Issuu on Google+

O narodzinach legendy Księcia Poniatowskiego pod Raszynem str.8-9

Dwutygodnik nr 8 (113) } 2 maja 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

Korea Północna wypowiedziała traktat o zawieszeniu broni zawarty w 1953 r. po wojnie ze swoim sąsiadem z Południa. Po raz kolejny świat usłyszał groźby rozpoczęcia działań wojennych na Półwyspie Koreańskim wzmocnione o dodatkowe argumenty użycia broni jądrowej przeciw Korei Południowej, Japonii i USA.

Środki masowego przekazu kreują atmosferę zagrożenia, zdają się krzyczeć, że wojna atomowa wisi na włosku. Natomiast mieszkańcy Seulu, oddalonego godzinę drogi od strefy zdemilitaryzowanej dzielącej obie Koree, żyją normalnym rytmem. Przyzwyczaili się już, że za Kim Dzong Ila podobne kryzysy występowały dość często. Celem formułowania gróźb przez KRLD w kierunku m.in. swojego południowego sąsiada było skupienie na sobie uwagi opinii międzynarodowej. Dzięki temu kraj ten mógł rozpocząć negocjacje z Zachodem, rezygnując ze swoich agresywnych zamiarów w zamian za pomoc dla gospodarki i głodującej ludności. Obecny kryzys skupił na sobie uwagę świata, ponieważ brak jest wiedzy, do czego zdolny jest młody dyktator, w rękach którego znajduje się arsenał atomowy. Analitycy nie posiadają punktu odniesienia, tak jak było w przypadku jego ojca, który stworzył już swoisty schemat działania. Przez 17 lat sprawowania władzy Kim Dzong Il dał się dobrze poznać analitykom i doradcom do spraw międzynarodowych. Na temat życia prywatnego Kim Dzong Una wiadomo niewiele, a funkcje publiczne zaczął sprawować stosunkowo od niedawna. Arsenał nuklearny KRLD nie jest tak imponujący jak USA czy Rosji, jednak każda głowica stanowi śmiertelne zagrożenie dla dziesią-

Czy świat powinien bać się

Korei Północnej?

fot: wikimedia commons/Kristoferb

Michał Dębski-Korzec

tek tysięcy ludzi. Jedna sprawa to posiadać sprawne głowice atomowe, a druga - dostarczyć je do celu. Problem leży w zminiaturyzowaniu głowicy bojowej tak, aby mogła zmieścić się do rakiety międzykontynentalnej. Reżim północnokoreański nie ma w swoim arsenale „dalekich” rakiet, ale czy na pewno? Tego na nie da się określić ze stuprocentową pewnością. Według niektórych ekspertów posiadane

przez Koreę Północną rakiety mogłyby najdalej dolecieć do Alaski, o ile nie zostałyby strącone wcześniej przez amerykański system obrony przeciwrakietowej. Jednak nawet rządzący Północną Koreą nie są tak nierozsądni, by użyć broni atomowej. W takim przypadku stałoby się jasne, że kraj ten jest realnym zagrożeniem, które trzeba jak najszybciej zneutralizo-

wać. Agresja siłami konwencjonalnymi również nie daje Korei Północnej gwarancji sukcesu. Armia KRLD jest liczniejsza (1 mln żołnierzy) niż jej przeciwnik z Południa, jednak sprzęt ma przestarzały. Jej jedynym autem są rozbudowane siły specjalne oraz broń masowego rażenia. Jak twierdzi Przemysław Pacuła w kwartalniku „Bezpieczeństwo Narodowe”: dokończenie na str. 7


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Tolerancja, czyli cierpliwa wytrwałość Mariusz Gazda

Definicji tolerancji jest wiele. Różne są one inne w zależności od światopoglądu głoszącego lub negującego tolerancję. W różnych okresach historycznych znaczenie słowa tolerancja zawężane było do określonych dziedzin życia społecznego. Znamy z historii okresy nietolerancji lub tolerancji religijnej. Niewolnictwo, rasizm czy klasowy podział społeczeństwa także świadczył o tolerancji rodzaju ludzkiego. Nietolerancji doświadczały i doświadczają mniejszości narodowe. Dzisiaj tolerancję starają się zawłaszczyć wszelkie mniejszości seksualne. A przecież jest tyle równie istotnych dziedzin życia społecznego, w których tolerancja zawodzi lub gdzie jej brak. Najczęściej to rządzący decydują, co jest normą, co jest tolerowane, a co nie. Tolerancja nigdy nie może być bezwzględna. Taka tolerancja to anarchia. A anarchia jest zła, destruktywna i zaprzecza klasycznym wartościom budowanym wiekami przez ludzkość. Kodeks honorowy Władysława Boziewicza liczy już prawie sto lat. Powstał w okrutnych czasach, gdy Polacy zdobywali swą wolność po latach zaborów, czyli po latach nietolerancji w stosunku do naszego narodu. Boziewicz nie zawęża w nim obrazy do żadnych pól życia społecznego. Czytamy w par. 1. tegoż kodeksu: …i dlatego należy uważać za obrazę każde najdrobniejsze zadraśnięcie miłości własnej obrażonego, słowem to wszystko, co on jako zniewagę uważa… Z tego by wynikało, że tolerancja i wolność jednej osoby kończy się tam, gdzie zaczyna się innej. To nieprzekraczanie tych cienkich granic jest prawdziwą tolerancją. A w przypadku nieumyślnego przekroczenia należy szybko wycofać się i przeprosić. Tolerancja to nie deklaracje, manifestacje i obietnice wyborcze. Tolerancja to nie księgozbiory zawiłych praw. Tolerancja to życie w rodzinie. Tolerancja to zgodni sąsiedzi. Ale także państwo pozwalające godnie żyć swoim obywatelom. Tolerancja to codzienna cierpliwa wytrwałość w szacunku do drugiej osoby, która nie narusza naszych granic prywatności. Ale i my z naszą prywatnością nie wchodźmy w życie innych, jeśli nas nie zapraszają do środka.

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 150 000 egz.

Zostaniemy na lodzie z euro Rafał Ziemkiewicz Czy po kryzysie cypryjskim Pana zdaniem są jeszcze szanse na utworzenie wspólnego obszaru walutowego na terenie Unii Europejskiej? - Walka nie toczy się w tej chwili o powiększenie strefy euro, bo absolutnie nie jest to w interesie ważnych graczy gospodarki europejskiej. Obecnie trwa bój o przedłużenie jej istnienia. To jest dla nas bardzo niebezpieczne, ponieważ pojawia się koncepcja, aby to Polska wraz ze swoim potencjałem i rezerwami walutowymi była tym, czym strefa euro będzie mogła zasilić się na parę najbliższych lat. Bardzo mocno w tym kierunku lobują Niemcy, a ponieważ nasze władze są dosyć mało asertywne wobec brata z Zachodu, to istnieje duże niebezpieczeństwo, że zostaniemy do strefy euro wciągnięci i przez kilka lat będziemy do niej dokładać. Kiedy będziemy chcieli czerpać zyski z poniesionego wkładu, to prawdopodobnie strefa euro przestanie się opłacać jej głównym udziałowcom - zostanie „rozszyta”, a my zostaniemy na lodzie. Oczywiste dla każdego, kto to obserwuje - nieoczywiste dla naszego rządu. Chyba, że rząd zdaje sobie sprawę, ale kieruje się krótkofalowym wyrachowaniem, myśląc, żeby nasz dług przerzucić na partnerów zachodnich, jak to zrobiła Grecja. Problem w tym, że numer jest nie do powtórzenia, bo Niemcy już drugi raz się na niego nie nabiorą. Jak sądzę mogą chcieć polskiego wejścia do wspólnej strefy walutowej, ale tylko na czas określony. 

W Polsce powinno być przeprowadzone referendum ws. wprowadzenia euro? - Powinno być zrobione wszystko, co pozwoli nam wykręcić się z tej nieopatrznie podpisanej umowy akcesyjnej, w której Polska zobowiązała się wprowadzić wspólną walutę. Na szczęście nie ma tam ani słowa o tym, w jakim terminie ma się to odbyć. Interes Polski polega więc teraz na tym, aby spełniając narzucone zobowiązania, jak najdłużej opóźniać nasze wejście do strefy euro. Przy czym prawie pewne jest, że jeżeli uda nam się to przez jakichś 4-5 lat, to sprawa stanie się bezprzedmiotowa. rozmawiała:Agnieszka Żądło-Jadczak 

Warto wiedzieć...

Dane za rok 2012 dotyczące produkcji i sprzedaży - zwłaszcza samochodów osobowych - potwierdziły przewidywania, że rok 2012 był kolejnym trudnym okresem dla polskiego sektora motoryzacyjnego. W opinii ekspertów, w roku 2013 raczej nie należy spodziewać się poprawy sytuacji. Wynika to z utrzymującej się na rynku europejskim sytuacji kryzysowej i przewidywanego w roku 2013 dalszego spadku popytu na produkowane w Europie samochody, powodującego konieczność zmniejszenia produkcji w roku 2013 najprawdopodobniej o 4% (do ok. 15,3 mln szt.). Poprawa sytuacji europejskiego przemysłu motoryzacyjnego upatrywana jest m.in. w ożywiających się rynkach trzecich, jak np. rynek północnoamerykański (przewidywany wzrost produkcji o 3,6% do 15,9 mln szt.), czy rynek azjatycki (np. w Chinach spodziewany jest wzrost produkcji o ok. 14%, ale utrzyma się tendencja spadkowa o ok. 7% produkcji w Japonii). Przyjmuje się jednak, że wzrost sprzedaży produkowanych w Europie samochodów na rynkach trzecich nie zrekompensuje tak dużego spadku produkcji. Szefowie firm produkujących samochody osobowe nie spodziewają się istotnej poprawy sytuacji europejskiego przemysłu (oprac. Janusz Piechociński) motoryzacyjnego w ciągu najbliższych dwóch lat.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

Kolejne oszustwo rządu Tuska W sprzedawanym z ogromnym zadęciem medialnym tak zwanym „drugim expose” w październiku premier obiecał przełom i zapowiedział, że rok 2013 będzie Rokiem Rodziny.

Jan Maria Jackowski

Tymczasem nie tylko nie ma zapowiadanych ustaw, ale nawet dostrzegamy pogorszenie polityki rodzinnej. W 2013 roku „becikowe” nie trafi do wszystkich rodziców; rodziny z jednym dzieckiem, których roczny dochód przekroczy 112 tys. zł straciły prawo do ulgi

prorodzinnej. Miały być tanie i dostępne przedszkola, a do 2016 r. miejsca dla wszystkich trzy- i czterolatków i już dziś wiadomo, że tak się nie stanie. W grudniu ubiegłego roku zakończył się program „Rodzina na swoim” i już od lipca tego roku miał zostać wprowadzony program „Mieszkanie dla młodych”. I też już wiadomo, że w tym terminie na pewno go nie będzie. Roczne urlopy macierzyńskie zapowiadano od 1 września 2013, tymczasem stosowanej ustawy jeszcze nawet nie przyjął rząd. Niepewna jest też obiecana przy wydłużeniu wieku emerytalnego na podstawie kompromisu

Tusk - Pawlak refundacja składek z budżetu na emeryturę dla zajmujących się dziećmi. Jak z tego krótkiego przeglądu wynika, rząd Donalda Tuska nie pomaga polskim rodzinom, a nawet na nich chce oszczędzać. W kieszeniach polskich rodzin szuka pieniędzy na pokrycie swojej dziury budżetowej: w 2013 zostaną zamrożone ulgi podatkowe i tzw. kwota wolna, co oznacza wyższe obciążenie PIT. Zniknęła popularna ulga internetowa, zwiększono VAT na niektóre towary, wzrosły opłaty za komunikację miejską, czynsze, opłaty za wieczyste użytkowanie i podatek gruntowy, wy-

wóz śmieci oraz inne opłaty i parapodatki. Jak pokazują dane GUS, coraz więcej rodzin w Polsce nie jest w stanie związać końca z końcem. W skrajnej biedzie żyje już ponad 2,6 mln Polaków. Najbardziej wzrosła w ub. r. bieda na wsi. Liczba osób, których wydatki były mniejsze niż minimum egzystencji wzrosła w gospodarstwach rolników niemal o połowę i przekracza 13 proc. Najwięcej nędzy jest w rodzinach wielodzietnych. Żyje w niej co czwarte małżeństwo z czworgiem dzieci lub więcej. W ub. r. liczba osób żyjących w biedzie zwiększyła się o ok. 400 tys. Zamiast przełomu po raz kolejny mamy zatem puste słowa bez pokrycia i nie dziwi, że już 73 proc. respondentów źle ocenia rząd, który szkodzi Polsce.

A poza tym nic na działkach się nie dzieje… W połowie kwietnia Sejm rozpoczął prace nad trzema projektami ustaw o ogródkach działkowych. Ustawę uchwalono wprawdzie w 2005 roku, ale po 6 latach były prezes Sądu Najwyższego zorientował się, że jest ona chyba częściowo niekonstytucyjna i zaskarżył ją do Trybunału Konstytucyjnego. Ten stwierdził, że na 50 artykułów tejże ustawy 24 są niezgodne z ustawą zasadniczą i dał czas na poprawienie tego stanu rzeczy do lutego 2014 roku. Warto w tym miejscu zapytać, co robią w Sejmie i Senacie wysoko opłacani specjaliści od legislacji i za co biorą pieniądze eksperci, przygotowujący swoje opinie prawne na posiedzenia komisji? Odpowiedź jest prosta - parlamentarzyści wiedzą lepiej i w pocie czoła pracowicie psują prawo, Konstytucją na co dzień nie zawracając sobie głowy. „Na mieście mówią” - że użyję tego kolokwialnego określenia - iż zamieszanie z ogródkami działkowymi ma swoje drugie, obok konstytucyjnego, dno. Otóż 90%

z ponad 43 tysięcy hektarów zajmowanych przez działki znajduje się w miastach, bardzo często w ich centrach albo pobliżu, terenach szalenie atrakcyjnych dla developerów. Śnią im się po nocach sceny z buldożerami wjeżdżającymi na teren zarośnięty karłowatymi drzewkami, krzakami rodzącymi kwaśny agrest i wiejskimi kolorowymi kwiatkami. Zrównywane z ziemią są nędzne, stawiane systemem gospodarczym altanki. I wtedy wkraczają oni, z planami zabudowy i budują na marnowanych przez lata terenach apartamentowce, biurowce, hotele, hipermarkety. Źli ludzie mówią, że właśnie temu ma służyć projekt złożony przez posłów Platformy Obywatelskiej. Sprzeciwia się temu opozycja, chcąc oddać działki działkowcom, czyli dokonując swoistej nowej „reformy rolnej”, z tym że, w przeciwieństwie do tej powojennej, nie

będzie się odbierać właścicielom i rozdawać innym, tylko dawać ziemię de facto jej nieformalnym posiadaczom. Nie mam żadnych wątpliwości, że scenariusz likwidacji działek jest bardzo realny. I że argumenty prawie miliona działkowiczów nie mają takiej siły przebicia jak lobbing bogatych korporacji budowlanych, wspieranych przez wysoko opłacanych prawników. Nikogo z rządzących nie obchodzi, że likwidacja ogródków działkowych to także znaczące straty dającego pracę i przynoszącego spore zyski rynku narzędzi ogrodniczych, szkółek sprzedających krzewy i drzewka, producentów nawozów i materiałów budowlanych. Bo o tym, że starsi ludzie, których nie stać na weekendy w gospodarstwach agroturystycznych, nie mówiąc już o zagranicznych wojażach, spędzają tam czas na świeżym powietrzu, pielęgnując

Aleksandra Jakubowska

swoje rośliny i odpoczywając po pracowitym, ciężkim zawodowo życiu, pamiętać rządzący nie chcą. Liberalna gospodarka nie toleruje, by coś, co może przynosić zysk, leżało odłogiem. A zamiast własnych warzyw, jarzyn i owoców, zasilających znacznie uboższy koszyk emerycki (ponad 50% działkowców to emeryci i renciści) będzie można w przyszłości dostać talerz zupy w jadłodajni dla ubogich. O ile i tych nie zlikwiduje niewidzialna ręka rynku.


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Niemiecka „krzywda” wieku wypędzeń Debata na temat ustanowienia Centrum przeciwko Wypędzeniom w istotny sposób zmieniła nie tylko niemiecki ogląd historii, ale także rzuciła nowe światło na postrzeganie przez Niemców własnego miejsca we wspólnocie międzynarodowej. Wyznaczyła również nowe horyzonty polityki Berlina. Marian Piłka

Nie tylko w niemieckiej publicystyce, ale także w polityce rządu powraca kwestia niemieckiej „krzywdy”. W związku z ustanowieniem „widocznego znaku” upamiętniającego „wypędzenie” Niemców oficjalnie uznano, iż wiek XX był wiekiem wypędzeń. Nie wiekiem totalitaryzmów, ludobójstwa, zbrodniczych wojen rozpętanych przez Niemców, ale stuleciem wypędzeń. Ten historyczny fałsz staje się doktryną historyczną państwa niemieckiego. Staje się czymś więcej niż tylko widzeniem przeszłości. Staje się niemiecką doktryną polityki

Janusz Korwin - Mikke

edukacyjnej, kulturowej i przede wszystkim zagranicznej. Niemieckie media rozpisują się o niemieckich „krzywdach”, jakie stały się udziałem „wypędzonych”. Opinia publiczna jest epatowana audycjami ukazującymi ucieczkę Niemców ze wschodu wraz z przerażającymi scenami „pozbawiania ojczyzny”. Powstają programy o zatapianiu statków z cywilnymi uciekinierami, pokazuje się alianckie bombardowania niemieckich miast wraz z dramatem ludności ginącej pod gruzami miast. Niemcy odkryli, że byli „ofiarami” tej wojny, „ofiarami” klęsk, rozstrzeliwań, gwałtów, wypę-

H-K-T

Organizacja ta miała na celu wyparcie polskości z Wielkiego Księstwa Poznańskiego - a konkretnie: wykupywać ziemię z polskich rąk. Zaczęła znakomicie, zebrała trochę pieniędzy od nacjonalistów... ale, cóż: wszystko kosztuje, więc pieniądze zaczęły się kończyć... Jednocześnie Polacy, czując zagrożenie, zaczęli współpracować - i spontanicznie zwierać szeregi, by dać odpór strrrraszliwej HaKacie... To zwieranie szeregów szło bardzo dobrze - natomiast panowie H-K-T zwrócili się o pomoc

do pruskiego rządu w Berlinie. Ten, na szczęście, pieniądze dał... Co jeszcze lepsze: przenieśli siedzibę do gniazda pruskiej biurokracji, do Berlina. Natychmiast do Dojczostmarkferajny zaczęli napływać ludzie głośno wrzeszczący, że trzeba Polaków koniecznie, ale to koniecznie, wyrugować - a tak naprawdę marzących o ciepłej posadce za reżymowe pieniądze. W efekcie działalność HaKaTy zaczęła przymierać, zdychać – a Polacy, przerażeni tym, że sam rząd pruski włączył się w tę akcję, działali co-

dzeń, pozbawiania ojczystych stron. Niejako symbolem tych cierpień staje się szefowa „wypędzonych”, która musiała opuścić wraz z rodzicami dom swych narodzin w podgdyńskiej Rumii. Niemcy odkrywają, że byli - jak czytamy o tym w książce wydanej z okazji słynnej berlińsko-bońskiej wystawy „Ucieczka. Wypędzenie. Integracja”, przypomnianej przez prof. Zdzisława Krasnodębskiego - ofiarami „swego rodzaju odpowiedzialności zbiorowej”. Dziś można powiedzieć, że poczucie krzywdy we współczesnej niemieckiej świadomości coraz bardziej przesłania kwestie odpo-

wiedzialności za zbrodnie rozpętania wojny i ludobójstwo na podbitych narodach. Nie kwestionuje się zbrodni Holokaustu, ale pamięć o martyrologii innych narodów jest systematycznie zacierana w niemieckiej pamięci. Nie ma w Berlinie pomników upamiętniających ludobójstwo na Polakach, Rosjanach, Cyganach, Białorusinach czy innych narodach. Jak wiadomo z relacji współczesnych Niemców, ich dziadkowie w czasie wojny służyli jedynie w wojskowych orkiestrach, kuchniach polowych, no, może co najwyżej w obronie przeciwlotniczej, broniąc przed zniszczeniem niemieckie dziedzictwo kulturowe.

Z pewnym zdumieniem - starzeje się człowiek stwierdziłem, że nawet w Wielkopolsce mało kto pamięta, czym była „Hakata” - a już niemal nikt nie pamięta nazwisk: Ferdynanda von Hansemanna, Hermana Kennemanna i Henryka von Tiedemanna, którzy w 1894 założyli w Poznaniu Deutscher Ostmarkenverein (Niemiecki Związek Marchii Wschodniej), zwany potocznie HaKaTą właśnie. raz to energiczniej… i w wyniku tego stan polskiego posiadania w Wielkopolsce raczej się zwiększył niż zmniejszył. A potem Cesarstwo Niemieckie przegrało wojnę - a Polacy byli już tak dobrze zorganizowani, że zmontowali im na odchodnym jedyne właściwie w naszej historii udane powstanie. Jest to jeszcze jeden przykład na działanie ogólnego prawa: za co tylko weźmie się rząd – to prędzej czy później zostanie to spaprane. Proszę dobrze zrozumieć: właściciel firmy myśli o tym, by firma

się rozwijała. Myśli o tym, by jak najwięcej zarobić. Organizator akcji społecznej robi to na ochotnika - więc wkłada w to swój wysiłek, swój wolny czas, swoją inwencję - i często swoje pieniądze... …natomiast urzędnik ma jeden cel: zachować swoją posadę i awansować w hierarchii urzędniczej na wyższe stanowisko z większą pensją. Cele organizacji ma głęboko tam, gdzie słońce nie dochodzi. Skutki tego są oczywiste. I nieuniknione... http://korwin-mikke.pl


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5 Nie jest wielkim odkryciem, że na elity jesteśmy skazani. To taki fatalizm dziejów, że nie można bez nich stworzyć struktury społecznej. Ta zdrada powszechna elit dotyczy bardzo wielu sfer życia publicznego. Niespełniona jest obietnica o zabezpieczeniu opieki zdrowotnej (narodowy program eutanazji, jak pisze Stanisław Michalkiewicz), kombinuje się przy emeryturach (OFE stworzył rząd późniejszej gwiazdy polityki, premiera Jerzego Buzka), nie wykorzystuje się potencjału Polaków w zakresie zapewnienia podstaw bytu ekonomicznego rodzin, drąży się budżet, zadłuża kraj. W ramach zohydzania naszej przeszłości wywołano ostatnio m.in. aferę z orientacją seksualną Zośki i Rudego z „Kamieni na szaniec”. To efekt przesiąknięcia kultury sprymityzowaną seksualnością. O tej kwestii miałem okazję rozmawiać z prof. Bogusławem Wolniewiczem. - Bzik na punkcie seksualnym stał się nową wiarą Zachodu, rodem

ZDRADA ELIT

Kolportuję informację o zdradzie elit. Nie tylko o zdradzie „o świcie 10 kwietnia”, o której mówił Jarosław Kaczyński, kiedy opisywał katastrofę smoleńską. Ograniczenie zdrady do Smoleńska zaciemRafał Pazio nia jej obraz. Trzeba pokazywać, że zdrada dotyczy całego narodu, upomnieć się o każdego, że to jest propaganda insurekcjoniale koniecznie zaproponować pozytywny program. zmu. Jestem od tego daleki. Chęt-

z purytańskiej Ameryki i obsesji Freuda. Wykorzystuje się go socjotechnicznie także do walki z polskością i Kościołem. W tym wypadku uczyniła to niejaka Elżbieta Janicka, aktywistka antypolskiego Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Usiłuje nam wmówić, że nasi harcerze z Szarych Szeregów to byli antysemici i zboczeńcy. Mamy tu jeszcze jedno kółko tej samej maszynerii: opluć Polakom, co im drogie, by złamać

ich dumę narodową, bo zawsze się coś przyklei - skomentował prof. Wolniewicz. Czy jest na to rada? Trzeba sobie uświadamiać i realizować to, na co mamy wpływ. W innej rozmowie zapytałem reżysera Grzegorza Brauna o jego wizję pozytywnego programu. - Kościół jako miejsce, gdzie bezpieczna jest tradycja katolicka. Szkoła, w której bezpieczne są serca i głowy młodych Polaków. Strzelnica jako ośrodek życia patriotycznego. To porównanie wywołuje niepokój,

nie dzielę się moimi konstatacjami na wybranych przykładach z historii Polski. Negatywnie pozwalają mi zweryfikować wszelką amatorkę, nieprofesjonalne działania o charakterze militarnym. Zachęcam do spotkań międzypokoleniowych i międzyśrodowiskowych na strzelnicy. Jeśli państwo polskie ma kiedyś zaistnieć na serio, to musi mieć swoje wojsko i swoje służby, i powinni tam być ludzie, którzy ani sobie, ani innym nie zrobią krzywdy bronią palną - podsumował Grzegorz Braun.

Kawa na ławę - biskupi o in vitro

Piotr Uściński

W styczniu na łamach „Dobrego Znaku” krytykowałem Kościół za niewystarczającą katechizację dorosłych, pisząc m.in.: „Ileż ludzi zna np. stanowisko Kościoła w sprawie in vitro, ale go nie rozumie. Argumentem „to niegodne” nie są w stanie dyskutować w gronie znajomych. Kościół powinien dawać jasny przekaz, kawa na ławę”. No i się doczekałem kawy na ławę. Alleluja.

Konferencja Episkopatu Polski opublikowała niedawno dokument pt: O wyzwaniach bioetycznych, przed którymi stoi współczesny człowiek, w którym jasno i wyraźnie odpowiada na pytanie: co jest złego w in vitro? W wielostronicowym dokumencie biskupi przypominają o konieczności obrony życia poczętego, cytując błogosławionego Jana Pawła II: nawet samo prawdopodobieństwo istnienia osoby wystarczyłoby dla usprawiedliwienia najbardziej kategorycznego zakazu wszelkich interwencji zmierzających do zabicia embrionu ludzkiego. Dalej opisują sposób traktowania poczętych me-

todą in vitro dzieci: W procedurze tej tworzy się większą liczbę zarodków i poddaje się je selekcji. Część z nich jest w przewidywalny sposób narażana na zniszczenie lub przeznaczona do zamrożenia. Po to, aby zwiększyć szansę powodzenia zabiegu, do organizmu matki przenosi się kilka embrionów. Po pewnym czasie sprawdza się ich rozwój i pozostawia przeważnie jeden z nich - ten najlepiej oceniany. Pozostałe zostają przeznaczone do selektywnej aborcji, w celu ograniczenia ryzyka związanego z ciążą mnogą. Biskupi porównują i stawiają w jednym rzędzie aborcję i in vitro: Antykoncepcja i aborcja to dwie

skrajności tej samej postawy, wyrażającej się krótko w stwierdzeniu: „nie chcę mieć dziecka”. Wyrazem tej postawy jest również zwracanie się ku metodzie in vitro jako sposobowi poczęcia. Tym razem roszczenie brzmi: „chcę mieć dziecko” - nawet za cenę powołania go do życia przez obcych ludzi w warunkach laboratoryjnych, zabicia lub zamrożenia rodzeństwa w najwcześniejszej fazie istnienia. W końcu wyraźnie nazywają uśmiercanie nadliczbowych zarodków zabójstwem obciążającym sumienia rodziców: Żadne działanie, które prowadzi do zagrożenia życia człowieka (także we wczesnych

stadiach rozwoju) lub wprost do zabójstwa, nie da się usprawiedliwić nawet najbardziej wzniosłym celem. Źle realizowane pragnienie stania się rodzicami - ze zgodą na „poświecenie” w tym celu kilku kolejnych istnień ludzkich (dzieci nadliczbowe, „zdefektowane”, usunięte, bo po wszczepieniu do macicy rozwijało się ich „za dużo”) - obciąża sumienie winą za ich śmierć. Wreszcie jasne i wyraźne stanowisko Kościoła, przekazane prostym językiem do wiernych oraz przede wszystkim do kapłanów, którzy powinni z tego dokumentu czerpać wiedzę i przekazywać ją Ludowi Bożemu z ambony. www.uscinski.pl


6 / HISTORIA

16 kwietnia 1929 roku we francuskiej stoczni Chantiers Naval Français w Caen uroczyście spuszczono na wodę niszczyciel ORP „Burza”. Jednak do służby okręt trafił dopiero 10 sierpnia 1932 roku. Francuzi o dwa i pół roku przekroczyli zapisany w umowie termin przekazania okrętu Polakom.

Szczęśliwy okręt Romuald Szeremietiew

Okazało się, że niszczyciel wykonany został wyjątkowo niestarannie i przez trzy lata trzeba było dokonywać różnych poprawek i wymian wadliwych części wyposażenia. Największe problemy i opóźnienia powstały na skutek źle wykonanych wadliwych turbin. Po zwodowaniu, podczas prac montażowych wyszedł na jaw szereg usterek, będących wynikiem niedbalstwa i kiepskiej organizacji pracy oraz widocznej niechęci do polskiej marynarki francuskich wykonawców. Jeden z Polaków uczestniczący w odbiorze technicznym „Burzy” wspominał: Kiedy okręt stał na doku w Cherbourgu (...) S. Mielnik stwierdził, że zęza ma tam zaledwie 0,5 m głębokości zamiast zgodnie z planami 1,5 m. Zszedł na dok, sprawdził od zewnątrz zgadzało się z planami, ale od we-

wnątrz nie. Co się okazało: Francuzi zgarnęli do tej wąziutkiej zęzy wszystkie śmieci i »świństwa« pourywane śruby, zepsute nity itd. - pięknie to zaklepali i zamalowali od góry. Gdyby Polacy tego nie odkryli, po roku, półtora wszystko to by wyrdzewiało i wyleciało na zewnątrz przez dziurę w przeżartym rdzą dnie. Polscy podoficerowie sami oczyścili ową zęzę, Mielnik osobiście ją później malował farbą ochronną, przy czym na skutek trujących własności poprzedniej farby użytej przez Francuzów zatruł się w czasie pracy i dopiero koledzy wyciągnęli go nieprzytomnego. Dość dziwne były okoliczności zamówienia niszczyciela. W 1923 roku Kierownictwo Marynarki Wojennej przyjęło plan budowy 9 okrętów podwodnych, 3 minowców i 6 torpedowców. Ze względów na polityczne zależności skierowano przetarg do stoczni francuskich. Lecz zanim złożono zamówienie na okręty podwodne, niespodziewanie w 1925 roku zapadła decyzja o budowie dwóch

niszczycieli nie przewidzianych w planie. Dlaczego? Polska zwróciła się do rządu francuskiego o pożyczkę. Francuzi dali do zrozumienia, że jej udzielą, jeśli polskie zamówienie trafi do stoczni Chantiers Naval Français, w której kilku członków rządu miało udziały, a jednym z nich był premier francuskiego rządu. Stocznia zaś nie miała doświadczenia w budowie okrętów podwodnych, więc minister spraw wojskowych gen. Sikorski polecił zamówić w niej... niszczyciele. Okręt ostatecznie podjął służbę i wraz z budowanym w tej samej stoczni bliźniaczym ORP „Wicher”, a wkrótce z kolejnymi niszczycielami OORP „Grom” i „Błyskawica” wchodził w skład dywizjonu niszczycieli. Poza służbą w morzu, szkoleniami „Burza” wypełniała często funkcje repre-

zentacyjne. Niszczyciel został np. wysłany do Wielkiej Brytanii, by wziąć udział w międzynarodowej rewii okrętów z okazji koronacji króla Jerzego VI. Tuż przed wybuchem wojny „Burza” (z „Gromem” i „Błyskawicą”) na polecenie dowództwa polskiej floty udała się do Wielkiej Brytanii. Po wybuchu wojny ORP „Burza”, uczestnicząc w działaniach wojennych, zapisała się chlubnie na kartach historii polskiej marynarki wojennej. Od 3 września 1939 roku po wypowiedzeniu przez Wielką Brytanię Niemcom wojny polski niszczyciel podjął intensywną służbę patrolową, tropiąc niemieckie U-booty w wodach okalających wyspy brytyjskie. W czasie jednego z patroli 20 lutego 1940 roku „Burza” wykryła niemiecki okręt podwodny i zaatakowała go bombami głębinowymi. Atak był

„Burza” została nazwana przez marynarzy „szczęśliwym okrętem”, ponieważ w czasie kilkuletnich walk nie zginął na jej pokładzie ani jeden członek załogi


HISTORIA / 7 skuteczny, bowiem na powierzchni morza pojawiła się duża plama paliwa. Mimo to nie zaliczono polskiemu okrętowi zwycięstwa. Dziś wiadomo z wykazów strat floty niemieckiej, że tego dnia w miejscu ataku „Burzy” Niemcom zaginął okręt podwodny U-54. Od początku kwietnia 1940 roku ORP „Burza” wraz z brytyjskimi niszczycielami operowała koło Norwegii. Uczestniczyła w eskorcie konwoju kilkudziesięciu statków transportujących m.in. złoto Norwegii. Ratowała rozbitków z zatopionych okrętów alianckich. Artyleria okrętowa „Burzy” wspierała działania wojsk alianckich, w tym polskich żołnierzy z Brygady Podhalańskiej walczących pod Narwikiem. W końcu maja 1940 roku „Burza” została wysłana wraz z dwoma niszczycielami brytyjskimi pod Calais celem wsparcia artyleryjskiego oddziałów alianckich. Podczas ostrzeliwania niemieckich kolumn pancernych, została zaatakowana przez niemieckie samoloty bombowe. Bombowce zatopiły jeden z niszczycieli brytyjskich, a drugi uciekł. Samotna „Burza” stoczyła ciężki bój, zestrzeliwując 2 samoloty wroga. Okręt został trafiony w część dziobową dwoma bombami, a mimo to dzięki niezwykłemu poświęceniu załogi został uratowany. W trakcie dotychczasowych działań wyszły jednak na jaw różne niedomagania; zbyt słaba obrona przeciwlotnicza okrętu, jak i braki konstrukcyjne. „Burza” nie była w stanie dać sobie rady ze sztormowymi falami. Dokonano przezbrojenia i przebudowy okrętu. Po zakończeniu remontu 8 sierpnia niszczyciel koło wschodnich wybrzeży Anglii zaatakował i najprawdopodobniej zniszczył kolejnego niemieckiego U-boota. Od września 1940 r. „Burza” została skierowana do ochrony atlantyckich konwojów. Eskortując konwój 27 października okręt został przywołany sygnałem SOS i uratował 254 osoby z zatopionego transatlantyka „Empress of Britain”. W listopadzie „Burza” znalazła się wśród eskorty B-6 (jedna z najsłynniejszych grup eskortowych) konwoju na kontynent amerykański. 21 listopada konwój bez przeszkód dotarł do Nowej Fundlandii,

skąd 3 grudnia „Burza” ruszyła w rejs powrotny w ochronie kolejnego konwoju. Podczas tego rejsu załoga niszczyciele kilkakrotnie wykonywała ataki na niemieckie U-booty, a jeden prawdopodobnie zatopiła. Po dotarciu do Wielkiej Brytanii dowódca eskorty, komodor Heathcote przesłał sygnał „Nie posiadam się z podziwu dla sprawności Waszej obrony. Tworzycie historię eskortowców”. 20 grudnia grupa B-6 znowu objęła ochroną konwój do Ameryki. Konwój bez strat dotarł 31 grudnia do Nowej Fundlandii. W końcu lutego 1943 roku polski okręt osłaniał kolejny konwój z Wielkiej Brytanii do USA. Była to już piąta akcja atlantycka „Burzy”. Wówczas polski niszczyciel zdobył rozgłos i uznanie. Konwój zaatakował niemiecki U-boot, a polski niszczyciel wkroczył do akcji i uszkodził go bombami głębinowymi, zmuszając do wynurzenia. Pragnący się poddać niemiecki okręt staranował amerykański eskortowiec, doznając przy tym uszkodzeń. „Burza” wzięła na pokład rozbitków z zatopionego U-boota oraz część załogi uszkodzonego amerykańskiego eskortowca i towarzyszyła mu do chwili nadpłynięcia innych okrętów. Ma-

rynarze amerykańscy wyrazili się o polskim okręcie, że jest to „najbardziej bojowy okręt, jaki kiedykolwiek widzieli”. W czerwcu 1943 r. rozpoczął się ostatni etap służby wojennej okrętu. ORP „Burza” wraz z grupą B-3 wyruszyła w osłonie konwoju do Afryki. Następnie „Burza” weszła w skład sił morskich w Zachodniej Afryce. Podczas kilkutygodniowej służby w Afryce okręt pełnił różne funkcje eskortowe. 12 lipca 1943 r. jako pierwszy polski okręt wojenny przekroczył równik. W końcu lipca okręt wyruszył w eskorcie konwoju do Wielkiej Brytanii, gdzie dotarł 19 sierpnia. Następnie 3 października 1943 roku „Burza” wzięła udział w operacji mającej na celu założenie bazy alianckiej na Azorach. Po dopłynięciu na miejsce „Burza” wyruszyła w eskorcie konwoju z Azorów do Nowej Fundlandii. W listopadzie okręt powrócił do Wielkiej Brytanii i wyruszył w osłonie konwoju do Murmańska. Do kwietnia 1944 r. „Burza” nieustannie ochraniała konwoje - wśród załóg statków kursował przesąd, że obecność „Burzy” oznacza bezpieczeństwo konwoju. 2 kwietnia 1944 r. „Burza” oficjal-

nie przeszła do rezerwy, a 7 kwietnia zawinęła do portu West Hartlepool na remont, gdzie pozostała już do końca wojny. W 1951 r. „Burza” powróciła do Gdyni, gdzie po przebudowie weszła z powrotem do służby. Po kilku latach niszczyciel został przemianowany na okręt-muzeum. 31 grudnia 1976 r. ORP „Burza” został skreślony z listy okrętów MW i przeznaczony na poligon przeciwpożarowy. We wrześniu 1977 r. w Świnoujściu okręt został złomowany. Podczas swojej wojennej służby polski niszczyciel przepłynął 98 tys. mil morskich. Zatopił jednego U-boota, a 3 prawdopodobnie. Strącił dwa samoloty na pewno, a 1 prawdopodobnie. Ogółem wykonał 45 patroli i uczestniczył w 14 konwojach oceanicznych oraz 25 na przybrzeżnych wodach brytyjskich. ORP „Burza” 17 razy atakował okręty podwodne wroga, a 19 razy odpierał naloty niemieckich samolotów i 4 razy ostrzeliwał cele na lądzie. „Burza” została nazwana przez marynarzy „szczęśliwym okrętem”, ponieważ w czasie kilkuletnich walk nie zginął na jej pokładzie ani jeden członek załogi.

dokończenie ze str. 1

Czy świat powinien bać się Korei Północnej? KRLD posiadałaby przewagę na początku potencjalnej wojny, ale w dłuższej perspektywie zacofanie techniczne oraz niewystarczające zapasy paliw płynnych zmusiłyby ją do oddania inicjatywy na rzecz armii południowokoreańskiej. Jeśli doszłoby do zjednoczenia obu krajów pod sztandarem Południa, byłoby to pyrrusowe zwycięstwo. Oba kraje z całą pewnością doznałyby dużych strat związanych z prowadzoną walką. W zjednoczonej Korei znalazłoby się ponad 24 mln obywateli Północy, którzy nie rozumieją systemu demokratycznego, gospodarki wolnorynkowej oraz posiadają niski poziom wykształcenia. Zapewnienie im warunków bytowych na poziomie pozwalającym na przeżycie, a także utrzymanie dotychczasowego wzrostu gospodarczego byłoby wyzwaniem nie do zrealizowania dla zwycięzców. W tym przypadku musiałaby zaangażować się cała społeczność międzynarodowa. Jednak wątpliwe, żeby znaleźli się chętni, ponieważ w trudnych czasach dodatkowe wydatki są niemile widziane w państwowych budżetach.

Zastanawia, dlaczego w tak krótkim czasie KRLD użyła tylu argumentów, żeby przekonać świat, że wojna jest nieunikniona? Korea Północna na chwilę obecną w wielu aspektach jest nawet dla ekspertów zagadką. Niewiele wiadomo o jej przywódcy, o elitach rządzących krajem, nawet o możliwościach przeprowadzenia ataku przy użyciu głowic atomowych na terytorium USA. Nikt w chwili obecnej nie wierzy, że Pjongjang dysponuje taką technologią, ale też nie stwierdzi tego z cała pewnością. Nie wiadomo również, jaki jest Kim Dzong Un, do czego jest zdolny. Pozostaje wiele niewiadomych i to one wywołują najwięcej strachu. Sytuacja przypomina filmy Hitchcoca, gdzie napięcie budowane jest stopniowo i widz tak naprawdę boi się tego, czego nie widać. Media na świecie z niezwykłą uwagą śledzą każde doniesienie z Półwyspu Koreańskiego, podgrzewając atmosferę w opinii publicznej. Świat boi się wojny mogącej przejść w konflikt z użyciem broni masowego rażenia. Mieszkańcy Seulu natomiast jak co dzień idą do pracy, robią zakupy, a wieczorem zasiadają w swoich domach przed telewizorem.


8 / HISTORIA

Największy triumf księcia Pepiego Adam Gąsior

Czternaście lat po trzecim rozbiorze Polski, który wymazał nasz kraj z mapy Europy, na ziemie polskie wkroczyły wojska napoleońskie. Już w listopadzie oddziały francuskie przekroczyły Odrę. Armia pruska rozbita w bitwach pod Aurstedt i Jeną, poszła praktycznie w rozsypkę. Najpotężniejsze twierdze poddawały się Francuzom. Wkraczając na ziemie polskie, Napoleon ryzykował starcie z kolejnym zaborcą – Rosją, która uważała Polskę za swoją zdobycz. Forpoczty armii napoleońskiej z łatwością doszły do Wisły, za którą stały wojska rosyjskie. Starcie tych dwóch sił było kwestią czasu, zwłaszcza, że parli do niego generałowie rosyjscy. Jednocześnie Napoleon podczas swojego pobytu w Poznaniu spotykał się z licznymi delegacjami polskimi. Sprawa polska zaczynała odgrywać coraz większą rolę. I coraz bardziej realna była wojna z Rosją. Kampania zimowa i wiosenna roku 1807 zmusiły cara Aleksan-

Bitwa pod Raszynem, nazywana często zwycięskim remisem Poniatowskiego, na trwałe zapisała się w historii Polski jako jedna z tych bitew, o których zapomnieć nie można. Była pierwszą bitwą od utraty niepodległości stoczoną samodzielnie przez Polaków pod dowództwem Polaka. dra do rokowań pokojowych z Napoleonem. Dalsze prowadzenie wojny byłoby równoznaczne z postawieniem swoich żołnierzy przed plutonem egzekucyjnym. Zwłaszcza klęska w bitwie po Friedlandem uświadomiła carowi, że „boga wojny” na razie nie można samemu pokonać. Jednym z punktów pokoju podpisanego na tratwie na środku rzeki Niemen w Tylży (w czerwcu 1807 roku) było powstanie Księstwa Warszawskiego. Jego ziemie obejmowały przede wszystkim ziemie zagarnięte przez Austrię w trzecim rozbiorze, ludność liczyła 2,5 miliona. Młode państwo było solą w oku wszystkim zaborców, ale pobudziło nadzieje Polaków na

odrodzenie całego dawnego państwa. To wywoływało niepokój w Wiedniu. Tym bardziej, że rok 1805 przyniósł Austrii klęski w bitwach pod Ulm i przede wszystkim pod Austerlitz. Co więcej, Austria straciła Wenecję, Istrię, Dalmację i Cattaro oraz część ziem niemieckich. Austriacy czekali na czas zemsty na Napoleonie. Wiosną wywołali wojnę Francji. Jednocześnie postanowili się rozprawić z maleńkim sąsiadem. 15 kwietnia 1809 roku 38 tysięcy żołnierzy z 94 armatami przekroczyło granicę Księstwa pod wodzą arcyksięcia Ferdynanda d’Este. W armii Księstwa Warszawskiego służyło 30 tysięcy żołnierzy, jednak wódz

naczelny książę Józef Poniatowski miał pod sobą zgrupowanych jedynie ok. 18 tysięcy ludzi i 39 dział polowych. Spory oddział austriacki pod dowództwem generała Bronovacskiego próbował bezskutecznie zdobyć Jasną Górę, główne siły ruszyły na stolicę. Im właśnie postanowił wydać bitwę Poniatowski na bagnistym terenie pod Raszynem. Teren sprzyjał obronie i wojska polsko-saskie obsadziły tak linię obrony, by móc skoncentrować ogień artylerii na przewidywanych kierunkach ataku nieprzyjaciela. Główny korpus austriacki liczył pod Raszynem 25365 ludzi i 3671 koni, po polskiej stronie stanę-


HISTORIA / 9 Pałac pod Blachą i pomnik przed Pałacem Prezydeckim

Jak pisał w „Trzy pod trzy” Aleksander Fredro: „Na dzielnym koniu dzielny jeździec, nieugiętego męstwa, świetnego honoru, pięknej postaci, wąs czarny, czapka na bakier, był ideałem polskiego wodza. wybrane pozycje pod Raszynem, umiejętnie podejmowane decyzje podczas bitwy i jego odwaga, gdy kilkakrotnie z pałaszem lub karabinem w ręku stawał w pierwszym szeregu walczących, przełamując impas. Scena, gdy po raz pierwszy poprowadził kontratak naszej piechoty, zmieniła stosunek polskiego społeczeństwa, stał się bohaterem narodowym. Przez wiele lat wypominano mu, że był synem Austriaczki, że jego ojciec służył w austriackiej armii, że sam długo mieszkał w Wiedniu i służył w habsburskim wojsku, że był bratankiem króla Stanisława Augusta, że lata spędził na beztroskiej zabawie i hulaszczym życiu w Pałacu pod Blachą.

Pomnik Bitwy pod Raszynem w Wilanowie

ło trochę ponad 14000 żołnierzy i oficerów oraz 2 tysiące saskiej piechoty. Starcie rozpoczęło się rankiem 19 kwietnia od potyczki kawalerzystów Rożnieckiego z przednią strażą Ferdynanda. Po godzinie 14 do walki dołączyły baterie artylerii po obu stronach, z tym, że polski ogień sześciu dział okazał się tak skuteczny, że zmusił Ferdynanda do skierowania przeciwko nim aż 24 swoich. Na lewym skrzydle wróg ponosił duże straty i nie posuwał się do przodu. Krwawe walki toczyły się w centrum, w rejonie Falent Dużych. Ok. 16 żołnierzy 8. pułku piechoty pod dowództwem pułkownika Godebskiego (on to przed bitwą powiedział do swoich żołnierzy, by swą odwagą spowodowali, że numer 8 zmienionym został na 1) musieli się w wyniku dużych strat wycofać z lasku olchowego, następnie z wioski aż do wejścia na groblę. Wtedy na placu boju pojawił się Poniatowski. Jego widok i zdecydowana postawa uspokoiła żołnierzy. Otoczony swymi sztabowcami, z fajką w zębach i karabinem w dłoniach stanął na czele oddziału i razem odrzucili wroga do Olszyny (pierwszą swa ranę otrzymał wtedy Godebski). Kolejny kontratak piechoty austriackiej zmusił Polaków do wycofania się na groblę, ale żołnierze Godebskiego (odniósł drugą ranę) powstrzymali pościg. Przez pięć godzin pierwszej fazy bitwy dwa polskie bataliony powstrzymywały osiem austriackich. Po godzinie 19 Austriacy podjęli próbę ataku na Raszyn, ale najpierw ogień naszej artylerii, a potem kolejny atak piechoty (trzecia, śmiertelna tym razem rana Godebskiego) odrzuciły ich i ok. godz. 22 bój ucichł. Polacy stracili w nim 450 zabitych i 900 zostało rannych, Austriacy mieli w swoich szeregach 2500 zabitych i rannych. Słabsze liczebnie i mniej doświadczone wojsko polskie nie dało się pokonać, co fantastycznie zmieniło morale polskich żołnierzy i związało ich z lekceważonym do tej pory wodzem naczelnym. Bitwa dowiodła jego talentów dowódczych (dobrze

Pod Raszynem zrodziła się legenda Poniatowskiego. Jego sława urosła tuż po tym, gdy wycofawszy się z Warszawy (mimo krytyki i rzucanych przez ludność posądzeń o zdradę) poprowadził pierwszą od czasów Sobieskiego zwycięską kampanię wojsk polskich. Jego ofensywa na Galicję okazała się sukcesem, w ręce Polaków wpadły Lublin, Sandomierz i Zamość. Wojska polskie stoczyły wiele potyczek i gdy nadeszła wiadomość o przegranej z Francuzami przez Austriaków wielkiej bitwie pod Wagram, Polacy byli już w Krakowie. Postawa ich w kampanii galicyjskiej spowodowała, że po traktacie pokojowym w Schonbrunn, Księstwo zyskało kolejne sześć

departamentów kosztem Austrii, a ludność wzrosła do 4 milionów. Książę Pepi zaś - do którego najzdolniejszy z marszałków napoleońskich Davout napisał: „nie ma położenia na tyle trudnego, ażebyś nie wyszedł zeń… wnosząc po tym, czegoś dokonał w 1809 r. Toteż zdobyłeś sobie wielką chwałę… - do końca był wierny Napoleonowi, a scena z fajką w zębach krzepiła nawet po upadku Napoleona i weszła do kanonu polskich legend, jej bohater zaś do panteonu naszych bohaterów. Jak pisał w „Trzy pod trzy” Aleksander hrabia Fredro: „Na dzielnym koniu dzielny jeździec, nieugiętego męstwa, świetnego honoru, pięknej postaci, wąs czarny, czapka na bakier, był ideałem polskiego wodza. Gdyby był nad brzegiem piekła, krzyknął: za mną dzieci! - w piekło skoczono by za nim. W innych zaś chwilach życia urzeczywistniał wyobrażenie wyniosłych, czystych i pięknych cnót rycerstwa”.

Lektury obowiązkowe: Romuald Romański „Raszyn 1809”  Gabriel Zych „Raszyn 1809”  Marina Kukiel „Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej”  Szymon Askenazy „Książę Józef Poniatowski” 


10 / SPOŁECZEŃSTWO

Kiedy w sierpniu 1942 r. wywieziono Dom Sierot do obozu w Treblince, dzieci ustawiono w czwórki, na czele szedł Korczak z podniesioną głową, bez kapelusza, trzymając dwoje dzieci za ręce - prowadził swych 200 wychowanków, mówiąc, że jadą „na wycieczkę”.

JANUSZ KORCZAK

- „święty epoki pieców” Henryk Goldszmit (Janusz Korczak) w mundurze Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, ok. 1904 r

Lidia Bajkowska

Dzieci niosły zieloną flagę króla Maciusia I i własnoręcznie zrobione przez siebie laleczki. Śmierć Janusza Korczaka wraz z 200 wychowankami i całym personelem sierocińca w komorze gazowej hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince stała się symbolem największego oddania i poświęcenia się przez wychowawcę sprawom dziecka, symbolem miłości i wierności. Jest to wielki hołd humanistycznych wartości wobec ludobójstwa zgotowanego ludzkości przez zbrodniarzy hitlerowskich. Korczak odrzucił szansę osobistego ocalenia i wyjazd do jednego z państw neutralnych, gdzie jako osoba o europejskiej sławie mógł liczyć na pomoc i schronienie przed Holocaustem. Rezygnując z założenia własnej rodziny, budował ogniska i sierocińce. Poświęcił się w swojej pracy wychowawczo-pedagogicznej, w szczególności dzieciom ulicy i biedy. Rozumiał, jak ważna jest muzyka i inne dziedziny sztuki w procesie wychowawczym. Dziś skraca się przedmioty artystyczne, a przecież jedynie one stymulują prawą półkulę mózgu, tzw. półkulę wyjątkowości. I dlatego na własne żądanie mamy pokolenie głuchych i wszechpotężny analfabetyzm w muzyce. Muzyczne zajęcia skraca się do minimum, wbijając je w zbitkę przedmiotów ogólnokształcących. Korczak o tym wiedział, dlatego organizował wychowankom koncerty, konkur-

sy rysunków i malarstwa, przedstawienia teatralne. „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat, mówił”. Sztuka hinduskiego pisarza Rabindranatha Tagore wystawiona 18 lipca 1942 r. miała przygotować dzieci do godnego umierania. Walczył o swoich podopiecznych do końca. Ideałów Janusza Korczaka nie wolno nam zdradzić. Musimy tak jak ten wielki pedagog wszechczasów walczyć o dobro i godność dzieci do końca. Do Starego Doktora modli się Tadeusz Konwicki, który uważa go za świętego epoki pieców. Ks. Jan Twardowski pisał, że Janusz Korczak jest chyba jednym z najserdeczniejszych mędrców, którzy pokłonili się Dziecku, a Czesław Miłosz stwierdził, że, Korczak i Kolbe spotykają się ze sobą, gdy dochodzi do czynu, który możliwy jest tylko dzięki temu samemu tajemniczemu darowi miłości. Ciekawe, co by powiedział na obecny system oświatowy, gdyby żył? Na system testów, integrację (zbitkę) przedmiotową, która jako sieczka tematyczna jest groźna, gdyż buduje nową, holistyczną rzeczywistość u dzieci, na ten „przedmiotowy Frankenstein”,

który nie zdał egzaminu w zderzeniu z rzeczywistością? Co by powiedział wreszcie na szkolny katalog nakazów, kar (karą jest ocena niedostateczna) i zakazów? Janusz Korczak to przewidział i mówił: „Pozwólmy dzieciom błądzić i radośnie dążyć do poprawy”. Można śmiało nazywać go legendą liberalnej pedagogiki, ikoną i pionierem obrony praw najmłodszych i twórcą antyautorytarnego systemu wychowania. Głosił, że rygoryzm szkolny zabija osobowość dziecka i nie zapewnia pełnej realizacji jego praw.

Był autorem wielu książek, w tym kultowego „Króla Maciusia Pierwszego” i „Króla Maciusia na Bezludnej Wyspie” oraz innych ponadczasowych dzieł, których tematyka poszukiwania dziecięcej wolności jest cały czas aktualna, żyje w naszej świadomości. Jest ojcem światowej pedagogiki zabawy. Pisarz, pedagog i lekarz, który z rodzinnego domu wyniósł umiłowanie do polskiej literatury i języka. Był zakochany w Warszawie, co widać w „Kajtusiu Czarodzieju” i w „Pamiętnikach”. Ustami swoich bohaterów opisuje miłość do Ogrodu Saskiego, Traktu Królewskiego, Łazienek, Wisły i ulic, gdzie mieszkał z rodzicami (do Bielańskiej, Krakowskiego Przedmieścia, Miodowej, Placu Krasińskich, Świętojerskiej).

Szpital dziecięcy im. Bersonów i Baumanów (ok. 1878 r.), tu po uzyskaniu dyplomu Janusz Korczak rozpoczął pracę w 1905 r. Fot. Muzeum Medycyny


KULTURA / 11 Uduchowiona, serdeczna, szanująca czas i pracę innych ludzi, z dużym poczuciem humoru. Kochała książki i umiała dobrze pisać, także poezję. Myślę, że świetnie poradziłaby sobie z pisaniem własnych tekstów piosenek, ale wtedy nigdy bym jej nie poznała. Moja idolka z dzieciństwa, schodząc z obrazka była jeszcze piękniejsza. Jej niepowtarzalną urodę opromieniał wówczas trudny do zdefiniowania blask. Może tak lśni szacunek do drugiego człowieka, może zdolność przebaczania, a może miłość do wszystkiego, co istnieje? Gdy wysłałam jej mailem pierwszy tekst „Małe rzeczy”, zaraz zadzwoniła do mnie, odtworzyła sobie muzykę z laptopa i zaśpiewała mi go do słuchawki. Jako dziecko zakochałam się w piosenkach pięknej pani z okładki. W dorosłym życiu miałam niewątpliwą przyjemność z nią pracować i nauczyć się od niej, jaką siłę ma ludzki umysł. Gdyby nie nagrania piosenek z jej głosem a moimi tekstami i inne pamiątki, pewnie nieraz zastanawiałabym się nad tym, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę... Edyta Warszawska

Irenka lubiła bardzo szybko jeździć. Gdy jechałyśmy za długim sznurem samochodów, pytała, czy musimy tak powoli jechać? Padało wtedy hasło „rura”, a ona od razu wciskała gaz do dechy i prędko dojeżdżałyśmy na koncert. Przypominam sobie też zdarzenie, gdy jednego dnia odbywały się dwa koncerty, a odległości między miastami były duże. Pomogła nam wtedy policja i pod jej eskortą na czas dotarłyśmy na miejsce. Barbara Fortecka

Irena była osobą cudowną do współpracy, zupełnie niekonfliktową. Była artystką pełną profesjonalizmu i jednocześnie pokory wobec ludzi, wobec publiczności. Szanowała każdą publiczność i cieszyła się na spotkania z nią czy to były duże sale koncertowe, czy małe wiejskie festyny. Zawsze dawała z siebie wszystko i szanowała widza. Doceniała wszelkie działania, które podejmowałam, pracując z nią przez dokładnie

O niezapomnianej wykonawczyni popularnych „Kawiarenek” mówią jej autorka tekstów Edyta Warszawska, znajoma Barbara Fortecka, ostatnia menadżerka - Agnieszka Pasternak i wielbicielka Urszula Grzyś.

Pamiętajmy o Jarockiej Tekst: Monika Grzebuła, Fotografie: Urszula Grzyś

5 lat. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby Irena powiedziała, że gdzieś nie pojedzie czy gdzieś nie pójdzie. Wiem, że mi ufała i zdawała sobie sprawę, że nie zrobię nic, co mogło by ją skrzywdzić. Agnieszka Pasternak

Ireną Jarocką zaczęłam się interesować w szkole podstawowej. Ujęła mnie swoimi pięknymi, melodyjnymi piosenkami, jak i urokiem osobistym. Zbierałam jej zdjęcia, czytałam wywiady, śpiewałam jej piosenki. Po raz pierwszy zobaczyłam i usłyszałam moją gwiazdę, będąc w liceum. Po koncercie udałam się za kulisy, by zamienić kilka zdań i poprosić o autograf. Od tego pamiętnego dnia uczestniczyłam w wielu cudownych i niezapomnianych koncertach pani Ireny. Poznałam nie tylko wspaniałą piosenkarkę, wykonawczy-

nię wielu przebojów, ale również cudownego, ciepłego, życzliwego człowieka, kochającego życie, ludzi, przyrodę. Urszula Grzyś

Irena Jarocka odeszła 21 stycznia 2012 roku. Na warszawskich Powązkach żegnało ją wiele osób: najbliższa rodzina, ludzie estrady i fani, dla których zawsze miała czas. Od dnia pogrzebu w miejscu jej wiecznego spoczynku zawsze palą się znicze, a wielbiciele jej talentu zostawiają tam nie tylko piękne wiązanki, ale także kolorowe motyle, pocztówki i flagi z wielu krajów świata. Nadal ukazują się nagrania pani Ireny. Jest też upamiętniana w wielu koncertach. W 2012 roku ukazała się płyta Irena Jarocka „Piosenki francuskie”. W październiku ubiegłego roku odbył się w Bydgosz-

czy koncert „Pejzaż bez Ciebie”, a wykonawcy, między innymi Małgorzata Ostrowska, Ania Rusowicz i Maciej Miecznikowski, zaśpiewali niezapomniane przeboje Ireny Jarockiej. Piękny wieczór wspomnieniowy zorganizowano też w Oławie. Fani artystki starają się, aby jej imieniem nazwać Operę Leśną w Sopocie. Swoje refleksje o artystce i różne ciekawe materiały zamieszczane są na stronie www.irenajarocka.pl. Danuta Ignatowska - wierna fanka, która przez blisko ćwierć wieku prowadziła fanklub Ireny Jarockiej, przygotowała wystawę i koncert poświęcony pamięci wokalistki. Wzięła w nim udział między innymi Malwina Kalińska - laureatka bydgoskiego przeglądu. Może to początek cyklicznych imprez, przeglądów czy Festiwalu Piosenek Ireny Jarockiej? Przyjaciółka Ireny Joanna Kern pisze scenariusz do filmu o piosenkarce. Na pewno za kilka lat zgromadzi on tylu widzów, co serial o Annie German.


12 / SPOŁECZEŃSTWO

Pięć darów od Pana Boga

Najmłodszy Karol ma cztery lata. Zosia - siedem. Marysia ma dziewięć lat, Jaś - szesnaście. Najstarsza Emilka ma osiemnaście lat. Rodzice tej piątki, Anastazja i Zbigniew, poznali się podczas pielgrzymki w Rzymie, byli na audiencji u Ojca Świętego, Papieża Jana Pawła II. Agata Bochenek

On z Wołomina, ona z południa Polski, po ślubie zamieszkali w jego rodzinnym mieście. Piętrowy dom, budowany z myślą o tym, że będzie domem rodzinnym dla kilku pokoleń. Rozmawiamy w przytulnym, gustownie urządzonym salonie. Pan Zbigniew mówi na początku, że w ogóle żyje się dobrze, jedynym problemem są kwestie finansowe. - Nie zamieniłbym mojej rodziny na żadną inną, nas było w domu troje, a u żony czworo dzieci. W kwestii dzieci zawierzyliśmy Panu Bogu, tak nas obdarował. Wierzę, że każde dziecko to dar od Boga.

Jakbym była sama, to bym się nudziła Zwykły dzień w tej rodzinie zaczyna się o 5.40. Wszyscy wstają, zaczyna się poranna toaleta. Pan Zbyszek odwozi najstarszą córkę na stację, dalej Emilka jedzie pociągiem, uczy się w liceum w Warszawie. Gdy wraca ze stacji do domu, kupuje po drodze pieczywo. Zawsze dwa chleby i dwanaście kajzerek. W tym czasie pani Anastazja szykuje śniadanie i wybiera się do pracy, na szczęście ma niedaleko, praca też dogodna, bo zmianowa. Pan Zbyszek chwali żonę, że to dzięki niej dom funkcjonuje jak należy. - Codziennie od rana słychać: mamo, a gdzie skarpetki, a gdzie… Zawsze wie,

gdzie co leży, wszystko ma poukładane i przygotowane. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania naszego domu bez żony. W drodze do pracy w Rembertowie pan Zbyszek odwozi młodsze córki do szkoły, a Karolka do przedszkola. Z powrotem do domu chłopca przyprowadza dziadek, który mieszka bardzo blisko i pomaga w opiece nad wnukami. Po południu cała rodzina spotyka się na obiedzie, przy okrągłym stole. - Gdy wracam z pracy, dzieci są już w domu. Czasami, gdy żona jest w pracy, opiekuje się nimi mój tata. Uważam, że przy takiej liczbie dzieci matka powinna być w domu, żeby się nimi zajmować. Rozmawiałem na ten temat z żoną, chętnie zaakceptowałaby ta-

kie rozwiązanie dla dobra dzieci. Ale, jak tu zrezygnować z pracy, skoro nawet z dwóch pensji trudno utrzymać dom. Wracając do obiadu, to w soboty w kuchni rządzi pan Zbigniew. - Pomagam żonie jak mogę, a ugotowanie obiadu nie stanowi problemu. Ciężko każdemu dogodzić, każdy ma inne upodobania i ulubione dania, ale dzieci chwalą, że smacznie gotuję, a już moja pomidorowa to wszystkim smakuje. Duża rodzina to dużo radości. Pan Zbyszek przyznaje, że siłę czerpie od dzieci. - Wracam zmęczony do domu i widzę, biegnie do mnie Karolek i z krzykiem: o, kochany tatuś wrócił… Rzuca mi się na szyję i bywa, że łza mi się w oku zakręci. Dla mnie rodzina jest sen-


SPOŁECZEŃSTWO / 13 sem życia. Nie wyobrażam sobie, żeby któregoś z moich dzieci mogło nie być. Każde dziecko jest inne. Emilka - bardzo ładna. Uczy się w liceum w Warszawie. Najstarsza, dlatego musiała szybko dorosnąć, jest odpowiedzialna, opiekuje się młodszym rodzeństwem. Jaś - sportowiec, gra w koszykówkę. Marysia - dobra uczennica, z matematyki ma same piątki i szóstki. Lubi rysować i malować, chciałaby chodzić na zajęcia taneczne w szkole. Marysia jest bardzo opiekuńcza, zajmuje się i Karolkiem, i Zosią. Sama już chodzi po zakupy. Marysia o swoim rodzeństwie mówi tak: - Jakbym była sama, to bym się strasznie nudziła. Zosia - poszła do szkoły jako sześciolatka, świetnie radzi sobie z nauką, gorzej z wysiedzeniem w ławce 45 minut, bo Zosia jest bardzo żywym dzieckiem. Lubi tańczyć. Karolek - taki słodziak, jak mówi o nim Marysia. Najmłodszy, rezolutny, oczko w głowie całej rodziny.

Chciałbym móc utrzymać rodzinę Państwo Anastazja i Zbigniew nie mają z wychowaniem dzieci żadnych problemów. Pewnie dlatego, że w tym domu słowa takie jak „wiara” czy „patriotyzm” znaczą bardzo dużo. Pan Zbyszek podkreśla, że są rodziną religijną

i w takim duchu wychowują dzieci. Jeśli mają jakieś problemy, to wyłącznie finansowe. Jak dużo rodzin, zwłaszcza tych wielodzietnych, borykają się z licznymi kłopotami. Choć oboje rodzice pracują, pieniędzy wystarczy jedynie od wypłaty do wypłaty. - Czy to normalne, że rodzina nie jest w stanie utrzymać się z dwóch pensji? Najbardziej brakuje w tych miesiącach, kiedy przychodzą rachunki za gaz czy wodę. Cała pensja żony idzie na opłaty, moja musi wystarczyć na jedzenie i pozostałe potrzebne wydatki. Za wodę i ścieki są bardzo duże rachunki - prawie 400 zł za dwa miesiące, a przecież trzeba się myć, prać, zmywarka chodzi u nas dwa razy dziennie. Największy wydatek to oczywiście opłata za gaz, prąd też kosztuje ponad 300 zł. Teraz jeszcze dochodzi umowa śmieciowa, obecnie płacimy 29 zł w miesiącu, bo dużo segregujemy. Od lipca będziemy płacić 7 zł od osoby, czyli 49 zł miesięcznie. Dla nas to kolejna podwyżka. Dlaczego mamy płacić za każde dziecko, przecież taki mały Karolek nie produkuje aż tyle śmieci. Jedna pensja idzie na opłaty, a przecież dzieciom muszę kupić owoce albo jogurty, sam mogę nie zjeść, ale dzieciom nie odmówię. Tak samo ja mogę przechodzić kilka lat w jednych butach, a dzieci nie, choćby dlatego, że rosną im nóżki. Po chwili dodaje z goryczą: - Ciągle z cze-

Ja nie chciałbym nic od państwa, chciałbym przyzwoicie zarabiać, żeby móc utrzymać rodzinę. Dlatego musimy się organizować, bo razem można osiągnąć więcej - mówi ojciec piątki dzieci. goś trzeba rezygnować, pierwsze na co patrzę w sklepie, to ceny i albo kupuję, albo nie. Bardzo poważnym wydatkiem są podręczniki szkolne. Dla wszystkich trzeba kupić nowe, to skandal, żeby dzieci nie mogły przekazywać sobie książek. Podręczniki dla syna do trzeciej klasy gimnazjum kosztowały 550 zł, a do tego trzeba było kupić zeszyty, plecak, ubrania opowiada pan Zbyszek. Niełatwo jest mówić o tym, że komuś brakuje, że za mało, że nie wystarczy na wszystko. Ale też, jak długo można milczeć i udawać, że wszystko w porządku, kiedy np. rząd funduje wyższą stawkę VAT na ubranka dla dzieci, co bardzo uderzyło w rodziny wielodzietne. - Ja nie chciałbym nic od państwa, chciałbym przyzwoicie zarabiać, żeby móc utrzymać rodzinę. Dlatego musimy się organizować, bo razem można osiągnąć więcej mówi ojciec piątki dzieci.

W naszym domu jest miłość Jakiś czas temu pan Zbigniew zapisał się do Związku Dużych Rodzin i wówczas dowiedział się, że niektóre miasta wprowadziły karty rodzin wielodzietnych, z pewnymi przywilejami i udogodnieniami dla rodzin mających troje i więcej dzieci. - Pomyślałem, dlaczego nie wprowadzić takiej karty u nas, w Wołominie? Pomy-

słem podzieliłem się z radnymi, z burmistrzem i udało się. Urząd przychylił się do propozycji i mamy już taką kartę, na razie są ulgi w opłatach na basen i na zajęcia w domu kultury. To już jest coś, przynajmniej raz w tygodniu chodzimy na basen i może w końcu będzie mnie stać, żeby chociaż jedno dziecko zapisać na zajęcia w domu kultury. Pan Zbigniew ma nadzieję, że to dopiero początek działania karty rodzin wielodzietnych, że więcej placówek i instytucji będzie miało propozycje dla rodzin z trojgiem i więcej dzieci. Bo tutaj każda pomoc się liczy i ma ogromne znaczenie. Najwyraźniej świadczy o tym ogromne zainteresowanie rodzin. Trzeba tutaj podkreślić, że z karty mogą korzystać wszystkie rodziny wielodzietne, niezależnie od sytuacji materialnej. Bo karta jest skierowana do osób, które w tych niepewnych, mało przyjaznych czasach, chcą wychowywać dzieci. - Chciałbym zrobić jak najwięcej dla takich rodzin jak moja, dla rodzin wielodzietnych. Dzieci sprawiają więcej radości niż kłopotów. Z dziećmi nie mamy żadnego problemu. Ta miłość, którą im dajemy, one nam oddają, ta miłość cały czas jest w naszym domu. Na koniec pan Zbyszek dodaje: - To, co najlepszego w życiu mogło mi się przytrafiać, to moja rodzina, nie zamieniłbym jej na żadne bogactwo.


14 / REKLAMA


PRAWO / 15

Jedną z form pomocy udzielonej przez państwo, na jaką mogą liczyć rodziny w szczególnie trudnej sytuacji, są świadczenia rodzinne. Warunki nabywania prawa do świadczeń rodzinnych oraz zasady ich ustalania, przyznawania i wypłacania są uregulowane w ustawie z dnia 28 listopada 2003 r. o świadczeniach rodzinnych (Dz. U. Nr 139, poz. 992).

O świadczeniach rodzinnych i zasiłku rodzinnym Karol Boński Najbardziej rozpoznawanymi świadczeniami rodzinnymi są zasiłek oraz dodatki do zasiłku. Zasiłek ten ma na celu częściowe pokrycie wydatków na utrzymanie dziecka. Prawo do tego zasiłku, a także dodatków do niego przysługuje rodzicom, jednemu z rodziców albo opiekunowi prawnemu dziecka, opiekunowi faktycznemu dziecka, a także osobie uczącej się. Przyznanie zasiłku rodzinnego jest uzależnione od wysokości osiąganego w rodzinie dochodu, który, w przeliczeniu na osobę się nie może przekraczać kwoty 539 zł. Wskazane kryterium dochodowe jest wyższe w sytuacji, gdy członkiem

rodziny jest dziecko legitymujące się orzeczeniem o niepełnosprawności. Zasiłek rodzinny przysługuje do ukończenia przez dziecko 18. roku życia lub nauki w szkole, jednak nie dłużej niż do ukończenia 21. roku życia, albo 24. roku życia, jeżeli kontynuuje naukę w szkole lub w szkole wyższej i legitymuje się orzeczeniem o umiarkowanym albo znacznym stopniu niepełnosprawności. Wysokość tego zasiłku jest uzależniona od wieku dziecka. Do zasiłku rodzinnego przysługują dodatki z tytułu urodzenia dziecka, opieki nad dzieckiem w okresie korzystania z urlopu wychowawczego, samotnego wychowywania dziecka, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej, kształcenia i rehabi-

litacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia roku szkolnego, podjęcia przez dziecko nauki w szkole poza miejscem zamieszkania. Warto wskazać okoliczności, których wystąpienie powoduje, iż zasiłek rodzinny nie będzie przysługiwał. Są to sytuacje, w których dziecko lub osoba ucząca się pozostają w związku małżeńskim, dziecko zostało umieszczone w instytucji zapewniającej całodobowe utrzymanie albo w pieczy zastępczej, osoba ucząca się została umieszczona w instytucji zapewniającej całodobowe utrzymanie, pełnoletnie dziecko lub osoba ucząca się jest uprawniona do zasiłku rodzinnego na własne dziecko, osobie samotnie wychowującej dziecko nie zostało zasądzone świad-

REKLAMA

czenie alimentacyjne na rzecz dziecka od jego rodzica (z pewnymi wyjątkami, o których mowa w ustawie), a także, gdy członkowi rodziny przysługuje na dziecko zasiłek rodzinny za granicą, chyba że przepisy o koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego lub dwustronne umowy o zabezpieczeniu społecznym stanowią inaczej. Zasiłek rodzinny jest przyznawany w drodze decyzji administracyjnej, a wiec w toku postępowania zmierzającego do jego przyznania, organ pomocy społecznej powinien stosować się do odpowiednich przepisów kodeksu postępowania administracyjnego. Od decyzji tej służy natomiast odwołanie do samorządowego kolegium odwoławczego.


16 / FINANSE

Szkoła Inwestowania nr 108

INWESTYCYJNE NOWALIJKI, czyli o zaletach młodych funduszy Bartłomiej Grochulski

Dlaczego fundusze młode mają większy potencjał do wzrostów? Podstawowym powodem są niewielkie aktywa, którymi łatwiej jest efektywnie zarządzać. Fundusze, które mają w portfelu kilkaset milionów czy ponad miliard nie mają szans w wyścigu z tzw. „maluchami”. Widać to wyraźnie w okresie wzrostów na giełdach. Zarabiają wtedy wszyscy, ale na czoło ewidentnie wysuwają się mniejsze podmioty. Gdy na rynku zaczyna dziać się nieciekawie, pojawiają się spadki czy znaczna zmienność, klasę pokazują ci, którzy postawili na selekcję spółek do portfela. I tutaj też większe pole do popisu mają „maluchy”. Czasem sporej zmienności i generalnie nienajlepszych nastrojów na naszym rynku był pierwszy kwartał 2013 r. Funduszy akcyjnych, które potrafiły obronić środki swoich klientów przed spadkami, można było ze świecą szukać. Tym bardziej więc zasługują nie tyle na pochwałę, co na uwagę. Kwartalny wynik nie daje bowiem gwarancji na utrzymanie go i powtórzenie w przyszłości, zwłaszcza dotyczy to młodych rozwiązań. Krótka historia ich działania może okazać się nie tyle wadą, co kłopotem w oszacowaniu ich perspektyw w przyszłości. Jeśli spróbujemy prześledzić historię funduszu, który na rynku istnieje od kilkunastu lat, możemy przede wszystkim sprawdzić jakość zarządzania nim, a także porównać go z konkurencją czy indeksami giełdowymi, do których się odnosi (benchmark). Kluczowa jest tez osoba zarządzającego, który kieruje zespołem odpowiedzialnym za dobór składników do portfela. Zarządzający to osoba, która firmuje swoim nazwiskiem dany fundusz i kiedy odchodzi, bardzo często „podkupio-

Wiosna w końcu zawitała do kraju nad Wisłą, zatem w dzisiejszej odsłonie „Szkoły Inwestowania” przyjrzymy się rynkowym nowalijkom. Mamy na myśli fundusze działające od niedawna, nie dłużej niż dwa lata, mające niewielkie aktywa i najczęściej unikatowe podejście do inwestycji. ny” przez konkurencję, wpływa w większości przypadków negatywnie na wyniki pozostawionego funduszu. Często za takim zarządzającym podążają też środki klientów. Wycofują oni pieniądze z funduszu, z którego odszedł i nabywają nowe rozwiązania, którymi zaczyna zarządzać, bardzo często od podstaw. Jednym z takich przypadków są fundusze Caspar TFI, działające od jesieni ubiegłego roku, posiadające znane z innych towarzystw nazwiska w swoim zespole. Ich Fundusz Akcji Środkowej i Wschodniej Europy znalazł się wśród najlepszych funduszy akcji Nowej Europy w pierwszym kwartale 2013 roku. Serwis Analizy.pl podał informację, że na 20 dostępnych w tej kategorii rozwiązań, jedynie 3 wypracowały w pierwszym kwartale br. dodatnią stopę zwrotu. W czołówce - czytamy na stronie Analiz - uplasował sie także jeden z najmłodszych funduszy na rynku: Caspar Akcji Środkowej i Wschodniej Europy. Fundusz został uruchomiony z końcem zeszłego roku i dotychczas zgromadził aktywa na poziomie 10 mln zł. Tu również o dobrym wyniku w dużej mierze zadecydowała ekspozycja na rynek turecki w połączeniu z selekcją spółek wśród mniejszych podmiotów. Aktywa lokowane są także na rynku polskim, rumuńskim, czeskim oraz austriackim. Warto przypomnieć, że tekst analiz. pl dotyczył pierwszego kwartału. W ostatnim czasie zainteresowanie funduszami Caspar TFI jest bardzo duże

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania

ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12

– także z powodu świetnych wyników zarządzania. Za wzrostem zainteresowania z pewnością pójdzie też wzrost aktywów funduszu. Będzie to dobry sprawdzian dla zarządzających i może pokazać ich faktywne umiejętności przy doborze właściwych aktywów do portfela. Prawidłowość, o której mówimy można zastosować we własnej strategii, polegającej na kontrolowanym zakupie jednostek uczestnictwa nowych podmiotów na naszym rynku. Kontrolowanej, czyli przy określonym poziomie akceptacji ryzyka utraty wartości i przy odpowiednich proporcjach - pamiętajmy, by nie wkładać wszystkich przysłowiowych jabłek do jednego koszyka. W ubiegłym roku działalność rozpoczęło stosunkowo dużo funduszy akcji polskich. Za każdym razem, gdy wspomniane strategie pojawiały się w zestawieniu Analiz Online, w pierwszych miesiącach działalności zajmowały czołowe pozycje w rankingu. Pozwolimy sobie przytoczyć w tym miejscu mały eksperyment inwestycyjny, przeprowadzony przez dziennikarzy Gazety Giełdowej Parkiet, którzy chcieli sprawdzić, jaką stopę zwrotu od początku ubiegłego roku do końca marca tego roku osiągnąłby inwestor, który wybierałby wyłącznie nowe fundusze. Zaczęli od wpłacenia 100 zł do Ipopemy Agresywnego na początku stycznia 2012 roku. W maju, gdy pojawił się DB Fund Dynamiczny przerzucili oszczędności do tego funduszu. Już w lipcu rozpoczął działalność Eques Akcji – przenieśli do niego swoją inwestycję. W październiku trafiła ona do Altus Akcji, a od grudnia jest w

Caspar Akcji Polskich. Efekt? Zarobili w ten sposób prawie 50% (49,69 zł). Dla przykładu, inwestując 100 zł w jeden fundusz, weźmy Copernicus Akcji Dywidendowych (zdobywcę „Złotego Portfela”, nagrody przyznawanej przez redakcję Parkietu za ubiegłoroczne wyniki), od początku stycznia 2012 r. zarobiliby 34,6% (a to też jest stosunkowo nowy fundusz - rozpoczął działalność w 2011 roku). Inwestycja w indeks naszej giełdy WIG dałaby w tym czasie zarobić 20%. Wynik tej symulacji trzeba oczywiście traktować z dystansem. Nie uwzględnia ona przestojów w inwestycji związanych z transferowaniem pieniędzy z jednego funduszu do drugiego oraz opłat dystrybucyjnych pobieranych przez TFI przy przyjmowaniu wpłat (można jednak przyjąć, że są one zerowe – opłaty manipulacyjne można w rzeczywistości obejść, inwestując w fundusze przez Internet albo negocjując ich wysokość z dystrybutorami). Niemniej jednak skuteczność opisanej strategii - polegającej na wybieraniu nowych funduszy - potwierdzają również Analizy Online. Firma policzyła średnią stopę zwrotu trzech najkrócej działających funduszy w danym momencie, na przestrzeni ostatnich 16 lat. W grupie funduszy akcji polskich, średni wynik trzech najkrócej działających strategii był o ponad 300 pkt proc. wyższy niż średnia dla grupy. To oznacza, że dodatkowa stopa zwrotu na tle konkurentów w przeliczeniu na rok wynosi niecałe 9 punktów procentowych. Z doświadczeń wielu znanych nam firm oferujących rozwiązania inwestycyjne wynika jednak, że nowe fundusze rzadko cieszą się zainteresowaniem inwestorów w pierwszych miesiącach, a czasem nawet latach, od uruchomienia. Aktywa w nich zgromadzone to margines naszego rynku funduszy. Nie lubimy inwestować w nowo utworzone rozwiązania z wielu powodów. Po pierwsze obawiamy się tego, co nieznane. Po drugie krótka historia uniemożliwia nam dokonywanie porównań. Nowości omijamy również z prozaicznego powodu, jakim jest przekonanie, że lepszym sposobem na inwestycje są znane i sprawdzone produkty. No cóż, intuicyjnie wydaje się, że obawy wobec nowych rozwiązań są uzasadnione. Jednak w tym przypadku intuicja może się okazać myląca.


Dobry Znak