Page 1

display

1

magazine

www.displaymag.pl

Październik 2013

Nr 10/2013 (04)

display magazine

Grand theft auto V Gra, na którą czekał cały świat. NOWE iPHONE’Y More Colour. More Fun?

WYWIAD z B.R.O

PHONEBLOCKS Smartphone przyszłości, który nigdy nie powstanie.


display

2

magazine

display magazine

Od redaktora Październik od samego początku zniechęca do jakiejkolwiek aktywności na świeżym powietrzu. Za redakcyjnymi oknami jest nie tylko ponuro, ale i zimno. Na szczęście producenci nie boją się przymrozków i wypuszczają na światło dzienne masę nowych produktów, o których - rzecz jasna - przeczytacie na łamach październikowego numeru Display Magazine. Za nami najgorętsza premiera tego roku. Mowa oczywiście o Grand Theft Auto V, którego recenzję znajdziecie na stronie 7. Trzeba przyznać, że Rockstar Games po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty! W dziale aplikacji mobilnych przygotowaliśmy ranking pięciu najlepszych notatników na Androida i iOS. Wbrew pozorom, na naszą tabelkę powinni zerknąć nie tylko studenci! Oprócz tego zachęcam do zapoznania się z prostym poradnikiem, w jaki sposób zamienić telefon w zegar klapkowy – wystarczy 0,89€. Jak już wspominałem na wstępie, pogoda nie zachęca do spacerów, dlatego AKF przygotował zestawienie kilku seriali, obok których nie powinniście przejść obojętnie. Jeśli jednak wolicie towarzystwo książek, wraz z Maciejem wybraliśmy parę pozycji, które umilą Wam jesienne wieczory. Dla rozluźnienia przeczytajcie zapis naszej rozmowy z B.R.O, który znajduje się na 29. stronie. Fanów „nadgryzionego jabłka” z pewnością zainteresują artykuły Bartłomieja Piltza oraz Pawła Józefiaka, którzy rozpisali się na temat nowych iPhone’ów i siódmej odsłony iOS-a. Na deser polecam felieton Bartosza Paczyńskiego oraz konkurs, w którym możecie wygrać album High School z autografem. Życzę miłej lektury. Kamil Jankowski redaktor naczelny

NR. 10/2013 (4) Październik 2013 REDAKTOR NACZELNY Kamil Jankowski

ZASTĘPCA REDAKTORA NACZELNEGO

KOREKTA

Bartłomiej Piltz

PROJEKT GRAFICZNY I PRZYGOTOWANIE DO PUBLIKACJI

Paweł Józefiak

Adam Malinowski Katarzyna Płaczek

REDAKCJA

KONTAKT:

AKF Maciej Kowalski Mateusz Krauza Marek Kamil Myśliński Bartosz Paczyński

redakcja@displaymag.pl

NASZE STRONY:

www.displaymag.pl www.facebook.com/displaymag www.twitter.com/displaymag

Masz pytania? Chcesz wyrazić swoją opinię? A może chcesz nam wysłać zdjęcie z wakacji? Pisz śmiało na: redakcja@displaymag.pl

f


display

3

magazine

GRY KOMPUTEROWE ....................................6 Gods Will Be Watching .................................12 WRC: FIA World Rally Championship ....................13 BandFuse: Rock Legends .............................14 WarGame: Red Dragon .............................15 Dungeon Defenders 2.............................15 Grand Theft Auto V

GRY I APLIKACJE MOBILNE ............................16 Flip Clock .................................20 Supermarket Management 2 ....................21 Test mobilnych notatników

FILM ............................22 Ambassada .................................26 Grawitacja ....................26 Przegląd seriali

SPRZĘT ............................32 iOS 6 vs iOS 7 .................................38 Phoneblocks ........................44 Blurity ................................46 Kanadyjska czarna lista ................................46 Hama na IFA 2013 ....................48 iPhone 5S & iPhone 5C

Książki

............................50 Dom Tajemnic .................................50 Za Horyzontem ...................................51 Młody Sherlock Holmes: Lodowe Ostrze ................51 Seria, którą warto znać - Gone

Muzyka ............................28 1.5 .................................30 Love & Soul ....................30 Odkurzamy stare płyty ....................31 Woodkid wraca do Polski! ....................31 Wywiad z B.R.O

NA DESER ............................52 Konkurs ............................53 #foodporn

Wszelkiego rodzaju artykuły oraz grafiki objęte są prawem autorskim wydawcy Display Magazine, ich autorów lub osób trzecich. Komercyjne wykorzystywanie materiałów zamieszczonych w Display Magazine, bez pisemnej zgody właściciela, jest zabronione i grozi odpowiedzialnością karną. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w piśmie są zastrzeżonymi znakami towarowymi lub zastrzeżonymi odpowiednich firm i zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych. Redakcja nie odpowiada za treść zamieszczanych reklam.


4

display magazine

ROZWIĄZANIE WRZEŚNIOWEGO KONKURSU Spośród wszystkich nadesłanych zgłoszeń, wylosowaliśmy dwie osoby. Miło nam poinformować, że nagrody wędrują do:

1) Honorata Sidło Samsonite Network 2 7-10,2” 2) Dominika Fornalik Samsonite Network 2 Crossover

Dziękujemy wszystkim za wspólną zabawę. Fundatorem nagród jest firma Hama Polska Sp. z o.o.


display magazine

5


6

grand theft auto

display magazine

V

Gra, na którą czekał cały świat.


display magazine

Grand Theft Auto V

7

Kamil „Anzage” Myśliński

Czy czekałem na najnowszą odsłonę Grand Theft Auto? Jeszcze jak! Rockstar Games na bieżąco wpuszczał do sieci obrazki ze swojej produkcji, podgrzewając atmosferę, a ja wytrwale omijałem je szerokim łukiem, aby podejść do gry na „czysto”. Kiedy tylko growy „Mesjasz” znalazł się w napędzie mojej konsoli, wiedziałem, że właśnie padłem ofiarą miłości od pierwszego uruchomienia! 


8

Kamil „Anzage” Myśliński

display magazine

Grand Theft Auto V

>>California Love. Akcja gry toczy się na przepięknej, malowniczej wyspie, otoczonej przez bezkres oceanu. Podzielono ją na kilka różniących się od siebie obszarów. Na południu mamy metropolię (Los Santos jest wzorowane na amerykańskim Los Angeles)z biednymi i bogatymi dzielnicami, domami, willami i wieżowcami, lotniskiem, polem golfowym oraz masą kortów tenisowych. Gdy wyjedziemy z miasta, kierując się na północ, trafimy na „typowa amerykańską wieś” upstrzoną rzekami, górami, lasami, a także pustkowiami. Miałem nadzieję, że teren, który przyjdzie nam przemierzać będzie większy. W porównaniu do takiego Just Cause 2, wydaje się po prostu mały. Nie zrozumcie mnie źle, nie oznacza to, że czegokolwiek mi brakowało. Wyspa robi naprawdę gigantyczne wrażenie, ale po kilkudziesięciu godzinach grania, jest tu jednak trochę ciasno. Chwała Bogu, że świat „piątki” jest od razu odblokowany i możemy go swobodnie przemierzać, bo nie znosiłem narzuconych mi ograniczeń terytorialnych. Teraz to Ty decydujesz, co chcesz robić, i gdzie chcesz to robić. Lokacje GTA V możemy zwiedzać od razu, bez żadnych ograniczeń, lub poznawać je powoli, zatapiając się w opowieść o Michaelu, Trevorze oraz Franklinie.

>>Los Santos miasto, które żyje. Piękno GTA V tkwi w wykreowanym świecie. Gra wygląda fantastycznie, a optymalizacja jest doskonała. Los Santos jest na prawdę przepiękne, lecz mimo to, że na ulicach tworzą się korki, co sprawia dobre i naturalne wrażenie, miasto wydaje się wyludnione. Nieważne czy jesteśmy w centrum metropolii, czy na obrzeżach, chodniki wieją pustką. Na szczęście szybko przestajemy zwracać na to uwagę, bo piękne widoki sprawiają, że zjeżdżamy na pobocze, stajemy na skarpie i cieszymy się chwilą. Z lotu ptaka miasto wygląda tak, że mucha nie siada – zarówno w dzień jak i w nocy! Widoki zapierają dech w piersiach! Bardzo podoba mi się tętniące życiem miasto. Ludzie odpoczywający przy ścieżkach górskich, spacerujący, pomykający na rowerach czy zjeżdżający do baru na autostradzie. Michael, Trevor i Franklin poza tym, że mają masę rzeczy do roboty w misjach fabularnych, spotykają czasami przypadkowych przechodniów, którzy potrzebują pomocy, a to złodziej ich okradł, a to trzeba obrobić opancerzony wóz czy uciekać z panną młodą sprzed ołtarza. Naszą przygodę rozpoczynamy ostatnim z wymienionych bohaterów. Franklin jest czarnoskórym mieszkańcem biedniejszych rewirów Los Santos. Chłopak nie jest zadowolony ze swojej pracy, gdzie zajmuje się „konfiskatą” niespłacanych samochodów. Nie przepada także za swoją okolicą, która słynie z mało ambitnej młodzieży – gangi, kokaina i prostytucja są tutaj na porządku dziennym. Franklin dość szybko zaprzyjaźnia się z Michaelem, to kolejny bohater, którego obejmiemy we władanie. Mężczyzna jest emerytowanym złodziejem, którego chroni – powiedzmy, że niecodzienny – program ochrony świadków. Ulubionym zajęciem Michaela jest popijanie whiskey przed telewizorem i podjadanie


display magazine

Grand Theft Auto V

>>Co trzy głowy, to nie jedna! chipsów. Spokoju nie daje mu jednak rodzina, która mieszka z nim w wielkiej willi. Żonka regularnie „skacze w bok”, córka idzie w jej ślady, a syn marnuje życie na graniu i ćpaniu. Mężczyzna nudzi się na emeryturze i poważnie rozważa wrócenie do dawnego stylu życia. Ostatnią grywalną postacią, a zarazem najbardziej interesującą i kontrowersyjną, jest Trevor. Facet jest ziemskim wcieleniem Szatana. Jego przyczepa wygląda, jakby mieszkała tam dzika zwierzyna, a on sam uwielbiam spędzać czas na dawaniu w żyłę, strzelaniu do samochodów, czy mordobiciu w okolicznym barze. Nie da się ukryć, że Trevor jest psychopatą, ale uwierzcie mi, że nie da się go nie lubić! Wprowadzenie trójki bohaterów to zabieg pozytywny, całkowicie zmieniający podejście do rozgrywki. Najfajniejsze jest to, że w dowolnym momencie możemy przełączyć się między postaciami, dzięki czemu poczucie nudy odchodzi w niepamięć. Michael to persona idealnie pasująca do dobrze skrojonego garniturka, co nie oznacza, że nie potrafi przyłożyć w pędzel, ale zawsze jest w tym odrobina subtelności. Jeśli przyjdzie Wam ochota na dużą dawkę szaleństwa i robienie krzywdy w mniej wyrafinowany sposób czy najzwyklejszy przelot wcześniej skradzionym pasażerskim samolotem, do dyspozycji macie Trevora. Ostatnia opcja to bujanie się po dzielni dobrą furą, wyjście na spacer z psem i picie z naszym kumplem w podrzędnym barze - oto Franklin. Przełączając się między bohaterami trafiamy na różne momenty ich codziennego życia - zazwyczaj siedzą przed telewizorem, bawią się w klubie ze striptizem, ewentualnie siedzą na ławeczce i podziwiają widoki. Wszystko to buduje ciekawą atmosferę. Chcąc wejść w skórę innej postaci, kamera wędruje w górę, by po chwili namierzyć wybranego delikwenta. Pewnego razu, kiedy zapragnąłem pobaraszkować nieco Michaelem, „przejąłem” go, gdy ten wyłaził z baru, nawalony jak stodoła; innym razem siedział na masce samochodu i podziwiał przepiękny widok zachodzącego słońca nad bezkresnym oceanem. Rockstar każdemu z bohaterów nadał pewną otoczkę, którą możecie w każdej chwili zmienić. Ogolić na łyso, zapuścić kilkudniowy zarost, założyć gustowne okulary i najdroższy garniak w mieście. Tak czy owak, trzech głównych, znacząco różniących się bohaterów to fantastyczne rozwiązanie, zrealizowane w sposób niezwykle pomysłowy i staranny. Nie tylko w kontekście swobodnego zwiedzania wyspy, ale - przede wszystkim - w misjach fabularnych i pobocznych.

>>Sandbox pełną gębą! Cała opowieść koncentruje się wokół kilku dużych skoków. Nie musimy jednak długo czekać, żeby nasze trio zostało uwikłane w grę służb, agencji rządowych i możnych Los Santos, mając przy tym własne problemy. Momentami scenariusz jest trochę zagmatwany i przekombinowany, więc można się pogubić, ale jego realizacja to istne dzieło sztuki. Poszczególne sceny przypominają najlepsze kino sensacyjne, w którym to my pociągamy za sznurki. Misji jest mniej, niż w

9

Kamil „Anzage” Myśliński


10

Kamil „Anzage” Myśliński

display magazine

Grand Theft Auto V

poprzednich odsłonach Grand Theft Auto, ale za to nabrały rozmachu. Podczas niektórych zadań możemy prowadzić tylko jedną postać, a podczas innych scenarzyści sami zmieniają nam bohatera, którego kontrolujemy. W niczym to nie przeszkadza, nadaje raczej akcji odpowiednią dynamikę i zwiększa pokłady grywalności. Świetnie rozwiązano ciąg wydarzeń w grze. Kolejne rozdziały opowieści, a zatem i konkretne misje fabularne, rozpoczynają się w niezwykle naturalny sposób - od jakiegoś telefonu albo odwiedzenia naszego lokum. Niekiedy akcję pchniemy do przodu dopiero, kiedy zagościmy w ciele Trevora, innym razem musimy przełączyć się na Michaela, by rozpocząć dany wątek. Rockstar trochę zmusza nas do przeskakiwania pomiędzy bohaterami, ale trzeba przyznać, że robią to naprawdę umiejętnie. Poza głównym wątkiem i misjami pobocznymi, mamy dostępnych mnóstwo atrakcji - od rozlicznych sportów, sklepów, jogi czy kina, przez tradycyjne już balety w nocnych klubach, wyścigi morskie i lądowe, kończąc na bardziej praktycznym inwestowaniu, choćby na giełdzie czy w nieruchomości. Posiadając odpowiednią gotówkę, możemy kupić lokale oraz budynki, które będą przynosić nam comiesięczne zyski. Ponadto, co jest zaznaczone na mapie, możemy sami fajnie zorganizować swój czas w grze. Przykładowo „pożyczacie” od pierwszego lepszego przechodnia rower i wybieracie się na zdrową, relaksującą przejażdżkę po lesie. Wjeżdżacie kolejką na najwyższy szczyt góry, żeby po chwili wykonać spektakularny skok ze spadochronem, albo próbujecie swoich sił w krosie, mknąc za sterami quada po wąskich górskich szlakach.

>>Skok raz, skok dwa, skok trzy... Skoki to kluczowe fragmenty opowieści, który stanowi kwintesencję GTA V. Wszystko zostało tutaj bardzo ciekawie przemyślane. Jest mózg operacji, który rozkłada na tablicy wszystkie elementy, dokładnie tłumacząc przy tym niuanse akcji. Zawsze mamy dwie drogi do celu – „po cichu” i „z głośnym wejściem”. Nieważne, co wybierzemy, i tak będziemy musieli się do tego skrupulatnie przygotować. Podczas skoku zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak świetnie jest mieć do dyspozycji trzech bohaterów, gdyż do działania nie wkrada się nuda. Franklin jedzie zorganizować śmieciarkę, Michael leci do sklepu kupić fatałaszki (maski uniemożliwiające identyfikację), Trevor ogarnia samochód do ucieczki. Pamiętajmy, że sposoby napadu są różne, więc odpowiednie przygotowanie do skoku ma ogromne znaczenie. Nie ma co się oszukiwać, nasi bohaterowie znają się na rzeczy, niemniej czasami przyda im się dodatkowa para rąk do pomocy. Na tablicy możemy podejrzeć dostępne opcje niektórych ludzi poznajemy w trakcie gry, innych tylko wynajmujemy do konkretnej akcji. Wybór związany jest z podziałem łupu. Jeśli chcemy porządnego hakera, zajmującego się systemami alarmowymi, musimy mu odpalić większą dolę. Można troszkę pokombinować, bo w zależności


display magazine

Grand Theft Auto V

od naszego stylu gry, możemy skompletować inną ekipę. Co ciekawe, dobór kompanów ma wpływ na pewne niuanse w trakcie skoku i tego, co wydarzy się po. Mało rozgarnięty członek zespołu, odpowiedzialny za ważny element w planie akcji, może zmusić nas do większego wysiłku - a nóż, podstawi źle dobrany środek transportu, czy zgubi po drodze część zakoszonego przed sekundą szmalu. Kompetentni ludzie są gwarantem sukcesu, nie tylko w szemranym biznesie.

>>Wybuchowy ekwipunek. Strzelanie w Grand Theft Auto V to czysta zabawa, generująca ogromne pokłady frajdy! Mechanika wyboru broni i wymiany ognia, przypomina tę znaną z Max Payne 3. Ciekawie zaprojektowane lokacje, pozwalają na swobodę działania i rozmach. Przełączanie się między bohaterami daję możliwość prowadzenia wymiany ognia na trzy rożne sposoby, z trzech różnych perspektyw. Franklin mierzy z dachu snajperką, zdejmując z zaskoczenia nacierających wrogów, Michael walczy w zwarciu, Trevor zaś naparza do nadjeżdżających radiowozów z bazooki. Obłęd! Należy odnotować, że bronie możemy udoskonalać, dołączając do nich latarkę, tłumik czy lepszą lunetę. Nie zabrakło również miejsca dla bomb przylepnych, granatów oraz gazu łzawiącego. Doprawdy, jest w czym wybierać! System osłon i dodatkowe umiejętności bohaterów sprawują się wyśmienicie! Michael może spowolnić czas, niczym Max Payne, Trevor wpada w szał, dzięki czemu szybko wykończymy kilku wrogów. Umiejętność Franklina związana jest z kolei z prowadzeniem auta - po jej uruchomieniu wymijamy samochody w zwolnionym tempie.

>>Nie jest idealnie.

GTA V to wspaniała, ale nie pozbawiona błędów gra. Fizyka odpowiadająca za upadek postaci czasami płata figle i nie raz przytrafiło mi się, że sterowana postać śmiesznie przeleciała przez szlaban i upadła dziwacznie. Kiedyś zeskakując z namiotu poleciałem jak kłoda i zaryłem pyskiem o glebę, albo odbiłem się w komiczny sposób od ściany. Kolejny błąd, który mocno denerwuje, to zapisywanie samochodów w garażu. Sytuacja, w której kradnę samochód, wydaję na niego 50 tysięcy, wjeżdżam do garażu, a on po prostu znika, wkurza ogromnie. Mimo kilku błędów i niedociągnięć, twórcy z Rockstar Games znowu odwalili kawał dobrej roboty, a pomiędzy GTA IV i GTA V da się wyczuć ogromna przepaść. Najnowsza odsłona to zupełnie inna gra! Przebija wiele produkcji pod względem technicznym oraz narracyjnym, miażdżąc je do tego tempem akcji. Gwarantuje kilkadziesiąt godzin zabawy, podczas których nie uświadczymy nudy. Oferuje przepiękny, tętniący życiem świat. Czego chcieć więcej? Grand Theft Auto V to cudna gra, polecam każdemu posiadaczowi Playstation 3 lub Xboksa 360! Miejmy nadzieję, że niedługo do zabawy włączą się także pecetowcy.

Producent: Rockstar Games Gatunek: Akcja Platforma: X360, XONE, PS3, PS4 Ocena: 9+

11

Kamil „Anzage” Myśliński


12

Kamil Jankowski

display magazine

Gods Will Be Watching

You are Sgt. Burden. And remember… Gods Will Be Watching. Pamiętacie czasy, w których nikt nie wymagał od twórców gier setek tysięcy wybuchów, wiernie odwzorowanych broni i emocjonujących pościgów? Produkcje, w których liczyła się wciągająca opowieść i humor? Cóż, dzisiaj takie tytuły to rzadkość, Gods Will Be Watching udowadnia jednak, że nie należy ich całkowicie skreślać, bo nadal są w stanie wciągnąć o wiele bardziej, niż niejeden wysokobudżetowy hit ostatnich lat! O dziecku studia Deconstructeam zrobiło się głośno, kiedy ich survivalowa przygodówka point-and-click zajęła drugie miejsce w 26. edycji konkursu gier niezależnych Ludum Dare, którego tematem przewodnim był minimalizm. Produkcja spodobała się fanom na tyle, że wzbudziła spore zainteresowanie wydawców, dzięki czemu już na początku 2014 roku ujrzymy jej komercyjną odsłonę. Zaskakujące, jak wielki sukces może odnieś gra, której stworzenie zajęło zaledwie 72 godziny! Na początku wszystko wydaje się łatwe. Jest rok 2257, a nasza załoga wyruszyła w przestrzeń kosmiczną, aby zebrać informacje o wirusie Medusea. Sytuacja komplikuje się, kiedy nasz oddział atakują bioterroryści, znani jako XENOLIFER. Jeśli zdobędą ściśle tajne dane, świat stanie na krawędzi wojny. Zadaniem gracza jest przetrwanie 40 dni w tej nieciekawej sytuacji oraz naprawienie radia, które jest jedynym sposobem ostrzeżenia dowództwa. Sgt. Burden, w którego się wcielimy, jest dowódcą statku, na pokładzie którego znalazły się także postacie niezależne. W skład załogi wchodzi pies Marvin (odpowiedzialny za zbieranie jedzenia), Żołnierz (zapewnia bezpieczeństwo), Doktor (jest w stanie przygotować niezbędne lekarstwa), Psychiatra (dba o wysokie morale drużyny), Inżynier

(naprawia dla nas przedmioty), a także BR4ND-ON (robot wyświetlający statystyki). Każdy z naszych towarzyszy ma określone zadanie i pełni kluczową rolę w drodze do przetrwania. Wraz z upływem czasu będziemy tracić naszych przyjaciół - uśmierci ich choroba, wycieńczenie, zwierzęta, chłód, albo sami zdecydują się odejść. Ponadto, gracz ma możliwość podjęcia decyzji o zabójstwie któregoś z kompanów, jeśli uzna, że w ten sposób zwiększą się szanse na przetrwanie.  Gameplay produkcji Decontructeam został oparty o model point-and-click. Jeśli kiedykolwiek graliście w The Secret of Monkey Island, to poczujecie się tutaj, jak w domu. Gracz może wykonywać różnorodne czynności, wśród których prym wiodą: rozmowy z członkami załogi, wydawanie rozkazów („napraw radio”, „idź na polowanie”), a także rozpalanie ogniska. Każdy ruch zabiera punkty akcji. Ich mnogość zależy od liczebności załogi i jej stanu psychicznego. Z całego serca życzę wam, abyście nie musieli wybierać, czy poświęcić ostatnią aktywność na polowanie, czy rozpalenie ogniska, bo to jak wybieranie między młotem a kowadłem. Podejmowanie decyzji w Gods Will Be Watching jest naprawdę trudne, ale z drugiej strony, kto powiedział, że walka o przetrwanie, to dobra zabawa? Do sukcesu Gods Will Be Watching przyczynił się jej smutny klimat. Atmosfera jest przygnębiająca. Na ekranie dominują zimne piksele, a przez głośniki przenika odgłos lodowatego wiatru i depresyjna muzyka. Wpatrując się w postacie, naprawdę da się odczuć tragizm ich sytuacji i wycieńczenie psychiczne. Przebywasz na obcej planecie, twój statek jest rozbity, nic nie wiadomo o akcji ratunkowej, brakuje amunicji i jedzenia, a los członków załogi jest w twoich rękach. Trzeba

przyznać, że Deconstructeam potrafi grać na emocjach. Bardzo podoba mi się możliwość przejścia Gods Will Be Watching na kilkadziesiąt sposobów. Co prawda nie ukrywam, że nie dobrnąłem do napisów końcowych, gdyż pomimo wielu prób, mój bohater w końcu ginął. Produkcja jest naprawdę trudna! Najbliżej finiszu zalazłem się, kiedy na ekranie wyświetlił się napis, że pozostało 15 dni do… No właśnie, do czego? Myślę, że zagadkowość produkcji Deconstructeam to jej duży plus. Nigdy nie wiesz, co wydarzy się następnego poranka. Jeśli zapomnisz rozpalić ogniska, któryś z twoich podopiecznych (lub ty) zamarznie. Jeśli zabraknie jedzenia, Żołnierz może zdecydować się opuścić obozowisko, zabierając ze sobą amunicję. Jeśli zdecydujesz się zabić psa, aby zdobyć mięso, wśród towarzyszy zapanuje panika. Gods Will Be Watching oferuje kilkadziesiąt scenariuszy, a każdy z nich jest nieprzewidywalny. Deconstructeam wydał na świat prawdziwą perełkę, udowadniając, że nie trzeba mieć wysokiego budżetu, aby w 72 godziny stworzyć diabelnie grywalny tytuł. Biorąc pod uwagę fakt, że autorom udało się znaleźć wydawcę i planują wypuścić w 2014 roku komercyjną odsłonę gry, wierzę, że niezależne studia – zachęcone sukcesem swoich kolegów – tchną w przygodówki z lat 90tych drugie życie. Jeśli lubicie produkcje, w których nacisk kładzie się na klimat i opowieść, koniecznie zerknijcie na recenzowany tytuł. Zanim jednak zaczniecie, pamiętajcie… Gods Will Be Watching.  Deweloper: Deconstructeam Cena: Darmowa Ocena: 7+ Zagraj na: deconstructeam.com


display magazine

WRC: FIA World Rally Championship 4

WRC: FIA World Rally Championship 4. Na tor powraca legenda gier wyścigowych – seria WRC. Najnowsza odsłona z podtytułem FIA World Rally Championship 4 ponownie została stworzona przez włoskie studio Milestone, lecz tym razem za jej wydanie będzie odpowiedzialne Bigben Interactive. WRC bazuje na licencji Rajdowych Mistrzostw Świata, dzięki czemu będziemy mogli nie tylko przejechać się po prawdziwych trasach, wiernie odwzorowanymi pojazdami, ale także obejmiemy we władanie najlepszych kierowców – w tym oczywiście Roberta Kubicy - którzy brali udział w sezonie 2013. Gra posiada tryb dla jednego i wielu graczy. W kampanii naszym głównym zadaniem będzie, jak to zwykle bywa podczas wyścigów, zajęcie pierwszego miejsca. Wraz z każdym kolejnym turniejem, będziemy zapraszani na coraz to bardziej prestiżowe zawody. Jeśli znudzi nam się samotna jazda, wystarczy zaprosić do zabawy swoich znajomych.Studio Milestone zadbało, aby gracze odczuli nie tylko poprawiony system prowadzenia pojazdów, ale także przepiękną scenerię, wokół tras. Taki efekt jest możliwy dzięki nowemu silnikowi, który poprawił także jakość dźwięków, efekty pogodowe, a także oświetlenie. Seria gier z logiem WRC, to gwarancja jakości sama w sobie. Produkcja pojawi się na sklepowych półkach już 15 października, a obok niej nie powinien przejść obojętnie żaden szanujący się fan czterech kółek. To nie Need for Speed, gdzie wjeżdża się w zakręt przy prędkości maksymalnej. Tutaj jeden błąd może zakończyć nasz wyścig. Wydawca: Bigben Interactive Gatunek: Wyścigi Platforma: PC, X360, PS3, PSV Premiera: 15 października Oczekiwania: 7

13

Kamil Jankowski


display

14

magazine

Bartosz Paczyński

BandFuse: Rock Legends

,

Zostan gwiazda, rocka.

BandFuse: Rock Legends  ealta Entertainment Group, za sprawą opisywanego R BandFuse: Rock Legends, próbuje tchnąć nieco życia do skostniałego świata gier muzycznych. By cieszyć się w pełni „Legendami Rocka” nie musimy kupować dodatkowych akcesoriów, w przeciwieństwie do takich klasyków gatunku, jak Sing Star czy Guitar Hero. Masz prawdziwą gitarę albo mikrofon? Fantastycznie! Wystarczy, że za pomocą specjalnej, dołączonej do gierki przejściówki, podłączysz któreś z napomkniętych urządzeń do konsoli, i już - możesz wyruszyć na podbój serc wirtualnych fanów! Autorzy pomyśleli o doświadczonych „szarpidrutach” oraz o kompletnych amatorach. Stworzyli specjalny interfejs, w którym prawdziwą sztuką jest się pogubić. Cały czas otrzymujemy bowiem wskazówki, jak trzymać instrument i w jakim momencie uderzyć w strunę. Profesjonaliści mogą szlifować swoje umiejętności, odgrywając partie solowe w ten sam sposób, co oryginalni artyści. Ciekawą opcją jest możliwość przejęcia całkowitej kontroli nad piosenką. Możemy zmniejszyć tempo utworu, bądź zapętlić wybrane fragmenty. Nie tylko drogi sprzęt pozwoli nam uzyskać profesjonale brzmienie. Dzięki nałożeniu specjalnych efektów na instrument, takich jak chorus czy reverb, usłyszymy profesjonalizm na amatorskim sprzęcie. W produkcji nie zabrakło trybu kariery, w którym przejdziemy długą drogę od początkującego artysty do wielkiej gwiazdy rocka. Podczas zmagań będzie nam towarzyszył Slash, który wcieli się w rolę instruktora. Ogromnym plusem BandFuse: Rock Legends jest zróżnicowana lista utworów. Membrany głośników do drgawek będą doprowadzały dźwięki wytwarzane przez takie znakomitości gitarowego brzmienia, jak: Coldplay, Judas Priest, Maroon 5 czy Five Finger Death Punch.

www.displaymag.pl

Październik 2013

Nr 10/2013 (04)

display magazine

Grand theft auto V Gra, na którą czekał cały świat. NOWE iPHONE’Y More Colour. More Fun?

WYWIAD z B.R.O

PHONEBLOCKS Smartphone przyszłości, który nigdy nie powstanie.

A Ty? Dokąd nas zabierzesz?


display

15

magazine

WarGame: Red Dragon

Maciej Kowalski

WarGame: Red Dragon Strategie czasu rzeczywistego swój najlepszy okres mają już za sobą. Jeszcze dziesięć lat temu uchodziły za pecetową perłę w koronie; gatunek, który świadczył o wyższości „Błaszaków” nad konsolami. Dziś wegetują one sobie gdzieś na uboczu głównego nurtu i pomimo kilku błyszczących jasno gwiazd nie budzą u przeciętnego gracza wielkich emocji. Sytuację tą od kilku lat stara się zmienić firma Eugen Systems, autorzy dobrze przyjętej serii „Wargame”. Do tej pory ukazały się jej dwie części – „European Escalation” i „Airland Battle”. Pierwsza z nich opowiadała o fikcyjnym konflikcie z lat 19751985, czyli wojnie pomiędzy siłami NATO (Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, NRF) i Układem Warszawskim (ZSRR, Polska, NRD i Czechosłowacja). Druga część dorzucała Kanadyjczyków, Szwedów, Duńczyków i Norwegów, a także całą masę jednostek powietrznych. „Red Dragon” to trzecia odsłona serii, przenosząca akcję w lata 1975-1991. Tym razem walczymy w dalekiej Azji, kierując dodatkowo wojskami Chińskiej Republiki Ludowej, Korei Północnej, Korei Południowej, Japonii i tzw. Anzac, czyli połączonych sił Australii i Nowej Zelandii. Do przejścia mamy dwanaście kampanii przeznaczonych dla samotnych graczy, o

Deweloper: Eugen Systems Dystrybutor: Focus Home Interactive Platformy: PC Premiera: I kwartał 2014 Oczekiwania: 7różnej długości i stopniu skomplikowania. Opisują one z reguły fikcyjne konflikty mocno osadzone w historycznej rzeczywiści. I tak w 1977 obserwujemy wojnę między Związkiem Radzieckim a Chinami, zaś w 1991 roku powracamy do Wojny Koreańskiej. Powrócą oczywiście jednostki lądowe i powietrzne, jednak pojawią się też morskie. Łącznie w grze pojawi się około 1200 różnych pojazdów, wliczając w to pojazdy znane z poprzednich odsłon serii. Rozszerzenie okresu działań o kilka dodatkowych lat zostanie również uwzględnione w parku maszynowym starych krajów, między innymi Polski – prawdopodobnie

Dungeon Defenders 2

będzie miało ono formę darmowego DLC. To świadczy o sporej dbałości o szczegóły i szacunku dla użytkowników. Zaprezentowane zrzuty z gry potwierdzają, że silnik graficzny wciąż jest rozwijany. Na potężnych maszynach „WarGame: Red Dragon” wygląda naprawdę doskonale. Pola bitew są rozległe, jednostki szczegółowe, a efekty specjalne dopracowane. Oby również inne elementy programu, takie chociażby jak sztuczna inteligencja, stały na wysokim poziomie. Wtedy można będzie mieć pewność, że powstała naprawdę ciekawa gra.

Maciej Kowalski

Dungeon Defenders 2 Sieć całkowicie zmieniła system tworzenia gier. Dwadzieścia lat temu gracze nie wiedzieli wiele o nadciągających produkcjach. Czasem zobaczyli kilka screenów w ukochanym czasopiśmie albo zagrali w demo gotowego produktu. Wpływu na finalne dzieło nie mieli najmniejszego. Dziś uczestniczą w procesie produkcji niemal na takich samych zasadach co producenci. Najlepszym dowodem jest „Dungeon Defenders 2”, który właśnie zmienia swój kształt… na życzenie fanow. Pierwsza część gry ukazała się w 2010 roku na komórkach. Łączyła w sobie elementy strategii typu tower defense oraz gry role playing z widokiem z pozycji trzeciej osoby. Świetna grafika, całkiem nieźle odtworzony klimat fantasy oraz wygodne sterowanie zadecydowały o jej sukcesie. W efekcie „Dungeon Defenders” trafiło również na pecety oraz konsole obecnej generacji. Część druga od razu na nich zadebiutuje. Gracze po raz kolejny przeniosą się do krainy zwanej Etheria, w której kiedyś najwięksi bohaterowie stawili czoła wrogiej armii Starszych. Pokonali ich, jednak nie zdołali zabić najpotężniejszych, nieśmiertelnych przeciwników. Zamknęli za to ich moc w magicznych kryształach. Mieli nadzieję, że w ten sposób raz na zawsze powstrzymali zło. Oczywiście przeliczyli się (gdyby się nie przeliczyli, to sequel opowiadałby zapewne o polowaniu na wiewiórki).

W „Dungeon Defenders 2” potwory i demony uwalniają się i po raz kolejny przejmują władzę nad Etherią. Gracz dołącza do grona dawnych bohaterów i raz jeszcze próbuje pokonać najeźdźców. Tworzy swoją postać, po czym rusza do boju. Rozwija się, zdobywa magiczne przedmioty, wykonuje rozmaite zadania (główne i poboczne), a przy okazji zastawia na napastników pułapki. Wrogowie atakują falami, są coraz potężniejsi i skuteczniejsi. Gdyby nie możliwość wznoszenia wież obronnych, nie dałoby się ich pokonać. Początkowo twórcy chcieli mocno zmodyfikować model rozgrywki, wprowadzając do niego pomysły zapożyczone z „League of Legends” czy „Dota 2”. Ten pomysł spotkał się jednak z olbrzymią krytyką fanów oryginału. Efekt? „Wysłuchaliśmy opinii naszej społeczności. Zrozumieliśmy, że fani oczekują kontynuacji, a nie rewolucji. Dlatego musimy zmienić założenia” - napisał niedawno w specjalnym oświadczeniu Philip Asher, szef marketingu Trendy Entertainment. Ostatecznie „Dungeon Defenders 2” pojawi się w sieci na wiosnę i będzie utrzymywać się z mikrotransakcji. W grze pojawią się wybrane przez graczy postacie, a także skonsultowane z nimi tryby rozgrywki. I nie są to tylko puste, ładnie brzmiące słowa. Gra rzeczywiście powstaje we współpracy z fanami. Ciekawe, czy to dobra decyzja…

Deweloper: Trendy Entertainment Platformy: PC, PSN, XLBA Premiera: wiosna 2014 Oczekiwania: 6+


display

16

magazine

Zapomnij o papierze. Test mobilnych notatnik贸w. ,

.

,

Zapomnij o papierze. Test mobilnych notatnik贸w.

1


display

17

magazine

Test mobilnych notatników

Mateusz Krauza

Czasami pojawia się taki moment, że musimy coś zapisać. Najczęściej sięgamy po telefon i czynimy to w systemowych notatkach . Niestety, nierzadko okazuje się , że „systemówka” nam po prostu nie starcza. Albo ma za mało funkcji , albo jest brzydka, jak noc listopadowa, albo? No właśnie . Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Stąd pomysł , by przybliżyć Wam 5 - moim zdaniem - najlepszych notatników na iOS i Android . Zapraszam.

2


display

18

magazine

Mateusz Krauza

Test mobilnych notatników

#05 ColorNote ColorNote to jeden z topowych notatników na Androida. Jego wygląd bardzo przypomina ten, z domyślnej aplikacji „Notes” na iOS. Ciekawą funkcję tej aplikacji stanowią przypomnienia, które dowolnie ustawiamy. Dla ludzi, którzy cenią sobie bezpieczeństwo, świetną opcją okaże się zabezpieczenie notatki hasłem. Najciekawszą funkcją ColorNote jest możliwość przyklejenie żółtej karteczki na ekran główny. Do wyboru mamy kilka rozmiarów widgetów. Deweloper: ColorNote Platformy: Android Cena: darmowa Ocena: 3-

#04 iA Writer iA Writer jest notatnikiem o bardzo specyficznym wyglądzie - do przesady minimalistycznym. Interfejs składa się z białej „kartki” oraz klawiatury. Brak tu jakichkolwiek „rozpraszaczy” - możemy się skupić na tym, co piszemy. Wszystkie notatki synchronizują się poprzez iCloud. Niestety synchronizacja działa jak chce - nie zawsze pojawiają się zapiski, które sporządziliśmy na innym iUrządzeniu lub Mac’u. iA Writer to nie tylko notatnik, to również edytor tekstu - całkiem niezły, dodajmy. Teksty do Display’a piszę właśnie w nim i nie ukrywam, że praca na nim jest naprawdę przyjemna.  eweloper: Information Architects Inc. D Platformy: iOS Cena: 4,49€ Ocena: 4-

#03 Notability

Na pierwszy rzut oka Notability nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle konkurentów. Różnicę dostrzeżemy dopiero, gdy zaczynamy notować. Program pozwala na klasyczne pisanie, za pomocą klawiatury oraz rysowanie, za pomocą paluszka. Możemy coś podkreślić, dorysować, skreślić. Dzięki temu czujemy, jakbyśmy mieli styczność z prawdziwym papierowym notatnikiem. Ponadto możemy nagrać notatkę głosową i dodać obrazek. Niestety program dostępny jest tylko na urządzenia z systemem iOS, nie posiada również przydatnej funkcji synchronizacji przez iCloud, a szkoda, bo umożliwiłoby to nam łatwe przerzucanie naszych wypocin. Deweloper: Ginger Labs Platformy: iOS Cena: 2,99€ Ocena: 4+

#02 SimpleNote Można powiedzieć, że SimpleNote jest trochę okrojoną wersją Evernote. Stwierdzenie „okrojona” to nie zarzut, w żadnym wypadku! Hasłem aplikacji jest bowiem: „Notować!”. Oznacza to - ni mniej, ni więcej - że nie możemy wrzucić żadnego zdjęcia, notatki głosowej, czy czegoś w ten deseń - główną rolę odgrywa tekst. Sporządzone notatki możemy tagować i synchronizować z pozostałymi urządzeniami. Równie ważną rzeczą jest to, że SimpleNote dostępny jest na iOS, Androida oraz na Kindle’a. No i jest za darmo. Deweloper: Codality Platformy: Android, iOS, Kindle Cena: darmowa Ocena: 4+

#01 Evernote Evernote jest - według mnie - najlepszą aplikacją do notowania tak naprawdę wszystkiego. Poczynając od krótkich informacji, kończąc na wielkich, 100-stronicowych referatach. Ponadto wszystko synchronizuje się z każdym naszym urządzeniem. Aplikacja pozwala nam tworzyć dokumenty tekstowe, które możemy łatwo wyszukać przydzielając im znaczniki. Jeśli będziemy ciekawi, gdzie napisaliśmy daną notatkę, dzięki zakładce „Miejsca”, wszystko stanie się jasne. Szukając na siłę wad Evernote, należy wspomnieć, że notatki przechowywane są w chmurze - dostęp do nich mamy tylko online. Myślę, że w erze mobilnego internetu, to żaden problemem. Gdyby było jednak inaczej, bo - na przykład - pracujemy w dżungli amazońskiej, zawsze możemy opłacić abonament Evernote Premium - $5.99 miesięcznie lub $49.99 rocznie - i po kłopocie. Deweloper: Evernote Platformy: Android, iOS Cena: darmowa Ocena: 5


display

19

magazine

Mateusz Krauza

Test mobilnych notatnik贸w

#05 ColorNote

#02 SimpleNote

#04 iA Writer

#03 Notability

#01 Evernote


20

Kamil Jankowski

display magazine

Flip Clock

Zamień swój telefon w zegar klapkowy! Zegary klapkowe są dla mnie symbolem minionej epoki. Kilkanaście lat temu były nieodłącznym elementem eleganckich odbiorników radiowych, czy chlubą europejskich dworców kolejowych. W latach 80, świat porzucił kultowe klapki na rzecz nowoczesnych zegarków elektronicznych. Na szczęście mamy 2013 rok, a coraz więcej ludzi interesuje się produktami retro. Szkoda, że ceny za taki zegar niejednokrotnie sięgają nawet kilkuset złotych. Co zrobić, jeśli nie posiadamy takiej sumy? Tutaj z pomocą przychodzi nam firma CATEATER, LLC. Mniej niż 4 zł wystarczy, aby cieszyć się widokiem i dźwiękiem przeskakujących klapek. Nie jest to wysoka cena, a przecież z Flip Clock możemy korzystać na wszystkich naszych urządzeniach, gdyż jest on w pełni kompatybilny z iPhonem, iPodem, jak i iPadem. Warto, jednak pamiętać o

Deweloper: CATEATER, LLC Platformy: iOS Cena: 0,89€ Ocena: 9

pewnym haczyku. Jeśli nie posiadamy w domu stacji dokującej, aplikacja traci sens. Pierwsza sprawa, że opierając nasze urządzenie o książkę, czy doniczkę nie wyciągniemy z produktu CATEATER, LLC pełnego piękna, a po drugie szybko pozbędziemy się baterii. Jeżeli chcemy, aby iPhone cały czas wyświetlał przeskakujące klapki, musimy wyłączyć w nim przechodzenie w stan uśpienia. Chociaż aplikacja nie jest jakoś szczególnie energochłonna, to trzeba być przygotowanym na to, że w pełni naładowany telefon padnie po około 10 godzinach. Jeśli mamy stację dokującą, problem nie istnieje. Wystarczy podłączyć ją do prądu, umieścić na niej urządzenie, uruchomić aplikację i cieszyć się nowym, eleganckim zegarem. Flip Clock właściwie nie posiada żadnej innej funkcji poza wskazywaniem czasu. Z dodatkowych opcji mogę wymienić jedynie możliwość

nastawienia budzika, uruchomienia trybu nocnego (przyciemnienie ekranu), włączenie/ wyłączenie dźwięku przeskakujących klapek, a także możliwość wyboru wyświetlania czasu w trybie 12 lub 24 godzinnym. Nic szczególnego, a zarazem wszystko czego potrzebuję. Może czasem brakowało mi, aby na ekranie wyświetlała się również informacja o aktualnej pogodzie, ale z drugiej strony popsułaby ona wyjątkowy retro design.  Przyznam wam się, że o zegarze klapkowym marzyłem od dawna, ale często odstraszało mnie ich wykonanie lub cena. W przypadku Flip Clock jedno i drugie jest jego zaletą. Aplikacja posiada naprawdę ładny interfejs i kosztuje zaledwie tyle, co hot-dog na stacji. Polecam każdemu, kto posiada w domu stację dokującą. Zegar od CATEATER, LLC waży nieco ponad 16 MB, a uwierzcie mi, że z pewnością odmieni wnętrze waszego mieszkania.


display magazine

Supermarket Management 2

21

Maciej Kowalski

Mogę być winna grosik? Supermarket Management 2. Pracę w supermarkecie trudno uznać za prestiżową. Nie dość, że jest niskopłatna, to jeszcze zmusza do szanowania tych wszystkich furiatów i złodziei, którzy mienią się klientami. Gra „Supermarket Management 2” próbuje złagodzić niekorzystny wizerunek zawodu. I to z całkiem przyjemnym skutkiem. Dzieło firmy Playful Age należy do mało znanego gatunku „time management game”. Produkcje tego typu polegają na szybkim wykonywaniu czynności przy kilku różnych stanowiskach. Przykładowo w klasyku gatunku – „Hotel Dash” – trzeba wręczać hotelowym gościom klucze do pokojów i nosić ich walizki, podawać przekąski, prać brudną pościel i, po drodze, załatwiać kilka innych rzeczy. Podobnie jest w „Supermarket Management 2”. Tu też stuka się w ekran z zapałem godnym lepszej sprawy. Tym razem jednak pomagamy młodej pracownicy supermarketu. Ustawiamy towary na półkach, wydajemy mięso i nabiał, a wolne wózki dostarczamy osobom stojącym w kolejce przy wejściu. Czasami też siadamy na chwilę za kasą, by zebrać od klientów szmal. Musimy się przy tym spieszyć. Pacjent niezadowolony z tempa obsługi albo zawiedziony brakiem konkretnego towaru płaci nieco mniej. A to utarg pozwala awansować na następny poziom. Kolejne etapy przynoszą nowe atrakcje. Pojawia się stoisko, na którym łowi się ryby wskazane przez klientów, czy - na przykład niewielki warzywniak zaopatrzony w wagę. Wśród odwiedzających sklep pojawiają się ludzie, których trzeba „ręcznie” doprowadzić przed odpowiednią półkę. Są też zestresowani biznesmeni, którzy zostawiają koszyk byle gdzie i trzeba po niego podreptać. Roboty jest naprawdę sporo, a dzień krótki. Parę błędów, jeden niepotrzebny przestój i pracę trzeba zaczynać od nowa. Na szczęście zarobione pieniądze można zainwestować w rozmaite ułatwienia, dajmy na to większe półki czy dodatkowe koszyki. Nic też nie stoi na przeszkodzie, by zatrudnić ekspedientki, kasowe czy chłopca od wózków. To wszystko jednak kosztuje, a kasy nie ma za wiele. Trzeba podejmować rozważne decyzje lub skorzystać z mikrotransakcji, z których żyje gra. Właśnie dlatego produkcja firmy Playful Age dostępna jest w App Store za darmo. Po „Supermarket Management 2” warto sięgnąć. To miła, lekka i przyjemna zręcznościówka z kolorową grafiką i przyjemną muzyką. Gra jest prosta w obsłudze, a kolejne etapy nie sprawiają większych problemów. Może dlatego całość da się ukończyć w przeciągu kilku dni? Cóż, dla mnie to nie wada. Kilka dni to akurat tyle, by się nią nacieszyć, i nie zdążyć znudzić!

Deweloper: Playful Age Dystrybutor: G5 Entertainment Platformy: iOS Cena: darmowa Ocena: 7


22

AKF

display magazine

Przegląd seriali

00:00

Herbata, Koc i Serial. Deszczowe wieczory czas zaczac. Zaczął się październik, a wraz z nim zawitały miesiące chłodne i deszczowe. Stacje telewizyjne podnoszą ceny za reklamę i zacierają ręce na myśl o rosnącej liczbie widzów. Niebawem Polacy rozsiądą się w fotelach, spędzając całe dnie na oglądaniu swoich ulubionych seriali. Przyszykujcie koc, gorącą herbatę i zerknijcie, co nowego przygotowali dla nas producenci, a także którą produkcję warto sobie przypomnieć.


display magazine

23


24

AKF

display magazine

Przegląd seriali

Wybrani (Person of interest)

Czas Honoru 

Wybranych polecił mi mój znajomy i nie ukrywam, że

oglądnąłem go za jednym zamachem. Fabuła skupia się na genialnym informatyku oraz byłym żołnierzu jednostek specjalnych, których w pewien sposób sparował ze sobą los. Ich głównym zadaniem jest ratowanie „mniej znaczących przypadków”, a więc tytułowych Wybranych. W zasadzie mógłbym na tym skończyć, a każdy machnąłby ręką mówiąc, że było to już powielane setki razy. Może i tak, ale scenarzyści zadbali o to, by historia trzymała widza w napięciu. Tutaj, za listę osób do uratowania odpowiada tajemnicza maszyna, która podgląda i podsłuchuje każdego człowieka na świecie, coś jak Eagle Eye – amerykański thriller z 2008 roku. Wątek z maszyną jest jak najbardziej na czasie, w końcu dopiero co wybuchła ogólnoświatowa afera, kiedy to na światło dzienne wypłynęły informacje o amerykańskich podsłuchach. Serial nie tylko trzyma w napięciu, ale także zaskakuje świetną grą aktorską. Na ekranie możemy zobaczyć m.in. Jima Caviezela (John Reese), Michaela Emersona (Harold Finch), czy Taraji P. Henson (Joss Carter). Szkoda, że polska telewizja zrezygnowała z emisji po dwunastym odcinku, no ale przecież od czego mamy internet, prawda? Sezon trzeci zbliża się wielkimi krokami i solidne lanie należy się temu, kto przejdzie obok niego obojętnie!

Vikings

Cały świat zachwyca się Grą o Tron – zresztą trudno się dziwić, bo jest to produkcja najwyższej klasy – zapominając, że na świecie jest jeszcze kilka łakomych kąsków. Jeden z nich to Vikings , serial przygotowany we współpracy z Discovery. Co prawda pierwszy sezon dobiegł końca, a premiera następnego jest melodią odległej przyszłości, to mimo wszystko warto rzucić okiem, choćby po to, aby umilić sobie czas oczekiwania na czwartą serię Gry o Tron. Vikings opowiada historię Ragnara Lothbroka i jego rodziny. Zakładam, że jest wam obce jego imię, ale wierzcie na słowo, że w Skandynawii to prawdziwa legenda! Serial jest niezwykle klimatyczny i wciąga jak diabli. Producentom bardzo zależało na wiernym odwzorowaniu realiów tamtych czasów i muszę przyznać, że wykonali swoją robotę perfekcyjnie. Ponadto na uwagę zasługuje bardzo dobra gra aktorska. W tym miejscu muszę wyróżnić świetne role Travisa Fimmela (Ragnar Lothbrok), Katheryn Winnick (Lagertha Lothbrok), czy Gabriela Byrne’a (Earl Haraldson). Vikings to nie tylko znakomicie opowiedziana historia, ale także świetny klimat Skandynawii. Serial na jesień, jak znalazł!

Nieprzypadkowo ta polska produkcja pojawia się pomiędzy ogólnoświatowymi hitami. Czas Honoru to jeden z najlepszych seriali, jakie dane było mi oglądać. Czołowe polskie stacje telewizyjne niejednokrotnie puszczają nam produkcje, których nie umiem w żaden sposób przetrawić, ale na szczęście znalazł się rodzynek. Czas Honoru emitowany jest już szósty rok, choć sam trafiłem na niego przypadkiem w 2008. Od razu zaznaczam, że nie przepadam za aktorami młodego pokolenia (ech, w latach 60-70 to dopiero byli aktorzy!), ale tutaj ogląda się ich grę naprawdę przyjemnie. Na ekranie goszczą m.in. Jakub Wesołowski (Michał Konarski), Daniel Olbrychski (Doktor), Maciej Zakościelny (Bronek Woyciechowski), Anna Romantowska (Sabina Sajkowska), czy Piotr Adamczyk (Obersturmbannführer). Historia głównych bohaterów dotyczy trudnego dla Polski okresu II Wojny Światowej, ale także wydarzeń po jej zakończeniu. Co prawda jest tutaj parę historycznych niedociągnięć, ale nie przeszkadzają w oglądaniu. Producenci bardzo dbają o szczegóły i jak najwierniejsze oddanie realiów wojennych. Scenarzyści zadbali, aby widz oglądał nie tylko partyzanckie walki, ale również wątki miłosne i rodzinne. Nie znam nikogo, komu nie spodobałby się Czas Honoru. Jestem przekonany, że serial mógłby być emitowany w zagranicznych stacjach i nie musielibyśmy się za niego wstydzić. Od czasów Hansa Klossa i Czterech Pancernych, nie było w Polsce tak dobrego serialu wojennego jak ten. Jeśli lubicie wojskowe opowieści, gorąco polecam wam cykl „Historia Nieznana Zapomniana”, który znajdziecie w serwisie YouTube.


display magazine

Przegląd seriali

Dexter

25

AKF

P amiętniki Wampirów (The Vampire Diares)

Stary, dobry Dexter jest ze mną już od 8 lat. Aktualnie trwa ostatni sezon, a do jego końca pozostało zaledwie kilka odcinków. Twórcy powiedzieli, że kończą swoją przygodę z tym wyjątkowym mordercą, ale znam ich i nie zdziwię się, jeśli zmienią zdanie i niebawem zdradzą nam datę premiery kolejnych części. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że główny bohater jest pracownikiem laboratorium policyjnego. W dzień zajmuje się głównie badaniem próbek krwi, natomiast w nocy przemienia się w bezkompromisowego mordercę. Pozbawiony uczuć wymierza sprawiedliwość na swój własny sposób. Chociaż chciałbym zdradzić wam więcej, nie mogę tego zrobić, gdyż odkrywanie psychiki Dextera jest najprzyjemniejszą częścią serialu. Jeśli miałbym go do kogoś porównać, to jako pierwszy nasuwa mi się Dr House, z tym że jest tutaj o wiele więcej akcji. Macie akurat kilkanaście wolnych wieczór? Spędźcie je z Dexterem. Tylko nie obiecuję, że wyjdziecie z tego cało! ;) Jeżeli nadal nie zachęciłem was do oglądania, to zerknijcie na listę aktorów. Na ekranie zobaczymy między innymi Michaela C. Halla (Dexter Morgan), Jennifer Carpenter (Debra Morgan), Davida Zayasa (Angel Batista), a także Desmond Harrington (Joey Quinn).

Kto nie przepada za zombie, powinien rzucić okiem na historię pewnej grupy wampirów. Panowie niech odetchną spokojnie, nie jest to produkcja w stylu sagi Zmierzch, choć wątków miłosnych nie brakuje. Scenariusz bazuje na powieście o tym samym tytule, autorstwa amerykańskiej pisarki Lisy Jane Smith. Przyznam szczerze, że wahałem się, czy sięgnąć po Pamiętniki Wampirów. Trochę odstraszała mnie fabuła, która skupia się na losach dwójki braci – Damona i Stefana – walczących między sobą o przepiękną Elenę. Na szczęście w praniu wyszło, że główny wątek, okazał być się tak naprawdę pobocznym, a miłosne intrygi przeplatają się tutaj z walką o życie. Na uwagę zasługuje też obsada, choć nie ukrywam, że dobierana była pod kątem nastolatek, wzdychających na widok, któregoś ze wspomnianych braci. Wśród aktorów warto wymienić Iana Somerhaldera (Damon Salvatore), Paula Wesley’a (Stefan Salvatore), przepiękną Ninę Dobrev (Elena Gilbert), czy Stevena R. McQueena (Jeremy Gilbert). Jeśli niestraszni wam krwiopijcy, łowcy, wilkołaki, czy hybrydy, warto chociaż sprawdzić, z czym to się je. Nie jest to produkcja, która zapada w pamięć na długie lata, ale jeśli razem z dziewczyną szukacie czegoś lekkiego na wieczór, powinniście być zadowoleni. Ostatni, piąty sezon jest już dostępny w amerykańskiej telewizji, u nas powinien pojawić się niebawem.

T he W a l ki n g D e a d

Kilka lat temu zaczęło się prawdziwe „bum” na uniwersum zombie. Telewizję zalały lepsze i gorsze filmy o nieumarłych, a powstanie wysokobudżetowego serialu było kwestią czasu. Dokładnie trzy lata temu amerykańska stacja AMC wyemitowała pierwszy odcinek The Walking Dead – serialu, który wielbią miliony. Fabuła skupia się wokół grupy ocalałych ludzi, którzy za wszelką cenę próbują przetrwać każdy kolejny dzień. Przeżycie byłoby łatwe, gdyby nie fakt, że po całym świecie chodzą nieumarli, którzy gustują w świeżym mięsie - kogo ugryzą, ten dołącza do ich szeregów. W The Walking Dead pokochałem za najwyższej klasy efekty specjalne, świetnie opowiedzianą historię oraz rewelacyjną grę aktorską. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że owy serial jest w swoim gatunku odpowiednikiem Gry o Tron. Sezon czwarty zadebiutuje już 13 października, a wraz z nim na ekranach telewizorów ponownie zagoszczą Andrew Lincoln (Rick Grimes), Norman Reedus (Daryl Dixon), Scott Wilson (Hershel Greene), czy David Morrissey (Philip „Gubernator” Blake). Panie i Panowie, będzie się działo!


display

26

magazine

Maciej Kowalski

Ambassada

AmbaSSada Mela i Przemek wprowadzają się do budynku, w którym niegdyś mieściła się niemiecka ambasada. Nieoczekiwanie przenoszą się w przeszłość. W gmachu znów roi się od Niemców. Dobiega końca sierpień 1939 roku i mocarstwo szykuje się do wojny. Najlepsze filmy Machulski kręcił w latach osiemdziesiątych. „Vabank” czy „Seksmisja” zapewniły mu trwałe miejsce w historii kina. I choć, od pewnego czasu, jest bez formy, wciąż przyciąga widzów do kin. Czy „AmbaSSada” odniesie podobny sukces? Póki co rozpaliła do czerwoności polską prawicę. Żartuje z drugiej wojny światowej, wykpiwa rodzimy patriotyzm i jeszcze ma Nergala w obsadzie. Tego niektórzy nie zamierzają tolerować…

Kamil Jankowski

Grawitacja

Grawitacja Dr Ryan Stone (Sandra Bullock) wyrusza w przestrzeń kosmiczną, a towarzyszyć jej będzie błyskotliwy Matt Kowalsky (George Clooney). Dla mężczyzny to ostatni lot przed emeryturą. Wyprawa, która miała być rutynowym kursem, staje się desperacką walką o przeżycie. Prom kosmiczny ulega zniszczeniu, a spięci ze sobą Stone i Kowalsky, odlatują w ciemną otchłań kosmosu. Załoga traci połączenie z Ziemią, w pojemnikach kończy się zapas tlenu, a akcja ratunkowa jest jedynie szalonym pomysłem. Czy w tej tragicznej historii zobaczymy światełko w tunelu? Odpowiedź poznamy 11 października. Znając możliwości współczesnej techniki filmowej, niecodzienny talent aktorski Sandry Bullock i George’a Clooney’a, jestem pewien, że produkcja Alfonso Cuarón (jego film „Ludzie dzieci” był nominowany do Oscara) okaże się ogólnoświatowym hitem, z wysoką średnią ocen.


display magazine

27


display

28

magazine

B.R.O, a właściwie Jakub Birecki, to dwudziestojednoletni raper, który ma na swoim koncie już pięć albumów studyjnych. Na początku stycznia ukazał się jego ostatni album High School, który cieszy się dużą popularnością wśród słuchaczy rapu. Obecnie Jakub skupia się na swojej trasie koncertowej oraz pracą nad nową płytą MemoryLine.

w y W

O . R . B z d ia


display

29

magazine

Kamil Jankowski

Wywiad z B.R.O

DisplayMag: Co zmieniło się w Twoim życiu, odkąd światło dzienne ujrzał High School? Zaznaczam, że nie pytam o stan konta w banku, liczbę koncertów na najbliższy kwartał, czy masę nowych znajomych. Pytam, co się zmieniło w Tobie, Jakubie?  B.R.O: Na pewno stałem się jeszcze bardziej pewny siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o to, co chcę dalej robić. Teraz wiem, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto jedynie chorągiewką na wietrze. Przekonałem się też, że ta gra jest brudna i przerażają mnie prawa, jakimi się rządzi. To mnie akurat nie zmieniło, bo nie bawi mnie sztuczne przynależenie do czegoś, w zamian za naginanie własnych wartości, którymi kieruję się od dawna. Oczywiście zmian jest dużo więcej, ale myślę, że te są najważniejsze. DisplayMag: Jestem pewien, że rodzina jest z Ciebie dumna, w końcu osiągnąłeś naprawdę niemały sukces. Na High School masz jednak trochę osobistych utworów, jak choćby „Gorzka Czekolada”, czy „Czego Chcesz?”. Jak na takie utwory reagują Twoi najbliżsi? Pytali o te kilka mocno osobistych wersów, czy może udawali, że nie istnieją? B.R.O: Jestem z moją rodziną bardzo blisko i mamy tak dobre relacje, że słuchając tych kilku utworów, doskonale rozumieją, o czym i o kim jest w nich mowa. Moich bliskich śmiało mogę nazwać najlepszymi przyjaciółmi, więc pewnie nie zdziwi Cię fakt, że doskonale wiedzieli, co było przyczyną stworzenia wspomnianych kawałków. Rodzina ma dla mnie olbrzymią wartość i bardzo ją sobie cenię, tak mnie wychowano. DisplayMag: A inne wartości? Nazywasz siebie reprezentantem młodego pokolenia. Co ze sobą niesiesz? Jakie są Twoje muzyczne cele? B.R.O: Niosę ze sobą pozytywny przekaz dla młodych ludzi, dokładnie takich, jak ja. Obrałem sobie za cel, by poprzez muzykę i własne doświadczenie, pokazać im, że można w życiu osiągnąć sukces, jeśli wytrwale dążymy do celu. Każda pasja jest lepsza niż marnotrawienie czasu przed ekranem komputera i krytykowania wszystkiego, i wszystkich. Jeśli chodzi o mój muzyczny cel, to chcę się przede wszystkim rozwijać i sprawiać, by moja muzyka była coraz bardziej dojrzała, nie tylko lirycznie, ale i brzmieniowo.

DisplayMag: Oczywiście życzymy Ci, abyś ten cel osiągnął, ale zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdyby plan z rapem nie wypalił, a Ty utknąłbyś w podziemiu? Czym byś się wówczas zajmował? B.R.O: Z pewnością dalej bym nagrywał swoje wokale, bo to moja pasja i zawsze będę to kochał. Co poza tym? Trudno mi powiedzieć, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie cierpię gdybania, bo nic z niego nie wynika. To strata czasu, a że czasu mam bardzo mało, muszę nim rozsądnie gospodarować. DisplayMag: Odłóżmy na bok czarne scenariusze, bo przecież udało Ci się osiągnąć swój cel. Wydałeś legalną płytę, która pojawiła się na półkach sklepowych w całym kraju. Masz już następny punkt, do którego uparcie dążysz? Tylko proszę, nie mów, że jest nim drugi album! B.R.O: Fakt, odpowiedź, że jest nim drugi album, byłaby dość oczywista, więc powiem Ci o czymś innym. Moim zdaniem koncerty hip-hopowe polskich raperów nie stoją na wysokim poziomie i nie mają wiele wspólnego z jakością, jaką możemy spotkać na oryginalnych płytach. Na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy wkładają w koncerty 100% zaangażowania. Stojąc na scenie, zawsze staram się zrobić, jak najlepsze show. Aktualnie skupiam się jednak na przygotowaniu czegoś większego, lepszego i - mam nadzieję ciekawszego. Niestety, niczego Ci jeszcze nie mogę zdradzić, ale obiecuję, że jeśli mój pomysł wypali, będzie to najlepsze koncertowe show w Polsce! DisplayMag: No, no. To naprawdę mocne słowa. Czyli opowiedziałeś mi już o tym, jaki jesteś na scenie. A co z Twoim przeciętnym dniem? Jak wygląda Twój czas wolny, kiedy rap schodzi na plan dalszy? B.R.O: Jak już mówiłem, tego czasu mam naprawdę bardzo mało, ale kiedy uda mi się zorganizować kilka wolnych chwil, spędzam je jak normalni ludzie. Spotykam się z przyjaciółmi, uprawiam sport, chodzę do kina, jakiś film i wino z dziewczyną. Tak to mniej więcej wygląda. DisplayMag: Chciałbyś, aby rap leciał w stacjach radiowych, czy wolisz zatrzymać go na płytach i odtwarzaczach mp3?

B.R.O: A po co go zatrzymywać? Nie nagrywam swoich utworów, aby trafiły do radia, bo nagrywam je na własną płytę. Jeśli natomiast rozgłośnie chcą grać MOJĄ muzykę, to co w tym złego? Nie mam się czego wstydzić i czuję się dumny, że trafia ona do tak szerokiego grona słuchaczy. Odwróćmy jednak na chwilę sytuację. Jeśli żadne radio nie interesuje się tym, co nagrałem, nie mam z tym żadnego problemu, bo przecież nie będę się pchał tam, gdzie mnie nie chcą. Mam swoje kanały promocji, m.in. YouTube czy Facebook, więc jeśli ktoś chce posłuchać moich utworów, wystarczy klepnąć link. Udało mi się dotrzeć do celu bez pomocy stacji radiowych i świetnie sobie radzę bez nich, ale cieszy mnie, kiedy któraś z rzeczonych otwiera się na rap, bo moim zdaniem to najbardziej wartościowa muzyka w Polsce.  DisplayMag: Gdzie możemy Cię zobaczyć w najbliższym czasie? B.R.O: Ciągle finalizujemy trasę koncertową i zagram w bardzo dużej liczbie miast. Zachęcam, aby na bieżąco sprawdzać mój fanpage (facebook.com/ nextlvl). Niedługo pojawi się pełna lista i mam nadzieję, że znajdziecie na niej Wasze ulubione kluby. DisplayMag: Wielkie dzięki za wywiad. Powodzenia w realizacji celów! B.R.O: Dzięki, trzymajcie się! Chcesz wygrać album High School z autografem? Zajrzyj na str. 54!


display

30

magazine

Kamil Jankowski

1.5

Rap, nie śpiewanie.Recenzja 1.5 Gruby Mielzky, a właściwie Tomasz Mielewski, to 25-letni reprezentant województwa pomorskiego, o którym głośno zrobiło po premierze jego debiutanckiej płyty „Silny Jak Nigdy, Wkurwiony Jak Zwykle”. Mielzky określił wówczas samego siebie, jako „odpowiedź Boga na modlitwy całej Polski” i muszę przyznać, że ma w tym trochę racji. W czasach, gdy większość hip-hopowej sceny próbuje swoich sił na modnych trapach, Tomek skupia się na tworzeniu dokładnie takiej muzyki, jaką pokochaliśmy kilkanaście lat temu. Nowy krążek Tomka ma dwie mocne strony. Pierwsza to podkłady muzyczne, druga - teksty Mielzky’ego. Oprawa dźwiękowa, podobnie jak w przypadku poprzedniej płyty, została wzięta pod skrzydła duetu The Returners. Myślę, że tym jednym zdaniem, mógłbym skończyć jej recenzję. Nie od dziś wiadomo, że Returnersi zamieniają wszystkie beaty w złoto. Wydawało mi się, że „Silny Jak Nigdy, Wkurwiony Jak Zwykle” miał fantastyczną oprawę muzyczną, ale podczas odsłuchu „1.5”, głowa kiwała mi się w przód i w tył, jeszcze mocniej niż w zeszłym roku. DJ Chwiał i Little zadbali o świetne sample, dzięki którym kontakt z utworami (zwłaszcza „Czasem Widzę”, „Puls” oraz „Twardy Sport”) to prawdziwa przyjemność dla ucha. Moim zdaniem połączenie głosu Grubego Mielzky’ego z beatami The Returners, to połączenie idealne. 

Druga mocna strona to poziom liryczny. Tytuł płyty jest nieprzypadkowy, bowiem „stanowi on coś na kształt spoiwa pomiędzy pierwszym albumem pt. SJNWJZ a kolejnym materiałem, który ma dopiero powstać”, dlatego Mielzky kontynuuje opowieść o swoim stylu życia, ucząc nas zarazem, jakie wartości powinniśmy uznać za najważniejsze, a także atakuje młode pokolenie, które rozkochało się w modnych, newschoolowych stylach. Flow Grubego nie zmieniło się przez ostatni rok, nadal słucha się go wyjątkowo przyjemnie, nawet jeśli album wiruje w odtwarzaczu po raz setny. Mam jednak wrażenie, że doświadczenie, jakim było wydanie legalnego albumu, przyczyniło się do pisania lepszych tekstów (widać to zwłaszcza w utworze „Żaden Rap”). Nowa płyta jest jedynie materiałem przejściowym, więc wyobraźcie sobie, jak wysoki poziom otrzymamy przy premierze następnego krążka! Trzymając w rękach „1.5”, czuję, że jestem właścicielem albumu wartego o wiele więcej, niż 40 złotych. Marcin Ryk informuje nas w Intro, że „nie jest to łatwa płyta, nie jest to modna płyta” i muszę powiedzieć, że ma rację w 100%. Opowieści Mielzky’ego raczej nie spodobają się waszym matkom, ale jego teksty są tak otwarte dla słuchacza, i tak prawdziwe, że momentami mam wrażenie, jakbym dostawał rady od starszego

Love & Soul

przyjaciela. Z Tomasza żaden Młody Wilk, raczej koneser nowojorskiego rapu. Na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden cytat z Intra: „Macie dość klasycznego rapu? Trafiliście pod zły adres”. Artysta: Gruby Mielzky Tytuł: 1.5 Wydawca: Szpadyzor Records  Cena: 39,90 zł

Maciej Kowalski

Love & Soul. Jeśli młody człowiek zaczyna słuchać soulu, to pewnie jest zakochany albo zaczyna się starzeć. W sumie, żadna z tych opcji mi nie grozi. Nowa płyta Johna Legendy to po prostu kawał dobrej, przyjemnej muzyki. Takiej do posłuchania wieczorem, z dziewczyną u boku, bądź lampką wina w garści. Jest lirycznie, nieśpiesznie i przyjemnie dla ucha. Największą zaletą „Love in the Future” jest niewątpliwie głos wokalisty. John pozbył się dawnych manier i wyciągnął wnioski z porażki swojego ostatniego albumu. Nabrał też pewności siebie. Potrafi być zdecydowany, powściągliwy, kuszący, a także romantyczny i żarliwy. W swych piosenkach skupia się przede wszystkim na nastroju. Chce, by słuchacz odprężył się i uśmiechnął. Pomagają mu w tym naprawdę dobre teksty. Legend śpiewa przede wszystkim o miłości i związkach, o radości, jaką niesie przebywanie z

ukochaną osobą. Niby nic oryginalnego, ale nie oryginalności przecież szuka się w soulu. Wybór najlepszego utworu na opisywanej płycie, nie jest łatwą sprawą. „Open Your Eyes” wypada naprawdę interesująco dzięki pojawiającej się pod koniec utworu gitarze, nagrany wraz z Kimbrą „Made To Love” zwraca uwagę rytmem, zaś „Who Do We Think We Are” odwołuje się do klasyki gatunku i w sumie ją przypomina. „Save The Night”, dla odmiany, ma nieco żywsze tempo i gospelowe tło. Najdziwniejsze jest to, że cały album wpada w ucho. I to mnie, człowiekowi, który za soulem nie przepada.  rtysta: John Legend A Tytuł: Love in the Future Wydawca: Sony Music Entertainment  Cena: 44,90 zł


display

31

magazine

Maciej Kowalski

Odkurzamy stare płyty

Odkurzamy stare płyty. Powermad “Absolute Power”. Według angielskiej Wikipedii Powermad to „innowacyjny i nieco zapomniany zespół, grający speed metal”. Coś w tym jest. Mało który fan mocniejszego brzmienia kojarzy tę kapelę, chociaż jej najbardziej znany utwór – „Slaughterhouse” – słyszało zapewne wielu. Charakterystyczny, dynamiczny riff przez długie lata służył, jako dżingiel programu „MTV at the Movies”, pojawił się też na ścieżce dźwiękowej filmu Davida Lyncha „Dzikość serca”. Mało tego, kapela zadebiutowała wówczas na wielkim ekranie! Dziś chłopaki z Powermad budziliby pewnie śmiech. Długie, nastroszone włosy okalały ich niewinne twarzyczki, a ocierający się o falset głos wokalisty budził wątpliwości dotyczące jego

męskości. Mimo to płyta „Absolute Power” została ciepło przyjęta przez krytykę. Doszukiwano się na niej inspiracji Queensryche, Iron Maiden czy Judas Priest. Tropem „Slaughterhouse” szły zaś kolejne hity: „Nice dreams”, „B.N.R” czy „Test the Steel”, które zagościły na listach przebojów. Ostre, szybkie granie było wtedy w cenie. Zespół ruszył w trasę koncertową, niemal całkowicie wyprzedaną. Gdzieś na szlaku chłopcy pokłócili się i kapela popadła w niebyt. Żaden z nich nie zaistniał później w muzyce. Chociaż… nic nie jest pewne. Powermad reaktywował się w 2007 roku. Od tego czasu dał kilka świetnych koncertów i nagrał jedną piosenkę. „Souls Descending” można posłuchać na oficjalnej stronie zespołu. Niezły czad!

Kamil Jankowski

Woodkid wraca do Polski!

Woodkid wraca do Polski!  oodkid a właściwie Yoann Lemoine, to francuski W wokalisty i producent muzyczny, znany między innymi ze współpracy z Laną Del Rey, Katy Perry czy Rihanną. Artysta jest kojarzy także przez graczy i kinomaniaków – jego utwór „Iron” został wybrany, jako podkład muzyczny w trailerze „Assassin’s Creed: Revelations”, czy zwiastunie filmu „Hitchcock”. Woodkid słynie z wyjątkowych show, wśród których warto wymienić jego zeszłoroczny koncert z Wieży Eiffla. Francuski wokalista ma na

swoim koncie dwie płyty, a każda z nich cieszy się niesłabnącą popularnością. Woodkid pojawił się na polskiej scenie już dwukrotnie, zyskując pozytywną opinię uczestników. Francuz wraca do Polski i już 7 grudnia będziemy mieli możliwość usłyszenia go na żywo w Warszawie, w Arenie Ursynów. Bilety na show są nadal w sprzedaży, jednak warto się spieszyć, bo Woodkid to gwarancja wspaniałego widowiska, które wspomina się przez wiele miesięcy

Październikowe koncerty 12/10 Serj Tankian Gdańsk, ERGO Arena

20/10 Joe Bonamassa Warszawa, Sala Kongresowa

26/10 Everlast Wrocław, Alibi

17/10 Strachy na Lachy Wrocław, Alibi

22/10 Austra Warszawa, Basne

27/10 Sinead O’Connor Warszawa, Sala Kongresowa

19/10 Foals Warszawa, Stodoła

23/10 Anathema Gdańsk, Parlament

28/10 Editors Warszawa, Stodoła

19/10 Buzzcocks Gdańsk, Stocznia Gdańska

24/10 Anathema Poznań, Blue Note

29/10 Editors Kraków, Teatr Łaźnia Nowa


32

Bartłomiej Piltz

display magazine

More colour. More fun?

More colour. More fun?


display magazine

More colour. More fun?

33

Bartłomiej Piltz

Życie entuzjasty zabawek okraszonych logiem nadgryzionego jabłka do nudnych nie sposób zaliczyć - zawsze znajdzie się powód do ekscytacji. A to spekulacje na temat odświeżonych linii Mac’ów, a to fotki obudowy do kolejnych modeli iPadów zagoszczą w serwisach fanowskich, a to informacje o następcach systemów operacyjnych uda się przemycić, a to… No właśnie, czegoś zabrakło w tej wyliczance… iPhone’a! Tak, chodzi o iPhone’a, na temat którego w internecie aż dudniło od plotek i któremu, a w zasadzie „którym”, poświęcony będzie poniższy tekst.


34

Bartłomiej Piltz

display magazine

More colour. More fun?

iPhone 5C Liczba mnoga nie bez kozery pojawiła się w kontekście flagowca Apple, gdyż firma - po raz pierwszy w historii - miała pracować równocześnie nad dwiema wersjami tego urządzenia. Jedna to dopakowany następca „piątki”, standardowo przyozdobiony literką „S”, druga zaś to najbardziej kontrowersyjny jabłkowy projekt ostatnich lat, czyli iPhone 5C - tańsza, plastikowa odmiana smartfona, tworzona rzekomo z myślą o rynkach krajów rozwijających się, głównie o Chinach i Indiach, gdzie prym wiodą „budżetowce” z Androidem na pokładzie. Tak głosiły plotki. O ile nadejścia iPhone’a 5S mogliśmy być pewni, o tyle jego „biedniejszej” wariacja niekoniecznie. Apple słynie bowiem z produktów wykonanych z wysokiej jakości materiałów, a tu jakiś plastik. To nie w ich stylu! Na wyjaśnienie tej frapującej kwestii musieliśmy jednak poczekać. Poczekać do 10 września, czyli dnia, na który „sadowniczy” potentat zaplanował specjalną imprezę, podczas której odkryte miały zostać wszystkie iPhone’owe karty. Town Hall, kampus Apple w Cupertino. Godzina zero zbliża się wielkimi krokami, wreszcie wybiła! Dłuższe budowanie napięcia nie ma sensu. Tytuł artykułu mówi więcej niż tysiąc słów, a i przeoczenie stosownych informacji na temat keynote’u Apple, było zwyczajnie niemożliwe. Jak doskonale wiecie, plotki znalazły namacalne potwierdzenie i światło dzienne ujrzały dwa modele iPhone’a - 5C oraz 5S.

Zobaczmy, co mają pod „maską”. Jak już wspomniałem, iPhone z „C” w nazwie, to nowość w portfolio amerykańskiego giganta. Zastąpił „wysłużonego” iPhone’a 5, po którym odziedziczył kiszki, ekran i inne duperele. Wyposażono go dodatkowo w większą baterię, która - według Apple - powinna zapewnić zauważalnie dłuższy czas pracy. Całość otulono poliwęglanową obudową, pokrytą jakimś odpornym na zarysowania utwardzaczem. Notka dla będących na bakier z rodzajami tworzyw sztucznych. Poliwęglan to taki plastik z górnej półki, stosowany z powodzeniem - choćby - przez Nokię w smartfonach z serii Lumia. Warto odnotować, że do wyboru otrzymamy kilka wariantów kolorystycznych urządzenia: zielony, błękitny, żółty, różowy i biały. „More fun, more colourful” - jak to zgrabnie ujął Tim Cook, CEO Apple, rozpływając się w zachwytach nad bogactwem barw iPhone’a 5C. Co ciekawe, Apple zdecydowało się na wprowadzenie tylko dwóch wersji pojemnościowych opisywanej machiny - 16 GB oraz 32 GB. Ostatnim, wartym odnotowania faktem, jest cena. Ile przyjdzie nam zabulić za „tańszego” iPhone’a? Wcale nie tak mało. 16 GB wersję wyceniono na 599€. Z drugiej strony, niby z jakiej racji mielibyśmy płacić grosze za coś, co ma konkretne bebechy - tylko dlatego, że obudowę wykonano z materiału niższej jakości? Chyba sami w to nie wierzycie…

iPhone 5C Dane techniczne: - 4-calowy ekran Retina - Procesor A6 - Aparat o rozdzielczości 8 Mpx - Kamera FaceTime HD - Obsługa sieci LTE - Bluetooth 4.0 - Wi-Fi w standardzie 802.11a/b/g/n 2.4GHz i 5GHz


display

35

magazine

Bartłomiej Piltz

More colour. More fun?

iPhone 5S Skoro przechodzimy do opisu niuansów związanych z linią „S” flagowca Apple, należałoby się spodziewać, że nie będzie nad czym się rozwodzić, bo nowości mało. Jeśli chodzi o wizualną stronę produktu, sporo w tym racji - najbardziej widoczna, to przemodelowany, szafirowy przycisk Home, o którym więcej w dalszej części artykułu. Wnętrzności to zupełnie inna bajka, zmian tu mnóstwo! Jestem gotów zaryzykować nawet stwierdzenie, że iPhone 5S przebija pod względem liczebności tychże swojego prapradziadka - iPhone’a 3GS, czyli najbardziej rewolucyjną „eSkę” w powszechnym mniemaniu. Po kolei jednak. Zacznijmy od serca opisywanego cacka - 64-bitowego procesora A7. Pierwszy raz w smartfonowej historii, mamy do czynienia z 64-bitowym prockiem, który wespół z 64-bitowym systemem operacyjnym - iOS 7 gwarantować ma dwukrotny skok wydajnościowy w stosunku do, napędzającego iPhone’a 5C oraz leciwą „piątkę”, układu A6. Nowy procesor to nie wszystko. Apple poprawiło również baterię, która na jednym ładowaniu pozwoli na 10 godzin rozmów lub przeglądania internetu; tryb czuwania to 250 godzin, o 25 więcej niż w iPhone’ie 5. Znikomy progres, w tym aspekcie smartfonowego rzemiosła, łatwo wytłumaczyć. Wpłynęła na to implementacja potężnego procesora. Potęga, jak wiadomo, kosztuje - nawet ta, wykonana w mniej energożernej technologii. Myślę, że niewielką poprawę czasu działania na pospolitym cyklu, z nawiązką zrekompensuje nam ogromny wzrost wydajności urządzenia. iPhone 5S to również podrasowany aparat cyfrowy iSight. Matryca, co prawda, nie doczekała się podbicia liczby megapikseli (nadal jest ich osiem), doczekała się za to powiększenia powierzchni o 15%, względem ubiegłorocznego modelu. I co z tego? - zapytacie. Większa matryca, to większe

piksele. Im pokaźniejsze „kwadraciki”, tym więcej światła są w stanie zgromadzić, co - z kolei - wpływa na jeszcze wyższą jakość zdjęć - zwłaszcza przy kiepskim oświetleniu. Kolejne novum - podwójna lampa diodowa (ciepłe i zimne światło). iPhone 5S jest pierwszym na świecie urządzeniem potrafiącym cykać fotki, które wyposażono w takie cudo. Ustrojstwo to gwarantuje lepsze, bardziej naturalne odwzorowanie barw. Ostatnią nowością, związaną z szeroko rozumianym obiektywem, jest możliwość nagrywania filmików w rozdzielczości HD z częstotliwością 120 klatek na sekundę. Idealna płynność ruchu, zapewniona! Kilkaset znaków wstecz, napomknąłem o gruntownie przemodelowanym, wykonanym z szafiru przycisku Home. Przyjrzyjmy mu się dokładniej. Guziczek stracił swój znak rozpoznawczy, czyli „wytatuowany” kwadrat. W zamian przyozdobiono go obręczą, odpowiedzialną za skaner linii papilarnych, aktywujący funkcję Touch ID. Technologia użyta w pierścieniu umożliwia skanowanie odcisków palców w każdej orientacji - to tak na marginesie. Wspomniane Touch ID pozwoli użytkownikowi odblokować iPhone’a po przyłożeniu palca do Home Button, bez potrzeby mazania paluchem po ekranie - chyba że zechcemy, pełna dowolność. Potencjał drzemiący w Touch ID jest ogromny! Choćby logowanie się do przeróżnych portali/ usług bez potrzeby żmudnego wklepywania hasła oraz autoryzacja zakupów z App Store czy iTunes. Dla mnie bomba! Bomba w standardowej, jak na najwyższy model iPhone’a przystało, cenie - 699€ za 16 GB wersję; w ofercie znajdą się ponadto dwie wariacje pojemnościowe - 32 GB oraz 64 GB. Zamykając wątek stricte związany z iPhone’em 5S, należy nadmienić, że po raz pierwszy w dziejach, do wyboru mamy aż trzy warianty kolorystyczne srebrny, ciemny grafit i złoty.

Dane techniczne: - 4-calowy ekran Retina - Nowy procesor A7 wykonany w architekturze 64-bitowej - układ M7 odpowiedzialny za obsługę sensorów ruchu, takich jak: GPS, żyroskop i akcelerometr. - Bateria pozwala na 10 godzin rozmów po 3G oraz 10 godzin przeglądania internetu wykorzystując technologię LTE - Ulepszony aparat o rozdzielczości 8 Mpx, 5-elementowy obiektyw z f2.2 - Nagrywanie wideo w jakości 720p, przy 120 klatkach na sekundę - Ukryty w przycisku Home czytnik linii papilarnych - przycisk Home wykonany z szafiru – brak podatności na zarysowania


36

Bartłomiej Piltz

Kiedy premiera? W USA, Kanadzie, Australii, Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Singapurze, Japonii oraz Chinach nowe modele iPhone’ów zadebiutowały 20 września; mieszkańcy reszty cywilizowanego świata (sto państw, w tym Polska) muszą poczekać do 25 października. To tyle w kwestii suchych faktów, dotyczących najnowszych iPhone’ów. Pora zadać fundamentalne pytanie, po co Apple wprowadza do oferty aż dwa nowe modele tego urządzenia? Na początku tekstu napomknąłem, że tańsza odmiana smartfona według hipotez - była tworzona z myślą o krajach rozwijających się, by ukrócić rządy panoszących się tam „budżetowców” na Androidzie. Tę wersję śmiało możemy włożyć między bajki. Dlaczego? Przyczyna jest prosta i oczywista zarazem - cena. Gigant z Cupertino - czego należało się spodziewać - nie zdecydował się sprzedawać iPhone’a 5C „po kosztach”, uznając obniżenie jakości tworzywa, z którego wykonano obudowę, za niewystarczający powód. Po co zatem wprowadzać na rynek coś, czego najbardziej racjonalne zastosowanie odpada już na starcie? Nie lepiej byłoby pozostawić wszystko po staremu, olewając plastikowego iPhone’a na rzecz znakomitej „piątki”, przy jednoczesnym wprowadzeniu modelu 5S? Nie sądzę. Apple obrało słuszną strategię, przynajmniej według mnie. Dzięki niej uwydatniło różnicę między starszym modelem a tym, okraszonym symbolem „S” - od teraz kontrastują nie tylko „osiągami”, ale i wyglądem. Kolorowe iPhone’y mają jeszcze jeden niepodważalny plus, patrząc z perspektywy włodarzy firmy - są… kolorowe, co powinno przełożyć się na wzmożone zainteresowanie płci pięknej oraz młodzieży. Reasumując. Wielu moich znajomych setnie się rozczarowało wrześniową konferencją Apple. Pokazano wszystko, o czym w internecie huczało od kilku ładnych miesięcy, więc skąd ten zawód, do diaska?! A, no tak, zabrakło sprzętowych niespodzianek… Tylko, jakich - iPhone’a 6? Dajcie spokój, przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to totalna abstrakcja. „Jabłko” od dłuższego czasu (wyjątkiem był przeskok z iPhone’a 2G na 3G) stosuje dwuletni cykl wydawniczy, przy zmianie numeracji swojego flagowca. Nadzieja, że w tym roku będzie inaczej nie była poparta żadnymi sensownymi argumentami. Jako że nie należałem do obozu „marzycieli”, jestem w pełni zadowolony z nowych iGadżetów. Dostałem potężnego i - jak na linię „S” - innowacyjnego (vide: czytnik linii papilarnych z funkcją Touch ID czy 64-bitowy procesor) iPhona’a 5S oraz uroczego i kolorowego iPhone’a 5C. Jestem zadowolony!

display magazine

More colour. More fun?


display

37

magazine

More colour. More fun?

Kamil Jankowski: Jeśli chodzi o tegoroczne modele telefonów od Apple, to jestem mocno rozczarowany. Plastikowy smartfon z logiem nadgryzionego jabłka na tylnej obudowie?! Naprawdę dożyłem tych czasów? iPhone’y 5C mają okropny wygląd (o wiele bardziej podobają mi się Lumie), zresztą podobnie oceniam siódmą odsłonę iOSa, która jest zbyt kolorowa i kojarzy mi się z zabawkowymi telefonami. Nie przemawia też do mnie model 5S. Gdyby Apple zdecydowało się wprowadzić 13 Mpx aparat, a także zwiększyć czas pracy na baterii o jakieś 20%, to wówczas nie wahałbym się nad zakupem. Z racji niewielu innowacji w tegorocznych modelach, postanowiłem przesiąść się z przestarzałego już iPhone’a 4 na „piątkę”, która jest wystarczająco szybka i robi bardzo dobrej jakości zdjęcia. Na chwilę obecną nie potrzeba mi niczego lepszego i myślę, że spokojnie popracuję na niej do przyszłego roku, licząc, że prezentacja iPhone’a 6 będzie powrotem do korzeni, bo aktualna polityka Apple sprawia, że ta legendarna firma z każdym rokiem coraz bardziej traci mój szacunek.

Maciej Kowalski: Żyjemy w czasach, gdy każda licząca się firma musi co chwila wypuszczać na rynek nowy model telefonu. Sprzęt starzeje się niezwykle szybko. A właściwie to nie sprzęt, a wyobrażenie użytkowników o nim. Wiele ludzi wciąż korzysta z wiekowego iPhone 4 (pozdrawiam naczelnego) bardzo go sobie chwalą. Czy potrzebują którejś z nowych piątek? Pewnie nie, ale być może kupią ją, gdyż dodaje +2 do lansu. C i S są ciekawymi propozycjami, o ile akurat potrzebujemy nowego telefonu. Apple daje nam możliwość zakupienia kolorowej „piątki” lub jej mocniejszej wersji, jednak z mojej perspektywy nowe urządzenia nie oferują niczego, co mogłoby przekonać mnie do natychmiastowego zakupu. Przyjdzie pora, to może i zerknę na modele z wrześniowej prezentacji, ale jeśli miałbym podjąć decyzję dzisiaj, wybrałbym zeszłoroczną „piątkę”. Podsumowując, iPhone 5C jest dla mnie słabą próbą powalczenia o rynek, na którym dominuje Android, zaś iPhone 5S to łakomy kąsek dla gadżeciaży, gdyż lepszy aparat, szybszy procesor i czytnik linii papilarnych są ciekawe, ale osobiście uważam, że stara, dobra 4S nadal radzi sobie wyśmienicie.

Bartłomiej Piltz

Paweł Józefiak: Jestem posiadaczem iPhone’a 5 i uwielbiam swój telefon, ale patrząc na jego odświeżone wersje, mam ochotę złapać się za głowę. Oczywiście 64 bitowy procesor jest pewnym przełomem technologicznym, a czytnik linii papilarnych to duża innowacja, jednak nie przekuje mnie to, aby skusić się na wersję S. Myślę, że o wiele lepiej wyjdę, jeśli poczekam cierpliwie na rok 2014, podczas którego Apple zaprezentuje iPhone’a 6. Jestem pewien, że następna generacja zaoferuje o wiele więcej. Ach, byłbym zapomniał o tych kolorowych plastikach. Chociaż nie chciałbym mieć 5C w swojej kieszeni, to jestem pewien, że i tak sprzeda się on rewelacyjnie. Jeśli połączy się cukierkowy iOS 7 z obudowami iPhone’a 5C, to otrzymamy produkt, o którym marzy niejedna amerykańska nastolatka. Tegoroczne modele nie robią na mnie wielkiego wrażenia, ale Apple i tak ogłosi sukces już po pierwszym kwartale sprzedaży.

Prezentacja nowych iPhone’ów to wielkie wydarzenie w historii Apple, dlatego poprosiliśmy o wyrażenie swoich odczuć pozostałych redaktorów. Czy numerki C i S trafiły w ich serca? Sprawdźcie sami!

 artosz Paczyński: B Do samego końca nie wierzyłem, a raczej nie chciałem uwierzyć w „ekonomiczną” wersję iPhone’a. Przeraziłem się, kiedy w sieci zaczęły pojawiać się nieoficjalne zdjęcia iPhone’a 5C. Przecież plastik nie pasuje do koncernu z Cupertino! Nie podoba mi się też idea ożywienia naszego telefonu za pomocą bumperów. Swoją drogą, ekipie Johnatana Ive’a umknął mały szczegół – nakładki zakrywają część nazwy urządzenia, pozostawiając jedynie „hone”. Jestem przekonany, że za czasów Jobsa, taka wpadka by się nie zdarzyła. Widać, że Apple szuka nowego targetu, ale według mnie mogą sobie zaszkodzić, tracąc najwierniejszych fanów, którzy kilkanaście lat temu zakochali się w minimalizmie i starym stylu. Nawiązuję tutaj do modelu 5S, który pojawi się m.in. w kolorze szampańskiego złota. Cóż, posunięcie dobre, bo większość kobiet – a zwłaszcza modowe blogerki – uwielbiają złote dodatki. Apple próbuje też przyciągnąć klientów czytnikiem linii papilarnych. Myślę, że fani technologicznych nowinek ślinią się na myśl, aby przyłożyć do niego swojego palucha. Do reszty powinien trafić ulepszony aparat i lepszy procesor. Jeśli chodzi o akcesoria, to bardzo spodobał mi się skórzany case, który na 100% pojawi się na moim obecnym smartfonie, bo raczej nie planuję wymieniać mojego iPhone’a, na któryś z tegorocznych modeli. 


38

Paweł Józefiak

display magazine

iOS6 vs iOS7

Nowy, ale czy lepszy? iOS 6 vs iOS 7.

W końcu! 18-go września Apple wypuściło najnowszą wersję systemu operacyjnego dla iUrządzeń, za którą kryje się długa lista nowości. Jakie są różnice pomiędzy nimi? Czy warto przesiąść się na „siódemkę”? Sprawdźmy!


display

39

magazine

Paweł Józefiak

iOS6 vs iOS7

Ekran początkowy Na pierwszy ogień idzie design. Całość „spłaszczono”, a ikony sprawiają wrażenie bardziej dopasowanych oraz wyrazistych. Również krój czcionki się zmienił. Jest widocznie cieńszy, ale przy tym miły dla oka, choć osoby starsze mogą mieć problemy z pisaniem smsów. Apple dba o swoich użytkowników, dlatego mamy możliwość zmiany grubości literek. Odpowiednią opcję znajdziecie w ustawieniach, klikając w „ogólne”, a następnie „dostępność”. „Siódemka” sprawia wrażenie o wiele lżejszego systemu, niż wcześniejsze wersje iOS. Jeżeli chodzi o funkcjonalność, zmieniła się pojemność folderów, które w „szóstce” były w stanie pomieścić zaledwie do 16 ikon - teraz upchniemy w nie nieograniczoną liczbę aplikacji!

Muzyka Niemniej zmieniło się w odtwarzaczu muzycznym. Spłaszczono design, zmodyfikowano nieco kolorystykę i sposób wyświetlania albumów. Dla posiadaczy Apple ID zarejestrowanego na USA, przygotowano iTunes Radio, działające jak inne stacje internetowe. Dodam, że to całkowicie darmowa usługa, która bardzo ciekawie miesza utwory.

Cover Flow, no more. Pamiętacie to uczucie, kiedy pierwszy raz przeglądaliście płyty w trybie Cover Flow? Niestety w iOS 7 zabrakło miejsca dla tego „ficzera”. Teraz wszystkie okładki widać podobnie jak w iTunes, czyli okładka obok okładki. Plusem jest to, że na jednym ekranie widzimy kilkanaście płyt na raz. Dodatkowo w nowym widoku działa przybliżenie i oddalenie (standardowy gest).


40

Paweł Józefiak

display magazine

iOS6 vs iOS7

Kalendarz

 Sporą metamorfozę przeszedł kalendarz. Oprócz oczywistej „płaskości”, zmieniło się ustawienie niektórych guzików. Widać to całkiem nieźle na dołączonych screenach. Z łatwością dostaniemy się również do widoku poszczególnych lat. Modyfikacje w tej natywnej aplikacji uważam za duży plus, choć wiele osób narzeka na zbyt dużą ilość białego koloru, przez co jest ona mało czytelna.

Safari Oprócz wiadomej zmiany w wyglądzie, mamy też do czynienia ze szczyptą nowych funkcjonalności. Safari zostało bardziej „uspołecznione”. Możemy teraz śledzić linki, które pojawiają się na Twitterze oraz na Facebooku. Drobnostka, a cieszy. Ponadto po załadowaniu strony, belki z góry i dołu automatycznie się schowają, a przerzucanie się pomiędzy otwartymi kartami jest o wiele prostsze.


display

41

magazine

Paweł Józefiak

iOS6 vs iOS7

Multitasking W tej sferze mamy do czynienia z czystą kosmetyką, która - niemniej bardzo przypadła mi do gustu. Po pierwsze, widać „zamrożony obraz” aplikacji. Dzięki temu wiem dokładnie, co robiłem nim opuściłem takową. Po drugie, bardzo łatwo i szybko można pozbywać się programów działających w tle - wystarczy machnąć palcem w górę na wybranym! Nieważne, że Apple zerżnęło to rozwiązanie od Androida. Grunt, że jest szybciej i przejrzyściej.

Ustawienia Podczas beta testów, gdy pierwszy raz wszedłem w ustawienia, przeraziłem się. Pomyślałem, że to jest jakiś kiepski żart. Dopiero po jakimś czasie przyzwyczaiłem się do panującej tam kolorystyki oraz wyglądu ikonek. Pojawiła się też nowa funkcja - odświeżanie aplikacji w tle. Teraz nasze aplikacje (nie wszystkie) mogą korzystać z zasobów telefonu, nawet gdy ich nie używamy. Przydatne, ale niestety bardzo obniża to czas pracy na baterii.

Control Center Kolejna opcja dodatkowa to wysuwana belka z dołu ekranu, tzw. Control Center. Umożliwia szybki dostęp do Wi-Fi, Bluetooth, Latarki, Do Not Disturb i wielu innych przydatnych, typowo operacyjnych rzeczy. Warto nadmienić o gnieżdżącym się w „Centrum Kontroli” AirDropie, który pozwala na wysyłanie kontaktów, zdjęć i innych multimediów między iZabawkami, w trybie offline. Dodatkowo, gdy zapiszemy coś w kalendarzu i dodamy do tego dokładną ulicę, w Notification Center (Centrum Powiadomień) pojawi się czas dojazdu na miejsce!


display

42

magazine

Paweł Józefiak

iOS6 vs iOS7

Pogoda, kompas i giełda

Te trzy wbudowane aplikacje zmieniły się głównie pod względem prezencji. Funkcjonalność pozostaje ta sama. Jak dla mnie, to kwestia gustu oraz częstotliwości ich otwierania. Osobiście, w miarę często, używam jedynie pogody. Napisać mogę tylko, że zmieniła się na plus.


display magazine

iOS6 vs iOS7

Wiadomości Jedna z najczęściej używanych aplikacji. Spłaszczona i bardziej czytelna, z nową klawiaturą. Kolorowe dymki są teraz o wiele przyjemniejsze dla oka.

App Store i iTunes  Tutaj zmian jest niewiele. Dotyczą one raczej spłaszczonego interfejsu i wszechobecnego koloru białego. Pojawiła się jednak fajna opcja, która pozwala zerknąć, jakie aplikacje są popularne w Waszej okolicy. To, taka mała okazja, aby zerknąć, w co grywa sąsiad. ;)

43

Paweł Józefiak


44

Kamil Jankowski

display magazine

Phoneblocks

Smartfona przyszłości zbudujemy z klocków? Niestety, to tylko wizja. Czołowi producenci urządzeń mobilnych tworzą swoje produkty w taki sposób, aby użytkownik porzucił je na rzecz nowszego numeru, maksymalnie po dwóch latach eksploatacji. Smartfony to bardzo delikatne zabawki, których naprawa kosztuje niekiedy połowę wartości telefonu. Dodatkowo bardzo szybko się starzeją, a flagowe modele tracą swoją przewagę już po kilku miesiącach od premiery, a ich wartość spada o kilkadziesiąt procent. Do niedawna wszystko wskazywało na to, że będziemy musieli pogodzić się z taką polityką producentów, jednak kilka dni temu w sieci pojawił się ciekawy pomysł, opatrzony pseudonimem Phoneblocks. Czy odmieni on rynek mobilny? Moim zdaniem nawet na niego nie wejdzie, ale zacznijmy od początku. Czym jest telefon z klocków? Interesującym urządzeniem modułowym, na którego pomysł zbudowania wpadł duński projektant Dave Hakkens. Idea Phoneblocks jest banalna – kluczowym elementem jest płyta główna, do której doczepiamy pozostałe podzespoły, w zależności od naszych potrzeb. Myślę, że niejednokrotnie bawiliście się klockami Lego. Pamiętacie te długie i szerokie elementy, z których zazwyczaj robiło się podwozie? To właśnie nasza płyta główna. Sięgnijcie teraz po pozostałe klocki i zbudujcie sobie wymarzony telefon.

Phoneblocks daje nam szerokie pole do popisu, jeśli chodzi o personalizację. Dużo rozmawiacie przez telefon? Zamontujcie lepszą baterię. Lubicie robić zdjęcia? Zainstalujcie większy aparat i dysk twardy. Często gracie w gry? Wymieńcie CPU na szybszy. Dostęp do poszczególnych elementów zapewniałyby różne firmy z całego świata, które zamiast tworzyć własne telefony, wypuszczałyby jedynie podzespoły do Phoneblocks. To wy tworzycie swój telefon, a nie producent. Autor projektu zapewniał, że to możliwe, tylko trzeba zasygnalizować koncernom, że ludzi chcą takiego produktu. W momencie, w którym piszę ten artykuł, ideę duńskiego projektanta wsparło już ponad 251 milionów osób.  Film promocyjny sprawia wrażenie, jakby stworzenie Phoneblocksa było pikusiem. Niestety, prawdopodobnie idea telefonu, który budowalibyśmy „z klocków” pozostanie jedynie ciekawą wizją. Urządzenia modułowe cechuje niska odporność na czynniki zewnętrzne. Telefonu używamy codziennie w różnych warunkach pogodowych. Trzymając w dłoni Phoneblocksa, musielibyśmy się martwić, aby nie dzwonić z niego podczas deszczu, ani nie bawić się nim w temperaturze poniżej zera. Dlaczego? Bo zabija go to, co jest jego największą zaletą, a więc wymienne

podzespoły. Dla urządzeń modułowych zabójcza jest woda, zimno i kurz, gdyż wnikają przez drobne szczeliny do wnętrza, uszkadzając płytę główną. Wątpliwości budzi też kompatybilność. Apple, kiedy to w 2007 roku zaprezentowano pierwszego iPhone’a, przez długi czas cieszyło się pozytywną opinią na temat swojego telefonu, który był niezwykle szybki oraz posiadał stabilny system. Gigant z Cupertino sukces zawdzięcza Steve’owi Jobsowi,


display magazine

Phoneblocks

który uparł się, aby urządzenie było całkowicie zamknięte i stworzone tak, aby nie dało się w nim podmienić oryginalnych części. Phoneblocks jest całkowitym zaprzeczeniem iPhone’a. Telefon, który tak usilnie promuje Hakkens, byłby skazany na porażkę z powodu niepełnej kompatybilności podzespołów. Każdy producent tworzy własny układ, który niekoniecznie może współpracować z komponentem innej firmy, a nawet jeśli działa, to często z efektem dalekim od ideału. Kupując nowy procesor, może się okazać, że nie będzie on chciał działać z pamięcią RAM. Nieumiejętny dobór części może skutkować spowolnieniem systemu lub uszkodzeniem urządzenia. Kolejną przeciwnością są zakupy nowych modułów. Na filmie wszystko wydaje się proste – wystarczy odkręcić starą część i wkręcić nową. Niestety, w praktyce wcale nie wygląda to tak łatwo. Cena poszczególnych części może sięgać od kilkunastu, do - nawet - kilku tysięcy złotych. Dodatkowo, jeśli nasz telefon okaże się zbyt wolny, a my zechcemy wymienić w nim CPU, musimy pamiętać, że silniejszy procesor prawdopodobnie zwiększy zapotrzebowanie na energię, a to wiąże się z zakupem nowej baterii. Innym przykładem jest wymiana wyświetlacza. Chcecie zamienić swój standardowy ekran na taki z obsługą Full HD? Nie ma problemu, wystarczy podejść do sklepu. Po przykręceniu płyty głównej okaże się, że w pełni naładowany Phoneblocks rozładowuje się w ciągu 30 minut. W tym wypadku konieczna jest wymiana baterii. Wracacie zatem do dystrybutora i prosicie jeszcze o baterię. Umieszczacie moduł w smartfonie, ale tutaj kolejne rozczarowanie, gdyż nowy ekran wyświetla tzw. „pikselozę”. Dzwonicie do pomocy technicznej, a oni cierpliwie tłumaczą wam, że konieczne jest zakupienie szybszego procesora i zwiększenie pamięci RAM. Nie macie wyjścia, trzeba się ubrać i po raz trzeci iść do sklepu. Końcowa cena wymiany wyświetlacza może wynieść nie kilkaset, a kilka tysięcy złotych. Zamiast wymieniać poszczególne podzespoły, bardziej opłacałoby się kupić najnowszą wersję Phoneblocksa. Pomysł stworzenia smartfona, którego użytkownik sam budowałby z modułów, jest naprawdę genialny i nie ukrywam, że chciałbym mieć takie urządzenie w kieszeni. Niestety współczesne możliwości techniczne, a także polityka wielkich koncernów, uniemożliwia wprowadzenie Phoneblocksa do seryjnej produkcji. Światowi giganci musieliby porzucić produkcję swoich flagowych modeli, skupiając się na tworzeniu części do jednego telefonu. Obecnie na rynku toczy się wielka wojna o dominację i nikt nie podejmie ryzyka porażki. A może się mylę? Może znajdzie się firma, która nie ma nic do stracenia i rozpocznie produkcję Phoneblocksa? Jeśli tak, to kto?

45

Kamil Jankowski


46

Mateusz Krauza

display magazine

Blurity

Rozmazałaś się. Recenzja Blurity. Jestem fotografem amatorem. Fotografuję głównie samoloty, lecz zdarza mi się cyknąć fotki podczas wakacji, czy jednodniowej wycieczki. Mimo, że żaden ze mnie profesjonalista, to bardzo nie lubię, gdy wykonane przeze mnie zdjęcie jest nieostre. A pech zawsze chce tak, aby było to jedno z lepszych zrobionych zdjęć. Dotychczas chwytałem się za głowę i byłem bardzo, bardzo zły. Musiałem się pożegnać z wrzuceniem fotki do jakiejś lepszej galerii internetowej. Ale to było kiedyś, teraz odkryłem Blurity. Mówiąc najogólniej, program ten wyostrza nieudane ujęcia. Wystarczy zaznaczyć miejsce, gdzie chcemy podostrzyć, a program swoim algorytmami, magicznie wykonuje całą robotę. No właśnie. Magicznie. Z tą magią to tak nie do końca. Nie spodziewajcie się, że bardzo miękkie i rozmyte zdjęcie będzie ostre jak żyletka. Nie będzie. Program ten jedynie odpowiednio pogrubia linie, wzmacnia kontrast i podwaja kontury. Dzięki temu nasze zdjęcie będzie wydawać się bardziej ostre, ale wciąż daleko mu do doskonałości. Cena, jak na taki programik wydaję się absurdalnie wysoka, aż $99.00, a wersja Premium $249.00. Jeśli nie jesteście do końca pewni, czy Blurity jest Wam naprawdę potrzebny (zwłaszcza, że taki efekt można uzyskać samodzielnie na darmowych programach typu GIMP) to wpierw wypróbujcie wersję demonstracyjną. Deweloper: Nesota LLC Platformy: Mac, Windows Cena: 99$ lub 249$ (Premium) Ocena: -3

Kamil Jankowski

Kanadyjska czarna lista

Kanada znalazła sposób na złodziei telefonów. Telefony komórkowe towarzyszą nam przez cały dzień i zazwyczaj spoczywają grzecznie w naszych kieszeniach, czy torebkach. Niestety są one tylko urządzeniami i nie przywiązujemy ich do siebie metalowym łańcuchem, w związku z czym każdego dnia gubionych jest na świecie kilka tysięcy telefonów, a drugie tyle zostaje skradzione. Do niedawna jedyną szansą na odzyskanie sprzętu było zgłoszenie sprawy na policję, albo namierzenie urządzenia za pomocą różnego rodzaju usług, jak np. Find My iPhone. Jeśli jednak ktoś znalazł i przywłaszczył sobie nasz sprzęt, a następnie zresetował go do ustawień fabrycznych, szanse na odnalezienie słuchawki malały do zera. Na szczęście mieszkańcy Kanady, a w przyszłości także innych krajów, mają ten problem z głowy, gdyż tamtejsi operatorzy utworzyli wspólną bazę danych zaginionych urządzeń.

Od 30 września, Kanadyjczycy mają możliwość informowania swoich operatorów o utracie sprzętu, z którego korzystali. Ci z kolei prowadzą specjalną listę, dzięki której mogą oni bez najmniejszych problemu zablokować dany telefon, jeśli właściciel udostępnił im numer IMEI oraz wypełnił krótki formularz. Co ważne, dostęp do niej ma każdy z operatorów, dzięki czemu skradzione urządzenie nie będzie działać w żadnej kanadyjskiej sieci.  Ideę utworzenia takiej bazy danych poparła kanadyjska policja. Pomysł spodobał się także Amerykanom, którzy planują uruchomienie podobnej usługi już w listopadzie. Czy polscy operatorzy również nawiążą między sobą współpracę, aby pomóc nam odzyskać nasze urządzenia? Czas pokaże.


display magazine

47


48

display magazine

Hama na IFA 2013

Hama na IFA 2013. Ofensywa mobilnych. Podczas targów IFA 2013 Hama pokazała około 3 tysięcy produktów. Obok doskonale znanych akcesoriów i urządzeń, pojawiło się wiele interesujących nowinek.  Berlińska impreza stanowi doskonałą okazją, żeby zaprezentować najnowsze trendy ze świata elektroniki i komputerów. Targi IFA przyciągają wielu miłośników elektroniki użytkowej i wszelkiej maści gadżetów. Hama jest stałym uczestnikiem targów IFA, a stoisko wystawiennicze niemieckiej firmy odwiedzają tysiące gości. W tym roku na powierzchni prawie 2000 m², niemiecka firma zaprezentowała około 3 tysięcy produktów, m.in. futerały do smartfonów i tabletów, słuchawki, głośniczki, akcesoria do konsol czy cenione przez kinomaniaków kable sygnowane marką Avinity.

>>Etui dla pań i panów Hama to jeden z największych na świecie dostawców etui, a oferta firmy jest na tyle bogata, że w zupełności pozwala zaspokoić potrzeby wszystkich klientów. Płeć piękna, odwiedzająca stoisko niemieckiej firmy, bardzo ciepło przyjęła futerały

Elle. Zbieżność z tytułem popularnego magazynu dla kobiet nie jest tutaj przypadkowa. Specjaliści od mody, poza wydawaniem pisma, angażują się również w inne projekty. Większość futerałów Elle przygotowano z myślą o użytkowniczkach smartfonów oraz tabletów Apple i Samsunga. Wyszukany styl, ciekawe wzornictwo i ergonomia to największe walory nowej serii futerałów firmowanych przez Elle. Z kolei eleganckie futerały Tom Tailor to propozycja dla panów. Wśród nowych produktów tej marki prezentowanych podczas IFA 2013 świetnie wypadły etui typu hardcase.

>>Muzyczne klimaty Oferta akcesoriów dla mobilnych nie kończy się na futerałach czy zestawach głośnomówiących. Użytkownicy smartfonów oraz tabletów chętnie zaopatrują się w różnego rodzaju akcesoria muzyczne. Na IFA 2013 wśród słuchawek klasy premium królowały Beats by Dr. Dre oraz Monster. Obaj producenci przedstawili najnowsze modele, które najprawdopodobniej powtórzą sukcesy swoich poprzedników. Najnowsze produkty ze

stajni Monster i Beats by Dr. Dre wraz ze światową premierą znajdą się w w ofercie niemieckiego dystrybutora.  Udostępnione do testowania były słuchawki Urbanears, w tym model Zinken. To najbardziej zaawansowane słuchawki z portfolio Urbanears, przeznaczone dla profesjonalnych DJ-ów. Jak przystało na produkt ze Skandynawii, charakteryzują się one chłodnym i ascetycznym designem. W Berlinie Hama pokazała nowe, jesienne zestawy kolorystyczne Cobalt, Clover, Lilac. Miłośnicy muzycznych dźwięków z dużą uwagą przyglądali się gadżetowi w kształcie litery „U”. To adapter wyposażony we wtyczkę do iPhone’a oraz dwa wyjścia do podłączenia słuchawek i głośnika. Jednak bez specjalnego oprogramowania, które można pobrać z AppStore, przejściówka jest całkowicie bezużyteczna. Dopiero wraz z aplikacją można rozpocząć zabawę z dźwiękiem –podkręcać tempo do 125 BMP (ilość uderzeń na minutę), tworzyć płynne przejścia pomiędzy piosenkami czy skreczować. Zabawka dla DJ-ów nosi nazwę Slussen i należy do grupy produktów Urbanears. Do rodziny produktów Marshall Headphones dołączył prezentowany w Berlinie głośnik Stanmore.


display magazine

Hama na IFA 2013

Stylistyka urządzania nawiązuje do lat 60. ubiegłego wieku. Tłoczone złote logo Mashall oraz złote lamówki nadają wyjątkowej elegancji. W ślad za stylistyką wykonania idzie jakość brzmienia. Stanmore oferuje szerokie spektrum dźwięków, począwszy od głębokiego, mocnego basu, aż po krystaliczne wysokie tony. Głośnik może łączyć się ze źródłem dźwięku poprzez Bluetooth, złącze RCA lub kable jack 3,5 mm. Stanmore współpracuje również z urządzeniami wyposażonymi w złącze optyczne np. Apple TV.

>>Rozrywka z Hamą Hama jest doskonale znana w świecie elektroniki użytkowej, jako producent akcesoriów gamingowych. Na targi IFA 2013 firma przygotowała wiele nowinek. Z entuzjastycznym przyjęciem spotkały się akcesoria do konsol X-Box One oraz PS4 – kable, huby, stacje dokujące czy podstawki pod kamery. Swojego rodzaju ciekawostką jest fakt, iż pojawią się one w sprzedaży przed rynkową premierą obu kultowych konsol. Goście odwiedzający stoisko wysoko ocenili zupełnie nowy design popularnej marki gamingowej Urage. Ale nie tylko nowości przykuwały uwagę potencjalnych klientów Hamy. Nieustającą popularnością cieszy się też przystawka Internet-TV-Box, zacierająca różnice pomiędzy surfowaniem po Internecie a oglądaniem TV. Urządzenie pozwala na ekranie każdego telewizora cieszyć się zasobami światowej pajęczyny.  Już wkrótce większość prezentowanych nowinek trafi do rodzimych użytkowników smartfonów, tabletów, a także fanów gier komputerowych.

49


50

Maciej Kowalski

display magazine

Gone

Gone – seria, którą wartą znać.

Gdybym miał wskazać cykl powieściowy, który zajął miejsce Harry’ego Pottera, z całą pewnością nie wybrałbym „Zmierzchu”. Nie wciągnęły mnie również „Dary Anioła” ani, tym bardziej, „Piękne istoty”. Nie miały tej lekkości, która cechowała twórczość J.K. Rowling. No i powstały z myślą o dziewczynach, a nie prawdziwych samcach. Sześcioksiąg Michaela Granta „Gone” to zupełnie inna para kaloszy. W sumie nawet nie wiem, czy to powieść dla młodzieży. Jest brutalna, wręcz okrutna, pełna krwi, mutantów i przemocy. Miłość stanowi

Maciej Kowalski

w niej jedynie próbę ucieczki przed koszmarami dnia codziennego, a główni bohaterowie giną nie rzadziej niż w „Grze o tron”. Mimo to trudno się oderwać od lektury. Każdy tom wciąga i nie pozwala odetchnąć. Punkt wyjściowy nie jest może oryginalny i przywołuje skojarzenia z „Pod kopułą” Stephena Kinga. Oto pewnego dnia z Perdido Beach znikają wszyscy dorośli. Po prostu rozpływają się w powietrzu. Nad okolicą rozpościera się tajemnicza bariera, która przepuszcza światło, ale niczego więcej. Początkowo dzieciaki wpadają w panikę. Czują się zagubione. Nie wiedzą, co się stało. Potem zaczynają korzystać z wolności, którą otrzymały. Cieszą się swobodą i brakiem zakazów. Wreszcie docierają do momentu, kiedy na nowo muszą stworzyć struktury społeczne. Ktoś przecież musi zająć się najmłodszymi smarkami. Ktoś musi zadbać o catering. Ktoś musi pilnować porządku. Ktoś musi mu się nie podporządkować. Jakby tego było mało, niektóre dzieciaki zyskują niezwykłe moce – olbrzymią siłę, niewidzialność, szybkość czy zabójcze promienie. Inne pozostają bezbronne i muszą radzić sobie za pomocą „pospolitego” intelektu. Bez pomocy silniejszych są skazane na klęskę. Na polach pojawiają się krwiożercze robaki, a w lasach inteligentne, spragnione mięsa kojoty. Jest jeszcze coś, co czai

się w podziemiach. Potężna istota, która marzy o władzy. My, czytelnicy, śledzimy losy kilkunastu postaci. Głównym bohaterem szybko okazuje się Sam, młody, poczciwy chłopak o olbrzymiej mocy, który nieco wbrew swojej woli - bierze na siebie obowiązek dowodzenia. Jego przyjaciółka, „genialna” Astrid, nie ma żadnych ponadnaturalnych talentów, jednak jej wiedza i oczytanie budzą szacunek pozostałych uwięzionych. Dziewczyna opiekuje się swoim autystycznym bratem, małym Petem, stara się również zorganizować pomoc dla młodszych dzieciaków. Nie wie jeszcze, że czeka ich prawdziwa rzeź. Kolejne tomy czyta się z zapartym tchem. Saga naszpikowana jest akcją i ciekawymi, soczystymi dialogami. Porusza ważne aspekty życia, dotyka kwestii moralnych i nie stroni od makabry, a my szybko zżywamy się z bohaterami, doceniamy poświęcenie i przejmujemy ich losem. Cóż, Michael Grant ma świetne pióro i olbrzymią lekkość w kreowaniu rzeczywistości. Świat, który przed nami rysuje, wydaje się realny. Jedno mnie martwi. „Gone” nie ma szans na ekranizację. Powstałby film ugładzony, pozbawiony mięcha, flaków, kości. Pewnie nikomu by się nie spodobał. A wersja wierna książce, szłaby w kinach od osiemnastu lat…

Dom Tajemnic

Reżyser Harrego Pottera wydaje książkę! Dom Tajemnic. Chris Columbus, reżyser dwóch pierwszych filmów o przygodach Harry’ego Pottera, zakończył właśnie prace nad nową powieścią. „Dom tajemnic” stanowi początek niezwykłej sagi adresowanej do młodzieży. Bohaterowie mają bowiem po kilkanaście lat i spore problemy na głowie. Eleanor, Kordelia i Brendan Walkerowie wprowadzają się wraz z rodzicami do zabytkowej posiadłości położonej na obrzeżach San Francisco. Na miejscu wita ich tajemnicza staruszka, podobno córka pierwszych właścicieli domu. Kobiecina nie przychodzi jednak z winkiem, chlebem, solą i innymi „sąsiedzkimi” gadżetami. Organizuje im za to prawdziwą demolkę. Za sprawą czarów, budynek zsuwa się ze skarpy i ląduje w… innej rzeczywistości, a dokładniej - w głębokiej dżungli, zamieszkanej przez groźnych wojowników, olbrzymie giganty i inne dziwne stworzenia. Jak bohaterowie poradzą sobie bez rodziców? Czy zakręcony pilot z czasów pierwszej

wojny światowej zgodzi się im pomóc? Jaką role w ich przygodzie odegra wspomniana staruszka? O tym przekonacie się na początku listopada, kiedy powieść trafi do sklepów. Ja miałem już okazję poznać ich losy. Trzeba przyznać, że Columbus i pomagający mu Ned Vizzini wykonali kawał dobrej roboty. Książka jest niezła, pełna humoru i zaskakujących wydarzeń. Akcja toczy się szybko, a zakręcone rodzeństwo łatwo polubić. Nie jest to jednak powieść, która zachwyci dorosłych czytelników. Autorzy nie do końca potrafią stworzyć spójną wizję świata. Przeskakują z miejsca na miejsce, porzucają pewne wątki, by później już do nich nie wrócić. „Harry Potter” był majstersztykiem, „Dom tajemnic” to po prostu fajna książka dla dzieciarni.  ytuł: Dom Tajemnic T Autor: Chris Columbus & Ned Vizzini Wydawnictwo: Znak Cena: 34,90zł


display magazine

Kamil Jankowski

Za horyzontem

Ostatnia część bestsellerowej trylogii. 

Sherlock Holmes

51

Kamil Jankowski

Sherlock Holmes dla nastalatków.

„Za horyzont” to kolejna postapokaliptyczna książka autorstwa Andrieja Diakowa, będąca częścią Uniwersum Metro 2033 – międzynarodowego projektu Dmitrija Glukhovskiego, autora bestsellerowych „Metro 2033” oraz „Metro 2034”. Najnowsza powieść Diakowa zamyka wysoko ocenianą trylogię „Do światła”. Książka, która ukaże się 9 października, kontynuuje przygody Gleba i Tarana. Imperium wegan stara się objąć we władanie wszystkie stacje petersburskiego metro. Kiedy sytuacja zmusza ludzi do porzucenia wszelkiej nadziei, Taran trafia na projekt badawczy, który może przyczynić się do oczyszczenia Ziemi ze śmiercionośnej radiacji. Odpowiedzi na wszelkie pytania należy szukać w odległym Władywostoku. Taran ma świadomość, że powinien pomóc w walkach z weganami, ale z drugiej strony wie, że jeśli nie wyruszy w daleką – a zarazem szaleńczą - podróż, może zmarnować jedyną szansę na ocalenie. Stalker prosi o pomoc Gleba i wraz z wierną grupą przyjaciół, wyrusza w podróż w nieznany świat, daleko poza granice petersburskiego metro. Czy ich wyprawa będzie jedynie bezsensowną wędrówką? A może wysiłek zostanie nagrodzony i czeka nas wyjątkowo szczęśliwy finał trylogii? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w pobliskiej księgarni.

Najnowsza odsłona przygód legendarnego detektywa przeniesie nas do wiktoriańskiej Anglii. Holmes ma dopiero czternaście lat, ale już jako nastolatek, musi mierzyć się z kryminalnymi zagadkami. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych nie ma czasu na odpoczynek, natychmiast wyrusza do Londynu, gdzie zamierza spotkać się ze starszym bratem. Sytuacja wymyka się spod kontroli, kiedy tylko otwiera drzwi i widzi przed sobą ludzkie zwłoki, a także Mycrofta z nożem w ręku. Dyplomata zostaje oskarżony o morderstwo, jednak młodociany Holmes postanawia dowieść jego niewinności i oczyścić imię brata. Sherlock rozwiązuje zagadkę w mgnieniu oka, lecz nie potrafi wyjaśnić, dlaczego ktoś wrobił w morderstwo akurat Mycrofta. Chłopak wierzy, że znajdzie odpowiedź w dalekiej Rosji, dokąd bezzwłocznie wyrusza. Młody detektyw posiada niecodzienne umiejętności i jest niezwykle bystry, jednak czy to wystarczy, aby rozwikłać zagadkę? „Młody Sherlock Holmes. Lodowe ostrze” pojawił się na sklepowych półkach 1 października i jest świetną lekturą dla nastolatków, którzy lubią wciągające opowieści, i czują w sobie duszę odkrywcy. Nowa książka o przygodach Sherlocka Holmesa zapewni im nie tylko rozrywkę, ale także zachęci do samodzielnego myślenia i przewidywania rozwoju wydarzeń.

Tytuł: Za horyzont Autor: Andriej Diakow Wydawnictwo: Insignis Cena: 34,99zł

Tytuł: Młody Sherlock Holmes. Lodowe ostrze. Autor: Lane Andrew Wydawnictwo: W.A.B. Cena: 29,90zł


52

Bartosz Paczyński

display magazine

#foodporn

#foodporn Wchodzę na Facebooka, a tam fala zdjęć talerzy ze zmysłowym jedzeniem, które wzbudza we mnie nieznośne uczucie - głód. Status związku czy zdjęcia z wymarzonych wakacji to już przeszłość. Dziś zachęcamy do zaglądania sobie w talerz! Jak widać podniecające są nie tylko fotki pięknych kobiet albo przystojnych sportowców, kręcą nas również sesje ze smakowitym naleśnikiem w roli głównej. Na portalach społecznościowych więcej lajków wygeneruje zdjęcie kotleta schabowego, niż niesamowita fotografia wykonana przez świetnego artystę. Nie dziwi zatem popularność telewizyjnych programów, bądź blogów kulinarnych, mówiących nam, co wypada jeść w tym sezonie. Informujemy naszych znajomych, co robimy w każdej chwili swojego życia, więc nie możemy nie wspomnieć, że piątkowy wieczór spędzamy w McDonald’s z Big Mac’iem. Dzięki temu nasza pierwsza miłość z podstawówki wie, że w życiu nam się powodzi. Geneza terminu „food porn” (jedzeniowe porno)

wskazuje na to, że ma ono budzić w nas podobne uczucie, jak roznegliżowane panie w gazetach dla mężczyzn. Początkowo to wyrażenie miało cele marketingowe. Reklama paelli znanej firmy miała wywołać u nas taki apetyt, abyśmy, niczym głodny wilk, pobiegli do sklepu, żeby kupić ową paellę. Dziś jednak wrzucamy fotki jedzenia, by wskazać swój styl życia. Chcemy, aby znajomi postrzegali nas za kogoś niesamowitego, dlatego wydajemy oszczędności, żeby zjeść w najlepszej restauracji w Warszawie. Oczywiście po obfitej kolacji, publikujemy fotorelację na naszym facebook’owym profilu. O tym, że aktualnie panuje moda na dzielenie się swoimi dokonaniami w kuchni nie muszę przypominać. Szczyty list bestsellerów zajmują książki kucharskie. Konkurs na najlepszego kucharza „amatora” czy podróże kulinarne, cieszą się wielkim zainteresowaniem. Wszędzie są pieniądze, więc i tu ich nie zabrakło. Powstaje nowa branża, nowe

zawody związane z biznesem kulinarnym. Pomówmy o kosztach profesjonalnego fotografowania jedzenia. Stylista od jedzenia za dzień pracy życzy sobie, co najmniej, 2 tysiące złotych. Fotograf zarabia od 1-2 tysięcy. Do tego trzeba doliczyć prawa autorskie za zdjęcia - od 500 zł do 1,5 tys. złotych. Dzięki tej modzie wypromować może się amator z pasją do gotowania. Nie ma tutaj monopolu - pełna demokracja! Nie trzeba mieć lustrzanki i bloga, by kusić swoimi potrawami. Spontanicznie robimy zdjęcie smartfonem, a potem ryp - na „Fejsika”. Lajki się zgadzają, a nasz humor błyskawicznie się poprawia. Tak zwane „szybkie pstrykanie” ma również swoje wady. Nowojorscy i londyńscy właściciele restauracji wprowadzili zakaz fotografowania potraw. Powód? Irytuję to gości i psuje atmosferę w knajpie. Restauratorzy powinni być raczej zadowoleni, bo każde wrzucone zdjęcie zachęca naszych znajomych do odwiedzenia baru „Pani Halinki”.


display magazine

53

Display Magazine - Październik 2013  

Październik od samego początku zniechęca do jakiejkolwiek aktywności na świeżym powietrzu. Za redakcyjnymi oknami jest nie tylko ponuro, ale...