Issuu on Google+

WROTA ŚWIATÓW


Dariusz Adamowski

WROTA ŚWIATÓW


Redakcja: Marta Drozdowska-Bednarz Korekta: Łukasz Rogowski Ilustracja na okładce: Marcin Panasiuk Opracowanie graficzne okładki: Karolina Panasiuk Skład: pilasik@gmail.com

Wydanie I ISBN: 978-83-934575-3-3

Copyright © Advaita Press, Dariusz Kuźniewski, 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich.

Advaita Press, Białystok 2014 www.advaita.pl

Druk: ReadMe


Beacie i Łukaszowi – pierwszym czytelnikom


Rozdział I

Van Thorn i inne komplikacje

Z

broja Czarnego Rycerza lśniła w świetle zachodzącego słońca jakby była wykonana z obsydianu. Ze swoim dwumetrowym wzrostem, stojąc na szczycie wzgórza, Van Thorn wyglądał teraz jak wyrzeźbiony w kamieniu monument – pomnik posłańca śmierci, który zdawał się mówić: „To koniec drogi; nikt nie może pójść dalej”. Opuszczona przyłbica hełmu nie pozwalała dostrzec jego twarzy, ale oczami wyobraźni łatwo było zobaczyć zimne, stalowoszare oczy człowieka, który pogardza wszystkim, co słabe i kruche. Dominic z Teilu stał twarzą w twarz ze swoim ostatnim i najpotężniejszym wrogiem. Wiedział, że ma do czynienia z  prawdziwym wcieleniem zła – człowiekiem, który, jak dotąd, nie spotkał godnego siebie przeciwnika i który nikomu nie okazał łaski: wszyscy walczący z nim polegli, przeszyci Mortenem – magicznym mieczem Van Thorna, mieczem, który raz wyciągnięty z pochwy, zawsze musiał zakosztować ludzkiej krwi. Wiatr ustał i nad wzgórzem Godhar zawisła złowroga cisza. Dominic słyszał tylko swój przyspieszony oddech i czuł, jak strach i gniew, które kazały mu ścigać Van Thorna przez całą niemal Krainę Teil, 7


nagle go opuszczają. Niespodziewanie poczuł się wolny i bardzo spokojny. Wiedział, że musi stanąć do walki, bo tak każe mu przeznaczenie, lecz nie bał się już Van Thorna, a tym samym – nie lękał się śmierci. Ze wzgórza dobiegł go pogardliwy śmiech Van Thorna, a  zaraz potem – metaliczny odgłos dobywanego miecza. Czarny Rycerz stał tam, trzymając broń w  wysoko uniesionej dłoni. Wydawał się teraz jeszcze potężniejszy i bardziej przerażający, jednak Dominic, gotowy do walki, bez wahania ruszył w jego kierunku. Pierwsze uderzenie nadeszło niespodziewanie i z ogromną siłą, ale młodzieniec odparował je pewnie swoją tarczą i już po chwili zaatakował przeciwnika szybkim pchnięciem w bok. Van Thorn uchylił się i ostrze ześlizgnęło się po czarnej zbroi. – Widzę, że wiele się nauczyłeś od swego mistrza! – warknął zaskoczony tą ripostą Czarny Rycerz. – Szkoda, że nie ma go już wśród żywych. – Nie sprowokujesz mnie – odparł spokojnie Dominic. – Dunbar zginął, broniąc słusznej sprawy, jego śmierć nie poszła na marne. Zresztą, nie zginąłby, gdybyś nie stosował tych swoich żałosnych sztuczek i walczył honorowo. Wiedziałeś, że w otwartej, uczciwej walce nie masz żadnych szans... Van Thorn nie mógł znieść prawdy, rzuconej mu w  twarz przez tego niedoświadczonego młodzika. Gwałtownym ruchem uniósł miecz i z furią ruszył do ataku. Ciosy sypały się teraz na Dominica istnym gradem, a ten, cofając się, parował je jeden po drugim. Klingi zderzały się ze sobą sypiąc iskrami, a  ogłuszający szczęk ścierającej się broni i płatów zbroi docierał echem do miejsc odległych o setki metrów, sprawiając, że ludzie i zwierzęta zatrzymywali się i nasłuchiwali strwożeni. Dominic nie liczył kolejnych ciosów – odparł ich może kilkadziesiąt, a może kilkaset. Działał instynktownie, wysyłając swój srebrzysty miecz na spotkanie Mortena. Van Thorn wydawał się mieć niespożyte siły; uderzał raz po raz: z góry, z boku, od dołu i znów z góry i z boku. Jego sprzymierzeńcem była siła grawitacji – atakował, schodząc w dół wzgórza i  wyprowadzał ciosy na przeciwnika, walczącego poniżej. 8


Dominic szybko dostrzegł, w jak niekorzystnym znalazł się położeniu. Nie tylko ustępował pola nacierającemu z góry przeciwnikowi, ale też nie mógł kontrolować zbocza za swoimi plecami, przez co narażony był na potknięcie się o kamień lub wystający z ziemi korzeń. Postanowił to zmienić. Kolejne potężne uderzenie sparował trochę mocniej niż poprzednie, zamarkował pchnięcie w korpus, po czym wykonał piruet i wyprowadził bardzo silne uderzenie w prawy bok. Van Thorn, choć zaskoczony, zdołał zablokować miecz Dominica, lecz impet tego ciosu odrzucił go do tyłu i sprawił, że rycerz zachwiał się, na moment tracąc równowagę. Dominic wykorzystał tę chwilę, obiegł go i zajął uprzywilejowaną pozycję na wzgórzu. Po tej paradzie poczuł nagłe zmęczenie i zdał sobie sprawę, że nie pozostało mu wiele czasu na zakończenie pojedynku. Dysząc ciężko, ruszył do ostatniego natarcia. To on teraz atakował, lecz nie z  taką furią, jak czynił to jeszcze przed chwilą Czarny Rycerz. Uderzał precyzyjnie, wykorzystując całą zdolność koncentracji, jakiej nauczył się przez lata praktyki u swego mistrza. Posyłał w kierunku przeciwnika pozornie chaotyczne ciosy, które nękały go jak rój os, kąsały to z lewej, to z prawej, atakowały nogi, ramiona i szyję. Dominic nacierał bez chwili wytchnienia. Walczył z ogromną determinacją, czując, że sił nie starczy mu na długo. Pocieszał się tylko myślą, że jego przeciwnik także słabnie. Nie widział co prawda twarzy Van Thorna, ale słyszał jego zmęczony, świszczący oddech. Czarny Rycerz wiedział, że szala zwycięstwa zaczyna się przechylać na stronę przeciwnika. Ciosy, które na niego spadały, uderzały w  pół i  ćwierć tempa, zmieniając co chwila rytm. Były mistrzowsko precyzyjne i zmuszały go do nieustannej koncentracji. Van Thorn zdał sobie sprawę, że nie potrafi już odzyskać inicjatywy i przejść do ataku. Pozostawało mu tylko bronić się resztkami sił i liczyć na Mortena, który kierował się w czasie walki własną, tajemną inteligencją. Walczący rycerze zeszli już dobre trzydzieści metrów w dół zbocza. Zarośla i wysoka trawa działały teraz na korzyść Dominika. Zepchnął przeciwnika jeszcze dwa metry niżej, tak, że ten znalazł się o krok od 9


niskiego krzewu kosodrzewiny. Gdyby cofali się nadal w tym samym, powolnym tempie, Van Thorn zdołałby zlokalizować i ominąć przeszkodę. Dominic musiał więc odwrócić jego uwagę. Po kolejnym cięciu, które świadomie wyprowadził trochę nieporadnie, jęknął i potknął się, przyklękając na prawe kolano, jakby złapał go nagły skurcz mięśni. Van Thorn dał się oszukać. Skorzystał z tej chwilowej przerwy, by złapać kilka chrapliwych oddechów i dać odpocząć łomoczącemu w piersi sercu. Widząc opuszczony miecz Dominica, wziął potężny zamach, chcąc przygwoździć nim swego przeciwnika do ziemi i zakończyć walkę. Młody rycerz właśnie na to liczył. Gdy Van Thorn osiągnął maksymalne wychylenie i miał zadać śmiertelny cios, Dominic wyprostował się gwałtownie i  ciął go z całej siły przez pierś. Jęknęła stal. Zbroja Czarnego Rycerza wgięła się, raniąc go boleśnie i pozbawiając tchu. Van Thorn zachwiał się i odchylił. Próbował jeszcze odzyskać równowagę, ale wtedy jego nogi natrafiły na gałąź kosodrzewiny. Ręce wojownika wykonały w powietrzu kilka rozpaczliwych młynków, szukając jakiegoś oparcia, lecz bezskutecznie – Czarny Rycerz, w pełnej glorii swojej dwudziestokilogramowej zbroi, runął na ziemię. Dominic, z trudem łapiąc oddech, stanął nad pokonanym nieprzyjacielem. Wsprł się na mieczu i  przyjrzał leżącemu u  jego stóp Van Thornowi. Ten, wolnym ruchem uniósł przyłbicę swego hełmu i spojrzał w  oczy zwycięzcy. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby uznając wynik walki. Trwało to kilka sekund, po czym wydarzyło się coś dziwnego. Van Thorn uśmiechnął się. Nie był to jednak uśmiech pokonanego, który uznaje swoją klęskę. Był to uśmiech zwycięzcy, butny i pogardliwy. Sir Dominic nie wiedział skąd w leżącym, bezbronnym wrogu wzięła się nagle pewność siebie i odwaga. Przecież to był koniec Czarnego Rycerza, koniec jego terroru i  knowań. Koniec krwawych rządów Mortena... Morten! Tak! Nagle to do niego dotarło! Van Thorn leżał u jego stóp, ale nie było przy nim nieodłącznego miecza. Dominic rozejrzał się jeszcze raz, chociaż już wiedział, gdzie jest Morten. Wolno uniósł wzrok ku górze, czując, jak ogarnia go nagle fala rezygnacji. Morten tam był! Zawisł w miejscu, do którego uniosły go ramiona jego 10


pana, by samodzielnie zadać ostatni, śmiertelny cios. Teraz nadszedł jego czas. Morten bezszelestnie opadł w dół, wprost na głowę Dominica z Teilu. W KRAINIE TEIL NASTAŁY CIĘŻKIE CZASY. WRAZ ZE ŚMIERCIĄ OSTATNIEGO WALECZNEGO RYCERZA W  PAŃSTWIE ZAPANOWAŁY RZĄDY TERRORU I  POGARDY DLA DRUGIEGO CZŁOWIEKA. NA DZIESIĄTKI LAT TEIL POGRĄŻYŁ SIĘ W CIEMNOŚCIACH I CHAOSIE... KONIEC GRY Dominik nie mógł uwierzyć własnym oczom. Siedział przed pustym ekranem komputera i  powtarzał sobie, że to niemożliwe. Zadał sobie tyle trudu, by przejść przez to zadanie bez powtórek i głupich błędów i nagle, o krok od zwycięstwa, został pokonany. A właściwie dał się pokonać – przegrał na własne życzenie. Jak mógł zapomnieć o tym, co przekazał mu Mistrz Dunbar? Morten był magicznym mieczem, ale nie był zły z natury. Miecz zawsze przejmował osobowość swego właściciela, gdy ten brał go do ręki i trzymał przez kilka sekund. To dlatego Van Thorn zawsze sypiał z dłonią na rękojeści Mortena. Jak mogłem o  tym zapomnieć? – powtarzał w  myślach Dominik. Przecież wystarczyłoby, żebym dotknął miecza. Teraz wszystko przepadło. No, może nie wszystko – przecież będę mógł zagrać jeszcze raz. – Dominik! – z kuchni dobiegło go wołanie mamy. – Chodź na kolację! Na dzisiaj koniec – pomyślał. Wyjął płytę z komputera i przyjrzał się jej uważnie jeszcze raz. Gra nazywała się Poszukiwacze Źródła, a na dysku widniał dziwny rysunek. Przedstawiał starca i  chłopca stojących przed skałą, z  której wypływało maleńkie źródło. Kim były te dwie tajemnicze postaci? Starcem mógł być Mistrz Dunbar, chociaż na rysunku wyglądał zupełnie inaczej niż 11


w grze. Ale chłopiec nie pojawił się tam ani razu, w każdym razie nie jako pierwszoplanowa postać. Drzwi uchyliły się i do pokoju zajrzała mama. – Kończ już, bo wszystko stygnie. – Tak mamo – Dominik szybko zapakował dysk do pudełka i wyłączył monitor. – Nie wiedziałem, że już tak późno. – Czy ty ostatnio nie za dużo przesiadujesz na komputerze? – zaniepokoiła się mama. – Miałam nadzieję, że ciebie to szaleństwo ominie. Zresztą, jeszcze jakiś czas temu sam skarżyłeś się, że w klasie nie można z nikim pogadać, bo wszyscy bez przerwy rozmawiają tylko o najnowszych grach... – Wiem, wiem – bronił się Dominik. – Ale ta gra jest naprawdę wyjątkowa, zupełnie niepodobna do innych. I myślę, że większość moich kolegów nie chciałaby w nią grać, bo byłaby dla nich zbyt nudna. Ona jest po prostu... – Super! – dokończyła mama ironicznym tonem. – No, dobrze już – wierzę ci na słowo. Ale teraz chodź na kolację. Zapach kolacji wypełniał całą kuchnię. Dominik wyczuł jajecznicę, parówki i  swoją ulubioną sałatkę z  kukurydzą. Nagle uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny, więc, nie zwlekając, zabrał się do jedzenia. Najbardziej lubił wieczory w domu, gdy wszystko wokół zdawało się być na swoim miejscu, ciche, spokojne i bezpieczne. Rodzice zdążyli już odpocząć po męczącym dniu w pracy, a on odrobił lekcje i mógł spokojnie oddać się takim drobnym przyjemnościom, jak czytanie najnowszej książki Łukjanienki czy choćby jedzenie. Tak, uwielbiał wieczory w domu, o ile oczywiście wszystko było w porządku i rodzice, jak to sam określał, nie „przerabiali” czegoś, czyli po prostu nie kłócili się ze sobą. Ale dzisiaj kolacja upływała w pogodnej atmosferze, żartów ojca na temat szefa-tyrana i spokojnej muzyki jesiennego deszczu za oknem. Wszystko popsuło się w najmniej oczekiwanym momencie, gdy w świetnych nastrojach oglądali stary film z Harrisonem Fordem. 12


Rozdział IX

Tongort

B

enzelmodor rzeczywiście nie miał powodów do zadowolenia. Szyję i jedną z tylnych nóg opasywały mu dwie żelazne obręcze, które łańcuchami przymocowane były do ściany wozu. Biedaczysko prawie w ogóle nie mógł ruszać głową ani tułowiem – jedynie jego ogon miał trochę swobody i  smok od czasu do czasu wywijał nim nerwowo niczym batem. Dominik z wielkim wysiłkiem usiadł, opierając się o ścianę. Zrezygnowany, popatrzył na przyjaciela, ale w oczach smoka nie zobaczył lęku. Były może nieco smutne, ale chłopiec wyczytał w nich również spokój i determinację. Jeszcze raz uświadomił sobie, jak dobrze mieć kogoś takiego jak Ben przy sobie. Chciał powiedzieć o  tym smokowi, zapominając o  tkwiącym w  ustach kneblu, więc zamiast słów wdzięczności w jego gardle zabulgotał tylko głuchy jęk. – Spokojnie – odezwał się smok. – Benzelmodor zaraz temu zaradzi. Tylko niech Dominik się nie rusza. W następnej chwili Benzelmodor opuścił nieco głowę i jednocześnie wykręcił ją o dziewięćdziesiąt stopni, tak że znalazła się na wysokości szyi chłopca. Potem bardzo wolno i delikatnie zacze141


pił rogiem za fragment szmacianego knebla. Kiedy poczuł opór, poprosił Dominika, by odciągnął głowę do tyłu, a sam szarpnął knebel w przeciwnym kierunku. Chwilę później szmaciany korek opuścił usta chłopca przy akompaniamencie głośnego spluwania i okrzyków odrazy. – Tfu! Skąd oni wyciągnęli taką wstrętną szmatę! – Dominik przyjrzał się oślinionemu kneblowi. – Nie chcę wiedzieć, do czego tego używali, zanim wepchnęli mi to do ust. Tfu! – Ciszej – odezwał się smok. – To rodzina wariatów. Lepiej nie zwracać uwagi. W tej chwili wóz ruszył. Koń szarpnął nim tak niespodziewanie, że Dominik upadł na lewy bok i nabił sobie porządnego guza na skroni. – A niech to! – rzucił zirytowany, po czym z ogromnym wysiłkiem znowu wyprostował się i usiadł pod ścianą. – Dokąd się wam tak bardzo spieszy, dranie! – Co Dominik pamięta z ostatniej nocy? – zapytał Benzelmodor. – Niewiele. Tylko tyle, że bardzo szybko zasnąłem i  miałem koszmary. To znaczy myślałem, że to były koszmary... A ty? Nie obudziłeś się, kiedy nas porywali? – Smoki bardzo czułe na narkotyki. Benzelmodor spał jak zabity. – Narkotyk? – Chyba dosypali nam czegoś do jedzenia. To było strasznie mocny. – No tak. Teraz już wszystko jest jasne. Hej, a gdzie podziała się Anija? Widziałeś ją? – Nie, Benzelmodor nie widział. – Smok smutno pokręcił głową. – Może ona uciekła. Może elfy nie zasypiać tak łatwo. – Posłuchaj – rzekł ożywionym głosem Dominik – jeśli Anija uciekła, to na pewno nam pomoże. Sprowadzi pomoc. Może da 142


znać Prattowi, albo zawoła inne elfy. Albo sama nas uratuje. Przecież wiesz, jaka jest sprytna i odważna. – Tak – odparł smok – jeśli tylko nie złapana jak my. Jechali niemal cały dzień. Wóz turkotał jednostajnie na wyboistej drodze, koła skrzypiały, koń prychał i niestrudzenie szedł przed siebie. Xara i  jej dwaj straszni synowie tylko raz zrobili postój. Około południa zatrzymali się w  pobliżu przydrożnej studni, by uzupełnić zapasy wody i  napoić konia. Najwyraźniej jednak zapomnieli o  więźniach. Dominik, pełen animuszu, postanowił upomnieć się o wodę. – Hej! – krzyknął donośnie. – Hej! Słyszycie mnie? Bardzo przydałaby się nam woda. Chociaż kilka łyków. Nie było żadnej odpowiedzi, więc chłopiec spróbował jeszcze raz. – Chyba nie chcecie, żebyśmy tu przedwcześnie wykorkowali, prawda? Trochę wody postawi nas na nogi – powiedział i szybko się zreflektował. – Postawi na nogi, to za mocno powiedziane, ale na pewno nas odświeży... W tym momencie drzwiczki otworzyły się gwałtownie i ukazała się w  nich czyjaś twarz. Musiała należeć do drugiego syna Xary. Była równie szpetna i odrażająca co fizjonomia Volka i dodatkowo „ozdobiona” blizną, która ciągnęła się przez cały prawy policzek. – Zamknij się wreszcie! – wrzasnęła twarz. – Masz tu wodę i nie jęcz więcej, bo ktoś może się zdenerwować. Na podłogę, tuż obok Dominika, upadł bukłak z  wodą. Był w zasięgu jego rąk, ale cóż z tego skoro ręce miał związane. Najwyraźniej dotarło to również do właściciela strasznej gęby, bo zamyślił się przez chwilę i krzyknął do Xary: – Mamciu! Mamciu, czy mogę go rozwiązać i skuć kajdanami? Inaczej niczego sam przy sobie nie zrobi. 143


– Załóż, Dorku, załóż. – odparł głos kobiety. – Tylko uważaj, żeby się ten mały spryciarz nie wyśliznął! – Bez obaw. Już ja się postaram, żeby był grzeczny. – Dork rzucił Dominikowi złowrogie spojrzenie, po czym sięgnął gdzieś pod wóz i wyciągnął stamtąd dwie pary ciężkich, żelaznych kajdan. – No i jak ci się podobają, paniczu? Dominik wolał nie odpowiadać, gdyż cisnęły mu się na usta same brzydkie wyrazy, a przecież nie chciał rozdrażnić osiłka. Zacisnął więc usta i pozwolił, by jego oprawca najpierw rozwiązał powróz krępujący ciało, a potem skuł mu dłonie i stopy kajdanami. Chłopiec miał teraz co prawda większą swobodę ruchu, ale też bardzo małe szans na oswobodzenie się z więzów. – No – rzucił Dork, przyglądając się swemu dziełu – teraz wszystko jest w  porządku. Nasz mały nie będzie mógł zbytnio figlować, ale na pewno da radę sam napić się wody. Drzwiczki wozu zatrzasnęły się. Dominik poruszał zdrętwiałymi nogami i rękami i stwierdził, że półmetrowe łańcuchy pomiędzy obrączkami kajdan, nie były szczytem komfortu. Pozwalały mu, co prawda, stanąć na obu nogach, ale już poruszanie się w nich było prawie niemożliwe. Ucieczka w czymś takim zupełnie nie wchodziła w grę. Przyjaciele napili się wody, a zaraz potem wóz ruszył w dalszą, wolną i monotonną podróż. Do wieczora ujechali nie więcej niż dwadzieścia kilometrów. Zatrzymali się na przydrożnej polanie, gdzie Xara i jej dwaj synowie postanowili przenocować. – Jak myślisz – zapytał Dominik – pozwolą nam wyjść na zewnątrz? Muszę się wysikać i to natychmiast. – Zaraz się dowiemy – odparł smok i zaryczał na całe gardło. Dźwięk był tak donośny, że drzwiczki wozu otworzyły się niemal natychmiast. Pojawiła się w nich postać Volka. – Czego? – rzucił z wrodzonym sobie wdziękiem. – Bądź cicho, bo ściągniesz nam na głowę kłopoty. 144


– Musimy wyjść – powiedział spokojnym tonem Benzelmodor. – Wy nic nie musicie. My tu decydujemy, co i kiedy robicie. – Volk chciał zamknąć drzwiczki, ale smok zaryczał tak strasznie, że cały wóz aż zadrżał. Taki dźwięk musiał być słyszalny w promieniu kilku kilometrów, a  piekielnej rodzince na pewno nie zależało teraz na zainteresowaniu postronnych osób. – Ty wredny zwierzaku! – wrzasnął Volk, a  jego paskudna gęba stała się niemal purpurowa od gniewu. – Zaraz nauczę cię posłuszeństwa! – Sięgnął po zwisający u pasa bicz, zamachnął się i z całych sił smagnął nim Benzelmodora. Dominik zamknął oczy i usłyszał tylko suchy trzask, gdy bat zetknął się ze smoczą skórą. Chłopiec niemal poczuł to uderzenie na sobie. Kiedy spojrzał ponownie na swego przyjaciela, ten otrząsnął się, jakby spędzał z siebie natrętną muchę i z uśmiechem spojrzał na Volka. – Twój bicz to dla smoka jak głaskanie – rzekł ironicznie. – Ale smoki nie lubią być głaskany przez takich drani jak ty. Twarz Volka nie mogła już bardziej poczerwienieć. Mężczyzna wyszczerzył zęby w  upiornym grymasie i  zamachnął się ponownie. Zanim jednak zdążył uderzyć smoka po raz drugi, Benzelmodor wysunął do przodu głowę i  wystrzelił ze swych nozdrzy żywy, jasnożółty ogień. Płomień miał prawie dwa metry długości i bez trudu dosięgnął Volka, trafiając go prosto w klatkę piersiową. Porywacz, rzucony do tyłu impetem uderzenia, wrzasnął dziko, zamachał bezradnie rękami i z głośnym łoskotem upadł na ziemię. Benzelmodor fuknął, jakby przeczyszczał nozdrza po tej ognistej salwie. – To go nauczy szacunku – rzekł już całkiem spokojnie. – Mama zawsze mi powtarzała: „Bądź grzeczny, ale nie wobec drani. Nie pozwól srokom robić gniazda na głowie, tylko dlatego, że głośno skrzeczą”. 145


Rozdział XVIII

Magia

P

o długiej nocy, przespanej bez jakichkolwiek snów, Dominik obudził się rześki i pełen energii. Stan nogi znacznie się poprawił. Po bólu nie było ani śladu. Zostało tylko lekkie odrętwienie, jakby kończyna jeszcze nie do końca należała do niego. Chłopiec podniósł się ostrożnie z  łóżka. W  izbie nie było nikogo, ale na stole stała miska parującej owsianki. Nie czekał na zaproszenie. Usiadł i opróżnił naczynie do dna. Potem, pokrzepiony, wyjrzał na zewnątrz. Był wczesny ranek. Polana pogrążona była jeszcze w  cieniu, ale ponad drzewami widać już było złocisto-różowe niebo, które zapowiadało kolejny słoneczny dzień. Postanowił przejść się trochę po okolicy. Ruszył przed siebie, po pokrytej rosą trawie. Dotarł do przeciwległego krańca polany i  z  radością stwierdził, że jego prawa noga zgina się posłusznie i zaczyna być znowu jego własnością. Dotarł do przeciwległego krańca polany i z radością stwierdził, że jego prawa noga zgina się posłusznie i zaczyna być znowu jego własnością. Wśród drzew, na niewielkim pagórku wypatrzył małe źródełko. Pochylił się i  zaczerpnął wody – smakowała wybornie. 303


Była zimna i nieco słodkawa. Dominik popatrzył za siebie. Z tej odległości chatka Dżena wyglądała jak łupinka orzecha. Nagle uświadomił sobie, że widział już ten obraz wcześniej. W podziemiach, kiedy nieopatrznie wszedł w portal, jedno z miejsc, które zobaczył to był właśnie ten malutki domek stojący na skraju polany. Oczywiście, że tak – Mistrz Dżen musiał mieć łatwy dostęp do swego własnego wynalazku. Dominik ruszył w stronę chatki. Przebiegł nawet kawałek powrotnej drogi, żeby sprawdzić, jak radzi sobie jego noga. I okazało się, że radzi sobie nad wyraz dobrze. Kiedy zdyszany stanął przed chatką dobiegł go znajomy głos czarnoksiężnika: – Chodź do mnie, chłopcze. Mam tu mały problem. Dominik ruszył w stronę ogródka warzywnego, skąd dobiegał głos. Zobaczył tam Mistrza Dżena pochylonego nad grządką ogórków i w pocie czoła wyrywającego z ziemi ogromne kłącze perzu. – Utrapienie z tym zielskiem – wysapał staruszek. – Czy mógłbyś mi trochę pomóc? Jeśli nic z tym nie zrobimy, to będzie można zapomnieć o ogórkach. Zresztą pomidory wcale nie mają się lepiej... O ile, oczywiście, czujesz się na siłach? – Jestem dzisiaj jak nowo narodzony. Chętnie ci pomogę. Dominik zaczął pielić sąsiednią grządkę. Rzeczywiście, perz rozplenił się tu straszliwie. Nawet pomagając sobie ostrymi grackami, chłopak miał trudności z wyciąganiem długich, mocnych kłączy. Ale nie mógł pozwolić, by pokonało go byle zielsko. – Tak się zastanawiam... – powiedział po kilkunastu minutach pracy, robiąc sobie krótką przerwę na rozprostowanie pleców. – Może to głupie pytanie i nie chodzi mi o to, że nie chcę pracować. Ale dlaczego właściwie nie rzucisz na te grządki jakiegoś „odperzającego zaklęcia”, czy czegoś w tym rodzaju? Dla ciebie to pewnie nic wielkiego, a ogórki byłyby naprawdę dorodne. – Zaklęcia, powiadasz – odparł z uśmiechem Dżen, również przerywając pracę. – Wszystko wydaje się takie proste, prawda? 304


Wypowiadam zaklęcie, składam dłonie w tajemny znak i... perz znika. Ha, ha! Gdyby to było takie proste. – A nie jest? – To zależy. Dla czarnoksiężników pokroju Zonda pewnie jest. Myślę, że on nigdy nie ubrudziłby sobie rąk ziemią. Ale nie wiem, czy ocaliłby w ten sposób ogórki. – Dlaczego? – Zaklęcie anihilacyjne oczywiście istnieje. Poznaje je każdy zaawansowany adept magii. Są na to formułki. Są też gesty. Ale są też prawa fizyki. A magia nie jest ich zaprzeczeniem. Nie można się im przeciwstawić. Magia jest po prostu szczególnym zastosowaniem tych praw. Więc gdybyś chciał anihilować kłącza perzu, oznaczałoby to, że musisz wysłać w ich stronę odpowiednią ilość antymaterii. Po zetknięciu materia i antymateria spowodowałyby wybuch, który prawdopodobnie zdmuchnąłby z powierzchni ziemi nie tylko tę grządkę, ale i  całą polanę. Żaden obiekt nie może tak po prostu wyparować. Może się co najwyżej zamienić w energię. A przy tak gwałtownym procesie, tej energii byłoby bardzo, bardzo dużo. To wszystko oczywiście przy założeniu, że potrafisz wyczuć kłącza perzu w  ziemi i  dokładnie określić ich pozycję, a  potem precyzyjnie zderzyć je z  wytworzonym przez siebie fantomem z antymaterii. A żeby go stworzyć też trzeba nie lada skupienia i mocy. Oj, to bardzo trudne zadanie. Dżen wrócił do pielenia, podczas gdy Dominik stał jeszcze przez chwilę jak słup soli i rewidował swoje poglądy na magię. Potem bez słowa pochylił się nad grządką i zaczął wolno lecz metodycznie wydzierać chwasty z ziemi. Do południa grządki z  ogórkami zostały prawie całkowicie oczyszczone, a  obok nich piętrzyły się kupki biało-zielonego perzu. – Czy mam się teraz zająć pomidorami? – zapytał Dominik, ocierając pot z czoła. 305


– Nie chłopcze, na dzisiaj dosyć – odparł Dżen. – Robi się coraz cieplej, a my zasłużyliśmy na odpoczynek. Poza tym jest jeszcze jeden sposób na pozbycie się perzu... Magiczny. – Ale przecież mówiłeś, że anihilacja i tak dalej... – Nie muszę go anihilować. Wystarczy, że go bardzo dobrze wyczuję. – Mistrz wyprostował się, przymknął oczy i wyciągnął przed siebie prawą dłoń. – A potem odnajdę w glebie przylegające do niego małe kamyki i drobinki skalne. Teraz trzeba je tylko lekko przemieścić, zaledwie o kilka milimetrów, tak, by przecięły wiązki przewodzące perzu w kluczowych miejscach... I gotowe. Dżen zaśmiał się, widząc minę Dominika. Poklepał go przyjaźnie po ramieniu i ruszył w stronę chatki. – Po co w  takim razie spędziliśmy kilka godzina pieląc te grządki? – zapytał Dominik doganiając mistrza. – Czemu nie zrobiłeś tego na samym początku? – Po pierwsze – odparł Dżen pogodnie – nie mielibyśmy okazji, żeby porozmawiać o magii. Po drugie, dobrze jest się czasami poruszać. Widzisz, chłopcze, ludzie, elfy, wszystkie istoty mają tendencję do wpadania w jednostronną rutynę. A czarnoksiężnicy są na to najbardziej podatni. Kiedy dostrzegą, że istnieje droga na skróty, będą z niej już stale korzystać, zapominając, że naszemu spojrzeniu na świat dobrze robi urozmaicenie. Czy próbowałeś kiedykolwiek teilańskiego podpiwku? – Tak, w czasie święta Gratrin. Był bardzo smaczny. – No właśnie – kiedy pijesz go po raz pierwszy, masz wrażenie, że teraz nie tkniesz już żadnego innego napoju. Ale wypij trzy szklanki, a słodycz podpiwku zmieni się w mdłości, a bąbelki sprawią, że zaczniesz bekać jak najęty. Dlatego do kolejnego posiłku napijesz się już herbaty. A do następnego zwykłej, zimnej wody. Umiarkowanie, mój chłopcze, umiarkowanie, niepopadanie w skrajności i urozmaicenie – to utrzymuje nasz umysł i nasze ciało w dobrej kondycji. 306


Dżen przystanął koło studni i nabrał kubkiem wody ze stojącego na cembrowinie wiadra. Podał kubek Dominikowi, a chłopak wypił jego zawartość kilkoma szybkimi łykami. – Smakuje ci? – zapytał Dżen. – O, tak! – No widzisz, czasami nie ma nic lepszego od zwykłej, zimnej wody. A teraz pomożesz mi przy obiedzie. Obiecałem Tezzemu, że przygotujemy gulasz z ciecierzycy i ziemniaki. I nie będzie żadnego pitraszenia na skróty. Magię zawsze zostawiam za drzwiami kuchni. Po dwóch godzinach obiad był gotowy. Dominik dowiedział się przy okazji wielu ciekawych faktów na temat przypraw i stwierdził, że po powrocie sam zacznie gotować. Albo przynajmniej oglądać Ugotowanych w telewizji. Tak czy inaczej, wspólna krzątanina w kuchni sprawiła mu dużo przyjemności, tym bardziej, że pomagał samemu Dżenowi. Tezze wrócił z lasu z drewnem na opał i naręczem ziół w samą porę, by zasiąść za zastawionym stołem i zjeść razem z nimi. Po obiedzie usiedli przed domem, wystawiając twarze na promienie popołudniowego słońca. Popijali ziołową mieszankę Mistrza Dżena, która nie smakowała może rewelacyjnie, ale miała ponoć zbawienny wpływ na zamglony umysł i znużone ciało. – A teraz powiem wam, jaki jest plan – odezwał się w pewnej chwili staruszek, a jego towarzysze nadstawili ciekawskie uszy. I Dżen wyjawił chłopcu i rycerzowi, co zamierza zrobić. Był to długi i zawiły plan, który składał się z wielu niebezpiecznych działań. Niektóre z nich wydały się Dominikowi niemal niewykonalne, głównie dlatego, że to on miał odegrać w nich kluczową rolę. W  każdym razie, najbliższa przyszłość rysowała się ekscytująco i nieco dramatycznie. Byłby to scenariusz na kolejny odcinek Szklanej pułapki, gdyby nie fakt, że nie był to pomysł na film, tylko historia, która miała mu się przydarzyć naprawdę. I to już za kilka dni. 307


– Ty, Tezze, wyruszysz jutro z samego rana – powiedział na koniec Dżen. – Musisz dostarczyć wiadomość na czas, by zdążyli się przygotować. – Myślisz, że mi uwierzą? Uwierzą, że Mistrz Dżen powrócił po tylu latach? Że Teilowi zagraża niebezpieczeństwo i potrzebne jest zdecydowane działanie? – Myślę, że ci uwierzą – odparł staruszek z przekonaniem. – Ale gdyby jednak mieli wątpliwości, pokażesz im to. Dżen zdjął z serdecznego palca srebrny sygnet ze swym imieniem wygrawerowanym runicznym pismem i podał go rycerzowi. – A co ze mną? – rzucił Dominik. – Co z tobą? – zapytał Dżen. – Z tego co mówiłeś, czeka mnie niezła jazda. To znaczy, mam do wykonania dość poważną misję, a jestem tylko trzynastoletnim chłopcem... Nawet Rufus nauczył się podstaw fechtunku... A ja... Czasami czuję się tu zupełnie bezbronny. – Ach, więc o to chodzi. – Dżen zamyślił się i pogładził swoją brodę. – Myślisz, że ucząc się walczyć, będziesz w  stanie się obronić? A może jest tak, że poznając sztuki walki, prowokujemy sytuacje, w których powinieneś ich później użyć? Dominik musiał zrobić bardzo niemądrą minę, bo Dżen tylko się uśmiechnął, a jego oczy zmieniły się w tak wąskie szparki, jak jeszcze nigdy przedtem. – To oczywiście pytanie, na które sam nie znam odpowiedzi – powiedział. – Ale chyba masz rację. Powinieneś poznać jakieś techniki samoobrony. Tezze musi wyjechać, więc nie będzie mógł ci udzielić lekcji fechtunku, może więc spróbujemy magii? – Magii?! – Dominik nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. – Ja miałbym się uczyć magii? – Ależ oczywiście. Już ci mówiłem, że magia to zwykła fizyka zastosowana w nieco specyficzny sposób. – Ale chyba nie każdy może ją studiować? Potrzebne są jakieś... predyspozycje. 308


Wrotafragment