Page 1

Romuald omuald Szeremietiew: - o wybitnym oficerze polskim z etykietą zdrajcy str. 6-7

Dwutygodnik nr 1 (129) } 16 stycznia 2014 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

System emerytalny coraz bardziej obciąża finanse publiczne i w tym roku wedle projektu ustawy budżetowej nic się nie zmieni, pomimo zaplanowanego na rok 2014 przepływu do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych środków w wysokości ponad 15,3 mld zł w wyniku tzw. „reformy” OFE.

Emerytury coraz bardziej zadłużone Piotr Małagocki

W projekcie budżetu na rok 2014 zostały zapisane przekraczające 30 mld zł dotacje z budżetu państwa na poczet wydatków systemu emerytalnego. Następują kolejne przejęcia środków z Funduszu Rezerwy Demograficznej (po 2,5 mld zł) i zaciąganie nieoprocentowanych pożyczek z budżetu państwa, które wzrastają w efekcie z kwoty niecałych 18,9 mld zł na koniec 2012 r. do ponad 37,7 mld zł (czyli o blisko 19 mld zł). Wydatki systemu emerytalnego w 2014 roku mają wynieść 124,17 mld zł. Tyle państwo polskie wypłaci emerytom. Do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wpłynie z kolei 77,66 mld zł. Brakujących, bagatela, 47 mld trzeba będzie poszukać gdzie indziej, a najłatwiej pieniędzy szuka się przecież u kogoś. 8 mld przeniesie się z OFE od podatników (w ramach słynnej reformy), 30 mld weźmie z budżetu państwa, wspomniane 2,5 mld - z Funduszu Rezerwy Demograficznej. I tak trochę zabraknie, więc… jak przewiduje uzasadnienie do projektu ustawy budżetowej na rok 2014, Fundusz (FUS) także w roku 2014 nie zwróci do budżetu państwa

pożyczek otrzymanych w latach 2009-2013 (łącznie z zaplanowanymi na rok 2014 to ponad 37,7 mld zł). W kosztach systemu emerytalnego należy również uwzględnić KRUS, do którego dotacja z budżetu państwa w roku 2013 przekroczyła 15,5 mld zł, a na 2014 r. ma wynieść już ponad 16 mld zł. Same emerytury rolników to wydatek ponad 11,5 mld zł (przy

łącznym przypisie składek emerytalno- rentowych KRUS niewiele ponad 1,5 mld zł). Do kosztów systemu emerytalnego należy zaliczyć także system zaopatrzeniowy, finansowany bezpośrednio z budżetu w roku 2012 kwotą 10,6 mld zł, a także wspomniany już system repartycyjny, czyli taki, w którym pracująca część społeczeństwa bierze na siebie utrzymanie wszystkich emerytów i ren-

cistów. Łączna kwota obciążenia finansów publicznych systemem emerytalnym to zatem 134,6 mld zł, co stanowiło w roku 2012 ok. 28% wydatków całego sektora publicznego (po konsolidacji). Ujemny wynik i obciążenie finansowe państwa związane z systemem emerytalnym przekłada się na wynik finansowy całego dokończenie na str. 8 - 9


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Trzy metody na sondaże

Kot i pies Mariusz Gazda

Żyć jak pies z kotem. Jest takie polskie powiedzenie opisujące ludzi, którzy ciągle ze sobą walczą. Może nie dosłownie walczą fizycznie, ale zawsze mają odmienne zdania na każdy temat i nigdy nie omieszkają tego wyartykułować. Żyją w ciągłej niezgodzie, nienawiści, kłócą się. Jeżeli ta relacja nie wychodzi poza ich prywatne życie, to ich sprawa. Chociaż nie zazdroszczę im. Znamy jednak dwóch takich polityków, którzy swoją wzajemną nienawiść upublicznili i zrobili z niej sposób na życie. Sposób na bycie kimś znanym i ważnym. Sposób na zdobywanie władzy. Sposób na zarabianie pieniędzy. Podzielili, niestety, również nasze społeczeństwo. Podzielili bardziej niż zabory i powstania. Podzielili bardziej niż druga wojna światowa podzieliła naszych weteranów. Wszyscy walczyli o wolną Polskę, ale jedni szli ze Wschodu, a drudzy z Zachodu. Im udało się podzielić Polaków bezkrwawo. Ale skutki są porażające. Zamiast współpracować, walczymy. Zamiast budować, burzymy. Nie potrafimy wykorzystać szansy pokoju i wolności, tak rzadkiej w naszych nowożytnych dziejach. Który z nich to pies, który to kot? Kot to typ impulsywny, czyli osoba, która słabiej niż inni lub niekiedy w ogóle nie hamuje wewnętrznych impulsów. Kot, choć najedzony, na widok ptaka lub myszy rozpoczyna skradanie się, a potem atak. Kot działa podświadomie i zawsze czuje, co należy zrobić. Co jest dobre. Kot jest bezkompromisowy. Pies to typ kalkulatywny, czyli osoba, która przewiduje i wykorzystuje swoją inteligencję i spryt do rozgrywania innych ludzi, których traktuje jak pionki w grze. Może udawać nawet emocje, troskę, zaangażowanie, tylko po to, żeby drugiego człowieka wykorzystać do swoich celów. Pies może oceniać sytuację i zmieniać strategię. Psa można wytresować w taki sposób, że nie atakuje zwierząt, które mogą stanowić jego naturalny pokarm. Pies potrafi czekać na decyzję czyli komendę do działania. Komendę zewnętrzną lub wewnętrzną, to już nieistotne. Kota w ten sposób wytrenować się nie da. Jego natura zawsze pozostanie niezmieniona. Zawsze będzie miał problemy z hamowaniem impulsów. Koty chadzają własnymi ścieżkami. No i kto jest psem, a kto kotem? Wiecie już?

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

nakład: 150 000 egz.

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam

Rafał Ziemkiewicz Według sondaży Donald Tusk jest uważany za największego przegranego polityka 2013 roku. Czy Premier jest w stanie odzyskać swoich wyborców? Myślę, że jak na razie nie ma na to pomysłu. Widać, że sławny PR Premiera już się „wystrzelał”. Właściwie jest to powtarzanie w kółko tych samych chwytów pt. rewolucja legislacyjna. Składamy jakieś próby i obietnice niepłodnej nadziei, a za parę miesięcy nikt nie będzie pamiętał, co mu zostało obiecane. Chodzą pogłoski, że w piątek pan premier ogłosi plan dofinansowania 40 miliardami polityki regionalnej i wieloma miliardami innych dziedzin. Można przypomnieć sobie np. Spółkę Inwestycje Polskie i miliardy, które miały wesprzeć polską gospodarkę. Można zapytać retorycznie - co się stało z tymi pieniędzmi? To tylko jedna sztuczka, która przy każdym powtórzeniu jest jednak coraz mniej skuteczna, bo ludzie sobie przypominają, że to już kiedyś słyszeli. Sztuczkę drugą nazwałbym „dobry car, który ma złych bojarów”. Czyli Premier popisuje się publicznie zobowiązując ministrów, tak jak np. teraz naciska na Ministra Arłukowicza aby zmniejszyły się kolejki u lekarzy, czy jak swego czasu Ministra Grada do znalezienia inwestora dla Stoczni Gdańskiej pod groźbą zwolnienia go. Pamiętamy, jak te poprzednie pogróżki się kończyły. Pamiętamy też całkiem niedawne fiasko operacji pt. „rekonstrukcja rządu”, które miało być PR-owskim nowym otwarciem i nic rządowi w sondażach nie przyniosło. 

Trzecia metoda sięga czasów Gierka, czyli dobry gospodarz jedzie w Polskę odwiedzać dzieci w Płocku czy Strzałkowie, udziela dobrych rad, ściska ręce, je rosół z krajanami i pokazuje, że jest „spoko kolesiem”. I co ciekawe, chociaż to śmierdzi tandetą i fałszem, to jest wciąż skuteczne. To pokazuje, że wzorzec Gierka gdzieś tam w Polakach głęboko tkwi i to, co dla pewnej grupy ludzi - kojarzenie się Tuska z socrealistycznym przywódcą jest totalnym obciachem - to dla innej, bardzo licznej, jest pozytywne. Wydaje mi się, że on świadomie gra na tym podobieństwie. No ale nie sądzę, by zwiększało w jakiś znaczący sposób jego popularność. Myślę, że tak naprawdę dla Donalda Tuska jest to plan ucieczki z Polski. Kiedy czytamy doniesienia prasy niemieckiej o tym, że Angela Merkel chętnie widziałaby właśnie Donalda Tuska jako człowieka potulnego wobec niej, to sądzę, że strategią Donalda Tuska jest podtrzymanie swojego istnienia tutaj, uzyskanie jak największego poparcia do Europarlamentu, bo od tego jego przyszłość będzie zależeć, a potem po prostu „danie dyla”, zanim skończą się pieniądze z ukradzionego OFE i zanim spadną na głowę rządowi poważne problemy, które dotąd są bez przerwy prolongowane różnymi decyzjami. wysłuchała: Emilia Piątek

Edward Gierek był znakomitym fotografem, najlepsze było zdjęcie Gomułki...

Autor: anonim, źródło: Dowcipy PRL-u, wybór i oprac. Anna Januszkiewicz, Ewa Rychlewska, wyd. Vesper, 2007


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

U progu Nowego Roku warto choć przez chwilę zastanowić się, w jakim kierunku zmierza nasz kraj. Rozważając bowiem polskie niedole, niewykorzystane szanse, błędy, szkodliwe działania, zaniedbania czy zaniechania wypada pomyśleć nad jednym z czynników „niemocy”.

Pokonanie przeciwnika bez walki

Jan Maria Jackowski

Szczególnie w czasach kryzysu, gdy niestabilność sytuacji zwiększa poziom zamętu. A wiadomo, że w mętnej wodzie najlepiej się łowi ryby. Warto się zatem przyjrzeć technice działania określanej mianem wojny psychologicznej

szczególnie w obszarze medialno-informacyjnym. Pomocne może być odwołanie się do słynnej książki Vladimira Volkoffa, oficera francuskiego wywiadu, profesora Uniwersytetu w Liege, wybitnego specjalisty od dezinformacji i propagandy. W książce „Montaż” z 1982 r. przedstawił on mechanizmy funkcjonowania agentury wpływu i niemal podręcznikowe zasady walki informacyjnej i psychologicznej. Volkoff odniósł swoją powieść do gier kombinacyjnych i operacji sowieckiego wywiadu oraz sowieckiej agentury wpływu na terenie Francji, ale jego powieść jest uniwersalna, ponieważ ukazuje anatomię wojny informacyjnej. Według Volkoffa podstawą dzia-

łań sowieckich służb specjalnych były wskazania chińskiego generała w Królestwie Wu i klasyka strategii Sun Zi żyjącego w latach 544-496 przed Chrystusem. Ten autor najstarszego na świecie podręcznika sztuki wojennej pisał, że wojna to sztuka wprowadzania w błąd, a osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem umiejętności. Szczytem umiejętności jest pokonanie przeciwnika bez walki. Sun Zi wykłada w 13 punktach istotę wrogich działań. Warto je przytoczyć, bo mimo, iż od ich sformułowania upłynęło 25 wieków porażają swą aktualnością: 1. Poddawaj w wątpliwość dobro; 2. Kompromituj przywódców; 3. Wstrząśnij ich wiarą, niech gardzą;

4. Posługuj się ludźmi złymi; 5. Dezorganizuj działalność władz; 6. Siej niezgodę między obywatelami; 7. Podżegaj młodych przeciw starym; 8. Drwij z tradycji; 9. Zakłócaj aprowizację; 10. Rozpowszechniaj zmysłową muzykę; 11. Sprzyjaj rozwiązłości; 12. Nie żałuj pieniędzy; 13. Zbieraj informacje.

Jeżeli będziemy analizowali to, co dzieje się w Polsce możemy odnieść nieodparte wrażenie, że natrafiamy na ślady działań opisanych przez starożytnego chińskiego stratega i myśliciela. Otwartym pozostaje jednak pytanie, na ile jest to wynikiem „przypadku” i naszej bylejakości, a na ile efektem świadomych i przemyślanych działań.

Jak dobrze, że nie będzie mnie... Nowy Rok witałem w gronie przyjaciół na słynnym dzisiaj warszawskim pl. Zbawiciela w jednej z kultowych, jak to się obecnie określa, knajpek. Poszedłem do baru zamówić piwo i... oniemiałem. Młoda, ledwie dwudziestoparoletnia dziewczyna, chyba barmanka, przykuła moją uwagę. Bo czegoś takiego nie spotkałem jeszcze. Ubrana była w krótkie spodenki, czarne, ale prześwitujące rajtuzy (to ważne!) i biały t-shirt na wąskich ramiączkach. Taki strój? Nic szokującego, ale reszta?! Na widocznym dekolcie dwa olbrzymie czarne tatuaże. To samo na ramionach. I - to chyba było najgorsze - widoczne przez te rajstopy na udach olbrzymie czarne plamy kolejnych tatuaży. Brr... Nieładne to było strasznie. Za moich czasów (i kto by pomyślał, że tak pisać kiedykolwiek będę) tatuowali

...na tym świecie. Za 30 czy 40 lat. Dlaczego? Już tłumaczę. się „dzicy” z buszu (jak ich wtedy powszechnie określano), niektórzy Japończycy (rytualnie) i marynarze (zwyczajowo). No i, oczywiście, pensjonariusze zakładów karnych. Ale oni to się dziargali, bo tak ten proceder w gwarze więziennej określano. Była taka u schyłku lat 60. subkultura zwana „gitami” - ci to sobie pod lewym okiem jeszcze kropę nazywaną cynkwajsem robili. A dzisiaj? Spotkałem ostatnio głównego prawnika dużej międzynarodowej firmy, który był pomalowany dokładnie. Całe ramiona. I dalej podobno też. Podobnie jak i pewna szansonistka, co to niegdyś (występując w kapeli o trzyliterowej nazwie) za kontestatorkę uchodziła, a teraz, będąc piosenkarką popową, za celebrytkę robi, cała jest pokryta - jak to sama nazywa

- wzorkami. Nieładnymi zresztą. A z dawnej kontestacji pozostało jej tylko zamiłowanie do używania słów uznawanych za niecenzuralne. Dlaczego o tym piszę? Hmm... Jako człowiek z jakimś tam już bagażem lat, wiem, że wraz z upływem czasu człowiek się zmienia. Fizycznie. I na starość albo tyje, albo chudnie. Z reguły tak to, niestety, jest. Pamiętam taką piosenkarkę, co to w końcu wspomnianych lat 60. śpiewała wielki przebój pt. „Wenus”. Młoda szczuplutka o długich blond włosach anielica. A potem... Zupełnie niedawno znalazłem na You Tube jakąś audycję niemieckiej tivi, w której rzeczona piosenkarka śpiewała swój dawny przebój. To było szokujące, kiedy starsza pani w wadze 100+ usiłowała nie dostać zadyszki przy podrygiwaniu

Paweł Ludwicki

w takt muzyki. No cóż, lata lecą. Wspominam o tym, bo wyobraźmy sobie, że ta kobieta w młodości by się wytatuowała. Co byłoby z tymi „wzorkami” teraz, gdy tak bardzo przytyła? Brr... Bezładne, czarne czy też kolorowe plamy na porozciąganej skórze. Albo wyobraźmy sobie, że taka podziargana młoda dzisiaj dama, staruszką się stając, schudnie. No, to będzie straszny widok. Widok obwisłej, pomarszczonej skóry pokrytej plamami. Brrr... I dlatego dobrze, że ja już tego oglądać nie będę. Ale wy dzisiaj młodzi ludzie - miejcie to na uwadze.


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Na barbarzyńskim Mazowszu w dobrym tonie jest wyśmiewać się z Wielkopolan, że to nigdy nie zrobili porządnego powstania, bo obowiązuje zakaz deptania trawników. Ja jednak jestem konserwatystą i mnie się ta cecha podoba. Powstań wszelakich organicznie nie znoszę. Cywilizowany człowiek po prostu powstań nie robi. Powstanie Wielkopolskie jest jednak unikalne. Dlatego, że nie było to tak naprawdę powstanie. Janusz Korwin - Mikke

Gdy hitlerowcy w 1939 zaczęli ścigać i mordować powstańców za zdradę - to nie mieli racji! Pamiętać bowiem należy, że Powstanie rozpoczęło się 27 grudnia 1918 roku. Owszem: poddani Wielkiego Księstwa Poznańskiego składali przysięgę na wierność Cesarzowi. Jednak 28 grudnia śp.Wilhelm II Hohenzollern abdykował - jako Cesarz i król Pruski, a także jako Wielki Książę Poznański! Hitlerowcy powinni byli rozstrzeliwać nie „powstańców wielkopolskich” - tylko twórców „rewolucji listopadowej”, która zmiotła Cesarza z tronu i spowo-

O Wolność na swoim podwórku dowała trwający do dzisiaj i pogłębiający się rozkład Niemiec. Nawet gdyby Hitler w 1936 istotnie restaurował Cesarstwo i przywrócił Wilhelma II na tron - to też pretensje do Wielkopolan byłyby nieuzasadnione: oni przysięgi złożonej Kajzerowi dotrzymywali. Ale skoro Cesarz przestał być cesarzem... Cesarstwo gwarantowało poddanym równość - bo władcy jest dokładnie obojętna narodowość jego poddanych - byle byli lojalni i płacili podatki. Dlatego po abdykacji Wielkiego Księcia Poznań-

skiego Wilhelma Wielkopolanie mieli moralne prawo stworzyć własne państwo. I było to całkowicie legalne – żadne trawniki nie zostałyby podeptane. I było to jak najbardziej rozsądne myślenie strategiczne - bo powstańcy po prostu zwyciężyli. Gdyby to Wielkopolska objęła ster w II Rzeczypospolitej, sytuacja stałaby się odmienna. Jednak to Królewiacy i Górale objęli urzędy i mnożyli te urzędy ponad wszelką miarę.. Ja twierdzę, że w tamtej sytuacji zabór pruski powinien był w 1920 ogłosić niepodległość

i odgrywać taką rolę, jaką odgrywa Szwajcaria w niemczyźnie: rolę wzoru dla Polaków. I czekać, aż Polacy spod okupacji biurokracji z Galicji i Kongresówki zbuntują się, wyzwolą i zechcą przyłączyć do Wielkopolski i Śląska! To nieaktualne, ale teraz możemy ogłosić niepodległość, zrzucić jarzmo unijnej (i własnej!!) biurokracji i czekać, aż reszta krajów Unii wybierze Wolność! Ktoś musi zacząć - zanim ten Pokraczny Goliat zbankrutuje.... http://korwin-mikke.pl

Kiełbasa wyborcza częściowo wędzona Jesienią tego roku ma wejść w życie zakaz używania tradycyjnych metod wędzenia kiełbas i wędlin, czyli umieszczania ich w komorach opalanych drewnem. Brukselscy biurokraci ciągle bezkarnie działają wg zasady „tak kochała, że żyć nie dała” i wymyślają coraz to nowe przepisy dla naszego wspólnego, unijnego dobra.

Aleksandra Jakubowska

Chemiczne konserwanty widać zdrowsze, nie mówiąc już o papierosach, bowiem wędzenie płuc palaczy i przebywających w ich towarzystwie niepalących nie wzbudza równie inkwizycyjnych zapędów. Cóż, widać argumenty potężnych i bogatych koncernów tytoniowych mają większą siłę perswazji, niż nieśmiały pisk rozproszonych, małych, często rodzinnych firm wędliniarskich.

A ponieważ czekają nas liczne kampanie wyborcze, bardzo jestem ciekawa, jaka będzie ta wyborcza kiełbasa.W tym roku powinna być jeszcze po staropolsku dobrze uwędzona, ale w przyszłym? Czy kandydaci do Parlamentu Europejskiego uczynią ją jednym ze swoich haseł wyborczych? („Jadę do Brukseli, by walczyć o polską, wędzoną kiełbasę”). Trudno jednak uwierzyć w ten zapał do walki o interesy polskich przedsiębiorców i polskiej gospodarki, skoro zdarzają się obecnie urzędujący w Brukseli polscy europarlamentarzyści, którzy jeżdżą tam tylko, by złożyć swój podpis pod „listą płac” i natychmiast zmykają na Ojczyzny

łono. Ta miłość do wierzb szumiących mazurkami Szopena i smreków jodłujących góralską gwarą godna jest ponownej elekcji. Druga kampania wyborcza, ta samorządowa, będzie pewnie obfitowała w zapewnienia o kiełbasie dla każdego obywatela, a w rezultacie okaże się, iż starczy jej jedynie dla rodziny i znajomych oraz partyjnych („komitetowych”) kolegów. Czy inicjatywa powrotu do podziału kraju na 49 województw i likwidacji powiatów okaże się kiełbasą wyborczą, czy też zamieni się w czarną polewkę podaną pomysłodawcom - zobaczymy. Prawie 170 tys. posad urzędniczych

w gminach i miastach na prawach powiatu - jest się o co bić. Za czasów tzw. realnego socjalizmu, zwanych przez niektórych „komuną”, dwie kampanie były najważniejsze - żniwna i buraczana. Pamiętam taki materiał rozpoczynający Dziennik Telewizyjny cisza wstającego świtu na polskiej wsi, głos lektora: „…I nagle są! Bizony ruszyły w pole!”. Oczywiście chodziło o słynne kombajny, a nie dalekiego krewnego naszego żubra. Zaletą owych kampanii było to, że trwały krótko i coś w efekcie przynosiły. Jak znam życie, nasze kampanie będą płynnie przechodziły jedna w drugą i tak przez prawie dwa lata będziemy napychani tą wyborczą kiełbasą, aż do mdłości. I wtedy nie będzie ważne, czy wędzona, czy też nie, bo w efekcie utonie w oceanie wyborczych obietnic wraz z zamknięciem ostatniej urny do głosowania.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5

Nie dajmy się sprofanować Wyrachowani przedstawiciele środowisk antychrześcijańskich nie będą biegać z zapalniczką pomiędzy kapliczkami. Oni podpalają umysły. Jeśli młodym stało się obojętne to, co robią w miejscu pobożnych pielgrzymek, należy bić na alarm. Siła bierze się z szacunku dla darów natury i łaski. Darów natury Polakom nie brakuje. Nie można lekceważyć darów łaski. W IV wieku w Rzymie panował cesarz Konstantyn Wielki. W 327 roku jego matka, sędziwa kobieta w wieku 78 lat, nie bacząc na trudy podróży, ruszyła niczym Indiana Jones do Jerozolimy, aby poszukać miejsc związanych z życiem i śmiercią Jezusa Chrystusa. Okazało się, że w ciągu trzech stuleci urbanistyka i topografia wielokrotnie się zmieniały. Golgota położona niegdyś poza murami

Nowy rok przyniósł informację o kolejnej profanacji miejsc kultowych związanych z katolicką obrzędowością, tym razem w Kalwarii Pacławskiej. Wypalono twarz Matki Bożej na jednym z obrazów. Nie wiadomo, kto dokonał tego czynu. Przedstawiciele służb porządkowych twierdzą, że mogli to być młodzi ludzie szukający rozrywki. stała się częścią nowego miasta zbudowanego przez cesarza rzymskiego Hadriana. Wzniesienie prawie zrównano i pobudowano tam nową świątynię Wenus. Na polecenie cesarzowej rozpoczęto prace wykopaliskowe. Wywiady topograficzne, poszukiwanie starych map, rozmowy z mieszkańcami przyniosły skutek. Gorliwa chrześcijanka odnalazła dla rodzącej się wielkiej wspólnoty szczątki Krzyża Świętego. Wiadomość o profanacji u progu 2014 roku napawa smutkiem. Czego szukają ci, którzy niszczą uświęcone tradycją pielgrzymek

miejsca? Do czego doprowadzi ich pasja niszczenia? Dziś żaden cesarz nie nagrodzi sędziwej matki za to, że zachowała pamiątki po Chrystusie. Nadszedł czas mniejszych wspólnot, na które mamy wpływ i w których możemy pielęgnować dary łaski i natury. Pisarz bizantyjski Pseudo - Murycy w „Strategikonie”, czyli podręczniku o sposobach prowadzenia walk ze Słowianami na przełomie VI i VII wieku pisał: Ludy słowiańskie mają podobny sposób życia i podobne obyczaje. Cenią wolność i w żaden sposób nie dają się

Rafał Pazio

nakłonić do uległości i posłuszeństwa wobec obcych, zwłaszcza we własnym kraju. Z łatwością znoszą upał, zimno i ulewę oraz brak odzienia i niedostatek. Dla gości są dobrzy i z życzliwością ich przewożą z miejsca na miejsce […]. Słowianie nie zatrzymują pojmanych jeńców przez czas nieograniczony w niewoli, jak to czynią inne ludy. Są w nas szlachetne cechy. Obcy nam jest żywioł politycznej poprawności, który próbuje się na umysły Polaków przeflancować. Nie zapominajmy, kto i dlaczego na ziemiach polskich jest gospodarzem.

Episkopat opublikował list zwracający uwagę na groźne następstwa ideologii gender. W tym samym czasie rząd broni gender twierdząc, że to niewinna dyscyplina naukowa, a nie żadna ideologia.

Nauka czy ideologia - spór o gender Piotr Uściński

Podoba mi się stanowcze wypowiadanie się episkopatu w ważnych sprawach społecznych. Tego właśnie oczekuję od moich biskupów, tego oczekuje od nich wielu katolików. List odczytany w polskich kościołach w Niedzielę Świętej Rodziny właśnie taki jest - zdecydowany i konkretny. Biskupi w prosty, zrozumiały sposób wyjaśniają podstawowe postulaty gender oraz wskazują na zagrożenia dla rodzin i społeczeństwa, jakie niesie ta ideologia. Zachęcam wszystkich do przeczytania tego listu dostępnego w Internecie. Ostre stanowisko episkopatu spotkało się, nie wiedzieć cze-

mu, z reakcją rządu. Pełnomocnik rządu w randze ministra, a nawet sam premier Tusk wypowiadają się bardzo krytycznie wobec listu biskupów de facto broniąc gender. Nie tylko oni, także liczni profesorowie (np. znana feministka Magdalena Środa) twierdzą, że to niewinna dyscyplina naukowa podobna do innych, np. do biologii. Kiedy więc nauka staje się ideologią? W nauce pojawiają się teorie, stawia się pewne tezy, które potem naukowcy starają się udowodnić (albo je obalić). W ten sposób nauka rozwija się. Ideologia pojawia się wtedy, gdy teorii naukowej nie da się obiektywnie potwierdzić, udowodnić, a traktuje się ją na wiarę. Głębokie przeświadczenie o słuszności nieudo-

wodnionej teorii czyni z naukowca - ideologa. Gender opiera się na jednej głównej teorii, że różnice kulturowe i społeczne między kobietą i mężczyzną wynikają z wychowania i roli, jaką tradycyjnie odgrywają płci w społeczeństwie. Według tej teorii płeć kulturowa nie wynika wcale z uwarunkowań biologicznych. A więc teoretycznie wg gender, gdyby zapewnić identyczne warunki wychowania dziewczynkom i chłopcom, to niczym by się nie różnili, oprócz cech fizycznych. I to jest podstawa teorii, badania naukowe próbujące udowodnić lub obalić te tezy i twierdzenia to nauka, która może wydawać się niewinną dyscypliną. Jednak warto zwrócić uwagę, że jedna

z pierwszych instytucji zajmujących się tematem - Katedra Gender na Uniwersytecie w Oslo - została niedawno zamknięta, gdyż teorii nie udało się udowodnić. Niektórzy jednak w ten podstawowy postulat uwierzyli i skonstruowali na jego podstawie wiele dalszych teorii i kolejnych implikacji gender. I tak pojawia się postulat, aby nie określać płci dzieciom i pozwolić im na świadomy wybór płci, oczywiście po wcześniejszym wyedukowaniu seksualnym. Dalej są postulaty równości związków homoseksualnych z małżeństwem, akceptacji różnego rodzaju zboczeń itd... I to jest właśnie ideologia i związane z nią zagrożenia. www.uscinski.pl


6 / HISTORIA

Wśród prezentów pod choinkę dostałem książkę „Szpiedzy Hitlera. Niemiecki wywiad wojskowy w czasie II wojny światowej” autorstwa Davida Kahna reklamowanego przez wydawcę jako „wybitnego znawcy tematyki kryptologicznej i służb wywiadowczych”. Przejrzałem tom liczący prawie 700 stron, poszukując polskich wątków. Znalazłem jeden o zdrajcy Polaku - niemieckim agencie. Romuald Szeremietiew

„Brutus”Adolfa Hitlera

Kahn opowiada o wojskowym, który działał we francuskim ruchu oporu, został wydany Niemcom przez zazdrosną kochankę, zgodził się na współpracę z Abwehrą i jako niemiecki agent, zajmując wysokie stanowiska w alianckich dowództwach, przekazywał Niemcom ważne informacje wywiadowcze. W styczniu 1945 agent „Hubert” umilkł, prawdopodobnie pojmany został przez Brytyjczyków” - kończy swoją opowieść Kahn. Amerykanin ujawnił, że tym zdrajcą był polski lotnik - pułkownik Roman Czerniawski.

Z lotnictwa do wywiadu Pochodzący z Warszawy Czerniawski w 1931 r. ukończył z czwartą lokatą Szkołę Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie w specjalności obserwator. Podjął służbę w eskadrze liniowej. W 1934 r. trafił do Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa i po ukończeniu wyższego kursu pilotażu trafił do eskadry myśliwskiej. W latach 1936-38 był słuchaczem i absolwentem Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. W czasie tych studiów zainteresowała się nim „dwójka”, Oddział II Sztabu Głównego WP. Młody bardzo zdolny oficer władający biegle francuskim, niemieckim i angielskim i posiadający łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, był świetnym kandydatem na oficera wywiadu. Awansowany na kapitana już jako oficer II Oddziału we wrześniu 1938 r. przydzielony został do Wydziału Organizacyjnego Dowództwa Lotnictwa. W wojnie 1939 r. początkowo latał jako pilot łącznikowej eskadry sztabowej, a 7 września odkomenderowany został

Fot. 1: Por. pilot Roman Czerniawski, Fot. 2: Czerniawski lubił koty (zdj. British Military Records)

do Dowództwa Obrony Lwowa w celu sformowania eskadry dla obsługi łączności z Kwaterą Główną Naczelnego Wodza. Po kapitulacji Lwowa zarządził odlot eskadry do Rumunii, a następnie przedostał się do Francji. W listopadzie 1939 r. Czerniawski został skierowany do elitarnej Ecole Superier de Guerre na kurs doskonalący w zakresie pracy wywiadowczej. Po jego ukończeniu w marcu 1940 r. został szefem Oddziału II w 1 Dywizji Grenadierów, z którą brał udział w walkach na linii Maginota oraz w rejonie kanału Marna-Ren i Lagarde. Po kapitulacji Francji i rozformowaniu dywizji zamierzał przedostać się do Wielkiej Brytanii. W tym czasie nawiązali z nim kon-

takt oficerowie polskiego wywiadu organizujący siatki wywiadowcze na terenie Francji. Okazało się, że Anglicy nie dysponowali żadnymi możliwościami wywiadowczymi w tym rejonie, a nie można było liczyć na wywiad francuski, bowiem kolaborujący z Niemcami francuski rząd zerwał wszelką współpracę z Anglią. Tymczasem Niemcy przygotowywały się do inwazji na Wyspy Brytyjskie i dane na temat tych przygotowań miały dla Londynu ogromną wartość. Premier Churchill zwrócił się o pomoc do gen. Sikorskiego i polski wywiad podjął się pracy wywiadowczej na terenie Francji. Kapitan Czerniawski otrzymał rozkaz zbudowania siatki wywiadowczej na terenie okupo-

wanej przez Niemców północnej Francji. W początkach listopada 1940 r. zjawił się w Paryżu i już w połowie tego miesiąca, uruchomił placówkę wywiadowczą pod kryptonimem „Interallie”. Wkrótce dysponował grupą agentów i informatorów działających we wszystkich strefach okupacji niemieckiej Choć była to siatka polskiego wywiadu, w jej strukturach pracowali Francuzi i Belgowie, a nawet było kilku Hiszpanów, Czechów i Niemców. Największa i najaktywniejsza spośród działających dla aliantów w krajach okupowanych przez Niemców, przekazywała cenne informacje, m.in. na temat lądowania Afrika Korps w Trypolisie. Agenci Czerniawskiego kontrolowali


HISTORIA / 7 ruchy wojsk niemieckich, rozkład składów amunicji, baterii artyleryjskich i fortyfikacji polowych; zdobyli kompletne informacje na temat 100 lotnisk, a także rozpracowali 22 dywizje niemieckie znajdujące się na terenie Francji. Efekty pracy wywiadowczej sieci „Interallie” były naprawdę imponujące, skoro, gdy jej twórca został w końcu aresztowany, wojskowy gubernator Paryża gen. Von Stülpnagel zorganizował dla swoich podwładnych - ku przestrodze - wystawę obrazującą dokonania „Interallie”. Wcześniej jednak Czerniawskiego docenili jego przełożeni. Po rocznej działalności, we wrześniu 1941 r. polski oficer został wezwany do Londynu. Spotkał się z szefem polskiego wywiadu płk. Stanisławem Gano i przedstawicielami brytyjskich tajnych służb. Został przedstawiony gen. Sikorskiemu, który w uznaniu zasług udekorował go Orderem Wojennym Virtuti Militari. Do Francji Czerniawski powrócił 10 października zrzucony na spadochronie.

Wielka gra Niemcy prowadzący nasłuch mieli świadomość, że z Paryża nadaje radiostacja pracująca dla aliantów (Czerniawski dysponował radiostacją) i zdawali sobie sprawę, że przesyła ona informacje zdobyte przez jakąś siatkę wywiadowczą. Starali się ją za wszelką cenę wytropić. Nieostrożne działanie jednego ze współpracowników Czerniawskiego sprawiło, że niemiecki kontrwywiad wpadł na ślad „Interallie”. 16 listopada 1941 r. Czerniawski został aresztowany wraz z sekretarką Ekspozytury Mathildą Lily Carré. Kobieta nie wytrzymała śledztwa i wskazała Niemcom skrytkę z dokumentami. Abwhera aresztowała prawie połowę członków siatki. I chociaż Niemcom nie udało się przerwać polskiej pracy wywiadowczej w okupowanej Francji: z pozostającymi na wolności agentami rozbitej siatki nawiązali kontakt oficerowie polskiej „dwójki” i szybko wznowili działalność wywiadowczą, to aresztowanie Czerniawskiego było dotkliwym ciosem. Prowadzący śledztwo w sprawie „Interallie” pułkownik Abwehry Oskar Reile doszedł jednak do wniosku, że warto Czerniawskiego

przewerbować na agenta niemieckiego wywiadu. Zaczął prowadzić z nim rozmowy przekonując, że wspólnym wrogiem Polaków i Niemców są Sowieci i Czerniawski mógłby przysłużyć się Polsce pomagając w budowie porozumienia z Niemcami. Pułkownik Abwehry zapewniał Czerniawskiego, że 65 uwięzionych członków siatki „Interallie” przeżyje, jeżeli w zamian polski oficer będzie pracować dla Niemców po powrocie do Londynu. Wtedy w głowie Czerniawskiego powstał zamiar podjęcia gry z Niemcami. Pozornie przystał więc na propozycję i został zarejestrowany jako agent „Hubert”. Następnie 14 sierpnia 1942 r. miała miejsce zaaranżowana przez Reilego „ucieczka” Czerniawskiego z więzienia. Polak dostał się do Madrytu, następnie na Gibraltar i stąd w październiku 1942 r. dotarł do Londynu. Poddał się sprawdzającym procedurom, po czym polscy i brytyjscy oficerowie kontrwywiadu oświadczyli, że może on wrócić do służby. Aliancki kontrwywiad uznał przygotowaną przez Abwehrę „legendę” Czerniawskiego za prawdziwą. Po tym sprawdzeniu Czerniawski zgłosił się bezpośrednio do szefa II Oddziału płk. Gano i przedstawił mu faktyczny stan rzeczy. Oświadczył, że chciałby podjąć „wielką grę” i dezinformować Niemców, udając ich agenta. Płk Gano zachowując najwyższą tajemnicę przedstawił propozycję Czerniawskiego gen. Sikorskiemu. W tym czasie wywiad brytyjski zajmował się uruchomieniem operacji dezinformowania i inspirowania Niemców za pomocą podwójnych agentów, zwanej double cross system od symbolu „XX” (oznaczającego komórkę odpowiedzialną za nadzór nad operacją). Za zgodą i wiedzą premiera Sikorskiego wywiad brytyjski zdecydował się wykorzystać Czerniawskiego. Ze względów bezpieczeństwa poza Sikorskim i szefem II Oddziału żaden Polak nie poznał prawdy o „ucieczce” Czerniawskiego i o roli, jaką wyznaczyła mu komórka „XX”. W styczniu 1943 r. Czerniawski jako agent „Brutus” podjął służbę.

„Brutus” uderza Czerniawski z rozmysłem wybrał swój pseudonim. W starożytnym Rzymie, kiedy Juliusz Cezar

zamierzał obalić republikę, aby objąć dyktatorskie rządy, zawiązał się spisek obrońców republiki. Jednym z nich był Brutus, którego Cezar uważał za przyjaciela. I on właśnie ugodził nożem śmiertelnie Cezara. Podobnie major Czerniawski szukał sposobu, aby ugodzić śmiertelnie Hitlera. Wiosną 1944 r. Alianci przygotowywali się do inwazji na kontynent. Zamierzano przeprowadzić najbardziej złożoną i skomplikowaną operację sforsowania kanału La Manche i wysadzenie desantu w Normandii,. Alianccy dowódcy dawali planowanej operacji „Overlord” jedynie 50% szans powodzenia. Znajdujące się we Francji niemieckie dywizje pancerne mogły łatwo zepchnąć do morza lądujących alianckich żołnierzy. Powodzenie operacji zależało od tego, na ile uda się ukryć przed Niemcami rzeczywiste zamiary. Wywiad aliancki podjął operację zmylenia Niemców. Zamierzano przekonać niemieckie dowództwo, że lądowanie odbędzie się w innym miejscu i czasie. W tym celu w południowo-wschodniej Anglii zbudowano makiety obozów wojskowych i skoncentrowano bombardowania na obszarze północno-wschodniego wybrzeża Francji. Miało to stworzyć wrażenie, że mające otworzyć drugi front w Europie lądowanie nastąpi w rejonie Pas-de-Calais i Dunkierki. Kluczową rolę w operacji zmylenia Niemców miał odegrać major Czerniawski. Alianci mieli wprawdzie innych jeszcze podwójnych agentów, ale Czerniawski był jedynym „niemieckim” agentem uplasowanym w Wysokim Sztabie Alianckim; w przekonaniu Niemców był oficerem łącznikowym samego gen. Eisenhowera, naczelnego dowódcy sił alianckich w Europie Północno-Zachodniej. Jego doniesienia miały dla Niemców najwyższą wartość. Od stycznia 1943 r. Czerniawski przekazywał Niemcom z Londynu drogą radiową starannie wyselekcjonowane, początkowo prawdziwe wiadomości. Niemcy je sprawdzali i po pewnym czasie wywiad aliancki, na podstawie przechwyconych z Enigmy depesz wiedział, że Niemcy nabrali do Czerniawskiego pełnego zaufania. W trzeciej dekadzie maja 1944 r. Czerniawski wysłał depeszę, w której informo-

wał Niemców, że Alianci wylądują najpierw w Normandii, ale będzie to tylko manewr odciągający siły niemieckie od miejsca właściwego uderzenia, czyli Calais. Meldunek Czerniawskiego trafił do Hitlera, który kazał odpowiednio rozmieścić wojska dla odparcia spodziewanej inwazji. Gdy 6 czerwca w Normandii zaczęły lądować alianckie dywizje Hitler był przekonany, iż nie jest to jeszcze właściwa inwazja. „Brutus” w swoich depeszach podawał datę późniejszą o 6 tygodni i informował, że po pierwszym lądowaniu nastąpi drugie. W to wierzył Hitler. I to przesądziło o powodzeniu operacji „Overlord”. Po zakończeniu wojny królowa brytyjska nadała Czerniawskiemu tytuł szlachecki oraz order Imperium Brytyjskiego. Mimo tego pozostał on przy polskim obywatelstwie; prowadził małą drukarnię i działał w polskim środowisku, m.in. był ministrem informacji w gabinecie premiera Sabbata. Pułkownik Czerniawski zmarł 26 kwietnia 1985 r. w wieku 75 lat. Został pochowany na Cmentarzu Lotników Polskich w Newark-on-Trent. A wracając do książki Davida Kahna: wydawca podaje, że należy ona „do klasyki literatury faktu”. Na jej napisanie autor „poświęcił osiem lat”, „badał dokumenty”, „poszukiwał niepublikowanych źródeł” i „docierał bezpośrednio do agentów”. Powstaje pytanie, dlaczego tak lekkomyślnie oczernił wybitnego oficera polskiego wywiadu i dlaczego nie dostrzegł tego polski wydawca. Grób pułkownika Czerniawskiego (zdj. Sean Williams)


8 / SPOŁECZEŃSTWO dokończenie ze str. 1

Emerytury coraz bardziej zadłużone sektora publicznego, czyli jego deficyt, którego finansowanie wymaga zaciągania zobowiązań, w wyniku których powstaje zadłużenie publiczne. Państwowy dług publiczny (PDP, zadłużenie sektora finansów publicznych po konsolidacji) na koniec II kwartału 2013 r. wyniósł 888.107,3 mln zł. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych (EDP) stanowiący jeden z elementów kryterium fiskalnego z Maastricht, liczony według metodologii ESA 95, wyniósł 937.444,4 mln zł. Na koniec 2012 r., dług sektora instytucji rządowych i samorządowych przekraczał 55,5% w relacji do PKB. Żadna z powyższych liczb nie ujmuje w zadłużeniu publicznym zobowiązań wobec emerytów w przyszłości. Zobowiązania wobec emerytów nie są wskazywane w oficjalnych statystykach jako powiększające zadłużenie publiczne. Zmieni się to wraz z przyjęciem nowych przepisów dotyczących systemu rachunków narodowych i regionalnych ESA 2010, które zastępują (stopniowo) wspomniany system ESA 95. W myśl art. 5 Rozporządzenia, zasady ESA 2010 stosuje się po raz pierwszy do danych, które należy przekazać począwszy od dnia 1 września 2014 r. Zgodnie z nowymi regulacjami, najpóźniej od roku 2015, w tablicach uzupełniających do rachunków narodowych państw UE, mają być podawane szacunki kwoty zobowiązań emerytalnych. Natomiast według niektórych szacunków, Polska należy obecnie do państw UE, w których obciążenie z tytułu zobowiązań emerytalnych należy do największych. Poszczególne szacunki ekonomistów wskazują na różny poziom długu ukrytego Polski: np. według Aleksandra Łaszka na koniec 2012 roku przekraczał on

3 bln zł, co oznaczało nieco ponad 190% PKB, podczas gdy Paweł Dobrowolski już w roku 2009 szacował zadłużenie publiczne przy uwzględnieniu długu ukrytego na ok. 220% PKB.

Dług ukryty w kontekście OFE Wysokość długu publicznego ukrytego warto mieć na uwadze w kontekście rządowych planów dotyczących otwartych funduszy emerytalnych. Przesunięcie do systemu państwowego części obligacyjnej posiadanej dotychczas przez fundusze emerytalne jest równoważne z powiększeniem przyszłych zobowiązań systemu państwowego wobec emerytów o blisko 8% PKB. Dodatkowo przyszłe zobowiązania FUS będą powiększane przez osoby, które wybiorą system państwowy kosztem OFE. Zatem nie dojdzie do zmniejszenia wysokości zadłużenia publicznego, jeśli

uwzględni się w nim również dług ukryty. Sam dług ukryty wzrośnie, powiększając zobowiązania FUS w przyszłości. Warto jeszcze wspomnieć, że zgodnie z wymogami ESA 2010, w przypadku przejęcia przez sektor publiczny z systemu kapitałowego aktywów, którym towarzyszą zobowiązania emerytalne, operacja taka nie będzie wpływać na poprawę salda budżetowego w danym roku. Uniemożliwiłoby to sztuczne i krótkoterminowe zmniejszenie wysokości zadłużenia publicznego, jakie będzie możliwe w przypadku wprowadzenia zapowiedzianych przez rząd zmian w systemie OFE.

Demografia emerytalna Trudno zakładać wzrost liczby ubezpieczonych, czyli osób mogących odprowadzać składki, co stanowi dramatyczną konsekwencję fatalnej polityki prorodzinnej prowadzonej przez kolejne rządy. Jej

efektem jest obecny współczynnik dzietności w Polsce, wynoszący ok. 1,3, który nie zapewnia utrzymania stosunku liczby pracujących do pobierających świadczenia emerytalne. Dla porównania, wskaźnik ten jest dramatycznie niski w porównaniu do wielu państw UE. Pogorszenie sytuacji demograficznej w przyszłości, jak i inne czynniki, jakie mogą oddziaływać na system emerytalny w Polsce, wskazane są w przygotowanej przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych Prognozie wpływów i wydatków Funduszu Emerytalnego do 2060 roku, jaka została opublikowana w maju ubiegłego roku. Przedstawiona sytuacja demograficzna oparta jest na prognozie


SPOŁECZEŃSTWO / 9 Eurostatu z wariantu bazowego obliczeń wykonywanych dla Grupy Roboczej do Spraw Starzenia się Społeczeństwa przy Komisji Europejskiej. Zgodnie z prognozą demograficzną Eurostatu liczebność całej populacji Polski spada z 38,4 mln w 2013 roku do poziomu 36,6 mln w 2035 r. i do około 32,4 mln w 2060 r., przy czym istotnie (w sposób niekorzystnie oddziaływujący na system emerytalny) zmienia się jej struktura wiekowa. Mimo podwyższenia wieku emerytalnego (z 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, do 67 dla obu płci), a co za tym idzie, zmianie definicji ekonomicznych wieku produkcyjnego i poprodukcyjnego, liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje, i w 2060 roku osiąga poziom o przeszło 7 mln osób mniejszy niż w 2013 roku. Podwyższenie wieku emerytalnego jedynie spowalnia tempo, ale nie zapobiega wzrostowi po-

dukcyjnym w 2040 r. jest większa niż w 2013 r. o około 16%, a w 2060 r. o 48%. Natomiast populacja osób w wieku produkcyjnym w 2037 r. jest mniejsza niż w 2013 r. o niecałe 7%, a w 2060 r. o około 29%. Udział populacji w wieku poprodukcyjnym w całej populacji rośnie z 18,4% w 2013 r. do 22,4% w 2035 r. i do 32,3% w 2060 r. Udział ludności w wieku produkcyjnym maleje z 63,3% w 2013 r. do 53,1% w 2060 r. Przez większość lat objętych prognozą, rośnie także iloraz liczby osób w wieku nieprodukcyjnym (czyli w wieku przedprodukcyjnym i poprodukcyjnym łącznie) do liczby osób w wieku produkcyjnym. W warunkach bez podwyższania wieku emerytalnego w 2013 r. na 1000 osób w wieku produkcyjnym przypadają 584 osoby w wieku nieprodukcyjnym, natomiast w 2060 r. liczba ta wynosi 1 093 osoby.

Niezależnie od ryzyk politycznych, trzeba pamiętać, że zobowiązania systemu emerytalnego w przyszłości (a tym samym saldo systemu) będą wyższe niż wskazane w prognozach ZUS z uwagi na zmiany dotyczące otwartych funduszy emerytalnych, których wprowadzenie planowane jest od 2014r. Dlatego pytanie: kto będzie w przyszłości płacił w Polsce składki emerytalne, aby finansować publiczne emerytury, jest w Polsce szczególnie dramatyczne. pulacji w wieku poprodukcyjnym (w 2060 roku populacja w wieku poprodukcyjnym osiąga poziom o blisko 3,4 mln osób większy niż w 2013 r.). Powyższe zmiany liczby ludności w poszczególnych grupach przekładają się na udział w poszczególnych grupach w całej populacji.

Jeden emeryt na trzech ubezpieczonych Przy definicjach ekonomicznych grup wiekowych uwzględniających podwyższenie wieku emerytalnego liczba ludności w wieku popro-

W warunkach po podwyższeniu wieku emerytalnego w 2013 r. na 1000 osób w wieku produkcyjnym przypada 579 osób w wieku nieprodukcyjnym, natomiast w 2060 r. liczba ta wynosi 883 osoby. W konsekwencji, nie może dziwić, że spada liczba osób ubezpieczonych, które stanowią grupę odprowadzającą składki do funduszu emerytalnego. W konsekwencji wzrostu liczby emerytów oraz spadku liczby ubezpieczonych, zmienia się współczynnik obciążenia systemowego, wskazując na coraz większe wyzwania stojące przed sfinansowaniem wypłat świadczeń. Wzrost tego współ-

czynnika odzwierciedla coraz większą liczbę/proporcję osób, których świadczenia emerytalne miałyby być opłacane ze składek aktualnie pracujących. Obecnie współczynnik ten wynosi 0,35, co oznacza, że na jednego emeryta przypada około trzech ubezpieczonych. Natomiast w roku 2060 współczynnik ten, pomimo uwzględnienia podniesienia wieku emerytalnego, wzrasta niemal dwukrotnie. Według przygotowanej przez ZUS prognozy nie ma poważnych zagrożeń dla wypłacalności systemu państwowego. Deficyt powszechnego funduszu emerytalnego ma do roku 2060 ulec obniżeniu do ok. 1,0% PKB w tzw. wariancie umiarkowanym i nawet do 0,3% PKB w wariancie optymistycznym. Ma to stanowić rezultat oddziaływania trzech przeciwstawnych czynników: (a) Wspomniane wyżej zmiany demograficzne (wzrost old age dependency ratio). (b) Wydłużenie efektywnego wieku przejścia na emeryturę, który w roku 2012 wynosił 59,9lat, którego konsekwencję stanowić będzie obniżenie relacji liczby osób pobierających emeryturę w stosunku do liczby osób w wieku do 65 lat. (c) Obniżenie wysokości przeciętnej emerytury w stosunku do przeciętnej płacy.

Gorzej niż w prognozach ZUS - u Wyniki rzeczywiste państwowego systemu emerytalnego mogą być znacznie gorsze od zakładanych w Prognozie ZUS. Wszystkie warianty (łącznie z „pesymistycznym”) przyjmują stały wzrost gospodarczy, nie przejmując się zupełnie istnieniem cyklów koniunkturalnych. We wszystkich wariantach występuje - już do roku 2030 - znaczący, wynoszący kilka punktów procentowych, spadek bezrobocia (również w wariancie „pesymistycznym” wskaźnik przyjmuje wartość jednocyfrową), który w kolejnych latach, utrzymuje się na stałym poziomie. Również we wszystkich wariantach po roku 2030 założony jest szybszy od dynamiki wzrostu gospodarki (który wydaje się mało realny), wzrost realnej wysokości wynagrodzeń, które stanowią

przecież podstawę składek wpływających do systemu. Dzięki takim mało realistycznym, aby nie pisać, że nieprawdopodobnym założeniom, w prognozie ZUS pojawiły się wyniki wypłacalności, zgodnie z którymi nie dochodzi do drastycznego (w wariancie bazowym) pogorszenia salda systemu emerytalnego działającego w oparciu o model repartycyjny. Warunkiem wypłacalności takiego systemu jest, aby „kapitał”, czyli zobowiązania na koncie w ZUS przyrastał co roku w tempie nie większym niż płace, a w szczególności by malał, gdy płace spadają. Płace w przyjętych założeniach nie spadają, natomiast następuje stały w ujęciu realnym wzrost, zatem wynik systemu emerytalnego w prognozach ZUS poprawia się. Co więcej, poprawa taka zdaniem ZUS nastąpi, pomimo, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat Polska będzie krajem najbardziej w Unii Europejskiej dotkniętym niekorzystnymi dla systemu emerytalnego zmianami demograficznymi.

Dramatyczna sytuacja Ponadto prognozy ZUS nie uwzględniają ryzyk politycznych - nawet gdyby te nierealne założenia miały się zrealizować, to rząd znajdzie się pod presją licznej grupy emerytów (stanowiących bardzo znaczącą liczbę wyborców), by bardzo niskie świadczenia w stosunku do wysokości wynagrodzeń podnosić. Niezależnie od ryzyk politycznych, trzeba pamiętać, że zobowiązania systemu emerytalnego w przyszłości (a tym samym saldo systemu) będą wyższe niż wskazane w prognozach ZUS z uwagi na zmiany dotyczące otwartych funduszy emerytalnych, których wprowadzenie planowane jest od 2014r. Dlatego pytanie: kto będzie w przyszłości płacił w Polsce składki emerytalne, aby finansować publiczne emerytury, jest w Polsce szczególnie dramatyczne. Opracowanie na podstawie raportu „Polski system ubezpieczeń społecznych. Diagnoza sytuacji” Fundacji Republikańskiej.


10 / REPORTAŻ

Do Legionów Polskich zgłosiło się ochotniczo czterech braci Herzogów. Pierwszy życie w walce o niepodległość oddał Stanisław, w bitwie pod Mołotkowem w 1914 r. Trzech pozostałych braci doczekało wolnej Polski i przez cały okres międzywojenny służyli jako oficerowie zawodowi w WP. Wszyscy walczyli w wojnie obronnej 1939 r., Franciszek i Stefan wzięci do niewoli przez oddziały radzieckie, zostali zamordowani w Charkowie i Katyniu. Tylko Józef dożył sędziwego wieku, a swoje wspomnienia legionisty spisał w książce „Krzyż Niepodległości”. Pierwsze wydanie książki ukazało się w 80. Rocznicę wyruszenia I Kompanii Kadrowej.

Józefa Herzoga „Krzyż Niepodległości” Agata Bochenek

Józef Herzog urodził się 16 marca 1901 r. w Osieku koło Oświęcimia w niezamożnej rodzinie, posiadającej ugruntowane patriotyczne tradycje. Miał pięcioro rodzeństwa, dwie siostry i trzech braci. Jeszcze przed wybuchem wojny Józef zaangażował się w ruch skautowy w Wadowicach. O tworzonych właśnie Legionach dowiedział się od brata. - Staszek, słuchaj, co to legioniści - pytałem go szeptem, gdyśmy w nocy leżeli na strychu pod jedną kołdrą. - W Wadowicach i we wsi Chocznia jest zbiórka wszystkich tych, co na ochotnika idą do legionów. Bo obecnie nie są już „strzelcy”, ale wszystkie polskie organizacje się zjednoczyły i utworzyły Legiony Polskie do walki z Rosją. Wszyscy idą: uczeni, urzędnicy, studenci, czeladnicy, uczniowie z rzemiosł i chłopaki ze wsi. Najprzód musimy się bić o Polskę, a później będziemy chcieć Polski lepszej, sprawiedliwszej niż te austriackie czasy - ciągnął Staszek. A skauci idą? - zapytałem.- Idą, ale co starsi, tyś za młody. A ty kiedy idziesz? - Ja już jestem w kompanii. - A mundur masz? - Mam, przyjadę w nim do domu się pożegnać, bo z Wadowic mamy jechać wprost do Piłsudskiego, a on już bije Moskali. - A kto to jest Piłsudski? - Komendant wszystkich „Strzelców”. Tuż po wybuchu działań, 15 listopada 1914 r., Józef podjął nieudaną ze względu na wiek próbę zaciągnięcia się w szeregi Legionów. Niezrażony niepowodzeniem

wraz z bratem Stefanem podejmuje w połowie maja 1915 r. kolejną próbę - tym razem skuteczną. Przydzielony początkowo do 4, a następnie 2 kampanii 3 baonu 1PP, rozpoczyna swój bojowy szlak bitwą nad Nidą. 31 lipca 1915 r. pod Jastkowem otrzymuje poważną ranę, następną pod Optową - rok później.

To była cała Polska Na przełomie maja i czerwca 1915 r. Józef Herzog przebywał w Konarach i tam w jedną niedzielę odbyła się uroczysta msza św. polowa dla żołnierzy i miejscowej ludności. W pewnej chwili przed ołtarzem zjawił się Komendant w gronie oficerów. Józef, który służył do mszy jako ministrant, tak wspominał tamto wydarzenie: „Odbywała się Święta Ofiara, a ja przez cały czas czułem, że tuż za mną, o kilka kroków stał człowiek, o którym to wówczas myślała i mówiła już cała Polska. A gdy w czynnościach ministranta odwracałem się od ołtarza, widziałem Komendanta

tuż za sobą z pochyloną głową ku ziemi, a obok niego tych, o których w późniejszych latach było więcej lub mniej głośno, którzy okazali się godnymi lub mniej godnymi zwać się jego żołnierzami. Był Sosnkowski, Śmigły, Belina. Brzoza, Berbecki, dowódcy jego żołnierzy, był Sieroszewski, Strug, Kaden Bandrowski - sławni pisarze i inni, których wówczas jeszcze nie znałem. Ale w moim ówczesnym umyśle to była cała Polska, a ja sam widząc tę ówczesność, czułem się rzeczywiście polskim żołnierzem, odpornym na knut carski, na lepkawo-fałszywą tolerancję austriacką czy na but pruski. Po mszy św. była defilada. W pamięci utkwiła jedynie postać Piłsudskiego, skromnie stojącego z pochyloną głową, w siwym mundurze bez oznak, trudno mi opisać, dlaczego tak już wówczas kochanego i szanowanego. Prowadził nas przecież na śmierć, dawał trud, poniewierkę, narażał na głód i nędzę. W chłód i w skwar, w dzień i w noc żądał jednakowego wysiłku, czasem zdawało się, że ponad ludzkie możliwości, wskazywał najcięższą drogę do przyszłości, ale nikt, nawet z bólu nie złorzeczył mu, a przeciwnie, umierał czy cierpiał, czy znosił trudy dla jego imienia, bo on był dla żołnierzy żywym symbolem Niepodległości”.

Najmilsze w życiu przeżycie Z uwielbianym komendantem legionista Józef Herzog rozmawiał tylko jeden raz. Stał akurat na warcie przed kwaterą Komendanta. Było to w Karasinie w 1916 r., w mroźną styczniową noc. „…Na ganek wyszedł z budynku Komendant.

Stał chwilę i patrzył w księżycową przestrzeń, a ja tuż obok niego. - Jaki oddział ? - padło nieoczekiwane pytanie. - Obywatelu Komendancie, melduje: trzeci batalion, druga kompania, trzeci pluton - wyrecytowałem jednym tchem prężąc się na baczność. - Zimno? - pytał dalej Komendant. - Ciepło Obywatelu Komendancie - odpowiedziałem wzruszony. - A mnie chłopcze chłodno. Widać żeś młody. Ile masz lat? - Siedemnaście Obywatelu Komendancie - meldowałem. - Na froncie dawno? - Od Konar, Obywatelu Komendancie. - Bez przerwy? - Pod Jastkowem byłem ranny, wróciłem do Karasina. - A w cywilu, co chłopcze robiłeś? - Student gimnazjalny, Obywatelu Komendancie. - Skąd? - Z krakowskiego Obywatelu Komendancie. Rozmowa się urwała. Na ganek wyszedł znany mi dobrze z widzenia adiutant Komendanta Wieniawa i jak dziś pamiętam jego słowa dokładnie wówczas słyszane: - Komendancie, proszę do środka, zimno. Na to Komendant odrzekł: - Wieniawa, co mówicie, że zimno, spytajcie wartownika, a powie wam, że ciepło. Postaram się was trochę przepędzić na rozgrzewkę. A zwracając się do mnie, rzekł jeszcze: - No, bądźcie zdrowi. Była to jedyna w moim życiu bezpośrednia rozmowa z Komendantem. Widziałem go jeszcze dziesiątki razy w życiu, ale nigdy już


REPORTAŻ /11 ujmuje powierzony mu dział z szerszego punktu widzenia interesów Państwa, wyniki jakie osiąga są zawsze wielkiej wagi.

Panie Marszałku, melduję…

Bracia Stryjowie

bezpośrednio z nim nie rozmawiałem. Po powrocie ze służby, gdym na wartowni opowiadał bratu i kolegom przebieg rozmowy, dyskusje na temat spotkań i zamienianych słów z Komendantem trwały długo, tym bardziej, że Komendantowi obca była płytka popularność wśród żołnierzy, widywaliśmy go często, ale zawsze milczącego, najwyżej uśmiechającego się, toteż każde jego słowo stawało się pewną wartością, a rozmowa z nim najmilszym w życiu przeżyciem.

trafia na wojnę z bolszewikami. Z 4 PP przechodzi wszystkie etapy zmagań, łącznie z osłoną Bitwy Warszawskiej, walkami z Budionnym w okolicach Zamościa i Hrubieszowa i bitwą pod Lidą i Mińskiem. Uzyskuje stopień porucznika, kończy kursy maturalne w Wilnie i z dniem 5 listopada 1924 skierowany do Korpusu

1 stycznia 1935 r. Józef Herzog otrzymał awans do stopnia majora i został przeniesiony do 27 PP w Częstochowie. Wybuch wojny polsko-niemieckiej w 1939 r. zastał go w grupie gen. Wiktora Thommee. Kampanię zakończył z niedobitkami Armii Łódź wraz z kapitulacją twierdzy Modlin. Za kampanię wrześniową otrzymał order Virtuti Militari. Po kapitulacji trafił do oflagów, kolejno w Rotenburgu, Braunschweigu i Weldenbergu. W lutym 1945 r. wrócił do kraju, gdzie czekała na niego żona Maria z córką Bożenką. Myślał o powrocie do wojska, ale szeregi ludowej armii były zamknięte dla takich jak on

Niezwykle wybitny i uzdolniony W momencie kryzysu przysięgowego Józef Herzog odmówił deklaracji wierności dla mocarstw centralnych i jako poddany austriacki skierowany został na front włoski. Jako małoletniemu udało mu się w końcu 1917 r. uzyskać zwolnienie z armii. Po powrocie do domu rodzinnego uzupełnił wykształcenie i podjął służbę w Polskiej Organizacji Wojskowej. Na przełomie października i listopada 1918 r. na czele trzyosobowego oddziału legionistów rozbroił posterunek policji austriackiej w Andrychowie, zabezpieczył porządek w mieście przy współpracy z przedstawicielami lokalnego społeczeństwa, ogłosił niepodległość Polski na terenie Andrychowa i zapoczątkował werbunek w szeregi tworzonego Wojska Polskiego. Potem z 4 PP udał się pod Lwów wraz z 60-osobowym oddziałem zorganizowanych przez siebie ochotników. W lutym 1919 zostaje awansowany za waleczność do stopnia plutonowego. Kończy kurs obsługi i dowodzenia oddziałem karabinów maszynowych, po czym

Komendantowi obca była płytka popularność wśród żołnierzy, widywaliśmy go często, ale zawsze milczącego, najwyżej uśmiechającego się, toteż każde jego słowo stawało się pewną wartością... Ochrony Pogranicza w charakterze oficera wywiadowczego. Był kierownikiem placówki wywiadowczej, co zaowocowało awansem do stopnia kapitana WP. W opinii wydanej przez przełożonego czytamy: ...dał się poznać jako niezwykle wybitny i uzdolniony pracownik. Poza pracą ofiarną odznacza się darem przewidywania wydarzeń,

„legunów”. W październiku 1946 r. został aresztowany i skazany na więzienie w krakowskim procesie WiN. Wyrok 9 lat, degradacja, konfiskata majątku i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Karę odbywał we Wronkach, tych samych, w których zamordowano jednego z najwybitniejszych piłsudczyków, płk. Wacława Lipińskiego. Po 5 latach w najcięższych więzie-

niach amnestionowany, wrócił do Krakowa. Niemal od razu włączył się w nurt pracy przerzedzonych wojną i prześladowaniami środowisk legionowych tego miasta. Inicjował akcje upamiętniające osobę Komendanta, starał się o należytą opiekę dla miejsc związanych z Marszałkiem. Herzog upominał się o prawa dla legionistów i przedstawienie we właściwym świetle ich roli w dziele odzyskania suwerennego bytu. To dzięki Józefowi Herzogowi, wspieranemu przez Kurię Krakowską, Zakon Dominikanów i środowiska niepodległościowe, Krypta Marszałka Józefa Piłsudskiego pod Wieżą Srebrnych Dzwonów na krakowskim Wawelu została przywrócona do dawnej świetności, odnowiony został także zdewastowany Kopiec Józefa Piłsudskiego na krakowskim Sowińcu. Całość powojennej działalności Józefa Herzoga trafnie ocenił ówczesny Metropolita Krakowski Karol Wojtyła, który na jednym ze spotkań z okazji Bożego Narodzenia, dzieląc się opłatkiem z Legionistami grupy „Oleander” stworzonej przez Herzoga, powiedział: „Pragnę wyrazić moją solidarność z pańskimi poczynaniami, które mają na celu obronę godności narodu, a zwłaszcza honoru polskiego żołnierza - tego, któremu Polska zawdzięcza niepodległość.” Józef Herzog zmarł po dłuższej chorobie 21 stycznia 1983 r. Na klepsydrach wydrukowanych staraniem przyjaciół, a zrywanych przez ówczesne służby bezpieczeństwa, krakowianie mogli przeczytać ostatni meldunek zmarłego: Panie Marszałku! Melduję - od młodości do śmierci broniłem Honoru i Godności Żołnierza Polskiego. Pamięć o Józefie Herzogu, „legunie nad legunami”, jest wciąż żywa nie tylko pod Wawelem, ale wszędzie tam, gdzie docierały echa działalności tego niezłomnego żołnierza niepodległości.


12 / KULTURA

Tadeusz Wrona, pilot PLL LOT, człowiek, który w zdumienie wprowadził cały świat lądując, jako pierwszy w historii, Boeingiem 767 bez podwozia wydał autobiografię pt. „Ja, kapitan”. Jej czytelnicy będą mieli okazję dowiedzieć się nie tylko tego, co czuł w momencie, kiedy w jego rękach spoczywało życie wielu ludzi, ale też poznać całą historię jego życia.

„Ja, kapitan”

- autobiografia Tadeusza Wrony dzioba, stawiającego pierwsze kroki w sporcie szybowcowym do kapitana najnowocześniejszego pasażerskiego samolotu świata - Dreamlinera.

Kapitan w swojej książce opowiada o marzeniach, pasjach, ideałach, o pokonywaniu przeszkód i wykorzystywaniu szczęśliwych zbiegów okoliczności. Odtwarza swoją życiową drogę od zółto-

Człowiek, który w perfekcyjny sposób ocalił wiele istnień ludzkich od dziecka zafascynowany był lotnictwem. Ojciec nauczył go rozpoznawać samoloty po odgłosach silników, razem sklejali drewniane modele szybowców, które później puszczali z okna swojego mieszkania. Po

osiągnięciu pełnoletności Tadeusz Wrona wstąpił do Aeroklubu Ziemi Lubuskiej. O swoim pierwszym locie szybowcem, który był dla niego nieziemskim przeżyciem, powiedział: - Przeżywałem każdą sekundę tej podniebnej żeglugi i już wiedziałem, że latanie jest tym, co chciałbym w życiu robić. Więcej. To jest to, co muszę w życiu robić! Książka kapitana Wrony może być inspiracją dla wszystkich ludzi, którzy mają pasję. Udowad-

nia, że jeżeli człowiek czegoś w życiu pragnie, może swoje marzenia zrealizować. Dzięki uporowi i konsekwencji można stać się nawet bohaterem. „Chciałem, żeby taki był przekaz mojej książki, żeby ktoś kto będzie chciał ją przeczytać, wiedział, że warto dążyć do wyznaczonego celu, bo trudności w pierwszym odczuciu wydają się przesadzone, ale przez upór można pomału je pokonać. Osiągnięcie celu jest nagrodą za ten trud” - powiedział kapitan. (hk)

Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie wzbogaciło swoją kolekcję o kolejne 3 samoloty. Maszyny typu TS 11 Iskra trafiły do Muzeum z Wojskowych Zakładów Lotniczych nr 1 w Dęblinie. Iskry zostały przywiezione na teren Muzeum późnym popołudniem 17 grudnia. Są to dwa samoloty TS-11 Iskra bis DF o numerach 3H1409 i 3H1415 z 1975 roku i jeden TS-11 Iskra bis D o numerze 3H1212 z 1974 roku. Na czas transportu zdemontowano skrzydła, stateczniki poziome i wloty powietrza. Rozładunek trzech maszyn trwał od rana przez kilka godzin. Operacja wymagała użycia dźwigu i zaangażowania personelu Działu Konserwacji Muzealiów. Samoloty zostały ustawione przed Dużym Hangarem. Kolejnym etapem będzie montaż wszystkich elementów maszyn. TS-11 Iskra to odrzutowy samolot szkolno-treningowy, opracowany w 1958 roku przez zespół inż. Tadeusza Sołtyka. Prototyp oblatano w 1960 roku. Produkcję

Mają nowe Iskry!

seryjną samolotów podjęto w zakładach WSK PZL Mielec w roku 1963. Na Iskrze pobito w 1964 r. cztery światowe rekordy prędkości. Z taśmy produkcyjnej zeszło 423 egzemplarzy wszystkich wer-

polskiego samolotu turboodrzutowego. Z tej okazji od 1 grudnia można oglądać w Muzeum wystawę czasową „Tadeusz Sołtyk i jego Iskry”. Wystawa ma na celu przybliżenie tej legendarnej konstrukcji oraz postaci jej konstruktora - inżyniera Tadeusza Sołtyka.

Mimo upływu półwiecza na polskim niebie wciąż można zobaczyć Iskry z wojskowymi szachownicami, a zespół akrobacyjny Sił Powietrznych „Biało-Czerwone Iskry” jest dobrze znany gościom pokazów lotniczych także za granicą. W zbiorach Muzeum Lotnictwa Polskiego znajduje się kilka egsji (z prototypami włącznie). Muzeum posiada w swojej kolekcji zemplarzy Iskry, w tym czwarty prototyp oraz „Czerwona 1” znasiedem egzemplarzy. na z pokazów „Biało-Czerwonych W 2013 roku minęło 50 lat wej- Iskier” m.in. podczas Małopolskich (hk) ścia do służby tego pierwszego Pikników Lotniczych.


KULTURA / 13

W długi styczniowy wieczór w domowym zaciszu warto przeczytać historię o trudnej drodze do normalnego życia. O losach dziewczyn z Reprezentacji Bezdomnych Kobiet w Piłce Nożnej Ulicznej opowiada dziennikarka Agnieszka Żądło-Jadczak w reporterskiej książce „Znowu w grze”, dostępnej obecnie także w formie elektronicznej.

E-book o bezdomności i piłce nożnej W książce „Znowu w grze” zostały zebrane trudne historie reprezentantek Polski w piłce nożnej ulicznej, które zostały powołane na Mistrzostwa Świata Bezdomnych. Kobiety, pomimo młodego wieku, borykały się z problemami uzależnień, przemocy, trudnych relacji rodzinnych. Bohaterki jej książki mówią o sobie mocno, „bez ściemy”, bez gładkich formułek. Czasami aż nie chce się wierzyć, że będąc tak młodą osobą, można mieć już tyle złego bagażu życiowych doświadczeń. Piłka staje się dla nich nadzieją na lepsze życie lub zwieńczeniem pewnego etapu na drodze ku normalności, szczęściu. Bohaterki wracają tym samym do życiowej gry, a gra na

piłkarskim boisku ma im w tym pomóc. - Nie było tak, że stworzyłam sobie listę najbardziej kontrowersyjnych zagadnień i wyszło mi, że największy sukces odniosę, jeśli w swojej książce zamieszczę historie bezdomnych dziewczyn. Pewnie istnieją obecnie bardziej modne tematy. Zainteresowałam się tematem bezdomności, poznałam osoby z ciekawymi życiorysami, które mogą być nadzieją dla innych osób i pomyślałam, że skoro mnie tak to poruszyło, to być może poruszy i innych - mówi Agnieszka Żądło-Jadczak. Premiera drukowanej wersji książki, wydanej przez Wydawnictwo Kaligrafia dzięki wsparciu SKOK w Wołominie, miała miejsce w sierpniu br. podczas Mistrzostw

Świata Bezdomnych w Piłce Nożnej Ulicznej. Turniej odbył się w Polsce po raz pierwszy i również pierwszy raz wzięła w nim udział polska kobieca reprezentacja, opisana w książce „Znowu w grze”. - SKOK w Wołominie chętnie angażuje się w inicjatywy na rzecz osób wykluczonych, takie jak książka „Znowu w grze”. To ważna społecznie lektura o wychodzeniu z trudnych sytuacji życiowych dzięki zaangażowaniu w sport powiedział Mariusz Gazda, prezes Zarządu SKOK w Wołominie. Opowieści bohaterek książki uzupełnia rozmowa z ich trenerem, Tomaszem Figlarzem, który mówi o własnych doświadczeniach życiowych i sportowych - sam dwukrotnie uczestniczył w Mistrzostwach Świata Bezdomnych jako

zawodnik. Wie, jak piłka potrafi zmienić życie. - W książce wyraźnie widać, jak sport pomaga tym dziewczynom na nowo poczuć się kimś, odkryć swoją wartość - zaznaczył ks. Zbigniew Sobolewski z Caritas Polska. E-book „Znowu w grze” dostępny jest w serwisie internetowym Legimi w trzech wersjach: na komputer (pdf), kindle (mobi) oraz e-czytnik, tablet i smartfona (epub), w cenie 15 zł. W wersji drukowanej książkę można nabyć w księgarniach internetowych oraz w serwisie sprzedażowym allegro. pl. Bieżące informacje dotyczące „Znowu w grze” znajdują się na profilu fejsbukowym „Śladami Reprezentacji Bezdomnych Kobiet w Piłce Nożnej Ulicznej”. (pm)

Wieczór autorski Ernesta Brylla i Marcina Stycznia poświęcony ich wspólnej książce pt. „Duchy poetów”, opowiadającej nieznane historie z życia znanych polskich poetów, a także tych, którzy nie zapisali się mocniej w historii literatury odbył się w Galerii Delfiny na warszawskim Powiślu. „Duchy Poetów” to zapis dziewięciu rozmów Ernesta Brylla i Marcina Stycznia o poetach, których obaj podziwiają. Pomimo dzielącej autorów różnicy 43 lat, jednoczy ich ogromne uznanie dla poezji zarówno tak znanych twórców jak: Stanisław Grochowiak, Władysław Broniewski, Tadeusz Nowak, ks. Jan Twardowski czy Julian Przyboś, jak i tych, którzy nie zapisali się mocniej w historii polskiej literatury: Marian Ośniałowski, Stanisław Swen Czachorowski, Mieczysław Czychowski, Jakub Zonszajn. Wszyscy ci poeci przyśnili się Ernestowi Bryllowi

po śmierci, a on zaprosił ich do swojej poezji. - W tej książce nie zajmuję się szczegółową biografią poetów ani wnikliwą analizą ich poezji. Opowiadam prawdziwe historie, przywołuję spotkania z poetami, którzy tak mocno zapisali się w mej pamięci, że powrócili po latach w moich snach - wspomina autor. W efekcie zderzenia fenomenalnego gawędziarstwa Brylla z błyskotli-

Duchy poetów wą obserwacją Stycznia powstała książka - zapis spotkań przy mikrofonie, wzbogacony płytą, na której Marcin Styczeń śpiewa skomponowane przez siebie piosenki do tekstów bohaterów rozmów. - Duchy Poetów stały się częścią także mojego świata. Zaczęły do mnie mówić przez swoje

wiersze. Domagały się, abym je śpiewał. Nie mogłem odmówić. Czułem się trochę tak, jakby w moją duszę wstępowały błąkające się duchy zmarłych. Wiedziałem jednak, że nie chcą mi zrobić krzywdy, ale przeze mnie pragną coś jeszcze światu powiedzieć. W tym sensie czuję się narzędziem w rękach naprawdę wybitnych artystów - wyjaśnia kompozytor Marcin Styczeń. Inf.pras.


14 / KULTURA

Najnowsza wystawa Józefa Krzysztofa Oraczewskiego w Galerii Domu Artysty Plastyka zatytułowana „Las Brzozowy i Biało-Czerwony Ptak”, jeszcze przed oficjalnym otwarciem, które odbędzie się 16 grudnia, wywołuje sporo komentarzy. Zwiastun, krążący od kilku dni w sieci, zaciekawia i intryguje.

W lesie brzozowym wartości Szybko zmieniające się obrazy, w rytm dynamicznej muzyki, przeplatane hasłami „korzenie”, „strącona korona”, „tożsamość”, w kontekście ilustrujących je prac stają się wieloznaczne. To, co wykracza poza możliwość tylko indywidualnej interpretacji, to czytelne nawiązanie do dramatycznych punktów w dziejach Polski. Tytułowe „brzozy”, tak obecne w świadomości w kontekście wydarzeń sprzed niespełna czterech lat, stają się czymś więcej, jeśli sięgnąć do znaczeń ukrytych w pracach z cyklu „Wypędzeni - Biczowani” prezentowanych w Muzeum Dulag 121 w Pruszkowie czy też instalacji „Biało-Czerwona” z Muzeum Narodowego w Kielcach. W dotychczasowej twórczości artysty znajdowały odbicie najważniejsze wydarzenia społeczno-polityczne ujęte w formę zarówno instalacji przestrzennej („Biało-czerwona” czy „Koń trojański” - ilustrujące zmiany ustrojowe), jak i zebrane w cykle malarskie („Biczowani”). Nic więc dziwnego, ze Oraczewski pokusił się, po wydarzeniach z kwietnia 2010 roku, o powiązanie dotychczasowej symboliki,

ustanawiając motywem nadrzędnym obecnej wystawy „ Biało-Czerwonego Ptaka”. Powiewu świeżości wernisażowi nadaje także nawiązanie współpracy z fotografem - Pawłem Szymonem Komorowskim, który ujął w formę multimedialną, wizję artysty. Prezentacja ta stanowi jeden z elementów stałych wystawy i świadczy o podążaniu Oraczewskiego z duchem czasu i poszukiwaniu coraz to nowych form ekspresji. Artysta, który konsekwentnie odmawia zamykania w słowach nadawanych obrazom znaczeń, pozwala odbiorcy na własną interpretację. To doskonałe posunięcie, zważywszy na budzące się silne emocje podczas oglądania zwiastuna. Nie sposób nie rezonować na to, co artysta subtelnie sugeruje. Nasze myśli krążą wokół strat, jakie ponieśliśmy jako państwo, lecz także wokół nas samych. Dzisiejsze czasy promujące tak nachalnie koncentrowanie się na

przyjemnościach jako ucieczkę od smutku i refleksji, utrudniają nam, w wymiarze osobowym, ale i społecznym, właściwe przeżycie żałoby. Pozbawiają nas tym samym możliwości czerpania siły z „korzeni”, budowania swojej tożsamości, także narodowej, w sposób dojrzały. Oraczewski, poruszający w swojej twórczości podstawowe sprawy dotyczące ludzkiej egzystencji, na to właśnie zdaje się zwracać nam uwagę. Sztuka Oraczewskiego koncentruje się, co rzadkie w dzisiejszym czasach, na budowaniu wartości. Autor konsekwentnie trzyma się zasady szacunku dla odbiorcy, w przeciwieństwie do dzieł wielu twórców ocierających się o profanum. Należy też wspomnieć, że Oraczewski jest artystą wielkoformatowym i dotyczy to nie tylko walorów technicznych prezentowanych prac i bogactwa stosowanych, często autorskich technik. To także twórca

niezwykle aktywny - ma w swoim dorobku ponad 40 wystaw indywidualnych, jego prace znajdują się w zbiorach muzealnych i prywatnych kolekcjach na całym świecie. Józef Krzysztof Oraczewski to przede wszystkim artysta bardzo świadomie budujący swoje dossier, dlatego też każdy wernisaż jest również „wielkoformatowym” wydarzeniem. Jego sztuka nie szokuje, co w świecie twórców staje się ostatnio popularne i gwarantuje medialny „sukces”. Twórczość Oraczewskiego mocno porusza, skłania do przemyśleń i poszukiwania odniesień. Wizyta w Galerii DAP na wystawie Józefa Krzysztofa Oraczewskiego to obowiązkowy punkt w styczniowym terminarzu każdego, kto oprócz zaciekawienia tak barwnym i wymykającego się jednoznacznej ocenie i opisom artystą, nie boi się konfrontacji z samym sobą. Wystawa potrwa do 29 stycznia.

Jedna z wystaw Józefa Krzysztofa Oraczewskiego


FINANSE / 15

Szkoła Inwestowania nr 124 Zastanawiając się nad inwestycjami w nowym 2014 roku, z pewnością warto pomyśleć o tym, by przynajmniej część swoich środków ulokować w rozwiązania akcyjne. Nastrajać do tego mogą dobre dane makroekonomiczne i perspektywy dla dalszego wzrostu gospodarczego na świecie.

Zagraniczne okazje dla żądnych wrażeń inwestycyjnych Bartłomiej Grochulski

Zawirowania wokół reformy OFE nie sprzyjają naszemu rynkowi, warto więc zastanowić się nad rozwiązaniami zagranicznymi. W listopadzie 2013 roku Franklin Templeton Investments udostępnił polskim inwestorom pięć kolejnych funduszy: Franklin Brazil Opportunities Fund  Franklin GCC Bond Fund  Franklin Global Convertible Securities Fund  Templeton Africa Fund  Templeton Asia Dividend Fund 

Franklin Templeton to jedna z pierwszych zagranicznych firm zarządzających aktywami w Polsce i lider funduszy zagranicznych, posiadający ponad 50% polskiego rynku. Obecna na rynku krajowym od końca lat 90. ubiegłego wieku, kiedy to otwarto oddział w Warszawie, dziś zatrudniający ponad 20 pracowników i koordynujący dystrybucję funduszy spółki SICAV Franklin Templeton zarejestrowanej w Luksemburgu w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Franklin Templeton zarządza obecnie w Polsce aktywami o łącznej wartości przekraczającej 1 mld USD (dane na 30 września 2013 r.) Poniżej przedstawimy krótko 3 unikatowe fundusze z powyższej listy:

Fundusz Templeton Africa Fund został utworzony w maju 2012 r. przez dr. Marka Mobiusa, prezesa Templeton Emerging Markets Group. Celem funduszu jest generowanie długoterminowego wzrostu wartości kapitału poprzez inwestycje w akcje spółek zarejestrowanych lub prowadzących kluczową działalność w Afryce. Dr Mobius i członkowie jego zespołu są przekonani, że rynki afrykańskie oferują jedne z najbardziej ekscytujących możliwości związanych ze wzrostem spółek w dłuższej perspektywie. Fundusz oferuje zdywersyfikowany portfel spółek z różnych krajów i sektorów, zapewniając dostęp do ekspozycji na dynamiczny rozwój całego kontynentu afrykańskiego. Fundusz ma także ekspozycję na wybrane spółki z RPA, które prowadzą działalność lub inwestują w innych regionach kontynentu. Rosnące dochody i wzrost liczebności klasy średniej w wielu krajach afrykańskich przekładają się na coraz większy popyt na produkty konsumenckie, co z kolei pozwala liczyć na korzystne perspektywy wzrostu zysków spółek oferujących produkty i usługi konsumenckie z takich sektorów, jak motoryzacja, sprzedaż detaliczna czy usługi finansowe, bankowe i telekomunikacyjne. Sektor bankowy ma duże znaczenie nie tylko ze względu na rozwój segmentu mikrofinansów, ale także z uwagi na coraz większą koncentrację banków na bankowości konsumenckiej.

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12

Fundusz Franklin Brazil Opportunities Fund został uruchomiony w lipcu 2012 r. Portfelem funduszu inwestującego w różne klasy aktywów zarządzają Marco Freire, CIO ds. brazylijskich instrumentów o stałym dochodzie, oraz Frederico Sampaio, CIO ds. akcji brazylijskich spółek, obydwaj rezydujący w São Paulo w Brazylii. Celem Funduszu jest generowanie wysokich całkowitych zwrotów z inwestycji, na które składają się wzrost wartości kapitału, dochód oraz zyski z pozycji gotówkowych i walutowych, poprzez inwestowanie w całe spektrum dostępnych możliwości inwestycyjnych związanych z Brazylią. Brazylijska gospodarka nadal jest bardzo prężna, w dużej mierze dzięki pozycji globalnego lidera eksportu surowców. Konsekwentne reformy zapewniły gospodarce solidne fundamenty i względnie dobrą dynamikę w obszarze polityki budżetowej. Kraj ten ma także korzystne czynniki demograficzne, młodą i rosnącą populację, coraz wyższe poziomy dochodów oraz rosnącą klasę średnią, co tworzy dobre warunki do wzrostu krajowej konsumpcji i atrakcyjnego wzrostu w dłuższej perspektywie. Fundusz Templeton Asia Dividend Fund został utworzony w kwietniu 2013 r. i jest zarządzany przez dr. Marka Mobiusa, prezesa Templeton Emerging Markets Group, oraz Toma Wu, zarządzającego portfelami inwestycyjnymi, rezydujących w Hongkongu. Celem funduszu jest przewyższanie wyników indeksu porównawczego poprzez inwestowanie w powiązane z Azją spółki wypłacające dywidendę oraz

zapewniające ekspozycję na sekularne trendy wzrostowe obecne na tym kontynencie. Zarządzający starają się zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na solidną rentowność, a jednocześnie oferować pewien potencjał wzrostowy. Azja to globalny motor eksportu i nadal jeden z najszybciej rozwijających się regionów na świecie. Gospodarki azjatyckie nie tylko czerpią korzyści z rosnącego popytu ogólnoświatowego, ale także notują wzrost rynków krajowych dzięki powiększającej się klasie średniej, która potrzebuje coraz większych ilości dóbr konsumenckich i jest w stanie płacić za nie wyższą cenę. Zarządzający portfelem funduszu poszukują spółek, które uważają za niedoszacowane, oparte na solidnych fundamentach, stale rosnące i będące w stanie przetrwać w trudnych, kryzysowych czasach, w całej Azji, w tym w takich krajach, jak Bangladesz, Kambodża, Chiny, Hongkong, Indie, Indonezja, Korea, Malezja, Pakistan, Filipiny, Singapur, Sri Lanka, Tajwan, Tajlandia i Wietnam. Michał Staszkiewicz, regionalny dyrektor ds. sprzedaży na Polskę, Rumunię i kraje bałtyckie we Franklin Templeton Investments powiedział: W odpowiedzi na zapotrzebowanie klientów na te strategie inwestycyjne, z przyjemnością udostępniamy polskim inwestorom kolejne możliwości dywersyfikacji ich portfeli. Klienci mają teraz dostęp do szerszej gamy strategii inwestycyjnych, w tym funduszy globalnych, regionalnych i krajowych, zarządzanych przez uznanych i doświadczonych operatorów.


16 / REKLAMA

Dobry Znak  

Nr 1 (129)/ 2014r. cz1

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you