Issuu on Google+

display

1

magazine

www.displaymag.pl

Wrzesień 2013

Nr 9/2013 (03)

Jobs

Kandydat do złotych malin? THE TWIN HORIZON Wywiad z twórcą

FIFA 14 Co nowego w drużynie EA?

iPAD MINI 2 Ostatnia szansa Apple?


display

2

magazine

display magazine

Od redaktora Skończyły się wakacje, a to oznacza, że drinki z parasolką trzeba odłożyć na bok. Z pewnością wszystkim będzie brakowało grillowania ze znajomymi, czy opalania się na plaży. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Lato to okres, w którym niewiele się dzieje, jeśli chodzi o premiery nowych produktów, dlatego teraz rynek ponownie nabierze tempa. Aczkolwiek, zanim otworzycie okna przeglądarki, aby poszukać powiewu świeżości, zobaczcie, co dla Was przygotowaliśmy we wrześniowym numerze. Electronic Arts wypuści w tym miesiącu kolejną odsłonę FIFY, dlatego Bartosz Paczyński przygotował artykuł, podsumowujący najistotniejsze zmiany, jakie zostaną wprowadzone w edycji, opatrzonej numerkiem „14”. W dziale aplikacji mobilnych czai się recenzja The Twin Horizon, polskiej gry RPG, oraz wywiad z jej twórcą. Polecam także recenzję Plants vs. Zombies 2, którą przygotował dla Was Maciej Kowalski. Rzućcie okiem na dział filmowy – obejrzałem Jobsa. Chociaż bilbordy głosiły hasło „szukaj inspiracji”, jedyne co znalazłem w kinie, to olbrzymie rozczarowanie. Na osłodę pozostaje nam świetny film Elysium, o którym rozpisał się Maciej. W dziale muzycznym nie powinniście przejść obojętnie obok artykułu o zapomnianej płycie grupy Sleep, a także szczegółowych informacji o iTunes Festival 2013. Fani technologicznych nowinek powinni zerknąć na artykuł o iPadzie Mini 2, natomiast fanów lotnictwa, z pewnością zainteresuje kolejna część artykułu o spełnianiu lotniczych marzeń, który przygotował Mateusz Krauza. Na deser polecam tekst o kupowaniu fanów na popularnych portalach społecznościowych oraz konkurs z cennymi nagrodami! Życzę miłej lektury. Kamil Jankowski Redaktor naczelny NR. 9/2013 (3) Wrzesień 2013 REDAKTOR NACZELNY Kamil Jankowski

ZASTĘPCA REDAKTORA NACZELNEGO Paweł Józefiak

REDAKCJA

AKF Maciej Kowalski Mateusz Krauza Aleksander Lis Marek Kamil Myśliński Bartosz Paczyński

KOREKTA

Bartłomiej Piltz

PROJEKT GRAFICZNY I PRZYGOTOWANIE DO PUBLIKACJI Adam Malinowski Katarzyna Płaczek

KONTAKT: redakcja@displaymag.pl

NASZE STRONY:

www.displaymag.pl www.facebook.com/displaymag www.twitter.com/displaymag

Masz pytania? Chcesz wyrazić swoją opinię? A może chcesz nam wysłać zdjęcie z wakacji? Pisz śmiało na: redakcja@displaymag.pl

f


display

3

magazine

GRY KOMPUTEROWE .........................................3 Wspominamy Tiberium.........................7 ETS 2: Going East! Ekspansja Polska..............9 Civilization Online...............................11 Command & Conquer............................10 Baldur’s Gate II: Enhanced Edition.........................10 FIFA14

FILM ...............................20 Elizjum.............................24 Nasze Matki, Nasi Ojcowie.............28 Diana...............................30 Paranoja..............................30

GRY I APLIKACJE MOBILNE ............................ 12 Wywiad z Michałem Knaseckim.................15 Plants vs. Zombies 2......................... 16 Freedom...................................16 Righteous Kill 2: Revenge of the poet killer.....18 Silk.......................................19 The Twin Horizon

Muzyka

Jobs

....................32 Odkurzamy stare płyty - Dopesmoker........32 Eminem is back..............................33 iTunes Festival 2013..........................33 Comfort and Happiness

SPRZĘT ....................................34 Zamień swój pokój w kabinę pilota. Część II..........36 Kolorowe słuchawki do smartfonów.................38 Evga Supernova 1000 P2........................38 HTC One Max.................................33 Magellan Echo............................33 Nokia Lumia 1020............................33 All-In-One od LG............................33 iPad mini 2

NA DESER ........44 Konkurs............................41

Młody haker farmę miał

Wszelkiego rodzaju artykuły oraz grafiki objęte są prawem autorskim wydawcy Display Magazine, ich autorów lub osób trzecich. Komercyjne wykorzystywanie materiałów zamieszczonych w Display Magazine, bez pisemnej zgody właściciela, jest zabronione i grozi odpowiedzialnością karną. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w piśmie są zastrzeżonymi znakami towarowymi lub zastrzeżonymi odpowiednich firm i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych. Redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam.


4

display magazine

F I FA 14

Co nowego? Parafrazując słowa Benjamina Franklina, rzec można, że w życiu pewne są tylko trzy rzeczy - śmierć, podatki i… kolejna odsłona FIFY. Pozwólcie, że dwie pierwsze kwestie przemilczę, koncentrując się na ikonie gier piłkarskich, tym razem okraszonej numerkiem „14”, która - standardowo - ukaże się pod koniec września. W niniejszym tekście postarałam się przedstawić wszystkie nowinki, których możemy się spodziewać w najnowszej odsłonie tej znakomitej „kopanki”.


display magazine

FIFA 14

5 Bartosz Paczyński


6 Bartosz Paczyński

>>Kontrola nad piłką Wszyscy marzymy o symulatorze piłki nożnej, w którym postacie piłkarzy oraz ich ruchy będą idealnie odwzorowane. Producenci z EA Sports Canada doskonale zdają sobie z tego sprawę i z roku na rok udoskonalają te elementy. Gracze narzekali na kontrolę nad piłką, więc w FIFIE 14 ma to być poprawione. Zmodyfikowano skręty zawodnika, kiedy ten zasuwa z piłką. W poprzednich edycjach, „kopacze” mogli obracać się jedynie o 22.5 stopnia, co powodowało, że ruchy były sztuczne i mechaniczne. Ta wada nie pozwalała graczowi rozwinąć skrzydeł.

display magazine

FIFA 14

Mieliśmy ograniczoną kreatywność. Toteż najpopularniejsza taktyka polegała na rajdzie z piłką wzdłuż bocznej linii i dośrodkowaniu w pole karne, strzale na bramkę i - ewentualnie - golu.

>>Wykończenie akcji W piłce nożnej liczą się gole, więc kluczowym elementem jest wykończenie akcji. W nowej odsłonie FIFY, EA Sports poprawiło ten element, a dokładniej - strzał na bramkę i fizykę piłki. Electronic Arts wprowadza nową funkcję „pure shot”, dzięki której zawodnik stara się ustawiać optymalnie do każdego strzału na bramkę. Ma

to doprowadzić do zniwelowania problemów z kiepskimi strzałami, z poprzednich edycji FIFY, które wydawały się, że muszą zakończyć się golem, tymczasem piłka lądowała gdzieś wysoko w trybunach. W FIFA 14 trajektoria lotu piłki ma być bliższa rzeczywistości. Piłka powinna wpadać do bramki bardziej podkręcona, a siła i technika naszego strzału ma mieć większy wpływ na to, czy „gała” opada, czy szybuje coraz wyżej. Dzięki temu odwzorowanie charakterystycznych uderzeń niektórych piłkarzy, takich jak Cristiano Ronaldo, będzie bliskie ideałowi.


display magazine

FIFA 14

>>Inteligenty team Wiele razy miałem pomysł na efektowną akcję, która najpewniej zakończyłaby się spektakularną bramką. No tak, brzmi pięknie, ale zawodnik kontrolowany przez komputer nie wbiegł w „uliczkę”, prostopadłe podanie nie wyszło i akcja spaliła na panewce. W FIFA 14 obrońcy i atakujący, sterowani przez komputer, mają zachowywać się o wiele mądrzej. Będą myśleć szybciej i ułatwiać nam grę, a nie utrudniać. Defensorzy mają działać wspólnie i zmieniać taktykę gry wedle potrzeby. Drużyna będzie także bronić się bliżej środka pola.

>>Treningi i wyzwania Nie zapominajmy o treningach i wyzwaniach piłkarskich, zapewniających optymalną rozgrzewkę przed meczami w sezonie. Producenci gry zapewnili, że będziemy mogli trenować swoje umiejętności, na przykład strzelając na bramkę, mając do wyboru wiele piłek na boisku. Obiecano też kilka nowych mini-gierek, w których poćwiczymy odbiory piłki i różne ustawienia formacji.

>>Podsumowanie FIFA 14 ma nas zaskoczyć. Wszyscy o tym wiemy, lecz nie do końca w to wierzymy. Nowości są ciekawe, ale jak wypadną w praniu? Ciężko wyrokować. Z pewnością mądrzejsi będziemy już za kilka dni, gdyż na 10 września zapowiedziano wypuszczenie wersji demonstracyjnej gry. Jeżeli chodzi o smaczki w pełnej wersji (premiera 25 września), należy odnotować powrót stadionu FC Barcelony - Camp Nou - oraz obecność Roberta Lewandowskiego na polskiej okładce FIFY 14. Odkurzyłem już pada i czekam na kolejną dawkę emocji w najlepszym symulatorze piłki nożnej! Wydawca: Electronic Arts Gatunek: sportowa Platforma: PC, PS3, PS4, X360, XONE Oczekiwania: 6+

7 Bartosz Paczyński


8 Aleksander Lis

display magazine

Wspominamy Tiberium

To mógł być najlepszy FPS ostatnich 20 lat! Wspominamy Tiberium.

Tiberium, FPS spod dłuta Electronic Arts, miał być hitem. Co z tego wyszło? Hmm… Za chwilę się przekonacie. Po kolei jednak. Jestem wielkim fanem serii Command & Conquer, szczególnie odsłon osadzonych w uniwersum Tiberium. Kiedy zapowiedziano strzelankę opartą na rzeczonym, pomyślałem: „To będzie gra roku!”. Minął jakiś czas... Przemierzając bezkres internetowej czeluści, natknąłem się na szokującą informację. Zdębiałem! „EA wstrzymuje prace nad Tiberium”. Jak to? O co chodzi? Pytania mnożyły się, niczym króliki na australijskiej prerii. Potężni „Elektronicy”, nie wstrzymaliby przecież prac, nad jednym ze swoich flagowych projektów, ot tak - bez powodu. Coś tu śmierdziało, ewidentnie. Tytuł osadzony miał być w świecie, w którym EA czuje się doskonale, lokując w nim gry od kilkunastu lat. Dodatkowo nie po raz pierwszy, mielibyśmy sposobność stanąć do walki nie jako generał, lecz członek sił specjalnych. Taką rolę odgrywaliśmy w C&C Renegade z 2002 roku. Skoro mechanika rozgrywki nie była pierwszyzną dla dewelopera, skąd to niespodziewane porzucenie projektu? Z oficjalnego oświadczenia EA wynika, że gra nie spełniała wysokich norm jakości koncernu, co według giganta - nie leżało w interesie ich, oraz konsumentów. Okej, można się z tym zgodzić. Nie chciałbym wydawać pieniędzy na grę, która nie dorasta do pięt konkurencyjnym produkcjom. Jednak, czy naprawdę nie było szans na dopracowanie Tiberium?

Gra została ujawniona w 2008 roku, dziwnym trafem dzień po przecieku na jej temat. Początkowo premierę przełożono na rok 2009, jednak jeszcze w 2008 roku wstrzymano prace. Ekipa Electronic Arts Los Angeles stwierdziła, że gdyby nawet dysponowała dodatkowymi pokładami czasu, nie byłaby w stanie dopieścić tytułu na tyle, by spełnił wspomniane już „normy”. Z jednej strony świadczy to o tym, że EA bardzo dba o wysoki poziom swoich produktów i szczegółowo sprawdza wszystkie projekty, z drugiej - nie przeszkodziło im to dopuścić do sprzedaży takiego zakalca, jak C&C 4: Tiberian Twilight. Nieco bez sensu, przyznajcie. W materiałach prasowych Tiberium jawiło się, jako taktyczna wersja sagi Call of Duty. Dodano możliwość dowodzenia niewielkim oddziałem oraz wzywania wsparcia bojowego - od zwykłego ostrzału artyleryjskiego, przez nalot sił powietrznych, na orbitalnym dziale jonowym kończąc. Trzeba przyznać, że miało to ręce i nogi. Co zatem poszło nie tak, skoro projekt wylądował w koszu? Stawiam na tzw. „level design” i ogólną grywalność. Wystarczy spojrzeć na Battlefielda 3. Zachwyca trybem multiplayer, który pod względem technicznym i gameplay’owym prezentuje się wyśmienicie. Kampania dla pojedynczego gracza to zupełnie inna para kaloszy, w skrócie - kompletna porażka. Poza ładną grafiką nie ma tam praktycznie niczego, co przyciągnęłoby mnie do komputera na dłużej niż 2 godziny. Jeżeli w Tiberium, nastawionym ewidentnie na tryb singleplayer, kampania byłaby na podob-

nym poziomie, cieszę się, że produkcję anulowano. Chyba nie będzie przesadnym, stwierdzenie, że uniwersum przedstawione w Tiberium urosło niemal do rozmiarów Warhammera 40 000. Po katastrofie z 1995 roku na świecie wybuchały liczne konflikty, dodatkowo skażenie obejmowało coraz to większe połacie naszej planety. Akcja gry przypada na koniec lat 50-tych XXI wieku, czyli dekadę po III wojnie o Tiberium. Taka baza fabularna dawała duże pole do popisu scenarzystom z Electronic Arts. Szkoda, że nie wykorzystano tego potencjału… Należy odnotować, iż w momencie powstawania Tiberium, „Elektronicy” dłubali także przy Command & Conquer: Red Alert 3, co mogło przyczynić się do porzucenia prac nad tym pierwszym tytułem. Wiadomo, dobro jednego z „flagowców” giganta jest dla niego najważniejsze. Jeżeli tak w istocie było, zrozumiem. C&C Red Alert 3 to arcydzieło gatunku. Warto nadmienić, że Tiberium to nie jedyna strzelanka bazująca na marce C&C, którą Electronic Arts olali. Tożsamy los podzielił Renegade 2, który miał nawiązywać do uniwersum Red Alert. Słowem końca. Jeżeli studio, które uznało, że w ręce graczy można oddać C&C 4: Tiberium Twilight - gniota jakich mało - decyduje się skreślić z listy wydawniczej Tiberium, zapowiadał się niezły syf, którego najmocniejszą stroną - w zasadzie jedyną - byłoby uniwersum. Tak sądzę.

.


display magazine

Maciej Kowalski

Euro Truck Simulator 2

Jedziemy na wschód!

Euro Truck Simulator 2: Going East! Ekspansja Polska Symulatory ciężarówek cieszą się w naszym kraju gigantyczną popularnością. Pod względem wyników sprzedaży śmiało mogą konkurować z największymi przebojami z pierwszych stron gazet. Zapowiedziany na jesień dodatek do „Euro Truck Simulator 2”, ucieszy więc wielu polskich graczy. Zwłaszcza że zabierze ich w rodzinne strony. „Going East! Ekspansja Polska” oferuje aż 13 nowych miast w Polsce, Czechach, Słowacji i na Węgrzech. Do znanych z wersji podstawowej Szczecina, Poznania i Wrocławia dołączą: Białystok, Lublin, Olsztyn, Warszawa, Łódź, Kraków, Gdańsk oraz Katowice, a także Ostrawa, Bańska Bystrzyca, Koszyce, Debreczyn i Budapeszt. Charakterystyczne budynki, takie jak Wawel czy Pałac Kultury i Nauki oraz piękne mazurskie jeziora, to oczywiście nie jedyne atrakcje rozszerzenia. Zmieni się też charakter tras. Szerokie, proste jak strzała autostrady Niemiec i Francji, ustąpią miejsca wąskim, krętym, wiecznie remontowanym, pamiętającym czasy Gierka drogom. Pojawią się również nowe maszyny i ładunki. Będzie bardziej swojsko. Czy fajniej? Zobaczymy!

Maciej Kowalski

Civilization Online Najbardziej zasłużone serie gier strategicznych powoli przenoszą się do sieci. Fani mogą już zagrać w „Settlers Online” i „Anno Online”, a niedługo stworzą również własną cywilizację. Powstająca w dalekiej Korei gra „Civilization Online” pozwoli im wyruszyć w podróż przez starożytność i średniowiecze, aż po czasy współczesne. Wszystko po to, by pokonać rywali albo wysłać statek w kosmos. W odróżnieniu od oryginału gracz nie będzie generałem, a jedynie małym trybikiem w potężnej machinie zwanej „cywilizacją”. W drodze demokratycznych wyborów wskaże swoich przełożonych, w tym burmistrzów miast i dowódców. Zakres obowiązków otrzyma spory. Będzie musiał odkrywać dziewicze lądy, tworzyć coraz to nowsze wynalazki, wznosić cuda architektury i pomagać w wojnach z innymi nacjami. Skorzysta też ze szpiegów, którzy doniosą mu o odkryciach i ruchach przeciwników. Sid Meier, autor oryginału, nie bierze udziału w pracach nad grą, choć pomysł i kierunek rozwoju serii zaakceptował. Program działa na silniku CryEngine3 i pojawi się w sieci pod koniec roku.

Wydawca: SCS Software Gatunek: symulator Platforma: PC Cena: około 40 zł Oczekiwania: 7

Civilization Online

9


10

display magazine

Aleksander Lis

Command & Conquer

Darmowe Command & Conquer Command & Conquer to - mimo braku numeracji, czy innych podtytułów - kolejna gra z tej zasłużonej serii, która w najbliższym czasie wyląduje na półkach sklepowych. Akcja umiejscowiona jest w uniwersum „Generals”. Do dyspozycji mamy tradycyjnie trzy frakcje. Tym razem padło na USA, Chiny oraz organizację terrorystyczną. To, co odróżnia tę odsłonę od poprzedniczek

jest fakt, że tytuł ukaże się w formie darmowej gry online. Kolejna nowość to silnik, na którym będzie śmigał - Frostbite 2, znanym z Battlefield 3. Możemy być zatem spokojni o wysoką dynamikę rozgrywki oraz oprawę graficzną. Twórcy muszą się postarać, żeby odbudować nadszarpniętą reputację po wtopie, jaką niewątpliwie było C&C 4: Tiberium Twilight, o którym możecie przeczytać

Baldur’s Gate II: EE

więcej w moim artykule na stronie 9. Podziwiając materiały wideo z opisywanej odsłony, jestem niemal pewien, że dadzą radę. Zapowiada się naprawdę konkretna solidna produkcja! Gatunek: RTS Platforma: PC Data Premiery: 2014 Oczekiwania: 7+

Bartosz Paczyński

Baldur’s Gate II: EE trafi na PC i Maca! Oto nadchodzi Baldur’s Gate II: Enhanced Edition, czyli odświeżona edycja drugiej odsłony legendarnego cyklu gier role-playing. Studio Overhaul Games obiecuje, że zajmie się nie tylko poprawą oprawy audiowizualnej, ale także wprowadzeniem kilku usprawnień i rozszerzeń do rozgrywki. Premiera Baldur’s Gate II: Enhanced Edition została zaplanowana na 15 listopada. Gra ukaże się wpierw na komputerach osobistych i Makach, jednakże w przyszłości możemy spodziewać się jej premiery również na urządzeniach z systemem operacyjnym Android i iOS. Młodszemu pokoleniu, które prawdopodobnie nigdy nie miało styczności z serią Baldur’s Gate, wyjaśniamy, że jest to produkcja, która przenosi nas w fantastyczny świat krain zapomnianych,

gdzie wcielamy się w syna Boga Mordu, Bhaala. Po odniesieniu zwycięstwa nad jednym ze swoich braci, Sarevoka, razem z drużyną zostajemy porwani przez Irenicusa. W krótkim czasie udaje nam się wydostać z jego kryjówki, mieszczącej się w Amn. Niestety nasza przyrodnia siostra nie miała tyle szczęścia, więc gracz musi ruszyć jej na ratunek. Przed nami długa i pełna niebezpieczeństw przygoda. Tytuł: Baldur’s Gate II: EE Wydawca: Overhaul Games  Platforma: PC, Mac Cena: $24,95 Oczekiwania: 8


display magazine

11


display

12

magazine

l

The Twin Horizon Recenzja polskiej gry Oraz wywiad z Michalem Knaseckim, , . Niezaleznym tworca,


display magazine

The Twin Horizon

Polski rynek gier ciągle się rozwija, a rodzimi deweloperzy coraz częściej dostrzegają potencjał drzemiący w App Store, czy Google Play - internetowych sklepikach dla urządzeń mobilnych. Jednym z nich jest Michał Knasecki, który niedawno wydał jedną z pierwszych polskich gier RPG, przeznaczonych na iGadżety.

13 Aleksander Lis


14 Aleksander Lis

display magazine

The Twin Horizon

The Twin Horizon W dzisiejszych czasach studia deweloperskie zatrudniają od kilkunastu, do kilkuset osób, programujących, testujących i promujących tworzone przez siebie aplikacje. Studio Full Steam Ahead Games jest wyjątkiem. Michał Knasecki w pojedynkę wykonał praktycznie całą robotę - zajął się otoczką graficzką, a także spędził długie godziny na wyszukiwaniu błędów i niedociągnięć The Twin Horizon, przy drobnej pomocy rodziny i znajomych, ale to szczegół. Fabuła recenzowanej produkcji nie grzeszy pomysłowością. Główny bohater to syn rolnika, którego spokojne życie, brutalnie przerywa tragiczne zdarzenie - ukochany ojciec zostaje ugodzony trującym ostrzem. Gwarantem uzdrowienia jest specjalny eliksir. Niestety, antidotum potrafi przyrządzić wyłącznie pewien Mędrzec, który jak na złość - przepadł bez wieści kilka lat temu. Zadaniem gracza - co oczywiste - jest niezwłoczne odnalezienie starca, a co za tym idzie uratowanie życia tacie protagonisty. Chociaż historia wydaje się niezgorsza, w rzeczywistości jest nudna jak flaki z olejem. Mimo że The Twin Horizon należy do gatunku

RPG, brak tu otwartego świata. W zamian otrzymacie kilka małych lokacji. Podczas przygody odwiedzicie między innymi wioskę Denmory, lesiste obszary Oakwood oraz gnieżdżące się w okolicy jaskinie. Miejscówki są niewielkie i ubogie w detale. Po mapach poruszają się postacie niezależne, ale nie liczcie na prowadzenie z nimi dialogów. Napisać o nich, że po prostu są, to wszystko. W The Twin Horizon brakuje czegoś wyjątkowego, co sprawiłoby, że będziesz chciał poznać każdy sekret produkcji, odwiedzić każdy zakamarek. Mamy sklepy, questy i przeciwników, ale to nie działa tak jak powinno. Lubię grać w produkcje, w których czuję, że pcham historię naprzód, a podjęte przeze mnie decyzje, mają wpływ na dalsze losy bohatera. W przypadku The Twin Horizon, gracz jest pod tym względem zniewolony, gdyż fabuła prowadzi go za rękę, nie pozwalając na skoki w bok. Prz to produkcja Full Steam Ahead Games, pozostaje jedynie polską grą RPG. Nic ponadto. W The Twin Horizon mamy do czynienia z system rozwoju, albo dokładniej - namiastką tegoż. Za zabitych wrogów, otrzymujemy punkty doświadczenia, które wydajemy na zwiększenie

jednego z dwóch atrybutów – punktów zdrowia, lub siły. Bieda. Wiele osób narzeka na oprawę graficzną, mnie nie raziła specjalnie. Ot, rzemieślnicza robota. Niektóre obiekty może i wyglądają trochę tandetnie, ale biorąc pod uwagę, że produkcję tworzyła jedna osoba, rzekłbym - jest okej. Największą wadą The Twin Horizon jest stabilność. W trakcie ogrywania, tytuł kilkukrotnie mi się wyłączył, nie mogłem również odpalić mapy Oakwood - ekran stawał się czarny, a po chwili wywalało mnie z gry. Niestety, ponowna instalacja nie pomogła, co zaważyło na tym, że nie zdołałem ukończyć recenzowanego tytułu. Cóż, może to i nawet lepiej? Nie jestem w stanie ukryć rozczarowania. The Twin Horizon zapowiadało się obiecująco, wyszło jak zwykle - średnio. Gdyby w Full Steam Ahead Games pracował kilkuosobowy zespół, być może mielibyśmy jedno z najlepszych RPG roku, a tak mamy tylko grę na jeden wieczór. Polskiej produkcji daleko do statusu „must have”, aczkolwiek warto dać jej szansę, tym bardziej, że zakup to sprawy groszowe. Deweloper: Full Steam Ahead Games Platforma: iOS Cena: 0,89€ Ocena: 5-


display

15

magazine

Wywiad z Michałem Knaseckim

Wywiad z Michałem Knaseckim twórcą The Twin Horizon. Michał Knasiecki - rocznik 81, ojciec czteroletniego (przyszłego) inżyniera, od niedawna - hobbystycznie - niezależny twórca gier. DisplayMag: Skąd wziął się pomysł, aby wydać własną grę? 

DM: Ile czasu zajęła Ci praca nad The Twin Horizon? 

Michał Knasecki: Z zawodu jestem programistą i tworzę systemy pracujące na serwerach, ale zawsze pociągało mnie programowanie na mniejsze urządzenia, takie jak komórki czy tablety. Ostatnio platformy te rozwijają się tak dynamicznie, że postanowiłem spróbować swoich sił. Do wyboru miałem stworzenie jakiejś aplikacji narzędziowej lub gry. Wybór padł na branżę rozrywkową, ponieważ to jej przedstawiciele stanowią lwią część pobieranych dóbr. Biorąc pod uwagę, że jestem miłośnikiem gatunku RPG, pragnąłem stworzyć swój własny, mały świat. Tak narodził się The Twin Horizon.

MK: Dokładnie śledziłem czas, który poświęciłem na tworzenie gry. Trudno w to uwierzyć, ale zebrało się tego około 1000 godzin. Grę tworzyłem wyłącznie wieczorami oraz w weekendy, dlatego zajęło mi to, aż 18 miesięcy. Niestety tak długi okres produkcji odbił się na ocenach końcowych. Przez te 18 miesięcy, Apple wypuścił na rynek dwa nowe telefony, przez co moja gra – już w momencie premiery – była przestarzała. 

DM: Byłą jakaś gra, film, czy książka, którą inspirowałeś się podczas produkcji?

MK: Przy produkcji pomagała mi rodzina oraz znajomi. Nie ukrywam, że byli świetnymi scenarzystami i testerami, nie dałbym sobie bez nich rady.

MK: Jasne, uwielbiam serię Fable, co zresztą widać w niektórych miejscach, kiedy patrzy się na The Twin Horizon. Ponadto lubię Wiedźmina i niecierpliwie czekam na „trójkę”. Zobaczycie, że w przyszłym roku podbije serca graczy.

DM: Czy ktoś pomagał Ci przy produkcji? Znajomi dawali rady? Przyjaciele pomagali testować grę?

DM: A jak oceniasz polski rynek gier i aplikacji mobilnych?

DM: Co podoba Ci się najbardziej w The Twin Horizon?

MK: Moim zdaniem ten rynek nawet nie raczkuje, on pełza. Wystarczy spojrzeć na Znaki Drogowe. Napisałem tę aplikację dla mojego syna, a z ciekawości wrzuciłem ją do App Store. Ten prosty program ma uczyć dzieci, co oznaczają kolorowe tablice, które mijają podczas jazdy. Ponadto aplikacja ma wbudowany syntezator mowy, więc nie wymaga nadzoru osoby dorosłej. Znaki Drogowe trafiły do sklepu w listopadzie 2012 roku, są w pełni bezpłatne. Pod koniec 2012 roku, w okresie świątecznym, aplikacja została uznana za najlepszą darmową produkcję, w kategorii gry edukacyjne dla dzieci. Widząc, co udało mi się osiągnąć, postanowiłem sprawdzić ilość pobrań. Wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy okazało się, że jest ich ledwie 200. Jeśli 200 pobrań w okresie świątecznym pozwala wzbić się na szczyt listy, to wyobraźcie sobie, z jak ubogim rynkiem mamy do czynienia.

MK: Przede wszystkim to, że udało mi się ją ukończyć. Przez 18 miesięcy poświęcałem jej każdą wolną chwilę i wielokrotnie traciłem motywację do dalszej pracy. Początkowo zakładałem, że prace potrwająpół roku, a The Twin Horizon będzie posiadać sześć map. Prace nad grą się przedłużyły, więc zrezygnowałem z trzech lokalizacji, ale produkcja się ukazała. Poza tym jest to chyba pierwsza polska gra RPG na iOS, także jest to dla mnie duży powód do dumy. DM: Jest coś, co teraz wyeliminowałbyś ze swojej produkcji?  MK: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale jestem pewien, że kilka rzeczy zrobiłbym inaczej. Wiele osób narzeka na sterowanie postacią. Spędziłem nad testami tyle godzin, że szybko się do niego przyzwyczaiłem, przez co nie dostrzegłem tego problemu. Ponadto z chęcią poprawiłbym kilka animacji i modeli. DM: Zamierzasz żyć z produkcji gier, czy jest to dla Ciebie tylko hobby?  MK: To wyłącznie hobby. Mam zbyt mało czasu, aby móc poświęcić odpowiednio dużą uwagę na produkowanie gier. Ponadto rynek mobilny dynamicznie się rozwija, zaczynają dominować na nim wielkie firmy, podczas gdy mali deweloperzy, schodzą na dalszy plan, z powodu braku rozgłosu. Idealnym przykładem jest tutaj historia Owena Grossa, który poświęcił sześć miesięcy pracy i 32 000 dolarów na wydanie własnej aplikacji, a w ciągu dwóch miesięcy, program pobrano zaledwie 500 razy. Nie brzmi zachęcająco, prawda? Rzadko zdarza się, aby ktoś od razu odnosił sukces w App Store, czy Google Play. Zazwyczaj trzeba spróbować, wyciągnąć wnioski, poprawić kilka rzeczy i spróbować raz jeszcze.



DM: Fakt, to trochę przygnębiające. Jakie masz zatem plany na przyszłość? Będziesz rozwijał The Twin Horizon, zajmiesz się inną produkcją, czy może w ogóle porzucisz programowanie? MK: Aktualnie pracuję nad nową aplikację. Chcę sprawdzić, czy potrafię wyciągnąć wnioski i poprawić własne błędy. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale możecie spodziewać się casualowej produkcji, opartej o model freemium. Jeśli chodzi o The Twin Horizon, to możecie mieć pewność, że będę ją poprawiał i ulepszał. Nie wiem jednak, czy podejmę się prac nad częścią drugą. DM: Wielkie dzięki za wywiad. Mam nadzieję, że jeszcze o Tobie usłyszymy. MK: Dzięki, trzymajcie się!


16 Maciej Kowalski

display magazine

Plants vs. Zombies 2

Zombie powracają. Rośliny, drżyjcie! Plants vs. Zombies 2 Miliard dolarów (bez ćwierci) wydała firma Electronic Arts na niezależne studio PopCap Games. Ta transakcja zrobiła ogromne wrażenie na fanach i analitykach. Większość ludzi pukała się w głowy. Jaki jest sens płacić tak gigantyczne pieniądze za dwustu uzdolnionych programistów, grafików i inżynierów dźwięku? Przecież taniej byłoby ich podkupić! „Elektronikom” zależało jednak głównie na licencjach, w tym marce „Plants vs. Zombies”. W sieci właśnie ukazała się druga część tej niezwykłej strategii. Na szczęście nie jest skażona tanimi sztuczkami polegającymi na wyzyskiwaniu kasy na mikrotransakcjach. Te oczywiście są, ale nie trzeba z nich korzystać. Gra niewiele różni się od poprzedniej odsłony. Rośliny zajmują miejsca po lewej stronie ekranu, zaś zombiaki po prawej. Po chwili ruszają do ataku, a gracz musi zadbać, by nieumarli nie przedarli się

Mateusz Krauza

zbyt daleko. Nowe jednostki w sposób przyjemny zmieniają bieg rozgrywki i pozwalają fanom oryginału zastosować nowe strategie. Niejako przy okazji gracz zapuszcza się do starożytnego Egiptu, poznaje świat piratów i legendarny Dziki Zachód. Na każdej z tych lokacji, zaopatrzonych w stosowne mapy, czeka około pięćdziesięciu poziomów do przejścia. Pod względem technicznym „Plants vs. Zombies 2” przebija poprzednika. Jest bardziej kolorowo, poprawiono również animację i zwiększono liczbę drobnych smaczków. Oczywiście nie wszystkim brak większych zmian musi odpowiadać, ale… gra jest darmowa. Nikt nikogo na nic nie naciąga. Deweloper: PopCap Games Platformy: iOS Cena: darmowa Ocena: 8

Freedom

Uwolnij się od sieci. Recenzja Freedom. Każdy, kto pracuje przy komputerze, doskonale wie, jak trudno o skupienie, kiedy pospolite kliknięcie dzieli go od wyruszenia w podróż po najróżniejszych portalach społecznościowych, tudzież serwisach plotkarskich. Pokusa jest ogromna! Próbowałem walczyć z nią na wiele sposobów. A to wyłączałem powiadomienia, a to starałem się polegać na silnej woli i nie wchodzić na strony internetowe, które mogłyby pochłonąć moją uwagę na kilka godzin. Nic, dosłownie nic nie pomagało! Tak, jestem słabym człowiekiem… Na szczęście nie ja jeden. Fred Stutzman postanowił napisać aplikację, która odwróci naszą uwagę od współczesnych „rozpraszaczy”. Freedom, bo o niej mowa, pozwala odciąć dostęp do internetu na dowolnie wybrany czas, jednak nie dłuższy niż 8 godzin. Cóż, metoda jest wyjątkowo brutalna, ale trzeba przyznać, że spełnia swoje zadanie. Nie ma szans, aby połączyć się z siecią przed upływem wyznaczonego czasu. Freedom wie, że „sprawdzę tylko, co słychać na Facebooku” jest równoznaczne z „oderwę się od pracy na 30 minut”, dlatego nie liczcie na żadne przerwy. Aby odzyskać łącze, konieczny jest restart systemu. Nie da się ukryć, że aplikacja jest ciekawa, jednak jej funkcjonalność, znikoma. Większość osób, które pracują na komputerach, potrzebują stałego dostępu do internetu. Wystarczy spojrzeć na mnie. Aktualnie piszę dla Was artykuł, a jednocześnie sprawdzam w sieci informacje o deweloperze, cenie, czy platformach. Freedom - siłą rzeczy jest wyłączony, w przeciwnym razie nie mógłbym

wykonać swojej pracy. Inaczej mówiąc, aplikacja, która ma pomagać w pracy, jednocześnie w niej przeszkadza. Paradoks. Program Freda Stutzmana zasługuje na uwagę, szczególnie ze względu na niezwykle przejrzysty i banalny w obsłudze interfejs. Na głównym ekranie widnieją tylko podstawowe opcje. Tym bardziej zaskakuje cena. Freedom pozwala jedynie odciąć internet na wskazany czas, a za taką „przyjemność” każe sobie zapłacić ponad 30 zł! Przesada! Wolę pozostać przy starej, sprawdzonej metodzie, która wciąż działa niezawodnie – wyłączeniu routera.

Deweloper: Fred Stutzman Platformy: Mac, Windows Cena: 10 $ Ocena: 6


display magazine

17


18 Maciej Kowalski

display magazine

Righteous Kill 2: Revenge Of The Poet Killer

Być jak Sherlock Holmes. Recenzja Righteous Kill 2: Revenge Of The Poet Killer Klasyczne przygodówki są na smartfonach zjawiskiem stosunkowo rzadkim. Znacznie większą popularnością cieszą się gry polegające na wyszukiwaniu ukrytych przedmiotów. Niektóre z nich są naprawdę ciekawe i, podobnie jak Righteous Kill 2, potrafią zaskoczyć fabułą. Tytułowy zabójca zostawia na miejscach zbrodni krótkie liściki skierowane do stróżów prawa. Tropiąca go policjantka, skupia się jednak na starannym przeszukiwaniu kolejnych pomieszczeń i lokacji. Są one zagracone do granic możliwości. Przypominają śmietnik, na którym jakiś bałaganiarz dodatkowo poupychał tysiące przedmiotów. Wypatrzenie potrzebnych obiektów stanowi spore wyzwanie, na szczęście zawsze można skorzystać z podpowiedzi. To, co odróżnia Righteous Kill 2 od konkurencyjnych produkcji, to sensowny dobór owych gadżetów. W niektórych tytułach są one całkowicie przypadkowe, tu z reguły mają jakiś związek ze śledztwem. Monotonię poszukiwania twórcy starają się rozbić za pomocą mini-gier i zadań pobocznych zdejmowanie odcisków palców, składanie w całość podartych dokumentów, czy szukanie różnic na czterech zdjęciach tego samego pomieszczenia (tyle że każde zostało zrobione z innej perspektywy). Na plus zaliczyć też trzeba dobrą grafikę i klimatyczną oprawę dźwiękową. Righteous Kill 2 to po prostu udana, profesjonalnie przygotowana produkcja. Gratka dla miłośników gatunku. Deweloper: G5 Entertainment Platformy: iOS Cena: darmowa Ocena: 7


display

19

magazine

Bartosz Paczyński

Silk

Silk - uwolnij kreatywność. Wakacje już za nami, więc w komunikacji miejskiej ponownie zrobiło się tłoczno. Dojazd do pracy, czy szkoły można umilić sobie na wiele sposobów, najbardziej popularnym jest słuchanie muzyki. Zakładasz słuchawki, chowasz telefon do kieszeni i spoglądasz śpiącym wzrokiem na szare budynki za oknem. Znacie to, prawda? A co, jeśli nagle pojawi się w Waszej głowie, jakaś genialna wizja, którą koniecznie chcielibyście uwiecznić? To proste, włączacie Silk i pozwalacie działać swojej artystycznej duszy. Aplikacja pozwala stworzyć miniaturowe dzieła sztuki. Obsługa programu jest banalna, więc każdy może zostać współczesnym Da Vinci. Jeśli kolorowa wizja spłynie na was w tramwaju, czy podczas zakupów, wystarczy wybrać jeden z siedmiu kolorów oraz odpowiedni rodzaj spirali, i można zabierać się do roboty. Dodatkowo wenę podsyca przyjemna muzyka, przygrywająca w tle. Nasze arcydzieła możemy opublikować na Facebooku, Twitterze, czy wysłać znajomemu za pomocą e-maila. Silk jest nieskomplikowany, mimo to gwarantuje dobrą zabawę. Aplikacja z pewnością spodoba się dzieciakom, które lubią przecież rysować, tym bardziej palcem. Cena programu do najniższych nie należy, toteż przed ewentualnym zakupem radzę odwiedzić stronę weavesilk.com, na której możecie go bezpłatnie przetestować. Deweloper: Yuri Vishnevsky Platforma: iOS Cena: 2,69€ Ocena: 8

A Ty? Dokąd nas zabierzesz?


20

display magazine

Jobs.


display magazine

Jobs

21 Kamil Jankowski

Największą pasją Jobsa było tworzenie świetnych produktów. Najwyraźniej reżyser filmu, nie podziela tego zamiłowania. Gdyby Steve wciąż żył, z pewnością oceniłby produkcję Joshua Michaela Sterna, jako… gównianą.


22 Kamil Jankowski

Miesiąc temu skończyłem czytać biografię Jobsa, autorstwa Waltera Isaacsona. Chwała Bogu, że udało mi się dobrnąć do końca, zanim film zawitał do kin. Isaacson wszedł w życie Steve’a. Poznał je w każdym szczególe, od początku do końca, nic się przed nim nie ukryło. Wszystko, o czym dowiedział się od samego Jobsa, członków jego rodziny, czy współpracowników, przelał na papier. Dzięki takiemu oddaniu, czytelnik, nie tylko poznawał historię Apple, ale także niezwykłą osobowość Steve’a - człowieka, który nauczył nas myśleć inaczej. Produkcja Joshua Michaela Sterna niczego nie wyjaśnia, jest jedynie marną i niekompletną wizualizacją historii, znanej mi z 730-stronicowej

display magazine

Jobs

książki. Ktoś, kto nigdy nie poznał charakteru Jobsa, nie zrozumie, dlaczego uwielbiają go tłumy. Na premierze filmu towarzyszyła mi moja dziewczyna, która orientuje się w produktach Apple i wie, że gdyby nie Steve, dzisiejszy świat nie wyglądałby tak, jak wygląda. Niestety nie czytała jego biografii, więc oglądając film, widziała jak Jobs pracował, widziała jak się wściekał i widziała jak skupiał się na rozwijaniu swojej firmy. Widziała to wszystko, ale nigdy nie zrozumie, jakie było to dla niego ważne. Jak wielki nacisk kładł na każdy szczegół, choćby symetryczne ułożenie elementów płyty głównej. Produkcja Joshua Michaela Sterna przedstawia jedynie suche fakty. Widz, o ile jest w miarę

bystry, połapie się w tym, co dzieje się na ekranie, niemniej przyzna, że historia jest opowiedziana o wiele za szybko, przez co masę rzeczy pozostaje niewyjaśnione. Niech za przykład posłuży sytuacja, kiedy Jobs rozmawia ze swoim szefem w Atari, który zarzuca mu, że Steve cuchnie. Osoba, nie mająca styczności z książką Isaacsona, nie wie, że było to spowodowane obsesją Jobsa na punkcie frutarianizmu. To szczegół, ale przecież dla Jobsa to szczegóły właśnie były najważniejsze. Jak można było pominąć – nie oszukujmy się, te kilka sekund nie wyjaśniło niczego – podróży Steve’a do Indii?! Gdyby nie ten wyjazd, nigdy nie zrozumiałby buddyzmu, który przyczynił się do stworzenia tylu świetnych produktów Apple!  Scenariusz, mówiąc językiem Jobsa, jest gówniany. Zdaję sobie sprawę, że Matt Whiteley miał do dyspozycji zaledwie 122 minuty - to stanowczo za mało, by ukazać całą historię Steve’a. Trochę jednak szkoda, że produkcja kończy się nagle, w najmniej spodziewanym momencie. Ostatnim wydarzeniem – paradoksalnie pierwsza scena filmu – jest zamknięta prezentacja pierwszego iPoda. Nie ma nawet wzmianki o serwisie iTunes, iPhone’ie, czy iPadzie. Reżyser nie zdecydował się też na zaprezentowanie pierwszego sklepu Apple, a o zaangażowaniu Jobsa w rozwój studia Disney Pixar, nie ma nawet słowa. Nieco lepiej wygląda to w przypadku NeXT - tutaj przynajmniej dowiadujemy się, że Steve zajmował się czymś, kiedy wyrzucono go z Apple. W scenariuszu zabrakło również miejsca na poruszenie kwestii rodzinnych. Owszem, jest wątek z Lisą (w tej roli Annika Bertea), ale np. Laurene Jobs (żona Steve’a) gości na ekranie tylko przez chwilę i właściwie nie wiadomo, skąd się tam wzięła. Swoją drogą, momentami zastanawiałem się, czy tytuł filmu jest, aby na pewno, odpowiednio dobrany. Podsumujmy, większość produkcji skupia się na historii „jabłkowej marki”, a napisy końcowe oglądamy nie po śmierci jej twórcy, a w momencie,


display magazine

Jobs

gdy zabiera się on do reanimowania firmy. Jako ostatni kadr pojawia się krótka informacja, dzięki której widz dowiaduje się, że w 2012 roku, Apple osiągnęło największą wartość rynkową w dziejach ludzkości. Cóż, jeśli o mnie chodzi, wolałbym zobaczyć nekrolog wraz ze zdjęciem Steve’a. Chociaż scenariusz nie trafił w moje serce, to udało się to aktorom. Ashtonowi Kutcherowi poświęcę za chwilę oddzielny akapit, wpierw jednak wspomnę o pozostały postaciach, goszczących na ekranie. Nie mam pojęcia, czy jest to zasługa charakteryzatorów, ale praktycznie każdy – poza Jonathana Ive’a, bo to jest jakaś parodia – wygląda kropka w kropkę, jak osoba, którą gra. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Josh Gad (Steve Wozniak), Dermot Mulroney (Mike Markkula) oraz Abby Brammell (Laurene Jobs). Aktorzy to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu. Ashton Kutcher. 35-letni facet, którego mieliśmy okazję oglądać już w kilku świetnych produkcjach, m.in. Efekt Motyla, czy Sex Story, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Sposób, w jaki zagrał rolę Jobsa… Wow, po prostu wow! To trzeba zobaczyć! Ashton nie tylko wygląda, porusza się, czy gestykuluje jak wykapany Steve, ale ma nawet identyczny głos! Myślę, że za tę rolę należy mu się Oscar, albo 10! Niech ma, zasłużył sobie. Już dawno nie widziałem tak dobrze zagranej postaci. Panie Kutcher, chylę czoło. Idąc do kina, byłem w pełni świadomy, że nie wybieram się na film dokumentalny, a już tym bardziej na kino akcji. Mimo wszystko, wiedząc, że „Jobs” jest produkcją fabularną, liczyłem na dobrze opowiedzianą historię, która chwyci mnie za serce. Przyznacie, że nie są to duże wymagania? Jak się czułem, wstając z fotela? Byłem zawiedziony. Już po 30 minutach seansu zastanawiałem się, ile pozostało do końca. Teraz, kiedy ochłonąłem, wydaje mi się, że może miałem zbyt duże oczekiwania. W końcu Walter Isaacson potrzebował ponad 700 stron, aby opisać życie i osobowość Steve’a, więc nietrudno domyślić się, że twórcy „Jobsa” potrzebowaliby na podobny wyczyn jakieś cztery razy tyle czasu, który otrzymali. Gdyby poszli tą ścieżką, mało kto kupiłby bilety. Mimo wszystko, mam do nich olbrzymi żal, że zaledwie wspomnieli o historii człowieka, który zmienił świat, a nie ją przedstawili. Na ekranie widzimy jedynie wydarzenia z życia Steve’a, a nie jego osobowość. Reżyser skupił się na przedstawieniu dokonań Jobsa, a nie tego, jakim był człowiekiem, bo chociaż Ashton Kutcher chodzi jak Jobs, krzyczy jak Jobs i gestykuluje jak Jobs, nie odzwierciedla jego „pola zaburzania rzeczywistości” i emocjonalnego zaangażowania, które wkładał w każdy tworzony przez siebie produkt.

Tytuł polski: Jobs Tytuł oryginału: Jobs Premiera: 30 września 2013 Gatunek: fabularny Czas trwania: 122 minuty Reżyseria: Joshua Michael Stern Dystrybucja: Monolith Films Ocena: 4+

23 Kamil Jankowski


24

display magazine

Elysium

Kolejny sukces Neilla Blomkampa.


display magazine

Elizjum

25 Maciej Kowalski

Zapomnijcie o powszechnym dobrobycie. W przyszłości ludzi będzie zbyt wielu, by wszyscy byli szczęśliwi. Najbogatsi opuszczą przeludnioną, zanieczyszczoną Ziemię i przeniosą się na Elizjum - cylindryczny habitat unoszący się w przestrzeni kosmicznej. To prawdziwy raj gwarantujący nieśmiertelność. Jego mieszkańcy nie znają chorób, ani ciężkiej pracy, nie muszą martwić się o pieniądze. Niektórzy z nich bez ruszania się z domu – i w białych rękawiczkach – zarządzają gigantycznymi korporacjami. Ich malownicze wille zupełnie nie przypominają piekła, z jakim na co dzień styka się Max (w tej roli Matt Damon).


26 Maciej Kowalski

Główny bohater jest sierotą wychowaną przez zakonnice. W dzieciństwie nieraz marzył o bilecie na Elizjum. Kiedy dorósł, zrozumiał, że tak wielkich pieniędzy nie zdobędzie nigdy. Z czasem wpadł w złe towarzystwo, kradł drogie samochody i napadał na ludzi. W końcu szczęście przestało mu sprzyjać. Kilka lat więzienia o zaostrzonym rygorze skutecznie wybiło mu z głowy jakiekolwiek wariactwa. Teraz pracuje w zakładzie produkującym antropomorficzne roboty wojskowe. Codziennie rano wychodzi z domu i przez kilkanaście godzin obsługuje prehistoryczny sprzęt, by wieczorem paść ze zmęczenia na łóżko… Nie wie jeszcze, że czekają go zmiany. Spotka przyjaciółkę z dzieciństwa, będzie miał wypadek w pracy. Koniec końców podejmie dramatyczną decyzję o locie na Elizjum. Dramatyczną, bo zmuszającą go do podjęcia się trudnej misji. „Elizjum” to drugi pełnometrażowy film południowoafrykańskiego reżysera Neilla Blomkampa. Swój debiut, „Dystrykt 9”, nakręcił za niewielkie pieniądze. Produkcji tej poświęcił kilka lat życia i nadzorował niemal każdy etap powstawania. W efekcie stworzył takie dzieło, jakie sam chciał zobaczyć (a nie jego producent, księgowy i spec od marketingu). To bardzo rzadkie zjawisko w świecie zdominowanym przez wielkie wytwórnie. Rzadkie, ale i wartościowe, bo filmy niezależne stoją z reguły na znacznie wyższym poziomie niż hollywoodzkie produkcje. Blomkamp zdołał zainteresować „Dystryktem” widzów na całym świecie. Oczarował ich nietypowym stylem opowiadania, świetnymi zdjęciami oraz oszczędnymi, ciekawymi efektami specjalnymi. Najważniejszy był jednak alegoryczny scenariusz. Film teoretycznie opowiadał o kosmitach i ich pobycie na Ziemi. W rzeczywistości przedstawiał kraj apartheidu i podejmował próbę rozliczenia się z tym zjawiskiem. Kto wie, czy to nie ona zapewniła filmowi finansowy i festiwalowy sukces. „W Hollywood wart jesteś tyle, ile twój ostatni film”, mówi znane przysłowie. I rzeczywiście, „Dystrykt 9” otworzył Blomkampowi drzwi do gabinetów wpływowych ludzi, pozwalając mu zachować częściową niezależność. „Elizjum” kosztowało ponad 100 milionów dolarów - to widać! Efekty specjalne – zwłaszcza podczas projekcji w kinie typu IMAX – dosłownie wbijają w fotel! Statki kosmiczne, strzelaniny, bijatyki zrealizowano na najwyższym hollywoodzkim poziomie. Niezadowoleni będą jedynie ci, którzy nie lubią trzęsącej się kamery oraz zbliżeń. Reżyser używa tych środków nieco zbyt często. Stara się za ich pomocą podkreślić dokumentalną konwencję filmu. To nie ma być przesłodzony, wystylizowany obraz akcji, lecz wizja przyszłości, jaka może nas czekać. Swoiste ostrzeżenie przed zdziczałym, dziewiętnastowiecznym kapitalizmem, który odradza się na naszych oczach. Najlepiej widać to po scenariuszu. „Elizjum” napędzają sceny akcji, a twórcy pozornie skupiają się na dramatycznej walce Maksa o przeżycie. Wzbudzają tym zainteresowanie, ale oszczędzają niespodzianek. Historia rozwija się w oklepany sposób, dokładnie tak, jak w setkach innych amerykańskich filmów. Niektóre wątki ocierają się nawet o śmieszność i nie pasują do poważnego obrazu science-fiction. To, co najlepsze w „Elizjum”, dzieje się w tle - interesująca wizja przyszłości, wizja dwóch światów i żyjących w nich ludzi. „Zmienili się.

display magazine

Elizjum


display magazine

Elizjum

Są bardziej zdesperowani. Przede wszystkim ci na dole, ale również ci na górze”, twierdzi Blomkamp. Elizjum jest naciągane. To raj niespójny koncepcyjnie, równie efektowny, co nierzeczywisty. W dodatku pełen błędów logicznych. Przykład? Centralny punkt, każdego znajdującego się tam domu, stanowi kapsuła lecznicza, potrafiąca w przeciągu pięciu sekund wyleczyć człowieka z dowolnej choroby, a nawet zregenerować utracone części ciała. Abstrahując od tego, czy takie urządzenie rzeczywiście może istnieć w 2154 roku, zastanowić się trzeba, czy jest niezbędne w każdym domostwie? Przecież powinno się z niego korzystać raz na parę lat, w krytycznych sytuacjach, a nie na co dzień! Reżyser ma jednak tego świadomość. „Ta wizja jest nierzeczywista. Nie interesowało mnie to, jak świat będzie wyglądał w odległej przyszłości. Ważniejsze jest tu i teraz”, powiedział w jednym z wywiadów. W „Elizjum” więc, podobnie jak w „Dystrykcie 9”, to nie technika jest najważniejsza. Los Angeles przyszłości – miasto, w którzy żyje Maks – jest na tym tle zaskakująco spójne i przypomina współczesne aglomeracje trzeciego świata. Zdominowali je emigranci z Dalekiego Wschodu oraz Meksyku. Przynieśli ze sobą bród, smród i ubóstwo, zorganizowaną przestępczość i język hiszpański. Rozsypujące się domy, wiecznie zaśmiecone podwórka, zatłoczone przystanki i niezwykle brutalna policja tworzą obraz przerażający, ale wiarygodny. Dopełnia go antyczna - z punktu widzenia bohaterów - fabryka, w której

Tytuł polski: Elizjum Tytuł oryginału: Elysium Premiera: 16 sierpnia 2013 Gatunek: science-fiction Czas trwania: 109 minut Reżyseria: Neill Blomkamp Dystrybucja: UIP Ocena: 8

pracownicy traktowani są niczym niewolnicy. Jeden wypadnie, na jego miejsce znajdzie się drugi. BHP? Kto by się tym przejmował! „To nie jest już sciencefiction”, powtarza Blomkamp w wywiadach. Kto wie, czy nie ma racji. Atutem filmu są niewątpliwie aktorzy. Główną rolę, nieco wbrew swojemu wizerunkowi, zagrał Matt Damon. Czarujący chłoptaś z „Buntownika z wyboru” i przystojny agent Jason Bourne ewidentnie zmężniał i schamiał. Teraz jest to zwalisty twardziel o ciele pokrytym tatuażami, romantyk, który w obliczu zagrożenia zapomina o jakichkolwiek skrupułach. Grająca rolę drugoplanową Jodie Foster („Milczenie owiec”, „Nell”), potwierdza natomiast, że obietnica rzucenia wysokobudżetowych produkcji była tylko obietnicą, a nie postanowieniem. Na ekranie można też wypatrzyć nieco zapomnianego Diego Lunę („I twoją matkę też”, „Dirty Dancing 2”, „Obywatel Milk”) oraz niezawodnego Williama Fichtnera (szeryf Tom z serialu „Inwazja”). Fani „Jestem legendą” z przyjemnością znów rzucą okiem na Alice Bragę, która wciąż wygląda pięknie. Czy zatem warto iść do kina? Wydaje mi się, że tak. Z jednej strony „Elizjum” to widowiskowe kino akcji z mocnymi elementami science-fiction. Chwilami naciągane, z paroma przegiętymi postaciami, ale potrafiące trzymać w napięciu. Z drugiej strony film Neilla Blomkampa to kolejna polityczna agitka, nakręcona ciekawie i stawiająca ważne pytania społeczne, podsuwająca tematy do dyskusji. Nie zapomnijcie o tym wychodząc z kina.

27 Maciej Kowalski


28 AKF

display magazine

Nasze Matki, Nasi Ojcowie

Prawda w oczy kole. Wrażenia z serialu „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”. Nie tak dawno temu polscy widzowie mieli możliwość obejrzeć trzyodcinkowy serial wojenny, wyprodukowany przez niemiecką stację telewizyjną ZDF. Dzieło, już przed premierą w naszym kraju, rozpętało burzę. Wielu Polaków poczuło się oburzonych faktem, że produkcja stawia nas w tak niekorzystnym świetle. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z anty-polską reklamą i przekłamaniem historycznym? A może to nasi rodacy są zirytowani faktem, że ktoś powiedział coś innego niż to, co wmawia nam się w muzeach? „Nasze Matki, Nasi Ojcowie” opowiada historię grupy przyjaciół, którzy zmagają się z realiami II Wojny Światowej. Wilhelm Winter (Volker Bruch) wyrusza, wraz ze swoim bratem Friedhelmem (Tom Schilling), na front. Rodzeństwo zostaje skierowany

na wschód, a więc ziemie polskie. Towarzyszy im urokliwa Charlotte (Miriam Stein), pragnąca służyć ojczyźnie, jako służba medyczna. Charlotte ma przyjaciółkę Gretę Müller (Katharina Schüttler), która skupia się na rozwijaniu artystycznej kariery w Berlinie. Ostatnim z grupy przyjaciół jest żyd, Viktor Goldstein (Ludwig Trepte), który postanawia wstąpić do polskiej partyzantki. Wspomniana garstka fikcyjnych postaci doprowadziła do wielkiego zrywu narodowego. Internet i telewizja ostrzegały widzów przed ukazaniem Polaków, jako antysemickich świń. Coś naprawdę było na rzeczy, skoro o serialu rozpisywały się wszystkie ważne gazety, a stacje telewizyjne zorganizowały kilkanaście talk-show. Oprócz zarzutów ukazania nas, jako morderców,

doszedł także zarzut drwin. W jednym z odcinków, kamera skierowana została na rozbity czołg T-34, na którym został wymalowany napis 102, zupełnie jak nasz Rudy. Zaskakuje mnie reakcja moich rodaków - to wielkie oburzenie. Z jednej strony przez kilkanaście lat naśmiewaliśmy się z Niemców, np. robiąc z nich idiotów w serialu „Hans Kloss”, czy strzelających do zupy ślepców w „Czterech Pancernych”. Sytuacja się odwróciła, teraz to nasz zachodni sąsiad pragnie sobie odbić krzywdy, zwłaszcza tę po Powstaniu Warszawskim. O tyle, o ile numer czołgu T-34 mogę uznać za zbieżność, to przedstawienie nas w tak niekorzystnym świetle, jest jak cios w twarz. Niestety, Niemcy ukazali w dużej mierze prawdę, i chyba to tak bardzo boli. Zostaliśmy wychowani w


display magazine

Nasze Matki, Nasi Ojcowie

przekonaniu, że Polacy byli męczennikami, a wielu z nas zginęło w bohaterski sposób. Zapominamy, że lata 1939-1945 to okres II Wojny Światowej. Każda wojna zmusza ludzi do podejmowania decyzji i działań, które nie mają nic wspólnego z przyzwoitością. Wielu Polaków walczyło o każdy kęs chleba, o bezpieczeństwo swojej rodziny, czy własne życie. Nikt nie chce pamiętać złych rzeczy, zawsze wspominamy tylko te dobre. Muzea pokazują historie, z której możemy być dumni choćby obrona Warszawy. Gdzieś na daleki plan zeszły wydarzenia, o których się nie mówi, o których chce się zapomnieć. Ktoś postanowił je pokazać, a że są upokarzające, postanowiliśmy zarzucić mu kłamstwo.  Po premierze serialu w Rosji, widzowie nie podjęli żadnej dyskusji, a przecież „Nasze Matki, Nasi Ojcowie” przedstawia Rosjan, jako bezwzględnych morderców i gwałcicieli. Na wschodzie zdają sobie sprawę, czym jest wojna i jakie konsekwencje ze sobą niesie. Nikt nie zmieni tego, co było. Trzeba nauczyć się z tym żyć, zaakceptować to. Jako małą ciekawostkę dodam, że zamiast zwrócić uwagę na antysemickich Polaków, w oczy rzucały mi się raczej błędy reżyserskie. Pasjonaci z pewnością dostrzegli nieprawidłowe umundurowanie oddziałów niemieckich. W roku 1941 wycofano - ze względów bezpieczeństwa, coby nie kusić snajpera – symbole na hełmach. Mało tego, żadna z partyzanckich jednostek nie nosiła biało-czerwonych opasek, z czarnym napisem AK. Noszenie ich przy sobie było równoznaczne z wytatuowaniem na czole hasła „śmierć Hitlerowi”. Osobiście uważam, że jeśli macie trochę wolnego czasu, to poświęćcie trzy wieczory na obejrzenie recenzowanej produkcji, gdyż opowiada historie, których nie znajdziemy w podręcznikach. Być może zyskacie trochę samokrytycznego spojrzenia na własny naród. Oczywiście nie chodzi tylko o poznanie prawdy. „Nasze Matki, Nasi Ojcowie” to przecież bardzo dobry kino, o wiele lepsze niż polska „Tajemnica Westerplatte”! Gra niemieckich aktorów jest na wysokim poziomie, ścieżka dźwiękowa daje radę, a efekty specjalne potrafią zachwycić.

29 AKF


display

30

magazine

Kamil Jankowski

Diana

Diana Diana, księżna Walii, zmarła tragicznie 31 sierpnia 1997 roku. Jej filmowy portret obejmuje ostatnie dwa lata życia, kiedy to skupiła się na działalności charytatywnej i pokojowej. W rolę księżnej wcieliła się Naomi Watts, dwukrotnie nominowana do Oscara. Na ekranie zobaczymy także Naveena Andrewsa, jako dr Hasnata – ukochanego Diany – czy Douglasa Hodge’a. Za reżyserię odpowiada Oliver Hirschbiegel (twórca „Upadku”), podczas gdy głównym scenarzystą został Stephen Jeffreys. Do produkcji zaproszono także Roberta Bernsteina oraz Douglas Rae, którzy pracowali między innymi przy: „John Lennon. Chłopak znikąd”. Biorąc pod uwagę znakomitą obsadę, możemy spodziewać się naprawdę dobrego filmu. Premiera już 20 września!

Paranoja

Kamil Jankowski

Paranoja Świat nigdy nie był miejscem świętym, co znakomicie obrazuje „Paranoja”. Produkcja zabiera widza do jądra ciemności, przepełnionego chciwością, korupcją i oszustwami. Dwóch bezwzględnych miliarderów (w tych rolach Gary Oldman oraz Harrison Ford) walczy o jak największy udział w rynku, do którego dołącza młody chłopak, prawdziwa szycha biznesu. Adam Cassidy (Liam Hemsworth) szybko przekona się, że najlepszy przyjaciel może stać się największym wrogiem, a pieniądze mogą przyćmić trzeźwy umysł. Jego zmagania z ambicją i pokusą szybkiego bogactwa, obejrzymy na wielkim ekranie już 13 września.


display magazine

31


32 Maciej Kowalski

display magazine

Comfort and Happiness

Udany debiut Dawida Podsiadło. Recenzja „Comfort and Happiness”. Wokalistów występujących w telewizyjnych konkursach muzycznych zwykło określać się mianem „gwiazd jednego sezonu”. Na ekranach i w kolorowej prasie pojawiają się dosłownie z dnia na dzień, szybko zdobywając sławę, by potem nagle zniknąć. Kto dziś pamięta Alicję Janosz, Krzysztofa Zalewskiego albo Michała Szpaka? Kim właściwie jest Maciej Silski i, czy Szymon Wydra jeszcze gra? Dawid Podsiadło ma szansę dołączyć do wąskiego grona piosenkarzy, którym udało się wybić. Jego płyta „Comfort and Happiness” jest naprawdę przyzwoita. Fakt, nieco radiowa, pachnąca modnym stylem retro, ale przyjemna i przebojowa zarazem. Otwierająca ją piosenka „And I” jest nastrojowa oraz nostalgiczna. Podobny klimat ma “!H.a.p.p.y.!”. Jednak Podsiadło nie trzyma się żadnego konkretnego stylu. W utworze „Vitane” stawia na orkiestrowy pop, zaś w „No Part II” na oniryczne chórki. „Bridge” i „Nieznajomy” to z kolei przyjemne rockowe ballady. Ktoś może powiedzieć, że „Comfort and Happiness” to smęty. Faktycznie, płyta nie jest ani radosna, ani dynamiczna. Słuchanie sprawia jednak przyjemność, a kolejne kawałki wspinają się na listy przebojów. Dobry początek, Dawidzie! Nie zmarnuj tego!

Maciej Kowalski

Sleep “Dopesmoker”

.

Odkurzamy stare płyty – Sleep „Dopesmoker”. Współczesne stacje radiowe narzucają pewne standardy. W ich myśl, piosenki nie powinny trwać dłużej niż trzy minuty i, w miarę możliwości, zawierać refren. Wtedy po prostu łatwiej je zapamiętać. „Dopesmoker”, tytułowy utwór z ostatniego albumu grupy Sleep, trwa blisko 64 minuty. Nic dziwnego, że zespół długo nie mógł znaleźć wydawcy. Zresztą to nie wydawca był problemem. Piosenka powstała na początku 1993 roku; przez kilka kolejnych miesięcy ekipa ćwiczyła ją w motelach i salach prób, a także podczas koncertów. W końcu weszli do studia i nagrali trzy kompletnie różne wersje utworu. Przez całe lata nad materiałem biedzili się kolejni producenci. Koniec końców „Dopesmoker” ujrzał światło dzienne równo dekadę temu. Pierwsze, ciężkie riffy okazują się zaskakująco wolne. Nieśpiesznie budują napięcie, którego ukoronowaniem są pojawiające się po paru

minutach pierwsze słowa tekstu. „Drop out of life with bong in hand”. Utwór się jednak nie zmienia. Wciąż jest ociężały, bazujący głównie na basach, idealnie pasujących do tego, co Amerykanie nazywają stoner doom metalem. Co najważniejsze, nie nudzi się. Na okrągłą godzinę przykuwa odbiorcę do głośników. Nic dziwnego, że fragment utworu Jim Jarmush umieścił na ścieżce dźwiękowej do filmu „Broken Flowers”. Na płycie Sleep znajduje się również utwór bonusowy, znany z wcześniejszych albumów “Holy Mountain”, tyle że w wersji live. To dobra okazja, by usłyszeć, jak ten zapomniany zespół brzmiał na koncertach.


display

33

magazine

Kamil Jankowski

Eminem is back!

Eminem is back! Eminem, czyli jedna z największych muzycznych gwiazd, wraca do gry, Po trzyletniej przerwie, raper zamierza wydać swoją nową płytę. Album „The Marshall Mathers LP 2” będzie ósmym studyjnym krążkiem Eminema. Artysta zapowiedział swoje najnowsze dzieło podczas ceremonii rozdania MTV Video Music Awards, która odbyła się 25 sierpnia w Nowym Jorku. Jego zdaniem album „tchnie nowe życie w Hip-Hop, czerpiąc z jego korzeni”. Eminem przyznaje, że tytuł płyty jest nieprzypadkowy. „The Marshall Mathers LP 2”, to nie tylko nawiązanie do jego trzeciego krążka – który okazał się zresztą absolutnym bestsellerem – ale także sięgnięcie do

początków kariery. Raper zaprosił do współpracy m.in. producenta-legendę Dr Dre, Westa Ricka Rubina, czy No ID, tak więc o ścieżkę dźwiękową nie trzeba się martwić. W sieci pojawił się już pierwszy singel, promujący nadchodzące wydawnictwo. „Berzerk” - bo taki nosi tytuł - to energiczne flow, wykrzyczane pod agresywny podkład, urozmaicony gitarą elektryczną i perkusją. W pierwszym singlu wielu dostrzega „powrót Slima Shady”. Czy na albumie rzeczywiście zagości szalone alter ego Eminema? Przekonamy się już 5 listopada, kiedy to „The Marshall Mathers LP 2” pojawi się na sklepowych półkach.

Kamil Jankowski

iTunes Festival 2013

Ruszył iTunes Festival 2013! Pierwszego września rozpoczyna się iTunes Festival - impreza potrwa 30 dni. Codziennie odbędą się koncerty największych gwiazd muzyki współczesnej. Na londyńskiej scenie pojawią się między innymi Elton John, Lady Gaga, 30 Seconds To Mars, Kings of Leon, czy Justin Timberlake. Użytkownicy Apple TV oraz urządzeń z systemem iOS, będą mogli całkowicie bezpłatnie obejrzeć transmisje z Roundhouse Art Centre, albo powrócić do nich Pierwszego września rozpoczął się iTunes Festival impreza potrwa 30 dni. Apple zadbał, aby każdego dnia, na scenie pojawiła się jedna z największych gwiazd muzyki współczesnej. W Londynie pojawią się między innymi Elton John, Lady Gaga, 30 Seconds To Mars, Kings of Leon, Arctic Monkeys czy Justin

Timberlake. Użytkownicy iTunes, Apple TV oraz urządzeń z systemem iOS, będą mogli całkowicie bezpłatnie obejrzeć transmisje z Roundhouse Art Centre, albo powrócić do nich w późniejszym terminie, za pomocą usługi VOD. iTunes Festival to wielkie wydarzenie w muzycznym świecie. Impreza odbyła się po raz pierwszy w roku 2007, a od tamtej pory jest organizowana co roku. Głównym sponsorem jest amerykańska firma Apple, która rozdaje bilety brytyjskim użytkownikom serwisu iTunes. Do tej pory na scenie Roundhouse Art Centre zagościli między innymi Amy Winehouse, Flo Rida, Kanye West, Bruno Mars czy Lana Del Rey.

01/08 Lady Gaga

11/08 Kings of Leon

21/08 HAIM

02/08 Sigur Rós

12/08 Elton John

22/08 Ellie Goulding

03/08 The Lumineers

13/08 Avicii

23/08 Jessie J

04/08 Paramore

14/08 Chic

24/08 Robin Thicke

05/08 Rizzle Kicks

15/08 Vampire Weekend

25/08 Pixies

06/08 Queens of the Stone Age

16/08 Jack Johnson

26/08 Tinie Tempah

07/08 Phoenix

17/08 Ludovico Einaudi

27/08 Dizzee Rascal

08/08 Bastille

18/08 30 Seconds to Mars

28/08 John Legend

09/08 Arctic Monkeys

19/08 Kendrick Lamar

29/08 Justin Timberlake

10/08 Jake Bugg

20/08 Primal Scream

30/08 Katy Perry


34 Bartosz Paczyński

display magazine

iPad mini 2

iPad mini 2 ostatnia deska ratunku dla Apple.

Google i Amazon uparcie próbują zdetronizować Apple - władcę „tabletowego królestwa”. Trzeba przyznać, że starania przynoszą wymierne rezultaty, bowiem gigant z Cupertino powoli traci rynkową pozycję. Jeśli szybko nie wprowadzi nowych produktów, może obudzić się z ręką w nocniku. Apple, w odbudowaniu dawnej pozycji, może pomóc nowa generacja iPada Mini.


display magazine

iPad mini 2

„Większy” iPad nie radzi sobie już tak dobrze, jak w 2010 roku. Konkurencja nie śpi, a Tim Cook zaczyna odczuwać to na własnej skórze. Klienci coraz rzadziej sięgają po 10-calowe urządzenia, wybierając te mniejsze, takie jak iPad Mini. W tym segmencie prym wiedzie, działający na systemie Android, Nexus 7. „Maluch” od Apple traci na braku Retiny (wyświetla obraz jedynie w rozdzielczości 1024x768 pikseli) oraz wysokiej cenie. Sytuacja firmy z logo „nadgryzionego jabłka” pogorszyła się wraz z ostatnią prezentacją najnowszego Nexusa, który został przyjęty przez recenzentów z dużym entuzjazmem. Jeśli kalifornijski koncern chce ponownie zdominować rynek, musi przygotować coś naprawdę innowacyjnego, oczywiście jeszcze w tym roku. Tim Cook poważnie przejął się negatywnymi opiniami o wyświetlaczu iPada Mini. Jeśli wierzyć nieoficjalnym informacjom, najnowszy model „jabłkowego tabletu” otrzyma ekrany od LG, Sharpa i Samsunga, a nie tak jak dotychczas od AU Optronics. Dodatkowo możemy spodziewać się także podbicia rozdzielczość do Retina. Statek Apple nabiera coraz więcej wody. Jeśli Kalifornijczycy szybko nie wymyślą czegoś przełomowego, mogą raz na zawsze pożegnać się z koszulką lidera.

35 Bartosz Paczyński


36 Mateusz Krauza

display magazine

Zamień swój pokój w kabinę pilota!

Spełnij marzenia z dzieciństwa. Zamień swój pokój w kabinę pilota! Część Druga. Nie ukrywam, że pasjonuje mnie lotnictwo. Podobnie zresztą, jak kilka tysięcy innych osób w naszym kraju. Każdy z nas marzy, aby kiedyś zasiąść za sterami myśliwca lub Jambo Jeta. Niestety, tylko nieliczni są w stanie dostąpić takiego zaszczytu…Jeśli czytaliście lipcowy numer Display Magazine, na dysku twardym waszych komputerów powinien być zainstalowany Microsoft Flight Simulator X, o którym pisałem. Granie na klawiaturze jest jednak mało precyzyjne, co może mieć smutne konsekwencje w postaci rozbitego, wartego kilkadziesiąt milionów euro, samolotu.Aby czerpać maksymalną przyjemność z każdego lotu, musicie zaopatrzyć się w odpowiedni joystick. Osobiście polecam model T-Flight Hotas X, firmy ThrustMaster, który powstał z myślą o symulatorach lotu.Producent postanowił zbudować kontroler z bardzo wytrzymałego plastiku, dzięki czemu nie jest zbyt ciężki - co utrudniałoby manewrowanie – a zarazem na tyle solidny, że nie trzeszczy przy najmniejszym ruchu oraz nie odrywa się od biurka w trakcie gwałtownych manewrów. Niemniej przydałyby się dodatkowe przyssawki, aby jeszcze solidniej trzymał się powierzchni - od przybytku, głowa nie boli. Olbrzymią zaletą T-Flight Hotas X jest odpinana przepustnica, którą można chwycić

całą ręką – tak jak w prawdziwym kokpicie. Mała rzecz, a skutecznie podsyca frajdę z latania. Joystick wyposażono w 12 przycisków, pod które możemy przypisać odpowiedni reakcje, np. wypuszczenie flar. Dużym plusem jest także kompatybilność z PlayStation 3, dzięki czemu nie ograniczacie się do jednej platformy sprzętowej. Szkoda tylko, że T-Flight Hotas X nie współpracuje z Xboksem 360. Za przyjemność zabawy joystickiem firmy ThrustMaster musicie zapłacić 199 zł. Cóż, nie jest to mała kwota, ale na pocieszenie dodam, że ma się nijak do zakupu prawdziwego Airbusa A380. Producent: ThrustMaster Platforma: PC, PS3 Waga: 1302 Konstrukcja: Obrotowa rękojeść Przyciski: 12 Zasilanie: USB Inne: 5-osiowy kontroler Cena: 199zł


display magazine

Spełnij marzenia z dzieciństwa.

37

Mateusz Krauza


display

38

magazine

Kolorowe słuchawki do smartfonów

Kolorowe słuchawki do smartfonów. Hama Polska wprowadziła do swojej oferty nowy model słuchawek dousznych Happy Plugs. To propozycja dla użytkowników smartfonów, poszukujących akcesoriów cechujących się solidną jakością i odważną kolorystyką.  Słuchawki to nieodłączny składnik zestawu, który trafia do nabywców smartfonów. Nie są to jednak akcesoria z najwyższej półki. Jakość dźwięku, design czy kolorystyka zazwyczaj nie spełniają oczekiwań użytkowników. Marka Happy Plugs stanowi ciekawą alternatywę dla standardowych słuchawek dołączanych do ultramobilnych terminali. Happy Plugs jest szwedzką marką, której właściciele wychodzą z założenia, że słuchawki powinny wyróżniać

się nie tylko jakością, ale również stylistyką wykonania i bogatą kolorystyką. Akcesoria zostały zaprojektowane zgodnie ze skandynawskimi trendami, czyli minimalizmem i oszczędną formą. Dodatkowego szyku nadają im pozłacane styki. Dużym walorem Happy Plugs jest też przystępna cena. Strategia Szwedów, jak do tej pory, przynosi rezultaty - słuchawki są dostępne w 1000 sklepów, znajdujących się w 52 krajach całego świata, od niedawna również w Polsce. Hama Polska oferuje dwa modele In-Ear oraz Earbud, oba kompatybilne z najpopularniejszymi smartfonami takich producentów jak Apple, HTC, Nokia, Sony, LG, Motorola czy Samsung. Słuchawki posiadają mikrofon oraz pilot, pozwalający na sterowanie dźwiękiem i odbieranie połączeń telefonicznych. Użytkownik słuchawek otrzymuje różnej wielkości wkładki douszne, pozwalające dopasować urządzenie do indywidualnych potrzeb. Earbud oraz In-Ear dostępne są aż w 11 kolorach: białym, pomarańczowym, żółtym, niebieskim, turkusowym, fioletowym, zielonym, czarnym, różowym, czerwonym i malinowym. Słuchawki Earbud posiadają 14,8 mm przetworniki, ich pasmo przenoszenia wynosi 20 Hz-50 kHz, zaś moc wejściową 10mW. Z kolei In-Ear dysponują przetwornikami o średnicy 9mm - pozostałe parametry są praktycznie tożsame z modelem Earbud. Różnią się jedynie czułością, w przypadku tego modelu jest to 102 dB +3, natomiast In-Ear 110 dB +3.

Sugerowane ceny detaliczne: Happy Plugs Earbud – 89,90 złotych Happy Plugs In-Ear – 129,90 złotych

Evga Supernova 1000 P2. Zasilacz na sterydach!

Marek

EVGA SuperNOVA 1000 P2. Zasilacz na sterydach! Wybranie odpowiedniego zasilacza do komputera jest jednym z najważniejszych punktów, jakie wpływają na optymalne działanie waszego PC. Zasilacz to swego rodzaju „serce”, gdyż to na jego „barkach” spoczywa dostarczenie energii wszystkim podzespołom i zapewnienie ich stabilnej pracy. Jeśli planujecie zamienić swój komputer w prawdziwą bestię, która bez problemu zmierzy się z nawet najbardziej wymagającymi grami, koniecznie pomyślcie o EVGA SuperNOVA 1000 P2. Zasilacz o mocy 1000 W posiada certyfikat 80+ Platinium i może się pochwalić 92-procentową efektywnością elektryczną, przy typowym obciążeniu. Ponadto SuperNOVA 1000 P2 została wyposażona w termiczną kontrolę obrotów wentylatora, co przekłada się na niezwykle cichą pracę podzespołu. Firma EVGA chwali się także współpracą z Nippon Chemi-Con, która dostarczyła wysokiej klasy kondensatory, mające zapewnić nawet kilka lat bezawaryjnego działania. Nawet gdyby wystąpił jakiś problem, użytkownicy SuperNOVA 1000 P2 nie muszą się nim martwić, bowiem producent oferuje aż 10-letnią gwarancję. Urządzenie można nabyć już za 220 dolarów.


display

39

magazine

Kamil Jankowski

Magellan Echo

Kamil Jankowski

HTC One Max

HTC One Max. Premiera jeszcze w tym roku?

 ajwańska firma HTC, prawdopodobnie jeszcze T w tym roku wypuści na rynek najnowszą wersję telefonu z rodziny One. Niewykluczone, że nowy model otrzyma podtytuł „Max” i będzie pierwszym phatabletem w portfolio Tajwańczyków. Nieoficjalne źródła twierdzą, że HTC One Max zostanie wyposażony w 4-rdzeniowy procesor Snapdragon 800 (taktowanie 2,3 GHz), 2 GB pamięci

RAM, 4-megapikselową tylną kamerę z optyczną stabilizacją obrazu, 5,9-calowy wyświetlacz, a także 16 GB dysk twardy i czytnik linii papilarnych. Specjaliści domniemują, że najnowszy model trafi do sklepów w czwartym kwartale bieżącego roku i będzie bezpośrednim rywalem dla Samsunga Galaxy Note III oraz Sony Xperia Z Ultra.

Magellan Echo

Kamil Jankowski

Magellan Echo. Smartwatch dla sportowców! Magellan Echo to najnowszy zegarek sportowy, którego największą zaletą jest ścisła współpraca ze smartfonem, dzięki czemu każdy trening staje się bardziej profesjonalny. Urządzenie, za pomocą technologii Bluetooth Smart, wysyła do naszego telefonu różnego rodzaju informacje, takie jak czas treningu czy ilość przebytych

kilometrów. Magellan Echo posiada swoją własną aplikację, która nie tylko gromadzi dane o naszych ćwiczeniach, ale także umożliwia odtwarzanie muzyki z pamięci telefonu. Zegarek korzysta z interfejsu Wahoo Fitness, co zapewnia kompatybilność i bezproblemową łączność z posiadanymi przez nas urządzeniami. Ponadto takie rozwiązanie daje nam możliwość połączenia smartwatcha z licznymi aplikacjami, tworzonymi przez niezależnych deweloperów. Warto pamiętać, że Magellan Echo to nie tylko

wspomagacz naszych treningów, ale także elegancki zegarek, z którego możemy korzystać na co dzień. Smartwatch posiada wstrząsoodporną i wodoodporną obudowę, dostępną w trzech wersjach kolorystycznych. Magellan Echo jest także odporny na kurz i pył, a dzięki wymiennej baterii, nie wymaga ładowania. Zegarek pojawi się w sklepach w IV kwartale 2013 roku. Zainteresowani otrzymają możliwość nabycia jednej z dwóch wersji – podstawowej i z czujnikiem tętna. Cena, odpowiednio dla każdego z nich, to 149,99 i 199,99 euro.

Nokia Lumia 1020

Kamil Jankowski

Nokia Lumia 1020 debiutuje w Polsce!  okia wprowadza swój flagowy numer na polski N rynek. Pierwsze modele Lumii 1020, która posiada aż 41 Mpix aparat z optyczną stabilizacją obrazu, pojawią się w naszych sklepach około 15 września. Telefon jest aktualnie dostępny między innymi na stronie internetowej Komputronika (2949 zł), czy RTV Euro AGD (tutaj cena nieco niższa – 2899 zł).

Nokia Lumia 1020 została wyposażona w niezwykle wytrzymałe na czynniki zewnętrzne szkło czołowe Gorilla Glass 3, bardzo dobrej jakości 4,5-calowy ekran AMOLED, ksenową lampę błyskową, wbudowane 2 GB pamięci RAM, LTE z prędkością pobierania do 100 Mb/s, a także dodatkową nakładkę na telefon.

All-In-One od LG

Kamil Jankowski

All-In-One od LG. Podczas trwających w Berlinie targów IFA 2013, LG zaprezentuje światu swój najnowszy komputer All-In-One. Prezentowany model to V960 z wyświetlaczem IPS, którego charakterystyczną cechą jest UltraWide 21:9. LG chwali się, że ich najnowsze urządzenie łączy funkcjonalność wydajnego PC z wygodą użytkowania monitora najwyższej klasy. V960 działa na systemie operacyjnym Windows 8 oraz układzie graficznym Nvidia GeForce GT 640M. Komputer został wyposażony w funkcję PIP, dzięki czemu możemy podzielić monitor na dwa ekrany, co umożliwia nam jednoczesne oglądanie telewizji

i przeglądanie stron internetowych. V960 posiada również interfejsy Mobile High-Definition Link, HDMI oraz DisplayPort. LG nie zapomniał o wymagających użytkownikach. Z myślą o nich, producent umieścił w swoim najnowszym monitorze liczne funkcje, takie jak 4-Screen Split czy Dual-Link Up. Pierwsza z nich umożliwia otwarcie do czterech obrazów na jednym ekranie, a druga na wyświetlanie danych z dwóch różnych źródeł. 29-calowy ekran zapewni duży komfort użytkowania, tym bardziej, że pracuje w rozdzielczości 2560 x 1080 pikseli.


40

display magazine

Marek

Młody haker farmę miał

Młody haker farmę miał Hakerzy od dawna już nie interesują się numerami naszych kart kredytowych, bowiem uznali ten biznes za mało dochodowy. Na czarnym rynku, za 1000 takich numerów, można otrzymać ledwie 6 dolarów, a więc mniej niż 20 zł. Obecnie o wiele większe zyski przynosi im tworzenie tzw. farm fanów. Na czym polega idea takiego farmienia? Cyberprzestępca tworzy specjalnego wirusa, który po wkradnięciu się na komputer ofiary, generuje fałszywe kliknięcia „lubię to”, czy przypływ obserwujących na Instagramie. Nieświadomi klienci kupują takie oferty za niewielkie pieniądze (1000

fanów na Instagramie to około 30 dolarów), nie zdając sobie sprawy, że łamią regulaminy serwisów, z których korzystają, w efekcie czego ich profil może zostać zablokowany. Mimo to, chętnych nie brakuje. Większa ilość polubieni naszego profilu, to większa szansa na przyciągnięcie reklamodawców, czy zaistnienia w sieci. Hakerzy śpią spokojnie. Nowy biznes jest nie tylko bardziej dochodowy, ale także bezpieczniejszy, bowiem banki szybko blokowały skradzione karty kredytowane i powiadamiały policję o dokonaniu przestępstwa. W przypadku farm fanów, oszuści nie interesują

się, czy twój profil zostanie zablokowany, albo czy ktoś dowie się o sprzedaży, gdyż nie łamią prawa. Pewnym paradoksem jest też aktywność specjalistów od marketingu, którzy zachęcają firmy, rozpoczynają swoją działalność w sieci, do kupowania polubień, dzięki czemu szybciej rozkręcą swoje kampanie reklamowe, a ich wizerunek nabierze znaczenia w sieci. Jakby nie patrzeć, wielu ludzi prosi się, o to aby ten „biznes” się rozszerzał, nie zdając sobie sprawy, że wirus może zaatakować także ich komputer. Miejmy nadzieję, że Karma działa.


display magazine

41


Display Magazine - Wrzesień 2013