Issuu on Google+

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

Twoje finanse

- przewodnik po produktach finansowych

KONTO OSOBISTE

- nazywane również rachunkiem oszczędnościoworozliczeniowym. Czy warto je mieć? ZDECYDOWANIE TAK.

Posiadając konto osobiste, nie musisz posługiwać się gotówką - Twoje pieniądze są bezpieczne. Nie narażasz się na kradzież czy też ryzyko zagubienia pieniędzy. Dodatkowo - zarabiasz. Na rachunku w SKOK w Wołominie Twoje pieniądze pracują - oprocentowanie wynosi od 3,7 do 6,55% w skali roku z miesięczną kapitalizacją. SKOK nie pobiera opłat za uruchomienie i prowadzenie rachunku (w innych instytucjach zapłacisz za to od 5 do nawet kilkudziesięciu złotych miesięcznie) - oszczędzasz - minimum 60 zł rocznie. Posiadacz konta osobistego może złożyć w SKOK tzw. zlecenie stałe, czyli zlecić przelewy za gaz, prąd, telefon, czynsz, ubezpieczenie itp. dokonywane cyklicznie np. co miesiąc. SKOK nie pobiera za to opłaty. Twoje oszczędności rosną – przyjmując, że miesięcznie dokonujesz 3 płatności np. w okienku pocztowym, za każdy przekaz zapłacisz ok. 3 zł - to w Twoim budżecie domowym zostaje co miesiąc 9 zł, ale rocznie oszczędzasz ponad 100 zł. Dodatkowa korzyść to oszczędność czasu, zamiast stać w kolejce do okienka pocztowego możesz np. spędzić czas z rodziną. Reasumując: Konto osobiste to bezpieczeństwo, wygoda, oszczędność czasu i dodatkowe pieniądze na Twoje wydatki.

POŻYCZKA

- dodatkowe pieniądze na realizacją Twoich planów

Na co zwrócić uwagę, o co zapytać, czym kierować się przy wyborze? Przede wszystkim najpierw trzeba się zastanowić, na jaką pożyczkę nas stać, jakiej wysokości rata nie nadwyręży naszego domowego budżetu. Trzeba policzyć, ile miesięcznie wydajemy na utrzymanie domu - czynsz, telefon, gaz, światło, żywność, leki itp. Kwo-

tę wydatków odjąć od kwoty naszego wynagrodzenia i wówczas otrzymamy ratę, na której płacenie nas stać. Jeśli już posiadamy jakieś pożyczki, trzeba wziąć pod uwagę również wysokość wynikających z nich zobowiązań. Dla naszej wygody i zmniejszenia miesięcznych zobowiązań niejednokrotnie warto zastanowić się nad tzw. konsolidacją naszych zobowiązań, czyli zamianą kilku pożyczek na jedną z wygodną dla nas do spłaty ratą. Kiedy już podliczymy nasz rodzinny budżet, trzeba dokonać wyboru produktu z szerokiej dostępnej na rynku oferty. Naszą uwagę powinniśmy skierować na koszty związane z udzieleniem pożyczki tj. opłaty przygotowawcze za rozpatrzenie wniosku, ubezpieczenie, prowizję oraz oprocentowanie pożyczki. Najlepiej poprosić pracownika instytucji finansowej o wykonanie symulowanego planu spłat. Wówczas możemy sprawdzić, jaką będziemy płacić ratę i ile będzie nas kosztowała pożyczka. Trzeba zwrócić uwagę na tzw. oprocentowanie rzeczywiste, które powinno obejmować wszystkie koszty (łącznie z prowizją i innymi opłatami), gdyż zdarza się, że pożyczka z pozoru tańsza o oprocentowaniu np. 9% w rzeczywistości okaże się droższa od tej, której oprocentowanie wynosi 15%. Dzieje się tak dlatego, że instytucje finansowe różnie naliczają oprocentowanie. Zdarza się, że przez cały okres kredytowania np. trwający 36 miesięcy bank nalicza nam odsetki od kwoty udzielonej pożyczki, a nie pozostałego do spłaty kapitału. Ważnym elementem są również wymagane przez bank czy inną instytucję formalności oraz czas rozpatrywania wniosku. Należy pamiętać, że „pożyczka na dowód”, przy której nie będziemy musieli przedstawiać dokumentów potwierdzających nasze dochody, będzie znacznie droższa od tej, przy której przedstawimy zaświadczenie o zarobkach. Powinniśmy również zapytać o wymagane zabezpieczenia, zgodę współmałżonka czy też możliwość wcześniejszej spłaty, a także o okoliczności, przy których pożyczkodawca może podwyższyć oprocentowanie naszej pożyczki. Sprawdźmy, czy proponowane nam oprocentowanie nie jest tylko krótkoterminową promocją trwającą np. 3 miesiące. Okres promocji

str. 11

AKTUALNOŚCI SKOK

minie, a bank podniesie nam znacząco koszt odsetek. Po sprawdzeniu oferty i złożeniu wniosku instytucja finansowa podejmie decyzję o przyznaniu nam pożyczki. Zaczniemy spłacać zobowiązanie. Co zrobić, gdy pojawią się problemy finansowe? Pamiętajmy, że w razie pojawienia się kłopotów ze spłatą zadłużenia powinniśmy skontaktować się z instytucją, która udzieliła nam pożyczki. Unikanie kontaktu może doprowadzić do egzekucji komorniczej, co znacznie zwiększy nasze zadłużenie. W Spółdzielczej Kasie Oszczędnościowo-Kredytowej z siedzibą w Wołominie możesz szukać pomocy. Pracownicy Działu windykacji są pozytywnie nastawieni do dłużnika. W przypadku przejściowych kłopotów finansowych możesz liczyć na renegocjację swojego zadłużenia tj. odroczenie terminu płatności kolejnej raty np. o 3 m-ce lub rozłożenie zadłużenia w pożyczce konsolidacyjnej zmniejszającej Twoje miesięczne zobowiązanie wobec pożyczkodawcy.

Pożyczka konsolidacyjna w SKOK Wołomin - sposób na rozwiązanie Twoich problemów

Z

amiast pamiętać o spłacie kilku pożyczek w różnych instytucjach finansowych i dodatkowo w różnych terminach, lepiej spłacać jedną. SKOK proponuje swoim Klientom pożyczki konsolidacyjne. Jest to korzystne rozwiązanie i mniej uciążliwe dla Twojego budżetu. Przede wszystkim dlatego, że spłacasz jedną ratę, na dobrych warunkach. Dzięki wydłużeniu okresu spłaty możesz mieć niższą ratę, a jeśli potrzebujesz dodatkowej gotówki, możesz złożyć wniosek na kwotę przekraczającą łączną wartość dotychczasowego zadłużenia. Oznacza to, że oprócz spłaty wcześniej zaciągniętych długów część środków z nowej, tańszej pożyczki konsolidacyjnej możesz przeznaczyć na dowolnie wybrany cel. Zaciągając pożyczkę konsolidacyjną, możesz zatem zaoszczędzić czas i pieniądze. Po pierwsze, nie musisz już co miesiąc pamiętać o spłacie kilku zobowiązań, a po drugie zazwyczaj w portfelu zostaje ci więcej pieniędzy, które możesz przeznaczyć na inny cel.

Nowy Oddział SKOK w Warszawie

W

lipcu br. powstał nowy Oddział SKOK Wołomin w Warszawie. Placówka mieści się przy ul. Targowej 59. Zapraszamy od poniedziałku do piątku, w godz. 10.00 - 18.00.

W

SKOK dla Warmii i Mazur

lipcu Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa z siedzibą w Wołominie rozwija swoją działalność na Warmii i Mazurach. Od początku lipca Klienci Kasy mogą korzystać z oferty Oddziałów w Olsztynie przy ul. Mrongowiusza 8 oraz przy ul. Piłsudskiego 44 a. Zaś od 23 lipca działa również placówka w Ostródzie przy ul. Czarnieckiego 23. W ofercie:  wysoko oprocentowane lokaty - do 7,60%, oprocentowanie stałe przy okresie oszczędzania trwającym 6 miesięcy,  konta osobiste - bez opłat za prowadzenie rachunku i zlecenia stałe, czyli cykliczne przelewy za czynsz, telefon, światło itp. Do rachunku można uzyskać kartę płatniczą VISA, linię pożyczkową, a także stały dostęp do środków poprzez Internet,  przedsiębiorcom prowadzącym działalność gospodarczą w formie jednoosobowej lub spółki cywilnej oferujemy rachunek bieżący Tandem na bardzo atrakcyjnych warunkach,  pożyczki dla każdego, bez zbędnych formalności. Szeroka oferta pożyczek gotówkowych spełni oczekiwania najbardziej wymagających Klientów. Miła i fachowa obsługa służy radą i pomocą. Sprawdź i dołącz do grona ponad 50 tysięcy zadowolonych Klientów.

SKOK jest dobry dla Polaków


WIEŚCI Z WILEŃSZCZYZNY

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

str. 12

Zaledwie przed 9 laty odsłonięty z wielką pompą memoriał upamiętniający poległych Polaków i Litwinów walczących w Powstaniu Listopadowym z zaborcą rosyjskim dziś obrasta trawą, mchem, kruszeje i rozpada się

Zapomniany pomnik wiekopomnej walki Stanisław Tarasiewicz

P

omnik przedstawiający marmurowy krzyż na pochyłej powierzchni został odsłonięty w 2001 roku ku czci 170. rocznicy bitwy o Wilno, kiedy to polsko-litewskie wojsko powstańcze pod dowództwem generała Antoniego Giełguda stoczyło u podnóży góry ponarskiej bój ze znacznie przewyższającą armią carską. W nierównej walce poległo wtedy około 2 tys. żołnierzy gen. Giełguda, czyli ponad 10 proc. jego wojska. Rosjanie stracili zaś 364 osoby z ponad 20-tysięcznej armii. Ku czci i chwale poległych władze carskie jeszcze w tym samym roku wystawiły na miejscowym cmentarzu pomnik, który w późniejszych zawieruchach powstańczych został zniszczony, ale ponownie odbudowany w 1898 roku przetrwał do dziś, aczkolwiek podniszczony wymaga rekonstrukcji. Tymczasem polscy i litewscy bohaterowie Powstania Listopadowego, którego jednym z ważniejszych elementów była właśnie bitwa o Wilno, doczekali się pamięci potomnych dopiero po 170 latach od śmierci. Dzisiejszy stan pomnika i placu wokół świadczy jednak, że pamięć ta była krótka. - Chyba kilka lat temu była tu ostatnio jakaś uroczystość. Potem nic. Przynajmniej nic o tym nie wiemy. Od tamtego czasu nikt też tu nie sprząta - mówią nam mieszkańcy okolicznych domów. O tym, że nikt tu nie sprząta i nie dba o pomnik, świadczą nie tylko ich słowa. Tegoroczna trawa poległa pod własnym ciężarem na jesienną ściółkę z liści pokrywających źdźbła zeszłorocznej trawy oraz osuwająca się pod własnym ciężarem marmurowa płyta krzyża i rozpadający się pod jego naciskiem tynk postumentu również świadczą o zapomnieniu. Mówią, że pamięć potomnych, co ten pomnik wznosili ku chwale braterstwa broni i na cześć bohaterów poległych, była ulotną. Odsłonięcie pomnika w czerwcu 2001 roku było tylko jednym z elementów uroczystych obchodów 170. rocznicy

Po 9 latach od odsłonięcia rozsypujący się pomnik dziś porasta trawą i mchem (fot. Marian Paluszkiewicz)

bitwy o Wilno. Uroczystości w Ponarach poprzedziła ceremonia wciągnięcia flagi państwowej na Placu Daukantasa, pokaz musztry wojskowej oraz przemarsz aleją Giedymina orkiestry wojskowej. Do wspólnych obchodów zaproszono też przedstawicieli polskich władz i Wojska Polskiego. Wieńce przed pomnikiem z wyrytym hasłem po polsku i litewsku „Za naszą i Waszą wolność” złożyli ówcześni ministrowie obrony Polski i Litwy, Bronisław Komorowski i Linas Linkevičius. Bronisław Komorowski powiedział wtedy, że spojrzenie na dawne wydarzenia potrzebne jest, aby być mądrzejszym co do przyszłości, gdyż było to powstanie przeciwko wspólnemu wrogowi. Jego słowom przytaknął gospodarz ceremonii minister Linas Linkevičius. Dodał też, że Polska i Litwa mają nie tylko wspólną przeszłość, ale też przyszłość, czemu wiwatowano oddaniem na zakończenie ceremonii 21 salw armatnich. Tymczasem dziś nie ma pewności nie tylko co do przyszłości pomnika na górze ponarskiej, ale też nie wiadomo, kto odpowiada za stan memoriału. - Znamy ten pomnik, ale na pewno nie jest on na ewidencji naszej gminy - zapewnia REKLAMA

„Kurier” Ojaras Mašidlauskas, starszy specjalista gminy ponarskiej w Wilnie, i kieruje nas do administracji samorządu miasta Wilna, tłumacząc, że wszystkie obiekty, które należą do miasta, powinny być na ewidencji miasta. Kierując się jego słuszną uwagą, pytamy Vitasa Karčiauskasa, kierownika wydziału kultury i dziedzictwa Departamentu Rozwoju Miasta, czy pod opieką jego instytucji znajduje się rozsypujący się pomnik. - Na pewno nie - stanowczo odpowiada nam i podpowiada, że być może w Departamencie Gospodarki Komunalnej będą wiedzieli, do kogo należy pomnik, albo przynajmniej, kto powinien się nim zaopiekować. Jednak ani Stasė Kvederienė, zastępca kierownika wydziału energetyki i budowli, ani Arūnas Visockas, kierownik wydziału doglądu miejskiego Departamentu Gospodarki Komunalnej, nie potrafili nam pomóc w poszukiwaniach właściciela pomnika. - Proszę zapytać w Departamencie Zarządzania Majątkiem Miejskim, bo to oni mają rejestry - sugeruje Stasė Kvederienė. - W naszych rejestrach tego na pewno nie ma - odpowiada nam Rima Kavaliauskienė, kierowniczka podwydziału w Departamencie Zarządzania Majątkiem Miejskim i kieruje nas do kolejnego urzędu. Więc zwracamy się, pytamy, lecz jak na razie odpowiedzi nie znaleźliśmy. Idziemy więc innym tropem, na który naprowadziła nas tabliczka na pomniku z napisem „Grawimetryczny punkt Republiki Litewskiej”. Zwracamy się więc do Instytutu Geodezji Wileńskiego Uniwersytetu Technicznego im. Giedymina z nadzieją, że być może tam będą wiedzieli, kto za pomnikiem ponarskim stoi, a raczej ukrywa się. - Niestety, nie mamy nic wspólnego z tym pomnikiem i nie wiemy, do kogo on należy. Korzystamy wyłącznie z miejsca, w którym on stoi, gdyż znajduje się tam właśnie punkt grawimetryczny. Jest to jeden z 600 takich punków, w których dokonujemy pomiarów siły pola magnetycznego ziemi. Wygląda to tak, że ustawiamy tam grawimetr, urządzenie do pomiarów. Jest to bardzo czułe urządzenie, toteż wybieramy takie miejsca, w których nie ma większych zakłóceń mogących wpływać na pomiary urządzenia. Miejsce koło pomnika właśnie takim jest - wyjaśnia z pasją Viskontas Povilas, zastępca dyrektora Instytutu Geodezji.

I

choć nie dowiedzieliśmy się znowu, kto odpowiada za pomnik, przynajmniej jesteśmy pewni, że miejsce, w którym polegli bohaterowie powstania polsko-litewskiego, jest godne ich pokoju. Ale na pewno nie zapomnienia.


str. 13

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010 dokończenie ze str. 1

1 sierpnia 1944 - Oto dziś dzień krwi i chwały prof. Józef Szaniawski

Ż

ołnierze niemieccy i rosyjscy przestali do siebie strzelać. Przyczyną było Powstanie Warszawskie, a dokładniej ogólnopolska akcja „Burza” Armii Krajowej. Dlatego w tym jednym Niemcy i Rosjanie zgadzali się: Polaków należy zniszczyć, ich stolicę zburzyć, elity wytępić tak, aby zlikwidować dążenie niepodległościowe. Był to wspólny interes polityczny Hitlera i Stalina. Sowiecki marszałek Wasyl Czujkow, słynny dowódca m.in. obrony Stalingradu w swych odfałszowanych pamiętnikach wydanych już w latach 90. po upadku Związku Radzieckiego pisze dosłownie: Wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej - nie w maju 1945, ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca I Front Białoruski w sierpniu 1944. (…) Moglibyśmy dojść dalej na Zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu. Los wojny potoczyłby się inaczej (…) Ileż milionów istnień ludzkich udałoby się ocalić, iluż żołnierzy mniej by poległo. Ale latem 1944 wydawało się, że z zasadniczych względów strategicznych Rosjanie nie mogą zrezygnować z okazji przekroczenia linii Wisły, co dawałoby im wyprzedzenie w ofensywie na Niemcy, około sześciomiesięczne w porównaniu z aliantami. Stalin uznał wszelako, że skuteczne unicestwienie AK i sił niepodległościowych Polski jest więcej warte niż zajęcie Niemiec nawet po linię Renu. Dał w ten sposób ogromną szansę aliantom, którzy po inwazji na kontynent europejski w Normandii 6 czerwca 1944 roku posuwali się w głąb Francji i Niemiec początkowo niemrawo, potem raźniej, ale z wahaniami – wskutek kategorycznych rozkazów dogorywającego już Roosevelta, aby uszanować

linię podziału Europy na strefy wpływów aliantów i ZSRR. Zatrzymanie przez Stalina pochodu wojsk sowieckich na Zachód dało Niemcom szansę skutecznego rozbicia Powstania Warszawskiego. Było oczywiste, że Powstanie musi w końcu skapitulować. Żadna pomoc z zewnątrz nie była możliwa; alianci próbowali kilkakrotnie zrzutów broni i wyposażenia dla AK, ale musieli wykonywać loty z baz we Włoszech i z powrotem, Stalin nie zgodził się bowiem na lądowanie na terenie zajętym przez armię sowiecką. Niemcy zdobyli kolejno bohatersko broniące dzielnice Warszawy; przełomem było zdobycie Starego i Nowego Miasta, od 31 sierpnia do 2 września 1944 roku, których załogi w znacznej części zdołały ewakuować się kanałami do Śródmieścia. W tym okresie wojska sowieckie nie udzielały walczącej Warszawie żadnej pomocy, chociaż nawet tylko stałe loty nad Warszawą jednego myśliwskiego dywizjonu sowieckiego z bazy w Dęblinie mogły były wymieść znad stolicy hitlerowskie eskadry bezkarnie niszczące bombami dzielnice mieszkalne i oddziały AK. Mogli Rosjanie łatwo zniszczyć atakami

POWSTANIE WARSZAWSKIE

lotniczymi stanowiska niemieckiej najcięższej artylerii kolejowej i miotaczy min; nie podjęli w tym zakresie najmniejszej próby. Stało się jasne, że dowództwo sowieckie stawia otwarcie na unicestwienie Warszawy. W połowie września 1944 roku było oczywiste, że po 6 tygodniach beznadziejnej walki opór Warszawy może się załamać - zanim miasto zostanie całkowicie zniszczone. W końcowym okresie wojny okazało się, że Stalin znakomicie rozumiał mentalność Zachodu i konieczność zachowania pozorów, natomiast nie tylko alianci, ale nawet wyposażeni w znacznie lepsze podstawy rozumienia Sowietów Polacy w ogóle nie pojmowali, co się kryje za rzekomą „pojednawczością” i „umiarkowaniem” Stalina. Łudzili się, że „czyn zbrojny” w Warszawie może pomóc w przechyleniu losów sprawy polskiej na stronę jakiegoś choćby połowicznego sukcesu. Nie pojmowali, że Stalin postawił już zdecydowanie na utworzenie w Polsce rządu totalitarnego wyłącznie komunistycznego i że celem jego jest przede wszystkim zniszczenie Armii Krajowej - najlepiej siłami nie sowieckimi, lecz hitlerowskimi. 2 sierpnia 1944 roku – gdy trwało już w Warszawie powstanie - premier Churchill wygłosił w Izbie Gmin bezprzykładnie cyniczne przemówienie: Armie rosyjskie stoją u bram Warszawy, niosą w swych dłoniach wyzwolenie Polsce, ofiarują Polakom wolność, niepodległość, suwerenność, domagając się tylko, by Polska w przyszłości była przyjazna wobec Rosji. Wydaje mi się, że jest to uzasadnione, zważywszy, jak wiele ucierpiała Rosja od Niemców, gdy dla jej zaatakowania maszerowali przez Polskę (!). Churchill dalej proponował oddanie wojsk polskich na Zachodzie pod komendę Stalina.

J

uż po zakończeniu wojny w oficjalnym przemówieniu na Kremlu w czerwcu 1945 tuż przed udaniem się na konferencję Wielkiej Trójki do Poczdamu Stalin chełpił się i powiedział dosłownie do swoich marszałków i generałów: To nie Niemcy, ale Polska jest naszą największą zdobyczą wojenną. Być może to zdanie sowieckiego dyktatora ludobójcy stanowi klucz do zrozumienia sprawy polskiej w latach 1939-1945, w tym także Powstania Warszawskiego.

REKLAMA

POL-BOT Kruszywa ul. Warszawska 85 05-092 Łomianki www.polbot-kruszywa.com.pl e-mail: polbot@polbot.pl Firma POL-BOT KRUSZYWA Sp. z o.o. zajmuje się głównie wydobyciem i sprzedażą następujących produktów: • piasek rzeczny i piasek rzeczny sortowany 0-2 mm • pospółka • żwir • kruszenie i frakcjonowanie kopalin Oferujemy również transport własnymi samochodami. Spółka prowadzi dodatkową działalność polegającą na kruszeniu surowca za pomocą nowoczesnego ciągu kruszącego. Oferujemy również kruszenie surowca na życzenie klienta w miejscu przez Niego wskazanym wraz z operatorami maszyny.

Nasze zakłady:

Łomianki, ul. Wiślana 1 - tel.: (022) 751 51 70 lub 0 508 154 378 Warszawa, ul. Bananowa 3/4 (Siekierki) - tel.:(022) 891 13 21 lub 0 509 741 303 Filipowice koło Tarnowa - tel.: 0 664 482 419


MALARSTWO

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

str. 14

nasza galeria: Chris Myers

Chris Myers

urodził się w Londynie w 1949 roku i studiował w Maidstone College of Art, którą ukończył z wyróżnieniem w 1972 roku. Artysta razem z żoną i trójką dzieci mieszka w miejscowości Frant w pobliżu Tunbridge Wells w hrabstwie Kent

Świat w akwareli Aneta Saks

C

hris Myers ma własne studio w ogrodzie swojego domu, w którym pracuje na co dzień i od czasu do czasu wykorzystuje je do mini pokazów. Regularnie prowadzi zajęcia z malarstwa. Od momentu ukończenia szkoły artysta rozpoczyna karierę jako malarz i ilustrator, a medium, w którym zazwyczaj tworzy, to akwarela. Swoją pierwszą indywidualną wystawę zorganizował w czerwcu 1994 roku w Falaise w północnej Francji. Nic dziwnego, gdyż Chris Myers jest sentymentalnie związany z tym krajem, a w szczególności z regionem Normandii, gdzie w 1988 roku wraz z żoną kupił stary dom. Region ten był i jest jednym z głównych tematów w pracach malarza. Jako artysta Chris Myers podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych, ale często pojawiał się również na Kubie, w Australii, Rosji czy w Afryce. Te wyprawy dostarczają wielu inspiracji i tematów do powstających prac. Obecnie artysta planuje wyjazd do Irlandii na przełomie najbliższych miesięcy. Chris Myers ma za sobą licznie występy oraz wernisaże w Londynie, a także corocznie bierze udział w konkursie akwareli; pokazuje swoje prace na targach otwartych, podczas których zdobył kilka nagród, między innymi nagrodę dla najlepszego artysty. W roku 2009 Chris Myers otrzymał nagrodę Matt Bruce RI Memorial. Inne sukcesy odniósł podczas wystawy w Galerii Greenstede East Grinstead; w Gascoigne Gallery w Harrogate; w Goodwood Revival, a także w trakcie imprezy Festival of Speed. Chris Myers nie narzeka na brak zajęć. Przed nim pracowity rok. W marcu br. przedstawił prace na wystawie w RBA Annual Exhibiotion w Mall Galleries w Londynie, na przełomie kwietnia i maja na wernisażu członków stowarzyszenia Royal Institute of Painters in Watercolours. Natomiast na początku lipca 2010 można było podziwiać prace artysty na wystawie w Le Mans Classic, a pod koniec miesiąca na zbiorowej ekspozycji RI w Mid-Cornwall Galleries. W najbliższych tygodniach i miesiącach można spodziewać się kolejnych wystąpień artysty. Na początku września Chris Myers planuje plener w Seville, a pod koniec roku malarską podróż do Istanbułu. Prace artysty można oglądać w wielu czasopismach, w tym najważniejszych: „Octane” oraz „Artist”, w których wykorzystano obrazy powstałe podczas podróży do Rosji. W roku 2006 Chris Myers dołączył do Royal Society of British Artists i został wybrany na członka Royal Institute of Painters in Watercolours w 2009 roku. W twórczości artysty znajdziemy akwarele, w których główną rolę odgrywają ludzie i sytuacje życiowe. Najbardziej znanymi pracami tego typu są obrazy Dream oraz The Lady next door, na których zobaczyć można sielankę czy w pewien sposób idyllę. Warto zauważyć, w jaki sposób artysta nakłada farbę. Nie jest to malarstwo dramatyczne czy z pewną dozą nerwowości, a klasyczna technika kładzenia pełnych, jednolitych plam z małą domieszką lawowania. Dzięki temu prace są stałe technicznie, bez zbędnej finezji, ale ukazują kunszt i mistrzostwo artysty. W innej dziedzinie twórczości Chrisa Myersa znajdziemy prace inspirowane architekturą i krajobrazem miejskim. Do tego typu obrazów należą dzieła: Hung Parliment, Under Costruction Barcelona czy The Ascent of Woman. Akwarela ma to co siebie, że tworzona jest przeważnie na niewielkich arkuszach papieru. Natomiast w przypadku twórczości Chrisa jego akwarelowe prace powstają na dość wielkich formatach. Niektóre z prac oscylują w granicach 100x60cm, dzięki czemu w łatwy sposób nie tylko można przestudiować technikę, ale i efekty pracy tego angielskiego malarza. Trzecią odmianą tematyczną są prace przedstawiające samochody. Nie jest to oczywiście forma ukazania nowoczesnych aut, ale powrót do przeszłości. Zobaczymy stare, czasem pierwsze pojazdy automobilowe, które nie tylko pokazują piękno ówczesnej motoryzacyjnej technologii, ale i kunszt samego wykonania. W obecnym czasie artysta pracuje nad nowymi obrazami i ma nadzieję na zorganizowanie kolejnych wystaw i plenerów w tym roku.

D

De stijl

e stijl z języka niderlandzkiego oznacza styl, choć dla większości znany jest bardziej jako neoplastycyzm. Jest to kierunek w sztuce, który rozpoczął się w latach 20. ubiegłego wieku. Twórcą pojęcia neoplastycyzmu był Piet Mondrian, który poprzez swoje fascynacje, między innymi mistykiem Schoenmaekersem, pragnął stworzyć kierunek, który w swoich założeniach naznaczony będzie mistyką. W roku dwudziestym wydał manifest grupy. Natomiast sama nazwa de stijl to ukłon w stronę czasopisma o tej samej nazwie, wydawanego w latach 20. i 30. XX wieku przez Theo van Doesburga. W De stijl (neoplastycyzmie) wyróżnimy dwie podstawowe wartości - linie (pionowe i poziome) oraz trzy kolory stałe, takie jak czerwony, niebieski oraz żółty, a także trzy nazywane często niekolorami - szary, biały i czarny. Każdy z tych aspektów neoplastycyzmu nawiązywał do innych płaszczyzn i tak linia pionowa oznaczała dynamizm, a pozioma statykę. W twórczości artystów tego nurtu znajdziemy charakterystyczne motywy neoplastycyzmu, czyli prostokątność oraz kwestię używania barw czystych (np. niebieski) czy brak jakiejkolwiek dekoracji. Dzieła neoplastycyzmu silnie oddziaływały na styl w architekturze. (AS)


„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

Bóg jest miłością i świat zbudował z miłości, nienawiść więc zakłóci, a w konsekwencji zniszczy Jego dzieło

Drogowskazy, które prowadzą do normalności Stefania Korżawska

K

odeń, takie śliczne miejsce na ziemi. Święte miejsce, bowiem mieszka w nim Matka Boża. Pani Ziemi Podlaskiej, ukochana Królowa - tak o Niej mówi życzliwy i otwarty lud podlaski. To Ona od wieków wspierała go w trudach życia - dodawała odwagi i siły skazanym na Sybir, była w szeregach z bojownikami o wolność 1920 roku, w okrutnych czasach II wojny światowej ocierała łzy sierotom, zagubionym i opuszczonym. A po wojnie tuliła swój lud do matczynego serca, pokazywała drogę prawdy, miłości, uczyła żyć zgodnie z prawami Bożymi. To dzięki Niej podlaskie kobiety, choć utrudzone ciężką pracą w polu, wieczorem siadały nad kołyską swoich maleństw i cierpliwie powtarzały słowa modlitwy: Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, a na końcu drżącym głosem pytały: - Kto Ty jesteś? - Polak mały - odpowiadał szczebiotliwy głosik dziecka. I tak trzeba było, bowiem najwyższe wartości w tym narodzie od wieków pozostały takie same: Bóg, Przyroda, Ojczyzna. Jaki piękny jest Kodeń - malowniczo położony nad szeroko rozlewającymi się wodami Bugu. Piękny, otoczony zielenią przyrody jak murami warownymi. Byłam tam niedawno. Gdy spożywałam wyśmienitą strawę podlaską w stołówce klasztornej, usłyszałam opowiadanie młodej dziewczyny. - W Kodniu - mówiła - żyjemy wśród dzieł Pana Boga, wkoło zieleń, ogromne drzewa, które wieczorami wskrzeszają historię naszych dziadów, rośliny, zioła, a Matka Boża chodzi tutaj po polach, łąkach i błogosławi cuda natury. Tyle tu miłości, tyle dobroci. A w wielkim mieście są dzieła człowieka - tłum, zgiełk, chaos, zagubienie, zapędzenie bez opamiętania, stąd tyle cierpienia,

ZDROWIE I URODA

nienawiści, złych słów. Wróciłam do domu, mimo późnej pory sięgnęłam jeszcze po książkę ks. Krzysztofa Pawliny Zdumienie człowiekiem. Czytam: Kłamstwa, obelgi, przekleństwa. Słowo, które miało łączyć ludzi, stało się orężem w wojnie wszystkich przeciwko wszystkim. Aż trudno uwierzyć, że to czyni człowiek, który według zamysłu Bożego miał być najpiękniejszy ze stworzeń - dziwi się autor i zadaje pytanie: Co się z nami dzieje? Albo inaczej, co z nami robią? Stawia pytania, byśmy zatrzymali się na chwilę, odetchnęli, zaczerpnęli łyk ożywczego powietrza - zobaczyli drogę, na której ksiądz ustawia czytelne drogowskazy, wskazujące wyjście do normalności. Jednak powrót nie będzie prosty, bowiem: Jesteśmy jak drzewa, które postanowiły ruszyć w drogę i udało im się to, ale ich korzenie straciły kontakt z życiodajną glebą. Bez tych korzeni skazujemy się na łaskę nowoczesnego świata, w którym niemoralne staje się dla nas normą, a dziwactwo urasta do rangi zwyczaju. Zdumienie człowiekiem..., który im bardziej wolny, tym bardziej zniewolony, zaciśnięty, zestresowany do bólu i płaczu, samotny, podatny na wszelkie manipulacje. Ale jest też inne zdumienie. Zdumienie, które uskrzydla, bo graniczy ze świętością. Zdumienie człowiekiem, który, co otrzymał od Boga, daje drugiemu. Zachwyca się autor twarzami takich ludzi, są piękne. Z takimi ludźmi chce się żyć - powiada, bo oni przemieniają świat.

Na polskich polach rośnie dziewanna - zioło krzepkie jak wiejska, rosła dziewczyna z rumieńcami i zdrowym uśmiechem. Przekazuje pewność siebie, zdolność wyróżniania się nawet w tłumie. W dawnej Polsce mówiono, że ludzie spożywający kwiat dziewanny mają piękne twarze i czyste dusze, stąd też słowa mądre jak strumień wody wypływają z ich ust, czyniąc dobro

Nieodłącznym przyjacielem cykorii jest koper włoski - śliczny, wysportowany młodzieniec o południowej urodzie. Z tych dwóch niezwykłych ziół pyszną herbatkę przygotowywała córka Zygmunta Starego Katarzyna Waza - w zimnej, odległej Szwecji aromat i smak tych ziół przypominał jej nie tylko polską ziemię, ale także słoneczną Italię, czyli ojczyznę jej matki, królowej Bony

Cenna herbatka królowej Katarzyny Wazy składniki: korzeń cykorii podróżnika owoc kopru włoskiego

str. 15

50 g 50 g

Zioła wymieszać, łyżkę ziół zalać 1 szklanką wrzącej wody, zaparzyć, przecedzić, pić bardzo powoli, dokładnie przeżuwając każdy łyk napoju, smakując cudną naturę wyśmienitych ziół. Komu warto polecić taką wytworną herbatkę, w skład której wchodzą zioła delikatne, a jednocześnie pełne życia i temperamentu? Przede wszystkim tym, którzy pragną się odchudzić, bowiem cykoria jest zawsze szczupła, czyli ma dobrą przemianę materii, zaś koper włoski po prostu odchudza. Starogrecka nazwa kopru włoskiego brzmiała „marathon”, co oznacza: „stawać się chudym”. Polecam ją również tym, którzy mają ciągle wilczy apetyt. Cykoria dostarczy szybkiej energii, czyli nasyci organizm, więc nie będzie odczuwał głodu. A koper dodatkowo rozgrzeje, wszak popołudniowa, gorąca dusza - wtedy sprawniej organizm przetworzy ten pokarm, który już otrzymał wcześniej. Intelektualistom, ludziom ciągle zapracowanym, czyli pracoholikom - te wesołe zioła oderwą od pracy, by pokazać lasy zielone i łąki kwieciste, czyli zapewnią odpoczynek, relaks, pozwolą trochę pofantazjować, uczynią bardziej wrażliwymi na piękno. I niech zaprzyjaźnią się z cykorią wędrowniczką i z jej ziołowym, eleganckim przyjacielem ci wszyscy, którzy kontakt z naturą mają tylko w wakacje, a marzenia o włoskim słońcu i o smukłej sylwetce wcale nie muszą być odległe. Starożytni mówili: Gdy chcesz poznać swoją duszę, żuj owoc kopru, gdy zaś chcesz poznać piękno świata, podziwiaj kwiat cykorii

Warto wziąć do ręki książkę ks. Krzysztofa Pawliny, warto ją przeczytać, warto pójść drogą, którą wskazuje. To książka perła, niewiele w niej słów, ale jakie słowa - słowa budujące mądrość, słowa wskrzeszające miłość, słowa Polaka - patrioty, słowa człowieka. Pomoże nam otworzyć serca, umysły, razem z nią łatwiej odkryjemy piękno Bożego świata, w którym jeden drugiemu przekaże dobre słowa, dobre czyny, jeden drugiemu oświetli drogę, na końcu której stoi Bóg i cudownie pomnaża miłość, by starczyło jej dla wszystkich mieszkańców Ziemi. Warto też odwiedzić Kodeń. Jak tam jest pięknie, ile zieleni, szum drzew, radosny pisk owadów, kojący śpiew ptaków. W Kodniu pachnie życiem na każdym kroku, tam nawet bociany tłumnie przyleciały i radośnie klekoczą, obwieszczając dookoła, że świat tu życzliwy, przyjazny i ptakom, i ludziom. A jakie w Kodniu rosną cudowne zioła - potężna dziewanna, jak krzepka, wiejska dziewczyna z radosnym, słonecznym uśmiechem, a jakie pachnące boże drzewko, które obficie rozrasta się w książęcym ogrodzie, a jaka mięta polna, której zapach informuje, że zioło to pańskie, magnackie, swojskie, a kurdybanek - słów braknie, by opisać jego piękno, prostota i bogactwo w jednym kwiatku, a nad tym wszystkim góruje ��ywokost - panicz tej ziemi strojny, dumny, waleczny i zwycięski, wszak zwycięża reumatyzm, bóle kręgosłupa, stawu biodrowego, kolana. A cykoria wędrowniczka? Urocza blondyneczka o modrych oczach, żądna przygód, ciekawa świata, stąd uwielbia podróżowanie. Gdy tylko zaczynają się wakacje, bierze plecak modrych kwiatów i wyrusza w świat. Opalona, szczuplutka, może nawet wysuszona, ale rozpromieniona, pełna energii. Jakże przyjemnie spotkać ją na wakacyjnym szlaku, przyjazna, słowiańska dusza dotrzyma towarzystwa, nawet najbardziej strudzony w jej obecności odzyskuje siłę i chęć do dalszej wędrówki, a jej ciche, zajmujące opowieści sprawiają, że myśli stają się pogodne, radość zdrowym rytmem płynie po ciele.

I

jak tam nie pojechać, i jak nie wrosnąć korzeniami w Polską Ziemię, tę naszą, z dziada, pradziada, tę piękną, śpiewną, z zielenią łąk i lasów i złotem urodzajnych pól.

Zachęcam do odwiedzenia strony: www.stefaniakorzawska.pl i „Ziołowej Akademii Zdrowia”: http:// stefania.blog.netbird.pl/


SPORT

str. 16

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

To był jeden z polskich paradoksów; w kraju nie było odpowiednich obiektów - torów kolarskich, a nasi cykliści w igrzyskach olimpijskich - w wyścigu drużynowym w Paryżu 1924 r. - zdobyli srebrny medal. Natomiast w kolarstwie szosowym, powszechnym, bardziej naturalnym i niewymagającym kosztownych nakładów, nie posiadaliśmy zawodników reprezentujących choćby przyzwoity, średni poziom

Zawody z tradycją:

Tour de Pologne

Krzysztof Kraśnicki

G

łowiono się, jak przyciągnąć do kolarstwa szosowego młodzież, jak zachęcić ją do mozolnej i dalekiej od oklasków tłumów pracy; do zmagania z wyboistą szosą, z prażącymi promieniami słońca, z ulewnym deszczem, nierównościami terenu, niekończącą się linią obojętnie ciągnących się długich kilometrów. Jedna była metoda; organizacja wielkiej propagandowej imprezy, nadania jej rozgłosu, zwrócenia uwagi tłumów. Takiej, która umiałaby napełnić marzeniami młode, ambitne i gorące głowy młodzieży. Taką receptę posiadali Francuzi, ich Tour de France zawładnął umysłami milionów. Dziesiątki tysięcy kibiców na trasie, transparenty, udekorowane miasta i miasteczka. Wśród plantacji winogron Szampanii, nad brzegami morza Śródziemnego. I tam, gdzie na kolarzy czekało trzysta tysięcy widzów - na ostatnim odcinku prowadzącym z Wersalu do toru Parc des Princes - na mecie wyścigu. Należało więc przeprowadzić podobną imprezę u nas: wyścig dookoła Polski - Tour de Pologne! Zabrano się energicznie do pracy i ustalono termin pierwszych zawodów: 7 - 16 września 1928 roku. Przejechano setki, a może tysiące kilometrów, aby ustalić trasy i mety poszczególnych etapów. Załatwiano sprawy zakwaterowania i wyżywienia ekip: trenerów, mechaników, masażystów, opieki medycznej, sędziów i dziennikarzy. Tę część bezpłatnie zapewnił uczestnikom organizator - Przegląd Sportowy. Gazeta mocno nagłośniła imprezę oraz przyświecające jej idee. Trasa wyścigu przebiegała przez ponad sto miast i miasteczek, a jej długość obliczono na ok. 1450 km. Etap inauguracyjny prowadził z Warszawy do Lubina, drugi z Lublina do Lwowa, trzeci ze Lwowa do Rzeszowa, czwarty z Rzeszowa do Krakowa, piąty z Krakowa do Wielunia, szósty z Wielunia do Poznania, siódmy z Poznania do Łodzi, a ósmy - ostatni wyruszał z Łodzi, a kończył się tam, gdzie miał swój początek - w stolicy. W przeddzień zawodów w kwaterze głównej, w Warszawskim Towarzystwie Cyklistów na Dynasach, wrzało jak w ulu. Mnóstwo pytań, wątpliwości, dziesiątki telefonów, szereg pozornych, ale wymagających natychmiastowej reakcji drobiazgów. Dyspozycje i zalecenia, badania lekarskie, konferencje z zespołami technicznymi. To wszystko w jednym palcu dyrektora Wyczałkowskiego, który spokojnie wyjaśnia, prostuje, przekonuje. Zachowuje się, jakby przygotowywał nie pierwszy, a dziesiąty wyścig tej rangi. Nazajutrz, na starcie, zgiełk jeszcze większy. Wśród lśniących rowerów kolorowe postaci bohaterów wydarzeń, kręcą się reporterzy, podjeżdżają oblepione transparentami auta z obsługą techniczną. Mimo wczesnej pory, 7 rano, 71 uczestnikom towarzyszą olbrzymie rzesze mieszkańców Warszawy. Zaczyna się defiladą przez stolicę; ruszają z Krakowskiego Przedmieścia przed kościołem Świętego Krzyża. W alei 3 Maja kolumna wypełnia szerokość jezdni, za mostem kapitan sportowy WTC p. Zagoź-

dziński, chcąc pozbyć się utrudniającej jazdę asysty samochodów i rowerów osób niebiorących udziału w wyścigu, niespodziewanie zmienia trasę; kieruje kolumnę do alei Zielenieckiej. Stamtąd skręca w Grochowską. Przy rogatce kapitan daje znak chorągiewką do właściwego startu. Ruszyli przez wyboje podmiejskich ulic, „kocie łby”, szyny tramwajowej linii 24 i kolejki wawerskiej, środkiem jezdni i poboczem, ścieżkami i trotuarem. Za nimi samochód ciężarowy z napisem: „Koniec biegu, zwijać posterunki”. Pochylone nad kierownicami sylwetki kurczą się, wreszcie całkowicie znikają w tumanach kurzu. Kiepska nawierzchnia szosy sprawia, że już po kilkunastu kilometrach zaczynają się awarie rowerów; złamany widelec, obluzowane koła, poprzebijane dętki. W pierwszym przypadku pechowy cyklista musi się wycofać z wyścigu, prostsze usterki kolarze usuwają natychmiast na poboczu szosy. Dużym utrudnieniem były zamknięte na czas przejazdu pociągów szlabany. Z tym również sobie poradzono; przy każdym - na całej, blisko 1500-kilometrowej trasie - posadzono sędziego ze stoperem. Jego zadaniem było obliczenie czasu straconego przez każdego kolarza w trakcie zamkniętego szlabanu. Po jego otwarciu juror puszczał zawodników w takim samym odstępie czasu, w jakim pojawili się przed zamkniętą przeszkodą. Na mecie odliczano stracone przed szlabanem minuty. Na kilka kilometrów przed Lublinem jezdnia była już doskonale utrzymana, więc do miasta wjeżdżają w ostrym tempie. Na mecie tłumy, oprócz kibiców przedstawiciele władz miejskich, które traktowały wyścig z największą troską. Zawodnicy byli wręcz zaskoczeni opiekuńczością lubelskich dostojników; zajęto się rowerami, ich samych zaprowadzono do łaźni, oddano pod opiekę masażystów, przyjęto obfitym posiłkiem. I tak po każdym etapie. We wszystkich miastach dokonywano cudów, aby opieka była na najwyższym poziomie. Aby zawodnicy maksymalnie i w najlepszych warunkach wypoczęli po trudach morderczych etapów. No i lepiej niż w mieście, z którego rano wyjechali na trasę. Przepustka z napisem: Komisja Objazdowa trasy Biegu dookoła Polski (bo i taka była również nazwa wyścigu) otwierała wszystkie drzwi, udostępniała najwyższe progi. Bo i bohaterowie imprezy na najwyższy szacunek zasługiwali. Wyścig był niezmiernie trudny; jechali setki kilometrów w palącym słońcu, pooraną deszczem i kołami chłopskich furmanek drogą. Zdarzało się, że wyjątkowo

Źródło:

* Przegląd Sportowy nr 42/1928

trudne wzniesienia musieli pokonywać z rowerami na plecach. A te dalekie były w owych czasach od doskonałości. Wszelkie usterki na trasie należało usuwać osobiście, albo... zrezygnować z udziału w zawodach. Nawet jeśli miało się już przed sobą zaledwie kilka kilometrów do mety, a w nogach ponad 1400 przejechanych. Również, mimo największego wysiłku i wykonanej przez organizatorów olbrzymiej pracy, nie ustrzegli się oni od błędów. Regulamin także odbiegał od doskonałości; np. na każdym etapie zainstalowano punkty żywnościowe, gdzie zawodnicy mieli na posilenie się kwadrans - obowiązkowy! I tu sędzia mierzył czas przyjazdu cyklisty, a po 15 minutach nakazywał dalszą jazdę. Jeśli kolarz chciał dokończyć schabowego czy dopić kubek herbaty - czas tej czynności doliczano mu do czasu przejazdu etapu. Jeżeli do lepszej lokaty na mecie brakowało mu kilkunastu sekund czy paru minut - mógł mieć pretensje do... własnej żarłoczności. Nie do końca przemyślano zakończenie poszczególnych etapów. W Wieluniu, gdzie kończył się piąty, jedyny w mieście hotel posiadał... trzy pokoje! Ale i ten problem rozwiązano; zakwaterowano kolarzy w remizie strażackiej i w sali kinowej; spali na zwiezionej w tym celu świeżej słomie. Czy dziś nie byłoby to atrakcją? O reakcji uczestników wyścigu na takie „luksusy” kroniki milczą. Wreszcie upragniony ostatni etap - z Łodzi do Warszawy. Cichym bohaterem jest Więcek. Nadaje tempo, odrywa się od peletonu i... zatrzymuje go pęknięta dętka. Zmienia gumę, pompuje ją, dogania grupę, znów nadaje tempo i... „łapie kolejną gumę”! Tego dnia aż czterokrotnie! W stolicy coraz większy tłum kibiców. Cykliści mijają ulicę Wolską, Żelazną, Leszno, Długą i Dobrą. Ogłuszający wrzask piętnastotysięcznego tłumu wita na mecie zwycięzcę, Zygmunta Wisznickiego z warszawskiego AKS. W klasyfikacji generalnej wygrywa Feliks Więcek, któremu pech na ostatnim etapie nie zdołał przeszkodzić w ostatecznym zwycięstwie. Pierwszy, historyczny Tour de Pologne dobiegł końca. Imprezę podsumował w Przeglądzie Sportowym sam Wiktor Junosza*: Wzdłuż całej trasy tysiące i dziesiątki tysięcy ludzi z biciem serca oczekuje, by ukazał się w oddali obłok kurzu zwiastujący przybycie walczących o zwycięstwo jeźdźców. A później młodzi ludzie chowają w duszy obraz bohaterów wysiłku, którzy dopiero co przemknęli tuż obok, rozrzucając hojnie po szosach całej Polski hasło umiłowania czynu, umiłowania sławy. I ci młodzi ludzie, sami nie zdając sobie sprawy, rosną, stają się więksi, stają się wyżsi. Na tym polega olbrzymie znaczenie społeczne wyścigu, że nosi on po wszystkich zakątkach Rzeczypospolitej żywy, namacalny przykład siły ducha i siły ciała. Wspaniałe przykłady męstwa i hartowanej woli, jakimi obdarzyli nas uczestnicy wyścigu, nie przeminą, nie wypłowieją. Pozostaną jako trwałe, porozstawiane wzdłuż trasy spiżowe posągi. Będą cierpliwie i bez zazdrości czekały, by inne, za rok, za dwa, za dziesięć stanęły obok, równie piękne, a daj Boże jeszcze piękniejsze, ku pożytkowi i nauce młodych polskich pokoleń. Tour de Pologne przerwała II wojna światowa, po jej zakończeniu, już w 1947 roku impreza - jako wyścig kolarzy amatorów - znów pojawiła się na polskich szosach. Jednak z każdym kolejnym rokiem traciła na znaczeniu, na pierwszy plan wysunął się Wyścig Pokoju. W roku 1993 Czesław Lang, srebrny medalista olimpijski (Moskwa 1980), wprowadził Tour de Pologne na nowe tory. Pod jego kierownictwem zawody - już dla kolarzy zawodowych - rozpoczęły drugie życie. W każdym roku na trasie pojawiają się gwiazdy światowego formatu. Impreza cieszy się uznaniem Union Cycliste Internationale - UCI. Wyścig, który objął patronatem prezydent Lech Kaczyński, uważany jest za największe logistycznie sportowe wydarzenie w kraju.

W

tym roku 67. Tour de Pologne rusza na trasę 1 sierpnia, a tuż po zakończeniu 1. etapu odbędzie się happening rowerowy z okazji 66. Rocznicy Powstania Warszawskiego. - Happening przy okazji 67. TdP ma przypomnieć dobrą tradycję, która łączy sport z wychowaniem patriotycznym. Po raz drugi zorganizowana akcja cieszy się szerokim poparciem środowisk kombatanckich. Dla nich Tour de Pologne to spełnienie marzeń z okresu walki, to powstańcze jutro, gdzie walkę między narodami zastąpiła rywalizacja sportowa - powiedział Krzysztof Mikołajewski z Instytutu Stefana Starzyńskiego, organizator happeningu.


„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

str. 17

Zasady organizowania turniejów tanecznych

Fizycy i astrofizycy z międzynarodowego zespołu biorącego udział w misji satelitarnej PAMELA, badając cząstki elementarne, znaleźli niespodziewaną nadwyżkę pozytronów, które są odpowiednikiem elektronów w antymaterii. Powstają one w procesie anihilacji (unicestwiania) pewnych cząstek, które dość licznie, bo aż w 85% stanowią zawartość materii we Wszechświecie. Są one prawie nieuchwytne, tzn. prawie wcale nie oddziałują na zwykłą materię. Podlegają jednak wpływowi siły grawitacyjnej. To zagadkowa ciemna materia

C

zas grania poszczególnych tańców w turniejach tanecznych powinien wynosić od 1,5 do 2 minut. Wyjątek stanowią Walc Wiedeński i Jive, które powinny trwać od 1 do 1,5 minuty. W przypadku większej liczby par w grupie zaleca się wydłużenie czasu trwania poszczególnych utworów tanecznych. We wszystkich turniejach tanecznych muzyka musi nosić charakter danych tańców. Niedopuszczalna jest np. muzyka disco dla tańców latynoamerykańskich. Tańce muszą być prezentowane w ściśle określonej kolejności:  Standard: Walc Angielski - Tango - Walc Wiedeński - Foxtrot - Quickstep  Latin: Samba - Cha-Cha - Rumba - Paso Doble - Jive Wykroczenia i kary Tancerz łamiący Przepisy Sportowego Tańca Towarzyskiego może zostać ukarany następującymi karami: ostrzeżenie, nagana, zawieszenie licencji startowej, dyskwalifikacja, utrata praw tancerza amatora. Prawo do składania wniosku o ukaranie tancerza mają członkowie zwyczajni i wspierający Polskie Towarzystwo Taneczne. Tancerz ukarany zawieszeniem licencji startowej nie ma prawa startować w turniejach tanecznych przez okres nieprzekraczający jednego roku. Tancerz zdyskwalifikowany traci licencję startową i nie ma prawa startować w turniejach tanecznych przez minimalny okres jednego roku. Po tym okresie ma prawo wystąpić do Zarządu Oddziału o przyznanie licencji startowej. Prawo nakładania kar tancerzom turniejowym przysługuje Sądowi Koleżeńskiemu właściwego Okręgu. Tancerzowi ukaranemu przez Okręgowy Sąd Koleżeński przysługuje prawo odwołania się do Głównego Sądu Koleżeńskiego, a w następnej kolejności do Walnego Zjazdu Polskiego Towarzystwa Tanecznego. Ma on prawo ingerowania w sprawy kar nałożonych przez Sąd Koleżeński.

T

o by było na tyle, jeśli chodzi o całą organizację sportową tańca towarzyskiego. Poznali Państwo osobno każdy taniec towarzyski, znaczenie form towarzyskich w życiu codziennym, działalność prof. Mariana Wieczystego oraz przepisy obowiązujące w Polskim Towarzystwie Tanecznym. Serdecznie zapraszam do nauki tańca towarzyskiego, ponieważ daje ona mnóstwo radości. (Vanessa)

Z

DT-4 Sp. z o.o. Ul. Środkowa 20/12 05-510 Konstancin - Jeziorna tel: 22/886-55-83 www.dt4.pl

Na tropie niewidzialnej materii

daniem astronoma Michała Różyczki nazwa „ciemna materia” nie jest dość adekwatna, gdyż ten rodzaj ciemnej materii nie pochłania ani nie emituje promieniowania w żadnym z zakresów promieniowania elektromagnetycznego. Proponuje on, aby ten rodzaj materii nazwano „niewidzialną”. Pierwsze analizy wskazujące na istnienie ciemnej materii i to w dużych ilościach pochodzą z lat 30. ubiegłego wieku. Astronom Fritz Zwicky doszedł do tych wniosków po zbadaniu gromady galaktyk COMA, która leży 350 000 000 lat światła od nas w gwiazdozbiorze Bereniki. Stwierdził on, że łączna masa źródeł grawitacji w tym obiekcie jest dużo większa od łącznej masy świecącej materii. Łączne pole grawitacyjne gromady musiało być silniejsze niż grawitacja pochodząca ze świecącej materii, gdyż gromada nie rozpadała się, choć powinna, gdyby dodatkowej materii nie było. Hipoteza ta została zignorowana. Jednak za 40 lat do podobnych wniosków doszli inni uczeni. Na przykład z obserwacji gwiazd w zewnętrznych rejonach galaktyk wynikało, że poruszają się zbyt szybko, aby siła grawitacji wewnętrznych obszarów powstrzymała je przed opuszczeniem rodzimej galaktyki. Coś musiało je zatrzymywać. Takie wyniki obserwacji pojawiały się wie-

REKLAMA

Generalne Wykonawstwo w zakresie robót ziemnych, drogowych i sieci zewnętrznych w oparciu o zespół doświadczonej kadry inżynierskiej i bogate zaplecze sprzętowe

HOBBY

lokrotnie. W związku z tym nastąpiła potrzeba weryfikacji teorii budowy Kosmosu. Z obliczeń wynikało, że owa nieznana forma materii, będąca źródłem grawitacji, stanowi znaczący składnik Wszechświata. Niektórzy naukowcy sądzą, że nie ma potrzeby odwoływania się do istnienia ciemnej materii, gdyż zjawisko da się wytłumaczyć prawem ciążenia Newtona. Teoria ta była modyfikowana i miała swoich zwolenników. Zagadnienie istnienia bądź nieistnienia ciemnej materii wróciło w 2006 r. Wynikło ono z analizy pola grawitacyjnego gromady galaktyk 1EO657-558, leżącej w gwiazdozbiorze Kil w odległości 3,5 miliarda lat światła. Z mapy tej wynikało, że najsilniejsze źródła grawitacji leżą poza obszarem największej koncentracji świecącej materii. Jeszcze większym dziwolągiem jest odkryta w 2007 r. „galaktyka widmo”. Materia tej galaktyki nie zbiera się w gwiazdach, lecz w wielkich obłokach, które krążą wokół wspólnego środka grawitacji. Z obliczeń wynika, że wymagana masa ciemnej materii niezbędna do utrzymania tego tworu przewyższa aż 1000-krotnie zwykłą materię. Szacuje się, że w naszej galaktyce ciemnej materii jest 10 razy więcej niż materii świecącej. (EZ)

Żrodło: Michał Różyczka, Ślady nowych cząstek elementarnych, Świat Nauki nr 6/09


POLSKA - ŚWIAT

str. 18

„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

Polonia w Nowej Zelandii

Rozmowa z Marylą Penlington, prezesem Stowarzyszenia Polaków w Auckland  Kiedy w Nowej Zelandii pojawili się pierwsi osadnicy z Polski? - W 1772 w drugiej wyprawie kapitana Jamesa Cooka do Nowej Zelandii udział wzięło dwóch polskich (pochodzących z Tczewa) botaników: Jan Rajnold Foster i jego syn Jan Jerzy Adam Foster. Następnym Polakiem był Edmund Strzelecki, który spędził 3 miesiące w Hokianga i w Bay of Islands, skąd też wybrał się do Australii, gdzie zdobył najwyższą górę na kontynecie i nazwał ją Górą Kościuszki. W 1872 roku niemiecki statek „Friedburg” przybył do Christchurch z pierwszymi polskimi osadnikami na pokładzie. W związku z tym, że pierwsza emigracja przypadła na czas rozbiorów, Polacy zazwyczaj byli klasyfikowani w oficjalnych zapisach jako Niemcy, Rosjanie lub Austriacy, bardzo rzadko zaś jako niemieccy Polacy albo rosyjscy Polacy. W roku 1921 odbył się w Nowej Zelandii spis ludności, w którym 1620 osób stwierdziło, że Polska była krajem urodzenia ich ojca.

której zostały przewiezione i zakwaterowane). Dość dużo z tych osób jeszcze żyje, ale są to osoby w podeszłym już wieku. Są one bardzo przywiązane do siebie, jako że byli dla siebie jak rodzina, mieli tylko siebie i na sobie polegali. Do tej pory wspominają dawne czasy i żyją historią. Z inicjatywy tej imigracji została np. ufundowana pamiątkowa tabliczka Ofiar Katynia, wmurowana w Katedrze św. Partyka w Auckland. A miało to miejsce w czasie, kiedy w Polsce nadal się o tej sprawie nie mówiło... Ta grupa wybudowała Dom Polski w Auckland. Każdy z członków Stowarzyszenia dobrowolnie oddawał jedną tygodniową pensję miesięcznie na cele budowy Domu! Ten DOM to był ich DOM! To było miejsce spotkań, radości i smutków życiowych większości z nich. Po II wojnie światowej do dzieci dołączyło 500 członków ich rodzin, którzy w tym czasie byli poza Polską. Dodatkowo w latach 1949 - 1952 około 850 wysiedleńców polskich osiedliło się w Nowej Zelandii. Byli to Polacy rozproszeni wcześniej w obozach koncentracyjnych i obozach pracy.

Jaki wpływ na sytuację Polonii miał wybuch II wojny światowej? - Druga fala imigracji to czasy II wojny światowej i wywóz polskich dzieci z Rosji. Rząd Nowej Zelandii wystosował oficjalne pismo z zaproszeniem, następnie 734 dzieci zostało przewiezionych z Persji na amerykańskim statku wojennym General Randal. Ta grupa znana jest jako Dzieci Pahiatuły (od nazwy miejscowości, do

Kolejna fala emigracji zapewne związana była ze stanem wojennym? - Stan wojenny nie odciął całkowicie Szwecji od Polski. Tak, sytuacja w Polsce miała wpływ na to, że ponad 10 000 uchodźców napłynęło do Austrii, co stanowiło znaczne obciążenie dla tego kraju. Austria zwróciła się o międzynarodową pomoc do ONZ. W roku 1981 rząd nowozelandzki udzielił zezwolenia na przyjęcie trzech 100-osobowych grup Polaków z austriackiego obozu uchodźców do Nowej Zelandii.

REKLAMA

W jaki sposób zorganizowana jest Polonia obecnie? - Obecnie w NZ jest dość dużo rożnych grup polonijnych, mniejszych czy większych. Jest bardzo silna grupa w Wellington. Działają tam też grupy taneczne: dziecięca i dorosłych. Inne grupy polonijne działają w Christchurch, Dunedin, Taranaki, New Plymouth, Hamilton, no i oczywiście w Auckland. 

Jak potoczyły się Pani losy, że zamieszkała Pani w Nowej Zelandii i kieruje Stowarzyszeniem Polaków w Auckland? - Jak się potoczyły moje losy, że zamieszkałam na końcu świata? Nie tak dramatycznie jak innych, nie uciekałam przed wrogami... Zawsze marzyłam, by zobaczyć Nową Zelandię, a potem to mogłam spokojnie umierać : ) Ale życie spłatało mi figla (to już zupełnie odrębna historia) i w pewnym okresie mojego życia skorzystałam z komunikatora internetowego... zaczepiłam jednego dostępnego 

„gadacza” i po jakimś czasie okazało się, że był on z Nowej Zelandii. Po 10 miesiącach internetowego gadania Warren postanowił przylecieć do Polski, by zobaczyć kraj (bardzo dużo wiedział o Polsce i jej historii) i mnie przy okazji – lub odwrotnie, tego się nigdy nie dowiedziałam : ) Przyleciał, pozwiedzał najważniejsze dla niego miejsca (Gdańsk - Starówka Gdańska, Westerplatte, Stocznia Gdańska, Wilczy Szaniec w Gierłoży, Zamek Krzyżacki w Malborku, Warszawę), potem oczywiście wrócił do NZ. A potem postanowił przenieść się do Polski na stałe i mieszkał tu prawie 2 lata. Niestety, życie obcokrajowca, nawet ożenionego z obywatelką polską, nie było łatwe. Brak znajomości języka polskiego również nie pomagał. Zmuszony był wrócić do NZ. A ja musiałam podjąć decyzję, czy zostać w kraju, czy też wybrać wyjazd. A jak to się stało, że zostałam Prezesem Stowarzyszenia Polaków w Auckland? Prawdę powiedziawszy, sama nie wiem! Prowadziłam swoją firmę (znałam angielski, nie miałam żadnych problemów z porozumiewaniem się, pomocne okazało się również posiadanie męża Nowozelandczyka), sprowadzałam produkty z Polski (polskich producentów) i propagowałam nasze! Któregoś dnia w moim sklepie pojawił się inny Polak, potem przyniósł mi wniosek i zaproponował, bym zapisała się do Stowarzyszenia (było to 7 lat temu). Nie działałam wiele, 3 lata temu zaproponowano mi funkcję sekretarza. Przyjęłam. Wraz z dwójką innych członków zarządu postanowiliśmy walczyć o rozwój Stowarzyszenia. Widocznie coś musiałam zdziałać, skoro w tym roku wybrano mnie prezesem. Nie jestem zbyt pokorna, lubię walczyć. Nie lubię tzw. przetrwania, to miałam przez całe moje życie w Polsce i być może to było jednym z powodów, dla którego dano mi i osobom ze mną współpracującym szansę ożywienia Polonii aucklandzkiej. Jesteśmy znacznie bardziej aktywni niż poprzednio. Nie chcemy zapomnieć ani historii Polski, ani historii Dzieci z Pahiatua. Mamy tu dużo polskich par małżeńskich, których dzieci uczęszczają do naszej szkółki polskiej. Mamy dużo par mieszanych, których dzieci urodziły się poza Polską i ich rodzice pragną, by dzieci wiedziały coś o ich krajach... Moj mąż, Kiwi (tak potocznie nazywa się Nowozelandczyków), jest dumny z żony Polki, z dzieci Polaków (moja starsza trójka) i dwójki Kiwipolaczków (mamy również dwoje młodszych dzieci) i nie chce, by maluchy nie miały pojęcia o Polsce, chce, by nauczyły się polskiego. I o to walczymy - by Polska była tutaj Polską, by mowa polska nie zginęła, by tradycje przetrwały... 

Dziękuję za rozmowę

rozmawiał Jarosław Kozakowski


„Dobry Znak” nr 14(49) 6 sierpnia 2010

str. 19

REKLAMA

ROZMAITOŚCI

Robert T. Preys

Daj przyjacielowi Dobry Znak...

Dwutygodnik „Dobry Znak” 05-200 Wołomin ul. Kościelna 16 telefon: 22 787 32 06 www.gazetadobryznak.pl e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl reklama: 22 787 32 06 lub 503 168 783 reklama@gazeta-dobryznak.pl

Orędzie

Rozdział I - Szefie, co zrobić z sygnałem, który jest emitowany z uszkodzonej anteny? - zapytał technik. - A co proponujesz? Wyłączenie sygnału nadawczego docierającego do anteny zbierającej w satelicie jest niemożliwe. Utracimy wtedy wszystkie programy w danym paśmie przenoszenia, a jest ich ponad dwieście. - Dobrze, zostaw to, przynajmniej na razie. Niech idzie w kosmos. Może zielonym ludzikom spodoba się jakiś film. - Na przykład „Marsjanie atakują” - dopowiedział jeden z obserwatorów. Nie wiadomo dlaczego cały zespół będący w sali ośrodka parsknął śmiechem. Pewnie to skutek odrobiny adrenaliny i napięcia, które ustępowało i w rezultacie dało efekt odprężenia. W końcu mało się działo w ośrodku, praktycznie każdy dzień pracy wydawał się taki sam. Jakby spytać pracowników, co robili dokładnie pół roku wcześniej, odpowiedź każdego byłaby taka sama. Większość dokładnie co piętnaście minut każdego dnia wykonuje stale te same czynności. Procedura, schemat działania i powtarzanie czynności – bez znaczenia, czy jest to poniedziałek, środa czy niedziela. DWA LATA PÓŹNIEJ

OGŁOSZENIA DROBNE

Szanowni Czytelnicy Informujemy, że kolejny numer „Dobrego Znaku” będzie dostępny od dnia 23 sierpnia 2010 r. we wszystkich placówkach Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo - Kredytowej w Wołominie, (lista adresów placówek na ostatniej stronie gazety) w sieci sklepów „MOKPOL” w Warszawie, sieci supermarketów „Polo Market” oraz w wybranych placówkach „SPOŁEM” WSS Śródmieście (SDH „Sezam”, SDH „Hala Mirowska”, „LUX” Marszałkowska 76, Mokotowska 67, Solec 46 i 66, Krakowskie Przedmieście 16/18, gen. Andersa 25).

Studentka Pedagogiki zaopiekuje się dzieckiem na terenie Węgrowa i okolic. Udokumentowane doświadczenie w pracy z dziećmi. tel.: 797 054 127

Stancja dla dziewczyny pracującej. Łomża. Tel. 505093999

Poszukuję pracy biurowej w banku na terenie Sokołowa i Węgrowa. Spełniam wymogi zatrudnienia interwencyjnego, tel.: 696 714 596

zespół redakcyjny 

Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa w Wołominie zatrudni dysponenta do placówek w Warszawie. CV prosimy przesyłać na adres: sekretariat@skok.wolomin.pl Tartak obwoźny. Tel. 668 372 552 Gabinet kardiologiczny „Nasze Serce” nawiąże współpracę z lekarzami specjalistami innych dziedzin medycyny. Warszawa Ochota, ul. Pruszkowska 4c/1a, tel. 22 823 22 12 (godz. 13.00 - 20.00) lub 607 645 363. www.gabinetnaszeserce.pl

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o. Adres redakcji: 05-200 Wołomin ul. Kościelna 16 telefon: (022) 787 32 06 adres internetowy: www.gazetadobryznak.pl e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl reklama: (022) 787 32 06 lub 503 168 783 reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Iza Bońska Skład i łamanie: Klementyna Tomza, Szymon Plasota Druk: Presspublica Spółka z o.o. w Warszawie, Drukarnia Warszawa-Print, ul. Drukarska 2, 05-090 Raszyn-Jaworowa

Mężczyzna w średnim wieku szuka interesującej pracy. Doświadczenie: usługi detektywistyczne, wywiad gospodarczy, poszukiwanie osób. Tel. 502 924 679.

 

Zatrudnię osobę komunikatywną z własnym autem na stanowisko przedstawiciela handlowego. tel.: 791 749 755 lub 608 427 409 Zespół muzyczny. Tel. 668 372 552 Prywatny gabinet urologiczny dr nauk medycznych, Andrzej Kidawa, Warszawa - Praga, Plac Hallera 5, tel.: (022) 619 04 04

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 100 000 egz.

Sprzedam mieszkania w centrum Radzymina 73 m.kw. z działką, wszystkie media, cena: 260 000 zł, tel.: 669 653 944

Al mieszkał wraz z żoną i dwiema dorastającymi córkami na południu Francji. Jego żona Julia była dobrze wyglądającą czterdziestolatką. Pracowała w poradni dla małżeństw będących w stanie separacji. Miała do tego wrodzony talent. Pomimo wielu trudności potrafiła nawiązać kontakt ze zwaśnionymi stronami i doprowadzić w wielu przypadkach do porozumienia. Sprawy rozwodowe w ostatnim dziesięcioleciu były dość istotnym efektem kryzysu instytucji małżeńskiej w krajach bardziej rozwiniętych. Statystyki przerażały, prawie pięćdziesiąt procent zawieranych małżeństw ulegało rozpadowi. Rządy wraz z instytucjami kościelnymi wprowadzały programy popularyzowania stylu życia rodzinnego. Zaczęło przynosić to skutek: dwa lata temu odnotowano zahamowanie tendencji, a dane z zeszłego roku wykazywały wzrost utrzymywanych związków. - Kochanie, ty nawet jak sprzątasz, wyglądasz pięknie - rzekł Al, spoglądając kątem oka na Julię, która właśnie ścierała kurze. Jej gibkie ciało poruszało się jak w tańcu. Lubiła chodzić w ubraniu z domieszką lnu. Kiedy się pochylała, spodnie opinały pośladki, podkreślając piękną linię bioder. Czasami nie nosiła bielizny, więc wyobraźnia Aleksa pulsowała niczym w rytm muzyki Vivaldiego. Kochał ją do szaleństwa, często myślał, że im dłużej ją zna, tym bardziej jest nią zauroczony. Jedno było pewne, podniecała go niezmiennie, już od dwudziestu lat. Dobrze im było, a kilkudniowa zaledwie rozłąka przynosiła tęsknotę. - To chyba prawda, że rozstania są sprawdzianem uczuć - dodał po chwili, a ona odpowiedziała uśmiechem. Przełączał kanały telewizyjne, chcąc uchwycić coś ciekawego. Zmieniał obrazy, aż nagle zainteresował go widok notowań giełdowych. Miał dla zabawy i oszczędności część kapitału ulokowanego w akcjach. Na pierwszy rzut oka wydawały mu się jakoś nisko wycenione. Pamiętał pobieżnie wartości poszczególnych spółek i coś mu nie grało. Na ekranie ukazały się notowania spółek: ATS - 32 euro za akcję, DECORA - 148 euro za akcję. Przeliczył w pamięci: to chyba niemożliwe, akcje straciły od piętnastu do dwudziestu pięciu procent swojej wartości. Jeszcze dziś rano, kiedy sprawdzał, były dużo wyższe i miały tendencję wzrostową. Poczekał jeszcze chwilę na notowania najbardziej stabilnych akcji, jakie miał w BH Bank: tutaj sytuacja była podobna – spadek o jakieś piętnaście procent. Indeksy jednak wykazywały stabilność. Połączył się ze swoim maklerem, którego zapytał o sytuację na giełdzie. Ten odpowiedział mu, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje, wszystko jest stabilne i nie ma większych zmian.

c.d.n.



Dobry Znak