Issuu on Google+

Wspomnienia o Annie Jantar w 63. rocznicę urodzin piosenkarki str.13

Dwutygodnik nr 11 (116) } 13 czerwca 2013 } www.gazetadobryznak.pl

nakład 150 000 egz. } ISSN 18994830 } GAZETA BEZPŁATNA

- To ja byłem kierowcą karetki pogotowia, która 30 lat temu przewoziła Grzegorza Przemyka. Widziałem go wtedy pierwszy i ostatni raz, przez kilkanaście zaledwie minut. I te kilkanaście minut całkowicie odmieniło moje życie. Najwyższe ówczesne władze państwowe nakazały znaleźć kozła ofiarnego i obarczyć go winą za śmierć maturzysty. Wybór padł na mnie - mówi Michał Wysocki. Agata Bochenek

Tego dnia, 12 maja 1983 roku nie zapomni Pan do końca życia. - To był czwartek, miałem dyżur od 8 do 20. Około godziny 17 dostaliśmy - ja i sanitariusz - polecenie wyjazdu do komisariatu MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście. W karcie wyjazdu, w rubryce „rozpoznanie” było napisane „psychiczny”. Pojechaliśmy szybko, na sygnale, żeby wyrwać go z rąk milicji. Nieraz zatrzymani udawali psychicznych, żeby tylko wydostać się z komisariatu. Gdy podjechaliśmy, z komisariatu akurat wychodzili zomowcy. Było ich kilkunastu, gdy nas mijali, odwracali głowy. Trochę mnie to zastanowiło, ale nie było czasu na rozmyślanie. Weszliśmy do komisariatu, a tam w dyżurce sierżant też udawał, że nas nie widzi. W środku zobaczyliśmy chłopaka skulonego na krześle. Obok stał młody człowiek, który wymyślał milicjantowi. A milicjant nic, stał ze spuszczonymi oczami. To było bardzo dziwne, w komisariacie zatrzymany krzyczy na milicjanta. Pielęgniarz głośno zapytał: „Czy może mi ktoś powiedzieć, co tu się dzieje” i wówczas sierżant wskazał na skulonego na krześle i powiedział, że tych właśnie dwóch młodzieńców na Placu Zamkowym zachowywało się

Osaczony

ZŁEM

„Lecz o jutro mnie nie pytaj/ bo nie wiem jeszcze/ czy w ogniu utonę/ czy w wodzie spłonę” - pisał Grzegorz Przemyk w swoim wierszu „Gra w szczerość” na kilka dni przed śmiercią. W jego pogrzebie wzięło udział ok. 100 000 ludzi. Fot.: Erazm Ciołek, archiwum Karta

zbyt głośno, dlatego patrol MO nyską przywiózł ich do komisariatu. Spojrzałem uważnie na siedzącego na krześle chłopaka. Był bez butów, we flanelowej koszuli wyciągniętej z lekko rozdartych brązowych spodni. Jego długie

włosy były potargane, a oczy… były duże, ciemne i bardzo błyszczące. I bił z nich strach. W karcie wyjazdu mieliśmy napisane „psychiczny”, ale nic takiego nie stwierdziliśmy. Sierżant zasugerował, że zatrzymany jest narko-

manem. Nic podobnego, nie był też pod wpływem alkoholu. Ale cały czas był jakby nieobecny, nie odpowiadał na nasze pytania. Zabraliśmy chłopaka z komisariatu, prawie go wynosząc. dokończenie na str. 8-9


2 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Gdzie jest UOKiK?

Wipler idzie va banque Rafał Ziemkiewicz

Mariusz Gazda Minister Rostowski wydał zalecenia wszystkim służbom i urzędom, które mają prawo nakładania w Polsce na obywateli grzywien, mandatów i innych kar pieniężnych, aby to prawo surowo i bezwzględnie realizowały. Ustalone zostały nawet roczne plany do wykonania. Założone w planach przychody wpisano do budżetu. Tak więc urzędnicy, mając teraz ustawowy obowiązek realizacji budżetu, odpowiadają za stabilność finansową państwa. Minister wie, ilu kierowców, ile razy i o ile przekroczy dozwoloną prędkość swoimi samochodami. Wie, bo ustalił plan przychodów z mandatów drogowych. Z tego może wynikać, że wie, ile razy wyjedziemy z domu i dokąd będziemy jechać. Wie, czy będę jechał autostradą, czy tylko w terenie zabudowanym. Wie o mnie wszystko. Kiedyś, jak się jechało przez las, to mogli nas napaść zbójcy. Teraz „zbójcy” są wszędzie, a najwięcej w terenie zabudowanym. To samo dotyczy innych służb państwowych. Wszelkiej maści i rodzaju inspektorzy muszą realizować nałożone plany i łupić nawet śpiących obywateli. Jesteśmy źli. Nikt nawet nie zakłada, że możemy być uczciwi i nieomylni. Założenie jest takie, że na pewno coś przeskrobiemy. Jakie coś, przecież państwo dokładnie wie, co i na ile. Państwo wie, ile zapłacimy kar, więc wie, co zrobimy nie tak. Niepotrzebne już są nawet sądy. Obywatele już są ocenieni i ukarani. Gotowa reforma sądownictwa. Gowin nie musi się już wysilać. Po co. Skoro jest plan - będzie i wykonanie. Nieważne, czy obywatele przekroczą prawo - kara musi być, bo inaczej budżet państwa się zawali. Jest w Polsce coś takiego jak Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, w skrócie UOKiK. Ma obowiązek dbać o interesy klientów i konsumentów, czyli nas wszystkich, nas obywateli. Ten urząd też dostał plan nałożonych kar. I musi ten plan realizować. Czyta i bada wszelkie umowy dwustronne, szukając możliwości ukarania (chyba dowolnej ze stron). Nie szuka tam, gdzie jest nierówność stron - tylko tam, gdzie najłatwiej ukarać. Logiczne, ma przecież plan do wykonania. Nie broni obywateli przed bezdusznymi urzędnikami. Nie broni obywateli przed nie zawsze sprawiedliwą literą prawa. Wchodzi w zapisy umowne dwóch podatników i łup. Któryś pewnie coś zapisał, co można ukarać mandatem. A może UOKiK powinien naprawdę pomyśleć o interesach obywateli. Może powinien uczciwie popracować. W Polsce jest 19 milionów samochodów. Każdy właściciel samochodu, zanim go kupił, odprowadził podatek dochodowy od zarobionych pieniędzy. Kupując samochód, uiścił następne podatki. Jeżdżąc, musi tankować paliwo, a w cenie paliwa następne podatki z podatkiem drogowym włącznie. No właśnie - podatek drogowy. Ma chyba coś wspólnego z drogami, po których jeździmy. Polskie drogi składają się z pobocza lub chodnika, kolorowego asfaltu, bo w każdym sezonie innym odcieniem asfaltu łatane są dziury. Otóż to, drogi w Polsce składają się także z dziur. Od tego powinienem był zacząć. Drogi w Polsce składają się głównie z dziur. No i tu doszliśmy do tytułowego pytania, gdzie jest UOKiK. Gdzie jest urząd, który z założenia ma dbać o nasze interesy. Przecież kupiliśmy od państwa prawo do korzystania z dróg, płacąc mnóstwo podatków i danin obowiązkowych. Drogi należą się nam. UOKiK woli w ogrzewanych gabinetach zimą, a klimatyzowanych latem szukać pieniędzy do budżetu, czytając dokumenty i umowy obywateli. Umowy podpisywane przecież dobrowolnie. Jeżeli chodzi o państwo - wyboru przecież nie mamy. Tu przydałby się nam jakiś obrońca. Niechby nawet nazywał się UOKiK, ale żeby nas bronił, skoro państwo tylko nas łupi i oszukuje.

 Jaki polityczny los przewiduje Pan posłowi PiS Przemysławowi Wiplerowi, który odszedł z PiS i tworzy nowe Stowarzyszenie Republikanów? - To, na co poseł Wipler się decyduje, to jest ryzyko, a przy ryzyku w każdej dziedzinie obowiązuje taka zasada: małe ryzyko daje mały sukces, duży sukces wymaga dużego ryzyka. Mały ryzykiem dla posła Wiplera byłoby siedzieć cicho w PiS-ie, nie wychylać się. Myślę, że po wygranej PiS, która jest całkiem prawdopodobna, doczekałby się jakiegoś stanowiska, być może równie wysokiego, które piastował kiedyś w Ministerstwie Gospodarki. Ale zrobił inaczej. Teraz może poszukać zwolenników wśród elektoratu PO - tych, których nie jest w stanie odebrać PiS i może się to okazać dużym sukcesem. Mniej optymistyczny wariant to jego zniknięcie ze sceny politycznej.

Czy PiS dużo traci na odejściu tego posła? - PiS traci na odejściu środowiska, z którego Wipler się wywodzi, czyli Fundacji Republikańskiej. Bardzo dobrze zorganizowanej, posiadającej świetnych fachowców, mających w stosunkowo młodym wieku duży dorobek, wykształconych. W PiS brakowało takich ludzi, a partia bardziej kojarzyła się z aparatczykami partyjnymi albo wywodzącym się jeszcze z podziemia Macierewiczem - typem ideologa, niż z profesjonalistami, menadżerami, którzy rzeczywiście mogą usprawnić państwo polskie i sposób rządzenia, a to jest najważniejszym oczekiwaniem Polaków. Ale PiS nie traci wszystkich tego typu specjalistów, bo pozostaje równie prężny Instytut Sobieskiego. Jeśli jednak ten manewr, który zaplanował Wipler, się uda i stworzy formację prawicową, ale nie na sposób romantyczno-narodowy, ale amerykański, partia Jarosława Kaczyńskiego zyska naturalnego koalicjanta po wyborach, a środowisko Fundacji Republikańskiej - pozycję, aby realizować swoje programowe cele gospodarcze. Ruch ten może więc opłacić się zarówno PiS, jak i środowisku Wiplera. Najlepszym działaniem byłaby „życzliwa neutralność” wobec siebie. Mam wrażenie, że właśnie taką postawę przyjęto. Wyżsi rangą z PiS-u nie atakują Wiplera, że jest zdrajcą, a Wipler też nie popełnia błędów założycieli PJN-u czy Solidarnej Polski, nie pluje na Kaczyńskiego, co by mu pewnie zapewniło czas antenowy w mainstreamowych mediach. Przykłady, jak się skończyły kariery polityczne Kluzik-Rostkowskiej czy członków PJN-u, pokazują, że jest to droga donikąd. rozmawiała: Agnieszka Żądło-Jadczak 

Wydawca: U.B.R. sp. z o.o., 05-200 Wołomin, ul. Legionów 27/7 telefon: (022) 787 32 06, e-mail: redakcja@gazetadobryznak.pl www.gazetadobryznak.pl www.facebook.com/gazetadobryznak reklama: 503 168 783 lub (022) 787 32 06, reklama@gazeta-dobryznak.pl Redaktor naczelny: Mariusz Gazda Sekretarz redakcji: Agnieszka Żądło-Jadczak Skład i łamanie: Klementyna Tomza Druk: Polskapresse Sp.z o.o. oddział Poligrafia, ul. Matuszewska 14 02-672 Warszawa

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do ich skracania i redagowania. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść płatnych reklam nakład: 150 000 egz.


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 3

Magdalena Środa niedawno na Facebooku napisała: „Ludzie wierzący mogą sprawować władzę w państwie, o ile nie traktują wiary jako fundamentu przekonań”.

Schizofrenia można być wierzącym i „prywatnie” nie godzić się na zło, ale jak się sprawuje władzę, to „publicznie” można czynić zło, bo np. rządzący mają w tym interes. Jan Maria Jackowski

Wcześniej w podobnym duchu wypowiadała się Ewa Kopacz: w sytuacji, w której nasze przekonania, z którymi na co dzień żyjemy, chodzimy do pracy, mieszkamy ze swoimi najbliższymi, zostawiamy w przedpokoju urzędu, który obejmujemy. Panie Środa i Kopacz proponują schizofrenię - rozdwojenie jaźni, przyjęcie postawy, że co prawda

Temat nie jest nowy - powraca co jakiś czas, wrzucany przez co bardziej gorliwych w regulowaniu każdego aspektu życia współobywateli posłów, przekonanych, że dorosły człowiek winien być przez życie prowadzony na sznurku licznych przepisów, zakazów i nakazów, bo sam nie potrafi myśleć i planować swojego życia. Wszystkie argumenty w tej dyskusji już padły: zwolennicy tego rozwiązania łkają nad losem porzuconych mężów i dzieci (bo to przeważnie kobiety w tych handlowych molochach są zatrudniane), którym nikt w niedzielę nie poda rano śniadania, nie ugotuje rosołu z kluskami i nie usmaży schabowych, nie wspominając o tym, że kobieta mogłaby trochę w niedzielę dom ogarnąć, skoro cały tydzień zasuwa przy tej kasie. A jak już trochę pogotuje i posprząta, to może udać się wraz z całą rodziną do teatru, kina, no ostatecznie zoo, bowiem jej zarobki w tym hipermarkecie są tak olbrzymie, iż wydatek 100 - 200

Z tych wypowiedzi wynika, że każdy, kto konsekwentnie wierzy w Boga i broni na przykład podstawowego prawa każdego człowieka - prawa do życia, nie ma prawa sprawować władzy. Dlatego, bo sprzeciwia się niszczącym naszą cywilizację i człowieka pomysłom lewicowych ideologów, którzy w przeszłości z nienawiści do Boga stworzyli krematoria i łagry. Dziś niektórzy lewicowi ideolodzy pod hasłem „zmian społecznych” narzucają „soft - totalitaryzm”

np. w „politycznej poprawności”, aborcji, eutanazji, homoideologii, gender czy innych współczesnych tendencjach, które nie liczą się z moralnością i prawem naturalnym. W dokumentach Soboru Watykańskiego dotyczących społecznego nauczania Kościoła wyraźnie oddzielono, co boskie, od tego, co cesarskie. Działalność polityczna jest domeną świeckich, ale polityka rozumiana w swym pierwotnym i najszerszym znaczeniu jako ukierunkowanie na dobro wspólne, jest przedmiotem troski wszystkich: duchownych i świeckich. Nauczanie Kościoła ma cechy pozytywne: Kościół jest wierny swej misji prowadzenia człowieka do zba-

wienia i nie zastępuje czy wyręcza instytucji świeckich. Wspólnota polityczna i Kościół są w swoich dziedzinach od siebie niezależne i autonomiczne, a ponieważ obie te wspólnoty służą powołaniu jednostkowemu i społecznemu tych samych ludzi, ważne jest, aby ze sobą współpracowały. Ludzie świeccy, co uwypuklał bł. Jan Paweł II, mogą spełnić to zadanie. Lecz nieodzowne jest przezwyciężenie rozdźwięku między życiem prywatnym a publicznym, nadając „wszystkim swoim działaniom w rodzinie, w pracy, na polu społecznym spójność właściwą takiemu życiu, które czerpie natchnienie z Ewangelii i w niej znajduje siłę do tego, by w pełni się realizować”. Jest to warunek niezbędny, bo demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm.

Rodzinna niedziela Od czasów walki o wolne soboty lud pracujący miast i wsi niewiele wywalczył - owszem, mamy dwanaście dodatkowych dni, czyli święta kościelne i narodowe, kilka razy w roku długie weekendy, jeśli kalendarz łaskawy, ale to mało. Tym razem nie chodzi o dobrodziejstwo dla całego społeczeństwa, a tylko dla pracowników tzw. sklepów wielkopowierzchniowych. zł, jest dla domowego budżetu bez znaczenia. Biedniejsi mogą sobie urządzić grilla - przy piwie i udkach kurczaka (w promocji tylko 3,90 za kg) lub tłustej karkóweczce będzie można ponarzekać na władzę, która nic nie robi i pokrzyczeć czasami na dzieci, jeśli w tym biesiadowaniu zbytnio przeszkadzają. I tak oto pożytecznie i kulturalnie minie ta wolna niedziela. Przeciwnicy likwidacji handlu w niedzielę przytaczają wyliczenia, jak dodatkowych 50 dni zamknięcia wielkich placówek handlowych wpłynie na zatrudnienie,

a także na spadek konsumpcji, bowiem nie udawajmy, że dodatkowe zakupy w niedzielę mogą być robione w tygodniu - to, co kupujemy w powszednie dni, niewiele ma wspólnego z zakupami dokonywanymi w czasie niedzielnych rodzinnych wycieczek do centrum handlowego czy galerii. Ci, którzy nigdy nie byli bezrobotnymi i nie mieli szans na pracę wymagającą wysokich kwalifikacji, nigdy nie pojmą, że człowiek, jeśli już ją otrzyma, jest w stanie znieść wiele, by jej nie utracić.

Aleksandra Jakubowska

Zamiast walczyć o zniesienie niekorzystnych umów, większe uposażenie za pracę w dni dla innych wolne, większą rotację pracowników w niedzielę tak, by nie musieli pracować we wszystkie w miesiącu, znowu rozpoczyna się krucjatę, która być może zajmie uwagę społeczeństwa na jakiś czas, ale na pewno doli ludzi pracujących w handlu, a także tych, którzy w związku z rosnącym bezrobociem nie mogą się przeciwstawić nieludzkim warunkom narzucanym przez pracodawców, nie poprawi.


4 / OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY...

Polityka realistyczna - tu i teraz

Marian Piłka Bo polityczny radykalizm najczęściej jest tylko parawanem skrywającym brak przemyślenia narodowej polityki, jest intelektualną pustką maskowaną przez emocjonalne mobilizacje. Nie realistyczne koncepcje budowy narodowego potencjału wzmacniającego także nasze geopolityczne pozycje, a jedynie hasła dobierane w zależności od bieżącego zapotrzebowania, charakteryzują polityczny radykalizm. Polityka realistyczna wymaga nie tylko koncepcji, ale także świadomości ograniczeń i metod je przezwyciężających. Ich ignorowanie może tylko prowadzić do porażki. Wymaga umiejętności współpracy w realizacji cząstkowych interesów, nawet z politycznymi konkurentami.

Nie emocjonalna ucieczka w marzenia i gromkie hasła, a realistyczna polityka może być skuteczną odpowiedzią na przeciwstawienie się procesowi upadku naszego narodu i wyzbywanie się suwerenności na rzecz zachodniego hegemona stojącego za parawanem ponadnarodowych struktur.

W polityce, podobnie jak w filozofii, jak głosił św. Tomasz, należy uszanować każde ziarno prawdy, nawet w poglądach naszych przeciwników. A nade wszystko realistyczna polityka wymaga konsekwencji. Polityka narodowa musi być realizowana tu i teraz. Są w historii narodu sytuacje wymagające zrywu i walki, ale zwykle losy narodu rozstrzygają się w codziennych zmaganiach. Nie oznacza to akceptacji tylko dla „patriotyzmu płacenia podatków” i akceptacji aktualnej władzy. To nawet nie minimalizm, to zupełna rezygnacja z narodowych ambicji głoszona przez anarodowych oportunistów

wykorzenionych z narodowej wspólnoty. Codzienne zmagania muszą mieć horyzont narodowy. Muszą, swoje obowiązki i powinności odnosić do celów narodowej wspólnoty, jej siły i wielkości, ambicji naszego wkładu w rozwój ogólnoludzkiej kultury i budowy silnej Polski, z której wszyscy będziemy dumni. To jest głęboka nauka, jaka płynie ze szkoły Dmowskiego. Dziś także Polska potrzebuje przede wszystkim patriotyzmu nowoczesnego, a nie radykalnego. W wymiarze bezpośrednio politycznym, to przede wszystkim rozpoznanie zagrożeń, konsekwentna polityka

przeciwstawienia się im i zdolność do współpracy w realizacji interesu narodowego ze wszystkimi, którzy, przynajmniej częściowo, są skłonni do jego realizacji. Obecne odrodzenie patriotyzmu w młodym pokoleniu, jeżeli nie zostanie zepchnięte w pułapkę narodowego radykalizmu, ma szanse stać się zasadniczym czynnikiem odrodzenia narodowego i obrony suwerenności naszego państwa w globalizującym się świecie. Patriotyzm jest bowiem kluczem do naszej przyszłości, dlatego jest tak ważne, aby jego potencjał nie został, jak kilka razy w przeszłości, sprowadzony na narodowe manowce.

Nauka to potęgi (Lewicy) klucz! Okazuje się, że nawet w komunistycznym stanie Nowy Jork nie wszyscy jeszcze zgłupieli. Oto p. Michał Bloomberg, burmistrz Nowego Jorku, publicznie wyraził przekonanie, że spora część młodych Amerykanów powinna zrezygnować z nauki na studiach na rzecz wyuczenia Janusz Korwin - Mikke konkretnego zawodu. Niektórzy „przeciętni ludzie” powinni uczyć się konkretnego zawodu, np. hydraulika, niż wydawać po $50 tys. na studia bez zarabiania żadnych pieniędzy. P. Bloomberg twierdzi bowiem, że obecna sytuacja na rynku pracy nie daje możliwości wszystkim absolwentom uczelni wyższych, ale za to daje dużą szansę zarobku dla osób posiadających konkretne zawody. P. Bloomberg jest burmistrzem z ramienia Republikanów - ale do tej pory przemawiał zawsze jak lewicowiec - czemu trudno się dziwić: Nowy Jork to miasto bardzo zlewicowane. Co prawda nie tak jak w stolicy, gdzie JE Barak Hussein Obama dostał jakieś 90% głosów - ale prawie... Otóż Lewica wmawia ludziom, że powinni się uczyć,

uczyć i jeszcze raz uczyć. Słynne powiedzenie Lenina: Uczitsja, uczitsja i jeszczio raz: uczitsja! wbijano mi w głowę w kilkudziesięciu językach. Efektem jest to, że uczy się dziś nawet starców nad grobem, w Uniwersytetach Trzeciego Wieku, a niedługo powstaną Uniwersytety Czwartego Wieku. Dlaczego tak się dzieje? Przecież to kompletny nonsens. Pamiętam - jakieś siedem lat temu to było - wielki artykuł na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” - nalegający na to, by jak najwięcej młodych ludzi uczyło się i studiowało; a na siódmej i ósmej stronie był reportaż z Trójmiasta. Reporterka szukała pracy i wszędzie jej mówiono: „Nie, z wyższymi studiami, to my nie chcemy...” Oczywiście można szukać powodów ekonomicznych:

Lewica sądzi, że jeśli człowieka przez pięć lat przetrzyma na studiach - to zmniejszy się bezrobocie. Jest, oczywiście, odwrotnie: bezrobocie jest dlatego, że tylu ludzi zamiast pracować - studiuje. Gdyby pięciu takich ludzi poszło do pracy (do PRACY, a nie na stołek w urzędzie!!!), to by zarobili - a kupując za zarobione uczciwą pracą pieniądze, stworzyliby osiem miejsc pracy. Jednak Lewica przez „pracę” rozumie siedzenie na stołku, a nie wytwarzanie towarów i usług; wtedy rzeczywiście: taniej utrzymywać nygusa na studiach niż za biurkiem... choć zarobki na stażach po studiach nie są dziś o wiele większe niż stypendium! Jednak prawdziwa przyczyna, dla której Lewica chce, by jak najwięcej dzieci - nawet kompletnych krety-

nów - chodziło 12 lat do szkoły, by jak najwięcej ludzi studiowało - jest zupełnie inna. Klientela Lewicy to intelektualiści, inteligenci, półinteligenci, ćwiercinteligenci - i tak dalej. Otóż, jeśli dużo ludzi będzie się „uczyć” - to będzie bardzo dużo POSAD dla klientów Lewicy. Co ważniejsze: czego oni będą uczyć? Jakie postawy będą wpajali dzieciom, młodzieży, III Wiekowi,. IV wiekowi.. No, jakie? Socjalistyczne!!! I o to właśnie chodzi! Człowiek uczciwie pracujący wie, co to jest pieniądz, działa na normalnym rynku. Natomiast „humaniści” mogą wygadywać dowolne bzdury - bo to, co mówią, nie ma żadnego styku z niczego to nie zmieni. A gdy kelner poda deser przed zupą, to coś zmieni (akurat na gorsze). Dlatego praca kelnera jest twórcza - a praca filozofa - na ogół nie... A przecież tylko wśród ludzi kompletnie oderwanych od życia można bezpiecznie głosić poglądy socjalistyczne... http://korwin-mikke.pl


OPINIE, FELIETONY, POGLĄDY... / 5

Chrześcijaństwo wytworzyło trwałe formy, które stały się podwalinami cywilizacji Zachodu. Siła ich oddziaływania jest tak wielka, że ciągle toczy się walka o ich zniekształcenie.

Czy warto bać się spisków?

Przed uroczystościami Bożego Ciała (kwintesencja tajemnicy eucharystycznej) osoby odpowiedzialne za program Telewizji Polskiej zdecydowały się zaprezentować materiał z cyklu „Reporter polski” o współczesnym wampiryzmie. Pokazano osoby, które piją krew innych osób, po wcześniejszym wyciągnięciu strzykawką. Dlaczego? Według postaci występujących w reportażu to daje pełniejsze przeżycie. W charakterystyce programu czytamy: „Magazyn pokazujący prawdziwe problemy współczesnych Polaków bez przemilczeń i cenzury”. Zadziwiła mnie ta formuła, „prawdziwe problemy współczesnych Polaków”. Co właściwie jest tym prawdziwym problemem współczesnego Polaka, ukazanym

w odcinku o wampiryzmie? Reportaż na to pytanie nie odpowiada. Nie ukazuje także zagrożeń płynących z ukazanych praktyk. Salon warszawski poszukuje światowości, aby wyrwać się z zaściankowości. Taką manifestacją światowości miał być tzw. „Marsz Szmat”, który snuł się przez Warszawę w drugiej połowie maja. Chodziło o zaszokowanie przechodniów widokiem kobiet wyzwolonych. Jak zauważył Stanisław Michalkiewicz, warto pochwalić organizatorów za użycie dobrej, samokrytycznej nazwy. Publicysta zauważył także, że maszerującym zabrakło odwagi i tylko niektóre rozebrały się do pasa „z jednej strony desperacko chciałyby stanąć na wysokości swoich snobistycznych,

prowincjonalnych wyobrażeń o „światowości”, ale z drugiej - bagaż kulturowy trochę im przeszkadza w pełnym wyzwoleniu”. Przywołam tu jeszcze raz Stanisława Michalkiewicza. Za Warrenem H. Carrollem, który w swojej „Historii chrześcijaństwa” przedstawił niezwykle interesujące spojrzenie na proces dziejowy, zauważył, że historia to niekończąca się opowieść o spiskach, które albo się udały, albo nie. Oryginalność podejścia Warrena H. Carrolla polega na tym, że te wszystkie spiski, mniejsza o to - udane czy nie - są jedynie fragmentami spisku szerszego, którego autorem jest Bóg. Dyskretnie sterując procesem dziejowym, z wolna zmierza do celu, którego nawet nie możemy się

Rafał Pazio

domyślać. To w przekonaniu o spiskowej teorii dotyczącej historii nie jest też wcale odkryciem Carrolla. Silnie wyeksponował je chociażby Juliusz Słowacki w „Kordianie”. Michalkiewicz pisze: Aleksander Macedoński stworzył swoje imperium, które go nie przeżyło. Czyżby tyle energii miało pójść na marne? W żadnym wypadku - przekonuje nas Carroll. - Aleksander Macedoński - oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - był tylko rodzajem pługa, którym Bóg uprawiał kawał ziemi pod przyszły zasiew chrześcijaństwa. Nie ma powodów, żeby wątpić w trwanie Bożej spiskowej teorii.

Będzie gorąco w polityce

Piotr Uściński

Według wszystkich sondaży z ostatnich tygodni Prawo i Sprawiedliwość przegania o kilka procent Platformę Obywatelską. Zadajemy sobie pytanie, czy to już trwała tendencja, czy może jeszcze się to zmieni. Jedno jest pewne, stratedzy PO i media zależne od władzy szykują nam wiele niespodzianek, którymi podejmą próbę ratowania partii, rządu i premiera Tuska.

Wysokie poparcie dla PO utrzymywało się stale przez wiele lat. Trzeba przyznać, że przy tak aroganckim sprawowaniu władzy, zaniechaniu wielu reform, odstąpieniu od własnego programu, to nie lada wyczyn. Strategie wizerunkowe partii wspierane przez wielkie media okazywały się skuteczne. Jednak powtarzanie przez lata tych samych sloganów, zasłanianie się kryzysem i straszenie PiS-em przestało przemawiać do społeczeństwa. Stąd spadek notowań partii Tuska. Jeśli nie wymyślą czegoś nowego, w co wyborcy będą w

stanie uwierzyć, to tendencja będzie się utrzymywała i słupki poparcia będą malały w oczach. Jest jeszcze jeden sposób, już wykorzystywany wcześniej i jak dotąd skuteczny - odwrócić uwagę opinii społecznej i zająć ludzi jakąś awanturą, która osłabi inne partie, a więc na ich tle pozornie wzmocni partię władzy. A więc może być gorąco, szczególnie w odniesieniu do największych konkurentów, głównie PiS. Możemy spodziewać się sensacyjnych informacji dotyczących PiS i Kaczyńskiego, prowokacji mających

zdenerwować prezesa w nadziei na to, że zirytowany popełni błąd. Mogą też pojawić się jakieś kontrolowane przecieki informacji skierowane przeciwko rządowi, a które podchwycone przez opozycję po kilku dniach okażą się informacjami fałszywymi. Ważne jest, aby PiS dobrze się do tego okresu przygotował; potrafił racjonalnie i bez emocji reagować na wszelkie zaczepki, prowokacje i tym podobne sztuczki Platformy. Jeśli będziemy rozważni i nie damy sobą manipulować, jeśli zdemaskuje-

my te manipulacje przed opinią publiczną, to dobre notowania nie tylko się utrzymają, ale jeszcze wzmocnią. I na koniec komentarz do pewnej sensacji, poseł Przemysław Wipler odszedł z PiS. Gdy odchodzili socjaliści, to byłem zachwycony (np. po odejściu Kluzik-Rostkowskiej). Jednak szkoda, gdy wartościowi ludzie odchodzą. Tzw. republikanów jest w PiS-ie wciąż wielu, ale każdego szkoda, bo ta część PiS-u jest mi szczególnie bliska. www.uscinski.pl


6 / HISTORIA

Polska tradycja wojskowa jest ściśle związana z dziejami narodu, co nadaje polskiemu wojsku silny walor patriotyczny. Polacy zawsze widzieli w żołnierzach obrońców Ojczyzny i niepodległości. Wojsko Polskie cieszyło się szacunkiem, a żołnierzem stawał się polski patriota w sytuacjach dla ojczyzny trudnych. Tradycja narodowa jest fundamentem, na którym budowana jest armia.

Wojsko ludowe czy narodowe? Romuald Szeremietiew

Wrogiem narodowej tradycji byli bolszewicy, którzy w 1917 r. sięgnęli po władzę w Rosji. Ich przywódca Lenin zapowiadał zbudowanie państwa, które miało być „ojczyzną światowego proletariatu”. Patriotyzm rosyjski miał być unicestwiony. Bolszewicy zaczęli tworzyć armię, w której miało nie być stopni wojskowych, a żołnierze mieli sobie wybierać dowódców. To tłumaczy, dlaczego w armii bolszewickiej było tak wielu innostrancow, głównie pochodzenia żydowskiego, ale też z innych mniejszości narodowych Rosji. Potrzebni byli wykonawcy pozbawieni rosyjskiego patriotyzmu, a nawet Rosji wrodzy. W oparciu o takie kadry Lenin realizował bolszewicki marsz do władzy. Wojna z Polską w 1920 r. poczyniła pierwszą zmianę w postawie bolszewików. Pogardzany rosyjski patriotyzm okazał się bowiem użyteczny w wojnie z Polakami. Na tę wojnę z pobudek patriotycznych do armii sowieckiej ochotniczo wstąpiło ponad 40 tys. oficerów byłej armii carskiej, w tym tysiąc generałów, z byłym naczelnym dowódcą armii rosyjskiej w czasie I wojny światowej gen. Aleksiejem Brusiłowem. W 1920 r. na froncie z Polską wszyscy dowódcy sowieckich związków operacyjnych, poza jednym, byli generałami i pułkownikami byłej armii carskiej.

Defilada Pierwszej Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej w wyzwolonej Warszawie 19 stycznia 1945. Zdjęcie z kolekcji zdjęć z Drugiej Wojny Światowej Dr. Marka Tuszyńskiego. Odbitka wydrukowana przez Wojskową Agencję Fotograficzną, sygnatura 2012/1502-29. Skan z 8 × 5 cm odbitki.

Rywalizacja o władzę między Stalinem a Trockim spowodowała kolejne zmiany. Trockiego, niedawnego komisarza ludowego wojny i marynarki wojennej, popierali głównie wojskowi nie będący z pochodzenia Rosjanami. Prawdziwe nazwisko rywala Stalina brzmiało Bronstein, więc podejrzliwy Gruzin uważał, że trockistami muszą być zwłaszcza oficerowie żydowskiego pochodzenia. W następstwie kolejnych stalinowskich „czystek” w dowództwach wojskowych zaczęli dominować Rosjanie; wzrósł odsetek Ukraińców, bardzo zmniejszyła się liczba Żydów. Badacz dziejów Rosji, profesor Jan Kucharzewski, zatytułował swoje wielotomowe dzieło „Od caratu białego do czerwonego”. Związek Sowiecki rzeczywiście stał się odmianą rosyjskiego imperium,

a interes „światowego proletariatu” Stalin utożsamił z interesem państwowym Rosji. Po wybuchu wojny w 1941 r. i pierwszych klęskach nazwano ją, na wzór wojny z Napoleonem 1812 r., „wojną ojczyźnianą”. Ustanowiono wojenne ordery Kutuzowa i Suworowa. Wróciły tradycyjne rosyjskie stopnie wojskowe i mundury, w tym tępione przez bolszewików złote naramienniki generalskie. Rosyjski patriotyzm odtąd stał się istotnym czynnikiem kształtującym morale armii, która stała się tym samym armią rosyjską, walczącą w obronie i w interesie Rosji, nominalnie ciągle bolszewickiej. W 1943 roku, gdy Stalin postanowił podjąć grę z Zachodem o opanowanie Polski jednym z instrumentów tej gry miało się stać podporządkowane Moskwie Wojsko Polskie. Decyzja o utworzeniu

polskiej jednostki wojskowej pod sowieckim dowództwem sprawiała pewną trudność. Ze względów propagandowych Stalin nie mógł zanegować istnienia państwa polskiego. Zapewniał przywódców Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, że chcę Polski „niepodległej i demokratycznej”. Musiało więc powstać odrębne Wojsko Polskie, a nie polski oddział w sowieckiej armii. Jednak polska tradycja wojskowa utrudniała ten zamiar. W 1934 r. w Związku Sowieckim zadekretowano tzw. realizm socjalistyczny, jako obowiązującą doktrynę. Sekretarz Andriej Żdanow, posiłkując się poglądem Stalina, sformułował znaną definicję: Socrealizm to styl narodowy w formie i socjalistyczny w treści. I taką formułę: narodowa forma, socjalistyczna treść zastosowano,


HISTORIA / 7 tworząc polską dywizję im. Tadeusza Kościuszki. Odtworzono w nieudolny sposób polskie mundury. Na czele jednostki Stalin postawił Berlinga, zdegradowanego przez gen. Andersa za zdradę, ale jednak oficera WP. Orzełek „kościuszkowski” wyglądał niczym wrona przejechana przez walec drogowy, ale mimo wszystko nie była to czerwona gwiazda. W dywizji obowiązywała polska komenda i polskie stopnie wojskowe. Jednocześnie stworzono aparat propagandy - pion polityczny z komunistami, głównie pochodzenia żydowskiego, przebranymi za polskich oficerów. W czerwcu 1944 r. w I Armii WP na 44 oficerów Zarządu Politycznego 34 było pochodzenia żydowskiego, 5 Polaków obywateli sowieckich i 5 komunistów polskich obywateli. Żydami byli szef Zarządu Politycznego, jego zastępca, szefowie wydziałów, redaktor gazety. Zastępcami dowódców dywizji i brygad byli politrucy żydowskiego pochodzenia. W wydziałach politycznych dywizji na 28 oficerów politycznych było 17 Żydów, na szczeblu pułku na 43 - 31. W aparacie politycznym poszczególnych pułków nie było ani jednego Polaka. Na 86 zastępców dowódców batalionów było 57 Żydów. Trudno sądzić, aby taki aparat myślał po polsku i rozumiał, czym jest polski patriotyzm. Obok Zarządu Politycznego Sowieci utworzyli złożony wyłącznie z sowieckich funkcjonariuszy zalążek Karol Świerczewski, Marian Spychalski, Michał Rola-Żymierski (od prawej) nad Nysą Łużycką w 1945

nieznanej w Wojsku Polskim i, jak się okazało, zbrodniczej Informacji Wojskowej. Sowieci nie rozumieli, że przyjęta metoda - polska forma i sowiecka treść - nie będzie tym razem skuteczna. Forma musi być organicznie związana z treścią, jest fundamentem i siłą nośną treści, jej zewnętrznym wyrazem. Treść i forma są integralnie ze sobą związane, nie mogą istnieć wbrew sobie. W armii sowieckiej rosyjska tradycja i sowietyzm miały wspólne podglebie - odwieczny w Rosji zamordyzm. W przypadku polskim „forma” narodowa pochodziła z innej cywilizacji i dlatego była w zasadniczym konflikcie z sowietyzmem. Stąd oddanie „narodowej formy” w ręce aparatu politycznego i informacji miało zapewne minimalizować zagrożenie ze strony polskości. Ujawniło się ono z całą siłą po zakończeniu wojny i opanowaniu Polski przez Sowietów. W drugiej połowie sierpnia 1945 r. jednostki liniowe WP otrzymały rozkazy podjęcia działań przeciwko podziemiu niepodległościowemu. Rozkazy skierowano do dowództw 15 i 18 DP, a także wydzielonych sił z pięciu innych dywizji (5, 11, 12 i 14 DP). Aktywny udział w zwalczaniu podziemia brała też Brygada Pancerna im. Westerplatte, znana Polakom z ciągle powtarzanego w TVP serialu „Czterej pancerni i pies”. Wojska te przeczesywały teren, blokowały wybrane sektory, wykonywały zasadzki oraz uderzenia w rejony działań oddziałów podziemia. Było to haniebne działanie. Jednak obok tego wraz z demobilizacją powojenną armii zwolniono z LWP prawie 17 tysięcy sowieckich

oficerów. Na ich miejsce przyjmowano Polaków, powracających z niemieckich obozów jenieckich i z rozwiązywanych jednostek PSZ na Zachodzie. Proces tej swoistej polonizacji LWP nie trwał zbyt długo. Kierownictwo PPR obawiało się, że polska narodowa „forma” zdominuje w wojsku sowiecką „treść” i wojsko nie będzie lojalne wobec władzy, może stanąć po stronie narodu. Przystąpiono więc do „oczyszczania” kadry zawodowej z oficerów wywodzących się z sił zbrojnych Drugiej RP, z PSZ na Zachodzie i z AK. W rezultacie w latach 1949-1954 wyrzucono z wojska ponad 9 tys. oficerów. Władze komunistyczne podjęły szeroko zakrojoną akcję represyjną w stosunku do żołnierzy i oficerów. Nastąpiły aresztowania, wojskowych zamykano do więzień, torturowano, zapadały liczne wyroki śmierci. Wśród aresztowanych znalazł się wiernie służący komunistom minister obrony i były Naczelny Dowódca marsz. Michał Rola-Żymierski. Akcję represyjną w środowisku wojskowym prowadził osławiony Główny Zarząd Informacji (GZI), kierowany przez wyższych oficerów oddelegowanych z sowieckich organów bezpieczeństwa. W wojsku rozbudowano donosicielstwo - w 1945 r. było 8.530, a w 1952 r. 23.112 „informatorów” GZI. Planowano, że na 10 żołnierzy będzie jeden donosiciel. Rekordowy wynik osiągnięto w lotnictwie, gdzie 1 tajny współpracownik „informacji wojskowej” przypadał na 3 oficerów. Mimo zmniejszenia ogólnej liczby oficerów sowieckich na początku 1949 r. nadal pozostało

w służbie ponad 400 generałów i starszych rangą oficerów Armii Czerwonej. Przy czym zajmowali oni najwyższe stanowiska w Sztabie Generalnym WP, dowodzili rodzajami sił zbrojnych i wojsk, okręgami wojskowymi, związkami taktycznymi. Wojskowi obcej armii zajmowali kluczowe stanowiska w systemie obronnym wg propagandy suwerennego państwa polskiego. Co więcej, w nielicznych dywizjach i brygadach dowodzonych przez Polaków ich zastępcami byli z reguły także wojskowi sowieccy. Takie usytuowanie wyższych oficerów obcego państwa w strukturze dowodzenia armii formalnie niezależnego państwa polskiego pozwalało stronie sowieckiej nie tylko kontrolować Wojsko Polskie. Dawało też Stalinowi pewność całkowitego podporządkowania LWP rozkazom dowództwa Armii Czerwonej. Działo się to za wiedzą i akceptacją rządzącej Polską partii komunistycznej. W listopadzie 1949 r. na miejsce usuniętego Żymierskiego został powołany sowiecki marszałek Konstanty Konstantynowicz Rokossowski - i minister obrony, i jednocześnie wicepremier rządu PRL. Wraz z nominacją sowieckiego marszałka na ministra obrony do LWP trafiło kolejnych 300 sowieckich generałów i oficerów, którzy objęli stanowiska dowódcze po usuniętych polskich wojskowych. Rezultatem zastosowanej polityki kadrowej było narzucenie wojsku nie tylko sowieckich dowódców i przełożonych, ale także obcych polskiej tradycji wojskowej zasad i obyczajów kształtujących życie i zachowania kadry zawodowej WP. W 1950 r. wprowadzono przymusową naukę języka rosyjskiego, aby oficerowie mogli pełniej korzystać z „bogatej skarbnicy radzieckich doświadczeń”. W wojsku wprowadzano regulaminy i umundurowanie w dużym stopniu wzorowane na rosyjskich (sowieckich). Wraz z tym następowała reorganizacja wojsk i systemów funkcjonalnych WP, a celem było dostosowanie ich do sowieckiej doktryny wojennej, do wymogów operacyjnych i taktyki armii sowieckiej. W okresie rządów Rokossowskiego w wojsku nie tylko „treść”, ale i „forma” stały się jednorodne, „socjalistyczne”, sowieckie.


8 / WYWIAD dokończenie ze str.1  Interesował się Pan polityką? Wiedział, że Przemyk był synem Barbary Sadowskiej, znanej poetki, działaczki opozycyjnej, przewodniczącej Prymasowskiego Komitetu Pomocy Więzionym Politycznie, szykanowanej przez funkcjonariuszy MO? - Sierżant powiedział, że zatrzymany nie ma dowodu tożsamości, nie wiadomo, kto to jest. To było jedno z pierwszych kłamstw w tej sprawie. Przemyk miał przy sobie dowód, doskonale wiedzieli, kogo katują. Być może nie wiedzieli tego zomowcy na Placu Zamkowym, ale kierownik komisariatu już na wstępie został poinformowany, że zatrzymali Przemyka. Jest też świadek, który widział, jak jakiś cywil palcem pokazał zomowcom Przemyka.

Zomowcy zabrali z placu zdrowego chłopaka, a do karetki wnieśliście zmasakrowane ciało w stanie agonii. Przemyka już faktycznie nie było, a pogotowie było potrzebne tylko po to, żeby pozbyć się problemu. Nie można było wyrzucić go z komisariatu, nie można było wywieźć i utopić w Wiśle, bo było kilku żywych świadków jego zatrzymania i pobicia. Tylko dlatego zostało wezwane pogotowie. - Tak naprawdę, to nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić z tym pacjentem. Do szpitala nie mogliśmy, bo nie było podstaw, chłopak nie miał żadnych śladów pobicia. Był tylko apatyczny, jakby nieobecny duchem i wcale się nie odzywał. Pojechaliśmy do pogotowia na Hożą. Przy windzie stracił przytomność. Zanieśliśmy go do gabinetu lekarza i więcej go nie widziałem. Dopiero kilka dni później, w poniedziałek dowiedziałem się, że chłopak umarł w szpitalu na Solcu. Zrobiło mi się smutno, to był pierwszy pacjent, któremu nie potrafiłem pomóc.

Osaczony złem

Wtedy Pan jeszcze nie wiedział, że Przemykowi nie można już było pomóc. Jakie obrażenia miał w momencie zabierania z komisariatu, wiadomo z sekcji zwłok. - Później dowiedziałem się, że z Hożej zabrała Grzegorza 

Agata Bochenek

matka, przewiozła do domu. Jego stan się pogarszał, był prawie cały czas nieprzytomny. Ale dopóki mógł, to powtarzał, że został pobity w komisariacie. W piątek 13 maja „erka” zawiozła Przemyka na ostry dyżur na Solcu, późnym wieczorem zaczęła się operacja. Lekarz, który go operował był w szoku. Wewnątrz ciała była krwawa miazga, takie obrażenia może mieć człowiek, którego przejechał samochód. Wymienię niektóre: krwiak mięśnia skroniowego, krwawe podbiegnięcia płata ciemieniowego mózgu i rdzenia, obrażenia szyi i pleców, tak silne, że krew z pękniętych naczyń spływała pod prawą łopatką, obrażenia okolic lędźwiowych, krwawe wylewy. Jednak znacznie poważniejsze były obrażenia jamy brzusznej - pęknięta wątroba, przerwane jelito, w rezultacie zapalenie otrzewnej i wstrząs septyczny. Narządy jamy brzusznej zostały zmasakrowane, co doprowadziło do śmierci w sobotę 14 maja. 

I naprawdę nie było widać żad-

nych obrażeń, nic nie zauważyliście, nie podejrzewaliście? - Absolutnie nie, Przemyk nie miał żadnych śladów pobicia. Przecież dyżurny komisariatu wyraźnie polecił: „Bijcie tak, żeby nie było śladów”. Pierwsze ciosy zostały zadane pałką, po nerkach, po plecach. Później dwóch milicjantów schwyciło Grzegorza za ręce z tyłu, a jeden łokciami zadawał ciosy w brzuch, nie było ich dużo, ale musiały być bardzo silne, bo po każdym chłopak wydawał potworne jęki. Słyszał je stojący pod komisariatem kolega Przemyka. Na koniec było jeszcze kopnięcie. W środku miazga, ale żadnych śladów na zewnątrz. Znał Pan Barbarę Sadowską, matkę Grzegorza? - Poznałem ją po tym tragicznym wydarzeniu, w kościele Św. Marcina. To była ciepła kobieta, niewysoka a niosła taki duży krzyż. Sadowska była pewna, że katując jej syna, milicjanci chcieli zastraszyć ją samą. Podczas rozmów w komendzie nieraz ją straszono, żeby zaprzestała swojej działalności, bo przecież ma syna, któremu może się coś przytrafić. Kilka dni przed bestialskim pobiciem Grzegorza, funkcjonariusz z komendy MO 

przy ul. Wilczej powiedział: „My, Sadowska, nic ci nie zrobimy, za to syna załatwimy”. Po śmierci syna pani Barbara poważnie zapadła na zdrowiu, długo przebywała w szpitalu. Zmarła 1 października 1986 roku, miała 46 lat.

 Pogrzeb Grzegorza Przemyka 19 maja był wielką manifestacją z udziałem około 100 tysięcy osób. I dopiero wtedy rozpoczyna się Pana historia. - Rzeczywiście, dopiero tydzień po pogrzebie zebrało się Biuro Polityczne KC PZPR, na którym zdecydowano, że winą za śmierć Przemyka zostanie obciążony zespół pogotowia ratunkowego. Zaczęło się osaczanie, sprawdzanie, podsłuchy, prowokacje. Założono mi teczkę operacyjną. Moja mama przeczuwała, że mnie aresztują. Mówiłem: „Mamo, nic nie zrobiłem”, ale sam czułem, że pętla się zaciska. Przyszli po mnie o szóstej rano 20 grudnia 1983 r. i uprowadzili podstępem. Mój synek Piotruś miał wtedy sześć lat.

W pałacu Mostowskich trafił Pan do celi 23, w której wcześniej był przetrzymywany ks. Jerzy Popiełuszko. Co od Pana chcieli? - Chcieli wymusić, żebym wziął na siebie śmierć Przemyka. Nie rozumiałem tego, przecież pobili go milicjanci, dlaczego mam odpowia


WYWIAD / 9 dać za tę śmierć. Poza tym, jak mogę się przyznać, skoro byli świadkowie pobicia w komisariacie? Usłyszałem: świadkami się zajmiemy. Powołana została specgrupa chroniąca milicjantów biorących udział w katowaniu Przemyka. Aż 300 milicjantów, funkcjonariuszy SB i kontrwywiadu zaangażowano do tej sprawy. W piwnicach komendy stołecznej byłem trzymany w otwartej celi, w obecności dwóch tajnych współpracowników. Na drugie piętro do pokoju przesłuchań byłem konwojowany w eskorcie, w kajdankach, z rękami skutymi do tyłu. Byłem przesłuchiwany 60 razy, najdłużej przez ponad 7 godzin. Głodowałem w areszcie przez 57 dni. Byłem tak udręczony, że trzykrotnie usiłowałem odebrać sobie życie. Bili Pana? - Nie, ale ból psychiczny był tak wielki, że wolałbym już bicie. Straszyli mnie, że jeśli nie przyznam się do winy, to synka rozjedzie samochód. Grozili, że moi bracia stracą pracę, a rodzina będzie szykanowana. 

W końcu wziął Pan na siebie winę za śmierć maturzysty. - Obiecali, że nie będą nękali moich bliskich i jeszcze pomogą mi popełnić samobójstwo. Przyznałem się do niepopełnionego czynu, ale na procesie 4 czerwca 1984 roku odwołałem nieprawdziwe zeznania, wbijane mi do głowy od kilku miesięcy przez oficerów śledczych. Powróciłem do zeznań prawdziwych, w których nie obciążałem siebie ani nikogo innego. Na sali było ogromne poruszenie, akt oskarżenia stracił sens, sędzia zadał mi dużo pytań, na które odpowiedziałem w sposób logiczny, nie budzący wątpliwości. Wreszcie wyjął z dużej koperty moją pętlę i zapytał, co to miało znaczyć. Odpowiedziałem, że przyjąłem na siebie winę za śmierć Grzegorza Przemyka tylko po to, żeby pogodzić zwaśnione społeczeństwo, „Solidarność” z władzą. A swoje życie chciałem złożyć w tym celu, aby sprawa zakończyła się na mnie, a inni uwikłani w tę sprawę mogli cieszyć się wolnością. Po tych słowach na sali zaległa cisza, zupełna cisza. 

Mimo zmiany zeznań został Pan skazany na 2,5 roku więzienia. 

- Wyrok zapadł 16 lipca 1984 r. łączna kara 2,5 roku za niedopełnienie obowiązków służbowych oraz uderzenie w samoobronie innego pacjenta, który odwołał pomówienie przed sądem. Sąd jednak nie ustalił, kto pobił Przemyka, doprowadzając go do śmierci. Milicjanci zostali uniewinnieni. Ta niesprawiedliwość była dla mnie ogromnym ciosem. Odsiedziałem siedem miesięcy, wyszedłem z więzienia 26 lipca 1984 r. na mocy dekretu o amnestii. W książce „Osaczony złem” są Pana listy z więzienia pisane do żony - piękne, przepełnione uczuciem. - Tamte listy mam do tej pory, pisała, że zawsze będzie ze mną, że nigdy mnie nie opuści. Nie dotrzymała słowa. Ale ja z więzienia wyszedłem jako inny człowiek. Ważyłem 24 kg mniej, byłem wychudzony, onieśmielony, zahukany, uśmiech zniknął z mojej twarzy na wiele lat. Cała moja psychika została zniszczona. Wielu znajomych chciało mnie wtedy zobaczyć, spotkać się, porozmawiać. Ale nie chciałem, bo i po co. Oni weseli, a ja ze smutną twarzą i zbolałą duszą, nie potrafiłem dogonić straconego czasu. Stroniłem od uciech, wybierałem spokój, modlitwę i pójście do kościoła. Po wyjściu 

z więzienia długo nie mogłem znaleźć pracy, kojarzyli mnie ze sprawą Przemyka, bali się. Jeszcze do tej pory są ludzie, którzy boją się tego tematu. Byłem inwigilowany aż do 1988 roku, jest data w mojej teczce operacyjnej z MSW. Miesiąc po tym, jak wyszedł Pan z więzienia, funkcjonariusze MO i SB otrzymali wysokie nagrody pieniężne za „włożony wysiłek, pełne zaangażowanie i inwencję”. Pan znał tych funkcjonariuszy, to byli Ci, co udręczyli Pana w śledztwie tak bardzo, że usiłował Pan popełnić samobójstwo. 20 tys. ówczesnych złotych za wysiłek w niszczeniu człowieka. - W tej sprawie nic mnie już nie zdziwi. Już w wolnej Polsce, w latach 1995-97 był drugi proces, który niczego tak naprawdę nie zmienił. Mordercom Grzegorza Przemyka nie spadł włos z głowy. W 2009 r. sąd uznał, że doszło do przedawnienia zbrodni. Z powodów formalnych został umorzony proces zomowca Ireneusza K., który katował Przemyka pałką. Uniewinniony został sierżant Arkadiusz D., który nakazał: „bijcie tak, żeby nie było śladów.” Winni śmierci 19-letniego maturzysty nie ponieśli żadnych konsekwencji. A przecież biegli profesorowie już w procesie w 1984 r. stwierdzili jednoznacznie, że tak poważnych obrażeń Przemyk doznał tylko i wyłącznie w komisariacie MO. Sprawcy nie ponieśli żadnej kary za śmiertelne pobicie, ani żadnej odpowiedzialności za zniszczenie mi życia. 

Jestem na rencie, mam pierwszą grupę inwalidzką. Kaleka ze mnie, po dwóch zawałach serca i jedenastu operacjach, teraz szykuję się na kolejną. Ogromny stres zaatakował serce i stawy. Rzadko wychodzę z domu, bo przed każdym wyjściem muszę dwie - trzy godziny ćwiczyć rehabilitacyjnie. Tutaj, gdzie teraz mieszkam, wszyscy mi współczują, wiedzą, że dużo w życiu przeszedłem. To, co oni ze mną robili… nikogo nie łamali tak od czasów stalinowskich, kropla stopniowo drążyła skałę. Milan Kundera, czeski pisarz i noblista powiedział, że „wszystko zostanie zapomniane i nic nie będzie naprawione.” Czy tak będzie też ze sprawą Przemyka? - Mam nadzieję, że nie. Grzegorza Przemyka widziałem przez kilkanaście minut i te kilkanaście minut całkowicie odmieniło moje życie. Jego śmierć odmieniła też jego kolegów i znajomych. Obserwowałem, jak się zmieniali pod wpływem tej sprawy. Od śmierci Przemyka minęło właśnie 30 lat, a my wciąż pamiętamy. Jego nazwisko, jego wiersze niezmiennie trwają, są obecne wśród nas. Więc skoro pamięć trwa, to może nadejdzie też czas, w którym zło zostanie naprawione. 

Dziękuję za rozmowę

Ma Pan żal o to zniszczone życie? - Ja już wszystko im wybaczyłem i nawet modlę się za nich. Przyzwyczaiłem się do cierpienia. 

Michał Wysocki w zielonej koszuli, pierwszym prezencie od żony. Tę koszulę miał na sobie podczas procesu w 1984 r.

Książka „Osaczony złem” autorstwa

Michała Wysockiego w cenie 30 zł do nabycia za pośrednictwem redakcji „Dobrego Znaku” kontakt: sekretariat@gazetadobryznak.pl lub tel.: 22 787 32 06


10 / WYWIAD

Ochronić kościoły na Kresach

Parnorama Czerwonogrodu. Fot.: Maciej Porczek z Fundacji Pomoc Polakom na Podolu, Wołyniu, Pokuciu i Bukowinie

Co skłoniło Pana, aby swoje zainteresowania badawcze skierować na tematykę kresową? - Od przełomu lat 80. i 90. niedostępne dotąd Kresy zaczęły się otwierać przed Polakami, w tym także przed historykami i historykami sztuki. To był zupełnie nieznany teren, słabo przebadany w okresie przedwojennym i praktycznie nietknięty przez badaczy przez pół wieku, od roku 1939. Fascynacja tematyką kresową była więc naturalna. 

Jak Pan Profesor, po tych dwudziestu latach badań, ocenia stan kościołów i klasztorów rzymskokatolickich na terenie obecnej Ukrainy, np. na terenie dawnego województwa ruskiego? - Odpowiedź na to pytanie jest zawarta w wydanych dotąd dziewiętnastu tomach „Materiałów do dziejów sztuki sakralnej”, poświęconych kościołom i klasztorom dawnego województwa ruskiego. Rzymskokatolickich obiektów sakralnych było na tym terenie ponad pięćset - licząc kościoły parafialne i klasztorne, a z kaplicami znacznie więcej. Oczywiście wartość zabytkowa poszczególnych obiektów była bardzo różna, wszystkie skła

Rozmowa z prof. dr. hab. Janem Juliuszem Ostrowskim, dyrektorem Wawelu, autorem kilkunastotomowego dzieła Kościoły i klasztory rzymskokatolickie dawnego województwa ruskiego. dały się jednak na obraz dokonań kultury łacińskiej na tych terenach. Na palcach rąk można policzyć kościoły rzymskokatolickie na Ukrainie, które za czasów sowieckich spełniały funkcje kultowe katedra i kościół świętego Antoniego we Lwowie, kościoły parafialne w Hałuszczyńcach, Dobromilu, Krzemieńcu, Nowym Mieście, Samborze i Złoczowie. Zamknięcie pozostałych na ogół oznaczało zniszczenie wyposażenia wnętrza, a czasem ruinę, aż do całkowitego zniszczenia. Spośród zamkniętych świątyń stosunkowo najlepiej zachowały się wnętrza wielkich lwowskich kościołów zakonnych (Bernardynów, Dominikanów, Jezuitów). Paradoksalnie pozytywnym czynnikiem była zamiana kościoła na muzeum ateizmu, jak to miało miejsce w przypadku kościołów Dominikanów we Lwowie oraz ormiańskiego w Stanisławowie.

Kościół w Naraiwce (Herbutów) - dziś magazyn rolniczy

Prof. Jan J. Ostrowski podczas wręczenia odznaczeń państowych w 2011 r. na Wawelu żródło: Kancelaria Prezydenta RP


WYWIAD / 11 Czy mógłby Pan Profesor, rozwijając ten temat, przytoczyć jeden, dwa przykłady obiektów sakralnych na terenie obecnej Ukrainy, które mógłby Pan uznać za szczególnie istotne świadectwo historii? - Wybór będzie zawsze arbitralny. Wyjątkowym pomnikiem historycznym jest kolegiata w Żółkwi, w wyniku wieloletniego programu konserwatorskiego, finansowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Wspólnotę Polską, doprowadzona do dobrego stanu. Obecnie rozstrzyga się problem powrotu do jej wnętrza wielkich obrazów batalistycznych, ufundowanych przez Stanisława Żółkiewskiego i Jana Sobieskiego. Wyjątkowe znaczenie jako „rycerskie” pomniki miały niegdyś kościoły w Brzeżanach i Podhajcach. 

Oprócz kościołów i klasztorów, bardzo istotne dla tożsamości historycznej i kulturowej tamtych ziem są również cmentarze. Czy tak wystawne nagrobki, nekropolie pełne pomników, tworzone przez wybitnych artystów, to typowo polska, kresowa specyfika? Czym się wyróżniają, kiedy

Kaplica mszalna w Repechowie (Bakowcach)

Sarnki Dolne

Profesor dr hab. Jan Juliusz Ostrowski jest historykiem sztuki, dyrektorem Zamku Królewskiego na Wawelu, wybitnym specjalistą z zakresu historii sztuki nowożytnej, kawalerem licznych odznaczeń (m.in. Legii Honorowej). W 2010 roku, w uznaniu wybitnych zasług dla kultury narodowej, za osiągnięcia w działalności na rzecz rozwoju muzealnictwa oraz krzewienia tradycji polskich, został odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. fachowym okiem patrzy na nie historyk sztuki? - Cmentarz niezależny przestrzennie od kościoła jest zjawiskiem stosunkowo nowym. W naszych warunkach takie cmentarze były tworzone dopiero przez austriackie władze zaborcze na przełomie wieków XVIII i XIX. W największych miastach Galicji przybrały one charakter wielkich zespołów architektoniczno-rzeźbiarskich, złożonych z setek czy nawet tysięcy obiektów, często dzieł artystów. Nie jest to specyfika polska. Najwspanialsze cmentarze XIX-wieczne znajdują się we Włoszech (np. Staglieno w Genui). W polskich warunkach poza cmentarzami nie było wiele miejsca dla tworzenia dzieł rzeźby monumentalnej, stąd wielkie cmentarze są dla nas

przede wszystkim muzeami rzeźby XIX-wiecznej, oczywiście także zabytkami ważnymi z czysto historycznego punktu widzenia. Czy gdyby miał Pan wskazać, jako osoba od lat zajmująca się narodowym dziedzictwem kulturowym, trzy najważniejsze cele poza granicami Polski, których ochroną należy się zająć, czy byłyby wśród nich kościoły i cmentarze rzymskokatolickie na terenie obecnej Ukrainy? - Z powodów, które już wskazałem, takim obiektem jest kościół kolegiacki w Żółkwi, a ponadto cmentarz Łyczakowski we Lwowie. Obydwa są od lat pod polską opieką konserwatorską. Jako następne (niemal beznadziejne) przypadki wskazałbym wspomniane wyżej kościoły zamkowy w Brzeżanach i parafialny w Podhajcach. 

Jak Pan Profesor uważa, w jaki sposób najlepiej chronić 

obiekty sakralne i cmentarne na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczypospolitej, aby takich „beznadziejnych” przypadków było jak najmniej? - Jedynym sposobem na trwałe zabezpieczenie zabytku jest znalezienie dla niego odpowiedniej funkcji. Najlepiej więc, jeżeli kościół pozostaje kościołem, a pałac - w przypadku braku właściciela mogącego go utrzymać - spełnia funkcje kulturalne lub reprezentacyjne. Nie należy się łudzić, by warunki te mogły został spełnione wobec wszystkich zabytków na Kresach. Trzeba się liczyć z pogłębiającą się degradacją świątyń opuszczonych oraz ich daleko idącymi przekształceniami w przypadku przejęcia ich przez inne niż rzymskokatolickie wspólnoty wyznaniowe. Smutnym przykładem dewastacji przez grekokatolików jest kościół Karmelitów w Trembowli. Wielki wysiłek włożony w inwentaryzację i porządkowanie cmentarzy - z wyjątkiem Łyczakowa - będzie miał zapewne tylko symboliczne znaczenie, ukazując świadomość problemu, dobrą wolę i gotowość do społecznego zaangażowania. 

Dziękuję za rozmowę. rozmawiał: Tomasz Radochoński.


12 / KULTURA

JPII Polish American Poets Academy z siedzibą w Wallington w stanie New Jersey w USA ogłasza kolejny konkurs poezji w ramach obchodów 10-lecia powstania Akademii.

Konkurs poezji patriotycznej pamięci Władysławy Milczarek Ada Wolski, rzecznik JPII Polish American Poets Academy

I Konkurs na wiersz patriotyczny nazwany został imieniem zmarłej w lutym 2013 r. Władysławy Milczarek. Emerytowana profesor socjologii z Łodzi była nie tylko wielką patriotką, ale i osobą niebywale serdeczną i życzliwą ludziom. Nawet, gdy mówiła o trudnych sprawach, przejęta losami jej ukochanej Ojczyzny, zawsze towarzyszyła jej nadzieja. Jak pisze „Nasz Dziennik”:Będąc wierna Panu Bogu, miała we krwi ewangeliczną zasadę, że wiara bez uczynków jest martwa, czyniła więc dobro, od najbliższej rodziny poczynając. Zawstydzała wszystkich swą młodzieńczą werwą, obecną jeszcze w ostatnich miesiącach życia, silnie rozwinięty zmysł organizacyjny pozwalał jej na szybkie i skuteczne reakcje. Nieprawdopodobne, ile taka drobna osoba, z licznymi schorzeniami, coraz trudniej poruszająca się w granicach własnego pokoju, mogła załatwić, rozruszać biernych i lękliwych. Zapewne te dyspozycje serca i charakteru nie były przypadkowe - wyniosła je z domu rodzinnego, z niewielkiej mazowieckiej wsi, gdzie fundament stanowiły katolicka wiara, zasady moralne, miłość do Ojczyzny, tradycja, pracowitość, szacu-

nek okazywany autorytetom, pomoc bliźnim, gdzie wielką wartość miała dobra książka i wspólne czytanie. Łódzkie środowisko mogłoby na ten temat napisać opasłą księgę, bo pani Władysławie to się należy. Gdy już fizycznie nie mogła uczestniczyć w życiu społecznym, pisała przesłania do Polaków, redagowała pisma urzędowe, teksty protestów, także w obronie prześladowanych osób, kierowane do różnych instytucji. Utrwalała na papierze pamięć o zasłużonych ludziach. Pisała sercem o tym, co dla niej było najważniejsze - o Polsce, którą kochała jako pierwszą po Bogu. Teraz po jej odejściu tomiki wierszy wysyłane systematycznie do przyjaciół, wydawane z wielkim trudem z powodów finansowych, będą nie tylko pamiątką po pani Władysławie, ale zobowiązaniem. Bo wzór człowieka, jakim była, jest godny naśladowania - hierarchia wartości, wierność zasadom, niezwykła wrażliwość i w konsekwencji pomoc bliźniemu bez granic, pomoc wykraczająca poza czyjąś prośbę, czyniona z własnej inicjatywy, a także skromność. Nie spocznę, bo jeszcze żyję - powiedziała na kilka dni przed śmiercią w wieku 87 lat. Cześć jej pamięci!

Gorąco zapraszamy do udziału w naszym konkursie. Mogą w nim wziąć udział osoby powyżej 16. roku życia, niezależnie od kraju zamieszkania, zarówno poeci z dorobkiem artystycznym, jak i ci, którzy piszą „do szuflady”. Należy nadesłać od 1 do 7 wierszy, które mogą być w języ-

ku polskim lub angielskim, ich długość nie powinna przekraczać 40 linii, mogą być rymowane lub białe. Prace konkursowe nie mogą być wcześniej ogłoszone drukiem ani opublikowane na stronach internetowych, ani też nagradzane w innych konkursach.

Prace konkursowe wraz z krótkim listem przewodnim zawierającym imię, nazwisko, adres zamieszkania, nr tel., adres emailowy, tytuły prac konkursowych oraz krótką notę biograficzną należy przesłać elektronicznie do 31 lipca br. na adres: jpiipapa@mail.com contact@e-businesscardexchange.com ewentualnie na adres: Polish American Poets Academy, PO Box 3163, Wallington, NJ 07057, USA. Wpisowe w wysokości $5 za każdy wiersz w formie czeku lub Money Order wystawionego na Polish American Poets Academy należy przesłać na adres: Polish American Poets Academy, PO Box 3163, Wallington, NJ 07057, USA. Wpisowe można również przesłać za pośrednictwem Western Union lub Paypal po uprzednim skontaktowaniu się z Akademią. Członkowie niedochodowej organizacji JPII Polish American Poets Academy są zwolnieni z wpisowego. Zwycięzca konkursu poetyckiego otrzyma nagrodę $500 i roczne członkostwo. II Druga nagroda to: $300 i roczne członkostwo, III nagroda - $100 i roczne członkostwo. Ponadto przewidziane są nagrody specjalne i wyróżnienia. Rozstrzygnięcie konkursu jest planowane na 28 sierpnia 2013 r. Informacje nt. konkursu i członkostwa w Akademii na www.e-businesscardexchange.com.


KULTURA / 13

Słoneczny kapelusz Anny Jantar

Patrycja Misiak - uczennica gimnazjum, prowadzi od kilku lat bloga „Anna Jantar - najlepsza piosenkarka”: Moja fascynacja Anną Jantar zaczęła się w 2007 roku, a wszystko zaczęło się od największego przeboju „Tyle słońca w całym mieście”. Usłyszałam go u swojej przyjaciółki i od tamtego dnia zaczęłam słuchać Anny Jantar. Na początku miałam tylko jedną płytę. Później pojawiły się w mojej kolekcji pierwsze artykuły, zdjęcia i inne materiały. W 2009 roku zaczęłam prowadzić swój własny blog poświęcony Annie Jantar. Cieszyłam się z każdych odwiedzin w serwisie, wtedy czułam, że moja praca ma sens. Jeszcze nie spotkałam się z tym, aby ktoś mi powiedział, że jestem staroświecka czy dziwna, bo słucham nieco starszej muzyki…

Przemysław Sobolewski - student, prowadzi stronę poświęconą artystce www.bursztynowa-dziewczyna.pl: Piękno, dobro i mądrość… W tych trzech słowach mogę zdefiniować piosenki Ani Jantar. Piękno krystalicznego głosu ich wykonawczyni sprawia, że w duszy rozbrzmiewa „Tyle słońca w całym mieście”. Dobro to splot pozytywnych emocji z nich płynących oraz niekłamana autentyczność interpretacji. I wreszcie mądrość - rady zawarte w tekstach dotyczą zwykłego, codziennego życia. Utwory Ani pozwalają uwierzyć, że w otaczającym nas świecie więcej jest kolorowych barw niż szarości, kłopoty i troski nie są takie straszne, a samo życie staje się dzięki nim łatwiejsze. Serce, jakie wkładała w swoje piosenki nieustannie trafia do kolejnych pokoleń słuchaczy. Do mnie także. Ale to chyba nieodłączna cecha tych osób, które kochają ludzi i świat. I właśnie tej miłości można się od niej uczyć. Barbara Stanisławczyk - reportażystka, pisarka i dziennikarka: Byłam dzieckiem, kiedy ona była już bardzo popularną piosenkarką. Już wtedy ta jej muzyka wydawała mi się autentyczna. Odbierałam ją jako coś, co ma szansę przetrwać. Kiedy Anna Jantar zginęła, przypomniała

Wiera z ukochanym pieskiem (fot.: Wydawnictwo Literackie), poniżej - w paryskim mieszkaniu 11 listopada 2003 r. (fot.: Jerzy Płaczkiewicz)

Fot.: bursztynowa-dziewczyna.bloog.pl

10 czerwca mija 63. rocznica urodzin piosenkarki nazywanej Słoneczną Gwiazdą czy Bursztynową Dziewczyną. Nadal inspiruje młodych wykonawców z różnych kręgów muzycznych, stylistów mody, a przede wszystkim słuchaczy w każdym wieku. Co sprawia, że 33 lata od jej tragicznej śmierci jest nadal tak chętnie słuchana? Monika Grzebuła

mi się jej „prorocza” piosenka „Nic nie może wiecznie trwać”. Mam też ciekawe wspomnienie związane z… kreacjami Anny Jantar. Pamiętam festiwal, na którym ona wystąpiła w komplecie: bluzce w biało-czerwone groszki i białych spodniach. Moja mama szyła mi różne ładne rzeczy i wykonała dla mnie też ten strój Anny Jantar. Nosiłam go kilka lat. Jako redaktor naczelna „Sukcesu”, poznałam córkę Anny. Piosenki Natalki są naturalną kontynuacją twórczości jej mamy, ich głosy są tak podobne.

Michał Niemiec - wokalista i producent: Anna Jantar, a właściwie Anna Maria Szmeterling, była artystką nietuzinkową. Na koncercie „Życia mała garść” poświęconego tragicznie zmarłej artystce oraz jej mężowi Jarosławowi Kukulskiemu ludzie płakali. A od śmierci Anny Jantar minęły już ponad 33 lata. To pokazuje, jak ważną była artystką w pamięci i świadomości Polaków. Jej piosenki były o czymś: z jednej strony pogodne i radosne, z drugiej skłaniające do refleksji, a nawet zadumy. Kiedyś sama o sobie powiedziała: „Pragnę, aby zdobiło mnie

przede wszystkim moje serce, które stoi otworem dla wszystkich ludzi”. To wyjątkowe słowa, na które nie każdy, zwłaszcza młody artysta, by się zdobył. W pamięci swoich fanów pozostanie na zawsze wokalistką, która swoim ciepłym głosem potrafiła dotrzeć do wszystkich, przekazać coś swoimi piosenkami, dawać z siebie emocje i energię innym. Córka Anny Jantar - Natalia Kukulska na swoich koncertach do dziś wykonuje przebój swojej mamy „Tyle słońca w całym mieście” i jestem pewien, że za każdym razem Anna Jantar wykonuje tą piosenkę razem z Natalią.


14 / REKLAMA


PRAWO / 15

Osoby, którym przyznano zasiłek rodzinny często nie wgłębiają się zbyt dokładnie w treść decyzji, co staje się z czasem przyczyną bardzo poważnych kłopotów.

Nienależnie pobrane świadczenia rodzinne Karol Boński

Otóż w decyzji przyznającej świadczenia rodzinne znajduje się pouczenie, iż w przypadku wystąpienia szeregu zmian - m.in. w liczbie członków rodziny, a zwłaszcza uzyskania dochodu, osoba, której przyznano świadczenia jest obowiązana do niezwłocznego powiadomienia o tym organu wypłacającego świadczenia rodzinne. Takie zmiany, jak chociażby zwiększenie dochodu i przekroczenie odpowiedniego kryterium, warunkującego przyznanie zasiłku, mogą mieć wpływ na prawo do świadczeń rodzinnych, powodując nierzadko, że świadczenia te nie będą mogły przysługiwać.

W takiej sytuacji organ wypłacający świadczenie może dojść do wniosku, iż zasiłek rodzinny został pobrany nienależnie. W tym celu organ administracji publicznej wydaje stosowną

decyzję administracyjną o uznaniu pobranych świadczeń za nienależne. W chwili, gdy decyzja ta stanie się ostateczną, organ może żądać zwrotu nienależnie wypłaconych kwot. Nierzadko będą to bardzo poważne sumy, szczególnie dla osób, którym świadczenia rodzinne przysługują, a więc żyjących na granicy ubóstwa. Co wiec w takiej sytuacji robić? Pozostaje złożenie odwołania od takiej decyzji,

REKLAMA

a także wniosku o umorzenie, odroczenie terminu płatności kwot nienależnie pobranych świadczeń rodzinnych albo rozłożenie ich na raty, co należy uzasadnić szczególnymi okolicznościami. Z pewnością jednak tak nieprzyjemnych sytuacji można uniknąć wyłącznie poprzez współpracę z podmiotem wypłacającym świadczenia, a także dokładne przeczytanie i zastosowanie się do pouczenia umieszczonego w decyzji. Na marginesie nadmienić należy, iż podobne mechanizmy dotyczące nienależnie pobranych świadczeń, zostały przewidziane także m.in. w przypadku pomocy społecznej i świadczeń z funduszu alimentacyjnego.


16 / FINANSE

Szkoła Inwestowania nr 111 Od kilkunastu miesięcy obserwujemy silne wzrosty na zachodnich giełdach, a wyniki funduszy inwestujących w akcje za granicą są naprawdę imponujące. Zgoła odmiennie wyglądało to na naszym rynku, który od początku 2013 roku sukcesywnie słabł. Tak było jednak do niedawna. Spróbujemy dziś zastanowić się, czy oto nie nadchodzi dobry moment, by tej słabości naszej giełdy nie wykorzystać.

Czy już czas na akcje? Bartłomiej Grochulski

Zebraliśmy kilka opinii analityków i zarządzających z zaprzyjaźnionych towarzystw funduszy inwestycyjnych, by zastanowić się nad właściwym momentem na ryzykowne transakcje. Jako ryzykowne należy potraktować inwestycje w fundusze inwestujące część bądź całość swoich aktywów w rozwiązania akcyjne. Polski rynek akcji w ostatnich tygodniach odnotował wzrosty. Były one nawet większe niż średnia z giełd światowych. Wydaje się (choć może jest to zbyt optymistyczne), że obawy związane z „reformą OFE” zostały już zdyskontowane - każdy miał czas na dostosowanie swoich pozycji do podwyższonego ryzyka. Pomógł też raczej dobry sezon wyników. W sytuacji niepokoju związanego z sytuacją polskiej gospodarki, wyniki spółek pokazały, że zasadniczo na poziomie mikro nie dzieje się nic groźnego, a wiele małych i średnich podmiotów potrafiło pozytywnie zaskoczyć inwestorów. Czy to wystarczy na przełamanie dotychczasowej relatywnej słabości polskiej giełdy? Są na to szanse, zważywszy na to, że dystans do nadrobienia jest naprawdę duży, a wyceny niskie. Indeks mWIG40 w poniedziałek osiągnął tegoroczny szczyt (2 788,61 pkt), nadrabiając marcowo-kwietniowe spadki i powoli docierając do szczytów osiągniętych przed załamaniem rynku w 2011 roku. Do maksimum z 7 kwietnia 2011 roku brakuje już tyl-

ko +7%. Znacznie dłuższą drogę do szczytów z I połowy 2011 r. ma przed sobą WIG (+9%), WIG20 (+23%) i sWIG80 (+17%). Skoro zyskują rynki rozwinięte, a strefa euro się nie rozpada, to kiedy przyjdzie ten oczekiwany kapitał, który ruszy do zakupów na naszym przecenionym rynku? Wiemy, że jego część płynie na rynek obligacji, których rentowności spadają i są najniższe w historii. Ale wiadomo też, że obligacyjne eldorado nie może trwać wiecznie. Koniec szans na wysokie zyski z obligacji to warunek konieczny giełdowej hossy, ale nie wystarczający. Ten drugi świetnie wypełniają już klasycznie media. Im więcej słychać o wzrostach i zyskach, tym bliżej korekty i spadków. Im więcej o problemach i kryzysie, tym bliżej odbicia giełdowego i gospodarczego. Niektórzy zarządzający jednak nie widzą przesłanek przemawiających za inwestycja-

mi na polskim rynku akcji. W ich opinii gorsze od oczekiwań dane dla rodzimej gospodarki nie napawają optymizmem na najbliższe miesiące. Pod znakiem zapytania stoi także oczekiwane ożywienie w drugiej połowie roku. Ostatnia rewizja prognozy wzrostu PKB na 2013 (z 2,2% do 1,5%), dokonana przez Ministerstwo Finansów, tylko potwierdza silne spowolnienie. Do tego dochodzą potencjalne zmiany w systemie emerytalnym. Niektóre z nich, obecnie znajdujące się na etapie rozważań, mogą się negatywnie odbić na krajowym rynku akcji. Od początku roku średnia stopa zwrotu funduszy akcji polskich uniwersalnych oscyluje w okolicach zera. Rynek globalny: W ubiegłym tygodniu większość giełd kontynuowała wzrosty. Indeksy amerykańskie, japońskie czy niemieckie pną się do góry i biją kolejne rekordy na przekór zasadzie „sell in May and go away”. I to wszystko dzieje

się w sytuacji, gdy napływające od 2 miesięcy dane dla najważniejszych gospodarek światowych są raczej poniżej oczekiwań. Inwestorzy po prostu wierzą w skuteczność działań japońskiego banku centralnego (sprawdź wyniki funduszy akcji globalnych rynków rozwiniętych). Nie budzi już większych obaw także sytuacja w Europie widmo rozpadu strefy euro przestało dawno straszyć i inwestorzy liczą na rychłe wyjście Europy z obecnej, płytkiej recesji. Zarządzający większości TFI podtrzymują swoje pozytywne rekomendacje dla zagranicznych rynków akcji. Na szczególną uwagę inwestorów zasługują Stany Zjednoczone. Od początku roku indeks S&P 500 urósł już prawie o +16%, zaś Dow Jones zyskał 1 pkt proc. więcej. Zdaniem ekspertów towarzystwa, za oceanem widać fundamentalną poprawę wskaźników gospodarczych, co powinno skutkować dalszymi zwyżkami indeksów giełdowych. Hossę na Wall Street dostrzegli też klienci krajowych TFI. W kwietniu bilans sprzedaży funduszy akcji amerykańskich wyniósł +4,4 mln zł - to najlepszy wynik od 4 lat. Czytając powyższe opinie, rodzi się pytanie: czy faktycznie w tej chwili jest ten najlepszy moment na inwestycje w akcje? Warto więc zastanowić się dokładnie, w którym momencie cyklu obecnie jesteśmy? Która jest godzina na ekonomicznym zegarze?

Fundacja na rzecz dobrego inwestowania

ul. Mysia 5, 00 - 496 Warszawa, tel.: 22 596 53 12


Dobry Znak