Page 1

Rafał Ziemkiewicz o „wyznawcach białych iałych bocianów” nów” str. 2

Dwutygodnik nr 2 (107) } 31 stycznia 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

W ROCZNICĘ STYCZNIA 1863

Hasło w „Encyklopedii powszechnej” Orgelbranda: Patryjotyzm to uczucie miłości ojczyzny, objawiające się godnie w światłem pojmowaniu jej zalet, zarazem też niedostatków, w gorącej obronie pierwszych, a usilnem dążeniu usunięcia drugich. Te słowa zapisano w 1865 r., tuż po upadku Powstania Styczniowego. „Pożegnanie Europy” (1894 r.), Aleksander Sochaczewski, zbiory Muzeum Niepodległości w Warszawie

Romuald Szeremietiew

Wtedy wiedziano, że trzeba ujawniać i wykorzeniać narodowe wady, ale trzeba też umacniać wszystko, co jest w nas pozytywne. To dlatego Henryk Sienkiewicz pisał swoje powieści „ku pokrzepieniu serc”. I dlatego Józef Piłsudski uważał, że gdyby nie Powstanie Styczniowe 1863 r., to nie byłoby polskiego czynu zbrojnego i zwycięstwa w 1920 r. W końcu minionego roku trafiła do mnie książka autorstwa pewnego socjologa i wykładowcy uniwersyteckiego opisująca charakter narodowy Polaków. Autor oparł swój wywód na dowolnie wybranych fragmentach dzieł literackich i opiniach wyrażanych na temat Polski i Polaków. Zajmując się problematyką historyczną, pomijał w rozważaniach fakty. O Polakach miały świadczyć poglądy i opinie „wybitnych autorytetów”. Przy czym początkowo było niewiadome, według jakich kryteriów autor

książki określał, kto jest „najbardziej znaczący” dla opisu charakteru narodowego Polaków. Autor rozpoczął wywód od oceny kilku narodów i już natychmiast okazało się, że na ich tle Polacy nie

wypadają dobrze. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy to naród porządny. Autor wspomina, że co prawda przez sześćset lat Niemcy były „pośmiewiskiem Europy”; obrazem bałaganu i anarchii oraz despotyzmu i gwał-

tu, ale - podkreśla - zdołali nad tym zapanować i w XIX w. stworzyli sprawne państwo. Do tego: „Cechą rdzennie niemiecką jest skłonność do autorefleksji i samokrytyki”. Inaczej niż Polacy, Niemcy potrafią uderzyć się we własne, a nie cudze piersi, mówi autor i z aprobatą cytuje słowa niemieckiej dziennikarki: Już tacy jesteśmy, że kiedy niszczymy ludzi, robimy to totalnie. A kiedy się z tego rozliczamy, to również totalnie”. Pracownik naukowy nie dostrzegł, jak bardzo inne narody muszą się namęczyć, aby skłonić Niemców do tego „rozliczenia”. Pochlebnie wypadają Rosjanie, którzy „pod wieloma względami są wielkim narodem”, skoro zbudowali imperium, gdy Polacy kolonizowali Białoruś i Ukrainę. dokończenie na str. 6-7


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Niefajne powstanie

Syty głodnego nie zrozumie

Rafał Ziemkiewicz

Mariusz Gazda Bardzo lubię tak zwane definicje ludowe, czyli przysłowia, powiedzenia, myśli niekoniecznie złote. Na ich trafność i uniwersalność mają wpływ doświadczenia pokoleń i weryfikacja czasu przez wieki. Jedne odchodzą w zapomnienie, inne pozostają niezmiennie prawdziwe i mądre. Służą do lepszego opisu otaczającej nas rzeczywistości. Do uniwersalnej oceny zachowań i podkreślania wagi słów. Dodają smaczku i uatrakcyjniają język. Powiedzenie syty głodnego nie zrozumie nie mówi o niczym innym jak o sytuacyjności ocen. Równie dobrze może opisywać taką okoliczność powiedzenie „punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia”. Syty głodnego nie zrozumie dodaje jeszcze opisywanej sytuacji elementu społecznego, chociaż obydwa mogą stosować się do buty osób sprawujących niepodzielną władzę. Oba wskazują na nierówność stron tak pod względem posiadania, jak i postrzegania. Oba mocno rozróżniają strony w opisywanej przez nie sytuacji. Taki właśnie stan rzeczy mamy dzisiaj w Polsce. Dysproporcja siły państwa i obywateli oraz buta i brak wyobraźni sprawujących władzę doprowadza do stanowienia złego prawa oraz do złego stosowania prawa ustanowionego. Obywatel w sporze z państwem zawsze stoi na przegranej pozycji. Obywatel zawsze ma przegrać. Bo nawet jeśli w rzadkich sytuacjach uda mu się wygrać, to przecież i tak to on ponosi koszty długotrwałych postępowań, zawiłych procedur i utraconego zdrowia. Państwo jak przegra, to i tak zapłaci z kieszeni podatników, a nie swoich. Państwo to my. Państwo nie ma innych pieniędzy niż nasze. Weźmy na przykład fotoradary na polskich drogach. Zostały zakupione za nasze pieniądze i postawione, aby łatać dziurę budżetową. Ale przecież minister Rostowski nie zapłaci za przekroczenie szybkości, bo wiezie go rządowa limuzyna, albo leci rządowym samolotem. Ba, minister, żaden poseł nie zapłaci, bo tak działa ten system. Fotki posłów z definicji lądują nie na ich biurkach, ale w koszu. Jak więc syty minister ma zrozumieć biednego podatnika, który latami pracował, płacił podatki i oszczędzał, żeby kupić sobie samochód. Od wartości zakupionego samochodu znowu zapłacił podatek. Samochód ma pozwolić mu intensywniej pracować na jeszcze wyższe podatki, a i tak od każdego zatankowanego litra paliwa zapłaci podatki i akcyzy. W paliwie płaci podatek drogowy. Na autostradzie zapłaci za przejazd. A jak go na autostradę nie stać, to pojedzie dłuższą, gorszą drogą. A tu następna danina, fotoradar znowu opróżni mu portfel jak kiedyś zbójcy na rozdrożach. Zbójcy mogli jeszcze pobić, władza nałoży tylko karne punkty. Najwyżej straci prawo jazdy. Do pracy pójdzie na piechotę. Tak, syty głodnego nie zrozumie.

Dlaczego niektórzy próbują zdezawuować Powstanie Styczniowe?

- Nasze państwo, a w dużej mierze sfera publiczna, w tej chwili jest zdominowane przez mentalność typową dla krajów postkolonialnych. Zawsze w kraju kolonizowanym pojawia się grupa ludzi, którzy wypierają się swojej kultury, są jej niechętni, uważają ją za podległą. Jest ich mniej lub więcej, są bardziej lub mniej wpływowi - w zależności od tego, jak długotrwała i brutalna była okupacja. Ich zdaniem skoro ktoś nas podbił, komuś lepiej się powodzi to znaczy, że my nie jesteśmy wiele warci. Taki problem psychologiczny dotyczy także ofiar przestępstw, szczególnie gwałtów. Można więc Polskę porównać do kobiety, która została zgwałcona i to wielokrotnie przez swoich sąsiadów i teraz zmaga się z kompleksem poczucia niższości. Ten sposób myślenia, rozpowszechniony wśród środowisk opiniotwórczych i elit rządzących, wyraża się namiastką ideologii, że Polska powinna być fajna. Rząd uznał, że nadęty biały orzeł zbyt poważnie się kojarzy i zaproponował, żeby Polska, promując się na świecie, posługiwała się logo w postaci białego bociana. To jest charakterystyczne dla „wyznawców białego bociana”, że się im nasze powstania bardzo nie podobają i uważają, że raczej jest to coś wstydliwego, o czym nie powinniśmy wspominać. Lepiej zajmować się rzeczami, które są fajne i ciekawe dla obcych. Mamy pokazać, że nie jesteśmy inni, ale europejscy czy światowi. Szukamy tego, co by nas do nich upodabniało i co oni by mogli zaakceptować. W tak rozumianym kanonie rzeczy fajnych nasze powstania się nie mieszczą. Uważamy to za coś niefajnego, kojarzącego się z cierpieniem, martyrologią, bohaterstwem. A bohaterstwo też nie jest uważane za coś pożądanego, jeśli nie doprowadziło do zwycięstwa. Dla takich „fajnych” Polaków nasza historia jest czymś, czego nie warto upamiętniać, o czym nie warto mówić. Niechęć do Powstania Styczniowego ma dokładnie takie same przyczyny jak niechęć do mówienia o wielu wspaniałych epizodach w polskiej historii. wysłuchała: Agnieszka Żądło-Jadczak

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

Złote myśli… Nie inaczej rzecz ma się z państwem, aniżeli z budynkiem; najświetniejsze apartamenta nie zawsze oddają najwięcej usług, piętra zaś niższe zwykły stanowić oporę dla wyższych, a kamienie zgoła niepozorne służyć całości za podstawę. Savinien de Cyrano de Bergerac

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 148 000 egz.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

Ucieczka z tonącego okrętu U Jan Maria Jackowski

Kilka dni temu Igor Mintusow, rosyjski ekspert od PR-u, doradca prezydenta Władimira Putina, w rozmowie z jednym z portali internetowych przyznał, że uwagi o gen. Andrzeju Błasiku pozostającym rzekomo pod wpływem alkoholu były główną strategią podczas pamiętnej konferencji Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK).

Mintusow był „mózgiem” konferencji w styczniu 2011 r., a to właśnie wtedy komisja MAK opublikowała raport nt. katastrofy smoleńskiej, w którym znalazły się „rewelacje” o generale. Błasik miał zmusić pilotów do lądowania na lotnisku Siewiernyj. Rosjanin przyznał, że podkreślenie roli „pijanego” generała było świadomym działaniem mającym na celu próbę odwrócenia uwagi od błędów Rosjan. Fakty docierające do opinii publicznej powodują

panikę w obozie rządzącym, który prawie natychmiast po katastrofie uruchomił potężny aparat propagandowy mający ukryć prawdę o tej tragedii. W tym działaniu również chodziło, by ukryć lub przynajmniej rozmydlić współodpowiedzialność administracji Donalda Tuska za katastrofę. Przecież organizatorem tragicznego lotu i stroną odpowiedzialną za nieprzestrzeganie procedur obowiązujących przy transporcie najważniejszych osób

w państwie była Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Jest takie przysłowie o szczurach uciekających z okrętu. Premier potwierdził, że jeden z jego najbliższych współpracowników Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera i minister - członek Rady Ministrów, a także osoba bezpośrednio zaangażowana w szczucie na śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego ma zostać ambasadorem Polski w Hiszpanii. Do tej pory Tomasz Arabski nie poniósł

Chory umysł czy głupota? Warszawski biznesmen z branży gastronomicznej postanowił nazwać swój nowy lokal „Piwnica u Fritzla”. Pomysł z piekła rodem nie był jednak pochodną niewiedzy o tym, kim był austriacki zbrodniarz. Rzutki przedsiębiorca, już kiedy rozpętała się niezła awantura z tego powodu, wyznał z rozbrajającą szczerością, iż był to chwyt… marketingowy.

HULAJ DUSZA… Nawiasem mówiąc, na tę przynętę złapało się ponad osiemset osób, klikając na stronie reklamującej restauracyjny przybytek „lubię to”. Nie chcę nawet się domyślać, czy z niewiedzy, czy też z przekonania, że to świetny pomysł… Austriak Josef Fritzl przez ponad dwadzieścia lat gwałcił własną córkę, zamordował syna i spędzi w więzieniu resztę swoich dni, skazany na dożywocie za liczne gwałty, czyny pedofilskie i morderstwo. Uczynienie z niego patrona lokalu gastronomicznego,

który miał zostać uruchomiony na jednej z najdroższych i najbardziej eleganckich ulic Warszawy, wywołało natychmiast medialną i internetową burzę. Opinia publiczna zadziałała w tym przypadku jak najbardziej czuły sejsmograf, wyłapujący dewiacje i ostrzegający przed przekroczeniem granicy, za którą czai się zło w czystej, najbardziej groźnej postaci, bo oswajanej przez pozbawionych jakichkolwiek zasad moralnych ludzi. Równie szybko zareagowali urzędnicy, którzy podpisali z gastronomem umowę na najem lo-

Aleksandra Jakubowska

kalu. Zawiadomiono prokuraturę, bowiem istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa opisanego w dwóch artykułach kodeksu karnego (o propagowaniu i chwaleniu zachowań pedofilskich oraz publicznej pochwały przestępstwa), a także unieważniono zawartą umowę najmu. Pomimo właściwej reakcji większości ludzi to wydarzenie jest już nie tylko dzwonkiem alarmowym, ale wręcz wyjącą

żadnej odpowiedzialności za swoje czyny, a nawet otrzymał awans, bo w pierwszym gabinecie Donalda Tuska był sekretarzem stanu, a w drugim został awansowany na ministra konstytucyjnego, choć mimo bardzo wysokiego miejsca na liście sromotnie przegrał wybory parlamentarne w Gdańsku zdominowanym przez PO. Dziś jest już niewygodny w otoczeniu premiera, więc za „zasługi” zapewniono mu miękkie lądowanie w Madrycie.

syreną, ostrzegającą nas przed przekraczaniem kolejnych granic demoralizacji, która krok po kroku zdobywa przyczółki chronione niegdyś przez powszechnie akceptowane normy. Brak poszanowania dla ukształtowanych przez wieki norm obyczajowych, kolejne próby kruszące mur, jaki one tworzyły, sprawia, że nie ma już żadnych świętości. Najbardziej intymne przeżycia i sytuacje stają się publiczną własnością, zamieniając niekiedy rzeczywistość, w której żyjemy w brudny, ordynarny i pełen grzechu dom, określany tym samym przymiotnikiem - publiczny. Dobrze, że tym razem granica okazała się szczelna. Oczywiście będą następne próby, zgodnie z przekonaniem, że „hulaj dusza, piekła nie ma”. Trzeba zatem zachować czujność i udowodnić tym wszystkim, którzy chcą nas unurzać w takiej kloace, że jeśli nawet myślą, iż piekła nie ma, to my im je stworzymy.


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Garść wiadomości z krainy wesołości Uzbierało się trochę ciekawych wydarzeń, które warto odnotować z satyrycznego obowiązku... Prezydent Komorski stracił wąsy. Wyłysiał pod nosem. To jedno z najważniejszych wydarzeń jego prezydentury.  Premier Tusk pochylił się nad losem polskiej rodziny na tle sympatycznego zdjęcia uśmiechniętych dzieci z rodzicami. Była to rodzina irlandzka. W Polsce nie udało się takiej znaleźć.  Ponieważ beton na lotnisku w Modlinie źle znosi mrozy, minister transportu Sławomir Nowak zaproponował rozciągnięcie nad pasem startowym brezentu.  Ambasador Sikorskiego w Chinach, niejaki Chomicki, wykonał numer taneczny na tle przeboju „Gangnam style”. Następny występ ambasado

ra w „Tańcu z gwizdami”. Fotoradary są ostatnią nadzieją rządu w łataniu dziury budżetowej im. Tuska. Kierowcy, ratujcie kraj, przekraczajcie szybkość!  Rząd ciągle odwleka ustawę o wydobyciu łupków, co hamuje inwestycje. Po prostu łupki są za trudne dla głupków.  150. rocznica Powstania Styczniowego nie zyskała uznania rządzącej koalicji. Uroczyste obchody władza planuje z okazji rocznicy Konfederacji Targowickiej.  W niszowych gazetkach spotyka się określenie: media mainstreamowe. Po co ta angielszczyzna? Po polsku mówiąc, są to media okupacyjne.  W nieustającym rankingu na szuję 

miesiąca prowadzi obecnie poseł Halicki lubujący się w znieważaniu Marty Kaczyńskiej.  Wybitni genetycy z Towarzystwa Weterynarzy Polskich (w skrócie TVP), dokonali udanego połączenia genów bydła i świni. Ciekawostka polega na tym, że efektem tej krzyżówki jest lis.  Rurka rozszerzona na jednym końcu nazywa się tuleja. Tuleja w sądzie, tulejki w mediach, stulejki w rządzie… Jakaś moda czy inwazja?  Przepisy o rocznym urlopie macierzyńskim dotyczą kobiet rodzących po 17 marca. Spowodowało to bunt „matek pierwszego kwartału”. Do buntu przyłączyły się płody. Kopią dużo mocniej.

Jan Pietrzak Pewna firma telefoniczna użyła do reklamy Lenina. Konkurenci już pracują nad wykorzystaniem Hitlera. Czym większy zbrodniarz, tym lepsza sprzedaż.  Przywoływanie czasów Gierka ma sens nie tylko dla SLD, dla rządu również. W latach 70. uchwalono ustawę o regulacji rzek, aktualną do dzisiaj - pogłębiamy dno i trzymamy się koryta!

Modlitwa przed podróżą Zwykle kiedy wyjeżdżam ze swojego domu, to przez cały pierwszy dzień odczuwam niepokój. Nie potrafiłem do dziś zrozumieć: dlaczego? Sławomir Sikora

Szukałem różnych interpretacji, od najbardziej absurdalnych do tych najbardziej racjonalnych. Dziś, dzięki spotkaniu w przedziale wagonu drugiej klasy pociągu relacji Poznań - Warszawa zrozumiałem, gdzie tkwiła przyczyna. We Wrześni dwudziestokilkuletnia dziewczyna wybrała mój przedział, byłem w nim jedynym pasażerem. Usiadła naprzeciw. Czas podróży jak zwykle upływał mi na nadrabianiu zaległości w czytaniu. Tym razem sięgnąłem po nowy tygodnik „W Sieci”. Zadałem sobie pytanie: ciekawe, czy znajdę w nim to coś, co odnalazłem w pierwszych numerach „Uważam Rze”. Skupiłem się na artykule Łukasza Adamskiego, który analizuje m.in. twórczość Johna Ronalda Reuela Tolkiena pod kątem wartości chrześcijańskich. Wyrażam swoją

skruchę, że nie miałem do dzisiejszego dnia świadomości, że Tolkien był Mężem Wierzącym, który każdego dnia ewangelizował i najważniejsze - robił to skutecznie. „Drużyna Pierścienia” czy „Hobbit” są w dzisiejszych, mrocznych dla chrześcijaństwa czasach skuteczną formą ewangelizowania szczególnie młodych ludzi, którzy w wielu bohaterach Tolkienowskich odnajdują chrześcijańskie wartości. Prawda, jakże subtelna forma ewangelizacji, powinniśmy uczyć się od Tolkiena. Dziewczyna sięgnęła po podręczną torebkę i zaczęła czegoś w niej szukać. Pewnie kolorowej prasy - pomyślałem. W końcu wyjęła ten sam tygodnik, który na odcinku Poznań - Września wypełnił moją podróżną przestrzeń. Jeszcze większe było moje zaskoczenie, kiedy od razu sięgnęła po artykuł o Tolkienie. Jechaliśmy przez kilkana-

ście minut skupieni na czytaniu. Pociąg zatrzymał się w Kole, nikt nie wsiadł do przedziału. - I co pani myśli o Tolkienie? - nawet nie wiem, kiedy zadałem pytanie. - Wielki pisarz. Mój brat, kiedy przeczytał „Władcę Pierścieni”, zaczął szukać więcej wiadomości o Tolkienie i rok później się nawrócił. - Niesamowite - odpowiedziałem. - Tak, my też w domu byliśmy

wszyscy zaskoczeni. Brat któregoś dnia przyszedł do mnie i położył przede mną „Władcę Pierścieni” i powiedział: siostro musisz przeczytać. Teraz piszę pracę magisterską o Tolkienie. - Czyli to, co napisał dziennikarz w artykule jest prawdą? - Tak, Tolkien nawet po śmierci ewangelizuje. - Nie znamy się, ale muszę coś pani powiedzieć - dziewczyna spojrzała na mnie zaciekawiona, skinęła głową. - Zawsze kiedy wyruszam w drogę, odczuwam niepokój, który niekiedy przeradza się w strach. Mimo że jestem zaprawiony w podróżowaniu jak mało kto. - A modli się pan przed drogą? - Nie. - To niech pan spróbuje. Mi zawsze pomaga. Teraz siedzę w poczekalni Dworca Centralnego w Warszawie i zapisuję słowa, które pewnie za jakiś czas uleciałyby w zapomnienie. Patrzę na miasto, w którym dawno nie byłem i uśmiecham się do siebie, kiedy pomyślę o Tolkienie.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5 Nie wiem, czy stosowanie tych pojedynków na miny jest dobre, ale jak na razie tak właśnie przebiega polityczny spór w Polsce. Za przykład podam inicjatywę prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego Janusza Piechocińskiego. Zaproponował tworzenie nowej formacji centroprawicowej. W Platformie Obywatelskiej wiedzą, że ta formacja odbierze głosy konserwatywnej części wyborców. Jak zapowiedział Janusz Piechociński, do tej inicjatywy ma przystąpić PJN, a nawet Solidarna Polska. I niezależnie od tego, co dzisiaj zwolennicy Solidarnej Polski myślą o PSL, jeśli nastąpi przestawienie sojuszy, to nikt nie pogardzi nowym rozdaniem, chociażby w kontekście ponownego zasiadania w Parlamencie Europejskim. Janusz Piechociński, idąc w jakimś sensie na wojnę z Platformą, doskonale wie, że aby wygrywać poszczególne bitwy, nie wystarczy jeździć na spotkania do prowincjo-

Takt taktyczny Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, walka o władzę nawet w koalicji rządzącej trwa. Partie zadają sobie ciosy, mimo że na zewnątrz wymieniają uśmiechy i chwalą dobrą współpracę. nalnych miasteczek, ale trzeba mieć żołnierzy, którzy potrafią stanąć przed kamerami ogólnopolskich telewizji. Takich żołnierzy nie brakuje w PJN czy Solidarnej Polsce. Rozpoczynając walkę, Janusz Piechociński jednocześnie nie może się nachwalić dobrą współpracą z Donaldem Tuskiem, stosując salonowe uśmiechy. Taki takt taktyczny pozwala działać, bez ryzyka otrzymywania zarzutów o agresję. Z kolei w szerszej perspektywie sceny politycznej po staremu. Na pierwszym planie kierowcy. Ich łupienie wydaje się dla rządu czymś

oczywistym. Przecież jeśli ktoś jedzie, to znaczy, że ma sprawny samochód, po przeglądzie, z paliwem w baku i ubezpieczeniem, a więc ma pieniądze. Dziwię się jednak, że Donald Tusk, tak troszczący się o strategię wizerunkową, daje się wciągnąć w dyskusję, która naraża go na krytykę. Musi być jakiś powód. Ktoś słusznie zauważył, że spór w sprawie fotoradarów teraz ma na celu wyeksploatowanie tego tematu na długo przed wyborami, żeby nie można było uderzyć w rząd podczas kampanii wyborczej. Ciekawe zjawisko zauważył, a raczej potwierdził redaktor z tygo-

Rafał Pazio dnika „W sieci”. Telewizja Polska zbliża się do ideału propagandy, pięknie podlizując się premierowi, który aby zdominować czołówki informacyjne, nie musi już nawet niczego zapowiadać, tylko wystarczy, że poda kilka zdań. „To może być gorące politycznie lato. W ostatnim dniu roku premier znów mobilizuje ministrów i powtarza: zmiany w rządzie możliwe za sześć miesięcy” - zacytowały „Wiadomości” TVP, zapominając o zwolnieniach w Tychach, bezrobociu czy upadku kolejnych dużych przedsiębiorstw.

Kto jest prymasem?

Piotr Uściński

Zapytaj dziesięciu znajomych osób o to, kto jest w Polsce prymasem, a kto przewodniczącym episkopatu? Odpowiedz sobie uczciwie, czy Ty to wiesz, drogi czytelniku. W czasach komunistycznych każdy, nawet ateista, wiedział, kto jest głową Kościoła w Polsce. Dlaczego nie wie tego dzisiaj większość ludzi chodzących co niedzielę do kościoła?

Przez lata „komuny” Kościół był jak wielki statek, który dzięki odważnym i mądrym kapitanom oraz oddanej załodze nie dawał się falom szalejącego sztormu. Na jego pokładzie ludzie nabierali nadziei na powrót dobrej pogody. Po 1989 roku, gdy pogoda wróciła, a statek dalej płynął obranym kursem załoga mogła nieco odpocząć. Dziś zaczynamy obawiać się o przyszłość rejsu. Okazuje się, że pasażerów ubywa, na pokład rzadko wchodzą nowi, bo nie widzą jasnego celu, w jakim płynie statek. Większość pasażerów, którzy są na pokładzie nawet nie wie, kto jest ich kapitanem. Część załogi nie ma już siły, brakuje nowych marynarzy. Statek zaczyna dryfować. To najwyższy

czas, aby zastanowić się nad ponownym wytyczeniem kursu i mobilizacją załogi do pracy. Przeciwnicy Kościoła twierdzą, że jego rola w życiu publicznym jest zbyt wielka, że nie powinien angażować się w sprawy bieżące. Od lat te same argumenty. Niestety, są one często przyjmowane przez członków Kościoła, zarówno duchownych, jak i świeckich. Trzeba się temu jednak przeciwstawiać. My, członkowie Kościoła, ludzie wierzący też mamy prawo do krytyki, do wyrażania swoich oczekiwań. Dlatego w imieniu swoim i wielu, bardzo wielu braci w wierze gorąco proszę: Niech Kościół bardziej angażuje się w życie publiczne! Niech komentuje sprawy bieżące! Niech

odważnie mówi nam, jak mamy żyć, jakie podejmować decyzje! Wreszcie niech nazywa wyraźnie: dobro dobrem, a zło złem! Jan Paweł II za bardzo ważne zadanie uważał katechizację dorosłych. Od lat dużo się o tym mówi, brakuje jednak działania. Nie wystarczy nauczać religii w szkole. Nie można dorosłych pozostawiać samym sobie. Nie wystarczy im coniedzielna homilia będąca jedynie komentarzem i wyjaśnieniem Słowa Bożego. To bardzo ważne, ale nie wystarczające. Ludzie dorośli potrzebują szerokiej wiedzy religijnej, potrzebują np. argumentów do obrony wartości w dyskusji w swoim środowisku. Nie każdy czyta prasę katolicką, mądre książki, nie każdy słucha katolickiej

rozgłośni. Ale ci, którzy co niedzielę są w kościele powinni spotkać się z odpowiednią wiedzą. Ileż ludzi zna np. stanowisko Kościoła w sprawie in vitro, ale go nie rozumie. Argumentem „to niegodne” nie są w stanie dyskutować w gronie znajomych. Kościół powinien dawać jasny przekaz, kawa na ławę. Wrócę do początku tego felietonu i pytania o prymasa. Badania pokazują, że tylko 15 % wie, kto nim jest. Coś się musi zmienić. Muszą pojawić się rozpoznawalne autorytety, musimy wiedzieć, kto wyznacza kurs. Kościół musi znowu się rozwijać. Rozpoczęty Rok Wiary niech będzie punktem przełomowym. www.uscinski.pl


6 / SPOŁECZEŃSTWO

„Melancholia” (1890 - 1894 r.) Jacek Malczewski, zbiory Muzeum Narodowego w Poznaniu

dokończenie ze str. 1

W rocznicę stycznia1863 wyraz naturalnej dla nich „troski o całą ludzkość”. Ostatnim narodem konfrontowanym z Polakami są Francuzi, którzy są po prostu eleganccy. Polak oczywiście taki nie jest, na pewno nie można go zaliczyć do natur eleganckich. Romuald Szeremietiew Także pozytywnie wypada ocena Żydów będących „narodem niezwykłym”. Oni potrafili swoje klęski, podobnie jak Niemcy, przekształcać w sukcesy. Polska pamięć o poniesionych ofiarach jest wadą, a w przypadku Żydów i Niemców to zaleta. Autor słowem nie wspomina o zbrodniach popełnionych na Żydach, natomiast podnosi, że powiązanie niemiecko-żydowskie „wytworzyło geniuszy”. Tłumaczy też udział Żydów w tworzeniu systemu komunistycznego jako

Po takim przygotowaniu autor stwierdza, że fatalny dla losów Polski wpływ ma położenie na wschód od Łaby i przywiąza-

nie do Kościoła katolickiego. Wg autora tereny znajdujące się na zachód to miejsce „cywilizacji przemysłowo-kapitalistycznej”, gdy na wschód od Łaby mamy biedę i zacofanie. Kapitalizm zaś powstawał tam, gdzie zapanował protestantyzm. „Zamiast zalecanej w Kościele katolickim bierności i pokory religia protestancka wymagała inicjatywy i odwagi w działalności gospodarczej”. W Polsce

Słowianie podobno „są nieprzewidywalni, mają awersję do racjonalizmu i prawa, wykazują skłonności anarchiczne, nie znają umiaru i powściągliwości, chcą tworzyć za pomocą słów, liczą na cuda i podarki; wolą cierpienie od wysiłku, szybciej działają niż myślą, biorą pragnienia za rzeczywistość, nadużywają alkoholu, przywiązują wagę do imponderabiliów, lubią popisywać się odwagą, wystawnością, łatwo ulegają paroli grupowej, tolerują bylejakość”.

protestantyzm przegrał i wraz z tym Polska straciła szansę awansu cywilizacyjnego. Błędem było też opieranie się naciskowi niemieckiemu (Grunwald 1410), bowiem to poddanie się Niemcom „byłoby dla Polaków korzystniejsze”. Autor opisuje „polski syndrom historyczny”. Termin zapożyczony z medycyny oznacza obraz choroby, zespół charakterystycznych dla niej objawów. Czytamy: W różnych opiniach, własnych i cudzych, Polacy uchodzą za infantylny naród błędnych rycerzy, który abstrahuje od prozy życia, wiecznie buja w obłokach, bardziej kieruje się emocjami i złudnymi nadziejami niż rozsądnymi kalkulacjami. Polacy cenili walkę, zabawę i modlitwę, a mieli w pogardzie pracę i dyscyplinę. Polaków gubi „przynależność do ethosu słowiańskiego”.


SPOŁECZEŃSTWO / 7 Słowianie „są nieprzewidywalni, mają awersję do racjonalizmu i prawa, wykazują skłonności anarchiczne, nie znają umiaru i powściągliwości, chcą tworzyć za pomocą słów, liczą na cuda i podarki; wolą cierpienie od wysiłku, szybciej działają niż myślą, biorą pragnienia za rzeczywistość, nadużywają alkoholu, przywiązują wagę do imponderabiliów, lubią popisywać się odwagą, wystawnością, łatwo ulegają paroli grupowej, tolerują bylejakość”. Kolejny objaw to słabość „rodzimego” mieszczaństwa, bo Polacy „nie chcieli bądź nie potrafili” żyć w miastach i zasiedlili je obcy, głównie Żydzi. Autor ma też za złe, że w Polsce nie było absolutyzmu; rzesze szlacheckie miały praw bez liku i nawet chan tatarski dziwił się, że polski król ma tak mało władzy. Z tym związany był kolejny objaw chorobowy - bardzo liczna szlachta. Car w Moskwie mógł rzucać swoich możnowładców na pożarcie psom żywcem, gdy król polski musiał przysięgać, że będzie przestrzegał praw ustanowionych przez sejmy. Objawem chorobowym okazał się wpływ Kościoła katolickiego, który hamował postęp. „Akcja spiskowo-niepodległościowa” też zmieściła się w „syndromie”. Nienormalnym okazało się też pojawienie się w miejsce zanikającej szlachty inteligencji, która przejęła jej wady. Autor ma za złe Polakom, że nie wywołali żadnej „rewolucji burżuazyjnej” i kończy wyliczanie objawów polskiej choroby uwagami na temat „ustroju socjalistycznego”, czyli komunistycznych rządów. I mimo tego, że „przywódcy mieli dobre intencje, pragnęli stworzyć system sprawiedliwości społecznej i równości społecznej”, w Polakach wzięły górę wady i przywary, więc komunistom nie udało się uszczęśliwić Polski. Na początku książki znajduje się anegdotka o żółwiu, który uległ prośbie skorpiona przewiezienia go przez rzekę. Początkowo nie chciał tego zrobić, bojąc się użądlenia, ale skorpion zapewniał,

Wg autora tereny znajdujące się na zachód to miejsce „cywilizacji przemysłowo-kapitalistycznej”, gdy na wschód od Łaby mamy biedę i zacofanie. że nie uczyni tego, bo uśmiercając dobroczyńcę, sam także by utonął. Jednak żółwia uśmiercił, gdyż „charakter jest silniejszy od rozumu”. Autor mówi, że taki silniejszy od rozumu jest polski charakter narodowy. Następnie twierdzi, że tworzy go siedem wzajemnie powiązanych cech: „labilność i słaba wola”, ba!, „...w XIX w. mówiono, że naród polski jest wręcz niepoczytalny”. „Przywiązanie do równości i wolności”, czyli „największy paradoks kultury szlacheckiej” bowiem „połączono dwie wzajemnie wykluczające się wartości - wolność i równość i razem uznano to za najwyższe w hierarchii”. Autor rezonuje: „Z reguły przecież wolność rodzi nierówności społeczne, a równość wymaga despotyzmu politycznego”. Doktor socjologii nie dostrzega, iż konstytucje państw demokratycznych zapewniają obywatelom wolność i równość, co nasi przodkowie jako pierwsi wprowadzili do porządku prawnego państwa. Dalej mamy „najbardziej kojarzącą się z polskością” przywarę, czyli „skłonność do sejmikowania”. Autor oburza się, że król nie mógł bez zgody sejmu podejmować istotnych decyzji, a do tego obywatele mogli sobie wybierać władcę w sytuacji, gdy inne narody europejskie nie miały takich możliwości. Wielokroć i bardzo krytycznie autor książki pisze o przywilejach szlacheckich, nie rozumiejąc, że w dawnej Polsce tak nazywano PRAWA OBYWATELSKIE. Kolejną fatalną cechą ma być „prymat walki i zabawy nad pracą”. Dziwaczny zarzut skoro sejm stanowił, iż podatki mogą iść tylko na wojny obronne w granicach Rzeczypospolitej, a działania zbrojne poza granicami mają być finansowane z prywatnej kasy króla. Natomiast co do „zabawy”, to autor chyba nie wie, iż tak nazy-

wano dawniej w Polsce wszelkie zajęcia, czyli właśnie pracę. Inne znaczenie używanych dziś słów odnosi się do wielu przypadków, np. kogoś „obmawiać” dawniej oznaczało go usprawiedliwiać, a słowo „kobieta” było obelżywe. Kolejnymi cechami polskiego charakteru mają być „wielkopańska duma i zawiść” oraz „kompleks niespełnionych możliwości”. Także ostatnia cecha polskiego charakteru „światopogląd tolerancji i nadziei” jest beznadziejna. Z opisu w książce wynika, że tolerancja była efektem słabej wiary, a Polacy byli tolerancyjni z lenistwa. Autor przytaczając różne opinie i zdania odnoszące się do Polaków czyni to stronniczo, wybierając te, które mogą nas pokazać w czarnych barwach. Mówi - było zawsze źle i tylko źle. Manipuluje opiniami bez ładu i składu, nie uwzględnia czasu historycznego, gdy one powstały, ani kto i dlaczego je formułował. Swoją wiedzę czerpie z prac publikowanych głównie w PRL, zwłaszcza w okresie stanu wojennego, gdy propaganda starała się wybić Polakom z głowy pragnienie niepodległości. Stronniczość autora ujawnia się także wtedy, gdy zobaczymy, kogo on cytuje, a jakie nazwiska i czyje opinie pominął. Nie znajdziemy Pawła Włodkowica, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Piotra Skargi. Nie ma wielkiego uczonego Feliksa Konecznego, brak znawcy Rosji Jana Kucharzewskiego i wybitnych filozofów Józefa M. Bocheńskiego i Mieczysława Krąpca. Tych, którzy dostrzegali polskie osiągnięcia - w książce brak, natomiast wrogów Polski jest bez liku. W końcowej części autor opracowania ogłasza, że godło Polski orzeł bielik to „tchórz, padlinożerca i prześladowca mniejszych od siebie istot”.

Polacy wypadają marnie przy Rosjanach, którzy mają niedźwiedzia, symbolizującego potęgę, wzbudzającego podziw i strach. Wg autora obok orła Polacy za symbol obrali lipę, „która w języku potocznym oznacza jednak, niestety, bylejakość…”. Natomiast drzewem Rosjan jest brzoza, a „brzozę wpuścić do lasu - to jak wilka do owczarni. Wszystkie drzewa wydusi. To straszny rozbójnik ta biała i niewinna brzoza”. Brzoza to nie to co lipa. Czyżby jedna z takich brzóz była pod Smoleńskiem w kwietniu 2010 r.? Moje uwagi zakończę słowami prof. Andrzeja Nowaka: Niewidzący w ojczyźnie żadnych zalet, bezpardonowi krytycy polskiej tradycji, zatruci głupią wobec niej pogardą czy lekceważeniem, tracą przez to i zdolność, i prawo do wskazywania jej niedostatków, do ich usuwania. Bo niszczą wszystko. Głęboko prawdziwie brzmią słowa Jana Lechonia o Polsce:

Wiem, że nie ucisk i chciwe podboje, Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem. Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje. I większej chwały, niźli być Polakiem. O tym powinniśmy pamiętać, wspominając bohaterów Stycznia 1863.


8 / HISTORIA

Mija właśnie 150. rocznica wybuchu powstania styczniowego: zrywu pełnego desperacji, krwawego, który prof. Maria Janion określiła bez złudzeń mianem „powstania najmniej romantycznego”.

Rzeczpospolita Podziemna 1863 Agnieszka Skórska-Jarmusz

Nierówne walki toczone były w niesprzyjającej porze (zaczęło się wcześniej niż planowano), na mrozie, w błocie, w zaroślach, wobec obojętności rządów zachodniej Europy i z nieprzejednanym wrogiem w postaci części własnego społeczeństwa za plecami (co zaborca cynicznie wykorzystywał). Powstanie, które militarnie nie miało prawie żadnych szans. Ale także powstanie, którego aspekt kreatywny z niesłychaną precyzją wskazał dowódca i polityk wybitny i zabójczo skuteczny, Józef Piłsudski. Pisząc - w studium zatytułowanym „Rok 1863” (z 1924 r.) - o konfliktach między poplecznikami margrabiego Aleksandra Wielopolskiego a zwolennikami „Białych” i „Czerwonych”, podkreślał Naczelnik: Rok 1863 dał wielkość nieznaną, wielkość co do której i teraz świat wątpi, gdy mówi o nas, wielkość zaprzeczającą wszystkiemu temu, co my o sobie mówimy, wielkość cudu pracy, ogromu siły zbiorowej, siły zbiorowej wysiłków woli, siły- nie „treuga Dei” szui zbiorowej, nie „treuga Dei” tchórzów, lecz „treuga Dei”, którzy w wielkiej godzinie, gdy palec Boży ziemi dotknął rosną w olbrzymiej pracy moralnej… I gdy jeszcze raz rzucam pytanie: wielkości, gdzie twoje imię? - znajduje odpowiedź: wielkość naszego narodu w wielkiej epoce 1863 r. istniała, a polegała ona na jedynym może w dziejach naszych rządzie, który nieznany z imienia był tak szanowany i tak słuchany, że zazdrość wzbudzać może we wszystkich krajach i we wszystkich narodach.

Manifestacja patriotyczna w Warszawie 8 kwietnia 1861 r., Tony Fleury, Muzeum Wojska Polskiego

Pierwsze polskie państwo podziemne Powstanie Styczniowe stworzyło pierwsze w dziejach podziemne państwo ze wszystkimi przynależnymi mu atrybutami. Rząd Narodowy, którego symbolem była pieczęć z połączonymi herbami Polski, Litwy i Rusi oraz hasłem „Wolność. Równość. Niepodległość”, miał pod swoimi rozkazami oddziały partyzanckie, ogłosił pobór do wojska, a lokalnym dowódcom zostawił swobodę w rekrutowaniu żołnierzy. Dysponował swoim skarbem (uchwalił nawet podatek narodowy), a prócz tego własną dyplomacją, prasą, środkami komunikacji i pocztą. Do grudnia 1862 r. Komitet Centralny

Narodowy rozbudował tajną policję narodową i struktury cywilne w 8 województwach i 39 powiatach. Minowano naczelników wojewódzkich i powiatowych oraz tzw. naczelników wydziałowych (wojennych, administracyjnych i skarbowych) i komisarzy do łączności z warszawską centralą. Komitetowi podporządkowały się analogiczne jednostki z terenów dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Warto pamiętać, że to do tradycji tego właśnie rządu nawiązało później Podziemne Państwo Polskie lat 1939-1945 i Armia Krajowa.

Kądziel dla niepartyzanta Rząd działał aktywnie i dynamicznie, zmierzając do niwelacji

przewagi wroga. Nie było to łatwe. Powstanie wybuchło bez właściwego przygotowania i poparcia społecznego. Początkowo podporządkowana rozkazom KCN tajna organizacja narodowa liczyła maksymalnie do 25 tys. żołnierzy. Tyle liczył rosyjski garnizon w samej tylko Warszawie. Naprzeciw polskich powstańców, wyposażonych w kilka tysięcy sztuk broni palnej stanęły świetnie uzbrojone rosyjskie jednostki liniowe w 66 batalionach piechoty, 24 szwadronach jazdy i 60 sotniach kozackich, łącznie około 100 tys. żołnierzy, dysponujących 176 działami. Różnica sił była porażająca, ale nastroje patriotyczne w narodzie szybko rosły, ocierając się niekiedy o formy fanatyczne. Znana jest anegdota o


HISTORIA / 9 pannie, która zamieściła w gazecie chełmskiej anons, iż posyła wymigującemu się od partyzantki mężczyźnie... kądziel. Skoro woli bezpiecznie siedzieć w domu, niechaj jak białogłowa przędzie... Niewiasty, takie jak nieposkromiona adiutantka Langiewicza, pół-Rosjanka zresztą, Henryka Póstowójtówna sięgały po broń. Przy takiej motywacji trudno się dziwić, że szeregi spiskowców nie stopniały wraz z pierwszym śniegiem. Ale też - przyznajmy - dochodziło do przymusowej „branki” żołnierzy do oddziałów powstańczych. Schwytani przez Rosjan wyznawali czasem, że działali w partyzantce wbrew własnej woli, czemu nie zaprzeczają dzisiejsi historycy. Styczniowy zryw wyzwoleńczy bynajmniej nie był jednorodny i jednowymiarowy, może dlatego tak silnie wrył się w wyobraźnię pisarzy. Nierówne siły przeciwników powodowały, że powstańcy uciekali się do form zwalczania wroga, w każdej innej sytuacji uznawanych za niehonorowe. Co prawda akty terroryzmu, radykalnego skrzydła „Czerwonych” jako metoda wyrównywania szans, zostały przez władze powstańcze potępione, gdy 2 maja grupa „sztylowników” zlikwidowała blisko współpracującego z Wielopolskim redaktora prorosyjskiego „Dziennika Powszechnego” Józefa Miniszewskiego. Rosyjska propaganda na zachodzie Europy przedstawiała powstańców jako skrytobójców zakradających się do pogrążonych we śnie domostw z nożem w ręku. Zabiegając o poparcie narodów, powstanie nie mogło sobie na to pozwolić. W czerwcu, pod wpływem nowego szefa Rządu Narodowego Karola Majewskiego złagodzono działania trybunałów rewolucyjnych, choć dowódcy oddziałów nadal nie patyczkowali się ze szpiegami i zdrajcami. Zbyt późno niestety podjęto próby przekonania do niepodległościowej sprawy chłopstwo. 31 lipca 1863 r. Rząd Narodowy w odezwie „Do Narodu i Ludów i Rządów Europy” zadeklarował: Moskwa nie ma żadnego prawa do panowania nad nami…Rząd Narodowy

starać się będzie, aby masy ludu wiejskiego w wiekowej odrętwiałości wytrącone, służbie ojczystej oddane, znalazły w tymże rządzie przewodnika na drodze do nowego bytu ekonomicznego i politycznego. Księża patrioci odczytywali z ambon prowłościańskie dekrety Rządu Narodowego, ale siła ich oddziaływania okazała się znikoma. W sierpniu impet powstańczy zaczął przygasać. Rząd Narodowy zaczął reorganizować podziemie, aktywizując parafialnych komisarzy i zamierzając powołać pospolite ruszenie mężczyzn w wieku od 18 do 41 roku życia. Zamiar spalił na panewce ze względu na brak kadr i carski terror. Ludność podjęła się kolaboracji z Rosjanami z wprowadzającymi na rozkaz namiestnika Fiodora Berga zasadę zbiorowej odpowiedzialności cywilnej.

Z Trauguttem na czele - Powstania nikomu nie doradzałem - zeznał Romuald Traugutt, jeden z najwybitniejszych jego przywódców, cieszący się niemal pełnym uznaniem społecznym. Były żołnierz armii carskiej w Wiośnie Ludów był po przeciwnej niż generał Bem stronie barykady. Do odejścia z rosyjskiego wojska skłonił go szereg osobistych tragedii. Zamierzał wieść spokojne życie, ale przeznaczenie chciało inaczej. Nie bez oporów dał się namówić na objęcie dowództwa partii kobryńskiej. Szereg sukcesów militarnych zjednał mu sympatię i poparcie. W lipcu zaoferował usługi

Rządowi Narodowemu. W sierpniu wyjechał z misją dyplomatyczną do Paryża, a 17 października przyjął oferowaną mu dyktaturę. Jako jedyny członek Rządu Narodowego był zwolennikiem bezkompromisowej walki. Stał się faktycznie zwolennikiem programu „Czerwonych”. Odbudował on centralne władze powstańcze, zreorganizował siły zbrojne powstania, tworząc jednolite korpusy. Próbował także zorganizować pospolite ruszenie chłopów. Starał się rozwinąć kontakty z rewolucjonistami włoskimi i węgierskimi . W grudniu 1863 r. wydał dekrety o bezwzględnym wykonaniu uwłaszczenia chłopów. Czuwać nad tym miały powołane przez niego specjalne organ administracyjno - sądownicze. 11 kwietnia 1864 został aresztowany, a 5 sierpnia po procesie stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej, wraz z czterema innymi przywódcami Powstania.

„Ofiary z roku 1863”, Lwów, Zakład Światłodruków

Ich legenda była fundamentem kolejnej ofiary, którą zdecydowali się ponieść Polacy w czasie kolejnej wojny i okupacji.

Śmierć legendy, narodziny legendy Jego kaźń w obecności przymusowo zebranych kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców Warszawy miała się stać odstraszającym przykładem i zniechęcić ich do dalszego oporu. „Kat zakładał stryczki z brutalną zwinnością, jeden po drugim - wspominała Maria Jehanee Wielopolska. - Pan Traugutt złożył ręce do modlitwy i patrzył w niebo, nie mrużąc już oczu. Pan Toczyski ucałował stryk, jak dawni męczennicy, i sam go sobie pchnął aż po krtań. Pan Krajewski uśmiechnął się do kata, który mu przewiązał brodę: wyciągnął ją spod stryka i ułożył na piersi czarnym wachlarzem. Gdy do pana Żulińskiego zbliżył się oprawca, panna stojąca obok mnie wspina się nagle na palcach i dziwnym, strasznym, szklanym głosem zawołała: - Bracie! Odwagi! Wówczas pan Żuliński zarumienił się lekko i skinął ku niej głowę, z niezmiernym dostojeństwem i miłością. Ujrzeliśmy, jak pan Traugutt patrzy na nas i że otwiera usta, aby coś powiedzieć - w tej chwili jednak trzasnął kat obcasem w schodki, na których pan Traugutt stał. Jeszcze czterokrotnie powtórzył się ten trzask, jak kanonada najstraszniejszych armat, a bęben zawarczał. Panna Żulińska padła pierwsza na kolana, a za nią runął cały tłum, wszyscy co do jednego, katolicy i Żydzi, bez krzyku, bez słowa. Tylko jedna pani Krajewska stała - szóste, nieruchome drzewo męki i wysoko nad naszymi głowami podniosła trzyletnie może dziecko, pokazując je wiszącemu mężowi. Wyście dużo zapewne widzieli pól, zasłanych trupami - ale nie widzieliście nigdy i nie zobaczycie takiego pola żywych ciał ludzkich, który wydawało się być polem umarłych…” Wstrząsająca, filmowa niemal scena została zapamiętana i mobilizowała do dalszej walki kilka pokoleń rodaków. Już w niepodległej Rzeczpospolitej ostatnich żyjących powstańców otaczano niezwykłym szacunkiem. Ich legenda była fundamentem kolejnej ofiary, którą zdecydowali się ponieść Polacy w czasie kolejnej wojny i okupacji.


10 / REPORTAŻ

Ratujmy kościoły łacińskie na rubieżach

dawnej Rzeczypospolitej

Obecnie na Ukrainie południowo-zachodniej (dawna Małopolska Wschodnia) znajduje się około 400 kościołów rzymskokatolickich. Pozostają bez opieki; opuszczone przez ludzi szybko popadają w ruinę. Jeżeli nikt się nimi nie zajmie - prawdopodobnie wszystkie znikną, a wraz z nimi wielki i ważny wkład Polaków w historię tamtych ziem. Bogdan Moroz Taka sytuacja jest prawdziwym policzkiem dla wciąż mieszkających tam Polaków kresowych wyznania rzymskokatolickiego, którzy czują się coraz bardziej spychani na margines życia religijnego i społecznego. A przecież do drugiej wojny światowej w tych kościołach całe pokolenia przeżywały najważniejsze chwile swojego życia: msze święte, chrzty, pierwsze komunie, bierzmowania, prymicje, śluby, wreszcie - żegnały swoich bliskich. W 1939 r. do Kościoła rzymskokatolickiego na tych terenach należało blisko 1,1 mln wiernych. W 28 dekanatach i 416 parafiach służyło 805 kapłanów. Zaczęły się jednak kolejne okupa-

cje sowieckie i niemieckie, a wraz z nimi wielkie spustoszenie na tych terenach. Okupanci, wykorzystując niesnaski i zaszłości historyczne, podjudzali ludność ukraińską do wystąpień przeciwko Polakom, co prowadziło do straszliwych zbrodni, potęgując wielkie straty ludnościowe i materialne wśród polskiej ludności .

Era dewastacji

Do chwili rozpadu Związku Sowieckiego trwała era świadomej dewastacji świątyń ze strony zmieniających się okupantów. Była to bezprzykładna w skali całej historii archidiecezji lwowskiej eskalacja zniszczeń, zbrodni, prześladowań wszystkiego, co było Boże i polskie. Rabowano, podpalano, burzono na-

sze kościoły i klasztory. W całym okresie wojny (a i po niej) rozkradano bądź niszczono wyposażenie tamtejszych świątyń. Jedynie niewielka część cennych przedmiotów została wywieziona przez osoby świeckie i duchowne do Polski w jej nowych granicach. Niektóre przedmioty sakralne trafiły do cerkwi prawosławnych, jeszcze inne były przechowywane przez katolików w domach bądź przenoszone do tych nielicznych świątyń, które nie zostały zamknięte. Po wojnie ateistyczne środowiska likwidowały ośrodki parafialne (około 98 procent) i ich fundament - kościoły i klasztory. Zrabowano też własność kościelną, przeznaczając ją na cele niesakralne. Dla wszystkich budynków o przeznaczeniu religij-

nym już od zakończenia wojny opracowane zostały nowe zastosowania do celów świeckich. Zamieniano je na: magazyny nawozów sztucznych, składy ziarna, magazyny towarów spożywczych, „domy kultury”, „muzea ateizmu”, szkoły, szpitale, biblioteki, kina, sklepy (w miastach), małe fabryczki, sale sportowe, biura kołchozów. W klasztorach tworzono więzienia. W sierpniu 1991 roku Ukraina odłączyła się od ZSRS.Tereny Małopolski Wschodniej i Wołynia znalazły się w granicach niepodległego państwa ukraińskiego, którego stolica, Kijów, uchodzi od wieków za bastion prawosławia. Dla Ukrainy kością niezgody stały się, spychane przez kilkadziesiąt lat na margines, problemy wynikające z braku wspól-


REPORTAŻ / 11 nej przeszłości i wspólnego rdzenia kulturowego ziem, które znalazły się w obrębie jednego państwa. Ale równocześnie państwo to stało się spadkobierczynią ZSRS w niedbałości i obojętności wobec wspólnej przecież chrześcijańskiej spuścizny kulturowej. Po przemianach ustrojowych na początku lat dziewięćdziesiątych stan budynków sakralnych nie tylko nie uległ poprawie, lecz się pogarsza. Państwo ukraińskie nie wykazuje dbałości o zabytki polskiej kultury, choćby z racji niedostatku pieniędzy. Zaś problemy dotykające polską spuściznę kulturową na dawnych polskich ziemiach nie są w Polsce dostatecznie nagłaśniane, a działań na szczeblu państwowym praktycznie nie ma. Część kościołów (około 50%) została oddana Kościołowi grekokatolickiemu i Cerkwiom prawosławnym, a nawet różnym sektom religijnym. Co dla samych budynków okazało się zbawienne.

Nędza, rozpacz i beznadzieja Pozostałe kościoły - jak wyżej napisaliśmy - pozostają opuszczone i znajdują się w opłakanym stanie, obracając się w niwecz. Nędza, rozpacz i beznadzieja to określenia najtrafniej obrazujące stan ich zachowania, o ile da się ten stan opisać słowami. Należałoby sobie wyobrazić kościoły, które powoli przestają nimi być. Wdziera się deszcz, śnieg, wiatr i mróz, niszcząc dach i stropy, które zapadają się pod własnym ciężarem; wieże się walą. Woda się dostaje w stare mury, które po tym pękają. Wiatr nanosi coraz większe ilości nasion i ziemi. W miejscu, gdzie kiedyś ludzie wielbili Boga, modlili się, jest rozrastający zagajnik. Trawy, krzewy, drzewa pożerają mury oraz dach kościoła. Otoczone niegdyś czcią i szacunkiem ołtarze, rzeźby popadają w ruinę. To samo się dzieje z nieraz unikalnymi malowidłami na ścianach i sufitach. Piękne sceny biblijne nieubłaganie nikną. Jeszcze tylko w górze patrzą na przybywającego aniołowie i święci. Najbliższe otoczenie wielu kościołów zarośnięte jest gęsto bujnymi chwastami, krzewami i drzewami. Nie są to zwyczajne świątynie, wiejskie sanktuaria modlitwy. Są to świadkowie minionych czasów. Czasów, w których na owych ziemiach

panowali Polacy. Kościoły zaskakują swoją różnorodnością. Jedne proste, z wieżą. Inne z kolei będące połączeniem świątyni z warownią. Pozostałości ołtarzy, ambon, balasek, balkonów, ław, figur, a nawet banalnych przedmiotów (jak drzwi) świadczą o znakomitej pracy miejscowych snycerzy; utalentowanych rzemieślników tworzących na chwałę Boga. Kościoły te na każdym kroku przypominają o swojej polskości. Wystarczy unieść głowę, by odczytać polskie napisy czy ujrzeć herby rodów polskich. Powoli, lecz skutecznie zarastających mchem, niszczejących bez odpowiedniej opieki. Zdecydowana większość ocalałych kościołów to te „sławne kaplice ks. Bilczewskiego”. Znamienity polski historyk Feliks Koneczny tak opisywał działalność abpa Bilczewskiego (1860-1923), gorliwego orędownika upowszechniania dostępu do miejsc modlitwy: Żeby Polakom było bliżej do kościoła i kapłana łacińskiego stawiał kaplice publiczne tam, gdzie nie starczyło na kościół; urządzał kościółki filialne, gdzie nie dało się założyć parafii, a gdzie nie dało się utrzymać duchowieństwa stałego, tam księża nasi

dojeżdżali przynajmniej w pewne oznaczone dni z nabożeństwami i z praktyką sakramentów św. Za rządów ks. abpa Bilczewskiego przybyło 6 nowych klasztorów męskich i 7 żeńskich, powstało 21 nowych parafii i 96 ekspozytur, kościołów zaś i kaplic publicznych przybyło 328. Wielka to cyfra. („Święci w dziejach narodu polskiego”, Feliks Koneczny).

Wysiłek i opór przodków pójdą na marne?! Wielu z kościołów na Kresach już chyba się nie da uratować. Na remonty tych, które są jeszcze w niezłym stanie, trzeba ogromnych pieniędzy. Ale są działania, które można podjąć od razu, bez wielkich sum. Wystarczy chęć ludzi, którym nie jest obcy los naszego dziedzictwa. Możliwe jest sukcesywne porządkowanie wnętrz i najbliższego otoczenia kościołów. W najprostszy sposób - poprzez usunięcie śmieci, gruzu i wycięcie samosiejek drzew oraz krzewów tak licznych wewnątrz, jak i wokół kościołów. Można by też naprawić dachy - tam, gdzie nie są one znacznie uszkodzone. Wypadałoby też przy każdym obiekcie posta-

wić tablicę informacyjną, a w miejscach, gdzie nie ma śladu po kościele - tablice upamiętniające. Wszystkie wymienione propozycje nie wymagają wielkich nakładów. Prace porządkowe mogłyby wykonywać pięcioosobowe (na przykład) grupy wolontariuszy pod kierownictwem fachowca. Każdy z obiektów mógłby być oczyszczony w okresie od jednego do pięciu dni. Pokażmy, że Polacy żyjący w kraju, ale i rozproszeni po całym świecie, pamiętają o swojej historii. Pozostali jej wierni; zaczynają pielęgnować dziedzictwo katolickie i kulturowe swoich przodków. Bądźmy lojalni wobec naszych Ojców i ocalmy te opisane wyżej ślady wierności Bogu i polskości! Jest jeszcze czas, by dać odpłatę za okres zniewolenia, za próby zabicia w nas katolicyzmu. Ale nie przez sianie nienawiści, rozpamiętywanie przeszłości. Lecz w postaci swoistych pomników, drogą, jeśli nie uratowania od unicestwienia, to choćby porządkowania wnętrz kościołów i ich bezpośredniego otoczenia, a także zabezpieczania przed zgubnym wpływem warunków atmosferycznych i osobami postronnymi.

Pomóżmy w akcji. Przywracamy pamięć! Fundacja Pomoc Polakom na Podolu, Wołyniu, Pokuciu i Bukowinie z siedzibą w Wałbrzychu (ponad 10 lat działająca na Ukrainie) stara się walczyć o uratowanie tych wspaniałych pomników architektury, a przede wszystkim - świadectw narodowego dziedzictwa. Fundacja przeprowadziła trzy eskapady fotograficzne, dzięki którym ma pełne rozeznanie usytuowania oraz stanu kościołów i posiada blisko 10 tys. profesjonalnych zdjęć 124 kościołów i kaplic rzymskokatolickich znajdujących się w województwach: tarnopolskim, stanisławowskim, lwowskim. W bieżącym roku zamierza przeprowadzić szereg akcji pn. „Przywracanie pamięci”. Mają one polegać na porządkowaniu wnętrz i bezpośredniego otoczenia tych obiektów. Istotą akcji jest przywrócenie czci tym świętym (mimo sprofanowania) miejscom; upamiętnienie naszych przodków, którzy wznosili omawiane świątynie; którzy przez sześć wieków trwali - mimo okrutnych prześladowań - przy wierze, języku, tradycjach i kulturze swoich Ojców. Fundacji zależy na ocaleniu tych jednoznacznych, niepodważalnych, prawdziwych (choć przeraźliwie ponurych) śladów i ostoi katolicyzmu oraz polskości. Takimi miejscami na Ukrainie są właśnie budowle katolickie i stare cmentarze (pozostające także w okropnym zaniedbaniu i zapomnieniu przez Polaków). Osoby, firmy czy instytucje pragnące podjąć się odbudowania czy restauracji omawianych wyżej obiektów sakralnych na Kresach, mogą liczyć na pośrednictwo Fundacji w zakresie: dowiezienia do danego kościola, umożliwienia spotkania z miejscowmi wladzami, a także pełnego poinformowania o stosunkach istniejacych na Ukrainie. Podzielimy się również bogatym doswiadczeniem odnośnie konkretnych działań w tamtejszych realiach. „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie”, przestrzegał Adam Mickiewicz. Pamiętajmy o tych słowach. Nie zapominajmy o naszym dziedzictwie!

Kontakt do Fundacji:

Fundacja Pomoc Polakom na Podolu, Wołyniu, Pokuciu i Bukowinie Biuro Zarządu, ul. Dmowskiego 20 lok. 2, 58-300 Wałbrzych (skr. pocztowa nr 98) KRS: 0000051961. Fundacja jest Organizacją Pożytku Publicznego. Telefony: + 48 698 572 825 + 48 880 906 224; numer „ukraiński” + 38 096 973 92 47 e-mail: biuro@podole.org www.podole.org


12 / WYWIAD

Podążając tropem rekonstrukcji historycznych, postanowiliśmy odnaleźć tych, których pasją jest wierne odtwarzanie realiów danej epoki. O współczesnych żołnierzach Napoleona, wierności historii oraz życiu yciu w dwóch światach naraz opowiada Szymon Pająk, kapral 12. Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego.

Jak w armii Napoleona

Jak zaczęła się Pana przygoda z Napoleonem? Jak się rozwijała? - W stolicy jego imperium - Paryżu. To tam, nad grobem Cesarza, pojawiło się niedowierzanie na widok rozmachu, z jakim został pochowany: marmury, kariatydy i ogromny sarkofag pod rozłożystą kopułą, a to wszystko w centrum fascynującego muzeum. Ziarna fascynacji epoką znajdowały się we mnie już wcześniej: Napoleon przebywał kilka razy w mej niedużej rodzinnej miejscowości (niegdyś Liebstadt). Po powrocie do kraju przeczytałem jedną, drugą, kilka książek, a gdy sama wyobraźnia karmiona literaturą przestała wystarczać, trafiłem na niedużą imprezę rekonstruktorską. Tam nawiązałem kontakty z ludźmi, którzy obecnie są moimi „towarzyszami broni”. 

Co pociąga Pana i towarzyszy w czasach napoleońskich? - Na pewno nie jest to jeden czynnik, jedna rzecz, która fascynuje. Myślę, że to trochę tak jak z miłością - do końca nie wiadomo dlaczego. Epoka napoleońska jest silnie powiązana z naszą własną historią. Czas przełomu dla kraju, gwałtowne zrywy ku niepodległości, wynikające z tego czyny zbrojne to nici, które bez-

pośrednio nas dotykają. Na listach dawnych żołnierzy odnajdujemy nasze nazwiska, żyjemy na terenach, na których ówczesne działania wojenne toczyły się z całą mocą. To wtedy też narodził się świat w tej formie, jaką znamy dziś. Z łatwością przychodzi nam identyfikować się z ówczesnymi ludźmi. Nie można pominąć charyzmy samego cesarza. Pamiętniki i wspomnienia mówią głosami żołnierzy, którzy na jego widok byli gotowi „wkręcić się w ziemię” (dosłowna wypowiedź), gdyby tylko dał taki rozkaz. Legenda, którą zbudowano mu za życia, podczas zesłania i która rosła po jego śmierci, jest ciągle żywa. Bezkompromisowość, lotność umysłu, taktyczny geniusz, polityczne wizjonerstwo, zdolność do przełamywania barier to jedne z tych cech, jakie magnetyzują sylwetkę cesarza.

Jak wygląda życie współczesnego żołnierza napoleońskiego? - Życie cywilne jest zupełnie zwyczajne: obowiązki rodzinne przeplatamy z obowiązkami przedstawiciela handlowego, programisty, pracownika serwisu napraw, pracownika naukowego i innymi. Diametralnie różne od codzienności jest życie wojskowe, rekonstruktorskie. Paradok

salnie nie zaczyna się ono na polu bitwy. Rekonstrukcja rozpoczyna się w głowie. Ona steruje naszymi krokami ku półce z książkami, ku mapom, którymi „poimy się” przed wyjazdem na imprezę rekonstrukcyjną. Zapoznanie się z kampanią, bitwą bądź też epizodem to integralna część wyprawy. Porównanie sytuacji sprzed dwóch stuleci z danymi dostarczonymi przez organizatora - miejscem obozowania, trasą ewentualnych przemarszów, lokalizacją inscenizacji potyczki. Skonfrontowanie ich z przekazem z historii uruchamia wyobraźnię, nadaje realizmu temu, co będziemy robić. Możliwość odnalezienia miejsca dowodzenia któregoś z wodzów, przemierzenia na własnych nogach szlaku przemarszu danego oddziału, dotarcie do jaru, wzgórza bądź symbolicznego krzyża, w których to lokacjach działo się coś z udziałem naszych protoplastów to wszystko czynniki, które pozwalają nam wczuć się w atmosferę rekonstrukcji. Mając rozeznany teatr działań, niejednokrotnie należy uzupełnić braki w wyposażeniu. Nasze aktywności nie ograniczają się do wyjazdów na same bitwy. Są też liczne oddolne imprezy, na których nie ma publicz-

ności, o których osoby spoza naszego kręgu wiedzieć nie mogą. Zaliczają się do nich przemarsze, gry wojenne, obozowiska itp. Zużywające się buty, spodnie, uszkodzenia broni, inne elementy ekwipunku - wszystkie wymagają konserwacji i regularnych napraw. Solą rekonstrukcji jest możliwość doświadczenia siebie w zderzeniu ze zorganizowanym długim marszem w pełnym rynsztunku, z obozowaniem w różnych warunkach (czasem w namiocie, czasem na kwaterze, a czasem pod chmurą), z gniewem podoficera próbującego nauczyć żołnierzy nowego manewru, z namiastką pola bitwy początków XIX wieku. Ten styk doświadczenia empirycznego z wiedzą nabytą z literatury jest silnie energetyzującym rekonstruktorów punktem. W połączeniu z towarzystwem starych i sprawdzonych kolegów, niejednokrotnie w bardzo malowniczych plenerach, przeżycia, jakich doznajemy na inscenizacjach są jednymi z piękniejszych momentów w życiu. Intensywność życia współczesnego napoleońskiego wiarusa zależy tylko od niego. Dbając o jakość swojego hobby, można potęgować pozytywne wrażenia. Drobiazgowa


WYWIAD / 13

dbałość o detale wyposażenia i wyglądu, unikanie tzw. chałtur, wierne wczuwanie się w pełnione w pułku role, pozwalają zapewnić sobie satysfakcję, wartościowy odpoczynek od trudów codzienności i wspaniałe wspomnienia. Do moich należą między innymi wieczór i noc w zagajniku pośrodku winnic w hiszpańskiej Estremadurze, gdzie celebrowaliśmy dziesięciolecie służby naszego Dowódcy, a także przemarsz na pole bitwy w 195. rocznicę bitwy pod Waterloo - kolumna wojska była tak długa, że wchodząc na szczyt wzgórza widać było czoło kolumny już daleko za szczytem następnego wzniesienia (malowniczość można sobie tylko wyobrazić). Dlaczego właśnie 12. pułk, a nie inna formacja? - W moim przypadku numer pułku nie podlegał kwestii wyboru. Miałem bowiem tylko dwie opcje - regiment pruski albo polski. Choć pochodzę z rejonu dawnych Prus Wschodnich, nie potrafiłem wyobrazić siebie w mundurze wojsk królestwa Hohenzollernów. Formacją, która po dokonaniu wyboru barw mi pozostała, była właśnie Grupa Rekonstrukcji Historycznej 12. Pułku Piechoty Księstwa Warszawskiego. Po kilku latach w kamaszach z kolegami z formacji, uważam, że lepiej trafić nie mogłem. 

Jak często bierzecie udział w rekonstrukcjach wielkich bitew? W których? - Jeśli mówimy o rekonstrukcjach wielkich bitew, to liczba imprez w roku nie jest wygórowana. Jest to zazwyczaj jedna albo dwie imprezy w roku. W naszej grupie do obowiązkowych wyjazdów zaliczamy zwykle rekonstrukcje w Lipsku 

(październik) i czeskim Sławkowie (Austerlitz; grudzień). Są to imprezy, które gromadzą setki uczestników. Jesteśmy w okresie tak zwanych „dwusetek”. Są to obchody dwusetnych rocznic wielkich zdarzeń z czasów epoki napoleońskiej. Organizowane z tego tytułu imprezy również trafiają do naszego kalendarza. Jeśli ponownie ograniczymy się do rekonstrukcji wielkich bitew, to w kalendarzu pojawia się zazwyczaj jedna, czasem dwie dodatkowe imprezy (wyjątkiem będzie rok 2013, kiedy będziemy obchodzić okrągłą rocznicę kampanii niemieckiej 1813 roku - bardzo bogatej w duże bitwy). Jeśli chcielibyśmy rozważyć rekonstrukcje mniejszego (i małego kalibru), to kalendarz wyjazdów robi się bardzo gęsty. Dla wyjątkowo zaangażowanych i wytrwałych rekonstruktorów możemy praktycznie raz-dwa razy w miesiącu zapisać w okienku kalendarza wyjazd na jakąś inscenizację. Nowy sezon zaczynamy już w styczniu i chcemy go zacząć z przytupem - w towarzystwie kolegów z Wileńskiego Pułku Muszkieterskiego (Lidzbark Warmiński) - będziemy maszerować (miejmy nadzieję, że w śniegu i zadymce jak zaszłego roku) po przedpolach miejsca bitwy pod Pruską Iławą. Miejsce, „historyczna” pora roku, wysiłek, starzy druhowie, a do tego profesjonalny komentarz doktora nauk historycznych (dowódca WMP) tworzą wspaniały klimat tej malutkiej, ale z każdym sezonem coraz większej i coraz ciekawszej rekonstrukcji. Jak wygląda wasz udział w takiej bitwie? Czy odtwarzacie wiernie wydarzenia? - Duża bitwa w Austerlitz wygląda inaczej niż ta w Lipsku, a ta jeszcze inaczej niż pod Borodino. Jeśli 

czasu nie brakuje, staramy się, poza samą inscenizacją bitwy, zmieścić w programie takie rzeczy jak: gotowanie posiłków dla całej grupy w specjalnym marmite (czyli kociołku), szkolenie rekrutów i „zasiedziałych” żołnierzy, pełnienie wart, odpoczynek przy ogniu, konserwację broni i ekwipunku, zwiedzanie miejsca (jeśli bywamy w nim rzadko), spotkania z rzadko widywanymi kolegami z innych grup i inne. Jeśli rekonstruujemy przemarsz jakiejś grupy wojsk (pamiętajmy, że wojsko napoleońskie przede wszystkim chodziło, do bitew nie dochodziło tak często jak można by sądzić), staramy się organizować go tak, jak by groziło nam podczas niego prawdziwie niebezpieczeństwo. Środki zaradcze jak wysyłanie pikiet, zwiady, ariergarda, czasem nawet wypytywanie przechodniów o widzianych przeciwników (jeśli przemarsz ma charakter pościgu z inną grupą rekonstrukcyjną), to wówczas standardowe elementy imprezy. Jeśli skupiamy się na „fachu żołnierskim”, czyli poszanowaniu regulaminów, nieużywaniu jakichkolwiek osiągnięć cywilizacji powstałych pod 1815 (no,... może prócz wynalazku doskonalszej destylacji), to staramy się być maksymalnie wierni. Ze zgodnością z przekazami pamiętnikarskimi i dokumentalnymi bywa różnie. Ogólnie panuje zasada, że im mniejsza rekonstrukcja, tym łatwiej o zachowanie wierności. Duże bitwy z natury rzeczy musimy traktować „symbolicznie”. Niejednokrotnie cała duża impreza może zgromadzić zaledwie tylu rekonstruktorów, ile 200 lat temu mieściło się w jednym pułku (czyli około 1000). Tegoroczna rekonstrukcja bitwy pod Borodino zgromadziła: około 3000 żołnierzy-rekonstruktorów i prawie 100 000 widzów, w rzeczywistym starciu wzięło udział około 250 000 żołnierzy. Jesteśmy zadowoleni, jeśli warunki pozwalają choćby w mikroskali odtworzyć linię frontu lub jakiś konkretny ruch wojsk z historycznego starcia.

Jakie są większe imprezy w naszym kraju? Jak prezentują się w porównaniu z innymi krajami? - W kalendarzu imprez polskich do największych na pewno możemy zaliczyć odbywające się co roku: oblężenie Twierdzy Kłodzko, manewry wojsk w Będominie, bitwę pod Jonkowem (k. Olsztyna), bitwę pod Heilsbergiem (czyli Lidzbarkiem Warmińskim). Nie różnią się wcale (lub niewiele) od imprez z innych krajów. Poziom organizacyjny jest na takim samym, wysokim poziomie. Z każdym rokiem obserwujemy pozytywne reakcje na uwagi rekonstruktorów i jakość organizacji stale rośnie. Imprez niestety jest mało, gdyż ich koszt spada zazwyczaj na samorządy. W czasach przedłużającego się kryzysu, wydatki na tę formę kultury są obcinane. Imprezy wówczas nie odbywają się (jak wspomniany Będomin) albo organizowane są w mniejszej skali. Szkoda o tyle, że na terenie Polski nie brakuje miejsc, gdzie można by pokusić się o powrót do tradycji rekonstrukcji albo też organizację dziewiczych imprez (na naszej stronie internetowej znajduje się dział „Cesarskim Śladem”, w którym sukcesywnie gromadzimy zapiski o miejscach z napoleońskimi konotacjami). Poza dużymi imprezami na naszym krajowym poletku jest naprawdę bardzo dużo imprez małych i niemedialnych (lub medialnych w skali bardzo lokalnej). Wbrew pozorom to one najbardziej ładują akumulatory satysfakcji większości rekonstruktorów. To na nich, jak wspomniałem, najłatwiej o pełniejszy wymiar rekonstrukcji i możliwość swoistej podróży w czasie. Tak więc fakt, że duże imprezy nie są liczne wcale nie znaczy, że nie mamy co robić, wręcz przeciwnie. Do przekonania się o tym, zapraszam... w nasze szeregi. 

Dziękuję za rozmowę. rozmawiał AS z portalu Kurier365.pl


14 / REKLAMA


PRAWO / 15

Informacja publiczna Karol Boński

Jedną z fundamentalnych zasad państwa prawa stanowi dostępność obywateli do informacji publicznej. Prawo to obejmuje szereg aspektów działań organów publicznych, które, rzecz jasna, doznają wielu ograniczeń. Szczegółowe regulacje dotyczące informacji publicznej określa ustawa z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej.

Należy wyjaśnić, iż zobowiązane do udostępniania informacji publicznej są władze publiczne oraz inne podmioty wykonujące zadania publiczne, a więc m.in. organy państwowe i samorządowe (ministrowie, burmistrzowie, wojewodowie itp.), jak również podmioty reprezentujące Skarb Państwa, a także organy samorządów gospodarczych i zawodowych. Udostępnieniu podlega informacja publiczna, w szczególności o polityce wewnętrznej i zagranicznej, podmiotach obowiązanych do jej udostępnieniu i zasadach funkcjonowania podmiotów, a także danych publicznych i majątku publicznym. Zaznaczyć należy, iż prawo do in-

formacji publicznej podlega oczywiście ograniczeniu - w zakresie i na zasadach określonych w przepisach o ochronie informacji niejawnych oraz o ochronie innych tajemnic ustawowo chronionych. Udostępnianie informacji publicznych następuje w szczególności w drodze ich ogłaszania, w tym dokumentów urzędowych, w Biuletynie Informacji Publicznej, wstępu na posiedzenia organów, a także udostępniania materiałów, w tym audiowizualnych i teleinformatycznych, dokumentujących te posiedzenia. W tym miejscu należy wyjaśnić, iż informacja publiczna, która nie została udostępniona w Biuletynie In-

formacji Publicznej lub centralnym repozytorium, jest udostępniana na wniosek. Oznacza to, iż uzyskanie interesującej informacji publicznej, np. treści decyzji administracyjnej w określonej sprawie może nastąpić po złożeniu stosownego żądania. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje w sposób i w formie zgodnych z wnioskiem, chyba że środki techniczne, którymi dysponuje podmiot obowiązany do udostępnienia, nie umożliwiają udostępnienia informacji w sposób i w formie określonych we wniosku. Jeżeli natomiast informacja publiczna nie może być udostępniona w sposób lub w formie określonych

REKLAMA

we wniosku, podmiot obowiązany do udostępnienia winien powiadomić pisemnie wnioskodawcę o przyczynach braku możliwości udostępnienia informacji zgodnie z wnioskiem i wskazać, w jaki sposób lub w jakiej formie informacja może być udostępniona niezwłocznie. Co do zasady udostępnienie informacji publicznej jest bezpłatne. Wyjątek jest przewidziany w sytuacji, gdy podmiot zobowiązany do jej udzielenia musi ponieść dodatkowe koszty związane ze wskazanym we wniosku sposobem udostępnienia lub koniecznością przekształcenia informacji w formę wskazaną we wniosku. Udostępnienie informacji publicznej stanowi tzw. czynność materialno-techniczną, podejmowaną przez podmiot powołany do jej udzielenia. Odmowa jej udostępnienia następuje natomiast w drodze decyzji administracyjnej. Oznacza to, że w sprawie jej wydania mają zastosowanie przepisy kodeksu postępowania administracyjnego i, co za tym idzie, osobie składającej wniosek o udzielenie tej informacji przysługuje prawo wniesienia odwołania.


16 / FINANSE

Szkoła Inwestowania nr 102

FRONTIER MARKETS - czyli nowe rynki wschodzące

Ogólna poprawa nastrojów, z jaką mamy ostatnio do czynienia praktycznie na wszystkich rynkach sprzyja śmiałym pomysłom inwestycyjnym. Pamiętając, by nie lokować w agresywne rozwiązania zbyt wielkiej części swoich środków możemy rozejrzeć się za ciekawymi tematami do własnego portfela. Bartłomiej Grochulski

Z oferty zagranicznych funduszy Templetona można wziąć pod uwagę unikatowe rozwiązanie inwestujące na tzw. nowych rynkach wschodzących („frontier markets”). Nazywamy nimi grupę małych, słabiej rozwiniętych i względnie trudno dostępnych rynków wschodzących, które charakteryzują się mniejszą płynnością i są na początkowych etapach rozwoju. Rynki te można w uproszczeniu porównać do takich rynków wschodzących jak Brazylia, Rosja, Indie czy Chiny sprzed dwudziestu lat. Zakłada się, że w przyszłości rynki te - a przynajmniej niektóre z nich będą miały coraz większe znaczenie, a w końcu staną się rynkami wschodzącymi w pełnym znaczeniu tego terminu.

Dlaczego warto inwestować na rynkach wschodzących? Jednym z ważniejszych czynników jest naprawdę solidny wzrost gospodarczy. Na wielu nowych rynkach wschodzących utrzymuje się cały czas bardzo mocne tempo rozwoju, szybsze na tle niektórych rynków wschodzących i znacznie szybsze na tle gospodarek rozwiniętych.

Nie do przecenienia są również korzystne trendy demograficzne sprzyjające konsumpcji. Nowe rynki wschodzące skupiają 17% światowej populacji, w porównaniu z 16% w przypadku rynków rozwiniętych. Duża populacja oznacza potężną bazę konsumentów. Ekspansja klasy średniej oraz spowolnienie wzrostu populacji przekładają się na wzrost dochodów na obywateli oraz rosnący popyt na produkty konsumenckie. Rosnąca konsumpcja daje tym gospodarkom potężną siłę nabywczą i potencjał wzrostowy. Ponadto korzystny wpływ na nowe rynki wschodzące mają i nadal będą miały znaczące inwestycje dużych rozwijających się gospodarek, takich jak Chiny, Indie, Rosja czy Brazylia.

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania

ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12

Należy też pamiętać o tym, że wiele nowych rynków wschodzących to kraje posiadające potężne złoża zasobów naturalnych. Wśród nowych rynków wschodzących jest wielu wiodących producentów ropy naftowej, gazu i metali szlachetnych, którzy mają wszelkie możliwości, by zyskiwać na rosnącym światowym popycie na te surowce. Co więcej, w miarę rozwoju gospodarek tych krajów, rosły będą także ich inwestycje w infrastrukturę, co będzie źródłem atrakcyjnych możliwości w branżach związanych z budownictwem, transportem, bankowością, finansami i telekomunikacją. Szalenie istotna jest także niewielka korelacja z rynkami światowymi dzięki dużej różnorodności. Stosunkowo niewielka korelacja nowych rynków wschodzących z rynkami światowymi umożliwia inwestorom dywersyfikowanie swych

portfeli inwestycyjnych; potwierdza to pięcioletni współczynnik korelacji pomiędzy indeksem MSCI Frontier Markets Index a trzema kluczowymi indeksami MSCI: MSCI World ex-U.S., MSCI U.S. i MSCI Emerging Markets. Co więcej, czynniki stymulujące wzrost gospodarczy nowych rynków wschodzących są zróżnicowane. Przykładowo, Botswana, jeden z największych na świecie eksporterów diamentów, wprowadza na swój rynek centra telefonicznej obsługi klientów i ośrodki przetwarzania danych. Z drugiej strony, Kazachstan, kraj bogaty w ropę i inne surowce naturalne, notuje znaczące inwestycje w rozbudowę infrastruktury. Tak duże zróżnicowanie tematów inwestycyjnych na nowych rynkach wschodzących gwarantuje dużą dywersyfikację portfela.


Dobry Znak  

nr 2 (107)/ 2013 cz1

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you