Issuu on Google+

Radosław Pazura: pomaganie odkrywa nas na nowo str. 10-11

Dwutygodnik nr 21 (126) } 21 listopada 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

Zbliża się 113. rocznica Nocy Listopadowej, która zapoczątkowała Powstanie Narodowe. Powstanie wielkich, niewykorzystanych szans i dziwacznych posunięć. Już sam jego wybuch, który przeszedł do historii jako Noc Listopadowa pełen był absurdów. Agnieszka Skórska-Jarmusz, Paweł Ludwicki

Wojna polsko-rosyjska

Chytry, elegancki car Aleksander umiał gładkimi słowy zjednać sobie, niedawno zakochanych w Napoleonie, Polaków. Lecz wyznaczeni przez niego zarządcy: arcyksiążę Konstanty, generał (też „napoleończyk”!) Zajączek i Mikołaj Nowosilcow swoją bezwzględną polityką budzą w społeczeństwie gniew. W nocy 29 listopada 1930 r. grupa podchorążych pod wodzą Piotra Wysockiego wznieca bunt. Chcą zabić Wielkiego Księcia. Konstanty salwuje się ucieczką z Belwederu. Złośliwi później twierdzą, że czmychnął… w kobiecych łaszkach. Nie wiadomo, czy to prawda, choć jeśli tak, straszliwie brzydka -prawdę mówiąc - była z niego niewiasta. Ale uszedł cało, ku utrapieniu Polaków (rok później umarł na cholerę, choć niektórzy twierdzą, że został otruty). Rozwścieczeni rebelianci maszerują przez Nowy Świat, nawołując do walki. Okiennice bogaczy pozostają zamknięte. Im jednak bliżej Starego Miasta pełnego biedoty, tym większy tłum romantyków, zwolenników szybkiego kresu Królestwa Kongresowego. Podchorążowie szukają doświadczonego dowódcy, pukają do drzwi starych napoleońskich wodzów, ale… nie spotykają się z poparciem, którego się spodziewali. Oponenci zostają zabici. Giną generałowie Hauke i Trembicki, Potocki, Siemiątkowski i Blumer, pułkownik Meciszewski i Józef Nowicki, zabity przez pomyłkę. Łut szczęścia miał tej nocy późniejszy bohater poezji Juliusza Słowackiego - generał Sowiński. On też nie wierzył w sens zrywu młodych ambitnych podchorążych, zawiedzionych w nadziei awansu, lecz zamachowcy patrzą na niego z pogardą. Nie będą żgać pod żebro,

ani ołowiem szpikować beznogiego kaleki. Na „Jenerała o nodze drewnianej” kostucha prawie rok poczeka - zginie w okopach Woli 6 września 1831 r., bo w końcu przystąpił do walki, co pewnie zrobiliby też ci pochopnie zabici, oceniani wcześniej jako ludzie honoru i odwagi. Car Mikołaj I każe im wystawić pomnik, zaprojektowany zresztą przez świetnego architekta, Antonia Corazziego. Osobiście wymyśla inskrypcję: Polakom w dniu 17/29 listopada 1830 roku poległym za wierność swojemu MONARSZE. Szczegółowo opracowuje ikonografię pomnika. Należy wybrać herby Królestwa Kongresowego - pisał - to jest dwugłowe rosyjskie z orłami polskimi na piersiach, ponieważ,(….) podczas wypadków, na pamiątkę których buduje się pomnik, Carstwo Polskie jeszcze miało swój herb własny. Pomnik - ideowe dzieło Mikołaja - miało być w jego intencji ostatecznym przypieczętowaniem właściwej likwidacji państwa polskiego. Warszawiacy okrzyknęli obelisk Pomnikiem Hańby, drwili, że „ośmiu lwów i czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków” i spluwali na przepojone wiernopoddańczą treścią tablice (dosłownie, nawet Maria Skłodowska-Curie się do tego przyznawała). A przekorni ogrodnicy, wykorzystali nazwę placu (plac Zielony), na który przeniesiono pomnik w związku z budową nowego soboru i obsadzili znienawidzony obelisk topolami, które rosną szybko, więc szczelnie zasłoniły go kurtyną listowia. dokończenie na str. 9


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Złośliwość losu w Platformie

Co z tą niepodległością? Mariusz Gazda

Rafał Ziemkiewicz

Kraj, który ma święto niepodległości i własną armię. Kraj, który ma granice i miejsce na mapie. Kraj, który ma hymn i flagę, a nawet święto flagi. Kraj, który ma reprezentację w piłce nożnej. Kraj, który ma media i szkolnictwo we własnym języku. Kraj, który w końcu ma własny rząd i własny parlament jest chyba krajem niepodległym. Chyba, ale czy na pewno? Święto Niepodległości upamiętnia powstanie państwa o innych ideałach i strukturze, a nawet innych granicach niż dzisiejsza Polska. Armia polska wraz z zapleczem administracyjnym zmieściłaby się na stadionie narodowym. Granice są tylko symboliczne, bo przecież tak naprawdę nikt ich nie strzeże. Całego hymnu nie potrafi chyba już nikt zaśpiewać łącznie z politykami z pierwszych stron gazet. Flaga używana jest do partykularnych interesów różnych grup - niekoniecznie w interesie i dla dobra Polski. Sądy i policja bardziej ścigają autorów epitetów skierowanych pod adresem polityków niż akty bezczeszczenia flagi narodowej. Reprezentację piłki nożnej przemilczę. Cisza nad trumną. Media może i są polskojęzyczne, ale czyich interesów bronią nie będę dociekał. A szkoły, no i cóż, że naucza się w nich po polsku, skoro jakość wiedzy wynoszonej przez młodzież jest tak niska. Tak, Polska ma rząd i parlament. Ale jakie te instytucje mają opinie i poparcie obywateli, którzy już nawet na wybory nie chcą chodzić. Nie chcą korzystać z podstawowego prawa demokracji, bo chyba już w tą demokrację nie wierzą. Cały system chwieje się i ośmiesza, więc jak organizacja oparta na tym systemie może mienić się niepodległą? Z przyzwyczajenia już tylko mówimy „państwo polskie”, a tak naprawdę państwo jest zawłaszczane przez grupy różnych interesów. Kto akurat wygra wybory, zaczyna od razu mówić w imieniu państwa. Chociaż w interesie państwa działa niespecjalnie. A na pewno nie realizuje podstawowych celów istnienia państwa. Nie chroni swoich obywateli, tylko ich łupi. Nie służy narodowi, tylko własnym interesom. Sprzedaje się obcym ideom i obcym interesom. Już kiedyś tak było. Ale my nie wyciągamy wniosków z własnej historii, a jeśli już wyciągamy je po szkodzie. Niepodległość to nie deklaracja rządu. Niepodległość to świadomość zwykłych ludzi.

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

nakład: 150 000 egz.

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam

Co chwilę powraca temat współpracy Unii Europejskiej z Ukrainą. Jednak, jak powszechnie wiadomo, Ukraina znajduje się pod silnym wpływem Rosji i w przypadku zawarcia umowy z Unią Europejską straci mocnego partnera, jakim jest jej wschodni sąsiad. Jak, Pana zdaniem, potoczą się dalsze losy Ukrainy? Jaką decyzję podejmie? - Sam fakt, że się o tym mówi, jest najlepszym dowodem na to, że Ukraina wcale nie jest pod takim silnym wpływem Rosji, jak przyjęto u nas uważać. Niestety, wchłonęliśmy jakąś zupełnie zgubną doktrynę, że jeżeli Juszczenko jest demokratą, a Janukowicz nie jest demokratą, to Juszczenko jest jedyną siłą prozachodnią na Ukrainie, natomiast Janukowicz musi być proradziecki. Tymczasem tu nie decydują sympatie demokratyczne mniej lub bardziej abstrakcyjne. Decydujące dla sprawy są interesy tzw. oligarchów, czyli tych klanów monarchicznych mających cele sprzeczne z celami rosyjskimi i to one w tej chwili są siłą, która stara się wyrwać Ukrainę ze strefy rosyjskiej. To oni znajdują partnerów w UE. To pokazuje, że polityka Putina, jakkolwiek brutalna do granic sadyzmu, jakkolwiek przejmująca bardzo ostrą i mocarstwową retoryką jest w gruncie rzeczy polityką mało skuteczną. Dla nas jest to oczywiście korzystne, żeby Ukraina była jak najbardziej od Rosji niezależna, choć jak się mówi, realizuje się to w sposób mało, według mnie, przypominający naiwne postulaty „Pomarańczowej Rewolucji”, bo bynajmniej nie jest zgodne z demokratyzacją Ukrainy, ani z jej przywiązaniem do tzw. europejskich standardów. 

Od kilku lat obserwujemy utratę kolejnych stanowisk przez Grzegorza Schetynę - najpierw statusu ministra spraw wewnętrznych i administracji, w 2011 - marszałka Sejmu, a kilka tygodni temu przegranej w wyborach partyjnych na Dolnym Śląsku. Czy świadczy to o upadku Schetyny? - Moim zdaniem świadczy to przede wszystkim o upadku PO i szczerze mówiąc jest potwierdzeniem takiego starego powiedzenia, że kto czym wojuje, od tego ginie. To właśnie Grzegorz Schetyna był egzekutorem Donalda Tuska i to jego rękami usunięto z Platformy wszystkich konkurentów, więc istnieje jakaś złośliwość losu w jego przypadku. To rękami Schetyny zbudowano w PO taką strukturę mafijną, jaką ta partia jest w tej chwili. Partię, która przestała mieć charakter obywatelski. Grzegorz Schetyna w pierwszym, jawnym głosowaniu na lidera partii na Dolnym Śląsku znacząco wygrał. Dolnośląskiej opozycji udało się unieważnić to głosowanie i przeprowadzić głosowanie tajne i w tym głosowaniu tajnym równie znacząco… przegrał. To moim zdaniem mówi wiele o tym, czym jest dzisiaj PO, jacy ludzie tam są, po co tam są, jakimi zasadami się kierują. Myślę, że Schetyna zostanie w szybkim czasie przez Tuska politycznie dobity, podobnie jak jego zwolennicy, ponieważ Tusk nigdy, w przeciwieństwie do Jarosława Kaczyńskiego, nie zapomina o tej mądrości - że nie wolno sobie zostawiać kogoś, kto ma powody nie lubić i mścić się na nas. Platforma zostanie jeszcze bardziej ujednolicona, zamieniona w ściśle podległą monarszą strukturę absolutystyczną, co sprawi, że będzie jeszcze mniej zdolna do jakiegokolwiek nowego otwarcia, odzyskania zaufania społecznego. Myślę, że jej koniec zbliża się coraz bardziej, znaczy nie jest jeszcze bliski, ale coraz bardziej przesądzony. 

rozmawiała: Emilia Piątek


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

Wbrew woli obywateli W Sejmie został odrzucony wniosek poparty przez milion obywateli o przeprowadzenie referendum ws. reformy edukacji.

Jan Maria Jackowski

Wnioskodawcy chcieli, aby obywatele mogli się wypowiedzieć w sprawie przymusu szkolnego dla sześciolatków, a także w kwestii przywrócenia pełnego kursu historii w liceach, stopniowego powrotu do ośmioklasowej szkoły podstawowej oraz czteroletniej szkoły średniej, a także ustawowego powstrzymania likwidacji szkół i przedszkoli. Pomimo niechęci rządu do przeprowadzenia referendum, większość Polaków jest za (63%), a badania przeprowadzone przez

Homo Homini mówią o 66 proc. obywateli nie akceptujących ani wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków, ani nowego sposobu nauczania w liceach, zgodnie z którym dzieci w liceum po pierwszym roku wybierają profil nauczania: ścisły lub humanistyczny. Znamienne jest też badanie pt. „Eksperyment - sześciolatki w szkole w ocenie rodziców i nauczycieli” przeprowadzone przez Pedagogium Wyższą Szkołę Nauk Społecznych. Wyniki są porażające: co drugi rodzic (58 proc.), który posłał już 6 latka do szkoły, dziś by tego nie zrobił. 30 proc. rodziców sześciolatków w szkole zauważyło, u swoich dzieci problemy z adaptacją w szkole, a połowa uważa, ze infrastruktura

szkolna jest nieprzygotowana dla maluchów. Te opinie pokrywają się z wynikami kontroli NIK, z których wynika, że jedynie co piąta placówka szkolna jest gotowa na przyjęcie małych dzieci. „Rzeczpospolita” ujawniła, że sześcioletnie dzieci znacznie częściej tracą entuzjazm do nauki niż te, które rozpoczynają szkołę rok później. Takie są wyniki badań, które na początku roku trafiły do Ministerstwa Edukacji, ale jako całkowicie sprzeczne z propagandą rządową zostały utajnione. W całej tej tzw. reformie wcale nie chodzi o dobro dzieci, ale o to, że ekipa Donalda Tuska nie potrafi zapewnić większej liczby miejsc w przedszkolach i w ten

sposób rządzący chcą oszczędzać na dzieciach. Poza tym chcą zmusić Polaków do dłuższej pracy, bo wcześniejszy obowiązek szkolny spowoduje, że przeciętny Polak będzie musiał pracować przynajmniej 45 lat, by dożyć emerytury. Rodzice są pierwszymi wychowawcami i oni, a nie państwo, powinni mieć prawo do decydowania, czy ich pociechy są gotowe do rozpoczęcia wcześniej edukacji. Karolina Elbanowska ze Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców, które jest inicjatorem akcji referendalnej, jasno przedstawiała istotę sprawy: „Jako obywatele, jako rodzice nie zgadzamy się na reformę robioną bez pieniędzy, bez przygotowania, bez planu i bez szacunku do dzieci oraz bez rozmowy z rodzicami. Nie było woli dialogu ani ze strony pani minister, ani premiera”. Dlatego referendum było najlepszym rozwiązaniem i posłowie powinni uszanować wolę obywateli. Niestety, w większości tego nie zrobili.

11 listopada 1918 roku Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Dzień ten został później uznany jako dzień odzyskania przez Polskę niepodległości. W tym roku Święto Niepodległości uczczone zostało licznymi uroczystościami w mniejszych i większych miejscowościach, w tym wieloma marszami, największym w Warszawie. Ambicje zorganizowania największego marszu miała kancelaria Prezydenta Komorowskiego, która w szranki rywalizacji stanęła już rok wcześniej z mizernym skutkiem. W tym roku wysłano tysiące zaproszeń do samorządów, organów administracji państwowej, szkół itp., itd. Jednak marsz prezydenta pod hasłem „Razem ku Niepodległej” mimo iż zgromadził oficjeli, służby mundurowe, reprezentacji różnych instytucji i działaczy PO, to nie nawiązał równorzędnej rywalizacji z organizowanym przez środowiska narodowe i prawicowe „Marszem Niepodległości”. Kilkadziesiąt tysięcy osób, w tym działaczy narodowych ale także mnóstwo zwykłych ludzi, całych

Polacy maszerują rodzin przeszło jak co roku aby poczuć się wolnymi, aby wspólnie śpiewać pieśni patriotyczne dzierżąc w dłoni polską flagę. Uczestnicy marszu byli naprawdę zadowoleni z jego przebiegu, nie mogli jednak zrozumieć przekazu medialnego jaki usłyszeli z TVN i innych mediów wieczorem. Otóż media głównego nurtu pokazały Marsz Niepodległości jako zadymę i wielką bijatykę. Jeszcze w czasie marszu można było usłyszeć o tych strasznych incydentach. Sam słyszałem w serwisie informacyjnym (chyba największego radia

w Polsce) te relacje. W serwisie tym oprócz negatywnych komentarzy dotyczących marszu pojawił się bardzo wnikliwy komentarz do informacji jakie o marszu przekazuje TV Trwam. W głosie reportera radiowego słyszałem niebywałe zatroskanie o to, że Toruńska telewizja przedstawia Marsz inaczej niż pozostali nadawcy. Faktycznie na Marsze Niepodległości przychodzi kilkadziesiąt tysięcy osób, a wśród nich pojawiają się osoby szukające zadymy, jest to jednak ułamek procenta uczestników marszu. Zresztą naprawdę

Piotr Uściński

dzielnie powstrzymywanych przez specjalną straż marszu. Ci chuligani nie są członkami organizacji narodowych, nie są organizatorami marszów, właściwie nie wiadomo nawet, jakie mają poglądy - pewnie różne albo wcale. Organizatorzy twierdzą, że często są to po prostu lewicowi prowokatorzy i zapewne mają w tym dużo racji. Mój siostrzeniec, jeden z chłopaków zabezpieczających marsz komentuje: „Nie można ich wrzucać do jednego worka z resztą normalnych kibiców, ani tym bardziej zwykłych uczestników marszu. Tam idzie masa poczciwych ludzi, rodzin, starsi, młodzież. To jest piękne zgromadzenie upamiętniające odzyskanie niepodległości”. www.uscinski.pl


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

P. Krystyna Milewska-Stasinowska, była radna PO z Mińska Mazowieckiego, napisała list do JE Donalda Tuska, co podchwyciły rozmaite media. Czy ma pretensje do Prezesa PO o to, że zdradził ideologię liberalną i działa jak typowy socjalista? Ależ skąd!

Janusz Korwin - Mikke

Czytamy: Rządy ludzi Platformy w Mińsku Mazowieckim okazały się zaprzeczeniem wyborczych haseł. Po kilku miesiącach rozpoczęły się, pod płaszczykiem nikłych oszczędności, próby majsterkowania przy miejskich instytucjach oświatowych. Po tym, jak próbowałam wesprzeć burmistrza i innych radnych naszego klubu PO swoją wiedzą i doświadczeniem, gdy ośmieliłam się stanąć po stronie mieszkańców, rodziców i przestrzegania prawa oświatowego, zostałam przez szefa

Bez polityki

mińskiej Platformy wyrzucona - czy byłam Wam potrzebna tylko do wygrania wyborów? Czy chcieliście budować samorząd „bez polityki” oparty na ślepej partyjnej dyscyplinie? Czy chcecie życie publiczne pozbawić merytorycznej debaty? Czy nasze społeczeństwo stać na likwidację blisko połowy przedszkoli samorządowych, zamieniając je w filie? Takie pomysły miał burmistrz czterdziestotysięcznego miasta. Swoimi decyzjami utrudnia też działalność przedszkoli niepublicznych, bez których miasto nie poradziłoby sobie z realizacją

podstawowych zadań. Czy tak ma wyglądać polityka prorodzinna? Tworzenie miejsc przedszkolnych jest przecież jednym z oświatowych priorytetów Pańskiego rządu

Otóż, jak łatwo zauważyć, p. Milewska-Stasinowska ma pretensje do działaczy PO w Mińsku (Mazowieckim) właśnie o to, że ci usiłowali pierwotny program PO zrealizować!!! Ale przecież np. zamiana przedszkola w filię innego nie oznacza zmniejszenia miejsc dla dzieci, lecz tylko zmniejszenie liczby stołków dyrektorskich. Być

może dzięki przeznaczeniu gabinetu dyrektorskiego na pomieszczenie użyteczne, w takiej filii mogłoby być więcej dzieci niż w samodzielnym przedszkolu! Ale przecież p. Milewska-Stasinowska nie mówi w imieniu dzieci, tylko w imieniu „klasy urzędniczej”, pozbawianej etatów... Właśnie w wyniku takich nacisków PO porzuciła program liberalny i pełną parą buduje socjalizm w oparciu o cudowną, liczną, zdyscyplinowaną klasę urzędniczą. Najwyższa pora, by tych ludzi wystawić na śmietnik historii. Z zachowaniem wszelkich rygorów ustawy śmieciowej oczywiście. Po posegregowaniu: ci na zwolnienie, ci do prokuratora, a ci od razu pod sąd. Porządek musi być! http://korwin-mikke.pl

Polskie gabinety kuchenne A kiedy okazuje się, że posada jest nagrodą za coś, np. za właściwe głosowanie czy finansowe wsparcie kampanii partii, która właśnie dorwała się do władzy, głosy potępienia grzmią niczym siedem trąb archanielskich. Tak, jakby każda kolejna ekipa nie stosowała w praktyce zasady podziału łupów, nawet jeśli w kampanii wyborczej obiecywała stworzenie korpusu służby cywilnej i zagranicznej, odpolitycznienie zarządów i rad nadzorczych spółek skarbu państwa i kierownictw wielu innych instytucji oraz wprowadzenia powszechnie konkursów na większość stanowisk, rzecz jasna wyłaniających najbardziej kompetentnych kandydatów, a nie tych, pod których owe konkursy zostaną ustawione. USA, dla wielu Polaków wzorzec zachodniej demokracji i wolności mediów, które władzy niczego nie przepuszczą, sprawę

Za każdym razem, kiedy media wygrzebują jakiś przypadek obsadzania stanowiska zależnego od władzy, jaka by ona nie była - państwowa czy samorządowa - tzw. „swoim” zaufanym człowiekiem, rozlega się obłudny chór oburzenia, podlany gęstym sosem hipokryzji. „podziału łupów” załatwiają z jankeską otwartością już od czasów Andrew Jacksona, który w 1829 roku został siódmym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jackson wpuszczał kuchennymi drzwiami do swojego domu przyjaciół i sponsorów swojej kampanii i na tych spotkaniach decydowano o obsadzie czołowych stanowisk w państwie i najważniejszych pociągnięciach politycznych. Tzw. gabinet kuchenny został nieco ograniczony pół wieku później ustawą Pendletona, która wprowadziła rozgraniczenie stanowisk politycznych i administracyjnych, a także system konkursów oraz korpus stałych urzędników. Ale i

tak współcześnie kolejni szefowie rządów w Stanach dysponują możliwością obsadzenia ponad 1600 stanowisk, w tym także korpusu ambasadorskiego. I nikt się nie oburza, jeśli nominację na szefa zagranicznej placówki dostaje kolega prezydenta z akademika, który z dyplomacją nie miał nigdy nic wspólnego. Dla Amerykanów jest rzeczą normalną, iż wyprowadzka republikanów/demokratów z Białego Domu jest równoznaczna ze zmianami na wielu stanowiskach, ale jest jasno określone, jakie to stanowiska i nie dezorganizuje to państwa. No poza jednym przypadkiem, kiedy dość niejednoznaczne zwycięstwo George’a W. Busha

Aleksandra Jakubowska

nad Alem Gorem, w poprzedniej administracji wiceprezydentem, tak sfrustrowało urzędników w Białym Domu, że podobno usunęli z klawiatur wszystkich komputerów literkę „w”. Udajemy, że w Polsce że nie ma „podziału łupów”. Bo gdyby stworzyć oficjalną listę stanowisk, które bierze zwycięzca, mogłoby się okazać, że dla kuzyna lokalnego partyjnego przywódcy z Pińczowa może zabraknąć posady.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5

Odrzucenie w Sejmie kolejnego obywatelskiego wniosku o referendum, tym razem w sprawie sześciolatków w szkołach, pokazuje, że elity polityczne w Polsce są pewne swego, a gorset zapięty na narodzie jeszcze się nie pruje. Jak jednak słuchać po takim głosowaniu posła jednego z drugim, kiedy chcą nas uczyć aktywności obywatelskiej? Politycy z dominujących partii są pewni swego. System, który stworzyli, m.in. system finansowania partii politycznych z budżetu państwa powoduje, że dystans między narodem a klasą polityczną wydaje się jeszcze bezpieczny, a łańcuch nałożony Polakom odpowiednio krótki. Jednak pewne zmiany następują. Należy sobie zadać pytanie, skąd u elit taka pewność siebie. Rafał Ziemkiewicz zauważył, że funkcjonujemy w tzw. rzeczywistości postkolonialnej. Elity PRL-u służyły obcemu żywiołowi. Bez ceregieli pchano w Polaków jad komunizmu. Dziś nawet spadkobiercy tamtych elit już się tak nie obnoszą. Sączą truciznę powoli. Jestem przekonany, że na referendum edukacyjnym nie zależało

Naród jak lawa? ani obecnej koalicji, ani opozycji. Dlaczego? Opozycja szykuje się do rządzenia. Gdyby inicjatorzy referendum wygrali w Sejmie, naród mógłby dojść do wniosku, że może każdą ustawę zmienić za pomocą plebiscytu. A wtedy pozycja klasy politycznej znacząco się zmniejszy. Dlatego opozycja parlamentarna z umiarem walczyła o rozgłos dla sprawy i spokojnie przyglądała się, jak „psy gończe” koalicji rozszarpują referendalną inicjatywę. Politycy wiedzą, że rozszarpywanie przynosi straty po dwóch stronach, ale na tym etapie ponieśli ryzyko,

aby zachować dominację, przewagę i dostęp do mocy, jaką daje sprawowanie władzy nad Narodem. W „Dziadach” cz. III Adama Mickiewicza jest scena „Salon warszawski”. Lata 20 wiek XIX. Przedstawiciele elit stolicy spotykają się na pogaduchy. Między innymi rozmawiają o tym, jak załatwić sobie i bliskim dobrą „robotę” u Nowosilcowa, reprezentanta okupacyjnej władzy rosyjskiej na terenie Polski. Młodzi stojący przy drzwiach oburzeni krzyczą, że chcą wieszać zdrajców. Wtedy padają słowa Wysockiego:

Rafał Pazio Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa; Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi

Zstępowanie do głębi wtedy miało uzasadnienie. Naród w niewoli, nikt nie przypuszczał, że szybko coś się zmieni. Trzeba było prawie stu lat, aby w roku 1918 ogłosić niepodległość. Dziś nie trzeba aż tak długo czekać. Nie wolno dać się wepchnąć pod podłogę. Milion podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie sześciolatków pokazuje, że naród nie ma zamiaru siedzieć tam, gdzie każą przedstawiciele rządzących elit.

Hip-hopowi wojownicy Chyba nie sposób dalej ignorować muzykę hip-hopową. Bez względu, czy ten typ ekspresji się podoba, czy nie. Marian Piłka

To dziś już nie jest muzyka tylko blokowisk i środowisk marginesu społecznego, choć nadal zachowuje cechy z pogranicza świata kryminalnego, gangów młodzieżowych, młodzieży pozbawionej perspektyw życiowych i szukającej w zwłaszcza w handlu narkotykami szans życiowych, ale dotyczy także młodzieży w żaden sposób nie związanej ze środowiskami postwięzięnnymi, czy kryminalnymi, nie tylko środowisk kibicowskich, ale także coraz szerzej młodzieży akademickiej. Dziś jest to już bowiem zjawisko o szerokim zakresie oddziaływania społecznego, swoją szczerością i autentycznością zdobywającą nowych zwolenników i entuzjastów.

Hip-hop jest dziś bowiem szerokim zjawiskiem społecznym, które nadal szuka swego nie tylko muzycznego, ale i społecznego wyrazu. Powoli ten typ muzyki przestaje być tylko subkulturą młodzieżową, a staje się głosem obecnego pokolenia młodzieży, pozbawionej perspektyw życiowych i zepchniętej na margines, już nie kryminalny, ale społeczny i ekonomiczny. Jest bowiem wyrazem ekspresji doświadczenia życiowego opisywanego w licznych utworach, doświadczenia życia na społecznym marginesie, biedy, patologii, walki o ekonomiczne przetrwanie. Jej wspólnym mianownikiem jest sprzeciw wobec istniejącej rzeczywistości, już nie tylko wobec policji, charakterystyczny dla środowisk znajdujących się w konflikcie z obowiązu-

jącym prawem, ale coraz bardziej antysystemowy. Ten bunt przeciwko rzeczywistości wyraża w różnorakiej formie. Już sam charakter tej muzyki: ograniczenie linii melodycznej i dominacja rytmu czy deklamacyjny charakter czyni ją już w warstwie muzycznej wyrazem protestu. Także w warstwie językowej: używanie wulgaryzmów jest semantycznym przejawem protestu wobec, nie tylko wobec języka używanego w warstwach dominujących, ale wobec dominującej dekadenckiej kultury. Nie ogranicza się dziś bowiem tylko do opisu doświadczenia środowisk z blokowisk. Ale przede wszystkim ten bunt wyraża się od walki z policją i solidarności ze środowiskami więzienno-dilerskimi, poprzez sprzeciw

wobec systemu ekonomicznego i społecznego spychającego młode pokolenie na margines, popieranie legalizacji narkotyków, sprzeciw wobec państwa spychającego wartości narodowe na margines, aż po tworzenie alternatywnej kultury muzycznej będącej także protestem przeciwko zdegenerowanemu showbiznesowi. Jest bowiem często muzyką pełna gniewu i agresji, w swym charakterze nawiązującą, raczej nieświadomie do hymnów i marszów bojowych. Właśnie ten gniew i agresja ukształtowały w znacznej mierze emocje i charakter młodego pokolenia. Nie docenia się dziś bowiem znaczenia muzyki, o czym już szeroko pisał Platon, w kształtowaniu nie tylko emocji ale i postaw społecznych. To zjawisko narastającego buntu w młodym pokoleniu, mające źródło w kryzysie ekonomicznym i alienacji państwa, nakłada się bowiem na postępujący kryzys naszej cywilizacji.


6 / HISTORIA Czy popiół tylko zostanie i zamęt, Co idzie w przepaść z burzą? - czy zostanie Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, Wiekuistego zwycięstwa zaranie… (Cyprian Kamil Norwid)

Pawiak, ul. Dzielna w Warszawie, fotografia Witta Wilczyńskiego wyróżniona w konkursie „Dobrego Znaku”

Listopad jest miesiącem, w którym czcimy Wszystkich Świętych i obchodzimy Dzień Zaduszny, wspominając naszych zmarłych. Odchodzą oni z tego świata w różny sposób. Zwykle godzimy się na śmierć, która przychodzi po długim życiu lub po ciężkiej chorobie. Porusza nas, gdy ktoś traci życie przedwcześnie, nagle. Zwłaszcza, gdy odejdzie tragicznie. Szczególnym rodzajem tragicznie zmarłych są ci, którzy ponieśli śmierć w obronie wartości ważnych dla istnienia wspólnoty narodowej. Dlatego Polacy odwiedzający cmentarze kładą kwiaty i zapalają znicze także na grobach i pod pomnikami upamiętniającymi zmarłych, którzy tracili życie służąc Ojczyźnie.

Oszlifowane diamenty Romuald Szeremietiew

Filozof, ojciec Józef M. Bocheński, w opracowaniu na temat etyki wojskowej (De Virtuti Militarii) pisze: Należy także zwrócić uwagę na jeden aspekt chrześcijańskiego ideału żołnierskiego, mianowicie na jego ścisły związek z ideałem religii w ścisłym słowa

znaczeniu. Wielkość żołnierza nie polega na tym, że idzie zabijać, ale na jego gotowości do ofiary z życia dla wielkich celów duchowych i nadprzyrodzonych. Otóż ofiara jest najważniejszym i centralnym aktem każdej religii. Charakter żołnierski pojęty w świetle nauki wiary ma więc coś z charakteru religijnego: żołnierz idący w bój z gotowością oddania najwyższego dobra doczesnego - własnego życia - dla spełnienia obowiązku wobec Boga i społeczeństwa,

jest duchowo pod pewnym względem ściślej niż inni zjednoczony z Chrystusem i wykonuje czyn o wysokiej wartości nadprzyrodzonej. Przyznając rację ojcu Bocheńskiemu, tym bardziej możemy docenić, czym była śmierć polskich żołnierzy walczących o wolność i niepodległość Ojczyzny. Druga wojna światowa i lata po jej zakończeniu to okres, gdy wierni Polsce musieli zdawać najtrudniejszy egzamin z patriotyzmu,

składając w ofierze swoje życie. W tym czasie możemy odnaleźć rzeszę polskich patriotów zgładzonych zarówno przez Niemców, dziś nazywanych nazistami, jak i przez Rosjan (Sowietów). Przy tym obaj najeźdźcy ze szczególną zajadłością starali się zniszczyć polskie elity, warstwy przywódcze polskiego narodu. Polacy dla Niemców mieli być tylko prymitywną masą niewolniczą, dla Rosjan - posłusznymi poddanymi moskiewskiego komunizmu.


HISTORIA / 7 W obliczu losu, jaki Polakom zgotowali ich sąsiedzi trzeba było bronić się i na plan pierwszy wysunęła się walka zbrojna, a wraz z tym powinności żołnierskie. Stąd też rolę najważniejszą w tym czasie odgrywali dowódcy wojskowi. We wrześniu 1939 roku broniło polskich granic 39 dywizji piechoty, 12 brygad kawalerii, 2 brygady pancerno-motorowe, 3 brygady górskie, 3 bataliony czołgów i 14 brygad Obrony Narodowej. Jednostkami tymi dowodzili pułkownicy i generałowie. Spośród nich w czasie wojny życie straciło 15 dowódców dywizji, 6 dowódców brygad kawalerii, jeden dowódca brygady pancerno-motorowej, 1 - brygady górskiej i 1 - batalionu czołgów oraz 8 dowódców brygad ON. Spośród 73 „wrześniowych” dowódców życie straciło 32 (44 proc.)! Przy czym tylko 8 spośród nich zginęło na polu bitwy lub zmarło w wyniku odniesionych ran. Pozostali zostali zgładzeni w niewoli, w łagrach i obozach koncentracyjnych. Niemcy np. zamordowali w Auschwitz płk. Jana Karcza - dowódcę Mazowieckiej Brygady Kawalerii i płk. Aleksandra Stawarza - dowódcę 2. Brygady Strzelców Górskich, natomiast dowódcę 55. Dywizji Piechoty płk. Stanisława Kalabińskiego osadzili w Buchenwaldzie i następnie rozstrzelali. Ponurymi rekordzistami w mordowaniu polskich wojskowych okazali się Rosjanie. W sowieckich katowniach wśród dziesiątków tysięcy zgładzonych polskich oficerów zamordowano także czterech dowódców dywizji piechoty, trzech - brygad kawalerii i sześciu - brygad Obrony Narodowej. W hierarchii woskowej najwyższym stopniem jest generał. Wiadomo też, że generałowie są w armii najmniejszą liczebnie grupą i z racji zajmowania najwyższych stanowisk rzadko są narażeni na bezpośrednie starcie z wrogiem. Generałowie giną w wyjątkowych sytuacjach. Ta reguła okazała się zawodna w przypadku polskiej generalicji. We wrześniu 1939 roku w Wojsku Polskim pełniło służbę czynną 97 generałów różnych stopni

Wiem, że nie ucisk i chciwe podboje, Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem, Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje I większej chluby niźli być Polakiem. Jan Lechoń

w tym 3 kontradmirałów. W ramach mobilizacji na wojnę powołano do czynnej służby kilkudziesięciu generałów, będących w rezerwie lub w stanie spoczynku. Według niepełnych ciągle danych z rąk niemieckich zginęło 27 polskich generałów - wśród nich awansowani w czasie wojny na generałów pułkownicy AK (m.in. Stanisław Rostworowski „Odra”, Stefan Rowecki „Grot”); Rosjanie po 17 września 1939 roku zamordowali co najmniej 45 polskich generałów, a w końcowym okresie wojny jeszcze 3. Ponadto 3 generałów WP uśmierciły władze „Polski Ludowej”. Sowieci postępowali ze szczególnym okrucieństwem, nagminnie stosując tortury, wyniszczającą pracę w kopalniach i przy wyrębie lasów, mordując także ciężko chorych i starców. Gen. Leopold Szyjkowski, lekarz wojskowy był poza wojskiem od 1922 roku. Miał 81 lat, gdy NKWD przyszło go aresztować. Był ciężko chory i będąc w stanie agonalnym zmarł. Deportowano jego żonę, także w podeszłym wieku, która zmarła w czasie transportu w głąb Rosji. Generał Mariusz Zaruski miał 74 lata, gdy został aresztowany we Lwowie przez NKWD. Był zesłańcem syberyjskim z czasów carskich. Po powrocie z zesłania stworzył w Zakopanem GOPR. Walczył w Legionach Polskich i zapisał się czynami bohaterskim jako dowódca pułku w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Odznaczony orderem Virtuti Militari i pięciokrotnie Krzyżem Walecznych. W stan spoczynku przeszedł w 1926 roku. Propagował sport

żeglarski. Zorganizował Yacht Klub Polski, był jego pierwszym komandorem. Z jego inicjatywy powstała Liga Morska i Rzeczna. Był projektodawcą Inspektoratu Wychowania Morskiego Młodzieży. Silnie związany z harcerstwem. Jako kapitan szkunera „Zawisza Czarny” nie wypłynął w sierpniu 1939 roku w planowany rejs, nie chcąc opuszczać Polski w zagrożeniu. Osadzony w więzieniu sowieckim, wycieńczony zapadł na cholerę i pozbawiony opieki lekarskiej zmarł w Chersoniu w 1941 roku. W celi z Zaruskim Sowieci zamknęli też dziekana generalnego Wojska Polskiego biskupa generała Karola Boguckiego, który zmarł kilka dni po Zaruskim. Zapoznając się z losami polskich generałów znajdujących się w sowieckich więzieniach napotykamy niewyobrażalne dowody okrucieństwa i zbrodni popełnianych na masową skalę. W świadomości Polaków ukształtował się pogląd, że sprawcami tych mordów byli zbrodniarze w mundurach NKWD. Nie zawsze tak było. Generał Józef Olszyna-Wilczyński, dowódca Grupy Operacyjnej „Grodno” zatrzymany w czasie ewakuacji na Litwę przez sowieckie czołgi został wraz z adiutantem zastrzelony przez oficera sowieckiej brygady. Ciała obu mężczyzn zostały zmasakrowane. Rosjanie zakrwawioną czapkę generała pokazywali jako swoje trofeum. Generał Stanisław Dowoyno-Sołłohub, były dowódca 12 Dywizji Piechoty w Tarnopolu, przeniesiony do rezerwy w 1936 roku, został zastrzelony przez

W Dzień Zaduszny wspominając polskich generałów powinniśmy ich dostrzec jako świecące w mrokach norwidowskie diamenty oszlifowane polskim patriotyzmem na brylanty zdobiące dzieje Polski.

dowódcę sowieckiego oddziału w majątku pod Kobryniem przed własnym domem na oczach żony. Można przeczytać takie wspomnienie: Gdzieś na Wołyniu bolszewicy wzięli do niewoli polskiego pułkownika, lekarza. ... rozpruli mu brzuch, okręcili wnętrzności na kołowrocie studni i puszczając w ruch korbę zmuszali go do biegania wokół, kłując go bagnetami wśród śmiechów. Zabici i zamordowani generałowie mieli różne życiorysy. Wywodzili się z armii zaborczych, głównie rosyjskiej i austriackiej oraz z Legionów Polskich. Byli wśród nich zwolennicy i przeciwnicy marszałka Piłsudskiego i rządzącej Polską sanacji. Byli wśród nich zresztą nie tylko Polacy, bowiem był też Białorusin, Czech, był Gruzin i Żyd. Pierwszego (gen. Stanisław Bułak Bałachowicz) zabili Niemcy, pozostałych (gen. Pranciszka Paulika, gen. Aleksandra Czecheidze, gen. Szymona Kurza) zamordowali Rosjanie. Wszyscy ci generałowie przybyli z różnych stron do Wojska Polskiego i wszyscy bronili Polski. Zapłacili za to straszliwą cenę wystawioną im przez Niemców i Rosjan. Prof. Stanisław Pigoń, rektor Uniwersytetu Wileńskiego, ale także dowódca pociągu pancernego w wojnie z bolszewikami 1920 roku zauważył, że: „należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”. To spostrzeżenie odnosiło się do Krzysztofa Kamila Baczyńskiego poety nazywanego „drugim Słowackim”, który zginął w powstaniu warszawskim 1944, mając zaledwie 23 lata. Jeżeli jednak skojarzymy myśl Pigonia z przypomnianym wyżej wierszem Norwida o diamencie gwiaździstym świecącym wśród popiołów uświadomimy sobie, że brylanty to są po prostu oszlifowane diamenty.


8 / HISTORIA

W okresie międzywojennym z wyjątkowym dostojeństwem przeprowadzono ekshumację, a następnie przewiezienie do Warszawy prochów nieznanego żołnierza. Wydarzenie to komentowane było przez niemal wszystkie polskie czasopisma. Najciekawszy opis tego wydarzenia zarejestrowany został w reportażu Wandy Mazanowskiej, sekretarza Towarzystwa Straży Mogił Poległych Bohaterów, opublikowanym w 1926 r. Oto odpowiedni fragment tego tekstu wznowionego w 1983 r. przez Ewę Sabelankę i Kazimierza Koźniewskiego w wydanej przez „Iskry” antologii reportażu międzywojennego: „Lwów, Łyczaków, kwatery Orląt, 29 października 1925 roku. O godzinie wpół do trzeciej na rozkaz generała Malczewskiego grabarze przystąpili do rozkopywania jednocześnie trzech mogił rozrzuconych w różnych punktach cmentarza, orientując się według planu Towarzystwa Straży Mogił PB. Nad rozkopanymi mogiłami rozpościerają swe ramiona dębowe krzyże z napisami Nieznany Obrońca Lwowa. Głucho uderzają łopaty w ugniecioną ziemię i mimo woli cofamy się myślą wstecz lat prawie siedem, gdy Lwów spowity w mgle listopadowej, wśród szarugi i zamieci śnieżnej, rozbrzmiewał trzaskami karabinów maszynowych, wyciem granatów, hukiem pękających szrapneli niosących śmierć i zniszczenie. Młodzież, dzieci nieletnie, kobiety i starcy łączą się, zdobywają broń, opanowują krok za krokiem ulice [...]

Wybór Zarugiewiczowej Oto rydel grabarza uderzył w wieko trumny, które głuchym, podziemnym odezwało się echem. Na sznurach podnoszą je w górę. Szczątki człowieka patrzą pustymi oczodołami. Garść prochu, trochę szmat ubogich, kości, piszczele i nic więcej. To samo druga i trzecia trumna. A komisja żąda dowodu, że to był żołnierz. Za to trzy dalsze trumny nieznanych były wszystkie ze zwłokami żołnierzy: liniowego, sierżanta i kaprala. Przepisowy mundur, metalowe guziki z orłami polskimi, czapki maciejówki pod pachą lub na kolanach, u dwóch epolety sierżanta i kaprala - sta-

Płyta na miejscu, skąd ekshumowano Niezmanego Żołnierza i przewieziono do Warszawy, 1930 r.

Grób ze Lwowa

nowczo stwierdzały, że owe trzy trumny zawierają szczątki żołnierzy liniowych. Po stwierdzeniu tego przez komisję i sfotografowaniu zwłok, wszystkie trzy trumny ustawiono przed starą, drewnianą kaplicą. Wtedy z głębi cmentarza spod nowej kaplicy Obrońców Lwowa, nadeszła pani Jadwiga Zarugiewiczowa, jedna z tych, które na polach Zadwórza straciły syna i jego mogiły nie znalazły, i ta, kładąc na jednej trumnie drżącą ze wzruszenia dłoń - wybrała zwłoki, które mają być symbolem ofiarnego poświęcenia za Ojczyznę. Los padł na tego, który żadnej szarży nie miał, a tulił u boku swego starą maciejówkę z białym orłem ściemniałym od wilgoci.

Zginął on na polu walki, o czym świadczyła czaszka podziurawiona przez kulę i noga od strzału złamana. Maciejówka wskazywała na to, że był to ochotnik, którego serce powołało na pole walki, by spełnić swój obowiązek względem Ojczyzny. Wybrane zwłoki złożono wraz ze spróchniałą trumną i resztkami munduru w trzech nowych trumnach przygotowanych bezinteresownie przez zakład pogrzebowy Łopackiego z Warszawy: w zwykłej sosnowej trumnie żołnierskiej, nieco większej cynkowej, którą Łopacki osobiście zalutował, i największej dębowej z czterema orłami polskimi na rogach, zaprojektowanej przez rzeźbiarza Stanisława Kazimiera Ostrowskiego.

W asyście rodziny Następnie w asyście licznej generalicji, duchowieństwa i nieprzebranych tłumów publiczności zwłoki Nieznanego Żołnierza, za którymi w pierwszym rzędzie podążała symboliczna rodzina poległego: dwie matki, dwie siostry i dwie sieroty, przewiezione ulicami Lwowa na lawecie ciężkiego działa do bazyliki archikatedralnej, gdzie okryte flagą narodową umieszczono na wspaniałym, tonącym w kwiatach i świetle płonących świec katafalku, ozdobionym po rogach zbrojami husarskimi ze skrzydłamii ustawionymi po bokach rzędami szabel i karabinów. 31 października 1925 r. odbyły się w bazylice lwowskiej nabożeństwa żałobne, a dzień później przewieziono trumnę na Dworzec Główny, gdzie umieszczono ją na lawecie armatniej stojącej na wagonie specjalnie do przewiezienia zwłok przygotowanym.


HISTORIA / 9 Przy dębowej trumnie ustawiono wartę honorową. O godzinie 8:30 specjalny pociąg, składający się z kilku wagonów, w których jechała eskorta i 54-osobowa delegacja, kierowany przez generała Walerego Mariańskiego, rozpoczął swą podróż do Warszawy. Pociąg jechał wolno, po drodze zatrzymując się na stacjach w Żółkwi, Rawie Ruskiej, Bełżcu, Zawadzie, Krasnymstawie, Rejowcu, Lublinie, Puławach, Dęblinie, Garwolinie i Pilawie. Na całej trasie przejazdu i w miejscach postoju prochom Nieznanego Żołnierza oddawały cześć miejscowe garnizony wojskowe, ludność, duchowieństwo, organizacje społeczno-polityczne i religijne. Lora wagonowa tonęła w wieńcach i kwiatach.

Listopad tego roku był ciepły i słoneczny 2 listopada 1925 r. o godzinie 5 rano pociąg dotarł do Dworca Wschodniego w Warszawie. Stam-

dokończenie ze str.1

Polegli w trakcie listopadowej nocy oficerowie w opinii publicznej nie odzyskali dobrego imienia, choć ich niechęć do walki była spowodowana zdrowym rozsądkiem. Pamiętajmy, że sam generał Chłopicki - dyktator Powstania - w pierwszym odruchu, wyciągany z przedstawienia teatralnego nawoływaniem do boju, machnął na - jak ich określił - durniów ręką i poszedł wypalić fajkę. Po wydarzeniach 29 listopada nie było już jednak odwrotu. Chichot historii sprawił, że wywodzący się z tego samego pnia i podobnie myślący generałowie w jednej swej części przeszli do historii jako zdrajcy, a pozostali jako bohaterowie. Niespójność ówczesnej generalicji walnie przyczyniła się do klęski powstania. Gdy jedni chcieli walczyć, inni woleli pertraktować. Jaskrawym przykładem dualizmu postaw była, zaliczana zresztą do zwycięskich, bitwa pod Olszyn-

Przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie płonie wieczny znicz i służbę pełni warta honorowa z Batalionu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego, a w święta państwowe odbywa się jej uroczysta zmiana z udziałem najwyższych władz państwa.

tąd trumnę ze zwłokami Nieznanego Żołnierza przewieziono do Katedry Św. Jana, gdzie w godzinach przedpołudniowych odprawiono nabożeństwo żałobne. Następnie trumnę umieszczono ponownie

na lawecie armatniej i sformowano wielki kondukt zmierzający na plac Saski. Szły w nim oddziały wojska, poczty sztandarowe, duchowieństwo, zakony, młodzież gimnazjalna i akademicka. Bez-

pośrednio za trumną, podobnie jak we Lwowie, w żałobnych strojach kroczyły dwie matki, dwie wdowy i dwie sieroty, a dopiero za nimi Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Stanisław Wojciechowski, minister spraw wojskowych Władysław Sikorski, marszałek Józef Piłsudski, posłowie, członkowie rządu, przedstawiciele korpusu dyplomatycznego, generalicja i niezliczone rzesze mieszkańców Warszawy. Cała trasa konduktu, plac Zamkowy, Krakowskie Przedmieście do Placu Saskiego, udekorowana była flagami narodowymi i emblematami wojskowymi. Biły dzwony wszystkich kościołów stolicy. W chwili złożenia trumny w grobie pod kolumnadą pałacu Saskiego na sygnał wystrzału armatniego w całej Polsce nastąpiła jednominutowa cisza. Był to pogrzeb iście królewski”. Źródło: Stanisław Sławomir Nicieja (Cmentarz Łyczakowski we Lwowie) W: „Lwowskie Spotkania”.

Wojna polsko-rosyjska Agnieszka Skórska-Jarmusz, Paweł Ludwicki

ką Grochowską, gdzie na dobrą sprawę nie wiadomo było, kto dowodził, kim dowodził i właściwie, po co. Nie zawiódł na szczęście bitny żołnierz polski i tak Powstanie Listopadowe przeszło do historii jako lista bohaterskich czynów oręża polskiego. Zwycięskie

bitwy pod Stoczkiem, Olszynką Grochowską, Ostrołęką, Iganiami utrwaliły legendę bohaterów. Co ciekawe, mało kto w Polsce wie, że gdy my mówimy o listopadowym powstaniu, Rosjanie w przypadku tego zrywu nie operują terminologią buntu. Piszą

o… wojnie rosyjsko - polskiej. Wojnie między dwoma narodami, które po Kongresie Wiedeńskim w 1815 r. zostały połączone unią personalną. Na cmentarzu chwały oręża rosyjskiego w samozwańczej Republice Naddniestrzańskiej Mołdawii (dawniej Besarabii) znaleźć można mnóstwo płyt nagrobnych z określeniem „russko-polskaja wojna 1831 goda”.


10 / REPORTAŻ

Najstarsze radio z kolekcji pana Michała Piętki pochodzi z 1934 r. Co takiego kolekcjoner z Ostrówka widzi w radioodbiornikach, że zajmuje się nimi już od 40 lat? - Co widzę? Piękno! W takim odbiorniku każdy element to dzieło sztuki, każdy detal został wykonany z największą precyzją. I jeszcze widzę technikę minionych lat na naprawdę wysokim poziomie. Odbiorniki są solidnie zbudowane, a o jakości najlepiej świadczy fakt, że te radia grają od 70, od 75 lat.

Co ja w nich widzę?

Piękno!

Agata Bochenek

Nad stylowym, prawie stuletnim domem góruje lipa. Wokół są też sosny i inny starodrzew, ale właśnie lipa przypomina tę słynną z Czarnolasu, pod którą gości zapraszał Jan Kochanowski. Gospodarze domu w Ostrówku, państwo Regina i Michał Piętka też są gościnni, dla ludzi, dla ptaków i dla zwierząt. Budki, karmniki, miski i miseczki - stąd nikt nie odchodzi głodny. Dochodzi godzina piętnasta, o tej porze sikorki i pozostałe skrzydlate bractwo dostaje obiad. Na dźwięk głosu pana Michała natychmiast przylatują, blisko, na wyciągnięcie ręki.

Stuletni dom, okna z okiennicami, pokoje w amfiladzie. Na oknie, na podłogach, komodach i stolikach - stoją radia. Piękne, duże, niektóre wręcz przypominają meble. Te radia to wielka pasja pana Michała, której poświęcił się 40 lat temu. Od tylu lat zbiera unikatowe radioodbiorniki, naprawia je, doprowadza do dawnej świetności. Najstarsze z nich mają 70 lat i nadal są sprawne. Wszystkie grają, tak jakby czas zatrzymał się w latach, gdy w domach królowały Radiole, Elektrity czy Blaupunkty.

Najtrudniej dobrać gałki Pasja pana Michała zaczęła się, gdy zaczął pracować jako radiomechanik. Zaczął od jednego

radia, potem pojawiło się drugie i kolejne… W tej chwili kolekcja liczy ponad 30 odbiorników. - Najwięcej odbiorników zdobyłem w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Prowadziłem wtedy zakład naprawy, dzięki temu miałem stały kontakt z klientami. Naprawiałem radia w domach, czasami coś mi wpadło w oko. Właściciele albo sprzedawali, albo oddawali, wręcz zadowoleni, że mogą się pozbyć zbędnego sprzętu. Kupione czy pozyskane odbiorniki, wszystkie były w beznadziejnym stanie. - Skrzynki miały zniszczone, w środku też były w opłakanym stanie - opowiada pan Michał. - Z zewnątrz łatwiej naprawić, bo skrzynkę można odświeżyć, ale dobrze skompletować

podzespoły, to dopiero sztuka. Najtrudniej dobrać oryginalne gałki. A odbiornik nawet wtyczki powinien mieć oryginalne, w moim


REPORTAŻ / 11 (bardzo rzadko spotykany odbiornik) w bakelitowej obudowie, czy prawdziwy rarytas - odbiornik na słuchawki. Radio mało wymagające, działa bez prądu, podobno kilkadziesiąt lat temu na wsi był to najpopularniejszy typ odbiornika. Wyposażone w dwie pary słuchawek, dzięki czemu radia

Polska przedwojenna technika była doskonała, gdyby przetrwała do dzisiejszych dni, to Polska byłaby teraz potentatem. „Elektricie” wszystko wygląda tak, jakby radio przed chwilą przyjechało od producenta. I rzeczywiście, stojący w pokoju „Elektrit” wygląda jak nowy. Po przekr��ceniu gałki rozlega się melodia „Każda miłość jest pierwsza…” „Elektrit” to polskie radio z Wilna z lat 30. XX wieku. Towarzystwo Radiotechniczne „Elektrit” produkowało radioodbiorniki od 1927 r. i było w okresie międzywojennym największym przedsiębiorstwem na całej Wileńszczyźnie, które zatrudniało 1100 osób. Z czasem produkcja wynosiła 54 tysiące sztuk rocznie, a odbiorniki były prawie w całości montowane w polskich podzespołów. Od 1937 r. Elektrit zaczął, jako jedyny polski producent, eksportować odbiorniki radiowe m.in. do Indii, Afryki Pd. i na Bliski Wschód. Jak łatwo się domyślić, działalność fabryki zakończyła się z wybuchem II wojny światowej.

Grają od 70 lat Najstarsze radio z kolekcji pana Michała Piętki pochodzi z 1934 r. - Większość odbiorników jest produkcji polskiej, albo na licencji niemieckiej. Odkąd pamiętam bardzo chętnie słuchałem radia, kiedyś Radia Luxemburg, które nadawało

najnowszą muzykę, jaka była na rynku. Przeboje z całego świata, ale trzeba było mieć naprawdę dobry odbiornik. A później słuchałem „trójki”. Na oknie w kuchni stoi „Kacprzak” o nazwie Rozyna, dość młody, bo zaledwie czterdziestokilkuletni. Przy ścianie na stoliku ma swoje miejsce okazały niemiecki „Blaupunkt” z 1936 r., pod nim stoi drugi „Blaupunkt”, o którym pan Michał mówi: - To tańsza wersja odbiorników tej marki, w bakelicie. Mało się takich odbiorników zachowało, bo skrzynki zostały wykonane z delikatnego, tłukącego się materiału. Spadały na podłogę, rozpadały się i trafiały na śmietnik. A szkoda, bo to też dobre radia. Przepiękna, masywna szwajcarska „Radiola” wygląda jak stylowy mebel. Pochodzi z lat 30. można na niej odtwarzać płyty. W kolekcji pana Michała są też inne odbiorniki, łącznie ponad 30. Wszystkie odrestaurowane i sprawne. A jeden z nich „Telefunken” ma nawet gwarancję. - Bardzo dobry odbiornik z sierpnia 1939 roku. Jeszcze karta gwarancyjna do niego jest. Ciocia przez całą wojnę przechowywała to radio na strychu - opowiada historię odbiornika pan Michał. Warto jeszcze zwrócić uwagę na rosyjski przenośny „Dorożnyj” z 1956 r., niemieckiego „Rolanda”

mogą słuchać dwie osoby jednocześnie. Radio wisi na ścianie werandy, obok podziękowania dla pana Michała za realizację repliki radiostacji powstańczej akcji „Burza” złożonego przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie ma lepszych niż polskie Co takiego Michał Piętka z Ostrówka widzi w radioodbiornikach, że zajmuje się nimi już od czterdziestu lat? - Co widzę? Piękno! W takim odbiorniku każdy element to dzieło sztuki, każdy detal został wykonany z największą precyzją. I jeszcze widzę technikę minionych lat na naprawdę wysokim poziomie. Odbiorniki są solidnie zbudowane, a o jakości najlepiej świadczy fakt, że te radia grają od 70, od 75 lat. Niewielu jest w Polsce kolekcjonerów starych radioodbiorników. Zaledwie kilkunastu: jeden pod Warszawą, jeden na Dolnym Śląsku, pod Gdańskiem. W województwie mazowieckim dwóch, może trzech, na czele

z Henrykiem Berezowskim, współautorem historii odbiorników radiowych. A w powiecie wołomińskim jest tylko jeden - Michał Piętka. Rodzina podziela pasję pana Michała. Pani Regina wspiera męża, poza tym z całą życzliwością rozumie, że do naprawy odbiorników potrzebny jest spokój i cisza. - Trzeba mieć cały czas nadstawione ucho, dlatego cisza jest niezbędna. Najlepiej, jak nikogo nie ma w domu - mówi. A wnuczek ma dopiero trzy lata, ale już z pasją kręci gałkami „Blaupunkta”. Zapytany o ulubiony odbiornik, kolekcjoner nie zastanawia się nawet przez chwilę. - Najbardziej lubię, a jednocześnie najwyżej cenię polskie odbiorniki wyprodukowane w okresie międzywojennym. Moim zdaniem nie ma lepszych. Philips został okrzyczany, że to taka dobra marka, a ja uważam, że jest zupełnie inaczej. Polska przedwojenna technika była doskonała, gdyby przetrwała do dzisiejszych dni, to Polska byłaby teraz potentatem. Oprócz zabytkowych radioodbiorników, Michał Piętka kolekcjonuje stare przyrządy pomiarowe do mierzenia lamp, poza tym konstruuje i wyrabia lampy. - Wszystko mogę robić, byleby nie siedzieć bezczynnie - mówi pasjonat z Ostrówka. Dotychczas pan Michał miał dwie wystawy w wołomińskiej galerii, na których prezentował swoje radia. Na rynku jest coraz mniej odbiorników z lat międzywojennych - to, co przetrwało wojnę, już dawno trafiło do znawców i kolekcjonerów. Tym bardziej cieszy, że są takie miejsca jak dom pana Michała, które przenoszą nas- za sprawą tak radioodbiorników, jak i otoczenia - w lata 20., lata 30….


12 / WYWIAD

O współpracy z firmami prowadzącymi CSR, sile prawdziwej miłości i duchowym odrodzeniu rozmawiamy z Radosławem Pazurą, aktorem i fundatorem Fundacji Kapucyńskiej im. bł. Aniceta Koplińskiego.

Najlepiej pomagać z potrzeby serca Jakie cele stawia sobie Fundacja Kapucyńska? - Głównym celem jest zorganizowanie wsparcia budowy Kapucyńskiego Ośrodka Pomocy przy klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów w Warszawie. W ośrodku powstanie nowa jadłodajnia dla ubogich i bezdomnych. Nowa jadłodajnia jest bardzo potrzebna, gdyż obecne warunki wydawania posiłków - a wydaje się ich 200 dziennie - nie spełniają współczesnych standardów. Od ponad 20 lat jadłodajnia funkcjonuje w XVII-wiecznych podziemiach kościoła braci kapucynów. Ale poza wydawaniem posiłków, ośrodek oferować będzie pomoc doraźną, prowadzenie punktu medycznego i wydawania odzieży, pomoc socjalną, pomoc indywidualną poprzez asystowanie osobom bezdomnym w procesie wychodzenia z bezdomności, wreszcie pomoc psychoterapeutyczną, w tym warsztaty dla bezdomnych i grupową terapię małżeństw.

- Tak, Ania Niepiekło, która koordynuje działania fundacji. To jest niesamowita dziewczyna, przykład człowieka, który cały się oddał dla innych. Ania nieustannie angażuje się w wymyślanie inicjatyw i natychmiast je wdraża w życie. Akcje charytatywne są najczęściej kierowane do gorzej sytuowanych rodzin, do dzieci czy chorych.

Jakie doświadczenia ma fundacja, jeżeli chodzi o uzyskiwanie wsparcia ze strony firm? - W większości przypadków sami zgłaszamy się do firm z prośbą o wsparcie, chociaż bywa, że firmy zgłaszają się do nas. Jesteśmy odbiorcami działań CSR kilku mniejszych firm, takich jak Piekarnia AK Otrębusy, jak też dużych korporacji. Mniejsze zapewniają wsparcie materialne i finansowe, w przypadku korporacji program współpracy opiera się na wolontariacie. Ich pracownicy wspierają nas jako wolontariusze. Nasze zaangażowanie polega na tym, aby razem realizować projekty wolontariatu, uwrażliwiając pracowników na problemy bezdomności i nakłaniając do porzucenia stereotypowego myślenia. 

Osoby bezdomne mają dość jednoznaczną konotację w społeczeństwie i chyba trudniej o uzyskanie pomocy ze strony firm realizujących CSR? - Taki stereotypowy obraz osoby bezdomnej jest faktem. Dlatego chcemy przybliżać społeczeństwu bezdomnego nie jako jednego z wielu, ale konkretną osobę z historią jej życia. Jeżeli mamy poczucie własnej godności, to musimy dojść do wniosku, że trzeba pochylić się nie tylko nad tym człowiekiem, który wzbudza litość, ale również nad człowiekiem społecznie wykluczonym. Uwzględniając jednak powszechność tego stereotypu, budowa ośrodka jest bardzo trudnym zadaniem. Ale dla Pana Boga nie ma nic niemożliwego. Inicjatywa założenia fundacji wyszła od ojców kapucynów, a ja przyjąłem to wyzwanie, wierząc, że uda nam się ośrodek wybudować. Jestem wielkim optymistą, wierzę w pomoc świętych, przede wszystkim patrona naszej fundacji, bł. Aniceta Koplińskiego, wszystkich mocy Bożych, że poprowadzą to dzieło na jeszcze szerszą skalę. Że uda nam się wybudować podobne ośrodki w innych miastach Polski, a później w innych krajach. 

Kadr z filmu „Popiełuszko - Wolność jest w nas”

Z Fundacją CEMEX „Budujemy przyszłość” w październiku prowadziliśmy akcję „Bezdomni dla bezimiennych”. W ramach wolontariatu, pracownicy CEMEX wraz z bezdomnymi porządkowali groby N.N. Bardzo nam też zależy, aby wyjść z programem składki pracowniczej, czyli Payroll. Jest to jeszcze mało znana u nas idea, polegająca na dobrowolnym odprowadzaniu przez pracowników firmy drobnej, nawet symbolicznej części wynagrodzenia na dobroczynny cel. Payroll to niezwykle efektywna metoda pomagania, bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że Payroll niedługo stanie się powszechny także wśród polskich firm stosujących CSR. Co, Pana zdaniem, daje wolontariuszom z firm działalność na rzecz bezdomnych? - Myślę, że odnalezienie się na nowo, porzucenie stereotypowego myślenia, wzrost empatii, poczucie szczęścia. Realizujemy projekt „Anioł w Warszawie”, polegający na tym, że wolontariusz opiekuje się jednym, konkretnym bezdomnym. Nawet pan sobie nie zdaje 

sprawy, ile w życiu bezdomnej osoby może zmienić jedna rozmowa, bliskość, troskliwość. To daje nieprawdopodobne rezultaty. I to jest niebywałe, że tacy wolontariusze się pojawiają. Czyli widocznie jest w nas potrzeba otwierania się na innych, obdarowywania sobą. Pan zachęca do kupowania mydełka „Nadzieja”, przy czym dochód ze sprzedaży jest w całości przekazywany na budowę Kapucyńskiego Ośrodka Pomocy. Ale czy próbowaliście Państwo zainteresować tym produktem firmy? - Dotychczas skupialiśmy się głównie na dystrybucji mydełka „Nadzieja” poprzez sieć wolontariuszy i przyjaciół fundacji. Można było je nabyć również poprzez nasz sklep internetowy. Chcieliśmy mieć czas na rozeznanie rynku, jak i zebranie opinii na temat produktu. Teraz jesteśmy gotowi, aby zrobić kolejny krok i zachęcić firmy do współpracy przy dystrybucji naszej cegiełki 

Czy w Fundacji jest ktoś, kto specjalnie zajmuje się współpracą z firmami realizującymi CSR? 

Jakimi argumentami chciałby Pan przekonać inne, znane w życiu publicznym osoby, do


WYWIAD / 13 inicjowania i wspierania akcji charytatywnych? - Jedynym argumentem jest ta wielka wartość, jaką jest miłość. My wszyscy, którzy jesteśmy napełnieni miłością, zgłębiamy jej tajemnicę, wcześniej czy później dochodzimy do wniosku, że nie żyjemy tylko dla siebie, ale też dla drugiego człowieka. Prawdziwa miłość ma odniesienie miłości pełnej, która pochodzi od Pana Boga i wymaga autentycznego otwarcia się na drugiego człowieka. W węższym wymiarze prawdziwa miłość spełnia się w rodzinie, czyli w związku mężczyzny z kobietą i w ich potomstwie. W wymiarze szerszym prawdziwa miłość oznacza otwarcie się na wszystkich ludzi, a więc też tworzenie takich społeczności, które potrafią się organizować w niesieniu pomocy potrzebującym. Mówiąc krótko - napełnieni miłością, będziemy otwierać się na drugiego człowieka, będziemy go przyjmować takim, jakim jest i dawać mu z siebie jak najwięcej, abyśmy się mogli nawzajem wypełniać, dopełniać i uzupełniać. Wydaje mi się, że taka jest konstrukcja świata według zamysłu Bożego. Ktoś mógłby jednak Pana zapytać: „Panie Radosławie, po co to Panu to wszystko”? - Widzi pan, poprzez zaangażowanie się w to dzieło poznaję siebie. Bo okazuje się, że prawdziwy Radek jest inny niż ten przed moim nawróceniem, które nastąpiło 10 lat temu, po wypadku. Poznawanie siebie na nowo pozwoliło mi zrozumieć, że bez autentycznego otwarcia na drugiego człowieka nie będę sobą. 

Gdyby nie wypadek i nawrócenie, to podjąłby Pan działalność charytatywną? Czy „dawny” Radosław Pazura wykazałby taką wrażliwość? - Myślę, że nie. Otrzymałem wielką pomoc i błogosławieństwo od Pana Boga. Mówię o moim wypadku, bardzo ciężkim, napiętnowanym cierpieniem. Ale z perspektywy czasu wiem, że to było dla mnie błogosławieństwo. Narodziłem się na nowo, świat postrzegam o 180 stopni inaczej. 

Otwarcie na drugiego człowieka przejawiło się też w moich rodzinnych relacjach, w relacjach z Dorotą. Zmieniliśmy kompletnie nasze życie, pobraliśmy się, jesteśmy związani sakramentem małżeństwa, konsekwencją jest potomstwo. Słowem - kluczem jest właśnie „relacja”. Niby byliśmy ze sobą, ale tak naprawdę byliśmy osobno, kochaliśmy się, ale nie można było tego nazwać miłością. Okazuje się, że bez odniesienia relacji między dwojgiem ludzi do miłości, która pochodzi z „góry”, te relacje nie są właściwe. Teraz relacja jest pełna, bo osadzona na miłości Bożej, gwarantowanej sakramentem małżeństwa. A jednym z aspektów zgłębiania miłości, poznawania siebie, jest właśnie pomoc bezdomnym. A co Pan w ogóle sądzi o CSR? Firmy prowadzą działania CSR kierując się również własnym, dobrze pojętym interesem. Czy umniejsza to jednak pozytywnemu znaczeniu tych działań? - To bardzo delikatna sprawa. Może ten Radek sprzed wypadku powiedziałby, że nieważne, z jakiego powodu się pomaga, ważne, że się pomaga. Teraz sądzę, że pomoc niesiona jedynie w celu uzupełnienia czy poprawy wizerunku instytucji może być pułapką. Bez autentycznego otwarcia się na chęć niesienia pomocy, taka pomoc wcześniej czy później upadnie i obróci się przeciwko instytucji. Ważna jest prawdziwa chęć niesienia pomocy, a co za tym idzie, znalezienia różnych sposobów 

jej udzielania. Głębsze, trwalsze i efektywniejsze rezultaty przyniesie połączenie pracy nad poprawą wizerunku z pracą nad sobą, z autentyczną chęcią niesienia pomocy.  Wielu menedżerów wykonuje powierzone im zadania, jednak widząc efekty swojej pracy, na przykład rozradowane dzieci, czuje autentyczną satysfakcję. Może nie jest tak, że najpierw trzeba poczuć chęć pomocy? - Jeżeli w głowie rodzi się chęć poprawienia wizerunku, a potem następuje osobiste otwarcie na niesienie pomocy, to OK, możemy mówić, że każda droga jest dobra, aby prawdziwie pomagać. Przypuszczam jednak, że jeżeli zacznie się od chęci poprawiania wizerunku, to jeden otworzy się na niesienie pomocy szerzej, ale dziewięciu na dziesięciu spocznie na laurach i powie: „Ja zrobiłem swoje i zapominam o sprawie, moje sumienie jest czyste”. Janina Ochojska powiedziała kiedyś, że często pomagamy powodowani wyrzutami sumienia, które się w nas rodzą z powodu niewłaściwie prowadzonego życia. Czyli pomogę i… ulga, jednak jestem dobrym człowiekiem. Bez głębszej refleksji wpadamy w pułapkę powierzchowności i samooszukiwania się.

To, co Pan powiedział, przypomina ewangeliczną przypowieść o dziesięciu uzdrowionych z trądu, z których tylko jeden podziękował za cud… - Podał pan bardzo dobry przykład. Po to jest Ewangelia, aby

śmy z niej wyciągali wnioski. Mobilizujmy się, abyśmy będąc tymi uzdrowionymi, widzieli cuda w szerszym kontekście, bo nie chodzi tylko o fizyczne uzdrowienie, ale przede wszystkim o uzdrowienie naszych dusz, pozbywanie się wad, grzeszności. Wdzięczność powoduje, że człowiek się w pełni otwiera na miłość, a tym samym na drugiego człowieka. Odnoszę wrażenie, że znaczna część fundamentalnych zasad CSR została już zawarta w Piśmie Świętym, które nakazuje wspieranie potrzebujących, dbałość o pracowników, działanie na rzecz dobra wspólnego. Czy to nie paradoks, że świat współczesnego biznesu pod wpływem zasad wolnego rynku odkrywa to, co już dawno zostało zapisane? - Racja. Wymyśliliśmy zasady wolnego rynku, po czym dochodzimy do wniosku, że dzielenie się z innymi jest pożyteczne, bo poprawia wizerunek. Wielkie korporacje podejmują więc działania, których fundamenty zostały zawarte już przed wiekami w Biblii i które prowadzą do porządku Bożego, znanego od zarania dziejów. My najczęściej odkładamy Biblię gdzieś na półkę, tymczasem powinniśmy ją studiować. Choćby nawet po to, aby zaoszczędzić sobie czas na wymyślanie tego, co już zostało zapisane. 

Dziękuję za rozmowę. rozmawiał: Bogusław Mazur Źródło: raportcsr.pl


14 / KULTURA

Marek Kondrat to niewątpliwa gwiazda polskiego kina. Popularność pozwoliła mu skupić się na wielkiej pasji, jakże innej od zawodu. Od lat prowadzi sklep z winami, rozwinął też klub win dla potrzeb polskiego klienta, zajmuje się również edukują Polaków w tej kwestii. Z aktorem rozmawia Monika Bodera z portalu polarityinternational.com.

Wino nie skłania do łez i bijatyki Ma Pan za sobą w dorobku 62 filmy, kreacje teatralne, radio, dubbing, a mija juz 6 lat, odkąd ogłosił Pan zakończenie kariery aktorskiej. Z perspektywy czasu jak Pan ocenia tę decyzję - czy nie szkoda było zamienić życie aktora na dość ryzykowny rozwój własnego przedsięwzięcia na polskim rynku wina? - Ta decyzja nie dotyczyła tylko zmiany profesji, ale też - a może przede wszystkim - zmiany stylu i jakości życia. Nie żałuję jej absolutnie.

promotorem kultury wina w Polsce - zamierzonym czy raczej z przypadku? - Absolutnie zamierzonym. Chciałbym przekonać naszych rodaków, że wino to element codzienności, nieagresywny towarzysz biesiady, który w przeciwieństwie do naszej mateczki siwuchy skłania raczej do rozmowy i uśmiechu niż łez i bijatyki.

Jak zaczęła się ta miłość do wina? - Winem opijałem swoją maturę, było mało skomplikowane, ale jego smak pamiętam do dziś. 15 lat temu odbyłem pierwszy kurs winiarski w Bordeaux. Zobaczyłem winnice, usłyszałem słowa określające wino i poznałem ludzi, którzy je tworzą. To był pierwszy moment, w którym poczułem, że chcę należeć do tego świata. 

Polska nie była i wciąż nie jest rozwiniętym rynkiem wina. Czy to Pana nie zraziło? - Wręcz przeciwnie, najciekawsze są rynki, które dopiero się tworzą - to daje szanse zdziałania czegoś naprawdę. W sensie mniej biznesowym, a bardziej ideologicznym jest to także ogromne wyzwanie. Wino to element kultury zachodnioeuropejskiej. Jestem głęboko przekonany, że wraz ze wzrostem statystyk spożycia wina w Polsce (które wciąż są zastraszająco niskie), zbliżamy się do tej kultury, awansujemy w sensie cywilizacyjnym. 

„Kondrat Wina Wybrane” to Pana najnowsze i samodzielne przedsięwzięcie, które cieszy się bardzo silną pozycją na rynku. Rozwinął Pan firmę, „która sama będąc wynikiem świadomego wyboru, ma na celu pomagać innym w ich własnych wyborach winiarskich” - jak określa Pan swój model biznesowy. Czy to jest nowy trend na wina w Polsce? - Nie wiem, nie zastanawiam się nad trendami. Mam ogromne szczęście, że mogę robić to, co mnie pasjonuje i staram się robić to najlepiej jak umiem. 

Wino to element kultury zachodnioeuropejskiej. Jestem głęboko przekonany, że wraz ze wzrostem statystyk spożycia wina w Polsce, zbliżamy się do tej kultury, awansujemy w sensie cywilizacyjnym.  Będąc zarówno znawcą wina, jak i osobą zaangażowaną w przemysł winny od środka, jak oceniłby Pan zmiany, jakie zaszły na polskim rynku? - Zajmuję się handlem winem, nie tworzeniem go. Coraz częściej słyszy się o nowych winnicach zakładanych w Polsce. Mam do tego stosunek życzliwy, ale ostrożny. Z winnicą jest trochę jak z angielskim trawnikiem - najgorsze jest pierwsze 150 lat, a potem to już jakoś idzie.

Czy mamy szansę wykształcić kulturę wina zbliżoną swym rozmiarem do np. Wielkiej Bry-

tanii, która podobnie jak Polska polega na imporcie wina? - Mamy, z oczywistych względów, ogromne zaległości, ale dobrym i dającym nadzieję przykładem jest Skandynawia. W 1952 roku statystyczny Szwed czy Duńczyk wypijał 2,5 litra na głowę rocznie (czyli tyle, ile Polak w 2012 roku), teraz ta wartość wynosi około 30 litrów, więc jest nadzieja. Znana postać rynku win w Polsce, Wojtek Bońkowski, bardzo mocno zaakcentował potrzebę edukacji Polaków w kwestii wina. Jest Pan niewątpliwie

 Proszę podzielić się z naszymi czytelnikami swoimi ulubionymi winami... - Nie mam ulubionych win. Te preferencje zmieniają się z czasem, z porą roku, z okolicznościami. Pijam zdecydowanie więcej win białych, także musujących: hiszpańską cavę albo włoską franciacortę. Każde wino, które stoi na naszych sklepowych półkach jest moim ulubionym w swojej kategorii.

Dziękuję za rozmowę Źródło: polarityinternational.com www.marekkondrat.pl


FINANSE / 15

Obserwując saldo wpłat i umorzeń w funduszach inwestycyjnych w ostatnich miesiącach, widać wyraźnie, że klienci TFI odwracają się od obligacji skarbowych. Bartłomiej Grochulski

Z szacunków firmy badawczej Analizy Online wynika, że w tym roku z funduszy dłużnych uniwersalnych i dłużnych polskich papierów skarbowych wycofali już łącznie 3,6 mld zł, które mogły trafić do innych segmentów rynku. Klienci TFI najchętniej wybierali rozwiązania gotówkowe i pieniężne (+6,0 mld zł). Duży napływ środków odnotowały także fundusze o wyższym ryzyku, czyli akcyjne (+2,8 mld zł) i absolutnej stopy zwrotu (+2,0 mld zł). Z punktu widzenia miejsca w cyklu koniunkturalnym, w jakim obecnie znajduje się polska gospodarka, przechodzenie częścią swoich środków (dywersyfikacja) do bardziej ryzykownych produktów wydaje się wciąż uzasadnione. Koniunkturze na giełdzie sprzyja niska inflacja oraz faktycznie poprawiająca się sytuacja w polskiej gospodarce. Na rosnących cenach akcji korzystają m.in. fundusze akcji i fundusze absolutnej stopy zwrotu. W praktyce jednak oba typy produktów są od siebie bardzo różne, a na rynku tylko kilka instytucji może pochwalić się dobrymi wynikami zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku. Celem strategii absolutnej stopy zwrotu jest osiąganie zysku w każdych warunkach, bez względu na koniunkturę panującą na rynkach finansowych. Fundusze absolute return powstały jako sposób na przetrwanie bessy na światowych giełdach. Od produk-

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania

ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12

Szkoła Inwestowania nr 121

Dodatek do portfela

- fundusze absolutnej stopy zwrotu tów akcyjnych odróżnia je przede wszystkim udział akcji, który może wynosić nawet od -100% do 200% aktywów. Z kolei fundusze akcyjne, powinny lokować w nich przynajmniej 60% środków. Fundusze absolutnej stopy zwrotu mogą również wykorzystywać grę na spadek cen akcji. Np. dzięki krótkim pozycjom na kontraktach terminowych mogą one osiągać zyski nawet w czasie bessy. Ten cel był mocno eksponowany przez TFI po 2008 r., kiedy to powstała większość działających obecnie funduszy tego typu. Dodatkowo nie mają one ograniczenia w postaci benchmarku, mogą więc inwestować w różne klasy aktywów np. akcje, obligacje surowce czy waluty.

Choć na rynku działa kilkadziesiąt detalicznych funduszy akcji polskich uniwersalnych i absolute return, to tylko 10 instytucji posiada w ofercie zarówno jedne, jak i drugie. Jeszcze mniejsze grono z nich może pochwalić się sukcesami na obydwu polach. W ciągu minionego roku jedynie Atlus TFI, Ipopema TFI oraz Quercus TFI oferowały rozwiązania akcji uniwersalnych, które posiadały dobrą ocenę w rankingu Analiz Online (4a lub 5a) oraz fundusze absolutnej stopy zwrotu w postaci funduszy otwartych, które mogły pochwalić się dodatnim wynikiem. Z wymienionej trójki najdłuższą wspólną historię w zarządzaniu obydwoma rodzajami fundu-

szy ma Quercus TFI. Dobrymi wynikami wyróżnia się przede wszystkim Quercus Agresywny, który jako jedyny w grupie, rok po roku zdołał pobić indeks WIG. Z kolei Quercus Selektywny w przypadku dwóch z ostatnich trzech lat zdołał wypracować dodanie stopy zwrotu. Regularnym zyskiem od 2010 do 2012 r. może natomiast pochwalić się zarządzający funduszem Altus ASZ Rynku Polskiego. W tym samym TFI znajdziemy także fundusz Altus Akcji, który ma wysoką relacją zysku do ryzyka za okres ostatnich 12-miesięcy. W przypadku Ipopema TFI pod względem wyników i efektywności wyróżniają się Ipopema Agresywny oraz Ipopema Makro Alokacji.

Wykresy wspomnianych funduszy absolutnej stopy zwrotu w porównaniu do indeksu szerokiego rynku WIG w skali 12 minionych miesięcy:


16 / REKLAMA


Dobry Znak