Issuu on Google+

Jubileusz SKOK Wołomin str. 20 - 21

Dwutygodnik nr 16 (121) } 12 września 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

Minęły dziesiątki lat, rozpadł się Związek Sowiecki i coraz więcej wiemy o zbrodniach popełnionych na Polakach przez komunistyczną Rosję, a propagandyści Kremla ciągle wybielają Stalina i oskarżają Polskę, że chciała wraz z Niemcami napaść na ZSRR. Aby temu zapobiec - słyszymy dziś z Moskwy - Stalin musiał zawrzeć pakt z Hitlerem, nie chcąc dopuścić polskich dywizji na przedpola Moskwy. Romuald Szeremietiew

Zacytujmy więc słowa Stalina z przemówienia na posiedzeniu Biura Politycznego KC WKP(b) 19 sierpnia 1939 roku wyjaśniające motywy działania Sowietów. Stalin mówił: Kwestia pokoju albo wojny wchodzi w krytyczną dla nas fazę. Jeżeli zawrzemy układ o wzajemnej pomocy z Francją i Wielką Brytanią, Niemcy zrezygnują z Polski i zaczną szukać modus vivendi z państwami zachodnimi. Wojnie się zapobiegnie, ale w przyszłości wydarzenia mogą przyjąć obrót niebezpieczny dla ZSRR. Jeżeli przyjmiemy propozycję Niemiec i zawrzemy z nimi paki o nieagresji, Niemcy, oczywiście, napadną na Polskę, a wtedy przystąpienie do tej wojny Francji i Anglii będzie nieuniknione. Europę Zachodnią ogarną poważne niepokoje i zamieszki. W tych warunkach będziemy mieli duże szanse pozostania na uboczu konfliktu i przystąpienia do wojny w dogodnym dla nas momencie. Doświadczenie ostatnich dwudziestu lat wskazuje, że w okresie pokoju niemożliwy jest w Europie ruch komunistyczny na tyle silny. by partia bolszewicka mogła zagarnąć władzę. Dyktatura tej partii jest możliwa jedynie jako rezultat

Sojusznik Hitlera

Hitler i Stalin. Karykatura autorstwa Clifforda Berrymana w prasie amerykańśkiej w 1939 r.

wielkiej wojny. Dokonamy własnego wyboru; jest to jasne. Powinniśmy przyjąć propozycję Niemiec i uprzejmie odesłać do domu misję francuską, Pierwszą korzyścią,

jaką odniesiemy, będzie zniszczenie Polski aż po przedpola Warszawy, włącznie z ukraińską Galicją. Niemcy pozostawiają nam całkowitą swobodę działania w krajach

14 lat SKOK w Wołominie -

bałtyckich i nie sprzeciwiają się powrotowi w granice Związku Radzieckiego Besarabii. dokończenie na str. 6-7

czytaj na str. 20 - 21


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Świat Światowidów

Nie można opodatkować działań przestępczych

Mariusz Gazda

Rafał Ziemkiewicz

Nasi przodkowie, zanim dali się ochrzcić i weszli do chrześcijańskiej cywilizacji zachodu, czcili bóstwa pogańskie. Jednym z głównych bogów Słowian był Światowid (Świętowit), bóg wojny płodności i urodzaju. Bóstwo to przedstawiane było jako postać o czterech twarzach zwróconych w cztery strony świata. Można by rzec: czterolicy. Nie ma co prawda słowa czterolicy, ale jest określenie dwulicowy. Dwulicowym jest człowiek, który nie jest szczery. Jest to człowiek obłudny i zakłamany. Człowiek zły, np. taki człowiek, który co innego robi, a co innego mówi. Lub odwrotnie. Człowiek o różnych twarzach na różne okazje i okoliczności. Światowid wszystkie swoje twarze pokazywał jednocześnie. Człowiek dwulicowy pokazuje je wymiennie. Jak aktor maski w komedii greckiej, tak on oblicza akurat nieużywane skrzętnie chowa. Kiedyś ludzie byli prawdziwi, bo prości i prostolinijni. Prosty był system wartości. Świat był czarno-biały. Zło nazywano złem, a dobro dobrem. Dziś w świecie zakłamania i obłudy nic nie jest takie, jakim wydaje się być na pierwszy rzut oka. Grzebanie w nieswoich sprawach nazywamy jawnością i transparentnością. Kradzież potrafimy nazwać sprawiedliwym podziałem dóbr. A wojnę, na której giną ludzie, wprowadzaniem demokracji. Kto daje prawo silniejszemu do wtrącania się w wewnętrzne sprawy innego narodu. Kiedyś, nawet jeszcze nie tak dawno, nazywało się to wojną, grabieżą, a nawet ludobójstwem. Dzisiaj mówi się o ochronie praw jednostki, nie określając nawet czyjej. Pozory, pozory… i zakłamanie.

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 150 000 egz.

Niedawno padł ze strony dygnitarzy unijnych pomysł, aby opodatkować „szarą” i „czarną strefę”. Od nowego roku miałyby zostać objęte fiskusem m.in. usługi prostytutek. Jak Pan ocenia ten pomysł? - Rozdzielmy dwie różne rzeczy: „szarą strefę” od „strefy czarnej”. Prostytucja przynależy bez wątpienia do tej drugiej, czyli strefy usług przestępczych, poprzez bezpośredni związek ze stręczycielstwem, które jest prawnie zakazane. Opodatkowanie czegoś takiego byłoby tak naprawdę sankcjonowaniem przestępstwa - i ewidentnie należy takie praktyki potępiać. Eksperymenty wprowadzone w Holandii, a hołubione przez niektóre feministki, polegające na zakładaniu przez prostytutki jakichś spółdzielni, funkcjonujących w biznesie bez alfonsów, nijak mają się do rzeczywistości. Legalizacja domów publicznych w tym kraju bynajmniej nie uzdrowiła patologii związanej z działalnością polegającą na sprzedawaniu własnego, czy czyjegoś ciała, a wręcz ją zaostrzyła. Zwiększył się handel kobietami, w szczególności szmuglowanie kobiet z biedniejszych krajów, powiązane z działalnością mafijną. 

Co z „szarą strefą”? - „Szarą strefą” są działania, które istnieją właśnie dlatego, że są nieopodatkowane. Tylko dlatego się opłacają. Należą do nich wszelkie usługi, produkty załatwione, jak to się mówi potocznie, „na gębę”, po cichu. Żadne kraje nie próbują „szarej strefy”opodatkowywać, bo gdyby wiedziały jak to zrobić, to by „szara strefa” nie istniała. Jedynym sposobem na jej zlikwidowanie jest zmniejszenie podatków. Jeżeli bardziej opłaca się zapłacić podatek niż ryzykować to, że zostanie się wykrytym i obciążonym karą, to wtedy nie ma powodu ucieczki do „szarej strefy”. Siłą rzeczy prawdopodobieństwo złapania na gorącym uczynku, czyli niepłaceniu obciążeń państwu, nie jest duże, ponieważ osoby funkcjonujące w „szarej strefie” łączy pewna solidarność - pracownik, budowlaniec powiedzmy, nie czuje się wykorzystywany przez pracodawcę, bo cieszy się, że w ogóle ma pracę, dodatkowo skuteczność wykrywania takich praktyk, np. handlu narkotykami, nie jest z pewnością powalająca. Jeżeli podatki są wysokie, to zdaniem niektórych opłaca się to ryzyko podjąć. 

Pomysł Unii Europejskiej przypomina mi więc sytuację, którą znany felietonista Stefan „Kisiel” Kisielewski opisał: „Socjalizm bohatersko zwalcza problemy, które sam stworzył”. Dyrektywy unijne doprowadzają do „przeregulowania”, „przebiurokratyzowania” europejskiej gospodarki i są bliźniaczo, jako żywo podobne do tego, co działo się w krajach socjalistycznych kilkadziesiąt lat temu. I tak samo jak wtedy dyrektywy socjalistyczne nie mogą przynieść pozytywnego rezultatu. rozmawiała: Agnieszka Żądło-Jadczak

Szefowie rządów mogą odwrócić projekt europejski w jego przeciwieństwo. Z ponadnarodowej, opartej na prawie wspólnoty (UE) może stać się systemem sprawowania władzy przez postdemokratyczną biurokrację (Autor: Jürgen Habermas, Zur Verfassung Europas, Frankfurt 2011, tłum. E. Kalinowska.)


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

W Sopocie, 20 metrów od mola, w Państwowej Galerii Sztuki jeszcze do 22 września można zobaczyć niezwykłą ekspozycję zatytułowaną „Arcydzieła malarstwa polskiego” ze zbiorów Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki.

Arcydzieła polskiego malarstwa Jan Maria Jackowski

Po raz pierwszy od ponad 60 lat można w Polsce podziwiać aż 125 arcydzieł naszego malarstwa od schyłku XVIII wieku do połowy XX wieku. Obrazy najwybitniejszych naszych artystów, m.in.: Teodora Axentowicza, Marcelego Bacciarellego, Olgi Boznańskiej, Józefa Brandta, Canaletta, Józefa Chełmońskiego, Józefa Czapskiego, Maurycego Gottlieba, Artura Grottgera, Vlastimila Hofmana, Wojciecha Kossaka, Jacka Malczewskiego, Jan Matejki, Józefa Mehoffera, Henryka Rodakowskiego, Jana Stanisławskiego,

Otóż prokurator opowiedział w wywiadzie, jak jego kolega po fachu podczas prywatnej rozmowy oznajmił, iż 80-90 procent społeczeństwa powinno być podsłuchiwane. Bystra żona prokuratora zapytała natychmiast „a co z resztą tego społeczeństwa”. „A reszta? Reszta ma podsłuchiwać”. Samoobrona, będąc w koalicji, nagrywała PiS („taśmy Beger”), za co zrewanżował się Ziobro, nagrywając Leppera („gwóźdź do trumny”). Serafin uwiecznił interesujące wypowiedzi kolegi w stereo i kolorze, w wyniku czego poleciała głowa Bogu ducha winnego ministra rolnictwa Sawickiego. Wcześniej Gudzowaty uwiecznił charakterystyczny głos premiera Oleksego, który zwierzył się ze swojej niechęci do bez. Anonimowy obywatel użył dyktafonu, by skompromitować zwycięzcę pierwszej tury wyborów w Elblagu, niejakiego Jerzego Wilka. Jako że kandydat z PiS, naturalne się wydaje, że zapis tego nagrania z miejscowego portalu żywo

Władysław Ślewińskiego czy Leona Wyczółkowskiego. Wymowny jest również tytuł wystawy obrazów - pierwotnie z kolekcji powstałej w ramach otwartej dla publiczności w 1907 roku Galerii Narodowej Miasta Lwów. Z czasem do tej placówki włączono zbiory sztuki z Muzeum Lubomirskich, z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, Biblioteki Baworowskich, Bractwa Stauropigijskiego, Muzeum Historycznego oraz prywatnych kolekcji Dzieduszyckich, Gołuchowskich, Sapiehów. W zamyśle twórców miała to być Galeria o charakterze ogólnopolskim, narodowym, wzorowana niewątpliwie na Muzeum Narodowym w Krakowie. W ten sposób

powstały znakomite zbiory nie tylko polskiego malarstwa, lecz również mistrzów europejskich, w tym Tycjana, Goi, Rubensa, Rembrandta, Van Dyke’a, Velasqueza, Ribeiry, Watteau. Był to, co prawda, czas zaborów, lecz jednocześnie wówczas nikt nie kwestionował, że Lwów - pomimo swego unikalnego i wspaniałego wieloetnicznego oraz wielokulturowego charakteru - to przede wszystkim jedno z najważniejszych polskich miast i promieniujący na cały kraj ośrodek bardzo żywej polskiej kultury. W wyniku II wojny światowej Lwów został włączony do Związku Sowieckiego, a polskie zbiory sztuki zostały zawłaszczone. Po odzyskaniu przez Ukrainę nie-

podległości, polskie dziedzictwo nie zostało zwrócone prawowitym właścicielom i pozostaje w gestii władz ukraińskich, pojawiła się jedynie możliwość wypożyczenia dzieł artystów należących do naszego narodowego kanonu. Dlatego Igor Chomyn, komisarz wystawy i jednocześnie kustosz zbiorów malarstwa we Lwowskiej Narodowej Galerii Sztuki (dzięki któremu wystawa trafiła do Polski), podczas otwarcia ekspozycji dyplomatycznie powiedział, że te wspaniałe polskie obrazy oraz tysiące innych dzieł sztuki są obecnie „przechowywane” we Lwowie, bardzo często w magazynach. Czy nie nadszedł czas, aby uregulować zaszłości i sprowadzić do Polski nasze dziedzictwo narodowe?

Gwoździe do trumny Jeden prokurator naskarżył kiedyś na drugiego. Publicznie. Nie miał, niestety, dowodu w postaci taśmy czy płyty, choć działo się to znacznie później, niż miało miejsce historyczne nagranie prekursora podsłuchiwania znajomych i kolegów, red. Michnika. uczestniczącego w kampanii natychmiast opublikowała „Gazeta Wyborcza”, zasłużona w walce o demokrację przy pomocy ukradkowo zapisywanych na nośnikach elektronicznych rozmów. „Elbląskie taśmy” wpływu na wynik referendum raczej nie miały, tak samo jak „rodzinne” nagranie PO podczas spotkania premiera i przewodniczącego tej partii z dolnośląskim aktywem nie spowodowały pikujących sondaży Platformy… I tak oto biedny IPN, dysponujący kiedyś potężną bronią, wykorzystywaną przez niektórych

polityków do walki z konkurencją, czyli teczkami, został pozbawiony swojego znaczenia z dwóch powodów. Po pierwsze coraz mniejszą rolę odgrywa konstatacja, czy ktoś coś podpisywał, donosił czy współpracował, bowiem wiarygodność esbeckich źródeł jest mocno wątpliwa. Po drugie – na arenę polityczną wkracza pokolenie, które nie mogło niczego podpisywać, bo po prostu jeszcze wtedy nie umiało pisać. Zatem różne urządzenia podsłuchujące i nagrywające stają się orężem politycznej walki i „gwoździem do trumny” dla ustrzelonych w ten sposób polityków (choć w

Aleksandra Jakubowska

przypadku gwoździa ministra Ziobry , to chyba nie trafił we właściwą trumnę). I dlatego ten tumult i kurz medialny, jaki nie tak dawno opadł w związku z przypadkami jednego pana z USA, który powiedział to, co wszyscy wiedzą, czyli że Wielki Amerykański Brat podsłuchuje, kogo się da (oczywiście w szlachetnym celu, czyli dla bezpieczeństwa narodowego) i obawa, że nas też podsłuchuje i nagrywa, gdy trzeba, ocieka gęstą hipokryzją. W tym zakresie sami świetnie sobie radzimy…


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Kiedy przysłuchiwałem się relacjom i różnym wypowiedziom związanym z obchodami 93. rocznicy Bitwy Warszawskiej, czyli tzw. Cudu nad Wisłą, dotarła do mnie jedna myśl. Cud był możliwy, bo walczyliśmy z komunizmem. Okres dwudziestolecia międzywojennego po 1920 r. kojarzony jest z wyjątkowym rozwojem Polski. Stawaliśmy się krajem nowoczesnym, rozwiniętym, między innymi dlatego, że budowaliśmy na tak zaciekłej walce z komunizmem. Jak nie nazwać cudem tego, że w ostatniej chwili Polacy broniący Warszawy w 1920 r. otrzymali broń z Węgier. Węgierski rząd oddał do naszej dyspozycji fabrykę amunicji w dzielnicy Csepel w Budapeszcie. To stamtąd wagony dotarły niemal w ostatniej chwili do Skierniewic. Bez tej dostawy żadnego cudu mogłoby nie być, bo jak zwyciężyć w bitwie bez amunicji. Obecny rząd Węgier z Viktorem Orbánem na czele stał się bohate-

Cud jest możliwy rem największej partii aspirującej do sprawowania władzy w Polsce, czyli Prawa i Sprawiedliwości. Węgrzy wprowadzili kilka rozwiązań, o których dawno już nie słyszano w Europie. Ograniczają zadłużenie, wspierają rodziny, dali możliwość zrezygnowania z państwowego ubezpieczyciela (ZUS) na rzecz prywatnego, ograniczają biurokrację. Jarosław Kaczyński prezentuje siebie jako polskiego Orbána, który podobnych zmian dokona. Miał już okazję, kiedy sprawował rządy. Czy mamy gwarancję, że teraz weźmie się do roboty? Czy będzie w stanie przezwyciężyć chciejstwo

swoich partyjnych poddanych, którzy kiedy dorwą się do władzy, nie znają umiaru? Wróćmy jednak do pierwszej myśli. Zaczątkiem zmian, gwarancją rozwoju, źródłem prawdziwej siły narodu może być, jak w 1920 roku, realna walka z komunizmem. Ktoś jednak zapyta: z jakim komunizmem? Katecheci głoszą, że największym sukcesem diabła we współczesnym świecie jest to, że udało mu się przekonać ludzi o jego nieobecności. Podobnie z komunizmem. Udało się przekonać ludzi, że go nie ma. Tymczasem jest i z całych sił, jak w 1920 roku, trzeba go zwalczać. Komu-

Rafał Pazio

nizmem jest niszczenie rodziny. Komunizmem jest zabieranie Polakom zarobków (pół roku pracują na wydatki państwa). Komunizmem jest uzurpowanie sobie przez biurokrację prawa do rozpychania się w życiu wspólnoty i jednostki, a przez to ograniczanie wolności. Komunizmem jest zadłużanie Polaków, ich dzieci i wnuków, aby mieć pieniądze na bieżące wydatki aparatu państwowego. Cud z 1920 roku możliwy był dzięki zjednoczeniu w walce z bolszewizmem. Dziś należy walczyć z neobolszewizmem, ale najpierw trzeba go umieć dostrzec.

Fernando na plaży Janusz Korwin - Mikke No, to wybuchały. Nikt się tym nie przejmował - bo Anglia to kraj kulturalny i policji było tam wtedy tyle, co na lekarstwo. Jak doszło do ciężkiego zranienia - albo, nie daj Boże, zabójstwa - to policja wkraczała. Jednak wolny człowiek w wolnym kraju ma prawo się bić, a nikt nikogo nie zmusza do wchodzenia do speluny i brania udziału w bijatyce! Dziś żyjemy w kompletnie chorym świecie. W nadmorskiej knajpie pobił się kibic „Ruchu” z marynarzem z żaglowca „Cuauhtemoc”. Podobno Meksykanin zaczepił jakąś kobietę - i miał pecha, bo akurat na plaży było ponad 400 fanów piłki nożnej, lubiących bijatyki. Co u mężczyzn jest całkiem normalne. Sprawa powinna skończyć się na

Dwieście lat temu w kulturalnej przecież Wielkiej Brytanii było kilkadziesiąt portów. W każdym porcie było kilkanaście albo i kilkadziesiąt tawern. Uczęszczali do nich marynarze - i nie tylko marynarze. I praktycznie codziennie w kilku z nich wybuchały rozmaite awantury i bijatyki. miejscowym komisariacie i gabinecie, gdzie opatrzono by rany - a nazajutrz zrelacjonowałyby to gdyńskie gazety. Niestety! Od czego są dziennikarze? Dziennikarze są od robienia sensacji. Wspaniale: wakacje, sezon ogórkowy, w dodatku niedziela - a tu jest o czym pisać. Więc piszą. I „cała Polska” o tym mówi. Kto to jest psycholog? Psycholog to facet, który - gdy do pokoju wchodzi piękna dziewczyna - bacznie obserwuje reakcje innych ludzi. Tak więc w tej sprawie kompletnie nie interesuje mnie, kto kogo pobił i dlaczego - interesuje mnie reakcja ludzi. Główna reakcja jest taka: „Co za nieszczęście, że doszło do tej bijatyki!”. Minister pyta nawet: „Dlaczego tym kibicom pozwolono

wejść na plażę?”. A co - to wolno komuś zabronić wejścia na plażę??? Najwyraźniej Polacy spsieli już do tego stopnia, że uważają to za dopuszczalne! A w ogóle: co za „nieszczęście”? Młody facet, który się nie bije to żaden facet! Oczywiście: istnieją chłopcy typu myśliciel, którzy bić się nie lubią - a także tacy, jak Fernando - byczek spokojny, unikał zwady, nie lubił wojny, Nie cierpiał bójek, nie znosił gwaru I walczyć z nikim nie miał zamiaru. I tacy ludzie są, oczywiście, potrzebni. Jednak naród, by przetrwać, potrzebuje by zdecydowana większość młodych ludzi zawsze była gotowa do bijatyki. W normalnych czasach z takimi ludźmi jest trochę

kłopotu - bo to czasem kogoś pobiją, czasem nawet i zabiją - ale za to, gdy przyjdzie jakaś zawierucha wojenna to tacy ludzie są na wagę złota. Wielka szkoda, że „Bór” Komorowski i delegat Jankowski urządzili antywarszawskie powstanie, gdzie tym złotem strzelano z pistoletów - jednak ci ludzie byli i gotowi byli się bić. Dziś, w wyniku „postępowej” propagandy większość bodaj młodych ludzi bić się potrafi tylko na ekranie komputera. I władzuchna się cieszy, bo nie ma z nimi kłopotu. Jednak nadciąga właśnie zawierucha - i powstaje pytanie: kto będzie walczył? Nie wiem, czy przyjdą muzułmanie, czy tradycyjnie Niemcy albo Rosjanie - ale Polska powinna dysponować zastępami młodych ludzi gotowymi się bić. Naprawdę: bić. Ale skąd mają się brać, gdy od przedszkola są uczeni, że bić się nie wolno, że agresja jest czymś złym albo nawet bardzo złym? Czyżby los Polski miał zależeć tylko od kiboli? Jedynych, którzy potrafią się jeszcze bić?

http://korwin-mikke.pl


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5

Czy w imię wolności gospodarczej powinniśmy dopuścić, by pełne ryzyko za korzystanie z ofert instytucji finansowych wziął na siebie klient? Tego nie proponują dzisiaj nawet najwięksi zwolennicy liberalnego rynku, nie mówiąc już o tym, że takie projekty są utopią chociażby ze względu na unijne prawo. Niepokojące jest jednak to, że w imię ochrony praw konsumentów - a więc idei całkowicie godnej pochwały - podejmowane są próby ograniczenia konkurencyjności wśród instytucji finansowych. Konsekwencją tego jest również ograniczenie wyboru klienta. Nasi decydenci wolą zakazywać, zamiast wskazywać obszary wymagające naprawy. Skutkiem takich praktyk będzie nie tyle wzmocnienie sektora bankowego, co wepchnięcie Polaków w objęcia szarej strefy.

Mariusz Gazda

Na temat Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych napisano w ostatnich miesiącach bardzo wiele. O SKOK-ach na pewno warto mówić - i to zarówno o ich sukcesach, jak i sprawach, które budzą kontrowersje. Niestety, zmarnowano szansę, by rzetelnie i bez niezdrowych emocji porozmawiać o kondycji Kas i ich roli w polskim systemie instytucji finansowych. W tej debacie emocje, przede wszystkim emocje polityczne, przykryły merytorykę. Zamiast rzeczowych argumentów i konkretnych danych finansowych padały z jednej strony oskarżenia o polityczne prześladowania, z drugiej - o chęć wyłamania się SKOK-ów spod państwowego nadzoru. Trzeba jasno stwierdzić: obie strony popełniły grzech, traktując SKOK-i jako monolit. Tymczasem wśród ponad pięćdziesięciu Kas są zarówno instytucje dysponujące aktywami liczonymi w miliardach złotych, mające dziesiątki oddziałów w całej Polsce, jak i niewielkie SKOK-i, działające na równie niewielkim obszarze. Różnie wygląda ich sytuacja finansowa, różny jest poziom posiadanych przez nich kapitałów własnych i wypracowanych zysków (w SKOK Wołomin wskaźnik kapitałów własnych wynosi ponad 7%, przy 5% wymaganych ustawą, a zyski za I półrocze przekraczają 41 mln zł).

O SKOK-ach bez emocji Każdy sektor gospodarki postrzegany jest zwykle przez pryzmat największych i… najgłośniejszych graczy. Nie inaczej stało się w przypadku SKOK-ów. Sądzę, że postawienie znaku równości między spółdzielczymi kasami a określonym środowiskiem politycznym na dłuższą metę przyniesie więcej negatywnych skutków, niż korzyści. Kwestie polityczne są zbyt kruchym fundamentem, by można było budować na nim zaufanie do instytucji finansowej, która powinna zachowywać odpowiedni dystans do konkurencyjnych zmagań naszych polityków. Nie oznacza to oczywiście, że Kasy powinny odcinać się od wartości, które legły u podstaw ich funkcjonowania, szczególnie, że są to wartości mocno zakorzenione w polskiej tradycji. Są to: spółdzielczość, a więc współodpowiedzialność za los instytucji, której jest się członkiem, mocny związek z lokalnymi społecznościami i angażowanie się w projekty, związane z polską kulturą i dziedzictwem narodowym. Wokół SKOK-ów narosło wiele mitów. Nie podzielam opinii tych, którzy twierdzą, że jest to tylko i wyłącznie wina środowisk, dla których Kasy są solą w oku. Część odpowiedzialności spoczywa rów-

nież na tych, którzy każdą, nawet uzasadnioną krytykę pewnych kwestii, dotyczących SKOK-ów, sprowadzali do wymiaru politycznego. Zbyt niska jest także świadomość społeczna odnośnie tego, czym są Kasy. Dla przeciętnego Polaka SKOK-i to monolit, jakaś wielka instytucja finansowa, angażująca się w dodatku w bieżącą politykę. Mszczą się lata zaniedbań w zakresie edukacji na temat systemu Kas. Takim mitem jest przekonanie, że Kasy jak ognia boją się nadzoru KNF. Tymczasem - że posłużę się przykładem z własnego podwórka - dla członków SKOK Wołomin informacja o objęciu Kasy nadzorem finansowym przez państwo oznacza przede wszystkim dodatkową gwarancję bezpieczeństwa ich depozytów. Mitem jest również ogólnikowe twierdzenie, że SKOK-i mają problem z przeterminowanymi pożyczkami, brakiem kapitałów i wynikami finansowymi. Wiele Kas może się pochwalić niskim odsetkiem takich pożyczek i stabilną sytuacją finansową - o SKOK Wołomin już wspomniałem. Może warto się zastanowić nad upublicznieniem danych, dokumentujących sytuację poszczególnych Kas w oparciu o te wskaźniki?

Nadzór finansowy - jak najbardziej. Nie ma powodów - chcę to mocno i wyraźnie podkreślić - by SKOK-i traktować wyjątkowo, a już na pewno nie może być takiego wyjątkowego traktowania w obszarze bezpieczeństwa depozytów członkowskich.

Medialne doniesienia o rozważanym przez decydentów przejęciu aktywów Kas przez państwowy bank i specjalnej aktywności KNF w tym zakresie muszą niepokoić, tym bardziej, że nie zostały oficjalnie zdementowane. Gorzej, że ten niepokój może odbić się na zaufaniu Polaków do instytucji finansowych w ogóle, nie tylko do Kas - na co wskazali nie tak dawno eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Przysłowiowy Kowalski podejrzliwie traktuje banki, nie wierzy w to, że warto oszczędzać. SKOK-i przez dwie dekady zrobiły wiele dobrego, jeśli chodzi o promocję rozsądnego gospodarowania finansami i zachęcanie do oszczędzania. W rachunku zysków i strat, którego bez wątpienia dokonują decydenci, warto zwrócić na to uwagę. Nadzór finansowy - jak najbardziej. Nie ma powodów - chcę to mocno i wyraźnie podkreślić - by SKOK-i traktować wyjątkowo, a już na pewno nie może być takiego wyjątkowego traktowania w obszarze bezpieczeństwa depozytów członkowskich. Nie może być jednak zgody na uczynienie z Kas „chłopca do bicia” i traktowanie ich in gremio jako podejrzanych instytucji. Naiwne jest przekonanie, że Polacy, którzy zrezygnują z członkostwa w Kasach, masowo zasilą grono klientów banków. Wielu zrezygnuje z oszczędzania, a pożyczkobiorcy zasilą grono klientów firm pożyczkowych, balansujących na krawędzi prawa. Nie wierzę, że tego chcą nasi politycy…


6 / HISTORIA dokończenie ze str.1

Gotowe są odstąpić nam jako strefę wpływów Rumunię, Bułgarię i Węgry. Otwarty pozostaje problem Jugosławii. Jednocześnie jednak powinniśmy przewidzieć następstwa, wynikające zarówno z ewentualnej klęski Niemiec, jak i z ich ewentualnego zwycięstwa. W wypadku klęski nieuchronnie nastąpi sowietyzacja Niemiec i zostanie utworzony rząd komunistyczny. Nie wolno nam zapominać, że zsowietyzowane Niemcy znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie, jeśli owa sowietyzacja będzie następstwem klęski Niemiec w krótkotrwałej wojnie. Anglia i Francja będą jeszcze wystarczająco silne, by opanować Berlin i unicestwić zsowietyzowane Niemcy. A my nie będziemy w stanie przyjść z pomocą naszym bolszewickim towarzyszom w Niemczech.

Stalin mówił: Tak więc, nasze zadanie polega na tym, by Niemcy były w stanie prowadzić wojnę jak najdłużej, po to, by Anglia i Francja, zmęczone i wyniszczone, nie mogły pokonać zsowietyzowanych Niemiec. ZSRR. zachowując stanowisko neutralne i oczekując na sprzyjający moment, będzie udzielać pomocy obecnym Niemcom, zaopatrując je w surowce i produkty. Rozumie się jednak samo przez się, że nasza pomoc nie powinna przekraczać określonych rozmiarów, mogłaby to bowiem zachwiać naszą ekonomiką i osłabić potęgę naszej armii. Jednocześnie musimy prowadzić aktywną propagandę komunistyczną, zwłaszcza w bloku angielsko-francuskim, a przede wszystkim we Francji. Powinniśmy być przygotowani na to, że w tym kraju w okresie wojny partia będzie zmuszona odstąpić od działalności legalnej i zejść do podziemia. Wiemy, że ta robota będzie wymagać wielu ofiar, ale nasi francuscy towarzysze nie będą się wahać, ich zadaniem powinna być przede wszystkim demoralizacja i rozkład armii oraz policji. Jeśli te wstępne zadania zostaną wykonane należycie, bezpieczeństwo radzieckich Niemiec będzie zapewnione, a to z kolei ułatwi sowietyzację Francji. Aby te plany mogły zo-

Spotkanie żołnierzy Wehrmachtu i Armii Czerwonej, 20 września 1939 r.

Sojusznik Hitlera Nie ustalimy, czy 21 września Polska doczekałaby się ofensywy sojuszników na zachodzie. Nie ulega jednak wątpliwości, że napaść sowiecka przesądziła o jej braku i o klęsce Polski.

Romuald Szeremietiew

stać zrealizowane, konieczne jest by wojna trwała jak najdłużej, i właśnie na to powinny być skierowane wszystkie siły, którymi dysponujemy w Europie Zachodniej i na Bałkanach. Rozpatrzmy teraz drugą ewentualność, to jest zwycięstwo Niemiec. Niektórzy są zdania, że taka możliwość stanowi dla nas poważne zagrożenie. Jest w tej opinii jakaś cząstka prawdy, ale byłoby błędem sądzić, że owo zagrożenie będzie tak bliskie i tak wielkie, jak niektórzy je sobie wyobrażają. Jeżeli Niemcy odniosą zwycięstwo, wyjdą z wojny zbył wyniszczone, by rozpocząć konflikt zbrojny z ZSRR. w każdym razie w ciągu najbliższych dziesięciu lat.

Główną troską Niemiec będzie pilna obserwacja pokonanych Anglii i Francji, aby zapobiec ich odrodzeniu. Z drugiej strony, zwycięskie Niemcy wejdą w posiadanie olbrzymich terytoriów i przez wiele dziesięcioleci będą zajęte ich eksploatacją i zaprowadzaniem tam niemieckich porządków. Jest rzeczą oczywistą, że Niemcy będą zbyt zajęte gdzie indziej, aby się zwrócić przeciwko nam. Jeszcze jedno będzie działać na rzecz naszego bezpieczeństwa. W pokonanej Francji Komunistyczna Partia Francji zawsze będzie bardzo silna. Rewolucja komunistyczna nadejdzie nieuchronnie, a my będziemy mogli wykorzystać tę okoliczność, by przyjść z pomocą Francji i uczynić ją naszym sojusznikiem. Później wszystkie narody, które trafią pod pieczę zwycięskich Niemiec, również staną się naszymi sojusz-

nikami. Otworzą się przed nami rozległe perspektywy szerzenia Rewolucji Światowej. Towarzysze! W interesie ZSRR - Ojczyzny Mas Pracujących, jest, by wojna wybuchła pomiędzy Rzeszą i kapitalistycznym blokiem angielsko-francuskim. Należy zrobić wszystko, żeby ta wojna ciągnęła się jak najdłużej, po to, by obie strony nawzajem się wyniszczyły. Właśnie dlatego powinniśmy się zgodzić na zawarcie zaproponowanego przez Niemcy paktu, i pracować nad tym. By ta wojna, gdy już zostanie wypowiedziana, trwała jak tylko można najdłużej. Trzeba będzie wzmóc działalność propagandową w krajach walczących, po to. Byśmy byli gotowi w momencie, gdy wojna się skończy.” Rosyjskie Centrum Gromadzenia Dokumentacji i Badań Historii Najnowszej IRCChJDM): zespół 7, rejestr 1, teka 1223.


HISTORIA / 7 Pakt o „nieagresji” Znamienne słowa Stalina: Jeżeli przyjmiemy propozycję Niemiec i zawrzemy z nimi pakt o nieagresji, Niemcy, oczywiście, napadną na Polskę. W kilka dni później w Moskwie wylądował niemiecki samolot z ministrem Ribbentropem na pokładzie. W nocy 23 sierpnia 1939 r. na Kremlu, w obecności Stalina, Mołotow i Ribbentrop podpisali pakt „o nieagresji” postanawiający o rozbiorze Polski. 1 września 1939 roku Niemcy „oczywiście napadły na Polskę”. Stalin wiedział bardzo dobrze, że sojusz z Hitlerem oznacza wybuch wojny, unicestwienie znienawidzonej Polski i... szansę na sowietyzowanie zniszczonej wojną Europy. Wiedział, że Hitler bez tego sojuszu z nim nie odważy się na zaatakowanie stworzonej przez Polskę koalicji. Ta koalicja była faktem. Była w niej potężna Francja. W lutym 1921 r. po wizycie Marszałka Józefa Piłsudskiego w Paryżu przedstawiciele rządów Polski i Francji podpisali umowę polityczną oraz powiązaną z nią konwencję wojskową. W umowie stwierdzano, że gdyby oba państwa lub jedno z nich zostało zaatakowane, wówczas oba rządy porozumieją się celem obrony ich terytoriów i ochrony interesów. To ogólne stwierdzenie sprecyzowano w tajnej konwencji wojskowej. Wskazywano w niej jako przeciwnika Niemcy i zobowiązywano się do natychmiastowych wspólnych działań, gdyby wystąpiło niebezpieczeństwo wojny przeciwko jednemu z zainteresowanych krajów, tj. Francji lub Polski. Konwencja opisała dokładnie współpracę wojskową obu krajów, a Polska zobowiązała do utrzymywania dużej armii (30 dywizji piechoty, 9 brygad kawalerii), do stworzenia przemysłu obronnego i opracowania planów wspólnych działań w przypadku wojny. W oparciu o te zapisy w maju 1939 roku dowództwa wojskowe Polski i Francji uzgodniły harmonogram działań w razie wybuchu wojny z Niemcami. W protokole podpisanym przez szefa Sztabu Generalnego Francuskiej Obrony Narodowej gen. Gamelin i ministra spraw

wojskowych gen. Kasprzyckiego, przedstawiciela Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych Polski, ustalono: w przypadku agresji Niemiec przeciwko Polsce lub niemieckiej próby zajęcia Gdańska „armia francuska rozpocznie automatycznie działania”;  natychmiast podejmie akcję bojowe lotnictwo francuskie;  trzeciego dnia od rozpoczęcia mobilizacji wojska lądowe podejmą ograniczone działania zaczepne;  natomiast piętnastego dnia mobilizacji nastąpi ofensywa siłami głównymi armii francuskiej. Polskie wojsko miało wytrwać w obronie do decydującej dla losów wojny ofensywy sojusznika. Władze RP miały więc prawo uważać, że dysponują wartościowym układem sojuszniczym, a polskie dowództwo przygotowało plany wspólnych działań z sojusznikami. Drugim potężnym sojusznikiem Polski w 1939 roku było ówczesne supermocarstwo, imperium brytyjskie. W dwa dni po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow, 25 sierpnia 1939 roku Polska zawarła układ o wzajemnej pomocy z Anglią. Strony układu zobowiązywały się do udzielenia sobie natychmiastowej pomocy w razie agresji innego państwa. W tajnym

protokole do układu precyzowano, że agresorem mogą być Niemcy. Ustalono, że wspólne działania stron mają zagwarantować bezpieczeństwo także Belgii, Holandii, Litwie, Łotwie i Estonii. Określono też relacje z Rumunią, sojuszniczką Polski, której Anglia udzieliła gwarancji bezpieczeństwa. W trakcie rozmów sztabowych wojskowi polscy i brytyjscy dokonali wymiany informacji, w tym o brytyjskiej pomocy dla Francji i ustalili formy współdziałania sił powietrznych obu państw.

Zdrada sojuszników Niestety, mimo ustaleń we wrześniu 1939 roku Polska nie doczekała się ofensywy francuskiej na Niemcy. 12 września 1939 odbyła się w Abbeville brytyjsko-francuska konferencja, na której zdecydowano o wstrzymaniu ofensywy. Historycy polscy na ogół jednoznacznie oceniają, że sojusznicy tym samym zdradzili Polskę. Po zapoznaniu się ze stenogramami konferencji można jednak wyciągnąć odmienne wnioski. Gen. Gamelin proponował, aby planowaną ofensywę opóźnić o kilka dni. Francuski wojskowy wskazy-

Mapa podziału Polski (rozgraniczenie według paktu Ribbentrop-Mołotow) opublikowana w dzienniku „Izwiestia”, 18 września 1939 r.

wał, że istnieje konieczność zgromadzenia większej ilości ciężkiej artylerii. Zapewnił, że siły francuskie będą gotowe do ofensywy 21 września. Zaakceptowano tą propozycję. Szef Sztabu Naczelnego Wodza gen. Wacław Stachiewicz wspomina: „W dn. 16 września szef francuskiej misji, gen. Faury oświadczył mi, że wysłał do swych władz raport, w którym stwierdził, że sytuacja na froncie naszym ulega poprawie i że o ile będziemy mieli kilka dni czasu na przeprowadzenie wydanych zarządzeń, to potrafimy się utrzymać w Małopolsce wschodniej i skupić tam znaczniejsze siły, co stworzy nam nowe możliwości działania. Równocześnie jednak podał mi do wiadomości, że otrzymał zawiadomienie, iż rozpoczęcie ofensywy na zachodzie ulegnie kilkudniowej zwłoce (na 20 dzień mobilizacji tj. 21 września) gdyż przygotowania nie zostały jeszcze zakończone.” (W. Stachiewicz, „Pisma. Tom II, Rok 1939”, Instytut Literacki Paryż 1979, s. 193.) 17 września 1939 sytuacja uległa radykalnej zmianie. „Najlepszy sojusznik” nie zawiódł Hitlera. Wojska sowieckie zalały wschodnie tereny Polski, uniemożliwiając Polakom walkę z Niemcami. Nie ustalimy, czy 21 września Polska doczekałaby się ofensywy sojuszników na zachodzie. Nie ulega jednak wątpliwości, że napaść sowiecka 17 września przesądziła o jej braku i o klęsce Polski.


8 / REPORTAŻ

„Rozbójnicy świata - Niemcy napadli dziś na Polskę. Wojna o wolność narodu rozpoczęta. O stalowy mur bohaterskiej Armii rozbije się bandycki napad na Polskę” - 1 września 1939 r. wielkimi literami głosiło ukazujące się w całym kraju ilustrowane pismo codzienne pod nazwą „Dobry Wieczór! Kurjer”.

Anonse pierwszowrześniowe Agata Bochenek

Na pierwszej stronie gazeta zamieściła także Odezwę Pana Prezydenta Rzeczypospolitej: Obywatele Rzeczypospolitej! Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i historii. W tej dziejowej chwili zwracam się do wszystkich obywateli Państwa w głębokim przeświadczeniu, że cały naród w obronie swojej wolności, niepodległości i honoru skupi się dokoła Wodza Naczelnego i Sił Zbrojnych oraz da godną odpowiedź napastnikowi, jak się już nieraz działo w historii stosunków polsko-niemieckich, Cały Naród Polski, pobłogosławiony przez Boga, w walce o swoją świętą i słuszną sprawę,

zjednoczony z Armią pójdzie ramię przy ramieniu do boju i pełnego zwycięstwa. Pod odezwą z 1 września 1939 r. podpisał się prezydent Ignacy Mościcki. Poniżej, na pierwszej stronie Kurjera, jest zdjęcie Wodza Naczelnego, marszałka Śmigłego-Rydza z apelem „Wodzu, prowadź!”, artykuł „Idziemy na pola Grunwaldu dziejowego” oraz pierwsze wieści z zaatakowanej przez siły zbrojne Rzeszy niemieckiej Polski. Także gazeta „Czas - 7 wieczór”, ukazująca się codziennie, siedem razy tygodniowo, nie wyłączając niedziel i dni świątecznych, podająca najświeższe wiadomości dnia na pierwszej stronie, zamieściła orędzie prezydenta Ignacego Mościckiego pod tytułem: „Ramię przy ramieniu do boju aż do pełnego zwycięstwa”. Gazeta informuje ponadto, że prezydent Mościcki mianował 1 września 1939 r. Marszałka Polski, Edwarda Śmigłego-Rydza Naczelnym Wodzem. Za 10 groszy (cena gazety)

można było poczytać także o powszechnej mobilizacji w Anglii i we Francji czy agresywnych nalotach barbarzyńców na miasta polskie. Artykuły dotyczące napaści na Polskę i bieżących dramatycznych wydarzeń zajmowały pierwsze szpalty w gazetach. Na dalszych stronicach życie toczyło się dotychczasowym, przedwojennym rytmem. Nikt nie mógł jeszcze wiedzieć, że wojna będzie trwała tak długo, w najczarniejszych snach nie pojawiły się łapanki, egzekucje uliczne, getta dla „podludzi” i obozy koncentracyjne. Ludzie ludziom dopiero zaczęli gotować ten los…

Futra darmo prawie… Życie toczyło się dalej, a ludzie dawali ogłoszenia do gazet. Na ich podstawie można ułożyć obraz społeczeństwa, które, niezależnie od epoki, sprzedaje, kupuje, uczy się, bawi, a przede leczy, bowiem ogłoszenia lekarskie zajmowały znaczącą część powierzchni reklamowej. I tak w Kurjerze, w dziale „posady i praca”: Biuralistka z 5-cio klasowym wykształceniem poszukuje pracy biurowej, ewentualnie w handlu. Włochy pod Warszawą, Słowackiego 2 m. 1 dla J. Z i Szofer rutynowany, inteligentny,

referencje, poszukuje pracy na taksówce lub prywatnej. Tel. 5.85.60 do 9-tej rano. W dziale nauka zachęcano do kształcenia się. Niekiedy bez przebierania w słowach, jak w poniższym ogłoszeniu: Do egzaminów powakacyjnych przygotowują profesorowie gimnazjalni wszystkich przedmiotów. Gimnazjum, liceum, szkoły zawodowe, konkursowe egzaminy do wyższych uczelni. Umieszczają w szkołach. Nauka odbywa się w kompletach oraz metodą indywidualną, przystępną dla najbardziej cofniętych w rozwoju umysłów. Nauczanie dorosłych, opóźnionych, uzupełnianie podstaw. Podciąganie najmniej zdolnych. Gwarancja fachowego przygotowania pod kierunkiem wykwalifikowanych pedagogów nie traktujących nauki jako rzemiosło, lecz oddających się pracy wychowawczej z zamiłowaniem i poświęceniem. Opłaty bardzo przystępne. Nowy Świat 43-48. Tel.3-00-09. Umieszczają w szkołach… brzmi bardzo zachęcająco, szczególnie dla tych określonych mianem „najbardziej cofniętych w rozwoju”. Skoro umieszczają, to po co się uczyć? Nie sposób za to nie zgodzić się z kolejnym ogłoszeniem, że: Powodzenie w życiu zależy od


REPORTAŻ / 9 właściwego wyboru zawodu. Nauczysz się księgowości wieczorami na Kursach Związku Księgowych w Polsce, Warszawa, Zielna 44. Tel. 3-29-77. Zamiejscowi korespondencyjnie. Być może mniej chętnych we wrześniu 1939 r. miała: Szkoła Baletu Pflanz - Dróbeckiej, Mokotowska 63. Balet, plastyka, rytmika, gimnastyka, akrobatyka. Klasy zawodowe, amatorskie. Można nabyć: „meble przepiękne, duży wybór! Najtaniej! Najdogodniej! Studio Meblowe Focha 4.”; „FUTRA DARMO prawie, bez zaliczki, od dwudziestu zł miesięcznie, męskie - damskie, Leszno 28, sklep”; „Maszyny pięknie szyjące, gwarantowane, raty 5-cio złotowe. Skład fabryczny „Kempisty Company” Firma chrześcijańska. Alberta 11(Niecała), sklep przy Saskim Ogrodzie”. Krawcowa dyplomowana szyje modelowe suknie od 8 zł, spódniczki 3 zł, szlafroki 4 zł, robota solidna. Długa 61 w podwórzu na prawo. A tuż obok pełen dramatyzmu list o takiej treści: Janku! List otrzymałam, nie wierzę abyś sobie odebrał życie, pieniądze nie to wszystko, jeżeli jesteś między żywymi, wróć. Maryla.

Tam, gdzie słońce nie zachodzi Bardzo dużo miejsca zajmują ogłoszenia kulturalne, z kin i teatrów: W kinie Palladium premiera filmu z Joan Crawford „Biała kawalkada”, a kino Casino zaprasza na „Tam, gdzie słońce nie zachodzi”, czyli walkę z tajemniczym wrogiem, który usiłuje rozpętać burzę wojenną na świecie. Adria przy Wierzbowej 7 gra „Korsarzy północy”, Victoria zachęca do obejrzenia filmu z Viviane Romance pt. „Więzienie kobiet” ,w Imperialu grają „Moją żonę prima-

satyryczno-literackiego Fryderyka Jarosy`ego „Figaro” przy Marszałkowskiej 8 oraz premierę „Paktów i faktów” Tuwima, Hemara i Własta w „Ali Babie” przy Karowej 18 z udziałem Żelichowskiej, Krukowskiego i Fogga. Także „Czas” na ostatniej stronie zamieszcza bogaty repertuar opatrzony pytaniem: „Idziemy do teatru czy kina?” oraz ogłoszenia.

Wynajmę wypłacalnemu panu Wypełniając gorliwie rozkaz Hitlera, zabijano każdego Polaka, bez względu na wiek i płeć. Wybijano ludność cywilną dom po domu, ulica po ulicy. Domy podpalano, a uciekających w panice mieszkańców zabijano ogniem z broni maszynowej.

Z ciekawszych ogłoszeń: Wróg nr 1 artretyzmu, reumatyzmu - Okłady borowinowe. Typy dostosowane do anatomicznej budowy stawów i organów ustroju ludzkiego. Informacje i prospekty na żądanie ”Przyroda”, Wytwórnia Przetworów Roślinnych, Warszawa ul, Olszewska 9, Tel., 4-37-74. 

donnę” z Lorettą Young. Czynny jest teatr TIP TOP przy Mokotowskiej 73, który wystawia „A jednak u nas najweselej” z Ordonówną, Bodo i Chórem Dana. Tytuły na kolejnych stronach gazety: „Co działo się wczoraj w Gdańsku” i „Bandyci zrzucili maskę,16 nikczemnych punktów Hitlera. Zamach na świętą naszą ziemię odeprze zbrojnie Naród Polski. A niemalże obok kino Rialto zaprasza na premierę rewelacyjnej komedii sensacyjnej „Świat jest piękny” z Claudette Colbert i Jamesem Stewartem. Dla tych, co myślą o przyszłości jest oferta Zarządu Głównego Dóbr Wilanowskich zachęcająca do zakupu nieruchomości w Wawrze, Aninie, Adamowie i Zalesiu - wśród pięknych lasów, w suchym położeniu piękne leśne parcele willowe. 36 pociągów

Koedukacyjne kursy księgowo-buchalteryjne Marii Domańskiej Złota 38-5, przyjmują zapisy na rok 1939/40. Nauka popołudniowa - wieczorna. Dla zamiejscowych kursy korespondencyjne. Kancelaria otwarta 6-8 wieczorem, Tel. 233- 07. 

 Materace, fotele-łóżka amerykańskie. Solidnie, precyzyjnie wykonane. Ceny fabryczne – znacznie zaniżone. Sprężyny stalowe, emaliowane nie brzęczą. Fabryka”Lechów”, Warszawa, Łucka 14 przy Żelaznej. Tel. 6-81-52.

Wojna wojną, a z reumatyzmem żartów nie ma. I spać też na czymś trzeba.

z Dworca Głównego, autobusy, kolejka Grójecka, Dogodne warunki nabycia, akty natychmiast. Na ostatniej stronie informacja, że w sobotę 2 września przewidziano dwie atrakcje: Mianowicie, sensację dla całej kulturalnej Warszawy - otwarcie reprezentacyjnego teatru

Express Poranny z 4 września 1939 r. entuzjastycznie donosił: Francja i Anglia u boku Polski wczoraj weszły w stan wojny z Niemcami. Pełny front wolności przeciw germańskiemu barbarzyństwu. Dzisiaj wiemy, jak ten pełny front wyglądał w rzeczywistości. Dlatego zamiast wspominać tamte wrześniowe sojusze, lepiej wziąć sobie do serca taki wierszyk: „Erbedont`u skutki trwałe. Zęby zdrowie zęby białe!”. Z innymi niż stomatologiczne dolegliwościami można udać się pod adres: Dr Żurakowski, Weneryczne, skórne, płciowe. Chmielna 25. Gabinet elektrotechniczny Kobiety przyjmuje lekarka dr Aniela Rataj”. Do bardziej sercowych było skierowane ogłoszenie: „Schorzenia serca i naczyń krwionośnych, Skleroza. Zakład przyrodoleczniczy NATURA al. Szucha 8, tel. 958-69. Jonizacja - Wodolecznictwo specjalne - Krótkie fale - Pp urzędnikom ulgi. Ordynacja lekarzy specjalistów. To ostatni moment na skorzystanie z oferty, bo już wkrótce al. Szucha będzie się kojarzyć z zupełnie innymi, dalekimi od leczenia praktykami. Tak samo pilne jest wynajęcie lokalu: Słoneczny, wspólny pokój umeblowany wynajmę od września wypłacalnemu panu 30 zł miesięcznie. Srebrna 5 m 8, II piętro front. Pilne, bo niedługo może zabraknąć wypłacalnych panów. Pójdą na wojnę i nie będę już potrzebować słonecznych, umeblowanych pokojów. Ani kapeluszy. Ale dopiero jest początek września 1939 r., jeszcze nie runął uporządkowany świat, jeszcze może skorzystać i odświeżyć kapelusz w pralni chemicznej Kołakowskiego - za 2,5 złotego.


10 / HISTORIA

30 sierpnia 1943 roku około sześć tysięcy ukraińskich „bojowników” z Ukraińskiej Armii Powstańczej podjęło kolejny, w ich przekonaniu ostateczny atak na Przebraże - wieś zamieszkałą przez Polaków. Tylko dzięki znakomitemu przygotowaniu obrony tej miejscowości przez dowódców polskiej samoobrony miejscowa ludność ocalała. Przywódcy obrony Przebraża: Henryk Cybulski, Ludwik Malinowski i inni zasługują na to, by ich nazwiska znalazły się w panteonie bohaterów narodowych, tym bardziej, że w większym stopniu zwycięstwa a nie klęski powinny kształtować tożsamość narodową. W 1939 r. Wołyń zamieszkiwało ponad 346 tysięcy Polaków. Po zakończeniu wojny pozostało tam niespełna 4 tysiące naszych rodaków. To rezultat ludobójstwa na polskiej ludności dokonanego przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię z masowym udziałem chłopów ukraińskich, a następnie wysiedlenia przeprowadzonego przez władze sowieckie. Rzezie Polaków na Wołyniu zaczęły się w końcu 1942 r. W reakcji, w początkach następnego roku, w niektórych polskich wsiach i koloniach zaczęły powstawać placówki samoobrony. Pierwsze grupy zorganizowały się już w styczniu, w powiecie łuckim. Największe bazy polskiej samoobrony to swoiste minirepubliki obywatelskie, znakomicie zorganizowane ośrodki z własną administracją cywilną, oddziałami zbrojnymi, strażą porządkową, wywiadem.

70. rocznica bohaterskiej obrony Przebraża na Wołyniu Krzysztof Kawęcki - historyk, Wiceprezes Prawicy Rzeczypospolitej

Bez naiwności

Bazy samoobrony W lipcu 1943 r. było 128 placówek samoobrony. Władysław i Ewa Siemaszko podkreślają, że liczba ta w zestawieniu z blisko 3400 miejscowościami, w których żyli Polacy była bardzo skromna. Gdyby samoobrona polska na Wołyniu była bardziej rozwinięta i była w stanie nie tylko przeciwstawiać się napadom OUN-UPA, ale także prowadzić akcje ofensywne i odwetowe, nie byłoby na Wołyniu aż tylu bestialsko wymordowanych osób. Trzeba podkreślić, że powstanie placówek samoobrony ograniczyło rozmiary dokonanego ludobójstwa. Jednym z takich ośrodków była Huta Stepańska

sosnowych bali i rowami strzeleckimi. Z obrońcami Przebraża współpracowała m.in. samoobrona w Rafałówce (ok. 170 ludzi), która była wspierana przez oddział Armii Krajowej pod dowództwem ppor. Jana Rerutki ps. Drzazga. W skład systemu obrony wchodziły też inne okoliczne miejscowości. Przy linii obrony przez 24 godziny na dobę trzymano straż złożoną z kilkudziesięciu osób uzbrojonych w broń palną, kosy, pałki. Cały czas działały patrole i wywiad.

w powiecie kostpolskim, gdzie schroniło się ponad 16 tys. ludności polskiej. Z kolei samoobrona w Pańskiej Dolinie w powiecie dubieńskim, w miesiącach czerwiec - sierpień 1943 r. odparła trzy napady UPA. Jednak najbardziej znaną bazą jest Przebraż, wieś leżąca 25 km od Łucka. Przed wojną liczyła ponad tysiąc mieszkańców, wyłącznie Polaków. Według szacunków historyków w Przebrażu na początku czerwca 1943 roku zgromadziło się około 18 tysięcy ludzi (zdaniem Wł. i E. Siemaszko, w Przebrażu i kilku przyległych koloniach przebywało co najwyżej 10,5 tysięcy Pola-

ków). Latem 1943 r. zorganizowany oddział samoobrony rozrósł się do czterech kompanii (po 120 ludzi) i oddziału zwiadu konnego liczącego 40 jeźdźców. Wkrótce samoobrona liczyła około tysiąca uzbrojonych i przeszkolonych żołnierzy. Byli oni przez cały czas skoszarowani i korzystali z kuchni polowej. W Przebrażu powstała rusznikarnia, w której produkowano pistolety maszynowe Sten i naprawiano uszkodzoną broń. Zdobywano ją w różny sposób, w tym kupując „nielegalnie” od żołnierzy niemieckich i węgierskich. Kolonię opasano zasiekami z drutu kolczastego, „bunkrami” z ziemi,

Na początku lata 1943 r. UPA zaproponowała dowództwu samoobrony rozmowy. W trakcie wstępnych spotkań Polacy uznali, że jest to pułapka i do właściwych rozmów nie doszło. Dzięki tej roztropności nie podzielili losów oficera AK Zygmunta Rumla i jego dwóch towarzyszy, którzy wykonując rozkaz cywilnych władz Rządu Rzeczpospolitej Polskiej, udali się do siedziby OUN z propozycją podjęcia wspólnej walki z Niemcami i zaprzestania rzezi wołyńskiej. Za naiwność lokalnego kierownictwa Polski Podziemnej zapłacili śmiercią - zostali przez Ukraińców zamordowani przez rozerwanie końmi. Komendantem wojskowym samoobrony Przebraża był Henryk Cybulski urodzony w tej miejscowości w 1910 roku. Był podoficerem rezerwy. 10 lutego 1940 roku w ramach pierwszej deportacji przeprowadzonej przez sowietów zesłany został do Irkucka na Syberię nad jeziorem Bajkał. W lipcu następnego roku zbiegł z Irkucka


HISTORIA / 11 i po 2,5 miesięcznej wędrówce, przeważnie lasami (dziennie robił 60 km) powrócił na Wołyń. W tym niezwykłym wyczynie pomogło mu uprawianie w przeszłości dyscyplin sportowych - biegów długodystansowych i przełajowych oraz to, że był leśnikiem. Po ucieczce z zesłania ukrywał się, a następnie wstąpił do AK. Komendantem cywilnym został Ludwik Malinowski, urodzony w 1887 roku we wsi Ksawerów, w powiecie Piotrków Trybunalski. Po zawarciu związku małżeńskiego, jeszcze przed wojną, osiedlił się w Przebrażu.

Przysięga partyzantów w lesie koło Przebraża

Samoobrona atakująca 4 lipca 1943 r. oddziały OUN i UPA rozpoczęły napady na osiedla polskie wokół Przebraża. Cybulski we wspomnieniach pisał: „To, co ujrzałem, było straszne. Dookoła, jak okiem sięgnąć, płonęły wszystkie wsie”. Osiedla wokół Przebraża zostały całkowicie spalone, a ludność wymordowana (około 550 osób), bądź uciekła i schroniła się w Przebrażu. 5 lipca samoobrona Przebraża, po trwających całą noc i dzień walkach, odparła atak ukraińskich band. Polska samoobrona nie ograniczała się jedynie do obrony. 12 lipca oddział Cybulskiego przeprowadził skuteczny atak na podoficerską szkołę UPA we wsi Trościaniec. Odtąd działania zaczepne i prewencyjne przeciwko bazom i wsiom, w których stacjonowały oddziały UPA, stały się ważnym elementem walki samoobrony. Był to warunek przetrwania polskiej ludności, np. atak na garnizon UPA w Hawczycach uniemożliwił banderowcom wyrżnięcie polskiej wsi Rafałówka. Wkrótce dramatyczne chwile stały się udziałem Ludwika Malinowskiego. 12 sierpnia wpadł w Łucku - gdzie kupował broń - w ręce ukraińskich policjantów. Aresztowany i skatowany został odbity z więzienia przez grupę żołnierzy z Przebraża. 30 sierpnia ok. sześć tysięcy upowców podjęło kolejny, w ich przekonaniu ostateczny atak na Przebraże. W wyniku dobrego rozeznania, UPA nie zaskoczyła sa-

Po wojnie władze lokalne sowieckiej Ukrainy wymazały nazwę Przebraż z pamięci historycznej.

Tablica w kościele św. Jacka w Warszawie

moobrony. Ostatecznie grupa 150 obrońców Przebraża, wzmocniona 30-osobowym oddziałem zwiadu konnego, wspólnie z pozyskaną do tej akcji grupą partyzantów sowieckich, z zaskoczenia zaatakowała tyły głównych sił UPA. Zginęło 400 członków UPA, a 40 zostało wziętych do niewoli. Zdobyto również trochę broni. W okresie wrzesień-październik samoobrona polska podjęła szereg akcji prewencyjnych, m.in. rozbito garnizon UPA w Żurawiczach, Sławatyczach (zabito ponad 20 banderowców) i Omelnie, gdzie całkowicie zniszczono bazę UPA.

„Wyzwolenie” Przebraż nie został nigdy zdobyty przez Ukraińców. 31 stycznia 1944 roku do wsi wkroczyły oddziały sowieckie. Samoobronę rozwiązano. Dowódcy obrony ukrywali się. Po wojnie ocalałych mieszkańców Przebraża i Wołynia wypędzono z ojczystych stron. W większości wywieziono na Śląsk. Ludwik Malinowski po wkrocze-

niu sowietów wstąpił do 1 Armii Wojska Polskiego. Zamieszkał w Niemodlinie. W latach 50. został aresztowany za przynależność do AK. Zmarł w 1962 r. W 2007 r. odsłonięto jego pomnik w Niemodlinie. Także Henryk Cybulski wstąpił do 1 Armii Wojska Polskiego. Brał udział we wszystkich walkach, włącznie z Berlinem. W 1967 r. wydano jego wspomnienia z czasów obrony Przebraża. Były one kilkakrotnie wznawiane. Ostatnie, piąte wydanie pt. „Czerwone noce” ukazało się w 1990 roku. Zmarł w 1971 r. w Lublinie. Pochowany został na cmentarzu przy ulicy Lipowej.

Imieniem porucznika Henryka Cybulskiego nazwano w tym mieście rondo u zbiegu ulic Turystycznej i Mełgiewskiej. Po wojnie władze lokalne sowieckiej Ukrainy wymazały nazwę Przebraż z pamięci historycznej. Na miejscu Przebraża dziś jest osada Hajowe. Nie ma śladu po innych okolicznych miejscowościach. Staraniem polskich organizacji podjęto przed kilkunastu latami prace rekonstrukcyjne, które w końcu 2001 roku doprowadziły do odtworzenia w odległości kilometra od Przebraża, w polu, na skraju wsi małego cmentarza, na którym pochowanych jest 90 Polaków bohaterskich obrońców polskiej placówki na Wołyniu.

Cmentarz w Przebrażu, obecnie Hajowe


12 / WYWIAD

Rok 2013 to rok jubileuszowy Teatru Polskiego w Warszawie. W styczniu scena skończyła 100 lat. Ze wszelkimi przeszkodami i wymaganiami XXI wieku musi się zmagać dyrektor sceny, aktor filmowy, teatralny, reżyser, wykładowca Wyższej Szkoły Teatralnej w Paryżu i w Lyonie - Andrzej Seweryn, z którym rozmawia Filip Cuprych.

Aby za Seweryna nie spłonął Teatr Polski Czy szefowanie takiej instytucji, jaką jest Teatr nie zmienia czasami aktora-artysty w urzędnika-biurokratę? - Pyta Pan o to, czy moja praca zawodowa, artystyczna „zbiurokratyzowała” i „zurzędniczyła” się? 

Tak. Między innymi o to. - Na ten temat chyba najlepiej mogą wypowiedzieć się albo widzowie, albo moi partnerzy aktorzy, albo reżyserzy, pod których kierunkiem pracowałem. Mam nadzieję, że tak się nie stało. Natomiast, jeśli chodzi o pracę dyrektora i wypełnianie tej misji, którą mi powierzono, to oczywiście jest związana z typowym urzędowaniem, z biurokracją. Ilość różnego rodzaju pism, które otrzymuję, na które muszę odpowiadać, które mnie warunkują, które zabierają mi czas i nie pozwalają mi poświęcać się sztuce jest przeogromna. Mam nadzieję, że w relacjach z moimi kolegami z zespołu aktorskiego proszę mi wybaczyć sformułowanie - moimi pracownikami, nie jestem urzędnikiem. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że poważna część mojej funkcji wiąże się z prawem, dyscypliną budżetową, administracją, obowiązkiem reprezentowania teatru na zewnątrz. 

Zakładam, że nie przeszkadza to Panu? - Oczywiście, że nie. Można się spodziewać, że człowiek, który tyle lat spędził na scenie lub przed kamerami w wielu krajach Europy, losem potwornym zmuszony został do siedzenia za biurkiem i jest zdegustowany, zawiedziony. Nic z tych rzeczy. Robię to, co sprawia mi ogromną radość i satysfakcję. Owszem, czasami mnie to denerwuje, ale niekoniecznie jest to wyłącznie biurokracja. 

Fot.: Archiwum Teatru Polskiego

Ile z planów, ambicji, pomysłów na Teatr musiał Pan wyrzucić do kosza, kiedy objął Pan stanowisko jego dyrektora? - W momencie, kiedy obejmowałem to stanowisko, jeszcze niczego nie zmieniałem, nie odrzucałem. Sytuacja finansowa sceny, administracyjna, prawna spowodowały, że na przykład nie mogę na razie założyć studia aktorskiego przy Teatrze Polskim. Ale to są sytuacje, które nie są ode mnie w żaden sposób zależne. 

A czy jest różnica między szefowaniem teatrowi prywatnemu i teatrowi z tak ogromną historią, dziedzictwem? - Zdecydowanie, aczkolwiek upraszczanie roli dyrektora teatru prywatnego do roli kogoś, kto zajmuje się wyłącznie zdobywaniem pieniędzy jest naiwnością. 

Weźmy na przykład Teatr Polonia i Teatr Ochota prowadzone przez Krystynę Jandę i Marię Seweryn. Porównywać ich i moją funkcję trzeba bardzo precyzyjnie. Musimy zwrócić uwagę na przykład na to, jakimi salami dysponują teatry. Na przykład Broadway. Powiedzmy, że jest tam sala na 1800 widzów i ma status teatru prywatnego. I rzadko, przynajmniej na podstawie moich obserwacji, prezentują tam kiepskie przedstawienia. Z reguły gra się repertuar muzyczny i wystawiane przedstawienia są na najwyższym na świecie poziomie. Takiego zawodowstwa spektakli, z jakim mamy do czynienia w teatrach prywatnych na Broadwayu zazdroszczą wszystkie inne teatry, w tym państwowe, na świecie. To się wiąże z wyjątkowo precyzyjną polityką finansową.

Wróćmy do widowni, którą przecież trzeba zapełnić. - Zgadza się. Weźmy na przykład teatr na... 200 miejsc, jak choćby Teatr STU Krzysztofa Jasińskiego w Krakowie. To jedyna scena w Polsce, która może spokojnie i swobodnie precyzować repertuar z rocznym wyprzedzeniem. To jest fantastyczne. Zdarza się, że są przedstawienia, których wartość literacka nie jest priorytetem i ich celem jest przyciągnięcie jak największej liczby widzów. Ale nie ma to niczego wspólnego z teatrem bulwarowym, jak to często się gdzieś indziej zdarza. Jasiński wystawia tam „Hamleta”, „Zemstę”, „Króla Leara” czy „Wyzwolenie”, to nie odpowiada przecież potocznemu wyobrażeniu o teatrach prywatnych! Oczywiście, teatr państwowy musi funkcjonować inaczej niż teatr prywatny. Patrząc na 


WYWIAD / 13 sytuację Teatru Polskiego, stajemy w obliczu trudności związanych z przygotowywaniem repertuaru nie tylko na rok 2014, ale i na rok bieżący. A jesteśmy już niemal we wrześniu roku jubileuszowego. Nasza dotacja zostanie poważnie zmniejszona. To, oczywiście, powoduje bardzo poważne i złożone konsekwencje finansowe. Gdybyśmy nie mieli pomocy z zewnątrz, od prywatnych inwestorów, to 90% produkcji w Teatrze Polskim w roku jubileuszowym nie miałoby miejsca. 10% produkcji z pieniędzy państwowych w teatrze zasłużonym dla historii narodu, kultury, sztuki teatralnej to szokujące dane. To powinno dać do myślenia tym, którzy decydują o finansowaniu kultury w Polsce. Nie twierdzę, że nie ma problemów finansowych. Ale mam prawo spytać, czy te problemy powodowane są wyłącznie okolicznościami obiektywnymi. Jeśli w przyszłym roku mam mieć mniej pieniędzy, to przynajmniej o tym wiem i tak przygotowuję pracę sceny, żeby się w tym budżecie zmieścić. Gdyby jubileusz Teatru Polskiego był tak istotny dla moich władz, to jego finansowe przygotowanie byłoby także możliwe. Owszem, jeśli na równi stawia się szkoły, szpitale i teatry, to wiadomo, że teatry zawsze będą na końcu i ja to doskonale rozumiem. Ale mam prawo spytać właśnie o te wybory. Czyli kwestie finansowe, utrzymanie sceny, utrzymanie zespołu aktorskiego - to uznałby Pan za największe wyzwanie dla Teatru, nie dla Pana? - Najróżniejsze kwestie są ważne, czy nawet ważniejsze, jak choćby relacja z widzem. Ważne jest ułożenie repertuaru w ten sposób, żeby z jednej strony zainteresować nim widza. Przecież teatr reprezentuje sztukę elitarną. Teatr nie jest już taką szczególną wyspą, jak te 40 czy 50 lat temu. Dzisiaj nie jest już tak wielką atrakcją jak kiedyś. Dzisiaj teatr musi znaleźć swoje precyzyjne miejsce na mapie chyba każdego kraju. Trzeba więc robić coś, co widza zachęci do odwiedzenia sceny. Co z tego, że przygotujemy coś o niezwykłej wadze czy wartości, skoro widow

Gmach Teatru Polskiego w Warszawie - widok z 1913 oraz z 1947 r.

nia będzie pusta? Moja widownia może pomieścić 720 osób. To jak ja nie mogę myśleć o tym, żeby publiczność do teatru przyszła? Czyli kwestia przypodobania się publiczności? - W pewnym sensie tak. Właśnie w teatrze prywatnym takie ewidentne przypodobanie się widzowi ma często miejsce. Ja, od czasu do czasu, też muszę o tym pomyśleć, ale nasz repertuar musi być odpowiedni do rangi sceny. Nasz repertuar ma ściągać ludzi, ale musi też oferować produkt na wysokim poziomie, z doskonale grającymi aktorami, z bardzo dobrym oświetleniem, z doskonałymi kostiumami, z tekstem, który jest słyszalny w ostatnich rzędach. Teatr musi być czysty i miły tak dla widza, jak i dla jego pracowników. Mój teatr ma konkretną misję. Uważam, że powinien brać czynny udział w procesie edukacji narodowej. W najszerszym tego słowa znaczeniu. Moim zadaniem jest prezentowanie najważniejszych tekstów literatury rodzimej i światowej. Czasami się udaje, czasami nie. Ale staram się temu zadaniu sprostać najlepiej jak umiem i najlepiej jak jestem w stanie. 

Wiem, że to zahacza o teatr impresaryjny, ale co z największymi gwiazdami? Przecież one też przyciągają widza, nawet jeśli nie są związane kontraktami z daną sceną? - No tak. Jeśli teatrowi prywatnemu udaje się ściągnąć gwiazdę, to z pewnością jest to niezwykle atrakcyjny aspekt spektaklu dla widza i nie ma się co oszukiwać. Też zależy mi na tym, żeby w

moim teatrze grali ludzie znani. Nie tylko dlatego, że są znani, ale przede wszystkim dlatego, że są doskonałym aktorami. Nie mogę jednak prowadzić teatru, w którym gościnnie występują gwiazdy, ponieważ nie mogę wtedy ułożyć repertuaru. Ci ludzie są wyjątkowo zajęci, a i zdarza się, że grają nawet w 5 spektaklach jednocześnie. Muszę mieć stały zespół teatralny, choć wielu uważa to za element przeszłości, za coś niepotrzebnego. Ja natomiast wiem, że najważniejsze wydarzenia w historii teatru mają miejsce zawsze dzięki i przy udziale właśnie stałego zespołu artystycznego, którego celem jest realizacja dzieł sztuki. Działamy w dziedzinie niezwykle delikatnej, w której 2 + 2 nie równa się 4. Procesy twórcze są niezwykle tajemnicze i nie da się ich sprecyzować tak, jak się precyzuje skład chemiczny lekarstwa. Ja wierzę w zespół. A żeby go mieć, muszę ściągać ludzi, którzy mają ochotę go współtworzyć. Już 7 września Teatr Polski weźmie udział w narodowym czytaniu Fredry. W Ogrodzie Saskim będziemy czytać „Gwałtu, co się dzieje!”. Lektura ta będzie transmitowana w radio i w Internecie. Teatr Polski ma wspaniałych aktorów oddanych sztuce teatralnej.

Zanim objął Pan funkcję dyrektora, nie obawiał się Pan, że ktoś powie: „A cóż on może wiedzieć o polskich realiach, skoro tak długo mieszkał za granicą”? - Owszem, przeszły mi takie myśli przez głowę, z tym, że ja te realia znałem już od roku 1986. Już wtedy przyjechałem do Polski. Co prawda, na krótko, ale potem regularnie przyjeżdżałem do 

kraju, ponieważ tu bardzo często pracowałem, reżyserowałem kilka przedstawień w telewizji, brałem w nich udział, występowałem w filmach i tak dalej. Przez to byłem także stale obecny w świadomości widza polskiego. Każdy dyrektor pragnie, żeby za jego kadencji coś wielkiego „zadziało się” w jego Teatrze. Ale też chyba każdy boi się, żeby nic złego się nie stało. Ma Pan takie obawy? Też bym nie chciał, żeby kiedyś zostało napisane, że „za Seweryna spłonął Teatr Polski”. Dlatego właśnie pierwszy remont, jaki przeprowadziliśmy już po objęciu przeze mnie funkcji dyrektora tej sceny, związany był właśnie z bezpieczeństwem przeciwpożarowym. Ta kwestia zaniedbana była przez dziesiątki lat. Nikt mi nie powie i nie zarzuci tego, że n.p.: nie przestrzegam przepisów. Może to nie mieć zbyt wiele wspólnego z zadaniami artystycznymi teatru, ale BHP czy bezpieczeństwo w Teatrze Polskim są dla mnie piekielnie ważne. Ale też, oczywiście, nie chciałbym, żeby mojemu nazwisku przypisywano jakieś skandale artystyczne, jakieś klęski związane z Teatrem Polskim. Wolałbym, żeby kiedyś ktoś napisał, że ... „starał się chłop i zrealizował to, co założył”. Marzy mi się, żeby naszą scenę odwiedzała jeszcze większa, jeszcze bardziej zróżnicowana publiczność. I tego celu, w roku jubileuszowym Teatru, Panu i Pana zespołowi życzę. Dziękuję za rozmowę. Źródło: www.polarityinternational.com 


14 / KULTURA

Letnia Scena Teatralna w Wyszkowie to pierwsza edycja festiwalu, który łączyć będzie nieformalne grupy artystyczne, niezależne i prywatne teatry oraz zespoły kabaretowe z Warszawy i jej okolic. Wychodzący poza utarte schematy przegląd teatralny pod hasłem „Szaleństwo nie istnieje” rozpocznie się już 21 września. Agnieszka Szymanik

Na scenie będzie można zobaczyć artystów, którzy nie boją się przekraczać granic i próbować zrozumieć świat w całym jego zwyczajnym lub nie - szaleństwie. W Wyszkowskim Ośrodku Kultury „Hutnik” takie ugrupowania jak Kabaretus Fraszka czy Grupa ETC udowodnią widzom, że szaleństwo to tylko etykietka. - Dotychczasowe podziały między normą a chorobą czy centrum a peryferiami zostaną zatarte. Artyści wciągną widzów w świat, w którym standardowe drogowskazy nie zdają egzaminu - twierdzą organizatorzy.

Szaleństwo nie istnieje Z Ostrowii Mazowieckiej do Wyszkowa przyjadą aktorzy niezależnej Sceny Kotłowni. Wstęp na wszystkie wydarzenia festiwalowe jest wolny. Każdy chętny będzie mógł wziąć udział w warsztatach aktorskich oraz operatorsko-reżyZwyczajne, małżeńskie szaleństwa przedstawią Obustronni Ludzie, a obłąkańczą twarz Witkacego ukażą aktorzy ze Studia Aktorskiego przy Teatrze GO.

serskich. Festiwal w oddalonym o 50 km od Warszawy Wyszkowie nie ma charakteru konkursu. Ma natomiast na celu integrację środowiska artystycznego, w szczególności teatralnego z Warszawy i okolic. Współorganizatorem festiwalu jest Stowarzyszenie Fabryka Sztuki oraz Wyszkowski Ośrodek Kultury „Hutnik”.

Szczegółowy program festiwalu znajduje się na stronie: http://letniascenateatralna.pl.tl/ oraz na facebookowym profilu Letnia Scena Teatralna w Wyszkowie.

Jeżeli jesteś gimnazjalistą lub uczniem szkoły ponadgimnazjalnej, mieszkasz lub uczysz się w jednym z podwarszawskich powiatów, a przede wszystkim, jeśli jesteś osobą ciekawą świata, weź udział w II Wakacyjnym Konkursie „Odkrywamy naszą historię” z okazji 150-lecia Powstania Styczniowego 1863-2013. Główna nagroda to wyjazd do Europarlamentu w Brukseli. Na wysłanie prac zostały już niecałe 2 tygodnie.

Opisz Powstanie Styczniowe i wygraj wyjazd do Brukseli Wystarczy w atrakcyjny sposób przedstawić historię wybranej bitwy czy potyczki powstańczej, opisać kulisy konspiracji powstańczej, dowolną ciekawą akcję dywersyj-

ną przeciwko rosyjskiemu okupantowi. Można też przedstawić ciekawe karty biografii wybranych osób związanych z Powstaniem i Rządem Narodowym, dowódców i żołnierzy, mężczyzn i kobiet zaangażowanych w ten zryw. Praca może być przygotowana w formie: pisemnej (min. 4 strony formatu A4), filmowej o długości minimum 15 minut, prezentacji multimedialnej, minimum 15 slajdów. Ostateczny ter-

min zgłaszania prac upływa w dniu 15 września 2013 roku. Patronat nad Konkursem objął historyk, poseł Mariusz Błaszczak, przewodniczący Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość. - W roku 150-lecia wybuchu Powstania Styczniowego trzeba jak najgłośniej przypomnieć tamten czas i upomnieć się o uznanie oraz cześć dla wszystkich, którzy trudzili się i ponieśli ofiary dla Ojczyzny - mówi Mariusz Błaszczak. - Dlatego zachęcam młodych i ciekawych świata do podążania śladami powstańczych losów.

- Znajomość historii jest niezbędna w życiu, bo pozwala zrozumieć, co dzieje się wokół nas - mówi sędzia Bogusław Nizieński, Patron Honorowy konkursu Kawaler Orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia państwowego. Regulamin można znaleźć na stronie www.mariuszblaszczak.pl, na stronach internetowych patronów medialnych konkursu, a także na Facebooku: Odkrywamy naszą historię. (Łukasz Kudlicki)


KULTURA / 15

Na Mistrzostwach Świata Bezdomnych w Poznaniu czytelnicy mówili, że utożsamiają się z bohaterkami, też mieli takie problemy sami albo w rodzinie - przyznaje Agnieszka Żądło-Jadczak, autorka „Znowu w grze” o losach dziewczyn z Reprezentacji Bezdomnych. Czy trudno prowadziło się rozmowy z bohaterkami książki „Znowu w grze”? - Byłam zaskoczona tym, jak szczerze dziewczyny opowiadały o sobie. Część jest po terapiach leczenia uzależnień, pobytach w ośrodkach wychowawczych, związkach „przemocowych”, kłopotach z prawem. Mimo młodego wieku naprawdę dużo już przeszły. Obawiałam się, że w związku z tym może być problem ze znalezieniem wspólnego języka, ale zupełnie niesłusznie. Przychodziłam do nich jako zupełnie obca osoba i prosiłam o zwierzanie się w bardzo prywatnych i delikatnych kwestiach. W dodatku miało to zostać opisane w książce. Wszystkie dziewczyny, które poprosiłam o rozmowę, zgodziły się. 

Nie miały żadnych dylematów? - Najwięcej obaw wzbudzała w nich reakcja rodzin. Starałam się nie wywierać presji, ponieważ nie o to chodziło, zależało mi na pokazaniu ich przemiany - tego, jak się wychodzi z dna dzięki silnej woli i pasji. Dla nich to był pewien rodzaj oczyszczenia z tego, co było złe w ich życiu. Potem jeszcze „wkupiłam się” w ich towarzystwo, trenując z nimi na zgrupowaniu w Kargowej. Myślę, że wtedy zaufałyśmy sobie jeszcze bardziej. Być może przekroczyłam pewną granicę profesjonalizmu, w której bohaterki stały się zbyt bliskie - kibicowałam im, wspierałam je, a one podtrzymywały mnie na duchu, gdy była taka potrzeba - chyba zresztą nie potrafiłyśmy inaczej. 

Książkę „Znowu w grze” można zamawiać za pośrednictwem redakcji „Dobrego Znaku”, na stronie wydawnictwokaligrafia.pl oraz w wielu księgarniach internetowych (koszt ok. 20 zł).

Jak słaby i silny potrafi być człowiek?

Jaką ma Pani refleksję teraz już po napisaniu tej książki? - Cieszę się, że powstała. Na Mistrzostwach Świata Bezdomnych w Poznaniu czytelnicy mówili, że utożsamiają się z bohaterkami, też mieli takie problemy - sami albo w rodzinie. Przyszła Jakaś pani kupiła książkę swojej 15-letniej wnuczce - jak mówiła, aby ustrzec ją przed zagrożeniami. Widziałam tę babcię na trybunach, jak pochłaniała „Znowu w grze”. 14-letni syn reprezentanta kadry męskiej, mimo że nie przepada za szkolnymi lekturami, przez dwa dni z niedowierzaniem czytał życiorysy bohaterek. Patrząc na moje bohaterki, jak bumerang powraca pytanie: jak słaby i za

razem silny potrafi być człowiek, który podnosi się z upadku? Moi znajomi po przeczytaniu tej książki mówili, że gdyby oni zapędzili się tak daleko w swoich problemach, to nie wiedzą, czy by udało im się wyjść. W tym momencie, w którym spotkałam dziewczyny, ciężko mi było uwierzyć, że mają za sobą taką przeszłość. Normalne, sympatyczne młode dziewczyny. A to oznacza, że taki los mógłby spotkać wiele osób z naszego otoczenia. To przełamuje pewne wyobrażenia na temat osób wykluczonych i daje wskazówkę, że walczyć trzeba do samego końca. Rozmawiał JB, portal kurier365.pl.

Już 13 września na ekrany kin wejdzie „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” - pierwszy od lat, po „Godzinie W” Janusza Morgensterna, pełnometrażowy film poświęcony Powstaniu Warszawskiemu. Film niezwykły pod wieloma względami. Obraz utrzymany jest w poetyce realizmu magicznego, prowadzony jednocześnie w trzech warstwach: archiwalnej wykorzystującej nieznane dotychczas materiały filmowe z Powstania Warszawskiego, rekonstrukcyjnej i współczesnej. - „Sierpniowe niebo” przypomina i rani. (…) Dociera do widza, że to nie aktor, że prawdziwy człowiek niesie zabite dziecko. To nie amerykańska rozrywkowa produkcja. Widzowi popcorn z rąk wypada… - mówi Mariusz Gazda, koproducent filmu. Oficjalna premiera będzie miała miejsce 10 września w miejscu przystającym do wagi filmu - w Teatrze Narodowym.

Wrześniowa premiera „Sierpniowego nieba”

Foto: Przemysław Grela

„Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” to hołd złożony młodym Polakom, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Film wyreżysero-

wał Irek Dobrowolski - zdobywca nagród na polskich i międzynarodowych festiwalach za głośnego „Portrecistę”. Jak mówi, jego celem było postawienie pytania o współczesną wartość ofiary Powstania Warszawskiego i pamięci o tym wydarzeniu. Obok zawodowych aktorów (Anna Nehrebecka, Emilian Kamiński, Anna Romanowska, Justyna Sieńczyłło i inni) w produkcji wzięli udział raperzy z grupy hip-hopowej Hemp Gru.

Ostatnią swoją rolę przed śmiercią zagrał Krzysztof Kolberger. W rolę starych powstańców wcielili się prawdziwi uczestnicy Powstania Warszawskiego, m.in. Jerzy Romanowski, pseudonim „Drań”, kolega z oddziału Leszka Dobrowolskiego („Wrzos”) - ojca Irka Dobrowolskiego, reżysera filmu. Film promują utwory: „Sierpniowe niebo” w wykonaniu Bilona i „63 dni chwały” grupy Hemp Gru z gościnnym udziałem Jurasa i Ras Luty. (red)


16 / REKLAMA


Dobry Znak