Page 1

„Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” już w kinach str. 10-11

Dwutygodnik nr 17 (122) } 26 września 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

Podobnie jak w połowie VIII w. w bitwie pod Poitiers rycerstwo europejskie obroniło nasz kontynent przed inwazją arabską, tak również pod Wiedniem 12 września 1683 r. sprzymierzone wojska polskie, austriackie i niemieckie odparły najazd turecki.

Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył U podstaw decyzji o odsieczy stolicy cesarstwa Habsburgów legła idea uniwersalizmu europejskiego i chrześcijańskiego, a nie egoizmu narodowego. W przeciwnym razie, Polska wykorzystując fakt, że Turcy skierowali swe siły ku Austrii, zorganizowałaby wyprawę na Podole w celu odzyskania Kamieńca. Austria i Stolica Apostolska ofiarowały Polsce wielkie wsparcie finansowe w związku z ogromnymi kosztami wyprawy wiedeńskiej. Dla króla Jana III Sobieskiego odsiecz Wiednia była przede wszystkim misją ratowania zagrożonego przez islam chrześcijaństwa. Wbrew opozycji sejmowej (przede wszystkim możnowładców litewskich) doprowadził do wystawienia przez Koronę ponad 30-tysięcznej, bardzo dobrze wyposażonej i uzbrojonej armii. Trasa pochodu wojsk polskich prowadziła przez Śląsk, Morawy i Czechy. Dziennie armia ta - obciążona olbrzymim taborem - przemierzała co najmniej 25 km. 3 września sprzymierzone wojska austriackie, niemieckie (kontyngenty bawarskie, śląskie, hannowerskie i inne) oraz polskie spotkały się pod Tullu (40 km od Wiednia) nad Dunajem. Nad całością 75-tysięcznej armii dowództwo objął Sobieski. Wiednia broniła zaledwie 15-tysięczna armia. Całość sił tureckich

dr Krzysztof Kawęcki, historyk, wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

Fot.: Król Jan III Sobieski błogosławi atak wojsk polskich pod Wiedniem, akwarela Juliusza Kossaka, źródło: wiikimedia

wynosiła ponad 300 tys. Bitwa rozpoczęła się wczesnym rankiem 12 września, atakiem sił tureckich na lewe skrzydło (oddziały cesarskie)

wojsk sprzymierzonych. Natarcie zostało odparte. Decydujące znaczenie miała szarża polskiej, ponad 20-tysięcznej kawalerii ze wzgórza

Ponad 75 tys. stałych członków, 102 oddziały w kraju, 350 pracowników, stabilna sytuacja finansowa, stały wzrost aktywów oraz system ochrony depozytów - SKOK Wołomin to dziś, po 14 latach systematycznego rozwoju i sprawnego zarządzania, najbezpieczniejsza instytucja finansowa w Polsce. - Przysłowiowy Kowalski podejrzliwie traktuje banki, nie wierzy, że warto w nich oszczędzać. Tymczasem nasza Kasa przez wszystkie te lata zrobiła wiele dobrego w zakresie promocji rozsądnego gospodarowania finansami i zachęcania do oszczędzania - zauważa Prezes SKOK Wołomin Mariusz Gazda. str.16-19

Kahlenberg. O godz. 17 wojska polskie, pod osobistym dowództwem Sobieskiego przeprowadziły kolejny szturm, rozbijając obronę turecką i zdobywając ich obóz wojskowy. Rola Jana III Sobieskiego w zwycięstwie nad Turkami była ogromna. Niemiecki teoretyk wojny generał von Clausewitz uznał go za jednego z największych wodzów wszechczasów. Udziałem w odsieczy wiedeńskiej Rzeczpospolita potwierdziła swoją mocarstwową pozycję i fakt, że była wówczas „przedmurzem chrześcijaństwa”. W liście z 15 września 1683 r. król Polski pisał do papieża Innocentego III: Venimus, Vidimus, Deus vicit (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył). Odsiecz Wiednia uratowała chrześcijaństwo i Europę. Była również korzystna dla Polski. Po zdobyciu Wiednia niewątpliwie nastąpiłby nieuchronny turecki najazd na Polskę, a także ekspansja w kierunku Włoch i Niemiec. Wybitny historiozof prof. Feliks Koneczny zwracał uwagę, że pod Wiedniem broniło się chrześcijaństwo, idąc na wojnę prawdziwie religijną; zwalczano cywilizację turańską, której przedstawicielami niegdyś byli Mongołowie, a potem Turcy. Zwycięstwo pod Wiedniem dodało na nowo sił cywilizacji łacińskiej w Niemczech i wstrzymało hegemonię bizantyjską aż do schyłku XVIII w. Obrona Wiednia przed turecką inwazją to był ostatni, znamienity wyraz europejskiej solidarności w obronie cywilizacji łacińskiej i przypomnienie, że przez wieki Europa stanowiła polityczną jedność - Christianitas.


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

I ty polubisz fotoradary

Teraz rządzi „kawiarnia”

Mariusz Gazda

Rafał Ziemkiewicz

Ostatnio usłyszałem, że Generalna Inspekcja Transportu Drogowego zaplanowała kampanię reklamową. Na tę kampanię przeznaczono budżet w wysokości 4 milionów złotych. No i cóż chce promować Inspekcja? Może bezpieczeństwo na polskich drogach? Może kulturę jazdy? Może znajomość przepisów ruchu drogowego wśród polskich kierowców? Otóż nie! Oni nie chcą nawet reklamować samych siebie, bo taką sytuację mogę sobie wyobrazić. Uśmiechnięci funkcjonariusze stoją obok świeżo umytych samochodów. Albo rozdają maskotki krokodyli w przedszkolach i szkołach. Oni chcą reklamować fotoradary. Nie, nie sprzedaż fotoradarów. Oni chcą reklamować wizerunek fotoradarów. Chcą, aby Polacy polubili fotoradary. Już wyobrażam sobie krótkie filmiki reklamowe: dobry fotoradar w pracy (skrzyżowanie), fotoradar na łonie natury (las), fotoradar na wakacjach (morze), fotoradar na zakupach po wypłacie itd., itp. Chcą doprowadzić do sytuacji, że Polacy będą nadawać im imiona. Będą pozdrawiać fotoradary z samochodów. A może nawet adoptować je, żeby miały rodzinę? Ten świat chyba oszalał. Zamiast poprawiać bezpieczeństwo na drogach poprzez rozbudowę sieci dróg i autostrad oraz edukację i poprawę kultury to stawia się za zakrętem urządzenie tylko po to, żeby ściągać pieniądze na łatanie budżetu. Obywatel traktowany jest jak bandyta i jak dojna krowa. A swoją drogą, ciekawe, co wyjdzie ze skrzyżowania krowy z bandytą. Chyba tylko krowa rozpruwacz... A następnie pieniądze wyjęte z kieszeni podatnika wydaje się na promocję w prywatnej firmie. Idealna maszynka do robienia kasy. Oczywiście kosztem nas wszystkich. Żeby się wpisać w klimat, proponuję promować też: druki PIT i CIT, bloczki mandatów, papier i drukarki używane do drukowania pism urzędowych, a także biurko pana prokuratora i togę sędziego… Można by też poprawić wizerunek złodziei, łapówkarzy i gwałcicieli. Albo promować szybką jazdę samochodem - będzie więcej mandatów. A poza tym wszyscy zdrowi…

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 150 000 egz.

Czy ubiegłotygodniowe demonstracje związkowców przyniosą jakieś praktyczne rezultaty? - Nie żyjemy w czasach, w których władza boi się strajków. Ogromne manifestacje związkowe nie przekładają się na decyzje polityczne. W Unii Europejskiej ciągle mamy jakieś protesty, nawet wielotysięczne, ale nie powodują one natychmiastowej zmiany prawa czy upadku Komisji Europejskiej. Ostatniemu strajkowi jest bliżej do tego wzorca europejskiego niż sytuacji z czasów PRL-u, kiedy masowy strajk mógł doprowadzić do przełomu. Związkowcy nie sformułowali żadnego programu, a głoszone przez nich hasła to raczej były hasła, które chcieli usłyszeć przeciętni Polacy, a nie realne propozycje negocjacyjne, z którymi można by usiąść w Komisji Trójstronnej. Nie ma jednak sensu robić zarzutu z tego, że związki zrobiły akcję polityczną, bo tak dzieje się teraz w demokratycznych państwach. Związki zawodowe, jeśli mają być skuteczne, nie mogą ograniczyć się jedynie do swoich spraw wewnętrznych, ale muszą demonstrować swoją siłę i zdolność do utyskiwaniach pożądanych zmian. W długim horyzoncie ten protest odniesie skutek, ponieważ był bardzo udany wizerunkowo, mimo niezbyt życzliwego relacjonowania strajków przez media. Do przeciętnego Polaka dotarł taki przekaz, jaki miał dotrzeć. Czyli, że związkowców jest dużo, są dobrze zorganizowani, mają postulaty, które są przyjazne obywatelom, rząd nie chce z nimi o tych postulatach dyskutować. Przy okazji strajku można było zobaczyć, jak niektórzy gardzą tą „wiochą”. U niektórych ekspertów telewizyjnych nawet w mowie ciała pojawiał się strach, że jacyś „robole z prowincji” zjechali się do stolicy i blokują „warszawce” ulice. 

Istnieją w polskim dziennikarstwie tzw. czerwone klany, czyli grupy bardzo znanych osób pracujących w telewizji, otrzymujących ogromne pensje, których rodowody rodzinno-towarzyskie sięgają partyjnych dygnitarzy z czasów PRL. Taka przeszłość może mieć duży wpływ na ich dzisiejsze działania? - Elita ma to do siebie, że żyje swoim życiem i reprodukuje się w tych częściach społeczeństwa, gdzie są prestiż, władza, pieniądze. W PRL-u dzieci dygnitarzy partyjnych, jeśli nie szły w ślady ojców, to szukały miejsc w najbardziej dochodowych i prestiżowych zawodach, m.in. w dziennikarstwie telewizyjnym. Zwłaszcza, że w stanie wojennym wielu dziennikarzy usunięto z telewizji i bardzo chętnie jako adeptów dziennikarstwa przyjmowano nowych, układnych „partyjniaków”. A że praca w telewizji daje pewien handycup bycia znanym, a po 1989 roku nie było żadnego rozliczenia z komunizmem, wstydu z powodu działalności prokomunistycznej, to rzeczywiście teraz głównymi gwiazdami dziennikarstwa są ludzie ukształtowani w tamtych czasach i przesiąknięci wartościami wyniesionymi ze swoich rodzin. Łączy ich wspólna niechęć do Polaka-katolika, do Kościoła katolickiego, do tradycji patriotycznej, a także wspólni bohaterowie: Wojciech Jaruzelski, Adam Michnik i Lech Wałęsa, choć ten ostatni jeszcze na początku lat 90. uznawany był za diabła wcielonego, tak jak obecnie Jarosław Kaczyński. Cechuje ich pogarda dla nizin społecznych, dla „moherów”, dla „wiochy”. Nie konfrontują się z innymi światami, dlatego ich komentarze są bardzo jednostronne. Tak jak kiedyś był Wydział Kultury KC, tak teraz rządzi „kawiarnia”. rozmawiała: Agnieszka Żądło-Jadczak 


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

W „Tygodniku Powszechnym” ukazał się tekst, w którym przedstawiono, w jaki sposób w Polsce jest kreowane prawo. Wystarczy posiadać gotówkę (w opisywanym przypadku 120 tys. euro) oraz mieć wsparcie firm PR ulegających sugestiom dziennikarzy, kilku posłów i generała policji.

Polska Millera, Polska Tuska Jan Maria Jackowski

Chodziło o firmę zajmującą się recyklingiem akumulatorów, która uznała, że zmiany w ustawie proponowanej przez ministerstwo środowiska uderzają w jej interesy. Zainicjowano kilkadziesiąt tekstów, audycji radiowych i telewizyjnych. Przekonywano w nich, że „politycy nie mogą truć nas kwasem i ołowiem”. W takiej atmosferze u niektórych polityków zjawili się „ludzie zajmujący się ochroną środowiska” i przekonywali o szkodliwości zmian w ustawie. W ten sposób cel został osią-

gnięty - ministerstwo środowiska wycofało się z projektu zmian. Artykuł w „TP” odbił się szerokim echem. Padły słowa wielkiego oburzenia. Ale czy jest ono odkrywcze? To, że wiele mediów, posługując się retoryką „obiektywizmu”, „rzetelności” i „interesu społecznego” jest wykorzystywanych do załatwiania na zlecenie interesów gospodarczych i politycznych nie jest tajemnicą. To, że są sprzedajni eksperci i ekolodzy też wiadomo. To, że zdarzają się przekupni urzędnicy również nie zaskakuje, tak samo jak to, że portale społecznościowe i różne akcje zbierania podpisów w szlachetnym celu bywają cynicznie wy-

korzystywane przez agencje PR i lobbystów. Takie są realia III RP, w której najbardziej znany dotąd skandal z kupowaniem ustawy to afera Rywina z czasów rządów Leszka Millera. Ta do końca niewyjaśniona gra korupcyjna rozgrywająca się w 2002 roku między „grupą trzymającą władzę” a koncernem „Agora” może stanowić kanwę sensacyjnego filmu odsłaniającego mechanizmy funkcjonowania PRL i III RP oraz nieformalnych powiązań elit. Czy coś się zmieniło? Czyż afera hazardowa i inne afery z czasów rządów Donalda Tuska nie wskazują, że żyjemy w rze-

czywistości, w której może kwitnąć korupcja? Przecież co chwilę w mediach pojawiają się informacje świadczące, że wygrywanie intratnych przetargów, dochodowe kontrakty ze Skarbem Państwa, pozyskiwanie atrakcyjnego mienia z zasobów państwowych i samorządowych, prywatyzowanie majątku państwowego i stanowienie prawa bywa podszyte łapownictwem. Czyż w Polsce nie istnieją zjawiska znane z południa Włoch, gdzie wiele inwestycji lub transakcji, związanych ze środkami publicznymi, zasila w jakimś procencie prywatne konta decydentów?

Polska może mieć nową,, potężną broń Taki okręt może osiąść na dnie Bałtyku, stając się „niewidzialnym” dla wroga. W razie potrzeby wystrzeli pociski manewrujące, które polecą setki kilometrów tak nisko, że wszelkie systemy antyrakietowe przeciwnika będą bezradne. W wyznaczone cele trafią z niesłychaną precyzją. Teraz nasze siły lądowe, lotnicze i morskie pełnią jedynie rolę obronnej „tarczy”, bez możliwości wykonywania głębokich kontrataków. Ale możemy posiąść „miecz”, czyli okręty podwodne z pociskami manewrującymi, z ich odstraszającą zdolnością do siania zniszczeń. Piszę w trybie warunkowym, bo możemy je mieć, ale nie musimy. MON do 2030 r. chce zakupić 20 nowych jednostek pływających, w tym trzy okręty podwodne. Jednak nie jest pewne, czy zechce zakupić okręty wyposażone w pociski manewrujące. A bez nich nowe okręty staną się tylko kolejnym dodatkiem do „tarczy”.

To może być wielki przełom. Możemy mieć broń, która odstraszy wszystkich potencjalnych agresorów i zmieni geopolityczną pozycję Polski. Mowa o okrętach podwodnych z pociskami manewrującymi. Zakup podwodnego okrętu z rakietami manewrującymi to koszt ok. 2 mld zł. Dużo? Zależy, jak się liczy. Bo czas eksploatacji okrętu wynosi 30 lat. Proszę sobie podzielić te 2 mld przez 360 miesięcy i zobaczyć, jak ten koszt zakupu się rozłoży. Inaczej mówiąc, jaka jest miesięczna cena bezpieczeństwa? Zakup okrętów podwodnych może łączyć się z pobudzeniem gospodarki i z nowymi miejscami pracy. Np. doświadczony francuski koncern DCNS po wyborze ich okrętów jest gotowy zainwestować w polski przemysł zbrojeniowy i podnieść z upadku gdyńską Stocznię Marynarki Wojennej. Otrzymalibyśmy nowoczesne technologie, zakupione okręty byłyby remontowane w Gdyni, stocznia

mogłaby też rozpocząć produkcję kolejnych jednostek. Byłaby to więc umowa jakościowo o niebo lepsza niż żałośnie marna w skutkach umowa offsetowa związana z zakupem F-16. Oczywiście pojawią się też populistyczne pokrzykiwania, że w czasach kryzysu trzeba wydawać pieniądze na szpitale, oświatę czy zasiłki, a nie jakieś okręty, że nikt nas nie zamierza atakować, że przecież jesteśmy w NATO itp. Jeśli tak, to w ogóle zlikwidujmy armię. Nikt nie zagwarantuje, że w wyniku np. kryzysu ekonomicznego w jednym z sąsiednich państw do władzy nie dorwą się awanturnicy, którzy zechcą szantażować Europę groźbą zbrojnego zatargu z Polską, aby uzyskać dla siebie

Bogusław Mazur

jakieś wymierne korzyści. Polska bez „miecza” będzie zdana na łaskę państw NATO, stając się jedynie pionkiem w międzynarodowej grze. Niestety, może być też i tak, że zamiast zakupu „miecza”, pod naciskiem populistów i zwolenników tzw. małpich oszczędności, kupimy parę niemieckich, w dodatku może starych okrętów, oczywiście bez pocisków manewrujących. To będzie znaczyło, że nadal jest u nas żywa tradycja wyrażona przez mickiewiczowskiego Sędziego: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”! Źródło: salon24.pl


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Jeszcze kilkanaście lat temu szeroką działalność rozwijało NAMBLA (Północno-Amerykańskie Stowarzyszenie Miłości Chłopców z Mężczyznami) - istniejące zresztą do dzisiaj. Jak to zawsze jest w homeostatach na każdą akcję występuje reakcja - i w tej chwili ludzie dostają wręcz histerii na samo hasło „pedofilia”.

Kompletna histeria Janusz Korwin - Mikke

Doszło do tego, że normalny człowiek boi się wziąć na kolana siostrzenicę czy bratanka. Jeszcze paręnaście lat temu nic zdrożnego by mu nawet do głowy nie przyszło, a teraz od razu zapala się światełko ostrzegawcze. To, co zrobiono z ludźmi woła o pomstę do Nieba. Żyjemy w okresie całkowitego rozpadu dumnej niegdyś, przodującej w świecie, cywilizacji.

W Wielkopolsce zdarzył wypadek wręcz przekomiczny - jeśli nie brać pod uwagę poszkodowanego. Otóż w komputerze, do którego miało dostęp wiele osób, należącego do dyrektora szkoły, znaleziono kid-pornosy. Sądowi 14 posiedzeń zajęło wydanie w tej sprawie wyroku - zamiast sprawę od razu oddalić jako śmieszną. Być może dzięki temu Wysoki Sąd mógł sobie 14 razy pooglądać materiał dowodowy... W końcu nieszczęśnika skazano na rok - na szczęście: w zawieszeniu (bo w więzieniu mogliby go potraktować jak gwałciciela dzieci, a tam dla

takich nie ma litości!). Zawieszenie minęło, wyrok uległ zatarciu - i oto okazało się, że jacyś purytanie sprzeciwili się temu, by facet mógł być dyrektorem szkoły. Przepraszam: czy pojęcie „zatarcie wyroku” coś jeszcze w ogóle znaczy? Nawet za „komuny”, jeśli wyrok był zatarty, to był zatarty. Dziś żyjemy w systemie, przy którym „komuna” to ustrój liberalny i tolerancyjny. W systemie nieustannych podsłuchów, podglądów, monitorów. Szczególne obrzydzenie budzi we mnie wypowiedź p. Krystyny Łybackiej, b. ministry oświaty.

Z punktu widzenia robola Owe płace związkowych notabli oczywiście zostały wykorzystane przez rządową propagandę. Stara, rzymska zasada „dziel i rządź” (divide et impera), choć oficjalnie w demokratycznych systemach politycznych jest z oburzeniem odrzucana, korci polityków i co rusz po nią sięgają, wierząc w jej skuteczność jako mechanizmu pomagającego utrzymać władzę. Uznano zatem, że zestawienie tych zarobków z płacą minimalną na niektórych wywrze piorunujące wrażenie i rząd zyska rzesze sojuszników, wpierających go w postanowieniu ignorowania istnienia związków zawodowych. Widocznie wrażenie było zbyt małe, a bat w postaci zapowiedzi ustawowego położenia kresu etatom płaconym związkowym działaczom z kasy przedsiębiorstw nie taki straszny, skoro zastosowano kolejną sztuczkę socjotechniczną, roztaczając przed warszawianami wizję najazdu Hunów, zostawiających po sobie spaloną ziemię w miejscu stołecznej metropolii.

Wrześniowe demonstracje związkowców, którzy przyjechali do Warszawy na kilka dni nie obaliły rządu, co obiecywał Piotr Duda, Wałęsa dnia dzisiejszego. Chciałoby się powiedzieć, że mamy takich przywódców, jakie czasy i nie odnosiłoby się to wyłącznie do wiodących na barykady sowicie opłacanych menadżerów związkowych. I jedna, i druga strona mocno się zawiodły w swoich oczekiwaniach. Ani Warszawa nie stała się miejscem Armagedonu, ani demonstranci nie wywarli zbytniego wrażenia na władzy, a nawet gapiach oczekujących, jak to zwykle bywa, zadymy. Władza przyjazd kilkudziesięciu tysięcy obywateli naszego kraju do stolicy potraktowała jak inwazję komarów - wprawdzie denerwującą, ale nie wymagającą jakichś specjalnych działań, ani też nie wyrządzającą zbytnich szkód. Jak głosi fama, dobrotliwy minister w trzecim pokoleniu, ubezwłasnowolniony jak większość szefów resortów przez Jacka Vincenta Rostowskiego, Władysław

Aleksandra Jakubowska Kosiniak-Kamysz, podobno nawet chciał osobiście przyjąć od demonstrujących przed jego resortem pracy petycję, ale premier mu zabronił. Nie ma ministra, nie ma petycji, nie ma demonstracji i niezadowolonych ludzi. Zdawałoby się, że stara zasa-

Twierdzi ona, że „prawo trzeba zmienić”. Tak, by osobnik podejrzany o posiadanie kid-pornosów nie mógł być dyrektorem szkoły. A ja pytam: skąd ludzie będą wiedzieli bez złamania prawa, że facet był za to skazany? Przecież zatarcie to jest zatarcie, nieprawdaż? Nie w dzisiejszych czasach. Dziś żyjemy w nieludzkim świecie, w klatce o niemal przezroczystych ścianach. Obawiam się, że nadszedł czas, by to szkło stłuc, aparaty podsłuchowe i wszechobecne kamerki oddać na przemiał... wrócić do normalności. W której od czasu do czasu bezkarnie przemykał jakiś pedofil. Np. autor „Alicji w Krainie Czarów”... http://korwin-mikke.pl

da ancien régime’u, że jeśli czegoś się nie komentuje, w czymś się nie uczestniczy i nie pokazuje, tego nie ma, upadła wraz z murem berlińskim, a może nawet jeszcze wcześniej, ale okazuje się każdego dnia nowej rzeczywistości, że ma się nieźle. Pewnie każda ze stron tego konfliktu ma swoje racje i nie chcę tu rozstrzygać, czyje więcej ważą i czy są korzystne dla ludzi, gospodarki i kraju. Dla mnie najbardziej przykrym wnioskiem płynącym z tych wydarzeń jest to, że wróciły czasy podziału na władzę, która wie najlepiej, co dla ludzi jest korzystne i roboli - głupich, ciemnych i wyłącznie żądających. Adam Szejnfeld, poseł Platformy Obywatelskiej pogardliwie komentuje te wydarzenia, używając określenia „związkotwór złośliwy”. Prawie 10 lat wcześniej prezydent Wałęsa mówi, że związki zawodowe to wrzód na ciele demokracji. Obaj nie biorą pod uwagę tego, że gdyby kiedyś nie powstał pewien związek zawodowy, to pewnie Szejnfeld byłby dzisiaj słabo opłacanym urzędnikiem w gminie Szamocin, a Wałęsa emerytowanym elektrykiem, któremu nie starcza na leki.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5

Bezkarne podwyższanie podatków i wszelkich obciążeń powoduje, że Polacy opuszczają kraj. Trzeba to w końcu powiedzieć, bo niektórym się wydaje, że emigrują nie wiadomo dlaczego. Bez dzieci nie ma rozwoju, bez dzieci nie ma emerytur.

Bez kołysek nie ma emerytur

Muszą być dzieci. Jeśli nawet odłożymy bardzo dużo na emeryturę, nie tylko w ZUS, ale w innych funduszach itp., to i tak wartość tych odłożonych dóbr będzie zależała od tego, jaki będzie popyt, kiedy będziemy na emeryturze. Jeśli ludzi jest mniej, to sytuacja gospodarcza jest gorsza i wtedy sytuacja emerytów musi także być gorsza. Nie da się tego, ot tak, zlekceważyć. Jednym z czynników, który pomaga mężczyźnie i kobiecie podjąć decyzję o przyjęciu i wychowaniu potomstwa jest praca. I nie pomogą w jej znajdowaniu deklaracje Jarosława Kaczyńskiego, który powiedział, że bę-

dzie nakładał karne podatki dla przedsiębiorców, którzy nie będą odpowiednio nagradzać pracowników. Zgadzam się tu z profesorem Robertem Gwiazdowskim, że najbardziej karny podatek powinien być nałożony na polityków, którzy z wynagrodzenia pracowników płaconego przez pracodawców zabierają połowę. Ostatnio związkowcy demonstrowali w Warszawie. Walczyli na przykład o podniesienie wysokości tzw. płacy minimalnej. Płaca minimalna nie jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy nie mają pracy albo pracują „na czarno”. Jeżeli pracodawca będzie musiał

zapłacić płacę minimalną, a praca będzie warta mniej, może nie zapłacić wcale. Czy o to chodzi, żeby ludzie nie mieli żadnej pracy? Związkowcy protestują przeciwko swojemu pracodawcy, bo to rząd jest właścicielem spółek, które zatrudniają związkowców. 67 % polskiego PKB powstaje w małych i średnich przedsiębiorstwach. Jest tam elastyczny czas pracy, przeciwko któremu związkowcy protestują. Nie ma związków, ale jest jakiś rozwój. W Polskich Kolejach Państwowych działa 70 związków zawodowych, a potężną stratę muszą pokrywać podatnicy. Wiem, że pisanie źle o związkach zawodowych, to występowanie

Rafał Pazio

przeciwko pewnemu etosowi, świętości tzw. polskich przemian, poprawności patriotycznej. Ale należy w końcu dostrzec, że etos kosztuje i to niemało, a bezmyślne hołdowanie etosowi może doprowadzić kraj na krawędź upadku. Niska frekwencja przy wyborach jest dowodem na to, że Polacy są zajęci własnymi sprawami i może ta krzątanina więcej znaczy dla Polski niż głośne, jak się okazuje, pseudopatriotyczne hasła. To w tej krzątaninie jest prawdziwie życie, a nie w zimnych, będących spadkiem po absolutyzmie oświeconym postawach wielu przedstawicieli naszych elit.

Wojna o OFE na przykładzie Piotr Uściński

Walka o przyszłość OFE nie wzbudza wielkich emocji w społeczeństwie, ale czy słusznie? Trysnęła mrzonka, iż OFE jest gwarantem godnej emerytury. Pokolenie 30-, 40-latków już wie, że dla nich emerytur nie będzie. Zdajemy sobie sprawę, że ZUS jest bankrutem, a ten albo jakiś kolejny rząd pieniądze z OFE zabierze i zmarnuje. O co więc ta walka?

Oczywiście chodzi o zadłużanie państwa. I tu słyszymy sprzeczne opinie. Minister finansów twierdzi, że likwidacja OFE zmniejszy dług, eksperci alarmują, że będzie odwrotnie - dług wzrośnie. Tak naprawdę jednak likwidacja OFE (czy też przeniesienie z OFE większości pieniędzy do ZUS, czyli do kasy państwa) najpierw poprawi wskaźniki zadłużenia, które spadnie o kilka procent. Ale to tylko wskaźnik, de facto żadnego długu nie spłacimy. Spadek spowoduje, że rząd jeszcze do końca kadencji będzie mógł dalej zadłużać kraj aż wyczerpie tą kilkuprocentową

rezerwę wskaźnika. Postaram się to wytłumaczyć na prostym przykładzie.

możemy się lokatą. Samochód to nasza przyszła emerytura, lokata to OFE. Idźmy dalej.

Powiedzmy, że zarządzamy swoim budżetem domowym, systematycznie odkładamy pieniądze na lokatę, aby kiedyś kupić sobie np. samochód. Na lokacie mamy 10 tys. Obiecaliśmy dzieciom nowy samochód za kilka lat (dzieci to analogia społeczeństwa). Nie wiemy jeszcze, jakie nowe auto będzie, kupimy w zależności od tego, ile będziemy mieć pieniędzy. Za parę lat weźmiemy tyle, ile będziemy mieli na koncie i wspo-

Aktualnie na koncie nic nie mamy, tzn. mamy debet, bank przyznał nam 50 tys. debetu (debet to analogia progu zadłużenia państwa), a obecne nasze saldo debetowe wynosi – 49 tys. i wciąż rośnie. Mamy tyle wydatków co miesiąc, że pensji nie wystarcza, więc grozi nam widmo ograniczenia wydatków. Będzie trzeba zrezygnować z fryzjera, drogich perfum, może kieszonkowego dla dzieci itd. Wpadamy na pomysł

godny genialnego ministra: przecież mamy tę lokatę na samochód. Dzieci czekają co prawda na ten samochód, ale mamy genialne wytłumaczenie dla nich. Ta lokata jest nieopłacalna dla nas, bo odsetki od debetu są większe niż odsetki od lokaty. Drogie dzieci, to czysta matematyka, zlikwidujemy lokatę i zmniejszymy aktualny debet. Opłacalne? Ależ owszem, tak jak likwidacja OFE. A do tego mamy jeszcze trochę czasu bez ograniczenia wydatków, utrzymamy kieszonkowe i takie tam. Zobaczymy, a może bank nam przyzna większy debet? Coś się wymyśli, drogie dzieci! I tu analogię do rodzinnego budżetu przerwać muszę. W rodzinie bowiem dzieci rozliczą za kilka lat rodziców, czy faktycznie kupili samochód. A nasz rząd? Odda władzę następcom, niech się martwią o emerytury. www.uscinski.pl


6 / HISTORIA

Kolejna rocznica haniebnej napaści sowieckiej na walczącą z Niemcami Polskę zmusza do zastanowienia się nad kampanią polską 1939 roku. Trudne wówczas zadanie, ze względu na dysproporcje sił, otrzymały siły zbrojne RP dowodzone przez marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza.

Marszałek Śmigły i jego żołnierze Romuald Szeremietiew W latach 1933-1939 Polska wydała na wojsko 5,9 mld zł. W tym samym czasie Niemcy przeznaczyły na zbrojenia 51,6 mld marek, tj. 110 mld zł (jedna marka = 2,13 zł). Dwadzieścia razy więcej niż Polska! Armia niemiecka nie przeważała nad polską dwudziestokrotnie, jednak jej przewaga w lotnictwie i broni pancernej była ogromna: czterokrotna w samolotach, w czołgach - sześciokrotna.

Strategiczny cel Polski W 1937 roku w Sztabie Głównym WP opracowano Studium „Niemcy” pt. „Ocena sytuacji strategicznej Polski i Niemiec i wynikających z tej sytuacji możliwości działań obydwóch stron”. Autorzy opracowania sądzili, że niemieckie wojska lądowe będą zdolne do wojny z Polską w 1940 r. Nie wykluczano jednak, że może to nastąpić już w 1939 roku. Celem polskich działań powinna więc być wspólna z Francją ofensywa na Niemcy. Jednak stan Francji i jej armii nie gwarantowały natychmiastowej reakcji w razie pojawienia się zagrożenia. Dlatego: „Polska musi wytrzymać główny wysiłek niemiecki i przygotować sobie możliwość do strategicznej ofensywy w łączności z Francją”. Władze polskie upatrywały szans na zwycięstwo dopiero po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez sojuszników Polski. Utworzenie koalicji antyniemieckiej

było sposobem przekształcenia konfliktu polsko-niemieckiego w wojnę światową. Celem strategicznym Polski było zmuszenie Zachodu do wypowiedzenia wojny Niemcom. A w takiej wojnie Hitler musiał przegrać. W maju 1939 roku dowództwa wojskowe Polski i Francji uzgodniły harmonogram działań w razie wybuchu wojny. W protokole podpisanym przez szefa Sztabu Generalnego Francuskiej Obrony Narodowej gen. Gamelina i ministra spraw wojskowych RP gen. Kasprzyckiego ustalono: w przypadku agresji Niemiec przeciwko Polsce lub niemieckiej próby zajęcia Gdańska „armia francuska rozpocznie automatycznie działania”, tj.:  natychmiast podejmie akcje bojowe lotnictwo francuskie;  trzeciego dnia od rozpoczęcia mobilizacji francuskie wojska lądowe podejmą ograniczone działania zaczepne; Marszałek Śmigły-Rydz, Wódz Naczelny

natomiast piętnastego dnia mobilizacji nastąpi ofensywa siłami głównymi armii francuskiej. W dwa dni po podpisaniu w Moskwie paktu Ribbentrop-Mołotow, 25 sierpnia 1939 r., Polska zawarła układ o wzajemnej pomocy z Wielką Brytanią. Strony układu zobowiązywały się do udzielenia sobie natychmiastowej pomocy w razie agresji innego państwa. W tajnym protokole precyzowano, że agresorem mogą być Niemcy. W trakcie rozmów sztabowych ustalono formy współdziałania sił powietrznych obu państw. Polska zdołała zbudować koalicję niezbędną do zrealizowania celu strategicznego w zbliżającej się wojnie z Niemcami. 

Plany wojenne Polski i Niemiec Zadania stojące przed siłami zbrojnymi RP dowodzonymi przez marszałka Śmigłego były następujące:  uniemożliwić Niemcom stworzenie faktów dokonanych na terenie Wolnego Miasta Gdańska;  w razie agresji na Polskę zachować jak najdłużej zdolności bojowe i sprawność armii w obronie;  podjąć kontrofensywę po rozpoczęciu ofensywy sojuszników na Zachodzie. W planie operacyjnym Zachód opracowanym wg koncepcji Marszałka Śmigłego, zakładano wykonanie manewru odwrotowego połączonego z wielofazową obroną

terytorium państwa na kolejnych liniach oporu. Zastosowanie działań manewrowych miało uchronić polskie siły przed zniszczeniem. Nie było to łatwe, skoro manewr miało wykonywać wojsko nieposiadające nowoczesnych środków transportu, walczące z przeciwnikiem dysponującym przewagą w lotnictwie i czołgach. Do tego, ze względu na ukształtowanie granic, przyjęta dyslokacja narażała całość polskich sił na działania w warunkach okrążenia. Marszałek Śmigły określił to jako podstawowy absurd operacyjny. Jednak nie można było inaczej wytyczyć linii obrony. Przesunięcie jej w głąb kraju, np. za linię Wisły, pozwoliłoby Niemcom łatwo opanować Pomorze, Wielkopolskę i Śląsk. Hitler mógłby ogłosić, że Polacy oddali bez walki sporne tereny. Przy silnej tendencji do „ratowania pokoju” w Paryżu i Londynie mogłoby dojść do powtórki z konferencji monachijskiej.

Polski plan wojny, I faza.

Polskie dowództwo przyjęło trudny do wykonania plan obrony. Wysunięte nad samą granice główne siły polskie miały stawić zdecydowany opór, aby w momencie powiększającej się przewagi wroga przerwać bitwę i wycofać się na nową linię obrony. W ten sposób, unikając bitwy walnej i uniemożliwiając


HISTORIA / 7 Niemcom rozbicie sił własnych, zamierzano cofać się w kierunku południowo-wschodnim do granicy z sojuszniczą Rumunią, przez którą miało docierać z Zachodu zaopatrzenie dla walczącej Polski. Niemiecki zamiar wojenny określał plan operacyjny Fall Weiss. Hitler zakładał, że działania wojenne w Polsce będą miały charakter izolowanego pojedynku, a siły polskie - jak przewidywał - skoncentrowane na zachód od Wisły zostaną w krótkiej trwającej 3-5 dni kampanii zniszczone. Niemieckie dowództwo sądziło, że Wojsko Polskie zastosuje obronę miejscową i da się okrążyć. Szybkość działania wojsk niemieckich miała sprawić, że sojusznicy Polski nie zdążą podjąć kontrakcji i tym samym Niemcy unikną wojny z Anglią i Francją.

3 września Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Polska osiągnęła swój cel strategiczny. Dla Niemiec był to ciężki cios. Tłumacz Hitlera Carl Schmidt wspominał, że w kancelarii Rzeszy zapanowało przerażenie po decyzji Anglii i Francji. Jeśli przegramy wojnę, niech Bóg ma nas w swej opiece – biadolił Herman Goering. Na Zachodzie trwały już francuskie przygotowania do ofensywy, a intensywność działań w Polsce nie pozwalała Hitlerowi na przerzucanie wojsk na zachód. Co więcej, zdając sobie sprawę, że Polacy prowadzą działania, unikając zniszczenia, niemieckie dowództwo musiało opracować inny plan wojny. Założono nowe okrążenie w celu unicestwienia sił polskich na wschód od Wisły. To oznaczało, że Wehrmacht nie był w stanie zrealizować planu „Fall Weiss” i wojny z Polską nie można było zakończyć.

Niemiecki plan wojny,

A więc wojna Polski plan wojny zakładał, że ruch odwrotowy wojsk zacznie się od północy. Najpierw zaczną się wycofywać wojska wysunięte najbardziej na północ, poczynając od Armii „Pomorze”. Ostatnią w odwrocie miała być znajdująca się na południowym skrzydle obrony Armia „Kraków”. Niestety, w wyniku błędu usytuowana w centrum linii obronnych Armia „Łódź” nie wykonała właściwie nałożonych na nią zadań. Niemcom udało się rozerwać polski front. To sprawiło, że Armia „Kraków” zagrożona okrążeniem musiała wycofać się jako pierwsza. Nie powiodła się też próba odtworzenia obrony w rejonie centralnym. Wiele wówczas wskazywało, że doszło do katastrofy polskiej obrony. Był to najgorszy dla Polski okres walk. Jednak polskie załamanie nie było oczywiste dla Niemców.

Zmiana planu Fall Weiss

Dla odzyskania inicjatywy strategicznej i powstrzymania ofensywy niemieckiej za Wisłę Naczelny Wódz wyraził zgodę na wykonanie kontruderzenia określanego jako bitwa nad Bzurą. Armie „Poznań” i „Pomorze” dowodzone przez gen. Kutrzebę wykonały takie uderzenie i wiążąc w centrum frontu większość sił wroga, mimo pewnych nieporozumień, zrealizowały zamiar Naczelnego Wodza. W tym czasie polski sztab pracował nad planem kolejnej fazy wojny. Został opracowany w okresie między 8-11 września. W drugiej fazie działań polskie dowództwo planowało obronę na kolejnych liniach: I - od granicy z Węgrami linią Sanu do środkowej Wisły, następnie w kierunku Brześcia n. Bugiem i na Polesie. Po jej ewentualnym przerwaniu II linia biegła, obejmując Lwów i rzekę Bug do Brześcia. Ostatnia III

linia obejmowała tzw. przedmoście rumuńskie, teren woj. stanisławowskiego, z obroną na rzece Dniestr.

Polski plan wojny, II faza.

12 września 1939 r. odbyła się w Abbeville brytyjsko-francuska konferencja, na której zdecydowano o wstrzymaniu ofensywy na Niemcy. Gen. Gamelin zaproponował, aby planowaną ofensywę przesunąć o kilka dni. Wskazywał, że istnieje konieczność zgromadzenia większej ilości ciężkiej artylerii. Zapewnił, że siły francuskie będą gotowe do ataku 21 września. Zaakceptowano tę propozycję. Szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. Wacław Stachiewicz wspominał, że 16 września szef francuskiej misji, gen. Faury poinformował go, iż rozpoczęcie ofensywy na zachodzie ulegnie zwłoce do 21 września, gdyż przygotowania nie zostały jeszcze zakończone. Generał Stachiewicz ze swej strony nie miał wątpliwości, że polska obrona wytrwa do daty podanej przez francuskiego generała. Już wcześniej (11.09.) gen. Faury raportował do Paryża., że siły polskie przyjęły pierwsze ugrupowania obronne, a bój trwa wszędzie; walka jest zacięta i siły polskie reagują energicznie. Istniała więc nadal szansa na zwycięstwo w wojnie z Niemcami. W Polsce wraz z trwaniem walk następował przełom moralny i opór tężał. Jednocześnie spadała intensywność działań Luftwaffe, która poniosła duże straty. Wyczerpywała się siła niemieckich jednostek pancernych. Niemcom kończyły się zapasy, np. benzyny i ropy. Niemieckie siły zbrojne były potężne, ale ich skuteczność bojowa nie przekraczała trzech miesięcy. Tymczasem po polskiej stronie ustępowała panika i zamieszanie z pierwszego tygodnia wojny. Na zapleczu frontu, na terenach wschodnich województw RP zaczęła funkcjonować admini-

stracja, uruchamiano ewakuowane fabryki, masy rezerwistów (ponad 500 tys.) trafiły do ośrodków odtwarzania i formowania nowych jednostek wojskowych. W drugim tygodniu wojny na terenach wschodnich RP wykonano gigantyczną pracę organizacyjną. W rękach polskich znajdowała się duża część terytorium państwa na którym były siły i środki do prowadzenia wojny - po 14 września ilościowo siły znajdujące się na zapleczu frontu były większe od wojsk zaangażowanych bezpośrednio w działania wojenne na froncie. W tym czasie ruszyło też zaopatrzenie w uzbrojenie i sprzęt z Zachodu. Jeszcze 4 września rząd Rumunii wyraził zgodę na transporty broni kierowane przez jej terytorium dla walczącej Polski. Dzień później taką samą decyzję podjął rząd Jugosławii, a następnie rząd Grecji. Do portów rumuńskich zmierzały statki wiozące z Anglii samoloty, a w Marsylii trwał załadunek czołgów, dział, samochodów i amunicji.

Terytorium Polski zajęte przez Niemców do 16 września 1939 r.

17 września 1939 sytuacja uległa jednak radykalnej zmianie. Do Hitlera dołączył Stalin i wojska sowieckie zalały wschodnie tereny Polski, uniemożliwiając Polakom walkę z Niemcami. Nie ustalimy, czy 21 września Polska doczekałaby się ofensywy sojuszników na zachodzie. Nie możemy jednak stwierdzić, że na pewno by jej nie było. Gdyby więc do niej doszło, to klęska Niemiec byłaby natychmiastowa. Nie byłoby II wojny światowej i jej zbrodniczych skutków. Nie ulega też wątpliwości, że polska obrona wytrwałaby, gdyby nie było napaści sowieckiej.


8 / REPORTAŻ

Dominika Żukowska-Gardzińska i Hubert Gardziński, uczestnicy Międzynarodowych Rajdów Katyńskich, w 2012 r. wyruszyli wraz z kilkoma znajomymi z rajdu w podróż do Mongolii. 6 tygodni w drodze, 21 tysięcy przejechanych kilometrów. Do Mongolii jechali przez Kazachstan.

W pamięci zostaną stepy, przestrzeń i ludzie

Step i nic poza tym

ni. Drogi takie, że lepiej, gdyby nie było ich wcale. Zamierzaliśmy przejechać dziennie 800-900 kilometrów, a udawało się od rana do nocy ledwie 600. Mijaliśmy położone przy głównych drogach wioski, w nich domy z gliny, które po opadach, na szczęście rzadkich, zamieniały się w błoto. Natychmiast po przejechaniu granicy z Rosją pojawiają się wielbłądy, po przejechaniu kilkudziesięciu zaledwie kilometrów zmienia się klimat i roślinność. Zaczynają się stepy. Kazachstan to stepy, stepy i nic poza tym. Odległości są niesamowite, ktoś tak pokazał nam drogę: trzeba jechać tysiąc pięćset kilometrów prosto i skręcić w lewo.

Motocykliści z Polski jechali przez Kazachstan 11 dni. Mówi się, że Kazachstan to nieludzka ziemia. Był w archipelagu GUŁag, dlatego to ziemia łagrów i osad wypełnionych zesłańcami, ziemia ludzi zmuszonych do niewolniczej pracy. - W Kazachstanie trafiliśmy na największe upały, około 50 stop-

Pierwsze miejsce, gdzie spotkaliśmy Polaków, to Kellerowka. Wieś powstała w latach 30. XX wieku, tutaj deportowano Polaków z Ukrainy, znad ówczesnej granicy polsko-sowieckiej. Do dziś w Kellerowce mieszkają potomkowie polskich zesłańców. Jedną z nich jest pani Lonia, która urodziła się

Agata Bochenek

Świadomie wybrali tę drogę. Kazachstan jest szóstym co do wielkości państwem świata, położonym (w zdecydowanej większości - ponad 80%) w Azji i w Europie. Do Kazachstanu należą także południowe obrzeża zachodniej Syberii. Surowy klimat, nieskażona przyroda, bezkresne stepy, ogromne dysproporcje między wielkimi miastami, a zapomnianymi osadami wiejskimi. Wszechobecna bieda. I Polacy, potomkowie zesłańców sprzed kilkudziesięciu lat.

trzy lata po tym, jak jej rodzice zostali deportowani do Kazachstanu. W latach 1936-39 na rozkaz Stalina, wywieziono do Kazachstanu około 70 tysięcy Polaków. Byli tu zsyłani na pewną śmierć. Pozostawiani w dzikim azjatyckim stepie, w miejscu, gdzie na ogół nie było żadnych osad, budowali ziemianki, a potem małe domki z gliny. W ten sposób powstawały osady, które nie miały nawet nazwy (te pojawiły się dużo później), tylko numery przyznawane przez radzieckie władze. Surowy klimat dziesiątkował zesłańców, do tego dochodził głód, a pewnie i tęsknota za ojczyzną, z której zostali brutalnie wyrwani. Pani Lonia wspomina, że zwłaszcza dzieci nie przetrzymywały srogiej zimy, umierały jedno po drugim. - Tutaj nie ma pory przej-

ściowej, kiedy można przygotować się do mrozów. Po upalnym lecie od razu jest zima, od 30 do 50 stopni poniżej zera. Deportowani Polacy nie zdążyli przygotować się do zimy, choć miejscowi doradzali: zbierajcie opał, jak najwięcej. Poza tym, nie mieli nic ze sobą, zostali wyciągnięci ze swoich domów tak jak stali. Dlatego masowo ginęli od

Deportowani Polacy nie mieli nic ze sobą, zostali wyciągnięci ze swoich domów tak jak stali. Dlatego masowo ginęli od mrozu i głodu. Różnica między Polakami a Kazachami była taka, że ci pierwsi nawet przy -40 stopniach chowali swoich zmarłych.


REPORTAŻ / 9 mrozu i głodu. Różnica między Polakami a Kazachami była taka, że ci pierwsi nawet przy -40 stopniach chowali swoich zmarłych.

nowego wizerunku. Jan Paweł II miał później powiedzieć, że nigdzie na świecie nie został przyjęty tak, jak w Kazachstanie.

Oziornoje słynne z cudów

Największy łagier świata

Na terenie Kazachstanu jest Oziornoje, miejsce słynne z cudów. Do tej małej miejscowości, daleko od cywilizacji, pośród bezkresnych kresów, podążają pielgrzymi z całego świata. W Oziornoje znajduje się sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, 11 lipca 2011 r. uznane oficjalnie Narodowym Sanktuarium Kazachstanu. Jest to jedyne takie miejsce kultu religijnego na terenie byłego Związku Radzieckiego.

Z Astany polscy motocykliści pojechali do Karagandy. To kolejne ważne miejsca na kazachskiej mapie. Karaganda – największy łagier świata. Zajmował powierzchnię porównywalną z 1/3 terytorium Polski. Dzieci urodzone w tym łagrze automatycznie stawały się więźniami. Obecnie na terenie łagru jest muzeum, upamiętniające tych, którzy na zawsze pozostali na nieludzkiej ziemi. Do dziś w Karagandzie - brzydkim, przemysłowym mieście - żyją potomkowie polskich zesłańców. Po zakończeniu II wojny światowej nikt się o nich nie upomniał, nikt nie pomógł wrócić do ojczyzny. Do Polski mógł wrócić, jako jeden z nielicznych, ks. Władysław Bukowiński. To ważna postać w Karagandzie, przez połowę życia był więziony w łagrach, a później, po wojnie pozostał ze swoimi wiernymi. Był jedynym kapłanem w tej okolicy, sam ochrzcił ponad 2 tysiące Polaków. Dzięki księdzu po dzień dzisiejszy Polacy kultywują ojczysty język i tradycję. - Spotkana w Karagandzie kobieta zawołała swojego wnuczka, a ten pięknie wyrecytował wiersz po polsku. Starsza pani była tak bardzo zadowolona z wizyty, że specjalnie dla nas usmażyła placki z jabłuszkiem.

- Milicja zabrania pokazywać to miejsce, kieruje turystów w innym kierunku, ale dojechaliśmy, z daleka zobaczyliśmy wieżę kościoła. Dalej pokierował nas polski misjonarz - opowiada pani Dominika.

- Oziornoje powstało w 1936 r. po tym, jak przesiedlono tutaj Polaków z Ukrainy. Zamieszkali w pustym stepie, nie było ani drzew ani krzewów. Przed zimą zdążyli pobudować ziemianki, ubogie domki z gliny zmieszanej ze słomą. Modlili się, codziennie odmawiali różaniec. Dzięki tej modlitwie przetrwali najtęższe mrozy i głód. Uważa się, że odpowiedzią na prośby zanoszone do Maryi, było jezioro, które po srogiej zimie powstało w pobliżu wioski. Mieszkańcy opowiadają, że po długiej, mroźnej zimie nastała odwilż i wtedy woda spłynęła do najniższego miejsca i powstało je-

zioro. W ciągu zaledwie trzech dni powstał zbiornik o długości pięciu kilometrów i głębokości ośmiu metrów, wypełniony rybami. Już powstanie jeziora było cudem, a do tego jeszcze ryby. Nawet naukowcy uznali, że było to niemożliwe w tym miejscu. Ale dzięki tym rybom, którymi w niewyjaśniony sposób wypełniło się jezioro, mieszkańcy Oziornoje nie pomarli z głodu. Jezioro jest okresowe, pojawia się i znika, to wysycha, to znowuż napełnia się wodą z topniejącego śniegu. Nigdy jednak nie powróciło do początkowych rozmiarów. Obecnie w miejscu jeziora stoi figura Matki Bożej z rybami – wotum wdzięczności za ocalenie od głodu, a jednocześnie upamiętnienie cudownego wydarzenia. Figura została wykonana w Polsce i poświęcona przez Papieża Jana Pawła II w czerwcu 1997 r. w Poznaniu. Teraz przy Oziornoje Siostry Karmelitanki budują kościół.

Na drodze częstują chlebem Kazachstan to ziemia kontrastów. W miarę zamożne miasta z ekskluzywnymi dzielnicami i uboga prowincja z domkami z gliny. W stolicy kraju, Astanie, w centrum są wieżowce i sklepy zapełnione towarem. Ale to piękne centrum jest ogrodzone malowanym płotem, a za tym płotem bieda i zrujnowane domeczki. Tylko ludzie po obydwu stronach płotu są tak samo życzliwi. Prawda jest taka, że im dalej od cywilizacji zachodniej, tym ludzie bardziej otwarci i ciekawi świata. I niezwykle życzliwi, dziadek spo-

tkany na stacji benzynowej dał nam poziomek, Kazachowie pomagali bezinteresownie. - Mieliśmy taki odcinek drogi w Kazachstanie, gdzie wylęgła się szarańcza. Całe motocykle były oblepione szarańczą i tak jechaliśmy 150 km. Aż dojechaliśmy do miasta, przed sklepem spotkaliśmy miejscowym motocyklistów, zobaczyli co się stało, umyli nam motocykle. Tam wszyscy pomagają, była też taka sytuacja, że naprzeciwko nas drogą jechał bus. Zatrzymał się, kierowca i podróżni pytają, czego nam trzeba. Odpowiadamy, że chleba chcieliśmy kupić. Wracają do samochodu, szukają, przynoszą chleb. Częstują. Tam człowiek ważniejszy jest od pieniędzy. A chleb mają bardzo dobry. W całym Kazachstanie w sklepach pustki, poza tymi wyjątkami w dużych miastach, tylko chleb kupowaliśmy, bo smaczny, a tak jedliśmy to, co mieliśmy ze sobą. Życzliwość Kazachów chwalił także Jan Paweł II. Ojciec Święty był w Astanie z 95. pielgrzymką, w 2001 r. tuż po wrześniowych zamachach. To był trudny czas, ale Kazachowie wiązali wizytę papieża z otwarciem na świat i budowaniem

Hubert Gardziński przyznaje, że z Kazachstanu w pamięci pozostaną mu stepy, przestrzeń i ludzie. A Dominika Żukowska-Gardzińska dodaje: - Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym jeszcze raz jechać do Kazachstanu, to bym chciała…


10 / KULTURA Fot: Marcin Kopeć

Kiedy wybrzmiała ostatnia piosenka filmu „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” na premierowym pokazie w Teatrze Narodowym, w oczach wielu widzów pojawiły się łzy i znaki zapytania. Dopiero po kilku sekundach ochłonęli z emocji i w stronę twórców filmu popłynęły rzęsiste brawa. Agnieszka Żądło-Jadczak

Już przed wejściem do Teatru Narodowego można było poczuć klimat powstańczy, w który wprowadziła gości grupa rekonstrukcyjna. Zderzenie młodych sanitariuszek, żołnierzy i historycznej scenografii w środku Warszawy

Symbolami wypełnione „Sierpniowe niebo” (szpital polowy i słynny samochód opancerzony „Kubuś”, który brał udział w walkach w 1944 r.)

Koproducenci filmu: Piotr Polaszczyk i Mariusz Gazda przy plakacie Andrzeja Pągowskiego

z czerwonym dywanem i pięknymi eleganckimi kreacjami dawało przedsmak dysonansu, w jaki za chwilę miał wprowadzić film. Ale nim się o tym przekonaliśmy, jeszcze czekało nas oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Po długich czterech latach pracy nad filmem i zbieraniem funduszy twórcy doczekali chwili, kiedy mogli przedstawić publiczności swoje dzieło. - To dzięki wsparciu prywatnych osób, ludzi dobrej woli możemy się tu dziś spotkać, instytucje nam nie pomogły - przyznał Irek Dobrowolski, reżyser filmu. - Dziękujemy panu Mariuszowi Gaździe i Piotrowi Polaszczykowi, którzy dali nam tę najważniejszą,

finansową energię - mówiła Anna Dobrowolska, producentka „Sierpniowego nieba. 63 dni chwały”. - Film przypomina tamte wydarzenia i głęboko porusza. Zdjęcia archiwalne przeplatane są ze współczesnymi. Dociera do widza, że to nie aktor, tylko prawdziwy człowiek niesie zabite dziecko. O Powstaniu Warszawskim trzeba pamiętać, a takie produkcje trzeba wspierać, by pamięć o naszej historii trwała - mówił prezes Zarządu SKOK w Wołominie Mariusz Gazda, który jest koproducentem filmu. Wieczorny pokaz, sponsorowany przez SKOK Wołomin, odbył się 10 września br. Obecni byli żoł-


KULTURA / 11 wy Hanna Gronkiewicz-Waltz, jak również Andrzej Seweryn, Henryk Chmielewski, znany szerszej publiczności pod przydomkiem Papcio Chmiel, Aleksander Mikołajczak, Stanisław Brejdygant, Łukasz Konopka, Anna Nehrebecka, Justyna Sieńczyłło i wielu innych znakomitych gości.

nierze walczący w Powstaniu Warszawskim. Wśród nich znaleźli się: Anna Jakubowska ps. „Paulinka”, Jerzy Romanowski ps. „Drań”, który zagrał rolę w filmie „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”, Tadeusz Filipkowski ps. „Filip”, prezes Fundacji Filmowej Armii Krajowej oraz członek Prezydium i Rzecznik Prasowy Światowego Związku Żołnierzy AK Leszek Żukowski ps. „Antek”, obecnie Prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Tymoteusz Duchowski ps. „Motek” oraz legendarny obrońca pałacyku Michla - generał Janusz Brochwicz-Lewiński ps. „Gryf”. Na premierze pojawiła się również Prezydent m.st. Warsza-

W filmie, obok aktorów zawodowych, zagrali „Wilku” (Robert Darkowski) oraz „Bilon” (Maciej Bilka), raperzy znani z popularnych grup hip-hopowych Molesta Ewenement i Hemp Gru. To ich utwory promują film - tytułowy: „Sierpniowe niebo” w wykonaniu Bilona oraz „63 dni chwały” hip-hopowej grupy Hemp Gru z gościnnym udziałem Jurasa i Ras Luty. Po raz ostatni na ekranie pojawiają się Jerzy Nowak i Krzysztof Kolberger. „Sierpniowe niebo” trudno uznać za pełnometrażowy film fabularny, gdyż budują go artystyczno-historyczne impresje, w których przeszłość roku 1944 miesza się

ze współczesnością. Walcząca na barykadach młodzież a grupa hip-hopowa, która próbuje podtrzymać pamięć o Powstaniu swoją muzyką i szacunkiem do powstańców i młody kierownik budowy, który nie wie, jak się zachować po znalezieniu na terenie dużej inwestycji ludzkich kości i biało-czerwonej opaski. Wtedy i dziś… To właśnie gwałtowne przechodzenie z jednego świata w drugi co chwilę wytrąca nas z pewnego letargu, kiedy wygodnie rozsiadamy się w kinowym fotelu, przekonani o tym, że spokojnie obejrzymy film o tym, co już nas nie dotyczy - o pytaniach, których już na szczęście nie musimy sobie stawiać. Nie! „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”, co prawda, nie zmusza nas do zapytania siebie, czy dziś, gdyby wybuchło powstanie, byłabym w

O Powstaniu Warszawskim trzeba pamiętać, a takie produkcje trzeba wspierać, by pamięć o naszej historii trwała - mówił prezes Zarządu SKOK w Wołominie Mariusz Gazda, który jest koproducentem filmu.

stanie stać się sanitariuszką czy złapać za karabin i walczyć jak dzielny akowiec. Przed nami stoją uniwersalne wątpliwości: jakimi wartościami kierujemy się dziś w swoim życiu, co jest najważniejsze, czy można sobie pozwolić na kompromisy moral-

ne, a to wszystko w cieniu postaw warszawskiej młodzieży walczącej o swoje miasto, o swoją ojczyznę w Powstaniu Warszawskim. I za to należy twórców docenić, bo swój zamiar osiągnęli, pomimo pewnych niewielkich niedociągnięć realizacyjnych. Gra aktorska nowicjuszy momentami odstaje poziomem od doskonałych aktorów takich jak Anna Nehrebecka czy Aleksander Mikołajczak. Ponadto naiwność niektórych scen i dialogów (w szczególności rozmów pomiędzy dziadkiem a wnuczką) powoduje, że film nieco schodzi z niezwykle wysoko przez twórców postawionej poprzeczki, jaką był zamysł stworzenia ze skrawków różnych rzeczywistości spójnej kompozycji. Co ważne, w tej mieszance różnych wątków, otrzymujemy uczciwą opowieść, w której pamięć oddana bohaterem Sierpnia 44’ nie została potraktowana instrumentalnie, w której akcenty zostały rozłożone we właściwych proporcjach, a, co podkreślali po projekcji zarówno powstańcy, jak i widzowie, młodzież zyskuje szansę poznania swoich rówieśników sprzed kilkudziesięciu lat. Zamiast wartkiej akcji, której oczekiwałby masowy widz, mamy grę metaforami i symbolami, których reżyserskie genius loci nie poskąpiło. Jednym z ważnych symboli jest postać maga Józefa Szapiro - w tej roli schorowany już Krzysztof Kolberger, od którego film się zaczyna i który jest połączeniem ze współczesnością, bo to jego pamiętnik zostaje odnaleziony na budowie i później analizowany przez antykwariusza. Intryguje, budzi zastanowienie, ale z drugiej strony wprowadza widza na bardziej wymagający poziom odbioru. Widza, który podobnie jak twórcy filmu, potrafi podejść do swojego patriotyzmu, do słów: honor i ojczyzna, z sercem.

„Sierpniowe niebo” gatunek: dramat wojenny, w kinach od 13 września scenariusz i reżyseria: Ireneusz Dobrowolski produkcja: Anna Dobrowolska, koprodukcja: Mariusz Gazda, Piotr Polaszczyk


12 / KULTURA

Stefania Woytowicz była jedną z najwybitniejszych polskich śpiewaczek w okresie powojennym - wspaniałą interpretatorką muzyki oratoryjno-kantatowej i muzyki współczesnej. Wydawnictwo Księży Pallotynów wydało książkę poświęcona jej osobie, a miłym bonusem jest dołączona płyta, na której znajdziemy arie i pieśni m.in. Bacha, Mozarta, Góreckiego, Lutosławskiego. Stefania Woytowicz wielokrotnie występowała na festiwalu „Warszawska Jesień”, uczestniczyła we wszystkich ważniejszych festiwalach europejskich i światowych promując muzykę polskich kompozytorów. Była pierwszą wykonawczynią szeregu dzieł Pendereckiego, Góreckiego, Bairda. Do najwybitniejszych osiągnięć Stefanii Woytowicz należą kreacje w III Symfonii i w „Stabat Mater” Karola Szymanowskiego oraz w III Symfonii „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego. Jej zdaniem „muzyka jest w stanie udoskonalać nasze wnętrze, uszlachetniać nasze poczynania”. Jej niezłomna postawa wobec represji

Wielka zapomniana śpiewaczka komunistycznych przełożyła się na jej muzyczną karierę. Przez wiele lat po stanie wojennym zabroniono jej występów na polskich estradach i wyjazdów zagranicznych. W tym okresie koncertowała tylko w kościołach na terenie całego kraju, trzymając się swojej życiowej dewizy wierności Bogu, Ojczyźnie i sztuce. Witold Lutosławski mówił o niej: „artystkę obdarzoną głosem niezwykłym podziwiam jako człowieka, który poświęcił parę lat swojej kariery z powodów politycznych jako wyraz protestu dla prze-

mocy, jaka panowała w naszym kraju”. Książka Wydawnictwa Księży Pallotynów zbiera fragmenty wywiadów, wspomnień, esejów, wierszy, notatek, które zostawiła po sobie śpiewaczka. „Ten swoisty wywiad-wspomnienie obejmuje całe życie artystki. Rozpoczyna się rokiem 1953, kiedy to ukazały się recenzje po pierwszych koncertach i nagrodach, a kończy w

REKLAMA

roku 2005, na miesiąc przed śmiercią Stefanii Wojtowicz”. Dochód ze sprzedaży zostanie na szczególny cel, o którym na okładce mówi ks. Abp Henryk Hoser: Z serca błogosławię wszystkim, którzy nabywając tę książkę, wesprą dzieło budowy diecezjalnego Sanktuarium naszego wielkiego rodaka - bł. Jana Pawła II w Radzyminie. (red)


FINANSE / 13

Szkoła Inwestowania nr 117 W świetle ostatnich zawirowań wokół naszych emerytur, ewidentnej destabilizacji dwóch pierwszych filarów (ZUS + OFE), warto jest wrócić do tematu nieobowiązkowego Trzeciego Filaru.

Własne pomysły Bartłomiej Grochulski

Przypomnijmy główne zmiany w OFE zaplanowane przez rząd: Przekazanie części obligacyjnej OFE do ZUS i „umorzenie” obligacji (zastąpienie ich zapisem księgowym na subkoncie w ZUS). Dotyczyć to będzie 51.5% aktywów OFE (wielkość części „nieakcyjnej” portfela na koniec 2012). Część „akcyjna” zostaje w OFE.  Miejsce odprowadzania przyszłej składki będzie dobrowolne (OFE lub ZUS, przy czym ZUS w założeniu „reformy” jest opcją domyślną). Czas na złożenie deklaracji, czy chcemy zostać w OFE, wyniesie 3 miesiące. Brak złożenia deklaracji skutkować będzie przekierowaniem przyszłych składek do ZUS.  Wypłaty emerytur dokonywane będą przez ZUS, który na 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego przez danego ubezpieczonego rozpocznie przejmowanie jego aktywów z OFE. W przyszłym roku oznacza to transfer ok. 10 mld PLN z OFE do ZUS (jednorazowa wypłata dla kilku roczników - rozłożona jednak na cały rok). W 2015 roku będzie to już istotnie mniejsza suma, która z każdym kolejnym rokiem będzie jednak rosła. 

na zabezpieczenie emerytalne Składka przekazywana do OFE wyniesie 2,92 % naszego wynagrodzenia (w tym roku wynosi ona 2.8 %).  Polityka inwestycyjna OFE zostanie zmieniona. OFE nie będą mogły inwestować w obligacje emitowane i gwarantowane przez Skarb Państwa. Zwiększony też prawdopodobnie będzie limit inwestycji za granicą.  O połowę obniżone będą pobierane opłaty (tak w OFE, jak i w ZUS). 

Poniżej zaś przedstawiamy konkluzje, jakie wyłaniają się z rozmów z naszymi biznesowymi partnerami:  na krótką metę księgowa redukcja długu publicznego jest o tyle korzystna, że przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. po-

litycy będą mogli się skupić na wspieraniu bieżącego wzrostu gospodarczego, a nie na zaciskaniu polityki fiskalnej;  kontynuacja ożywienia powinna zaś zgodnie z założeniami pomagać rynkowi akcji;  w tym kontekście gwałtowną reakcję na rządowe plany (spadki cen akcji, wzrosty rentowności papierów skarbowych) można traktować w kategoriach kolejnej przejściowej korekty na wzór tej z czerwca br.;  na dłuższą metę planowane zmiany mogą jednak mieć negatywny wpływ na stabilność systemu emerytalnego, dostęp spółek do kapitału, poziom wycen akcji oraz stabilność rynku długu. Na szczegóły związane z ogłoszoną niedawno reformą systemu

Przebieg inwestycji 100 zł w wybrane instrumenty

emerytalnego przyjdzie nam jeszcze poczekać. Można jednak spędzić ten czas w sposób twórczy, na przygotowaniu własnej strategii budowania kapitału z myślą o emeryturze. Dynamiczne zmiany na giełdach można wykorzystać do zajęcia pozycji w rozwiązaniach akcyjnych. Oczywiście na niewielką cześć swojego portfela. Warto też skorzystać ze sprawdzonych rozwiązań. Jednym z nich jest wspominany już przez nas niejednokrotnie, a działający od 2008 roku fundusz Quercus Selektywny, znakomicie radzący sobie na zmiennym rynku. Spójrzmy (wykres), jak wygląda to w zestawieniu z indeksem szerokiego rynku (WIG) Szczególnie imponuje niska zmienność i umiejętność radzenia sobie zarządzających (dr Sebastian Buczek i Wojciech Zych) w sytuacjach gwałtownych spadków (zwłaszcza te ubiegłotygodniowe i czerwcowe). Nie do przecenienia pozostaje także fakt generowania, jak na tak zachowawczą strategię, naprawdę ponadprzeciętnych stóp zwrotu (12M: 18,15%) Sporo ciekawych rozwiązań możemy też znaleźć w ofercie naszych zagranicznych partnerów. Kto wie, czy w kontekście trwającej właśnie reformy emerytalnej, wybór funduszy zagranicznych, nie byłby najwłaściwszym rozwiązaniem.

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania

ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12


14 / REKLAMA


PRAWO / 15

Zdarza się, iż kupując w sklepie produkt, np. szpilki, stwierdzamy, iż nie nadaje się do celu, do jakiego jest zwykle używany oraz właściwości jego odbiegają od przymiotów cechujacych taki towar, bo np. obcas odpadł. Ponadto w przypadku zlecenia wykonania określonej rzeczy, np. komody, po odbiorze wnioskujemy, że nie odpowiada uzasadnionym oczekiwaniom (np. komoda jest koloru żółtego a nie białego). W każdej z tych sytuacji mamy doczynienia z towarem, który jest niezgodny z umową, choć nie zawsze musi być wadliwy. Dodatkowo, do tej grupy możemy również zaliczyć produkty, które nie mają właściwości, o jakich handlarz zapewniał lub też towar, który został nieprawidłowo zamontowany i uruchomiony przez sprzedawcę lub osobę, która ponosi za tę czynność odpowiedzialność. Ustawa z dnia 27 lipca 2002 roku o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie kodeksu cywilnego kreuje odpowiedzialność sprzedawcy wzgledem konsumenta. Mianowicie, w przypadku, gdy wada rzeczy

Towar niezgodny z umową Ewa Miliszkiewicz, doradca prawny

jest istotna, kupującemu przysługują uprawnienia polegające na żądaniu naprawy albo wymiany towaru na nowy lub roszczeniu obniżenia ceny albo odstąpienia od tej umowy. Trzeba przy tym pamiętać, że sprzedawca nie będzie musiał wymieniać danego artykułu w przypadku, gdy nie jest to możliwe albo wymaga nadmiernych kosztów. Natomiast zwrotu pieniędzy możemy sie domagać, gdy sprzedawca nie jest w stanie doprowadzić rzeczy do stanu zgodnego z umową lub gdy nie naprawił towaru w odpowiednim terminie. Istotnym czyn-

niekiem do realizacji powyższych uprawnień jest czas. W następstwie tego, kupujący może tylko w ciągu dwóch lat od wydania mu towaru stwierdzić jego wadliwość. Dodatkowo, od momentu wykrycia wady musi zawiadomić o tym fakcie sprzedawcę w przeciągu dwóch mięsięcy.

REKLAMA

Mając powyższe na wzgledzie, można wnioskować, iż nabywając wadliwy towar wywołuje to pewne niedogodności ze strony kupujacego, gdyż nie może on korzystać z rzeczy, którą nabył. Zatem, nawet jeśli ustawodawca przyznaje pewne instrumenty ochronne, to i tak korzystniejsze względem konsumenta jest, aby zapobiegać takim sytuacjom. Należy więc przed zakupem dokładnie sprawdzić, czy produkt nie jest przypadkiem uszkodzony.


16 / AKTUALNOŚCI SKOK

dokończenie ze str.1

Wołomiński SKOK - drugi co do wielkości spośród wszystkich 50 spółdzielczych kas oszczędnościowo – kredytowych w Polsce - zdobywa coraz większe zaufanie. Tylko od początku bieżącego roku o tym, że warto skorzystać z usług Kasy, zdecydowało 6 tys. nowych członków, którzy założyli w SKOK Wołomin konto, lokatę lub zaciągnęli pożyczkę. Taki wzrost klientów nie powinien dziwić, bo Kasa znajduje się w gronie tych nielicznych instytucji finansowych, które mogą pochwalić się stabilnymi i optymistycznymi wynikami finansowymi.

Wyniki finansowe i kapitały własne Od stycznia do września br. SKOK Wołomin wypracował zysk netto na poziomie ponad 60 mln zł. Co ważne - obecnie kapitały własne, które stanowią bufor bezpieczeństwa dla depozytariuszy w SKOK Wołomin wynoszą 7,7 proc., czyli o 2,7 proc. więcej ponad wymogi ustawowe. Dodatkowo działania Kasy objęte są nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego, co - jak zaznacza Prezes SKOK Wołomin Mariusz Gazda - oznacza dodatkową gwarancję bezpieczeństwa depozytów członków wołomińskiej Kasy. - Dzięki prowadzonej przez nas polityce finansowej jesteśmy Kasą stabilną i bezpieczną. Prowadząc naszą działalność dbamy o dobre relacje z naszymi członkami i pamiętamy o zasadach odpowiedzialności społecznej - mówi Prezes Mariusz Gazda, który jednocześnie podkreśla, że dużą rolę w budowaniu

To nasz SKOK Joanna Rawicka

zaufania do instytucji odgrywają także pracownicy zatrudnieni w SKOK Wołomin. - Inwestujemy w naszą kadrę pracowniczą. Zapewniamy jej różnego rodzaju szkolenia w celu stałego podnoszenia jakości świadczonych usług. Nasi pracownicy niosą pomoc naszym członkom, dlatego dbamy o to, aby wykonując swoje obowiązki stawiali na uczciwość, przejrzystość i czytelność współpracy z nimi. To właśnie nas wyróżnia - zaznacza Prezes Mariusz Gazda.

Nagrody i wyróżnienia za działalność Rozwój i inwestycje poczynione w SKOK Wołomin dostrzegli nie tylko członkowie Kasy, ale i organizatorzy wielu prestiżowych konkursów i rankingów, w których plasowana jest instytucja. Obecnie - według tygodnika „Polityka” Kasa znajduje się na 67. miejscu w kraju na liście 100 największych instytucji finansowych w Polsce, a tylko w ostatnim roku działalność wołomińskiego SKOK-u była wyróżniania i nagradzana kilkukrotnie. W lipcu br. Kasa otrzymała nagrodę Najwyższej Jakości Quality International 2013 r. za produkt Lokata Bezpieczna BIS, a w maju br. - SKOK Wołomin został laureatem konkursu Efektywna Firma 2012 r. oraz Potęga Biznesu 2012. Wyróż-

niona została także działalność samego Prezesa Zarządu SKOK Wołomin, Mariusza Gazdy, który w czerwcu br. otrzymał tytuł jednego z TOP 20 - Najlepszych Managerów na Czas Kryzysu, przyznawanego przez tygodnik „Wprost”.

SKOK jako mecenas kultury, sztuki i sportu SKOK Wołomin dba także o rozwój polskiej kultury, sztuki, sportu oraz edukacji. Ostatnio Kasa sponsorowała premierę filmu „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” będącego hołdem złożonym młodym Polakom walczącym w Powstaniu Warszawskim. Od kilku lat instytucja wspiera także Festiwal „Perła Baroku”, a w 2013 r. była fundatorem nagrody głównej dla zwycięzcy Festiwalu Piosenki Międzywojennej im. Wiery Gran. Pomaga również polskim sportowcom, wspierając boks, pił-

kę nożną m.in. klub piłkarski GKP Targówek i Akademię Młodego Piłkarza. Kasa za pośrednictwem Stowarzyszenia Pomocy Bliźniego wspiera działalność charytatywną i systematycznie przekazuje środki na cele kultu religijnego, wspiera parafie i hospicja. Zdaniem Prezesa Mariusza Gazdy to wszystko świadczy, że wołomińska Kasa przez 14 lat swojej działalności „zrobiła wiele dobrego”. - Niestety, nadal jest zbyt niska świadomość społeczna odnoście tego, czym są kasy spółdzielcze. Dla przeciętnego Polaka SKOK-i to monolit, jakaś wielka instytucja finansowa, angażująca się dodatkowo w bieżącą politykę - zauważa Prezes Mariusz Gazda i dodaje: - SKOK Wołomin swoją działalnością pokazuje, że w rzeczywistości jest inaczej. Będziemy chcieli dotrzeć do wszystkich z tą wiedzą.

Członkom i Sympatykom - za zaufanie, jakim obdarzają Kasę i pomoc w budowie polskiej instytucji finansowej, jaką jest SKOK. Pracownikom Kasy - za zaangażowanie, wiarę i pracę włożoną w wykonywanie powierzonych im obowiązków serdeczne słowa podziękowania składają Rada Nadzorcza i Zarząd Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej w Wołominie

Dobry Znak  

nr 17 (122)/ 2013r. cz1