Page 1

nr 8(22)201 3


Rozm owa z Anią Ołdak

#maski #hazard #Opole #Przemyk #kolorowanie

Rozm owa z Przem ysła wem Wi p l e re m #korki #HGW #referendum # Z i o b ro #odsetki

Rozm owa z Andrzejem Fa l i ń ski m

#pracownicy #ekonomiści #pensja #głupota #PKB Redaktor naczelny: Kuba Dobroszek Zespół: Jakub Cieśla, Mateusz Kuśmierek, Piotr Tomala, Michał Wróblewski Stali współpracownicy: Karolina Jaskólska Anna Kot, Karolina Niżyńska, Aleksander Leszczyński Projekt graficzny: Jakub Cieśla Projekt okładki: Kiara Mercało Ilustracje: Karolina Brzezowska, Piotr Łapa, Piotr Marek, Kiara Mercało Adres redakcji: ul. Dworska 7, 43-418 Pogwizdów, 602 644 053 redakcja@detalks.pl ,

2

www.detalks.pl


DOBROSZEK: Wiesz, że to pierwszy numer, który jest tworzony przez, formalnie, warszawsko-krakowską redakcję?

CIEŚLA: Rzeczywiście. Mam nadzieję, że wam sodówa do głowy nie uderzy w tej stolicy...

Na razie co mnie uderzyło to niezrozumienie mojego wyszukanego poczucia humoru. Gdy składałem papiery na uczelni, dziewczyna zapytała: "specjalność?". Ja na to - jajecznica. Nawet się nie uśmiechnęła? Spojrzała tylko na mnie, wręczając mi zaproszenie na obóz integracyjny. Więc może się jej w sumie spodobało... Z dziennikarskiego obowiązku nadmienię tylko, że chodziło o specjalność studiów: dziennikarstwo, dokumentalistyka, PR. Dla Ciebie obóz integracyjny to idealne rozwiązanie. Na pewno lepsze niż festiwal muzyczny, który wolisz spędzać na polu namiotowym.

Wynika to z tego, że jestem raczej typem domatora.

W takim razie w Warszawie nie będziesz czuł się jak w domu.

To fakt, na razie nie mam tam nawet mieszkania. Poseł Wipler trochę rozwiał mój optymizm związany z przenosinami do stolicy. Jeszcze masz czas. Możesz zostać w Krakowie.

Kraków od zawsze mnie dołował i przygnębiał. Powody zostawię dla siebie. HGW prawdopodobnie porządzi jeszcze tylko rok, więc mam nadzieję, że karta się odmieni. Kupię sobie auto, wynajmę mieszkanie i zasadzę krzak marihuany. Na to ostatnie jeszcze pewnie trzeba poczekać. Jaki wpływ na zakup samochodu przez Ciebie ma to, kto piastuje urząd prezydenta Warszawy?

Jeżeli drogi i korki mają być takie jak za rządów GronkiewiczWaltz, to ja dziękuję za jazdę samochodem. Oczywiście wnioski wyciągam na niereprezentatywnej grupie kilkunastu godzin spędzonych w Warszawie. Ponoć system rowerów miejskich funkcjonuje znakomicie w Warszawie. Może tędy droga.

Od rowerów wolę bieganie. Ale z Mokotowa, gdzie planuję się osiedlić, na uczelnię dobiegać raczej nie będę.

I tak rzadko chodziłeś na uczelnie. Myślisz, że w Warszawie się to zmieni?

Myślę, że nie. Mam za to nadzieję, że zmieni się Warszawa. Zapraszamy do lektury wywiadu z potencjalnym przyszłym prezydentem tego miasta. Jeśli na koniec mogę sobie pozwolić na osobistą opinię, to poseł Wipler mówi bardzo mądrze. Za to charyzmy niestety jeszcze mu brakuje... www.detalks.pl

3


kulturoskopia

Choć ta dopiero się zaczyna. Rozmawiał Kuba Dobroszek

4

www.detalks.pl


ANIA OŁDAK: Ty jesteś z Krakowa, tak?

KUBA DOBROSZEK: Można tak powiedzieć. Jeszcze tam studiuję. Kocham Kraków, mam tam całą rodzinę!

No ja mniej, może właśnie dlatego, że nie mam tam rodziny. (śmiech)

Dużo wywiadów już za tobą?

Średnio. Powiedzmy, że kilka.

Czyli jeszcze nie znudziły cię pytania o nazwę zespołu? Jeszcze nie, możesz...

...to jeszcze na pewno cię znudzą, ja zacznę od czegoś innego. A raczej od kogoś – od Andersena. Na początku baśni o  Królowej Śniegu opisano zwierciadło, które zacierało wszystkie dobre, radosne sprawy, a  uwypuklało te złe, nieprzyjemne. Jak myślisz, jako osoba, która śpiewa, że „chciałaby być Królową Śniegu”, co współcześnie jest takim zwierciadłem?

W piosence „Od Dzisiaj” nie śpiewam tylko o  tym, że chłopak rzucił dziewczynę, więc ona chciałaby być Królową Śniegu. Na co dzień spotykamy się z przykrymi sytuacjami, z  którymi trzeba sobie jakoś radzić, przybrać maskę. W dzisiejszym świecie dużo ludzi ubiera takie różne maski, żeby poradzić sobie z  wszelakimi emocjami. Nawet jeśli ktoś chciałby być Królową Śniegu to w środku i tak jest trochę inną osobą. Czasy jednak są takie, że wymuszają na nas bycie silniejszymi, niż potrafimy. Tak więc myślę, że każdy czasem ma, lub miał, serce z lodu.

Dużo jest ludzi, którzy serce z lodu mają dłużej niż „czasem”?

Mnóstwo! Nic ich nie rusza. Czasami, gdy człowiek jest wściekły to zazdrości ludziom, którzy są tacy gruboskórni, po których wszystko, mówiąc brzydko, spływa. Ale później uświadamia sobie, że to jest fatalne i że nie o  to w  życiu chodzi.

W jaki sposób ludzie „mający serce z  lodu” wpływają na innych? Po prostu roztaczając tzw. złą aurę?

Jeśli trafiają na ludzi dużo wrażliwszych od siebie, to po prostu krzywdzą takie jednostki, wpędzają w kompleksy, depresję... Zawsze tak było, że ci psychopatyczni, gruboskórni przywódcy rządzili ludźmi słabszymi psychicznie.

Dlatego rozwiązaniem jest przybranie maski, o której wspomniałaś na początku – ubiorę maskę, uchronię się przed silniejszym. To jak zbroja.

Tak naprawdę życie jest blefem. Wygrywa ten, który gra vabank. Jeśli przybierzesz maskę Zimnej Królowej, a druga osoba pomyśli sobie, że taki jesteś, to prawdopodobnie coś tym wygrasz.

Czyli ludzie to hazardziści. Zdecydowanie!

Wy, jako zespół, wygraliście już dużo?

Myślę, że tak. Jesteśmy na etapie, i myślę, że na nim pozostaniemy, że po prostu bawimy się muzyką. Mam dużą potrzebę pisania różnych rzeczy: tekstów, melodii... Dlatego pewnego dnia powiedziałam Michałowi „wiesz co, nagrywa-

www.detalks.pl

5


my bez przerwy te chórki, choć zrobimy wreszcie coś swojego!”. A to, że naszym materiałem zainteresowała się duża wytwórnia, że wystąpiliśmy w Opolu – to jest właśnie wygrana. Sam fakt tego, że możesz tworzyć muzykę, robić to, co kochasz i  jeszcze przekazywać to ludziom – to naprawdę bardzo dużo! Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu.

A to prawda, że macie już materiał na drugą płytę?

(śmiech) Trochę już mamy, bo my ciągle piszemy. To nie tak, że stworzyliśmy płytę, więc teraz skupiamy się, by ją rozreklamować. Kompletnie nie nadajemy się ani na managerów ani na promotorów, oddajemy to w ręce przyjaciół. My mamy swoją pracownię w piwnicy, w której się zamykamy, więc czasami nawet nie wiemy, co dzieje się wokół! Niemniej ciągle tworzą się nowe rzeczy i to nie tylko dla nas, ale także dla innych, bo czasami nasze piosenki lądują także w rękach innych artystów.

Rozdajecie czasem swoje melodie i słowa, ale co pokazuje przykład waszej debiutanckiej płyty, której premiera już 3 września, działa to też w  drugą stronę.

Muzyka jest w całości nasza, moja i  Michała, natomiast mamy swoich ukochanych pisarzy, którzy nas wspomagają. Taką osobą jest Ania Saraniecka z Krakowa.

Która pisze teksty dla Renaty Przemyk.

Jestem ogromną fanką Ani od dzieciństwa, więc to, że w ogóle zgodziła się z  nami współpracować, jest spełnieniem marzeń! Od zawsze słucham Renaty Przemyk, słowa jej piosenek bardzo wryły mi się w pamięć.

Jak ją przekonałaś?

Napisałam maila. Tak prostego i tak bardzo niewykalkulowanego, że Ania chyba od razu wyczuła mnie „online”. Wysłałam jej piosenkę, która bardzo się spodobała. Tak się nawiązała nasza znajomość, nawet można by powiedzieć – przyjaźń. Teraz już jesteśmy na takim etapie, że mówię: „Anka, błagam cię! Tylko ty możesz napisać ten tekst!”. I ona to robi, bo poczuła więź z MoMo (śmiech).

Mamy więc Opole, współpracę z idolką z  dzieciństwa, płyta za rogiem... Może więc powinnaś śpiewać nie o  Królowej Śniegu, ale o  Kopciuszku? Z  małych salek, na wielkie sceny!

Nikogo nie urażając, nie przesadzałabym, że to już szczyt naszych ambicji! Myślę, że większym sukcesem jest to, że ludzie piszą dla nas teksty, które doskonale mnie odzwierciedlają, potrafię je zaśpiewać z należytą pasją. Natomiast występ w Opolu to z pewnością duża nobilitacja. Taka nobilitacja społeczna.

Nawet w momencie, kiedy zewsząd słyszy się, że opolski Festiwal ogromnie stracił na znaczeniu?

Jasne! Nam bardzo zależy, żeby ludzie poznali naszą twórczość, nasze piosenki. Opole było ku temu idealną sposobnością. Trochę byliśmy z innej bajki, bo MoMo nie jest zespołem nadającym się „na wyścigi”. Był pewien dysonans między nami, a  pozostałymi gwiazdami. Jest to jednak droga niezbędna do promocji, dzięki której teraz, gdy przychodzę do swojego osiedlowego sklepiku, to pani sprzedawczyni mówi, że widziała mnie w Opolu i bardzo się jej podobało! Czyli

6

www.detalks.pl


medium dociera do wielu osób.

Jesteście zespołem z innej bajki, ale jednak przeszliście pomyślnie preselekcję.

Podobno było ponad 200 propozycji! Pewnego dnia zadzwoniono do nas z informacją, że piosenka bardzo spodobała się komisji, więc bezwzględnie musimy zagrać na Festiwalu. Z tego jestem potwornie zadowolona. To było takie wydarzenie, które spowodowało, że tamten dzień zaznaczyłam sobie w  swoim kalendarzyku na różowo! Bo ja mam taki kalendarz, w  którym odznaczam sobie te wyjątkowe dni.

Zawsze na różowo, czy są też inne kolory?

A to różnie! Ale zawsze na koniec roku, dzień po Sylwestrze, przeglądam sobie cały kalendarz i  patrzę ile dni pokolorowałam. Dzięki temu doceniam to, co mnie spotyka i cieszę się z małych sukcesów. Oczywiście, że chciałoby się więcej! Ale jeśli nie zawsze się dostaje, to znaczy, że tak po prostu miało być.

Ile masz dni pokolorowanych na chwilę obecną?

Do tej pory zaznaczyłam Opole i premierę singla.

Oszczędnie!

No i mam nadzieję, że zaznaczę premierę płyty! (śmiech)

A co było największym sukcesem waszego występu w  Opolu? Rozgłos? Czy może pokonanie jakichś własnych wewnętrznych barier? Ja nigdy nie występowałam sama na tak dużej scenie. Sama jako frontmanka. Może publiczność opolska sama w  sobie nie jest duża, ale świadomość, że ogląda cię pięć milionów telewidzów, więc jak wywrócisz się na szpilkach, to wszyscy cię zobaczą, daje większy stres, niż to, że masz zaśpiewać! Dlatego Opole dało mi bardzo dużo, bo przekonałam się, że już coraz mniej się boję. Ta satysfakcja z tego, że mogłam tam zaśpiewać była tak duża, że przyćmiła całkowicie mój stresogenny styl życia. Bo ja generalnie bardzo się stresuję! Na przykład podczas pierwszego występu w  „Must Be The Music” byłam totalnie stremowana!

Podczas koncertu ciężko powtórzyć jakość studyjnego nagrania. Wam się udało nie tylko powtórzyć tę jakość, ale jednocześnie uzupełnić go o emocje, które towarzyszą występom na żywo.

Bardzo mi miło, że tak uważasz! Mam nadzieję, że podobnie będzie na przyszłych koncertach, nad którymi już ciężko pracujemy.

To kiedy się widzimy?

Mam nadzieję, że na jesień.

Wiem, że nie lubisz szufladkowania muzyki, ale na zakończenie chciałem zapytać cię o opinię odnośnie określenia, które wymyśliłem o  MoMo. Baśniowy zespół. (chwila skupienia) Podoba mi się! Baśniowy, czyli taki nieskończony. Niekończąca się opowieść. Będziemy jak Limahl!

Bardzo lubię Limahla! Ja też!

www.detalks.pl

7


polityzacja

Czy będzie na to cały rok? Rozmawiał Kuba Dobroszek KUBA DOBROSZEK: Jestem słoikiem. A właściwie takim specjalnym pudełkiem, które nie przepuszcza powietrza. Do tej pory niezbyt często przyjeżdżałem do Warszawy. Ale jak już odwiedzałem stolicę, to nie wydawała mi się nieprzyjazna – ludzie w  sumie mili, zwykle dojeżdżałem tam, gdzie chciałem bez większych kłopotów. Oczywiście trudno zrozumieć styl życia danego miasta nie mieszkając w  nim, ale z  mojej, i  podejrzewam nie tylko z  mojej perspektywy, ciężko uwierzyć w  aż tak złe zarządzanie Warszawą przez prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz. Owszem, słyszy się o  różnych wpadkach medialnych i  anomaliach pogodowych, ale te pierwsze zdarzają się każdemu, a  deszcz pada wszędzie. Na przykład w  Krakowie niedawno po raz kolejny podwyższono ceny za bilety na komunikację miejską, główna ulica jest całkowicie nieprzejezdna w  godzinach szczytu, ale ludzie nie narzekają tak bardzo jak Warszawiacy. PRZEMYSŁAW WIPLER: Nigdzie w  Polsce nie ma tak dużych korków jak w  Warszawie. Polskie miasta, oczywiście poza stolicą, nie mają pojęcia, czym są korki. Różne miejsca okresowo dotykają różne utrudnienia w ruchu, jak np. Toruń, gdzie z  powodu budowy mostu ruch znacznie się spowalniał, ale jednak wszystko to jest nieporównywalne z tym, co dzieje się w Warszawie.

Jej problemów nie należy jednak upraszczać tylko do utrudnień w ruchu.

W ostatnich kilku latach znacznie zdrożały wszystkie usługi publiczne i  komunalne. Miasto zatrudniło tysiące nowych urzędników. Dług publiczny wzrósł bardzo poważnie, a  współpraca między panią prezydent, a  burmistrzami poszczególnych dzielnic (zwłaszcza tych, w  których nie rządzi Platforma Obywatelska) znacznie się pogorszyła. Nie było synchronizacji prac remontowych, nikt nie pytał mieszkańców, co jest priorytetem, co powinno się dziać. Miało też miejsce kilka spektakularnych porażek, choćby zamknięcie tunelu Wisłostrady, co sprawiło, że ludziom dojeżdżającym do centrum z  północy Warszawy, dojazd wydłużył się o  ok. godzinę! To wszystko, w  kontekście innych katastrof remontowych i  finansowych, wygląda bardzo osobliwie na tle wyborczego hasła pani prezydent, które głosiło, że „ciąg dalszy nastąpi”.

W takim razie odrzucam optymizm, który towarzyszy mojej przeprowadzce do Warszawy...

8

www.detalks.pl


Warszawa się pięknie prezentuje, bardzo się zmieniła, i to na dobre, w  ostatnich dwudziestu latach. Pamiętam jak wyglądało to miasto, kiedy ja przyjeżdżałem tu na studia; było zupełnie inaczej. Tutaj jak w  soczewce widać, ile udało się w Polsce zrobić w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Z drugiej strony mamy sytuację, w  której Warszawiacy chcieliby po prostu więcej. Bardzo wiele osób mieszkających w stolicy prowadzi biznes, działalność społeczną lub kulturalną, która wiąże się z  podróżowaniem do innych stolic europejskich. I  widzą jak bardzo Warszawa odstaje od Berlina czy Wiednia. Hanna Gronkiewicz-Waltz to osoba, która rozbudziła wielkie nadzieje. A  potem je zawiodła. W  chwili obecnej powinniśmy mieć cztery nowe mosty, mamy jeden.

Ale chyba każde polskie miasto wypada „gorzej” na tle zachodnich metropolii. Jednak to Warszawa wypada fatalnie na tle własnych aspiracji i zapowiedzi pani prezydent. Jak ktoś mieszka na Ursynowie czy Wilanowie, to wie, jak wielką zmianą byłoby zbudowanie Mostu Południowego.

Rozumiem, że wiarę w Warszawę może na nowo wlać we mnie prezydent Przemysław Wipler.

Nawet gdyby teraz nie było referendum i szansy na wcześniejsze wybory, to jesień tego roku będzie ostatnim dobrym terminem, w  którym każdy kandydat na prezydenta Warszawy, chcący wziąć udział w  przyszłorocznych wyborach, powinien się zgłosić - przez rok będzie mógł prezentować swoją wizję Warszawy, swoje pomysły, swoich współpracowników. Warszawiakom trzeba dać się poznać, a sama kampania wyborcza to zbyt krótki czas, by zrobić to porządnie.

Czeka więc was chyba cały rok pracy. Przy obecnych zapowiedziach Platformy, aż ciężko uwierzyć w to, że wcześniejsze wybory nastąpią. Oczywiście nie sposób przewidzieć wszystkiego, ale PO wciąż ma jednak szeroki wachlarz możliwości. Zobaczymy w jaki sposób Rząd będzie się bronił. I jakich sztuczek się dopuści. Myślę, że będą ostrożni, bo opinia publiczna w tym temacie jest bardzo skrupulatna.

Na jakie sztuczki się przygotowujecie?

Pierwsza, bardzo mało prawdopodobna to taka, że referendum zostanie przeprowadzone w sierpniu. Druga, to liczenie głosów...

...Platforma zapowiedziała, że zrobi to bardzo skrupulatnie...

...i trzecia sztuczka, to powiedzenie, że tutaj powinien być komisarz. Zastosują więc ustawę o  samorządzie gminnym, podczas gdy przypadek odwołania wskutek referendum działa w  oparciu o  inną ustawę. Rząd ma możliwości lawirowania, ale chyba nie

www.detalks.pl

9


będzie ochoczo z nich korzystać. Rachunek może być wyjątkowo niekorzystny.

Jedną ze sztuczek Platformy wydaje się być także komentowanie, iż akcja referendalna jest upolityczniona. Tymczasem pan, zapytany w jednym z  porannych programów o  to, czy nie pospieszył się z  wyjściem z  PiSu, odpowiedział, że nie, bo dzięki temu  m.in. mógł pan włączyć się w  działalność w  sprawie referendum. Bo Prawo i Sprawiedliwość nie chciało włączyć się w tę akcję.

Nie chciało się włączyć, a dostarczyło 50tys. podpisów...

Zbierano je „na wszelki wypadek”. Burmistrz Guział od prawie roku namawiał do akcji referendalnej. Ja spotkałem się z nim na jesieni zeszłego roku i dyskutowaliśmy na ten temat. Pytał wtedy, dlaczego PiS nie chce referendum.

Co pan odpowiedział?

PiS nie ma kandydata na prezydenta Warszawy. Jednocześnie zdobycie prezydentury z rekomendacji PiSu zachwiałoby logiką funkcjonowania tej partii. Prezes Kaczyński nie chce teraz wybierać sobie następcy, a wybranie kogokolwiek z  ramienia Prawa i  Sprawiedliwości na prezydenta Warszawy, byłoby wskazaniem następcy Jarosława Kaczyńskiego. Byłoby zakończeniem ery, w  której to on jest jedynym władcą i  decyduje o  wszystkim. To pisowskie struktury podcinały Kazimierza Marcinkiewicza w  2006r. On był traktowany jako osoba z  zewnątrz. Bardzo samodzielna i niezależna.

Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby prof. Gliński czyhał na tron Jarosława Kaczyńskiego.

To jest kandydat, który nie wygra, ale wstydu nie przyniesie - idealna więc realizacja strategii Prawa i Sprawiedliwości.

Czyli rozumiem, że PiS włączył się w akcję referendalną, „bo tak trzeba było”.

Gdyby tego nie zrobił, to miałby takie problemy jak SLD, które nie jest w stanie wytłumaczyć swojego stanowiska. Jest w Warszawie opozycją czy współrządzi?

Zatrzymajmy się na chwilę przy Prawie i Sprawiedliwości. „Wróć synu wróć, ojciec czeka”. Wie pan do kogo skierował te słowa prezes Kaczyński? Do Zbyszka Ziobry.

Pan nigdy nie czuł się synem politycznym Jarosława Kaczyńskiego. Nie.

Zauważam pewne podobieństwa między panem a Zbigniewem Ziobrą. Młodzi, zdolni, z  własną wizją. Komentatorzy to właśnie panów wskazywali jako przyszłość Prawa i  Sprawiedliwości.

Niesprawiedliwie. Zbyszek Ziobro jest emanacją, kondensatem tego, czym jest PiS, jak funkcjonuje, jak działa.

Nawet teraz, po opuszczeniu partii?

Tak. I to jest problem Solidarnej Polski. Prawie połowa Polaków uważa, że Zbigniew Ziobro jest liderem Prawa i Sprawiedliwości.

Jakieś nieznane mi badania...

Ale na tym polega dramat tzw. ziobrystów! Wiele osób naprawdę nie zauważyło, że oni wyszli z partii. Ostatnio jeden z posłów SP z dużego miasta, nazwiska

10

www.detalks.pl


nie mogę podać, opowiadał mi jak na ulicy podchodzili do niego ludzie i gratulowali mu zwycięstwa w Elblągu. Właśnie w takich sytuacjach widać, że coś nie wyszło podczas tej secesji.

Pan nie spotyka się z podobnymi sytuacjami.

Ja nawet gdy byłem w PiSie, to traktowano mnie jako takiego trochę innego zawodnika, który ma inną ścieżkę polityczną. Nie ma drugiego posła, który przeszedłby do pracy parlamentarnej, przedtem pracując w firmach tzw. Wielkiej Czwórki. Kiedyś byłem na spotkaniu w  Gdańsku i  jedna z  uczestniczek wstała i  powiedziała tak: „Panie pośle, pan mówi na tematy gospodarcze zupełnie innym językiem niż PiS! Trzyma się pan w  ramach pewnego spektrum poglądów dopuszczanych w  Prawie i  Sprawiedliwości, ale na inne aspekty i problemy zwraca pan uwagę.” Zawsze głosowałem przeciw wprowadzaniu nowych podatków, przeciw ich podnoszeniu. Wciąż tej zasady się trzymam.

Brzmi to tak, jakby znalazł się pan w PiSie przez przypadek. Tymczasem podkreślał pan, że bardzo jest związany z  tym klubem, choćby poprzez słynną już deklarację, że jeśli opuści pan Prawo i  Sprawiedliwość to jednocześnie złoży swój mandat poselski. To niesprawiedliwe uproszczenie i  skrót pewnej rozmowy na Twitterze. Powiedziałem wtedy, że jeśli pomylę się, co do PiSu i  stanę się jego politycznym przeciwnikiem, to wtedy złożę mandat. Joanna Kluzik-Rostowska czy Paweł Poncyliusz to ludzie, którzy opuścili Prawo i  Sprawiedliwość i  odtąd podstawą ich publicznej działalności jest krytyka swojej poprzedniej partii. Dla mnie PiS jest poważną siłą, która, wbrew wszystkim stereotypom, całkiem nieźle dawała sobie radę z  rządzeniem. To była partia, która obniżyła koszty pracy, obniżyła składkę rentową, uprościła system podatkowy likwidując jego trzeci próg, dbała o bezpieczeństwo energetyczne... Plusów z okresu rządzenia mógłbym wskazać więcej, niemniej jednak uważam, że to, co dzieje się teraz jest błędem moich kolegów. I  to pewnie kosztownym. Robią podobne rzeczy, co Hanna Gronkiewicz-Waltz – obiecują cztery mosty, gdy nie ma pieniędzy na jeden. Prowadzenie polityki opozycyjnej na zasadzie „obiecajmy prawie wszystko” po wygranych wyborach skończy się katastrofą. Do teraz wyśmiewane jest hasło wyborcze PiSu z 2005r., dotyczące budowy 3mln mieszkań dla młodych. Część obecnie składanych obietnic utrzymanych jest w tym samym tonie.

www.detalks.pl

11


Panie pośle, na zakończenie dowcip, dosyć czerstwy, wymyślony przez mojego znajomego. Wie pan, czym różni się kawa od budżetowych progów ostrożnościowych? Nie...

Niczym – i to i  to można zawiesić. Jak można zawiesić kawę?

Przychodzi pan do kawiarni, kupuje jedną kawę dla siebie, a drugą pan zawiesza. W  ten sposób kolejna osoba może odebrać kawę za darmo. Dość niszowa inicjatywa.

Hipsterska. W wypadku takiej kawy, kto zyskuje wiemy – osoba, która ją sobie, mówiąc kolokwialnie, odwiesi. A  w  wypadku zawieszenia progów budżetowych? Zapewne Rząd.

Tak, bo będzie mógł, bez podnoszenia podatków, wydać pieniądze, których nie ma. A kolejne Rządy będą musiały później spłacać długi. Taka filozofia „to ich problem, nie nasz. Oni spłacą. Z odsetkami”.

12

www.detalks.pl


socjoliza

Zakaz handlu w niedzielę = czyste szaleństwo? Rozmawiał Piotr Tomala


PIOTR TOMALA: Zakaz handlu w niedzielę to pomysł neutralny, trafiony czy wręcz przeciwnie? ANDRZEJ FALIŃSKI: To czyste szaleństwo. Z jednej strony są argumenty natury socjalno-światopoglądowej, a  z  drugiej konkretne wyliczenia. Zakaz handlu w  niedzielę w  naturalnej konsekwencji oznacza zmniejszenie o  1/7 takiego zasobu, jakim jest czas pracy. Tych strat nie można zrekompensować w pozostałych sześciu dniach tygodnia – nie ma cudów!

Posłowie przygotowujący ustawę na każdym kroku podkreślają, że nie rodzi ona żadnych negatywnych skutków ekonomicznych. Jest to zwyczajnie nieprawda. Wyniki moich wyliczeń, konsultowanych z wieloma ekonomistami, są z  goła odmienne. Zakaz handlu w  niedzielę oznacza 412% spadku sprzedaży tygodniowej, a także kilkuprocentowy spadek zapotrzebowania na kalkulacyjne miejsca pracy.

Czyli widmo bezrobocia dla kilku tysięcy pracowników?

Oczywiście, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Konsekwencje będą bardzo poważne. Ucierpi na tym kondycja firm, które już muszą działać w warunkach recesji. Generalnie handel, nawet w  najlepszej koniunkturze, już charakteryzuje się niską rentownością, która w  największych sieciach wynosi nie więcej niż 2,5%. To poważne badania IBRKK, a nie czcza gadanina handlowców. Jeśli zakażemy handlu w niedzielę, gdzie zdobywa się kilka procent obrotu tygodniowego, a w centrach handlowych nawet ponad 16%, to nie ma cudów – musi to zaważyć na wynikach firm. A  to w  konsekwencji będzie uruchamiało działania kompensacyjne,  m.in. właśnie redukcję zatrudnienia, obniżenie płac, żądanie więcej za tyle samo. To rażąco oczywiste, bardzo proste mechanizmy funkcjonowania w biznesie.

Ucierpią głównie największe sieci czy też lokalne sklepiki?

Będą trzy grupy najbardziej poszkodowane. Po pierwsze centra handlowe, po drugie hipermarkety, które mają już od kilku lat i tak ujemną rentowność oraz przede wszystkim sklepy kupieckie, które w  80-90% są sklepami sieciowymi. U nas już trudno mówić o czymś takim jak lokalnym biznes, handel niezależny, bo wszystkie sklepy tzw. rodzinne są w różnego rodzaju sieciach – franchising, ajentura, grupy zakupowo-dystrybucyjne, grupy brandingowe itd. Dlatego nie zgadzam się z opinią Polskiej Izby Handlu, że to rodzinne firmy, bo one dawno utraciły taki charakter. Firmy sensu stricto rodzinne, czyli takie, które nie zatrudniają pracowników, produkują mniej niż 5% ogólnej sprzedaży sektora handlowego. Zakaz handlu w  niedzielę może rozłożyć mechanizm gospodarczy naszego kraju, w którym 60% PKB pochodzi z rynku wewnętrznego. Dlatego ja jestem temu absolutnie przeciwny, choć rzecz jasna nie podważam argumentów tradycyjnych i  historycznych. W  tym wypadku powinien jednak zadecydować aspekt ekonomiczny.

A jak do ekonomii ma się argument, że każdy pracownik dyskontu, sklepu itd. ma także prawo do wolnego dnia i  odpoczynku w  niedzielę?

Z punktu widzenia Alfreda Bujary i Solidarności jest to jak najbardziej zasadny

14

www.detalks.pl


argument. Ja mam tylko pytanie o charakterze etycznym – kto weźmie moralną odpowiedzialność za te rodziny, których członkowie przez zakaz handlu w  niedzielę stracą pracą lub będą musieli godzić się na znacznie niższą pensję? Związków to już nie obchodzi, bo oni zajmują się „prawami pracownika”, a nie takimi szczegółami. Chcieliśmy kapitalizmu, to mamy kapitalizm. On i  tak we współczesnych warunkach jest bardzo mocno obudowany interwencjonizmem państwa, społeczeństwa obywatelskiego, samorządu terytorialnego i  branżowego. Także nie jest to żadne dzikie pole, na którym panoszą się wyzyskiwacze rodem z dickensowskiej rzeczywistości, a biedne małe sklepiki są wysysane do cna. W sytuacji gospodarczej Polski, rozważanie zakazu handlu w niedzielę jest nawet nie zbrodnią, a  zwyczajnie głupotą. Strukturalną, systemową głupotą i  świadomym pomijaniem argumentów ekonomicznych, które w  gospodarce rynkowej powinny mieć priorytet.

Wielu posłów twierdzi, że podobne nastroje panowały, gdy wprowadzono zakaz handlu w niektóre święta państwowe i  kościelne, a  ostatecznie nie ugodziło to w  interesy handlowców i  wszystko wróciło do normy.

Tak, ale teraz skala jest nieporównywalna. Wówczas dodatkowy zakaz dotyczył zaledwie pięciu dni w roku, co jest absorbowalne. Teraz rozmawiamy o  dodatkowych 60 dniach. To jest 1/7 zasobu, z  jakiego korzysta sektor dystrybucji, a  to właśnie tam pomnaża się wartość dodaną do każdego produktu. Nie jestem ekonomistą, ale na pierwszy rzut oka widać, że musi to wywołać poważne skutki ekonomiczne. Państwa znacznie zamożniejsze od Polski wycofywały i wycofują się z tej koncepcji. Widmo recesji i kryzys światowej gospodarki zaglądnął im w oczy, więc zaczęli likwidować tego typu zakazy, które narzuciły im związki w  latach 50 i  60. Nie możemy porównywać się do Niemiec, gdzie ten zakaz nadal obowiązuje, bo u  naszych sąsiadów ponad 70% PKB tworzy eksport, a w Polsce w 60% jest to rynek wewnętrzny. Dlatego Niemcy mają swobodę manipulacji, a  my nie mamy takich możliwości. Ten problem należy rozpatrywać w  poważnej ekonomicznej debacie, a  nie patrzeć na wszystko przez pryzmat patriotyczno-rodzinno-religijno-idylliczny, gdzie dzieci z tatusiem i mamusią szczęśliwi leżą w niedzielne popołudnie na trawce, tyle że ich babcia karmi z emerytury, bo rodziców wyrzucili z pracy.

W publicznej debacie takie postrzeganie problemu jest jednak na pierwszym planie i  jak widać spora część Polaków daje się tej idyllicznej wizji ponieść.

Niestety jesteśmy właśnie takim ludkiem bożym, który argumentów poważnych, opartych o istotną statystykę nie potrafi albo nie chce zrozumieć. Wielu woli krzyczeć o  ojczyźnie, Polsce, patriotyzmie itd. Niestety nie mam na to wpływu. Rzecz jasna wszystko jest waloryzowalne etycznie i powinno być poddawane osądowi aksjologicznemu, ale: „znaj proporcje, mocium panie”. Nie zabierajmy się do jedzenia zupy widelcem. Jak mówi jedna teza w  ekonomicznej koncepcji neoinstytucjonalnej – racjonalność jest ponadparadygmatyczna.

Andrzej Faliński – dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji

www.detalks.pl

15

Detalks8(22)2103  

22 numer magazynu Detalks

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you