Issuu on Google+

ISSN 1899-4830

gazeta bezpłatna

Ad maiora natus sum

Dwutygodnik nr 13(95)

19 lipca 2012

nakład 142 000 egz.

www.gazetadobryznak.pl dziny Dębskich oraz Ukraińcy, obecni mieszkańcy wsi Kisielin. Opowieści o dawnym i współczesnym Kisielinie towarzyszy muzyka Krzesimira Dębskiego z oratorium „Kres Kresów”.

W dzień zagłady

Pomnik Rzezi Wołyńskiej we Wrocławiu

Ocalić od zapomnienia

Tradycja i wiara nakazują, aby oddawać zmarłym, także ofiarom narodu, odpowiednią cześć. Niestety, władze Rzeczpospolitej nie zaplanowały godnego uczczenia wymordowanych w Krwawą Niedzielę na Wołyniu. Naród jednak nie zapomniał

Rafał Pazio

W

tym roku przypada 69. rocznica wymordowania księży i wiernych świeckich w kościołach rzymskokatolickich na Wołyniu. Rzeź miała miejsce 11 lipca 1943 r. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski zachęcał wszystkich, z którymi utrzymuje kontakty, aby w tym dniu zapalili znicze w miejscach pamięci narodowej. Także 11 lipca o godz. 21.00 w swoich oknach.

Obchody W sobotę 7 lipca klub „Samborzan” Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Oświęcimiu - w imieniu środowisk kresowych - zorganizował uroczystość odsłonięcia i poświęcenia tablicy pamiątkowej dedykowanej Polakom pomordowanym przez nacjonalistów ukraińskich na wschodnich Kresach II Rzeczpospolitej Polskiej w czasie II wojny światowej. W wielu Kościołach Polski (Gliwice, Tychy, Pyskowice, Myszków, Zamość, Legnica) zostały odprawione msze św. za ofiary OUN-UPA. 9 lipca o godz. 18.00 w Essen (Niemcy) została odprawiona msza św. w Polskiej Misji Katolickiej.

We wtorek, 10 lipca, w Przemyślu, Towarzystwo Przyjaciół Nauk zorganizowało Wieczór Kresowy z projekcją filmu pt. „Było sobie miasteczko” z udziałem reżysera filmu Macieja Wojciechowskiego. Film poświęcony jest zagładzie Kisielina na Wołyniu. W lipcu i sierpniu 1943 r. Ukraińcy zamordowali ponad 600 mieszkańców parafii Kisielin. Historię miasteczka i okolicznych wsi udokumentował Włodzimierz Sławosz Dębski, ojciec znanego kompozytora Krzesimira Dębskiego. W filmie zrealizowanym przez Telewizję Polską o Kisielinie opowiadają członkowie ro-

11 lipca w Niemodlinie zorganizowano uroczystości pod pomnikiem na placu Obrońców Przebraża (wieś na Wołyniu, która obroniła się przed UPA). W Krakowie zorganizowano modlitwę pod pomnikiem Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich na Cmentarzu Rakowickim. Po uroczystości także odbyła się projekcja filmu „Było sobie miasteczko”. Uroczystość została zorganizowana także w miejscowości Kędzierzyn-Koźle. Odbyła się msza święta w kościele pw. św. Zygmunta i św. Jadwigi Śląskiej w intencji Polaków pomordowanych na Kresach Wschodnich II RP. Po mszy uczestnicy przemaszerowali z kampanią honorową i orkiestrą oraz pocztami sztandarowymi do Publicznego Gimnazjum Nr 1 im. Orląt Lwowskich, pod tablicę upamiętniającą ludobójstwo dokonane na Polakach na Kresach. Mszę zorganizowano także w Wieliczce. W Sopocie zorganizowano koncert rocznicowy w kościele św. Andrzeja Boboli. Koncert ten, w ramach Wieczorów Muzycznych, był przypomnieniem i chwilą zadumy nad tragedią Polaków i obywateli polskich wielu narodowości. Przypomniano też poezję Zygmunta Rumla - emisariusza Rządu Londyńskiego do rozmów z UPA, bestialsko zamordowanego 10/11 lipca 1943 r. W Tarnowie zaprezentowano specjalny spektakl Teatru Nie Teraz pt. „Ballada o Wołyniu” i zorganizowano uroczystości przy Kurhanie Kresowym na Starym Cmentarzu.

Przestrzeń wolności

W Polsce mamy do czynienia także z rzeczywistością, która nie podlega centralnemu sterowaniu. Przywołanie powyższych wydarzeń pokazuje, jak wiele można zrobić, aby ocalić od zapomnienia to, co bolesne w naszej historii.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Obłuda czy głupota

str. 2

Od ponad roku Muzeum Narodowe ma nowe kierownictwo - już któreś z kolei. Podobnie jak poprzednie, chętnie eksploatuje ono słowo „nowe”, dając do zrozumienia, że nowe znaczy lepsze. Czy na pewno?

Nowe nie znaczy lepsze

O

d czasu do czasu biorę pilota do ręki i przeglądam kanały telewizyjne, aby mieć jakieś rozeznanie, co tam się dzieje. Gdy znajduję coś, co mnie zaciekawi, pozostaję na chwilę i oglądam. Tak też było ostatniej soboty przed południem. Do umówionego spotkania zostało mi kilkanaście minut, więc włączyłem telewizor. Przebiegałem po kanałach, nic mnie nie zaciekawiło. Zatrzymałem się na chwilę na stacji, której nazwy nie pamiętam (bo i po co). Cztery kobiety komentowały różne wydarzenia i propagowały przy tym w sposób nachalny swoje poglądy. Jedna z tych kobiet nazywała się Piekarska. Zapamiętałem, bo była wyjątkowo perfidna i starała się za wszelką cenę dominować nad innymi uczestniczkami programu i prowadzącą. Narzucała swoje zdanie, przerywając innym. Myślę sobie - ot taka kultura. Ale nie. Tu nie chodziło tylko o kulturę. Taka była jej taktyka. Gdy tematem były prawa mniejszości seksualnych, nie było granic żądań. Wszystko było istotne. Nieważne były prawa demokracji. Nieważne było to, że jak się daje prawa mniejszościom seksualnym, to wchodzi się na teren innych i odbiera się im ich prawa. Liczyli się tylko jej pupile. To im należy się prawo, nawet jeśli to prawo krzywdzi i ogranicza innych. Myślę sobie - albo dobrze zapłacili za lobbing, albo sama jest zainteresowana. Szkoda tylko, że kultury i samokrytyki brak. Jednak, gdy po omówieniu powodów rozwodu jakiegoś amerykańskiego aktora (tematy proponowała prowadząca), panie przeszły do poszanowania uczuć religijnych zacząłem baczniej słuchać. Piekarska powinna wzorem obrony praw mniejszości bronić również mojego konstytucyjnego przecież prawa do poszanowania uczuć religijnych. Jak obrona wszystkich, to obrona wszystkich. A tu nie. Zażądała (jakby to było miejsce na to) wykreślenia z Konstytucji odpowiednich zapisów. Związki partnerskie - tak, i nie wolno o nic pytać, bo ich urazimy. Prawo do wolności wyznania i zakaz obrażania katolików - nie. Po co to komu. Jaki, do jasnej cholery, w Polsce procent społeczeństwa stanowią homoseksualiści, a jaki katolicy. Gdzie prawa demokracji. Nieważne jest więc poszanowanie - tylko orientacja. Zostań gejem i wystąp ostentacyjnie z Kościoła, to będziemy cię bronić. Jeśli nie, jeśli pozostaniesz katolikiem, to znaczy, że reprezentujesz zaścianek i średniowieczny sposób myślenia. Będziemy cię piętnować i nie damy żadnych praw. To nie jest tolerancja. To jest delikatnie mówiąc bardzo subiektywny sposób myślenia. Takie myślenie niejednokrotnie prowadziło do ludobójstwa. Takie myślenie prowadzi do skrajności. A skrajności do wynaturzeń i zła. Na końcu cierpią niewinni ludzie, bo żyją zgodnie z naturą i Dekalogiem. A to właśnie Dekalog gwarantuje tolerancję. Nie zabijaj…. Nie kradnij… Nie mów fałszywego świadectwa… Skąd to znamy….

Mariusz Gazda redakcja@gazetadobryznak.pl

„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

Lidia Kostkiewicz

T

o nie przypadek, że Muzeum Narodowe doczekało się aż trzech (!) nieformalnych blogów pracowniczej opozycji. Po „Upiorze” i „Duchu” przyszedł czas na „M jak Muzeum”. Odcinki najnowszego serialu o niedobrym muzealnictwie cyklicznie pojawiają się od blisko roku, a krytyki obecnych praktyk nijak nie da się nazwać bezzasadną. Faworyzująca brak doświadczenia i/lub kierunkowego wykształcenia polityka kadrowa oraz na siłę i bez zrozumienia wprowadzane zagraniczne pomysły sprzed kilkunastu lat owocują wyjątkowo niedobrym kierunkiem zmian przeprowadzanych w zasadzie dla samej zmiany.

Społeczeństwo dowiaduje się, że otrzymuje produkt, który odpowiada na jego potrzeby. Czy jednak ktoś zadał sobie trud weryfikacji społecznych oczekiwań względem instytucji, której pierwszoplanowym zadaniem jest prezentacja dzieł sztuki sprzed kilkudziesięciu, kilkuset i kilku tysięcy lat? „Świetna kawiarnia i do tego całkiem niezłe muzeum” - takim sloganem reklamowała się niegdyś jedna z wiodących galerii amerykańskich. Rodzime „Polactwo” potraktowało to zwyczajowo - bez przymrużenia oka i oto rozgorzała debata nad jakością i dostępnością kulinariów w instytucjach kultury, przesłaniając problem jakości wystaw. Wygląda na to, że największym obecnie sukcesem Narodowego jest Cafe Lorentz (nazwa to średnio trafiony hołd dla wybitnego dyrektora) na dziedzińcu do niedawna zamkniętym. Sukces to jednak wątpliwy, bo wystawione przed frontem leżaki świecą pustkami - być może więcej chętnych znalazłby lokalik na czarujących zielenią tyłach gmachu. Kto jednak myślał o kształcie wystaw? Bardzo niedobra reorganizacja ekspozycji stałych w Muzeum Narodowym - pokrętna i fałszująca rzeczywistość - prosi się o pytanie, czy sztuka narodowa, jakakolwiek by nie była, jest obecnie czymś wstydliwym? Czy muzeum mające słowo „narodowe” w nazwie koniecznie musi uciekać od problemów naszej historii? Były dyrektor Narodowego, prof. Piotrowski, odreagował rozstanie z fotelem zarządzającego najważniejszą placówką muzealną w Polsce książeczką zatytułowaną „Muzeum krytyczne”. Zawarł w niej praktycznie całe swoje dyrektorskie credo, nie przyjmując do wiadomości, że budzenie refleksji nad problemami współczesnego społeczeństwa

Rok 2012 - rokiem Piotra Skargi Choroby Rzeczypospolitej. Druga, która jest z niezgody domowej. Obejrzycie się na te szkody i utraty, które wam z niezgody urastają. Niezgoda wszystko rozprasza i różnymi wiatry roznosi. O jako szczęśliwy to lud był, o którym napisano: „Wszyscy się zebrali jakoby jeden mąż i człowiek jeden, z jednym sercem, z jedną radą”. Gdzie serca różne jako zgodna rada około ojczyzny być ma? Nastąpi postronny nieprzyjaciel, jąwszy się za waszą niezgodę i mówić będzie: „rozdzieliło się serce ich”, teraz poginą. Czeka na to ten, co wam źle życzy. Inna przyczyna bardzo główna niezgód ludzkich: chciwość i łakomstwo i inne pożądliwości świeckie. Pożądają ludzie dobrego mienia, urzędów sławy świeckiej, podwyższenia domów swoich i oni się pożądliwością zapaliwszy, gdy nie dostają, czego chcą, rozruchy czynią, niezgody sieją, mszcząc się albo grożąc, żeby tylko swoje pożądliwości mieli, a jedne miawszy drugich pragną i nigdy się nie natkają. Dostatek też i pycha wielką jest niezgód przyczyną. A owe zakryte serca i obłudne, które cicho ludzie łowią w słowach przyjaciele, a na sercach obłudnicy - pokoju nigdy prawego z bliźnim nie mają i zgodzić się z nim nie mogą. Prostoty i szczerości miedzy ludźmi nie masz, zdrad i oszukania i fałszu pełno; jakoż ma być zgoda i jednomyślność? Gdy się ludzie z sobą dzielą i wadzą najsłabszy są, lecz, gdy w kupie i zgodzie stoją, mocno się nieprzyjacielowi postawią. Jako Pismo mówi: „Trojaki powrózek trudno przerwać, a pojedynkowy bardzo łacno”. (wybrał. prof. Wojciech Ciechomski)

jest raczej rolą muzeum sztuki nowoczesnej. To z kolei w Warszawie powstaje tak, jakby go jednak miało nie być, czym żadne władze się nie przejmują, ostentacyjnie wspierając politykę przerzucenia problemu na instytucję, która z założenia miała stać na straży zupełnie innych wartości. Tu wracamy do muzealnych kadr. Mówią, że Lorentz, legendarny dyrektor Muzeum Narodowego nawet w sekretariacie zatrudniał historyków sztuki. Po to, by osoba kierująca sekretariatem wiedziała, czym właściwie zajmują się pracownicy innych muzealnych działów i co robi się w muzeum. Dziś dyrektorzy szacownych muzeów chętnie powołują na swoich zastępców osoby, które z wykształceniem muzealniczym nie mają nic wspólnego. Od powietrza, głodu, wojny i historyków sztuki zachowaj nas Panie! Jeśli jednak już muszą być po studiach kierunkowych - obowiązkowo młodzi. Terror wieku podniesiony został do rangi postulatu numer jeden symultanicznie z podniesieniem przez rząd wieku emerytalnego. Powoli pojawia się we wszystkich zawodach. Na znak poparcia własnej inicjatywy premier i szefowie poszczególnych resortów pod byle pretekstem czyszczą gabinety z pracowników w wieku post-balzakowskim. Młodość gwarantująca wytrzymałość i sprawność fizyczną jest, owszem, przydatna na boisku piłkarskim, są jednak zawody, gdzie doświadczenie merytorycznie ma swoją wartość. A może chodzi po prostu o posłuszeństwo?

F

atalny scenariusz muzealnego serialu dyktowany w gabinetach ministerstwa przy Krakowskim Przedmieściu ma się jednak dobrze, a reakcji na problemy istotne brak. Wiodące muzea warszawskie, mimo propagandy sukcesu, wyraźnie podupadają, jadąc już wyłącznie siłą rozpędu. Sam minister przyznaje fundusze na wątpliwej jakości projekty artystyczne. Głośny, nie tak dawny skandal z „Haftem miejskim” - subwencjonowane przez MKiDN bilboardy z hasłem „Zimo wypierdalaj” - świadczy o tym, że minister kultury Bogdan Zdrojewski o sztuce ma pojęcie raczej mgliste. I w tym cała bieda.

Warto wiedzieć

Od 1990 roku rozpoczął się proces wyprzedaży polskiej prasy. Już w 1997 roku własnością niemieckiego koncernu prasowego Passauer Neue Presse stały się czasopisma „Dziennik Łódzki”, „Express Ilustrowany”, „Dziennik Zachodni”, „Trybuna Śląska”, „Gazeta Krakowska”, „Dziennik Polski”, „Dziennik Bałtycki”, „Wieczór Wybrzeża”, „Gazeta Wrocławska”, „Gazeta Poznańska”, „Express Poznański”. Nowymi inwestycjami tego koncernu na początku XXI w. stał się polski tabloid „Fakt” (ok. 550 tys. nakładu) i „Dziennik” połączony w 2010 roku z „Gazetą Prawną”. Drugi koncern niemiecki Bertelsmann ma udziały w periodykach „Tele Magazyn”, „Telimena”, „Claudia”, „Naj”, „Sandra”, „Moje Mieszkanie”, „Majster”. Kapitał niemiecki kontroluje tez kolorowe periodyki dla kobiet i młodzieży. Wydawnictwo Bauer już w 2005 roku wydawało 32 tytuły o łącznym nakładzie jednorazowym 8,3mln egzemplarzy. Wydawnictwo Axel Springer ma 20 podstawowych tytułów, a dodając wydawnictwa specjalne w sumie ponad 39 tytułów. wg. W.Kieżun, Patologia transformacji, 2012


„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

str. 3

OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Pomimo iż Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej Euro 2012 już dawno się skończyły, to nadal, na skalę bezprecedensową, jesteśmy karmieni agitacją i propagandą rządową

VII pielgrzymka 5-17 czerwca 1999 i VIII pielgrzymka 16-19 sierpnia 2002) była o wiele większym wyzwaniem logistycznym, gromadziła znacznie większa liczbę uczestników. Na przykład w 2002 roku na krakowskich Błoniach zgromadziła się największa liczba ludzi w dziejach Polski - ok. 3 miliony osób z Polski i zagranicy. Te pielgrzymki były organizowane w różnych realiach ustrojowych i politycznych. Bł. Jan Paweł II przyjeżdżał do Polski w czasach PRL i w III RP, w której były rządy prawicowe i lewicowe. I wszystkie przyjazdy papieża były ogromnym sukcesem - przede wszystkim duchowym. Poza tym dały impulsy do przemian systemowo-ustrojowych w Europie Środkowo-Wschodniej oraz wprowadzania w Polsce i innych krajach zwasalizowanych przez Związek Sowiecki standardów praw człowieka. Były również ogromnym sukcesem organizacyjno-logistycznym, co było wspólnym dziełem strony państwowej i kościelnej. Jesteśmy dobrymi organizatorami i potrafimy przygotować imprezy masowe na ogromną skalę, więc od początku było wiadomo, że organizacyjnie damy radę, natomiast porażką z powodu nieudolności rządu zakończyły się szumnie zapowiadane inwestycje infrastrukturalne, które miały być gotowe na Euro. Racje mają ci, którzy zwracają uwagę, że dla rządu Euro skończy się, gdy zostanie zbudowana i rozliczona ostatnia inwestycja zapowiadana prze ekipę Donalda Tuska na Mistrzostwa Europy. Jak mówi klasyk, mężczyznę poznaje się po tym, nie jak zaczyna, ale jak kończy. Choć nasza drużyna nie wyszła z grupy, to mamy jednak ogromny sukces Euro w Polsce, który jednak nie jest sukcesem rządu. Jaki? Ano taki, że w Polsce dzięki Grecji poskromiono imperialne ambicje rosyjskie, a dzięki Włochom został skruszony triumfalizm niemiecki. Może dzięki temu rząd chwali się, że dzięki Euro (i dodajmy rządowej propagandzie sukcesu) wzrosła liczba osób pozytywnie oceniających sytuację kraju z 30 proc. do 40 proc. Lecz pamiętajmy, że ciągle przytłaczająca większość Polaków jest niezadowolona z sytuacji w kraju, a na przebitkach telewizyjnych w Strefie Kibica, gdy tylko pojawiali się prominenci rządowi, rozlegały się zmasowane gwizdy, co najlepiej świadczy o realnych, a nie wirtualnych, nastrojach społecznych.

Propaganda sukcesu Jan Maria Jackowski

A

ż strach oglądać jakiekolwiek programy informacyjne i publicystyczne w mediach rządowych i prorządowych, bo wazeliniarstwo wobec władzy oraz megalomaństwo zakompleksionych dziennikarzy spływa z ekranu niczym morska piana. Usłużni wobec rządzących komentatorzy prześcigają się w peanach na cześć ekipy Tuska i entuzjastycznych doniesieniach o tym, jak wielkim sukcesem organizacyjnym było Euro. Przy okazji tej nachalnej propagandy objawił się plan władzy, która chciała zawłaszczyć Euro do swoich celów politycznych, a dumę narodową Polaków i kibicowanie polskiej drużynie utożsamić z poparciem dla rządu. Myślano, że jak się podsypie kasę, to nasi wyjdą z grupy i tym samym uda się odwrócić uwagę opinii publicznej od nieudolności i niekompetencji obecnej władzy oraz wywoływanych przez nią konfliktów z kolejnymi grupami społecznymi. W tym z firmowaną przez obecną ekipę dyskryminacją katolików przejawiającą się między innymi otwarciem furtki do rugowania religii ze szkół, próbą ograniczenia finansów Kościoła czy wykluczeniem cyfrowym dla katolickiej Telewizji Trwam. Rząd przy wykorzystaniu propagandy sukcesu wdrożył taktykę ucieczki do przodu. Stadiony, co prawda, zostały wybudowane, ale zostały przepłacone, by „swoi” dobrze zarobili, autostrady niby są, ale ich jeszcze nie ma, bo z 1700 km zapowiedzianych przez rząd dróg ekspresowych i autostrad ukończono ledwie 600, z czego cześć i tak będzie wykańczana dopiero po Euro. Główni wykonawcy, przy cichym współudziale państwa, dopro-

P

rotestowały partie opozycyjne, zebrano 36 tys. podpisów pod petycją o utrzymanie finansowania TVNZ7, a w wiecach protestacyjnych uczestniczyło łącznie ok. 3 tys. osób. P. Klara Curran z Partii Pracy powiedziała, że likwidacja TVNZ7 jest „świadomym atakiem rządu na demokrację i w rezultacie osłabi tożsamość narodową”. Posłanka-komunistka zauważyła trafnie, że Nowa Zelandia będzie drugim (po Meksyku) krajem OECD bez telewizji publicznej. Na razie to tylko dwa kraje wyzwolone spod ogłupiającej propagandy socjalizmu. Bo, oczywiście, ludzie głosują za socjalizmem, bo chodzą do reżymowych szkół i oglądają reżymową telewizję. O ile pamiętam, TVNZ7 to ten program telewizji, który domagał się dalszego poszerzenia d***kracji na Nowej Zelandii - konkretnie przyznania prawa głosu gorylom. Goryle na razie przebywają w ZOO w Taronga i prawa głosu im nie przyznano - ale za to podjęto „śmiałą próbę” wypuszczenia ich na wolność (koło Christchurch). Gdyby TVNZ7 nadawała nadal, to pewno za tym poszłoby również przyznanie im prawa do głosowania - albowiem, wedle postępowców, tylko prawo do głosowania zapewnia rozmaitym grupom możność przeżycia. Argumenty, że dawniej kobiety nie miały prawa głosu - a jakoś żyły i nie kazano im pracować jednocześnie i w fabrykach, i w domach - jakoś postępowcom nie

To

wadzili do upadku wielu średnich i małych firm, które były podwykonawcami i za wykonane prace nie otrzymały zapłaty. W rządowych i prorządowych mediach przygotowano jednym słowem tryumfalną sieczkę propagandową, której celem było pranie mózgów Polaków przez najbliższe miesiące tak, by odwrócić ich uwagę od spraw ważnych i bolesnych. To nic, że Polska wymiera, że mamy pracować do śmierci, dochody ludzi spadają, powiększa się obszar ubóstwa. To nic, że służba zdrowia jest w rozsypce, państwo nie jest w stanie realizować narodowych interesów Polaków i jest żałośnie niepoważne na arenie międzynarodowej, nie potrafi wyjaśnić katastrofy smoleńskiej. To nic, że zamówienia publiczne to obszar patologii i korupcji. Polska gospodarka zanurza się w kryzysie, wzrost PKB będzie niższy niż zapowiadał rząd, spada eksport, bezrobocie rośnie, wskaźnik optymizmu wśród przedsiębiorców jest najniższy od lat. Najbardziej pełne pychy i emfazy są zachwyty tym, jak niezwykłe talenty organizacyjne przejawiała władza. Impreza Euro wcale nie była największym przedsięwzięciem masowym w ostatnich latach, do Polski przyjechało mniej kibiców i turystów niż się spodziewano. Tym, co mają krótką pamięć warto przypomnieć, że każda z 8 pielgrzymek bł. Jana Pawła II do Ojczyzny (I pielgrzymka 2-10 czerwca 1979; II pielgrzymka 16-23 czerwca 1983; III pielgrzymka 8-14 czerwca 1987; IV pielgrzymka 1-9 czerwca, 13-20 sierpnia 1991; V pielgrzymka 22 maja 1995; VI pielgrzymka 31 maja-10 czerwca 1997;

Mój portal podał wiadomość, której nie ujrzycie w reżymowych mediach: 30 czerwca br. przestał nadawać TVNZ7, ostatni kanał telewizji publicznej, jedyny nie emitujący reklam kanał telewizyjny w Nowej Zelandii. Jego utrzymanie kosztowało podatników kilkanaście mln NZ$ rocznie

Głoszę Wam radość wielką! Janusz Korwin-Mikke trafiają do przekonania. Zresztą dzieci - a już sześcioletnie dziecko jest inteligentniejsze od dorosłego goryla - też nie mają prawa głosu - a nie słychać, by ustawodawcy jakoś szczególnie źle traktowali smarkaterię. Co prawda, postępowcy w Bremie już obniżyli granicę wieku wyborczego do 16 lat. Co zresztą nie ma znaczenia: jest już na świecie tak głupio, że nawet gdyby głosowały siedmiolatki, to wiele głupiej już nie będzie. Niech głosują i goryle. Natomiast niesłychanie ważna jest likwidacja publicznych stacji TV, sączących w mózgi tzw. elektoratu, że wszystko - z telewizją na czele - oczywiście musi być państwowe. Nie tak dawno Polskie Radio nadawało (w czasie opłacanym pie-

miejsce

czeka na Twoją reklamę

Zadzwoń: tel. 503 168 783, lub 22 787 32 06

niędzmi podatnika przecież!) solenne ogłoszenia, że tylko reżymowe radio gwarantuje wolność mowy!!! Biorąc pod uwagę, że - wbrew Konstytucji oraz Ustawie o TVP, głoszącym że telewizja publiczna ma prezentować wszystkie punkty widzenia - nie pokazano mnie w TVP1 lub TVP2 przez ostatnie pięć lat chyba ani razu trzeba uznać, że jest to wyjątkowa bezczelność. Rozumiem, że poza względami politycznymi TVP nienawidzi mnie - bo po dojściu do władzy natychmiast bym TVP sprzedał... Jednak pomijając politykę: obrońcy reżymówki twierdzą, że tylko dzięki niej możemy oglądać tak ambitne programy, jak np. „Teatr Telewizji”... Nie wiem, co to jest „Teatr Telewizji”, bo telewizji nie oglądam w ogóle (poza, oczywiście, meczami piłkarskimi - oraz czasem w celach badawczych: by zobaczyć, jakimi metodami te sukinsyny Państwa oszukują). Wiem jednak, że „Teatr Telewizji” ogląda tylko 6% widzów - podczas gdy rok temu tę chałę oglądało 8%. Dlaczego „chałę”? Bo na oglądanie teatru idzie się do teatru - a telewizja ma inny sposób przekazywania treści. „Teatr Telewizji” jest tak samo sensowny jak puszczenie podczas filmu serii zdjęć fotograficznych. Film to film - a fotografia to fotografia. Nie po to człowiek idzie do kina, by oglądać statyczne zdjęcia - i nie po to włącza telewizor, by oglądać teatr. Ale przecież taką Tele5 ogląda 0,28% ludzi - więc z chęcią kupiliby „Teatr Telewizji”, by 25-krotnie podnieść swoja oglądalność! Kiedy i my zlikwidujemy TVP - wraz z abonamentem oczywiście? http://korwin-mikke.pl

Im wyżej małpa wejdzie, tym bardziej widać, że ma ogon - F. Cooper


POLSKA - ŚWIAT

str. 4

„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

Polacy mieszkający w Niemczech uchodzą za najbardziej przedsiębiorczą nację. Wyprzedzamy na tym polu nie tylko gospodarzy tego kraju (biorąc pod uwagę proporcjonalność liczby firm do mieszkańców), ale też innych imigrantów: Turków, Włochów i Rosjan

Polska przedsiębiorczość Jarosław Kozakowski

O

kazuje się, że decydującymi motywami podejmowania własnej działalności przez naszych rodaków w Niemczech jest stabilność systemu, brak częstych zmian, bardzo proste i szybkie procedury zakładania firmy, dostępność urzędników, łatwość w kontaktach z urzędem skarbowym, elastyczne rozliczenie roku podatkowego, niższy VAT i jego płatność dopiero po wpłynięciu pieniędzy. Oczywiście uwzględnić też trzeba, że bardzo duży odsetek stanowią firmy obliczone na samozatrudnienie: ma to związek z korzystniejszymi podatkami oraz preferowaniem przez niemieckich zleceniodawców takiej właśnie formy rozliczenia. Na zakładanie firm decydują się nie tylko Polacy mieszkający w Niemczech, ale zaobserwować można również przenoszenie się od nas małego i średniego biznesu, głównie firm jednoosobowych i rodzinnych. W niemieckiej prasie można znaleźć wiele pozytywnych opinii o pracownikach i przedsiębiorcach z Polski

- łatwo się asymilujemy, chętnie uczymy się języka, nie jesteśmy nastawieni roszczeniowo i nie tworzymy takich zbiorowisk jak np. Turcy. Dodatkowym czynnikiem zachęcającym do podejmowania pracy w Niemczech są niewygórowane ceny nieruchomości, po niemieckiej stronie w przygranicznych miejscowościach są one znacznie niższe niż po polskiej. Ale nie tylko Niemcy są krajem, do którego następuje przepływ ludzi i kapitału z Polski, dużo przedsiębiorców decyduje się na rejestrację firmy np. na Litwie czy w Anglii. Tymczasem w Polsce nie podejmuje się żadnych działań, mających na celu zapobiegnięcie temu zjawisku. Nie ma obniżenia składek ZUS (jest wręcz odwrotnie!) i innych podatków, brak jest cięć w biurokracji, liczba posłów, radnych i urzędników utrzymuje się nadal na rekordowo wysokim poziomie. Ciężar utrzymania całej tej kasty próżniaczej spada na przedsiębiorców. Nie ma się więc co im dziwić, że próbują na wszystkie możliwe sposoby odnaleźć się w takiej rzeczywistości i przenoszą swoją działalność tam, gdzie warunki są korzystniejsze lub uciekają w „szarą strefę”.

„Nakładać zbyt twarde warunki znaczy zwalniać od ich wykonania” - słowa wypowiedziane przez NapoleonaBonapartenabierajądziśnowegoznaczenia. Mamy za to w Polsce cały szereg działań pozornych, mających dawać złudzenie, że oto walczy się z bezrobociem i pobudza przedsiębiorczość. Sam znam osobiście pewnego kreatywnego bezrobotnego, który chętnie korzysta z różnych dobrodziejstw systemu: a to weźmie jakąś dotację unijną po to tylko, aby po upływie roku zlikwidować firmę, innym razem uczestniczy w kursie dla bezrobotnych, ale tylko po to, by otrzymać za sam udział jakieś honorarium, do tego dochodzą zasiłki na dzieci. Jeżeli ma w danym momencie mało pieniędzy, to zawsze jest możliwość dorobienia w jakiejś sezonowej pracy „na czarno”. Jeżeli zaś płynność finansowa jest zachowana, to jego schemat dnia wygląda miej więcej tak: granie na komputerze + oglądanie kanału Eurosport + piwko. Nie musi troszczyć się o ubezpieczenie medyczne, nie ma stresów typowych dla pracowników i przedsiębiorców o utrzymanie się na rynku pracy, grafik dnia układa sobie elastycznie, nie musi wstawać wcześnie rano do pracy i wracać późnym wieczorem do domu.

W

uczciwym kapitalistycznym państwie byłby zmuszony szybko podjąć aktywność zawodową, inaczej groziłaby mu śmierć głodowa. W Polsce zaś ma status „osoby trwale bezrobotnej”, dla której wymyśla się coraz to nowe programy pomocowe.

Andrzej Lek z ambasady Japonii z uroczystości odznaczenia wysokim japońskim orderem prezesa Polskiej Akademii Nauk prof. Michała Kleibera

Rząd Japonii odznaczył prof. Michała Kleibera

i są organizowane do dzisiaj. W 1991 roku wystąpił z inicjatywą utworzenia uczelni o profilu informatycznym, na której możliwa byłaby nauka japońskich technologii informatycznych. W 1994 jego idea została zrealizowana w postaci Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych w Warszawie. W roku 2004 jako minister informatyzacji i nauki zorganizował „Dzień Nauki Polskiej” w Tokio, co przyczyniło się do intensyfikacji japońsko-polskiej wymiany naukowej. Był jednym z inicjatorów powołanego w 2004 roku w Japonii forum Science and Technology in Society Forum (STS Forum). Jako jego stały uczestnik czterokrotnie brał udział w organizowanych w Japonii konferencjach, wspierając Prezes PAN prof. Michał Kleiber z Orderem Wschodzącego Słońca, Złotą i Srebrną Gwiazdą podczas uroczystości w ambasadzie Japonii Foto: Andrzej Lek

O

rder Wschodzącego Słońca, Złota i Srebrna Gwiazda, którym odznaczono prof. Michała Kleibera jest najstarszym japońskim odznaczeniem przyznawanym przez rząd japoński za szczególne zasługi dla Japonii. Został ustanowiony 10 kwietnia 1875 roku przez cesarza Meiji jako pierwsze odznaczenie Japonii. Przyznawany jest wybitnym przedstawicielom świata gospodarki, nauki i kultury oraz polityki. W uroczystości wzięły udział wybitne osobistości ze świata nauki i kultury, profesorowie i naukowcy z uczelni z kraju i zagranicy. W uzasadnieniu przyznania orderu przez rząd japoński JE ambasador Japonii w Polsce Makoto Yamanaka powiedział: Od 1991 roku prof. Michał Kleiber dążył do rozpoczęcia japońsko-polskich międzyrządowych konsultacji d/s współpracy naukowo - technicznej. Pierwsze konsultacje miały miejsce w 1995 roku

Prezes NBP Marek Belka oraz prof. Henryk Skarżyński podczas uroczystości odznaczenia Prezesa PAN prof. Michała Kleibera w ambasadzie Japonii. Foto: Andrzej Lek

JE ambasador Japonii w Polsce Makoto Yamanaka z małżonką, prof. Michał Kleiber z małżonką, wybitną polską lekkoatletką Teresą Sukniewicz, prezes NBP Marek Belka w ambasadzie Japonii. Foto: Andrzej Lek

działania Japonii na rzecz międzynarodowej współpracy naukowej. Jako profesor wizytujący na uniwersytecie Tokijskim, jako minister informatyzacji i nauki oraz Prezes Polskiej Akademii Nauk przyczynił się do aktywizacji japońsko-polskiej wymiany naukowej. Prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka, gratulując prof. M. Kleiberowi podczas uroczystości w ambasadzie Japonii w Warszawie, przyznał: - Na całym świecie, w Genewie czy Tokio, można spotkać ludzi, którzy wiedzą, jak wielkim człowiekiem i naukowcem jest Michał Kleiber. Podczas uroczystości list gratulacyjny od minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego odczytał wiceminister Jacek Guliński.

Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości - Józef Piłsudski


„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

str. 5

W tomiku poetyckim „Odrastamy z Kamienia” można znaleźć wiersze, które pozwolą zastanowić się nad przemijającym czasem i historią ludzkości. Kim, człowieku, jesteś w świecie współczesnym, ale także wobec przeszłości; kim możesz stać się dla dziejów - pyta znakomita młoda poetka Anna Maria Musz

Kamienie z przeszłości Agnieszka Żądło-Jadczak

P

ierwsze dwa wersy wiersza „Egzamin z antropologii” zdradzają, z czym będziemy mieli do czynienia przez najbliższych 70 stron poezji autorstwa Anny Marii Musz. Zastanawiamy się właśnie którędy tu przyszliśmy testujemy jak daleko potrafimy sięgnąć.

urządzamy się na stałe w skorupce naszych czasów wydajemy sądy o przeszłości odkopujemy zamierzchłe gruzy wznosimy osiedla w tych samych miejscach z tych samych motywów piszą się nasze życia.

zaskakujące jak wiele sytuacji można objąć tym samym skojarzeniem podobnym obrazem wywołanym kiedyś przecież ku czci indywidualnej tragedii

J

ak dowodzi prof. M. Biskupski, w ówczesnych amerykańskich filmach Polska była ciemnym, zacofanym krajem powszechnej nędzy, rządzonym przez nieudolny rząd ze słabą i archaiczną armią. Według ówczesnych hollywoodzkich produkcji, Polska choć była ofiarą hitlerowskiej agresji, to sama sobie na to zasłużyła, a miała tak lichą armię, że została pokonana błyskawicznie (według niektórych filmów nawet w 24 godziny). Z amerykańskich filmów można też było się dowiedzieć, że w obronie Wielkiej Brytanii brał udział tylko jeden polski pilot, który wykazał się tym, że pił do nieprzytomności. Z kolei cała chwała za zdobycie Monte Cassino należy się Amerykanom. Przykładem antypolskiej nagonki jest film „Nasze czasy”, w którym Polska roku 1939 to kraj, gdzie ciągle obowiązuje pańszczyzna, a właściciele karzą nieposłusznych chłopów chłostą. Agresorom wyposażonym w czołgi polska armia może przeciwstawić jedynie kawalerię, która rzuca się w samobójczym ataku na przeciwnika. Inny przykład to film „Być albo nie być” - historia grupy aktorów próbujących przetrwać w okupowanej Warszawie. Jak dowiedzieli się z tego obrazu amerykańscy widzowie, wojna polsko-niemiecka trwała ledwo kilka dni, a polską konspiracją dowodzili Brytyjczycy. Prof. Biskupski przekonuje, że jednym ze źródeł antypolonizmu amerykańskich filmów czasów II wojny były priorytety polityki prezydenta Franklina Roosevelta, któremu zależało na dobrych stosunkach z ZSRR, a polski rząd z jego oskarżeniami o sowiecką agresję 17 września i donosami na Katyń oraz deportacje polskich obywateli na Wschód mógł wszystko popsuć. Z tego też względu

wmówisz w siebie to życie będziesz odprawiać rytuał parzenia kawy zawsze z tej samej puszki celebrować poranne odsłanianie okna raz ustalonym gestem W wierszach Anny Marii Musz jest trochę smutku, że życie zbyt szybko się toczy, lecz tego smutku nie pokrywa przepełniona goryczą pretensja. Raczej jakaś nieuzasadniona obawa, poczucie braku kontroli i nieumiejętność odnalezienia się w tym biegu. Autorka nazywa to grozą zmian. Nasz triumfalny pochód znaczą od teraz setki porzuconych blogów jak porzucone miasta - pisze Musz, a jej słowa dotyczące „zimnej” współczesności skropione są w chłodnych, acz barwnych i pięknych metaforach. Połączenie tego delikatnego poetyckiego języka z niezwykle trafnymi spostrzeżeniami pozwala bardzo wysoko ocenić talent zaledwie 24-letniej artystki. Szczególnie docenić warto delikatny rytm tych bądź co bądź białych wierszy - tak intuicyjny, ale zarazem tak świadomie zastosowany - np. miejscom brakuje ciebie ale niezbyt długo każdy rytm można wygubić wyciszyć nadgorliwą sumienność w stare przyzwyczajenia w zamierzchłe zwyczaje.

Jesteśmy teraz tutaj, ale odrastamy z kamienia, z przeszłości. Tym kamieniem są dawne, już historyczne cywilizacje i to one stanowią o naszym człowieczeństwie. W „Palimpseście” czytamy:

Jakże to uczciwa i pokorna podzięka współczesności wobec minionego. Nie będziemy nigdy w stanie się odciąć od przeszłości, choć „już wkrótce życiorysy z dwóch poprzednich wieków / przestaną nam wystarczać”. Ale najpiękniejsze jest to, że każdy człowiek, każde społeczeństwo musi na nowo odnajdywać się w tym szalonym pędzie historii, stwarzać własną, nową historię powtarzających się ról, tylko nieznacznie się zmieniających. Tylko, czy historia Cię zapamięta póki jesteś kim jesteś / póki możesz zaprzeczyć wyjaśnić pomóc w zrozumieniu? Nikt z nas nie ma tej pewności, że zostawi po sobie ślad. Świat szybko o nas szybko zapomina, jeśli mu o sobie nie przypominamy, pokrywa naszą nieobecność jakąś inną obecnością. „Nic nie pustoszeje po naszej ucieczce albo przeprowadzce” - pisze poetka. Musz zauważa, że historia i kultura więzią nas w pewnych schematach

KULTURA

Życie w tych schematach jest bezpieczniejsze, choć poetka próbuje zapalić w nas żółte światło nie musisz rozumieć wystarczy że wiesz kiedy pochylić głowę wznieść ręce. Bezrefleksyjność wpisana jest w nasze człowieczeństwo. Dana nam jest wiedza, ale paradoksalnie nic nie jest nam dane, nie jesteśmy w stanie uczyć się na błędach naszych przodków, wyciągamy niczym z kapelusza / zupełnie inne wnioski. Poetka, chciałaby napisać w liście do mitologicznego Syzyfowi: tak naprawdę masz do wykonania zaledwie kilka zadań przeżyć pokochać umrzeć i znów ożyć słowem w czyichś wspomnieniach gestem w drucianym stelażu pomnika. Ale te słowa mogą być zaadresowane przecież do każdego z nas. Bo życie jest taką syzyfową pracą, która pełna jest powtarzalnych, rytualnych gestów i zachowań zaczerpniętych z arsenału kiedyś już stworzonych form

Niektórzy już teraz mówią o Annie Marii Musz „Herbert w spódnicy”, a ona w swej twórczości nie odżegnuje się od mistrza, czyniąc mottem do swej „Elegii o martwej mrówce” słowa z „Trenu Fortynbrasa”. Drugi tomik poetki, po „Erracie do trzech wymiarów”, nie zdejmuje z niej tego porównania do autora „Struny światła” i „Barbarzyńcy w ogrodzie”, a wręcz je potwierdza. Musz jak „pan Cogito” ma dar, dzięki któremu jest w stanie przedstawić bieg historii ludzkości i cywilizacji z perspektywy dylematów pojedynczego człowieka. Jej słowa nie są jedynie pustym strumieniem świadomości czy przesadzonym wyznaniem o wszystkim i o niczym, jak to ma niekiedy miejsce w przypadku jej rówieśniczek uprawiających grafomanię - są o czymś, o czymś bardzo ważnym. Kiedy czytamy, mamy poczucie obcowania z bardzo dojrzałą i świadomą poetką. Uważam jej twórczość za obowiązkową lekturę wszystkich miłośników poezji i radzę przyglądać się poczynaniom Anny Marii Musz. Napiszę jeszcze za krytykiem literackim Leszkiem Żulińskim: uważam, że mamy do czynienia z talentem nadprzeciętnym i z wierszami przekraczającymi tę „kategorię wiekową”.

USA wielkim przyjacielem Polski? Nie zawsze tak było. Prof. Mieczysław Biskupski z Central Connecticut State University w USA, w wydanej właśnie książce „Nieznana wojna Hollywood przeciwko Polsce 1939-1945”, przedstawia niezwykły epizod II wojny światowej, kiedy to amerykańskie środowisko filmowe, przy wsparciu i często z inspiracji amerykańskiego rządu, toczyło zajadłą, propagandową kampanię przeciwko Polsce i Polakom

Filmowcy Hollywod przeciwko Polsce 1939-1945

należało zbudować w amerykańskim społeczeństwie przekonanie, że Polacy nie są godni zaufania. Do realizacji tego celu znakomicie nadawały się filmy. Jak podkreśla prof. Biskupski, amerykańska administracja bardzo dbała, by obraz Polski i Polaków był jednoznacznie negatywny. Nie było z tym problemu. Sterowanie branżą filmową było na porządku dziennym, ponieważ w ówczesnych czasach wszystkie scenariusze przechodziły przez cenzurę urzędników The Bureau of Motion Picture, które instruowało w jaki sposób przedstawiać w filmach poszczególne nacje. To owi urzędnicy dbali o czarny obraz Polaka w amerykańskich filmach.Jednak istotna była tu nie tylko inspiracja rządu. Jak zauważa prof. Biskupski, prawie cała ówczesna branża filmowa była zapatrzona w komunizm. Walczą-

ca z Moskwą Polska była więc naturalnym wrogiem, zwłaszcza wobec pamięci o Bitwie Warszawskiej 1920 roku, która mogła całej Europie dać „dobrodziejstwo” komunizmu. A źli Polacy wszystko to zaprzepaścili. Polska wersja historii nie miała też wsparcia w polskich emigrantach - uważa prof. Biskupski. Nie tworzyli oni wówczas w USA silnego lobby, nie liczyli się dla polityków, nie mogli więc też mieć wpływu na zmianę antypolskiego nastawienia decydentów i filmowców.

D

ziś Polacy w Stanach to już zorganizowane, ważne politycznie lobby, z którym musi liczyć się urzędująca administracja. Ale złe opinie o Polakach, których przejawem są niesławne polish jokes, ciągle pokutują. Być może ich źródłem jest jeszcze antypolska kampania czasów wojny? (RG)


HISTORIA

str. 6

„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

P

o agresji III Rzeszy na ZSRR, która nastąpiła 22 czerwca 1941 roku rząd brytyjski, chcąc utworzyć jednolitą koalicję antyhitlerowską, zabiegał o ułożenie na nowo stosunków polsko-rosyjskich. Dla Polaków nie było to łatwe, bo Rosja Radziecka wszak była agresorem z 17 września 1939 roku, kiedy to korzystając z wojny polsko-niemieckiej, zajęła wschodnie terytoria Rzeczypospolitej. Emigracyjny rząd polski stał na stanowisku, że Polska znajduje się w nieformalnym stanie wojny z ZSRR. Tym bardziej, że władze radzieckie stosowały represje wobec Polaków, organizowały masowe aresztowania polskiej inteligencji i wywózki w głąb ZSRR. Jednak, gdy po agresji niemieckiej Rosja Radziecka znalazła się w gronie wrogów III Rzeszy, premier Sikorski był coraz bardziej skłonny ułożyć stosunki z ZSRR. Stawiał jednak warunki: potwierdzenie przedwojennych granic Polski i informacja na temat losu polskich oficerów wziętych do niewoli radzieckiej we wrześniu 1939 roku. W rokowania polsko-radzieckie mocno zaangażował się rząd brytyjski. Jednocześnie 12 lipca 1941 roku Wielka Brytania i ZSRR zawarły układ o wzajemnej pomocy. To zbliżenie jeszcze zwiększyło brytyjski nacisk na Sikorskiego, by jak najszybciej dogadał się z ZSRR. Tak też się stało i premier Sikorski - na własną rękę, bez pełnomocnictwa prezydenta Władysława Raczkiewicza - podpisał 30 lipca 1941 roku układ z ambasadorem Iwanem Majskim. Dokument, który dziś funkcjonuje pod potoczną nazwą „Sikorski-Majski” miał 5 artykułów. Stanowił, że rząd ZSRR uznaje, że traktaty radziecko-niemieckie z roku 1939, dotyczące zmian terytorialnych w Polsce, utraciły swą moc. Nie stwierdzał jednak jasno, że Rosja Radziecka uznaje przedwojenne granice Polski. Było to tym bardziej znaczące, że w rokowaniach przed zawarciem traktatu Stalin obstawał przy etnicznych granicach Polski po wojnie. Traktat stwierdzał też, że oba rządy zobowiązują się wzajemnie do udzielania sobie wszelkiego rodzaju pomocy i poparcia w obecnej wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom. A ponadto rząd ZSRR wyraził zgodę na utworzenie na swoim terytorium Armii Polskiej, której dowództwo będzie mianowane przez Rząd Polski w porozumieniu z Rządem ZSRR. Armia Polska na terytorium ZSRR podlegać miała w sprawach operacyjnych Naczelnemu Dowództwu ZSRR, w skład którego byłby dokooptowany przedstawiciel Armii Polskiej. Do układu dołączono dodatkowy protokół stwierdzający, że z chwilą przywrócenia stosunków dyplomatycznych Rząd Radziecki udzieli amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni wolności na terytorium ZSRR, „bądź jako jeńcy wojenni, bądź na innych dostatecznych podstawach”. W wyniku układu wiele tysięcy Polaków wywiezionych w głąb ZSRR odzyskiwało wolność. Problemem było jednak to, że rząd radziecki wąsko interpretował protokół do umowy i amnestii udzielił tylko Polakom i Żydom. Osoby innych narodowości, mimo iż przed wojną miały obywatelstwo polskie, amnestia nie objęła. Wobec kontrowersji związanych ze sprawą granicy polsko-radzieckiej w układzie opowiedziała się przeciwko niemu blisko połowa składu polskiego rządu. Układ jednak przyniósł znaczącą zmianę dla losu Polaków w ZSRR. Dzięki nim możliwe stało się zwolnienie polskich więźniów z Gułagu, którzy mogli się zgłaszać do nowo utworzonego Korpusu Polskiego w ZSRR. Komisje rekrutacyjne wbrew stanowisku władz rosyjskich przyjmowały

31 lipca 1941 roku w Londynie premier polskiego rządu emigracyjnego gen. Władysław Sikorski podpisał z ambasadorem rosyjskim Iwanem Majskim układ o przywróceniu stosunków dyplomatycznych. Dzięki temu porozumieniu możliwe było stworzenie na terenie ZSRR armii polskiej dowodzonej przez wypuszczonego z sowieckiej niewoli gen. Władysława Andersa

Nie chcieli walczyć u boku Rosjan Robert Grzesiński

nie tylko Polaków, ale też Żydów, Ukraińców i Białorusinów, jeśli mieli przed wojną obywatelstwo polskie. Nie przyjmowano jedynie Niemców. Formowanie jednostek rozpoczęto we wrześniu w Buzułuku, Tatiszczewie koło Saratowa oraz w Tockoje. W lutym 1942 roku władze radzieckie postulowały wysłanie na front uformowanych już oddziałów. Sikorski jednak obstawał, że będzie to możliwe, gdy cała armia będzie zdolna do walk. W okresie bitwy o Stalingrad Stalin zgodził się na ewakuację już sformowanych oddziałów do Iranu, przy pozostawieniu ośrodków rekrutacyjnych wojska polskiego w ZSRR. W końcu 41 tysięcy wojskowych i 74 tysiące cywili zostało wyprowadzonych z ZSRR. Sikorski był przeciwnikiem ewakuacji, ale uznał ją za zło konieczne. Całym sercem popierał ją z kolei gen. Anders, który w protokołem ewakuacyjnym napisał, iż „rząd polski nie uważa za możliwe użycia na froncie radziecko-niemieckim oddziałów formowanych w ZSRR”. Mimo opuszczenia przez wojsko Andersa w ZSRR, pozostać tu postanowił ppłk Zygmunt Berling (szef Źródła: - Cz. Brzoza: Polska w czasach niepodległości i drugiej wojny światowej (1918-1945), - W. Pronobis: Polska i świat w XX wieku, - L. Podhorodecki: Świat i Polska 1939-1999.

bazy ewakuacyjno-zaopatrzeniowej w Krasnowodzku, a wcześniej szef sztabu 5. Dywizji Piechoty, pracujący jednocześnie dla NKWD). Za tę decyzję Berling został zdegradowany i wydalony z Wojska Polskiego rozkazem gen. Władysława Andersa, a polski Sąd Polowy skazał go 2 lipca 1943 r. zaocznie na karę śmierci jako dezertera. W orzeczeniu sąd uzasadnił, że oskarżony zbiegł z szeregów Armii Polskiej po to, by wstąpić do Armii Sowieckiej, a więc do służby państwa, którego jednym z celów politycznych jest pozbawienie bytu niepodległego Państwa Polskiego przez wcielenie jego ziem do ZSRR.

W ZSRR Berlinga czekała tymczasem szybka kariera. Wkrótce został mianowany przez Józefa Stalina dowódcą 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i awansowany do stopnia generała brygady. Tymczasem stosunki polsko-radzieckie się pogarszały. Jesienią 1942 roku Stalin oskarżył Polaków, że nie chcieli walczyć w wojnie z III Rzeszą, mimo iż zgodził się na ewakuację armii Andersa. Z kolei w kwietniu 1943 r. Niemcy ogłosili odkrycie masowych grobów polskich oficerów pod Katyniem i zwrócili się o zbadanie tej sprawy przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Taki sam wniosek do MCK złożył rząd Sikorskiego. To dało pretekst Stalinowi do oskarżenia Polaków o współpracę z hitlerowcami i zerwania stosunków dyplomatycznych z rządem emigracyjnym, a wielkonakładowa „Prawda” opublikowała artykuł „Polscy wspólnicy Hitlera”.

Zbrodnia katyńska Ofiarami zbrodni dokonanej przez NKWD byli oficerowie Wojska Polskiego, częściowo pochodzący z rezerwy, którzy po agresji ZSRR na Polskę z 17 września 1939 roku zostali rozbrojeni i zatrzymani przez Armię Czerwoną na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jako jeńcy wojenni. Zgładzono także kilkutysięczną grupę funkcjonariuszy Policji Państwowej, Korpusu Ochrony Pogranicza, Straży Granicznej i Służby Więziennej. Poza tym wśród ofiar było przeszło 7 tys. osób cywilnych, policjantów i oficerów bez statusu jeńca, osadzonych w więzieniach na terenie okupowanych przez ZSRR Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej. Rodziny ofiar zbrodni przebywające na tych terenach (ponad 60 tys. osób) wysiedlono w kwietniu 1940 roku do Kazachstanu. Ofiary zbrodni katyńskiej pogrzebano w masowych grobach w Katyniu pod Smoleńskiem, Miednoje koło Tweru, Piatichatkach na przedmieściu Charkowa, Bykowni koło Kijowa i w przypadku ok. 6-7 tys. ofiar w innych nieznanych miejscach (prawdopodobnie m.in. Kuropaty na Białorusi).

W życiu bywają rzeczy ważniejsze niż samo życie - Józef Piłsudski


„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

str. 7

WIEŚCI Z WILEŃSZCZYZNY

„Żołnierze! Druga wojna polska rozpoczęta!” - brzmiało w rozkazie Napoleona tuż przed przekroczeniem Niemna w czerwcu 1812 r. Po 200 latach historia się powtórzyła i znów od salw armatnich zadrżało Kowno

Druga wojna polska

Waldemar Szełkowski

J

ednakże rozpoczęta w 2012 r. wojna jest bezkrwawym widowiskiem europejskich klubów i grup historycznych rekonstrukcji, zbudowanych tak jak Wielka Armia Napoleona. „Europa. Napoleon I w Kownie. 1812” - taką właśnie nazwę otrzymał festiwal żywej historii. Wzbudził ogromne zainteresowanie, widowisko obejrzało ponad 70 tys. mieszkańców Kowna i gości. Ponad 800 osób z Francji, Polski, Rosji, Czech, Białorusi, Łotwy i Litwy. 42 kawalerzystów, 25 armat, obóz z 400 namiotów, przemarsze żołnierzy przez miasto, ćwiczenia lub po prostu żołnierskie posiłki. W ciągu trzech weekendu (29 czerwca-1 lipca) można było wrócić do życia w Kownie sprzed 200 lat. Odtwarzanie wydarzeń historycznych jest czymś więcej niż hobby. Jest to część życia zrzeszonych w klubach rekonstrukcji nieraz całych rodzin. Szyjąc mundury, przygotowując rynsztunek, broń, a nieraz balowe suknie i kapelusiki, te rodziny zgłębiają przeszłość, aby podczas podobnych widowisk przeżyć lekcję żywej historii. Tutaj nie ma podziału na wiek i płeć, dziewczyny również maszerują w takt werbli. Rok 1812, 23 czerwca. Trzy polskie kompanie woltyżerów oraz 50 saperów na łodziach pokonały Niemen, ówczesną granicę Księstwa Warszawskiego i Rosyjskiego Imperium. Posiadając przyczółek, przystąpili do budowania mostów pontonowych i następnego dnia ruszyła mostami Grande Armée - Francuzi, Niemcy, Polacy, Włosi, Austriacy, Holendrzy, Hiszpanie… Odtwarzając historyczne wydarzenia, zadbano również o pewien szczegół - początkowo dwie łodzie wypełnione piechurami przybiły do wschodniego brzegu Niemna, a następnie ruszyła cała armia. Co prawda, nie stawiano już mostów pontonowych, zastąpił je pontonowy prom, który dopiero za trzecim rejsem przeprawił przez Niemen wszystkich żołnierzy. Rozkazy w językach francuskim, polskim, łotewskim i litewskim mówiły o pochodzeniu żołnierzy, a słowiański akcent w komendach niemieckich zdradził Czechów odtwarzających pułki austriackie. Tak samo jak

przed 200 laty przeprawa obeszła się bez strat, najwyżej któryś z uczestników przemoczył nogi. Zając! Czy doprawdy któryś z widzów ujrzał w trawie długoucha lub może chciał nawiązać do wypadku sprzed dwóch stuleci, kiedy pod konia Napoleona niespodziewanie skoczył zając i koń stając dęba, zrzucił cesarza. W 1812 roku odebrano to jako zły omen - klęskę w Rosji. Tym razem jednak na pole walki wódz wjechał pewnie. Rolę Napoleona odegrał profesor z Sorbony Oleg Sokołow, nie tylko dobrze władający francuskim, lecz doskonale znający biografię Bonapartego, jego ulubione zwroty i ruchy. Kulminacją festynu było odtworzenie bitwy pod Dziewałtowem (Deltuva), kiedy to, po 4 dniach od przeprawy, w pobliżu Wiłkomierza francuska awangarda dopadła rosyjską ariergardę gen. Kulniewa. W bitwie tej, przy stratach ponad 50 zabitych żołnierzy z każdej strony, żadna jednak nie odniosła zdecydowanego zwycięstwa. Rosjanom udało się zorganizowanie odstąpić, przykrywając odwrót głównych sił. Rekonstruując bitwę, postarano się przekazać sposób walki tamtej epoki. Blisko godzinę trwały zmagania - nacierała raz jedna strona, raz druga, grzmiały armaty, a szarże kawalerii zmuszały

Pieśń polskich ochotników Napoleona

Gdzie przyjemniej tracić chwile Jak w gronie własnych rodaków? Z nimi żyć, umierać mile Wśród narodowych orszaków!

Refren: Dalej, bracia, idźmy śmiało Za hasłem Napoleona, Czyje w polu legnie ciało Ten przeznaczeń swych dokona. Niechaj z orłami cesarza I nasz Biały Orzeł wzleci, Pierzchnie przed nim horda wraża, Wszak zwycięstwa gwiazda świeci. Refren: Dalej, bracia... Świat poruszył się ospały Drżą w postrachu dumne cary. Czeka na nas trud niemały Idźmy, bracia, pod sztandary. Refren: Dalej, bracia... Wiatr, co powiał znad Sekwany Już kołysze polskie łany. Kraj przebudza się kochany, Nie daremne będą rany. Refren: Dalej, bracia...

Wszak nie więcej sześć stóp ziemi Człek po śmierci swej zajmuje. Na równi umrze z drugimi, Komu świat trumnę zbuduje. Refren: Dalej, bracia... Lepiej, gdy bracia garść piasku Na me oczy rzucać muszą. Bez żadnego mnichów wrzasku, Tylko westchną za mą duszę. Refren: Dalej, bracia... Noc otuli pole krwawe, Gwiazdy firmanent rozświecą I żołnierskie dusze prawe Ku niebiosom lekko wzlecą. Refren: Dalej, bracia... Braci poległych imiona Nie zapomni lud nad Wisłą. Kto przeżyje, ten w ramiona Padnie Polsce niezawisłej. Refren: Dalej, bracia...

piechotę do ustawiania się w czworoboki. Komentator jednak wyraźnie był po stronie Napoleona, częściej zachęcając do oklasków skierowanych Francuzom i w tym wypadku historię nieco zmieniono, kończąc batalię całkowitym rozbiciem Rosjan. Oczywiście zbliżająca się noc świętojańska, zabawy i koncerty pogodziły wszystkich. Armia widzów i handlarzy oczekiwała tego święta. Przed dwoma stuleciami podobnie oczekiwano Napoleona mieszczanie chcieli równych praw, chłopi zniesienia pańszczyzny, szlachta odrodzenia Rzeczypospolitej. Niestety, w podręcznikowej historii Litwy pomija się znaczenie tamtych lat, głównie mówiąc o stratach i ofiarach. Kogoś może razi Napoleońskie określenie „drugiej wojny polskiej” rozpoczętej na terytorium Litwy? A jednak wówczas na kaszkietach żołnierskich widniały i orły polskie, i pogoń, a klęska w wojnie nie zniszczyła w naszych narodach woli do walki i wolności. Niezależnie od słów krytyki bądź tonów pochwalnych, wojna ta wpisała Kowno do historii Europy, co doskonale potrafiły wykorzystać władze Kowna, organizując wspaniałą imprezę i promując swoje miasto. Podobne widowiska i bitwy w roku bieżącym będą miały miejsce również w wielu miastach Rosji i Białorusi, na szlaku zwycięstw i klęsk Napoleona. Spośród wielu batalii jedna intryguje najbardziej - uważana najczęściej za ostateczną klęskę Napoleona w Rosji bądź przeciwnie - za majstersztyk taktyki wojennej. Bitwa pod Berezyną robi spore wrażenie, szczególnie w obliczu beznadziejnej sytuacji, w której udało się Napoleonowi uratować część swej armii i własną cesarską skórę.

Z

bliża się również rocznica doniosłego zwycięstwa pod Orszą. Kowno, Berezyna, Orsza… skłoniły nie tylko do podjęcia tematu historycznych wydarzeń, lecz wcześniej jeszcze do podróży na wschodnie tereny Białorusi, co pozwoliło poczuć atmosferę historycznych miejsc i porównać sposób upamiętnienia znanych batalii. REKLAMA


AKTUALNOŚCI SKOK

„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

str. 8

Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie to stabilna i licząca się na rynku usług finansowych instytucja. W 92 placówkach położonych na terenie 8 województw obsługuje blisko 70 000 Członków - stałych Klientów. Aktualnie zajmuje drugie miejsce wśród ponad sześćdziesięciu spółdzielczych kas w naszym kraju. Poza Kasą Stefczyka to największa spółdzielcza kasa w Polsce. Aktywa SKOK w Wołominie wynoszą już ponad 1,7 mld zł. Jej dynamiczny rozwój jest dostrzegany przez Kapituły poszczególnych konkursów. Tylko w 2011 roku Kasa została Najlepszą SKOK w konkursie organizowanym przez „Gazetę Bankową”, otrzymała tytuł „Symbol SKOK 2011” przyznany przez „Monitor Rynkowy”, „Złoty Laur Spółdzielczości” za działalność na rzecz lokalnych społeczności, a Prezes Zarządu otrzymał nagrodę „Feniksa” - najwyższą nagrodę w systemie SKOK. Kasa jest jedną ze 100 największych instytucji finansowych w Polsce. W tegorocznym rankingu Tygodnika „Polityka” Kasa uplasowała się na 86. miejscu (wg danych za 2011 r.) i awansowała o 5 miejsc w stosunku do roku ubiegłego.

Kasa wielkich możliwości O sukcesach wołomińskiej Kasy i planach na przyszłość rozmawiamy z MARIUSZEM GAZDĄ - Prezesem Zarządu SKOK w Wołominie  Panie Prezesie, wyniki, jakie osiąga zarządzana przez Pana Kasa jednoznacznie wskazują, że osiągnęliście Państwo sukces. W ciągu 13 lat działalności z jednej z najmłodszych spółdzielczych kas w kraju SKOK w Wołominie przerodził się w dużą, stabilną instytucję finansową i drugi co do wielkości SKOK w Polsce. Jaka jest Państwa recepta na sukces? - Sukces zawsze tkwi w człowieku. To ludzie i ich profesjonalizm sprawiają, że się rozwijamy. Wszelkie nagrody, dobre miejsca w rankingach, dynamiczny rozwój to zasługa zaangażowanej kadry pracowniczej i menedżerskiej. Nie bez znaczenia jest również zaufanie, jakim obdarzają nas Członkowie Kasy - stali, zadeklarowani Klienci. Jedni wybierają nasze usługi ze względu na ich atrakcyjność, inni ze względu na to, że SKOK to w 100% polska instytucja finansowa, z wyłącznie polskim kapitałem, jeszcze inni ze względu na wysoki standard usług i indywidualne podejście do Klienta. Nasze działania podejmujemy z myślą o Ludziach. Szczególny nacisk kładziemy na bezpieczeństwo, jakość obsługi i system szkolenia pracowników.

W

ub. roku o 13 proc. wzrosła wartość udzielonych przez nie swoim członkom pożyczek i kredytów. W zeszłym roku opiewały one na 8,65 mld zł wobec 7,65 mld zł rok wcześniej. - Zakładaliśmy podobny poziom wzrostu. Jest on dla nas satysfakcjonujący, a jednocześnie przekonuje, że jesteśmy dobrą alternatywą dla innych instytucji, szczególnie w ciężkich czasach - mówi Andrzej Dunajski z Kasy Krajowej. Największą instytucją jest SKOK Stefczyka, która zarządza 6,3 mld zł i zebrała 5,78 mld zł depozytów członkowskich. W 2011 r. kasa ta udzieliła 4,44 mld zł pożyczek i kredytów, czyli o ponad 0,5 mld zł więcej niż rok wcześniej. Druga w tabeli (awans o jedno miejsce) jest SKOK Wołomin, której suma bilansowa wzrosła aż o 49 proc. do 1,37 mld. Jednocześnie o połowę zwiększyła się suma udzielonych kredytów i pożyczek, do 1,14 mld zł. Na trzecim miejscu uplasowała się SKOK Chmielewskiego (spadek o jedno miejsce), jej aktywa wzrosły jedynie o 2 proc., do 1,24 mld zł, w tym udzielone pożyczki opiewały na 670 mln zł, co oznacza zmniejszenie akcji kredytowej o 4,5 proc.

Aktualnie Kasa obsługuje Członków w 92 placówkach położonych niemal w całej Polsce. Czy planuje Pan dalszą ekspansję? Czego jeszcze mogą spodziewać się Klienci Kasy? - Już wkrótce uruchomimy placówki w Bydgoszczy i w Kraśniku na Lubelszczyźnie. Myślimy również o dotarciu i zagospodarowaniu środowisk wiejskich, które mogą stanowić duży potencjał. Wielu mieszkańców małych miejscowości nie posiada jeszcze konta osobistego, nie korzysta z bankowych usług finansowych. A my mamy wszechstronną ofertę, dla różnych grup społecznych i zawodowych: rolników, studentów, lekarzy… Stosowane przez nas zasady są proste i czytelne, można je zrozumieć bez większej znajomości rynków i mechanizmów finansowych. Aktualnie pracujemy również nad uruchomieniem własnej sieci bankomatów. Od niedawna nasi Klienci mogą za darmo korzystać z bankomatów sieci eCard i Global Cash, ale wiemy, że oczekują jeszcze lepszego dostępu do swoich pieniędzy. 

Od dłuższego czasu mówi się o nowelizacji Ustawy o SKOK. Śp. Prezydent Lech Kaczyński skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. 

Obecnie po parlamentarnych poprawkach trafiła do Prezydenta Bronisława Komorowskiego, wydaje się, że zostanie podpisana. Ustawa wprowadza dla SKOK-ów nowy nadzór - Komisji Nadzoru Finansowego. Czy nie zahamuje on rozwoju SKOK? - Naszą rolą jest pracować dla dobra Klientów i stale podnosić jakość świadczonych przez nas usług. Nie angażujemy się w zmienianie prawa, ale przygotowujemy się do ewentualnych zmian. Znając wstępne wytyczne KNF-u zleciliśmy audyt, który miał na celu ocenę naszego przygotowania do nowych warunków i wymogów. Przeprowadziła go jedna z największych firm audytorskich w Polsce i na świecie z tzw. pierwszej piątki. Wyniki są dobre. Mimo wszystko dążymy do poprawy procedur i aktów normatywnych. Jeśli będą potrzebne kolejne zmiany, wprowadzimy je i dostosujemy się do oczekiwań Nadzoru. Będziemy tak prowadzić nasze działania, aby nasi Członkowie nie odczuli żadnych negatywnych zmian, a wręcz przeciwnie, będą usatysfakcjonowani z naszych usług. Życzę dalszego rozwoju i kolejnych sukcesów. Dziękuję za rozmowę. Joanna Rawicka

Ponad półtora miliona Polaków powierzyło największym kasom w sumie już ponad 12 mld zł. Podawane w naszym zestawieniu dane pochodzą od 22 największych, na które przypada 76 proc. aktywów wszystkich SKOK

Przybywa klientów SKOK

Zuzanna Reda

Liczba członków kas zwiększyła się o 6,5 proc., do 1,65 mln osób. Jak przyznają same SKOK, to częściowo efekt przechodzenia do nich klientów tradycyjnych instytucji finansowych. - Jednocześnie jednak naszymi klientami stają się ci Polacy, którzy, gdyby nie finansowanie udzielane im przez SKOK, musieliby korzystać z instytucji lichwiarskich - dodaje Andrzej Dunajski. Według badania Pentoru, przeprowadzonego na zlecenie Komisji Nadzoru Finansowego, zaufanie Polaków do kas spółdzielczych jest duże, jednak głównie wśród tych, którzy już z nich korzystają. 91 proc. klientów ufa SKOK, ale wśród osób, które wybrały bank, ten odse-

tek wynosi tylko 44 proc. Bankom ufa z kolei trzech na czterech ich klientów i 71 proc. klientów SKOK. - Ludzie mają do SKOK coraz większe zaufanie, ponieważ wiedzą, że jesteśmy instytucjami całkowicie polskimi, które nie wprowadzą pieniędzy do swojej zagranicznej spółki matki - mówi Andrzej Dunajski. Potwierdzają to wcześniej wspomniane badania: dla co piątego klienta SKOK fakt, że kasy mają polski kapitał, jest ważniejszy niż możliwość wycofania ulokowanych pieniędzy bez straty oprocentowania. Natomiast rodzime pochodzenie instytucji jest ważne tylko dla 3 proc. klientów banków. Źródło:


„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

str. 9

SKOK Wołomin wspólnie ze spółką Polskie Sieci Cyfrowe (we współpracy z Fundacją Lux Veritatis) przygotowały promocję, dzięki której można łatwo i bez żadnych kosztów dołączyć do grona klientów telefonii „w naszej Rodzinie”

Odbierz promocyjny darmowy starter w SKOK i

Rozmawiaj swobodnie w naszej Rodzinie C

złonkowie SKOK Wołomin, którzy: założą konto osobiste w SKOK (prowadzone bezpłatnie, o korzystnym oprocentowaniu od 3,5 do 6,3%) i zlecą przelew wynagrodzenia, emerytury bądź renty na ww. konto lub podpiszą umowę o pożyczkę otrzymają za darmo promocyjny starter z doładowaniem 5 zł. Krewni i znajomi klientów SKOK w Wołominie lub osoby przez nich polecone oraz sympatycy Radia Maryja mogą również odebrać gratisowy starter telefonii „w naszej Rodzinie”, bez konieczności zapisywania się do Kasy. Promocja ta ma na celu umożliwienie przetestowania nowej telefonii oraz łatwe i darmowe dołączenie do grona jej abonentów. Wizją nowej telefonii jest przede wszystkim zniesienie ograniczeń komunikacyjnych, umożliwienie dostępu do najnowszych usług mobilnych, co przyczyni

się do pogłębiania więzi rodzinnych i społecznych: członków SKOK, ich rodzin, jak również społeczności skupionej wokół Radia Maryja. Już samo hasło telefonii „w naszej Rodzinie” niesie wyraźne przesłanie: „rozmawiaj swobodnie”, bez ograniczeń, wysokich kosztów czy niezrozumiałej oferty. Telefonia „w naszej Rodzinie” działa w ramach oferty „na kartę” i oferuje pełen zakres usług w bardzo korzystnych cenach, tj. połączenia wewnątrz sieci to tylko 17 groszy za minutę, a do sieci T-Mobile, Plus, Orange – 27 groszy. To obecnie jedna z najniższych stawek na rynku wśród standardowych ofert telefonii mobilnej. Dodatkową korzyścią dla wszystkich sympatyków Radia Maryja jest możliwość darmowych połączeń ze studiem Radia Maryja i Telewizji TRWAM.

Sprawdź szczegóły promocji w placówkach SKOK Wołomin

(92 oddziały położone na terenie 8 województw) - lista na ostatniej stronie gazety i na www.skok.wolomin.pl

Dowiedz się więcej o telefonii „w naszej Rodzinie” zadzwoń do Biura Obsługi Klienta pod nr tel. 536 699 999 lub odwiedź stronę www.wnaszejrodzinie.pl

Aby otrzymać starter, należy wyciąć kupon starterowy z pierwszej strony naszego dwutygodnika i zgłosić się do wybranej placówki SKOK.

Nowa placówka SKOK Wołomin w Krośnie

Z

przyjemnością zawiadamiamy, iż 3 lipca br. została uruchomiona nowa placówka SKOK Wołomin, zlokalizowana w Krośnie przy ul. Piłsudskiego 48. Jest to już trzeci oddział Naszej Kasy zlokalizowany na Podkarpaciu - niebawem następne! Tel. do oddziału: 13 420 02 99, czynne od pn. do pt .w godz. 9.00 - 17.00. Wszystkich mieszkańców Krosna i okolic zapraszamy do skorzystania z naszej atrakcyjnej oferty. Już wkrótce otwarcie nowych placówek w Bydgoszczy i Kraśniku.

Jesteśmy blisko Ciebie - sprawdź www.skok.wolomin.pl

AKTUALNOŚCI SKOK


FINANSE

str. 10

„Dobry Znak” nr 13(95) 19 lipca 2012

Szkoła Inwestowania nr 90 W ostatnim czasie sporo miejsca poświęciliśmy funduszom inwestycyjnym, które przy stosunkowo niewielkim ryzyku inwestycyjnym mogą obecnie stanowić alternatywę dla lokat bankowych. Omawialiśmy szczegółowo fundusze rynku pieniężnego, zagraniczne fundusze obligacji oraz krajowe rozwiązania lokujące w obligacje korporacyjne. Wciąż oczywiście podtrzymujemy opinię, że w obecnej chwili są to szalenie interesujące instrumenty, nie tylko, jeśli chodzi o minimalizację ryzyka, ale przede wszystkim ciekawe perspektywy. Z analizy danych makroekonomicznych wyłania się całkiem dobra perspektywa dla rynku polskich obligacji skarbowych

Szansa dla funduszy obligacji skarbowych Tomasz Olszewski - Prezes Zarządu Private Wealth Consulting

N

ie raz już wspominaliśmy o funduszach dłużnych i pieniężnych, które zawsze powinny stanowić część, nawet znaczącą, dobrze zdywersyfikowanego portfela. Środki zainwestowane w fundusze tego typu pozwalają bowiem na płynne i efektywne zarządzanie nadwyżkami osób fizycznych i przedsiębiorstw, maksymalizując zysk przy minimalnym ryzyku inwestycyjnym. Przyjęte w tych produktach rozwiązania dostępu do środków oraz szybkość realizacji zleceń klienta powodują, że pod względem płynności są to instrumenty bliskie rachunkowi a’vista, jednakże o zdecydowanie wyższym potencjale zysków. Zyski z tego typu rozwiązań nie są szczególnie oszałamiające, ale przecież nie o przysłowiowe fajerwerki w nich chodzi. Te są domeną instrumentów powiązanych z akcjami, walutami czy rynkiem surowców. Zazwyczaj stanowią, a przynajmniej powinny, jedynie drobną część portfela, której celem jest generowanie ponadprzeciętnych stóp zwrotu. Oczywiście w sprzyjających warunkach rynkowych. Cel, jaki stawiamy przed funduszami dłużnymi i pieniężnymi, to pokonanie inflacji, oprocentowania lokat i stabilny przyrost wartości jednostki. Ta ostatnia cecha jest silnie związana z pojęciem płynności, czyli z możliwością podjęcia środków w dowolnym momencie, bez utraty zysków i obawy, że wartość jednostki zmieniła się drastycznie. Jak wskazują analitycy rynku długu, niedawna niewielka korekta cen polskich obligacji miała charakter kosmetyczny. Dane obrazujące stan gospodarki wskazują na lekkie spowolnienie koniunktury, co pozbawia Radę Polityki Pieniężnej możliwości prowadzenia restrykcyjnej polityki monetarnej. Inwestorzy nie chcą pozbywać się polskich instrumentów szczególnie w okresach ograniczonej podaży, mając w zanadrzu argument w postaci braku możliwości dalszych podwyżek stóp procentowych. Siła popytu ma swoje podstawy w solidnych fundamentach gospodarczych i systematycznym ograniczaniu deficytu budżetowego. Utrzymanie tego kierunku nawet w otoczeniu nieco niższego wzrostu gospodarczego powoduje, że udział polskich instrumentów w portfelach inwestorów zagranicznych będzie systematycznie rósł. Pamiętajmy, że pierwszy kwartał 2012 roku upłynął pod znakiem hossy na krajowym rynku długu. Instrumenty stałokuponowe zyskiwały na wartości na fali ocieplenia się globalnego klimatu inwestycyjnego. Dodatkowo polskie obligacje skarbowe wspierane były pozytywnymi informacjami płynącymi z lokalnej gospodarki oraz łagodnym wydźwiękiem komunikatów w sprawie polityki monetarnej. Niestety, już w połowie marca na światowe rynki finansowe powróciły jak bumerang obawy o kraje peryferyjne Strefy Euro. Ponownie inwestorzy głośno wyrażali swoje obawy o los Grecji i jej możliwość sprostania drastycznym reformom narzuconym przez Trojkę. Ponadto w kwietniu z posiłkami Helladzie pospieszyła Hiszpania z jej problemami fiskalnymi oraz nieustająco rosnącym portfelem złych kredytów w bankach z półwyspu Iberyjskiego. Duet ten kierował sentymentem rynkowym przez ostatnie tygodnie wpływając na spadek wyceny wszelkiej klasy aktywów finansowych. Wygrane przez partię proeuropejską wybory parlamentarne w Grecji oraz pomoc w wysokości

Private Wealth Consulting Sp. z o.o. Liberty Corner, ul. Mysia 5, 00-496 Warszawa tel. +48 (22) 596 53 12, fax +48 (22) 596 53 15 e-mail: office@pw-consulting.pl

100 mld EUR dla hiszpańskiego sektora bankowego wlały odrobinę nadziei w serca inwestorów. Co więcej pogłoski o możliwości luzowania polityki pieniężnej zarówno przez FED jak i ECB z dużym prawdopodobieństwem wpłyną pozytywnie na nastroje inwestycyjne w nadchodzących miesiącach. W ocenie wielu obserwatorów rynku okres wakacyjny może również upłynąć pod znakiem kontynuacji wzrostów wycen polskiego długu skarbowego. (źródło: Skarbiec TFI). W jaki więc sposób możemy skorzystać na wspomnianej wyżej poprawie sytuacji na rynku obligacji? Dodając do swojego portfela fundusze inwestujące w tę klasę aktywów. Fundusze inwestujące zgromadzone środki w obligacje charakteryzują się zazwyczaj niższą stopą zwrotu niż fundusze akcji, ale wyższą niż fundusze rynku pieniężnego. Niższą rentowność w porównaniu do funduszy akcji rekompensują większą stabilnością wyników, które na rynku polskim są zazwyczaj dodatnie i zbliżone do rentowności notowanych obligacji. Co to jest rentowność obligacji? Rentowność obligacji to stopa zysku w skali roku uwzględniająca wypłacane odsetki w trakcie trwania tej obligacji oraz wartość, po jakiej obligacje wykupi Skarb Państwa. Zysk ten zależy od ceny obligacji – im niższa cena, tym większa rentowność obligacji. Rentowność oznacza, ile zarobimy, jeśli będziemy czekali do wykupu obligacji. Jednocześnie rentowność nie uwzględnia, ile zwiększy się, jak zmieni się rynkowa cena obligacji, gdy rentowność spadnie lub wzrośnie. Dochód, jaki przynoszą fundusze inwestujące w obligacje jest zbliżony właśnie do rentowności emitowanych obligacji. Zarządzający starają się też tak kształtować portfel, żeby wykorzystać korzystne zmiany rynkowe. Kupują oni obligacje o krótkim terminie zapadalności, gdy oczekują wzrostu stóp procentowych, przeciwnie postępują, gdy oczekują obniżenia stóp procentowych. Gdy stopy procentowe maleją, spada dyskonto - ceny obligacji rosną, powstaje � � � �

zysk kapitałowy. Należy także pamiętać, że rynek obligacji to de facto rynek kredytowy. Kupno obligacji to swoiste udzielenie kredytu emitentowi. Najbardziej popularne i przy okazji najbardziej bezpieczne są obligacje Skarbu Państwa. Bezpieczeństwo rozumiemy tutaj jak stabilność emitenta i minimalizowanie ryzyka jego niewypłacalności. W przypadku Skarbu Państwa ryzyko niewypłacalności jest naturalnie mniejsze niż w przypadku przedsiębiorstw. Przyjmuje się, że obligacje skarbowe chronią inwestorów przed ryzykiem utraty kapitału, oferując jednak mniejsze wynagrodzenie (rentowność) niż inne instrumenty. Zaleca się inwestowanie w fundusze obligacji części rezerwy przeznaczonej na nieprzewidziane wydatki oraz zwiększenie zaangażowania w czasie recesji. Optymalne byłoby uchwycenie szczytu koniunktury giełdowej i przeniesienie środków tuż przed spadkami na rynku akcji. Obecnie mamy do czynienia z odwrotną sytuacją giełdową, o szczytach zdążyliśmy już zapomnieć, zaś pytaniem, które obecnie nurtuje inwestorów jest pytanie o to, w co inwestować w czasie rynkowej niepewności. Najbliższy rok powinien przynieść sensowne zyski osobom, które zdecydują się zainwestować pieniądze w funduszach obligacji. Paradoksalnie będzie im sprzyjać perspektywa spowolnienia gospodarczego w Europie i zakończenie cyklu podwyżek stóp procentowych w Polsce. Na koniec spójrzmy jeszcze na wspomniane na wstępie dobre wyniki funduszy tego typu w skali 6 minionych miesięcy. Poniższe szacunki zostały zaczerpnięte z danych firmy analitycznej Analizy Online.

REKLAMA


Dobry Znak