Page 1


4 | LEEKSYKON: LEE „SCRATCH” PERRY, JASON LEE, ANG LEE 10 | NA FALEE: BOOGIE 16 | W YKONALEE: HAND MADE 18 | PODRÓŻOWALEE: HOBO, WŁÓCZĘGA Z W YBORU 22 | PODEJRZANI: SESJA MODY 30 | PRZEROBILEE: PROJEKTANCI PRZERABIAJĄ UBRANIA LEE 34 | HOBO BLUES BAND: ŻY WA LEGENDA 36 | MAKE HISTORY: TRUST, PROWOKATOR 42 | ST YLEEZACJE: Z CZYM NOSIĆ UBRANIA LEE 46 | IKONY LEE: DŻINSOWA REWOLUCJA


„...Ja się wcale nie chwalę, ja po prostu, niestety mam talent...” – śpiewał żartobliwie Jerzy Stuhr. Ale w tym żarcie jest odrobina prawdy, bo w każdym z nas drzemie jakiś talent. Jedni dobrze piszą, inni rysują, a jeszcze inni wytykają palcami wady wszystkich dookoła. Na pewno i Ty znajdziesz rzecz, w której poczujesz się jak przysłowiowa ryba w wodzie. I nawet jeśli życie rzuca Ci kłody pod nogi, nie wątp w siebie, bo do stawiania czoła przeciwnościom losu też trzeba mieć predyspozycje. Przeczytaj artykuł o Truście. Prawie stracił rękę, którą rysował, a mimo to teraz jest sławnym rysownikiem komiksów. Weź też przykład z Laszlo, frontmana Hobo Blues Band, który walczył z systemem politycznym w kraju. Jak Hobo pójdź wytyczoną przez siebie drogą. Stwórz swoją własną historię!


TEKST BEATA ZIMNICKA FOTO EMI MUSIC

Mentor i nauczyciel Boba Marleya – Lee „Scratch” Perry to jedna z najważniejszych postaci na scenie reggae. Choć mógłby być dziadkiem swoich fanów, jego muzyka to wciąż jeszcze nie historia! la jednych jest szaleńcem, dla innych przeciwnie – prawdziwym geniuszem. Jego biografię, która już za życia stała się legendą, okrywa gęsty dym marihuany. Dlatego nikt nie wie, gdzie tak naprawdę kończy się prawda, a zaczyna fikcja. Jedno jest pewne: Perry przekraczając granice stylów, gatunków, czasem nawet samej muzyki, jest jednym z największych wizjonerów, który narzucił nowe rozumienie dźwięku. Jako wykonawca, a przede wszystkim producent, wychował dwa pokolenia muzyków. Wszystko zaczęło się w 1936 roku w małej, biednej wiosce na Jamajce, gdzie Lee „Scratch” Perry, a właściwie Reinford Hugo Perry przyszedł na świat. Od chłopca na posyłki, sprzedawcy płyt u słynnego Sir „Coxson” Doda,

łowcy talentów, aranżera, aż po wykonawcę – tak piął się po kolejnych stopniach kariery. Swój charakterystyczny pseudonim zawdzięcza już pierwszemu singlowi. „Chicken Scratch”, czyli „Drapanie Kury”, stało się w przyszłości synonimem jego całej eksperymentalnej twórczości. Na tym jednak nie poprzestał. King, Little, The Gong, Pipecock Jackson, Lee, Upsetter – Perry niczym kameleon zmieniał kolejne wcielenia. Szlify muzyczne przyjął u boku Joe Gibbsa, zakładając własną wytwórnię Upsetter. Tu powstały prawdziwe perły muzyki reggae. Jednak słynna współpraca z Bobem Marleyem zaczęła się od konfliktu dwóch indywidualności. Gdy Perry zorientował się, że Marley podkrada mu najlepszych muzyków, wpadł w furię, groził

i szantażował. Osiągnęli kompromis, gdy Perry pozostał głównym producentem muzyki Marleya. Wkrótce nadeszły inne sukcesy. Singiel nagrany przez jego podopiecznych „Return of Django” – znalazł się na brytyjskiej liście przebojów. Za uzyskane pieniądze założył swoją własną wytwórnię i kultowe studio nagraniowe Black Ark. Otworzył nową erę. Lee na prostym, 4-ścieżkowym magnetofonie stworzył pierwszy debiutancki album „The Upsetter” i nagrywał najbardziej awangardowe przeboje. 20 lat przed tym, nim ktokolwiek słyszał o muzyce alternatywnej, Perry puszczał płyty od tyłu, strzelał z pistoletu, nagrywał płacz dziecka, padający deszcz i odgłosy zwierząt. Swoją konsolę traktował jak instrument muzyczny, siebie jako


dubmastera. Tworzył podwaliny energetycznej muzyki dub. Chętnie flirtował również z innymi muzycznymi gatunkami. Współpracował z punkrockową grupą The Clash, z Bobem Marleyem nagrał kultowy utwór „Punky Reggae Party” – hymn sojuszu dwóch kultur i dwóch ras. Black Ark miało w pełni odpowiadać swojej nazwie. Perry chętnie stosował w nim niekonwencjonalne metody: wydmuchiwał dym marihuany wprost

na taśmy, czyścił je rękoma, by uzyskać bardziej brudne, a przez to, jak uważał, magiczne brzmienie. Złoty okres skończył się równie niespodziewanie, jak się rozpoczął. W 1979, na granicy szaleństwa, Scratch podpalił swoje studio i przeniósł się do USA. Dopiero po paru latach wrócił na scenę. Legendarny Scratch wciąż występuje na żywo. Koncertuje w Ameryce Północnej, Europie, dwukrotnie odwiedzał Polskę. Nadal

jest w doskonałej formie, o czym świadczą liczne wyróżnienia. Na liście „Rolling Stone Magazine” znalazł się wśród artystów wszech czasów, a w 2003 roku otrzymał nagrodę Grammy za najlepszy album reggae – „Jamaikan E.T.”. Dziś wraz z żoną Mirelle i dwójką dzieci mieszka w Szwajcarii. I choć pozostało mu zamiłowanie do dziwnych czapek, dla fanów już na zawsze pozostanie muzycznym szamanem.


TEKST BEATA ZIMNICKA RYSUNEK DENNIS


Aktor, skateboardzista, kolekcjoner sztuki, reżyser i fotograf w jednej osobie. Niemożliwe? A jednak.

a desce zaczął jedździć w wieku 13 lat. Już jako profesjonalista występował w specjalistycznych programach i filmach instruktażowych. Popularność zdobył w filmie o akrobacjach na desce „360 flip”. AKTOR W wieku dwudziestu lat po raz pierwszy pomyślał o aktorstwie.

Marzenie stało się rzeczywistością. Na dużym ekranie zadebiutował w 1993 rolą nastoletniego narkomana w filmie „Moje szalone życie”. Zauważył go reżyser Kevin Smith, odtąd stał się jego ulubionym aktorem. „W pogoni za Amy” u boku Bena Affleca, wcielił się w postać rysownika komiksów, który zazdrośnie odciąga kumpla od miłości do byłej lesbijki. Za rolę otrzymał nagrodę Independent Spirit Award. Dwa lata później pojawił się w roli upadłego anioła Azraela w kontrowersyjnym filmie „Dogma”. Długo odrzucał propozycje pracy w telewizji, dopóki NBC nie zaproponowała mu zagrania w serialu „My name is Earl”. Earl Hickey to drobny złodziejaszek, który po wygraniu na loterii odnajduje swoją karmę w życiu – postanawia naprawić wszystkie złe uczynki, które popełnił. Ma przedziwną zdolność: gdy jest zdenerwowany zezuje prawym okiem. Serial okazał się przebojem sezonu, a Jason został nagrodzony nominacją do Złotego Globu dla najlepszego aktora telewizyjnego. Choć wielu zazdrości mu wyglądu i sprawności fizycznej, Jason daleki jest od grania słodkich amantów. Nie boi wcielać się w postacie niepokorne, cyniczne, o dwuznacznej moralności, czasem komiczne. Na pytanie, z którym bohaterem się utożsamia, bez wahania odpowiada, że ze wszystkimi. FOTOGRAF Przyznaje, że jest fotograficznym samoukiem, choć nie

do końca. Wiele nauczył się od swojej pierwszej żony, fotografki Carmen Llywelyn. Wykonane przez niego zdjęcia aktorów podglądanych na planie, chętnie publikowane są przez takie magazyny, jak „Anthem Magazine”, „The Skateboard Mag” i „Stereo Sound Agency”. Z aparatem się nie rozstaje. Podczas przerw chętnie podgląda przez obiektyw to, co się dzieje na planie. Obecnie pracuje nad nowym projektem ukazującym Amerykę i Amerykanów w szybkich migawkach polaroidu.

KONESER SZTUKI Były sportowiec jest świetnym mecenasem sztuki. Każdego, kto zajrzy do jego domu, zadziwia różnorodność kolekcji – od prac niemieckiego impresjonisty Lovisa Corintha, ekspresjonistki Kathe Kollwitz, po znakomite fotografie Bressona. Przez długi czas prowadził fundację na rzecz sztuki i wspierania artystów. Dziś jego marzeniem jest założenie niezależnego muzeum. REŻYSER Pierwsze kroki w tym kierunku stawiał, realizując dokument

o dwóch artystach związanych ze swoją fundacją. To Gottfried Helnwein i Bryten Goss. Gdy męczy go ciągłe przebieranie i make-up na planie, coraz częściej zastanawia się, by w przyszłości na stałe znaleźć się po drugiej stronie kamery. W reżyserii widzi dla siebie kolejną alternatywę, lecz przede wszystkim kreatywne wyzwanie. EKSCENTRYK Jest nieprzewidywalny, zarówno w życiu prywatnym, jak

i zawodowym, może dlatego uwielbia przeciwieństwa. W kolekcji jego płyt można odnaleźć zarówno muzykę Radiohead, Milesa Davisa, jak i Mozarta i Rachmaninowa. Jego idolami są Charlie Chaplin i Mark Gonzales, sławny skateboardzista, a jednocześnie artysta, którego życie i twórczość zainspirowały Jasona. Z narzeczoną, aktorką Beth Riesgaf, którą poznał na planie serialu „My name is Earl”, wspólnie wychowują syna. Zarówno przedziwne imię syna – Pilot Inspektor, jak i fakt bycia członkiem kościoła scjentologicznego, wciąż budzą nieustające kontrowersje wokół jego osoby.


TEKSTT KASIA GRABOWSKA TEKS FOTO MONOLITH RYSUNKI DENNIS

ajwański reżyser, który nakręcił najbardziej amerykański film i najbardziej znany film chiński. Zdobywca Oscarów, Złotych Globów oraz nagrody dla najlepszego reżysera. ng Lee tworzy filmy od kilkunastu lat. I od tylu lat zdobywa nagrody. Jeszcze podczas studiów na uniwersytecie nakręcił krótkometrażowy film „Fine Line”, który zdobył wyróżnienie dla Najlepszego Reżysera i Najlepszego Obrazu na Uniwersyteckim Festiwalu Filmowym – NYU Film Festival. Jego pierwszy fabularny film („Pushing Hands” – pierwsza część trylogii), wyreżyserowany w roku 1992, na Festiwalu Filmowym Asian-Pacific został uznany za najlepszy obraz. Rok później druga część trylogii – „The Wedding Banquet” zdobyła Złotego Niedźwiedzia na festiwalu berlińskim. Ostatnią część „Eat Drink Man Woman” uznano w Cannes za najlepszy film zagraniczny. W Stanach Zjednoczonych Ang zadebiutował adaptacją powieści Jane Austen „Rozważna i romantyczna” i od razu zdobył Oscara za najlepszy adaptowany scenariusz, Złoty Glob – za najlepszy obraz i najlepszy scenariusz adaptowany oraz Złotego Niedźwiedzia w Berlinie. Co sprawia, że Ang Lee jest tak wielbiony przez widzów i krytyków? Czyżby reżyser znał jakąś tajemnicę lub zdobył klucz do naszych serc? Jak to się dzieje, że każdy jego obraz obsypywany jest nagrodami i przyciąga do kin tłumy widzów, skoro w gruncie rzeczy wszystkie mówią o tym samym. Nieważne, czy to melodramat, film wojenny, bajka fantasy, czy western. Może jest to swoista autentyczność, z którą reżyser pokazuje nam ludzkie wnętrze. Autentyczność bohaterów poszukujących wolności i własnej tożsamości. Ich niezgoda na zastany porządek świata, na miejsce w społeczeństwie, które przypadło im w udziale. Przecież to są rzeczy, które

tak często sami odczuwamy. A może chodzi raczej o to, że Ang Lee nie boi się wzruszać widzów i opowiadane historie ubiera zwykle w szaty love story? Z drugiej strony można by zarzucić Angowi bezczelność w wytykaniu wad zachodniemu społeczeństwu, które przecież tak ciepło go przyjęło i hołubi z niesłabnącym uwielbieniem. A może właśnie ta kulturowa obcość daje mu i prawo, i narzędzie do tej krytyki? Co właściwie nie podoba się panu Lee w Zachodzie? Oglądając jego filmy, można dojść do wniosku, że najwięcej ma do zarzucenia Ameryce: piętnuje jej wojny („Przejażdżka z diabłem”), rewolucję seksualną („Burza lodowa”) i sztywno wyznaczone kulturowe role (m.in. „Tajemnica Brokeback Mountain”). Wytrwale demaskuje więc mity zachodniego stylu życia i opowiada się przeciw amerykanizacji współczesnego świata. Jednak chociażby fakt, że przeniósł się na Zachód, tam tworzy i wciąż powraca do tych tematów, świadczy o tym, że w jakiś sposób ta kultura go fascynuje. Jego filmy doskonale pokazują to połączenie, a zarazem różnice między kulturą zachodnią a wschodnią. Lee osadza swoje filmy w różnych miejscach i różnych czasach, dzięki czemu doskonale udaje mu się pokazać, że ludzkie uczucia są uniwersalne. Uświadamia nam też, że najbardziej zagraża nam w życiu to, co tkwi głęboko w naszym własnym wnętrzu. Każdy jego obraz jest niezwykle intymny i w bardzo łatwy sposób przyjmujemy te historie jako opowieści o nas samych. Większość jego filmów to adaptacje. Jeżeli przeczyta jakąś fascynującą opowieść, nie spocznie, dopóki nie przeniesie jej na ekran. I nie zaczaruje nią widzów.


Wydawałoby się, że jego zdjęcia ukazują ciemną stronę życia. A jednak jest w nich prawdziwy świat: bez koloryzacji, idealizacji. Bez zbędnych komentarzy. Właśnie taki świat Boogie chciał przedstawić, tworząc najnowszą kampanię dla Lee.

WYWIAD SYLWIA BANASZKIEWICZ FOTO BOOGIE

LEENIA: W Twoich zdjęciach uderza

zainteresowanie ciemną stroną życia: fotografujesz ubóstwo, gangi, osoby uzależnione od narkotyków. Czy Twoim zamiarem jest ukazanie piękna ukrytego w tych ludziach, czy też wprost przeciwnie – chcesz, by świat zobaczył ludzkie nieszczęście i jakoś zareagował...? BOOGIE: Właściwie ani jedno, ani drugie.


Staram się po prostu pokazać świat taki, jakim on jest – nie oceniając, nie moralizując, nie prawiąc kazań... Zależy od odbiorcy, jaki wyciągnie wniosek i jaką wyrobi sobie opinię. Są ludzie po prostu mający beznadziejne życie, które jest ciągłym wysiłkiem i walką i nie przypomina w niczym „Seksu w wielkim mieście”.

L: Czy sądzisz, że ci, których fotografujesz,

są ofiarami systemu (w tym wypadku chodzi o drapieżny zachodni konsumpcjonizm), czy też to ich własna słabość zaprowadziła ich tak nisko? B: Osiem lat temu przyjechałem z Serbii do Nowego Jorku bez grosza przy duszy i nic nie zostało mi dane w prezencie – o wszystko musiałem walczyć sam. System jest, jaki jest

– z ostrym współzawodnictwem – i musisz nauczyć się pływać między rekinami, albo zginiesz. Niektórzy z moich bohaterów już przychodząc na świat znaleźli się w trudnych warunkach i nie mają wykształcenia ani motywacji, żeby wznieść się ponad swoje środowisko. To przechodzi z pokolenia na pokolenie. Takie społeczności, jako całość, nie są zainteresowane wydostaniem się ze swojego


położenia. Ludzie ściągają się nawzajem w dół. Ale wiesz, tutaj mawia się „Nie powstrzymasz człowieka, który chce iść naprzód”, a więc nie ważne gdzie i w jakich warunkach się urodziłeś – jeśli masz wewnątrz siłę, możesz zrobić w życiu co zechcesz. Ten system (tzn. Stany Zjednoczone) zdecydowanie powstał po to, żeby dawać ludziom szansę.

L: Nie jesteś więc buntownikiem? B: Nie, tak bym siebie nie nazwał. Staram się

myśleć niezależnie i poddawać w wątpliwość wszystkie rzeczy z góry uznawane za pewne. Moi rodzice tak mnie wychowali, nauczyli mnie kwestionować nawet ich własny autorytet.

L: A czy widzisz świat jako czarno-biały – jak

na Twoich zdjęciach, czy też chcesz go takim pokazać? B: Gdy tworzę swoje własne projekty, czuję, że najwłaściwszy będzie obraz monochromatyczny. Myślę, że czerń i biel świetnie pasują do nastroju moich fotografii, często także do mojego nastroju, i że kolor za bardzo rozprasza, łatwo wtedy zgubić samą treść zdjęcia. A czasem


wydaje mi się, że rzeczywiście widzę świat czarno-biało... L: Może swój udział ma tu wojna, której byłeś

świadkiem w Serbii? Co pozostawiło w Tobie to doświadczenie i jak wpływa na dobór tematów? B: Sądzę, że tak jak wspomniałaś, przyciąga mnie ciemna strona życia i wojna na pewno miała na

to wpływ. Prawdopodobnie dlatego, że po tym, jak widziałaś takie cierpienie, wszystko inne może wydawać ci się za lekkie, za frywolne. Choć muszę powiedzieć, że ostatnio fotografuję wiele rzeczy normalnych, które dzieją się na ulicy każdego dnia. Widzę wiele piękna także w codziennym życiu. L: Od lat mieszkasz w Nowym Jorku. Co sprawia,

że czujesz się tam jak w domu? Mówi się, że jest to miasto artystycznie bardziej ożywione i inspirujące niż gdziekolwiek w Europie... B: Nowy Jork jest bardzo fotogeniczny, czy wręcz filmowy, ale pulsuje też bardzo intensywną energią. Energią, która może cię zniszczyć, jeśli nie nauczysz się sobie z nią radzić. Swoją agresywnością ta energia w pewnym sensie


przypomina mi Belgrad. Kiedy po raz pierwszy przyjeżdżasz do Nowego Jorku, on dodaje ci skrzydeł, inspiruje do szaleńczego fotografowania. Oczywiście teraz, po spędzeniu tu ośmiu lat, miasto już trochę mi spowszedniało i tym, co inspiruje mnie najbardziej, są podróże.

i w Brazylii. Co Cię w tych krajach tak pociąga? B: Chciałem odwiedzić Kubę jeszcze przed odejściem Fidela Castro, bo myślę, że po nim wszystko się tam zmieni. A jeśli chodzi o Brazylię – to po prostu ciekawe miejsce, pełne energii.

L: No właśnie, bardzo wiele zdjęć zrobiłeś na Kubie

reportażem a sztuką?

L: Gdzie według Ciebie leży granica między

B: Nie znam definicji sztuki, ale dla mnie to coś, co

mocno w ciebie uderza, co ma energię, co zmusza do myślenia... Gdy chodzi o fotografowanie, sztuka przejawia się w sposobie robienia ujęć, w nastawieniu człowieka trzymającego aparat, a nie w wyborze tematu. Nie mówię, że to, co robię jest sztuką – to mają ocenić inni.


L: Jakie więc jest najlepsze zdjęcie, które zrobiłeś? B: Nie mam pojęcia... może to ujęcie z gołębiem,

które zrobiłem, będąc z ekipą Lee w Barcelonie.

L: Najlepsze zdjęcie zrobione przez kogoś innego? B: Podziwiam prace takich fotografów jak Daido

Moriyama, Antonin Kratochvil, Paolo Pellegrini...

L: Czym dla Ciebie jest sukces zawodowy? B: Naprawdę nie wiem. Ostatnio wydałem książkę

eleganckim i powierzchownym światkiem modnych ludzi. Sądząc z rodzaju wrażliwości, przebijającej przez Twoje zdjęcia, pewnie niezbyt Ci pasuje taki klimat i takie towarzystwo? B: No cóż, jestem przystojny i świetnie tańczę.

L: Będąc znanym fotografem, musiałeś mieć wiele

L: A najlepsze rzeczy w życiu to...? B: Rodzina i fotografia.

pod tytułem „It’s All Good”, więc mogę powiedzieć, że zostawiłem po sobie ślad. Ale oczywiście na tym się nie zatrzymam.

do czynienia z inną stroną zawodowej fotografii:


Mają talent i inwencję twórczą. Same projektują lub własnoręcznie wykonują unikalne przedmioty.

EKLEKTYCZNY NASZYJNIK ZE STARYCH ŻALUZJI I KAWAŁKÓW TANIEGO ŁAŃCUSZKA POWSTAŁ NA TRASIE ŁÓDŹ – WARSZAWA. NIETYPOWY TOWAR ZAKUPIONY NA RYNKU STAROCI W ŁODZI, ZOSTAŁ SKRĘCONY W JEDNĄ CAŁOŚĆ PODCZAS PODRÓŻY POWROTNEJ. KOLCZYKI GWIAZDKI MIAŁY BYĆ PREZENTEM CHOINKOWYM. WYKONANE ZOSTAŁY Z KABLA DO SPRZĘTU RTV. POWYGINANY PRZEWÓD POŁĄCZONO SZTYWNYM DRUCIKIEM, KTÓRY ZACHOWUJE PÓŁOKRĄGŁY KSZTAŁT.

RÓŻOWE KOLCZYKI TO POMYSŁ, KTÓRY PRZYSZEDŁ MAI DO GŁOWY, KIEDY W JEDNYM Z KLUBÓW ZOBACZYŁA PODKŁADKĘ Z PIANKI POD NAPOJE. WYCIĘŁA Z NIEJ KSZTAŁTY I POŁĄCZYŁA ELEMENTY METALOWYM KÓŁECZKIEM.

BRANSOLETKA Z FILCU WYKONANA ZOSTAŁA Z KAWAŁKA SZMATKI DO PODŁOGI. MATERIAŁ SKRĘCONO I POFAŁDOWANO ZA POMOCĄ ŻYŁKI. ŻABKA DO FIRANEK W POŁĄCZENIU Z GUZIKIEM Z MASY PERŁOWEJ SŁUŻĄ JAKO ZAPIĘCIE OZDOBY.

MAJA PIETRUSZKA studiuje kulturoznawstwo. Kiedyś malowała i rysowała, robiła batiki.

Pewnego razu z Expo w Hannoverze przywiozła garść kory cynamonu, goździków i ziaren kawy, któregoś zimowego wieczoru siadła i zaczęła robić w nich dziurki rozgrzaną nad świeczką igłą i nawlekać na żyłkę. Zaczęło się na dobre. Mówi o sobie, że jest rzemieślnikiem, pozwala materii przepływać przez siebie. Wtedy ma z tego przyjemność. Biżuterię najchętniej tworzy podczas podróży, ze wszystkiego, co się nawinie..., z rzeczy, które po drodze napotka. Zbiera szpargały na targach staroci, robi wycieczki do sklepów z artykułami metalowymi, punktów skupu złomu, nie stroni od śmietników i targów owocowo-warzywnych.


TEKST SAMI O SOBIE FOTO FOTOBAJT, ARCHIWUM PRYWATNE

SMOŁECZEK TO STOŁECZEK WYKONANY Z GOTOWYCH ELEMENTÓW ZAKUPIONYCH W SKLEPIE OGRODNICZYM. CZĘŚĆ DO SIEDZENIA TO WYGŁADZONE I POMALOWANE TWORZYWO SZTUCZNE, NOGI NATOMIAST WYKONANE ZOSTAŁY Z DREWNIANYCH TRALEK.

STOŁECZEK WŁOSEK TO OBROTOWY STOŁEK Z MIĘKKĄ PODUCHĄ Z WŁOSÓW. KIEDY OBRACAMY SIĘ NA NIM, WŁOSY POWIEWAJĄ, TWORZĄC DODATKOWY, BARDZIEJ EFEMERYCZNY ELEMENT MEBLA.

STOŁECZEK KASZTANEK TO FORMALNE NAWIĄZANIE DO LUDZIKÓW Z KASZTANKÓW WYKONYWANYCH PRZEZ DZIECI NA ZAJĘCIACH ZPT. SIEDZISKO WYKONANE JEST ZE SKÓRY, A NOGI Z DREWNA. JEST CZĘŚCIĄ KOLEKCJI MEBLI „MALI BOHATEROWIE”.

„Żyjemy w przedziwnej, chaotycznej rzeczywistości. Obiekty wokół nas naznaczone są niedoskonałością rozwijającej się kultury materialnej”.

ANIA ŁOSKIEWICZ I ZOSIA STRUMIŁŁO, założycielki Beza Projekt, zajmują się

eksplorowaniem designu – sztuki użytkowej. Projektują przedmioty, obiekty, które istnieją trochę na granicy mebla i eksponatu galeryjnego. Ich podstawowym celem, oprócz funkcjonalności, jest wywołanie pewnego procesu myślowego u człowieka – uśmiechu i zastanowienia nad formą i funkcją. Celem działań Bezy jest zachęcanie ludzi do zabawy i swobodnego, eklektycznego urządzania wnętrz. Beza sprzeciwia się zimnym, pustym i skrajnie funkcjonalnym przestrzeniom, gdzie nie ma miejsca na dowcip i emocje.


TEKST BASIA TULEJA FOTO NATIONAL HERITAGE MUSEUM

Hobo nie ma domu ani rodziny. Ceni sobie wolność. Pracuje tylko tymczasowo. Jego życie to ciągła podróż, wciąż go gdzieś gna niespokojny duch. Spełnia swoje marzenia o wielkiej włóczędze. rzysztof Baranowski, autor książki „Hobo”, wyruszył w podróż przez kontynent. Podróżował autostopem. Nie miał pieniędzy, więc od czasu do czasu zatrzymywał się i brał pierwszą lepszą pracę. Raz zmywał talerze w hotelu, kiedy indziej zaangażował się na jacht milionera i zmywał pokład. Nocował w namiocie, w więzieniu, w hotelikach, u gościnnych ludzi. Wszystko przelotnie. I nieustannie parł naprzód. Po co? W gruncie rzeczy urzekał go szlak i wędrówka jako taka. Postój potrzebny był, by zarobić na dalszą drogę. Baranowski utożsamia się z łazikiem z powieści Jacka Londona i stąd tytuł – hobo, który, według Londona, odróżnia się od trampa tym, że okresowo pracuje, by później powrócić na szlak. W czasach Londona szlakiem była linia kolejowa, w czasach Baranowskiego ścieżka asfaltu.. Za każdym razem, gdy się gdzieś zasiedział dłużej, poznał ludzi, gdy coś zaczynało się dziać,

natychmiast porzucał miejsce i pracę i jechał dalej. Przemierzał gigantyczne przestrzenie i stale miał przed sobą następny cel. A gdy dojechał, ruszał do następnego. Taka podróż nie jest łatwa: hobo nie ma pieniędzy, czasem marznie i głoduje, musi sobie radzić w najprzeróżniejszych okolicznościach, nie ułatwia sobie życia, musi być wytrzymały i zaradny. Jak kiedyś śpiewał Czesław Niemen: „Gdzie Bajkał od morza tu sięga, przez śniegi, wichurę i noc, wędruje zgarbiony włóczęga, dźwigając przeklęty swój los”. Ale hobo – obieżyświat, włóczęga, uwielbia podróżować i najbardziej ceni sobie swobodę, a pracuje tylko tyle, aby móc przeżyć. POCZĄTKI HOBO

Pierwszymi hobo byli w XIX w. żołnierze wracający do domu z wojny secesyjnej w USA. Wielu z nich wędrowało długo, przemieszczając się pociągami towarowymi. Powiększaniu się grupy hobo, żyjących z dnia na dzień, sprzyjały szczególnie lata Wielkiego Kryzysu – na początku lat 30. ubiegłego wieku.


Młodzi ludzie nie mieli pracy i żadnych perspektyw w domu. Całe rzesze bezrobotych włóczęgów przemieszczały się, by spróbować szczęścia w innym miejscu. Podróżowali bez biletów pociągami towarowymi. Przemierzali tysiące mil wzdłuż i wszerz, unikając wielkich miast, od czasu do czasu pracując dorywczo za jedzenie czy nocleg. Nigdzie na zagrzewali długo miejsca. Gapowicze w drelichowych ubraniach z czasem stali się symbolem prawdziwego wyzwolenia – wolności i niezależności. I choć wykreowała ich bieda, hobo stali się legendą! Ich życie było ryzykowne – skoki do i z pociągu, słońce, kurz, deszcze, pranie w rzece i spanie pod gołym niebem, ciągła podróż. Ich wieczna wędrówka „żelaznym szlakiem” trwa do dzisiaj. BEZDOMNE CIAŁO

Pochodzenie słowa hobo nie jest do końca znane, ale jest kilka teorii na temat jego powstania. Jedna z nich mówi, że nazwa ta wywodzi się od określenia pracownika fizycznego na farmie

HOBO MOJĄ SWÓJ ZASZYFROWANY ŻARGON, KTÓRYM PRZEKAZUJĄ SOBIE RÓŻNE INFORMACJE: DUŻY DOM – OZNACZA WIĘZIENIE KROWA – POCIĄG DO PRZEWOZU BYDŁA ZAKRY T Y KSIĘŻYC – NOCLEG POD GOŁYM NIEBEM KOŚĆ – ŚREDNI PIES BYK – URZĘDNIK KOLEJOW Y KASIARZ – PODRÓŻOWANIE FACHOWEGO ZŁODZIEJA RUM DUM – PIJAK LOT – SKOK Z JADĄCEGO POCIĄGU GORĄCY – ZBIEG, UCIEKINIER PUNK – DZIECKO DŻUNGLA – MIEJSCE SPOTKAŃ

„hoe-boy” albo po prostu powitania „Ho, boy!”. Inna teoria mówi, że termin ten wywodzi się od miasta Hoboken w stanie New Jersey, które w XIX wieku było końcowym punktem linii kolejowej. Słowo hobo może być także skrótem zwrotu opisującego metodę transportu pierwszych włóczęgów – hopping boxcars, albo jak głosi kolejna hipoteza – zwrotu „homeless body”, czyli bezdomne ciało, który nomen omen doskonale pasuje do filozofii życia hobo. SUBKULTURA OBIEŻYŚWIATÓW

Współcześni hobo nie zmienili zasad. Niczym nieskrępowani tworzą hermetyczną społeczność, grupę ludzi posługujących się własnymi kodami, mających audycję radiową, imprezy na pustyniach i coroczne ogólnokrajowe zjazdy w stanie Iowa. Organizują je w połowie sierpnia w małym miasteczku Britt, które na jakiś czas zamienia się w królestwo hobo. I to prawdziwe, bo na czas świętowania wybierani są król i królowa społeczności hobo. Setki ludzi bawią się i dzielą

swoimi doświadczeniami. Wśród nich są i znane osobistości, np. aktor Bob Hopkins, który promuje kulturę hobo w mediach. Wydawał miesięcznik „Hobo Times” oraz przewodził Narodowemu Stowarzyszeniu Hobo. Niełatwo jednak być, nawet współczesnym, hobo. Trzeba umieć złapać pociąg towarowy, co jest nie lada sztuką, bo zazwyczaj robi się to z ukrycia, w biegu. Musi umieć czytać mapę, wiedzieć, które wagony są bezpieczne, a które mniej. W niebezpiecznej wędrówce hobo pomaga im system tajnego, zaszyfrowanego graffiti, np. ostrzegający przed policją i informujący, gdzie można znaleźć pracę. Ale przede wszystkim hobo musi być cierpliwy – pociągi towarowe jeżdżą nieregularnie i zdarza się czekać na nie trzy dni. A nuda, głód i chłód to cena, jaką trzeba płacić za nieziemskie widoki i metafizyczne przeżycia. FILM O WSKAKIWANIU DO POCIĄGU

Społeczność hobo określić można różnorako: wyrzutkami, straceńcami czy też szaleńcami


„bez dachu i praw”. Można też – jak Sarah George, autorka filmu dokumentalnego „Catching Out” – upatrywać w nich ostatnią autentyczną subkulturę w amerykańskim społeczeństwie; bez mrugnięcia okiem ochrzcić spadkobiercami ery bitników – Jacka Kerouaca czy Allena Ginsberga. „Catch out” w slangu hobo oznacza wskakiwanie do jadącego pociągu towarowego. Sarah swój film o hobo kręciła osiem lat. Na zmianę pracując, jeżdżąc pociągami, biorąc udział w zgrupowaniach i rozmawiając z ludźmi. Przede wszystkim – rozmawiając. Narrację oddała czwórce bohaterów: Jessice, Lee i parze – Baby Girl i Switchowi. Najbardziej zdeklarowanym hobo jest Lee, który żyje za 50 dolarów i pracuje jeden dzień w tygodniu. Żywi się tym, co wyrzucają supermarkety, a ubranie znajduje na śmietniku. Nie masz pojęcia, jakie piękne, ledwo noszone rzeczy można znaleźć na amerykańskim śmietniku. Czasem kupi sobie kawę na mieście albo książkę w antykwariacie. Dwa razy do roku wydaje magazyn poświęcony kulturze hobo, który przez dziesięć lat rozrósł się z 8-stronicowej broszurki do 125-stronicowego pisma literackiego pełnego opowiadań, wierszy i pamiętników z podróży. Raz w tygodniu jako DJ Lee prowadzi program radiowy z muzyką hobo na falach Wolnego Radia Santa Cruz. A w jego słowniku nie ma słów: „muszę”, „powinienem”, „prawo” i „obowiązek”. W mieście czuje się jak w więzieniu. Pozostali bohaterowie filmu co jakiś czas stają się hobo, ponieważ tęsknią za przestrzenią, wolnością, za melodią pociągów. Z MIEJSCA NA MIEJSCE

Współczesny hobo żyje oczywiście inaczej niż jego pierwowzór, ale nadal ponad wszystko ceni wolność i niezależność. Silvio (28 lat, Chile) jest bardzo nowoczesnym, ale i zdeklarowanym hobo. Gdy tylko skończył szkołę średnią w Santiago,

wiedział, że chce podróżować po świecie, poznawać ludzi, uczyć się ciągle czegoś nowego. Najpierw pojechał do Brazylii. Tam pracując jako kelner, zarobił na wyjazd do Urugwaju, Argentyny. Kolejnym etapem była Australia. Spędził tam prawie rok, po czym „zaatakował” Europę. Zwiedzał i pracował w Niemczech, Francji, Włoszech i... w Polsce. Przeżył mnóstwo przygód. Wszędzie poznaje ludzi, uczy się lub szlifuje obce języki. Po polsku mówi całkiem nieźle! Nigdy nie ma problemu ze znalezieniem pracy. W różnych krajach jest zatrudniany jako native speaker hiszpańskiego w szkołach języków obcych. Nigdzie jednak nie zatrzymuje się na długo, pracuje tyle, by starczyło mu na kolejny wyjazd i wyrusza w świat. Teraz wybiera się do Japonii! AUTOSTOPEM DOOKOŁA ŚWIATA

Dziś hobo najczęściej podróżują autostopem. Tak jak Iza z Warszawy (30 lat) i jej narzeczony Francuz – Philiphe (37 lat), którzy postanowili objechać świat. Zanim zdecydowali się na taką wyprawę, przez rok na nią zarabiali. Młodzi, zdolni i ambitni dostali duże pensje. Nie było im jednak żal porzucić ciepłe posadki. Od początku wiedzieli, że to tylko przejściowy etap, że celem jest podróż. Gdy zgromadzili już fundusze, pewnego pięknego dnia kupili bilet w jedną stronę i wyruszyli. Zaczęli od USA, potem Meksyk, Gwatemala, Panama i pozostałe kraje obu Ameryk, Australia, Nowa Zelandia, Azja i Afryka. Wszędzie poruszali się autostopem, często spotykali przyjaznych ludzi, którzy udzielali im noclegu. Gdy kończyły im się pieniądze, zatrzymywali się w jakimś miejscu na dłużej i zarabiali, ucząc dzieci angielskiego lub francuskiego. Cała podróż zajęła im prawie cztery lata, ale okazała się niesamowitym doświadczeniem. Dla Izy i Philiphe’a najważniejsza jest bowiem realizacja marzeń.

PIERWSZYMI HOBO BYLI W XIX W. ŻOŁNIERZE WRACAJĄCY DO DOMU Z WOJNY SECESYJNEJ W USA. WIELU Z NICH WĘDROWAŁO DŁUGO, PRZEMIESZCZAJĄC SIĘ POCIĄGAMI TOWAROWYMI.

ROZWOJOWI HOBO SŁUŻYŁY LATA WIELKIEGO KRYZYSU. CAŁE RZESZE BEZROBOTNYCH WŁÓCZĘGÓW PRZEMIESZCZAŁY SIĘ POCIĄGAMI, BY SPRÓBOWAĆ SZCZĘŚCIA W INNYM MIEJSCU.

SO WA NE KR ED Ą PIK TO GR AM Y RY IN FO RM UJ Ą OS TR ZE GA JĄ LU B ĄC YC H HO BO UJ IN NYCH PO DR ÓŻ JA CH . AC TU SY O RÓŻN YC H

A BOGACT WO ZIANI B HOBO NIE SĄ MILE WID ! WO ŃST CZE C NIEBEZPIE D ŻYWNOŚĆ

E UWAGA PIE S! F GOSPODARZ MA BROŃ KOBIETA G TU MIE SZK A UPR ZEJMA

WSPÓŁCZEŚNI HOBO NIE PODRÓŻUJĄ JUŻ, WSKAKUJĄC DO JADĄCYCH POCIĄGÓW TOWAROWYCH. DZISIAJ NAJCZĘŚCIEJ JEŻDŻĄ AUTOSTOPEM.


Piękna blondynka przyjęła niezbyt uprzejme zaproszenie od trzech nieznajomych. Czy ktoś ich widział? Czy aby na pewno ich...?


KOLEKCJA LEE WORKS OF DENIM INSPIROWANA JEST ST YLEM ŻYCIA HOBO


B TOMEK RAWSKI (Dj Rawski) Najbardziej zaawansowany producent ekipy Beats Friendly. Jego utwory znalazły się m.in. na płytach „Radio Leniwa Niedziela”, „Chillout flavour”, „Polskie Leniwe – Serwuje Novika” i „Keep the moment”. Na swoim koncie ma również oficjalnie wydane remiksy, między innymi grupy SOFA i Noviki. Grał u boku takich artystów jak: Mark Rae, Chris Coco, A Man Called Adam, SWAY i Mo Horizons. Recenzent muzyczny czasopism „Gazeta Studencka”, „Machina” i „Laif”.

A MACIEK KASPRZYK (Dj Lexus) Didżej, dziennikarz, radiowiec. Balansuje pomiędzy brzmieniami, będącymi wypadkową jego eklektycznej muzycznej wrażliwości. Zaczynał od cenionej audycji „Luxus Hip Hop” na antenie Jazz Radia. Obecnie w Radiu BIS prowadzi audycję „Strefa Miejska”. Zawiaduje rubryką „Klubowo” w dodatku do „Życia Warszawy” – „Po Godzinach” oraz współpracuje z „Machiną”.

A W SESJI W YKORZYSTANO UBRANIA Z KOLEKCJI LEE WORKS OF DENIM ORAZ PRY WATNE RZECZY ST YLISTKI

B

D

C

D MARCIN HUBERT (Dj Harper) Pasjonat

C ZOSIA KOPCZYŃSKA (Dj Gama) Jedna z bardzo niewielu kobiet za konsoletą, której bliskie są brzmienia miękkie i bujające. Jej specjalnością jest tak zwany warm up, czyli set poprzedzający występ gwiazdy. Zagrała m.in. u boku takich osobowości jak: Jazzanova, Dorfmeister, Daniel Wang, A Guy Called Gerald, Haaksman, Daniel W Best.

i znawca muzyki. Dziennikarz muzyczny obecnie współpracujący z „Machiną” oraz kulturalnym dodatkiem do „Życia Warszawy” – „Po Godzinach”. Autor takich kompilacji jak „I Feel Good”, „Plastikfikation Beat 1” oraz „Friendly Beats: vol. 1”. Znany jest przede wszystkim z duetu Boogie Mafia, cenionego na scenie klubowej od przeszło ośmiu lat. Występował u boku takich artystów jak m.in. Chemical Brothers, UNKLE, Basement Jaxx, Plump DJs, Lee „Scratch” Perry, Freestylers.


FOTO: ZOSIA ZIJA; STYLIZACJA : AGNIESZKA OLCZYK; MAKIJAŻ: ANETA KACPRZAK. SESJA ODBYŁ A SIĘ W HALI WARSZTATU „AUTOPARTS” PRZY UL. JAGIELLOŃSKIEJ W WARSZAWIE


AGNIESZKA MACIEJAK, PROJEKTANTKA, ST YLISTKA, SZEFOWA DZIAŁU MODY W T YGODNIKU „GALA”

Studiowała grafikę na ASP w Warszawie, ale od zawsze wiedziała, że chce projektować ubrania. W świadomości ludzi zaistniała dzięki bluzce, którą miała na sobie jej przyjaciółka – dyrektor artystyczna jednego z pism. Zaprojektowaną przez nią kreację zauważył redaktor działu mody w polskiej edycji miesięcznika „Cosmopolitan”. Od tamtej pory jej pomysły na szeroką skalę zaczęły się pojawiać na łamach pism. Wielokrotnie brała udział w prestiżowych konkursach, również w roli jurora, zdobywała liczne wyróżnienia. Magazyn „Trendy Elle” docenił ją „za nieprzeciętne wyczucie w doborze kolorów”. Na jednym z wieczorów Lexus Fashion Night suknię jej projektu włożyła top modelka Naomi Campbell i... już nie chciała jej zdjąć. Projekty Agnieszki są odważne, zwiewne, lekkie, często ręcznie haftowane, czasami sprawiające wrażenie niewykończonych i bezpretensjonalnych. Sprzedawane nie tylko w Polsce, ale również w Tokio. Pokazywane na prestiżowych targach na przykład Blickfang w Stuttgarcie. „Kurtka Lee wyszła z konstrukcji gorsetu, dlatego przywróciłam jej pierwotny kształt. Obcięłam rękawy i wycięłam część dżinsu, odsłaniając ramiona i plecy. Z tyłu wszyłam jedynie zapięcia, które są stosowane przy tego typu bieliźnie. W spódnicy natomiast nie dokonałam rewolucji. Bardzo podobał mi się jej krój – kobiecy, dopasowany. Nakleiłam jedynie skórzane motywy nadające jej nowy, bardziej renesansowy charakter”.


KONRAD PAROL, PROJEKTANT

Często ironizuje, że zajął się projektowaniem ubrań, ponieważ jako uczeń klasy plastycznej nie wyróżniał się niczym szczególnym. Nużyły go zajęcia z rysunku, grafiki i rzeźby. Znalazł dziedzinę, w której był dobry i która nie była przez nikogo zmonopolizowana. Po liceum podjął naukę w „Studio Sztuki”, ale tak naprawdę najwięcej nauczył się podczas pracy kostiumografa przy teledyskach m.in. Marysi Sadowskiej, Budki Suflera, Małgorzaty Walewskiej, Fiolki i Michała Bajora. Pomógł mu również roczny staż w atelier Macieja Zienia. Projekty z jego kolekcji często goszczą na łamach prasy kolorowej, w tym również na okładkach czasopism. Wykorzystywane są także w reklamach produktów kosmetycznych. Miał przygodę z coolhunterami z Japonii, którzy wypatrzyli go w Warszawie i promowali jego projekty w Japonii. Jeden z nich ukazał się w japońskiej „MARIE CLAIRE”. Jego największym marzeniem, które w niedalekiej przyszłości zrealizuje, jest studiowanie w prestiżowej kuźni talentów, jakim jest Central Saint Martins College of Art and Design w Londynie.

FOTO: FOTO BAJT, ARCHIWUM PRYWATNE PROJEKTANTÓW

„Ubrania LEE starałem się zaprojektować w taki sposób, żebym sam chciał je nosić, żeby stały się integralną częścią wielkiego miasta. Obserwowałem ludzi na ulicach, w metrze i postanowiłem zrobić kurtkę i spodnie, które każdego będą intrygować. Chciałem, by osoba, która je założy wzbudzała ogólne zainteresowanie, by ludzie patrzący na nią, zadawali sobie pytanie: Kim jest?! Czym się zajmuje?! O czym myśli?! Wyciąłem fragmenty kurtki i wstawiłem tam skórę w odcieniu ciemnej zieleni. Obok zapięcia z metalowych guzików wszyłem zamek błyskawiczny. Podobnie przerobiłem spodnie. Na kolana wszyłem suwaki, a całość dopełniłem kilkoma zabawnymi głowami Myszki Miki wyciętymi ze skóry. Eklektyczne połączenie”.


TEKST DRF1 FOTO ARCHIWUM ARTYSTY

W swoich utworach komentowali rzeczywistość, w której przyszło im żyć. Odważnie podążali własną drogą, tak jak Hobo.


ówi się, że blues to muzyka duszy, muzyka niemająca nic do ukrycia, w której rytm dyktuje bicie serca, a za tekstem nie kryje się nic poza niepodważalnym alibi snującego swą opowieść. Czarnoskórzy muzycy opiewali w swych utworach tyranię, nic więc dziwnego, iż głosem ludzi uciemiężonych stał się właśnie blues. Azylem była muzyka, rytm i dźwięk banjo – towarzyszki podróży. Blues ewoluował, tworząc podwaliny nowych gatunków muzyki, stając się niewyczerpanym źródłem inspiracji dla artystów wielu proweniencji. Pulsował w żyłach buntowników i outsiderów całego świata. JEDNYM Z NICH był Laszlo Foldes. Realia

w jakich przyszło mu doświadczać życia, stanowią zaprzeczenie sielskiego dzieciństwa. Jego dzieciństwo to w czystej formie blues. Pierwsze akordy pojawiły się wraz z rewolucją w 1956 roku. 11-letni Laszlo znany był w sąsiedztwie dzięki zaangażowaniu w kolportaż rewolucyjnej „bibuły”. Jeśli łatwo przychodzi wyobrazić sobie chłopca, noszącego w szkolnym plecaku materiały, za których posiadanie groziły poważne konsekwencje, nie powinien szokować też kadr, w którym ten sam

chłopiec ściska w ręku prawdziwą broń. Naturalna sceneria wykreowana realiami politycznymi, paradoksalnie stworzyła naturalny plac zabaw. Zryw społeczny, w którym uczestniczył, zasiał ziarno buntu w duszy przyszłego orędownika prawdy. Nad wijącymi się okopami rozpościerał się widok na Budapeszt. Kto wie, może właśnie tamte wspomnienia zainspirowały Laszlo do opracowania coveru „All Along The Watchtower”? Po wygaśnięciu rewolucji Laszlo za sprawą swego ojca został wysłany na obóz pionierski w NRD do ośrodka, który zimą zajmował wyłącznie personel.

Tą klasyczną frazą zaczyna się czas poszukiwań własnej drogi. Z obawy, że Laszlo może wybrać jedną z niewłaściwych dróg, ojciec zdecydował ściągnąć syna do ojczystego kraju zanim ten popadnie w dalsze kłopoty lub ruszy na Zachód. BUDZĄCA SIĘ ŚWIADOMOŚĆ wewnątrz

młodego ducha dojrzewa, tworząc naturalny zaczyn artystycznego potencjału. Laszlo czuje, że tętniąca w jego żyłach krew nadaje puls, naturalnie poddaje się temu rytmowi. Zaczyna pisać, zakłada trupę teatralną, jednak szybko przychodzi czas rozpoczęcia działalności muzycznej. Inspirowany muzyką Zachodu, poddaje się prądom rocka, bluesa, muzyka ta zdaje się tworzyć idealny klimat dla złapania dystansu do rzeczywistości.

SKŁAD ZAWIĄZANY PRZEZ LASZLO

– Hobo Blues Band – scementowała filmowa produkcja pt. „Bald Dog Rock”, w którym oczywiście zagrał rolę. Za datę powołania zespołu przyjęto 1977 rok, a Laszlo zwykł używać przydomku „Hobo”. Tak zaczyna się historia

wielkiego, kultowego zespołu; wielkiego nie w znaczeniu globalnej liczby sprzedanych płyt, marki rozpoznawalnej na fast-foodowych kubkach, czy pozycji w Billboardzie. Jak po latach powie sam lider, muzyka Hobo Blues Bandu komentuje otaczającą rzeczywistość. Na warsztat idą dokonania Rolling Stones, Jimmy’ego Hendriksa, Led Zeppelin, The Doors, Boba Dylana, Janis Joplin. KOMENTARZE HOBO nie umykają uwadze

władzy. Zespół zostaje opatrzony etykietą zjawiska kontrkulturowego. Z tym frontman nie polemizuje. Zdaje się, że Hobo ma teraz własny oręż, a nieustępujący duch rewolucji – „like a rolling stone” podąża własną drogą niczym Hobo.

Zespół gra nieprzerwanie, a jego ekscentryczny lider pisze piosenki w rodzimym języku. Wszelkie utwory autorstwa Laszlo Foldesa powstają wyłącznie w języku węgierskim, trafiając tym samym do grona zainteresowanych sprawami kraju. Hobo społecznik, artysta, poeta i aktor, to człowiek o charakterze nieugiętym. Dzięki uporowi został zauważony, choć nie skupiał na sobie światła jupiterów, nie przepadał za telewizją i udzielaniem wywiadów. Nie funkcjonował jako postać publiczna. Działał głównie jako muzyk, a aktorstwo dopełniało jego grafik. W 1988 roku HBB zagrał na koncercie „Human Rights Now” u boku Bruce’a Springsteena, Stinga, Petera Gabriela i Tracy Chapman. Obiektyw ujął tylko kilka kadrów notujących to zdarzenie. PO UPADKU KOMUNIZMU w roku 1989 głos HBB nie uległ dewaluacji, rzesza wiernych fanów, niczym para starych dżinsów nieprzerwanie

towarzyszy swojemu idolowi. Skutkiem ubocznym jest zjawisko, które z powodzeniem można nazwać sukcesem. Mimo tego Laszlo pozostał wierny swoim ideom, nie popadł w utopię, zagrał w filmie upamiętniającym dzieje rewolucji pt. „Liberte 56” z roku 2006, tego samego roku odbył się też koncert upamiętniający tamte zdarzenia. MOŻNA ODNIEŚĆ WRAŻENIE , że w młodym Laszlo drzemała naturalna chęć poznania, za którą musiał zapłacić zsyłką. Coś jednak pchało go do przodu, jakaś determinacja, wola życia! Ta siła, emanacja pozytywnej energii, przyczyniła mu wielu przyjaciół, była spoiwem HBB. Na przestrzeni dziejów skład zespołu mutował i ulegał ciągłej transformacji, Hobo zaś był siłą dopełniającą swego Opus Magnum.


TEKST I FOTO

GABRIELA PŁAŻYŃSKA

Niebanalny talent, optymista -wizjoner. Sam o sobie mówi, że jest farciarzem, bo wbrew wszystkiemu, wciąż robi to co kocha – rysuje. rzemek Truściński – zwany Trustem – rysowanie komiksów, obok oddychania i jedzenia, traktuje jak jedną z funkcji życiowych. Należy do tych farciarzy, którzy od zawsze wiedzieli, co chcą w życiu robić. Dlatego gdy w wieku 21 lat, podczas niewinnej przepychanki z bratem prawie stracił prawą rękę, oczywistym było, że pomimo „kalectwa” nadal będzie działał w tej materii. W trzy dni nauczył się rysować lewą ręką i choć lekarze nie dawali mu szans, w dwa lata przywrócił sprawność prawej. Wiele w życiu Trusta zapoczątkował klub UFO ZENEK, który zebrał fanów fantastyki i w późniejszej fazie przerodził się w Contur – z założenia wydawnictwo. Wprawdzie nic nie wydało, ale w 1992 roku zorganizowało Festiwal Komiksu w Łodzi. Wystawę zwiedziło wtedy kilkaset osób – dziś gości tam około dwóch tysięcy. Środowisko rozrastało się, a popularność i ranga komiksu były coraz większe. Dziś do tworzenia komiksów zapraszani są najlepsi graficy i rysownicy na świecie, również Trust, który właśnie tworzy komiksową wersję „Wiedźmina”, co jest dużym, międzynarodowym przedsięwzięciem. Życie Przemka nie zawsze jednak było wypełnione fantastycznymi zleceniami. Od 1998 roku zaczyna się jego przygoda z Warszawą. Jak wielu młodych i zdolnych przyjechał tu za chlebem. Osiadł i teraz urządza sobie swoje poddasze, po latach spędzonych w wynajętym


mieszkaniu, w którym powstał ogrom zleceń, takich jak rysunki dla Pepsi, Nescafe i Sprite’a. Od pewnego czasu wraz z Alexem Kłosiem i Tomkiem Kwaśniewskim tworzą dla „Gazety Wyborczej” komiks. W sposób nowatorski opowiadają historie zwykłych ludzi, tak zajmujące, że wywołują reakcje. Trust publikował również w „Playboyu”, „Filmie” i „Newsweeku”. Najbardziej jednak ceni sobie współpracę z kobiecymi pismami, które wykazywały się otwartością. Wyraźną granicą oddziela dwa światy – komercji – choć nie do końca tak traktowanej (czytaj zlecenia), od niebywale napiętnowanej, wręcz obarczonej jego osobowością, własnej twórczości. Za wielki komplement uważa zdanie, które kiedyś usłyszał, pokazując swoje prace we Francji: „One są takie TWOJE”. Niemożliwe jest więc pomylić kreskę Trusta z inną. A co ją ukształtowało...? W dzieciństwie sporo czasu spędzał u cioci mieszkającej nieopodal dawnych Zakładów Marchlewskiego w Łodzi. Ciocine modlitwy, usypianie przy dźwiękach maszyn zaszczepiły industrialne fascynacje i bunt przeciw wszystkiemu, co starano mu się narzucić. Wychowanie w Łodzi – mieście o niebywale magnetycznym i mistycznym uroku, które jest doskonałą scenografią dla prac Przemka i na każdym twórcy odciska swoje piętno. W końcu nie bez powodu David Lynch je pokochał. Ale wracając do prac Przemka, które są jego obrazotokiem, transmisją, ciągłą reminiscencją, to żyją one głównie na wystawach (ma ich na koncie około setki). Uwielbia wtedy patrzeć na reakcje ludzi. Na to, jak bardzo jest w stanie „pejczować umysły”.


TEKST SYLWIA BANASZKIEWICZ FOTO GABRIELA PŁAŻYŃSKA

Pole widzenia. Bywają ludzie tak ograniczeni, że odnajdują sens życia. emme Fatale” (w wolnym tłumaczeniu z francuskiego: kobieta fatum) jest wielkości zeszytu. Przy pierwszym kontakcie kusi nie tylko zdjęciem zmysłowej nieznajomej na okładce: także matowa grafika na perłowym papierze aż prosi się o dotyk. Jej zawartość prowokuje, zachwyca, oburza i – co najważniejsze – pobudza do reakcji, czy będzie to gniewne rzucenie w kąt, czy też napisanie wielbiącego e-maila do wydawcy. A W YDAWCĄ tym jest Yahoo, trzydziestolatek o stu twarzach, którego droga twórcza, zaczęta od pisania mało grzecznych tekstów dla kapeli deathmetalowej, doprowadziła do założenia w ostatnich miesiącach Stowarzyszenia Wspierania Kultury i Tolerancji, stawiającego sobie za cel „inicjowanie i wspieranie działań w obrębie kultury i sztuki oraz propagowanie demokratycznych postaw społecznych”. Yahoo – doktorant na wydziale fizyki eksperymentalnej, wytwórca drapieżnej, seksownej biżuterii, animator forum kolarskiego na Onecie, poeta, ufff... YAHOO, ubrany w gustowne spodnie w paski i obcisły czarny trykot,

który już tylko odrobinę nawiązuje do zaskakującego stylu sprzed kilku lat:

płaszcza typu matrix, wąskich spodni (wszystko w czerni) i wygolonych do połowy brwi, wyjaśnia, skąd wzięła się tamta fascynacja ciemną stroną życia, która owocowała cyniczną poezją i tworzeniem błyskotliwie obraźliwych myśli-aforyzmów, zwanych przez autora znacząco afrontyzmami. Powstała z intensywnej przekory najlepszego ucznia w szkole, lubianego przez dorosłych. Jako osoba, która powinna być wzorem dla innych, miał on buntownicze ciągoty do robienia czegoś „złego”. To była fantazja o byciu złym – ona wpłynęła na jego zainteresowanie death metalem i gotyckim stylem ubioru. Dodajmy, że w przypadku wykonywanych przez Yahoo naszyjników z czarnego szlifowanego szkła, aksamitu i koronki, ta „gotyckość” przybrała formy, które zachwycają kobiety i wywołują dreszcz emocji u patrzących na nie mężczyzn. A TERAZ najważniejsza jest jego „Femme Fatale” – pismo kulturalno-

-satyryczne, wydawane przez Yahoo własnym sumptem we Wrocławiu przy darmowym współudziale kilku autorów i rysowników. Pismo, niemające wydania internetowego, jako wyraz buntu przeciwko wszechobecności internetu oraz przejaw miłości do estetyki wydań papierowych. Czyżby


AMBITNE ZADANIE , ale realizowane z pasją. Tę pasję i gniew widać głównie w satyrycznych elementach „Femme Fatale”, które odróżniają ją od innych pism kulturalnych. To w szerokim rozumieniu satyra polityczna, choć całkowicie politycznie niepoprawna, która wskazuje palcem i ośmiesza przejawy nietolerancji oraz ubóstwa umysłowego, jakich z przyzwyczajenia sami moglibyśmy nie zauważyć. Pismo jest na tyle wyraziste, że nie obyło się bez autocenzury. Nasz bohater przyznaje się do dwóch takich przypadków: usunięcia jednego z serii obrazoburczych rysunków o Mahomecie, a także wymiany grafiki nawiązującej („pozornie”) do pornografii w dziale... wierszy. CO WAŻNE JEDNAK – autor zapewnia, że ta krytyka oparta jest na zamiarze konstruktywnym, bo śmiech to jego wentyl bezpieczeństwa, który daje dystans do naszej papierowej rzeczywistości. Daje także poczucie wspólnoty ludziom o podobnej wrażliwości. POCZUCIE WSPÓLNOT Y buduje również organizując kilka razy w roku dla bywalców forum kolarskiego Onetu, zakłady dotyczące największych szosowych wyścigów kolarskich. Zafascynowany dynamiką narastania napięcia podczas etapów górskich (zaczęło się od pojedynku Armstrong – Ulrich podczas Tour de France), obecnie jest w trakcie tworzenia bazy danych i programów komputerowych, które usprawnią typowanie wyników i obliczanie punktów gromadzonych przez uczestników gry. A więc dawny pesymista i egocentryk przeszedł z wdziękiem do etapu,

FOTO: ARCHIWUM PROWOKATORA

dawny posępny prowokator wrócił do ery grzecznego chłopca? Na to nie ma co liczyć, ponieważ impulsem do założenia pisma była złość. Wybrał się bowiem na wieczór poświęcony prezentacji dotowanego pisma poetyckiego we Wrocławiu, które – jak mówi – było beznadziejne. Publikujący w nim literaci węszyli spisek w światku kulturalnym, bo nikt inny ich nie chciał drukować. Wtedy postanowił sam stworzyć dobre pismo: żywe, prowokujące, o przyzwoitej wartości literackiej i intelektualnej, ale niemającej wad tzw. kultury wysokiej, która w naszych czasach graniczy z irytującą manierą. Chciał przy tym, żeby czytelnicy odczuli satysfakcję z obcowania z czymś bardziej wyrafinowanym niż kultura pop.

w którym chce mu się robić rzeczy z ludźmi i dla ludzi. Po obronie doktoratu nie pozostanie na uniwersytecie: zrezygnował z fizyki, bo nie chciał stać się wyobcowanym z rzeczywistości naukowcem i przygnębiało go robienie rzeczy, które – jak sam mówi – nie wnoszą niczego istotnego w rozwój nauki. Yahoo przyznaje teraz, że jego „racjonalizm egzystuje obok zachowań altruistycznych”. Jak widać, ciągle jeszcze ma skłonność do prawdziwie naukowej analizy samego siebie. JAK W YGLĄDA przyszłość nawróconego społecznika? Yahoo zamierza rozwijać Stowarzyszenie, a w pierwszej kolejności wprowadzić „Femme Fatale” do szerszej dystrybucji (na razie rozprowadzana jest przez łańcuszek znajomych oraz w barach Wrocławia i stolicy). Zdobycie dla pisma funduszy oznaczać będzie przede wszystkim możliwość opłacenia autorów oraz profesjonalnego druku. Wierzy, że za 10 lat będzie wydawcą poruszającego pisma literacko-satyrycznego na skalę krajową. A TWÓRCZE EGO nadal pozwala mu na

skromność i kpinę z samego siebie: „Ktoś powiedział o mnie – człowiek renesansu. Jeśli rzeczywiście nim jestem, to świadczy o upadku kultury wysokiej...”. Przewrotne, ale to cały Yahoo.

MY I ON I K RY T Y K A Z UST P E W N YC H LU DZ I JE S T K O M P LE M E N T EM.

W IE DZ A CZ YNI W O LN Y M K T O R OZ U M IE Z JA W IS K O P O W S TA W A N IA T Ę C Z Y, M OŻ E S IĘ N IM Z A C H W YC A Ć A LE N IE , M U S I. M U R U PA D ŁY CZASEM W Y S TA R CZ Y Z E R WAĆ P L A K AT, BY RUNĄ Ł MUR. T E O R IA C H AO S U O B LI C Z A LN O Ś Ć P R O WA DZ DO NUD I Y, A N U D A D O N IE O B LI C Z A LN O Ś C I.


NIE DO PODROBIENIA

CZASOPISMA NA ZAMÓWIENIE UL. GENEWSKA 18, 03-963 WARSZAWA TEL. 022 617 93 23 WWW.DP-GROUP.COM.PL


1 BRELOCZEK, TROLL 12,90 ZŁ; 2 SPÓDNICA JOPLIN, LEE 289 ZŁ; 3 WODA TOALETOWA VERY IRRESISTIBLE, GIVENCHY 210 ZŁ; 4 KRÓTKA KURTKA WIATRÓWKA W KRATKĘ, MANGO 209 ZŁ; 5 BIAŁA KOSZULKA Z NADRUKIEM, LEE JEANS 129 ZŁ; 6 TENISÓWKI W KWIATY, CONVERSE 179 ZŁ; 7 ŻÓŁTA SKÓRZANA TOREBKA, PROMOD 99 ZŁ


1 KOLCZYKI, CROPP 9 ZŁ; 2 SPODNIE CAPAY, LEE 299 ZŁ; 3 SZARA KOSZULKA NA RAMIĄCZKA, LEE X-LINE 99 ZŁ; 4 WODA TOALETOWA IN2U, CALVIN KLEIN 50 ML/140 ZŁ; 5 ŻÓŁTA TORBA PŁÓCIENNA Z KORALIKAMI, TROLL 19,90 ZŁ; 6 KOSZULA W KRATKĘ, PROMOD 119 ZŁ; 7 TENISÓWKI Z RYSUNKAMI, CONVERSE 179 ZŁ


1 SMYCZ NA KLUCZE TRUPIE CZASZKI, CROPP 19 ZŁ; 2 SPODNIE POINT SUR, LEE 329 ZŁ; 3 CZAPKA Z DASZKIEM, PEPE JEANS WZÓR; 4 MARYNARKA DARK SHADOW, LEE 449 ZŁ; 5 WODA TOALETOWA IN2U, CALVIN KLEIN 50 ML/140 ZŁ; 6 T-SHIRT, LEE 109 ZŁ; 7 TENISÓWKI W GRAFFITI, CONVERSE 349 ZŁ


1 KAMIZELKA, LEE 329 ZŁ; 2 SPODNIE GREENE, LEE 319 ZŁ; 3 KOSZULA W KRATKĘ, LEE X-LINE 169 ZŁ; 4 BUTY, CONVERSE 229 ZŁ; 5 MĘSKI ZEGAREK, H&M 129 ZŁ; 6 WODA TOALETOWA VERY IRRESISTIBLE, GIVENCHY 210 ZŁ; 7 TORBA SPORTOWA DŻINSOWA, PEPE JEANS WZÓR


Bezkrwawa, ale skuteczna. Obaliła społeczne podziały, a dżinsy noszone przez farmerów zagościły na salonach. Siła takiego rażenia mogła rozegrać się tylko na jednym froncie – na dużym ekranie. TEKST BEATA ZIMNICKA RYSUNKI DENNIS

rzewrotu stylowego dokonali najwięksi: Marlon Brando, James Dean i Marilyn Monroe. Byli niepokorni, zbuntowani. Mieli świetny warsztat, ale i unikalny styl – powojenne pokolenie aktorów amerykańskich należy dziś do postaci mitycznych Hollywood. W roku 1954 Marlon Brando po raz pierwszy pojawił się w dżinsach w filmie „Dziki”, rok później James Dean w „Na wschód od Edenu”. Dżinsy to nie był jedynie element stroju, to była postawa. Narodził się kult, który rozpoczął przeistoczenie dżinsów z ubrania roboczego w element kultury masowej. Stąd był już tylko krok do zamachu na modę kobiecą.

MŁODY GNIEWNY

Rewolucja obyczajowa w dziedzinie mody dokonała się 20 lat przed tym, jak Marlon Brando (na początku lat 70.) całkowicie zrzucił ubranie w kontrowersyjnym „Ostatnim tangu w Paryżu”, a reżyser filmu Bernardo Bertolucci został oskarżony o szerzenie pornografii. Brando był jedyny w swoim rodzaju. Gdy gwiazdy katowały się, by wyglądać jak najlepiej, on nie robił w tym kierunku nic. Przeciwnie, chodził nieogolony, w zwykłych dżinsach i podkoszulku, jakby chciał zaznaczyć, że z Hollywood nie ma nic wspólnego. Mimo tego emanował szczególną energią. Magazyn „Time” próbował parę razy atakować aktora. Clarka Gable’a nazywał „królem”, Brando „niechlujem”. Ten wszystkie zarzuty miał w nosie. – Jestem tu tylko dlatego, że brak mi siły moralnej, żeby zrezygnować z forsy – twierdził. Złe opinie wcale mu nie zaszkodziły, wręcz przeciwnie. Jego wygląd wkrótce stał się synonimem młodzieńczego luzu, wyzwolenia, szaleńczej fantazji. Po prostu znakiem firmowym. Przełomem okazał się film „Dziki”. Dżinsy i skórzana kurtka lidera gangu motocyklowego, Johnny’ego Strablera, zainspirowały całe pokolenie buntowników. Historia oparta na książce Franka Rooneya, przywoływała autentyczne wydarzenie, kiedy to 4 tysiące młodych ludzi na motorach opanowało i zdewastowało kalifornijskie miasteczko Hollister. Pościgi, bijatyki, rozboje – ich pojawienie się wywołało prawdziwą panikę wśród mieszkańców. Kreacja Marlona Brando w filmie była porażająca. Po latach w jego postawie skierowanej przeciwko jakiejkolwiek władzy widziano prawzory postawy punków. Aby postać Strablera zaczęły naśladować miliony fanów, musiał


jednak przejść przemianę. To miłość do Kathy zaczęła go zmieniać... Brando doczekał się wielu naśladowców. Jego ubiór, sposób mówienia i gry kopiowali m.in. Paul Newman i James Dean, zaś Elvis Presley styl Brandona przeniósł na scenę. Aktor niejednokrotnie próbował odciąć się od wizerunku kontrowersyjnych twardzieli. Bezskutecznie. Zarówno on sam, jak i większość filmów, w których brał udział, potwierdzała, że nim pozostanie. Dojrzały Brando w świadomości masowej wyobraźni to nieśmiertelny Don Vito Corleone, mafioso z „Ojca chrzestnego” Francisa Forda Coppoli. BUNTOWNIK BEZ POWODU

Krótka kariera, dwie nominacje do Oscara, ponadczasowa sława. James Dean miał 24 lata kiedy zginął tragicznie w wypadku samochodowym, pędząc swoim porsche w stronę Kalifornii. Ale wystarczył zaledwie rok i trzy role, aby stał się ikoną dla przyszłych pokoleń. We wszystkich tych filmach grał postać młodego człowieka o zmierzwionych włosach i niespokojnym spojrzeniu, skłóconego z otoczeniem, lecz jednocześnie rozpaczliwie poszukującego uczucia i zrozumienia bliskich. Zauważony przez reżysera Elię Kazana, po raz pierwszy został obsadzony w dużej roli w głośnej adaptacji powieści Johna Steinbecka „Na wschód od Edenu”. Współczesna przypowieść o Kainie i Ablu, w której główny bohater popełnia bratobójstwo, przyniosła Deanowi rozgłos z dnia na dzień. Ponadczasowym symbolem niepokornej młodości i jednym z najgłośniejszych obrazów młodej Ameryki stał się jednak „Buntownik bez powodu”. W historii o trudnym dorastaniu i samej postaci Jima Starka – chłopaka z tak zwanej dobrej rodziny, który schodzi na złą drogę, miliony młodych widzów odnalazło samych siebie. Jego skórzana kurtka, błękitne dżinsy, szalone eskapady samochodowe i cynizm na pokaz ukrywały wrażliwość romantyka. Odzwierciedlały charakter i sposób postępowania młodych ludzi, którzy czuli się zdradzeni i opuszczeni. Zabrakło im ideałów: dawne, z czasów wojny, upadły, a nowych nie było. Po 50 latach kult Deana jest równie żywy. Jego grób w Indianie wciąż

odwiedzają pielgrzymki. Stał się archetypem buntownika, który nadal wywołuje silne emocje. SEKSAPIL – BROŃ KOBIECA

Trudno uwierzyć, ale jeszcze w połowie lat 30., kiedy zaczęto sprzedawać dżinsowe spodnie dla pań, w wielu amerykańskich stanach uważano je za nieprzyzwoite. Traktowane były jako wróg publiczny numer jeden. Obowiązywał zakaz pokazywania się w tym stroju w urzędach, szkołach i uniwersytetach. Zmiany mogła dokonać tylko jedna osoba, uosobienie ideału kobiecości – Marilyn Monroe. Była wyrocznią w dziedzinie mody. Cokolwiek założyła na siebie, powtarzały to miliony kobiet na całym świecie. – Lubię nosić szałowe stroje, albo w ogóle nic. Coś pomiędzy mnie nie zadowala – deklarowała i nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że mówi prawdę. Jej postać nigdy nie była jednoznaczna. Elegancka, niewinna, wyzywająca, kobieta-dziecko i kobieta-wamp, Monroe zmieniała swoje wizerunki jak rękawiczki, ale motywem przewodnim pozostał seksapil. Norma Jean Baker rozpoczęła karierę jako modelka Marilyn, prezentując kostiumy kąpielowe. Pozowała nago do zdjęć, które później ukazały się w „Playboyu”. Czas na wielkie kreacje przyszedł razem ze sławą. W filmie „Słomiany wdowiec” wystąpiła w słynnej scenie, gdzie podmuch spowodowany przez przejeżdżający pociąg unosi jej białą sukienkę. Wokół jej wyglądu i tego, co zakładała, narastały legendy. Mówiono, że aby uzyskać swój rozkołysany chód, skracała jeden z obcasów o 5 milimetrów, a jej kreacje były tak obcisłe, że musiano je zszywać na ciele. W dżinsach po raz pierwszy wystąpiła w rozgrywającym się w czasie gorączki złota westernie „Rzeka bez powrotu” (1954). U boku Roberta Mitchuma Marilyn wcieliła się w piosenkarkę saloonu Kay, która musi porzucić strojne suknie. Widownia mogła podziwiać sylwetkę gwiazdy. Koszula wpuszczona w spodnie, pasek podkreślający talię osy, opinające pośladki dżinsowe spodnie – ten strój był strzałem w dziesiątkę. To wtedy Monroe udowodniła, że najlepszym przyjacielem dziewcząt są nie tylko brylanty...


FOTOGRAFIA NA OKŁADCE

Zosia Zija

W YDAWCA

VF Distribution Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 148, 02-326 Warszawa tel. +48 22 572 40 40 KOORDYNATOR PROJEKTU

Justyna Bernat

REALIZACJA PROJEKTU

Direct Publishing Group Sp. z o.o ul. Genewska 18, 03-963 Warszawa www.dp-group.com.pl DYREKTOR GENERALNY

Michał Sztand

DYREKTOR OPERACYJNY

Wojciech Męczyński w.meczynski@dp-group.com.pl DYREKTOR PROJEKTU

Agnieszka Ziółkowska-Szulczyk a.szulczyk@dp-group.com.pl REDAKCJA MAGAZYNU „LEENIA”

ul. Genewska 18, 03-963 Warszawa Tel./faks: (0-22) 617 93 23, 617 03 86

STWÓRZ PLAKAT O DOWOLNEJ TEMAT YCE. W KREAT Y WNY SPOSÓB UMIEŚĆ NA NIM NAPIS LEE. FORMAT 23 X 27 CM NAJLEPSZY PLAKAT OPUBLIKUJEMY W NASTĘPNYM NUMERZE MAGAZYNU LEENIA. ZW YCIĘZCA OTRZYMA NAGRODĘ W POSTACI KURTKI I SPODNI DŻINSOW YCH LEE. PRACE PROSIMY NADSYŁAĆ DO 15 CZERWCA NA ADRES: DIRECT PUBLISHING GROUP, UL. GENEWSKA 18, 03-963 WARSZAWA Z DOPISKIEM „KONKURS LEE”. LUB MAILEM (JPG O ROZDZ. 300 DPI) NA ADRES: D.WOJDA@DP-GROUP.COM.PL

REDAKTOR NACZELNA

Sylwia Bargieł s.bargiel@dp-group.com.pl

SEKRETARZ REDAKCJI

Katarzyna Grabowska k.grabowska@dp-group.com.pl DYREKTOR ART YST YCZNY

Dennis Wojda d.wojda@dp-group.com.pl

WSPÓŁPRACOWNICY

Beata Zimnicka, Sylwia Banaszkiewicz, Gabriela Płażyńska, Barbara Tuleja KOREKTA

Ewa Koperska BIURO REKLAMY

Jolanta Zbieg j.zbieg@dp-group.com.pl

W magazynie użyto czcionki: © Dennis Wojda


Leenia (#3, 2007)  

Customer magazine made for the Lee jeans brand of VF Corporation. Art director: Dennis Wojda

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you