach czasopism: „Zeszyty Wiejskie”, „Zbiór Wiadomości do Antropologii Muzealnej”, „Rocznik Towarzystwa Nauko-


Noty o autorach

179

wego Płockiego”. Członek Rad Muzealnych przy Muzeum Wsi Radomskiej w Radomiu i Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi. Zainteresowania badawcze: regiony i regionalizmy, zagadnienia tożsamości regionalnej, muzeologia.

Bartosz Kiełbasa – ur.  16 maja 1982  r. w Koninie. Z wykształcenia geograf (absolwent I Liceum im. Tadeusza Kościuszki w Koninie, Wydziału Nauk Geograficznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu rocznik 2006, studia podyplomowe w Wyższej Szkole Ubezpieczeń – rocznik 2011). W latach 2009–2014 Członek Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Konina, od 2014 członek Komisji Rewizyjnej TPK, od 2016 r. członek Komisji Rewizyjnej Wielkopolskiego Stowarzyszenia na Rzecz Ratowania Pamięci „Frydhof”, członek Towarzystwa Przyjaciół Parku im. Fryderyka Chopina, członek Społecznego Komitetu Wsparcia Renowacji Konińskich Nekropolii przy TPK. Odznaczony odznaką honorową „Za Zasługi dla Miasta Konina” w 2013 r. oraz srebrnym medalem „Za Zasługi dla Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę”. Nauczyciel szkół w Koninie i powiecie. Od 2015 r. redaktor prowadzący dwumiesięcznika „Koniniana”, współpracujący z Klubem Turystycznym PTTK Oddział w Koninie, piszący do takich periodyków jak: „Kronika Wielkopolski”, „Przegląd Wielkopolski”, „Rocznik Kolski”; współautor książki 25 lat Stowarzyszenia Polaków Poszkodowanych przez III Rzeszę Oddział Terenowy w Koninie 1987–2012.

Grzegorz Klonowski – doktorant Uniwersytetu Opolskiego, absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W swoich zainteresowaniach badawczych skupia się na dziejach NSZZ „Solidarność” Region Wielkopolska i NSZZ RI „Solidarność” w byłym województwie sieradzkim. Prowadził także badania dotyczące KIK w Poznaniu oraz historii rodzinnej gminy Klonowa. Wiesława Kubów –  ur.  w Łukowej powiat biłgorajski. Absolwentka polonistyki UMCS w Lublinie, plastyk, regionalistka, dyr. GOK w Łukowej od 1997  r. Odznaczenia: Odznaka Honorowa „Zasłużony dla Kultury Polskiej” nadana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP (2017), Srebrny Medal „Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej” nadany przez Przewodniczącego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie (2011), „Łabędzie Pióro” –  nagroda Biłgorajskiego Towarzystwa Literackiego (2017), odznaczenia nadane przez ogólnopolskie związki AK i BCh. Autorka publikacji Mała Ojczyzna Łukowa. Pieśni korzeni (2000).


180

My, regionaliści…

Maria Madej – ur.  18 października 1934  r. w Joninach powiat Tarnów. Wykształcenie pedagogiczne na poziomie średnim zdobyła zdając maturę w 1954  r. w Tarnowie. Pracowała jako nauczycielka w szkolnictwie podstawowym do 1987 r., a po przejściu na emeryturę uczyła jeszcze 10  lat w szkole średniej. Związana środowiskiem pracy (szkoły wiejskie) z żywym folklorem. Uczestniczyła w obrzędowości religijnej i świeckiej, wspierając i wzbogacając miejscowe tradycje. Współpracowała z organizacjami społecznymi – OSP, KGW, ZMW w przygotowywaniu działań kulturalnych i artystycznych związanych z tradycjami ludowymi (kolędnicy, jasełka, wianki, palmy, dożynki, sobótki, procesje na Boże Ciało), a w Klubach Młodego Rolnika z teatrem amatorskim. Od trzydziestu lat jest członkiem Towarzystwa Miłośników Ziemi Zatorskiej. Znajduje tu możliwość szerokiej działalności związanej z regionalizmem – kulturą ludową.

K atarzyna Owoc-Kochańsk a – mieszkanka Wschowy, ekonomistka, politolożka, członkini Stowarzyszenia Czas A.R.T. Z pasją odkrywa dziedzictwo historyczno-kulturowe ziemi wschowskiej, autorka projektów edukacyjnych, pomysłodawczyni i koordynatorka publikacji Wschowskie ulice. Roman Pakuła – ur. w 1958 r. Żonaty, dwoje dzieci. Szczęśliwy dziadek, dziwak i ekscentryk. Bezpartyjny sympatyk ruchu politycznego Romana Dmowskiego w II RP.

Piotr Pązik – ur. 2 maja 1989 r. w Tomaszowie Mazowieckim. Ukończył studia I stopnia na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, kierunek politologia, specjalność polityka regionalna. Następnie na tej samej uczelni ukończył studia II stopnia na kierunku politologia, specjalność administracyjno-samorządowa. Pasjonuje się naukami humanistycznymi. Dzięki temu dąży do odkrycia tożsamości swojego regionu. W prywatnym życiu prowadzi korespondencję zagraniczną, przez co promuję miejscowość Sulejów nad Pilicą.

Andrzej Rodys – ur.  w 1936  r. Absolwent ekonomiki i organizacji przedsiębiorstwa przemysłowego na SGPiS w Warszawie. Studiował także kilka innych kierunków, m.in. lotnictwo i polonistykę. Pracował na różnych stanowiskach. W 2005  r. (w wieku 69  lat) zadebiutował jako autor wierszy. Od tego czasu wydał 7 indywidualnych tomików poetyckich, w tym dwa poświęcone wyłącznie tematyce warszawskiej, nawiązujące do specyficznego języka, folkloru, historii, tradycji stolicy. Wydał również opowieść (o charakterze sagi) pt. Karol Hardy i inni również o tematyce warszawskiej.


Noty o autorach

181

Jego dorobek literacki i publicystyczny, to oprócz tego ok. 30 almanachów i antologii oraz publikacje w czasopismach tradycyjnych i internetowych. Występuję jako lektor i recytator (m.in. warszawski Teatr „Kamienica”). Jest sekretarzem redakcji kwartalnika kulturalnego „Sekrety Żaru”, a także sekretarzem generalnym Stowarzyszenia Autorów Polskich.

Fr anciszek Rusak – ur.  3 października 1943  r. w Busku-Zdroju w rodzinie pracowników fizycznych. Zdobywał wykształcenie w Liceum Pedagogicznym, Studium Nauczycielskim i Uniwersytecie Wrocławskim – kierunek filologia polska. Pracował jako nauczyciel szkół podstawowych i średnich, wizytator języka polskiego w powiecie Szprotawa, dyrektor Buskiego Domu Kultury. Radny trzech kadencji, członek Sejmiku Wojewódzkiego w Kielcach, wiceprzewodniczący rady w Busku, współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Buska, członek Towarzystwa Ochrony nad Zabytkami. Inicjator obchodów 700-lecia Buska, Przeglądu Pieśni i Poezji Legionowej, dwóch sesji popularnonaukowych o dziejach Buska. Publicysta „Tygodnika Ponidzia” (wcześniej „Gazety Buskiej”). Autor cykli artykułów: Busko wczoraj i dziś, Życie na Ponidziu, Okrągłe Rocznice, Donosy rzeczywistości. Publikował na temat historii, etnografii, ochrony przyrody, turystyki i krajoznawstwa, polityki, religii i obyczajowości. Napisał monografię kościoła w Piasku Wielkim i klasztoru w Szańcu oraz Opowiastki w gwarze ponidziańskiej i Stopnicką fantazję historyczną. Wydał książki: Buskie legendy, W starym Busku, Leszek Czarny – monografia, oraz – Rok na cztery części podzielon. Zorganizował korowód historyczny na 700-lecie Buska, zredagował biografię Andrzeja Brzuchala –  kapelmistrza I Brygady Legionów J. Piłsudskiego, Współorganizator galerii sztuki, muzeum oraz Festiwalu im Krystyny Jamroz i Wojtka Belona. Współpracował przy budowie pomnika Leszka Czarnego. Odznaczenia: Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Należał do „Solidarności”, był członkiem ZSL. Hobby: działka, ziołolecznictwo, dendrologia, kuchnia regionalna. Żonaty. Córka Katarzyna jest nauczycielką historii, Anna – pracownikiem Buskiego Domu Kultury. Andrzej Ruszkowski –  ur.  1 lutego 1936  r. w Sieradzu z ojca Władysława i matki Marii z Woszczalskich. Matura w LO w Sieradzu w 1955 r. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pozaetatowa aplikacja sędziowska zakończona egzaminem sędziowskim w 1968  r. W 1975–1976 studia podyplomowe na Uniwersytecie Łódzkim z prawa gospodarczego i prawa pracy. Szkolenia w Berlinie i w Paryżu w 1992 i 1993 r. z zakresu funkcjonowania administracji państwowej. Radca prawny w ZPD „Wola” w Zduńskiej Woli i w innych zakładach. Od


182

My, regionaliści…

dnia 1 sierpnia 1990 r. wicewojewoda, a od 4 marca 1991 do 28 lutego 1994 r. wojewoda sieradzki, dalej ponownie radca prawny aż do emerytury. W latach 1958–1963 instruktor ZHP i członek Instruktorskiej Drużyny Akademickiej im. Leszka Domańskiego „Zeusa” w Toruniu. Od 1965 r. w PTTK: prezes ZW PTTK w Sieradzu, członek ZG PTTK w Warszawie, twórca społecznej opieki nad zabytkami w b. województwie sieradzkim. Organizator obsługi prawnej Regionu „Solidarność” w Sieradzu. W stanie wojennym współorganizator kolportażu podziemnej prasy i książek w województwie sieradzkim. W 1989 r. przewodniczący Komitetów Obywatelskich „Solidarność” w województwie sieradzkim, współorganizator pierwszych wolnych wyborów do parlamentu i samorządów. W pierwszej wyłonionej w wolnych wyborach Radzie Miasta Sieradza jej przewodniczący. Autor przewodnika krajoznawczego Sieradz i okolice (dwa wydania), współautor książki Z dziejów LO im. Kazimierza Jagiellończyka w Sieradzu. Twórca i redaktor naczelny kwartalnika krajoznawczego „Na Sieradzkich Szlakach”, ukazującego się od 31 lat. Autor ok. 250 artykułów o charakterze krajoznawczym.

Eugeniusz Skoczeń – ur.  20 sierpnia 1946  r. we wsi Gostwica pow. Nowy Sącz, woj małopolskie w rodzinie chłopskiej. Po skończeniu szkoły podstawowej we wsi Gładyszów, Technikum Rolniczego w Bystrej k. Gorlic podjął naukę w Studium Nauczycielskim w Nowym Sączu, a następnie na Akademii Rolniczej w Krakowie. Pracę zawodową rozpoczął w 1969 r. jako nauczyciel w Zasadniczej Szkole Rolniczej w Racławicach. Do dnia dzisiejszego mieszka w tej miejscowości. Od 1970 r. pełnił obowiązki Powiatowego Inspektora Oświaty Rolniczej w Miechowie a od 1973 Naczelnika Gminy w Racławicach. Od 1979  r. objął funkcje dyrektora Zespołu Szkół Rolniczych w Książu Wielkim, a w 2003  r. wójta gminy w Radziemicach. W 2010 r. przeszedł na emeryturę. Członek Społecznego Komitetu Odbudowy Panoramy Racławickiej we Wrocławiu (przekazał eksponaty do sztucznego terenu panoramy). Od 1983  r. prezes Racławickiego Towarzystwa Kulturalnego. Walnie przyczynił się do wzniesienie na polach bitewnych Racławic w 1994 r. pomnika Wojciecha Bartosza Głowackiego dla uczczenia 200  rocznicy Insurekcji Kościuszkowskiej. Współpracuje z Ośrodkami Kościuszkowskimi w kraju i zagranicą: Szwajcaria, Białoruś, Australia. W 2010 r. w ramach obchodów 600-lecia bitwy pod Grunwaldem, jako wójt gminy Radziemice dokonał odnowienia i zagospodarowania Kopca Marcina we Wrocimowicach, skąd pochodził chorąży chorągwi królewskiej, jeden z bohaterów tej bitwy zwany Marcinem z Wrocimowic. Od 1995 r. jest członkiem Rady Krajowej Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych, w l.  2002–2006 pełnił funkcję wiceprzewodniczącego tej Rady. Wyróżniony m.in.: Złotym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Odznaką Zasłu-


Noty o autorach

183

żony dla Kultury Polskiej, Medalem Aleksandra Patkowskiego, Odznaką In Memoriam – Tadeusz Kościuszko. Ma żonę i dwóch żonatych synów pracujących jako nauczyciele.

Jarosław Stulczewski – archiwista, regionalista i publicysta. Działacz społeczno-kulturalny ruchu rekonstrukcyjno-historycznego, środowiska kombatanckiego oraz społeczny opiekun zabytków i honorowy dawca krwi. Ukończył studia wyższe w Instytucie Historii i Archiwistyki na Wydziale Nauk Historycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor 4 książek i ponad 40 artykułów publikowanych w czasopismach naukowych i popularnonaukowych. Inicjator wielu akcji społeczno-popularyzatorskich na rzecz polskiego regionalizmu. Prezes Zarządu Towarzystwa Przyjaciół Zduńskiej Woli (od 2013), wiceprezes Zarządu Koła WiN w Zduńskiej Woli (od 2014) i członek redakcji rocznika naukowego „Biuletyn Szadkowski” (od 2013). Ponadto pełni funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Rewizyjnej Ruchu Stowarzyszeń Regionalnych Rzeczpospolitej Polskiej w Warszawie kadencji 2014–2018, a od 2016 r. przewodniczącego Głównej Komisji Rewizyjnej Zrzeszenia WiN Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego z siedzibą w Lublinie. Jest także członkiem: Stowarzyszenia „Złoty Krzyż” i JS 4040 im. płk. I. Boernera w Zduńskiej Woli, Towarzystwa Przyjaciół Szadku i OSP w Szadku, SAP O/Łódź, TOnZ O/Łódź. Mieszka w Zduńskiej Woli.

Roman Świst – ur.  w 1949  r. Emerytowany strażak (st.  ogn.). Służył w wałbrzyskiej straży pożarnej (ZSP/PSP – głównie służba liniowa/zmianowa) oraz w Wojewódzkim Ośrodku Szkolenia Pożarniczego. Zajmował, od 1969  r. do końca swej służby stanowiska przynależne podoficerom. Uczył zawodu, jako instruktor i wykładowca. Prowadził przez wiele lat kontrole stanu bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Brał udział w wielu akcjach ratowniczo-gaśniczych oraz podczas usuwania skutków klęsk żywiołowych i ekologicznych. Niezależnie od czynności służbowych, przez wiele lat non profit, prowadził z mikrofonem w ręku zawody pożarnicze od szczebla gminnego po międzynarodowe, konkursy wiedzy pożarniczej dla młodzieży szkolnej, od stopnia gminnego po wojewódzkie. Pracował społecznie na wielu obozach szkoleniowo-wypoczynkowych dla członków Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych. Prowadził, jako pilot i przewodnik blisko 300 wycieczek szkolnych i strażackich po Ziemi Wałbrzyskiej i po Dolnym Śląsku. Był instruktorem OC i MDP. Uczestniczył w zawodach pożarniczych wszystkich szczebli, w tym krajowych (Wrocław – 1968, Kraków – 1972) oraz międzynarodowych CTIF (Krems, Austria – 1969), jako zawodnik, współorganizator i sędzia. W okresie służby zawodowej społecznie działał w związkach zawodowych: Pracowników Państwowych i Spo-


184

My, regionaliści…

łecznych (wiceprzewodniczący RZ – nadzorował działalność Pracowniczej Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej) przy KWSP, przewodniczący RO) oraz Pracowników Ochrony Przeciwpożarowej (wiceprzewodniczący KZ i przewodniczący RO). Zasiadał w Komisji Dyscyplinarnej dla Funkcjonariuszy Pożarnictwa przy Wojewodzie Wałbrzyskim (1986–1992). Był animatorem życia sportowego w wałbrzyskiej ZSP (1972–1985). W l. 1977–1982, należał do PZPR, a wcześniej do ZMS/ZSMP. Przez wiele lat pisał artykuły o tematyce historycznej i pożarniczej, m.in. do pism: „Express Sudecki”, dziennika dolnośląskiego „Gazeta Wrocławska”, „Nowa Wałbrzyska”, „Przegląd Pożarniczy” (także korespondent), „Strażak”, „Tygodnik Wałbrzyski” oraz „Wałbrzyski Informator Kulturalny”. W l.  1996–2003 prowadził audycje historyczne na antenach Radia „Wałbrzych” i Studia Wałbrzych „Polskiego Radia Wrocław SA”. Był też, jednym z bohaterów programu Macieja Orłosia, w TVP – „A to Polska właśnie”. Publikuje na stronach internetowych (m. in. Związku Emerytów i Rencistów Pożarnictwa RP, KM PSP w Wałbrzychu) artykuły, materiały z zakresu historii ochrony przeciwpożarowej, historii regionu oraz na tematy związkowe. Wielokrotnie jego prace przywoływane były, jako źródła, także w internecie. W 1999 r. wałbrzyskie środowisko dziennikarskie wysunęło go do tytułu „Twórcy Roku”. Otrzymała go wybitna polska pisarka – Olga Tokarczuk. W 2013 r., w plebiscytach czytelników „Gazety Wrocławskiej” regionu wałbrzyskiego, na „Osobę Patriotycznie Zakręconą” i „Osobowość Roku’ uplasował się odpowiednio, na drugim i siódmym miejscu. Z tytułu osiągnięć w zawodowej służbie pożarniczej, bądź w zakresie badanie historii polskiego pożarnictwa i publikacji, został uhonorowany m. in: Złotym Krzyżem Zasługi (1997), odznaką „Zasłużonego Funkcjonariusza Pożarnictwa” (1988), Złotym Medalem Żubra (za szerzenie oświaty strażackiej – 2008), złotą odznaką „Za zasługi dla ochrony przeciwpożarowej (2012) i Medalem Honorowym im.  J.  Tuliszkowskiego (2014). Za oddaną działalność w stowarzyszeniach został uhonorowany m. in. „Złotym Znakiem Związku” (2006), Medalem Honorowym im. B. Chomicza (2012) oraz odznakami: „Za zasługi dla woj. wałbrzyskiego” (1984), „Zasłużonego Działacza LZS” (2010), „Za Zasługi dla ZE i R RP” (2012) i „Za zasługi dla PZD” (2013). Żonaty. Dzieci – Małgorzata i Wojciech oraz wnuczka Natalia.


INTERDYSCYPLINARNY ZESPÓŁ BADANIA WSI

APEL DO REGIONALISTÓW

W

Sz a now n i Pa ń s t wo,

dyskusji poświęconej znaczeniu regionalizmu w kształtowaniu tożsamości społeczno-kulturowej naszego społeczeństwa termin „regionalista” pojawia się rzadko. Brakuje też refleksji związanej z etosem regionalisty, rozumianym jako zbiór wartości, postaw i wzorów zachowań. Starając się uzupełnić tę lukę Fundacja WAŻKA we współpracy z działającym w strukturach Uniwersytetu Łódzkiego Interdyscyplinarnym Zespołem Badania Wsi, realizuje projekt pod tytułem MY, REGIONALIŚCI, zmierzający do ukazania autowizerunku tej aktywnej grupy osób cieszących się uznaniem środowiska. Jest to szczególnie istotne w kontekście płynności, zmienności i sieciowości zjawisk współczesnego świata. Zwracamy się zatem do animatorów działań społecznych (w sensie kulturowym, edukacyjnym, polityczno-administracyjnym i ekonomicznym), miłośników miejscowości i regionów, badaczy, folklorystów, innymi słowy wszystkich tych, którzy czują się regionalistami z prośbą o wypowiedź. Może ona posiadać charakter refleksji bardzo osobistej lub także naukowej, określającej związek ze społecznością lokalną lub regionalną oraz z przestrzenią rozumianą jako region – mała ojczyzna. W ramach wypowiedzi:

―― Prosimy o opisanie własnej „drogi do regionalizmu”, ze szczególnym uwzględnieniem jej początków. Chodzi o próbę autobiograficzną i określenie co legło u podstaw emocjonalnego i/lub praktycznego zaangażowania na rzecz najbliższej okolicy, regionu? ―― Prosimy o określenie jak kształtuje się zagadnienie autorytetów w środowisku regionalistycznym? Kto dla Pani/Pana był lub jest wzorem, mentorem, godnym naśladowania autorytetem? Czy jest ktoś kogo uznać można za autorytet dla szerszego środowiska, w którym Pani/Pan działa? Dlaczego ktoś zasługuje na takie miano?


186

My, regionaliści…

―― Prosimy o podjęcie próby autorskiej definicji – kim jest regionalista? – w oparciu zarówno o własne doświadczenia, jak i obserwacje działań innych osób. Czy można być regionalistą i nie działać? ―― Czy regionaliści stanowią grupę? W jakim sensie? Czy zawsze mówią „wspólnym głosem”? Co ich łączy, a co dzieli?

―― Prosimy o wyrażenie opinii jak zmiany społeczno-kulturowe, polityczne i gospodarcze ostatnich 2 dekad, wpłynęły na kształt i warunki uprawiania regionalizmu? Kim był regionalista dawniej, a kim jest obecnie? Co stanowi dziś szczególny przedmiot troski regionalisty? Z czym wiążą się obawy lub nadzieje? Co stanowi potencjalne lub rzeczywiste zagrożenie lub szansę? Licząc na podjęcie powyższych kwestii, nie narzucamy określonego porządku, charakteru ani schematu wypowiedzi. Nie wymagamy także konieczności bezwzględnego odniesienia się do wszystkich wspomnianych wyżej zagadnień, choć ich kolejność sygnalizuje, które z nich są w projekcie najistotniejsze.

[W dalszej części apelu umieszczono wytyczne edytorskie, termin realizacji projektu, adres Fundacji WAŻKA oraz prośbę o nadsyłanie wyłącznie tekstów niepublikowanych]


BIBLIOGRAFIA PRZEDMIOTOWA (wybór monografii jednoautorskich, prac zbiorowych i opracowań słownikowych poświęconych regionalistom)

• Belcik W., Regionaliści krośnieńscy: informator biograficzny, Krosno 2007.

• Borzyszkowski J., Aleksander Majkowski (1876–1938). Biografia historyczna, Gdańsk–Wejherowo 2000. • Borzyszkowski J., Moi mistrzowie i przyjaciele, Gdańsk 2015.

• Borzyszkowski J. (red.), Augustyn Szpręga (1896–1949), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2008. • Borzyszkowski J. (opr.), Izabella Trojanowska (1929–1995), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2015.

• Borzyszkowski J. (opr.), Jan Piepka (1926–2001), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2013. • Borzyszkowski J. (opr.), Julian Rydzkowski (1891–1978), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk–Chojnice–Wejherowo 2011.

• Borzyszkowski J. (opr.), Ks. Bernard Sychta (1907–1982) a Kociewie…: jego poprzednicy i następcy, seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2007. • Borzyszkowski J. (opr.), Lech Bądkowski (1920–1984), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2004. • Borzyszkowski J. (red.), Region i ludzie a historiografia i tożsamość. Materiały z II Zjazdu Historyków Regionalistów w Gdańsku – Starbieninie 22–24 XI 1996, Gdańsk–Ciechanów 1999.

• Borzyszkowski J. (opr.), Stefan Bieszk (1895–1964), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2013.

• Borzyszkowski J. (opr.), Tadeusz Bolduan (1930–2005), seria wyd. Pro Memoria, Gdańsk 2005.

• Borzyszkowski J. (red.), Życie i dzieła Floriana Ceynowy (1817–1881), Gdańsk 2012.


188

My, regionaliści…

• Chudziński E., Regionalizm. Idea – ludzie – instytucje, Warszawa 2013.

• Fryś-Pietraszkowa E., Kowalska-Lewicka A., Spiss A. (red.), Etnografowie i ludoznawcy polscy. Sylwetki, szkice biograficzne, t. 1, Kraków 2002. • Fryś-Pietraszkowa E., Spiss A. (red.), Etnografowie i ludoznawcy polscy. Sylwetki, szkice biograficzne, t. 2, Wrocław–Kraków 2007. • Gębołyś Z., Bolesław Ciepiela. Monografia biobibliograficzna, Sosnowiec 2015.

• Giergiel T. (red.), Twórca polskiego regionalizmu. Nowe badania nad życiem i działalnością Aleksandra Patkowskiego, Sandomierz 2015. • Gołębiowski B., Przełomy wieków. Od kulturozbieractwa do Internetu, Łomża 2002.

• Kasprzyk D. (red.), Być regionalistą. Inspiracje, autodefinicje, perspektywy, Łódź 2014. • Kasprzyk D. (red.), Ja – regionalista. Refleksje, stanowiska, komentarze, Łódź 2010. • Kasprzyk D. (red.), Kim jesteś, regionalisto? Sylwetki, opinie, diagnozy, Łódź 2012.

• Kazimierski J. (red.), Stanisław Herbst. Historyk i regionalista 12 lipca 1907 – 24 czerwca 1973, Warszawa 1996.

• Koszewski M., Słownik regionalistów kościańskich. Członkowie Towarzystwa Miłośników Ziemi Kościańskiej zmarli w latach 1961–1996, Kościan 1996.

• Kotowicz-Borowy I. (red.), Janusz Królik. Muzealnik i regionalista, Ciechanów 2014. • Kowalczyk R., Wielkopolskie szkice regionalistyczne, T. 2, Regionalizm wielkopolski –  idea, przejawy społeczno-organizacyjne, prekursorzy w świetle źródeł, literatury i poglądów XIX i XX wieku, Poznań 2017. • Kowalczyk R., Wielkopolskie szkice regionalistyczne, T.  3, Regionalizm wielkopolski – przejawy społeczno-kulturalne, polityczne i gospodarcze, luminarze w świetle źródeł, literatury i poglądów XIX i XX wieku, Poznań 2017. • Koźmian D., Poglądy społeczno-pedagogiczne Aleksandra Kazimierza Patkowskiego (1890–1942), Szczecin 1998.

• Kruszewski Z., Kansy A. (red.), Dr Aleksandre Maciesza (1875–1945) w 130. rocznicę urodzin i 60. rocznicę smierci. Materiały z sesji naukowej, która odbyła się w Towarzystwie Naukowym Płockim w dniu 7 października 2005 r., Płock 2006. • Kwaśniewska A., Badania etnologiczne na Kaszubach i Pomorzu Wschodnim w XIX i XX w. Ludzie, instytucje, osiągniecia badawcze, Gdańsk 2009.

• Meducka M. (red.), Zygmunt Wasilewski. Polityk – krytyk – regionalista, Kielce 2002. • Meissner A., Szmyd K. (red.), Słownik biograficzny twórców oświaty i kultury XIX i XX wieku Polski południowo-wschodniej, Rzeszów 2011. • Obracht-Prondzyński C., Jan Karnowski (1886–1939). Pisarz, polityk i kaszubsko-pomorski działacz regionalny, Gdansk 1999.


Bibliografia przedmiotowa

189

• Okoń Z.W., Władysław Mroczko – filmowiec, fotograf, regionalista chełmski, Chełm 2000. • Pajka S., Współcześni badacze i popularyzatorzy Kurpiowszczyzny, Ostrołęka 1993. • Pajka S., Zofia Niedziałkowska. Pedagog, historyk, regionalista, Ostrołęka 1994.

• Patkowski Aleksander: W hołdzie dla ziemi rodzinnej, Arnold S., Baczanowski P. (Wstęp), Warszawa 1958.

• Spiss A., Szromba-Rysowa Z. (red.), Etnografowie i ludoznawcy polscy. Sylwetki, szkice biograficzne, t. 3, Wrocław–Kraków 2010.

• Spiss A., Święch J. (red.), Etnografowie i ludoznawcy polscy. Sylwetki, szkice biograficzne, t. 4, Wrocław 2014.

• Stogowska A.M., W służbie ludzi i ojczyzny. Aleksander Maciesza (1875–1945), Płock 2013. • Świątkiewicz J. (red.), Henryk Florkowski. Lekarz, społecznik, regionalista, Poznań 2005. • Zbierski P., Na własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim, Gdańsk 2004.

• Zwolankiewicz H., Etnografowie i regionaliści w badaniach ludowej kultury Lubelszczyzny (Materiały do „Lubelskiego słownika biograficznego”). http://biblioteka. teatrnn.pl/dlibra/Content/9508/ETNOGRAFOWIE.pdf (dostęp: 14 I 2018). Pierwotnie praca ukazała się w „Studiach i Materiałach Lubelskich (Etnografia)”, t. 1, 1962, s. 7–75.


We - regionalists

T

his publication presents self-reflective texts of regionalists without any preliminary assumptions concerning the right to bear the name. The aim of our project is to establish who may be called a regionalist in the modern world. Although we know a lot about regionalists, it is still too little taking into consideration the changing character of present day reality. Our intuiton tells us that we should use this name when we refer to researchers, folklorists, collectors, social workers interested in local traditions and devoted to the idea of making local communinities active in the sphere of solving contemporary problems. It seems that a regionalist sholud be an important person for cultural researchers since globalisation is accompnied by the reneissance of regionalism. These two phenomena occurring simultaneously offer a fascinating field of investigation for antropologists. Regionalists constitute a group comprising thousands of individuals connected by the same idea and supported by tradition. The scope of their activities is limitless: science, education, ecology, economy, politics‌ Geografically dispersed they have different history, character and potential as well as different needs determined by changeable features of the contemporary world. Regionalists also have numerous interests, passions and ideas and differ considerably in the shpere of personality, temperament and charisma. Translated by Małgorzata Kasprzyk


192

П

My, regionaliści…

Мы, регионалисты

редставляемый сборник содержит саморефлексийные тексты регионалистов не решив заранее, кто может быть описан как этот. Проект, элементом которого является эта публикация, может только помочь определить кем они есть, или вернее, кем бывают регионалисты в постмодернистском мире. Конечно мы уже много знаем о регионалистах но все же недостаточно перед лицом неустойчивости, переменчивости, взаимодействия феноменов современного мира. Обычно мы интуитивно склонны определать этим названием исследователей, фольклористов, коллекционеров, социальных активистов, которые интересуются особенно широко понятыми региональными традициями и оживляют местное сообщество, чтобы активно заниматься решанием текущих дел. Кажется, что в плане исследований в области современной культуры региональный деятель дожен быть кем-то важным, поскольку глобализация сопровождается своего рода местным возрождением, а на границе между этими двумя взаимно стимулирующими течениями раскрывается область пленительных, для антрополога, явлений. Регионалисты – это группа тысяч людей, объединенных широкой идеей с богатыми традициями? Существенная область деятельности людей, заслуживающих звания регионалистов, широка и почти неограничена –  это наука, образование, искусство, экология, экономика, политика… Также места на карте, где реализуются регионалисты, отличаются не только историей, характером, потенциалом, но и потребностями, которые диктует динамика современного мира. Регионалисты – оказываются владельцами широких интересов, творческих страстей, идей, а также темпераментов, личностей и харизмов. Перевод Aleksandra Błaszczyk


193

Streszczenia

Wir Regionalisten

D

ie vorliegende Textsammlung enthält persönliche Überlegungen von Regionalisten, obwohl es keineswegs von vornherein feststeht, wen wir mit diesem Terminus bezeichnen können. Das Projekt, dessen Teil diese Veröffentlichung ist, soll zunächst zu bestimmen helfen, wer die Regionalisten in der postmodernen Welt eigentlich sind und in welchen Rollen sie zuweilen auftreten. Über Regionalisten wissen wir natürlich schon ziemlich viel, doch angesichts der fließenden Art, der Veränderlichkeit und Vernetztheit der Erscheinungen der modernen Welt ist dies immer noch zu wenig. Wir neigen meist intuitiv dazu, Forscher, Folkloristen, Sammler und gesellschaftlich aktive Menschen, die sich lebhaft für regionale Traditionen interessieren und örtliche Gemeinschaften zum aktiven Mitwirken an der Lösung aktueller Fragestellungen zu animieren suchen, unter diesem Begriff zu verstehen. Vom Blickwinkel der Erforschung der modernen Kultur aus gesehen muss ein Regionalist eine wichtige Gestalt sein, wo doch mit der Globalisierung eine gewisse Renaissance des Lokalen einhergeht und sich an der Schnittstelle der beiden Strömungen, die einander gegenseitig stimulieren, ein breites Gefilde von Phänomenen offenbart, die den Humanisten / Geisteswissenschaftler faszinieren. Die Regionalisten sind eine Gemeinschaft von vielen Tausenden, die eine traditionsreichen Idee verbindet. Die Interessen der Personen, die es verdienen, Regionalisten genannt zu werden, sind breitgefächert, ja gar unbegrenzt – Wissenschaft, Bildung, Kunst, Umweltschutz, Wirtschaft, Politik... Die Orte auf der Landkarte, in denen Regionalisten tätig sind, unterscheiden sich nicht nur je nach Geschichte, Charakter und Potenzial, sondern auch nach den Bedürfnissen, die die Dynamik der heutigen Welt aufwirft. Es offenbart sich einen Vielfalt an Interessen, künstlerischen Leidenschaften, Ideen, Temperamenten, Persönlichkeiten und Charismata der Regionalisten. Übersetzung: Maria Janssen


194

My, regionaliści…

Nous, régionalistes

La

collection presentée, regroupe les textes d’autoréflexion des régionalistes sans dire d’avance qui pourrait’on définir comme régionaliste. Le but du projet de l’edition est de déterminer qui sont les régionalistes dans le monde post-moderne. Bien sûr, on sais déjà beaucoup de choses sur eux, mais toujours pas assez car le monde actuel change très rapidement. D’habitude, nous appelons les régionalistes ceux qui sont les chercheurs, les folkloristes, les collectionneurs, les sociologues vivement intéressés par les traditions régionales largement comprises et par l’incitation des sociétés locales à participer dans la vie quotidienne. Il semblerait que dans les plans de recherche de la culture contemporaine, un régionaliste devrait être quelqu’un d’imporant si la globalisation est suivie par la renaissance du régionalisme. Entre ces deux sphère, ont lieu des phénomènes passionants pour les antropologues. Les régionalistes sont-ils une communauté de quelques milliers de personnes qui sont liées par un large concept de traditions riches? L’espace essentielle des activités des gens qui méritent de porter ce titre est large et même illimité, c’est une discipline, une éducation, l’art, écologie, économie, politique… Aussi les endroits, dans lesquels les régionalistes se réalisent se diffèrent entre eux non seulement par leur passé, leur nature, leur potentiel, mais aussi par les besoins dictés par la dinamique du monde actuel. Les régionalistes sont donc ceux qui possédent de nombreuses passions, idées, mais aussi tempéraments, personnalités et charisme. Traduction de Tomasz Kasprzyk


195

Streszczenia

Nosotros los regionalistas

El

libro que presentamos contiene textos autorreflexivos de regionalistas, sin decidir de antemano quién puede describirse con esta denominación. El proyecto, del cual un elemento es esta publicación tiene que ayudarnos a determinar quiénes son los regionalistas, o más exactamente quiénes son los regionalistas en el mundo posmoderno. Por supuesto, ya sabemos mucho acerca de los regionalistas, pero aún no lo suficiente de la liquidez, la volatilidad y la creación de los fenómenos de las redes del mundo moderno. Por lo general, nos inclinamos intuitivamente para definir a los regionalista como investigadores, folcloristas, coleccionistas, trabajadores sociales particularmente interesados en un sentido amplio en las tradiciones regionales y la animación de la comunidad local para que sean activa en la solución de los problemas actuales. Parece que en el plan de estudios de la cultura contemporánea el regionalista debe ser alguien importante, ya que la globalización se acompaña de un renacimiento de la localidad, y en la encrucijada de estos dos factores, que se estimulan mutuamente, encontramos corrientes que ofrecen un campo fascinante de los fenómenos antropológicos. ¿Son los regionalistas un grupo de miles de personas unidas por una idea amplia con ricas tradiciones? El área de sus actividades de las personas que merecen ser llamados regionalistas es amplia y casi ilimitada – la ciencia, la educación, el arte, la ecología, la economía, la política… También los lugares donde realizan los regionalistas sus labores se diferencian entre sí notablemente, no sólo por la historia, la naturaleza, el potencial, sino también por las necesidades que dictan las dinámicas del mundo moderno. Los regionalistas resultan ser dueños de una amplia gama de intereses, pasiones creativas, ideas, pero también temperamentos, personalidades y carismas. Traducido por Gustaw Juzala-Deprati


196

My, regionaliści…

My, regionalisti

V

předložené sbírce jsou sebrány texty, které jsou sebereflexí regionalistů, aniž by někdo rozhodl, kdo jimi je. Projekt, jehož součástí je vydání, má teprve pomoci určit, kým jsou, nebo spíše kým bývají regionalisté v postmoderním světě. O regionalistech toho samozřejmě již mnoho víme, stále ale málo tváří v tvář tekutosti, variabilitě a informačním technologiím moderního světa. Obvykle máme intuitivní sklony popsat tím jménem badatele, folkloristy, sběratele a místní nadšence živě se zajímající o v širším slova smyslu regionální tradice a oživení místních komunit při řešení běžných otázek. Zdá se, že ve výzkumu současné kultury musí být regionalista někdo důležitý, protože globalizace je doprovázena určitým druhem renesance lokálnosti a na křižovatce těchto dvou vzájemně se stimulujících proudů se pro antropologa objevuje fascinující množina jevů. Jsou regionalisté mnohatisícová skupina spojená širokou myšlenkou o bohatých tradicích? Obecná oblast aktivit osob, které si zaslouží být nazývány regionalisty, je rozsáhlá a nemá hranic – je to věda, výuka, umění, ekologie, ekonomie, politika… Také místa na mapě, kde pracují regionalisté, se od sebe liší nejen historií, povahou, potenciálem, ale také potřebami, které diktuje dynamika současného světa. Regionalisté se ukazují býti nositeli hojné škály zájmů, tvůrčího nadšení, myšlenek, ale i temperamentu, osobností a charisma. Přeložil Michal Rak


197

Streszczenia

私達は地域主義党人。 著作集は地域主義党人の作文があります。出版の分だ計画は 地域主義党人がこの世界に何時 でもだれですか時々だれです か見つけ出し手伝えれば良いです。沢山地域主義党人の事がも う知りましたけどまだ沢山が知りませんでした。 何時も研究者と民俗学人と収集家と地域的な伝説と地域生活 を活気付く事の興味を持ちます。 地域主義の復興の時代に生 きるから地域主義党人が大切な人がいるべきと思います。 地域主義党人は広いイデアと沢山伝統一緒にする数万社会で す。地域主義党人の名前が値す る人の行動範囲は巨大でまる で限りないです。これは科学や教育や美術や生態学や経済や 政 治です。地域主義党人が専門技術の練習する所も歴史と性 格と潜在能力とだけでわなく現代 の世界の力学が作る必要が 違います。これで地域主義党人は沢山趣味と創造的な興味とイ デ アだけでわなく気質と人格とカリスマを持ちます。 Michał Mucha の翻訳


Profile for dolnoslaskiearchiwumtradycji

My, regionalisci. W strone autowizerunku, red. Damian Kasprzyk  

W prezentowanym zbiorze zgromadzono autorefleksyjne wypowiedzi regionalistów, nie dekretujac z góry kogo mozna okreslic tym mianem. Projekt,...

My, regionalisci. W strone autowizerunku, red. Damian Kasprzyk  

W prezentowanym zbiorze zgromadzono autorefleksyjne wypowiedzi regionalistów, nie dekretujac z góry kogo mozna okreslic tym mianem. Projekt,...

Advertisement